Opublikowano

Carlowi Sandburgowi

ja

Carl Sandburg

Szukając siebie, potykam się co rusz o Carla Sandburga, który sprawił, że jako dorosłemu człowiekowi, słowa zaczęły układać mi się jakby inaczej —
uwielbiam swoją żółtą książeczkę i ściskam ją w dłoni, ilekroć czuję zawód monotonią codziennego życia.

Kartkując żółte, jak kukurydza, o której śnił pewien farmer z Illinois, kartki, zerkam to na nieśmiale nadrukowane wersy, to za okno, gdzie dzieje się życie.
Ktoś inny wygląda na to z okna szarej kamienicy z naprzeciwka, a jego myśli zakrywa chmura dymu papierosowego.

Im dłużej wytężam wzrok i umysł, a nie potrafię przez nią przejrzeć, tym mocniej ściskam żółtą książeczkę i tym milej wspominam Carla Sandburga, który to potrafił.

Opublikowano

lepienie domowych obłoków na potem

ja

tapeta-chmurki-rozowa.jpg

gdybym nawet w zdrowym, choć nagłym odruchu
wyrwał sobie z piersi, gardła i ze skroni
wszystkie słowa i ich znaczenia, które we mnie siedzą
niechybnie wymieszałyby się ze sobą na nowo

cała mozolna praca
oswajania nieznanych gwiazdozbiorów, odległych galaktyk
na czarnym jak gorący asfalt lub atrament nieboskłonie
wabienia różowych promieni poranka, budzenia rannego ptactwa
lepienia domowych obłoków na potem
skrapiania nieśmiałą rosą młodych pędów nowego wspaniałego dnia
obróciłaby się w niwecz

nieoswojone ptactwo żerowałoby na pędach domowych galaktyk
a w młodym jak poranne obłoki gwiazdozbiorze
skrapiałbym promienie asfaltu nowym atramentem

pozory szaleństwa czy szaleństwo pozorów

Opublikowano

oda do wyjebania

wyjebane? wyjebane!

wyjebane

po południu i nad ranem
wszyscy mamy wyjebane
ja z tobą i pani z panem
wyjebane? wyjebane!

o dyskusji nie ma mowy
odwracamy wszyscy głowy
jeśli jednak coś zaskoczy
wystarczy zasłonić oczy

nawet gdy coś się wylało
choćby dawno i niemało
nie ma sensu by się wstydzić
za coś, czego się nie widzi

co się zbiło, niechaj leży
przecież samo nie pobieży
jeśli komuś chce się trudzić
niech się trudzi, prawo ludzi

osobliwy bukiet woni
nie załamie naszych dłoni
jeśli komuś to przeszkadza
czasem spacer oswabadza

się zdarzyło, nie chcę zwodzić
trzeba było nie wychodzić
w końcu życie to impreza
kogo nie ma, tego nie żal

czy jest brudno, źle czy smutno
jakie wczoraj, takie jutro
posłuchaj jednak anonku
wolnoć tomku w swoim domku

Opublikowano

Nowa ewangelia starokalifornijska

pawie

pawi fryz autorstwa alfreda mullera (1903)

lato znów zuchwale splata w warkocze brody starców
gdy na wierzchach swych najlepszych klaczy
przez morze i góry przeprawiają się do starej kalifornii
być może po raz ostatni

granica stanu granicą ducha i serca —
akompaniuje starcom nierzeczywista pieśniarka
o biało-różowej jak kwiaty magnolii cerze —
to najlepsza impresja fiony apple w tej części illinois

pobiegnę i ja wraz z wami —
krzyknęło z przejęciem wiele lat temu dziecko

wojny zmarszczyły mu czoło, czas przygasił chęci
w uszach pobrzmiewają jeszcze echa
dawnego okrzyku przejęcia

stoję teraz przed sobą jako dziecko i jako starzec
nierówny sam sobie, dojrzały i zielony, znajomy i obcy
w oczekiwaniu na cud, który nigdy nie nastąpi
nie mam już sobie nic do powiedzenia

(epilog fantastyczny:
gdybym kiedyś jednak przypadkiem trafił znów do kalifornii
dziecko spotkałoby starca z brodą splecioną w warkocz
a wszystko to, co dotąd niewypowiedziane, wylałoby się
wypełniając po brzegi słowem całe jezioro tahoe
a wersy owej pieśniarki o cerze koloru kwitnącej magnolii
wybrzmiałyby raz jeszcze niczym dawno nieczytana ewangelia)

