Opublikowano

Vaugirard

paris

Paryż; zdj. Kurtek

Skończyłem lekturę na dziś. Nawet pomimo tego, że spodziewawszy się, że czytana przeze mnie historia dobiegnie niebawem końca, zapobiegawczo spakowałem rano do plecaka kolejną książkę, nie jestem w stanie jak gdyby nigdy nic zostawić wciąż jeszcze świeżych we mnie wypadków poprzedniej zupełnie za sobą i beznamiętnie rozpocząć następnej. Potrzebuję czasu. Kilku głębszych oddechów, które nieodwracalnie i na zawsze mimowolnie wplotą bieg tamtych odległych wydarzeń w moją własną narrację. Spoglądam za wagonową szybę na jednostajny, ledwie oświetlony korytarz pokryty niemal bez reszty ciągnącym się od stacji do stacji graffiti. Próbuję dostrzec kolory, złożyć migające mi przed oczyma litery w dające się odczytać ciągi. Nic z tego.

Ukradkiem zaczynam przyglądać się odbiciom twarzy współtowarzyszy podróży. Starszemu małżeństwu uśmiechającemu się szczerze do siebie po przeciwległej stronie wagonu. Siedzącemu naprzeciwko nich łysiejącemu mężczyźnie w średnim wieku surowym analitycznym spojrzeniem pochłaniającemu przez szkła okularów w rogowych oprawkach treść wielkoformatowej codziennej gazety. Przenoszę wzrok na siedzącą vis-à-vis mnie młodą parę. Ona, ładna, o subtelnych rysach twarzy, w sportowej czerwonej kurtce wpatruje się w otchłań korytarzy paryskiego metra, a być może podobnie do mnie, śledzi niewyraźne sylwetki odbijające się w oknie. On, zakochany, lekko szpakowaty, o szpiczastym nosie, gładzi delikatnie wierzch jej dłoni. Falguière. Pociąg wjeżdża na stację. Obok mnie siada dziewczyna w jeansach z dziurami na wysokości kolan i długimi włosami pogrążonymi w kompletnym nieładzie kontrastującymi z prostą grzywką w stylu wczesnych lat 70. Znudzona próbuje zabić czas grą w Candy Crush Saga. Pasteur. Na wysokości naszych siedzeń staje dziewczyna o azjatyckich rysach twarzy, okrągłej buzi, porcelanowej cerze i pomalowanych na koralowo drobnych ustach. Ma na sobie jasny wełniany płaszcz, na pierwszy rzut oka o dwa rozmiary za duży. Twarz przykrywa jej sztywny pękaty beret o okrągłym rondzie. Nieobecnym wzrokiem śledzi coś na swoim smartfonie. Volontaires. Wzdłuż krawędzi peronu toczy się pełna puszka smakowego piwa, zapewne mimowolnie porzucona przez pośpiesznie wskakującego do pociągu pasażera. W wagonie metra szpakowaty opiera głowę na ramieniu smukłej dziewczyny, chwilę później zamykając oczy. Ona spogląda na niego ukradkiem w milczeniu, a następnie wraca machinalnie do obserwacji torowiska. Vaugirard. Półszeptem przepraszam siedzącą na przeciwko parę i hipiskę z telefonem. Dochodzę do wyjścia. Pewnym ruchem dłoni odchylam metalową zasuwkę. Drzwi momentalnie ustępują. Kieruję się na lewo. Vaugirard to mała stacja, żadnych przesiadek, trzy, może cztery, kameralne wyjścia. Po przejściu przez barierki idę prosto, chociaż przez minione dwa tygodnie niefrasobliwie umiejscowiony po prawej stronie znak sugerował, że powinienem tu skręcić i bywało, że dałem się zwieść. Tym razem nie ulegam złudzeniu. Kieruję się prosto i dopiero przy Plan du quartier skręcam w lewo i wąskimi schodami wychodzę na Rue de Favorites.

paris

Okolice stacji Vaugirard; zdj. Kurtek

Już zmierzcha. Momentalnie czuję na sobie chłodny podmuch mający jednak w sobie coś z wiosny. O ile łatwiej znosi się niepogodę, gdy na horyzoncie zaczyna migotać lato. Zrzuca się wówczas podświadomie zimowe palto, zamyka je w szafie i ze stoickim spokojem znosi przelotne wiatry i deszcze. Wysoka dziewczyna o krzaczastych brwiach. Ciemnoskóry mężczyzna fantazyjnie wymijający pozostałych przechodniów na hulajnodze. Czyjaś samotna rękawiczka pozostawiona na chodniku. Za zakrętem przejście dla pieszych tarasuje popielaty SUV marki Honda pozostawiony na światłach awaryjnych. Ze sklepu na przeciwko pewnym krokiem wychodzi właściciel — człowiek w średnim wieku, zapewne nieźle sytuowany, zajmujący pewnie kierownicze stanowisko w którejś z zagranicznych firm, dojeżdżający do pracy być może także na La Défense.

Na rogu w barze Les Écrivains jak zwykle tłoczno, mimo poniedziałku. Ludzie piją, rozmawiają, palą, czytają. Codziennie przechodzę tędy kilkukrotnie, ale wiem, że nie odważę się tam wejść — co miałbym zamówić i jak miałbym się zachować — udawać, że czytam z głęboko tlącą się w sercu nadzieją, że może kogoś zainteresuje egzotyczny język w przeciwnym razie całkiem znanej powieści Modiano, którą wziąłem ze sobą ze względu na kompaktowy rozmiar i Paryż niezmiennie wypełniający kolejne strony.

paris

Paryż; zdj. Kurtek

Przechodzę ukosem przez ulicę. Wymijam rząd zielonych pojemników na odpadki i dobijam bramy. Wreszcie będę miał sposobność przekonać się, czy aby na pewno wyłączyłem rano żelazko, co podsiewane nazbyt bujną wyobraźnią uporczywie zajmowało mi myśli w drodze do pracy. Wchodzę do windy. Niecierpliwie wciskam najpierw czwórkę, a następnie przycisk zamykający drzwi. Nie działa. Czekam więc aż zamkną się same. Mija krótka chwila. Cztery piętra wyżej drzwi automatycznie rozsuwają się. W prawej dłoni mocno ściskam przygotowany wcześniej klucz. Jednym płynnym ruchem przekręcam zamek. Pociągam za klamkę. Otwieram drzwi. Zapalam światło. Spoglądam machinalnie na ścianę, szukając wzrokiem kontaktu. Wyłączyłem.

CDN

Opublikowano

Dywan czy miotła — przewodnik nowoczesnego podróżnika

paris

Paryż; zdj. Kurtek

Raz po raz odżywa we mnie chęć prowadzenia dziennika, choćby miał on przeczyć idei zawartej w tym słowie na pierwszy rzut oka — być w swojej regularności sporadyczny i wybiórczy, na tyle jednak poddany pewnej dyscyplinie, by zsumowany za osiem lat dał mi (albo, bo ja wiem, komuś kto przypadkiem znajdzie go i nie wyrzuci bezrefleksyjnie do śmieci) jakiś obraz rozpisanych w nim dni. Tym razem chęć taka naszła mnie po lekturze fikcyjnej autobiografii, w której równie fikcyjnym epilogu autor (pardon, narrator; granica cienka, ale zazwyczaj usprawiedliwiająca wszelkie literackie kłamstwa) upiera się, że jego l’œuvre finie, jak sam swą powieść określa, straciłoby na pieczołowitości, gdyby nie spisywane na bieżąco dzienniki, które cudem przetrwały kolejnych naście lat. Idea nęcąca, zwłaszcza że przeglądając z każdym dniem kruszejący w oczach indeks niewypowiedzianych zaklęć na przyszłość, dochodzę do wniosku, że jedną z rzeczy, jakie, chciałbym, by na pewno stały się moim udziałem, byłoby właśnie napisanie fikcyjnej autobiografii. Trzeźwo oceniając sprawę, trudno mi byłoby jednak nie tylko rzecz do życia powołać i z grubsza zmyślnie kontynuować, ale przede wszystkim zebrać później tę stertę nijak mających się do siebie szczegółów we w miarę rozsądną całość. Jako człowiek nieobdarzony przez naturę ponadprzeciętnym zmysłem obserwacji, wpadający w panikę ilekroć trzeba w ogólną ramę narracji wpisać tysiące drobiazgów, które mają zadecydować o sukcesie lub porażce, jestem z gruntu na pozycji straconej. Musiałbym się zatem niesamowicie natrudzić, żeby owa fikcyjna autobiografia, na tyle zachowywała pozory koherencji, a przy tym albo nie porażała lakonicznością obserwacji, albo w drugą stronę — nie przytłaczała zbytnią precyzją, by ktokolwiek przy zdrowych zmysłach zechciał rzecz choćby przekartkować. Co więcej — prowadzenie dziennika, o ile nie wpadnie się w niego po uszy, tak że nie istniałaby chwila, by autor nie kombinował, jak najdrobniejszy ledwie dostrzeżony drobiazg kunsztownie przenieść na jego łamy, jest sprawą z gruntu paradoksalną. W przeciwnym razie o dzienniku przypomina się sobie w momentach, gdy rozpaczliwie doskwiera nuda (to jeden z nich, tutaj, teraz), a te obfitujące w niebanalne wydarzenia i postaci godne przeniesienia na papier nie stwarzają zwykle sposobności, by choćby urywanymi zdaniami sprawę nakreślić i przy sprzyjającej chwili barwnie rozwinąć.

