Opublikowano

Vaugirard

paris

Paryż; zdj. Kurtek

Skończyłem lekturę na dziś. Nawet pomimo tego, że spodziewawszy się, że czytana przeze mnie historia dobiegnie niebawem końca, zapobiegawczo spakowałem rano do plecaka kolejną książkę, nie jestem w stanie jak gdyby nigdy nic zostawić wciąż jeszcze świeżych we mnie wypadków poprzedniej zupełnie za sobą i beznamiętnie rozpocząć następnej. Potrzebuję czasu. Kilku głębszych oddechów, które nieodwracalnie i na zawsze mimowolnie wplotą bieg tamtych odległych wydarzeń w moją własną narrację. Spoglądam za wagonową szybę na jednostajny, ledwie oświetlony korytarz pokryty niemal bez reszty ciągnącym się od stacji do stacji graffiti. Próbuję dostrzec kolory, złożyć migające mi przed oczyma litery w dające się odczytać ciągi. Nic z tego.

Ukradkiem zaczynam przyglądać się odbiciom twarzy współtowarzyszy podróży. Starszemu małżeństwu uśmiechającemu się szczerze do siebie po przeciwległej stronie wagonu. Siedzącemu naprzeciwko nich łysiejącemu mężczyźnie w średnim wieku surowym analitycznym spojrzeniem pochłaniającemu przez szkła okularów w rogowych oprawkach treść wielkoformatowej codziennej gazety. Przenoszę wzrok na siedzącą vis-à-vis mnie młodą parę. Ona, ładna, o subtelnych rysach twarzy, w sportowej czerwonej kurtce wpatruje się w otchłań korytarzy paryskiego metra, a być może podobnie do mnie, śledzi niewyraźne sylwetki odbijające się w oknie. On, zakochany, lekko szpakowaty, o szpiczastym nosie, gładzi delikatnie wierzch jej dłoni. Falguière. Pociąg wjeżdża na stację. Obok mnie siada dziewczyna w jeansach z dziurami na wysokości kolan i długimi włosami pogrążonymi w kompletnym nieładzie kontrastującymi z prostą grzywką w stylu wczesnych lat 70. Znudzona próbuje zabić czas grą w Candy Crush Saga. Pasteur. Na wysokości naszych siedzeń staje dziewczyna o azjatyckich rysach twarzy, okrągłej buzi, porcelanowej cerze i pomalowanych na koralowo drobnych ustach. Ma na sobie jasny wełniany płaszcz, na pierwszy rzut oka o dwa rozmiary za duży. Twarz przykrywa jej sztywny pękaty beret o okrągłym rondzie. Nieobecnym wzrokiem śledzi coś na swoim smartfonie. Volontaires. Wzdłuż krawędzi peronu toczy się pełna puszka smakowego piwa, zapewne mimowolnie porzucona przez pośpiesznie wskakującego do pociągu pasażera. W wagonie metra szpakowaty opiera głowę na ramieniu smukłej dziewczyny, chwilę później zamykając oczy. Ona spogląda na niego ukradkiem w milczeniu, a następnie wraca machinalnie do obserwacji torowiska. Vaugirard. Półszeptem przepraszam siedzącą na przeciwko parę i hipiskę z telefonem. Dochodzę do wyjścia. Pewnym ruchem dłoni odchylam metalową zasuwkę. Drzwi momentalnie ustępują. Kieruję się na lewo. Vaugirard to mała stacja, żadnych przesiadek, trzy, może cztery, kameralne wyjścia. Po przejściu przez barierki idę prosto, chociaż przez minione dwa tygodnie niefrasobliwie umiejscowiony po prawej stronie znak sugerował, że powinienem tu skręcić i bywało, że dałem się zwieść. Tym razem nie ulegam złudzeniu. Kieruję się prosto i dopiero przy Plan du quartier skręcam w lewo i wąskimi schodami wychodzę na Rue de Favorites.

