Opublikowano

Jesienna sonata

ja

plansza tytułowa

Można szczerze uronić łzę z bezsilności nad tym, jak świat przepoczwarza się nieodwracalnie na naszych oczach. Można na spokojnie spojrzeć w lustro, ocenić ilość siwych włosów, głębokość zmarszczek, stan uzębienia, przeliczyć sobie na nowo, ile jeszcze trzeba będzie spłacać kredyt. Można rzucić wszystko lub wszystkim, beztrosko wyjść na spacer, popatrzeć, jak wiatr znowu zrywa liście z drzew. Można wreszcie wstawać rano, a wieczorem chodzić spać, jeść regularne posiłki i ubierać się schludnie, nie spóźniać się do pracy, nie nudzić się w weekend, w poniedziałek kupić sobie parę butów na wyprzedaży, na środę umówić się do fryzjera na podcięcie włosów, bo znów odrosły, a w piątek wybrać się do kina na kolejny nowy film, który grają, bo co piątek grają coś nowego.

Opublikowano

(…) skąd brać czas i pieniądze, kiedy gra się na trąbce

ja

niezatytułowany rothko

na wzór twój i podobieństwo
nakreśliłem bezbarwną kredą własny portret

z przyzwyczajenia
sięgnąłem po zwisający luźno koniec
związałem go z drugim w kształtną pętelkę

niezmordowany w doraźności
w ułudzie spełnienia wyłupywałem kolejne paradoksy
oczy z łupin i łupiny w oczach

zaprosiłem siebie samego do tańca
prowadziłem
i mnie prowadzono
nim poplątane kroki złożyły się do modlitwy
o sposobność rozwiązania

Opublikowano

Stoicyzm

Wywróciliśmy w ostatniej audycji Soulbowl z Mają format programu do góry nogami, punkt ciężkości przenieśliśmy z muzyki na filozofię, a wszystko to w ramach trwającego od poniedziałku corocznego międzynarodowego tygodnia stoicyzmu. Chyba trochę przeszacowaliśmy, a przynajmniej ja, nasze możliwości antenowe, ale nic to — poopowiadaliśmy przez godzinę o systemie idei, który pełniej niż wiele bliższych nam kulturowo w Polsce założeń realizuje esencję wszechrzeczy, wykazując roztropnie, że wszystko jest wszystkim. Choćby dlatego warto się nad stoicyzmem pochylić, dać szansę nie tyle jemu, co sobie — na lepsze i szczęśliwsze życie — przez uporządkowanie zależności między elementami wszechświata, bo to w zasadzie robi stoicyzm — pokazuje sposoby łączenia rzeczy (które będą się działy, czy chcemy tego, czy nie, bo leży to w ich naturze, o czym ładnie śpiewała w bardzo stoickiej piosence przed trzema laty grupa Dawes) z naszym ich widzeniem. W programie szukamy wartości i refleksji stoickich w tekstach utworów i przybliżamy ideę współczesnego stoicyzmu. Jest więc przede wszystkim o szczęściu, podejmowaniu decyzji życiowych i różnicach między rzeczami, które od nas zależą i tymi, które nie. Po więcej odsyłam do Sztuki życia według stoików Piotra Stankiewicza.

Opublikowano

Z miejską poezją na ustach, jazzem w sercu i soulem na dłoni

Pamiętam, że gdy przed dwoma laty podczas rutynowego przesłuchiwania polecanych premier płytowych pierwszy raz sięgnąłem po Telefone Noname, od samego początku poczułem od tego krążka magnetyczny vibe, który, możecie mi nie wierzyć, w tej czy innej formie towarzyszy mi do dziś na co dzień. A stało się to w momencie, kiedy pod wrażeniem pewnej świadomości swoich gustów i tego, co aktualnie dzieje się w muzyce, oddzielałem hip hop od soulu coraz grubszą kreską. Była to zresztą pewna kalkulacja — wydawało mi się bowiem wówczas, że już nic w muzyce nie jest w stanie mnie nawet nie tyle zaskoczyć, co zająć i zafascynować tak, jak za szczenięcych lat. Ale wtedy właśnie, jeszcze zupełnie nieświadomy co czynię, włączyłem Telefone i z czasem całe to moje błędne postrzeganie własnej dojrzałości w kategoriach romantycznego wyczerpania rozeszło się po kościach.

Parafrazując brutalny refren Morrisseya z „Panic” — jaką wartość ostatecznie mogą mieć dla mnie piosenki, które nie mówią mi niczego o moim życiu? I owszem, doświadczenia mogą być odmienne, historie mogą być dalekie, ale sam sposób ujmowania rzeczywistości słowami, dostrzegania detali i nadawania im znaczenia musiał sprawić, że świat Noname zrósł się z moim własnym. Dzięki temu sam zacząłem przyglądać się swojemu życiu z nieco innej perspektywy, a to powiedziało mi wiele o sobie samym. Nie bez znaczenia było oczywiście to, jak przytulnym Noname z Cam O’bim, Sabą (i całą tą fantastyczną grupą nowych hiphopowych wizjonerów) uczynili swoją wizję rapu (ubierając go w szyty na miarę neo-soulowy płaszcz, podobny temu, którym rok później okrył się też Tyler, the Creator), ale w centrum tego przedziwnego (zwłaszcza wtedy dla mnie) procesu bezdyskusyjnie stała wrażliwość raperki. Szczerość, elokwencja, bezkompromisowość wobec bezlitosnych dla wielu trendów i pewna pozwalająca na oddech prostolinijność ze slamowym rodowodem dopełniły dzieła. Wydane właśnie Room 25 to piękne przedłużenie tamtego krążka, tamtych myśli i tamtej stylistyki. O ile jednak Telefone stanowiło zamknięty i uporządkowany zapis okresu wyrastania z młodzieńczości, o tyle drugi album Noname jest dojrzalszy i bardziej otwarty, i formalnie, i tematycznie.