paris

Parc André Citroën; zdj. Kurtek

Swego czasu zacząłem nieśmiało notować na luźnych kartkach swoje spostrzeżenia, wrażenia. Miałem jednak olbrzymi problem, by skupić się na rzeczach prostych — jak, dajmy na to, faktura blatu stołu w odwiedzonej restauracji czy odcień falującej na wietrze trawy. Szukałem natomiast idei i uczuć, usilnie pragnąć nazwać je i ocenić bez zawracania sobie głowy otoczeniem. I tak oto sam z siebie wpadłem we własne sidła i mimowolnie przy najbliższej okazji porzuciłem ten nadto angażujący, a w ostatecznym rozrachunku obnażający erystyczne niedostatki rytuał. Powodowała mną jednak całkiem uzasadniona obawa, by przy prostych rzeczowych opisach nie popaść w szkolną manierę, którą spuentować można by jedynie szyderczą inwokacją Drogi pamiętniczku. Z drugiej strony mimowolnie rodziły się pytania, czy aby informacja, że akurat tego a tego dnia w ramach późnego obiadu zjadłem ogromnego, wypaczającego zasady savoir-vivre burgera, którego nazwa trois fromages nie zważała na fakt, że jego głównym składnikiem były dwa pokaźne kotlety wołowe, była godna odnotowania. Czy już kolejnego dnia miało mieć jakiekolwiek znaczenie, że informację o restauracji znalazłem przypadkowo na nieznanej mi wcześniej stronie La Fourchette, a do wybranego zaocznie Bistro Burger Montparnasse oddalonego mniej więcej o dwadzieścia minut pieszej wędrówki, udałem się mimo tego, że po drodze minąłem podobną burgerownię z wymowną promocją typu Happy Hours, która obejmowała ni mniej, ni więcej napoje alkoholowe, którymi także byłem zainteresowany — i to pomimo że nie miałem rezerwacji. Ostatecznie piwo w paryskich knajpach, o ile nieimportowane z Belgii czy Wielkiej Brytanii, co w przynajmniej w moim przypadku nie zdarza się zbyt często, smakuje tak samo przeciętnie, niezależnie od tego, czy kosztuje 5 czy 12 euro. I choć w danej chwili poczułem nieuzasadnioną chęć, by w najdrobniejszych szczegółach opisać względnie opustoszałe w niedzielne popołudnie i dość oszczędnie urządzone wnętrze restauracji, moje niezbyt wymyślne zamówienie, nielicznych gości lokalu i smukłą kelnerkę o szczerym uśmiechu i nieśmiałej angielszczyźnie, która przyjmowała zamówienie; w chwili gdy tylko przekroczyłem próg mieszkania, wszystko to wydało mi się pozbawione najmniejszego sensu. „Od czegoś trzeba zacząć” — myślałem w restauracji, z miną krytyka kulinarnego oceniając całokształt sytuacji, w której się znalazłem, z pominięciem, dość znamiennie, jedzenia. W rolę wszedłem zresztą na tyle głęboko, że gdy smukła kelnerka przy rozliczaniu zamówienia, zapytała, czy smakowało, odpowiedziałem, że owszem, ale bez większego entuzjazmu, podświadomie wyrokując, że miejsce choć przyjemne, nie otrzymałoby ode mnie gwiazdki Michelina.

paris

Tour Eiffel; zdj. Kurtek

Gdy okoliczności zmuszają mnie, by w obcym mieście, wybrać się na obiad czy kolację, zwykle nastręcza mi to pewnych trudności. Niby jestem panem własnego losu — nikt donikąd mnie nie ciągnie i o ile nie jestem przeraźliwie głodny, nie muszę się też nadto spieszyć, ale jednak moje wybory pozostają płaskie — zamiast szukać lokalnych specjalności albo dać się urzec niepowtarzalnej atmosferze skrzętnie skrytego w niepozornym zaułku maison, zazwyczaj wybieram bezpiecznie — rzeczy i miejsca, które w efekcie daleko posuniętej globalizacji nie będą zbytnio odbiegały od tego, co mogę bez trudu sprawić sobie w Polsce. Burgery, pizza i sushi — święta trójca międzynarodowego kulinarnego pragmatyzmu wymieszanego z lenistwem. A gdybym przecież tylko zaszedł do miejsca wyjątkowego — czy to w sposób zupełnie dosłowny, czy też poprzez całkowite wtopienie się w codzienność miasta i jego mieszkańców, mógłbym teraz z miną krezusa i zachwytem w oczach opisywać nie tylko niecodzienne smakołyki, których spróbowałem, ale i z całą pewnością niebanalnych ludzi, których bym tam spotkał. A tak — jedynymi klientami, których obsługa usadziła w moim polu widzenia, tak że mogłem zgoła bezpiecznie przyglądać im się znad swojego burgera była enigmatyczna para komunikująca się zarówno z pracownikami lokalu, jak i między sobą niezbyt przekonywającym angielskim. Przysadzista brunetka o dużych oczach i wąskiej twarzy spowitej z lewej strony grubym słowiańskim warkoczem usiadała vis-à-vis mnie. Plecami odwrócony był natomiast jej towarzysz — wysoki szatyn o rysach tak kanciastych, że spod krótkich włosów dało się bez problemu zauważyć kontur jego czaszki. Najwyraźniej nie mieli sobie zbyt wiele do powiedzenia. Być może zmęczyło ich całodzienne zwiedzanie Paryża — wydawali się bowiem, tak jak ja turystami — efektem czego prędko zamówili dwa identyczne zestawy — dwa burgery miesiąca, z błękitnym serem pleśniowym i karmelizowaną cebulą, które każdemu klientowi po zajęciu stolika usilnie polecały kelnerki, i dwie cole Zero. I chociaż przyszli kilkanaście minut po mnie, opuścili bistro, zanim jeszcze ja zdążyłem poprosić o rachunek. To zresztą były jedne słowa, jakie, pomijając powitalne i pożegnalne formuły grzecznościowe, powiedziałem w tym miejscu po francusku. Choć przyjąłem sobie wcześniej za zasadę, że będę próbował, przynajmniej dopóki nie dojdzie do krępującej sytuacji całkowitego niezrozumienia, w restauracjach sytuacja wygląda nieco inaczej. Obsługa ma bowiem w zwyczaju drobiazgowe badanie wszystkich wchodzących i na podstawie powitalnego bonjour i odpowiedzi na pytanie, czy zamierzam jeść czy pić, stwierdzając kiepsko zakamuflowany brak językowej zręczności, proponuje na wszelki wypadek angielskie menu. W takiej sytuacji nie idę już w zaparte, nie udaję, że go nie potrzebuję, poddaję się, dziękuję i czuję się jakby odrobinę pewniej, że moja językowa niefrasobliwość nie zostanie tym razem zdemaskowana chwilą niezręcznej ciszy w odpowiedzi na proste, ale w tej konkretnej chwili zaskakująco trudne pytanie.

CDN

Opublikowano

2016: filmy

2016

Oscary tuż za rogiem. Najwyższy czas spojrzeć krytycznie na produkcje kinowe 2016 roku. Jak zwykle oceniam to, co widziałem, więc jeśli czegoś jeszcze zobaczyć nie miałem okazji (tu w głowie siedzą mi tym razem przede wszystkim Sieranevada i Szwedzka teoria miłości), to może uwzględnię je w przyszłorocznym podsumowaniu, a może wyedytuję to.

2016

10. Deadpool

reż. Tim Miller

Oho, wreszcie jakiś superbohater, który faktycznie jest zabawny i nie próbuje wciskać dzieciakom kitu o swojej szlachetności. Przełamuje przy tym jeden z największych problemów współczesnego kina gatunkowego — infantylny idealizm. Zrealizowany z wigorem i wyobraźnią nie pozostawia miejsca na nudę, co nawet jeśli nie pozostawia również wiele do dopowiedzenia.

2016

9. Manchester by the Sea

reż. Kenneth Lonergan

Prosta życiowa historia, ale znakomicie poprowadzona, przedstawiona i zagrana, choć ze względu na realistyczne podejście twórców do amerykańskiej codzienności trudna do jednoznacznego nagrodzenia owacjami na stojąco. Wzmocniona obrazami wzburzonego zimowego morza i przejmującą muzyką Haendla.

2016

8. Elle

reż. Paul Verhoeven

Dziwna, niejednoznaczna historia życia kobiety. Drobiazgowo napisana i zrealizowana, dzięki czemu magnetyzuje, wchodzi w głowę i rodzi liczne pytania. Znakomita rola Isabelle Huppert.

2016

7. I, Daniel Blake

Ja, Daniel Blake reż. Ken Loach

Poruszające społecznie zaangażowane kino o bezsilności zwykłego człowieka w starciu z bezdusznym systemem. Loach podchodzi do tematu z empatią, roztropnie rozkładając akcenty — momentami zabawnie, częściej wzruszająco, ale bez zadęcia i żerowania na emocjach.

2016

6. The Neon Demon

reż. Nicolas Winding Refn

Nie jestem fanem filmów-teledysków ale zatopiony w synthwave’owym sosie hiperestetyczny Refn potrafi z fabularne nic przekuć na obraz, który zachwyca, szokuje i trzyma w napięciu bez poczucia straconego czasu i post-intelektualnego kreacjonizmu.

