Opublikowano

ogórka górka

ogórka górka

ogórka górka

gdy chmurkę z chmurką koparka
zagarnie — to chmurek chmarka

ogórka zaś na ogórka
położysz — ogórka górka

choinki miętowy pasek —
cukrowych lasek to lasek

szypułki ze dwie, w-tę, czy w-tę,
dadzą szypułek nam szczyptę

lata przepastna materia
to fajna ferii feeria

podlany sosikiem sosik
zastygnie w sosiku stosik

magii znów ponad miarkę
wypełni nam czarów czarkę

gęste w melodii burdony
pół tonów chyba z pół tony

gdy piesków zbierze się grupka
urośnie wtem kupki kupka

bez siły jakaś chudzina
to ledwie jest krzepy krztyna

gdy taki do boju stanie
jeśliby pomogły mu psy

niechybnie i niespodzianie
wpadnie wnet w zapasów zaspy

pół rondla i ćwierć naparstka
to nawet nie garnka garstka

na szczęście piesków wyżerka
pokaźną jest stertą serka

do tego sosik, ogórki
i chmarka cukrowej chmurki

dobrze że miarki i skale
choć określają nas ciutkę

nie decydują całkiem
jakim jest kurtek kurtkiem

Opublikowano

Buszujący w zbożu

Buszujący w zbożu

J.D. Salinger, „Buszujący w zbożu”, wyd. Albatros, 2016


Staram się nie być z tych, którzy skreślają jakąś książkę na wstępie, tylko dlatego, że jest popularna ponad zdrowy rozsądek. To chyba zresztą moja cecha wspólna z bohaterem takiej właśnie książki — „Buszującego w zbożu” J.D. Salingera. Ileż ja razy słyszałem ten tytuł w kontekstach popkulturowo-towarzyskich. Przy czym zwykle były to punktowe wzmianki bez dalszego ciągu. Zazwyczaj ktoś wymieniał ją jako swoją ulubioną czy też taką, co to zmieniła jego spojrzenie na świat. I można by się od tych wszystkich deklaracji nabawić przewlekłej alergii, ale ja, który o „Buszującym” wiedziałem tyle, że istnieje, będąc niejako na fali nadrabiania licealnego kanonu, postanowiłem przekonać się o tym sam. Tej pozycji akurat w naszym spisie lektur nie było, ale w krajach anglosaskich zdaje się, jest to biblia niepokornych nastolatków i 101 antyestablishmentowej rebelii. I poniekąd całkiem słusznie.

Głównym bohaterem opowieści jest niejaki Holden Caulfield, uczeń jednego z prestiżowych nowojorskich liceów, Percy, który zostaje z niego wydalony za złe wyniki w nauce. A że nie jest to jego pierwsza taka przygoda, zamiast wrócić grzecznie do domu z podkulonym ogonem, postanawia pobalować w Nowym Jorku. Później spisuje wszystko, co przydarzyło mu się podczas tych kilku bardzo długich dni i to właśnie jest „Buszujący w zbożu”.

Gdy zacząłem lekturę, długo nie mogłem przyzwyczaić się do dość prostolinijnej stylistycznie pierwszoosobowej narracji. Zwłaszcza że Caulfield co chwila uzewnętrznia się, jak to ten czy tamten go „wkurza”, albo sytuacja taka i taka go, jakże inaczej, „wkurza”. Dużo jest w jego sposobie opowiadania młodzieżowego slangu, ale takiego z trzy, może cztery pokolenia wstecz. To wciąż lepsze niż jakiekolwiek stylizacje dzisiejszych 40-latków na współczesną młodzieżową gwarę, ale w dalszym ciągu, trzeba było kilkudziesięciu stron i jakiegoś punktu zaczepienia w akcji jego opowieści, bym dał się przekonać, że tak ma być i już. A akcja jest.

Caulfield niestrudzenie przeskakuje od dygresji do dygresji, od anegdotki przez apdejt w jego obecnej sytuacji do kolejnej anegdotki i wychodzi mu to całkiem nieźle, zwłaszcza że jest z czytelnikiem szczery, a przynajmniej takie wrażenie można odnieść. I to jest chyba największą zaletą „Buszującego” — dzięki tej prostolinijności, bezpardonowości swojego bohatera wbija szpilkę w obraz idealnie uporządkowanej, uśmiechniętej Ameryki lat 40., w której wszystko ma swoje miejsce i którego to status quo nie można, broń boże, jakkolwiek kwestionować. A tymczasem na marginesach opowiadania, szerokich zresztą, jak diabli (tak, wiecie, metaforycznie), Caulfield kwestionuje wszystko, co się da. Nie lubi buców, ważniaków, karierowiczów, hipokrytów, ludzi, którzy go nie słuchają, niezależnie czy udają, że słuchają, czy nie zadają sobie tego trudu (i wielu, wielu innych). Jest to wszystko jakąś tam odtrutką na stan zastany, w którym nie ma miejsca na nowe i z tego względu rzeczywiście, to lektura odpowiednia dla kogoś, kto dopiero w dorosłość wchodzi i jakoś tego nie widzi.

„Buszujący w zbożu” mojego sposobu widzenia świata nie zmienił, ale dobrze od czasu do czasu przypomnieć sobie, jak rozkładają się pozycje. Dzięki tej książce można, niby przy pomocy mapy, umieścić siebie na planszy. W tym kontekście nieoczywisty z początku tytuł, będący zresztą nawiązaniem do fragmentu wiersza Roberta Burnsa, wydaje się cholernie (parafrazując Caulfielda) adekwatny. A uczciwie przypomnieć sobie, gdzie się stoi, zawsze warto. Może to coś da, kto wie?

Buszujący w zbożu

Opublikowano

Zapiski syna tego kraju

Zapiski syna tego kraju

James Baldwin, „Zapiski syna tego kraju”, wyd. Karakter, 2019


James Baldwin, choć spisywał myśli zawarte w książce „Zapiski syna tego kraju” siedemdziesiąt lat temu (w co trudno zresztą uwierzyć), w wielu kwestiach pozostaje boleśnie aktualny. Jak sam pisze w przedmowie do wydania z 1984 roku, Francuzi mawiają, że im więcej się zmienia, tym bardziej pozostaje takie samo. Trudno nie odczuć ciężaru tych słów, gdy mieszka się w Polsce w 2021 roku.