paris

Okolice stacji Vaugirard; zdj. Kurtek

Już zmierzcha. Momentalnie czuję na sobie chłodny podmuch mający jednak w sobie coś z wiosny. O ile łatwiej znosi się niepogodę, gdy na horyzoncie zaczyna migotać lato. Zrzuca się wówczas podświadomie zimowe palto, zamyka je w szafie i ze stoickim spokojem znosi przelotne wiatry i deszcze. Wysoka dziewczyna o krzaczastych brwiach. Ciemnoskóry mężczyzna fantazyjnie wymijający pozostałych przechodniów na hulajnodze. Czyjaś samotna rękawiczka pozostawiona na chodniku. Za zakrętem przejście dla pieszych tarasuje popielaty SUV marki Honda pozostawiony na światłach awaryjnych. Ze sklepu na przeciwko pewnym krokiem wychodzi właściciel — człowiek w średnim wieku, zapewne nieźle sytuowany, zajmujący pewnie kierownicze stanowisko w którejś z zagranicznych firm, dojeżdżający do pracy być może także na La Défense.

Na rogu w barze Les Écrivains jak zwykle tłoczno, mimo poniedziałku. Ludzie piją, rozmawiają, palą, czytają. Codziennie przechodzę tędy kilkukrotnie, ale wiem, że nie odważę się tam wejść — co miałbym zamówić i jak miałbym się zachować — udawać, że czytam z głęboko tlącą się w sercu nadzieją, że może kogoś zainteresuje egzotyczny język w przeciwnym razie całkiem znanej powieści Modiano, którą wziąłem ze sobą ze względu na kompaktowy rozmiar i Paryż niezmiennie wypełniający kolejne strony.

paris

Paryż; zdj. Kurtek

Przechodzę ukosem przez ulicę. Wymijam rząd zielonych pojemników na odpadki i dobijam bramy. Wreszcie będę miał sposobność przekonać się, czy aby na pewno wyłączyłem rano żelazko, co podsiewane nazbyt bujną wyobraźnią uporczywie zajmowało mi myśli w drodze do pracy. Wchodzę do windy. Niecierpliwie wciskam najpierw czwórkę, a następnie przycisk zamykający drzwi. Nie działa. Czekam więc aż zamkną się same. Mija krótka chwila. Cztery piętra wyżej drzwi automatycznie rozsuwają się. W prawej dłoni mocno ściskam przygotowany wcześniej klucz. Jednym płynnym ruchem przekręcam zamek. Pociągam za klamkę. Otwieram drzwi. Zapalam światło. Spoglądam machinalnie na ścianę, szukając wzrokiem kontaktu. Wyłączyłem.