Sama raperka z typową dla siebie szczerością wyznała gdzieś w zamieszaniu dookoła płyty, że musiała tę płytę nagrać, by spłacić zobowiązania finansowe i zdobyć materiał na kolejną trasę — zupełnie inaczej niż w przypadku rodzącego się własnym tempem w ponad 3-letnim procesie kreatywnego poszukiwania i docierania się Telefone. Diametralnie zmieniło się też życie Noname — przeprowadzka do Los Angeles, rosnące zainteresowanie publiki, pierwsze doświadczenia seksualne musiały znaleźć odzwierciedlenie na Room 25. Jest to więc kontynuacja w takim samym sensie, w jakim kolejny dzień, tydzień, miesiąc, rok jest kontynuacją poprzedniego. Pojawiły się więc w ustach raperki soczyste przekleństwa, czasem rzucane z kokieteryjną ironią, jak w rozpoczynającym, krążek półutworze „Self” (najbliższym zresztą stylistycznie rozmarzonemu neo-soulowemu brzmieniu Telefone), innym razem otwierające nową tematyczną przestrzeń (jak w feministycznie naładowanym „Window”). Flow Noname z jednej strony stało się bardziej beztroskie czy nawet wolniejsze w znaczeniu właściwym dla wolnej poezji, z drugiej momentami zdystansowane, mumblecore’owo wycofane, w innych miejscach dosadniejsze i fizycznie szybsze — pod tym względem Noname jest na Room 25 znacznie bardziej wszechstronną raperką niż na płynącym jednak równym tempem debiucie. Najwyraźniejszą zmianą jest jednak okołohiphopowy produkcyjny anturaż — tam gdzie Telefone rozpływało się w neo-soulu, Room 25 zanurza się w jazzie. I czyni to równie wielowymiarowo. I nie chodzi nawet o dobór odcieni jazzu, które stały się budulcem krążka, choć niewątpliwie też, ale o samą strukturę płyty zrealizowaną w zgodzie z regularnie przewijającym się w tekstach mottem artystki — „everything is everything”.

I tak oto wszystkie elementy wywierają wpływ na siebie nawzajem. Nie ma rzeczy bez związku, bo samo jej istnienie implikuje przecież związki. I tak oto w błyskotliwym, zaangażowanym we wciąż żywą sprawę nierówności czarnoskórych „Blaxploitation” zamiast refrenu słyszymy fragmenty ścieżek dialogowych klasycznych filmów gatunku z tytułu utworu. Z kolei „Prayer Song” czy wspomniane „Window” rozpoczynają się w stylu dawnych kompozycji wokalnego jazzu niejako od drugich zwrotek po długich instrumentalnych wstępach — każde jednak na swój sposób — w pierwszym przypadku korzenie są wyraźnie nu-jazzowe, w drugim zaś kameralny plumkająco-bulgoczący bit podbudowują najpierw smyczki Matta Jonesa, a następnie pożyczone z bossa novy perkusjonalia. Ta muzyka żyje na wielu poziomach, wychodzi poza proste hiphopowe patenty, umyka linearnej narracji i pomimo tego, że bierze na warsztat sprawdzone, niekiedy wręcz klasyczne środki (jak chociażby wspomniane filmowe smyczki, które w jakimś stopniu podkreślają odrębność uniwersum Room 25 od brzmienia Telefone), zestawia je adekwatnie w świeżych konfiguracjach. Nie ucieka od konwencji, ale nie popada w odtwórczość czy twórczy marazm. I znów — zgodnie z maksymą, że „everything is everything” inspiruje się, by inspirować, czerpie z wielu konwencji, by naturalnie stworzyć własną. Słychać to dobitnie w skąpanym w świetliście psychodelicznych, przestrzennie ewoluujących syntezatorach „Regal” zbudowanym na przekór sztuce z dwóch rapowanych quasirefrenów wokół jednej krótkiej zwrotki.

Pomimo fenomenalnych rezultatów współpracy producenckiej z Sabą i Cam O’bim na Telefone, tym razem kreatywną kontrolą nad brzmieniem Noname dzieli się z innym stałym współpracownikiem — Phoelixem, co stylistycznie przełożyło się na pewne nowe otwarcie. Sygnaturowy vibe Cam O’biego pobrzmiewa co prawda w chełpliwym „Ace” jednoczącym The Goat Trio w pełnym składzie, ale nonszalancka bossa nova w zasilonym przez Ravyn Lenae „Montego Bae” czy jazzowa perkusja w „Part of Me” nie mogłyby stać się udziałem poprzedniego krążka. „I have to focus on the part of me that I’m trying to be, I can’t pretend I’m not myself” — śpiewa w natchnionym, oczyszczającym refrenie tego ostatniego Phoelix, zbliżając się możliwie najbliżej do istoty rzeczy.

