Opublikowano

Z rewizytą w repozytorium rockowych dinozaurów

Rolling Stone's 500 Greatest Albums of All Time

Rolling Stone w ogniu, ale na powierzchni

Cały tekst do odsłuchu jako podcast na Spotify.

*

Rolling Stone wypuścił we wtorek nową wersję swojego kanonicznego zestawienia 500 najlepszych albumów wszech czasów oryginalnie opublikowanego w 2003 roku. Jak sami piszą we wstępie, był to najbardziej poczytny artykuł w historii ich wydania online z 63 milionami odsłon od czasu zamieszczenia. Ja sam dołożyłem do tego wyniku swoją cegiełkę, podejrzewam nawet, że nie raz. Sława tego rankingu dotarła do mnie, gdy byłem jeszcze dzieciakiem i nic dziwnego, że było to pierwsze miejsce, gdzie zwróciłem się, gdy wreszcie dorosłem do zabrania się za swoją muzyczną samoedukację. Oczywiście nie było to najlepsze miejsce — tamta lista potwierdziła najgorsze stereotypy o redakcji Rolling Stone’a, który owszem, przez lata kształtował amerykańską popkulturę, ale mentalnie i stylistycznie zatrzymał się w czasach swojej świetności tj. gdzieś pod koniec lat 70. Zestawienie z 2003 roku zdominował więc przyciężki anachroniczny rock grany przez białych mężczyzn. Dość powiedzieć, że najwyżej notowany krążek sygnowany przez kobietę (nie licząc kolaboracji The Velvet Underground z Nico i Lennona z Yoko Ono) — Blue Joni Mitchell — znalazł się wtedy dopiero na pozycji 30. — w czołowej setce albumów nagranych przez kobiety było zaś w sumie jeszcze tylko pięć. Nie muszę chyba dodawać, że nie było to w żadnym stopniu akuratne odzwierciedlenie sytuacji. Sensowny update był temu zestawieniu zupełnie niezbędny.

Nową listę układało w sumie ponad 300 osób — poza dziennikarzami, krytykami, producentami i osobami z branży zaproszono też samych artystów m.in. Beyoncé czy Taylor Swift, ale też obiecujących debiutantów i weteranów. Przez 17 lat doszło z pewnością do pewnej wymiany pokoleniowej, a kanon tego, co uważa się za klasyczne, znacząco się rozszerzył. Koniec końców w zestawie wymieniono prawie jedną trzecią płyt — aż 153, spośród których ponad połowa (83) to albumy z XXI wieku.

Przyznam, że ani się takiej aktualizacji nie spodziewałem, ani nie spodziewałem się, że zacznę z miejsca analizować ją w szczegółach i uznam za coś, co ma dla mnie znaczenie i wpływa na bieg mojego dzisiejszego życia. A jednak! Pamiętam, gdy jeszcze na długo przed erą streamingu, przeglądałem listę Rolling Stone’a z wypiekami na twarzy, ale i irytacją, że moi ówcześnie faworyci — Lauryn Hill i D’Angelo — wylądowali kolejno w czwartej i piątej setce, podczas gdy zestaw zdominowały pozycje, o których nigdy nie słyszałem. Minęło kilka lat, ale w końcu zebrałem się w sobie i narzuciłem sobie rygor w przesłuchiwaniu nieznanych mi krążków z tamtego zestawienia. Nie jestem w stanie teraz dokładnie ocenić, ani ile mi to zajęło, ani ile płyt faktycznie musiałem dosłuchać, ale podejrzewam, że była to lwia część tamtej listy i ponad pół roku skrupulatnych, choć nieregularnych odsłuchów. Szczęśliwie nie byłem już w wieku i miejscu, kiedy mógłbym rekomendacje amerykańskich redaktorów przyjmować bezkrytycznie — wręcz przeciwnie, podszedłem do zadania na chłodno, a pozycje być może istotne z punktu widzenia historii popkultury, ale zupełnie niebroniące się po latach brzmieniem i przekazem, jak kolejne płyty Aerosmith czy The Who, po jednym odsłuchu usuwałem na zawsze z pola widzenia. Ale były też liczne odkrycia i zaskoczenia — sam już nie jestem w stanie wskazać jakie — z rankingiem Rolling Stone’a kojarzą mi się dzisiaj wyłącznie te płyty, do których nie wróciłem już nigdy.

Od kilkunastu dobrych lat, gdy chociaż pobieżnie przegląda się dział recenzji czy podsumowań końcoworocznych Rolling Stone’a, można wyraźnie dostrzec pewną zadyszkę — recenzenci w ustawicznym klęku przed Bobem Dylanem i Neilem Youngiem nie są w stanie kreować trendów — zamiast tego reagują na nowe z odpowiednim jedno- czy czasem dwu-sezonowym opóźnieniem. Ten syndrom ołtarzy boomerów dotknął też już zresztą Pitchfork, który w świadomości młodych zajął z początkiem ery cyfrowej miejsce na piedestale mediów muzycznych dawniej okupywane właśnie przez Rolling Stone’a. Wiadomo, że zawsze jest się bardziej reaktywnym, jeśli próbuje się łączyć to, co popularne z tym, co merytoryczne w jednym krytycznym splocie, a taką właśnie rolę obrał sobie Rolling Stone — musiał, jeśli chciał być punktem odniesienia dla mas. I ta nowa lista tę niezręczną pozycję w zupełności oddaje.

Ten zaśniedziały żelazny kanon oczywiście ostał się w dobrym kształcie — oddaje go przede wszystkim centralna część listy, ale niewątpliwie jest to zestaw zdecydowanie bardziej różnorodny, a i w czołówce nastąpiły istotne przetasowania. Przede wszystkim jest zauważalnie więcej krążków nagranych przez kobiety, a i ta najwyżej notowana Joni Mitchell awansowała z 30. na 3. lokatę. Mitchell pojawia się zresztą w zestawieniu wielokrotnie, podobnie jak Fiona Apple, Erykah Badu czy PJ Harvey (spośród których tylko Harvey pojawiła się na liście w 2003 roku). Rock coraz częściej równoważą w zestawieniu soul i hip-hop, choć dość zaskakująco poza Kendrickiem Lamarem, Drake’m i Kanye’m Westem zabrakło w zestawieniu nowego rapu (jest za to sporo pozycji z lat 90. i śmieszno-straszny pierwszy album 50 Centa). Jedyną trapową płytą jest z kolei debiut Bad Bunny’ego, który wpisuje się także w inną tendencję — dostrzegania dorobku artystów latynoskich — choćby symbolicznie — bliżej końca zestawienia znalazły się bowiem Selena, Shakira i niezrehabilitowany jeszcze prekursor reggaetonu Daddy Yankee, a najwyżej notowaną hiszpańskojęzyczną płytą, na 315., jest błyskotliwy debiut Rosalíi. To jednak wyjątki od niezachwianej anglosaskiej dominacji. Poza jeszcze kilkoma klasycznymi krążkami z afrykańskim funkiem, muzyka nieanglojęzyczna tutaj nie istnieje. Rockowy beton spulchniono natomiast całkiem wydatnie popem i R&B — Blonde Franka Oceana trafiło do pierwszej setki, dostrzeżono istnienie Destiny’s Child i Beyoncé. Znalazło się miejsce dla Taylor Swift, Adele, Kacey Musgraves, a nawet Blackoutu Britney Spears. Dość kontrowersyjnie do zestawu wrzucono też ostatnie krążki Harry’ego Stylesa czy Billie Eillish — za kilka lat okaże się być może, jak kończą się próby zaklinania rzeczywistości przez boomerów. W zestawieniu wciąż nie mają czego szukać wszyscy ci, którzy od klasycznego rocka stronią — metal kończy się tu i zaczyna na Metallice (w dwóch różnych odsłonach), elektronika to Daft Punk i LCD Soundsystem, jazz reprezentowany jest nieco szerzej, ale też dość powierzchownie i ostatecznie można sprowadzić go do Milesa Davisa. Niezale mają kilka sztandarowych punktów zaczepienia w postaci My Bloody Valentine, Pavement czy Neutral Milk Hotel, wielkodusznie zauważono także Tame Impala, ale to by było na tyle. Podobnie zresztą art pop i folk także skończyły się najwyraźniej w latach 90. Luki pozostawione przez niedoreprezentację innych gatunków wciąż wypełniają tu bowiem Dylan i Beatlesi.