2016

5. Perfetti sconosciuti

Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie reż. Paolo Genovese

Gdy zaczynałem seans, nie sądziłem, że wybaczę Genovesemu to nieco tandetne, rzemieślnicze wykonanie. Ale chwilę później zupełnie o tym zapomiałem, bo zaczęło się robić najpierw intensywnie, a później już tylko ekstremalnie. Znakomite kino, które wygrywa wszystko prostym, ale błyskotliwym pomysłem, świetnym aktorstwem i koniec końców jednak znakomitą realizacją.

2016

4. Toni Erdmann

reż. Maren Ade

Nie zrozumcie mnie źle — kibicuję reżyserkom, ale (może przez zbyt wiele godzin zmarnowanych na oglądaniu filmów Szumowskiej) zazwyczaj jestem nieufny. Tymczasem Maren Ade udało się stworzyć (na pewnej płaszczyźnie) Wielkie piękno minionego roku. Toni Erdmann idealnie łączy nieocenioną wartość komediową z niepopadającą w tanie moralizatorstwo refleksją na temat współczesnego świata — pomiędzy ojcem a córką, spokojną (nie oszukujmy się, pozornie) emeryturą a korporacyjnym wyścigiem szczurów. Ade skrupulatnie analizuje relacje swoich bohaterem i w szalonym splocie zdarzeń popycha ich ku sobie ku radości widzów.

2016

3. Wołyń

reż. Wojtek Smarzowski

Potężne antywojenne wezwanie w klimacie fenomenalnego Idź i patrz Klimowa. Smarzowski jednak metafizykę zastępuje bezpośredniością, która z jednej strony jest jego największym orężem, ale z drugiej przybiera też formę pewnej kotwicy, która trzyma artystyczną stronę filmu na uwięzi. To uniwersalne kino o zbrodniach nienawiści, horrorze wojny i głęboko zakorzenionej irracjonalnej niechęci do drugiego człowieka.

2016

2. La La Land

reż. Damien Chazelle

Zawrotnej urody kino w stylu starego Hollywood, z przepiękną Emmą Stone i niemniej wcale czarującym Ryanem Goslingiem w rolach głównych, którzy chociaż (a może właśnie dlatego, że) nie są Rodgers i Astaire’m, dzięki pewnym niedoskonałościom i całej masie uroku bez problemu niosą cały film. Fabularnie to prosta historia w stylu american dream, która gdzieś wpół drogi spotyka się z Casablanką i przynajmniej tuzinem innych klasycznych obrazów, muzycznie zaś — eksplodujący feerią barw orkiestrowy jazz w przystępnym, ale nie rozwodnionym wydaniu skutkujący kilkoma najlepszymi musicalowymi numerami ostatniego półwiecza. Filmowe pleasure w amerykańskim wydaniu już dawno nie było mniej guilty.

2016

1. 「海よりもまだ深く」

Po burzy reż. Hirokazu Koreeda

Tym razem Koreeda na tapet bierze rozczarowanie i jak zwykle po mistrzowsku przeplata w tej prostej, bardzo życiowej rodzinnej historii w idealnej proporcji humor i autorefleksję.

Opublikowano

Your Life in the La La Land

lalaland

Niesłychany sukces La La Land to nie tylko filmowy powrót do klasycznego Hollywoodu, piękny hołd dla Casablanki i zręcznie wyprodukowany musical zawieszony gdzieś między złotą erą jazzu a współczesnością. To przede wszystkim marzenie — wciąż żywy american dream przeniesiony z klasycznej formuły od pucybuta do milionera w zdobną musicalową ramę — współczesnego american dream szukającego spełnienia na co dzień znacznie mniej spektakularnie w niezliczonych telewizyjnych talent showach. To wreszcie para aktorów, która nie dorównuje Fredowi Astaire’owi i Ginger Rodgers perfekcją, jeśli chodzi o śpiew i taniec, nadrabiając w oczach widzów te teoretyczne braki warsztatowe z nawiązką dzięki ponadczasowemu urokowi i prostolinijnej sympatii. Moc La La Land drzemie także w kreacji świata, który niby jest na wyciągnięcie ręki, ale jednak nie istnieje — świata opartego o ponętny jazzowy paradygmat mimowolnie wciągający delikwenta w swoje tryby. Ja, przyznaję, wpadłem po uszy i jako swoiste placebo na własną rękę przedłużyłem muzyczną wizję Hurwitza, Paseka i Paula o kilkadziesiąt utworów, przy których można frywolnie przemierzać świat tanecznym krokiem w klimacie ścieżki dźwiękowej z La La Land.

Opublikowano

krótka historia o tym, jak sam z siebie utopiłem się w naparstku.

5849860

niechaj to będzie wierszyk,
bo bajką niestety nazwać tego nie mogę

czuję się ostatnio zewsząd i mimowolnie karmiony post-prawdami, cierpię na niestrawność informacyjną i przy najprostszej nawet pogłosce czuję się przynajmniej zdezorientowany; nie jestem w tym sam, bo media mediami, ale to my, czyt. ja i ty, jeden z drugim, na fejsbuku i tłiterze, tę spiralę dokręcamy, zajmując się ostatnio głównie wytykaniem palcami siebie nawzajem;

co rusz ktoś wznieca wielki pożar, którego nie tylko nie potrafi ugasić czy opanować, ale wcale się do tego nie poczuwa, a jednocześnie kilku innych ktosiów wytyka mu przeinaczanie faktów, odzieranie z kontekstu, pisanie pod tezę czy po prostu kłamstwo (rzadziej dyskryminację kontrowaną podporządkowaniem myślenia standardom poprawności politycznej, to już argumenty pozbawione siły), a dla każdego z tych ktosiów w mig pojawia się kilku innych z podobnymi zarzutami i każdy wszystko wie najlepiej, i każdy dla swych marnych stu czterdziestu znaków jest gotowy sprzedać matkę;

co w tym wszystkim najstraszniejsze — to wcale nie są komentarze na onecie (konkluzja mogłaby być taka, że onet, dotąd zamknięty rezerwat osobliwości, rozlał się spektakularnie na cały kraj, wypełniając nawet najdalsze, najciemniejsze i najbardziej niedostępne jego zakamarki wspomnianą osobliwością — tu trochę oszukałem, to byłby jedynie stygmat, nie problem sensu stricto, zresztą co ja tam wiem); i chociaż co dzień na ten język narzekamy, sami go też co dzień, między kawą a papierosem, używamy, wymawiając jedni drugim, że przecież wszyscy tak robią, a jeśli nawet nie wszyscy, to przynajmniej robią tak «oni» i że to już wystarczająco nas usprawiedliwia (tego się głośno nie mówi, nie pisze capslockiem);

w międzyczasie na zakąskę szukamy prawdy o świecie w memach, a sprawy, które nas dotyczą, hej, pogłębione analizy spraw, które wierzymy, że nas dotyczą, albo pozwalamy by do nas nie docierały, albo zamykamy gdzieś pomiędzy tl;dr a chorobliwym fomo; o nic do nikogo nie apeluję, to nie jest żaden głos w żadnej dyskusji, nie mam żadnych nawet złudzeń, ani tym bardziej żadnego remedium; jesteśmy zgubieni; w tym miejscu jeszcze przepraszam (bo udaję przyzwoitość) i życzę, jak też się pięknie złożyło, promiennego blue monday!

Opublikowano

2016: albumy

2016

od lat powstrzymuję się od uogólnień, czy dany rok był lepszy czy gorszy; każdego dnia ukazuje się tyle co najmniej intrygującej muzyki, że nie da się w szerszym kontekście usprawiedliwić sprowadzania jej całej do dwóch przygnębiających zawodów czy tego jednego największego — braku jednoznacznie ulubionego albumu, nieznalezienie krążka, który niczym flagę można by wciągnąć wysoko na maszt z hashtagiem #ja2016; nie ma powodu do rozpaczy, jest jedynie zbyt wiele dobrej muzyki do przesłuchania

2016

40. omar s the best!

tytuł nie kłamie — omar najlepszy (♪ „take ya pik nik”)

2016

39. hamilton leithauser + rostam i had a dream that you were mine

spiritus movens vampire weekend reanimuje wokalistę the walkmen i razem nagrywają pierwszorzędną folkpopową płytę pomiędzy bobem dylanem a sufjanem stevensem (♪ „a 1000 times”)

2016

38. clara iannotta a failed entertainment: works 2009-2014

wbrew tytułowi ianottta potrafi zaintrygować słuchacza bez uciekania się do efekciarstwa (♪ „intent on resurrection — spring or some such thing”)

2016

37. pc music volume 2

pc music potwierdza swój status najbardziej kreatywnego popowego teamu na świecie (♪ „a new family”)

2016

36. ゲスの極み乙女。両成敗

gesu no kiwami otome. potrafi niezręczny dla europejczyków intensywnie gitarowy j-popowy splot gatunkowo-melodyczny przekuć na naprawdę kunsztowne i nieprzytłaczające piosenki; mathrockowy background, zabawy progresywnym jazzem i liczne zawirowania rytmiczno-melodyczne w jakiś magiczny sposób udaje im się zamknąć w przebojowym krążku (♪ 「両成敗でいいじゃない」)