Room 25 porusza szereg rozmaitych tematów, w których centrum w dalszym ciągu stoi sama Noname i jej życie. Punkt ciężkości płynnie przeniesiono więc na Room 25 (tytułem jasno zresztą nawiązującym do kryzysu wieku młodego) z wyrastania z młodzieńczości na wchodzenie w dorosłość i poszukiwanie własnej tożsamości. I ja sam nie bez przyczyny rozpocząłem ten tekst od opisu swoich własnych doświadczeń z poprzednią płytą raperki (czego zwykle tak bezpośrednio nie czynię). Przed odsłuchem Room 25 moją główną wątpliwością względem tego krążka nie było bowiem ani to, czy Noname nadal będzie kreślić swoje wersy jak poezję, ani czy wokale w refrenach będą harmonizowały równie kojąco jak wcześniej. Zastanawiałem się, czy odnajdę w tym życiowym zakręcie Noname coś na tyle prawdziwego, że znajdę w tym paliwo dla siebie — złapany na mimowolnym odczuciu strachu przed tym, że ktoś bliski, kto wyjechał bardzo daleko, wyślizgnie się na dobre z mojego życia. Irracjonalnym, bo oto Noname wciąż stoi przecież przede mną rześka i bliska — z miejską poezją na ustach, jazzem w sercu i soulem na dłoni.

Oryginalnie tekst ukazał się w serwisie Soulbowl.

Opublikowano

Płyty, które mnie stworzyły

hi, hello

kolejny autoportret schielego, a co!

Czasem wydaję się, myślę, trochę takim strasznym typem, do którego trzeba podchodzić z jakimś kijem za pazuchą, bo nie wiadomo, czy się nie zacznie rzucać bez powodu. Choć są też pewnie i tacy, którzy myślą, że w ukryciu prasuję papierki po cukierkach i układam w równe stosy. Tymczasem swego czasu, gdy po fejsbuku grasowały stadnie zabawy łańcuszkowe prostolinijnie marzyłem w skrytości, żeby mnie ktoś nominował. Niekoniecznie do wylania sobie na głowę wiadra z lodem, a bardziej do napisania czegoś w zaproponowanym temacie — wymienienia dziesięciu ulubionych ryb słodkowodnych, rodzajów selera, kolorów skarpetek. Ktoś ten wówczas odniósłby się i karuzela ulotnego zainteresowania objęłaby mnie przez chwilę zasięgiem swych ramion. Tak się jednak nie stało, aż do zeszłego tygodnia, kiedy już od lat byłem pogodzony z druzgocącą myślą, że gry łańcuszkowe w mediach społecznościowych są reliktem przeszłości podobnym grom w kulki, ciuciubabkę czy karty (o ile nie jest to prawdziwy, męski, prężący muskuły poker o pokaźne sumy, znaczy się). Tymczasem poproszono mnie, bym wybrał 10 płyt, które znacząco wpłynęły na mój gust muzyczny i zadania tego z niekrytą chęcią się podejmę, z jednoczesną obietnicą, że postaram się zwięźle i bardziej o muzyce niż o sobie samym. Miało być też chronologicznie, potem trochę pomieszałem.

płyta

Pięć Oceanów: Piosenki Agnieszki Osieckiej 1962-1997

Wkrótce po tym, gdy w 1997 zmarła Agnieszka Osiecka, Polskie Radio w porozumieniu z Agatą Passent postanowiło na pięciu płytach wydać antologię piosenek z tekstami poetki — to do dziś zresztą najbardziej kompletny przegląd jej twórczości w tej formie i barwny przekrój tej części polskiej estrady o poetyckich inklinacjach. Tak się jakoś zbiegło, że ja akurat wkrótce szedłem do pierwszej komunii i moja babcia, kobieta, która przez całe swoje życie niezwykłą wagę przykładała do kultury sensu largo, jako dodatek do głównego prezentu — wieży stereofonicznej — dołączyła celem mojej muzycznej i literackiej edukacji ten wielopłytowy boks. Jako ośmiolatek bez własnego gustu wychowywany na MTV nie byłem wcale tym prezentem zachwycony. Wymagał ode mnie znacznie więcej dojrzałości, osłuchania i wyczucia, niż w tamtym czasie mogłem mu dać, nawet gdybym skierował w tym kierunku wszystkie swoje wysiłki. Z braku innych opcji słuchałem jednak tych płyt, ale nawet częściej sięgali po nie moi rodzice — co czynią zresztą do dziś. Tym samym mój dom rodzinny brzmiał Osiecką i takim go zapamiętam. Ja sam wróciłem do tych płyt na pierwszym roku studiów, kiedy uważniej zacząłem interesować się historią polskiej piosenki. Wiele z tych utworów do dziś znam na pamięć i podróżują ze mną nie tylko jako kolejne numery na plejlistach, ale w głowie i na ustach zawsze wtedy, gdy zabraknie mi słuchawek, odtwarzacza lub możliwości, by ich użyć. (♪ „Mój pierwszy bal”)