I choć tych drugich ktoś mógłby określić największymi przegranymi nowego rankingu Rolling Stone’a — ich kultowy Sgt. Pepper pikuje z pozycji najlepszej płyty wszech czasów na dalekie (w tym kontekście) miejsce 24. Tamten wybór, mocno kontrowersyjny dla fanów czwórki z Liverpoolu, miał chyba wówczas wskazać na jednoznaczną wyższość Beatlesów nad Beach Boysami, których Pet Sounds trafiło wtedy na miejsce drugie (na którym udało im się zresztą utrzymać przez tych 17 lat — to jedyny numer, który w pierwszej dziesiątce pozostał bez zmian). Dziesiątkę nowej listy otwiera znamiennie The Miseducation of Lauryn Hill (które wraz ze wspomnianym VooDoo D’Angelo zaliczyły ogromne awanse) — redakcja nie bez powodu okrasiła zresztą tę decyzję cytatem piosenkarki, pod którym podpisałaby się też Fiona Apple, że przemysł muzyczny jest seksistowski. To chyba miała być odpowiedź przemysłu, że Lauryn Hill, nie tragizuj. W czołowej dziesiątce znajdziemy też poza tym Fleetwood Mac, Purple Rain Prince’a, Songs in the Key of Life Steviego Wondera, Blue Joni Mitchell, a płytą wszech czasów okrzyknięto tym razem — całkiem adekwatnie do stanu świata — What’s Going On Marvina Gaye’a. A ja przeglądając tę dziwnie bliską mi selekcję w czołówce sam czuję się jak boomer i ofiara jakiegoś owczego pędu, o którym nie miałem pojęcia. Nawet jeśli sam w tym momencie ułożyłbym zgoła inną dziesiątkę, jakimś zrządzeniem losu zostałem ich wyborem trafiony i zatopiony. Być może nie doceniłem wpływu tamtej oryginalnej listy na mój gust, gdy dekadę temu zaczynałem te skumulowane odsłuchy? A może to wyłącznie dowód na ponadczasowość tych konkretnych klasycznych płyt, które, tak się akurat złożyło, i ja na własną rękę, i państwo z Rolling Stone’a na własną, wyłowiliśmy z przepastnego i niewyczerpanego przecież kanonu?

W moim poprzednim tekście o odkładaniu szczęścia zapomniałem w gruncie rzeczy dodać jednej ważnej sprawy, która tutaj wróciła jak bumerang i trochę zbiła mnie z tropu. Ja wciąż mimochodem dłubię jednak w tej nostalgii i wciąż poniekąd projektuję swoje szczęście według schematów, które już znam. I w miarę możliwości mimowolnie staram się je realizować. Pochylenie się nad nową listą Rolling Stone’a to nic innego, jak próba odtworzenia tamtych chwil, które spędziłem, analizując oryginalne zestawienie. Pozwólcie więc zatem, że teraz oddam się dosłuchiwaniu pozycji z nowego topu wszech czasów biblii muzycznych boomerów, których albo nie znam w ogóle, albo czuję potrzebę, by sobie je odświeżyć. Za mną już Laura Nyro, Jason Isbell i Daddy Yankee, ale Spotify wskazuje, że przede mną jeszcze 44 godziny słuchania. Obiecuję jeść i spać.

Opublikowano

Odkładane szczęście

Odkładane szczęście

Przystanek: jutro

Cały tekst do odsłuchu jako podcast na Spotify.

*

Maria Czubaszek napisała kiedyś dla Alibabek małą zabawną piosenkę zatytułowaną „Odkładana miłość”. W tekście zastanawiała się nad koncepcją, według której można by odkładać małe flirty na konto oszczędnościowe, z którego można by za wiele lat podjąć wielką miłość. Pomysł szalony, choć ubrany w strój sentymentalnej bossa novy, przystrojony dodatkowo dramatycznymi smyczkami, jawi się jako zupełnie zrozumiały wyraz romantycznej tęsknoty. Tęsknoty, która sama jednak prędko otrząsa się z własnych mrzonek i ostatnią zwrotką piosenki przywołuje się do porządku — „A gdy uzbieramy już tę wielką miłość, tę, o jakiej nam się tylko śniło, podejmiemy ją lub nie, bo okazać może się, że za późno na nią trochę jest”.

Sam jednak przez lata żyłem tym tęsknym marzeniem. Nie chodziło mi jednak o miłość romantyczną jako taką, ale o szczęśliwe i zrównoważone życie w ogóle. Żyłem romantyczną wizją dalekiego jutra, które wszystko zmieni, rozsupła stare węzły, wyrówna dawne bruzdy, na niebie domaluje tęczę, a wokół zakwitnie kwiatami. A ja — zrobię jedyne, co będzie do mnie należało, skulę się w tym kojcu szczęśliwości i tak, jak Bóg da, już pozostanę. Jakże to absurdalne marzenie! Jak w tej przestrodze, byś był ostrożny, czego sobie życzysz. Ale raz postawiony w wyobraźni obraz, jeśli damy mu się zakorzenić i rozpanoszyć w uniwersum naszych dążeń, może nie dać się skutecznie wyrugować już nigdy. Możemy umrzeć, śniąc o naszym kojcu szczęśliwości, nie zdając sobie sprawy ani z tego, że szczęścia nie da się zaprojektować, ani z własnego tragizmu, bo to marzenie można było już przecież dawno urzeczywistnić. Dużo o tych projekcjach zanotował w swoich „Rozmyślaniach” Marek Aureliusz, jeden z nielicznych zachowanych do naszych czasów klasycznych stoickich filozofów. „Wszystko jest mniemaniem” — pisał z przekonaniem i nie bez słuszności. W innym miejscu — „Każdy żyje tylko tą oto teraźniejszością, chwilką. Wszystko zaś inne alboś przeżył, albo niepewne”. I może w tej wyobrażonej niepewności właśnie tkwi jakaś szczególna słodycz, daleki promień realnie oświetlający i oślepiający, a przez to odbierający zdolność trzeźwego osądu.

Tymczasem już w samym założeniu, że szczęście może dać nam tylko osiągnięcie konkretnego rezultatu np. kupno mieszkania, powołanie na świat potomka, zasadzenie ogrodu, tkwi pewna tragiczna przekora. Im bardziej odsuwamy szczęście od siebie, im bardziej wizualizujemy sobie je w związku z czymś, co ma nas dopiero spotkać, wszystko jedno, czy poprzez cudowny traf, czy własną metodyczną pracę, tym bardziej prawdopodobne, że ta chwila, gdy nadejdzie, przyniesie nam rozczarowanie. Nic nie będzie takie, jak w naszym marzeniu, projektowana doskonałość nie ma prawa się ziścić — spontanicznie lub nie. Rzeczywistość nigdy nie dorówna wyśnionemu ideałowi. Projekcja szczęścia jest niemożliwa, bo nie jesteśmy w stanie wyreżyserować swojego życia jak filmu. Ale wyidealizowane wyobrażenia to nie jedyna przeszkoda w pełnym odczuwaniu tego, co dobre. Zbyt wysokie oczekiwania względem teraźniejszości, skupianie się na tych detalach, które nie pasują, zamiast na tych, które grają, także jest w stanie skutecznie obrzydzić nam samym i wszystkim wkoło najlepszy nawet moment. Wiem coś o tym. Takie widzenie świata zdarzało mi się (i czasem wciąż zdarza) na tyle często, że mógłbym napisać na ten temat doktorat i habilitację. Myślę, że z powodzeniem można by zresztą mówić współcześnie o pewnej instagramizacji szczęścia, tzn. sytuacji, w której forma rzeczywistości nieprzystająca do standardów znanych z mediów społecznościowych, staje na drodze do odczuwania satysfakcji. Decydujący jest zwykle oczywiście aspekt stricte wizualny, co z kolei prowadzi do bardziej powierzchownego odbioru i bardziej arbitralnej oceny rzeczywistości. Ale szukanie dziury w całym jest, a przynajmniej tak mi się wydaje, w pierwszej kolejności właśnie pokłosiem błędnych wyobrażeń, podobnie jak okładanie swojego szczęścia na potem w ogóle.

