Opublikowano

Dół

Sedno rzeczy

Andriej Płatonow, „Dół”, wyd. Czarne, 2017


Wpadłem do tego dołu wykopanego przez Płatonowa i nie mogłem się wydostać. Utknąłem. Zupełnie na serio. Fascynuje mnie czytanie o tej książce — przed rozpoczęciem lektury naczytałem się za wszelkie czasy, co uosabia, jak Płatonow z pisarza zakazanego wyrósł w ostatnim trzydziestoleciu na klasyka nad klasykami, etc. Rozpłynąłem się w metafizycznym, ale i merytorycznym wstępie Stasiuka, poczułem się dopieszczony posłowiem tłumacza Adama Pomorskiego. Sam tekst natomiast okazał się matnią. Może miał nią być. Miałem jako czytelnik poczuć ciężar uspołeczniania i odkułaczania. Miała mnie ta porażka nowego socjalistycznego raju wbić w ziemię.

Zakochałem się w stylu Płatonowa od pierwszych zdań. Był niezwykle poetyczny, ale sympatyzował z opisywanymi bohaterami — współtworzącymi rewolucję robotnikami. Była w nim pewna naturalna prostota wyrażająca rzeczy zupełnie abstrakcyjne — czasem dalece intelektualne, filozoficzne, próbujące bez skrupułów zdefiniować to, co było i to, co będzie. Płatonow był przewrotny, tekst był zupełnie niepozorny i całkowicie wywrotowy, pożeniony z narracją — analogicznie równie prostą i abstrakcyjną zarazem. To tylko pozornie opowieść o robotniku, który zwolniony z pracy, wyrusza w podróż w poszukiwaniu sensu życia i staje się trybikiem wielkiej machiny budującej kolektywnie socjalistyczną potęgę. W rzeczywistości to dojmujący portret całej tej potęgi i stojącej za nią machiny. Jest jedno takie zdanie, wypowiedziane przez Nastię, osieroconą dziewczynkę przygarniętą przez robotników, która z czasem staje się dla nich symbolem rewolucji, świetlanej uspołecznionej przyszłości narodu. „Wcale nie chciałam się urodzić, bałam się, że będę miała matkę burżujkę. Kiedy [Stalina] nie było, a żyli sami burżuje, to się nie rodziła, bo nie chciałam! A teraz, jak stał się Stalin, ja też się stałam!”

Szybko jednak styl ten, z początku tak ujmujący, zaczął mnie obezwładniać i przytłaczać, podobnie jak kręcąca się dookoła siebie samej opowieść, wprowadzająca kolejnych bohaterów, kolejne specyficzne wynalazki epoki, przez to stając się dla mnie coraz bardziej nieprzenikniona. Czytając, wyobrażałem sobie „Dół” jako film Tarkowskiego, w którym zbyt wiele męskich postaci zbyt podobnych do siebie, by móc je rozróżnić, prowadzi intelektualne dysputy gdzieś w rogu długiego czarno-białego ujęcia akcentującego księżycowy krajobraz radzieckiej wsi przytłoczonej zimową szarugą. Było w tej opowieści coś bezkompromisowo antyludzkiego, formalnego, oschłego, zdystansowanego — z pewnością celowo — co nie tylko kreśliło sytuację bohaterów wyjątkowo posępnie, ale odbierało szansę czytelnikowi na nawiązanie z nimi jakiegokolwiek kontaktu. Dlatego wpadłem w dół i utknąłem. Straciłem wszelki napęd, by doprowadzić lekturę do końca, aż zebrałem się znowu w sobie i jednym haustem połknąłem resztę, jak połyka się truciznę. Taka to była książka.

Sedno rzeczy

Opublikowano

Sedno rzeczy

Sedno rzeczy

Natsume Sōseki, „Sedno rzeczy”, wyd. Państwowy Instytut Wydawniczy, 1973


Kilka dobrych lat siłowałem się ze sobą nad „Sednem rzeczy” Natsume Sōsekiego. To ponoć najlepiej sprzedająca się powieść w Japonii i absolutnie klasyczna rzecz. Sōseki jest zresztą tuzem wczesno-XX-wiecznej literatury japońskiej, postacią o statusie porównywalnym do naszego Sienkiewicza, który podczas swojej krótkiej, trwającej ledwie dekadę kariery literackiej, stworzył wiele utworów uznawanych za kanoniczne, na czele z „Sednem rzeczy” właśnie. Jedyne fizyczne polskie wydanie ukazało się w latach 70. i książkę tę może nie tyle trudno zdobyć, co trzeba albo zapłacić odpowiednio wysoką cenę, albo znaleźć bibliotekę, która miałaby ją na stanie, co zdecydowałem się zrobić ja. W dystrybucji cyfrowej bez trudu można za to dostać ebook i audiobook.

„Sedno rzeczy” to w gruncie rzeczy dość uniwersalna historia, osadzona w realiach dawnej Japonii końca ery Meiji, o relacji ucznia i mistrza. Formalnie autor podzielił ją na trzy części, ale ja od początku czytałem ją jako dwie komplementarne ze sobą historie. Pierwsza (zajmująca dwa rozdziały) opowiedziana jest z perspektywy ucznia, odkrywającego życie studenta w Tokio, mierzącego się z oczekiwaniami pozostawionej w Kamakurze rodziny. Druga stanowi wyznanie mistrza, człowieka w średnim wieku — posępnego, tajemniczego i samotnego, którego młodość była w pewien sposób paralelna obecnej sytuacji studenta i być może dlatego sensei w pewnym momencie decyduje, by opowiedzieć mu szczerze o sobie. W tle tych wydarzeń, nie bez wpływu na nie, wraz ze śmiercią cesarza Meiji dokonuje się koniec epoki, a rozpoczyna okres mimowolnych podsumowań, przygotowujący na widomie nadchodzące nowe. To podwójna powieść psychologiczna — pokazująca obie postaci z dwóch pierwszoosobowych perspektyw, odkrywająca ich sposoby myślenia o życiu: w szczególności sobie w relacji z innymi i innych w relacji ze sobą. W pierwszej kolejności widzę „Sedno rzeczy” jednak jako powieść o złożonej problematyce moralnej, wnikliwie analizowanej zwłaszcza w trzecim rozdziale z perspektywy senseia na kanwie jego własnej opowieści.

Nie mam narzędzi filozoficznych, żeby jego wnioskowanie czy postępowanie ocenić, ale bez reszty mnie ten wywód zafascynował — także na poziomie stricte fabularnym, bo historia wraz z niewątpliwym twistem w połowie powieści nabiera i rumieńców, i rozpędu. Pomimo dość powściągliwego sposobu opisywania rzeczywistości, akcja toczy się nadzwyczaj wartko, a Sōseki zdaje się nie mieć w zwyczaju wracać do już wcześniej opisywanych wątków, by wprost nadać im nowego znaczenia, co jest dość charakterystyczne dla wielu japońskich autorów. Wyciągnięcie wniosków zostawia na wzór anglosaski samemu czytelnikowi. Jest temu zresztą wierny aż do samego końca powieści, która być może dlatego fascynuje i obezwładnia czytelników od ponad stu lat. „Sedno rzeczy”, w oryginale „Kokoro”, mogące oznaczać zarówno serce, ducha, jak i umysł, to znakomita gimnastyka tak umysłowa, jak i uczuciowa. Kompetentna próba zdefiniowania istoty człowieczeństwa przy pomocy opowieści.

Sedno rzeczy

Opublikowano

Na chuj ja to robię

Fortepianowieloryb i podwodny koncert

Fortepianowieloryb i podwodny koncert Rokuro Taniuchiego


Internet dał mi narzędzia, by zrozumieć, że nie mam światu nic do przekazania. Że są lepsi ode mnie. Sprytniejsi. Że trzeba się stale gimnastykować w tych wirtualnych igrzyskach, ale bardziej dlatego, żeby samemu nie mieć sobie nic do zarzucenia, bo czy tę gimnastykę dostrzeże jeden z drugim, czy poklepie po ramieniu na tyle sugestywnie, by cyfrowa masa podchwyciła, to ślepy los. Mimo wszystko boli, zjada od środka, że nie udało się zmonetyzować jakiegoś szitu, który wypełnia mi głowę od dziecka, gdy jeszcze było mi wszystko jedno, co o mnie myślą. Teraz gdy wewnętrzną poprzeczkę żenady mam zawieszoną wyżej niż mój nastoletni kuzyn, czyli mój wewnętrzny gimbus został bezpowrotnie utracony, muszę aspirować do poklasku wśród ludzi dojrzałych, uformowanych i, co najgorsze, także aspirujących.

To w sumie to samo gówno — karmienie kogoś czymś, czego nie potrzebuje do szczęścia. Jak ci przerysowani akwizytorzy, którzy w Telezakupach najpierw kreują absurdalną potrzebę, żeby następnie zażyczyć sobie sporo za jej optymalne zaspokojenie. Tu cena jest dla jednostki niewygórowana. Liczą się zasięgi. Wiadomo, że większość lajkujących jedynie omiata oczyma nagłówek, któryś przeskroluje do połowy i czuje, że nabył legitymację moralną, żeby zostawić komentarz. 68% zdań jest za długich — doradza WordPressowe SEO w mobilnej wersji popularnego niegdyś w kolorowej prasie testu sprzątaczki.

To gówno nawet większe o tyle, że w rzeczywistości nigdy nie zabiegałbym, żeby ktokolwiek z tych, na których aprobacie teraz mi zależy, rzeczywiście mnie polubił. Sam trochę pogardzam ich dojrzałością, uformowaniem, ciągłymi aspiracjami, kolejnymi projektami, szerokim kręgiem znajomych, ale najbardziej chyba stwarzaniem pozorów, że wszystko mają pod kontrolą, że są ogarnięci na tyle, że nic w ich życiu nie dzieje się przez przypadek, że dobre decyzje podjęte przed laty do dziś procentują. Wiem, że oni pogardzaliby moim kluczeniem bez sensu, pewnie trochę byłoby im mnie żal, że moje projekty to wydmuszki bez żadnego kapitału, ale ogólnie by nie zrozumieli. Nie winię ich za to. Sam siebie nie rozumiem na tyle, żebym był skłonny próbować się bronić. Ale to tylko gdybanie. Nie wiedzą o moim istnieniu, a gdyby nawet który trafił na mój szczerzący wybielone w Photoshopie zęby awatar, pomyślałby niechybnie, że jest wśród swoich. A ja tym samym jednocześnie i odniósłbym sukces, i poniósł porażkę. Udało się, masy lajkowej przybywa, plan wykonany, mogę na chwilę zamknąć laptopa z zadowoleniem. Byle tylko nie zbliżać się do lustra, bo wtedy na mojej twarzy bez wątpienia wymaluje się pytanie — na chuj ja to w ogóle robię.