Aquarius grupy Aqua

Za sprawą przerysowanego letniego hitu „Barbie Girl” duńska grupa Aqua stała się na krótką chwilę międzynarodową popową sensacją. Dla ośmiolatka, który ten bajkowy świat, gdzie akcję swoich piosenek osadził zespół, traktował bardzo poważnie, musiało być to pierwsze istotne przymierze z popkulturą. Był to jednocześnie też pierwszy samodzielny krytyczny osąd, bo choć druga płyta grupy nie została przyjęta przez szeroką publikę z uwagą, jaką poświęcono debiutowi, ja sam nie miałem wątpliwości, że Aquarius był od poprzednika lepszy — nie tracił nic z plastyczności debiutu, a orkiestrowe aranżacje dodawały disneyowskiego splendoru. Uczta dla dziecięcej wyobraźni! Teraz niekoniecznie jestem przekonany o wyższości tego krążka — Aquarium miało chyba koniec końców o kilka lepszych melodii więcej, ale „Cartoon Heroes” i „Back From Mars” z Aquariusa to czołówka tego, co grupa kiedykolwiek zrobiła. Nie ma mowy o guilty pleasure, zwłaszcza jeśli wiemy już, że gdyby nie Aqua, najpewniej nie byłoby bubblegum bassu, jaki znamy. (♪ „Back From Mars”)

The Miseducation of Lauryn Hill

To płyta, która nauczyła mnie czuć muzykę. Pokazała mi, jak może przeszywać na wskroś, penetrować i wypełniać, zostawiać po sobie ślad. Wykształciła we mnie pewien zdrowy zmysł, że oto w centrum dobrego życia musi być miejsce i na radość, i na smutek. Ta słodko-gorzka, bardzo życiowa mieszanka stojąca w jej centrum; lekcja, na którą sama Lauryn Hill zaspała, była przysposobieniem dla mnie. O moim związku z muzyką Hill pisałem szerzej tutaj w wigilię 20-lecia płyty. (♪ „I Used to Love Him”)

płyta

Pet Sounds i bootlegi SMiLE Beach Boysów

Początek mojej przygody z Beach Boysami przypada na 2004 rok i seans 50 pierwszych randek z Sandlerem i Barrymore, gdzie w jednej ze scen usłyszałem po raz pierwszy „Wouldn’t It Be Nice”, w ciągu chwili odkrywając całe połacie muzyki, skrojonej, o czym już wtedy byłem przekonany, idealnie dla mnie, a o którym jednak nie miałem dotąd pojęcia. Droga do Pet Sounds wiodła oczywiście przez te wszystkie wczesne surfrockowe nagrania z ich katalogu i potrzebowałem kilku dobrych lat, żeby sam dla siebie odkryć ten nieuświadomiony fenomen. Jak się okazało, było co odkrywać.

„Nikt nie może powiedzieć, że jest wyedukowany muzycznie, dopóki nie pozna Pet Sounds” — miał powiedzieć o wydanym w 1966 roku krążku Beach Boysów Paul McCartney. Jego nazwisko w kontekście płyty pada zresztą nieprzypadkowo, jako że jednym z głównym motorów napędowych Briana Wilsona, lidera The Beach Boys, przy tworzeniu Pet Sounds był wydany rok wcześniej Rubber Soul Beatlesów. Wilson zdał sobie wówczas sprawę, że płyty pop można nagrywać zupełnie inaczej. Wycofał się z koncertowania z zespołem, by skupić się na sferze kompozycyjnej nowego krążka. Za cel obrał sobie nagranie najwspanialszej płyty w historii rocka, co zresztą pośrednio udało mu się zrealizować. Pet Sounds 50 lat po premierze wciąż pozostaje trzonem kanonu rock & rolla ze względu na niezwykłą dbałość o szczegóły — wykorzystanie technik kompozytorskich znanych z muzyki klasycznej, a niestosowanych dotychczas w rozrywce oraz niezwykłego jak na owe czasy instrumentarium inkorporującego w bogate harmonicznie kompozycje smyczki, klawesyn, akordeon, theremin, szerokie spektrum rozmaitych instrumentów dętych i perkusjonaliów, a także rozliczne efekty muzyki konkretnej. Efektem jest nieco ponad 35-minutowy idealnie wyważony i pozbawiony wypełniaczy kameralny album osadzony gdzieś pomiędzy między szczerą, naiwną radością a bezdennym smutkiem. (♪ „I Just Wasn’t Made for These Times”)