Nieprzystające do rzeczywistości wyobrażenia swojego szczęścia mogą mieć jednak głębszą przyczynę. A są nią próby usprawiedliwienia nieumiejętności życia tu i teraz, przynajmniej po części uświadomionej. Tak, wydaje mi się, było w moim przypadku. Od zawsze żyłem jedną nogą w świecie marzeń — banalnych, z perspektywy czasu całe szczęście, że niespełnionych — o światowym życiu w blasku reflektorów. Ale też w świecie marzeń, które trudno nazwać, a które w jakiś sposób same w sobie były własną realizacją. Bo jak określić inaczej niż marzeniem zaspokajaną w coraz większym jednak stopniu potrzebę obcowania z muzyką, objawiającą się w szeregu wariacji, choćby tak oczywistych jak pisanie recenzji płyt. Nie zrobiłem kariery ani na tym, ani z tego, ale od zawsze miałem świadomość, że te i tamte marzenia nie mogły iść ze sobą w parze. Moment, kiedy uświadomiłem sobie w jakimś stopniu, że życie mija mi na marzeniu, a ja sam rzadko kiedy jestem naprawdę obecny, był jeden i bardzo konkretny. W liceum, jakoś pod koniec którychś wakacji, wraz z wieloletnim przyjacielem, z którym wspólnie chodziliśmy do jednej klasy jeszcze w podstawówce, udaliśmy się na boisko naszej byłej szkoły — tak po prostu — posiedzieć, pogadać, popatrzeć na znajome mury. Ja już wtedy westchnąłem romantycznie za dawnymi czasami, które w mojej głowie zdążyły już stracić dawne krawędzie i osnuła je mgiełka nierzeczywistej idylli. Dałem się ponieść i wyraziłem moje sentymenty, ale ku mojemu zdziwieniu trafiłem na chłodny opór znajomego. Wtedy zdałem sobie sprawę, że to co czuję i robię, jest w jakiś sposób próbą ucieczki od teraźniejszości. Kilka kolejnych lat zajęło mi odfetyszyzowanie przeszłości, spojrzenie na nią krytycznie i z pozycji jakiegoś naturalnego przecież przywileju, że co było, już nie wróci, ja dzisiejszy natomiast mam władzę, choćby ograniczoną, iluzoryczną nawet, ale jednak władzę nad tym momentem tu i teraz. Szala jednak wkrótce przechyliła się nadto i fetyszyzować zacząłem przyszłość. Wbrew wszelkim przesłankom.

Bo nie chodzi tu o przyszłość, która wynika z mojej obecnej czy przeszłej przenikliwości, która rośnie na moich oczach, już teraz wydaje plony, które mogą wyłącznie rosnąć. To przyszłość najpewniej równoległa do tej, która ma się wkrótce ziścić. Równoległa jak w teorii równoległych wszechświatów. Któryś z niemożliwych ja z pewnością osiągnie to, co roi się w głowie faktycznego mnie. Ale cóż to za pocieszenie. Faktyczny ja znów ucieka. I czasem, owszem, ma ku temu powód, bardzo często — niekoniecznie. Ucieka z przyzwyczajenia, z wygody, ucieka do wewnątrz siebie (co paradoksalnie radził też wspomniany Aureliusz), ale już tam wewnątrz — hen, hen daleko, do świata niemożliwego mnie. Ucieka niejednokrotnie w stresie — przytłoczony tym, co dzieje się wokół i poza nim, ale wcale nie rzadziej, gdy przychodzi do zmierzenia się z konsekwencjami własnych zaniedbań. Zbyt często cierpię na brak równowagi. Uprawiam niezręczną ekwilibrystykę, cyrkowe rzemiosło bez asekuracji, ale i bez widowni. Gdy się wyłożę i połamię, być może nikt nie zauważy, ale czy będzie bolało mniej? W model współczesności wpisana jest bezwzględna i ustawiczna wielozadaniowość — tak w pracy, jak i poza nią, każdy wieczór jest wyborem, wokół bezlik możliwości i powinności, tyle terminów, które już minęły, ale może jeszcze nie jest za późno, by im zadośćuczynić. Tysiące rzeczy, których nie widać. Odkładając jednak na bok codzienne FOMO, pranie samo się nie rozwiesi, a podłoga nie umyje. Ale czy szczęściem jest akurat koniecznie nierozwieszanie prania i niemycie podłogi? Bynajmniej. Tylko gdy robi się to na szczudłach, po czasie, bez przekonania i w pośpiechu, trudno się na tym nie wyłożyć. Stan idealnej harmonii, który jako jedyny jest w stanie zapewnić warunki do szczęśliwego wzrastania ku świadomości, należy niestety w tej przeładowanej bodźcami rzeczywistości włożyć między bajki. Kto nie przespał do cna (dosłownie) swojego momentu egzystencjalnej równowagi, albo nie zajadł go chipsami z colą, oglądając maraton „Przyjaciół” po raz dziesiąty, niech pierwszy rzuci kamieniem.

Nie jest co prawda tak, że dopóki kobyła jakoś dycha, można jej dokładać. Ale zdrowa klacz musi nieść jakiś tobołek — jeden, drugi, trzeci, żeby poczuć swoją egzystencję, nadać jej sensu i zdobyć charakter. Mnie jednak nie chodziło wcale o szukanie szczęścia w bezkresnym nieróbstwie. Wręcz przeciwnie — przekonałem się swego czasu, jak nadmiar wolnego w parze z niepewnością jutra i brakiem konkretnego pomysłu na siebie są w stanie dać w kość. Jak Alibabki wypracowałem sobie raczej metodę skrupulatnego odkładania szczęścia na potem. Zbierałem z zapałem artefakty, które miały mnie kiedyś srodze uszczęśliwić. Kupowałem płyty, wyobrażając sobie dzień, gdy wreszcie rozłożę się beztrosko na sofie przy gramofonie i będę chłonął każdy dźwięk. Należało to bezsprzecznie odłożyć na później — nie posiadałem wszak sofy, ani przestrzeni, by ją wygodnie umiejscowić. Zapełniałem półki książkami, z nadzieją, że może kiedyś nadarzy się sposobność, bardziej fortunna niż niesatysfakcjonujące i zagonione tu i teraz. Szukałem meritum naprędce i bez szacunku dla dzisiaj, by w moich wyobrażeniach jutra czerpać z niego jak lord. Dziś trochę spuściłem z tonu. Staram się, o ile mogę, nie obudowywać się na przyszłość, nie odkładać ważnych lektur poza horyzontem, ale wciąż kupuję płyty, wyobrażając sobie sytuacje, w jakich mogłyby mi przynieść szczęście. Staram się jednak wybierać tak, by tej chwili, przez sam tylko przedmiot wyboru, nie odsuwać na dzień, który nie nadejdzie. Przez lata kupiłem np. co najmniej kilka tanecznych płyt na retro prywatkę, której nigdy nie zrobiłem — poza tym kontekstem jakoś nie wyobrażam sobie ich słuchać. Ostatnio z kolei zauważyłem u siebie większą inklinację do płyt folkowych, które dobrze skomponowałyby się z tym ogrodem, z którym w swojej wyobraźni powiązałem wszelką szczęśliwość. Równoważę to albumami, które dobrze współgrają z czytaniem — ambient, kameralny jazz, ewentualnie trio fortepianowe — nic szalonego.

Wszystkie te projekcje, których konsekwencją było koniec końców nie tyle odkładanie szczęścia na potem, co odsuwanie go na nigdy, sprawiły, że koniec końców w pewnym momencie przestałem zupełnie myśleć o sobie teraźniejszym w kategoriach jakiejkolwiek szczęśliwości. Szczęście lub nieszczęście nie mogło mnie dotknąć na etapie przygotowań do bycia szczęśliwym. Nie nabyłem jeszcze stosownej licencji, by taki traf mógł się mnie imać. Szczęście miało przecież dopiero nadejść. Dopiero wtedy miało się liczyć — jak gdybym miał u jakiejś wróżki, zaciągać w tym szczęściu długi. Znów Alibabki! Z matni, w którą sam wpadłem w ramach jakiegoś sposobu na życie, wydostałem się niełatwo. W pewnym momencie życie marzeniem zaprowadziło mnie w kozi róg. Sytuacja zupełnie obiektywna zmusiła mnie do rewizji kolejno wszystkich moich wyobrażeń o sobie i swojej przyszłości. I tak dotarłem też do tego domku z ogrodem na skraju lasu, którego jeszcze nie przepracowałem, ale wiem, że być może będę musiał go rozebrać w głowie cegła po cegle, przynajmniej na razie, by być szczęśliwym tu i teraz. A może kiedyś będzie mi dane zbudować go na nowo, tym razem na jawie.

Opublikowano

Matołek

Matołek

Meg Alexander, Dół z dyptyku Wzgórze/Dół, tusz na papierze, 2017

Usypałbym chętnie górkę,
pod górką zostawił dołek,
nad górką przypiął broszurkę:
„W tym dołku spoczął matołek,
co Kabaret Starszych Panów
na Spotify i Tidalu
wykastrował z polskich znaków
bez polotu w digitalu”.

Opublikowano

Popatrz, jaki las

Popatrz, jaki las

Fotografia lasu, dokąd uciekłem, własna

Niby wciąż z ochotą poznaję świat. Z wypiekami na twarzy czytam historie prawdziwe i wymyślone, które przydarzyły się komuś kiedyś gdzieś lub mogłoby się przydarzyć (czy też nie). Wyobraźnia wyznacza ten horyzont. Z uwagą i empatią słucham, co przytrafia się ludziom dookoła. Z ciekawością czytam o stylach, językach, koncepcjach, odkryciach — niekoniecznie wcale przełomowych. Chłonę wielkie obrazy i małe rysunki, zdjęcia zupełnie średnie. Nie wszystko to robię oczywiście przy komputerze. Bywa, że więcej można odkryć, wyglądając na chwilę do ogrodu, niż przez pół dnia scrollując walle.

