Opublikowano

oda truchła do życia

ja

zarys życia

stary druhu,

gdy już wydawało mi się, że śmierć umościła mi posłanie na tyle wygodne, że gotów byłem zatonąć bez reszty w śnie niemożliwie słodkim i głębokim, wybudziło mnie wątłe echo twego głosu.

oto nastał świt. krwawy i niepewny.

zrodził jednak wspomnienie dnia na tyle wyraźne, że wplątał się we wszystkie moje członki i powiódł jak somnambulika — nagiego i ślepego na szlak, który może niegdyś znałem, a może ledwie mi się przyśnił — z żywej rozpaczy za porzuconym przed wiekami łonem.

wydarty tak z jednej sceny, a wklejony w inną, oblepiony sobą samym, zapamiętały w oszalałym zapomnieniu, porzucony na skraju czasu, miejsca i akcji — rozpocząłem mozolną ku tobie tułaczkę.

ratować strzępy tej młodości, która jeszcze nie ustała we mnie. zachować jej istotę na wieczność, choć przez chwilę! sięgnąć jej, pochwycić i trwać tak oburącz kurczowo, nim powiędną cienkie palce — jeden po drugim, a może wszystkie zupełnie w tej samej chwili.

uchwycić się w tym geście, lecz nie w lunatycznym spektaklu odegranym w apatycznej trwodze, nie w dorywczym szale ekstatycznego zapomnienia, gdy zmysły krzyczą głośniej niż rozum i serce; a stojąc twardo i rześko ze wzrokiem bystrym i nowym, choćby wśród krzyków gromkich i głośnych.

Opublikowano

42. Zapach świeżo wydrukowanej książki

99 najfajniejszych rzeczy

42. Zapach świeżo wydrukowanej książki

Czasami ludzie pytają mnie, dlaczego wolę kupować książki niż je wypożyczać. Mówią, że taniej, bardziej ekologicznie, żebym się nie oszukiwał, że przeczytam taką książkę więcej niż raz, jeżeli w ogóle. Że będzie zalegać na półce i zachodzić kurzem. Że kiedyś ją komuś niechybnie pożyczę i ten ktoś najpewniej zapomni i książka przepadnie na zawsze, a wraz z nią słowa, sensy, czas przeznaczony na zaleganie i odkurzanie. I oczywiście moje pieniądze. Że jak się już to miejsce na półce zwolni, to trzeba je będzie czymś zapełnić, bo ta myśl nie da mi spać w nocy, w efekcie czego nieprzytomny i zły będę zmuszony kupić kolejną. I, że tu historia, jak to ma w naturze, zatoczy koło i z pewnością, jak przecież lubi, niebawem się powtórzy. Na to ja uśmiecham się nieśmiało, trochę sam do siebie, wzruszając lekko ramionami. No bo co miałbym na to wszystko odpowiedzieć?

Opublikowano

43. Bubblegum bass

99 najfajniejszych rzeczy

43. Bubblegum bass

O bubblegum bassie rozpisałem się już bardziej obszernie tu i właśnie tutaj odsyłam wszystkich, którzy chcieliby dowiedzieć się, o co w ogóle tyle hałasu. W tym kontekście chciałbym jedynie dodać, że bubblegum bass reprezentuje ideę znacznie większą i fajniejszą niż przetwarzanie wokalnego dziedzictwa „Barbie Girl” przez glitchową elektronikę. Chodzi o przewrotne operowanie estetyką, poszerzanie świadomości twórczej przez włączenie do dyskursu środków peryferyjnych, marginalnych, czasem ekstremalnych. Bubblegum bass na swój sposób stanowi zatem brytyjską odpowiedź na japońskie pojęcia kawaii (cute) i kowai (spooky) w rozumieniu Yasutaki Nakaty i Kyary Pamyu Pamyu jako stylistycznego ying i yang, gdzie przysłowiową beczkę miodu obowiązkowo należy przyprawić kroplą dziegciu. To na swój sposób dźwiękowy odpowiednik stosowania Wordowskich clipartów czy czcionki Comic Sans w edytorstwie. Pozornie wydają się odstręczające i naganne, ale operowanie nimi z dystansem, może nosić znamiona sztuki.

