Opublikowano

Równonoc

Równonoc

Georgia O’Keeffe spotyka Theodora Kittelsena, czyli jak rozgniewać duchy dwóch wspaniałych twórców jednocześnie


Odsuwam czarną zasłonę, której fałdy gęstnieją mi przed oczyma, żeby wpuścić trochę światła. Teraz już jest w porządku, tyle, ile potrzebuję. Wędrówka słońca po wrocławskim niebie lada chwila dobiegnie końca. I w tym konkretnym momencie zakończy się dzień, a rozpocznie noc. Zakończy się lato, a rozpocznie jesień. Przynajmniej tak powinno być, to znaczy pory roku powinny rozpoczynać się nocą. Tak jest bardziej mistycznie i uroczyście. A ludzie mogliby wtedy palić świeczki i biesiadować, by należycie uczcić upływ czasu, zachować tę równonoc w sobie, aby przełączyła się niewidzialna człowiecza przekładnia. Cyk. Skończyło się lato, rozpoczyna się jesień. Następnego dnia budzilibyśmy się jesienni w lekkich płaszczach, stosownych nakryciach głowy, wtuleni w swoje szale, z torbami pełnymi dorodnych kasztanów i bukietami kolorowych liści w słoikach po powidłach na stolikach nocnych.

Odsuwam czarną zasłonę, żeby nasycić oczy, czymś, co być może jest prawdziwe. A przynajmniej prawdziwsze niż kolorowe piksele synchronicznie ewoluujące na dwóch monitorach od świtu do zmierzchu. Pogodziłem się z tym, że to w ich towarzystwie upływa mi lato. Nie myślę już o lecie jako o wakacjach, ani nawet jako o lecie. Myślę o nim jako o dwóch monitorach w sąsiedztwie klimatyzatora. Pogodziłem się z tym, nie rozpaczam. Ale nie potrafię przeżyć tego, że zawłaszczają także wrzesień. A przecież tak łatwo przegapić ten niezwykły moment dojrzałego lata, pęczniejącego obfitością, które coraz śmielej spowija jesienny chłód. To proces, oczywiście, ale jakże go dostrzec, gdy jest się otoczonym ekranami i zakrytym zasłoną. Łatwo jest się pomylić, myśląc — jutro pójdę szukać śladów tego życia, które wciąż świętuje, ale instynktownie czuje już, że koniec jest bliski. Jako człowiek otoczony ekranami nie mam tego rozeznania. Jutro mogą awansem zaskoczyć mnie październikowa szaruga, listopadowa słota, grudniowy śnieg. Równonoc wisi na włosku.

Odsuwam czarną zasłonę, żeby spotkać żywego człowieka. Nawet jeśli to jedynie wylegująca się pod kocem na leżaku sylwetka nieznajomego, zdeterminowana, widać, aby schwytać jeszcze trochę słońca. Może jej pomacham? Może innym razem. Ona przypomina mi, że sam chciałem się wydostać. Inaczej pogrążam się we własnych rytuałach, w uzależnieniach przypominających rytuały, w ułudzie porządku, który ma mnie ocalić przed samym sobą, ale nigdy mu się nie udaje. Nawet to niewiele pączkuje we mnie i rośnie bez ustanku — zajmuje mi półki, głowę, szafy, głowę, blaty, głowę, miejsce pod kaloryferem i za stojakiem na buty, w losowej kolejności, a czasem zupełnie naraz. Czasem przechodzi mi przez myśl, że ten wewnętrzny gwar to być może też jakieś prawdziwe życie. Być może to i ten człowiek łapiący resztki słońca na balkonie to zupełnie to samo. To i wiewiórka uciekająca w koronę drzewa na widok dziecka w ortalionowej kurtce biegnącego z krzykiem w jej stronę.

Zaraz zajdzie słońce. Zasunę czarną zasłonę, wyłączę ekrany i pójdę świętować równonoc, bo świat dojrzewa, a wraz z nim i my. Tego wieczoru tyle w zupełności mi wystarczy. Nasze zdrowie!

Opublikowano

父猫と河童物語

猫の家族

『猫の家族』、国利画、浮世絵、1883年


昔々人間の集落から遠く離れていた村に猫家族が住んでいました。父猫と母猫と子猫七匹がいました。
猫家族の日常生活は安らかでした。夏のときに麦を農家して乾いた木材を集めて野外の競技をやって楽しみました。冬のときに晴れたら雪の中で遊んで、寒過ぎたら家で雪が無事に解けるのを待っていました。
ある日、子猫の遊んでいたら一面に氷が張っている池の氷表面がさっと割れて、子猫が一匹水に落ちました。その子猫のみんなの中で一番ちっちゃい子でしたの。ちっちゃい弟を助けるのを手伝うために子猫兄弟は父猫を呼びました。
一緒に池に着いたら、急に池に住んでいる河童が現れて、彼が子猫を捕まえたのを説明しました。父猫は河童さんにちっちゃい子の魂の代わりに幸せを与えるという金色の羽を要求されました。
父猫はすぐに旅立つのを決めました。有名な金色の羽を持っている鳥は人間の立てた城の中にいると言われていました。「旅路が長くて危ないよと思っています」。

河童

『河童』、国際日本文化研究センター、日付不明


父猫は偉大な平野を通ってちょこちょこ歩きながらいきなり隣の木から小さいものが落ちているのni気が付きました。
近づいてきて、眠り中のコウモリでいるのがわかりました。空を見上げて、「正午ぐらいだ」って思って、コウモリさんを木の枝に下げて戻しました。「進まなきゃいけないよ」。
次の日に森林を取り抜けるとき恐ろしいがおーらしい鳴き声を聞きました。思わずに体がぶるぶるになって、ちょうど目の前に大声で泣いているトラが見えました。
そんなに大きな涙の理由はトラさんの足にトゲが刺さっていました。トラさんは自分で取リ出すことができませんでしたけど父猫の小さい手を使ってビシッとトゲを取リ出しました。
トラさんはとても嬉しくなって「もし父猫は手伝うのが要れば、ぜひ手伝ってあげるよ」という約束しました。
父猫は引き続き旅を進みました。もうすぐ、金色の羽を持っている鳥がいる町に到着しました。郊外でゴミ箱の中で食べられるものを急いで探していたタヌキを見ました。
父猫はにこにこ笑って自分のおにぎりをタヌキさんと共有しました。父猫の親切にしてくれたお返しにお腹がいっぱいなタヌキさんは城に行き方を教えました。
さすがに城は本当に莫大な建物もだったし、たくましい警備員にも守られていました。そんな状況を見たから父猫はなんか凹みました。「どうしようもないよ」ってため息をつきました。

多嘉木虎之助

『多嘉木虎之助』、歌川国芳、相模国の田村川にて多嘉木虎之助が河童を捕らえた様子が描かれている、 浮世絵、 1833-1835年頃


それですぐに父猫の前にざーっと妖精がどこからともなく現れました。妖精は「長いお旅をしながらご親切にしてくれたお返しに今はあたしが父猫さんに手伝ってあげる番です。魔法を使って父猫さんの新しい友達を呼ぶことができますよ」とiました。今にトラさんとコウモリさんが近づくのが見えました。
トラさんが勇ましく城を守っていた警備員と戦っているとき父猫と友達は城内に入れました。
城内で他の警備員はすぐに侵入者が城を入るところを見つけました。タヌキさんは「急げ!」って叫んで騒がしく警備員に向けて手前で見つかったゴミを投げ始めました。
金色の羽を持っている鳥がいる部屋に着いたら鳥が屋根の直下にある檻の中いるのがわかりました。コウモリさんは「俺が手伝ってあげる番ですよ」と寝ている鳥を侵さないように囁きました。鳥に届くように高くまで跳び上がって、金色の羽を一房拾いました。
その瞬間に妖精さんはもう一度現れて、魔法を使って父猫と友達が城から逃げるように手伝ってくれました。
父猫がふるさとに帰ってきたあとで、約束の通りに河童さんと無事に「幸せを与えるという金色の羽」をちっちゃい子猫の息子と交換しました。
猫家族は改めて一緒になって、その後ずっと幸せに暮らしました。ちょくちょく冒険の相手である友達が猫家族を訪ねました。

Opublikowano

Serotonina

Serotonina

Michel Houellebecq, „Serotonina”, wyd. W.A.B. 2019


To całkiem zabawne, ale na zakończenie liceum moja szkoła podarowała mi „Cząstki elementarne” Houellebecqa. I to wcale nie tak, że ktoś docenił lub przecenił moją dojrzałość i wrażliwość — sam sobie ją wybrałem na chybił trafił. Spodobały mi się: nazwisko autora, wówczas absolutnie nieodczytywalne, okładka — od tamtej pory W.A.B wymyśliło chyba z dziesięć nowych szat graficznych przy okazji kolejnych książek Francuza; i oczywiście opis na tylnej obwolucie. Pamiętam jak obśmialiśmy z kumplami z klasy sformułowanie „rozpasanie seksualne”. Jako przeciętny polski licealista po humanie i rozszerzonej maturze z polskiego nie miałem oczywiście pojęcia o literaturze, ale tym razem byłem naprawdę zaintrygowany. Miałem poczucie sprawczości — oto będę czytał dorosłą książkę, którą sam sobie wybrałem, a za którą zapłaciła moja placówka oświatowa. Wtedy tego nie widziałem, ale było w tej wyprawce na świat coś symbolicznego. Wtedy też czytałem tego Houellebecqa jak słowo objawione. Nie było dla niego tabu — pisał, jak jest — nie miałem wątpliwości. Zwłaszcza że już wtedy mówili, że podobno nie ma już Francji i to się wszystko składało co do joty w jeden obraz.

Piszę o tym, bo chociaż lubiłem Houellebecqa i w kolejnych latach przeczytałem jeszcze kilka jego powieści (polecam zwłaszcza „Mapę i terytorium”, bo jest przewrotna, przełamując zwyczajową dekadencję autora wątkiem kryminalnym), od lat nie miałem ochoty do niego wracać. „Serotoninę” kupiłem zaraz po premierze i na trzy lata odłożyłem na półkę. Teraz sięgnąłem po nią, bo potrzebowałem czegoś znajomego, co mnie nie oszuka. I rzeczywiście od pierwszych stron wiedziałem, że na Houellebecqu można polegać. To kolejny tom w jego gorzkiej serii o upadku zachodniego człowieka. Tym razem bardziej otwarcie diagnozuje swojego bohatera już od samego początku — gość w średnim wieku ma depresję, czuje się przegrany, niekochany, wszystko jest bez sensu. Oczywiście jest inteligentny i ma pieniądze. Może więc rzucić wszystko z dnia na dzień i pogrążyć się w roztrząsaniu swojego upadku. Ktoś na obwolucie, jakaś mądra głowa, nie pomnę nazwiska, zasugerowała mocno, że to opowieść o narcyzie, czy nawet pokoleniu narcyzów. Może poniekąd, ale na pewno nie głównie. Nie jestem specjalistą od psychologii, ale to przede wszystkim obraz człowieka, który nie widzi dalszego sensu by żyć, a po dokonaniu drobiazgowej wiwisekcji piórem defetysty Houellebecqa (współczuję bohaterowi takiego autora), coraz bardziej utwierdza się w przekonaniu, że nic dobrego już go nie czeka.