Coraz więcej jest jednak w tym poznawaniu „niby wciąż”, a mniej ochoty. Jako dziecko szerokopasmowej sieci, niegdyś przykute do peceta świątek-piątek, w dzień i w nocy, nie umiem rzeczywistości utożsamiać z medialnym przyłączem, z cyfrową ułudą egzystencji, nawet pomimo tego, że nigdzie indziej tak wytrwale nie próbowałem się przez lata urządzić. Świat z ochotą usiłuje karmić mnie sobą przez rurę — tak jak tuczy się gęsi na foie gras. Historie prawdziwe i wymyślone mieszają się poza horyzontem wyobrażeń i skaczą do gardeł, wściekle ujadając. Kiedy im ulegam, nie mogę przestać myśleć w asteryskach.

I tylko ten las się opiera. Tam uciekam w mojej głowie, w marzenia o końcu nowoczesności — naiwnie wierząc, że potrafiłbym żyć prosto i daleko; pysznie sądząc, że zapasy płyt i książek nie znudziłyby mnie wkrótce na własnym wygnaniu. Domek na skraju z malwowym ogrodem, starym dzbankiem bez ucha nabitym niedbale na parkan. Popatrz, jaki las…

Opublikowano

Ukochane równanie profesora

Ukochane równanie profesora

Yōko Ogawa, „Ukochane równanie profesora”, wyd. Tajfuny, 2019


Tajfuny rozpieszczają czytelników doskonałością swoich wydań, ale ich pierwsze literackie selekcje (z istotnym wyjątkiem „Zmierzchu” Dazaia Osamu) pozostają przynajmniej zastanawiające. „Ukochane równanie profesora” Yōko Ogawy to powieść tak prostolinijna, że aż trudno poddać ją jakiejkolwiek krytyce. To historia bezinteresownej przyjaźni cierpiącego na utratę pamięci krótkotrwałej profesora matematyki, jego gosposi i jej 9-letniego syna nazywanego przez profesora Pierwiastkiem. Jedna z tych opowieści, które bałamucą czytelnika idyllicznym obrazem małych szczęść pozostających poza pędzącym światem władzy, pieniędzy i seksu. Bałamucą szlachetnie i na dobre. Kilka rys w życiorysach głównych bohaterów doskonale uwiarygadnia zresztą tę narrację — jak to, że będąca jednocześnie narratorką, gosposia wychowuje swojego syna samotnie (co w silnie patriarchalnej Japonii w latach 90., gdy toczy się akcja, musiało być czynnikiem, który spychał ją na społeczny margines). Albo tragiczna historia profesora, którego błyskotliwą karierę naukową przerywa wypadek samochodowy, w którym uszkodzeniu ulega mu kawałek mózgu. Główną osią tej przyjaźni pozostają jednak matematyka i baseball, którym pasjonują się zarówno Pierwiastek, jak i profesor — każdy na swój sposób. Matematyka ukazana zostaje tu zresztą w sposób równie prostolinijny i bezpretensjonalny co sama historia. Matematyczne zagwozdki profesora zawsze pozostają zresztą w pewnym związku z rzeczywistością, a jego miłość do liczb pierwszych ma w sobie coś urokliwego i intrygującego zarazem, przez co wpisuje się niejako w paradygmat nauki poprzez zabawę. To łatwa i przyjemna lektura, które ze względu na ciekawą konstrukcję pozostaje jednak w głowie na dłużej i do której świata chce się wracać. Wszystko to przynosi czytelnikowi masę pozytywnych odczuć i to chyba najważniejsze.

Ukochane równanie profesora

Opublikowano

śmierć portrecisty

upior

william leach jako willy loman w śmierci komiwojażera, 1991

co to za upiór
wdzierający się szponami wielkich lśniących oczu w moje oczy wcale nie tak lśniące
zamarły w półokręgu samozadowolenia, przekonania o swojej racji
przesadnie wyprostowany zupełnie jak ja, ale kroczący drogą przesadnie prostą, jak żaden ludzki człowiek
ludzki upiór, być może

wykreślono prawdziwego mnie
nie kreską grubą, definitywną, czerwoną
raczej wydrapano — po trochu, machinalnie, bez konieczności podejmowania refleksji nad aktem
w urojonym zachwycie nad tamtym upiorem z portretu
niby-mną
pod świętym spojrzeniem jego wielkich lśniących oczu, tego mam pewność

portret odtąd można nabożnie zawiesić na ścianie
zdjąć i położyć na krześle przy kuchennym stole, jeśli taka będzie w danej chwili potrzeba
upiór nie skrzywi się nad zupą
zastygły w modelowym samozadowoleniu nie zgorszy zgromadzonych
raz powieszony prosto, na zawsze prosto zawiśnie

cóż za ironia
że mnie akurat, niewydarzonego autoportrecistę
portret mój własny dopadnie jak upiór
ukradkiem wydrapie
resztki śnienia z czereśni
patykiem
jak u bronki nowickiej, ale jednak inaczej

Opublikowano

Gwałtownicy porywają Królestwo Niebieskie

Gwałtownicy porywają Królestwo Niebieskie

Flannery O’Connor, „Gwałtownicy porywają Królestwo Niebieskie”, wyd. Prześwit, 1993


Z jednej strony wszystko jest w tytule, z drugiej trudno „Gwałtownicy porywają Królestwo Niebieskie” Flannery O’Connor jednoznacznie zinterpretować. Akcja dzieje gdzieś w Ameryce pod koniec lat 50. pomiędzy amerykańską prowincją a miastem, rozumianym chyba jednak raczej jako mieścinę niż metropolię. Któregoś dnia umiera żyjący z dala od cywilizacji samozwańczy prorok Mason Tarwater. Ma go pochować jego siostrzeniec, którego stary porwał z miasta przed laty po śmierci jego niewierzącej matki, po to by go ochrzcić i wychować na proroka. Obrót spraw komplikuje się jednak bardzo szybko po tym, jak chłopak zaczyna słyszeć w swojej głowie obcy głos. Ostatecznie ucieka do miasta, do swojego wuja Raybera, nauczyciela i ateisty, z którym stary Tarwater pozostawał skonfliktowany. Długo by wyjaśniać zawiłości fabuły. Samo jej rozplątywanie jest zresztą względnie przyjemne, także dlatego, że O’Connor nie opowiada tej historii linearnie. Osią tej opowieści pozostaje jednak stosunek do wiary młodego Tarwatera i skrajności, które nim targają w osobach gwałtowników — samozwańczego proroka i oświeconego intelektualisty oraz obcego głosu (mogącego należeć tak do Boga, jak i Szatana), który ma bezpośredni wpływ na decyzje bohatera w kluczowych momentach.

Sam tytuł jest fragmentem wersetu z Ewangelii wg św. Mateusza („A od czasu Jana Chrzciciela aż dotąd królestwo niebieskie doznaje gwałtu i ludzie gwałtowni zdobywają je” — tu za Biblią Tysiąclecia), który tłumaczy się często tak, że tylko ci, którzy z gwałtownością wysławiają Pana, zdołają wyrwać dla siebie jego Królestwo. W tym kontekście i stary Tarwater, i młody, i nauczyciel, który uświadamiał sobie swoją gwałtowność, lecz się przed nią wzbraniał, postaci wypaczone, patologiczne, tragiczne, mieliby to Królestwo na swój sposób osiągnąć. O’Connor nie idzie jednak skrótem, nie upraszcza rzeczywistości, nie uprawia taniej teleewangelizacji ani cherrypickingu, nie zadowala się sytuacjami hipotetycznymi. To bezwzględnie jedna z największych zalet jej niełatwej prozy.

Nie jestem biblistą ani literaturoznawcą — ten religijny aspekt powieści nie musi być jednak kluczem do zrozumienia myśli O’Connor. Ona sama stawia bowiem w centrum człowieka — rysuje swe postaci wyraziście, bez powielania schematów, nigdy w oderwaniu od siebie nawzajem. Pokazuje, jak gwałtowność jednych odciska piętno na innych — piętno. którego być może nigdy nie uda się odrzucić. Wszystkich jej postaci doświadczyło życie — każda z nich jest na swój sposób mroczna, ale nie nikczemna, raczej skryta w mroku z powodu jakiegoś nieprzepracowanego lęku czy niedoboru intelektualnego, niż w mroku pogrążona na dobre. O’Connor zderza tu bardzo trafnie religijny antyintelektualizm z intelektualną antyreligijnością, które stawia w milczącej opozycji, a których ofiarą pada koniec końców młody Tarwater. Jest w „Gwałtownikach” ten pierwiastek, który zachwycił mnie w starszym o pięć lat niż książka O’Connor duńskim filmie „Słowo” — Bóg, ten sam, który najpierw zamilkł na wieki, a później umarł, manifestuje się w prawdziwie biblijny sposób. O ile jednak w „Słowie” jego orężem są nowotestamentowe nadzieja i miłość, o tyle w „Gwałtownikach” nie tylko forma, ale i treść jego objawienia budzą starotestamentową grozę.