2016

35. wacław zimpel lines

nie mieliśmy nigdy w polsce tradycji post-minimalistycznej, a tymczasem za sprawą wacława zimpela i wydawanych przez instant classic zaprzyjaźnionych projektów lam i lotto w ciągu chwili zyskaliśmy całą scenę — scenę, która niby nie wywraca zastanego porządku zachodniego świata do góry nogami, ale po swojemu go interpretuje, wpisującąc w przejrzyste, świetliste minimalistycznie zapętlone struktury srogą dozę nadwiślańskiej awangardy; yass 2.0, czyżby? (♪ „alupa-pappa”)

2016

34. bwana capsule’s pride

klasyczne cyberpunkowe anime „akira” czy „ghost in the shell” zyskują nowe życie na zatopionym w japońskim retrofuturyzmie lat 90. debiutanckim longplayu bwany pędzącym po trasie tokio-berlin-londyn, myląc sample shakuhachi, trapowe cykady, progresywne synthowe motywy à la ymo i techniczne bity (♪ „the capsule’s pride (bikes)”)

2016

33. weezer white album

przeżywający od połowy lat 90. kryzys twórczy za kryzysem twórczym altrockmeni z weezer chwytają za rogi kryzys wieku średniego, nagrywając płytę może i odrobinę infantylną, ale wypełnioną niezobowiązującymi słonecznymi melodiami, za które pokochaliśmy ich w 94 (♪ „(girl we got a) good thing”)

2016

32. cobalt slow forever

po siedmiu latach przerwy i zmianie wokalisty blackmetalowy duet dorzuca do definiującej ich mieszanki znacznie więcej świdrującego atmosferycznego sludge’u w stylu neurosis i odrobinę melodyjnego hardcore’owego punku, co nie tylko redefiniuje brzmienie grupy, ale wpisuje ją w ramy szeroko rozumianego post-hardcore’u (♪ „elephant graveyard”)

2016

31. bigbang made

edm-owy k-pop z obozu big bang poza trudnym do zakwestionowania solidnie wyprodukowanym „tu i teraz” kryje w sobie także nieodpartą dozę ponadpokoleniowej melancholii charakteryzującej największe osiągnięcia muzyki popularnej (♪ 《우리 사랑하지 말아요》)

2016

30. maren morris hero

maren morris jest bezczelna i błyskotliwa, ale na hero na wyważa żadnych drzwi — wchodzi przez niedomknięte okno i nagrywa bezsprzecznie najprzyjemniejszy w tym roku miks mejstrimowego country popu i szeroko pojętego aor (♪ „rich”)

2016

29. jefre cantu-ledesma in summer

podobnie jak lata temu u fennesza, tak i u cantu-ledesmy lato przybiera postać zniekształconego, nieco wyblakłego, ale wciąż momentami migoczącego wielobarwnie wspomnienia; korzysta tylko z innych środków, jako trzon obierając ambientowy szum okalający mniej lub bardziej sielskie wizje świata, który nie tyle jest żywy w naszych wspomnieniach, co na naszych oczach, chwila po chwili bardziej i bardziej kurczy się i płowieje; in summer to odarty z wyobrażonej ornamentacji obraz utęsknionego odległego świata (♪ „blue nudes (i-iv)”)

2016

28. weyes blood front row seat to earth

gdzieś między klasycznym indie popem, oniryczną psychodelią a tradycjami kameralnego folku jest jeszcze miejsce na klasycznie zaaranżowany na głos, gitarę akustyczną i smyczki szczery prostolinijny songwriting; płyta, której w tym roku nie nagrała julia holter, a którą zawsze chciała nagrać enya (♪ „do you need my love”)

2016

27. benjamin biolay palermo hollywood

po kilku potknięciach biolay wraca do pierwszej ligi nouvelle chanson française; palermo hollywood to wyraz jego wieloletniej fascynacji kulturą latynoską, płyta-pociąg relacji paryż-madryt-lizbona-rzym, zręczne połączenie melancholijnego kameralnego popu z alternatywnym zacięciem, wielości śródziemnomorskich inspiracji (choć bardziej w sferze brzmienia niż melodyki) z charakterystyczną melorecytacją w duchu serge’a gainsbourga; tym samym biolay nagrywa swoje najlepsze piosenki od lat, intrygując i zajmując słuchacza po raz pierwszy od czasu niezapomnianego la superbe sprzed siedmiu lat (♪ „miss miss”)

2016

26. charli xcx vroom vroom

charli xcx ze swoją wizją trashypopu doskonale wpisuje się w wizję większą, ale równie ordynarną i bezpardonową — bubblegum bass; nic więc dziwnego, że po rewelacyjnym zeszłorocznym remiksie „doing it” a. g. cooka w tym roku z piosenkarką zaprzyjaźnił się sophie; na vroom vroom nie ma miejsca na subtelność i dobry smak; jest 12-minutowy spektakularny pokaz fajerwerków ze strukturami melodyczno-rytmicznymi wyciągniętymi z najpodlejszych k-popowych maksisingli (♪ „secret (shh)”)

2016

25. niechęć niechęć

niechęć nie tylko rozpoczęła od końca, ale pokazała, że można z powodzeniem zmienić go w znakomity nowy początek; przy trwających niemal trzy kwadranse ośmiu premierowych kompozycjach nie ma miejsca na zwodzenie, lanie wody czy owijanie w bawełnę — choć muzycy grupy mylenie tropów mają opanowane do perfekcji, dawno w polskim jazzie nie mieliśmy tak wyrazistych, a jednocześnie nietuzinkowo i pieczołowicie zaaranżowanych tematów; i nawet jeśli na nowym krążku da się bez trudu odnaleźć wspólny mianownik z debiutancką śmiercią w miękkim futerku sprzed czterech lat, to przez ten czas usunięto z niego znaczną niewymierność. nową niechęć ktoś niechętny nazwać mógłby kompromisową, ale słowami dużo lepiej podsumowującymi zaistniałą sytuację są: wyważona, harmonijna, klimatyczna i dojrzała (♪ „krew”)

2016

24. henry threadgill’s ensemble double up old locks and irregular verbs

zeszłoroczny laureat muzycznego pulitzera, słusznego już wieku jazzowy kompozytor (a także saksofonista i flecista) henry threadgill nabiera wiatru w żagle i pisze jazzowe epitafium dla zmarłego przyjaciela; zbiera septet doborowych instrumentalistów (w tym dwóch pianistów — jasona morana i davida virellesa), tym razem sam nie gra i nie tyle dyryguje, co odmienia jazz przez wszystkie czasy i przypadki, sprawuje artystyczną pieczę nad swoim jazzowym dziedzictwem, jest mistrzem ceremonii; pogrążone w dążącej do wolnych improwizacji awangardzie czteroczęściowe old locks and irregular verbs może płoszyć poplątaną formą, ale ujmuje detalami (♪ „part 4”)

2016

23. solange a seat at the table

solange nagrywa longplay z krwi i kości dbający jednakowo o szczegół i ogół — wszystko dzięki przemyślanej wizji i zmaterializowanemu dopiero teraz, ale wypracowywanemu latami brzmieniu plasującemu się pomiędzy sophistipopowym anturażem king, jazzującym ekscentryzmem wczesnych płyt eryki badu a delikatną aurą niezapomnianej minnie ripperton; to płyta nagrana w tradycji neo-soulu, ale jednocześnie wyraźnie korespondująca z charakterystycznym synthfunkowym brzmieniem, które solange wypracowała przed czterema laty z devem hynesem na kultowym już true; tym razem nad całością czuwał weteran soulu raphael saadiq i być może to właśnie jego zasługą jest klasyczny vibe bijący od a seat at the table, dzięki któremu krążek już w chwili premiery można było uczciwie położyć na półce w towarzystwie neo-soulowej klasyki (♪ „cranes in the sky”)

2016

22. equiknoxx bird sound power

w 2016 duet equiknoxx przywrócił do życia digital dancehall, który w ich ujęciu zyskał dziwaczną minimalistyczną ghettohouse’ową oprawę wpisaną w ramy dojmujących, ale luźno rozstawionych bitów wygradzanych ptasimi samplami (♪ „the link”)

2016

21. idris ackamoor ☥ the pyramids we be all africans

krótka historia afrykańskiego jazzu łącząca stricte amerykański, ale wywodzący się z afrykańskich tradycji spiritual jazz, elementy fusion, subtelne, ale nieskrępowanie wykorzystanie elektroniki i elementy szeroko rozumianych folkowych zaśpiewów; choć na płycie prym wiedzie przede wszystkim plemienna rytmika, nie brakuje prostych, ale pieczołowicie zaaranżowanych i rozwijanych instrumentalnie tematów i melodii; to radosny, wielobarwny, niezobowiązujący, a jednocześnie błyskotliwy hołd dla czarnego lądu, z którego, zgodnie zresztą z tytułem płyty, wszyscy przecież się wywodzimy (♪ „silent days”)

2016

20. masayoshi fujita & jan jelinek schaum

aktywny chillout dla znerwicowanych natręctwami codzienności; muzyka, która żyje, mówi, komunikuje, opowiada przeróżne historie — świergocze, brzęczy, bulgocze, kipi, pryska, szczęka, mruczy, świszczy, charczy, miauczy, a jednocześnie można się przy niej zwinąć w kłębek (♪ „parades”)

2016

19. young thug jeffery

wizjoner trap rapu decyduje się wreszcie na wypuszczenie bliższej oficjalnemu longplayowi formy; wywołując z nazwiska szereg swoich idoli, z mlasków, okrzyków i porwanych półrefrenów buduje fantastyczny krążek w tradycji post-minimalistycznego hip hopu (♪ „kanye west”)