Moje pierwsze obszerniejsze spotkanie z Baldwinem nastąpiło przed kilkoma laty poprzez zrealizowany na kanwie jego niepublikowanych dzienników esej dokumentalny „I Am Not Your Negro”, gdzie przemawiał z ekranu głosem Samuela L. Jacksona (ale też swoim własnym w licznych archiwaliach). Wydał mi się wówczas postacią niezwykle czarującą i merytoryczną zarazem — potrafił rzeczowo i z humorem mówić o sprawach trudnych i ważnych związanych najoględniej rzecz biorąc ze wciąż jeszcze niekompletną emancypacją Afroamerykanów. „Zapiski syna tego kraju” ze względu na ich osobistą naturę są doskonałym dopełnieniem tamtego filmowego doświadczenia i vice versa. Słowo „Negro”, które pojawia się w tytule filmu ma swój polski odpowiednik także w książce. „Murzynowi” tłumacz poświęcił trzy-stronicową notę, bo sam Baldwin używa go w oryginalnych esejach wielokrotnie i bynajmniej nie z rezerwą, co należy jednak jednoznacznie zrzucić na karb ówczesnych realiów. „Murzyn” doczekał się wielu często wykluczających się analiz lingwistyczno-socjologicznych, także w Polsce, a wywoływane przez nie dyskusje są najlepszym potwierdzeniem, że Polacy potrzebują lektury Baldwina nie mniej (a przynajmniej niewiele mniej) niż Amerykanie.

W wieńczącej książkę nocie autor enigmatycznie dziękuje rozmaitym czasopismom za wyrażenie zgody na przedruk opublikowanych na ich łamach między 1948 a 1955 rokiem esejów, które później złożyły się na program książki. I tak należałoby ją w zasadzie czytać, zwłaszcza że zarówno kontekst kolejnych tekstów, jak i sposób w jaki zostały napisane są różnorakie i tą różnorakością mogą czytelnika wyprowadzić nieco z równowagi, a nawet spłoszyć. A kontekst jest w tym wypadku bardzo ważny, bo Baldwin niejednokrotnie odwołuje się do konkretnych dat, nazw, tytułów, nazwisk, z intencją co prawda wyjścia poza, jakbyśmy to określili dzisiaj, swoją bańkę (a w wydaniu Karakteru także z pomocą przypisów polskiego tłumacza), ale nie sposób czasem nie odczuć w Polsce w 2021 roku, że jest się synem innego zgoła kraju — jak się jednak potwierdzi nie raz, i nie dwa podczas tej lektury zupełnie jednak takiego samego, wyłączając pewne różnice kulturowo-historyczne.

Baldwin wychodzi w tym zbiorze esejów z dwóch stanowisk — komentatora zarówno białej, jak i czarnej rzeczywistości dookoła niego oraz mimowolnego uczestnika obu. Opisuje swoją historię, czasem linearnie i w szczegółach, czasem między wierszami innych wydarzeń, które też poniekąd ją współtworzą. Parafrazuje przy tym Joyce’a, pisząc że „ludzie są uwięzieni w historii, a historia jest uwięziona w nich”. Jego przemyślenia na temat stosunków czarnych z białymi są jednak zawiłe i pełne niejednoznaczności. Analizuje szanse czarnoskórych na ucieczkę z Harlemu, jeśli okoliczności pozwolą im na poddanie się schematowi narzuconemu przez białych, zanim ich ambicji nie wypaczy środowiskowa bezradność. Opisuje codzienny rasizm w południowych stanach i systemowy rasizm z całej Ameryce. Gorzko podsumowuje bilans szkód, jakie wykluczenie czarnych w zdominowanym przez białych pod każdym względem społeczeństwie czyni w tych pierwszych już w okresie dzieciństwa i dorastania. Snuje teorie, że przyczyną trudnych wzajemnych stosunków Afroamerykanów i Żydów jest właśnie dyskryminacja obu tych grup. Wreszcie porównuje perspektywę Afroamerykanina z doświadczeniem europejskim, gdzie na czarnego patrzy się inaczej, choć też przez pryzmat jego koloru skóry.

Wszystkie jego opowieści łączy konstatacja, że ta bezsilność, ten strach muszą prowadzić do jakiejś wściekłości, czy wręcz do nienawiści, ale nie nienawiści czystej i bezwzględnej, a takiej, która miota się między wewnętrznymi sprzecznościami. Baldwin porównuje ją do wyboru „między amputacją a gangreną”, która zawsze prowadzi do autodestrukcji. Dużo lepiej czyta się go zresztą, gdy wychodzi od własnych doświadczeń, niż gdy próbuje rozważać zagadnienia w wymiarze oderwanym od konkretnych sytuacji. Wtedy bywa, że wpada w pułapkę mędrkowania i trudno dotrzymać mu kroku.

Najbardziej poruszającą historią zawartą w zbiorze, a zarazem najbardziej przemawiającą do wyobraźni, także ze względu na talent Baldwina do dobitnego i obrazowego wyrażania własnych myśli w formie narracji powieściowej, jest osobisty opis pogrzebu ojca, który zbiegł się w czasie z narodzinami jego najmłodszej siostry. Te same wykluczające się emocje, które są dominantą wszystkich esejów, tutaj przybierają wymiar najbardziej osobisty. Doskonale czyta się też opowieść o feralnym oskarżeniu i aresztowaniu pisarza w Paryżu w przeddzień Bożego Narodzenia. Od naszego polskiego folkloru, mieszanki prostolinijności i dobrych chęci, która nie do końca wie, co z tym „Murzynem” począć, zupełnie niedaleko położona wydaje się pewna górska wioska w Szwajcarii, gdzie Baldwin przez wzgląd na kolor skóry stał się czymś w rodzaju lokalnej atrakcji. Swoje odczucia zawarł w wieńczącym zbiór eseju „Obcy w wiosce”.

Mimo pewnych narracyjnych nierówności, warto po Baldwina sięgnąć. Nie da się z dorównującym jego zrozumieniem tematu i elokwencją wyekstrahować jego myśli. Można natomiast w jego historiach nawet w Polsce w 2021 roku odnaleźć zupełnie znajomy rys — opresyjnych rządów bezmyślnej większości, systemowego wykluczenia tych, którzy nie mogą zadbać o własne interesy, wykalkulowanego kozłoofiaryzmu do realizacji konkretnych celów politycznych, bezrefleksyjnego tłumienia buntów społecznych bez próby zrozumienia ich źródła, podejmowania doraźnych decyzji o charakterze wyłącznie marketingowym w odpowiedzi na poważne i głęboko zakorzenione problemy społeczne. To wszystko znamy przecież na wyrywki. Naszymi „innymi” nie są czarnoskórzy tylko dlatego, że mają to szczęście nie mieszkać w Polsce nazbyt licznie.

