Opublikowano

不尽

ja

Fujin

Marzec, czyli miesiąc niepisania o to wciąż padającym, to znów topniejącym śniegu. Z tej perspektywy wiosna ma zapach twardej od namarzniętego deszczu ziemi, gołych szarych trawników i nieba w kolorze papieru ściernego. I jakbyśmy takiej wiosny nie zaklinali pastelowym styropianem, prawda jak gówno — musi wypłynąć. Styropian zmurszeje, a żółta, niebieska i zielona farbka złuszczy się naskórek. Zostaną szare kontenery pełne szarych ludzi na szarej ziemi pod szarym niebem.

*

Marzyliście kiedyś, żeby naprawdę zainteresować się czymś, co być może ma jakieś znaczenie? Filozofią moralności, teorią strun, analizą katalogu J. S. Bacha — czymś, co z dystansu sprawia wrażenie naprawdę istotnego dla człowieka czującego i myślącego. Opieracie się w tej ocenie wyłącznie na własnym wrażeniu spotęgowanym poczuciem dystansu graniczącego z niemożliwością. Jak to jest żyć, nie poznawszy tego dystansu — godzinami słuchać wykładów nieznajomych napotkanych w barach mlecznych, nie wartościować nadto, nie nosić parasola na wypadek deszczu, a w deszczu nie nosić też butów, nie szukać sensów na zewnątrz etc. Być może.

**

„I am doing fine or I am well. I’ll write again soon”.

***

Opublikowano

urodzinki

ja

„Maska”, Man Ray

jak co roku
i w tym roku
życie zjada nas po trochu
krok po kroku
bok po boku
mlaski w mroku
hop do prochu!
chaps ramionko
chaps bioderko
chaps, obierka za obierką
chaps wątróbka
chaps śledziona
w trzeciej części już zjedzona
nie czekajmy więc do marca
aby skubnąć krztynkę z garnca
wszak się śmierci wyrywamy
gdy śpiewamy i pląsamy
żyć bowiem natychmiast trzeba
jest później
niż wydaje się nam

Opublikowano

City lights sparkling bright at almost midnight while getting back home after being long time gone

nic

Nic, zupełnie nic

Vita flumen siłuje się w moim kalendarzu z uki-yo. Nie tyle na pięści, co w rozmaitych uściskach i splotach — transgresywnych czy transpozycyjnych, sam już nie jestem przekonany co do ich charakteru. A tymczasem kiedy wreszcie rozbierzesz się zupełnie przed samym sobą, zedrzesz wilgotnymi palcami całą skórę, płatek po płatku, i w tym akcie samoświadomości potraktujesz się z szacunkiem i zrozumieniem, jakiego wcześniej nie doświadczyłeś, bo doświadczyć nie mogłeś, trudno odnaleźć ci się we własnym życiu pięć miesięcy później, gdy stoisz dobrze ubrany pośród innych ludzi w zatłoczonym tramwaju. Jak się tu znalazłem? Jak znalazłem się tam? Nic nie jest oczywiste, może poza tym tylko że naturalnie po jakimś czasie potrzebujesz odpoczynku, odmiany, już nie ucieczki, a chwili zwyczajnego spokoju, której nie trzeba wiele by przemieniła się w bezkresny sen. Jak się tam dotrę? Jak znalazłem się tu? A jak tam daleko jeszcze wtedy? Prawie jak u Talking Heads. Po dniu przychodzi noc, a po nocy kolejny dzień. To wystarczy, by nie odpowiadać, nie pytać, nie wiedzieć.

Opublikowano

Październik

ja

Książę Franz Joseph von Thurn und Taxis

Minął sierpień, przepadł wrzesień, już po październiku. Jesień rozpieszcza kłębiastym snem i gorącą czekoladą. Ujmuje myśli i czasu, nie znosząc sprzeciwu. Rozrzedza idee, łamie słowa na dwa, jedno po drugim — nic nie robi sobie z tego, że psuje sylaby i miesza kolejność.