I to jest dobrze opisana historia. Houellebecq co prawda zaznajomionego z nim czytelnika (czyli nie osiemnastoletniego mnie) niczym nie zaskoczy, ale czyta się go dobrze. Oczywiście upraszcza relacje damsko-męskie do aktów kopulacji, ale są też momenty, że sam podgryza i kwestionuje swoje własne teorie, co zawsze jest miłym ludzkim akcentem, gdy ma się przed sobą opowieść sterylnie napisaną przez wszechwiedzącego (czy przynajmniej — nieznoszącego sprzeciwu) autora. Podoba mi się też w „Serotoninie”, że trudniej niż w poprzednich książkach Houellebecqa, przychodzi czytelnikowi przeniesienie osobniczej perspektywy bohatera na ogół społeczeństw zachodu. Z jednej strony to na tej posępnej profetyce pisarz zyskał międzynarodowy rozgłos, z drugiej, z perspektywy, był to jednak chwyt dość tani. Mniej widowiskowa, ale uczciwsza jest taka intymna historia bez wielkiej moralizującej puenty, którą to historię czytelnik może sobie odnieść do czego i jak chce. Dzięki temu, mimo minorowego tonu tej powieści, muszę przyznać (z zaskoczeniem), że żaden inny Houellebecq mnie tak nie podbudował i nie zachęcił do działania jak „Serotonina”. Nie dlatego, że inni mają gorzej. Dlatego, że wiem, że jednak da się inaczej. A przynajmniej warto spróbować.

Serotonina

Opublikowano

Trzech panów w łódce (nie licząc psa)

Trzech panów w łódce (nie licząc psa)

Jerome K. Jerome, „Trzech panów w łódce (nie licząc psa)”, wyd. Zysk i S-ka, 2020


To niby nic odkrywczego, że komedie starzeją się gorzej niż dramaty, nawet jeśli w danej chwili cieszą się większym powodzeniem. Nie powinienem więc dziwić się, że późno dziewiętnastowieczne opowiadanie o wyprawie łódką opisywane jako zabawne, w istocie zabawne nie jest. A przynajmniej nie dzisiaj i nie dla mnie. Mimo wszystko jestem trochę zawiedziony, bo gdy odkryłem całkiem niedawno istnienie tego utworu, zapaliłem się do niego bardzo. Zetknąłem się z opinią (teraz już nie pamiętam gdzie i jak, ale wziąłem sobie ją do serca), że to rzecz nie tylko przystępna, ale też elokwentna, a przede wszystkim to „boki zrywać”. Następnego dnia miałem ją w ręce i zacząłem lekturę — obiecująco. Rys jest taki: mamy trzech angielskich dżentelmenów, którzy decydują się na wspólny rejs Tamizą. Jeden z nich jest hipochondrykiem, towarzyszy im pies, a po drodze czekają ich rozmaite perypetie. Bez szaleństw, ale może się udać.

Początek jest niezbyt lekki, ale niesiony swadą narratora, robi dobre wrażenie. Niestety kolejne rozdziały podobnie cierpią na deficyt akcji, a nadmiar piętrowo budowanych dygresji o wszystkim i niczym. Strumień świadomości napędzany niekończącymi się anegdotami, a akcja, trochę jak w telenoweli, poza kadrem. Bohaterowie przemieszczają się po rzece niemalże tylko dzięki temu, że książkę podzielono na rozdziały. Można więc przyjąć w kolejnym, że są już w nowym miejscu i stąd zacząć nowy łańcuszek anegdotek. Akcja, jeśli jest, to w postaci opisowego slapsticku — ktoś wpadł w rzeki, ktoś zrobił komiczną minę, ktoś się przewrócił. Śmiechu co nie miara. Zapamiętałem dwa momenty, kiedy uśmiechnąłem się do siebie, ale może były trzy, na pewno nie więcej. A czytało się koszmarnie — autor jest człowiekiem inteligentnym, ale pisze kompletnie o niczym w sposób przesadnie zawiły. Styl ma nie najgorszy, tłumaczowi mogę też uścisnąć rękę, gdy będę składał kondolencje — tego czasu, który spędził z tym tekstem, nie odzyska nigdy. Ja koniec końców sam bym się poddał w połowie (próbowałem), ale akurat na urlopie zdążyłem przeczytać już wszystko inne, co ze sobą miałem i nie było wyjścia.

Trzech panów w łódce (nie licząc psa)

Opublikowano

Melanż: 40 utworów — mojego życia, jak dotąd, być może

2021

Melanż

Gdy dawno temu odkryłem w internecie serwisy do katalogowania, oceniania i opiniowania płyt, filmów, książek, czułem, że od tamtej chwili moje życie stanie się lepsze. Nie myślałem wówczas o nich jako o potencjalnych źródłach rekomendacji, skupiłem się na pierwotnej funkcjonalności porządkowania własnej rzeczywistości. A że ta wymagała uporządkowania, nie miałem wątpliwości. Robię to do dzisiaj, bo pomaga mi to zbudować jakiś namacalny szkielet tego, co nienamacalne — system pomocy wizualnych dla otchłani własnych myśli. Ten wpis to na swój sposób odnoga tego podejścia — bezustannego katalogowania wszystkiego. Ale pomimo tego, że katalogowanie pozwala mi odpocząć (bo nie muszę o wszystkim pamiętać), nie jestem zwolennikiem zamkniętych i przesadnie standaryzowanych systemów wyrażania opinii. Sprowadzanie zniuansowanych, czasem ambiwalentnych odczuć, emocji, uczuć, przemyśleń do 3/5 to zwykłe barbarzyństwo. Zakładając oczywiście, że mamy coś sensownego do powiedzenia albo przynajmniej, że czujemy się z tym jakoś, nawet jeśli nie umiemy w pełni tego oddać. W przeciwnym razie to zaledwie przesunięcie środka ciężkości w stronę jakiejś gry pozorów, w której barbarzyństwo stanowi kamuflaż.

Dlatego od czasu do czasu staram się uchylić maski, spojrzeć w lustro i wypowiedzieć pełnym zdaniem, co uważam za jakie i dlaczego. Najtrudniej zawsze idzie mi opisywanie rzeczy, do których mam stosunek emocjonalny, choćby piosenek, które zdążyły zmienić się w obrazy. Postanowiłem więc w ramach ćwiczeń opisać pokrótce czterdzieści obrazów towarzyszących moim być może czterdziestu ulubionym piosenkom. A jak to się stało, że to akurat te piosenki i w takiej kolejności? Barbarzyńskimi metodami sumowania i mnożenia wyników kilkunastu list sporządzanych metodycznie rokrocznie w okolicy czerwca sierpień zeszłego roku wypluł taką listę. Odrobinę z nią polemizowałem, nadal widzę do tej polemiki przestrzeń. Może się więc okazać, że rzeczywistość, którą opisuję, nie jest już wcale tą, którą jestem w stanie wymacać wokoło. Musimy się jednak wszyscy bezapelacyjnie na to zgodzić z tego tylko prostego powodu, że życie jest pracą w toku z góry skazaną na brak satysfakcjonującego zakończenia. Te zostawmy zatem sztuce.

Opisy obrazów, które widzę lub czuję bywają abstrakcyjne, ale bywa też, że łopatologicznie kroczą po śladach oryginalnych tekściarzy. Może niektóre mogłyby stać się zalążkiem większych historii, może nie. Faktyczne obrazy, które im tu towarzyszą, a na których dodatek zdecydowałem się na długo po tym, gdy skończyłem już układać same historie, to kolejny poziom abstrakcyjnego melanżu, przetwarzający idee i uczucia jeszcze inaczej. Wybrałem je nie bez powodu, to często obrazy moich ulubionych artystów, ale ich związek z muzyką i historiami jest kompletnie wrażeniowy. Ale właśnie o tę wrażeniowość tutaj chodzi. Nie zniosę kolejnych opisów muzyki, gdzie recenzent udaje chiruga, robiąc wiwisekcję tego, co sam wysłyszał. To odtrutka, podszyta przeklętą matematyką, owszem, ale tylko dlatego, że nie chciałem spartolić tego bardziej niż musiałem. A może musiałem bardziej niż chciałem?


Melanż

Hester Cox, Szemranie

40.

Bill Callahan „Too Many Birds” 2009 [♪]

Stary dąb na skraju pola obsiadły czarne ptaki, może wrony i siedzą. I te ptaki przelatujące z gałęzi na gałąź, tłoczące się na rozłożystej koronie opowiadają historię, jakiej nie opowiedział żaden człowiek. Próbujesz ją zintepretować. Wtem znikąd pojawia się dzieciak i rzuca w ptaki kamieniem, na co wszystkie zrywają się do lotu. Niebo czernieje w oczach.


Melanż

Francis Bacon, Autoportret, 1970

39.

The Smiths „The Boy With a Thorn in His Side” 1985 [♪]

Jedna z finałowych scen „Lata ’85” Ozona, gdy główny bohater tańczy na grobie swojego zmarłego chłopaka. Tamten wcześniej kazał mu przysiąc, że to zrobi, ale nie dlatego tańczy. To był jedynie asumpt. Tańczy, by wyrazić ten krzyk, którego nie da się już wyrazić krzykiem. Tym chłopakiem jest młody Morrissey, a jego zmarłym kochankiem Oscar Wilde, którego będzie cytował każdym słowem i gestem już do końca życia. Gdy chłopak wraca przez miasto z cmentarza, jego prochowiec faluje nieznośnie na wietrze, a on całym sobą nie przestaje krzyczeć, choć ani na chwilę nie otwiera ust. Nie pozostało mu już nic do powiedzenia.


Melanż

Pocztówka z Poznania lat 80.

38.

Alibabki „Zagrajmy w kości jeszcze raz” 1976 [♪]

O nieprzyzwoicie późnej porze, możliwie przy akompaniamencie gwieździstego nieba i ośmielającej samotności odbywa się uliczny taniec w pojedynkę. Z pas de bourrée wzdłuż krawężnika, a może nawet jazzowym zakończeniem przed opuszczoną budką na wózki sklepowe na parkingu przy supermarkecie. W głowie wciąż szumi wino, a gardło drapie od papierosów. Latarnie to rozświetlają się, to gasną jedna po drugiej, zanim na horyzoncie zacznie majaczyć świt.


Melanż

Oscar Kokoschka, Śpiąca kobieta, 1917

37.

Stevie Wonder „You Are the Sunshine of My Life” 1972 [♪]

Jest letnia noc tak upalna, że masa bitumiczna na ulicach topi się od ciepła, które sama oddaje niczym miejskie morze. Pewne i czarne, poruszające się ze stałą dynamiką, nieśmiało tylko falujące, gdy spod gramofonowej igły dochodzą uszu ciche dźwięki pierwszej tej nocy piosenki, która ma zostać uwieczniona na tym obrazie już na całe życie.


Melanż

Willem de Kooning, Weekend u państwa Krisherów, 1970

36.

Chet Baker „I Fall in Love Too Easily” 1954 [♪]

Szary wczesnomarcowy poranek jest zatopiony w mlecznej mgle, a jegomość w płaszczu sunie energicznym krokiem, pokonując w lekkim podskoku kolejne betonowe krawężniki. Podniesiony kołnierz skutecznie chroni go przed zimnym wiatrem i skwaszonym spojrzeniem mijanej pod drodze staruszki. Mimo utrzymującego się wciąż lekkiego mrozu dla niego już znów zaczęła się wiosna.


Melanż

Rene Magritte, Prace Alexandra, 1950

35.

