Opublikowano

Jesienne beachboysowanie

Beach Boysi czy The Beach Boys®

Ze „Smiley Smile” zawsze najbardziej lubiłem okładkę i tu pożyczam ją jako całkiem adekwatnie jesienne tło


Gdy zacząłem pracę w radiu, szybko dostałem komentarz zwrotny, żeby nie mówić „Beach Boysów”, zostać przy nieodmiennej wersji „The Beach Boys”, bo ta pierwsza brzmi dziwnie, niechlujnie, nawet wulgarnie. Trzymałem się więc tej zasady dopóty, dopóki musiałem, a do teraz przezimowała ona w czeluściach mnie i co jakiś czas usiłuje związać mi ręce albo usta. Gdy jednak myślę dziś o tej estetyzacji anturażu grupy, procesie oderwanej od sedna sprawy pocztówkofikacji, widzę pewną paralelę między pocztówkową niewyczerpywalną franczyzą a literkami układającymi się w idealnie pałające plażową energią logo The Beach Boys®. Nie powiem, jako nastolatek lubiłem ten doskonale wyglazurowany produkt. Ale myślę, że prawdziwi Beach Boysi, choć dystrybuowani przez tę samą niemającą ani wyrzutów, ani dosyć franczyzę, to jednak te niekompletne fragmenty z sesji nagraniowych, odrzuty rozpoczynające się od komendy faceta z reżyserki, że już można, przerwane wpół pozbawione masteringu wokalne pasaże.

W piątek przymuszony zmienionym prawem autorskim w USA Capitol Records opublikował kolejny boksset-klucz do antologii grupy. Tym razem upubliczniono 133 utworów z sesji nagraniowych z lat 1969-1971 do płyt „Sunflower” i „Surf’s Up”, które wówczas sprzedały się bardzo tak sobie, a single nie trafiły na listy przebojów, ale dzisiaj dla odmiany uznaje się je za drugi złoty okres działalności zespołu (po pierwszym przypadającym na 1966-1967, czyli „Pet Sounds” i „Smile”). Na płytach umieszczono nowe remastery oryginalnych krążków (które, jak narzekają fani, za bardzo syczą, a nawet ponoć sprawiają fizyczny ból), nagrania na żywo z tego okresu, bebechy, czyli wersje instrumentalne, a cappella, alternatywne miksy, wersje demo, fragmenty sesji nagraniowych oraz garść niepublikowanych oficjalnie nowych utworów na tyle pokaźną, że wypełnić mogłaby swoją własną składankę — może odrobinę uczciwszą, jeśli chodzi o dobór utworów niż chociażby sprzedawane po sto euro limitowane wydanie winylowe tego wydawnictwa (którego nie kupię, bo trzeba się jakkolwiek szanować, nawet jeśli uprawia się daleko idące beachboysowanie — jak ja).

Nie chodzi tu jednak o żadną walkę prawdy z nieprawdą, uczuć z kapitalizmem czy sztuki z popkulturą. Ludzie lubią to tak przedstawiać przy rozmaitych okazjach i dramatycznie antagonizować — wtedy wydaje im się, że bardziej gdzieś stoją, a przez to są bardziej jacyś, ale rzeczywistość jest nieco bardziej zniuansowana. I pomiędzy Beach Boysami a The Beach Boys® jest jakieś zupełnie namacalne doświadczenie, które w opozycji do kiczowatego summer dreama, którego The Beach Boys® próbują nam od ponad pół wieku sprzedać (i czasem im się udaje, no bo hej), nazwałem tyle roboczo, co swojsko jesiennym beachboysowaniem. A to dlatego, że późne lato budzi we mnie uczucia, które w innych okolicznościach przyrody pozostają uśpione. Gdy dni stają się chłodniejsze i krótsze, zachody słońca haratają serca, we mnie rodzi się poczucie straty, którego szkoda byłoby nie wykorzystać. To zupełnie znany schemat, mam tak od dziecka. Nie żebym, gdyby mi się to lato znowu przytrafiło, zebrał się w sobie i zrobił z niego lepszy użytek. Alergie i upały w lipcowe dni robią ze mnie wrak człowieka niezdolny do opuszczenia klimatyzowanej klitki. Mimo tego ochoczo opłakuję to lato, które na moich oczach umiera, przemija, odchodzi w niebyt i więcej go nie będzie. Wtedy nawiedzają mnie wielkie patetyczne perwersje, że wiosna nigdy nie nadejdzie, że wczorajszy dzień był ostatnim słonecznym dniem w ogóle, i tym podobne brednie. W oswojeniu i przeżyciu tego stanu pozwala mi coroczne beachboysowanie, a tym razem będzie ono tym bardziej upojne, że Capitol Records zrobili mi prezent najlepszy od 2011 roku, kiedy oficjalnie po 44 latach od premiery wydano cały ten wielki boks z sesjami nagraniowymi do „Smile”.

Mój stały zestaw do beachboysowania zacząłem oczywiście zbierać od „Pet Sounds” i był taki moment, że w zupełności skupiało moją uwagę na sobie. Wkrótce odkryłem, że jesienne barwy na okładce „Holland” przekładają się na dziwacznie wczesnojesienną wymowę całości. Że cała druga strona „Surf’s Up” to rodzaj pokrętnej surferskiej elegii. Że „Carl and the Passions” tkwiące w jakimś dziwacznym country-soulowym uścisku, który nijak się ma do barokowych aranży „Pet Sounds”, jest wytrawną ucztą jesieniary. I tak każdego roku odkrywam kolejny utwór, w którym wokale brzmią jak w najlepsze dmący za oknem wiatr albo pędzący pociąg, albo odkopują jakieś nieznane sentymenty, a ja, uzależniony od dramatyzmu wczesnojesiennej żałoby, wszystko przyjmuję i w małej, ale bardzo wydajnej fabryce, gdzieś wewnątrz Kurtka przerabiam na stany emocjonalne we wszystkich barwach jesieni — od słonecznego babiego lata po październikowy zjazd w mroczne czeluści, w otoczeniu drzew nagich jak je Pan Bóg stworzył.

I tak jakoś z tego całego beachboysowania zebrałem się w sobie i stworzyłem na Spotify coś w rodzaju antologii utworów, które nie znalazły się na albumach studyjnych — pojedynczych singli, odrzutów, czasem demówek, które nie doczekały się finalnych wersji, czasem nagrań na żywo, których nie zarejestrowano w studiu, zwykle wydawanych wiele lat później. Z pewnością projekt upubliczniania archiwów grupy będzie kontynuowany i w kolejnych latach światło dzienne ujrzy sporo bootlegowanych przez fanów nagrań w oficjalnych, nierzadko zremasterowanych wersjach. Na tę chwilę wyszło mi tego ponad 130 numerów i naturalnie nie uważam, że lista jest kompletna. Jest tu sporo złota, trochę chłamu, kilka absolutnie perfekcyjnych momentów i dość dużo brudu. Słowem — gdzieś pomiędzy Beach Boysami a The Beach Boys®. Bo puenta należy do was, wiecie?

Opublikowano

もう一度シティーポップの世界へ ‧ Selekcja Citypopowa

もう一度シティーポップの世界へ ‧ Selekcja City Popu

Kolejna wycieczka w głąb popowych rozkoszy muzyki japońskiej

Mam cały folder na Spotify poświęcony tylko muzyce japońskiej i już od dawna nosiłem się, żeby dołączyć do niego wakacyjną selekcję city popowych singielków z lat 80. Kiedyś bardziej sympatyzowałem z 90sowym Shibuya-kei, później zakochałem się w motorycznym techno kayō (tu nie ma linka, bo ostatecznie nigdy nie wrzuciłem swojej trzygodzinnej bardzo pieczołowicie wyselekcjonowanej składanki na żadne streamy, a biblioteka Spotify w tym kontekście okazała się kpiną), ale ostatecznie uległem magii słonecznego j-popu na funkowo-soulowo-jazzowo-aorowym (w zależności od wykonawcy i nagrania) fundamencie. City pop musiał mnie zdobyć, to była wyłącznie kwestia czasu.