2016

18. king we are king

zręcznie i kreatywnie wykorzystuje potencjał klasycznego quiet stormu i brzmi zupełnie tak, jak gdyby zebrać najlepsze pościelówy z całej kariery janet jackson — od „funny how time flies” po „no sleeep” — i z fenomenalnym wyczuciem zrobić z nich koncepcyjną płytę; uwodzicielskie wokale dziewcząt znakomicie spleciono tu w całość z kojącymi, syntezatorowymi, ale jednak organicznie brzmiącymi aranżami pod inkrustowaną srebrzyście tlącymi się gwiazdami niebieską kopułą nieśpiesznej i na wpół wyśnionej przeprawy po nieboskłonie o czwartej nad ranem — przeprawy, która nieuchronnie ciągnie słuchacza w kierunku sypialni; mimo wszechobecnego oniryzmu niewątpliwie wiodącego tutaj prym, trudno zmrużyć oko, gdy za wielowarstwowymi wokalami i artystycznie przymgloną produkcją ukryte są perfekcyjnie przebojowe popowe melodie (♪ „carry on”)

2016

17. valerio tricoli clonic earth

chaos, kosmos, ulotność, dyspersja — valerio tricoli we wspaniałym stylu kontynuuje dobitnie zaakcentowany przed dwoma laty na miseri lares rozbiór logiczny świata przy pomocy upiornych elektroakustycznych pejzaży; w rolach głównych znów taśma, analogowe sample, fragmenty przetworzonego głosu ludzkiego; tricoli hołduje nieznanemu, obchodzi je ostrożnie dookoła, stawia szereg dźwiękowych znaków zapytania, błyskawicznie przechodząc dalej, którymś z nieskończoności kanałów percepcji łączących składowe wszechrzeczy do kolejnej nie mniej abstrakcyjnej zagadki (♪ „stromkirche or terminale”)

2016

16. mark ernestus’ ndagga rhythm force yermande

w pół drogi między dakarem a berlinem; klasyczny mbalax wpisany w dubową rytmikę pod okiem marka ernestusa; organiczne bębny z jednej strony przywodzą na myśl plemienne ceremoniały, z drugiej w połączeniu afro-house’owym podejściem do brzmienia doskonale wpisują się w pejzaż współczesnego techno (♪ „jigeen”)

2016

15. d.r.a.m. big baby d.r.a.m.

według eryki badu gdyby george clinton, ol’ dirty bastard i d’angelo mieli dziecko, to nazywałoby się d.r.a.m.; trudno zaprzeczyć — koleś z naturalną lekkością tworzy pierwszorzędny neo-soul na trapowych bitach czy też trap rap z neo-soulowymi zwrotkami — zwał jak zwał; łączenie nowoczesnego hip hopu ze śpiewanymi refrenami przychodzi mu łatwiej niż westowi, chance’owi the rapperowi i fetty’emu wapowi razem wziętym; bez pomocy autotune’a syntezuje od lat dążące do połączenia totalnego rap i r&b (♪ „cash machine”)

2016

14. palmistry pagan

palmistry ma na siebie pomysł, jakiego nie ma w branży nikt inny i potrafi skutecznie wprowadzić go w życie; z wyczuciem i lekkością przepisuje tropikalne wspomnienia lata 2005 (gdy na wakacyjnych playlistach królowały dancehall i reggaeton) na współczesny język minimalistycznego alternatywnego r&b; charakterystyczna południowa rytmika przepuszczona przez bubblegumbassowy filtr i subtelnie przeciągnięta noworomantycznymi syntezatorami wraz z pozostającym w centralnym punkcie kojącym wokalem uderza intymnością i kameralnością; gdzieś między słonecznym kingston, onirycznym toronto, basowym londynem, na skraju lat 80. (♪ „lifted”)

2016

13. charles barabé cicatrices

figlarne dziecko muzyki konkretnej spędzające wesołe dni swego dzieciństwa między szeroko rozpostartą na starym poddaszu siecią dawnej tajemnicy a wysoko zawieszoną gałęzią pobliskiej wierzby; tym razem barabé usiłuje pojmać i wpleść w bieg swojej długogrającej kasety całą historię muzyki; chwyta ją oczywiście za rogi, z typową dla siebie finezją składając odległe od siebie światy i stylistyki w fantazyjny kolaż dźwiękowy; to bardziej muzyczne odkrytki, psychodeliczna przejażdżka przez czasy, stany i style, nieporównywalnie mniej autorska niż podobna koncepcyjnie karuzela corneliusa z 1998 roku, choć równie angażująca i kompletna (♪ „cicatrices a”)

2016

12. sturgill simpson a sailor’s guide to earth

sturgill simpson wyprowadza współczesne country ze ślepego zaułka do cna odsączonej z kolorytu prostolinijności służącej przez lata za gwarant sukcesu, włączając w spektrum gatunkowe progresywne instrumentarium rezolutnie ochrzczone nutką psychodelii; tworzy koherentną tematycznie i brzmieniowo narrację, swoisty przewodnik dla marynarza-żółtodzioba na życiową przeprawę przez targane rozmaitymi sztormami wody (♪ „breakers roar”)

2016

11. marie davidson adieux au dancefloor

liryczne pożegnanie z parkietem; wśród wykorzystanych środków: zjawiskowe połączenie melodyjnego minimalistycznego synthpopu z najprawdziwszym techno, tym samym, o którym nasze dzieci będą uczyć się na lekcjach muzyki (♪ „adieu au dancefloor”)

2016

10. nik bärtsch’s mobile continuum

elegancki, odrobinę powściągliwy, ale nie zachowawczy czy mechaniczny — mobile, kwartet jazzowy szwajcarskiego pianisty nika bärtscha zespojony z klasycznym kwartetem smyczkowym, z powodzeniem łączy kameralny jazz z duchem muzyki mortona feldmana (w ujęciu, należy zastrzec, maksymalistycznym) i europejską tradycją awangardową (♪ „modul 29_14”)

2016

9. graham lambkin community

pierwsza solowa płyta brytyjskiego elektroakustyka od czasu znakomitego amateur doubles z 2011 roku rozszerza kocept karaoke concrète w hondzie civic o tytułową społeczność — ludzi i ich przeplatające się tu i teraz życiorysy; graham eksploruje codzienność, wyławiając na wierzch drzemiącą w niej metafizykę (♪ „spectrums”)

2016

8. powell sport

na wypatrywanym od dawna debiutanckim longplayu powell miesza punk i elektronikę sposób w równie surrealistyczny, ale i równie elokwentny, jak przed laty robiło to devo; industrialne techno i syntezatorowy punk nie układają się ze sobą naturalnie, oba powell musiał plastycznie odkształcić, zwłaszcza jeśli z tyłu głowy nowave’owym gitarowym samplom, noise’owym przesterom i 8-bitowym balonowym blipom ma towarzyszyć formuła popowej piosenki; rezultat angażuje i onieśmiela syntetycznym podejściem do muzyki sensu largo (♪ „frankie”)

2016

7. bombino azel

jeśli blues rock ma jeszcze jakąkolwiek przyszłość to już chyba tylko w ujęciu nigeryjskiego gitarzysty — bombino, który dopisuje kolejny współczesny klasyk do kanonu północnoafrykańskiego pustynnego bluesa tishoumaren (spopularyzowanego m.in. przez tinariwen); jego melodie są przy tym niespotykanie ożywcze i radosne, a riffy — jednocześnie niebanalne, prostolinijne i nieprzyzwoicie przebojowe (♪ „akhar zaman”)

2016

6. beyoncé lemonade

najciekawszy jak dotąd longplay beyoncé, gdzie piosenkarka wreszcie w pełni wychodzi poza ramy, w które oprawili ją połowicznie słuchacze i media, a w drugiej części ona sama; dominantą wciąż pozostaje pierwszoligowy pop — bez diane warren na pokładzie, ale z gamechangerami — jackiem white’em i kendrickiem lamarem, którzy stymulują jedne z najbardziej organicznie zaaranżowanych kompozycji w karierze piosenkarki; niezależnie od przyjętej konwencji beyoncé wypada nie tylko wyraziście, ale i wiarygodnie — jest strojna, ale nie przebrana; główną siłą lemonade jest jednak doskonałe zrozumienie i opanowanie odwiecznych rock & rollowowych praw — umiejętności przełożenia własnych doświadczeń na muzykę i współdzielenia ich z słuchaczami, metodycznego operowania elementem zaskoczenia czy wreszcie muzycznej i tematycznej adekwatności; to efekt świadomej, koherentnej i jak najbardziej konsekwentnej autokreacji — wielowymiarowy fenomen, nieoczekiwane magnum opus królowej współczesnego r&b (♪ „hold up”)

2016

5. matmos ultimate care ii

niewiele było w muzyce w tym roku rzeczy i koncepcyjnie, i wrażeniowo fajniejszych niż matmosowa elektronika grana na nadgryzionej pralce; duet w procesie produkcyjnym swojego tegorocznego krążka użył wyłącznie samplowanych odgłosów własnej maszyny piorącej i wyszedł na tym bardziej składnie niż po raz kolejny łamiące sobie zęby na glitchowym idm-ie autechre; ultimate care ii jest z kolei urzeczywistnieniem włosko-radzieckiej idei futuryzmu w muzyce, który nareszcie wypełzł z muzealnych sal, by rzucić się w wir budowy lepszego, czystego brzmienia (♪ „excerpt nine”)

