Opublikowano

gdy odwracam się za siebie

upior

klatka z možnosti dialogu švankmajera, 1982

gdy odwracam się za siebie
(tak samo, jak odwracałbym się, gdyby pozostała mi faktyczna postać
faktyczna twarz, nie kształtne pętelki, nikłe szparki, jakieś paskudne gryzmoły
wyciągniętą nieprawdopodobnie rękopodobną kończyną po omacku szkicowane z najgłębszych dołów, najciemniejszych studni
takich, z których czeluści nie widać ani sygnalizującego wyjście światełka nadziei, a przynajmniej tak się wtedy wydaje, ale to zazwyczaj bujda)

gdy odwracam się za siebie
przyglądam tym wszystkim pokiereszowanym portretom, które denat portrecista,
mając do dyspozycji w zupełności dostatnie ciało, sporządzał jakby w transie
opętany myślami, że jego zewnętrzna forma jest emanacją innego ducha
prawdziwa zaś postać musi urzeczywistnić się z całego tego bagna, syfu, łupieżu
sercowo-żołądkowo-mentalnej pluchy, którą czuł w sobie jak żywą nie tylko przy roztopach
choć wtedy też

gdy odwracam się za siebie
zastanawiam się, dlaczego ta plucha pęcznieje patosem,
czy nie może sobie skromnie chlipać, tylko zaraz napada na dzwonnice i rabuje orkiestry dęte
do rytmu wygrywanych przez nie marszy żałobnych

denat portecista nie umarł z przepracowania
(dopadł go jego własny portret, szkaradnie przy tym masakrując)

denat portecista nie umarł z przepracowania
portetował wyłącznie w posępnie rozmazane poranki lub zaraz przed świtem, gdy noc jest najgęstsza
o sobie wyobrażenia brzydkie, dojmujące, w najlepszym razie wyblakłe i szare
czy w dni słoneczne czym innym się parał
był dekarzem albo pielęgniarzem, wolontariuszem w schronisku
tego nie wiadomo

gdy odwracam się za siebie
myślę o wszystkich tych obliczach, których nie sportretował:

portret jesienny z dojrzałych owoców i żółtych liści
jak u švankmajera, ale delikatniej
z podkreśleniem wszelkich walorów — atrybutów jesieniary
i wymownie lakoniczną refleksją nad następstwem pór roku i tym, że każde lato ma kiedyś swój kres

portet beztroski, gdzieś daleko od trosk w cieniu dobrego drzewa z książką na hamaku
może z niewielką alergią wziewną w tle, tego czasem nie da się uniknąć
czerwony nosek można by zresztą filuternie zaakcentować
— apsik! — na zdrowie, kochany, na zdrowie!
— to odpowiadają źdźbła trawy, prowokatorzy alergiczni
bez ironii z ich strony, ironia po stronie portrecisty

portret wrażliwy na sztukę, ale bez przesady
ja uśmiechający się do carla sandburga, carl sandburg odpowiadający uśmiechem
ja nucący joni mitchell, joni mitchell nucąca ze mną
ja trochę zdziwiony, trochę urzeczony marią prymachenko rysującą mi niebieskiego woła z fallicznym ogonem
ja usiłujący dostrzec w czwartkowym poranku ślady harmonijnej codzienności yasujiro ozu
i ten švankmajer, zakończony jatką, ale jakże ujmującą

portret nadziejny
zupełnie ogólnie wyrosły z doświadczenia, że nie ma dołu tak głębokiego,
że do jego dna nie sięgłaby jakaś drabinka sznurowa
że co poza mną, to poza mną
gapcie się do woli, przyjechał cyrk, podano do stołu, ale nie dla psa kiełbasa

może dlatego zdechł
ten skurwysyn portrecista
że go nie było tam, gdzie powinien
i wyglądam teraz przez niego w oczach moich licznych czytelników
jak zmokła kura co najmniej

Opublikowano

śmierć portrecisty

upior

william leach jako willy loman w śmierci komiwojażera, 1991

co to za upiór
wdzierający się szponami wielkich lśniących oczu w moje oczy wcale nie tak lśniące
zamarły w półokręgu samozadowolenia, przekonania o swojej racji
przesadnie wyprostowany zupełnie jak ja, ale kroczący drogą przesadnie prostą, jak żaden ludzki człowiek
ludzki upiór, być może

wykreślono prawdziwego mnie
nie kreską grubą, definitywną, czerwoną
raczej wydrapano — po trochu, machinalnie, bez konieczności podejmowania refleksji nad aktem
w urojonym zachwycie nad tamtym upiorem z portretu
niby-mną
pod świętym spojrzeniem jego wielkich lśniących oczu, tego mam pewność

portret odtąd można nabożnie zawiesić na ścianie
zdjąć i położyć na krześle przy kuchennym stole, jeśli taka będzie w danej chwili potrzeba
upiór nie skrzywi się nad zupą
zastygły w modelowym samozadowoleniu nie zgorszy zgromadzonych
raz powieszony prosto, na zawsze prosto zawiśnie

cóż za ironia
że mnie akurat, niewydarzonego autoportrecistę
portret mój własny dopadnie jak upiór
ukradkiem wydrapie
resztki śnienia z czereśni
patykiem
jak u bronki nowickiej, ale jednak inaczej