Lauryn Hill „Everything Is Everything” 1998 [♪]

Znowu coś remontują. W upalny sierpniowy poranek obudził go odgłos młota pneumatycznego, a może piły łańcuchowej. Wygląda przez okno i nie może uwierzyć, że grupa robotników w żółtych kaskach i odblaskowych kamizelkach wycina ogromne drzewo rosnące na podwórku jego bloku — jedyne, które jeszcze uchowało się w tym miejscu. W ciągu kilku następnych dni zaleją to wszystko bezrefleksyjnie betonem i nigdy więcej tu nie wrócą. Nie dowiedzą się więc, że wkrótce ten beton popęka, a przez szczeliny przebiją się młode pędy.


Melanż

Joaquín Sorolla, Falochron, San Sebastian, 1918

34.

Van Dyke Parks „The All Golden” 1968 [♪]

Nim wszystek zaszło, wielkie czerwone słońce pokolorowało sąsiadujący z nim skrawek nieba różem, fioletem i pomarańczem. W powietrzu czuć już typowy dla tej pory jesienny chłód. Tymczasem w pobliskim porcie, świadku tego słonecznego pożegnania i wielu innych — ludzkich, olbrzymi statek daje znać załodze i pasażerom, że za kilka krótkich chwil wybije z portu, by przez wiele dni kołysać się na falach bezkresnego oceanu.


Melanż

Saito Kiyoshi, Deszcz, Paryż, 1955

33.

Étienne Daho „Des heures hindoues” 1988 [♪]

Miasto wreszcie oddycha. Gęste szare chmury kłębiące się nad dachami szeregowców, kamienic i bloków z wielkiej płyty od kilku godzin przed wieczorem wreszcie odważyły się spoufalić z tym betonowym, nadzwyczaj ruchliwym kawałkiem świata. Ulewny deszcz na dobre zakończył wielotygodniowe upały, na które zaczęli narzekać już wszyscy, nawet najwięksi lokalni miłośnicy tropików. Woda zmyła kurz ulic, zakończyła wietrzny żywot topolowych puszków, posprzątała ślady kocich harców w dziecięcych piaskownicach. Miasto wreszcie oddycha.


Melanż

Joan Miró, Czerwony dysk, 1960

32.

Grizzly Bear „Two Weeks” 2009 [♪]

Gdy dni stają się tak krótkie, że okalające je noce bez trudu wpadają sobie w objęcia, zajmuję się śnieniem. Nawet gdy nie morzy mnie sen, w ciemnym pokoju tworzę senny bastion — z poduszek formuję mury, których nie jest w stanie sforsować żadna realna mara, żaden rzeczywisty koszmar. Tak obudowany szczelnie przykrywam głowę kocem i otwieram szeroko oczy, by ujrzeć dalekie światy, do których droga prowadzi przeze mnie, a których nigdy indziej nie mógłbym zobaczyć.


Melanż

M.C. Escher, Trzy światy, 1955

31.

Tamao Koike „Kagami no naka no jūgatsu” 1983 [♪]

Październik zdewastował oblicze uroczego parku, w którym jeszcze chwilę temu popołudniami zwykłem czytać. Ogołocił drzewa z liści i przykrył niby kołdrą nieprzejednaną warstwą chmur smutnych, groźnych, może zupełnie nijakich. Alejki najpierw zasypał zwiędłymi liśćmi, a wkrótce potem zalał mlecznobiałą mgłą tak, żeby doszczętnie skołować błądzącego mnie. Żebym uwierzył, że jedyne wyjście z październikowej matnii jest jednocześnie wejściem głębiej w nią. Jak bezdomny umierający na mrozie z zimna odczuwający nagłą pulsującą błogość, tak i mnie październikowy krajobraz miał uwięzić po drugiej stronie lustra.


Melanż

Georgia O’Keeffe, Nowy Jork nocą, 1929

30.

David Bowie „Heroes” 1977 [♪]

To miasto dziś nie zaśnie. Ja nie zasnę, a dziś ja jestem tym miastem. Jestem światłem ulicznych latarni migających przed oczyma pasażerom sportowego coupe sunącego drogą donikąd. Jestem niekończącą się linią poprzecznie ułożonych podłużnych betonowych kostek, krawężnikiem, o który potknęła się laska w szpilkach i rozdarła z jednej strony kusą cekinową kieckę. Jestem hydrantem, o który opierał się porobiony koleś, gdy po raz trzeci po drodze na przystanek pozbywał się w wielkich męczarniach soków żołądkowych. Jestem gęstym dymem trawy unoszącym się na ledwie podświetlonych klatkach schodowych i za obskurnymi drzwiami z dykty tysiąca i jednego mieszkań. Jestem snem o śnie w jeszcze innym śnie. Spełniam się, pozostając niespełniony.


Melanż

Henri de Toulouse-Lautrec, Wiejska przejażdżka, 1897

29.

Vashti Bunyan „Swallow Song” 1970 [♪]

Wczesny wrześniowy poranek. Na polnej drodze w objęciach rzednącej mgły i bulgoczącego pod kołami błota zjawia się wóz konny. Woźnicą jest młoda kobieta ciepło otulona wielobarwną chustą w kwieciste wzory. Obok niej spokojnie leży mały biały pies ze sterczącymi zawadiacko uszami w brązowe łaty, trochę jeszcze śpiący, ale czujnie obserwujący przelatujące w oddali jaskółki. To będzie ładny, choć chłodny dzień. Lada chwila znowu przyjdzie zima. Gdzie podzieją się wtedy jaskółki?


Melanż

L.S Lowry, W drodze do pracy, 1943

28.

Harry Nilsson „Gotta Get Up” 1971 [♪]

Gdzieś na przedmieściu dużego amerykańskiego miasta naszkicowano czarną kreską typowy dom z przedmieścia dużego amerykańskiego miasta. Obrys wypełniono farbami plakatowymi — trawnik na zielono, niebo na niebiesko, słońce na żółto. Gdy wrysowano w środek ludzi, ci najpierw głównie tańczyli, jedli i pili. Zapraszali innych ludzi, z którymi tańczyli, jedli i pili, ale któregoś dnia znudzeni być może tańcem, jedzeniem i piciem, sami dorysowali sobie szare garsonki i garnitury, i rozeszli się gdzieś poza szkic, wracając do rysunkowego domu coraz rzadziej, a w końcu już wcale.


Melanż

Edvard Munch, Stary kościół Aker, 1881

27.

Virginia Astley „A Summer Long Since Passed” 1983 [♪]

Akcja utworu rozgrywa się dawno temu, albo najlepiej gdzieś poza czasem, w małej miejscowości gdzieś na angielskiej albo francuskiej prowincji, z porośniętymi szacownym bluszczem kamiennymi murami i zadbanymi ukwieconymi gankami. Jest późna jesień, wczesna wiosna albo Boże Narodzenie, a z dużym prawdopodobieństwem wszystkie one jednocześnie. Miejscowość pogrążona jest w nadal porannej mgle, dlatego nie można tego ocenić. Panuje cokolwiek uroczysta atmosfera. Mieszkańcy gwarno wylegają na ulice, by wspólnie udać się na poranne nabożeństwo do niewielkiego białego kościółka nieznanego wyznania górującego nad mieściną z niewielkiego wzniesienia. Kobiety, dzieci i starcy zmierzają we wspólnym kierunku przy akompaniamencie kościelnych dzwonów. W tej miejscowości nie ma mężczyzn, którzy wyjechali, by polec na darmo na cudzej wojnie. Kadr przepełnia nieprzenikniona mieszanka smutku i radości. Wkrótce przez mgłę przedziera się słońce i obraz przykrywa biel światła.


Melanż

Bracia Stenberg, plakat do filmu Berlin: Symfonia wielkkiego miasta, 1927

26.

Sufjan Stevens „Come On! Feel the Illinoise!” 2005 [♪]

Symfonia wielkiego miasta, które żyje i daje życie. Amerykańska fantasmagoria, sen na jawie. Niemy film, dynamiczne zdjęcia ruchu ulicznego kręcone to z perspektywy przechodnia, to z lotu ptaka, czarno-białe jedynie na pierwszy rzut oka, a gdy się w nie wpatrzeć, kolorujące same siebie w barwach żywych, optymistycznych, nowoczesnych, przyszłościowych. Pośród tego gąszczu spaceruje poeta — Carl Sandburg. Wkrótce wszystko to, co widział, spisze z miłością na papierze i zatraci się w tym love story cała Ameryka. Będzie pisał, siedząc przy swoim przepastnym dębowym biurku na osiemnastym piętrze imponującego wieżowca z widokiem na panoramę miasta, wieżowca zrodzonego ze zrozumienia dla rytmu miasta i transcendencji tej niezwykłej więzi. Sto lat później jego duch będzie nawiedzał kolejne pokolenia poetów, którzy rozumieją miasta.


Melanż

Odilon Redon, Święty Sebastian, przed 1910

25.

Ryuichi Sakamoto & David Sylvain „Forbidden Colours” 1983 [♪]

To młodość pragnąca żyć, ale spleciona ze śmiercią. Witalna cielesność mająca nigdy się nie spełnić. Skręcona w wewnętrznej sprzeczności. Urzeczywistniona jedynie podniesieniem ręki na siebie samą. To bezkresna otchłań krzycząca o wypełnienie jej, niezdolna jednak by wyszeptać choćby słowo. Leworęczny sen o różach. Ostatnie tchnienie świętego Sebastiana. Wolność i więzienie. Zbrodnia i kara. Miłość i śmierć.


Melanż

Yayoi Kusama, Galaktyka, 1991

24.

10cc „I’m Not in Love” 1975 [♪]

Na jasnym rozmazanym tle, jakby mikrofragmentu monochromatycznego kalejdoskopu oglądanego pod mikroskopem, istnieje pewne życie. Życie całkiem poważne, a przynajmniej biorące siebie zupełnie na poważnie, tak samo jak my tutaj. Świetliste drobinki tańczą tam ze sobą jedne z drugimi. Łączą się pary, by chwilę później się rozdzielić, wirując beztrosko w kierunku innych drobinek równie wirujących. Potem skupiają się w grupach, migocząc przyjaźnie, do siebie nawzajem i oglądającego je ludzkiego oka, którego nie są świadome. Ta formacja nie trwa jednak długo, kolejne manewry powtarzają się, układając w coś na kształt pulsujących, mieniących się wzorów. To życie całkiem poważne, tak samo jak my tutaj.


Melanż

David Hockney, Większa fala, 1989

23.

Dennis Wilson „Pacific Ocean Blues” 1977 [♪]

W majowy, a może w sierpniowy dzień, zupełnie pochmurny tak, że szarość nieba spotyka się z granatem niespokojnego oceanu, nad krajobrazem góruje zielony klif, gdzie długie trawy wybrzeża falują na wietrze. Niestrudzenie falują pośrodku niczego w sąsiedztwie samego tylko kłębiastego nieba, niepokornego wiatru i wzburzonego morza. Gdy wiatr się wzmaga, niby w synchronicznym układzie tanecznym kłaniają się falą rzędy żółtych i zielonych liści. Jedne zaraz po drugich. Skłon i wyprost, skłon i wyprost, trwa nieme odliczanie. Niebo tymczasem powoli zalewa się granatem, na horyzoncie gromadzą się już burzowe chmury, a powietrze z pewnością byłoby ciężkie, gdyby nie dmący ile sił sztormowy wiatr. Między falami gdzieś w oddali kołysze się rybacka łódź. Czy to spóźnieni widzowie na ten trwający już dłuższą chwilę spektakl? A może to właśnie główny bohater wkracza na scenę, by walczyć o życie wśród fal przy spektakularnym aplauzie szalejących nieopodal traw.