2016

4. frank ocean blonde

na blonde frank ocean napisał się zupełnie od nowa, serwując słuchaczom nieprzewidywalną godzinną podróż z nurtem własnego strumienia świadomości — nawet bardziej intymną i kameralną niż channel orange — trochę na wzór płyt elliotta smitha, choć rzecz jasna przy wykorzystaniu zupełnie innych środków; tym samym ocean po raz kolejny wprowadza r&b na inny poziom — z wielu pozornie chaotycznych półpiosenek i interludiów buduje wstrząsający psychotyczny trip; ocean mógłby co prawda pisać piękne klasyczne, bezpośrednie r&b, ale z jakiegoś powodu nie chce lub nie potrafi. w tym nagięciu schematu, groteskowym wykrzywieniu subtelnie przecież zaaranżowanych melodii, upstrzeniu ich rozlicznymi ozdobnikami, odtworzeniu kreatywnego i życiowego sztormu tkwi największa siła blonde — paradoksalna, to prawda, ale ujmująca skrytą w głębi niewinnością, może nawet bezradnością wobec nawet nie tyle przytłaczającego świata zewnętrznego, co siebie samego (♪ „ivy”)

2016

3. karl blau introducing karl blau

ex-indierockowiec po kilku latach przerwy wraca w kowbojskim kapeluszu otulony tradycyjnym country’owym anturażem, czerpiąc jednako z najlepszych tradycji kojącego nashville sound przełomu lat 60. i 70. — nagrań takich artystów jak glen campbell czy charlie rich, jak i alternatywnej odsłony gatunku wyrosłej z dojrzałego podejścia do południowego rocka w latach 90.; znakomity songwriting słusznie pożycza od tuzów country, czyniąc cudze piosenki swoimi własnymi (klasyczna ballada linka wraya „fallin’ rain” z 1971 przeobrażona została w niemal 10-minutowego giganta country soulu zaaranżowanego kameralnie na wzór klasycznych kompozycji lambchop, a kanoniczne „if i needed you” townesa van zandta zachowało sielską melancholię oryginału bez popadania w martyrologiczną imitację); całość przenikliwie wyprodukowana przez tucker martine’a odpowiedzialnego też za tegoroczny projekt case/lang/veirs (♪ „fallin’ rain”)

2016

2. danny brown atrocity exhibition

trudno to ująć lepiej niż kamillo w swojej doskonałej recenzji, więc wybaczcie, nie będę próbował, zacytuję: „[brown] zaprojektował nowy wymiar hiphopowego eksperymentu pchniętego w nieznane gitarową energią i elektronicznym kwasem (…) takiej płyty po prostu jeszcze nie było” (♪ „dance in the water”)

2016

1. noname telefone

noname zaskakuje, hipnotyzuje i porywa, korzystając w dużej mierze z rozwiązań, które nowoczesny hip hop zdawał się zupełnie już spisać na straty; szczerość, elokwencja, ale i pewna pozwalająca na oddech prostolinijność ze slamowym rodowodem to przymioty zarówno samej raperki, jak i towarzyszącej jej zatopionej w pierwszorzędnym, ale nigdy nie nachalnym jazzie i neo-soulu produkcji; niesamowicie ożywcza, wrażliwa i uduchowiona, ale z gruntu jednak hiphopowa płyta — trochę jakby erykah badu 15 lat temu chwyciła za mikrofon i postanowiła w przypływie chwili nagrać klasyczny rapowy krążek (♪ „reality check”)

całość do odsłuchu na spotify z wyjątkiem niedostępnych w serwisie pozycji (6, 9, 10, 13, 22, 24, 34, 36, 38 i 40) do odsłuchania na własną rękę

Opublikowano

Why Don’t We Get Just a Little Drunk on Christmas Day?

xmas1

Święta czasem bywają trudne — o ile jeszcze rodzice zwykle cieszą się, że nas widzą, my też się cieszymy, więc wybaczamy sobie pewne niezręczności, o tyle już wujek domorosły polityk, specjalista od teorii spiskowych, który wszystko wie najlepiej czy dalsza ciotka nękająca nas rokrocznie tymi samymi pytaniami, na które nie mamy ani siły, ani odpowiedzi z całą pewnością potrafią nawet najbardziej wyrozumiałemu dla rodzinnych spotkań jegomościowi srogo zaburzyć równowagę — zwłaszcza w większym gronie biesiadującym przy świątecznym stole.

Sprawę trochę ułatwia alkohol. Wujek z poważną miną opowiadający o teleskopowej brzozie w Smoleńsku wydaje się zabawniejszy, a dla ciekawskiej ciotki mamy przygotowany w zanadrzu szczery uśmiech i kilka niegroźnych punchline’ów. I najważniejsze — po wieczorze spędzonym rodzinnie z Why Don’t We Get Just a Little Drunk on Christmas Day? nikt nie będzie miał wam za złe, jeśli obudzicie się następnego ranka z wielkim kacem pod stosunkowo marnie tego dnia wyglądającą choinką. Mimo wszystko — enjoy responsibly! Wesołych świąt!

Poprzednie części świątecznych pozytywek Kurtka:

x10

x9 x8
x7 x6 x5
Opublikowano

2016: piosenki

2016

zupełnie jak w poprzednich latach, tak i teraz dzielę się listą kilku lepszych numerów mijającego roku; z góry przepraszam za brak polotu; ten w ostatnim czasie (a może i w ogóle) okazuje się w moim ekosystemie dobrem co najmniej deficytowym

25. Benjamin Biolay, „Miss Miss”
24. Angel Olsen, „Shut Up Kiss Me”
23. Usher, „Bump”
22. Nao, „Fool to Love”
21. Boys Noize x Health x Empress Of, „Stonefist RMX”

20. Karl Blau, „Fallin’ Rain”
19. PJ Morton, „Sticking to My Guns”
18. Sleaford Mods, „I Can Tell”
17. 4Minute, „No Love”
16. Powell feat. Frankie, „Frankie”

15. Kanye West feat. Chance the Rapper, Kirk Franklin, Kelly Price & The-Dream, „Ultralight Beam”
14. Weyes Blood, „Do You Need My Love”
13. Palmistry, „Club Aso”
12. The Jayhawks, „Quiet Corners & Empty Spaces”
11. Rihanna, „Kiss It Better”

2016

10. Lambchop, „The Hustle”

lambchop odstawiają smyczki i gitary, by w konwencję kameralnego popu wpleść minimalistyczne syntezatory, które pewnie zaintrygowałyby philipa glassa; na pierwszy singiel z tegorocznej płyty wybierają przewrotnie 18-minutowe „the hustle”, które w zupełności broni swojego ponadplanowego rozmiaru dzięki błyskotliwemu zestawieniu enigmatycznego wokalu kurta wagnera z żywą, ale mechanicznie ewoluującą muzyczną materią złożoną z wielu pozornie nieprzystających do siebie elementów

2016

9. GFOTY, „Poison”

po niezapomnianym „i don’t wanna do it”/”let’s do it” sprzed dwóch lat gfoty kontynuuje zabawę w zniekształcanie brzmienia i rytmiki; tym razem odważniej sięga po gitary, mieszając je z glitchowymi wokalami i szalonym electroclashowym bitem; całość brzmi, jakby sophie produkował atari teenage riot

2016

8. Justice, „Randy”

justice pożyczają nieskrępowanej przebojowości od daft punk i chemical brothers, by przy użyciu kilku sygnaturowych trików i z pomocą rocknrollowego falsetu morgana phalena z diamond nights wykroić jeden z najbardziej chwytliwych refrenów tego roku i własnej dyskografii

2016

7. Dirty Projectors, „Keep Your Name”

wielu próbuje, ale jak dotą niewielu poza dirty projectors udało się z powodzeniem opleść postpopową stylizacją prawdziwie szczery ładunek emocjonalny; w „keep your name” serwują porządną dawkę pierwszorzędnej melodramy, używając niezwykle kreatywnej palety pitchowo-glitchowych efektów pożyczonych od franka oceana

2016

6. Brandy Clark, „Big Day in a Small Town”

clark od lat jest w ścisłej czołówce songwriterów z nashville; w „big day in a small town” robi to, co wychodzi jej najlepiej — w niespełna czterominutowej piosence zamyka kompletny storytelling spuentowany przebojową kulminacją w postaci elokwentnego refrenu; jak zwykle w najlepszych piosenkach clark i tu towarzyszy jej dawka przewrotnego humoru

2016

5. Beyoncé, „Formation”

nie ma „crazy in love” — nadmierne przywiązanie do melodyjnej beyoncé śpiewającej popowe refreny może wywoływać nagłe ataki paniki, a nawet poważne załamanie osobowości; queen bee jest od teraz królową trapowej melorecytacji, z kijem bejsbolowym w dłoni, grillem na ustach, w sukience givenchy, w tonącym cadillacu, w jej najlepszym singlu od lat

2016

4. Danny Brown, „Ain’t It Funny”

uważajcie na tego typa; nie tylko nawija jak opętany na motorycznie pędzącym, schizofrenicznie pulsującym bicie, ale jest patologicznym śmieszkiem — bardziej w stylu jokera niż jimmy’ego fallona; nie rozstawia innych raperów po kątach, nie musi — znają swoje miejsce