Nie zrozumcie mnie źle, moim celem nie jest wcale przykrycie lub strywializowanie problemów czarnoskórych w USA zarówno w czasach esejów Baldwina, jak i dziś. Wręcz przeciwnie — próbuję tę bezsilność połączoną z wściekłością przenieść na znajomy grunt, żeby lepiej zrozumieć, zarówno je same jako żywe i dojmujące uczucia, jak i ich konsekwencje. Zwłaszcza że sam czuję się na swój sposób mimowolną częścią tego dyskryminacyjnego systemu. Swego czasu dość często podróżowałem do Paryża — tego samego, wydawałoby się, w którym przez wiele lat mieszkał Baldwin i o którym pisał także w tych esejach. Podczas jednego z tych wyjazdów kilkakrotnie, nie znając zupełnie topografii miasta, zdarzało mi się zabłądzić i znaleźć się w miejscach, w których nigdy wcześniej nie byłem — w czarnych dzielnicach. Raz jeden wybrałem się samotnie na wieczorny spacer w okolice, dość wydawałoby się turystyczne, w pobliżu bazyliki Sacré-Cœur.

Mój plan na mapie wyglądał zupełnie dobrze, ale gdy wysiadłem na stacji metra okazało się, że jestem w centrum miasta zgoła innego niż to, które jako tako już poznałem. Nie zawróciłem jednak. Początkowo zupełnie nie zwróciłem uwagi, że byłem jedynym białym w zasięgu wzroku. Dopiero po kilku minutach wędrówki przez kolejne ciemne uliczki otoczone metalowymi siatkami, coraz śmielej przechodzące w blokowiska zdałem sobie sprawę, że być może nie powinno mnie tam być. Zacząłem panikować. Nie zawróciłem jednak. Kilkanaście minut później zszedłem do napotkanej stacji metra i z bijącym sercem wróciłem do siebie. Nie zdarzyło się wtedy przy tym nic zupełnie nadzwyczajnego. Nikt do mnie nie podszedł, nikt mnie nie zaczepił, nie widziałem niczego niepokojącego. Poza tym strachem, który rozpanoszył się wówczas w mojej głowie. Nie potrafię stwierdzić, czy był jakkolwiek zasadny. W tamtym czasie często pytano mnie o Paryż pod kątem bezpieczeństwa i porządku na ulicach, ale nigdy nie zdarzyła mi się tam sytuacja jakiegokolwiek faktycznego zagrożenia. Mimo wszystko w tamtej chwili poczułem się bardzo niepewnie. Od tego czasu raz po raz wracam myślą do tamtego wieczoru i tak jak Baldwinowi, towarzyszą mi sprzeczne odczucia.

Cenię najbardziej takie właśnie głosy, jak „Zapiski syna tego kraju”, które wyprowadzają mnie z pułapki kodeksowego myślenia, skłaniają do osobistych refleksji, otwierają oczy, polemizują ze mną, a ja z nimi i z samym sobą zarazem. I nieśmiało marzę, że może gdybyśmy szerzej poznali „Zapiski”, umielibyśmy szerzej i trzeźwiej spojrzeć zarówno na to, co wciąż dzieje się w Ameryce, jak i na to, co zaczęło dziać się w Polsce. Z nadzieją czekam na polskie przekłady późniejszych esejów Baldwina, bo „Zapiski syna tego kraju” to jedynie wstęp do myśli tego płodnego autora i myśliciela, który nigdy nie poddał swojego krytycznego głosu. Głosu, który, jak pokazują doświadczenia ostatnich lat, jest nam wciąż, także tutaj, w naszej polskiej bańce, zupełnie niezbędny.

Tekst ukazał się także w serwisie Soulbowl.pl pod tytułem „Jak zapiski Jamesa Baldwina mogą pomóc Polsce w 2021 roku”.

Zapiski syna tego kraju

Opublikowano

Zbrodnia i kara

Zbrodnia i kara

Fiodor Dostojewski, „Zbrodnia i kara”, wyd. MG, 2015


Grafika powyżej pochodzi z wydania W.A.B. z 2018 roku, które pierwotnie chciałem przeczytać, ale nie mogłem go dostać i koniec końców zabrałem się za wydanie MG z 2015 roku (okładka poniżej). Nie przejąłbym się tym, gdyby nie były to dwa różne tłumaczenia. Moje, które oceniam zresztą całkiem nieźle, wyszło spod pióra Jana Piotra Zajączkowskiego i jak się okazało już po fakcie, jest to tekst przedwojenny z 1928 roku. Wydanie W.A.B. zaś to wysoko oceniany przekład Czesława Jastrzębiec-Kozłowskiego. Przyznaję, że nie zrobiłem przed lekturą należytego riserczu. Wydania MG, na co uczulam, są jednak przedrukami starych polskich przekładów. Bulwersuje zwłaszcza wydanie okrojonej wersji „Braci Karamazow”, którą to edycję ktoś nazwał tutaj konwencją „romansu dla pensjonarek”. Uczulam zatem przed zabraniem się za lekturę, że to, jakie wydanie wybierzemy w przypadku tak żelaznej klasyki jak Dostojewski, może zrobić różnicę. Niby to oczywiste, ale może wcale nie, zwłaszcza gdy głównym kryterium staje się dostępność. Ja jednak dziś nie o tym…

Kanon lektur w drugiej liceum to była i dla nas, bibliofilów od siedmiu boleści, i dla naszej polonistki, której zależało, ale chciała za dużo, za szybko i trochę przy tym nie miała wyjścia, jazda po wertepach dokoluśka skrzypiącej karuzeli bez trzymanki i bez rozumu. Totalnie żeśmy potonęli. Trochę z wyboru, bo utrzymać na powierzchni dało się tylko, zostając więźniem tego kanonu na całe popołudnia, wieczory, weekendy. Odpuściłem więc naturalnie Dostojewskiego, ale z zastrzeżeniem, że kiedyś na pewno nadrobię. Z tym, że wiadomo jak się zastrzega takie rzeczy. Szanse były zupełnie beznadziejne. A jednak to jedno zastrzeżenie pęczniało we mnie stopniowo tak, że nareszcie przydusiło mnie swoim rozmiarem do refleksji z następstwem w postaci czynu. I oto bełkotliwe „czytałem Dostojewskiego” zmienić mogę na „przeczytałem”.