Opublikowano

44. Kameralne koncerty znanych wykonawców w niepozornych miejscach

99 najfajniejszych rzeczy

44. Kameralne koncerty znanych wykonawców w niepozornych miejscach

Kiedyś późnym wieczorem przechodząc koło wrocławskiego kina Nowe Horyzonty, zatrzymałem się na chwilę przy plakacie Konia turyńskiego Beli Tarra. Chwilę wcześniej rozpoczął się przedpremierowy pokaz filmu w ramach trudnego dzisiaj do zidentyfikowania przeglądu. O tym, że obraz do kin ma dopiero wejść dowiedziałem się przypadkiem kilka miesięcy później. Natychmiast przed oczyma zamigotało mi mgliste wspomnienie tamtego jesiennego wieczora, kiedy nieomal nieświadomie miałem okazję uczestniczyć w czymś fajniejszym niż mi się wówczas wydawało. Zapamiętałem to zdarzenie do dziś, choć nie odcisnęło żadnego wpływu na moje życie. Ostatecznie Konia turyńskiego obejrzałem w domu. Podobał mi się.

Wspominam akurat ten moment, bo nigdy nie udało mi się zajść na kameralny koncert znanego wykonawcy w niepozornym miejscu, a istotę jego fajności wyobrażam sobie właśnie w taki sposób. Czasem słyszy się po fakcie, że jakiś powszechnie znany i ceniony artysta dał niezapowiedziany występ na kompletnym końcu świata albo zaprezentował materiał z nadchodzącego albumu garstce szczęśliwców podczas sekretnego koncertu. I nie chodzi nawet o to, że kameralne lokalizacje sprzyjają odbiorowi opartej o prawdziwe uczucia muzyki — że klimatyczna restauracja z urokliwymi okrągłymi stolikami, każdego zwieńczonego światełkiem nieśmiałej lampki stojącej pośrodku, będzie lepszą lokalizacją, by posłuchać, powiedzmy, intymnych reinterpretacji klasyków Billa Evansa niż duża sala Narodowego Forum Muzyki. Chodzi raczej o samo uczucie, być może w danej chwili jeszcze nieskrystalizowane, nieodczytane, że oto zupełnym przypadkiem bierze się udział w czymś szczególnym.

Opublikowano

45. Fistaszki

99 najfajniejszych rzeczy

45. Fistaszki

Moje życie nabrało jako takich barw, gdy zdałem sobie sprawę, że jedną z nielicznych postaci popkultury jest Charlie Brown. Owszem, były takie, z którymi chciałem się utożsamiać — kreacje aktorskie Zbyszka Cybulskiego w filmach polskiej szkoły filmowej, kolejni bohaterowie książek Alberta Camus, bezimienni elokwentni chłopcy z problemami egzystencjalnymi. To jedynie aspiracje, podczas gdy Charlie Brown i ja od samego początku jechaliśmy na tym samym wózku. Ja oczywiście ironicznie, ale czarny humor Charlesa M. Schulza bezlitosny wobec własnych bohaterów był czymś wobec czego nie mogłem przejść obojętnie. O ile Snoopy jako figurka dołączana do zestawów Happy Meal w McDonald’s zawsze wydawał mi się postacią pustą i obcą (choć na swój sposób uroczą), o tyle z Charlie’m, którego poznałem dopiero lat więcej łączyło mnie bardzo wiele. Spojrzenie na świat — nierozłączna mieszanka naiwnego optymizmu z empirycznym pesymizmem. To tyle o mnie. Co w tym wszystkim fajnego? Bezbłędne zestawienie dziecięcej beztroski z bezpardonowymi troskami świata dorosłych, lapidarna rysunkowa forma, którą z wielką wprawą przekształcono w serię nie mniej kultowych filmów z fenomenalną muzyką Vince’a Guaraldiego, wreszcie — żonglowanie znaczeniami, by czytelnika z jednej strony rozbawić, z drugiej wprowadzić czasem w lekkie zakłopotanie, wyrwać z szytego na miarę przyciasnego garnituru i równie przyciasnego dorosłego spojrzenia na świat.