Choć O’Connor jest raczej szorstka w swoich opisach, ani na chwilę nie wydaje się pozbawiona wyobraźni. W „Gwałtownikach” brakuje momentów lżejszych, ale czai się tu między wierszami jakieś wyrafinowane i nieoczywiste poczucie humoru. To także proza, która od czasu do czasu jest w stanie uwieść czytelnika jakimś intelektualnym błyskiem. Mimo tego im bardziej fabuła się rozwija, tym mniej chętnie się O’Connor czyta. A to dlatego, że rozwiązania fabularne koniec końców zawsze okazują się wtórne względem specyficznie rozumianego przeznaczenia dosięgającego jej bohaterów. To książka tyleż stymulująca, co dezorientująca. Być może odsłaniająca więcej dla tych, którzy już rozumieją więcej. Z pewnością stawiająca moralne i mistyczne pytania tym, którzy tylko ich szukają.

Gwałtownicy porywają Królestwo Niebieskie

Opublikowano

A decade in life and music (½)

A decade in life and music

mody się zmieniają, świeże brzmienie czerstwieje; czasem kontekst wydaje się wszystkim, a faktyczne wszystko cynicznie redukuje — w najlepszym wypadku pozytywną oceną jakości imitacji; tymczasem szukanie prawdziwej oryginalności to czerwony śledź, skupia uwagę, odwracając ją od meritum, i znika; czasem te fałszywe tropy doprowadzają nas okrężną drogą w nowe miejsce do odkrycia nowego meritum; o ile rok jest wystarczająco krótki, by dać się zwieść — jest wystarczająco krótki, by nie dać się nie zwieść! — o tyle dziesięć lat to czas, kiedy mimowolnie dopadają nas rozmaite refleksje, również te, których sobie wcale nie życzymy

wyróżniłem, często przez pryzmat aspiracji i wyobrażeń konstruktywnej krytyki, przez tę dekadę dziesiątki płyt, do których nigdy później nie wróciłem, które pamiętam jak przez mgłę; ale są też takie, które zupełnie zmieniły moje postrzeganie muzyki albo stały się niegasnącym soundtrackiem mojej codzienności — niezależnie od wszelkich wcześniejszych klasyfikacji; zawsze marzyłem o muzycznym podsumowaniu dekady, w którym nie pójdę skrótem; musiałem jednak uczciwie porzucić dawne aspiracje; postanowiłem tym razem kierować się przede wszystkim kontekstem emocjonalnym, w jakim umieściłem tę muzykę przez tych dziesięć lat, pierwszą pełną dekadę w moim życiu, gdy niestrudzenie rok po roku śledziłem świadomie bieg wydawniczy; to była świetna zabawa i świetna dekada; a ta lista poniżej to mój osobliwy pamiętnik, jakkolwiek lamersko to brzmi

jako że dłubałem przy tej liście w wolnym czasie od listopada i już zacząłem tracić nadzieję, że kiedykolwiek ją skończę, postanowiłem podzielić ją na dwa; to jest pierwsza część, a druga połowa z umownymi pozycjami 51-100


A decade in life and music

100.

vashti bunyan heartleap 2014

just another diamond day, wycofany debiut odkrytkowej angielskiej pieśniarki vashti bunyan, który przeżył swój renesans, gdy po latach wydiggowali go ludzie z new weird america, zmienił się dla mnie na przełomie minionego dziesięciolecia z osobliwości w życiową konieczność, dreamland, bezpieczną przystań, wspomnienie dzieciństwa widzianego przez pryzmat kwiecistych łąk i starych drzew, wyobrażenie starości z dala od pogoni za doczesnością; heartleap, płyta pożegnanie, to jednak nieco inna opowieść, nawet niż wydany dekadę wcześniej comeback lookaftering — baśniowość i beztroska tamtych płyt zastąpiła senna melancholia; hearleap to dźwięki jesieni; będzie jeszcze na to czas, prawda? ♪ „heartleap”, „across the water”


A decade in life and music

99.

brockhampton saturation boxset 2017

chociaż brockhampton jak dotąd nie udało w pełni odnaleźć się artystycznie w wielkolabelowym formacie, na głośnej trylogii saturation nie tylko nie bali się konfrontować własnych lęków, ale na ekscentrycznie outsiderskich post-dirty-southowych bitach zamieniali odmienność i wyobcowanie w atut, który uczynił ich brockhampton — pierwszym hiphopowym boysbandem ameryki; zreformowali tu hip-hop po swojemu — z jednej strony w pośpiechu i bez spójnej, jednoznacznej wizji, z drugiej — w sposób, który nie zna podziału na brudne południe, wschodnie czy zachodnie wybrzeże, pop rap, trap czy gangsta rap, hip-hop świadomy, polityczny czy eksperymentalny; nowa i stara szkoła to zatem w kontekście brockhampton poruszającego się momentami na skraju buntowniczego queerhopu pojęcia zupełnie bezużyteczne; wydane w 2017 roku trzyczęściowe saturation to zupełnie nowa mitologia; nawet z tym nie handlujcie ♪ „summer”, „lamb (extended)”


A decade in life and music

98.

antoha mc ot vsej duši 2011

hip house z moskiewskich blokowisk, wychillowana, uśmiechnięta pocztówka z kraju, którego synonimami są szarość, smutek i beton; ledwie 21-letni antoha całkiem świadomie postawił tu podwaliny pod swoje sygnaturowe brzmienie, łączące laidbackowy rap, acid jazz i outsiderski house, z którego w dalszym ciągu robi doskonały użytek ♪ „o muzyka”


A decade in life and music

97.

gillian welch the harrow & the harvest 2017

jeśli gillian welch wydaje płytę po ośmioletniej przerwie, musi stać się wydarzeniem; jeśli na kolejny krążek każe czekać kolejnych dziewięć, tamta chwila musi trwać; the harrow & the harvest było dla mnie preludium do dyskografii amerykanki, która w przeciągu ostatnich kilku lat wyznaczyła klimat moich wieczornych lektur i podróży za miasto ♪ „the way it goes”


A decade in life and music

96.

matt martians the drum chord theory 2017

debiutancki longplay matta martiansa spotkał się w najlepszym razie z umiarkowanie entuzjastycznym przyjęciem — w dużej mierze nie spotkał się bowiem z jakimkolwiek przyjęciem w ogóle; oczywiście w internecie zdominowanym plagą efektu owczego pędu eufemizowanego jako hajp takie przeoczenia to codzienność; the drum chord theory to klasyczny bitowy neo-soulowy album, bardziej chyba w klimacie produkcji thundercata aniżeli soulquarians złotego okresu, choć bez jazzowych inklinacji; bardziej szkicownik niż skończona płyta, co w erze coraz dalej posuniętej losowości w hip hopie i r&b, może być (i jest) wartością; showcase słodkich refrenów i szorstkich bitów; dość pokrętne, w żadnym wypadku koncepcyjne, ale nadrabiające spontanicznością, synergią i mieszczącą się w oznaczonych ramach nieprzewidywalnością jam session; wreszcie jeden z najprzyjemniejszych okołosoulowych albumów ostatnich lat ♪ „what love is”


A decade in life and music

95.

janelle monáe the archandroid 2010

że janelle monáe jako cindi mayweather zapoczątkowała w r&b koncepcyjną i progresywną rewolucję nie trzeba nikogo już przekonywać — jej nazwisko zapisało się na kartach najnowszej historii soulu; jej saga metropolis to, nawet mimo lepszych i gorszych momentów, kawałek ponadczasowo dobrej muzyki, której nawet pełniej można doświadczyć po (wcale nie niespodziewanym) coming oucie piosenkarki na dirty computer; na debiutancki longplay monáe czekałem jak dzieciak od czterech lat, do tej pory pamiętam dzień, gdy włączyłem go po raz pierwszy, jak po obfitej majowej ulewie krążyłem po nierzeczywiście zielonym osiedlu z „mushrooms & roses” w słuchawkach; nie wracam już do tej płyty w całości, ale to pierwsze wspomnienie zrobiło ją moją na zawsze ♪ „mushrooms & roses”, „dance or die”


A decade in life and music

94.