Zwłaszcza że obecnie znaleźć kogoś, kto nie jest twórcą, sprawa stracona. Szukanie igły w stogu siania. Każdy coś tam pichci, kreuje, uploaduje, streamuje, publikuje, wkleja. Dwuakapitową pięciogwiazdkową recenzję przecenionego smaru do nart na Allegro, rapowany utwór-żart, w którym wszystkie słowa rozpoczynają się na literę „t”, pierwszorzędne instagramowe food porn na podstawie przepisu Olgi Smile — w najlepszym razie tylko tyle. A dalej tylko lajki, reakcje, komentarze. Sens życia według Monty Pythona. Jestem wart tyle, na ile mnie wyceniają. Nawet jeśli sam w to nie wierzę, to źle mnie to pozycjonuje, jeśli moje, elokwentne (naprawdę, robię co mogę) komentarze rzeczywistości nie dostają należnych im szerów na Twitterku. Zamiast the real thing, wciąż jestem wannabe. To jak bycie wybieranym na wuefie jako ostatni, zakładając, że ćwiczących są miliony. Bardzo chcesz zagrać w piłkę, jesteś w niej taki sobie, ale łudzisz się, że któryś z kapitanów cię dostrzeże. Przykujesz jego uwagę czymś innym. Na pewno tak będzie, prawda? Ostatecznie umierasz niewybrany, skład na boisku dawno się zmienił, nikt nie wie nawet, że istniałeś.

To tylko kwestia czasu, zanim to się stanie. Nawet wielka sława, pomnik trwalszy niż ze spiżu nie gwarantuje nieśmiertelności. Przegryw czy wygryw, aspirujący czy na wyjebce, czas nas posprząta równo. Co zostanie z oceanu instagramowego kontentu, gdy porządnie jebnie? Jak byłem dzieciakiem, czasem wyobrażałem sobie taką postapokalipsę — świat w gruzach, bez prądu, bez technologii, no i dziedzictwo kulturowe świata przepadło. Tylko ja jakimś cudem się ostałem. To mnie motywowało, żeby uczyć się ulubionych piosenek na pamięć, żeby nawet, gdy wszystko przepadnie, żyły we mnie, dopóki sam nie zejdę. To mi wystarczało. Życie wykraczające poza moją własną świadomość mnie nie interesowało. Po zatoczeniu kolejnego koła na tym samym odcinku, dochodzę do wniosku, że oczywiście w swoim naiwnym idealizmie miałem całkowitą rację, ale gimbowego Tube’a bym tym nie podbił.

Jeszcze zanim mogliśmy się pokoleniowo przekonać o sile internetu — o pop-upach z agresywnym porno z uciekającym iksem, armiach botów-hejterów zarzucających przynęty, jedynej prawdziwie demokratycznej kulturze (kulturze memów), wiralach premiujących tanie efekciarstwo i globalnych korporacjach, którym pozwalamy przejąć pełną kontrolę nad naszym życiem z ucałowaniem dłoni. Zanim to wszystko stało się jasne, mogliśmy żyć bajeczką o prawdziwie egalitarnej platformie edukacyjnej, która bawi, ucząc i uczy, bawiąc. Czasem chciałbym, żeby internet się skończył, jak w „W pętli ryzyka i fantazji” Hamaguchiego, zamroziłby go nieodwołalnie jakiś uberwirus bazujący na resztkach naszego poczucia wstydu (jeśli jeszcze jakiekolwiek jest) i musielibyśmy cofnąć się do epoki codziennych papierowych gazet, potęgi telewizji i kolorowych magazynów, zamawianych przez katalogi wysyłkowe płyt DVD, CD, czy kto co tam lubi. To oczywiście czysta fantazja w kontekście globalnym, ale może istnieje sposób, żeby samemu mieć na tę część świata zupełnie wyjebane. Zająć się stolarką artystyczną, wyjechać w Bieszczady, dać się jebać pośrednikom na hajs, a samemu wyrzucić całe to intelektualne porno, które nieustannie trzyma nas w garści — nie tylko sołszjale, ale całą tę pętlę nowych seriali czy traczków, które koniecznie trzeba strumieniować, te naruszające nasze granice niusy o wszystkim tym, co niezależnie od tego, czy poświęcimy temu ledwie wycinek naszej uwagi, czy spędzimy nad tym trzy dni i trzy bezsenne noce, czy nigdy to do nas nie dotrze, i tak, jeśli będzie musiało nas dziabnąć i pokrzyżować nam plany, to z całą pewnością to zrobi.

Może cała edukacja została już wykonana? Może słyszałem, widziałem, czytałem już wszystko, czego potrzebowałem. A nawet jeśli nie, może jestem przygotowany na wielką offline’ową przygodę? Może tyle mi starczy. Może nie muszę mieć wszystkiego. Może lepiej będzie mi się zasypiało, po całym dniu grzebania się w ziemi, zamiast ustawicznego klikania bez sensu. Tak sobie fantazjuję i wiem, że chuja z tym zrobię. Moje życie offline, moje „Bieszczady”, to jedyna rzecz, która może mnie uratować od samozagłady, i jednocześnie jedyna, na którą nigdy się nie odważę. Będę plątał się w ułudzie, że może jednak jakimś cudem uda mi się wyrwać z pętli. Moje przekonanie o własnej zajebistości i świadomość tego, że wciąż pozostaję zupełnie nikim, w końcu zaczną rozjeżdżać się do tego stopnia, że wyląduję na psychotropach, a jeśli będzie mnie stać, zafunduję sobie kryzys wieku średniego, że hej. Utknę na amen, a nawet jeśli ucieknę, wrócę tam, gdzie wcześniej utknąłem.

Wszystko to z jednego tylko powodu. Że do tworzenia potrzeba jednak przede wszystkim poklasku. Inwencja, ten bulgoczący we łbie szit, ma swoje lepsze i gorsze momenty. Czasem musisz się wygadać, wykrzyczeć, bywa, że zamieniasz wybuchy stykających się neuronów na własnoręcznie wydziergany na drutach sweter, ale po co ci ten sweter, jeśli nikt go nie zobaczy. Dobrze, że masz Instagrama. Dzięki niemu zobaczą go wszyscy. Bywa też jednak tak, że ten sweter wyjdzie ci zupełnie chujowo i twoi „wszyscy” ograniczą się do trójki znajomych i jednego randoma — miłośnika stylistyki „tak chujowe, że aż urocze”. Niezależnie od tego, czy wyjdzie, czy nie, jeśli masz zdrowie, kolejnego dnia powinieneś pokazać kolejny sweter. I kolejny. Inaczej lekkomyślnie roztrwonisz zgromadzony kapitał czterech lajków, do których nie będzie już powrotu. Twoje cztery lajki, twój społecznościowy, ba!, życiowy peak, jedyny naprawdę miarodajny sposób, by obiektywnie ocenić wielkość twojego sukcesu, już nie wróci, jak byś się nie starał. Brawo! Odebrałeś lekcję. Jedyną, jaką mógł dać ci szerokopasmowy internet: przegrałeś. Nie masz najwyraźniej światu nic do przekazania.


Epilog:

Większość tekstu powstała w przypływie olbrzymiej frustracji twórczej w samym sercu pierwszej fali pandemii. Niedługo potem napisałem na jego podstawie swój pierwszy (i jedyny) boomerrapowy kawałek, którego ostatecznie nigdy nie nagrałem, co sam sobie poniekąd przepowiedziałem tym tekstem. Sam tekst dokończyłem teraz w odpowiedzi na własny writer’s block jako formę self-made terapii zajęciowej i chociaż jego ogólna wymowa to totalnie prawda, jego ekspresyjny i bezpośredni styl różni się dość znacząco od miejsca, w którym znajduję się obecnie. Co prawda niezmiennie chciałbym uciec w „Bieszczady”, ale sołszjale mam naprawdę już zupełnie gdzieś, stąd emocjonalna nuta powyżej ma raczej charakter dokumentalny, może satyryczny. Owszem obnaża też bezsilność człowieczka, któremu nie wyszło, ale hej, było — minęło. Wydawać się to wszystko może potwornie egocentryczne, bo piszę pierwszoosobowo, ale zdaję sobie sprawę, że jest masa świetnych ludków w sieci, których treści giną w gąszczu rzeczy znacznie mniej ciekawych (subiektywnie, wiadomo). Może nie jestem aż tak empatyczny, jak bym chciał, ale wiem też, że nie sposób przepracować cudzych traum. Mogę opisać co najwyżej swoje, licząc na to, że ktoś pomyśli, że on też tak ma. I może to jakoś pomoże. Wszyscy chwalimy się sukcesami, uśmiechamy się na Instastories z barwnymi koktajlami w łapkach i wydaje się, że tej przestrzeni, by otwarcie zmierzyć się z porażką, wcale nie ma. Ja sam musiałem odczekać z publikacją do momentu, kiedy poczułem, że to mnie już nie dotyczy, ale były momenty, że frustracja tym, że utknąłem gdzieś pośrodku, że życie zmusza mnie do siedzenia na nudnym etacie, podczas gdy miałem przecież zdobywać szczyty, a internet od dziecka był moim domem, doszczętnie warunkowała moją samoocenę i przepełniała mnie bezsilność i gorycz, że to miało być inaczej. Koniec końców wróciłem tam, gdzie zacząłem — do miejsca, w którym wszystko, co robię, robię dla siebie. Nie będę pisał piosenek, scenariuszy, opowiadań, recenzji. A może właśnie będę, kto wie…

— Z wyrazami szacunku i niezmiennymi życzeniami powodzenia. K.L.

Opublikowano

Nieodwracalnie zapewne

Kurtek poza strefą komfortu

Kurtek poza strefą komfortu, fot. Emiko, 2017


Kurt, przygotowaliśmy dla ciebie momenty! Siadaj i patrz, zgromadziliśmy pamiątki twoich cyfrowych sukcesów. Mamy wspomnienia tych szczęśliwych chwil, zapis dni, kiedy naprawdę żyłeś. Patrz, jaki znakomicie ponury żart wykroiłeś! A ile lajków! Podziel się nim znowu, ożyj trochę dawną energią. Zaznaj wigoru własnej młodości! Ostatnio ewidentnie ci go brak. Skąd ta wroga apatia? Napisz nam, jak możemy usprawnić twoje doświadczenie. Chcemy wiedzieć, co robimy nie tak. Chcemy wiedzieć, jak ci pomóc. Potrzebujesz naszej pomocy, potrzebujesz nas, by sam istnieć. Bez nas cię nie ma. Twój wirtualny dobrostan, twoje cyfrowe odbicie, twój numeryczny portret zależy od nas. Porzuć offline’owe smutki, dołącz do nas, gdzie możesz wreszcie stać się tym, kim zawsze chciałeś być. To inaczej nie wyjdzie. Tylko tutaj może ci się udać. To jedyne życie, w które warto. Spójrz, jaki byłeś zabawny, jaki byłeś lubiany, i zapłacz nad tym, jak to zaprzepaściłeś. Jak nikt już cię nie widzi, nawet jeśli coś tam wymodzisz raz na jakiś czas. Zapłacz i uderz się w piersi. Zdradziłeś nas, ale my cię przyjmiemy. Wciąż możesz jeszcze mieć to wszystko, o czym zawsze marzyłeś. Wystarczy, że wrócisz. Wszystko jeszcze możesz.