peanuts

Opublikowano

kiedy o świcie usłyszysz mój płacz

ja

portret nocny

na wzór twój i podobieństwo
nakreśliłem bezbarwną kredą własny portret

pod naciskiem mojej lewej ręki
wydała głuchy pisk,
nim wtopił się w asfalt w bezdechu upalnej nocy,
która miała nigdy nie powitać dnia

koniuszki palców i usta
wciąż pieką od papierosów,
wciąż suszy w gardle i pęka głowa

kiedy o świcie usłyszysz mój płacz,
wiedz, że to nie przez miłość, którą utraciłem,
ale przez tę, którą odzyskałem

Opublikowano

Osobliwy nibypamiętnik

jak i >kiedy między 18 kwietnia a 18 maja 2017

>kiedy budzisz się rano z dziwnym śladem na szyi, jakby po ukąszeniu wampira, ale przecież to ty jesteś wampirem

poniedziałkowy poranek, 18.4

»

>kiedy próbujesz wrócić do życia po długim weekendzie

poniedziałkowe popołudnie, 18.4

»

>kiedy techno łączy się z ważną sprawą społeczną

wtorkowe przedpołudnie, 19.4

»

>kiedy przechodzisz przez ulicę, ironicznie skrolując fejsbuka i ironicznie wpadasz pod tramwaj

środowe popołudnie, 20.4

»

>kiedy próbujesz skompilować prawilną trapową plejlistę, ale nagle trafiasz na „teach me how to dougie” i cały plan trafia szlag

środowy wieczór, 20.4

»

>kiedy żul grzebiący w śmietniku na twoim podwórku wygląda i zachowuje się jak michel houellebecq

środowy poranek, 26.4

»

>kiedy masz ochotę wypożyczyć nową książkę, ale przypominasz sobie, że jest święto, więc biblioteki są zamknięte i z pokorą wracasz do czytania tego co zwykle

poniedziałkowe popołudnie, 1.5

»

>kiedy puszczasz ironicznie wałek na bibie i pięknie siada, a następnego ranka słyszysz go w mięsnym, stojąc w kolejce

sobotni poranek, 6.5

»

>kiedy planujesz romantyczny wieczór i próbujesz dobrać idealne szkło do butelki amareny

środowe popołudnie, 10.5

»

>kiedy jesteś wyklętym przez system sowieckim polistylistą o niemieckim nazwisku i składasz hołd muzyce bacha i pamięci swojej zmarłej matki; w kraju jesteś zakazany, a gdy zdobywasz pewien rozgłos na zachodzie, zakazują ci wyjeżdżać; kilka lat później dostajesz udaru, zapadasz w śpiączkę i co prawda wychodzisz z niej, a zsrr się rozpada, ale niedługo dostajesz drugiego udaru i od tego czasu jesteś warzywem

środowy wieczór, 10.5

»

>kiedy niespodziewanie po wielu tygodniach znajdujesz brakującą skarpetkę, którą spisałeś już na straty jako zjedzoną przez pralkę i w afekcie snujesz plany zbudowania z tego małego sukcesu nieskończonej pomyślności

czwartkowy wieczór, 11.5

»

>kiedy o czwartej nad ranem zaczyna wydawać ci się, że życie byłoby prostsze, gdybyś był postacią z anime

niedzielna noc, 14.5

»

>kiedy po całym dniu wypełnionym radosnymi wiadomościami od ikei, wólczanki czy h&m, dobiega 18:00, więc wiesz, że kolejnego smsa dostaniesz najwcześniej następnego ranka

poniedziałkowe popołudnie, 15.5

»

