Opublikowano

γολδενυνικόρν: bubblegum ✕ avantgarde II

Nieważne dokąd, ważne którędy — zapowiedziałem przed niemal trzema laty przy zupełnie podobnej okazji tzn. godziny do dowolnego zapełnienia muzyką w porze późnowieczornej w rozgłośni akademickiej z tradycjami awangardowymi. I tak mi się ubzdurało, to był mój główny punkt odniesienia, że powinienem ten schemat odtworzyć i przetoczyć działo bezzałogowej panoramy dźwięku przez pokład stacji raz jeszcze. Wszystko było zaplanowane raczej podskórnie niż przemyślane (z wyjątkiem może zestawienia Tiesto z Nakamurą), a zebrane w natłoku zajęć w ostatniej chwili skutkowało losowością trudną do przyjęcia nawet dla mnie. Niemniej wciąż jest to zapis żywej w kulturze i popkulturze pozornej walki popu z awangardą — jej ewentualny wynik jest z założenia nieistotny, żeby nie powiedzieć — nieprawdopodobny. Ja sam nadal nie za bardzo wiem dokąd, ale bywa, że jeszcze wydaje mi się, że wiem, którędy. Tym samym zapraszam, après vous, zanim mój złoty jednorożec całkiem zdechnie.

Opublikowano

Nowa ewangelia starokalifornijska

pawie

pawi fryz autorstwa alfreda mullera (1903)

lato znów zuchwale splata w warkocze brody starców
gdy na wierzchach swych najlepszych klaczy
przez morze i góry przeprawiają się do starej kalifornii
być może po raz ostatni

granica stanu granicą ducha i serca —
akompaniuje starcom nierzeczywista pieśniarka
o biało-różowej jak kwiaty magnolii cerze —
to najlepsza impresja fiony apple w tej części illinois

pobiegnę i ja wraz z wami —
krzyknęło z przejęciem wiele lat temu dziecko

wojny zmarszczyły mu czoło, czas przygasił chęci
w uszach pobrzmiewają jeszcze echa
dawnego okrzyku przejęcia

stoję teraz przed sobą jako dziecko i jako starzec
nierówny sam sobie, dojrzały i zielony, znajomy i obcy
w oczekiwaniu na cud, który nigdy nie nastąpi
nie mam już sobie nic do powiedzenia

(epilog fantastyczny:
gdybym kiedyś jednak przypadkiem trafił znów do kalifornii
dziecko spotkałoby starca z brodą splecioną w warkocz
a wszystko to, co dotąd niewypowiedziane, wylałoby się
wypełniając po brzegi słowem całe jezioro tahoe
a wersy owej pieśniarki o cerze koloru kwitnącej magnolii
wybrzmiałyby raz jeszcze niczym dawno nieczytana ewangelia)

Opublikowano

sam bym siebie nie potrafił dostrzec

ja

niechlujnie wykadrowany polaroidowy autoportret andy’ego warhola z czaszką

bezbarwną kredą nakreśliłem niechlujnie własny portret

niezgrabny owal twarzy
dwie drobne kropki w miejsce oczu
pętelka za nos
i lekko wypukła krzywa zaklęta w półuśmiech
demonstrujący moje zadowolenie z życia
ale nie ostentacyjnie

przypiąłem posłusznie portret
do bezmiernej ściany pełnej setek, tysięcy posłusznie przypiętych podobizn i wizerunków
nieznajome twarze tak podobne mojej tańczyły mi przed oczyma
na tyle, ile dwie drobne kropki pozwalały objąć wzrokiem

pobladłbym z przejęcia, lecz że kartka była biała, a kreda bezbarwna
sam bym tego nie potrafił dostrzec

Opublikowano

gdzie oni są, gdy nie ma ich tutaj

ja

młody glenn gould bez butów

na wzór twój i podobieństwo
nakreśliłem bezbarwną kredą własny portret

powściągliwie wrysowałem w siebie
posiwiały lament własnej matki
cichy szloch sióstr
i brak braci

usta tych, którzy szeptali
oczy tych, którzy zerkali
i ich palce
— oddałem im swoje własne

wrysowałem tych, którzy przybyli z daleka, by przy mnie umrzeć
i tych, którzy wyjechali, by umrzeć daleko
tych, na których żebranie nigdy nie odpowiedziałem
i tych, którzy odsuwali się, gdy żebrałem ja

wypełniłem kontur tymi
których nazywano takimi ludźmi
— gdzie oni są, gdy nie ma ich tutaj —
myślałem