To zabawne i przerażające, w gruncie rzeczy oczywiste, ale wymagające osobistych odkryć — jak dobrostan cyfrowego jestestwa karmi się zupełnie realnym smutkiem. Jak pozorny kontakt przez szklaną szybę stanowi formę autoterapii. Jak najlepsze memy rodzi nie wrodzony śmieszkizm, a życiowy tragizm memiarza. Jak tweety pisane capsem (faktycznym i metaforycznym) krzyczą przede wszystkim: zauważ mnie, zauważ mnie. Piszę o sobie, nie wyjaśniam nikogo innego, ani tym bardziej nie wartościuję, choć niewątpliwie odbieram dziś pewne sygnały inaczej. To mnie fejsbuk przypomniał dziś niezapomnianą paradę memów sprzed pięciu lat, codzienne fejsbukowe brylowanie, rolę, której zawsze pragnąłem, od kiedy tylko poznałem internet. Rolę, której do niczego nie potrzebuję, od kiedy nauczyłem się wyłączać komputer wieczorami i w weekendy. Rolę, która nigdy nie stałaby się moim udziałem, gdybym jak powietrza nie potrzebował ludzi. Nie, że miałem im coś do powiedzenia. Inaczej, nie, żebym się wówczas odważył powiedzieć cokolwiek naprawdę. Potrzebowałem jedynie wypełnić — ich awatarami, wymienianymi bezrefleksyjnie uprzejmościami, okazjonalnym „czy wszystko w porządku”, na które mogłem dowolnie skłamać — ciemną pustkę, którą miałem wtedy wkoło. Starałem się być błyskotliwy i liryczny, jakby od tego zależało moje życie, bo w zasadzie na jakimś poziomie — zależało. Mnie zależało, żeby parada czarnego humoru nie zamieniła się w orszak żałobny. A dziś fejsbuk pyta mnie — ale było fajnie, co? Przeżyjmy to jeszcze raz.

Terapia miała też inny wymiar. Były spotkania z psychologiem negującym konieczność rozpoczęcia faktycznej terapii. I byłem ja, który czułem, że całe moje dotychczasowe życie zostało przeżyte za mnie. Że wybory, których dokonywałem były pozorne. Że nie byłem w stanie odważyć się dotknąć czegokolwiek, czego tak naprawdę chciałem. Byłem przykrym pragmatycznym tchórzem, który zdał sobie sprawę, że jego wszystkie wcześniejsze decyzje determinował strach przez nieznanym. Po autodiagnozie w ramach samozaordynowanej terapii postanowiłem więc rzucić się w wir tego, czego tak bardzo się bałem. Nieznanego. Zagadywałem do obcych ludzi, chodziłem samemu do knajp na drinki, szukałem szczęścia w objęciach nieznajomych. Nie zrobiłem niczego szczególnie głupiego, ale wielokrotnie wychodziłem ze strefy komfortu, dla samego tylko udowodnienia sobie, że to możliwe. Ta namiastka prawdziwego życia, bez strachu przed strachem, pokazała mi dwie rzeczy: że mogę i że nie muszę.

Stopniowo wróciłem do własnej skorupki, a kramik z memami zwinął się sam. Poza tym raczej kiepski ze mnie interneciarz. Za bardzo gardzę dosłownością, żebym mógł przełknąć swoją codzienność bez jakiegoś paradoksu, w którą mógłbym ją odziać. Zbyt mało jestem błyskotliwy, a za szybko męczą mnie schematy, by ją odziewać bez końca. To jak stanie na palcach przez cały dzień. Gdybym był naprawdę nieszczęśliwy, bardziej naturalnie przychodziłoby mi prowokowanie kolejnych „czy wszystko w porządku”. Ale tak się składa, że akurat wcale nie jestem.

Opublikowano

Niewidzialne potwory

Niewidzialne potwory

Chuck Palahniuk, „Niewidzialne potwory”, wyd. Niebieska Studnia, 2010


Gdyby „Niewidzialne potwory” miały zostać przeniesione na ekran kinowy, adaptacją powinni zająć się wespół Pedro Almodóvar i Quentin Tarantino. Ten pierwszy otoczyłby opieką queerowych bohaterów, a ten drugi nadał pokręconej akcji pełnej cynicznego humoru odpowiedniej barwy i dynamiki. Mimo wszystko „Niewidzialne potwory” pozostałyby telenowelą, nawet gdyby twórcy zdecydowali się pozbyć się uderzającego czytelnika obuchem zakończenia.

Nie ma w tym zakończeniu zresztą niczego złego, bo Palahniuk wykroił je z tej samej tkaniny, co całą książkę. Sięgnąłem po nią, bo potrzebowałem czegoś niespodziewanego, nieszablonowego, niesłychanego. Niesłychanego czytadła, jak się okazało. Post-popkulturowego harlekina, który z jednej strony rozkosznie ironizuje wszystko, z drugiej na płaszczyźnie samej historii jest zupełnie tym, co sam wyśmiewa. Oto historia supermodelki, która w wyniku wypadku traci pół twarzy. Zrezygnowana poznaje transkrólową i postanawia uciec z nią w nieznane. Tym samym to w sumie powieść drogi, ale poszatkowana narracja, oparta od pierwszych do ostatnich stron na tym samym tricku fotograficznych przeskoków, skutecznie zaciera to wrażenie. Historia jest dziwaczna, nieźle opisana, nieobiecująca niczego, ale w sumie angażująca. Bywa, że Palahniuk uwodzi czytelnika jakimś porównaniem czy metaforą, chociaż jego głębsze obserwacje na temat plastikowej Ameryki i szeregu jej produktów, przemycane co rusz, niezbyt subtelnymi małymi dawkami, nie odkrywają, nomen omen, Ameryki. Niemal wszystkie postaci poza główną bohaterką są w jakiś sposób LGBT, a ich podejście do własnego ciała i seksu koresponduje z podejściem bohaterów Tarantino do przemocy. Tym samym sceny seksu są rachityczne i cyniczne, ale niczym sieć oplatają całą tę historię.

Koniec końców, chociaż główna bohaterka zdaje się przeżywać jakieś katharsis, ja odczułem zgoła co innego. Oto zamknąłem tę książkę na zawsze, mogę o niej uczciwie zapomnieć. To była wcale nie najgorsza przygoda, ale już wystarczy.

Niewidzialne potwory

Opublikowano

Dziewczyna z konbini

Dziewczyna z konbini

Sayaka Murata, „Dziewczyna z konbini”, wyd. Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2018


Na początku nie wierzyłem w narrację tej opowieści. Brnąłem dalej, bo była łatwa, a tej łatwości było mi potrzeba. Oto dziewczyna w spektrum autyzmu (co nie jest napisane wprost, ale diagnozę odczytać można między wierszami od pierwszych stron) z powodu problemów z dopasowaniem się do społeczeństwa, od 18 lat pracuje dorywczo w konbini (japońskim sklepie całodobowym w stylu naszych Żabek) i z pierwszoosobowej perspektywy opisuje rzeczy, które zauważa, ale ich nie rozumie. Jest w tym wszystkim naiwność na co najmniej dwóch poziomach — autorki rozumiejącej bardziej okoliczności życiowe swojej bohaterki niż ją samą, i tej bohaterki właśnie. To pierwsze odstręcza, to drugie intryguje, angażując empatię i emocje.

W miarę jak fabuła posuwa się naprzód, bohaterka konfrontuje się po raz kolejny i kolejny z oczekiwaniami mocno poukładanego w swoim przedwiecznym skostnieniu japońskiego społeczeństwa, którym nie potrafi sprostać. Nie wiem, czy to przyznanie konwencji prawa do bycia konwencją, ewolucja samej narracji, czy rosnące zainteresowanie bohaterką (być może wszystkie na raz), ale ostatecznie „Dziewczyna z konbini” zaczyna stawać się bardziej i bardziej wiarygodna. Nie podważam absolutnie motywów nieneurotypowej bohaterki — konsekwentnie z nią sympatyzuję. Pojawiło się też zresztą pewne wrażenie, z którego nie jestem dumny, ale muszę się do niego przyznać. A mianowicie te dość nierzeczywiste i dalekie zmartwienia głównej bohaterki połączone z jej kognitywną niewprawnością i prostą narracją autorki utworzyły dla mnie coś w rodzaju bezpiecznej przestrzeni, gdzie mogłem na tych kilka godzin schronić się przed moimi własnymi problemami. Zdaję sobie sprawę, że może to zabrzmieć protekcjonalnie, ale ostatecznie ja jako czytelnik sam chyba też wykazałem się tu pewną naiwnością.

Koniec końców choć jest to rzecz raczej niezbyt subtelnie wymyślona i napisana (choć może to kwestia tłumaczenia, tego nie sprawdzałem, ale zdziwiło mnie, że anglosaskich recenzentów cytowanych na obwolucie zachwyca poetyka języka Muraty), jest w tym wszystkim meritum, do którego warto dotrzeć. Nie chcę wyciągać teraz jakichś wielkich wniosków, że to my jesteśmy chorzy jako społeczeństwo, które wszystkich chce równać do swojego stereotypowego wzorca (chociaż to totalnie prawda) — bardziej skupiłbym się raczej na zaakcentowaniu bardzo realnych przecież zmagań z rzeczywistością (przede wszystkim w jej społecznym sensie) osób w spektrum, o których łatwo nam na co dzień zapomnieć, które łatwo odrzucić i ocenić pochopnie, niekoniecznie mając przy tym złe intencje. To może bardziej odezwa do Japończyków i Japonek, chociaż w Polsce można spotkać te same przekonania — że człowiek, który nie wypełnia swojej roli społecznej (realizowanej przez przydatną ogółowi pracę i potomstwo), jest jałowy. Otóż, to te przekonania są jałowe. I tu przybijam autorce piątkę.

Dziewczyna z konbini

Opublikowano

Gorzej

Kurtek w przejściu

Kurtek w przejściu, fot. Emiko


Od kiedy pamiętam miałem mnóstwo rzeczy do powiedzenia. Chciałem się dzielić tym, co sam uważałem za ważne, a jeśli się nie udawało, tym, czego inni chcieli słuchać. Stanąłem dzisiaj przed lustrem i w głowie zadźwięczało mi pytanie — dlaczego tego nie robię, teraz, kiedy wreszcie mogę. W gruncie rzeczy doskonale znam odpowiedź, ale pytanie wraca raz po raz z nową siłą i trzeba utwierdzać się w przekonaniu i utwardzać betonową podstawę, aby czasem umocowany u niej balon przy silniejszym podmuchu fantazji nie odfrunął gdzieś daleko ze mną na pokładzie.