Gęstymi, ciężkimi chmurami, siną, szeleszczącą mgłą i nieprzejednanym mrokiem odzianym w czarny aksamit tuli samotne wrony i chude psy. Zagania dzieci do domów, a ludzi do galerii handlowych. Plastikowymi butelkami po Coca Coli, starymi butami i lakierowaną boazerią znalezioną przy śmietniku głaszcze domowe ognisko i płuca domowników. Tykowatymi palcami bosych dębów nie głaszcze już niczego. A ja w nią zaklęty, zwabiony kłębiastym snem i gorącą czekoladą trwam wzniośle ku wiośnie z myślą ułomną, ideą rzadką i słowem złamanym.

Opublikowano

Nie wysłałem

wit

fotografia, tym razem moja, z Pragi

Nie wysłałem na kurtekpeel ani jednej pocztówki z wakacji, a byłem trochę i tu, i tam. Poprzedni Paryż (vaugirardowski) spędziłem głównie, jeżdżąc metrem, czytając książki i obserwując ludzi. I żeby nadać mojemu życiu ślady jakiegoś poszukiwania siebie, a może i stworzyć iluzję odnalezienia jakichś skrawków sensu w tej z jednej strony obcej, z drugiej zupełnie przecież spodziewanej pustce, zacząłem coś nieśmiało pisać z nadzieją, że moje pisanie nie tyle przejdzie do historii, co da początek mnie piszącemu.

Tak się oczywiście nie stało. W te wakacje (które poskąpiły mi zresztą dni prawdziwie wakacyjnych) wszedłem z podobnym postanowieniem, ale tyczącym się z jednej strony rzeczy, a z drugiej ludzi. I oto okazało się, że zupełnie tego nie umiem — po prostu mi nie wychodzi łączenie ludzi i rzeczy. Priorytet, który nadaję jednym lub drugim, mimowolnie nosi znamiona wyłączności — tak, abym potrzebę ludzi, gdy na wyłączność mają mnie akurat rzeczy, albo rzeczy w przypadku, jeśli posiedli mnie dla siebie ludzie, mógł zaspokoić jedynie w stopniu minimalnym. Ale to wcale nie tak, że to naturalna opozycja. Stała się taką, bo jej na to pozwoliłem. Mógłbym przecież zestawić jedne rzeczy z drugimi albo tych ludzi z tamtymi i wtedy najpewniej okazałoby się, że to się podobnie wyklucza. Ale tymczasem nie potrafię pisać, jeśli mam w tym samym momencie żyć. To paskudny paradoks, bo zwykle to życie podaje nam myśli, którymi chcemy się dzielić. Kształtuje nas, daje wewnętrzne poczucie, by się tym dzielić — kształtować innych. Bez tego trudno o prawdziwą pasję, a bez pasji trudno o powodzenie kształtowania. Ja tymczasem tak nie umiem.

Umiem natomiast, co odkryłem już dawno, ale bałem się wcześniej otwarcie to przyznać, pisać jedynie o sobie. Umiem pisać: ja, ja, ja. O osobach trzecich potrafię stwierdzić tyle, że są. A czasem nawet i tego nie — zwykle gdy ktoś towarzyszy mi w snach, nie potrafię później przypomnieć sobie ani imienia, ani twarzy. Tym samym otaczają mnie cienie i choćby z tego powodu muszę być egotystą. Z czego miałaby zatem wynikać moja empatia? Ta sama empatia, którą od lat ukradkiem stawiałem na piedestale, którą nieśmiało sobie przypisywałem, ale jednak nie uczyniłem nic, by świadomie stała się moim udziałem. A może to jedynie zwykły strach przed przyjęciem czyjejś perspektywy jako własnej lub odwrotnie — mimowolna chęć narzucenia swojego punktu widzenia komuś drugiemu, czego w jakiejś części postanowiłem się wyzbyć — najpewniej też bez powodzenia. Jeśli miałbym więc jednak kiedyś cokolwiek napisać, jak sobie założyłem pół roku temu na Vaugirard, musiałbym okrutnie zafałszować obraz drugiego człowieka — nie tylko nakreślić go własną ręką, ale wydzielić go z siebie. Ale jak mogłoby mi się to udać, jeśli dookoła widzę tylko cienie? Tymczasem to znowu ja. Gdzie w takim razie jest człowiek?