Melanż

Michaił Wrubel, Bzy, 1900

22.

Bob Dylan „Don’t Think Twice, It’s All Right” 1963 [♪]

Kiedy obezwładniające poczucie tęsknoty za tym, czego nie da się odbudować, łamie nam nogi w kolanach, bywa, że w plecy wieje nam wtedy ciepły, przyjazny wiatr wskazujący kierunek marszu. Czasem niewielka, z początku niezauważalna różnica zmienia wewnętrzną pluchę w kojący balsam. To „Nie ma powrotu” Thomasa Wolfe’a albo przyjaciel czekający na nas na stacji, gdy wysiadamy zapłakani z dalekobieżnego autobusu nie dłużej jak dzień po tym, jak nasze dotychczasowe życie legło w gruzach.


Melanż

Jean-Michel Basquiat, Jeżdżąc ze Śmiercią, 1988

21.

Can „Vitamin C” 1972 [♪]

Jeśli w Europie wschodniej kiedykolwiek jeździły cadillaki na resorach, to właśnie wtedy. W analogowej dystopijnej przyszłości, w której mieszały się epoki i kierunki. Tam gdzie w szarych obdrapanych blokach z wielkiej płyty mieszkała somalijska arystokracja w wysokich perukach i podartych jeansach. Gdzie w na wpół opuszczonych miastach gniazdowały flamingi, a Hoffman ze Skórzewskim chcieli kręcić „Prawo i pięść”. Gdzie wszystko musiało zacząć nieodwracalnie wirować i z tego wiru nie było żadnej ucieczki, ale po co uciekać — w tym wirze, nigdzie indziej, spełnia się nasze życie. Ten wir jest naszym życiem. Po co uciekać. Po co.


Melanż

Georgia O’Keeffe, Miejska noc, 1926

20.

Brigitte Fontaine & Art Ensemble of Chicago „Comme à la radio” 1970 [♪]

W mieście drapiących chmury kamiennych wież i czarnych kotów skaczących z najwyższych balkonów zapanowała zima. Zapanowała niepodzielnie i przed wieloma laty tak, że niejednokrotnie wyskakujący z okna kot, jeszcze nim uderzył o zmarzniętą ziemię, sam zdążył zamarznąć na kość — w zależności od piętra. Nie roztrzaskiwał się jednak z hukiem. Spadał miękko na wielometrową śnieżną poduchę, która rosła każdej nocy wraz z kolejną śnieżycą. A wspólnie z nią rosły i kamienne wieże, sięgając powoli już nawet nie chmur, ale gwiazd. A ludzie zamknięci w wieżach słuchali starego radia, w którym nieprzerwanie rozbrzmiewał arktyczny jazz. Jeśli kiedyś przyjdzie odwilż, myśleli, co będzie z odmarzniętymi ciałkami wypadniętych z okien kotów. Ale nikt nie wierzył, że odwilż przyjdzie i faktycznie jak dotąd nie przyszła.


Melanż

Theodor Kittelsen, Sorgen, 1894-95

19.

Joy Division „Love Will Tear Us Apart” 1980 [♪]

Prawdziwa śnieżyca, taka, która zasypuje drogi w miastach i między miastami, prawdziwa grypa, taka, która kładzie człowieka do łóżka w bólach, jakich nie pamięta, prawdziwa rezygnacja, taka, która zrównuje z ziemią wieloletnie przyjaźnie i związane przysięgami miłości. Prawdziwa śnieżyca może przydać pewnej transcendencji szaremu zimnemu dniu, jednemu z wielu takich samych, które nie mogą niczego zmienić. I wtedy, gdy człowiek przesuwa się mimowolnie zupełnie na skraj, sam, brodząc w wysokim śniegu, z gorączką, w ciemności, wtedy ta transcendencja zyskuje namacalny wymiar. Z bajki o padającym śniegu staje się doświadczeniem, które wyprowadza z matni i otwiera oczy.


Melanż

Ferdinand Hodler, Widok na Fromberg z Reichenbachu, 1903

18.

The Beach Boys „Cabin Essence” 1967 [♪]

Bezwietrzne popołudnie upalnego letniego dnia, bezchmurne nienaturalnie niebieskie niebo odcina od złotych kłosów dojrzałego pola pszenicy ostra krawędź horyzontu; dwóch chłopców nieskażonych jeszcze wojną, dojrzewaniem ani technologią włóczy się beztrosko dla zabicia czasu. To gonią się, to płoszą wrony obsiadujące pobliskiego stracha na wróble. Wtem ustają w niemym podziwie — na horyzoncie widać zbliżającą się lokomotywę; wielkie żeliwne cielsko sapie i gwiżdże w mechanicznym tętencie, budząc szacunek i marzenia, o wielkim świecie, który jest gdzieś tam hen, za horyzontem, za którym za chwilę bezpowrotnie zniknie.


Melanż

Diego Rivera, Banan, 1927

17.

Mighty Sparrow „Shango Man” 1967 [♪]

Nowe nie wyrosło na starym samo z siebie, nie zastąpiło go bezczelnie, choćby bezczelnie mu się przeciwstawiało, wyrosło z niego. To wstęp do historii, która dzieje się jednocześnie w trzech różnych światach, które jednak stanowią jedną wspólnotę. Oto Szango, potężny orisza burzy i sprawiedliwości, w okresie handlu niewolnikami przybywa z odległego Kongo na wyspy Trinidad i Tobago w postaci drewnianej figurki ze swoją podobizną. Złupił go i pochwycił jeden z pomagierów na statku w ramach egzotycznego podarunku dla narzeczonej. Ta jednak nie podzieliła zachwytu posążkiem, który wkrótce miał na blisko sto lat spocząć w kącie zagraconej komórki gospodarczej. Dopiero w 1949 roku, gdy budynek rozbierano, zainteresował się figurką bosy chłopak z małej wioski na Grendzie, który wygrzebał ją nielegalnie, błądząc po rumowisku pod osłoną nocy w poszukiwaniu czegoś wartościowego. Wizerunek dawnego bóstwa zafascynował go i postanowił ukryć go w swojej izbie pod posłaniem. Wkrótce duch Szango wstąpił w ciało chłopca i w ciągu zaledwie kilku lat, dzięki sprytowi, urokowi, charyzmie oraz ponadprzeciętnemu talentowi wokalnemu i tanecznemu uczynił z niego Króla muzyki Calypso całego archipelagu. Dzięki temu otworzył pradawnym duchom ludu Joruba drogę do całego Zachodniego Świata. Nie da się ocenić ich wpływu na kształt dzisiejszej polityki większości europejskich mocarstw. Niech o ich sile zaświadczy następująca historia. W 1966 roku podczas jednego z występów Króla Calypso w hotelu Hilton na wyspie Barbados, duch Szango dzięki słowom zaklęcia wplecionego w refren jednego z wykonywanych utworów i frenetycznemu odtworzeniu świętego tańca Oba Koso, wprowadził publiczność w absolutny trans. Zupełnym przypadkiem świadkiem recitalu stał się dziesięcioletni Michel Houellebecq przebywający akurat na wyspie wraz z ojcem. Wkrótce chłopiec zaczął wykazywać się niezwykłą przenikliwością i stawiać swoje pierwsze kroki w karierze literata.


Melanż

Piero Fornasetti, Wazon z twarzą Liny Cavalieri, c. 1952

16.

Nara Leão „Lindonéia” 1968 [♪]

Pewnego zupełnie zwyczajnego wtorkowego popołudnia zupełnie zwyczajna panna zniknęła bez śladu. Zupełnie. Wyszła, jak zwykle na targ po warzywa, ale nigdy nie wróciła. Zostało po niej jedynie jedno małe czarno-białe zdjęcie, na którym wyglądała zupełnie przeciętnie — ani ładnie, ani brzydko. Szukali jej krewni, u których mieszkała. Bezowocnie. Szukali sąsiedzi. Bez skutku. Wywdzwoniono więc policję. Daremnie. Gdy śledztwo wreszcie zamknięto, jeden z komisarzy rzucił żartobliwie, że przepadła gdzieś po drugiej stronie lustra. Nie spodziewałby się. Nie uwierzyłby, gdyby mu powiedziano, że tak właśnie było.


Melanż

Wilhelmina Barns-Graham, Morze i łódź, 1988

15.

Caetano Veloso „Os Argonautas” 1969 [♪]

Mgła przydaje tajemnicy, tworzy klimat historii, nawet jeśli ostatecznie do niczego nie dochodzi, a tym samym nic się nie wyjaśnia. Ale czy mgła jako taka potrzebuje wyjaśnienia? Czy trzeba ją motywować meteorologicznie? Jest więc mgła. I morze. Może być z tych ciepłych, choć nie wiadomo, czy wówczas poszukujący geografowie nie zakwestionują naszej mgły. Dzień i tak jest szary, zupełnie żaden, a morze spokojne, lekko ledwie falujące. Na morzu wśród mgły tratwa. Niewielka, ale solidna. Robota kogoś kto wie, jak buduje się tratwę. Nie chcielibyśmy bowiem naszego bohatera, poety, zatopić przedwcześnie. Bo na tratwie jest poeta. Ubrany, jak to poeci, w byle co, choć z pewną ekstrawagancją. Nie ma jeszcze wioseł, ani żagla, płynie na swej tratwie zgodnie z ruchami morskimi. Ale już niedługo spróbuje im się sprzeniewieżyć, zawalczyć o swoje, pokierować jakoś losem, choćby pozornie, nawet jeśli niekoniecznie swoim. W końcu jest przecież poetą!


Melanż

Nieznany artysta, Autoportret Otto Dixa po 1912 roku

14.

Colin Blunstone „Say You Don’t Mind” 1971 [♪]

To historia starej parkowej karuzeli przez pryzmat jej wszystkich zębatek, trybików i mechanizmów. Karuzelę dawno temu wymyślił stary majster jako emanację natury żywota, który wcale nie jest, jak chcą byśmy myśleli, naprzód, naprzód, ale karuzela, karuzela! Wychodząc z opresji, potykając się i podnosząc, wychodząc na prostą po kolejnym ponurym zakręcie, wciąż skazani jesteśmy na tę samą ścieżkę. Jak inaczej można tę filozofię wyrazić, zwłaszcza jeśli jest się majstrem, jeśli nie konstruując mechaniczną karuzelę z konikami to podnoszonymi, to opuszczanymi niestrudzoną siłą mechanizmu. By to unaocznić lądujemy w samym jego sercu — widzimy jedną nieśmiałą obracającą się w sobie tylko znanym kierunku zębatkę, napędzaną przez metalicznie połyskujący układ, coraz bardziej i bardziej skomplikowany. Podążamy za kolejnymi elementami — tłokami i przekładniami wpisanymi w stalową ramę aż docieramy do olbrzymiego koła stanowiącego podstawę misternej konstrukcji.


Melanż

Egon Schiele, Stare domy w Krumau, 1914

13.