Wiecie, dla mnie odkrywanie nowych muzycznych bytów, całych muzycznych rzeczywistości to jedna z najlepszych rzeczy w życiu! W szczególności te momenty, gdy słucha się z wypiekami na twarzy kolejnych nieznanych wcześniej nagrań i płyt, gdy drzwi dopiero się uchylają, nie są już zamknięte, ale jeszcze nie otwarte na oścież. Ten ulotny moment pierwszej fascynacji, który musi w końcu ustąpić spowszednieniu i zatopić się w codzienności i rutynie. Dlatego najbardziej lubię te ze swoich plejlist, które także i dla mnie są na wpół uchylonymi drzwiami — rzeczy znane zestawiam kreatywnie z zupełnie dla mnie nowymi o podobnym potencjale. Wtedy mam poczucie, że mam teraz czego słuchać. Choć akurat ta citypopowa selekcja jest totalnie uniwersalna. To taki kawałek nieco oldschoolowego słoneczka z japońskim twistem.

Inne moje japońskie selekcje muzyczne:
渋谷系 ‧ Shibuya-kei
椎名林檎 ‧ Sheena Ringo
環境音楽 ‧ Kankyō Ongaku
邦楽 ‧ Hōgaku: japońska muzyka tradycyjna

Opublikowano

Krótka opowieść z księżycem i Sheeną Ringo

Sheena Ringo, Neko Saitō i księżyc

Sheena Ringo, Neko Saitō i księżyc

Przespacerowałem się wczoraj wieczorową porą po pustych wrocławskich ulicach, korzystając z tego wiosennego falstartu, kolejnej widomej oznaki klimatycznych szaleństw. Ależ mi tego brakowało! Ostatnio nawet jeśli przemieszczam się, to między home officem a home officem, między potrzebą zrobienia zakupów a kasą samoobsługową, między skrzynką pocztową a paczkomatem. Zawsze towarzyszy temu jakaś niedająca się uniknąć pośpieszna celowość. Móc prawdziwie poczuć, prawdziwie zobaczyć, prawdziwie doświadczyć świata, nawet jeśli pod pojęciem świata kryją się dwie ulice obok czy pusty kampus uniwersytecki! Nawet wtedy bowiem między jedną odrapaną kamienicą a drugą można zawsze spojrzeć w górę — dostrzec gałęzie kołyszące się lekko na wietrze, wyżej — pyzate chmurki bądź szary nieprzenikniony monolit, za nimi wielkie słońce ogłaszające wszem wobec porę dnia, a nocą przy dobrych wiatrach (które rozgonią chmury) — srebrny księżyc i choćby garstkę gwiazd rozsypanych przedwiecznie. I ja tak wczoraj spacerowałem wpatrzony w lekko nadgryzioną tarczę księżyca z słuchawkami na uszach, a w nich muzyką, która sama do mnie przyszła. „Chcę przenikliwie poczuć”, a dalej „chcę naprawdę doświadczyć” — śpiewała mi lekko histerycznie, ale z niedającym się zafałszować entuzjazmem Sheena Ringo w utworze, który jeszcze w grudniu potraktowałem jako klucz do pandemicznego 2021 roku — „Jinsei wa yume darake” („Życie jest pełne snów”).

Muzyczny anturaż królowej japońskiego art popu Sheeny Ringo, można dla nakreślenia jakiejś kanwy przyrównać stylistycznie do twórczości Fiony Apple. Obie panie dzielą między sobą nie tylko słabość do musicalowych zaśpiewów i aranżacji oraz skłonność do naturalnego wykraczania poza ramy gatunkowe, ale też część pseudonimu artystycznego oznaczającą jabłko (po angielsku apple, po japońsku — ringo). Podążając tym tropem, swoje dwudziestolecie na scenie w 2019 roku Sheena Ringo świętowała nieustraszoną kompilacją zatytułowaną Newton no ringo (Jabłko Newtona). Nieustraszoną, bo Ringo nie boi się niczego. Zaczynała jako niepokorna dziewczyna z gitarą, ale od umiłowania hałasu wkrótce, bo w 2003 roku na kultowym krążku Kalk Samen Kuri no Hana przeszła w stronę wysmakowanego progresywnego popu skręcającego to w stronę muzyki kameralnej, to w big bandowy jazz, czasem w robotyczny technopop, jeszcze innym razem w noise. Dzieła dopełnił wydany cztery lata później we współpracy z dyrygentem i skrzypkiem Neko Saitō album Heisei Fūzoku („Obyczaje ery Heisei”) zawierający na nowo wykonane i zaaranżowane z fantazją wcześniejsze kompozycje Ringo (niektóre wykonywane przez nią na koncertach, inne zarejestrowane na dwóch poprzednich krążkach). (Żeby przeciągnąć kolejne nitki, tak zupełnie na marginesie — album Kalk Samen Kuri no Hana, od wtorku pełnoletni, oraz cesarz Japonii Naruhito, którego intronizacja w 2019 roku oficjalnie zakończyła wspomnianą erę Heisei, dzielą ze mną dzień urodzin).

W międzyczasie artystka stanęła na czele jazz-rockowej formacji Tokyo Jihen, z którą między 2004 a 2011 rokiem wydała w sumie aż pięć płyt. Utwory Ringo, które choć osadzone w specyficznej japońskiej melodyce, mają w sobie coś uniwersalnie przebojowego. Jednocześnie jej ekspresja wokalna i aranżacyjne eksperymenty sprawiają, przynajmniej mi, niesamowitą frajdę z samego obcowania z nimi, a to, odkładając na bok cały kontekst, szalenie ważne dla mnie, słuchacza. Dzięki temu fascynujący świat muzyki Sheeny Ringo nadał dla mnie koloru minionemu styczniowi i trwającemu przy nim (i wciąż przy nas) lutemu — dwóm jedynym miesiącom w roku, które zwykle na samą moją myśl o nich, wywołują we mnie zniechęcenie (a bywało, że i rozpacz). Tymczasem, gdy naprawdę się usłyszy, naprawdę zobaczy, naprawdę poczuje, można nawet w szarym styczniu i ponurym lutym unieść się gdzieś w sobie, nie odrywając stopy od chodnika. To motywacyjne truizmy, wiem, i pewnie bym od nich stronił, gdyby nie to, że wczoraj jako żywo, zupełnie bez przygotowania, bez planów i oczekiwań, sam tego doświadczyłem. Dzięki księżycowi i Sheenie Ringo, tak myślę.

Opublikowano

Nie wiem, cóżem uczynił, ale zacząłem zmieniać się w demona

Nie wiem, cóżem uczynił

Pieter Bruegel (starszy), Myśliwi na śniegu, 1565

Lubię wracać do zimy 2008 roku z kilku powodów. Ten najbardziej prozaiczny jest taki, że była to ostatnia (do tego roku) archetypowa zima, która zachowała się w mojej pamięci. Chrzęst grubo leżącego śniegu po stopami. Sinorude wieczorne nieba skrzące się nad miejską panoramą milionem spadających z gracją drobinek. Z pewnym rozrzewnieniem, choć niepozbawionym rzecz jasna ironii, wspominam wielogodzinne opóźnienia kolejowe i sparaliżowany ruch miejski. Ta nieśmiała reminiscencja, to nieśmiałe déjà vu zatrzymało nas zresztą wszystkich choć na chwilę przed tygodniem, gdy po dziesięciu latach musieliśmy odpomnieć niespotykany już przecież fakt, że śnieg może przetrwać w przestrzeni miejskiej więcej niż dobę, że może się gromadzić i że trudno cokolwiek naprędce na to zaradzić.