Opublikowano

2018 ✕ filmy

2018

jak co roku przed rozdaniem oscarów dzielę się swoim luźnym podsumowaniem tego, co najciekawszego udało mi się zobaczyć w ciągu minionych dwunastu miesięcy; nie mam przemyśleń dotyczących ani kondycji kina, ani publiki, ani kierunku, w jakim zmierzają lub nie; wierzę, że jako widz, w natłoku premier, jestem w stanie mniej lub bardziej świadomie dotrzeć do wartościowych dla mnie tytułów, których kolaż stworzy satysfakcjonujący mnie obraz — zarys tego, jak wyglądał w zeszłym roku poniżej; note to self: wciąż niewybaczalnie nieobejrzane z mojej ścisłej watchlisty pozostają: foxtrot maoza i loro sorrentino ~ do pilnego nadrobienia

2018

20. under the silver lake

tajemnice silver lake reż. david robert mitchell

nieco go przeciągnięto, przez co nie trafił do widza, który miał go zobaczyć, a szkoda, bo z humorem i wprawą bawi się popkulturową żonglerką, traktując komiksową historię z pietyzmem klasycznego kina noir.

2018

19. eighth grade

reż. bo burnham

studium niezręczności, pozbawiony hollywoodzkiego makijażu, pokrzepiający i bardzo życiowy film o dorastaniu jako przekraczaniu własnych barier przy jednoczestnym nabieraniu dystansu do świata

2018

18. hereditary

dziedzictwo reż. ari aster

horror jak należy — pojebany jak lato z radiem; zaczyna się jak poprawny dramat psychologiczny, ale im dalej w las, tym wszystko bardziej staje na głowie, psując ją od wewnątrz

2018

17. searching

reż. aneesh chaganty

znakomity thriller, któreo akcję ryzykownie zamknięto na ekranie komputera, co, ze względu na doświadczenia pokolenia mediów społecznościowych, o dziwo nie tylko nie męczy widza, ale pogłębia dramaturgię i mocniej wciąga go w historię

2018

16. the miseducation of cameron post

złe wychowanie cameron post reż. desiree akhavan

mniej bajkowy niż love, simon, bardziej emocjonalnie angażujący od wykalkulowanego boy erased; mimo dość ryzykownego tematu pozostaje wyważony i raczej skłania widza do własnych przemyśleń niż podaje cokolwiek na tacy; zrealizowany w duchu najlepszego kina coming-of-age

2018

15. instant dreams

polaroid reż. willem baptist

fascynujący dokuesej o zaprzepaszczonym dziedzictwie zapomnianego wizjonera, rozwoju popkultury, roli sztuki i poszukiwaniu analogowej magii w cyfrowym świecie

2018

14. 「未来のミライ」

mirai reż. mamoru hosoda

fantazyjne rozwinięcie idei, że wszystko jest wszystkim — świat nie kończy się na nas samych, ale to się świetnie składa, bo możemy korzystać z doświadczeń innych i pomagać im własnymi; dydaktyzm i powtarzalność równoważą pierwszorzędna realizacja, dbałość o najdrobniejsze detale i znakomite piosenki tatsuro yamashity

2018

13. лето

lato reż. kiriłł sieriebriennikow

sieriebriennikow doskonale uchwycił istotę młodości, przedstawiając początki grupy kino w formie radzieckiego musicalu, czerpiącego garściami z tkanki kulturowej zachodu, ale zgoła inaczej niż hollywood

2018

12. the favourite

faworyta reż. jorgos lantimos

lanthimos zakłada kinu kostiumowemu własną maskę — kunsztownej realizacji i błyskotliwej intrygi; miłośnicy „amadeusza” i „lyndona” będą zachwyceni, a ja ściskam kciuki za oscary, bo w tym kontekście byłby to najgodniejszy wybór

2018

11. girl

reż. lukas dhont

wstrząsa wymagającą determinacji przeprawą głównej bohaterki, wycieńcza namacalnością bezwzględnej fizyczności, a na koniec miesza wszystkie tropy jedną sceną

2018

10. 버닝

płomienie reż. chang-dong lee

przeciągnięte wprowadzenie rekompensuje z nawiązką trzymającym w napięciu rozwinięciem, zwłaszcza że urzeczywistnia nim nakreśloną intrygę, do samego końca, nie dając się wytrącić z rytmu; stawia więcej pytań, niż podaje odpowiedzi, czym prowokuje i fascynuje