>kiedy dochodzisz do wniosku, że słowo, które najlepiej opisuje twoje życie to „mimowolnie” i kompulsywnie szukasz u doroszewskiego śladów swojej tożsamości

wtorkowy poranek, 16.5

»

>kiedy patrzysz w lustro, ale wciąż masz oczy pełne piasku

czwartkowe przedpołudnie, 18.5

dokonałem samoanalizy: kiedyś byłem zabawniejszy; z tego miejsca pragnę zatem przeprosić wszystkich tych, których dopiero przyjdzie mi spotkać

Opublikowano

W radiu zapowiedziano sztorm

sanfrancisco

Pocztówka z widokiem na Zatokę San Francisco, 1936 r.

Tamten dzień nie wyróżniał się niczym szczególnym. Był jednym z wielu takich samych dni łudząco do siebie podobnych, które zupełnie naturalnie zlewają się po jakimś czasie w jeden i ten sam dzień. A jednak Bill zapamiętał go na długie lata. Z chirurgiczną precyzją udało mu się oddzielić wciąż żywe w nim do dziś wydarzenia owego dnia od wydarzeń wielu innych, które zblakły i mimowolnie rozpłynęły się w czasie. A jednak wówczas nie stało się przecież zupełnie nic, co po ponad 30 latach zasługiwałoby na zapamiętanie. Bill tymczasem często wracał myślami do tamtego ciepłego, pochmurnego dnia, podobnego do wielu innych ciepłych, pochmurnych dni, jakie przeżył w San Francisco. Im bardziej zbliżał się w stronę zatoki, tym intensywniej morska bryza głaskała jego skronie, targała włosy. Tym intensywniejsze były też dudniące odgłosy syren wydawanych przez wpływające do portu i wypływające z niego statki. Tamtego dnia Bill spędził wiele godzin, siedząc na doku i obserwując ten doskonale znany mu spektakl. Gdy przed wieczorem wrócił do domu, w radiu zapowiedziano sztorm.

Opublikowano

Bubblegum Bass, czyli kiedy przyjedzie śmieciarka

bubble

Pamiętacie witch house i niezdrową fascynację piwnicznych indieelektronicznych producentów łączeniem symboli sakralnych z wizerunkiem Lindsay Lohan? Internetowe śmieszki uznały wtedy zagubiony wśród pogłosu elektronicznych burdonów witch house za brzmienie 2010 roku. Jeszcze w roku 2012 niektórzy wskazywali na inspirację stylistyką na kolejnych płytach Crystal Castles. W 2013 nieliczni starali się wykazać fascynację jedynym longplayem tria SΔLΞM na debiutanckim krążku Charli XCX. W 2015 ta sama Charli XCX, drugoligowa, ale coraz bardziej rozpoznawalna i poważana za kreatywne podejście do popu w kręgach alternatywnych wokalistka wpada pod skrzydła tuza bubblegum bassu Sophiego i wspólnie nagrywają ironiczną epkę Vroom Vroom, która dla Charli ma stanowić nowy początek. W 2017 roku piosenkarka łączy siły z producenckim orężem PC Music, sztandarowej oficyny stylu i wraz z A. G. Cookiem, założycielem labelu bez pozwolenia własnej wytwórni nagrywa mikstejp Number 1 Angel. Nieśmiało, ale czytelnie daje znać o nowym muzycznym kursie. Tymczasem w tym roku mijają trzy lata, od kiedy bubblegum bass okrzyknięto memgatunkiem roku i zgodnie z cyklem życia memów już dawno powinna po niego przyjechać śmieciarka.