CDN

Opublikowano

Dywan czy miotła — przewodnik nowoczesnego podróżnika

paris

Paryż; zdj. Kurtek

Raz po raz odżywa we mnie chęć prowadzenia dziennika, choćby miał on przeczyć idei zawartej w tym słowie na pierwszy rzut oka — być w swojej regularności sporadyczny i wybiórczy, na tyle jednak poddany pewnej dyscyplinie, by zsumowany za osiem lat dał mi (albo, bo ja wiem, komuś kto przypadkiem znajdzie go i nie wyrzuci bezrefleksyjnie do śmieci) jakiś obraz rozpisanych w nim dni. Tym razem chęć taka naszła mnie po lekturze fikcyjnej autobiografii, w której równie fikcyjnym epilogu autor (pardon, narrator; granica cienka, ale zazwyczaj usprawiedliwiająca wszelkie literackie kłamstwa) upiera się, że jego l’œuvre finie, jak sam swą powieść określa, straciłoby na pieczołowitości, gdyby nie spisywane na bieżąco dzienniki, które cudem przetrwały kolejnych naście lat. Idea nęcąca, zwłaszcza że przeglądając z każdym dniem kruszejący w oczach indeks niewypowiedzianych zaklęć na przyszłość, dochodzę do wniosku, że jedną z rzeczy, jakie, chciałbym, by na pewno stały się moim udziałem, byłoby właśnie napisanie fikcyjnej autobiografii. Trzeźwo oceniając sprawę, trudno mi byłoby jednak nie tylko rzecz do życia powołać i z grubsza zmyślnie kontynuować, ale przede wszystkim zebrać później tę stertę nijak mających się do siebie szczegółów we w miarę rozsądną całość. Jako człowiek nieobdarzony przez naturę ponadprzeciętnym zmysłem obserwacji, wpadający w panikę ilekroć trzeba w ogólną ramę narracji wpisać tysiące drobiazgów, które mają zadecydować o sukcesie lub porażce, jestem z gruntu na pozycji straconej. Musiałbym się zatem niesamowicie natrudzić, żeby owa fikcyjna autobiografia, na tyle zachowywała pozory koherencji, a przy tym albo nie porażała lakonicznością obserwacji, albo w drugą stronę — nie przytłaczała zbytnią precyzją, by ktokolwiek przy zdrowych zmysłach zechciał rzecz choćby przekartkować. Co więcej — prowadzenie dziennika, o ile nie wpadnie się w niego po uszy, tak że nie istniałaby chwila, by autor nie kombinował, jak najdrobniejszy ledwie dostrzeżony drobiazg kunsztownie przenieść na jego łamy, jest sprawą z gruntu paradoksalną. W przeciwnym razie o dzienniku przypomina się sobie w momentach, gdy rozpaczliwie doskwiera nuda (to jeden z nich, tutaj, teraz), a te obfitujące w niebanalne wydarzenia i postaci godne przeniesienia na papier nie stwarzają zwykle sposobności, by choćby urywanymi zdaniami sprawę nakreślić i przy sprzyjającej chwili barwnie rozwinąć.

paris

Parc André Citroën; zdj. Kurtek

Swego czasu zacząłem nieśmiało notować na luźnych kartkach swoje spostrzeżenia, wrażenia. Miałem jednak olbrzymi problem, by skupić się na rzeczach prostych — jak, dajmy na to, faktura blatu stołu w odwiedzonej restauracji czy odcień falującej na wietrze trawy. Szukałem natomiast idei i uczuć, usilnie pragnąć nazwać je i ocenić bez zawracania sobie głowy otoczeniem. I tak oto sam z siebie wpadłem we własne sidła i mimowolnie przy najbliższej okazji porzuciłem ten nadto angażujący, a w ostatecznym rozrachunku obnażający erystyczne niedostatki rytuał. Powodowała mną jednak całkiem uzasadniona obawa, by przy prostych rzeczowych opisach nie popaść w szkolną manierę, którą spuentować można by jedynie szyderczą inwokacją Drogi pamiętniczku. Z drugiej strony mimowolnie rodziły się pytania, czy aby informacja, że akurat tego a tego dnia w ramach późnego obiadu zjadłem ogromnego, wypaczającego zasady savoir-vivre burgera, którego nazwa trois fromages nie zważała na fakt, że jego głównym składnikiem były dwa pokaźne kotlety wołowe, była godna odnotowania. Czy już kolejnego dnia miało mieć jakiekolwiek znaczenie, że informację o restauracji znalazłem przypadkowo na nieznanej mi wcześniej stronie La Fourchette, a do wybranego zaocznie Bistro Burger Montparnasse oddalonego mniej więcej o dwadzieścia minut pieszej wędrówki, udałem się mimo tego, że po drodze minąłem podobną burgerownię z wymowną promocją typu Happy Hours, która obejmowała ni mniej, ni więcej napoje alkoholowe, którymi także byłem zainteresowany — i to pomimo że nie miałem rezerwacji. Ostatecznie piwo w paryskich knajpach, o ile nieimportowane z Belgii czy Wielkiej Brytanii, co w przynajmniej w moim przypadku nie zdarza się zbyt często, smakuje tak samo przeciętnie, niezależnie od tego, czy kosztuje 5 czy 12 euro. I choć w danej chwili poczułem nieuzasadnioną chęć, by w najdrobniejszych szczegółach opisać względnie opustoszałe w niedzielne popołudnie i dość oszczędnie urządzone wnętrze restauracji, moje niezbyt wymyślne zamówienie, nielicznych gości lokalu i smukłą kelnerkę o szczerym uśmiechu i nieśmiałej angielszczyźnie, która przyjmowała zamówienie; w chwili gdy tylko przekroczyłem próg mieszkania, wszystko to wydało mi się pozbawione najmniejszego sensu. „Od czegoś trzeba zacząć” — myślałem w restauracji, z miną krytyka kulinarnego oceniając całokształt sytuacji, w której się znalazłem, z pominięciem, dość znamiennie, jedzenia. W rolę wszedłem zresztą na tyle głęboko, że gdy smukła kelnerka przy rozliczaniu zamówienia, zapytała, czy smakowało, odpowiedziałem, że owszem, ale bez większego entuzjazmu, podświadomie wyrokując, że miejsce choć przyjemne, nie otrzymałoby ode mnie gwiazdki Michelina.