2016

3. Perfume, „Cosmic Explorer”

tytułowe nagranie z tegorocznego krążka perfume to prawdziwy zawodnik wagi ciężkiej — nakacie udało się wyczarować jeden z najlepszych numerów w dyskografii tria, wart wielokrotnie więcej niż pozostałe nagrania na płycie razem wzięte; to subtelne wokalnie, przesiąknięte duchem robotycznego technopopu lat 80. gęste synthwave’owe midtempo spod znaku kraftwerka i yellow magic orchestra o sile rasowego popowego przeboju

2016

2. Beyoncé, „Hold Up”

miłosny manifest i definicja muzyki pop a.d. 2016 — beyoncé reinterpretuje klasyczne „can’t get used to loving you” andy’ego williamsa, nadając najbardziej niezobowiązującemu bitowi lat 60. zupełnie nową twarz; łączy szyk klasycznego popu z trapowym zacięciem i południowym vibe’m w idealnej proporcji; jest jednocześnie ettą james i gucci’m mane’m — ponadczasowa i piekielnie adekwatna zarazem

2016

1. Young Thug & Travis Scott feat. Quavo, „Pick Up the Phone”

serenada ery internetu zbudowana na opartym na chillującym steelbandowym motywie bicie z zadziwiająco zręcznymi wielowarstwowymi vocoderowymi chórkami; narkotyczna spowiedź wyłuskująca spod samczej skorupy prawdziwe uczucia i intencje zwieńczona hipnotyzującym podwójnym refrenem, który z bezpardonową lekkością zawstydza cały mainstreamowy pop a.d. 2016

poniżej rozszerzona wersja zestawienia w wersji co by było, gdyby nie beyoncé via spotify

Opublikowano

Kurtek w Rumunii

rom

Misleading diversity — trudne pytania w centrum Bukaresztu; zdj. Kurtek

Dem narysował kiedyś taki pasek, na którym uwiecznił moment, gdy większość rekrutów policyjnych rezygnuje z kariery w zawodzie. Podczas wstępnego szkolenia z nieudawaną powagą oficer prowadzący (szkolenie, hehe) wskazuje na planszę, z której wynika, że paralizator ≠ szynka. Już od kilkunastu dobrych dni próbowałem skleić coś sensownego o kilkudniowej wizycie w rumuńskim Bukareszcie, ale zawsze w pewnym momencie stawał mi przed oczyma ten obrazek. Można zapewne pisać o Rumunii, wychodząc z zupełnie innego paradygmatu, ale gdy spędza się tam zaledwie pięć dni, połowę tego czasu za biurkiem, trudno nie wpaść w pułapkę misyjnego obalania stereotypów. Rumunia jest w gruncie rzeczy bardzo typowa — mają internet, posługują się pieniędzmi, jeżdżą samochodami po drogach, a do jedzenia używają sztućców. Przed wyjazdem wielokrotnie słyszałem z różnych stron, że Rumunia jest prawdopodobnie najbardziej podobnym do Polski krajem na świecie. Trudno mi to ocenić, bo musiałbym odwiedzić jeszcze sporo miejsc, by to sprawdzić, ale podobieństwa nie da się nie dostrzec.

rom

Bukareszt, którego nie wyślemy na pocztówce; zdj. Kurtek

To ciekawe o tyle, że Rumuni to nie Słowianie, a Latynosi. Mimo wszystko ich podejście do życia i poczucie humoru w jakiś sposób zazębiają się z polskim sposobem bycia. Są może trochę bardziej wyluzowani i autoironiczni, ale trapiące ich problemy to wypisz-wymaluj polska codzienność. W centrum są oczywiście niekompetentni wszechwładni politycy ujadający na siebie nawzajem, nie do końca wiadomo z jakiego powodu, dzielący przez to społeczeństwo. Resztę znamy z autopsji. Podobnie zresztą jak kłębiące się na każdym roku banki, apteki i sklepy spożywcze popularnych sieciówek (w Polsce to Żabki czy inne Małpki, w Rumunii — Mega Image). I wszechobecne reklamy leków w telewizji. „Jesteśmy chorzy, potrzebujemy pieniędzy na leki i jedzenie” — tak podsumował to któregoś dnia oprowadzający mnie po centrum Bukaresztu Manuel. „Skąd ja to znam” — to już ja mamroczący pod nosem do siebie. Rumunów nie dziwi też polskie disco polo — co najwyżej to, że ktoś ma odwagę grać to w radiu i jeszcze mówić bez żenady, że mu się podoba. Tu sam się zdziwiłem, bo podejrzewałem, że ojczyzna takich tworów jak O-Zone czy Inna okaże większą otwartość na naszą muzykę chodnikową. Ale rumuński dance to zupełnie inna para kaloszy, znoszonych już zresztą do reszty i jakiś czas temu bez skrupułów porzuconych na dnie szafy. Odpowiednikiem disco polo jest w Rumunii manele — mieszanka bałkańskiego folku, muzyki cygańskiej i popu — proste melodie grane na syntezatorach w towarzystwie akordeonu o miłości, seksie, pieniądzach i zabawie. Ale o ile na prowincji manele święcą triumfy, w dużych miastach nie ma o tym mowy. Na tradycyjnym miejskim rumuńskim weselu (w wynajętym gigantycznym ślubnym kontenerze z blachy falistej ustawionym na przedmieściach) prędzej usłyszymy Kool & The Gang. Tak przynajmniej słyszałem i chcę w to wierzyć.

rom

Zabytkowe centrum miasta i księżyc; zdj. Kurtek

Pierwsze wrażenie jest ważne, ale często się je przecenia. Na pierwszy rzut okna Bukareszt zapowiadał się ponadprzeciętnie zwyczajnie. Lotnisko w Otopeni było zatłoczone i nie obiecywało zbyt wiele. Można z niego dostać się do miasta jedynie taksówką. Kilka lat temu postanowiono wybudować w kierunku lotniska linię kolejową, ale zamiast doprowadzić ją do końca, zakończono ją w środku pustkowia kilka kilometrów wcześniej, gdzie ustawiono przystanek autobusowy. Taksówki na szczęście są w Rumunii tanie — kurs do centrum z lotniska — około 17 kilometrów to koszt nieco ponad 25 złotych. Kierowcy rzadko mówią po angielsku, a jeśli mówią, to najprawdopodobniej będą próbowali tłumaczyć, dlaczego muszą za kurs policzyć drożej (teraz złośliwie generalizuję, tak zrobił kierowca odwożący mnie na lotnisko, który w połowie drogi zapytał, ile mam pieniędzy i stwierdził, że muszę zapłacić mu więcej, bo zazwyczaj nie jeździ na lotnisko i potrzebuje kupić winietę, której oczywiście nie dopisze do rachunku — nie dopłaciłem, ale pozwoliłem zatrzymać mu resztę), a czasem, jak inny pan kierowca, wożą w bagażniku narzędzia rolnicze. Żeby zamówić taksówkę z lotniska trzeba skorzystać z automatu. Nie sposób tych automatów przegapić, bo przy wyjściu stoi ich całkiem sporo, a wokół jeszcze więcej ludzi. Zasada jest banalnie prosta — wybieramy na ekranie przewoźnika, a automat drukuje bilecik z numerem samochodu i orientacyjnym czasem oczekiwania. Przed rozpoczęciem kursu bilecik daje się kierowcy. W praktyce automaty zawieszają się, nie działają, w nieskończoność szukają połączenia i trzeba przy nich spędzić jakiś kwadrans, by bilecik się wydrukował. Komunikacja miejska w Bukareszcie została zresztą potraktowana podobnym rozwiązaniem racjonalizatorskim — bilety można kupić tylko w specjalnych szarych kioskach ustawionych przy wybranych przystankach, a żeby móc taki bilet nabyć, trzeba najpierw sprawić sobie papierową kartę magnetyczną, aby móc zakodować na niej najpierw możliwość przejazdu, a później sam przejazd.

rom

Bukareszt; zdj. Kurtek

Pani w kiosku, na którą trafiłem, co prawda potrafiła mówić po angielsku, ale jednak komunikacja między nami skazana była na porażkę — najwyraźniej z braku zrozumienia systemu biletowego z mojej strony. W końcu zdałem się na nią i jak się okazało, wyszedłem na tym lepiej, niż gdyby udało mi się bez problemu zrealizować mój najwyraźniej szokujący pomysł kupienia na raz ośmiu biletów na ewentualne przejazdy (które miały nigdy nie nastąpić). Tego dnia miał też nie przyjechać autobus linii 205 zmierzający w kierunku ulicy admirała Horii Macellariu (dowódcy rumuńskiej floty wojennej podczas II wojny światowej — w tym kontekście to zupełnie nieistotne). Przynajmniej przez kolejne trzy kwadranse. Okazało się zresztą, że rozkład jazdy autobusów, tak skrupulatnie naniesiony przez inżynierów Google’a na ich mapy, w praktyce nie funkcjonuje. Czy może raczej funkcjonuje jako luźna dygresja na temat tego, jakie połączenia mogłyby być realizowane i gdyby do tego doszło, jaki numer miałby bus, który po takiej trasie by kursował.