Opublikowano

oda truchła do życia

ja

zarys życia

stary druhu,

gdy już wydawało mi się, że śmierć umościła mi posłanie na tyle wygodne, że gotów byłem zatonąć bez reszty w śnie niemożliwie słodkim i głębokim, wybudziło mnie wątłe echo twego głosu.

oto nastał świt. krwawy i niepewny.

zrodził jednak wspomnienie dnia na tyle wyraźne, że wplątał się we wszystkie moje członki i powiódł jak somnambulika — nagiego i ślepego na szlak, który może niegdyś znałem, a może ledwie mi się przyśnił — z żywej rozpaczy za porzuconym przed wiekami łonem.

wydarty tak z jednej sceny, a wklejony w inną, oblepiony sobą samym, zapamiętały w oszalałym zapomnieniu, porzucony na skraju czasu, miejsca i akcji — rozpocząłem mozolną ku tobie tułaczkę.

ratować strzępy tej młodości, która jeszcze nie ustała we mnie. zachować jej istotę na wieczność, choć przez chwilę! sięgnąć jej, pochwycić i trwać tak oburącz kurczowo, nim powiędną cienkie palce — jeden po drugim, a może wszystkie zupełnie w tej samej chwili.

uchwycić się w tym geście, lecz nie w lunatycznym spektaklu odegranym w apatycznej trwodze, nie w dorywczym szale ekstatycznego zapomnienia, gdy zmysły krzyczą głośniej niż rozum i serce; a stojąc twardo i rześko ze wzrokiem bystrym i nowym, choćby wśród krzyków gromkich i głośnych.

Opublikowano

kiedy o świcie usłyszysz mój płacz

ja

portret nocny

na wzór twój i podobieństwo
nakreśliłem bezbarwną kredą własny portret

pod naciskiem mojej lewej ręki
wydała głuchy pisk,
nim wtopił się w asfalt w bezdechu upalnej nocy,
która miała nigdy nie powitać dnia

koniuszki palców i usta
wciąż pieką od papierosów,
wciąż suszy w gardle i pęka głowa

kiedy o świcie usłyszysz mój płacz,
wiedz, że to nie przez miłość, którą utraciłem,
a jedynie przez tę, którą odzyskałem

Opublikowano

Schody i cienie

schody

Schody

Moja pierwsza nauczycielka o łaskawym uśmiechu, której nazwiska nie udało mi się zapamiętać, a może też nigdy go nie znałem, przepowiedziała kiedyś mojej matce, podobno zupełnie poważnie, że albo będę kimś wielkim, albo będą ze mną wyłącznie kłopoty. Matka od czasu do czasu czuła się odtąd w obowiązku cytować mi z pewną nabożnością te słowa, czy właściwie tylko ich pierwszą część. Druga wymknęła jej się pewnego razu w poczuciu, że jestem już poukładanym młodzieńcem, kłopotów ze mną nie ma żadnych, zatem to niedorzeczne brednie i należy teraz tylko wypatrywać na horyzoncie dowodów na moją wielkość. W istocie byłem grzecznym chłopcem. Gdy już wyszedł ze mnie szatan wieku pacholęcego, który u progu podstawówki kazał mi czy to któregoś lata namówić młodszego przyrodniego brata do zerwania wszystkich zielonych pomidorów rosnących na babcinej grządce, a następnie do niczego się nie przyznać, czy samemu dla zabawy podczas lekcji religii wbić ołówek w dłoń siedzącej ławkę za mną koleżanki, stałem się wzorem cnót i uosobieniem rodzicielskich marzeń. Przynoszone rok po roku świadectwa z czerwonym paskiem miały być ostatecznym dowodem na to, że pierwsza część przepowiedni nieuchronnie zmierza ku spełnieniu. Mój sceptycyzm w tej kwestii starała się przełamać z jednej strony matka, z drugiej emitowane w owym czasie w telewizji z szaleńczą częstotliwością reklamy Coca Coli. Pamiętam je jak dziś — w trwającym kilkanaście sekund spocie dwoje młodych ludzi czuje się zagubionych na hucznej imprezie. Wszystko zmienia się, gdy zatrzymują wzrok na sobie nawzajem i odkrywają, że oboje piją ten sam napój. Są wyjątkowi. I ja też mogę być. Za niecałą złotówkę wydaną w spożywczym dwie ulice dalej. Takich reklam było więcej, ale mimo tego, że skrupulatnie podążałem za instrukcjami producentów, nie poczułem się wyjątkowy. Koniec końców któregoś poranka obudziłem się z przeświadczeniem, że jednak chuj, nie tylko nie jestem wyjątkowy, ale nie mam pojęcia, na czym miałoby to polegać. Nieliczne nadzieje, jakie w sobie kiedyś pokładałem, dawno już zdusiła codzienność, przynajmniej od lat nie dawały o sobie znać, a wspomnienie o nich nie nadawało się na jakikolwiek fundament, jeśli tylko chciałbym cokolwiek budować (ale wcale nie chciałem). Tego samego dnia zacząłem poważnie zastanawiać się, kiedy dadzą o sobie znać i na czym będą polegać przepowiedziane mi lata temu kłopoty.