Otóż moje zęby są zbyt żółte i zbyt krzywe, a moja cera nadto naznaczona młodzieńczym trądzikiem, żeby pchać mnie do telewizji. Sam z siebie zaś, jak się okazuje, potrafię opowiadać wyłącznie o sobie. To strasznie źle brzmi, ale w istocie wcale nie musi takie być. Jestem w takim wieku, że coraz więcej znajomych wkoło doczekało się już potomstwa i wśród nich zawsze znajdzie się ktoś, kto, jeśli już wygrzebie się z pieluch, śliniaczków, kaszelków i katarków, doczłapie się półżywy na swoje wychodne, potrafi mówić tylko o pieluchach, śliniaczkach, kaszelkach i katarkach. Podobnie zrobi ktoś, kto nie potrafi ograniczyć swojej pracy do rozpiętości swojego etatu — raporty, kole i dedlajny tak go ekscytują, że entuzjastycznie na sobotnie niezobowiązujące piwo przynosi stos korpohistoryjek bez puenty. Wszyscy poniekąd to robimy — różnica polega na tym, jak się opowiada i czym się żyje. Są ludzie, którzy w czasie panowania nowych mediów, są w stanie ze swojej niszowej pasji, dajmy na to, ichtiologii, zrobić najciekawszą sprawę na świecie i nagle pół Polski zakochuje się w anatomii okonia albo koreańskiej kuchni.

Gorzej jeśli ta jedna rzecz nie istnieje. Jeśli jest się więźniem mozaiki, w której co prawda, dobrze człowiek się odnajduje, ale nie na tyle, by opowiadać o niej innym. Gdybym na przykład chciał przedstawić zawiłości japońszczyzny. Może nawet dla kogoś, kto nigdy sam nie próbował zgłębiać temu ani nie czytał Babel. W dwadzieścia języków dookoła świata, a lingwistyka trochę go interesuje, mój niezborny wywód o tym, jak znak 風 oznaczający wiatr czasem przeczytamy kaze, a czasem okazałby się nawet ciekawy, ale prędzej czy później albo ja sam doszedłbym do wniosku, że to do niczego nie zaprowadzi, albo znalazłby się ktoś po studiach lingwistycznych, kto zacząłby prostować moje niewątpliwe niedociągnięcia. Można oczywiście robić stand-up, opowiadając anegdotki o nieudanych związkach, swoich i cudzych, ale do tego trzeba być mieć analityczne poczucie humoru, które można ładnie sprzedać.

Jeśli to wszystko zaczyna brzmieć jak strumień jakiegoś nagłego, niepohamowanego żalu, bez obawy! Całe to drzewo przykrych konkluzji wyrosło w ciągu tych kilku chwil spędzonych dzisiaj przed lustrem na porannej toalecie, a potem zostało spisane przy dźwiękach uzależniająco skocznych The Tiffany Transcriptions grupy Boba Willsa, na którego winylowe wydanie w rozsądnej cenie swego czasu urządziłem bezowocne, jak dotąd, polowanie. I to gruncie rzeczy martwi mnie nieco bardziej niż mój brak zapału i konsekwencji w opowiadaniu historii. Wczoraj wieczorem zabrałem się za wiosenne porządki. Wcześniej jeszcze tylko chciałem upewnić się, że mam odpowiedni soundtrack. Ale nie umiałem nijak go wykrzesać. Czy porządki nie zasługują na soundtrack? Czy wiosna nie powinna chcieć krzyczeć, tańczyć i żyć? Na litość boską, nie można przez całe życie tłumaczyć wszystkiego alergią.

Przyznaję, nie mam puenty. Jestem tym gościem od korpohistoryjek bez puenty, ale gorzej, bo jemu płacą za entuzjazm nie tylko w tygodniu, ale i w weekendy, i za ten brak puenty naturalnie też.

Opublikowano

2021 ✕ filmy

2021

czy to ja próchnieję, czy to poziom zeszłorocznych filmów w dużej ogólności spadł z pieca na łeb? mam wrażenie, że chętniej i częściej oglądałem nowe produkcje niż w roku obiegłym, a jednocześnie więcej było rozczarowań i rzeczy zupełnie średnich — no, powiedzmy, przyzwoitych; okroiłem więc zeszłoroczną dwudziestkę do kryzysowej piętnastki, ku przestrodze nadchodzącym produkcjom; wyszła mi mimo wszystko całkiem ładna lista od andersona do andersona


filmy x 2021

15.

the french dispatch of the liberty, kansas evening sun reż. wes anderson

stęskniłem się za wesem andersonem, za jego pastelową plastycznością i humorem, a to jest trochę honorable mention, bo opowiadania zawarte w tym filmie są trochę nierówne; były jednak przynajmniej dwa (te kolorowe, a jakże), które zapamiętam na długie lata; sama koncepcja, realizacja i dowcip wyborne


filmy x 2021

14.

subarashiki sekai reż. miwa nishikawa

realia resocjalizacji w silnie ostracyzującym japońskim społeczeństwie z uroczym bohaterem i optymistycznym rozwinięciem, ale bez popadania w odrealnioną ekstazę, czyli jak dobrze zrobić film, który mówi nam coś o nas samych przez pryzmat, którego nie znamy, zamiast kroić kolejny feel good bajcik, bo była okazja


filmy x 2021

13.

c’mon c’mon reż. mike mills

ciepełko! phoenix i norman stworzyli fantastyczny ekranowy duet i omówili przy współudziale widzów wspólne traumy i nadzieje, niewątpliwie budując nas na nowo; feel good, ale nie bajcik


filmy x 2021

12.

the lost daughter reż. maggie gyllenhaal

postać coleman w całym jej nagłym dramatycznym rozdarciu jest cudownie frapująca; doceniam to, jak budowano akcje i przed jakimi dylematami nas postawiono — jest w tej obyczajówce coś z thrillera, co podsycało zainteresowanie do samego końca; sam skończyłem ten seans z gonitwą myśli, które niełatwo byłoby mi to zebrać, ale czuję się ubogacony


filmy x 2021

11.

apenas el sol reż. arami ullón

słońce to ostatnie, czego biali nie uważają za swoją własność — poruszająca historia współczesnej kolonizacji ayoreo w paragwaju opowiedziana przez nich samych


filmy x 2021

10.

drive my car reż. ryūsuke hamaguchi

murakami wreszcie doczekał się adaptacji adekwatnie tłumaczącej jego wrażliwość na język filmu; to osobliwe studium żałoby, któremu warto dać szansę — bynajmniej nie dlatego, że zachodni krytycy gwarnie rzucili się na ekranizację hamaguchiego


filmy x 2021

9.

dune: part one reż. denis villeneuve

malkontenci mówią, że diunę odarto z filozoficznej otoczki, która była fundamentem powieści; mógłbym rzucić się na sagę herberta i dołączyć do tego chóru, ale wolę po linii najmniejszego oporu cieszyć się ujmującą estetyką i wciągającą fabułą tej najlepszej w tym wieku części „gwiezdnych wojen”


filmy x 2021

8.

honki no shirushi reż. kōji fukada

me-ro-do-ra-ma! 4 godziny telenoweli o podporządkowaniu życia niewyjaśnionej fascynacji wcale się nie dłużą, bo fukada zabiera nas na turbo-emo-roller-coaster; to jedno z moich najprzyjemniejszych kinowych przeżyć minionego roku, nawet pomimo ostatecznej jałowości całego tego seansu — bawiłem się wyśmienicie


filmy x 2021

7.

a thousand cuts reż. ramona s. diaz

zanim jeszcze maria ressa odebrała w zeszłym roku pokojowego nobla, zrealizowano ten dokument otwierający oczy na to, jak rozwój mediów cyfrowych przez postępującą dezinformację sprzyja rozpadowi demokracji; na filipinach czy w polsce, to ta sama historia; warto wyjrzeć poza lokalną bańkę, notując różnice i podobieństwa


filmy x 2021

6.

the tragedy of macbeth reż. joel coen

najpiękniejszy wizualnie film, jak widziałem od lat; adaptacja klasycznego dramatu zrealizowana z rozmachem i kameralnie zarazem, z szacunkiem do tekstu i widowni oddaje szekspirowi to, co szekspira; mało jest historii bliższych człowieczeństwu niż ta, a ta interpretacja coena i mcdormand znakomicie to podkreśla, nawet mimo pewnych mankamentów na drugim planie


filmy x 2021

5.

verdens verste menneske reż. joachim trier

pięknie ogląda się kino, które wie, że jest kinem i umie to wykorzystać, a jednocześnie przedstawia tak lekko i urokliwie zupełnie życiową historię; rel i wtf tańczą tu nóżka w nóżkę aż miło, ale przecież o to chodzi właśnie w kinie, takie filmy pamiętamy, z nimi sympatyzujemy najbardziej


filmy x 2021

4.

gūzen to sōzō reż. ryūsuke hamaguchi

trzy średnie metraże, których punktem wyjścia są szczerość oraz emocje, które wywołuje i ich konsekwencje; hamaguchi w bardzo kameralnym, post-teatralnym anturażu fantastycznie buduje historie, którym nie brakuje meritum i katharsis; zwłaszcza ostatnia opowieść uderza mocno; jeśli z zeszłym roku płakałem na jakimś filmie, to na pewno na tym


filmy x 2021

3.

flugt reż. jonas poher rasmussen

odważnie przełamuje medialną narrację o ludzkich masach, w intymnej rozmowie unaoczniając widzowi koszmar doświadczenia uchodźstwa; animowana forma nie tylko mu nie ciąży, ale potrafi w dokumentalnym duchu pokazać, to, co zazwyczaj pozostaje niewidziane; jednocześnie wciągający i terapeutyczny


filmy x 2021

2.

ghahreman reż. asghar farhadi

najwyraźniej farhadi wyczerpał już zainteresowanie zachodu swoim kinem, zupełnie niesłusznie, bo to jego najlepszy film; dynamicznie opowiedziana historia uderzająca złożonością problematyki moralnej; o tym, że prawda i człowiek to zbyt często jedynie dodatek do społecznej gry pozorów


filmy x 2021

1.

licorice pizza reż. paul thomas anderson

oto kino! i moja nowa ulubiona historia miłosna! zrealizowana z humorem i fantazją, ale bez retuszu szalona karuzela, z której przykro było mi schodzić; oczyszczające metatekstualne doświadczenie filmowe, którego najwyraźniej potrzebowalem jak powietrza

Opublikowano

Ostatni list profesora

Ostatni list profesora

Bez tytułu Helen Frankenthaler, 1973


Monodram w dwóch aktach na własną kartkę papieru i sen kogoś drugiego

Dziękuję za życzenia świąteczne
To bardzo miło z twojej strony, że pamiętasz o profesorze staruszku po tych wszystkich latach
Zeszły rok był dla mnie raczej trudny, ale nie myśl, że się żalę
Mam raka płuc, lekarz przekazał mi wyrok — czas mi powoli pakować walizki — tak to ujął

Ale co u ciebie, chłopcze?
Miarkuję, że nieźle sobie poczynasz — zazdroszczę ci trochę tej energii, nie powiem
Chwytaj życie, to wspaniałe życie! Chwytaj, dopóki jest twój czas
No, cieszę się, że chociaż wygląda na to, że próbujesz — oby tak dalej

Poza tym jakoś w zeszłym roku przyszła też kartka od niej
Wygląda na to, że tym razem wybrała się do Meksyku
Pomyślałem, że może chciałeś wiedzieć

Na razie jakoś sobie radzę — zupełnie dosłownie wyciągnąłem duży kufer spod łóżka, sam nie wiem po co, bo mój pociąg wcale jeszcze nie odjeżdża, bądź spokojny
Jeśli miałbyś kiedyś okazję być gdzieś w okolicy, koniecznie do mnie zajrzyj
Jak zawsze mam ci do przekazania znacznie więcej, niż zmieściło się na tej lichej kartce
Bądź zdrów!