paris

Tour Eiffel; zdj. Kurtek

Gdy okoliczności zmuszają mnie, by w obcym mieście, wybrać się na obiad czy kolację, zwykle nastręcza mi to pewnych trudności. Niby jestem panem własnego losu — nikt donikąd mnie nie ciągnie i o ile nie jestem przeraźliwie głodny, nie muszę się też nadto spieszyć, ale jednak moje wybory pozostają płaskie — zamiast szukać lokalnych specjalności albo dać się urzec niepowtarzalnej atmosferze skrzętnie skrytego w niepozornym zaułku maison, zazwyczaj wybieram bezpiecznie — rzeczy i miejsca, które w efekcie daleko posuniętej globalizacji nie będą zbytnio odbiegały od tego, co mogę bez trudu sprawić sobie w Polsce. Burgery, pizza i sushi — święta trójca międzynarodowego kulinarnego pragmatyzmu wymieszanego z lenistwem. A gdybym przecież tylko zaszedł do miejsca wyjątkowego — czy to w sposób zupełnie dosłowny, czy też poprzez całkowite wtopienie się w codzienność miasta i jego mieszkańców, mógłbym teraz z miną krezusa i zachwytem w oczach opisywać nie tylko niecodzienne smakołyki, których spróbowałem, ale i z całą pewnością niebanalnych ludzi, których bym tam spotkał. A tak — jedynymi klientami, których obsługa usadziła w moim polu widzenia, tak że mogłem zgoła bezpiecznie przyglądać im się znad swojego burgera była enigmatyczna para komunikująca się zarówno z pracownikami lokalu, jak i między sobą niezbyt przekonywającym angielskim. Przysadzista brunetka o dużych oczach i wąskiej twarzy spowitej z lewej strony grubym słowiańskim warkoczem usiadała vis-à-vis mnie. Plecami odwrócony był natomiast jej towarzysz — wysoki szatyn o rysach tak kanciastych, że spod krótkich włosów dało się bez problemu zauważyć kontur jego czaszki. Najwyraźniej nie mieli sobie zbyt wiele do powiedzenia. Być może zmęczyło ich całodzienne zwiedzanie Paryża — wydawali się bowiem, tak jak ja turystami — efektem czego prędko zamówili dwa identyczne zestawy — dwa burgery miesiąca, z błękitnym serem pleśniowym i karmelizowaną cebulą, które każdemu klientowi po zajęciu stolika usilnie polecały kelnerki, i dwie cole Zero. I chociaż przyszli kilkanaście minut po mnie, opuścili bistro, zanim jeszcze ja zdążyłem poprosić o rachunek. To zresztą były jedne słowa, jakie, pomijając powitalne i pożegnalne formuły grzecznościowe, powiedziałem w tym miejscu po francusku. Choć przyjąłem sobie wcześniej za zasadę, że będę próbował, przynajmniej dopóki nie dojdzie do krępującej sytuacji całkowitego niezrozumienia, w restauracjach sytuacja wygląda nieco inaczej. Obsługa ma bowiem w zwyczaju drobiazgowe badanie wszystkich wchodzących i na podstawie powitalnego bonjour i odpowiedzi na pytanie, czy zamierzam jeść czy pić, stwierdzając kiepsko zakamuflowany brak językowej zręczności, proponuje na wszelki wypadek angielskie menu. W takiej sytuacji nie idę już w zaparte, nie udaję, że go nie potrzebuję, poddaję się, dziękuję i czuję się jakby odrobinę pewniej, że moja językowa niefrasobliwość nie zostanie tym razem zdemaskowana chwilą niezręcznej ciszy w odpowiedzi na proste, ale w tej konkretnej chwili zaskakująco trudne pytanie.