sheena ringo newton no ringo 2019

sheena ringo za sam tytuł kompilacji podsumowującej jej sceniczne dwudziestolecie („jabłko newtona”) powinna dostać pulitzera (gdyby przyznawano go w takiej kategorii); ringo to zjawisko, które od kilku dobrych lat z wielką przyjemnością próbuję okiełznać i ująć, ale wciąż mi umyka: wciąż jest jej więcj, wciąż jest inna; pewnie dlatego obcowanie z na wpół nieodgadnioną sceniczną superbohaterką ukrywającą się gdzieś pomiędzy jazzowym musicalem, połamanym po japońsku art rockiem a autotune’owym ekscentryzmem wciąż jest dla mnie tak atrakcyjne; gdy byłem dzieciakiem fani anime, których spotykałem, chórem twierdzili, że królową japońskiego popu jest ayumi hamasaki, gdy lata później odkryłem wikipedię, dane sprzedażowe podpowiadały utadę hikaru, ale teraz wreszcie nie mam wątpliwości, że musi chodzić o sheenę ringo ♪ „marunouchi sadistic (neetskills remix)”


A decade in life and music

93.

matmos ultimate care ii 2016

niewiele było w muzyce w ostatnich latach rzeczy koncepcyjnie i wrażeniowo fajniejszych niż matmosowa elektronika grana na nadgryzionej pralce; duet w procesie produkcyjnym ultimate care ii użył wyłącznie samplowanych odgłosów własnej maszyny piorącej i wyszedł z tego starcia z urzeczywistnieniem włosko-radzieckiej idei futuryzmu w muzyce, który nareszcie wypełzł z muzealnych sal, by rzucić się w wir budowy lepszego, czystego brzmienia ♪ „excerpt nine”


A decade in life and music

92.

sophie product 2016

zanim sophie wzięła się za dekonstrukcję muzyki klubowej, skutecznie zdekonstruowała pop, wraz z a. g. cookiem i danny’m l harle’m, wskrzeszając na mainstreamowym marginesie eurodance’owe maksymalistyczne przegięcie w nowej post-minimalistycznej formie dostosowanej do nowych cyfrowych czasów ♪ „bipp”


A decade in life and music

91.

benjamin biolay palermo hollywood 2016

późna rehabilitacja najdostojniejszego z głosów piosenki francuskiej pierwszej dekady xxi wieku; nawet jeśli palermo hollywood jest jedynie echem la superbe i trash yéyé, jest to echo wybrzmiewające pewnie, dźwięcznie i długo; czekałem na ten krążek długich siedem lat, a gdy już we mnie wsiąkł, zaszczepiłem się przekonaniem, że na kolejny taki być może przyjdzie mi czekać kolejnych siedem ♪ „ressources humaines”


A decade in life and music

90.

the limiñanas costa blanca 2013

the limiñanas grają trochę wszystko na jedno kopyto, ale nie miałem tej świadomości, gdy po raz pierwszy usłyszałem costa blanca, chronologicznie ich trzecią płytę, taki trochę, jak się okazało sequel sequela; urzeczony fuzją brudnych garażowych gitar, hipnotycznej retro psychodelii i post-gainsbourgowskiego francuskiego yéyé (rzeczy, które wówczas brały mnie mocniej niż powinny, ale byłem wtedy trochę ojcem swego ojca czy też matką swojej matki, z zapałem chłonąłem truffaut i słuchałem the velvet underground na zmianę z françoise hardy) zatraciłem się w tej doskonale uważonej metagatunkowej miksturze; i koniec końców tej sequel sequela nadal na mnie działa — to jest płyta-jam session spoza czasu, w przeciwnym razie można by napisać, że trochę spóźniona, ale jednak spoza czasu ♪ „my black sabbath”


A decade in life and music

89.

kendrick lamar to pimp a butterfly 2015

rok 2015 należał jeśli nie do samego kendricka lamara, to z pewnością do skupionej wokół niego grupy muzyków z thundercatem, flying lotusem czy kamasi washingtonem w rolach głównych, która niczym soulquarians przed dwudziestoma laty stworzyła oryginalny i przemyślany splot hip-hopu, soulu i jazzu; ten z kolei leży u podstaw zrealizowanej z rozmachem, przemyślanej, szalenie intertekstualnej wizji kendricka lamara; dzięki temu mamy do czynienia nie tylko z albumem, którego słucha się z zapartym tchem od deski do deski, ale wciąż adekwatnym i brzmieniowo, i tematycznie ♪ „the blacker the berry”


A decade in life and music

88.

taku unami / takahiro kawaguchi teatro assente 2011

czasem fetyszyzujemy rzeczy i ta płyta z perspektywy czasu jest moim fetyszem; barierą wejścia do nieznanego wcześniej a wciąż niedostępnego świata, którą wziąłem zbyt dosłownie; bardziej symbolem muzyki niż muzyką jako taką; slow cinema dźwięku, doświadczenie teatru wyobraźni; być może przypadkowa płyta, której poświęciłem swego czasu zbyt wiele uwagi, być może ważne dźwiękowe przeżycie, które na zawsze zmieniło moje myślenie o muzyce — nie potrafię uczciwie ocenić ♪ „clockwork society transformed into tropical rainforest, however, nothing was changed”


A decade in life and music

87.

julianna barwick nepenthe 2013

juliannie barwick udało się swego czasu coś, co wcześniej nie wyszło jeszcze nikomu — szczerze zainteresowała mnie ambientem; musiały co prawda upłynąć lata, zanim powziąłem ten trop, ale może do tej pory by się to nie udało, gdyby nie ten fundament; już wtedy słusznie podejrzewałem, że to przez moją słabość do średniowiecznych kompozycji hildegardy z bingen, które nepenthe wydaje się momentami imitować przez zręczną grę zwielokrotnionymi wokalami i pogłosem; ale poza tym gdzieś w tę atmosferę harmonijnego wyciszenia wdzierają się bardziej konwencjonalne i wyraziste z popowego punktu widzenia fragmenty, których wówczas szukałem bezskutecznie u julii holter ♪ „labyrinthine”


A decade in life and music

86.

fleet foxes helplessness blues 2011

debiut fleet foxes to jedna z tych płyt, które na zawsze zredefiniowały moje muzyczne poszukiwania — skondensował americanę z niedoścignionym gawędziarskim sznytem i kameralny folk z barokową ornamentyką w sposób w tamtym czasie bezprecedensowy; wydane trzy lata później helplessness blues to trochę more of the same, a trochę rzecz zupełnie inna — bardziej kunsztowna formalnie, progresywna instrumentalnie, ale jednak niedająca się jednoznacznie sklasyfikować jako lepsza lub gorsza; nie mogę tego albumu nie docenić, ale też nie umiem odpowiednio go docenić; po tych wszystkich latach jestem jednocześnie nim urzeczony i skonsternowany; to chyba dobrze ♪ „blue spotted tail”


A decade in life and music

85.

solange a seat at the table 2016

a seat at the table to album, o którym zaraz po premierze pisałem w samych superlatywach, ale koniec końców potrzebowałem dużo więcej czasu, by dotarł do mnie emocjonalnie; brzmieniu (plasującym się pomiędzy sophistipopowym anturażem king, jazzującym ekscentryzmem wczesnych płyt eryki badu a delikatną aurą niezapomnianej minnie ripperton) nie można nic zarzucić — solange zredefiniowała się po raz kolejny — jako dojrzała artystka z pierwszej ligi świadomego soulu; dzięki produkcyjnej pieczy raphaela saadiqa (być może to właśnie jego zasługą jest klasyczny vibe płyty) krążek już w chwili premiery można było uczciwie położyć na półce w towarzystwie klasycznych neo-soulowych albumów; mimo tej świadomości, długo nie byłem w stanie położyć go na swojej półce, choć to opuszczenia występu solange na open’erze z materiałem z seat żałuję najbardziej w życiu ♪ „cranes in the sky”


A decade in life and music

84.

beyoncé lemonade 2016

najciekawszy w karierze beyoncé longplay, gdzie piosenkarka wreszcie w pełni wychodzi poza ramy, w które oprawili ją połowicznie słuchacze i media, a w drugiej części ona sama; dominantą wciąż pozostaje pierwszoligowy pop — bez diane warren na pokładzie, ale z gamechangerami — jackiem white’em i kendrickiem lamarem, którzy stymulują jedne z najbardziej organicznie zaaranżowanych kompozycji w karierze piosenkarki; niezależnie od przyjętej konwencji beyoncé wypada nie tylko wyraziście, ale i wiarygodnie — jest strojna, ale nie przebrana; główną siłą lemonade jest jednak doskonałe zrozumienie i opanowanie odwiecznych rock & rollowowych praw — umiejętności przełożenia własnych doświadczeń na muzykę i współdzielenia ich z słuchaczami, metodycznego operowania elementem zaskoczenia czy wreszcie muzycznej i tematycznej adekwatności; to efekt świadomej, koherentnej i jak najbardziej konsekwentnej autokreacji — wielowymiarowy fenomen, nieoczekiwane magnum opus królowej współczesnego r&b ♪ „formation”, „hold up”