*

Nie odezwałeś się więcej, ale pomyślałem, że może tym razem to ja cię odwiedzę, skoro nadarzyła się okazja

To chyba szpital, prawda? Albo przynajmniej kiedyś mógł nim być, tak to wygląda
Ogromny budynek, setki schodów, ale to nic — ostatnio jakby ze mną lepiej
Kufer zostawiłem na dole, chyba nikt go nie ukradnie

Ale teraz już nie rozmawiajmy, to przecież niczego nie zmieni
Chodźmy lepiej na dach, znam już drogę, a zaraz będzie świtać — obejrzymy sobie nowy wschód

Opublikowano

Another decade in life and music: 2000s

Another decade in life and music

to historia coming of age, bez scenariusza i chronologii, ale za to z pokaźnym soundtrackiem; opowieść o dzieciaku, który odkrył kablówkę w ’99, a przez całą swoją nastoletniość wszystkie zaoszczędzone pieniądze wydawał na płyty, nawet wtedy, gdy era internetu odebrała jego fizycznym nabytkom charakterystyczny dreszcz pierwszego odsłuchu; ale ile dała w zamian! dzięki temu dzieciak (dzisiaj już mężczyzna — choć sam rzadko myśli o sobie przez pryzmat znaczenia tego właśnie słowa) dokonał stosownej korekty ścieżki dźwiękowej — nie cenzury, korekty; i nie po to, by poczuć się fajniej (idiotyczna, choć konieczna faza muzycznego elityzmu musiała zakończyć się wraz z nabyciem jako takiej wrażliwości), z pewnością nie po to, by poczuć się młodziej — ta lista to konfesjonał z dziadkowej kości; nie muzyczny pamiętnik (a przynajmniej nie tylko), ale całkiem ruchawa opowieść o życiu, które dwanaście lat po zamknięciu tej pierwszej przeżytej w całości z muzyką w uszach dekady, wciąż sobie płynie i pięknie fermentuje to, co zostało ze wspomnień i znaczeń na niechlujnie opisanej własnoręcznie zgranej z radia kasecie (tak było)


Another decade in life and music

50.

aaron dilloway modern jester 2008

ta płyta to czysta rozkosz dla amatora glitchowych pętelek i przetworzonego kreatywnie hałasu; nie żaden noise dla ludzi z lasu; nie jakiś tam post-industrialny bełkot, ale solidna dekonstrukcja; to zresztą esencja tego, co zwykłem określać panoramą dźwięku, rzecz totalnie bliska mojej filozofii ekologii i recyklingu dźwiękowego ♪ „eight cut scars (for robert turman)”


Another decade in life and music

49.

brad mehldau largo 2002

brada mehldau poznałem już w kolejnej dekadzie, ale jego przejrzysty styl gry, lekko sentymentalny, ale wciąż bardzo współczesny, poniósł mnie w rozmaite zakątki jego dyskografii; largo przylgnęło najbliżej jako most między tym co jazzowe, a tym co popowe zrealizowany w nieszablonowy i zajmujący sposób ♪ „when it rains”


Another decade in life and music

48.

amy winehouse back to black 2006

pamiętam jedno takie lato, gdy włóczyłem się po nocy po osiedlu, a back to black grało back to back na mojej empetrójce, a ja doznawałem i tego lata, i wszystkiego tego, o czym i jak śpiewała mi amy; przyznaję, od kiedy kupiłem przed kilkoma laty okazyjnie tę płytę na winylu, nie zdarzyło mi się włączyć jej z wypiekami na twarzy, ale to jedna z najlepszych okołosoulowych płyt naszych czasów — zrealizowana w oparciu o soulowy kanon, ale na własnych zasadach, z niedającymi się zakwestionować charakterem i melodyką; no i rzeczywisty kawałek moich muzycznych fascynacji w tamtym czasie ♪ „love is a losing game”


Another decade in life and music

47.

perfume game 2008

przez lata nie traktowałem tej płyty poważnie — to zawsze był ten poprzedni album; a tymczasem do dzisiaj wracam do niego regularnie we fragmentach obejmujących większość tracklisty — wtedy w 2008 roku to była totalnie nowa jakość światowego popu zarówno dla perfume, jak i dla ich producenta yasutaki nakaty; co mnie jednak do tych utworów do dzisiaj przyciąga to nie jedynie perfekcyjna popowa produkcja, ale totalnie nieszablonowy sposób, w jaki tę muzykę przepełnia duch czasu — mieszająca się z tęsknotą nadzieja, może nawet młodzieńcza naiwność ♪ „macaroni”, „game”


Another decade in life and music

46.

loretta lynn van lear rose 2004

jakoś w okolicy premiery van lear rose trafiłem w telewizji na film o życiu loretty lynn z sissy spacek w roli piosenkarki i zaprzyjaźniłem się z jej dyskografią; wyprodukowany przez jacka white’a krążek z 2004 roku to było jednak totalnie nowe otwarcie, absolutnie nowa jakość; i white, i lynn mają w sobie taką organiczną szorstkość, którą tutaj bezkompromisowo wyeksponowali; są w tej muzyce emocje, prawda o czasach i ludziach, ale jest też sporo funu z muzykowania ♪ „high on a mountain top”


Another decade in life and music

45.

sibylle baier colour green 2006

ta płyta to wielkie cudowne oszustwo; piosenki nagrano na początku lat 70. i dzięki splotowi wydarzeń skompilowano i wydano po raz pierwszy jako colour green w 2006 roku; to prosty akustyczny folk, taki, jakiego najwyraźniej nie dało się już nagrywać w 2006 roku, bo odkrycie baier wzbudziło sensację, co jest słowem najmniej odpowiednim do opisania czegokolwiek związanego z tym subtelnym zbiorem ♪ „wim”


Another decade in life and music

44.

sufjan stevens seven swans 2004

ta płyta jest jak ocean — jednocześnie fascynuje mnie i boję się jej; sufjan jest tu kimś w rodzaju proroka przepisującego biblijne historie na swoje życie i nasze własne; jest przy tym niesamowicie natchniony, jak postać z opowiadania flannery o’connor; nie da się nie ulec jego niezgłębionemu urokowi, ale trudno się później otrząsnąć ♪ „seven swans”


Another decade in life and music

43.

beck modern guilt 2008

znałem becka wcześniej, ale dopiero, gdy usłyszałem w 2008 roku modern guilt postanowiłem, że chcę być jak on — zblazowany i fajny, trochę retro, ale w sumie modern, w wytartych dżinsach i pijanym krokiem lekko wskakujący na krawężnik; beck nigdy nie wydawał najrówniejszych płyt (może poza tymi smutnymi, ale to akurat nie mój beck, sorry sea change), ta też taka nie jest, nie jest nawet w kontekście jego wcześniejszej dyskografii niczym szczególnym, ale już na zawsze pozostanie moją ulubioną ♪ „gamma ray”, „modern guilt”


Another decade in life and music

42.

brian wilson that lucky old sun 2008

brian wilson był geniuszem popu, ale naodcinał się też kuponów; that lucky old sun to jeden z nielicznych późnych przebłysków tego pierwszego — projekt, który z jednej strony czerpie ze słonecznej kalifornii i dziedzictwa beach boysów, a z drugiej na swój kampowy, uroczy sposób opowiada historię zupełnie odrębną; to jak spin-off ulubionego serialu, który nie tylko jakimś cudem się udał, ale w dodatku mimo upływu czasu wraca się do niego z nie mniejszym rozrzewnieniem ♪ „midnight’s another day”


Another decade in life and music

41.

susumu hirasawa paprika 2006

satoshi kon (reżyser „papriki”) i susumu hirasawa (kompozytor ścieżki dźwiękowej) to jedno z najwspanialszych połączeń kreatywnych w historii popkultury; nikt inny nie dopełniłby wizji psychodelicznej mechadystopii w sposób równie zniuansowany co hirasawa; poza kontekstem filmowym to także kolejny fascynujący krążek w jego wyjątkowej dyskografii, łączącej orkiestrowe marsze z syntezatorowymi aranżami i hymnicznymi wokalami ♪ „parade”


Another decade in life and music

40.

kelis tasty 2003

był rok 2003, a ja, dzieciak bez internetu, jakimś cudem usłyszałem „milkshake” kelis; skończyło się tak, że za ponad 70 złotych (wszystkie posiadane na własność pieniądze w tamtej chwili mojego życia) wyłożyłem, żeby w jednym sklepie muzycznym w moim mieście sprowadzono mi ją na zamówienie; czekałem zresztą kilka tygodni, ale nigdy nie zapomnę dnia, w którym poszedłem ją odebrać i momentu, kiedy pierwszy raz ją włączyłem; bywało, że kupowałem lub dostawałem w tamtym czasie płyty nijakie lub złe, ale ta okazała się ekstraklasą r&b — łączącą koktajlowy soul produkcji raphaela saadiqa i zniuansowany przebojowy rhythm & blues spod ręki the neptunes; znam każdą nutę tego krążka i gdy do niego wracam, zawsze mi mało ♪ „sugar honey iced tea”, „protect my heart”


Another decade in life and music

39.