Bubblegum bass raczkował stylistycznie już pod koniec 2011 roku, ale rozkwitł dopiero w połowie 2013 wraz z powstaniem oficyny PC Music i niemal jednoczesnym wydaniem nakładem wytwórni Numbers. przełomowego singla „Bipp”/„Elle” autorstwa Sophiego. Nazwa gatunku miała być fuzją zapomnianego już w owym czasie stylu bubblegum dance, krzykliwej i przesłodzonej odmiany eurodance’u i coraz bardziej popularnego UK bassu — jednego z podgatunków nowej brytyjskiej tanecznej elektroniki. Sam bubblegum bass od samego początku był w założeniu postinternetowy tzn. inspirowany stylistyką sieci. W tym kontekście do dziś zresztą łączy fascynację offline’ową muzyką lat 80. czy 90. i współczesnym soundcloudowym undergroundem oraz postrzeganie świata przez pryzmat estetyki i poetyki internetowych memów. Dzięki temu jest z jednej strony prawdziwy i adekwatny — dzieje się tu i teraz, operując bliskimi odbiorcy i zrozumiałymi dla niego środkami wyrazu; z drugiej zaś pozostaje ironiczną kreacją czasów społeczeństwa postinformacyjnego.

bubble2

Stylistycznie z kolei bubblegum bass jest bez wątpienia kwintesencją muzycznego dziedzictwa „Barbie Girl”, skąd zapożyczono na jego potrzeby charakterystyczne piskliwe wokale. Nie ucieka od wyrazistych, a nawet pstrokatych elementów, z lubością adaptując kicz do własnych celów, ale potrafi sprawnie przełamać go awangardą, np. zestawiając epatujące słodyczą i niewinnością melodyjne refreny z wielokrotnie połamanymi bitami i gitchhopowym podejściem do muzyki popularnej. Na swój sposób stanowi brytyjską odpowiedź na japońskie pojęcia kawaii (cute) i kowai (spooky) w rozumieniu Yasutaki Nakaty i Kyary Pamyu Pamyu jako stylistycznego ying i yang, gdzie przysłowiową beczkę miodu obowiązkowo należy przyprawić kroplą dziegciu. Istota bubblegum bassu tkwi zatem zdecydowanie w świadomości artystycznej — akcie przetworzenia wielu inspiracji, często pozostających na skraju popkultury (i skrajnie odbieranych: eurodance’u, progresywnego trance’u czy happy hardcore’u), na perfekcyjnie przebojową, ale jednocześnie bezkompromisową muzykę okołotaneczną. To na swój sposób dźwiękowy odpowiednik stosowania Wordowskich clipartów czy czcionki Comic Sans w edytorstwie. Pozornie wydają się odstręczające i naganne, ale operowanie nimi z dystansem, może nosić znamiona sztuki.

Bubblegum bassem zainteresowała się jednak nie tylko Charli XCX. W 2015 roku Sophie wraz z Diplem napisał czerpiący z tej stylistyki utwór dla samej Madonny. Przeboju jednak nie było. Numer rozdarty pomiędzy moombahtonowym mostkiem Dipla a lekkim nosowym hookiem Sophiego okazał się zbyt radykalny i nie zdołał przebić się do radia w owym czasie zajętego już pogonią za wypełnieniem formatu muzyką pokroju Chainsmokers — tanią, układną i nieinwazyjną. Nie pomagało to, że sama Madonna bezpowrotnie straciła moc kreowania muzycznych trendów lata wcześniej. Połowicznie udało się natomiast w Japonii, gdzie mniej więcej w tym samym czasie po pomoc Sophiego sięgnęła królowa tamtejszego popu — Namie Amuro. „B Who I Want 2 B”, rework niewydanego oficjalnie „Physical” Sophiego, wywołał co prawda sporą ekscytację wśród miłośników J-popu, ale głównie ze względu na gościnny udział japońskiego wokaloidu Hatsune Miku. W zeszłym roku współpracę z oficyną nawiązał także wizjoner tamtejszego technopopu, wspomniany już Yasutaka Nakata (siła sprawcza stojąca za Perfume, Capsule i Kyary Pamyu Pamyu), który zaprosił związanego z PC Music Danny’ego L Harle’a do zremiksowania jego solowego singla „Nanimono”, a do kolejnego wypożyczył Charli XCX, by wspólnie z Kyary Pamyu Pamyu zaśpiewały refren jego „Crazy Crazy”. Ekspansji PC Music próbowało także w Chinach, gdzie w swoje szeregi tymczasowo udało im się zwerbować popularną piosenkarkę i aktorkę Li Yuchun (znaną także jako Chris Lee). Mimo wszystko w 2017 roku bubblegum bass komercyjnie wciąż nie istnieje, a stylistycznie zaczyna powoli zjadać własny ogon.