To głupstwo zupełnie, błazenada wręcz, takie mam poczucie, żebym ten kontekst szkolny tutaj przywoływał z takim rozmachem, ale piętno lektury szkolnej zawisło niestety nad moim spotkaniem ze „Zbrodnią i karą” najwyraźniej nieodwołalnie. A był jeszcze kontekst, jak się miało okazać, poboczny, a mianowicie tzw. podryw na wieszcza. Bo, że Dostojewski na wieszcza się kwalifikuje, to lektura „Zbrodni” doskonale to obnaża, ten podryw z kolei, nie miał chyba wówczas podtekstu erotycznego, był raczej próbą stworzenia jakiegoś przymierza, albo przeciwnie, zamknięcia się w jakiejś kaście. Otóż już na studiach, kolejnych z rzędu, była pewna koleżanka, którą zapamiętałem do dzisiaj z jednego tylko, że ostentacyjnie obnosiła się ze swoją miłością do Dostojewskiego właśnie. Któregoś razu zupełnie przypadkiem na wykład z trygonometrii przydźwigała trzy kilo „Braci Karamazow” w twardej oprawie i dużą czcionką. Innego dnia ochoczo włączyła się w rozmowę o książkach z zastrzeżeniem, że nie było od Dostojewskiego lepszego pisarza. I to mi po niej zostało w mojej własnej głowie. Lat temu później kilka moja własna matka, zakochana swego czasu w Orhanie Pamuku, na swój sposób sekundowała tej opinii twierdzeniem, że dopiero, gdy przeczytała uważnie „Zbrodnię i karę” odkryła wielkie źródło tamtego Pamuka inspiracji. Od tamtej pory z honorami dotąd należnymi w naszym domu Pamukowi przerzuciła się zresztą na Dostojewskiego, a Pamuka już się u nas nie czytuje (choć piętrzy się nadal na półkach, ale z jakby rzadszym cokolwiek wyrazem). To mnie finalnie pchnęło.

U wrót „Zbrodni i kary” stałem na krawędzi i całkiem ładnie poleciałem, bo to jest przede wszystkim powieść doskonale napisana. Akcja może troszkę czasem przestępuje z nogi na nogę w trakcie, gdy wszyscy bohaterowie gęsto tłumaczą swoje występki, deliberują, polemizują, wzdychają, jojają, płaczą nad swym losem. Robią to zresztą w sposób nadzwyczaj wykwintny, ale wcale nie sztuczny czy nieprawdopodobny. Ot, taka konwencja. Czyta się to trochę tak, jakby oglądało się niemy film, czarno-biały, z wieloma zbliżeniami na powykrzywiane to w w grymasie, to w uśmiechu twarze, z niesamowicie dramatycznym tokiem zdarzeń, ale raczej formalnie niż w taki denerwująco sensacyjny sposób, w jaki się to robi dziś. Dostojewski jednak płynie, ma wszystko fantastycznie wykoncypowane. Jego postaci są żywe, swoiste, mają swoje. Doskonale to rozgrywa! No a w centrum nasz biedaczek Raskolnikow, który snuje swoje teorie i z naukowym wręcz zapałem, jak na byłego studenta przystało, postanawia wcielić je w życie — tak na próbę. Oczywiście nie wie, że sam jest bohaterem zgoła innego eksperymentu — wielkiego dylematu moralnego, któremu Dostojewski poświęcił „Zbrodnię i karę”, sam moralizując czytelnika umiarkowanie jedynie bliżej końca tej historii. W przeciwnym razie zrewidowałby pewnie nieco wcześniej swoje szaleństwo, ale nie o to przecież chodziło. Chodziło o to, żeby Raskolnikowa poświęcić na rzecz moralności, ale i pewnego pragmatyzmu czytelników, niosąc przesłanie, które łatwo się powtarza, ale trudniej przychodzi czasem jego rzeczywiste zrozumienie, że działania mają swoje konsekwencje.

To wniosek najogólniejszy, bo mam takie poczucie, że choć oczywiście Dostojewski podejmuje tematykę zupełnie uniwersalną, to trochę ze względu na tych sto pięćdziesiąt lat, które już minęły od publikacji i tak szeroki zasięg tej powieści, że treść jej jest znana każdemu średnio wykształconemu Europejczykowi, trudno już w nim znaleźć tego ducha, który tchnąć mógłby w człowieka jakąś moralną świeżość. A tak czułem się chociażby, oglądając przed laty „Sznur” Alfreda Hitchcocka, który ten sam kazus potraktował z właściwą mu lekkością i przebiegłością. Skupił się oczywiście na innych aspektach, a jego narracja była mniej prostolinijna, ale w moim mniemaniu udało mu się rzucić na sprawę nowe światło, co z kolei Dostojewskiemu, mimo doskonałego rysu psychologicznego postaci, zajmująco poprowadzonej akcji i ogólnego rozmachu narracyjnego, niestety nie wyszło. Nie jest to jednak, jak pisałem, zarzut, który kieruję bezpośrednio do niego. To raczej system kulturowo-edukacyjny strywializował jego dzieło, chociażby poprzez wciśnięcie go na trzy lekcje bandzie nieokrzesanych młokosów w drugiej klasie ogólniaka między „Nad Niemnem” a „Chłopów”. Trudno jednak od tego uciec. Dostojewski, poprzez otwarcie edukacyjny charakter swojej powieści, nieświadomie sam ją bowiem w tej pułapce zamknął. Koniec końców trudno wyobrazić sobie dla „Zbrodni i kary” miejsce lepsze niż ława szkolna. A na ile jest to rzecz treści utworu, a na ile kontekstu, który moje spojrzenie na ten utwór ukształtował (żeby nie napisać, powykrzywiał), tego nie jestem już chyba w stanie jednoznacznie rozgraniczyć. Może jeśli spotkam kiedyś przypadkiem tamtą koleżankę ze studiów, by uniknąć kurtuazyjnych pytań, które nie prowadzą do odpowiedzi, zapytam ją właśnie o to. Może wreszcie przyjmie mnie do tego klubu, jak sądzicie?

Zbrodnia i kara

Opublikowano

Alef

Alef

Jorge Luis Borges, „Alef”, wyd. Państwowy Instytut Wydawniczy, 2020


Zdanie „Borgesa znam z opowiadań” ma w naturalny sposób dwa znaczenia. I choć wreszcie udało mi się zamienić jedno na drugie dzięki eleganckiemu zeszłorocznemu wydaniu „Alefa” PIW-u, oba poniekąd pozostają w mocy. Biorąc pod uwagę pieczołowitość tłumaczenia (Andrzeja Sobola-Jurczykowskiego), objętość sekcji z przypisami i jej zawartość, doszedłem do wniosku, że istnieje Borges czytany (to mój przypadek) i Borges studiowany i celebrowany (to przypadek tłumacza). Oba podejścia są zupełnie możliwe w takim znaczeniu, że z obu można czerpać radość, choć z pewnością nie równoważne.