grm persepolis + remixes edition 1 2002

kolejna płyta-doznanie, ale też płyta-pomnik i płyta-requiem; xenakis, ojciec muzyki stochastycznej, zmarł w 2001 roku, a ten album to hołd dla jego spuścizny i wkładu w muzykę elektroakustyczną; połowa to nowe wykonanie mitycznego „persepolis” skomponowanego w latach 70. na zlecenie szacha ówczesnego iraku z okazji 2500-lecia scalenia perskiego imperium; to nie jest mój ulubiony xenakis; uwielbiam natomiast to, co stało się z tym utworem na drugiej płycie, a mianowicie został pocięty, a z jego sampli rozmaici współcześni twórcy m.in. merzbow, ryoji ikeda, otomo yoshihide, zbiegniew karkowski, ulf langheinrich czy francisco lópez zrobili swoje własne utwory; to jest kultura remiksu w najlepszym wydaniu i panorama dźwięku w pełnej krasie; na zawsze już te numery będą mi przywodziły na myśl epokę końca audycji; już do nich nie wracam, ale był czas, że sam chętnie wykorzystywałem je we fragmentach w rozmaitych nieszablonowych radiowych miksach ♪ „untitled” (yoshihide)


Another decade in life and music

38.

common be 2005

jestem szczęśliwy zawsze, ilekroć usłyszę pierwsze takty „be”; gdyby common nie nauczył mnie kochać hip-hopu tym afirmacyjnym, korzennym krążkiem, czy na mojej mapie emocjonalno-estetycznej znalazłoby się miejsce dla noname? pod okiem kanyego westa, j dilli, jamesa poysera i karriema rigginsa common zrobił płytę ciepłą, intymną i kameralną, która ujęła mnie jak nic innego w jego dyskografii i otworzyła przede mną zupełnie nowy korytarz ♪ „be (intro)”


Another decade in life and music

37.

fiona apple extraordinary machine 2005

zdążyłem się już przekonać, że nie jest to niczyja ulubiona fiona apple, a tymczasem ja, choć owszem przyciąłbym ją o trzy piosenki, nie jestem w stanie przejść obojętnie obok tego, jak fiona tu brzmi i o czym śpiewa; jej szczerość w jazzującym post-kabaretowym anturażu za każdym razem maluje mi w głowie ruchome obrazy, całe sceny — nie każda płyta to potrafi, nawet spośród moich ulubionych ♪ „waltz (better than fine)”, „extraordinary machine”


Another decade in life and music

36.

jamey johnson that lonesome song 2008

jamey johnson to jeden z tych współczesnych piosenkarzy country, którym udało się osiągnąć sukces i zachować twarz; więcej, to fantastyczny songwriter i pierwszorzędny wykonawca, który nawet śpiewając cudzesy, czyni je swoimi własnymi; that lonesome song to płyta-historia, która towarzyszyła mi pewnej pamiętnej śnieżnej zimy w styczniu 2009, gdy stawiałem pierwsze kroki w świecie, którego nie znałem; było wtedy tej muzyki ze mną więcej, pamiętam ją całą, ale nie było wśród niej krążka tak jakościowego jak ten; gdy myślę o dobrym country, równie dobrze mogę myśleć o that lonesome song ♪ „dreaming my dreams with you”


Another decade in life and music

35.

mastodon crack the skye 2009

od kiedy zakochałem się w crack the skye w 2009 roku, wszystkie kolejne i poprzednie płyty mastodona były dla mnie mniejszym lub większym rozczarowaniem; może przez lata dokonałem małej fetyszyzacji początku naszej znajomości, bo nie byłem przecież wtedy nawet targetem tej muzyki — jakieś koncepcyjne historie fantasy, lochy i smoki; ale nie sama historia, a sposób w jaki ją odpowiedziano — melodie, artykulacja i oczywiście riffy — psychodelicznie poskręcane; mam słabość do muzyki, której słuchając, czuję jakbym wpadał do matni i ta płyta zapewnia mi takie wrażenia, ilekroć ją włączę ♪ „crack the skye”


Another decade in life and music

34.

aaliyah aaliyah 2001

na kilka miesięcy przed swoją tragiczną śmiercią aaliyah wydała płytę, która stała się wzorem dla sceny r&b jeśli chodzi o brzmienie i koherencję; to ponadczasowa wizytówka gatunku w jednym z jego najlepszych momentów w historii z fenomenalną produkcją timbalanda i anielskimi wokalami aaliyah; dla mnie to też płyta legenda, bo musiało minąć kilka dobrych lat, zanim miałem możliwość usłyszeć ją w pełnej krasie i płyta historia, bo piosenki i śmierć aaliyah odcisnęły na mnie wtedy swój ślad ♪ „read between the lines”, „more than a woman”


Another decade in life and music

33.

electric wizard dopethrone 2000

lordowie doom metalu w ich najbardziej mocarnej odsłonie; psychodelicznie świdrujące gitary, hipnotyzujący bas, posępne zabawy w okultyzm; to jak black sabbath do sześcianu, na kwasie; riffy tak gęste, że człowiek w nich brodzi, tak głośne, że gdy zacznie się w nich topić, pomoc nie nadejdzie znikąd ♪ „funeralopolis”


Another decade in life and music

32.

erykah badu worldwide underground 2003

ta najmniej lubiana pozycja w dyskografii badu była jednocześnie moją wprawką w twórczość królowej neo-soulu — lekko surrealistyczną progresywną karuzelą bawiącą się funkiem, hip-hopem, rockiem czy jazzem; było w tym wszystkim sporo artystycznego zadęcia, które jednak dało się oswoić świetnymi aranżami i dominującym odczuciem, że badu i jej świta doskonale się przy tym bawią; to też jedna z tych płyt, które kupiłem zupełnie w ciemno zanim nastała w moim życiu era internetu; i chyba jedna po którą szedłem do empiku przez pół miasta po kolana w śniegu ♪ „danger”, „i want you”


Another decade in life and music

31.

outkast speakerboxxx / the love below 2003

gdybym wpisał ten krążek na moją własną listę spod znaku pół perfekcyjnej płyty, tak naprawdę byłby to cały album the love below andré 3000; ale byłoby to nieporozumienie, bo po stronie big boia na speakerboxxxie też w dalszym ciągu doznaję przynajmniej kilku mocarnych bangerów; i tak jak wtedy w 2003 zachwycały mnie wielkie bity big boia, teraz to andré bierze mnie emocjonalnie z swoim post-jazzowym neo-soulem, w każdym calu doskonale wykonanym i przyprawionym całkiem urokliwym humorem ♪ „spread”, „ghettomusick”


Another decade in life and music

30.

timber timbre timber timbre 2009

definicja posępnej americany; gitara akustyczna jako atrybut żałoby; jedna z najpełniejszych współczesnych (coraz mniej w sumie, bo jednak 2009 rok był już chwilę temu) inkarnacji konceptu murder ballads; nie znałem tej płyty w 2009 roku, usłyszałem ją pierwszy raz już po tym, jak timber timbre wreszcie przekonało mnie swoim podejściem do synthpopu na sincerely, future pollution — wyminąłem wtedy instynktownie dwa krążki, które w dyskografii grupy dzieliły 2007 i 2009 i sięgnąłem po ten; prędko okazało się, że zawiera wszystko, czego na niej szukałem ♪ „i get low”


Another decade in life and music

29.

lauryn hill mtv unplugged no. 2.0 2002

to kontrowersyjna płyta nawet dla mnie, ale nie byłem w stanie zupełnie jej pominąć, bo w pewnych momentach mojego życia rozrzuconych na przestrzeni lat to była dla mnie rzecz totalnie niezbędna; nie potrafię do dzisiaj ocenić szaleństwa hill, którego dokumentem jest bezsprzecznie ten krążek — z jednej strony obłęd miesza się tu z fałszywymi proroctwami, z drugiej to niedający się podrobić i zastąpić emocjonalny reset, instrukcja, jak mimo wszystko nie zwariować w świecie, który sposób zupełnie bezpośredni prowadzi nas wszystkich ku szaleństwu i śmierci; niezależnie od tego, co kto ma do powiedzenia na temat muzyki tu zawartej i stanu umysłu hill, to mocna rzecz, która, choć wiele rzeczy się zmieniło we mnie i poza mną, wciąż pozostaje ważną częścią mojej higieny umysłu i mnie w ogóle ♪ „mystery of iniquity”, „so much things to say”


Another decade in life and music

28.

dixie chicks taking the long way 2006

na taking the long way dixie chicks pod skrzydłami ricka rubina mierzą się ze skandalem, który niemal zakończył ich karierę; to krążek pełen słodko-gorzkich historii, które na błędy przeszłości patrzą raczej ze zrozumieniem niż z żalem; ja odkryłem tę płytę wraz z całym jej kontekstem w połowie 2008 roku, gdy przypadkiem trafiłem na nią na wyprzedaży w supermarkecie i zwróciła moją uwagę okładką; dzisiaj znam ją na pamięć — bardziej niż lekcją metastylistycznej ogłady stała się dla mnie mimowolnym przewodnikiem akceptacji i empatii; i myślę, że to nawet bardziej niż na wskroś amerykańskie brzmienie krążka (które swego czasu było dla mnie wyznacznikiem muzycznej jakości) sprawiło, że krążek przetrwał dla mnie próbę czasu, choć o jego oryginalnym kontekście wszyscy zdążyli już dawno zapomnieć ♪ „bitter end”, „the long way around”


Another decade in life and music

27.

erykah badu new amerykah part one: 4th world war 2008

pierwsza część nowej ameryki badu to psychodeliczny neo-soul zbudowany na fundamencie świadomego hip-hopu; badu jest profetyczna, polityczna, uduchowiona i filozoficzna, a za sprzymierzeńców ma ekstraklasę hip-hopu: madliba, shafiqa husayna, karriema rigginsa, 9th wondera i oczywiście ducha j dilli; przez ciężar emocjonalno-brzmieniowy dawno nie słuchałem tego krążka w całości, ale we fragmentach co rusza ożywa w mnie, gdy wyglądam za okno, włączam telewizję, scrolluję twittera ♪ „the healer”


Another decade in life and music

26.

sheena ringo kalk samen kuri no hana 2003

sheena ringo miała na koncie już dwa znakomite krążki, ale dopiero na tym rozwinęła w pełni swoje kreatywne skrzydła; ja sam, żeby naprawdę dać się tej muzyce oczarować potrzebowałem przeszło dekady, bo moje pierwsze spotkania z ringo kończyły się raczej dysonansem poznawczym niż czymkolwiek innym; ringo jest na swój sposób cholernie ekspresyjna i jeśli się tej ekspresji nie oswoi, trudno poradzić sobie z resztą — powykręcanymi, progpopowymi aranżami niejednokrotnie zwieńczonymi jawnie hałaśliwymi elementami oraz melodyką, czasem tylko niedaleką tego, do czego przyzwyczaili nas amerykanie ♪ „kuki”, „shūkyō”