bubble3

Z piwnicy PC Music próbowało wyjść na rozmaite sposoby. Były więc chwytliwe remiksy dla bardziej popularnych artystów i próby stworzenia skutecznego wiralu. Ostatnią, chybioną, była ponadlabelowa współpraca Sophiego z A. G. Cookiem pod aliasem QT. Zapowiadało się poważnie — projektowi patronowało XL Recordings, najpotężniejsza niezależna wytwórnia na świecie, a bąbelkową estetykę udało się wynieść na nieosiągalny wcześniej finansowo poziom — wysokobudżetowego teledysku. Były pastelowe kolory, futurystyczne wnętrza, była twarz QT — modelka, której w myśl założeń autorów nieświadomi słuchacze przypisywaliby autorstwo utworu, a by dodać przedsięwzięciu smaku całość wsparto wirtualną kampanią medialną Drink QT, w której zachęcano do konsumpcji wymyślonego napoju. Gdyby chwyciło, może rzeczywiście trafiłby do sklepów, ale nie chwyciło. Podobnie jak gra na kontrowersje, gdy pod koniec września 2015 roku Sophie zapowiedział, że limitowana edycja długo oczekiwanej kompilacji jego dotychczasowych singli ukaże się w formie sygnowanego jego imieniem silikonowego dilda. Ludzie pukali się w czoło, nikt nie był oburzony. W międzyczasie od kilku lat odkładana jest premiera Reflections, pierwszej epki lansowanej na twarz wytwórni i gwiazdę pop nowej ery Hanny Diamond, która jednak od głośnego debiutu pod koniec 2013 roku nie zdołała zwrócić niczyjego zainteresowania. Może poza swoim własnym.

Inną strategię przyjął Danny L Harle — długo pozostający w cieniu Cooka i Sophiego klasycznie wykształcony wunderkid PC Music, który, podczas gdy bardziej znani koledzy usunęli się w cień, najpierw wydał pierwszorzędną epkę (jedną z nielicznych zresztą jak dotąd w szeregach wytwórni) Broken Flowers EP opartą na motywie z nowej wersji jego pierwszego singla, a następnie bez kompleksów zaprosił na wokale swoich kolejnych nagrań Caroline Polachek z Chairlift i przeżywającą ostatnio drugie muzyczne życie Carly Rae Jepsen (także remiksowanej przez PC Music). Nie zrezygnował przy tym z elementów, które do tej pory charakteryzowały jego styl — błyskotliwego zestawienia trance’owych synthów z glitchowymi przejściami oraz fascynacji prostymi melodyjnymi refrenami, choć wykorzystanie w nagraniach nie tylko naturalnych, ale rozpoznawalnych głosów jednoznacznie pozbawiło Harle’a sarkastycznego tonu, zbliżając PC Music do radiowych plejlist najbardziej w historii oficyny. Pod koniec kwietnia Harle zaprezentował kolejne nowe nagranie „Me4U” — tym razem z anonimową i anonimowo brzmiącą (a więc plastyczną i robotyczną jednocześnie) Morrie w roli wokalistki. Jeśli nie zawodzi mnie wyczucie, Harle pracuje obecnie nad debiutanckim solowym longplayem, który w szeregach muzycznej społeczności skupionej wokół singli, epek, miksów didżejskich i okazjonalnych składanek ustanowiłby co prawda precedens, ale dzięki temu mógłby liczyć wreszcie na zainteresowanie mainstreamowych mediów, podobne do tego, jakie przed dwoma laty towarzyszyło premierze portfolio wytwórni — PC Music Volume 1.