Sposób ujmowania świata przez pisarza ma bowiem tę cudowną cechę, że niezależnie od tego, czy jesteśmy oswojeni z jego poczuciem humoru, manieryzmami lub ich brakiem, czy mamy wystarczający background w dziedzinie historii i filozofii, by bawić się razem z Borgesem jego metatekstualną żonglerką, jesteśmy w stanie z przyjemnością i ekscytacją przedzierać się przez kolejne strony mieszające w równym stopniu rozważania pisarza na temat natury rzeczy i żywe historie, zazwyczaj zresztą klasycznie zamknięte adekwatnym zakończeniem (słowo puenta wydało mi się tu niewłaściwe — to raczej wielostronicowe aforyzmy, które pozostawiają czytelnikowi przestrzeń, by pokontemplować zarówno myśli w nich zawarte, jak i kunszt autora). Z słów w tym kontekście niewłaściwych przyszło mi do głowy także nazwisko Olgi Tokarczuk (to jedna z tych intertekstualnych nici, których pisarz w swojej książce nie mógł podjąć, ale pewnie uśmiechnąłby się na wieść, że ktoś odważyłby mu się to wypomnieć), która w „Biegunach” podjęła bardzo podobną formę — wielu opowieści opartych na wspólnych motywach, które razem są w stanie powiedzieć czytelnikowi więcej niż każda z osobna. Motywem „Alefa” jest paralelność — istnienie drugiego, innego, odbitego, dopełniającego. Każda z historii ma natomiast swój własny czas i miejsce akcji, swoich bohaterów i na poziomie zupełnie dosłownym jest bytem całkiem skończonym.

Bo to przede wszystkim udane opowiadania — kunszt narracyjny i intertekstualne umocowanie przydają im oczywiście niezwykłości, ale nie one same o niej stanowią. Niektóre fragmenty, dla kogoś niezainteresowanego zbytnio historią, filozofią czy teologią z pewnością stworzą pewien dystans, czy nawet poczucie obcości. Nie do końca pomaga tu wspominanych już pięćdziesiąt stron nieoznaczonych przepisów tłumacza zgromadzonych na końcu wydania, często odsyłających do oryginalnych źródeł parafrazowanych myśli. Pozostaje więc albo drogę tę pokonać zbytnim skrótem, albo przesadnie dookoła. Można jednak w ten pierwszy sposób uczynić to bez frasunku, choć formuła opowiadań Borgesa sama przez się zachęca do pogłębionej analizy. Nie da się naturalnie na bazie samego tekstu, czy też dołączonych do niego obszernych przypisów wywnioskować, co z opisywanych wydarzeń jest wyobrażeniem historycznym a co fantasmagorią. Borges tę zagadkę jednak rozwiązuje, co czyni „Alefa” w kategoriach powieści detektywistycznych — dziełem nieskazującym czytelnika na dozgonną frustrację.

Borges, inaczej niż Cortázar, szanuje słowa i każde użyte przez niego sformułowanie sprawia wrażenie głęboko przemyślanego pod względem adekwatności do tego, co chce przekazać. To lektura czysta (od tego co niepotrzebne), precyzyjna i rzeczowa, sterylna wręcz, choć nie odebrałem jej w żadnym razie jako dzieła pedanta. Czytelnik musi co prawda uznać wyższość pisarza, jako tego, który wie, może też w tej rzeczowości wyczytać coś wrogiego, skierowanego bezpośrednio przeciw niemu, ale nie może Borgesowi zarzucić, że ten lawiruje, błądzi, ani tym bardziej, że się powtarza. Borges jest zresztą autorem (i narratorem) obecnym i gdy uznaje za stosowne, zabiera głos jako on, autor.

Alef

Opublikowano

Krótka opowieść z księżycem i Sheeną Ringo

Sheena Ringo, Neko Saitō i księżyc

Sheena Ringo, Neko Saitō i księżyc

Przespacerowałem się wczoraj wieczorową porą po pustych wrocławskich ulicach, korzystając z tego wiosennego falstartu, kolejnej widomej oznaki klimatycznych szaleństw. Ależ mi tego brakowało! Ostatnio nawet jeśli przemieszczam się, to między home officem a home officem, między potrzebą zrobienia zakupów a kasą samoobsługową, między skrzynką pocztową a paczkomatem. Zawsze towarzyszy temu jakaś niedająca się uniknąć pośpieszna celowość. Móc prawdziwie poczuć, prawdziwie zobaczyć, prawdziwie doświadczyć świata, nawet jeśli pod pojęciem świata kryją się dwie ulice obok czy pusty kampus uniwersytecki! Nawet wtedy bowiem między jedną odrapaną kamienicą a drugą można zawsze spojrzeć w górę — dostrzec gałęzie kołyszące się lekko na wietrze, wyżej — pyzate chmurki bądź szary nieprzenikniony monolit, za nimi wielkie słońce ogłaszające wszem wobec porę dnia, a nocą przy dobrych wiatrach (które rozgonią chmury) — srebrny księżyc i choćby garstkę gwiazd rozsypanych przedwiecznie. I ja tak wczoraj spacerowałem wpatrzony w lekko nadgryzioną tarczę księżyca z słuchawkami na uszach, a w nich muzyką, która sama do mnie przyszła. „Chcę przenikliwie poczuć”, a dalej „chcę naprawdę doświadczyć” — śpiewała mi lekko histerycznie, ale z niedającym się zafałszować entuzjazmem Sheena Ringo w utworze, który jeszcze w grudniu potraktowałem jako klucz do pandemicznego 2021 roku — „Jinsei wa yume darake” („Życie jest pełne snów”).