CDN

Opublikowano

krótka historia o tym, jak sam z siebie utopiłem się w naparstku.

5849860

niechaj to będzie wierszyk,
bo bajką niestety nazwać tego nie mogę

czuję się ostatnio zewsząd i mimowolnie karmiony post-prawdami, cierpię na niestrawność informacyjną i przy najprostszej nawet pogłosce czuję się przynajmniej zdezorientowany; nie jestem w tym sam, bo media mediami, ale to my, czyt. ja i ty, jeden z drugim, na fejsbuku i tłiterze, tę spiralę dokręcamy, zajmując się ostatnio głównie wytykaniem palcami siebie nawzajem;

co rusz ktoś wznieca wielki pożar, którego nie tylko nie potrafi ugasić czy opanować, ale wcale się do tego nie poczuwa, a jednocześnie kilku innych ktosiów wytyka mu przeinaczanie faktów, odzieranie z kontekstu, pisanie pod tezę czy po prostu kłamstwo (rzadziej dyskryminację kontrowaną podporządkowaniem myślenia standardom poprawności politycznej, to już argumenty pozbawione siły), a dla każdego z tych ktosiów w mig pojawia się kilku innych z podobnymi zarzutami i każdy wszystko wie najlepiej, i każdy dla swych marnych stu czterdziestu znaków jest gotowy sprzedać matkę;

co w tym wszystkim najstraszniejsze — to wcale nie są komentarze na onecie (konkluzja mogłaby być taka, że onet, dotąd zamknięty rezerwat osobliwości, rozlał się spektakularnie na cały kraj, wypełniając nawet najdalsze, najciemniejsze i najbardziej niedostępne jego zakamarki wspomnianą osobliwością — tu trochę oszukałem, to byłby jedynie stygmat, nie problem sensu stricto, zresztą co ja tam wiem); i chociaż co dzień na ten język narzekamy, sami go też co dzień, między kawą a papierosem, używamy, wymawiając jedni drugim, że przecież wszyscy tak robią, a jeśli nawet nie wszyscy, to przynajmniej robią tak «oni» i że to już wystarczająco nas usprawiedliwia (tego się głośno nie mówi, nie pisze capslockiem);

w międzyczasie na zakąskę szukamy prawdy o świecie w memach, a sprawy, które nas dotyczą, hej, pogłębione analizy spraw, które wierzymy, że nas dotyczą, albo pozwalamy by do nas nie docierały, albo zamykamy gdzieś pomiędzy tl;dr a chorobliwym fomo; o nic do nikogo nie apeluję, to nie jest żaden głos w żadnej dyskusji, nie mam żadnych nawet złudzeń, ani tym bardziej żadnego remedium; jesteśmy zgubieni; w tym miejscu jeszcze przepraszam (bo udaję przyzwoitość) i życzę, jak też się pięknie złożyło, promiennego blue monday!

Opublikowano

Małpa krawężnik

małpa krawężnik trabantem łoskotu
chociażby pustyni na wiele
fortepian młotkiem sznur anarchii obrał
a konwaliami zerkanie
fortuno
odbierać czci sernikom w matni krużganków nie radzę
łapiąc za słowiczy wikt apodyktycznym wspinać się rumieńcem
niebo niezborne lufcikiem umyka
euforio
gamoniem rozkroku naznacz drelichową serenadę zazdrosnej inercji
rożen kopertówek piętrzyć się latawca kameralnym szydłem
odtąd ma musieć
i musić się będzie.