Rok 2008 był też jednak dla mnie rokiem nowego. Przyjechałem na studia do wielkiego miasta i byłem w tym tak rozkosznie zielony. Nie miałem pojęcia ani o tym mieście, ani o sobie, ani o mieście, z którego przyjechałem, ani o tym, dlaczego to zrobiłem. Ale ta symboliczna zmiana wdarła się w moje życie jak burza, rozsierdzona i złowroga, a w kącie ja wciąż niemający pojęcia dlaczego. Wiem jedno — dzięki niej moja zima 2008/09 brzmiała zgoła inaczej niż wszystkie poprzednie. Już wtedy rozumiałem zmianę, która we mnie zaszła, która przynajmniej na tym jednym polu kazała mi zerwać dotychczasowy jałowy ścieg i pognać za nowym, świeżym, nieznanym! Moodog, Fleet Foxes, T-Bone Burnett i Beck otoczyli mnie tamtej zimy i wędrowałem, nie mając za przyjaciół nikogo innego przez ośnieżone pola na skraju miasta, jakbym właśnie przeżywał największą w życiu przygodę, choć tak naprawdę nie spotkało mnie przecież nic nadzwyczajnego. To we mnie się działo, we mnie była przygoda, a dźwięki, które mnie spętały, były ich akuratną emanacją! Samotne wieczorne wędrówki były częścią tego przymierza, zawartego jakby poza mną, ale bezsprzecznie ze mną i przeze mnie. Nowy wszechświat otworzył przede mną swe wrota, mnie samemu szeroko otwierając oczy i uszy.

Zima 2008 roku zaklęła mnie, przeklęła może nawet. Nigdy już nie miałem wrócić do swej pierwotnej formy, jak Nago, knurze bóstwo zmienione mimowolnie w demona po postrzale z łuku w Mononoke-hime. „I don’t know what I have done but I’m turning myself into a demon” — śpiewał mi do ucha Robin Pecknold w bezwarunkowo zimowo-górskiej morderczej folkowej balladzie „Tiger Mountain Peasant Song”. Nawet nie wiedziałem, że to o mnie. W piosence Pecknold opowiada historię przyjaciela (lub kochanka), który napadnięty w lesie przez zbójców przedwcześnie traci życie. Narrator przybiera żałobę i pod wpływem bólu i braku, które jej towarzyszą zmienia się w demona. To akurat niezupełnie o mnie, a przynajmniej wszystko, co sam wiem o żałobie z własnego życia, wskazuje na jej nieodzowność w ludzkim cyklu oswajania śmierci. Sama historia jest jednak fascynująca i na tyle enigmatyczna, że można interpretacyjnie poukładać ją sobie zgoła inaczej. Trochę jak w prozie japońskiej — na pierwszym planie: zmiany zachodzące w człowieku i zmiany zachodzące w naturze. Bo czyż to nie jedno i to samo? Czy ten śnieg nie jest wystarczającym uzasadnieniem i jednocześnie wystarczającym dowodem istnienia we mnie tego demona, którego po dwunastu latach wybudził z letargu?

Rekonstrukcji demona drzemiącego we wspomnianej myśli, w tej nieświadomości, którą się pożywił, w tym śniegu, który zasypał drogi i pola, w tej muzyce, która wyważyła drzwi, w tej burzy, która dotąd grzmi, spróbowałem dokonać w najbardziej adekwatnej formie plejlisty.

Opublikowano

渋谷系選曲 ‧ Selekcje z Shibuya-kei

渋谷系選曲 ‧ Selekcje z Shibuya-kei

Wycieczka krajoznawcza śladami dziedzictwa Flipper’s Guitar

Mam gdzieś zapisane jeszcze archiwum nigdy niezrealizowanych pomysłów. Jednym z nich było przygotowanie internetowej anglojęzycznej monografii o Shibuya-kei, mikrogatunku tokijskiego popu, który w latach 90. łączył wpływy brytyjskiego madchesteru, francuskiego yé-yé, brazylijskiej bossa novy, chiptune’a, shoegaze’u, drum & bassu, hip-hopu, technopopu i innych mniej lub bardziej lokalnych, mniej lub bardziej niszowych, mniej lub bardziej retro stylów w formule, której nie ograniczała żadna formalna fasada — mikrogatunek jest w istocie makrogatunkiem. Jest muzyką żywą i plastyczną, lepiącą z retro, ale wyciągającą łapki ku przyszłości. Koniec końców pomysł przepadł, także dlatego, że trudno było do tej muzyki dotrzeć (i dotrzeć do źródeł — także ze względu na barierę językową). Tymczasem coraz więcej płyt, także takich, o których usłyszeniu w całości wówczas mogłem tylko pomarzyć — patrzę na was, Les 5-4-3-2-1 — trafia na międzynarodowy streaming. Zebrałem się w sobie i pozbierałem nagrania Corneliusa, Flipper’s Guitar, Pizzicato Five, Takako Minekawy, Kahimi Karie i spółki w jednym miejscu w postaci kolejnej otwartej i ewoluującej plejlisty.

Opublikowano

2019

2019

miałem przez kilkoma tygodniami rzadką okazję, by przyjrzeć się swoim wyborom muzycznym na przestrzeni minionego dziesięciolecia i muszę szczerze przyznać, że im bardziej starałem się oddać w nich to, co wydawało mi się popkulturowym sosem wcześniejszych dwunastu miesięcy, tym dalsze są mi tamte wybory teraz; rozumiem je oczywiście, ale nie dokonałbym ich dziś; jako nawet bardziej kuriozalne postrzegam próby wyjścia poza siebie — w wariancie budującym, by poszerzyć własny horyzont, stać się słuchaczem bardziej świadomym i zaakcentować symbolicznie, nawet jeśli tylko samemu przed sobą, te zmiany; w wariancie pospolitym, bardziej zresztą prawdopodobnym — zaimponowania jakoś komuś czymś; nie znaczy to oczywiście, że moje dawne podsumowania były pustą pozerką, im bliżej dziś, tym mniej losowych i koniec końców nieinteresujących typów; wiedząc to wszystko, w tym roku ułomne postrzeganie kulturowej adekwatności wymieniłem na emocje i uczucia; tym samym zapraszam na przegląd tego, co najlepszego wyłuskałem z własnej muzycznej bańki w przeciągu ubiegłego roku

2019

— alfabetycznie

„bmo”, ari lennox
„dalla dalla”, itzy
„doble tic azul”, putochinomaricón
„karma”, lucky daye
„manifest”, andrew bird
„missing you”, ingrid michaelson
„only child”, tierra whack
„receipts”, serpentwithfeet, ty dolla $ign
„solo de mi”, bad bunny
„sympathy”, vampire weekend
„the lay down”, dram, h.e.r., watt
„there will be blood”, kim petras
„una vida”, natalia lafourcade
„when a cowboy trades his spurs for wings”, gillian welch, david rawlings
„when i wasn’t watching”, mandy moore

2019

2019

25. sakanaction 834.194

niemal straciłem nadzieję, że jeszcze kiedykolwiek usłyszę coś od sakanaction po tym, gdy niedługo po premierze fenomenalnego singla „shintakarajima” w 2015 roku rozpłynęła się w powietrzu; aż sześć lat zajęło czołowej japońskiej elektropopowej formacji wypuszczenie kolejnego krążka; w kontraście do światowych trendów grupa zebrała na tę okoliczność swoje najlepsze singlowe momenty z ostatnich kilku lat (w tym wspomniane „shintakarajima”), wydając masywny dwupłytowy album 834.194 mieszający nowe numery z remiksami i bisajdami — dwutorowo z neodyskotekowym dyskiem pierwszym i melancholijno-odkrytkowym drugim; to bardzo klasyczny krążek, wdzięcznie nieodkrywający ameryki, doskonalący formułę piosenkowego j-popu wychodzącą ze słonecznego city popu lat 70., a jednak przyjęty z otwartymi ramionami, dzięki witalności, melodyjności i swoistej niezatapialności alternatywnego popu w dobie artystycznego trapu (♪ „shintakarajima”)

2019

24. dorian electra flamboyant

ci, którzy czekali na debiutancki longplay hanny diamond, prawdopodobnie zapętlają go od listopada; ci, którzy pokładali nadzieje w charli xcx albo szukali suplementu do zeszłorocznego krążka sophie, powinni dać szanse dorianowi electrze, którego kwiecisty debiut ugrzązł co prawda w stylistycznym rozkroku między pozorowaną awangardą a onieśmielająco przebojowym popem podobnie jak gfoty przed kilkoma laty, ale najbardziej kompetentnie syntezuje stylistyczno-ideowey post-bubblegumbassowy paradygmat, swoim nieskruszonym kolorytem zręcznie krusząc normy płciowe i toksyczną męskość (♪ „career boy”)