Another decade in life and music

25.

pj harvey white chalk 2007

to płyta, która zawiązała nic porozumienia między mną a pj harvey, która pozbyła się rocka alternatywnego, a ja pozbyłem się uprzedzeń względem jej słuchania; w tym nowym kameralnym folkowym anturażu wreszcie miałem szansę wsłuchać się w jej głos, nowe kolory naprawdę się jej przysłużyły; to dość smutna płyta, ale raczej posępna i mroczna niż trudna do przetrawienia; folkowa oprawa i lekko patetyczne zacięcie sprawiają, że to raczej udane wejście w konwencję, aniżeli zapis epizodu depresyjnego; u mnie na półce z murder ballads obok cave’a i timber timbre ♪ „dear darkness”


Another decade in life and music

24.

the dirtbombs ultraglide in black 2001

poznałem tę płytę srogo po jej premierze jako jedną z wielu, a jako jedna z niewielu zaczęła mnie prześladować; to garażowy punk w najlepszym wydaniu, surowy, organiczny, energetyczny, z urokiem akcentujący międzygatunkowe niuanse, co zresztą, żeby rzecz mogła się udać, musiało zostać wpisane w jego istotę, bo to krążek niemal w większości coverujący klasykę soulu i funku; collins śpiewa więc sly’a stone’a, marvina gaye’a, steviego wondera czy the o’jays, z przekonaniem dając wcale nie zawsze hitowym numerom nowe życie; uzależniająco dobre ♪ „livin’ for the city”, „livin’ for the weekend”


Another decade in life and music

23.

sleep dopesmoker 2003

święta góra miłośników zarówno stoner, jak i doom metalu; obiekt kultu i miejsce pielgrzymek na haju; gitarowy monolit; album-doświadczenie, płyta potwór; ekstaza i agonia; żar i trans; nieustająca fatamorgana; a pośród tego wszystkiego taki mały ja błąkający się w odmętach tego sonicznego uniwersum, tyleż rozkosznego, ile okrutnego ♪ „dopesmoker”


Another decade in life and music

22.

joanna newsom ys 2006

jakie wspaniałe historie opowiada nam joanna przy akompaniamencie swojej harfy i sekcji smyczkowej pod wodzą niezrównanego vana dyke’a parksa; a do tego pokrętna melodyka, nielinearna struktura pięciu niekrótkich utworów, 29-cioosobowa orkiestra, w pełni analogowe nagranie i miks jima o’rourke’a; podsumowując, ys to ulubiona gimnastyka dla mojego mózgu, przynajmniej spośród płyt z popowego korzenia ♪ „monkey & bear”


Another decade in life and music

21.

kapela brodów kolędy i inne pieśni 2002

adam strug i jego kapela dokonali dzieła, o którym sam ukradkiem marzyłem, odkąd zacząłem na poważnie marzyć o muzyce — nieraz zresztą, bo cała dyskografia kapeli brodów to wytrawna etnomuzykologiczna uczta w totalnie nieakademickim sensie, ale to ich płyta z kolędami, dlatego, że pojawiła się w moim życiu realna potrzeba tej muzyki zajęła stałe miejsce podczas moich zimowych spacerów i naszych świątecznych kolacji; te piosenki, także za sprawą zmyślnych, minimalistycznych aranży, opowiadają więcej niż historie w nich zawarte, opowiadają historie tych, którzy przez lata przekazywali je ustnie kolejnym pokoleniom; mistyczne doznanie ♪ „stała nam się nowina miła”


Another decade in life and music

20.

vashti bunyan lookaftering 2005

pomiędzy efemerycznym debiutem vashti w 1970 a wydaniem jej drugiej płyty minęło aż 35 lat; stało się to na fali zainteresowania twórczością i osobą piosenkarki w internecie, dzięki grupie związanej z nurtem new weird america pod wodzą devendry banharta; ale producentem i aranżerem lookafterning został max richter, który nie tyle odtworzył brzmienie debiutu, co przeniósł je na inny poziom kameralnej subtelności; sama vashti natomiast pomimo upływu lat zaczęła dokładnie tam, gdzie skończyła na just another diamond day może w nawet odrobinę bardziej kołysankowym anturażu; żadna z tych płyt zresztą nie przystaje do świata krytyki muzycznej — profesjonalnej i amatorskiej; to płyta do słuchania i obcowania z nią — na wsi i w mieście, w dni pogodne i zupełnie szare, gdy jesteśmy zestresowani i gdy morzy nas błogi sen; dzięki niej wszystko to staje się odrobinę lepsze ♪ „lately”, „feet of clay”


Another decade in life and music

19.

benjamin biolay la superbe 2009

nie spodziewałem się, że ta płyta przetrwa ze mną tę dekadę; to było moje pierwsze spotkanie z biolayem, dzięki któremu wkrótce stał się jednym z moich ulubionych głosów piosenki francuskiej; słyszałem w nim wtedy prawowitego dziedzica artystycznej spuścizny gainsbourga i ten nostalgiczny anturaż totalnie mnie wtedy ujął — wreszcie wałęsając się po mieście, mogłem się czuć jak w filmach truffaut, ale bez poczucia, że dokonuję jakiegoś emocjonalnego wykopaliska; dziś już tego nie potrzebuję, ale la superbe kupuję nadal w trwającej ponad siedem kwadransów całości; biolay żongluje pomysłami i aranżami, wspierając je każdorazowo znakomitymi piosenkami ♪ „lyon prequ’île”, „buenos aires”


Another decade in life and music

18.

the white stripes elephant 2003

the white stripes stało się przypadkiem moim oknem do świat muzyki, o której istnieniu nie miałem wcześniej pojęcia; moją pierwszą kopię elephant za cenę pięciu złotych ściągnął mi z internetu i wypalił na cedeku (który ja opatrzyłem pieczołowicie rozpisaną tracklistą) kolega z ławki; było tych transakcji więcej, ale tylko ten krążek został ze mną do dziś; gdyby nie ci stripesi, jak mógłbym pokochać the velvet underground? to bezsprzecznie płyta, która nauczyła mnie milości do gitarowego brudu, rzecz dla moich nastoletnich uszu wówczas totalnie niezwykła, ale od samego początku absolutnie naturalna i na swoim miejscu ♪ „littles acorns”, „well it’s true that we love one another”


Another decade in life and music

17.

junior boys begone dull care 2009

junior boys mieli wcześniej dwie lepiej przyjęte płyty i lubię do nich wracać, ale to begone dull care zabarwiło kiedyś moje lato i to te, a nie tamte piosenki przywołują we mnie obrazy — głównie kolorów nieba; perfekcyjnie niebieskiego w „hazel” i różowego zachodzącego słońca w „dull to pause” ♪ „dull to pause”, „bits and pieces”


Another decade in life and music

16.

glen hansard & marketa irglova the swell season 2006

pamiętam moment, kiedy zobaczyłem okładkę the swell season z przeszywającym na wskroś wzrokiem hansarda; nie miałem pojęcia o głośnym filmie, a przynajmniej połączyłem kropki dopiero sporo później; to była wyjątkowo ciemna i zimna jesień i ten krążek, oparty przecież na zupełnie oczywistych folkowych patentach aranżacyjnych, dał mi odrobinę ciepełka; aranże choć proste, są świetnie zrealizowane, ale to doskonałe bliskie harmonie hansarda i irglovej oraz napisane i wykonane od serca numery stanowią o prawdziwej sile tego krążka — stąd też, mimo minorowej wymowy części kompozycji, do dziś płynie do mnie to samo ciepełko; wydałem zresztą wtedy na niego ostatnie pieniądze — najwyraźniej potrzebowałem go w moim życiu zupełnie namacalnie ♪ „lies”, „leave”


Another decade in life and music

15.

the little willies the little willies 2006

to wina nory jones, że zasłuchuję się w starym hanku williamsie, lirycznym townesie van zandcie i znalazłem serce dla williego nelsona; choć w 2006 roku przeżyłem małe zauroczenie muzyką jones, to pewnie jej wspólny krążek z coverami zakurzonych nieco klasyków country z grupą the little willies, umknąłby mi zupełnie, gdybym nie trafił na niego w koszu wyprzedażowym; co myśmy przeszli wspólnie od tego czasu! nie twierdzę, że aranże czy interpretacje jones i spółki są wyjątkowe, kunsztowne, że zrewolucjonizowały myślenie o country, ale otworzyły mi głowę na zupełnie inny świat; przez lata dotarłem do sedna każdego z dwunastu coverów na krążku, to nie tak, że znam je na pamięć; one są mną, a ja nimi — gdy tylko wybrzmią pierwsze takty, wskakuję na stół i wyję ♪ „it’s not you, it’s me”, „night life”


Another decade in life and music

14.

animal collective merriweather post pavilion 2009

ta płyta to dokument mojej autoterapii konwersyjnej na indie muzyczkę; ja abnegat, miłośnik radiowego r&b dosłownie stanąłem wówczas z wizją popu animal collective w szranki; wtedy nie słyszałem jak ten neopsychodeliczny post-minimalizm może się łączyć z kalifornijskim sunshine popem beach boysów; nie potrafiłem też wyobrazić sobie pomostu pomiędzy tym krążkiem a resztą muzyki; i słusznie, bo takowy nie istnieje — trzeba wsiąść w bańkę-kapsułę, która zabierze nas na wyspę-planetę, gdzie wybrzmiewa żywa magia ♪ „in the flowers”, „also frightened”


Another decade in life and music

13.

frances-marie uitti, münchener kammerorchester, christoph poppen natura renovatur 2006

scelsi to definicja ekscentryczności, fascynująca historia szaleństwa, która doczekałby się już z pewnością nagradzanej na festiwalach adaptacji filmowej, gdyby tylko jego muzyka nie stawała okoniem; ta płyta to dla mnie trochę totem, trochę mem, a trochę filozofia życia; na płycie ecm inaczej niż na wcześniejszym wydawnictwie kairos pożeniono tytułową kompozycję nie tylko z innymi kompozycjami na orkiestrę kameralną, ale także na wiolonczelę solo, co potęguje doświadczenia obcowania z minimalistyczną, dysonantyczną i złowrogą muzyką, której miejsce nie jest jednak w tle filmowego kadru, ale w tle naszej codzienności ♪ „natura renovatur”


Another decade in life and music

12.

david thomas broughton the complete guide to insufficiency 2005

zagapiłem się trochę z muzyką broughtona — poznałem go przy okazji odsłuchów do podsumowania roku w 2014, ale potrzebowałem jeszcze kilku lat, żeby podejść jakkolwiek do jego wcześniejszej twórczości; to awangardowy autorski folk silnie skoncentrowany wokół uczuć i przeżyć, i sposobu ich wyrażenia; w swojej własnej kategorii muzycznej to na wskroś przeszywające estetyczno-emocjonalne doświadczenie, które trudno rozbić na mniejsze fragmenty lub precyzyjnie opisać ♪ „ever rotating sky”, „unmarked grave”