Ale bubblegum bass już dawno wyszedł poza paradygmat londyńskiej sceny, stając się pełnoprawnym muzycznym stylem. Najpierw, jeszcze w 2015 roku, gatunek był integralną częścią metakolażu w ramach zakończonego już projektu Activia Benz presents: Singles Club, a ostatnio internet zalewa fala produkcji ze zlokalizowanego w Dallas netlabelu Pedicure Records, który spektrum muzycznych zainteresowań wyznaczył sobie co prawda znacznie szerzej, ale niewątpliwie zorganizowany w jego ramach twórcy inspirowali się kolegami z naszej strony Atlantyku — Jel: the Digital Dream Girl to skóra zdjęta z jednej z dawnych odsłon GFOTY, More ?Sugar zaś można opisać jako szaleńczy, hardkorowo pędzący przed siebie kolaż wszystkiego, co kiedykolwiek przydarzyło się w bubblegum bassie.

bubble4

Tymczasem PC Music rozpoczęło właśnie miesięczną akcję promocyjną Month of Mayhem, w ramach której każdego dnia maja będą dzielić się nową muzyką. Całość rozpoczęły połamany remix ostatniego singla Harle’a spod ręki A. G. Cooka, rozszerzony producencki take „Lipgloss” z ostatniego mikstejpu Charli XCX i trashowy teledysk do trashowego numeru z zeszłorocznej epki GFOTY. Na przyjazd śmieciarki przyjdzie nam zatem jeszcze trochę poczekać, nawet jeśli wydawało się, że ta jest już za rogiem. Najwyraźniej są jeszcze jakieś inne memgatunki do zutylizowania po drodze.

Opublikowano

46. „Rock Lobster”

99 najfajniejszych rzeczy

46. „Rock Lobster”

Pytania o ulubioną piosenkę potrafią trapić dniami i nocami co bardziej zapalonych miłośników muzyki, zdecydowanie bardziej aniżeli tendencyjnie powtarzane przez rockistowską młodzież w okolicach gimbo-licbazy pytanie o ulubiony zespół. A to dlatego, że bardzo często jest znacznie poważniejsze niż się może nieświadomie je zadającemu wydawać. To deklaracja o charakterze wyznania wiary czy manifestu politycznego. Siła rażenia jest w tym wypadku znacznie mniejsza, ale i tak delikwent wywołany do odpowiedzi ma z tyłu głowy irracjonalną być może myśl, że na swój sposób będzie ona promieniować na całe jego przyszłe życie. I tutaj pojawia się „Rock Lobster” nowofalowej grupy The B-52’s z ich głośnego debiutu z 1979 roku. Piosenka, którą kiedyś podawałem jako swoją ulubioną, gdy tylko zostałem wywołany do odpowiedzi. Któregoś razu przyszła mi do głowy i tak już została. Lubiłem ten absurdalny diaboliczny plażowy twist, dziwaczne inscenizacje, które można było wyprowadzić z jego upiornej narracji i wieloznacznego muzycznego charakteru i nawet dziwniejsze układy taneczne, którymi można było w zaciszu sypialni te inscenizacje urzeczywistnić. A w albumowej siedmiominutowej wersji zdaje się nie mieć końca. Jest szalenie plastyczny — może stać się wszystkim, czego słuchacz tylko zapragnie i istnieje realna szansa, że odnajdzie się w zadanej roli lepiej niż wspomniany słuchacz. Jedyne co należy zrobić to nie ignorować komunikatu umieszczonego z pełną powagą i odpowiedzialnością na winylowym labelu po obu stronach czarnej płyty — PLAY LOUD. Inaczej nic z tego. Tym samym doszliśmy więc do ukrytego sensu tej nieco nazbyt dziwacznej, nawet jak na standardy tego cyklu, pozycji — głośnego słuchania muzyki. Kurtyna.