2019

23. madison mcferrin you + i

przyznam szczerze, że nie do końca wierzyłem w pierwszą epkę madison mcferrin niezarejestrowaną w formie a cappella; jak sama twierdzi, zaczęła nagrywać muzykę w takiej formie, ponieważ nie potrafiła jej wyprodukować; dzięki temu znalazła własną niszę, którą pięknie nawiązała do dziedzictwa swojego ojca; tym razem jednak za produkcję odpowiada jej brat taylor i pod jego skrzydłami dotychczas kameralna madison stała się roztańczona i eklektyczna — jak w singlowym „try”, w którym samoświadomy tekst zestawiono z pulsującym klubowym bitem; osią jej muzyki wciąż jednak są osobiste teksty i neo-soulowa melodyka; mcferrin jest fenomenalną wokalistką pozbawioną manieryzmów i skłonności do prześpiewywania, dzięki czemu doskonale akcentuje treść piosenek; słychać to we wieńczącym epkę stonowanym „fallin’”, gdzie lekka melodycznie, miłosna mgiełka unosi się nad progresywnym downtempo; madison mcFerrin z muzyką brzmi równie zjawiskowo co a cappella! (♪ „fallin'”)

2019

22. 33emybw arthropods

arca na kwasie, fatima al qadiri na sterydach, pan records na przypale; dekonstrukcja idm-u, footworku i drum and bassu, która poszła zbyt daleko, krzyżując świnię ze szczurem, a ośmiornicę z pająkiem; bezpardonowo drwi ze swoich orientalnych korzeni, bezlitośnie siekając tradycyjne sample i mechaniczne perkusyjne salwy w chaotycznej rytmicznej jatce (♪ „induce”)

2019

21. o terno atrás/além

o terno uprawia tropikalistyczną duchologię; atrás/além to pod każdym względem hołd dla muzycznego dziedzictwa caetano veloso; subtelnie zaaranżowany introspektywny pop czerpiący garściami z kulturalnego dorobku mpb od ponad półwiecza przetwarzającego sambę, choro i bossa novę na język amerykańskiego folku, czy w tym wypadku, soft rocka; nie żyję na co dzień współczesną muzyką brazylijską, ale staram się nie spuszczać z oczu jakichkolwiek potencjalnie interesujących fuzji tradycji z nowymi środkami wyrazu; atrás/além to obok tegorocznego krążka any frango elétrico (śmielej żonglującego muzycznymi mariażami, ale przez instrumentalne kreacje odleglejszego emocjonalnie) najbardziej autentycznie brzmiący album mpb i na swój sposób spełnienie drzemiącego we mnie samozwańczego brazylisty o odrodzeniu ukochanego mpb w formie i kształcie adekwatnym do xxi wieku (♪ „volta e meia”)

2019

20. rf shannon rain on dust

rf shannon przychodzi z odsieczą wszędzie tam, gdzie w tym roku zawiódł beck; owszem, jest znacznie głębiej zatopiony w klasycznej americanie niż beck kiedykolwiek był, ale w jego wizji onirycznej gitarowej psychodelii nie próbuje forsować śmieciowego songwritingu, ale ukrywa piękne ponadczasowe melodie; rok temu w recenzji jego trickster blues uznałem krążek za „stosowny soundtrack do czynienia odprężających ucieczek w głąb siebie niż przełomowy gatunkowy mariaż”; sekunduję tę opinię przy rain on dust (♪ „wild rose pose”)

2019

19. andrew bird my finest work yet

tytuł zeszłorocznego krążka andrew birda (my finest work yet) wydał mi się początkowo ostentacyjnie buńczuczny; postanawiając sprawdzić jego zgodność z prawdą wpadłem jednak po uszy w sidła zastawione przez autora, który od lat cierpiał na przewlekły syndrom rozmieniania się na drobne; do tego stopnia, że od kilku lat wyrokowałem, że najlepsze, co mogłoby przydarzyć się jego muzyce to sensowna kompilacja najlepszych momentów, którą swego czasu zastąpiłem sobie zresztą plejlistą własnego autorstwa; tymczasem bird, choć zwyczajnie robi swoje, w swoim własnym bardzo charakterystycznym stylu z dramatycznym wokalem, folkowymi skrzypkami, słabością do rewiwalu popowych patentów przełomu lat 60. i 70. i mnóstwem staromodnego pogwizdywania, zebrał wreszcie solidny zestaw piosenek; bez wykrętów stawił czoła formie pełnoprawnego longplaya pełnoprawnym zestawem pełnoprawnych piosenek autorskich; jest liryczny i defetystyczny; don’t pretend you can’t hear — wykrzykuje w swoim „manifeście”; nie obracam więc głowy w drugą stronę, zamieniam się w słuch (♪ „sisyphus”)

2019

18. little simz grey area

podskórnie czuję, że ta płyta nie pasuje ani do mnie, ani do mojej listy, ale jest tak obezwładniająco dobra, że jebać to; simz jest wyszczekana, ma świetne flow i sporo do przekazania; grey area bywa mroczne i gęste, ale od czasu do czas rozładowuje napięcie, zręcznie flirtując z klasycznym neo-soulem; to kompaktowa, melodyjna i imponująco drobiazgowo wyprodukowana (przez inflo) płyta, do której nie da się nie wracać; czarny koń tego roku (♪ „wounds”)

2019

17. sheena ringo sandokushi

ringo, świętująca właśnie dwie dekady na scenie, zbierała się do wypuszczenia sandokushi od pięciu lat; rezultat okazał się przedziwny, ale w magnetyzujący sposób; piosenkarka ucieleśniająca swoją dyskografią japońskie rozumienie eklektyzmu po raz kolejny przeszła sama siebie, tworząc płytę totalną, na której zestawia gitary elektryczne z autotune’m, kościelne wokale z akordeonem, orkiestrowe aranże z post-gabberową rytmiką i to wszystko zlepione umiłowaniem do musicalowych melodii doskonale razem gra; no bo w końcu jak daleko pada ringo od jabłoni? (♪ „tokyo”)

2019

16. miranda lambert wildcard

nie było mnie u boku mirandy, gdy przed trzema laty dwupłytowym the weight of these wings rozstawała się z blake’m sheltonem — minęliśmy się, choć obiecałem sobie, że wrócę jeszcze z odpowiednią uważnością do tamtej mirandy; lambert od ponad dekady jest jednym z moich ulubionych głosów współczesnego radiowego country, z którym zaprzyjaźniłem się pewnego lata jako młokos; wildcard to jej powrót do melodyjnych refrenów, ciętych puent i zawadiackich gitarowych aranży; niezobowiązująca, niegłupia płyta na beztroskie lato, która ukazała się jesienią; wyróżniam z podziwu, ale i z tęsknoty (♪ „mess with my head”)

2019

15. joan shelley like the river loves the sea

joan shelley, folkowa pieśniarka z appalachów, nagrywa już od prawie dekady, ale ja usłyszałem ją dopiero w zeszłym roku; może dlatego nie odniosłem wrażenia, że jej ostatnia płyta jest kolejną porcją czegoś znanego, na co się czeka, wobec czego ma się oczekiwania, których niezaspokojenie można ostentacyjnie wyrażać, grzmiąc i ciskając; tymczasem bez oczekiwań u shelley poczułem się jak u siebie — sielskie piosenki, które nadal we mnie dojrzewają, choć album znam od listopada, proste, ale z nutą songwriterskiej niezależności w stylu laury marling, pobrzmiewają the everly brothers, vashti bunyan, dawnymi górskimi głosami kentucky (♪ „the fading”)

2019

14. sunn o))) life metal

po koncertowym rozczarowaniu sunn o))) przed kilkoma laty nie sądziłem, że będę jeszcze kiedyś słuchał ich muzyki z przyjemnością; ale że life metal okazało się ucieleśniać moje wyobrażenia o modelowym drone doom metalu, postanowiłem przyjąć przeprosiny; w centrum tej muzyki jak zwykle stoją medytacyjność i powtarzalność; nieśpieszna rytmika burdonowych riffów ma w sobie gęstość jakiej łaknie doom i posępną mistykę, której trzeba drone’om; zwłaszcza że sunn o))) kradną zeitkratzerowi anturaż i u kresu apokaliptycznego rytuału zastępują gitary wiolonczelą (♪ „between sleipnir’s breaths”)