Inaczej sprawa miała się ze SMiLE, które od samego początku stanowiło dla mnie osobiste i pełnowymiarowe przeżycie, w dużej mierze dlatego, że krążek faktycznie owiany był legendą. Przez 45 lat, aż do wydania najbardziej możliwej kompletnej wersji projektu w listopadzie 2011 roku, był powszechnie uznawany za najsłynniejszy niewydany album w historii rock & rolla. W 1966 Wilson podjął się niemożliwego — postanowił stworzyć wielotematyczną koncepcyjną płytę w równych proporcjach łączącą pop i awangardę, stosując przy nagraniach złożone, czasochłonne i kosztowne metody inżynieryjne. Wydanie krążka realizowanego przez Wilsona właściwie bez udziału kolegów z zespołu we współpracy z abstrakcyjnym tekściarzem Vanem Dyke’m Parksem ostatecznie zostało zawieszone, a złożyło się na to wiele czynników. Przez lata fani skompilowali wiele nieoficjalnych bootlegów SMiLE zasadniczo różniących się między sobą. Wszystko to sprawiało, że właściwie można było samemu poczuć się częścią otwartej, żyjącej własnym życiem „nastoletniej symfonii do Boga” i dowolnie skompilować jej własną wersję (o co zresztą też się pokusiłem). Myślę, że najważniejszym, co dało mi obcowanie ze SMiLE, było pewne bardzo realne doznanie czegoś pięknego i nie do końca namacalnego zaprojektowane niemal wyłącznie przy pomocy dźwięku. (♪ „Surf’s Up”)

płyta

Voodoo D’Angelo i Merriweather Post Pavilion Animal Collective

Nie ma oczywiście niczego złego w miłości od pierwszego wejrzenia, ale to związki, które stanowią pewne wyzwanie i trzeba włożyć w nie więcej wysiłku, a czasem wręcz wykształcić w sobie instrumenty poznawcze, by zyskać nowe zrozumienie, odciskają się mocniej w człowieku. Podobnie jest z płytami — jedynie te, które wymagają od słuchacza woli walki i zaangażowania, kształtują koniec końców jego gusta. Zarówno Voodoo D’Angelo, jak i Merriweather Post Pavilion odegrały w moim życiu taką gustotwórczą rolę. W przypadku tej pierwszej, że warto inwestować w nią czas i siły, wstępnie podpowiedzieli mi starsi soulowi braci i siostry, ale koniec końców to sam krążek długo jawił mi się jako nieprzenikniony, testując moją cierpliwość i intuicję. W okresie intensywnego poznawania neo-soulowej spuścizny, w sąsiedztwie klasycznych płyt Eryki Badu czy Maxwella tylko Voodoo stawiało opór i tylko ono przetrwało w mojej płytotece próbę czasu — jako szczytowe osiągnięcie Soulquarians, ale przede wszystkim krążek redefiniujący postrzeganie muzyki w oderwaniu od gatunkowych etykietek (choroby zawodowej aspirującego krytyka) i ujmujący w nowe środki emocje i uczucia, dla których wcześniej nie mogło być ujścia. Merriweather Post Pavilion odegrało paralelną rolę kilka lat później — było raczej testem niezala, swoistym rytuałem przejścia na niezbadanym wcześniej gruncie, ale też płytą, która w swojej płynnej pangatunkowości musiała frapować, fascynować i inspirować. (♪ „Spanish Joint”, ♪ „Also Frightened”)

channel ORANGE Franka Oceana

Myślę, że gdyby nie Frank Ocean, zabrakłoby mi we współczesnym popie kotwicy, by nie odfrunąć zbyt daleko. O ile nostalgia,ultra była skrojona na tyle zręcznie i kompaktowo wewnątrz funkcjonującego już schematu płyty R&B, by od progu ująć w miarę osłuchanego odbiorcę, o tyle już kolejne krążki Oceana miały w sobie element wyzwania i tajemnicy — formalnie, tematycznie i emocjonalnie. Jestem przekonany, że jeśli ktoś nagrywa współcześnie rzeczy ważne (bliskie), to jest to właśnie Frank Ocean. Wiem też, że bez tej płyty R&B nie byłoby takie jak dziś, stałoby się dla mnie być może raczej rodzajem inżynieryjnie sprawnej skorupy, a i ja nie byłbym takim samym Kurtkiem. Więcej tutaj. (♪ „Pink Matter”)

płyta

„Święto wiosny” Strawińskiego i Kwartety smyczkowe Schoenberga

Być może słyszeliście te przypowieści o tym, że po premierze Święta wiosny wywiązała się potworna awantura — rzucano krzesłami, wyrywano sobie włosy z głowy, wzywano do ekskomuniki kompozytora itp. To utwór, który symbolicznie i faktycznie zrównał z ziemią idee romantyczne i rozpoczął nową erę myślenia o muzyce. Świadomie po Strawińskiego sięgnąłem dopiero na studiach, ale oczywiście znałem od dziecka kolejne pasaże baletu, bo stopiły się z popkulturą tak, że można je bez strachu przedstawiać i nie budzą już niczyjego sprzeciwu. Co więcej — podskórnie sieją ferment i rozkosznie podsycają bunt przeciw staremu porządkowi wciąż de facto wiodącemu prym w masowym postrzeganiu muzyki. Obcowanie ze Świętem wiosny nie mogło zatem mnie nie dotknąć, wyrosłem wszak na buntownika. (♪ „Święto wiosny”)