A decade in life and music

83.

palmistry pagan 2016

marta malinowska powiedziała mi kiedyś, że moja recenzja pagan palmistry jest być może jedyną pozytywną opinią o tym krążku w polskojęzycznym internecie; a tymczasem wciąż uważam, że chłopak miał na siebie pomysł, jakiego nie miał (i nie ma) w branży nikt inny i potrafił skutecznie wprowadzić go w życie; z wyczuciem i lekkością przepisuje tu tropikalne wspomnienia lata 2005 (gdy na wakacyjnych playlistach królowały dancehall i reggaeton) na współczesny język minimalistycznego alternatywnego r&b; charakterystyczna południowa rytmika przepuszczona przez bubblegumbassowy filtr i subtelnie przeciągnięta noworomantycznymi syntezatorami wraz z pozostającym w centralnym punkcie kojącym wokalem uderza intymnością i kameralnością; gdzieś między słonecznym kingston, onirycznym toronto, basowym londynem, na skraju lat 80. ♪ „club aso”, „lifted”


A decade in life and music

82.

james blake james blake 2011

niby drugi krążek jamesa blake’a jawił mi się wówczas jako lepszy, ale o tamtym zapomniałem w przeciągu roku, a ten wciąż w jakiejś postaci nawiedza moje plejlisty; chyba nawet bardziej mam dzisiaj poczucie, słuchając tego materiału, że 23-letni wtedy blake, wiedział doskonale, czego chce i jak to osiągnąć; to nie tylko krążek, który polożył pomost między czymś, co nazywaliśmy wówczas post-dubstepem a r&b, co swoją drogą stało się fundamentem dla dzisiejszego popu; to przede wszystkim wyrazisty stylistyczny i emocjonalny manifest stworzony z potrzeby tworzenia i potrzeby serca ♪ „i never learnt to share”


A decade in life and music

81.

electric wizard black masses 2010

choć wcześniejsze płyty electric wizard są mocniejsze, a tę można z perspektywy czasu czytać jako początek końca fenomenalnego zespołu, nie mogę zignorować ani tego, że właśnie black masses było moim pierwszym spotkaniem z wizardami i ich koncepcją doom metalu, ani tego, że mnie to spotkanie wówczas rozerwało na drobne kawałki i długo nie mogłem się poskładać, ani tego, że do kilku momentów tej płyty wracam w miarę regularnie i ze sporą przyjemnością ♪ „black mass”


A decade in life and music

80.

waka flocka flame flockaveli 2010

czasem jestem gangsterem i wtedy włączam tę płytę ♪ „hard in da paint”


A decade in life and music

79.

marie möör / jack belsen / jac berrocal / joachim montessuis / gaspar claus / olivier mellano / laurent chambert les vers de la mort 2014

w dekadzie masowej fetyszyzacji śmierci ze wszystkich utworów billie eilish wybieram les vers de la mort marie möör melorecytującej wersety średniowiecznego poety i kronikarza helinanda z froidmont; to krańcowe, intensywne, ekstatyczne doświadczenie pieczołowicie udźwiękowione dla möör przez zaprzyjaźnionych instrumentalistów związanych z francuską sceną muzyki eksperymentalnej; płyta, do której wraca się pod wpływem pewnej perwersyjnej rządzy, by bez odrywania którejkolwiek ze stóp przez chwilę kroczyć po krawędzi


A decade in life and music

78.

graham lambkin amateur doubles 2011

kosmos, ale taki w którym się kaszle i oddycha, gdzie słychać odgłosy silnika i ludzkie kroki, czyli nie prawdziwa przestrzeń kosmiczna, a co najwyżej przerwa na lunch na ziemskiej stacji kosmicznej albo, niech będzie, marsjańskiej; ale to nie mars z wysokobudżetowego minimalistycznego parapsychologicznego sci-fi, a mars, na którego naprawdę dolecieliśmy, który zdążyliśmy zaśmiecić i zapierdzieć; to skutki uboczne człowieczeństwa, musimy z tym żyć, czasem możemy udawać, że tak nie jest, ale koniec końców rzeczywistość nas dopadnie; lambkin stworzył niezwykle przestrzenny i przede wszystkim niezwykle przyjemny kolaż dźwiękowy o niepodważalnej wartości kontempacyjnej; idealną muzykę tła, która z jednej strony nam towarzyszy, a z drugiej potrafi nas zająć; to muzyka, która oswaja słuchacza; a to tylko część faktycznego kosmosu lambkina; tuz muzyki konkretnej całość materiału na amateur doubles nagrał bowiem w samochodzie podczas podróży po ameryce — na tę okoliczność tiny mixtapes określiło gatunek muzyki zawartej na płycie jako the great american road trip; i tym samym wracamy w kosmos, po podłodze naszego pontiaca walają się co prawda resztki fast foodów, ale oto jesteśmy w drodze ku wielkiej kosmicznej przygodzie naszego życia przez bezkres amerykańskiej prerii; nie pytajcie mnie, jak ta przygoda się rozwija, bo tutaj płyta się kończy


A decade in life and music

77.

noname room 25 2018

room 25 to piękne przedłużenie debiutanckiego mikstejpu noname — tamtych myśli i tamtej stylistyki; o ile jednak telefone stanowiło zamknięty i uporządkowany zapis okresu wyrastania z młodzieńczości, o tyle drugi album noname jest dojrzalszy i bardziej otwarty, i formalnie, i tematycznie; w centrum w dalszym ciągu stoi sama noname i jej życie; punkt ciężkości płynnie przeniesiono jednak na room 25, tytułem jasno nawiązującym do kryzysu wieku młodego, z wyrastania z młodzieńczości na wchodzenie w dorosłość i poszukiwanie własnej tożsamości; najwyraźniejszą zmianą jest jednak okołohiphopowy produkcyjny anturaż — tam gdzie telefone rozpływało się w neo-soulu, room 25 zanurza się w jazzie; i czyni to równie wielowymiarowo; nie chodzi nawet o dobór odcieni jazzu, które stały się budulcem krążka, choć niewątpliwie też, ale o samą strukturę płyty zrealizowaną w zgodzie z regularnie przewijającym się w tekstach mottem artystki — „everything is everything”; ta muzyka żyje na wielu poziomach, wychodzi poza proste hiphopowe patenty, umyka linearnej narracji i pomimo tego, że bierze na warsztat sprawdzone, niekiedy wręcz klasyczne środki, zestawia je adekwatnie w świeżych konfiguracjach; nie ucieka od konwencji, ale nie popada w odtwórczość czy twórczy marazm; inspiruje się, by inspirować, czerpie z wielu konwencji, by naturalnie stworzyć własną ♪ „self”, „don’t forget about me”


A decade in life and music

76.

brad mehldau highway rider 2010

choć mehldau’owi zdarzyło się mnie zawieść raz czy drugi, lubię jego charkterystyczny styl gry na tyle, że przez minioną dekadę przesłuchałem każdą jedną sygnowaną jego nazwiskiem płytę; miałem szczęście, że highway rider, dostrzeżony bodaj w dziale z recenzjami polityki, był moim pierwszym kontaktem z muzyką pianisty, bo jak się miało później okazać, to obok kultowego largo z 2002 roku jego najbardziej wyrazisty i kompletny projekt; mehldau obezwładnił mnie tą (trwającą przeszło 100 minut) płytą — był progresywny i niepokorny z jednej strony, a z drugiej czuć było tu ducha gershwina (a ja wówczas wynosiłem third stream na ołtarze!) i tę nieskalaną europejską (ecm-ową!) elegancję; trochę jakby wyjść w pełnym garniturze, co prawda z parasolem, ale w największą zawieruchę i zostać przez tę burzę przetarganym, a jednocześnie dotrzeć na miejsce punktualnie i z fasonem; jeśli kiedyś was taka historia dopadnie, pamiętajcie o tej płycie ♪ „now you must climb alone”, „walking the peak”


A decade in life and music

75.