2019

13. hermann nitsch / koehne quartet albertina quartett: 2 streichquartett in 6 sätzen für 2 violinen, viola und violoncello

hermann nitsch, jeden z akcjonistów wiedeńskich, znany raczej jako performer i malarz szokujący austriaków swoim teatrem orgii i misteriów w przededniu rewolucji seksualnej, to dziś 80-letni staruszek, powszechnie uznawany stateczny artysta pokazywany w centrach kulturalnych europy; gdy pierwszy raz usłyszałem jego drugi kwartet smyczkowy, z ciekawością, choć pobieżnie prześledziłem jego wcześniejszą dyskografię; imponującą jak na malarza; mimo wszystko nie słuchałem — to nasze pierwsze spotkanie; zdumiało mnie, że nie ma w tej muzyce nic z teatralności, której można by oczekiwać; nie jest co prawda skromna, ale nie przytłacza, zaskakująco — wabi przystępną dysonantycznością; doskonale udaje schnittkego i scelsiego jednocześnie; przyznaję, nie da się jej słuchać jako przygniatającego półtoragodzinnego monolitu, ale doskonale robi robotę podzielona na części czy, jak twierdzi nitsch, na zdania; wyraża się wówczas łagodniej i mniej dojmująco; i w taki sposób zalecam dawkować (♪ „2. streichquartett: i.”)

2019

12. men i trust oncle jazz

sophisti-pop inspirowany my bloody valentine, w kontekście mojej wieloletniej pasji do udręczania się muzyką, która nie pozwala mi odpocząć, ale stwarza takie pozory, nie mógł nie zwrócić mojej uwagi; oncle jazz to jedna z wielu zeszłorocznych płyt, które rodziły się latami, a finalnie ujrzały światło dzienne przed końcem dekady, jakby ze strachu, by nie oddzielić się od własnych korzeni, choć wcześniej prace nad nimi postępowały nieśpiesznie; nie doświadczymy tu jednak muzycznie niczego, co mogłoby na taki pośpiech wskazywać — to muzyka, która ze względu na bogactwo inspiracji i mnogość stylistycznych i kulturowych wątków musi być odniesieniem sama dla siebie; to płyta, przy której teoretycznie, po oględnym odsłuchu jej sophisti-indie-dream-hypnagogic-popowej tkanki, można odpocząć, ale faktycznie okazuje się pokrętnie stymulująca; nieznośny zestaw zbyt wielu zbyt krótkich piosenek, które zbyt często okazują się zbyt przyjemne, by móc przestać aktywnie ich słuchać; płyta roku w kategorii muzyka do windy, przez którą przegapisz własne piętro (♪ „show me how”)

2019

11. dj nigga fox cartas na manga

pochodzący z angoli dj nigga fox od zawsze jawił mi się jako wzorowy reprezentant muzyki ery internetu, śmieszek, memiarz i rozbójnik, który za nic ma przyjęte konwenanse, podąża własnym bocznym torem, by uderzać we własnym tempie z drugiego planu i zazwyczaj trafiać w sedno; jego długogrający debiut cartas na manga musi być więc wybitnym eksponatem muzyki memicznej; afro-house’owe bangery łączy z post-tradycyjną portugalską rytmiką podobnie jak robią to ninos du brasil, choć korzystając z zupełnie innych środków; fox jest królem przepastnego randomu, orędownikiem tropikalnego bubblegumu, strażnikiem nachalnej polistylistyki plądrującej głowy osłupiałych klubowiczów (♪ „nhama”)

2019

10. solange when i get home

na when i get home solange obrała sobie za cel wyrażenie uczuć i emocji przy pomocy dźwięku. formalnie to krążek z natury post-minimalistyczny, na ile tylko soul, czy raczej inkrustowany trapem artystyczny mariaż nowego soulu i r&b, może być post-minimalistyczny. treść z kolei powinna być tu rozumiana bardziej jako materia dźwiękowo-werbalna. wszystko to pieczołowicie, i bezkompromisowo wyprodukowane na skraju thundercatowskiej progresywnej wizji neo-soulu i inspiracji brzmieniem klasycznego rapu brudnego południa lat 90. nie bez znaczenia dla modułowego uszeregowania materii i produkcyjnej precyzji osiąganej tu na odrębnych zasadach w każdej kolejnej części jest zaplecze kreatywne solange. to artystyczna kolaboracja w najpełniejszym tego słowa znaczeniu — z kontrolą w rękach piosenkarki, która z pomocą swojej doborowej świty realizuje swój własny artystyczny projekt — sentymentalną podróż do matecznika — rodzinnego houston lat 90. nie jest to jednak ani faktyczna podróż, ani dosłowna retrospekcja — brzmienie i emocje when i get home to efekt podróży, która już się dokonała, i retrospekcji, która w swojej pierwotnej formie musiała już mieć miejsce. i choć kolejne refleksje dają się czytać na rozmaite sposoby, w czystym ujęciu nowy album solange jawi się przede wszystkim jako osobista przeprawa piosenkarki — szczera i melancholijna, ale też abstrakcyjna i różnorodna jak materia, z której się wywodzi (♪ „almeda”)

2019

9. quelle chris guns

choć tytuł najbardziej uduchowionego rapera roku powędrował do ybn cordae’a (sorry, kanye), guns quelle chrisa na swój sposób stanęło w tym pojedynku w szranki, bo pomimo za produkcję nie odpowiadał tu ani cam o’bi, ani matt martians, nowojorski raper wraz bitmejkerem chrisem keys wyczarowali tutaj podobnie plumkająco-stukający post-soulowy świat; nawet w bardziej hardych momentach (a jest ich tu trochę) guns jest albumem, który się do słuchacza łasi, otacza go, zataczając coraz mniejsze kręgi, raczej niż przytłacza, powala na ziemię z klamką przy skroni; tematycznie to oczywiście album zaangażowany społecznie politycznie, w którym tytułowe spluwy są i punktem wyjścia do poruszania rozmaitych wątków, w dużej mierze mocno amerykańskich, i powracającym co rusz motywem przewodnim; co ja jednak wiem o politycznym hip hopie? w jaki sposób rezonuje ze mną? rezonuje, jeśli jednocześnie harmonizują ze mną gdzieś na drugim planie między nieśpiesznie płynącym bitem a główną ścieżką wokalu uduchowione chórki, rezonuje, jeśli charyzmatyczny inteligentny raper zręcznie porusza się na pulsującym podkładzie, jeśli vibe całości przy kolejnym odsłuchu niespodziewanie zgrywa się z vibe’m mojego wieczoru; quelle chris po dekadzie w podziemiu wreszcie zabłysnął płytą skrojoną na miarę jego raperskiego talentu (♪ „straight shot”)

2019

8. black midi schlagenheim

niby rock umarł, co roku się o tym trąbi, a później grupy takie jak black midi debiutują krążkami takimi jak schlagenheim i całą tę pogadankę należy zaczynać od nowa, z nowego punktu; nie jest to co prawda płyta na miarę oczekiwań głosujących na trójkowy top wszech czasów, ale już bywalcy offa powinni być ukontentowani; nigdy nie byłem mathrockowcem, ale słuchałem spiderlandu wystarczająco, by po latach docenić jego post-jazz-rockową polyrytmię, zwłaszcza, gdy to tylko element towarzyszący doskonałemu gitarowemu hałasowi, a wszystko koniec końców kokieteryjnie i przewrotnie, bo zgodnie z bardzo ściśle ustalonym porządkiem, zmierza ku entropii; to muzyka momentami dziwnie znajoma, a zaraz potem niepokojąco nowa, zawsze jednak ekscytująca, frapująca, dowodząca tego, że owszem, umarł, nibyrock (♪ „953”)