„Kocham muzykę. Schoenberg zniszczył mi życie” — znalazłem to gdzieś kiedyś w sieci i wryło mi się w pamięć do tego stopnia, że przyjąłem jako własne już po tym, jak Schoenberg faktycznie zniszczył wizję muzyki, którą kochałem. Nie całkowicie rzecz jasna, nie jestem bowiem totalistą [pun intended]. Niezmiennie bawi mnie wciąż natomiast akademicki strach, czy może raczej wstręt, przed Schoenbergiem, który to niewątpliwie napędził moją ciekawość i sprawił, że musiałem temu odrażającemu drabowi przyjrzeć się bliżej osobiście — możliwie jak najdokładniej. W efekcie tego spotkania Schoenberg nie tylko przesunął dla mnie granice melodyczne, ale też skierował moją uwagę ku muzyce kameralnej jako tej potencjalnie lepiej porządkującej myśli i dobitniej wydobywającej emocje. (♪ „III Kwartet smyczkowy, Op. 30: Moderato”)

Opublikowano

não identificado

ja

sir george campion courthope wymalowany ze swojego fotela
erased lord, pochoir

zalałem czarnym atramentem
nakreślony bezbarwną kredą własny portret

drżącym ruchem mojej lewej ręki
wyłowiłem z toni pojedynczą smugę

zamaszysty gest — obcy i prawdziwy
wydarł się bezgłośnie wewnątrz szkicu

liczyłem własne odbicia dojrzane w źrenicach innych
i kroki pomiędzy każdym z nich
a tym, które wciąż naiwnie miałem za własne

miarowo miąłem piętrzące się bezrozumnie atrybuty i artefakty

odszedłem dalej,
bezwiednie brocząc atramentem

Opublikowano

The Miseducation of Kurtek Lewski

hill

The Miseducation of Lauryn Hill to płyta, która nauczyła mnie czuć muzykę. Pokazała mi, że muzyka może przeszywać na wskroś, penetrować i wypełniać psyche i zostawiać po sobie ślad. Wykształciła we mnie pewien zdrowy zmysł, że oto w centrum dobrego życia musi być miejsce i na radość, i na smutek. Ta słodko-gorzka, bardzo życiowa mieszanka stojąca w jej centrum; lekcja, na którą sama Lauryn Hill zaspała, była przysposobieniem dla mnie. To pierwsza płyta, którą miałem na winylu, pierwsza, przy której płakałem, pierwsza, której słowa traktowałem osobiście niczym moje własne, pierwsza, która wrosła bezbrzeżnie w mój świat, stając się naturalną ścieżką dźwiękową mojej codzienności. Nie potrafię myśleć o nastoletnim sobie w oderwaniu od Miseducation, ani o Miseducation, nie traktując jej jako części mojej własnej drogi.

Nie pamiętam już, jak to wszystko się zaczęło, ale niewątpliwie miało związek z Fugees. W domu bez kablówki (która byłaby oknem na świat w postaci niemieckiego MTV) w Polsce przed przełomem milenialnym debiutancki krążek Hill musiał być wielkim nieobecnym, podczas gdy „Killing Me Softly” i „Ready or Not” grano wszędzie i bez umiaru. Wokalna ekwilibrystyka Hill w połączeniu z jej nieustraszonym flow musiały budzić podziw. Moje pierwsze wspomnienia związane z odkryciem jej solowej kariery są jednak doszczętnie cyfrowe, niewątpliwie więc o kilka lat późniejsze, choć absolutnie nie spóźnione — Hill dotarła do mnie w samą porę. Samo Miseducation wielokrotnie odkrywane, studiowane z namaszczeniem w rozmaitych kontekstach i perspektywach musiało być dla mnie także bramą do wielkiego klasycznego soulu. Dzięki Hill odkryłem nie tylko Steviego Wondera, ale też nieodżałowaną Arethę, wspaniałego Curtisa, magnetyzującego Sama Cooke’a czy natchnionego Boba Marleya. Ten ostatni dla mnie wciąż najmocniej objawia się jednak w dość odległej mu interpretacji. To była ta właściwa brama do świata nieznanego zupełnie nastoletniemu młokosowi pozbawionemu świadomych kulturalnych wzorców. Dzisiaj myślę, że moi rodzice powinni napisać list z podziękowaniami do Lauryn Hill. Ich syna, gdy wchodził w ten głupi wiek, kiedy na swoich pierwszych idoli zwykle wybiera się największych czubów (w najlepszym razie bełkoczących raperów z wytatuowanymi twarzami; chyba że jest się postacią z filmu któregoś z naśladowców Wesa Andersona — wtedy nie), przyciągnął bez reszty jej niekłamany magnetyzm. Wtedy wydawało mi się to dosyć wstydliwe — na wpół dziwne, na wpół błahe, ale prawda była taka, że jeśli do kogoś z dalekiego świata wielkiej sztuki, poważnej nauki, ważkiej polityki miałem zaufanie, to właśnie do Hill.