Opublikowano

sam bym siebie nie potrafił dostrzec

ja

niechlujnie wykadrowany polaroidowy autoportret andy’ego warhola z czaszką

bezbarwną kredą nakreśliłem niechlujnie własny portret

niezgrabny owal twarzy
dwie drobne kropki w miejsce oczu
pętelka za nos
i lekko wypukła krzywa zaklęta w półuśmiech
demonstrujący moje zadowolenie z życia
ale nie ostentacyjnie

przypiąłem posłusznie portret
do bezmiernej ściany pełnej setek, tysięcy posłusznie przypiętych podobizn i wizerunków
nieznajome twarze tak podobne mojej tańczyły mi przed oczyma
na tyle, ile dwie drobne kropki pozwalały objąć wzrokiem

pobladłbym z przejęcia, lecz że kartka była biała, a kreda bezbarwna
sam bym tego nie potrafił dostrzec

Opublikowano

gdzie oni są, gdy nie ma ich tutaj

ja

młody glenn gould bez butów

na wzór twój i podobieństwo
nakreśliłem bezbarwną kredą własny portret

powściągliwie wrysowałem w siebie
posiwiały lament własnej matki
cichy szloch sióstr
i brak braci

usta tych, którzy szeptali
oczy tych, którzy zerkali
i ich palce
— oddałem im swoje własne

wrysowałem tych, którzy przybyli z daleka, by przy mnie umrzeć
i tych, którzy wyjechali, by umrzeć daleko
tych, na których żebranie nigdy nie odpowiedziałem
i tych, którzy odsuwali się, gdy żebrałem ja

wypełniłem kontur tymi
których nazywano takimi ludźmi
— gdzie oni są, gdy nie ma ich tutaj —
myślałem

Opublikowano

błękitne niebo jaskini

ja

dłonie siergieja obrazcowa

niepewnie i po cichu
naszkicowałem bezbarwną kredą własny portret

w przybranym niedbale czernią dostojnym gmachu
nieopatrznie zacząłem łączyć ze sobą w kontur rozsiane po zakamarkach kropki
— białe i czerwone plamy na pogniecionym trenie

ukłuty nagłą refleksją
stanąłem zasnuty
złapany w pokornej ciszy

lecz kropek przybywało,
a czym dłużej im się przyglądałem, tym bardziej bezbarwny kontur pęczniał wydatną czerwienią
jego rys raptownie ożył, a ja zamarłem

czy gdy wyswobodzę się z objęć tej śmierci, która mnie pojmała,
rozpoznam w jej rysach siebie i zniosę wreszcie widok własnej twarzy,
czy znów w wyparciu spuszczę wzrok
niepewnie i po cichu

Opublikowano

minna tadaima

ja

opieszale wykadrowany fragment kolacji u państwa nathanson toulouse-lautreca

naszkicowałem bezbarwną kredą coś na kształt twarzy
w miejscu, gdzie powinny znajdować się oczy — dwie puste jamy
pochłaniające łapczywie resztki karykaturalnego konturu

coś, co mogłoby być nosem
spłynęło groteskowo pod podłużne rozwarte wykrzywienie nibyust
ucho — jedno
raczej z tych do trzymania, niż do słyszenia
brwi — nastroszone kępki dawnego charakteru
próbowały same utrzymać w ryzach pozory jakiejś fizjonomii

to na nic — bezbarwna kreda złamała się
pod ciężarem mojej lewej ręki, wydając krótki głuchy dźwięk

nie usłyszałem go jednak
próbowałem spojrzeć przez jamy
ale ani niczego nie mogłem już dostrzec,
ani nikogo wokół już nie było

Opublikowano

beznadziejna poetyka ostatniego pokolenia

koń jaki jest każdy widzi morski

konik morski

żar z nieba
kamień na kamieniu
pustynia:
po drugiej stronie lustra gwarna duchami dawnych mistrzów
bez miejsca na niedopowiedzenia
dla zbieraczy plastiku i aluminium,
żebrzących o pieniądze i zainteresowanie,
pogrążonych w bezcelowej tułaczce po własnych odbiciach
w kolejnych lustrach i ekranach
wiecznego tu i teraz
z braku jutra
w nostalgii za wczoraj