2019

7. jaimie branch fly or die ii: bird dogs of paradise

niewiele tworzy się ostatnio jazzu tak barwnego i ilustracyjnego jak tegoroczny krążek nowojorskiej trębaczki jazzowej i kompozytorki jaimie branch, druga część jej projektu fly or die; słychać to dobitnie w centralnym punkcie płyty — dwuczęściowym „prayer for amerikkka” inspirowanym muzyką mariachi i nowoorleańskim bluesem; muzyka branch bywa taneczna i przystępna, ale nierzadko eksperymentuje, co (dzięki bigbandowemu instrumentarium) nie przytłacza, miewa narratorkę, ale stroni od klasycznych wokalnych refrenów, często ucieka w tropiki, ale nadal brzmi bardzo amerykańsko; ten najbardziej witalny, pozytywny i eklektyczny jazzowy album roku, dzięki wielości inspiracji nie przestaje słuchacza stymulować i zaskakiwać; nie uświadczymy tu jednak na szczęście momentów, gdy ugina się pod ciężarem własnych ambicji — doskonale mierzy siły na zamiary (♪ „love song”)

2019

6. kokoko! fongola

był w wielkim pięknie sorrentino taki fragment, w którym jedna z bohaterek z egzaltowaną wyższością oznajmia, że w jazzie poza etiopskim ethio jazzem nie dzieje się już nic interesującego; ta wypowiedź mieszająca w równym stopniu snobistyczne znawstwo wykreowane na potrzeby towarzyskiego ping ponga i post-kolonialistyczną selektywność dźwięczy mi w głowie, ilekroć tylko odkryję afrykańską płytę czy label, które powierzchownie zawrócą mi w głowie; tak było w 2015, kiedy z kinszasy na księżyc wyleciała mbongwana star, w 2017, gdy w ugandzie eksplodowało nyege nyege tapes i ich tanzańska kompilacja sounds of sisso, tak jest i teraz, gdy do kinszasy po raz kolejny zaprowadził mnie afro-house’owy projekt kokoko! wydawany przez angielską oficynę transgressive; moja wiedza o kiszasie ogranicza się do ogólnikowego pojęcia o tradi-modern przybliżonego dopiero w poprzedniej dekadzie zachodnim słuchaczom przez konono n°1 i prognoz, które mówią, że za sto lat będzie to jedno z najludniejszych miast na świecie z populacją równą dwóm współczesnym polskom; ale nie jestem w stanie zignorować fongoli — jeśli mbongwana star łączyło plemienną rytmikę z techno, electro i funk-rockiem w taneczny miks, kokoko! intensyfikuje znacząco taneczny charakter kongijskich fuzji stylistycznych; lokalność materiału wyraża się w języku, sposobie śpiewania i rytmice, ale wykorzystane środki stylistyczne to import z zachodu; i super! to nowoczesne granie zachowujące przy tym lokalną tożsamość; historia zatoczyła koło — tak jak the talking heads 40 lat temu inspirowali się afryką, tak kokoko! bierze na warsztat post-talkingheadsowy amerykański dance-punk i robi z niego kreatywny użytek (♪ „azo toke”)

2019

5. shafiq husayn the loop

nie steve lacy, nie anderson .paak, nie thundercat, ale shafiq husayn jest prawowitym spadkobiercą myśli klasycznego neo-soulu; wydane po dziesięcioletniej przerwie the loop uprawomocnia panowanie pogrobowca mistycznego tria sa-ra na nieprawdopodobnym tronie; husayn po wieloletnim rozpędzie kontynuuje z tego samego punktu, w którym zakończył na psychodelicznym shafiq en’ a-free-ka dekadę temu, podobnie jak przed kilkoma laty black messiah sekundowało voodoo d’angelo; to album złożony, pulsujący, klimatyczny, witalny, melodyjny, post-hiphopowy, progresywny, zręcznie wykorzystujący zdobycze awangardystów do żonglowania nastrojem i klasyczną soulową melodyką; w żadnym razie muzyka z nagłówków gazet przełamująca schematy i ujmująca krytykę, ale ponadczasowo dobra płyta pozostająca blisko słuchaczy, wnosząca w ich codzienność pierwszorzędny neo-soulowy groove (♪ „between us 2”)

2019

4. tyler, the creator igor

był kiedyś taki brytyjski komediodramat niefortunnie zatytułowany przez polskiego dystrybutora dumni i wściekli, w którym w jednej ze scen doświadczony aktywista tłumaczy świeżakowi, że środowisko lgbt ma długą tradycję przejmowania obelg rzucanych pod ich adresem i czynienia z nich swoich własnych auto-epitetów; po odważnym scum fuck flower boy z 2017 zastanawiałem się, jaką ścieżkę na kolejnym krążku obierze tyler i w zasadzie, choć oczywiście nie dosłownie, wpisał się w tę cytowaną wyżej tradycję; igor byłby najbardziej gejowską płytą w historii hip hopu głównego nurtu, gdyby nie to, że w zasadzie nie jest płytą hiphopową — co najwyżej hiphopującą; tyler od dawna miotał się pomiędzy hardymi rapsami a progresywnym soulem — flower boy był nim bez reszty podszyty, a igor, koncepcyjna opowieść o nieszczęśliwej miłości w 12 aktach, sprowadza hip hop do środka wyrazu pan-soulowej ekspresji twórczej; to niezwykle kompetentny muzycznie, żonglujący nawiązaniami do psychodelicznych klasyków gatunku, przepełniony empatią, otwartością i emocjonalnością krążek; kojące i dramatyczne, szczere i odważne studium humanizmu (♪ „gone, gone”)

2019

3. mary lattimore & mac mccaughan new rain duets

śledzę mary lattimore od kilku lat, ale dopiero teraz, choć to jej dwie wcześniejsze płyty (collected pieces z 2017 i hundred of days z 2018 roku) można było określić jako przełomowe) obudził się we mnie bakcyl wyniesienia na osobisty ołtarzyk, pod nieobecność joanny newsom, kolejnej utalentowanej harfistki; może to przez rozkoszne utwory na harfę pera nørgårda, którymi zasłuchiwałem się rok wcześniej, a z całą pewnością dzięki wydanej miesiąc przed new rain duets kompilacji japońskiego ambientu z lat 80-tych kankyō ongaku wydanej przez light in the attic, dla której straciłem rozum; istota new rain duets — czterech błyskotliwych elektroakustycznych dialogów lattimore z gitarzystą superchunk makiem mccaughanem zdaje się zawierać gdzieś pomiędzy; to piękne dźwiękowe obrazki progresywne na tyle, by nie tracić uwagi słuchacza, wystarczająco zaś eteryczne, by medytować, czytać, odpoczywać; harfa lattimore często pełni tu tę samą funkcję, którą w tradycyjnej muzyce okresu edo sōkyoku sprawowało japońskie koto — harmonizowało z otoczeniem, oszczędnie i elegancko uwypuklało każdy krok, powiew wiatru, spadający z drzewa liść; syntezatorowe tło mccaughana szaleńczo zapętlające kolejne fluktuacje pędzącego świata pozostając w kontrapunkcie, twórczo dialoguje z harfą lattimore (♪ „ii”)

2019

2. bonnie „prince” billy, bryce dessner & eighth blackbird when we are inhuman

when we are inhuman spadło na mnie niespodziewanie, jak grom z jasnego nieba — zakrzyknąłby przysłowiarz; trzy podmioty twórcze: samotny jeździec alternatywnego country — bonnie „prince” billy, kompozytor i multiinstrumentalista znany głównie z the national — bryce dessner oraz zespół specjalizujący się w wykonaniach muzyki steve’a reicha — eighth blackbird — zebrały się, by tchnąć w piosenki tego pierwszego nowe życie; efekt jest zupełnie niedzisiejszy, choć raczej pozostawiony poza czasem aniżeli anachroniczny — oto rozmyślne post-minimalistyczne aranże dessnera i kunsztowne wykonawstwo eighth blackbird wraz z intymnym, ale nie przygaszonym, billy’m na pierwszym froncie w akcie nieoczywistej wędrówki po archiwaliach songwriterskich płodnego twórcy otworzyły zupełnie nowe drzwi do jego dyskografii; ładne, proste piosenki w harmonijnej, swojskiej, kameralnej oprawie z eksperymentalnym finiszem, u których podłoża leży folk, ale których estetyczne macki sięgają hen, hen, hen (♪ „one with the birds”)