misedvinyl
Kurtek z panią Hill

W tym kontekście od lat próbuję bez powodzenia skleić jakiś tekst o Hill, którego podstawą byłyby właśnie zaufanie i zrozumienie. Tak jak zrozumienie — z początku w postaci nieśmiało kiełkującego poczucia, później obezwładniającej pewności, aż w końcu pewnej wygaszonej, enigmatycznej, ale jednak niepodważalnej prawdy — jest podstawą mojej relacji z Hill. Sama artystka nie daje mi jednak sposobności — Miseducation zostało na przestrzeni ostatnich dwóch dekad rozłożone na czynniki pierwsze przez amerykańskich krytyków niezliczoną ilość razy, można mniej lub bardziej świadomie powielać ich myśli, niezbornie układać na nowo, podpisywać się pod nimi własnym nazwiskiem, ale gdy od zawsze zna się na pamięć każdy wers i dźwięk na krążku, trudno o samopoczucie uczciwości takich sądów. Brak świeżej perspektywy, dystansu, przewrotnej myśli kwestionującej zastany ład. A i empatia jako budulec musi zawieść, kiedy wszyscy rozumieją, a w miejscu faktycznej kontry słychać wyłącznie echo unisonu. Próbując nieskładanie zebrać te pulsujące od lat samobieżnie myśli, słucham zresztą MTV Unplugged No. 2.0 z przekonaniem, że oto właśnie muzyka, dla której moje zrozumienie może mieć rzeczywisty sens. W tym kontekście Miseducation przyuczyło mnie do sztuki rozumienia, abym mógł z empatią pojąć Unplugged. Nie było to wynikiem żadnej artystycznej kalkulacji, stało się zupełnie naturalnie — tak jak rodzice, którzy uczą dzieci miłości, by te mogły oddać ją później światu, gdy jest mu najbardziej potrzebna.

Unplugged potrzebowało zrozumienia. Choć Hill w licznych interludiach sama rozwlekle wyjaśniała swoją obecną postawę wobec świata, oszczędna forma, złożone moralnie, emocjonalnie i leksykalnie teksty i wspomniane przerywniki musiały w mniej zdeterminowanym odbiorcy wywołać pewną konsternację. Tym z założenia nieoszlifowanym materiałem Hill połowicznie wybrnęła z klątwy drugiej płyty, która w obliczu bezprecedensowego sukcesu debiutu musiała pochłonąć ją wówczas bez reszty (i to właśnie ta druga połowa). Album, który się wtedy ukazał, nie mógł w swojej niedoskonałości uczciwiej przedstawić nowego emocjonalnego ładu piosenkarki. Ładu w fazie gwałtownej reformacji, ale nie irracjonalnego, sprzecznego u podstaw, kosmicznego ani odległego, a takie właśnie wrażenie można było odnieść po pobieżnym odsłuchu pozbawionym woli zrozumienia. Woli, która może przecież zaprowadzić nas w głąb nas samych, do miejsc, z których istnienia nie mogliśmy zdawać sobie sprawy. Kontakt z prawdziwym artystą obnażonym, przedstawiającym swoją prawdę na skraju (lub w zupełnym oderwaniu od) scenicznej kreacji, musi grozić zrozumieniem jego perspektywy. Unplugged względem Miseducation jest trudną być może, ale obezwładniająco szczerą dokumentacją stawania się — artystycznego oczywiście też, ale przede wszystkim tego człowieczego. Niewątpliwie drzemie w tym samoodarciu się megagwiazdy z atrybutów jej gwiazdorstwa pewna biblijna mistyka i w tym sensie Hill nie jest gołosłowna — not the talkers, but the walkers in His word, are the only ones the Father will forgive — puentuje przepełnione biblijną metaforyką 9-minutowe „Oh Jerusalem”. Szalone? Być może, ale jakże mocne! Współistnienie pozornych sprzeczności bezboleśnie i harmonijnie zaakcentowane na Miseducation, na Unplugged przybiera formę brutalnego emocjonalnego rollercoastera. Mimo wszystko zarówno w sensie artystycznym, jak i emocjonalnym jedno wynika z drugiego, a jestem przekonany, że także jedno drugie uzupełnia i wyjaśnia.

Okazuje się, że dokładnie 10 lat temu pisałem dla Soulbowl.pl o technikaliach sukcesu Miseducation. Przed trzema laty zaś poświęciłem kolejom losu Hill audycję radiową.

Opublikowano

Queersoul

Choć prowadzę audycję radiową w zasadzie tydzień w tydzień, zdaję sobie sprawę, że zdecydowaną większość tego, co prezentuję na antenie, można albo zamknąć w formie samokomentującej się plejlisty tematycznej, albo sprowadzić do funkcji informacyjnej, której kontekst zmienia się nazbyt dynamicznie, by objęcie go móc uznać za definitywne. Raz na jakiś czas zdarza się jednak program, który składa się w jakąś całość, który mówi, o czymś ponadczasowym, co zasługuje na uchwycenie.

Wczoraj poruszyliśmy na antenie wciąż delikatny, ale z pewnością adekwatny dla tożsamości współczesnego R&B temat queersoulu. To termin, ukuty na bazie analogii do zdobywającego coraz większą popularność queerhopu, oczywiście nie stricte gatunkowy, ale raczej umownie stanowiący o reprezentacji społeczności LGBTQ w czarnej muzyce. Termin, którego ja z powodzeniem używam w swoich tekstach od dłuższego czasu, bo wydaje się zwięźle i czytelnie przekazywać informację zarówno o treści, jak i o formie. Mianem queerowego soulu można określać zresztą w moim rozumieniu wszelką nienormatywność w obrębie szeroko rozumianej czarnej muzyki. Mimo to rzecz nadal zdaje się budzić pewne niedowierzanie, stąd też wczorajszą audycję postanowiłem uchwycić dla potomności i tutaj.