*

Przed trzema tygodniami zmarła mi ciotka. Ostatnich kilkanaście lat przeleżała w łóżku. Stwardnienie rozsiane. Informacja o jej śmierci była nieuchronna. Od dawna podświadomie wypatrywaliśmy, nasłuchiwaliśmy. Ciotkę spotkałem tylko raz w życiu, a przynajmniej zachowałem tylko jedno wspomnienie naszego spotkania. Zapamiętałem jej łagodny głos, krągłą twarz o regularnych rysach z ciemnymi, ale żywo połyskującymi oczami, proste, kasztanowe włosy ścięte za ucho, zwieńczone równą grzywką. Wówczas była jeszcze pełna życia. Nie wiem, czy przypuszczała, co miało ją czekać, czy cieszyła się już życiem na zapas, czy gdy wyszliśmy, wypłakała mimowolnie oczy podczas kolejnej bezsennej nocy, a może przeciwnie, wciąż przepełniała ją nadzieja — ta, która ponoć umiera ostatnia. Ja byłem tylko dzieckiem. Ciotka nie miała własnych, ale przez lata zajmowała się swoimi chrześnicami, których matka, a jej siostra, pochłonięta była pogonią za własnym szczęściem w ramionach coraz to kolejnych mężczyzn. Ciotka była zresztą przedszkolanką, ale, już po latach dowiedziałem się, że pasjonował ją teatr. Tego wieczoru, gdy po raz pierwszy i, jak miało okazać się jakieś dwie dekady później, ostatni nasze drogi się przecięły, mnie, kilkuletniemu szkrabowi, wydała się niemal beztroska, przepełniona szczerą ciekawością świata. Graliśmy wtedy razem na drewnianej kuchennej podłodze w improwizowaną zabawę na kształt gry w kulki. Była zima — szary, ciemny dzień. Sobotni, a może niedzielny wieczór. Mieszkanie ciotki mieściło się w starej, wyjątkowo paskudnej kamienicy. Wnętrze było obszerne, strop wysoki, ściany pokrywała przybrudzona tapeta o zielonkawym odcieniu, w powietrzu wyczuć można było wilgoć. Kuchenny podłogowy plac zabaw oświetlała jasno nisko zawieszona lampa. To wszystko. Przez te wszystkie lata nigdy jej nie odwiedziłem. A przecież zapamiętałem ją. Nie byłem już dzieckiem. Nawet gdy wciąż żyła babcia — jedyna z naszej strony rodziny, która raz po raz składała ciotce wizyty — ja, już wtedy jako student, nie potrafiłem zaproponować, by jej towarzyszyć. Przez strach i udawaną obojętność nie udało mi się tej plączącej się latami w mojej głowie myśli komukolwiek wydukać. Dziś nie potrafię pozbyć się dojmującego uczucia, że w innych okolicznościach bylibyśmy sobie z ciotką bardzo bliscy.

**

Boimy się zaangażować, ale zwykle nawet bardziej boimy się, że zostaniemy wykluczeni. Boimy się mówić głośno o swoich przekonaniach albo boimy się milczeć na ich temat. Powodowani strachem krzyczymy albo zamykamy usta. Nawet bardziej boimy się jednak usłyszeć, co ktoś inny może mieć nam do powiedzenia. Boimy się, że go nie zrozumiemy, ale często towarzyszy nam irracjonalny lęk, że zrozumiemy, przyznamy mu rację, a tym samym okażemy słabość i przegramy. Boimy się świata, który jest inny niż ten, którego obraz sami sobie nakreśliliśmy, czy raczej zrobili to za nas inni. Boimy się, że w takim świecie mogłoby zabraknąć dla nas miejsca, albo że nie będzie to miejsce, które chcielibyśmy w nim zająć. Jesteśmy komunistami albo faszystami dokładnie z tego samego powodu. Boimy się. Ale co wtedy zostaje z miłości, szacunku, dobrobytu, o których tyle mówimy, gdy już przecedzimy je przez nasze lęki?