2019

1. whitney forever turned around

forever turned around to, w kontekście raczej chłodnego przyjęcia drugiej płyty whitney, tytuł podwójnie adekwatny, by nie napisać — niemalże proroczy; panowie wypuścili płytę, której nie spodziewał się ich własny fanbejs — leniwie podbijającą kameralną americanę soulowym poszyciem i dalece wykraczającą poza zwyczajowe kategorie estetyczne indie folku; to prostolinijne, wyciszone granie zbierające w jedną całość kilka sposobów myślenia o muzyce — wychodzące z indiefolkowego korzenia, ale zaaranżowane i wykonane w konwencji blue-eyed-soulu, posiłkujące się gitarami, niestroniące od kameralnych aranży, ale w centrum stawiające specyficzny miejski groove — podobnie jak czynili to wcześniej natalie prass czy sufjan stevens, ale jednak inaczej; whitney w niemal każdej z nowych piosenek lirycznie trafiają na emocjonalne przepaści, ale ogrywają je tak kojącym, ciepłym i empatycznym wokalno-instrumentalnym anturażem, pieczołowicie utkanym z wielości organicznych muzycznych nici, że nie sposób postrzegać forever w kategoriach traumy i zgryzoty; przeciwnie, to podnoszący na duchu, ujmujący szczerością i prostotą perfekcyjny jesienny krążek — dla mnie jesieniarza, i dla ciebie, jesieniaro! (♪ „giving up”)

Opublikowano

Soulful 80’s

80s

Soulful 80’s

Bywa, że o muzyce trzeba opowiadać, bywa, że opowiadać się chce, ale często najlepiej o sobie opowiada ona sama. W minioną środę w audycji Radia LUZ próbowałem co prawda moją ostatnią plejlistę trochę zaanimować, ale głównie odnosiłem się do faktów, choć oczywiście sama selekcja była bardzo subiektywna — prawo słuchacza, czy w tym wypadku, prezentera. Ale soul lat 80-tych wychodzący od disco i funku, odważnie zajmujący pozycje boogie i electro, by ostatecznie dać pierwszy kształt temu, co współcześnie rozumiemy jako R&B (w Jacksonowskim znaczeniu — chodzi tu zarówno o Michaela, jak i Janet) w formie oldscholowego new jack swingu — ten soul najlepiej opowiada sam o sobie, zwłaszcza że doskonale słychać jak style przenikają jeden w drugi, jak flirtują i romansują ze sobą, rozstają się i wiążą inaczej w kolejnych numerach. Pięciogodzinna podróż przez znajome refreny i zapomniane hity soulu lat 80. ułożona mniej więcej chronologicznie czeka na was poniżej.

Opublikowano

Niepamięć

ja

Martwe drzewo na jeziorze Nigadoo pędzla Rodrigo Moynihana

W internecie nic nie ginie — powtarza się czasem małolatom ku przestrodze w odruchu, który ma być namiastką nauki o konsekwencjach własnych działań. Obracamy jednak często te słowa z nadzieją, że ta złota zasada o bezkresie globalnej sieci unieśmiertelni na swój sposób naszą ulotną obecność nie tylko w niej, ale w ogóle — zaznaczy jakoś fakt naszego istnienia. Kiedyś trzeba było być władcą, myślicielem, wynalazcą, literatem, a i to nie gwarantowało nieśmiertelności. O tym decydowały kaprysy historyków i usposobienie kolejnych pokoleń. Dziś nie trzeba już niczego — jeśli ktoś umie tylko korzystać z Googli, to nas znajdzie. Co jednak jeśli zginąłby cały internet, a wraz z nim nasza i miliardy innych binarnych tożsamości przenikających się w bezkształtnej, szarej masie. Nie musimy rozważać nawet czarnego scenariusza katastrofy klimatycznej, której internet wraz z całym naszym cywilizacyjnym dobytkiem złożymy w końcu w ofierze. Internet może przecież zniszczyć wojna albo wyprzeć nowsza technologia. Gdy wymyślimy coś nowego, to, co dziś wielu uważa za swoje okno na świat, może naturalnie odejść do lamusa jak niegdyś dyskietki czy cylindry woskowe.

Cylindry fonograficzne były pierwszym, bardzo niedoskonałym masowym nośnikiem zapisu i dystrybucji muzyki. Wprowadzone na rynek w 1888 roku pozwalały na utrwalenie dwóch minut nagrania i pierwotnie wykonywane były z wosku, który po dwudziestu latach zastąpiono trwalszym celuloidem (o dwukrotnej pojemności i nieporównywalnie lepszej jakości). W międzyczasie z rynku wyparły je płyty szelakowe, a pod koniec lat 40. — winylowe. Produkcji cylindrów i odtwarzających je fonografów zaprzestano przed końcem lat 30. Jest we mnie naturalna chęć sięgania po to, co znalazło się na skraju niepamięci, i tu więc zabrnąłem. O ile początki filmu z akademicką pieczołowitością celebruje liczne grono kinomanów, o tyle narodziny fonografii leżą w strefie zapomnienia. To pchnęło mnie przed kilkoma laty w stronę książki fascynującej i absolutnie unikatowej — Billboard Pop Memories 1890-1954 Joela Whitburna, który tę odtrąconą przez popkulturę muzykę skatalogował i opisał z chirurgiczną wręcz precyzją (swoisty abstrakt tamtej lektury znajdziecie tutaj). Wśród najpopularniejszych utworów pierwszej dekady fonografii znalazło się kilka nagrań, których zresztą najprawdopodobniej nie będzie dane nam usłyszeć, bo, mimo rekordowej na ówczesne warunki sprzedaży, zaginęły. Co od egzemplarza. Wśród nich oryginalne wykonanie jednego z największych amerykańskich przebojów końca XIX wieku „My Old New Hampshire Home”, które miało sprzedać ponoć ponad dwa miliony kopii zeszytów z nutami (choć jeden cylinder z faktycznym nagraniem trafił ponoć ostatnio do Biblioteki Kongresu). Albo pierwsze wykonanie „The Sidewalks of New York” nagrane przez Dana W. Quinna — jednego z najpopularniejszych ragtime’owych pieśniarzy Ameryki przełomu wieków. Jego wersja według książki Whitburna przez 9 tygodni znajdowała się na szczycie ówczesnej listy przebojów. Nie wystarczyło, by nie rozpłynąć się na dobre w powietrzu przed nastaniem epoki cyfrowej. Czy jednak którekolwiek z zachowanych do dziś nagrań epoki początków fonografii miało więcej szczęścia?

W kwietniu ukazała się w Polsce oryginalnie wydana we Francji w połowie lat 90. przedziwna powieść Patricka Modiano, jednego z ostatnich pisarzy-noblistów. Przedziwna, bo formalnie oscylująca na granicy specyficznego dziennika, reportażu z okupowanego przez Niemców w czasie drugiej wojny Paryża i literackiego śledztwa. W centrum zainteresowania pisarza znalazła się nastoletnia w latach wojennych dziewczyna nazwiskiem Dora Bruder, której ówczesne losy Modiano próbuje odtworzyć po ponad pięćdziesięciu latach na podstawie poszlak historycznych, strzępów informacji i własnych przeczuć. Modiano podejmuje się działania straceńczego, ale napędzanego żywym heroizmem — dla siebie i dla świata chce odzyskać tę jedną zapomnianą przez wszystkich historię na przekór bezlitosnym trybom czasu. Niepamięć ma u niego twarz konkretnego człowieka. Jest Dorą Bruder, która jako niepokorna młoda żydówka w okupowanym przez Niemców Paryżu została skazana na zapomnienie. Wyrok wykonano. Odtworzony po latach zapis jej krótkiego życia wstrząsa nawet bardziej tym, co nie zostało napisane, aniżeli tym, co napisać się udało. Nieco inną twarz niepamięć przyjmuje w „Białymstoku”, głośnym reportażu Marcina Kąckiego, gdzie żydowska historia miasta została po wojnie zasypana razem z ostatnimi macewami, by wylać w centrum nowy plac, zasadzić drzewa i zacząć wszystko od nowa. Kącki nie dotyka niepamięci tak intymnej, nie ma do tego środków, ale i inne jest jego ujęcie tematu. Mierzy się z wymiarem terapeutycznym niepamięci, dla wielu po wojnie koniecznym, i praktycznym — świadomie podjętą decyzją o niepamięci i jej dziedziczeniem. Niepamięć jednak wyborem jedynie bywa, jej natura jest od nas, ludzi, niezależna — wszyscy, jak Dora Bruder, jesteśmy na nią skazani. Wykonanie wyroku może zostać odroczone. Ludzie od zarania dziejów zastanawiają się, czy istnieje instancja, która może go uchylić.