Joanna Newsom „Does Not Suffice” 2010 [♪]

Kiedyś te mury wypełniała miłość. Śmiech dzieci? Niekoniecznie. Ale żyło tu dwoje ludzi, którzy w pewnej chwili naprawdę bez siebie nie mogli. Ile to trwało? Trudno ocenić, czas zatarł już ślady ich wspólnego losu, nie mówiąc nawet o szczęściu. Epizodycznie szczęśliwi — mógłby skwitować rzeczoznawca, patrząc na całokształt, gdyby tylko tym właśnie się zajmował. Ale nawet przyzwyczajenie, które zastąpiło głód, ekstazę, ciekawość, nawet humor, nie oparło się najstarszemu ze wszystkich nadzorców. W tej jasnej sypialni z balkonem widzimy przepastne łoże małżeńskie, tam jest szafa, ruch przesuwanych drzwi czasem sprawia, że drewniane wieszaki na ubrania uderzają o siebie, lekko stukając. Za tymi drzwiami jest łazienka, a tędy, kawałek dalej w korytarzu, do salonu. Tu musiała być kiedyś bogata biblioteczka — całą wschodnią ścianę zaaranżowano w drewnie na półki. Dawno nikt nie zaglądał do ogrodu, a o tej porze roku opadły już prawie wszystkie liście. Może kolejni właściciele uprzątną to wiosną.


Melanż

Katsushika Hokusai, Duch Oiwa, 1831-1832

12.

Brian Eno „Some of Them Are Old” 1974 [♪]

W pewnym starym domu na poddaszu mieszkał zaklęty w dawno zapomniane, kiepsko podrobione Jajko Fabergé duch harmonijnego wypoczynku okazjonalnie przybierający formę fioletowej żaby. Duch ten ponad wszystko nienawidził górnego światła i przez wiele lat szczęśliwie nie musiał mieć z nim do czynienia, aż do czasu gdy po wojnie nie zelektryzowano wsi, a w każdej z izb chaty przy suficie zawisła żarówka. Nie oszczędzono i poddasza, które jednak wciąż spełniało wyłącznie rolę gospodarczą i z rzadka ktokolwiek na nie zaglądał. Duch jednak, choć znajdował się we wnętrzu drewnianej komody, nie potrafił drzemać w swoim jajku, ilekroć któryś z domowników zaświecił górne światło w którejkolwiek z izb. Przeistaczał się wtedy pradawnym zwyczajem w fioletową żabę, której niezwykły rechot był w stanie sprawić, że żarówki w całym domu momentalnie pękały. Za pierwszym razem gospodarze stali się lękliwi wobec nowego wynalazku, zawsze jednak po jakimś czasie wybierali się do miasta i instalowali nowe.


Melanż

Diego Rivera, Nago z liliami Calla, 1944

11.

Dinah Washington „Mad About the Boy” 1961 [♪]

Wiedziała, co ją czeka, gdy zostanie przyłapana. Nie stracą jej na gilotynie. Gorzej. Upokorzą przed całym miasteczkiem tak, aby już nigdy żaden poczciwy mężczyzna nie ucałował jej dłoni, żadna dobra kobieta nie wymieniła z nią serdeczności w drodze na targ. Wywloką ją w nocy w samej bieliźnie na plac centralny, podniosą wrzawę, psy zaczną ujadać, zaraz rozświetlą się wszystkie okna, wyjrzą przez nie niezliczone ciekawskie twarze, na których mieszać się będzie w niejasnych proporcjach podniecenie i oburzenie. Jemu nic nie zrobią, jeszcze razem z nimi będzie ją opluwał, że go — młodego męża i ojca zwiodła z prostej drogi. Może będzie miał tyle godności, że odejdzie pod osłoną nocy, może porwie ją ze sobą, zanim to się stanie. Za każdym razem, gdy opierała nocą głowę na jego piersi, niby do snu, w rzeczywistości wyobrażała sobie nieuchronny moment, kiedy przyjdzie im się rozstać. Nie umiała oddychać inaczej niż przez niego, nie wiedziała, co pocznie, gdy ta skrywana przed światem idylla dobiegnie wreszcie końca. Wiedziała za to, że to nastąpi. Być może jeszcze tej nocy.


Melanż

Pierwszy obraz zarejestrowany przez Kosmiczny Teleskop Webba, 2022

10.

Isaac Hayes „Walk On By” 1968 [♪]

Czasem częściej, czasem rzadziej, ale zwykle raz w życiu zdarza się taki wieczór, kiedy człowiek, zmęczony, przytłoczony codziennością, niezdolny już spojrzeć w niebo, wychodzi zupełnie prozaicznie do pracy na nocną zmianę, do delikatesów całodobowych po mleko, na szybki spacer z psem, a nad jego głową rozlewa się droga mleczna w całym swoim majestacie. Setki, tysiące, miliony gwiazd tworzą niezwykłe układy kolorowych mgławic, planety prężą pierścienie i pulsują, jakby na znak, że im zależy, dziesiątki komet wirują w niepojętym podniebnym tańcu. Ale człowiek, dla którego całe to melodramatyczne i skalą niewspółmierne do sedna rzeczy widowisko się odbywa, nie zauważa nic z tego spod opuszczonego kaptura. Pogrążony w wewnętrznej rozterce, zrezygnowany zamyka za sobą drzwi budynku. Niebieski lament cichnie.


Melanż

José Guadalupe Posada, Artystyczny czyściec, 1904

9.

Duke Ellington „Caravan” 1963 [♪]

Wyobraź sobie, że gonisz kogoś przez miasto wieczorową porą. Tajemniczego jegomościa ubranego jakby odświętnie w coś na kształt czarnego garnituru, ale zakrywającego twarz czymś podobnym do kaptura, ekspresyjnie ewoluującego w stronę peleryny, by chwilę później złudnie zredukować się znów do klasycznej marynarki. Ten jegomość, którego twarzy ani tożsamości nie znasz, sunie przez miasto tanecznym krokiem — zrywnym, pewnym siebie, nastrajającym twoje własne kroki do jednakiej ekspresji, jakby post-musicalowej, ale jednak skoncentrowanej nie tylko na formie, lecz i na celu. On wie, że za nim zdążasz. Musi wiedzieć. Robi to celowo. To przyśpiesza, to zwalnia, a wraz z nim ty, jakby przyciągany i odpychany jakimś zaklętym magnesem. Światła nocnego miasta wirują jak w filmach dadaistów, mrok zakłócają neonowe szyldy, migające z rzadka niecierpliwe latarnie i semafory skrzyżowań. Nie zauważasz, że coraz śmielej pęcznieją czerwienią niekończących się świateł stopu uwięzionych w gęstym ulicznym korku limuzyn. W środku nocy? Co też mogło się wydarzyć? Jakie licho zatrzymało tych biednych ludzi w takim miejscu o tej późnej porze? Tymczasem sam suniesz dziarsko między zderzakami zatrzymanych nagle, wciąż przyjemnie ciepłych pośród chłodu nocy samochodów. Nie zważasz ani trochę na dziwnie jednakowy kształt mijanych aut. Na lśniącą czerń ich karoserii, na wydatne kufry ich bagażników. Na trupio blade twarze kierowców niezliczonych karawanów tkwiących w nocnym korku u bram piekieł.


Melanż

Andy Warhol, Po przyjęciu, 1979

8.

The Velvet Underground „Sister Ray” 1969 [♪]

Tylko dym, brud, tłok i hałas. Po co wy w ogóle tam chodzicie? Jak to, czy to nie oczywiste? Dla dymu, brudu, tłoku i hałasu. Podłoga klubowej piwnicy lepi się wzdłuż i wszerz od niefortunnie niedopitego piwa, a zbyt niski sufit czerni się śladami niedopałków. Powietrze jest gęste od dymu i parującego potu. Tłum jest tak zwarty, że nie sposób przedrzeć się suchą stopą w stronę sceny obudowanej zresztą trudną do przeniknięcia ścianą gitar. Tam na zapleczu jak co sobotę rozkraczona drag queen obrabia fiuta jakiemuś zalanemu w sztok dupkowi, któremu nadal wydaje się, że ktoś uwierzy, że jest hetero. To doskonałe miejsce na najgorszy zjazd narkotykowy twojego życia, nie sądzisz? Doskonałe miejsce, by któregoś razu już nigdy z niego nie wyjść. Do zobaczenia za tydzień, szmato, krzyczysz beztrosko do przyjaciółki ledwie żywa, gdy jej starszy brat podwozi cię pod drzwi rodzinnego bliźniaka z ogródkiem o czwartej nad ranem. Matka rano przy śniadaniu uda, że nie czuje, jak zioniesz szlugami i wódą. Co chcesz na śniadanie, kochanie, zapyta. Pół suchego tosta zapijesz nonszalancko kubkiem czarnej kawy, ogłaszając, że nie jesteś głodna. To doskonałe miejsce, nie sądzisz?


Melanż

Henri Matisse, Bluszcz w kwiatach, 1953

7.

Flipper’s Guitar „Groove Tube” 1993 [♪]

Wir. Wielobarwny, świetlisty, zdający obracać się szybciej i szybciej, i szybciej. Jak księżyc na bezchmurnym niebie, który tym bardziej wydaje się przybliżać, im bardziej się w niego wpatrujesz. W rzeczywistości wir obraca się w swoim własnym tempie, nie zwalnia, ani nie przyśpiesza. Mami oczy wpatrujących kalejdoskopem barwnych wzorów, ustawicznie ewoluujących, jakby w każdej chwili mogły eksplodować, naruszając przestrzeń między wirem a widzem. Nie dzieje się tak jednak. Wir tworzy kolejne iluzje samym swoim istnieniem w umysłach patrzących. Dopiero tam abstrakcyjne świetlne barwy przybierają konkretne kształty, zmieniają się w przedmioty, w postaci, zawiązuje się akcja, pojawiają się emocje i oczekiwania, to tam wir wymyka się spod kontroli, by faktycznie eksplodować.


Melanż

Wassily Kandinsky, Krajobraz zimowy, 1909

6.

Curtis Mayfield „The Makings of You” 1970 [♪]

Jest mroźny dzień. Podmiejska połać opuszczonego parkingu wzdłuż nasypu kolejowego, całkiem zasypana stwardniałym przedwczorajszym śniegiem. Na powierzchni odcisnęły się ślady opon i ptasich stóp. Pordzewiałą siatkę ochronną z wielką dziurą, przez którą w letnie wieczory przechodzą grupy dzieciaków, by swobodnie pić i palić, pokrywa imponująco gruba warstwa szronu. Podobnie jak łodygi rosnących po jej obu stronach długich łąkowych traw. Jakby na tę chwilę przyroda unieważniła ludzkie przeznaczenie tego miejsca. Gdy przyjdzie lato, sytuacja się powtórzy, siatkę obrośnie gęsty bluszcz, którego suche pozostałości można by dostrzec i dziś, gdyby nie szron. Jest po piętnastej, zaraz zajdzie słońce i wszystko na kilkanaście godzin spowije ciemność i cisza. Ale teraz nad horyzontem tkwi wciąż wielka czerwona kula, soczysty grejpfrut zimowego nieba, otulająca je troskliwie odcieniami pomarańczu, różu i fioletu, niby ciepłym płaszczem.


Melanż

Benny Andrews, Nadciąga wiatr, 1980

5.