Muzyczny anturaż królowej japońskiego art popu Sheeny Ringo, można dla nakreślenia jakiejś kanwy przyrównać stylistycznie do twórczości Fiony Apple. Obie panie dzielą między sobą nie tylko słabość do musicalowych zaśpiewów i aranżacji oraz skłonność do naturalnego wykraczania poza ramy gatunkowe, ale też część pseudonimu artystycznego oznaczającą jabłko (po angielsku apple, po japońsku — ringo). Podążając tym tropem, swoje dwudziestolecie na scenie w 2019 roku Sheena Ringo świętowała nieustraszoną kompilacją zatytułowaną Newton no ringo (Jabłko Newtona). Nieustraszoną, bo Ringo nie boi się niczego. Zaczynała jako niepokorna dziewczyna z gitarą, ale od umiłowania hałasu wkrótce, bo w 2003 roku na kultowym krążku Kalk Samen Kuri no Hana przeszła w stronę wysmakowanego progresywnego popu skręcającego to w stronę muzyki kameralnej, to w big bandowy jazz, czasem w robotyczny technopop, jeszcze innym razem w noise. Dzieła dopełnił wydany cztery lata później we współpracy z dyrygentem i skrzypkiem Neko Saitō album Heisei Fūzoku („Obyczaje ery Heisei”) zawierający na nowo wykonane i zaaranżowane z fantazją wcześniejsze kompozycje Ringo (niektóre wykonywane przez nią na koncertach, inne zarejestrowane na dwóch poprzednich krążkach). (Żeby przeciągnąć kolejne nitki, tak zupełnie na marginesie — album Kalk Samen Kuri no Hana, od wtorku pełnoletni, oraz cesarz Japonii Naruhito, którego intronizacja w 2019 roku oficjalnie zakończyła wspomnianą erę Heisei, dzielą ze mną dzień urodzin).

W międzyczasie artystka stanęła na czele jazz-rockowej formacji Tokyo Jihen, z którą między 2004 a 2011 rokiem wydała w sumie aż pięć płyt. Utwory Ringo, które choć osadzone w specyficznej japońskiej melodyce, mają w sobie coś uniwersalnie przebojowego. Jednocześnie jej ekspresja wokalna i aranżacyjne eksperymenty sprawiają, przynajmniej mi, niesamowitą frajdę z samego obcowania z nimi, a to, odkładając na bok cały kontekst, szalenie ważne dla mnie, słuchacza. Dzięki temu fascynujący świat muzyki Sheeny Ringo nadał dla mnie koloru minionemu styczniowi i trwającemu przy nim (i wciąż przy nas) lutemu — dwóm jedynym miesiącom w roku, które zwykle na samą moją myśl o nich, wywołują we mnie zniechęcenie (a bywało, że i rozpacz). Tymczasem, gdy naprawdę się usłyszy, naprawdę zobaczy, naprawdę poczuje, można nawet w szarym styczniu i ponurym lutym unieść się gdzieś w sobie, nie odrywając stopy od chodnika. To motywacyjne truizmy, wiem, i pewnie bym od nich stronił, gdyby nie to, że wczoraj jako żywo, zupełnie bez przygotowania, bez planów i oczekiwań, sam tego doświadczyłem. Dzięki księżycowi i Sheenie Ringo, tak myślę.

Opublikowano

gdy odwracam się za siebie

upior

klatka z možnosti dialogu švankmajera, 1982

gdy odwracam się za siebie
(tak samo, jak odwracałbym się, gdyby pozostała mi faktyczna postać
faktyczna twarz, nie kształtne pętelki, nikłe szparki, jakieś paskudne gryzmoły
wyciągniętą nieprawdopodobnie rękopodobną kończyną po omacku szkicowane z najgłębszych dołów, najciemniejszych studni
takich, z których czeluści nie widać ani sygnalizującego wyjście światełka nadziei, a przynajmniej tak się wtedy wydaje, ale to zazwyczaj bujda)

gdy odwracam się za siebie
przyglądam tym wszystkim pokiereszowanym portretom, które denat portrecista,
mając do dyspozycji w zupełności dostatnie ciało, sporządzał jakby w transie
opętany myślami, że jego zewnętrzna forma jest emanacją innego ducha
prawdziwa zaś postać musi urzeczywistnić się z całego tego bagna, syfu, łupieżu
sercowo-żołądkowo-mentalnej pluchy, którą czuł w sobie jak żywą nie tylko przy roztopach
choć wtedy też

gdy odwracam się za siebie
zastanawiam się, dlaczego ta plucha pęcznieje patosem,
czy nie może sobie skromnie chlipać, tylko zaraz napada na dzwonnice i rabuje orkiestry dęte
do rytmu wygrywanych przez nie marszy żałobnych

denat portecista nie umarł z przepracowania
(dopadł go jego własny portret, szkaradnie przy tym masakrując)

denat portecista nie umarł z przepracowania
portetował wyłącznie w posępnie rozmazane poranki lub zaraz przed świtem, gdy noc jest najgęstsza
o sobie wyobrażenia brzydkie, dojmujące, w najlepszym razie wyblakłe i szare
czy w dni słoneczne czym innym się parał
był dekarzem albo pielęgniarzem, wolontariuszem w schronisku
tego nie wiadomo

gdy odwracam się za siebie
myślę o wszystkich tych obliczach, których nie sportretował:

portret jesienny z dojrzałych owoców i żółtych liści
jak u švankmajera, ale delikatniej
z podkreśleniem wszelkich walorów — atrybutów jesieniary
i wymownie lakoniczną refleksją nad następstwem pór roku i tym, że każde lato ma kiedyś swój kres

portet beztroski, gdzieś daleko od trosk w cieniu dobrego drzewa z książką na hamaku
może z niewielką alergią wziewną w tle, tego czasem nie da się uniknąć
czerwony nosek można by zresztą filuternie zaakcentować
— apsik! — na zdrowie, kochany, na zdrowie!
— to odpowiadają źdźbła trawy, prowokatorzy alergiczni
bez ironii z ich strony, ironia po stronie portrecisty

portret wrażliwy na sztukę, ale bez przesady
ja uśmiechający się do carla sandburga, carl sandburg odpowiadający uśmiechem
ja nucący joni mitchell, joni mitchell nucąca ze mną
ja trochę zdziwiony, trochę urzeczony marią prymachenko rysującą mi niebieskiego woła z fallicznym ogonem
ja usiłujący dostrzec w czwartkowym poranku ślady harmonijnej codzienności yasujiro ozu
i ten švankmajer, zakończony jatką, ale jakże ujmującą

portret nadziejny
zupełnie ogólnie wyrosły z doświadczenia, że nie ma dołu tak głębokiego,
że do jego dna nie sięgłaby jakaś drabinka sznurowa
że co poza mną, to poza mną
gapcie się do woli, przyjechał cyrk, podano do stołu, ale nie dla psa kiełbasa

może dlatego zdechł
ten skurwysyn portrecista
że go nie było tam, gdzie powinien
i wyglądam teraz przez niego w oczach moich licznych czytelników
jak zmokła kura co najmniej

Opublikowano

Ballada o Narayamie. Opowieści niesamowite z prozy japońskiej

Ballada o Narayamie

„Ballada o Narayamie. Opowieści niesamowite z prozy japońskiej”, wyd. Państwowy Instytut Wydawniczy, 1986