Nie udało mi się zawalczyć z własną niepamięcią. Gdy chciałem zacząć pamiętać, babcia już zapominała i nigdy nie udało nam się porozumieć. Były historie, których nigdy nie usłyszę, ludzie i miejsca, których nie będzie dane mi poznać, uczucia, których nie poczuję. Parafrazując Modiano, dla którego zatłoczone ulice Paryża bez Dory Bruder wydawały się całkiem puste, to brak, którego, wiem, że nie uda się niczym zapełnić. Świadomość częściowej śmierci. Ból fantomowy.

Opublikowano

Love yourself, slay like Beyoncé

Love yourself, slay like Beyoncé

We gon’ slay, slay, gon’ slay, okay, we slay, okay

I go hard, get what’s mine, I’m a star, ’cause I slay, I slay — przekonywała w refrenie „Formation”, autorskiej wariacji na stylistyce trap&B, Beyoncé przed trzema laty. I właściwie było to bardziej stwierdzenie stanu faktycznego, niż autokreacja, na której wciąż zwyczajowo budują swoje kariery raperzy, a której funkcja magiczna jest nie tylko we współczesnym popie, ale i w codziennym życiu nie do przecenienia. Wie o tym także Kelly Rowland, która całe swoje życie spędziła w cieniu Knowles, by po wielu życiowych perturbacjach wyspowiadać się ze swoich prawdziwych uczuć w najmocniejszym utworze własnej dyskografii „Dirty Laundry” dopiero w 2013 roku. Nie ona jedna zamyka życiowe rozdziały przy pomocy muzyki. W uzależniająco bujającym „Coconut Oil” Lizzo, dobry duch współczesnego hip-hop soulu, autoterapeutycznie wyznaje I remember back, back in school when I wasn’t cool, shit, I still ain’t cool, but you better make some room for me, by całość zwieńczyć jednym z najbardziej świadomych refrenów w R&B ostatnich lat — If I knew then what I know now I’d give myself a souvenir for old times’ sake ’cause I got all that I need here and I’m good. Z dawnymi demonami mierzy się także Janelle Monáe w „I Like That”I remember when you called me weird, we was in math class, third row, I was sitting by you i siłą rzeczy dochodzi o podobnych wniosków But even back then with the tears in my eyes I always knew I was the shit. India.Arie empatycznie, niebanalnie i z przekonaniem zapewnia w „I Am Not My Hair”, jednym ze swoich najlepszych utworów, że to nie wygląd i nie to, jak widzą nas inni, decyduje o tym, kim naprawdę jesteśmy — I am not my hair, I am not this skin, I am not your expectations, I am a soul that lives within, K.Flay z kolei nie ma wątpliwości, że mimo przeciwności zawsze warto mierzyć wyżej — This one goes out to all the dreamers at sea, this life is only what you want it to be („Dreamers”). Pod wpływem impulsu i powracającej autorefleksji wybrałem dwanaście utworów wokalistek soul i R&B, z których każda ma swój przepis na osiągnięcie wewnętrznej harmonii. To niespełna 50 minut soulowej autoterapii bez ironii i trywializacji — miłość własna jest w końcu warunkiem miłości do drugiego człowieka (a zatem wszystkich ludzi). Love yourself, slay like Beyoncé!

Opublikowano

Małe walczyki

ja

czyż nie dobija się koni

Jeszcze w latach 60. na płytach wydawanych przez Polskie Nagrania, ale i na niektórych amerykańskich krążkach, oprócz tytułu, wykonawcy (zwykle w postaci solisty, orkiestry i dyrygenta), tekściarza i kompozytora pojawiało się właściwe muzyce tanecznej oznaczenie. Słuchacz wiedział więc zawczasu, czy słucha twista, tanga, samby, rumby, mamba, fokstrota czy walca. Zastanawiałem się wielokrotnie, choć raczej mimowolnie niż w ramach jakichś bardziej uporządkowanych rozmyślań, nad zasadnością umieszczania tego typu informacji — być może był ku temu jakiś szczególny powód, myślałem. Ale jako że nie trafiłem na żadne opracowanie, postanowiłem przyjąć najprostsze wyjaśnienie — to rozróżnienie stosowane w analogii do muzyki klasycznej — wydawanej na dużych płytach znacznie wcześniej od rozrywkowej — stanowiącej więc naturalny punkt wyjścia. Natomiast dziś te wówczas suche oznaczenia muszą budzić wyobraźnię. Cóż to był za świat? Czy faktycznie tańczono do tych płyt fokstroty i tanga? I wreszcie — gdzie te walce, twisty, samby ukryły się współcześnie? Że dziś pop tworzy się inaczej, że z klasycznych schematów korzysta się z większą dowolnością, a kompozytorów, dyrygentów i całe orkiestry zastąpili producenci, nie trzeba nikomu tłumaczyć. Niemniej wciąż do tych sprawdzonych formuł się wraca i są one w stanie całkiem nieźle obronić się i w radiu, i na płytach. Żaden z tych kontekstów nie jest jednak dla meritum tego wpisu szczególnie istotny.

Nigdy nie tańczyłem. Nie że w klubach, na festiwalach, weselach. Na ulicy w deszczu i w supermarkecie między mrożonkami. To oczywiście! Ale tak naprawdę, żeby ktoś mi pokazywał kroki, tłumaczył jak interpretować nimi rytm, kreował układy i wyznaczał role. Wszystko to zawsze było dla mnie spontaniczne, naturalne, ale też do pewnego stopnia niezdarne, może nawet zupełnie nie tak. Jedyna próba uporządkowania tej amatorszczyzny zakończyła się dla mnie przytłaczającym zwątpieniem. Z perspektywy czasu myślę, że zabrakło mi w tym wszystkim jednak przede wszystkim muzyki, która rozwiązałaby moje poplątane kroki. Jakkolwiek zdarzało mi się wyczuć rock & rolla, nosiła mnie samba i szanuję tango, na dnie mojego serca gra sobie skromny walczyk, a ja, jak Joanna Newsom w klipie do „Sapokanikan”, sunę ulicą nieśmiało bujając się, dygając i podrygując. Dopiero niedawno postanowiłem te melodie rozsiane po kilkunastu latach mojej płytoteki zacząć zbierać w jednym miejscu — tym samym, gdy tylko namierzę kandydata na kameralny walczyk, próbuję naraz wcisnąć go do mojego niewielkiego zbioru. Jeśli się zmieści, znaczy, że w istocie pasuje. Ton zbiorowi nadało być może najbardziej niedocenione nagranie w katalogu Kacey Musgraves, odkryte przeze mnie ponownie na końcu jej drugiej płyty w zeszłym roku — jeden z tych utworów, które otwarcie mamią słuchacza fałszywym poczuciem bezpieczeństwa, a jednocześnie dają mu możliwość wypełnienia wszystkich pęknięć i wątpliwości szczerą intymnością. Choć taki był klucz, nie wszystkie moje małe walczyki mają podobną wymowę — są refleksje nad utraconą miłością („For the Good Times”, „Dreaming My Dreams With You”), przepracowywanie kryzysów („Through the Dark”) czy pożegnań („Riding for the Feeling”), jest o nadziei na miłość („Dear Someone”) i lepsze życie („Daughters”), o doświadczeniu przemocy („Star Witness”) i o tym, że wszystko jest wszystkim („Stories Don’t End”). Są też wiekowe utwory, które się nie starzeją („Quicksilver Daydreams of Maria”), a wszystko pieczętuje rubaszny Bob Dylan śpiewający Hanka Williamsa. Taka moja mała bezpieczna przystań, w której kroki same się znajdują.