Opublikowano

Tropiąc siebie po za dużych śladach

mendini

Młody Kurtek kontestuje dzieła wielkiego mistrza dizajnu Alessandra Mendiniego; zdjęcie zdjęcia z katalogu w obróbce własnej

W refrenie „Diddy Bop” Noname z jej przecudnie mieniącego się najżywszym neosoulem krążka Telefone jest taka linijka, która zawsze mocno mnie uderza, choć jednocześnie zdaję sobie sprawę, że na chłodno niewiele pewnie można z niej wyciągnąć. „This sound like growing out my clothes” śpiewa z pasją Cam O’bi, nawiązując do przepełnionego ciepłą, niemal magiczną nostalgią za trudnym przecież i zwykle skutecznie odzieranym z niewinności przez rówieśników początkiem końca dzieciństwa. Te same emocje towarzyszyły mi w zeszłe wakacje, gdy w pociagu relacji Wrocław-Gdynia ze łzami w oczach chłonąłem każde słowo Nakarmić kamień Bronki Nowickiej. Tę samą strunę pociągnęła lata temu projekcja Poro poro omohide (polski tytuł to Powrót do marzeń) Isao Takahaty, filmu pozostającego na marginesie kanonu Studia Ghibli, może dlatego, że przedstawiającego historię dorosłej już kobiety mierzącej się z ideałami własnego dzieciństwa.

Nie chodzi tu o rozliczanie się czy zamykanie czegoś, ani też o wyrastanie, porzucanie czy inne mentalne zapasy. Raczej żyje we mnie pewna wiara, że jesteśmy w stanie od dawnych siebie nauczyć się wcale nie mniej, niż dawni my nauczyliby się od obecnych czy przyszłych nas. Przyjęło się, nie bez powodu zresztą, że w ramach międzypokoleniowego rytuału to starsi, doświadczeni, usuwający się w cień udzielają rad młodszym, nieopierzonym, z werwą, ale i naiwnością sięgającym po swoje. Te rady wcale nie muszą przyjmować tak dosłownej formy aktu przekazania mądrości życiowej. Mogą odbywać się pośrednio przez obserwację innych czy uczestniczenie w kulturze. To oczywiście buduje nas takimi, jakimi się stajemy. Gdy jako dziesięciolatek oglądasz po raz pierwszy Ojca chrzestnego, następnego dnia w szkole chcesz być gangsterem — to zrozumiałe. Mija kilka tygodni, Eminem wydaje nowy album, o którym mówią wszyscy — dzięki tej płycie stajesz się bardziej raperem — być może najbardziej w całym twoim życiu — przeszłym, teraźniejszym i przyszłym, a może to dopiero początek pewnej drogi.

Zabrnąłem, a chciałem jeszcze jedynie dodać, że w tym niekończącym cyklu stawania się warto wracać do siebie sprzed lat i słuchać, co ten daleki, ale przecież jednak bardzo bliski krewny ma do przekazania. Nie, nie zamierzam przed trzydziestką zacząć się zastanawiać, czy może jednak powinienem zostać gangsterem albo raperem (jeden Taco Hemingway to, jak się okazuje, i tak o jeden za dużo), ale mogę na przykład, by możliwie jak najbardziej umilić sobie powrót do pracy po ponad dwóch tygodniach (czynnego niestety) odpoczynku, sięgnąć do zajawek i inspiracji muzycznych młodszego siebie. Młodszego o jakieś osiem, dziewięć lat, myślę, kiedy jako młody student wyszedłem wreszcie z bańki amerykańskiego R&B i zacząłem garściami karmić się nieznanym i egzotycznym wówczas wciąż kanonem. Przemaglowałem wtedy od góry do dołu rozmaite zestawienia najlepszych płyt wszech czasów na czele z niesławną pięćsetką Rolling Stone’a, skąd zaatakowali mnie zbrojnym ramieniem Steely Dan, Paul Simon, Tom Petty, cała masa jangle i power popu, americany, soft rocka od połowy lat 70. do połowy 90. Teraz złożyłem te wspomnienia w letnią plejlistę i zupełnie przypadkiem zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę wówczas, tych osiem lat temu nie tropiłem nikogo innego, ale samego siebie — bez świadomości podążając w nieznane po zbyt dużych śladach moich własnych przecież stóp.

Opublikowano

nibyżycie

ja

autoportret, egon schiele

na wzór twój i podobieństwo
nakreśliłem bezbarwną kredą własny portret

rozejrzałem się przedtem uważnie
najpierw w lewo, później w prawo, potem znowu w lewo
tak jakbym przechodził przez ulicę

przeciągnąłem za sobą po tłustej zebrze z wielkim mozołem
ogromny stalowy wagon — nibypełny

niby odpocząłem, nim wyszedłeś mi na spotkanie
niby byłem gotów, by dalej kreślić, rozglądać się, przeciągać z mozołem
nibyzdolny, nibyrześki

niby przeprosiłem, niby podano mi rękę na zgodę
niby wyciągnąłem się z siebie, kiedy wezbrałem w sobie
niby kochałem, choćby przed laty
niby naprawdę, niby na niby