Townes Van Zandt „Fare Thee Well, Miss Carousel” 1969 [♪]

Każdego dnia przyglądam ci się, gdy myjesz rano twarz, łapczywie połykasz kolejne kęsy skromnego śniadania, zaczepiasz obcych ludzi, którzy nie chcą spojrzeć ci w oczy, czy co tam wypełnia ci dzień, wreszcie upijasz się po cichutku w tanim pubie, szukając odrobiny zainteresowania, które nie przychodzi, aż w końcu niechybnie zasypiasz. Tam gdzie akurat cię zmorzy. A ja czekam. Czekając, łapię się tych małych chwil, kiedy krztusisz się suchym chlebem, pijany upadasz na śnieg, z trudem wstajesz, ale jednak idziesz dalej. One przypominają mi, że kiedyś sam do mnie przyjdziesz, ale inaczej niż kiedyś, gdy z podniesioną głową wykrzykiwałeś, bym cię wziął. Wtedy nie mogłem, wiedziałeś o tym doskonale. Inaczej nie zrobiłbyś tego, co zrobiłeś. Ale teraz? Wystarczająco zrujnowałeś siebie i wszystko wkoło. To już niedługo, przecież wiesz.


Melanż

Otto Dix, Matka z dzieckiem, 1921

4.

Chico Buarque „Construção” 1971 [♪]

To historia, która nie wydarzyła się tak po prostu. Nie przytrafiła się komuś gdzieś. Działa się setki, tysiące, miliony razy, zawsze inaczej i zawsze tak samo. On — zwykły robotnik, wielki poeta, prowincjonalny kochanek, zmęczony ojciec trójki dzieci, murarz i magik, pijaczek i erudyta, mający dwie ręce i dwie nogi, stworzony do wyższych celów i zupełnie do niczego — dokonał żywota, próbując uczciwie związać koniec z końcem. Któregoś upalnego sierpniowego dnia wprowadzając auto do garażu, upadł i już nigdy nie wstał. Przygniótł go betonowy blok na budowie, gdzie pracował na czarno. Nie udało się wydobyć go żywego. Wyskoczył tylko po papierosy, przebiegł jak zawsze przez ruchliwą czteropasmówkę. Na nielegalu, nie miał czasu, stać na światłach. W ostatniej chwili zauważył wielkie cielsko cysterny. Za późno. Rano wypił jeszcze łyk czarnej kawy, ucałował żonę przed wyjściem i rozpłynął się na zawsze.


Melanż

Wayne Thiebaud, Grzbiet ulicy Ripley, 1976

3.

Joni Mitchell „California” 1971 [♪]

To historia bezchmurnego nieba, które zamyka sceny małe i duże, dobre i złe. Towarzyszy Joni Mitchell tęskniącej za domem w wakacyjnej podróży wzdłuż europejskiego wybrzeża Morza Śródziemnego. Ale towarzyszy też kryzysom, wojnom, ponad wszystko katastrofie klimatycznej. To historia beztroskiej ludzkiej tęsknoty podszytej zupełnie realnym lękiem. To historia kolorów. Wielkiego błękitu, głębokiego granatu, kłębiącej, łopoczącej na wietrze bieli, promiennego złota, piaszczystego beżu, nieśmiało pulsującej, gdzieniegdzie wybuchającej zieleni.


Melanż

Mikalojus Konstantinas Čiurlionis, Morze nocą, 1906

2.

The Beach Boys „Surf’s Up” 1971 [♪]

Morze krzyczy. Przez całą noc nie było słychać nic, tylko te fale! Z nieba, zasnutego ciężkimi ciemnymi chmurami jeszcze przez zmierzchem, wciąż nie spadła jednak ani kropla. Gdyby nie wiatr, to byłaby kolejna upalna noc. Już prawie świta, ale to nie będzie jeden z tych namiętnie świetlistych wschodów słońca, którymi reklamują to wybrzeże na pocztówkach. Turyści przyjeżdżają tu i przeklinają to miejsce. Nie śpią po nocach w obawie, że całą wioskę pochłonie wielka fala, jak w legendzie, a na klifach, ale i na dole pod nimi gromadzą się hipisi. Starsi mówią, że to jakiś kult, ale ja myślę, że są po prostu żądni wrażeń. Poza tymi falami niczego tu przecież nie ma.


Melanż

Hurvin Anderson, Scena na plaży, 2003

1.

The Beach Boys „God Only Knows” 1966 [♪]

To ja, wreszcie ja, wracam do domu dziarskim krokiem w słoneczny wiosenny dzień. Na nosie mam okulary w czarnych oprawkach z żółtymi szybkami, jakby pożyczone dwa pokolenia wstecz. Lubię je, nie są różowe, ale przez nie świat wygląda lepiej — trochę jakby nałożyć na niego efekt ze starych zżłókniętych zdjęć, ale tu i teraz. W ręce trzymam swój egzemplarz „Pet Sounds”, niepodobny na pierwszy rzut oka do oryginalnej płyty, w gładkiej zamszowej obwolucie. To specjalna edycja na czterdziestolecie z dodatkowym materiałem wideo, który jeszcze tego wieczoru obejrzę. To moment, który symbolicznie został mi w pamięci w tym melanżu wątpliwych wyborów i niezręcznych sytuacji okresu dorastania jako początek jakiejś nowo odkrytej wrażliwości, która dopiero wtedy zaczęła dochodzić do głosu, a otworzyła dla mnie coś niespotykanie pięknego, a jednocześnie zupełnie prostego, nieco sentymentalnego i naiwnego — talizman niezbędny do przetrwania wśród cyników, którzy zawsze wiedzą lepiej. Niedługo później w melanżu pojawi się kolejny motyw — to znów ja, całkiem spalony leżę błogo na plaży przy akompaniamencie zachodzącego słońca, morskich fal i tej muzyki. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że dotykam absolutu. Ani że, za nic mając wiedzę o naturze rzeczy, wielokrotnie będę próbował do tego wieczoru wrócić choć na chwilę przez kolejne lata. Bezskutecznie.


Opublikowano

Dół

Sedno rzeczy

Andriej Płatonow, „Dół”, wyd. Czarne, 2017


Wpadłem do tego dołu wykopanego przez Płatonowa i nie mogłem się wydostać. Utknąłem. Zupełnie na serio. Fascynuje mnie czytanie o tej książce — przed rozpoczęciem lektury naczytałem się za wszelkie czasy, co uosabia, jak Płatonow z pisarza zakazanego wyrósł w ostatnim trzydziestoleciu na klasyka nad klasykami, etc. Rozpłynąłem się w metafizycznym, ale i merytorycznym wstępie Stasiuka, poczułem się dopieszczony posłowiem tłumacza Adama Pomorskiego. Sam tekst natomiast okazał się matnią. Może miał nią być. Miałem jako czytelnik poczuć ciężar uspołeczniania i odkułaczania. Miała mnie ta porażka nowego socjalistycznego raju wbić w ziemię.

Zakochałem się w stylu Płatonowa od pierwszych zdań. Był niezwykle poetyczny, ale sympatyzował z opisywanymi bohaterami — współtworzącymi rewolucję robotnikami. Była w nim pewna naturalna prostota wyrażająca rzeczy zupełnie abstrakcyjne — czasem dalece intelektualne, filozoficzne, próbujące bez skrupułów zdefiniować to, co było i to, co będzie. Płatonow był przewrotny, tekst był zupełnie niepozorny i całkowicie wywrotowy, pożeniony z narracją — analogicznie równie prostą i abstrakcyjną zarazem. To tylko pozornie opowieść o robotniku, który zwolniony z pracy, wyrusza w podróż w poszukiwaniu sensu życia i staje się trybikiem wielkiej machiny budującej kolektywnie socjalistyczną potęgę. W rzeczywistości to dojmujący portret całej tej potęgi i stojącej za nią machiny. Jest jedno takie zdanie, wypowiedziane przez Nastię, osieroconą dziewczynkę przygarniętą przez robotników, która z czasem staje się dla nich symbolem rewolucji, świetlanej uspołecznionej przyszłości narodu. „Wcale nie chciałam się urodzić, bałam się, że będę miała matkę burżujkę. Kiedy [Stalina] nie było, a żyli sami burżuje, to się nie rodziła, bo nie chciałam! A teraz, jak stał się Stalin, ja też się stałam!”

Szybko jednak styl ten, z początku tak ujmujący, zaczął mnie obezwładniać i przytłaczać, podobnie jak kręcąca się dookoła siebie samej opowieść, wprowadzająca kolejnych bohaterów, kolejne specyficzne wynalazki epoki, przez to stając się dla mnie coraz bardziej nieprzenikniona. Czytając, wyobrażałem sobie „Dół” jako film Tarkowskiego, w którym zbyt wiele męskich postaci zbyt podobnych do siebie, by móc je rozróżnić, prowadzi intelektualne dysputy gdzieś w rogu długiego czarno-białego ujęcia akcentującego księżycowy krajobraz radzieckiej wsi przytłoczonej zimową szarugą. Było w tej opowieści coś bezkompromisowo antyludzkiego, formalnego, oschłego, zdystansowanego — z pewnością celowo — co nie tylko kreśliło sytuację bohaterów wyjątkowo posępnie, ale odbierało szansę czytelnikowi na nawiązanie z nimi jakiegokolwiek kontaktu. Dlatego wpadłem w dół i utknąłem. Straciłem wszelki napęd, by doprowadzić lekturę do końca, aż zebrałem się znowu w sobie i jednym haustem połknąłem resztę, jak połyka się truciznę. Taka to była książka.

Sedno rzeczy

Opublikowano

Sedno rzeczy

Sedno rzeczy

Natsume Sōseki, „Sedno rzeczy”, wyd. Państwowy Instytut Wydawniczy, 1973


Kilka dobrych lat siłowałem się ze sobą nad „Sednem rzeczy” Natsume Sōsekiego. To ponoć najlepiej sprzedająca się powieść w Japonii i absolutnie klasyczna rzecz. Sōseki jest zresztą tuzem wczesno-XX-wiecznej literatury japońskiej, postacią o statusie porównywalnym do naszego Sienkiewicza, który podczas swojej krótkiej, trwającej ledwie dekadę kariery literackiej, stworzył wiele utworów uznawanych za kanoniczne, na czele z „Sednem rzeczy” właśnie. Jedyne fizyczne polskie wydanie ukazało się w latach 70. i książkę tę może nie tyle trudno zdobyć, co trzeba albo zapłacić odpowiednio wysoką cenę, albo znaleźć bibliotekę, która miałaby ją na stanie, co zdecydowałem się zrobić ja. W dystrybucji cyfrowej bez trudu można za to dostać ebook i audiobook.

„Sedno rzeczy” to w gruncie rzeczy dość uniwersalna historia, osadzona w realiach dawnej Japonii końca ery Meiji, o relacji ucznia i mistrza. Formalnie autor podzielił ją na trzy części, ale ja od początku czytałem ją jako dwie komplementarne ze sobą historie. Pierwsza (zajmująca dwa rozdziały) opowiedziana jest z perspektywy ucznia, odkrywającego życie studenta w Tokio, mierzącego się z oczekiwaniami pozostawionej w Kamakurze rodziny. Druga stanowi wyznanie mistrza, człowieka w średnim wieku — posępnego, tajemniczego i samotnego, którego młodość była w pewien sposób paralelna obecnej sytuacji studenta i być może dlatego sensei w pewnym momencie decyduje, by opowiedzieć mu szczerze o sobie. W tle tych wydarzeń, nie bez wpływu na nie, wraz ze śmiercią cesarza Meiji dokonuje się koniec epoki, a rozpoczyna okres mimowolnych podsumowań, przygotowujący na widomie nadchodzące nowe. To podwójna powieść psychologiczna — pokazująca obie postaci z dwóch pierwszoosobowych perspektyw, odkrywająca ich sposoby myślenia o życiu: w szczególności sobie w relacji z innymi i innych w relacji ze sobą. W pierwszej kolejności widzę „Sedno rzeczy” jednak jako powieść o złożonej problematyce moralnej, wnikliwie analizowanej zwłaszcza w trzecim rozdziale z perspektywy senseia na kanwie jego własnej opowieści.