2018

9. won’t you be my neighbor?

reż. morgan neville

półtoragodzinna dawka uderzeniowa dobra instant; już samo obcowanie z fredem rogersem sprawia, że człowiek staje się bardziej empatyczny; laurka, ale zasłużona

2018

8. dogman

reż. matteo garrone

jeden z najbardziej fascynujących i najczęściej dyskutowanych filmów roku; dobre serce bohatera ewoluuje tu w oczach widza kolejno w naiwność, bezradność, głupotę, ale na tym nie poprzestaje, przechodząc w perwersyjne studium bezsensu.

2018

7. den skyldige

winni reż. gustav möller

pierwszorzędny thriller osadzony na wielu połączonych ze sobą planach, angażujący wyobraźnię widza dzięki fantastycznej pracy dźwiękowców i brawurowej roli jednego aktora.

2018

6. blackkklansman

czarne bractwo reż. spike lee

spike’a lee nieoczekiwany powrót do formy; umiejętnie łączy niełatwy temat dyskryminacji rasowej z absolutnie odjechaną fabułą pełną mięsistego humoru i jakże potrzebną dzisiaj nam wszystkim refleksją

2018

5. private life

życie prywatne reż. tamara jenkins

intymny, ale życiowy temat przedstawiony z wyczuciem, zrozumieniem, inteligencją, humorem; w bezpiecznej odległości i od kina niezależnego, i mainstreamu

2018

4. vice

reż. adam mckay

jest w tym wszystkim rozkoszna satyra żonglująca formatami i przerażający dokument o wielkiej polityce naszych czasów; i bale wyglądający jak chevy chase!

2018

3. 「万引き家族」

złodziejaszki reż. hirokazu koreeda

człowiek vs. państwo; koreeda z typowymi dla siebie empatią i ciepłem odpowiada na pytanie, czym jest rodzina — bez wahania i na przekór bezlitosnym biurokratom

2018

2. l’atelier

letnia szkoła życia reż. laurent cantet

w centrum stawia pewną nieokreśloną pustkę, którą trudno wypełnić, lecz ona sama bywa obezwładniająca, i niewysłowiony gniew, który dusi dialog w zarodku.

2018

1. climax

reż. gaspar noé

noé znów elektryzuje; zjada własny ogon, prawda, ale w znakomitym stylu — pełnokrwistym półtoragodzinnym zbiorowym bad tripem doprawionym hipnotyzującym bitem; kino totalne!

Opublikowano

Love yourself, slay like Beyoncé

Love yourself, slay like Beyoncé

We gon’ slay, slay, gon’ slay, okay, we slay, okay

I go hard, get what’s mine, I’m a star, ’cause I slay, I slay — przekonywała w refrenie „Formation”, autorskiej wariacji na stylistyce trap&B, Beyoncé przed trzema laty. I właściwie było to bardziej stwierdzenie stanu faktycznego, niż autokreacja, na której wciąż zwyczajowo budują swoje kariery raperzy, a której funkcja magiczna jest nie tylko we współczesnym popie, ale i w codziennym życiu nie do przecenienia. Wie o tym także Kelly Rowland, która całe swoje życie spędziła w cieniu Knowles, by po wielu życiowych perturbacjach wyspowiadać się ze swoich prawdziwych uczuć w najmocniejszym utworze własnej dyskografii „Dirty Laundry” dopiero w 2013 roku. Nie ona jedna zamyka życiowe rozdziały przy pomocy muzyki. W uzależniająco bujającym „Coconut Oil” Lizzo, dobry duch współczesnego hip-hop soulu, autoterapeutycznie wyznaje I remember back, back in school when I wasn’t cool, shit, I still ain’t cool, but you better make some room for me, by całość zwieńczyć jednym z najbardziej świadomych refrenów w R&B ostatnich lat — If I knew then what I know now I’d give myself a souvenir for old times’ sake ’cause I got all that I need here and I’m good. Z dawnymi demonami mierzy się także Janelle Monáe w „I Like That”I remember when you called me weird, we was in math class, third row, I was sitting by you i siłą rzeczy dochodzi o podobnych wniosków But even back then with the tears in my eyes I always knew I was the shit. India.Arie empatycznie, niebanalnie i z przekonaniem zapewnia w „I Am Not My Hair”, jednym ze swoich najlepszych utworów, że to nie wygląd i nie to, jak widzą nas inni, decyduje o tym, kim naprawdę jesteśmy — I am not my hair, I am not this skin, I am not your expectations, I am a soul that lives within, K.Flay z kolei nie ma wątpliwości, że mimo przeciwności zawsze warto mierzyć wyżej — This one goes out to all the dreamers at sea, this life is only what you want it to be („Dreamers”). Pod wpływem impulsu i powracającej autorefleksji wybrałem dwanaście utworów wokalistek soul i R&B, z których każda ma swój przepis na osiągnięcie wewnętrznej harmonii. To niespełna 50 minut soulowej autoterapii bez ironii i trywializacji — miłość własna jest w końcu warunkiem miłości do drugiego człowieka (a zatem wszystkich ludzi). Love yourself, slay like Beyoncé!