Opublikowano

oh babe it ain’t no lie

oh

le double secret, rené magritte, 1927

mówię z serca
wyraźnie i ze spokojem
odbywałem tę rozmowę sam ze sobą dziesiątki, setki razy
nie uginam się już pod ciężarem słów, które choć wciąż przychodzą mi z trudem, muszą zostać wypowiedziane
nie plączę sensów, nie pędzę skrótem, nie uciekam
ani przed sobą, ani przed nikim, kto mógłby mnie gonić

goniło wielu
wielu kolejnych próbowało
jeszcze kolejni — chcieliby — wciąż chcą
— niech sami sobie przebaczą, albo bóg, który jest nad nimi, jeśli twierdzą, że jest,
ich wina już mnie nie dosięga

tylko tych, do których mówię, nie mogłem poznać
przećwiczyć, odbyć, zaplanować
to oni, nie ja
plączą sensy, pędzą skrótem, uciekają

nagle dostrzegam — ja sam ich gonię
i nie mogę sobie wybaczyć
że krzywda, która została poza mną
wciąż poza mną się dzieje

Opublikowano

nowy radosny dzień

nowy radosny dzień

victim i maggi hambling, 2013

myśli, które jeszcze wczoraj stanowiły mnie i o mnie
myśli, którym nie pozwoliłem w porę zamienić się w słowa
które leżakowały niepewnie, by wybrzmieć pełniej
które czekały na lepszy czas, by nie wybrzmieć wcale
teraz wydają się dalekie i obce
czuję ich ślady w sobie — smugi ścieżek ślimaków na szklanym stole
ale wszystkie te ślimaki, o ile w ogóle istniały,
rozpierzchły się po świecie nie wiadomo jak i kiedy
w poszukiwaniu ślimaczych domów, powykręcanych fantazyjnie muszli,
zostawiając za sobą tylko pomazany blat

niedokończone lektury, paliwo dawnych myśli
są jak otwarte rany, jątrzące się przy próbach powrotów
choćby koncyliacyjnych, z dobrego serca, szczerej ciekawości
bo wszystko co dobre i szczere
zastąpił gwałt i strach, i złość
bezradność maluje mnie swoją postrzępioną kreską
ilekroć przewrócę kartkę
tak w przód, jak w tył
ugrzązłem w pół drogi
nie tyle już między sobą a sobą
co między kimś innym a kimś jeszcze innym
czyimś a jeszcze czyimś
obcym
koniecznie obcym, gdyż sam jestem obcy

moją miłość przewleczono nienawiścią
przez bierność i lęk wbite we mnie niby igły,
których dużym oczkom pozwoliłem swobodnie napęcznieć
czyja w tym wina, pytam sam siebie,
skoro nigdy nie pytano mnie o zgodę
inteligencja i rozum nie idą ze sobą w parze
podobnie jak miłość i empatia
nienawidzisz mnie przecież dla mojego dobra
a ja ciebie — dla twojego

Opublikowano

lepienie domowych obłoków na potem

ja

tapeta-chmurki-rozowa.jpg

gdybym nawet w zdrowym, choć nagłym odruchu
wyrwał sobie z piersi, gardła i ze skroni
wszystkie słowa i ich znaczenia, które we mnie siedzą
niechybnie wymieszałyby się ze sobą na nowo

cała mozolna praca
oswajania nieznanych gwiazdozbiorów, odległych galaktyk
na czarnym jak gorący asfalt lub atrament nieboskłonie
wabienia różowych promieni poranka, budzenia rannego ptactwa
lepienia domowych obłoków na potem
skrapiania nieśmiałą rosą młodych pędów nowego wspaniałego dnia
obróciłaby się w niwecz

nieoswojone ptactwo żerowałoby na pędach domowych galaktyk
a w młodym jak poranne obłoki gwiazdozbiorze
skrapiałbym promienie asfaltu nowym atramentem

pozory szaleństwa czy szaleństwo pozorów

Opublikowano

Nowa ewangelia starokalifornijska

pawie

pawi fryz autorstwa alfreda mullera (1903)

lato znów zuchwale splata w warkocze brody starców
gdy na wierzchach swych najlepszych klaczy
przez morze i góry przeprawiają się do starej kalifornii
być może po raz ostatni

granica stanu granicą ducha i serca —
akompaniuje starcom nierzeczywista pieśniarka
o biało-różowej jak kwiaty magnolii cerze —
to najlepsza impresja fiony apple w tej części illinois

pobiegnę i ja wraz z wami —
krzyknęło z przejęciem wiele lat temu dziecko

wojny zmarszczyły mu czoło, czas przygasił chęci
w uszach pobrzmiewają jeszcze echa
dawnego okrzyku przejęcia

stoję teraz przed sobą jako dziecko i jako starzec
nierówny sam sobie, dojrzały i zielony, znajomy i obcy
w oczekiwaniu na cud, który nigdy nie nastąpi
nie mam już sobie nic do powiedzenia