Nie mam narzędzi filozoficznych, żeby jego wnioskowanie czy postępowanie ocenić, ale bez reszty mnie ten wywód zafascynował — także na poziomie stricte fabularnym, bo historia wraz z niewątpliwym twistem w połowie powieści nabiera i rumieńców, i rozpędu. Pomimo dość powściągliwego sposobu opisywania rzeczywistości, akcja toczy się nadzwyczaj wartko, a Sōseki zdaje się nie mieć w zwyczaju wracać do już wcześniej opisywanych wątków, by wprost nadać im nowego znaczenia, co jest dość charakterystyczne dla wielu japońskich autorów. Wyciągnięcie wniosków zostawia na wzór anglosaski samemu czytelnikowi. Jest temu zresztą wierny aż do samego końca powieści, która być może dlatego fascynuje i obezwładnia czytelników od ponad stu lat. „Sedno rzeczy”, w oryginale „Kokoro”, mogące oznaczać zarówno serce, ducha, jak i umysł, to znakomita gimnastyka tak umysłowa, jak i uczuciowa. Kompetentna próba zdefiniowania istoty człowieczeństwa przy pomocy opowieści.

Sedno rzeczy

Opublikowano

Na chuj ja to robię

Fortepianowieloryb i podwodny koncert

Fortepianowieloryb i podwodny koncert Rokuro Taniuchiego


Internet dał mi narzędzia, by zrozumieć, że nie mam światu nic do przekazania. Że są lepsi ode mnie. Sprytniejsi. Że trzeba się stale gimnastykować w tych wirtualnych igrzyskach, ale bardziej dlatego, żeby samemu nie mieć sobie nic do zarzucenia, bo czy tę gimnastykę dostrzeże jeden z drugim, czy poklepie po ramieniu na tyle sugestywnie, by cyfrowa masa podchwyciła, to ślepy los. Mimo wszystko boli, zjada od środka, że nie udało się zmonetyzować jakiegoś szitu, który wypełnia mi głowę od dziecka, gdy jeszcze było mi wszystko jedno, co o mnie myślą. Teraz gdy wewnętrzną poprzeczkę żenady mam zawieszoną wyżej niż mój nastoletni kuzyn, czyli mój wewnętrzny gimbus został bezpowrotnie utracony, muszę aspirować do poklasku wśród ludzi dojrzałych, uformowanych i, co najgorsze, także aspirujących.

To w sumie to samo gówno — karmienie kogoś czymś, czego nie potrzebuje do szczęścia. Jak ci przerysowani akwizytorzy, którzy w Telezakupach najpierw kreują absurdalną potrzebę, żeby następnie zażyczyć sobie sporo za jej optymalne zaspokojenie. Tu cena jest dla jednostki niewygórowana. Liczą się zasięgi. Wiadomo, że większość lajkujących jedynie omiata oczyma nagłówek, któryś przeskroluje do połowy i czuje, że nabył legitymację moralną, żeby zostawić komentarz. 68% zdań jest za długich — doradza WordPressowe SEO w mobilnej wersji popularnego niegdyś w kolorowej prasie testu sprzątaczki.

To gówno nawet większe o tyle, że w rzeczywistości nigdy nie zabiegałbym, żeby ktokolwiek z tych, na których aprobacie teraz mi zależy, rzeczywiście mnie polubił. Sam trochę pogardzam ich dojrzałością, uformowaniem, ciągłymi aspiracjami, kolejnymi projektami, szerokim kręgiem znajomych, ale najbardziej chyba stwarzaniem pozorów, że wszystko mają pod kontrolą, że są ogarnięci na tyle, że nic w ich życiu nie dzieje się przez przypadek, że dobre decyzje podjęte przed laty do dziś procentują. Wiem, że oni pogardzaliby moim kluczeniem bez sensu, pewnie trochę byłoby im mnie żal, że moje projekty to wydmuszki bez żadnego kapitału, ale ogólnie by nie zrozumieli. Nie winię ich za to. Sam siebie nie rozumiem na tyle, żebym był skłonny próbować się bronić. Ale to tylko gdybanie. Nie wiedzą o moim istnieniu, a gdyby nawet który trafił na mój szczerzący wybielone w Photoshopie zęby awatar, pomyślałby niechybnie, że jest wśród swoich. A ja tym samym jednocześnie i odniósłbym sukces, i poniósł porażkę. Udało się, masy lajkowej przybywa, plan wykonany, mogę na chwilę zamknąć laptopa z zadowoleniem. Byle tylko nie zbliżać się do lustra, bo wtedy na mojej twarzy bez wątpienia wymaluje się pytanie — na chuj ja to w ogóle robię.

Zwłaszcza że obecnie znaleźć kogoś, kto nie jest twórcą, sprawa stracona. Szukanie igły w stogu siania. Każdy coś tam pichci, kreuje, uploaduje, streamuje, publikuje, wkleja. Dwuakapitową pięciogwiazdkową recenzję przecenionego smaru do nart na Allegro, rapowany utwór-żart, w którym wszystkie słowa rozpoczynają się na literę „t”, pierwszorzędne instagramowe food porn na podstawie przepisu Olgi Smile — w najlepszym razie tylko tyle. A dalej tylko lajki, reakcje, komentarze. Sens życia według Monty Pythona. Jestem wart tyle, na ile mnie wyceniają. Nawet jeśli sam w to nie wierzę, to źle mnie to pozycjonuje, jeśli moje, elokwentne (naprawdę, robię co mogę) komentarze rzeczywistości nie dostają należnych im szerów na Twitterku. Zamiast the real thing, wciąż jestem wannabe. To jak bycie wybieranym na wuefie jako ostatni, zakładając, że ćwiczących są miliony. Bardzo chcesz zagrać w piłkę, jesteś w niej taki sobie, ale łudzisz się, że któryś z kapitanów cię dostrzeże. Przykujesz jego uwagę czymś innym. Na pewno tak będzie, prawda? Ostatecznie umierasz niewybrany, skład na boisku dawno się zmienił, nikt nie wie nawet, że istniałeś.

To tylko kwestia czasu, zanim to się stanie. Nawet wielka sława, pomnik trwalszy niż ze spiżu nie gwarantuje nieśmiertelności. Przegryw czy wygryw, aspirujący czy na wyjebce, czas nas posprząta równo. Co zostanie z oceanu instagramowego kontentu, gdy porządnie jebnie? Jak byłem dzieciakiem, czasem wyobrażałem sobie taką postapokalipsę — świat w gruzach, bez prądu, bez technologii, no i dziedzictwo kulturowe świata przepadło. Tylko ja jakimś cudem się ostałem. To mnie motywowało, żeby uczyć się ulubionych piosenek na pamięć, żeby nawet, gdy wszystko przepadnie, żyły we mnie, dopóki sam nie zejdę. To mi wystarczało. Życie wykraczające poza moją własną świadomość mnie nie interesowało. Po zatoczeniu kolejnego koła na tym samym odcinku, dochodzę do wniosku, że oczywiście w swoim naiwnym idealizmie miałem całkowitą rację, ale gimbowego Tube’a bym tym nie podbił.

Jeszcze zanim mogliśmy się pokoleniowo przekonać o sile internetu — o pop-upach z agresywnym porno z uciekającym iksem, armiach botów-hejterów zarzucających przynęty, jedynej prawdziwie demokratycznej kulturze (kulturze memów), wiralach premiujących tanie efekciarstwo i globalnych korporacjach, którym pozwalamy przejąć pełną kontrolę nad naszym życiem z ucałowaniem dłoni. Zanim to wszystko stało się jasne, mogliśmy żyć bajeczką o prawdziwie egalitarnej platformie edukacyjnej, która bawi, ucząc i uczy, bawiąc. Czasem chciałbym, żeby internet się skończył, jak w „W pętli ryzyka i fantazji” Hamaguchiego, zamroziłby go nieodwołalnie jakiś uberwirus bazujący na resztkach naszego poczucia wstydu (jeśli jeszcze jakiekolwiek jest) i musielibyśmy cofnąć się do epoki codziennych papierowych gazet, potęgi telewizji i kolorowych magazynów, zamawianych przez katalogi wysyłkowe płyt DVD, CD, czy kto co tam lubi. To oczywiście czysta fantazja w kontekście globalnym, ale może istnieje sposób, żeby samemu mieć na tę część świata zupełnie wyjebane. Zająć się stolarką artystyczną, wyjechać w Bieszczady, dać się jebać pośrednikom na hajs, a samemu wyrzucić całe to intelektualne porno, które nieustannie trzyma nas w garści — nie tylko sołszjale, ale całą tę pętlę nowych seriali czy traczków, które koniecznie trzeba strumieniować, te naruszające nasze granice niusy o wszystkim tym, co niezależnie od tego, czy poświęcimy temu ledwie wycinek naszej uwagi, czy spędzimy nad tym trzy dni i trzy bezsenne noce, czy nigdy to do nas nie dotrze, i tak, jeśli będzie musiało nas dziabnąć i pokrzyżować nam plany, to z całą pewnością to zrobi.

Może cała edukacja została już wykonana? Może słyszałem, widziałem, czytałem już wszystko, czego potrzebowałem. A nawet jeśli nie, może jestem przygotowany na wielką offline’ową przygodę? Może tyle mi starczy. Może nie muszę mieć wszystkiego. Może lepiej będzie mi się zasypiało, po całym dniu grzebania się w ziemi, zamiast ustawicznego klikania bez sensu. Tak sobie fantazjuję i wiem, że chuja z tym zrobię. Moje życie offline, moje „Bieszczady”, to jedyna rzecz, która może mnie uratować od samozagłady, i jednocześnie jedyna, na którą nigdy się nie odważę. Będę plątał się w ułudzie, że może jednak jakimś cudem uda mi się wyrwać z pętli. Moje przekonanie o własnej zajebistości i świadomość tego, że wciąż pozostaję zupełnie nikim, w końcu zaczną rozjeżdżać się do tego stopnia, że wyląduję na psychotropach, a jeśli będzie mnie stać, zafunduję sobie kryzys wieku średniego, że hej. Utknę na amen, a nawet jeśli ucieknę, wrócę tam, gdzie wcześniej utknąłem.