rom

Wymowny pomnik korupcji w centrum miasta; zdj. Kurtek

Gdy tak czekałem na transport, z braku laku przestępując z nogi na nogę, moją obecnością na przystanku zainteresował się pewien koreański emeryt-turysta, który z niewiadomych przyczyn wyruszył w podróż po Europie wschodniej bez telefonu komórkowego i poprosił, czy odpłatnie mógłby skorzystać z mojego, by powiadomić znajomego profesora o swoim rychłym wyjeździe z kraju wampirów i przyjaznych ludzi (za podpowiedź w wyszukaniu tego niezręcznego synonimu Rumunii dziękuję autopodpowiedziom Google’a). Nie wiedziałem trochę, jak powinienem w tej sytuacji postąpić. W Polsce w ciągu minionego ćwierćwiecza o skorzystanie z telefonu pytali mnie co najwyżej znajomi i potencjalni złodzieje (chociaż w tym drugim przypadku słowo pytali jest nie na miejscu). Rumunia w tej kwestii też nie cieszy się najlepszą sławą. A tymczasem pierwszy poranek w obcym kraju i od razu coś takiego. Dobre sobie! Los się ze mnie naigrywa. Podczas gdy ja zajęty byłem boksowaniem się sam ze sobą, pan pozwolił sobie sam z siebie się wygadać. I bardzo dobrze — nie wyglądał jak modelowy Koreańczyk, ale jego twardy, zniekształcony przez sylabiczne hangul, obcy akcent nie pozostawiał złudzeń — oto na przystanku naprzeciw bukaresztańskiego Gara de Nord stoi przede mną prawdziwy koreański emeryt-turysta, w dodatku, co zdążył mi już wyjawić, udający się za kilka dni także do Polski. Wygrał pan, panie Koreańczyku, oto mój telefon, proszę tylko nie bić. Obeszło się bez bicia. Profesor co prawda nie znalazł dla swojego azjatyckiego znajomego tego dnia nawet jednej krótkiej chwili, ale ten przyjął tę wiadomość z właściwym Azjatom zrozumieniem. Po wymianie uprzejmości z uśmiechem oddał mi telefon, dołączając wyciągniętą ukradkiem z torby ulotkę, jak być chrześcijaninem w Korei, po czym prędko wskoczył do autobusu, który właśnie podjechał na przystanek i chwilę później zniknął mi z pola widzenia.

rom

Prezent od napotkanego koreańskiego emeryta-turysty; zdj. Kurtek

Bukareszt z gigantycznym Pałacem Ludowym — pomnikiem szaleństwa Nicolae Ceaușescu i drugim po Pentagonie największym budynkiem na świecie — jest nie tylko wizytówką Rumunii na arenie międzynarodowej, ale też miastem kontrastów, w którym stare miesza się z nowym, a bieda bawi się z bogactwem w ciuciubabkę. Poza ścisłym centrum, które nie zostało zniszczone podczas wojny i dzięki temu okazała promenada otoczona jest niezwykłej urody zabytkową zabudową w stylu przywodzącym na myśl Wiedeń czy Budapeszt. Trudno się więc dziwić, że w tym doskonale zachowanym i przesadnie wręcz skondensowanym architektonicznym skansenie wrażenie zrobiła na mnie pozostająca odrobinę na uboczu kameralna XVIII-wieczna Cerkiew Kretzulescu położona przy Alei Zwycięstwa — głównej ulicy Bukaresztu okresu międzywojnia.

rom

Wzory na kostce brukowej nieopodal Cerkwi Kretzulescu; zdj. Kurtek

W Bukareszt inwestuje się jednak w myśl zasady „przyjeżdża papież” tzn. odnawia się te ulice, którymi papież będzie się przemieszczał, wszystko inne pozostawiając przez lata w niezmienionym stanie. Na pytanie, kto w tym wypadku jest papieżem, nie potrafię jeszcze odpowiedzieć, ale z całą pewnością przemieszcza się raczej głównymi ulicami — za to często i z rozmachem. Tak zielonej trawy jak w pobliżu stalinistycznego Domu Wolnej Prasy nie widziałem chyba nigdzie i to mimo dość zaawansowanej już jesieni. Bukareszt może się też pochwalić enklawą ze stali i szkła w nowoczesnej dzielnicy Pipera położonej na północy miasta, gdzie swoje biura posiada większość zachodnich korporacji. Poza reprezentacyjnymi dzielnicami w mieście panuje swojski urbanistyczny rozgardiasz przywodzący na myśl Polskę milenialnego przełomu — już na drodze modernizacji, ale w dalszym ciągu odrapaną, nieokiełznaną, daleką od zachodniego rozumienia salonowości.

rom

Przedmieścia; zdj. Kurtek

Trudno pisać o Rumunii, nie wzmiankując o tradycyjnej rumuńskiej kuchni, w której, według ochoczych i rozległych komentarzy moich gospodarzy, zawiera się wszystko od McDonalda, przez włoską kuchnię, aż po shoarmę zawijaną w tortillę. Obcujemy tu, jak pewnie zdążyliście zauważyć, z tkanką dynamiczną i, czegokolwiek by w tym miejscu nie pomyśleć, kosmopolityczną. Pomimo tego, że o jedzeniu rozmawialiśmy sporo, a ja przy każdej okazji uporczywie wracałem do tematu, ostatecznie na tym stanęło. Nic co jadłem nie było rdzennie rumuńskie, ale ponoć było dla kraju typowe i w tym kontekście reprezentatywne. Gdybym miał te doświadczenia interpretować dosłownie, okazałoby się, że Rumuni tradycyjnie na lunch jedzą górę mięsa złożoną z wielu rodzajów kiełbas, kabanosów, kotletów, szaszłyków i rozmaitych części świni, których na talerzu nie potrafię nawet zidentyfikować. Taka uczta przewidziana zgodnie z menu dla trzech osób, co z kamienną twarzą potwierdziła też pani kelnerka, spokojnie wykarmiłaby podstawowy skład drużyny siatkarskiej — o ile sportowcy zaakceptowaliby jej jednoznacznie mięsny charakter. Manuel i Cristian zgodnie określili tę małą rozpustę słowami pomana porcului, które przenoszą nas w zupełnie inne miejsce i czas.

rom

Prawie pomana porcului; zdj. Kurtek

Słowo pomana można przetłumaczyć jako dobroczynność, ale związane jest niemal na wyłączność z obrzędowością żegnania bliskich zmarłych — 40 dni po pogrzebie rodzina i przyjaciele spotykają się przy stole, by uczcić pamięć denata Ponoć właśnie na okres 40 dni dusza zmarłego może powrócić do żywych i w tym czasie należy godnie zaliczyć nieboszczyka na poczet przodków. Pomana porcului natomiast związana jest z diametralnie inną, ale jednak podobną tradycją. W grudniu, przed Bożym Narodzeniem na wsiach dokonuje się świniobicia, zapraszając krewnych, sąsiadów, znajomych i wszystkich, którzy brali udział w rzezi, do uroczystego ceremoniału, podczas którego kosztuje się przygotowanych z prosięcia wyrobów. Trawienie wspomaga się beczkami rachiu (jak po rumuńsku określa się rakiję). Bardziej wprawieni mogą sięgnąć także po palinkę (rom. palincă), czyli tradycyjną rumuńską, ale także słowacką i węgierską, wódkę produkowaną nierzadko w domowym zaciszu ze słodkich owoców — od śliwek, przez jabłka, gruszki, morele, aż po czereśnie. Brzmi znakomicie, ale smakuje — brrr!

rom

Prawdziwa pomana porcului według moich wyobrażeń; źródło: Jurnanul.ro

Czyli w sumie odwrotnie niż sama Rumunia, która lata temu okryła się szalem utkanym z nieaktualnych już albo z gruntu nieprawdziwych informacji i trudno jej teraz pokazać prawdziwą twarz (oh, Coelho, dzięki ci za inspirację przy tej mącącej w żyłach krew metaforze!). A jej twarz jest, hej!, naprawdę ładna, nie szczerzy kłów jak Drakula, ale jednak mimo wszystko się uśmiecha. Sami Rumuni zresztą mają we krwi dystansowanie się od problemów przy pomocy humoru — często słodkogorzkiej satyry na rzeczywistość. „Haz de necaz!” — mawiają! Skąd my to znamy?

Opublikowano

50. Koty, które udają chleb

99 najfajniejszych rzeczy

50. Koty, które udają chleb

Istnieje pewna wyjątkowa kategoria kotów, a mianowicie koty, które z jednej strony rządzą internetem, ale z drugiej występują także w naturalnym środowisku poza nim w nieco bardziej namacalnej formie. I nie chodzi mi tu ani o resztki nieodżałowanego Fatso złożone pod wyjątkowo dorodną jabłonką prawie trzy dekady temu, ani o pikselowy wir, który uformował istotę i wprawił w ruch kosmiczną kocią grzankę. Chodzi o świat rzeczywisty, który chyba nie ma żadnej dodatkowej nazwy pozwalającej odróżnić go od światów mniej rzeczywistych, więc podkreślę, że chodzi o ten najbardziej rzeczywisty ze światów. Jeśli ktoś nadal nie rozumie, mam opis sytuacji, który pewnie w jakiś sposób wyda się znajomy — chodzi o ten świat, z którym się stykacie po wyjściu ze swojej piwnicy. Nadal nic? Cóż, mówi się trudno, warto było spróbować. Moving on — w tym najbardziej rzeczywistym świecie żyją rzeczywiste koty — mają miękkie futerko i ostre futerko, w wolnym czasie wskakują na choinki i kontestują decyzje życiowe innych istot żywych. Bywa, że te właśnie koty, same z siebie, całkiem naturalnie zwijają się w taki koci nibykłębek czy raczej podwijają ogon i nogi pod siebie, tak że kształtem przypominają bochenek chleba. To bezsprzecznie jedna z ich najfajniejszych funkcji.