cienie

Cienie

Opublikowano

Wątpliwa kontynuacja

C9tBumFXgAUmRxk.jpg large

Przepiękna łąka pełna głębokich wzruszeń i prawdziwego szczęścia

Wyjechałem z Paryża. Miasta, które nie tylko rozbudziło moje nadzieje względem regularnego pisania, ale osaczyło i omamimo mnie na tyle, że uwierzyłem, że jestem w stanie na bieżąco notować nieistotne szczegóły z mojego nienadzwyczajnie barwnego życia czy też innych żyć dookoła mojego (tu nie pokuszę się o ocenę stopnia ciekawości). A tymczasem rzeczywistość jak na złość nie tylko nie inspiruje, ale pozbawia złudzeń, gasi natchnienie, wyczerpuje umysł i ciało. Za osiem lat obudzę się o osiem lat starszy, spojrzę swojemu równie starszemu lustrzanemu odbiciu w oczy w poszukiwaniu refleksji, która jeśli tylko nadejdzie, złamie mnie wpół, wbije w ziemię, w najlepszym wypadku zmieniając nie do poznania mój kształt i przygaszając tlące się wciąż resztki marzeń i ideałów. Tak to widzę.

*

Jakie to szczęście, że ludzie wokół nas zostali już ponazywani. Ometkowani, które to metki doczepione do twarzy i postury społecznej informują o imionach i nazwiskach, pseudonimach artystycznych i operacyjnych, ksywach, nickach, alter ego, rzadziej ukrytych tożsamościach, częściej imionach i nazwiskach zupełnie zmyślonych, czasem na poczekaniu, czasem skrytych głęboko w wewnętrznej kieszeni kurtki czy torebce, by sięgnąć po nie w sytuacji zagrożonej niezręcznością. Nie dalibyśmy rady sami ich odpowiednio nazwać. Nawet jeśli z jakiegoś powodu nazywają się nieodpowiednio, to nie nasza wina. Nie mogą mieć do nas pretensji. Zazwyczaj zresztą nie mają świadomości tego braku odpowiedniości — nie jest dokuczliwy. Czasem człowiek założy rano nieświadomie dwie różne skarpetki (czy w tym wypadku — zostaną mu założone, choć to się raczej rzadko zdarza) i dopiero późnym wieczorem zda sobie z tego sprawę. Albo w ogóle. Czasem po zastanowieniu uzna być może, że taki stan dodaje mu animuszu, ale bywa, że począwszy od następnego poranka z przesadną dbałością wybiera skarpety z komody. Wyobraziłem sobie kiedyś, jak nazwałbym swoich bohaterów, gdybym napisał wiersz, opowiadanie. Najpierw nie chciałem w ogóle nazywać ich jakkolwiek — może nazwą się sami — pomyślałem. Później jednak doszedłem do wniosku, że gdybym obdarzył ich taką wolnością, z pewnością wybraliby sobie imiona głupie, zupełnie odstające od mojego o nich wyobrażenia, ośmieszające całą historię. Ja na ich miejscu właśnie tak bym zrobił. Co to w ogóle za imię Kurtek?

**

Zapadła niezręczna cisza. Zapomnijmy o tym wszystkim — zakołatało mi w głowie, ale słowa uwięzły w gardle. Wtedy już doskonale wiedzieliśmy, że o powrocie i zapomnieniu nie mogło być mowy. Absurdalnie krótka chwila, ułamek gestu, strzępek zakłopotania, skrawek półuśmiechu. Płatki śniegu powoli, ale konsekwentnie pokrywały powierzchnię zmarzniętej betonowej jezdni pod nami, układając się coraz bardziej wyraziście w coś na kształt pierwszej warstwy. Twoje włosy falowały lekko na wietrze, przysłaniając znaczną część opuszczonej nisko twarzy, wraz z oczyma utkwionymi gdzieś w martwym punkcie daleko poza nami. Oto staliśmy naprzeciw siebie. Dwoje obcych ludzi.