Wszystko to z jednego tylko powodu. Że do tworzenia potrzeba jednak przede wszystkim poklasku. Inwencja, ten bulgoczący we łbie szit, ma swoje lepsze i gorsze momenty. Czasem musisz się wygadać, wykrzyczeć, bywa, że zamieniasz wybuchy stykających się neuronów na własnoręcznie wydziergany na drutach sweter, ale po co ci ten sweter, jeśli nikt go nie zobaczy. Dobrze, że masz Instagrama. Dzięki niemu zobaczą go wszyscy. Bywa też jednak tak, że ten sweter wyjdzie ci zupełnie chujowo i twoi „wszyscy” ograniczą się do trójki znajomych i jednego randoma — miłośnika stylistyki „tak chujowe, że aż urocze”. Niezależnie od tego, czy wyjdzie, czy nie, jeśli masz zdrowie, kolejnego dnia powinieneś pokazać kolejny sweter. I kolejny. Inaczej lekkomyślnie roztrwonisz zgromadzony kapitał czterech lajków, do których nie będzie już powrotu. Twoje cztery lajki, twój społecznościowy, ba!, życiowy peak, jedyny naprawdę miarodajny sposób, by obiektywnie ocenić wielkość twojego sukcesu, już nie wróci, jak byś się nie starał. Brawo! Odebrałeś lekcję. Jedyną, jaką mógł dać ci szerokopasmowy internet: przegrałeś. Nie masz najwyraźniej światu nic do przekazania.


Epilog:

Większość tekstu powstała w przypływie olbrzymiej frustracji twórczej w samym sercu pierwszej fali pandemii. Niedługo potem napisałem na jego podstawie swój pierwszy (i jedyny) boomerrapowy kawałek, którego ostatecznie nigdy nie nagrałem, co sam sobie poniekąd przepowiedziałem tym tekstem. Sam tekst dokończyłem teraz w odpowiedzi na własny writer’s block jako formę self-made terapii zajęciowej i chociaż jego ogólna wymowa to totalnie prawda, jego ekspresyjny i bezpośredni styl różni się dość znacząco od miejsca, w którym znajduję się obecnie. Co prawda niezmiennie chciałbym uciec w „Bieszczady”, ale sołszjale mam naprawdę już zupełnie gdzieś, stąd emocjonalna nuta powyżej ma raczej charakter dokumentalny, może satyryczny. Owszem obnaża też bezsilność człowieczka, któremu nie wyszło, ale hej, było — minęło. Wydawać się to wszystko może potwornie egocentryczne, bo piszę pierwszoosobowo, ale zdaję sobie sprawę, że jest masa świetnych ludków w sieci, których treści giną w gąszczu rzeczy znacznie mniej ciekawych (subiektywnie, wiadomo). Może nie jestem aż tak empatyczny, jak bym chciał, ale wiem też, że nie sposób przepracować cudzych traum. Mogę opisać co najwyżej swoje, licząc na to, że ktoś pomyśli, że on też tak ma. I może to jakoś pomoże. Wszyscy chwalimy się sukcesami, uśmiechamy się na Instastories z barwnymi koktajlami w łapkach i wydaje się, że tej przestrzeni, by otwarcie zmierzyć się z porażką, wcale nie ma. Ja sam musiałem odczekać z publikacją do momentu, kiedy poczułem, że to mnie już nie dotyczy, ale były momenty, że frustracja tym, że utknąłem gdzieś pośrodku, że życie zmusza mnie do siedzenia na nudnym etacie, podczas gdy miałem przecież zdobywać szczyty, a internet od dziecka był moim domem, doszczętnie warunkowała moją samoocenę i przepełniała mnie bezsilność i gorycz, że to miało być inaczej. Koniec końców wróciłem tam, gdzie zacząłem — do miejsca, w którym wszystko, co robię, robię dla siebie. Nie będę pisał piosenek, scenariuszy, opowiadań, recenzji. A może właśnie będę, kto wie…

— Z wyrazami szacunku i niezmiennymi życzeniami powodzenia. K.L.

Opublikowano

Nieodwracalnie zapewne

Kurtek poza strefą komfortu

Kurtek poza strefą komfortu, fot. Emiko, 2017


Kurt, przygotowaliśmy dla ciebie momenty! Siadaj i patrz, zgromadziliśmy pamiątki twoich cyfrowych sukcesów. Mamy wspomnienia tych szczęśliwych chwil, zapis dni, kiedy naprawdę żyłeś. Patrz, jaki znakomicie ponury żart wykroiłeś! A ile lajków! Podziel się nim znowu, ożyj trochę dawną energią. Zaznaj wigoru własnej młodości! Ostatnio ewidentnie ci go brak. Skąd ta wroga apatia? Napisz nam, jak możemy usprawnić twoje doświadczenie. Chcemy wiedzieć, co robimy nie tak. Chcemy wiedzieć, jak ci pomóc. Potrzebujesz naszej pomocy, potrzebujesz nas, by sam istnieć. Bez nas cię nie ma. Twój wirtualny dobrostan, twoje cyfrowe odbicie, twój numeryczny portret zależy od nas. Porzuć offline’owe smutki, dołącz do nas, gdzie możesz wreszcie stać się tym, kim zawsze chciałeś być. To inaczej nie wyjdzie. Tylko tutaj może ci się udać. To jedyne życie, w które warto. Spójrz, jaki byłeś zabawny, jaki byłeś lubiany, i zapłacz nad tym, jak to zaprzepaściłeś. Jak nikt już cię nie widzi, nawet jeśli coś tam wymodzisz raz na jakiś czas. Zapłacz i uderz się w piersi. Zdradziłeś nas, ale my cię przyjmiemy. Wciąż możesz jeszcze mieć to wszystko, o czym zawsze marzyłeś. Wystarczy, że wrócisz. Wszystko jeszcze możesz.

To zabawne i przerażające, w gruncie rzeczy oczywiste, ale wymagające osobistych odkryć — jak dobrostan cyfrowego jestestwa karmi się zupełnie realnym smutkiem. Jak pozorny kontakt przez szklaną szybę stanowi formę autoterapii. Jak najlepsze memy rodzi nie wrodzony śmieszkizm, a życiowy tragizm memiarza. Jak tweety pisane capsem (faktycznym i metaforycznym) krzyczą przede wszystkim: zauważ mnie, zauważ mnie. Piszę o sobie, nie wyjaśniam nikogo innego, ani tym bardziej nie wartościuję, choć niewątpliwie odbieram dziś pewne sygnały inaczej. To mnie fejsbuk przypomniał dziś niezapomnianą paradę memów sprzed pięciu lat, codzienne fejsbukowe brylowanie, rolę, której zawsze pragnąłem, od kiedy tylko poznałem internet. Rolę, której do niczego nie potrzebuję, od kiedy nauczyłem się wyłączać komputer wieczorami i w weekendy. Rolę, która nigdy nie stałaby się moim udziałem, gdybym jak powietrza nie potrzebował ludzi. Nie, że miałem im coś do powiedzenia. Inaczej, nie, żebym się wówczas odważył powiedzieć cokolwiek naprawdę. Potrzebowałem jedynie wypełnić — ich awatarami, wymienianymi bezrefleksyjnie uprzejmościami, okazjonalnym „czy wszystko w porządku”, na które mogłem dowolnie skłamać — ciemną pustkę, którą miałem wtedy wkoło. Starałem się być błyskotliwy i liryczny, jakby od tego zależało moje życie, bo w zasadzie na jakimś poziomie — zależało. Mnie zależało, żeby parada czarnego humoru nie zamieniła się w orszak żałobny. A dziś fejsbuk pyta mnie — ale było fajnie, co? Przeżyjmy to jeszcze raz.

Terapia miała też inny wymiar. Były spotkania z psychologiem negującym konieczność rozpoczęcia faktycznej terapii. I byłem ja, który czułem, że całe moje dotychczasowe życie zostało przeżyte za mnie. Że wybory, których dokonywałem były pozorne. Że nie byłem w stanie odważyć się dotknąć czegokolwiek, czego tak naprawdę chciałem. Byłem przykrym pragmatycznym tchórzem, który zdał sobie sprawę, że jego wszystkie wcześniejsze decyzje determinował strach przez nieznanym. Po autodiagnozie w ramach samozaordynowanej terapii postanowiłem więc rzucić się w wir tego, czego tak bardzo się bałem. Nieznanego. Zagadywałem do obcych ludzi, chodziłem samemu do knajp na drinki, szukałem szczęścia w objęciach nieznajomych. Nie zrobiłem niczego szczególnie głupiego, ale wielokrotnie wychodziłem ze strefy komfortu, dla samego tylko udowodnienia sobie, że to możliwe. Ta namiastka prawdziwego życia, bez strachu przed strachem, pokazała mi dwie rzeczy: że mogę i że nie muszę.

Stopniowo wróciłem do własnej skorupki, a kramik z memami zwinął się sam. Poza tym raczej kiepski ze mnie interneciarz. Za bardzo gardzę dosłownością, żebym mógł przełknąć swoją codzienność bez jakiegoś paradoksu, w którą mógłbym ją odziać. Zbyt mało jestem błyskotliwy, a za szybko męczą mnie schematy, by ją odziewać bez końca. To jak stanie na palcach przez cały dzień. Gdybym był naprawdę nieszczęśliwy, bardziej naturalnie przychodziłoby mi prowokowanie kolejnych „czy wszystko w porządku”. Ale tak się składa, że akurat wcale nie jestem.

Opublikowano

Niewidzialne potwory

Niewidzialne potwory

Chuck Palahniuk, „Niewidzialne potwory”, wyd. Niebieska Studnia, 2010


Gdyby „Niewidzialne potwory” miały zostać przeniesione na ekran kinowy, adaptacją powinni zająć się wespół Pedro Almodóvar i Quentin Tarantino. Ten pierwszy otoczyłby opieką queerowych bohaterów, a ten drugi nadał pokręconej akcji pełnej cynicznego humoru odpowiedniej barwy i dynamiki. Mimo wszystko „Niewidzialne potwory” pozostałyby telenowelą, nawet gdyby twórcy zdecydowali się pozbyć się uderzającego czytelnika obuchem zakończenia.

Nie ma w tym zakończeniu zresztą niczego złego, bo Palahniuk wykroił je z tej samej tkaniny, co całą książkę. Sięgnąłem po nią, bo potrzebowałem czegoś niespodziewanego, nieszablonowego, niesłychanego. Niesłychanego czytadła, jak się okazało. Post-popkulturowego harlekina, który z jednej strony rozkosznie ironizuje wszystko, z drugiej na płaszczyźnie samej historii jest zupełnie tym, co sam wyśmiewa. Oto historia supermodelki, która w wyniku wypadku traci pół twarzy. Zrezygnowana poznaje transkrólową i postanawia uciec z nią w nieznane. Tym samym to w sumie powieść drogi, ale poszatkowana narracja, oparta od pierwszych do ostatnich stron na tym samym tricku fotograficznych przeskoków, skutecznie zaciera to wrażenie. Historia jest dziwaczna, nieźle opisana, nieobiecująca niczego, ale w sumie angażująca. Bywa, że Palahniuk uwodzi czytelnika jakimś porównaniem czy metaforą, chociaż jego głębsze obserwacje na temat plastikowej Ameryki i szeregu jej produktów, przemycane co rusz, niezbyt subtelnymi małymi dawkami, nie odkrywają, nomen omen, Ameryki. Niemal wszystkie postaci poza główną bohaterką są w jakiś sposób LGBT, a ich podejście do własnego ciała i seksu koresponduje z podejściem bohaterów Tarantino do przemocy. Tym samym sceny seksu są rachityczne i cyniczne, ale niczym sieć oplatają całą tę historię.

Koniec końców, chociaż główna bohaterka zdaje się przeżywać jakieś katharsis, ja odczułem zgoła co innego. Oto zamknąłem tę książkę na zawsze, mogę o niej uczciwie zapomnieć. To była wcale nie najgorsza przygoda, ale już wystarczy.

Niewidzialne potwory