Opublikowano

Ponadpokoleniowa bańka estetyczna

ja

Golden Hour

Dziś rano usłyszałem w wiadomościach Radia RAM krótkie podsumowanie wczorajszych Grammy, w którym największym zwycięzcą okrzyknięto Childisha Gambino, którego zresztą chwilę wcześniej grano. O Kacey Musgraves, która nie tylko zdobyła tyle samo statuetek, co Glover, ale zgarnęła tę najważniejszą — za album roku, w ogóle nie wspomniano. Okazała się zbyt egzotyczna zarówno dla prezenterki, która skupiła się na niepołamaniu sobie języka na pseudonimie Cardi (czy też Carli?) B, jak i dla polskiego słuchacza, który na sam widok słowa country owija się uszami dookoła głowy, bo to przecież takie amerykańskie disco polo. Wyjątkiem jest oczywiście Johnny Cash coverujący Nine Inch Nails — to prawdziwe i głębokie, no ale Johnny Cash był tylko jeden — i ewentualnie Shania Twain, bo fajnie się pląsa na weselach i studniówkach do „Man! I Feel Like a Woman”. Przy takiej dylogii akceptowanych wyjątków Musgraves wydaje się wyjątkowo niewygodna. Z jednej strony przez cały zeszły rok nie dało się jej nigdzie u nas zmieścić przez ten stygmat country właśnie, z drugiej zaś okazuje się, że na jej ostatniej płycie tak skutecznie marginalizowana countrypopowa tkanka (wraz z błyskotliwym, ale nienachalnym songwritingiem Musgraves) została przefiltrowana przez 90-sową softrockowo-dreampopową produkcję i w efekcie tego powstał pop, który powinien być wyjątkowo blisko słuchacza. Pop, który z radia powinien przywędrować na jego plejlistę i dopiero tam się zadomowić, tę przestrzeń wypełnić jakością i treścią. Problem w tym, że on do naszego słuchacza nie dotrze — to nowy rozdział tej samej bańki estetycznej, przez którą całe pokolenie naszych rodzimych słuchaczy uważa Pink Floyd za synonim dobrej muzyki, a o The Velvet Underground nigdy nie słyszało. Nie usłyszycie też dzisiaj Musgraves w naszym radiu, chociaż powinniście, dlatego jeszcze polecam ją tutaj — to ciepła, bezpretensjonalna, ale zrobiona z wyobraźnią płyta, w której można zatopić się w poszukiwaniu ukojenia, gdy za oknem pada i wieje.

Opublikowano

Małe walczyki

ja

czyż nie dobija się koni

Jeszcze w latach 60. na płytach wydawanych przez Polskie Nagrania, ale i na niektórych amerykańskich krążkach, oprócz tytułu, wykonawcy (zwykle w postaci solisty, orkiestry i dyrygenta), tekściarza i kompozytora pojawiało się właściwe muzyce tanecznej oznaczenie. Słuchacz wiedział więc zawczasu, czy słucha twista, tanga, samby, rumby, mamba, fokstrota czy walca. Zastanawiałem się wielokrotnie, choć raczej mimowolnie niż w ramach jakichś bardziej uporządkowanych rozmyślań, nad zasadnością umieszczania tego typu informacji — być może był ku temu jakiś szczególny powód, myślałem. Ale jako że nie trafiłem na żadne opracowanie, postanowiłem przyjąć najprostsze wyjaśnienie — to rozróżnienie stosowane w analogii do muzyki klasycznej — wydawanej na dużych płytach znacznie wcześniej od rozrywkowej — stanowiącej więc naturalny punkt wyjścia. Natomiast dziś te wówczas suche oznaczenia muszą budzić wyobraźnię. Cóż to był za świat? Czy faktycznie tańczono do tych płyt fokstroty i tanga? I wreszcie — gdzie te walce, twisty, samby ukryły się współcześnie? Że dziś pop tworzy się inaczej, że z klasycznych schematów korzysta się z większą dowolnością, a kompozytorów, dyrygentów i całe orkiestry zastąpili producenci, nie trzeba nikomu tłumaczyć. Niemniej wciąż do tych sprawdzonych formuł się wraca i są one w stanie całkiem nieźle obronić się i w radiu, i na płytach. Żaden z tych kontekstów nie jest jednak dla meritum tego wpisu szczególnie istotny.

