Opublikowano

beznadziejna poetyka ostatniego pokolenia

koń jaki jest każdy widzi morski

konik morski

żar z nieba
kamień na kamieniu
pustynia:
po drugiej stronie lustra gwarna duchami dawnych mistrzów
bez miejsca na niedopowiedzenia
dla zbieraczy plastiku i aluminium,
żebrzących o pieniądze i zainteresowanie,
pogrążonych w bezcelowej tułaczce po własnych odbiciach
w kolejnych lustrach i ekranach
wiecznego tu i teraz
z braku jutra
w nostalgii za wczoraj

Opublikowano

(…) skąd brać czas i pieniądze, kiedy gra się na trąbce

ja

niezatytułowany rothko

na wzór twój i podobieństwo
nakreśliłem bezbarwną kredą własny portret

z przyzwyczajenia
sięgnąłem po zwisający luźno koniec
związałem go z drugim w kształtną pętelkę

niezmordowany w doraźności
w ułudzie spełnienia wyłupywałem kolejne paradoksy
oczy z łupin i łupiny w oczach

zaprosiłem siebie samego do tańca
prowadziłem
i mnie prowadzono
nim poplątane kroki złożyły się do modlitwy
o sposobność rozwiązania

Opublikowano

não identificado

ja

sir george campion courthope wymalowany ze swojego fotela
erased lord, pochoir

zalałem czarnym atramentem
nakreślony bezbarwną kredą własny portret

drżącym ruchem mojej lewej ręki
wyłowiłem z toni pojedynczą smugę

zamaszysty gest — obcy i prawdziwy
wydarł się bezgłośnie wewnątrz szkicu

liczyłem własne odbicia dojrzane w źrenicach innych
i kroki pomiędzy każdym z nich
a tym, które wciąż naiwnie miałem za własne

miarowo miąłem piętrzące się bezrozumnie atrybuty i artefakty

odszedłem dalej,
bezwiednie brocząc atramentem

Opublikowano

nibyżycie

ja

autoportret, egon schiele

na wzór twój i podobieństwo
nakreśliłem bezbarwną kredą własny portret

rozejrzałem się przedtem uważnie
najpierw w lewo, później w prawo, potem znowu w lewo
tak jakbym przechodził przez ulicę

przeciągnąłem za sobą po tłustej zebrze z wielkim mozołem
ogromny stalowy wagon — nibypełny

niby odpocząłem, nim wyszedłeś mi na spotkanie
niby byłem gotów, by dalej kreślić, rozglądać się, przeciągać z mozołem
nibyzdolny, nibyrześki

niby przeprosiłem, niby podano mi rękę na zgodę
niby wyciągnąłem się z siebie, kiedy wezbrałem w sobie
niby kochałem, choćby przed laty
niby naprawdę, niby na niby

Opublikowano

urodzinki

ja

„Maska”, Man Ray

jak co roku
i w tym roku
życie zjada nas po trochu
krok po kroku
bok po boku
mlaski w mroku
hop do prochu!
chaps ramionko
chaps bioderko
chaps, obierka za obierką
chaps wątróbka
chaps śledziona
w trzeciej części już zjedzona
nie czekajmy więc do marca
aby skubnąć krztynkę z garnca
wszak się śmierci wyrywamy
gdy śpiewamy i pląsamy
żyć bowiem natychmiast trzeba
jest później
niż wydaje się nam

Opublikowano

oda truchła do życia

ja

zarys życia

stary druhu,

gdy już wydawało mi się, że śmierć umościła mi posłanie na tyle wygodne, że gotów byłem zatonąć bez reszty w śnie niemożliwie słodkim i głębokim, wybudziło mnie wątłe echo twego głosu.

oto nastał świt. krwawy i niepewny.

zrodził jednak wspomnienie dnia na tyle wyraźne, że wplątał się we wszystkie moje członki i powiódł jak somnambulika — nagiego i ślepego na szlak, który może niegdyś znałem, a może ledwie mi się przyśnił — z żywej rozpaczy za porzuconym przed wiekami łonem.

wydarty tak z jednej sceny, a wklejony w inną, oblepiony sobą samym, zapamiętały w oszalałym zapomnieniu, porzucony na skraju czasu, miejsca i akcji — rozpocząłem mozolną ku tobie tułaczkę.

ratować strzępy tej młodości, która jeszcze nie ustała we mnie. zachować jej istotę na wieczność, choć przez chwilę! sięgnąć jej, pochwycić i trwać tak oburącz kurczowo, nim powiędną cienkie palce — jeden po drugim, a może wszystkie zupełnie w tej samej chwili.

uchwycić się w tym geście, lecz nie w lunatycznym spektaklu odegranym w apatycznej trwodze, nie w dorywczym szale ekstatycznego zapomnienia, gdy zmysły krzyczą głośniej niż rozum i serce; a stojąc twardo i rześko ze wzrokiem bystrym i nowym, choćby wśród krzyków gromkich i głośnych.

Opublikowano

kiedy o świcie usłyszysz mój płacz

ja

portret nocny

na wzór twój i podobieństwo
nakreśliłem bezbarwną kredą własny portret

pod naciskiem mojej lewej ręki
wydała głuchy pisk,
nim wtopił się w asfalt w bezdechu upalnej nocy,
która miała nigdy nie powitać dnia

koniuszki palców i usta
wciąż pieką od papierosów,
wciąż suszy w gardle i pęka głowa

kiedy o świcie usłyszysz mój płacz,
wiedz, że to nie przez miłość, którą utraciłem,
ale przez tę, którą odzyskałem

Opublikowano

Małpa krawężnik

małpa krawężnik trabantem łoskotu
chociażby pustyni na wiele
fortepian młotkiem sznur anarchii obrał
a konwaliami zerkanie
fortuno
odbierać czci sernikom w matni krużganków nie radzę
łapiąc za słowiczy wikt apodyktycznym wspinać się rumieńcem
niebo niezborne lufcikiem umyka
euforio
gamoniem rozkroku naznacz drelichową serenadę zazdrosnej inercji
rożen kopertówek piętrzyć się latawca kameralnym szydłem
odtąd ma musieć
i musić się będzie.