Od kiedy tylko zacząłem zbierać po antykwariatach stare wydania klasyków japońskich PIW-u kilka lat temu, Ballada o Narayamie była dla mnie trochę jak ta góra na obwolucie — tajemnicza i wysoka. Tajemnicza ze względu na samą prezencję — niepokojącą grafikę okładkową i wiele obiecujący podtytuł Opowieści niesamowite z prozy japońskiej. Wysoka, bo wśród autorów, których opowiadania umieszczono w zbiorze znalazł się cały przekrój znamienitości, poczynając od noblisty Kawabaty, przez dwóch przedwcześnie zmarłych nieśmiertelnych Akutagawę (znanego jako mistrza krótkiej formy) i Dazaia (którego Ningen shikkaku, po polsku niezbyt zręcznie przetłumaczone Zatracenie przed sześcioma laty w wydaniu Czytelnika, jest chyba najbardziej poczytną japońską powieścią po Kokoro Sosekiego), po płodnego Tanizakiego. A nazwisk tych jest dokładnie tuzin (przy niektórych widnieje więcej niż jeden tytuł) i zestawione razem na dwóch stronach spisu treści prezentują się ekscytująco (także ze względu na doskonale gustowny format graficzny tegoż spisu). Koniec końców wyczekiwałem tej lektury i gdy wreszcie zatroszczyłem się o swój egzemplarz postanowiłem rozpocząć od niego nowy rok, bo żywię przekonanie, że te rozpoczynające książki powinny być nieprzeciętne, aby później we wspomnieniach inspirować kolejne lektury.

Spodziewałem się, że historie będą działy się w dawnych czasach, że jak w filmach kaidan dziać się będą w nich rzeczy nadprzyrodzone i niedające się wyjaśnić. Czas akcji zmieniał się jednak w zależności od opowiadania i, co dobitnie pokazała mi późniejsza lektura Opowiadań japońskich w wyborze Krzysztofa Szpilmana, było to posunięcie doskonale przemyślane, niepozwalające znudzić mi się powtarzalną konwencją. Więcej — samo następstwo kolejnych historii miało w sobie coś zaskakującego. I tak oto ja, który dotąd raczej unikałem krótkich form, jeśli alternatywą miała być powieść lub esej, tak się w Opowieściach niesamowitych rozsmakowałem, że kolejnymi dwiema tytułami, po które sięgnąłem, były zbiory opowiadań. Ballada o Narayamie, przetłumaczona zręcznie (z wyjątkiem spolszczeń nazw własnych niezgodnych z dzisiejszą normą Heburna), choć odrobinę staroświecko (rok był 1986, na obwolucie zabrakło choćby słowa o tłumaczce i spiritus movens antologii — Blance Yonekawie), jest jednak lekturą w zupełności dostępną poznawczo (różnice w kontekście historyczno-kulturowym w większości przypadków niwelują liczne przypisy) w przeciwieństwie do dzielących z nimi tytuł nieporównywalnie bardziej kultowymi Opowieściami niesamowitymi Poego, które poprzez archaiczny język zapadły się, podobnie jak Dom Usherów, do wnętrza świata, którego już nie ma. Świat większości opowieści z tego zbioru wydaje się natomiast zupełnie żywy, niezależnie od tego, czy sprawcami zamieszania w kolejnych opowiadaniach są zjawy i demony, czy ludzie.

Wielkie wrażenie robią klasycznie japońskie opowieści o duchach Koizumiego, od których rozpoczyna się zbiór. Zwłaszcza klasyczna opowieść o niewidomym lutniku Hoichim (Miminashi Hoichi), adaptowany wielokrotnie między innymi jako utwór muzyczny z rodzaju heikyoku, czyli kompozycji na głos i biwę solo opowiadających epos rycerski o rywalizacji rodów Taira i Minamoto w okolicy XII wieku (Heike Monogatari). Historię przedstawił na dużym ekranie także niedościgniony Kobayashi w jego kunsztownej filmowej antologii Kwaidan z 1965 roku. Podobnie zresztą jak inne opowiadanie Koizumiego — Na dnie czarki o duchu wypitym przez lorda wraz z czarką herbaty. Kolejne historie w zbiorze powoli odchodzą od Japońskiej tradycji w stronę, najpierw pewnej abstrakcji i bezczasowości, a następnie XX wieku. Nocny połów Izumiego, rozpisany zaledwie na czterech stronach, urzeka i niepokoi swoją szkicowością. Piekieł wizerunek niezwykły Akutagawy ukazuje w pełni wirtuozerię autora jako mistrza krótkich form, prowadząc czytelnika przez małe i większe szkaradztwa i niedole do iście szatańskiej makabry. Szkaradne oblicze Tanizakiego to niezwykle plastycznie napisana, ze wszech miar złowieszcza historia filmu-widmo. Wyczekiwaną kulminacją musi być tytułowa Ballada o Narayamie Fakazawy umiejscowiona gdzieś na bezczasowym bezdrożu, gdzie starcy zgodnie z tradycją dokonują żywota na tytułowej dębowej górze (Narayamie), dziś musi stanowić bliską paralelę dla Midsommar Ariego Astera. Nie sposób wszystkich tych dwudziestu historii opisać, nie wszystkie zresztą równie zapadają w pamięć, ale niezależnie od tego doskonale wzajemnie się uzupełniają. To fascynująca panorama japońskiej krótkiej formy. Zbiór, który intryguje i inspiruje na wielu poziomach, po który warto sięgnąć zarówno ze względu na tajemnicę i niepokój cechujące zawarte w nim historie, jak i na ich niewątpliwe walory literackie oraz ciekawy kontekst historyczny i kulturowy.

Ballada o Narayamie

Opublikowano

Nie wiem, cóżem uczynił, ale zacząłem zmieniać się w demona

Nie wiem, cóżem uczynił

Pieter Bruegel (starszy), Myśliwi na śniegu, 1565

Lubię wracać do zimy 2008 roku z kilku powodów. Ten najbardziej prozaiczny jest taki, że była to ostatnia (do tego roku) archetypowa zima, która zachowała się w mojej pamięci. Chrzęst grubo leżącego śniegu po stopami. Sinorude wieczorne nieba skrzące się nad miejską panoramą milionem spadających z gracją drobinek. Z pewnym rozrzewnieniem, choć niepozbawionym rzecz jasna ironii, wspominam wielogodzinne opóźnienia kolejowe i sparaliżowany ruch miejski. Ta nieśmiała reminiscencja, to nieśmiałe déjà vu zatrzymało nas zresztą wszystkich choć na chwilę przed tygodniem, gdy po dziesięciu latach musieliśmy odpomnieć niespotykany już przecież fakt, że śnieg może przetrwać w przestrzeni miejskiej więcej niż dobę, że może się gromadzić i że trudno cokolwiek naprędce na to zaradzić.