Another decade in life and music

11.

bill callahan sometimes i wish we were an eagle 2009

to był mój pierwszy callahan; pojechał ze mną wtedy na weekend do babci na wieś i totalnie mną wstrząsnął w sposób wcześniej mi nieznany; zaklął tamten moment w siebie i do teraz, już pewnie na zawsze ta płyta i tamte chwile będą dla mnie zupełnie tożsame; na poziomie muzycznym już sama wokalna artykulacja callahana mnie onieśmielała, a artykułował przecież pięknie rozpisane na głos męski i wyobraźnię słuchacza historie; całości dopełniał sielski anturaż z pogranicza amerykańskiego folku i muzyki kameralnej ♪ „too many birds”, „all thoughts are prey to some beast”


Another decade in life and music

10.

perfume 2009

nie jestem pewien, czy na pewno to technopopowe, post-dyskotekowe triangle perfume najpełniej oddaje producencko-kompozytorski geniusz yasutaki nakaty, ale to bezsprzecznie jego najlepiej zbilansowana, a być może także ponadczasowa płyta; pomiędzy syntezatorowymi riffami, bitpopowymi pasażami i sprasowanymi w unisonie wokalami tli się w głosach dziewcząt coś bardzo organicznego, szczerego, optymistycznego, co stanowi serce tej muzyki i sprawia, że choć kolejne wielkie popowe single pojawiają się i znikają, te piosenki wciąż wracają do mnie z nową siłą ♪ „i still love u”, „edge”


Another decade in life and music

9.

robert plant | alison krauss rasing sand 2007

robert plant i alison krauss pod skrzydłami t bone’a burnetta, mistrza w swoim fachu, nagrali płytę, która wyciągnęła oboje przed nawias ich dotychczasowych karier; zrealizowana w duchu bliskich harmonii i post-rockandrollowej kameralnej americany płyta złożona wyłącznie z reinterpretacji zapomnianych klasyków spoza amerykańskich śpiewników odkryła zupełnie nową jakość; wszystko za sprawą niebywałej synergii na poziomie dalece wykraczającym poza wokalną kompatybilność; to dbałość o niuanse na każdym etapie powstawania krążka i szczególna artystyczna wrażliwość sprawiły, że jak wpadłem w ten krążek niczym w studnię przed piętnastoma laty, tak wciąż się w tej studni z rozkoszą zanurzam ♪ „sister rosetta goes before us”, „gone, gone, gone (done moved on)”


Another decade in life and music

8.

kremerata baltica, gidon kremer octet / quintet 2002

mam słabość do muzyki kameralnej późnych romantyków — jest w niej coś rozdzierająco bliskiego duszy, pochodzące z miejsca w równej mierze pomiędzy tym co dawne i wielkie, a tym, co tu i teraz, w danej chwili rzadko kiedy jakkolwiek zauważalnym; wszystkie te niepokoje burzliwej pierwszej połowy xx wieku osadziły się w porywczości enescu balansującego nieustannie na granicy sielanki i zawieruchy, które w znajomym splocie współzależnej egzystencji oddają się tańcu życia i śmierci; gidon kremer i jego zespół oddają nagraniom enescu sprawiedliwość być może bardziej niż ktokolwiek wcześniej ♪ „string octet”


Another decade in life and music

7.

grizzly bear veckatimest 2009

beach boysi byli już w samym środku mojego muzycznego uniwersum, gdy trafiłem na veckatimest grizzly bear, które wówczas zabrzmiało mi jak indiefolkowy hołd dla pet sounds; to płyta, której rzeczywiście wtedy doznałem w ten sam sposób, w który doznawałem beach boysów; grizzly bear korzystali z podobnych środków, śmielej nawet odpływając w kierunku organicznej psychodelii, która wówczas jawiła mi się jako święty graal wszelkiego popu; dziś veckatimest to dla mnie bardziej wehikuł czasu do tamtej chwili aniżeli jakikolwiek pomost do lat 60.; to przepięknie napisana, zaaranżowana i wykonana ponadczasowa płyta, swoja własna muzyczna kraina, której nie trzeba do niczego już odnosić ♪ „two weeks”, „while you wait for the others”, „southern point”


Another decade in life and music

6.

fleet foxes fleet foxes 2008

to fleet foxes głosem robina pecknolda ogłosiło mi, że skończyło się moje dzieciństwo; tak to pamiętam, jako wejście w dorosłość, przejście przez bramę do innego wymiaru pod każdym możliwym względem; debiut fleet foxes to była muzyka osadzona do tego stopnia poza współczesnym światem, że gdy tylko po nią sięgałem, malowała w mojej głowie obrazy z dawnych baśni i legend; w równej mierze rozsmakowana w tradycji amerykańskiego folku z appalachów, barokowym songwriterstwie angielskiej prowincji porośniętej wysokimi trawami i opowieściami z serca dawnej europy nieznającej jeszcze ani baroku, ani appalachów; nie traktuję tego niezwykłego splotu wydarzeń jako przeznaczenia, które musiało wypełnić się akurat w taki i nie żaden inny sposób — ale rozkosznie się złożyło, sam to przed sobą przyznaję ♪ „tiger mountain peasant song”, „your protector”


Another decade in life and music

5.

the-dream love v/s money 2009

produkcje the-dreama z lat 2008-2010 to absolutna ekstraklasa r&b, gatunku, który wkrótce miał dopiero eksplodować artystycznie; cała miłosna trylogia dreama to istota jego muzycznego dziedzictwa, ale środkową część love v/s money wyróżnia dodatkowo tytułowy dylemat moralny, motyw przewodni całego krążka, wirtuozersko rozpisanego na intensywne, progresywnie ewoluujące syntezatorowe riffy i męski falset; dream, podobnie jak jego rówieśnicy, żyje chwilą, ubierając swoją drugą płytę w szaty wystawnej hedonistycznej uczty, ale gdzieś w między wierszami intensywnie szuka tego, co nieuchwytne i ponadczasowe, a jego neo-barokowy dźwiękowy anturaż doskonale to uwypukla ♪ „love vs. money: parts 1+2”, „right side of my brain”


Another decade in life and music

4.

sufjan stevens invites you to come of feel the illinoise 2005

nie jestem chyba jednym naiwnym, który gdzieś tam w głębi swojego złamanego na pięćdziesiąt części serduszka liczy, że sufjan stevens przyzna jednak, że tak naprawdę w sekrecie od lat pracował nad brakującymi 48-mioma częściami the 50 states project; po illinois, historii tak żywej, złożonej, kompletnej, nie ma czemu się dziwić; lata mijają, a ja, gdy tylko wiosenne słońca przygrzeje wystarczająco, a trawy wyrosną wystarczająco, by delikatnie kiwać się na wietrze, zawsze uciekam do tego świata, przynajmniej na krótką chwilę, i już nie jestem we wrocławiu czy w bydgoszczy, lecz w dalekim chicago; te minimalistyczne pasaże ukradzione glassowi i reichowi wykorzystane jako budulec pierwszorzędnych pełnowartościowych folkowych piosenek idealnie oddają ducha wielkiego amerykańskiego miasta ze wszystkimi jego problemami, nadziejami i marzeniami ♪ „come on! feel the illinoise!”, „casimir pulaski day”


Another decade in life and music

3.

d’angelo voodoo 2000

gdy wiele lat temu jako dzieciak zakładałem konto na rateyourmusic, to była jedna z dwóch ocenionych przeze mnie na maksymalną notę płyt, a w pewnym momencie mojego życia najpełniejsze estetyczno-duchowe doznanie; ale zanim spiłem z d’angelo brudzia, musiałem tę płytę ogarnąć — pierwsze spotkanie było wyjściem poza strefę komfortu nowoczesnego (w ówczesnym rozumieniu) r&b i słonecznego rytmicznego soulu lat 70. w gęsty mikroklimat ciemnego, zadymionego klubu z grubo naszkicowanymi, mistrzowsko rozmytymi wokalami, uwielbieniem dla bezkompromisowo hiphopowych bitów i ekspozycją jazzowej sekcji dętnej; był czas, że ta płyta była tylko moja, tak myślałem, później niemal wyślizgnęła mi się z rąk ♪ „africa”, „feel like makin’ love”, „spanish joint”


Another decade in life and music

2.

gillian welch time (the revelator) 2001

nie chcę pisać o tej muzyce tak, jakby mnie nie dotyczyła — musi mnie dotyczyć albo przynajmniej dotykać i to chcę uwydatnić; trudno jednak zupełnie bezpośrednio odnieść mi się do płyty eksplorującej tematykę amerykańskiej żałoby — zabójstwa lincolna, śmierci elvisa, zatonięcia titanica — wydanego w przededniu 9/11; a mimo tego to fragment twórczości welch, który rezonuje ze mną najsilniej; może ze względu na doszczętnie dojmujący sposób, w jaki welch połączyła przeszłość z teraźniejszością, niczym dawni prowincjonalni pastorzy, szukając dosłownej paraleli między przypowieściami z wersetów pisma i wydarzeniami z wczorajszego dziennika; to emanacja prozy flannery o’connor z całą jej surową i mroczną poetyką zaklęta w niezwykle zręczny folkowy album ♪ „revelator”, „dear someone”, „elvis presley blues”


Another decade in life and music

1.

sheena ringo x neko satō heisei fūzoku 2007

w przeciągu ostatniego roku moją największą muzyczną radością były te fragmenty piosenek sheeny ringo, w których piosenkarka wpadała w niewielką ekstazę, lekką histerię — jej głos drżał, wykraczał poza ramy i tak rozpisanej już niezbyt konwencjonalnie piosenki; syntezą i emanacją tej mojej małej radości, kolejnych prób uchwycenia tego stanu umiejscowionego nieco ponad właściwą piosenką jest w dyskografii sheeny zrealizowany wespół z maestro neko saitō krążek heisei fūzoku — zaprzeczenie wszystkiego tego, o czym myślimy, gdy myślimy o płytach z autocoverami z towarzyszeniem orkiestry; bo sheena te piosenki w większości przypadków dopiero tutaj zabiła — zaciukała nożem, topiąc w morzu krwi, potu i łez — przy współudziale saitō i jego ludzi, ma się rozumieć; to dla mnie (niedającego się nawrócić pararomantyka, który bez wahania zamieniłby jakiekolwiek prawdziwe życie na jakikolwiek musical, byle by akompaniowała mu dobra orkiestra), ostateczna synteza i emanacja popowej wirutozerii w ogóle, którą sheena swoim ponadpiosenkowym rejestrem dodatkowo akcentuje; kurtyna! ♪ „meisai”, „sakuran”, „ishiki”