Nigdy nie tańczyłem. Nie że w klubach, na festiwalach, weselach. Na ulicy w deszczu i w supermarkecie między mrożonkami. To oczywiście! Ale tak naprawdę, żeby ktoś mi pokazywał kroki, tłumaczył jak interpretować nimi rytm, kreował układy i wyznaczał role. Wszystko to zawsze było dla mnie spontaniczne, naturalne, ale też do pewnego stopnia niezdarne, może nawet zupełnie nie tak. Jedyna próba uporządkowania tej amatorszczyzny zakończyła się dla mnie przytłaczającym zwątpieniem. Z perspektywy czasu myślę, że zabrakło mi w tym wszystkim jednak przede wszystkim muzyki, która rozwiązałaby moje poplątane kroki. Jakkolwiek zdarzało mi się wyczuć rock & rolla, nosiła mnie samba i szanuję tango, na dnie mojego serca gra sobie skromny walczyk, a ja, jak Joanna Newsom w klipie do „Sapokanikan”, sunę ulicą nieśmiało bujając się, dygając i podrygując. Dopiero niedawno postanowiłem te melodie rozsiane po kilkunastu latach mojej płytoteki zacząć zbierać w jednym miejscu — tym samym, gdy tylko namierzę kandydata na kameralny walczyk, próbuję naraz wcisnąć go do mojego niewielkiego zbioru. Jeśli się zmieści, znaczy, że w istocie pasuje. Ton zbiorowi nadało być może najbardziej niedocenione nagranie w katalogu Kacey Musgraves, odkryte przeze mnie ponownie na końcu jej drugiej płyty w zeszłym roku — jeden z tych utworów, które otwarcie mamią słuchacza fałszywym poczuciem bezpieczeństwa, a jednocześnie dają mu możliwość wypełnienia wszystkich pęknięć i wątpliwości szczerą intymnością. Choć taki był klucz, nie wszystkie moje małe walczyki mają podobną wymowę — są refleksje nad utraconą miłością („For the Good Times”, „Dreaming My Dreams With You”), przepracowywanie kryzysów („Through the Dark”) czy pożegnań („Riding for the Feeling”), jest o nadziei na miłość („Dear Someone”) i lepsze życie („Daughters”), o doświadczeniu przemocy („Star Witness”) i o tym, że wszystko jest wszystkim („Stories Don’t End”). Są też wiekowe utwory, które się nie starzeją („Quicksilver Daydreams of Maria”), a wszystko pieczętuje rubaszny Bob Dylan śpiewający Hanka Williamsa. Taka moja mała bezpieczna przystań, w której kroki same się znajdują.

Opublikowano

błękitne niebo jaskini

ja

dłonie siergieja obrazcowa

niepewnie i po cichu
naszkicowałem bezbarwną kredą własny portret

w przybranym niedbale czernią dostojnym gmachu
nieopatrznie zacząłem łączyć ze sobą w kontur rozsiane po zakamarkach kropki
— białe i czerwone plamy na pogniecionym trenie

ukłuty nagłą refleksją
stanąłem zasnuty
złapany w pokornej ciszy

lecz kropek przybywało,
a czym dłużej im się przyglądałem, tym bardziej bezbarwny kontur pęczniał wydatną czerwienią
jego rys raptownie ożył, a ja zamarłem

czy gdy wyswobodzę się z objęć tej śmierci, która mnie pojmała,
rozpoznam w jej rysach siebie i zniosę wreszcie widok własnej twarzy,
czy znów w wyparciu spuszczę wzrok
niepewnie i po cichu