Rok 2008 był też jednak dla mnie rokiem nowego. Przyjechałem na studia do wielkiego miasta i byłem w tym tak rozkosznie zielony. Nie miałem pojęcia ani o tym mieście, ani o sobie, ani o mieście, z którego przyjechałem, ani o tym, dlaczego to zrobiłem. Ale ta symboliczna zmiana wdarła się w moje życie jak burza, rozsierdzona i złowroga, a w kącie ja wciąż niemający pojęcia dlaczego. Wiem jedno — dzięki niej moja zima 2008/09 brzmiała zgoła inaczej niż wszystkie poprzednie. Już wtedy rozumiałem zmianę, która we mnie zaszła, która przynajmniej na tym jednym polu kazała mi zerwać dotychczasowy jałowy ścieg i pognać za nowym, świeżym, nieznanym! Moodog, Fleet Foxes, T-Bone Burnett i Beck otoczyli mnie tamtej zimy i wędrowałem, nie mając za przyjaciół nikogo innego przez ośnieżone pola na skraju miasta, jakbym właśnie przeżywał największą w życiu przygodę, choć tak naprawdę nie spotkało mnie przecież nic nadzwyczajnego. To we mnie się działo, we mnie była przygoda, a dźwięki, które mnie spętały, były ich akuratną emanacją! Samotne wieczorne wędrówki były częścią tego przymierza, zawartego jakby poza mną, ale bezsprzecznie ze mną i przeze mnie. Nowy wszechświat otworzył przede mną swe wrota, mnie samemu szeroko otwierając oczy i uszy.

Zima 2008 roku zaklęła mnie, przeklęła może nawet. Nigdy już nie miałem wrócić do swej pierwotnej formy, jak Nago, knurze bóstwo zmienione mimowolnie w demona po postrzale z łuku w Mononoke-hime. „I don’t know what I have done but I’m turning myself into a demon” — śpiewał mi do ucha Robin Pecknold w bezwarunkowo zimowo-górskiej morderczej folkowej balladzie „Tiger Mountain Peasant Song”. Nawet nie wiedziałem, że to o mnie. W piosence Pecknold opowiada historię przyjaciela (lub kochanka), który napadnięty w lesie przez zbójców przedwcześnie traci życie. Narrator przybiera żałobę i pod wpływem bólu i braku, które jej towarzyszą zmienia się w demona. To akurat niezupełnie o mnie, a przynajmniej wszystko, co sam wiem o żałobie z własnego życia, wskazuje na jej nieodzowność w ludzkim cyklu oswajania śmierci. Sama historia jest jednak fascynująca i na tyle enigmatyczna, że można interpretacyjnie poukładać ją sobie zgoła inaczej. Trochę jak w prozie japońskiej — na pierwszym planie: zmiany zachodzące w człowieku i zmiany zachodzące w naturze. Bo czyż to nie jedno i to samo? Czy ten śnieg nie jest wystarczającym uzasadnieniem i jednocześnie wystarczającym dowodem istnienia we mnie tego demona, którego po dwunastu latach wybudził z letargu?

Rekonstrukcji demona drzemiącego we wspomnianej myśli, w tej nieświadomości, którą się pożywił, w tym śniegu, który zasypał drogi i pola, w tej muzyce, która wyważyła drzwi, w tej burzy, która dotąd grzmi, spróbowałem dokonać w najbardziej adekwatnej formie plejlisty.

Opublikowano

Głos góry

Głos góry

Yasunari Kawabata, „Głos góry”, wyd. Państwowy Instytut Wydawniczy, 1982


Zupełnie przypadkiem moja lektura „Głosu góry” Kawabaty zbiegła się z zapowiedzią przez PIW wznowienia powieści po blisko czterdziestu latach od oryginalnego wydania, które to właśnie znalazłem przed rokiem w antykwariacie. Lektura w dużej mierze kojąca, ale niepozbawiona realnych moralnych problemów i frapującej perspektywy — trochę jak filmy Yasujirō Ozu.

To opowieść pisana z perspektywy ojca rodziny, Shingo Ogaty, który zbliża się do emerytury i jego życie w ostatnim czasie zaczyna przynosić zmiany, które zauważa. Bywa, że nie potrafi sobie przypomnieć nazwiska czy twarzy znanej mu osoby albo tego, jak zawiązać krawat, choć robił to codziennie rano od czterdziestu lat, jego przyjaciele i znajomi umierają jeden po drugim na rozmaite choroby, a on sam zaczyna słyszeć tytułowy głos góry. Zgodnie z tradycją wzywa go tamten świat. Tymczasem na tym świecie jego myśli zaprzątają głównie nieudane małżeństwa obojga dzieci. Często też wraca wspomnieniami do czasów swojej młodości i niespełnionej miłości życia. W centrum powieści pozostaje też niezwykła więź Shingo ze swoją młodą synową, z którą rozumieją się bez słów.

Podobnie jak u Ozu to powieść pozornie pozbawiona zrywów akcji, choć nierzadko całkiem dramatycznie posuwająca się do przodu. Zawieszona w statecznych ramach powtarzalnej codzienności narracja — dramatów, jeśli już się wydarzą, nigdy nie akcentuje w sposób jakkolwiek sensacyjny. To wraz z częstymi wzmiankami o sezonowo zmieniającej się przyrodzie daje poczucie harmonii i naturalności, nawet jeśli Kawabata porusza tematy cokolwiek trudne. Trauma wojenna, zdrady, aborcje i samobójstwa to społeczny krajobraz księżycowy powojennej Japonii. Kawabata jednak jest dla swoich bohaterów łaskawy — oni zaś owszem, jak to w Japonii, nierzadko dywagują, jak ich działania ocenią inni — nie wahając się przy tym, by głośno wyrażać własne — im starszy bohater, tym bardziej niewybredne — osądy.

Sam Kawabata, któremu zarzucałem wcześniej (choć chyba nigdy publicznie), że powtarza te same myśli wielokrotnie różnymi słowami w różnych kontekstach, jest tu bardzo zdyscyplinowany. Kolejne podrozdziały czasem przyjmują formę przyjemnych impresji na temat codzienności, co jakiś czas skrupulatnie poprzetykanych analitycznym strumieniem świadomości głównego bohatera. Formalnie to doskonale nakreślona powieść, tematycznie pobudzające do refleksji ciekawą perspektywą wołanego przez górę bohatera slice of life, czy może raczej jinsei no hitokoma.

Głos góry