(epilog fantastyczny:
gdybym kiedyś jednak przypadkiem trafił znów do kalifornii
dziecko spotkałoby starca z brodą splecioną w warkocz
a wszystko to, co dotąd niewypowiedziane, wylałoby się
wypełniając po brzegi słowem całe jezioro tahoe
a wersy owej pieśniarki o cerze koloru kwitnącej magnolii
wybrzmiałyby raz jeszcze niczym dawno nieczytana ewangelia)

Opublikowano

sam bym siebie nie potrafił dostrzec

ja

niechlujnie wykadrowany polaroidowy autoportret andy’ego warhola z czaszką

bezbarwną kredą nakreśliłem niechlujnie własny portret

niezgrabny owal twarzy
dwie drobne kropki w miejsce oczu
pętelka za nos
i lekko wypukła krzywa zaklęta w półuśmiech
demonstrujący moje zadowolenie z życia
ale nie ostentacyjnie

przypiąłem posłusznie portret
do bezmiernej ściany pełnej setek, tysięcy posłusznie przypiętych podobizn i wizerunków
nieznajome twarze tak podobne mojej tańczyły mi przed oczyma
na tyle, ile dwie drobne kropki pozwalały objąć wzrokiem

pobladłbym z przejęcia, lecz że kartka była biała, a kreda bezbarwna
sam bym tego nie potrafił dostrzec

Opublikowano

gdzie oni są, gdy nie ma ich tutaj

ja

młody glenn gould bez butów

na wzór twój i podobieństwo
nakreśliłem bezbarwną kredą własny portret

powściągliwie wrysowałem w siebie
posiwiały lament własnej matki
cichy szloch sióstr
i brak braci

usta tych, którzy szeptali
oczy tych, którzy zerkali
i ich palce
— oddałem im swoje własne

wrysowałem tych, którzy przybyli z daleka, by przy mnie umrzeć
i tych, którzy wyjechali, by umrzeć daleko
tych, na których żebranie nigdy nie odpowiedziałem
i tych, którzy odsuwali się, gdy żebrałem ja

wypełniłem kontur tymi
których nazywano takimi ludźmi
— gdzie oni są, gdy nie ma ich tutaj —
myślałem

Opublikowano

błękitne niebo jaskini

ja

dłonie siergieja obrazcowa

niepewnie i po cichu
naszkicowałem bezbarwną kredą własny portret

w przybranym niedbale czernią dostojnym gmachu
nieopatrznie zacząłem łączyć ze sobą w kontur rozsiane po zakamarkach kropki
— białe i czerwone plamy na pogniecionym trenie

ukłuty nagłą refleksją
stanąłem zasnuty
złapany w pokornej ciszy

lecz kropek przybywało,
a czym dłużej im się przyglądałem, tym bardziej bezbarwny kontur pęczniał wydatną czerwienią
jego rys raptownie ożył, a ja zamarłem

czy gdy wyswobodzę się z objęć tej śmierci, która mnie pojmała,
rozpoznam w jej rysach siebie i zniosę wreszcie widok własnej twarzy,
czy znów w wyparciu spuszczę wzrok
niepewnie i po cichu

Opublikowano

minna tadaima

ja

opieszale wykadrowany fragment kolacji u państwa nathanson toulouse-lautreca

naszkicowałem bezbarwną kredą coś na kształt twarzy
w miejscu, gdzie powinny znajdować się oczy — dwie puste jamy
pochłaniające łapczywie resztki karykaturalnego konturu

coś, co mogłoby być nosem
spłynęło groteskowo pod podłużne rozwarte wykrzywienie nibyust
ucho — jedno
raczej z tych do trzymania, niż do słyszenia
brwi — nastroszone kępki dawnego charakteru
próbowały same utrzymać w ryzach pozory jakiejś fizjonomii

to na nic — bezbarwna kreda złamała się
pod ciężarem mojej lewej ręki, wydając krótki głuchy dźwięk

nie usłyszałem go jednak
próbowałem spojrzeć przez jamy
ale ani niczego nie mogłem już dostrzec,
ani nikogo wokół już nie było