charles barabé cicatrice, scar, éclair 2015

pochodzący z quebecu charles barabé stał się w 2015 roku moją prywatną sensacją; barabé specjalizuje się w gęstych, psychodelicznych plądrofonicznych pejzażach dźwiękowych łączących w sobie szereg rozmaitości (od ośmiobitowej elektroniki po elementy spoken word) na wzór książkowego frankensteinowskiego monstrum; a ja takie nieskrępowane muzyczne kolaże uwielbiam i zatonąłem w tym kasetowym wydawnictwie (czy jego cyfrowym odpowiedniku, bo kaseta była już wtedy poza zasięgiem) bez reszty; mój zachwyt trwał rok z hakiem, pod koniec 2016 roku zdążyłem jeszcze opisać go jako „figlarne dziecko muzyki konkretnej spędzające wesołe dni swego dzieciństwa między szeroko rozpostartą na starym poddaszu siecią dawnej tajemnicy a wysoko zawieszoną gałęzią pobliskiej wierzby”, ale później urwał nam się kontakt, a ja zostałem z legendą o cicatrice, scar, éclair


A decade in life and music

74.

kieran hebden / steve reid / mats gustafsson live at the south bank 2011

dziwaczna to płyta i zupełnie przegapiona; prawdziwy fusion jazz na miarę drugiej dekady xxi wieku, nie jakieś festiwalowe eksperymenty z „nowymi brzmieniami”, ale projekt pełnokrwisty, ukierunkowany i satysfakcjonujący; oto steve reid, legenda amerykańskiego jazzu na pół roku przed jego śmiercią, spotyka się w londyńskim studiu ze szwedzkim wirtuozem free jazzowego saksofonu matsem gustafssonem i tuzem współczesnej elektroniki kieranem hebdenem, lepiej znanym jako four tet; i kurtyna w tym momencie nie opada — dopiero się podnosi, bo każdy z panów oddał projektowi coś własnego, ale wspólnie stworzyli płytę zupełnie wymykającą się dyskografii każdego z nich — awangardowy jazz został tu minimalistycznie uporządkowany loopami four teta; całość jest zupełnie synergetyczna i z gruntu jazzowa, ale na tyle żywa i niepokorna, że skutecznie nie daje się zamknąć w utartych schematach; wirtuozeria i przestrzeń — to dominanta tego niezwykłego krążka ♪ „the sun never sets”, „morning prayer”


A decade in life and music

73.

caribou swim 2010

gdy ukazało się swim, andorra była już kultowa, a ja nie miałem o tym pojęcia — zerkałem więc to na ten album, to na tamten i kiwałem głową; trudno nie kiwać — caribou doprowadził do perfekcji swój własny styl mieszający psychodeliczny indie pop z garażową gęstą od minimalistycznych pętelek elektroniką; to muzyka, która żyje i daje życie; nie jakieś tam indie, bo każdy takt wskazuje wiolinowym paluchem na dana snaitha; po latach odkurzam ten krążek i widzę, że jednak dziś to swim jest punktem odniesienia dla andorry; wyszło na moje; i co z tego? ♪ „odessa”


A decade in life and music

72.

chris watson el tren fantasma 2011

chris watson, fenomenalny field-recorder, w 2011 roku zainspirowany dźwiękami pędzącego pociągu, postanowił zainscenizować własną historię podróżną; el tren fantasma to opowieść dźwiękowa, której słucha się trochę tak, jak ogląda się film dokumentalny bez zewnętrznego komentarza; watson zorganizował rozmaite odgłosy otoczenia w fascynujący kolaż dźwiękowy — faktyczną podróż tytułowym pociągiem-duchem; dokąd? daleko stąd


A decade in life and music

71.

crystal castles ii 2010

okładka to jedynie wstęp do brzmienia tej płyty, faktyczna akcja krążka zaczyna się w miejscu, gdzie zrobiono tę kultową fotografię, zaczyna robić się ciemno; jedną z rzeczy, które lubię w elektropopie najbardziej, jest niełatwa do osiągnięcia równowaga między mrocznym, posępnym klimatem a popową przebojowością; łatwo bowiem sprawdzić, że albo to melodyka stanie się jednym z atrybutów klimatu, albo odwrotnie mrok wsiąknie w pop i całość będzie balansować na granicy kiczu (co samo w sobie nie jest niczym złym); crystal castles natomiast nie tylko są od tego dalecy, ale przede wszystkim rezonują (ze mną) emocjonalnie; to nie tylko muzyka do, ale faktyczny mood; kwintesencja pojęcia smutnej dyskoteki ♪ „not in love”, „intimate”


A decade in life and music

70.

swans to be kind 2014

nie jestem swansowy; powinienem być, ale koniec końców podskórna post-rockowość ich twórczości zawsze mimowolnie mnie odstręczała; z to be kind jest inaczej w dużej mierze dlatego, że wpisuje się w fascynującą dla mnie koncepcję płyty jako żywego organizmu i to na wielu płaszczyznach — samo, że muzyczno-kulturowy kontekst, którym na stałe zdążyli się okryć, można odbierać tutaj wyłącznie rozszerzająco, czyni z to be kind idealnego kandydata do tej roli; ale decydującą rolę ma jednak nie tyle ewolucja pojęcia muzyki w czasie, co to, jak gira i spółka z różności małych elementów budują w czasie dźwiękowy organizm — jak współistnieją w wewnętrznej przestrzeni w post-minimalistycznym rytmie, jak dialogują, łamią tę konwencję i wracają do niej; to prawdziwe doznanie, wobec którego użyte środki muszą pozostać drugorzędne ♪ „a little god in my hands”, „some things we do”


A decade in life and music

69.

leon vynehall music for the uninvited 2014

znacie leona? każdy go zna! on zawsze fajne pomysły ma! choć leon vynehall zazwyczaj buduje swoje na ewoluujących zamkniętych loopach, nie boi się też żywych instrumentów, które, otwierając jego długogrający debiut, stały się kluczem do zrozumienia zawartej tu muzycznej wizji; z niesamowitą lekkością i naturalnością przyszło vynehallowi skrzyżowanie rozmaitych muzycznych ścieżek pod banderą zaskakująco opływowego house’u; wszyscy wy, którzy nie spędzacie sobót na bibkach, czujcie się zaproszeni na domówkę u leona ♪ „goodthing”


A decade in life and music

68.

perfume jpn 2011

lata mijają, a ja w dalszym ciągu nie nadrukowałem sobie na koszulkę okładki jpn, choć skrzętnie planowałem to od lat; to chyba najlżejszy, najbardziej beztroski krążek perfume — fantasmagoria na przetworzonym przez autotune’owy picopop feelingu post-shibuya-kei; i choć popowe piosenki przychodzą i odchodzą, gdy przychodzą, przywołują ukryte głęboko pod faktycznymi tekstami znaczenia, kształty i uczucia ♪ „natural ni koishite”, „have a stroll”


A decade in life and music

67.

gesu no kiwami otome. ryōseibai 2016

u la la! gesu no kiwami otome. potrafią niezręczny dla europejczyków intensywnie gitarowy j-popowy splot gatunkowo-melodyczny przekuć na naprawdę kunsztowne i nieprzytłaczające piosenki; mathrockowy background, zabawy progresywnym jazzem i liczne zawirowania rytmiczno-melodyczne w jakiś magiczny sposób udaje im się zamknąć w fantastycznie przebojowym krążku; co prawda grupa konsekwentnie podąża tą drogą od ośmiu lat, czemu dała wyraz na aż pięciu wydanych od 2014 roku longplayach, ale nie sposób, po wielu godzinach (które można liczyć też w latach) obcowania z ich muzyką nie zauważyć brzmieniowo-koncepcyjnej wyższości ryōseibai nad resztą dyskografii, która albo do ryōseibai zmierza, albo próbuje je powtórzyć ♪ „watashi igai watashi janai no”, „ryōseibai de ii janai”


A decade in life and music

66.

sd laika that’s harakiri 2014

ach, słodkie glitche! to jedna z tych płyt, które naturalnie weszły mi w głowę jako synonimy, a przynajmniej składowe mojej koncepcji panoramy dźwięku; to zdekonstruowana elektronika z czasów, gdy jeszcze nie mówiło się o dekonstrukcji w kategoriach gatunkowych definicji; nigdy nie wiem, który numer jest który, ale rozpoznaję je po jednej nutce ♪ „meshes”, „gutter vibrations”


A decade in life and music

65.

oneohtrix point never garden of delete 2015

to nie tylko najpewniej najmocniejszy krążek w dotychczasowej dyskografii lopatina, ale także kompetentny głos w mimowolnej dyskusji o przyszłości muzyki pop; pomimo szeroko zakrojonego operowania glitchową elektroniką i ogólnego eksperymentalnego charakteru kompozycji lopatin w każdej z nich umieszcza melodie, a nawet refreny, co na swój wywrotowy sposób, czyni z nich pełnoprawne piosenki pop ♪ „mutant standard”, „i bite through it”


A decade in life and music

64.

girls’ generation the best 2014

mój wstępniak do k-popu był po japońsku — trochę dlatego, że akurat w 2011 roku, kiedy poznałem girls’ generation, na fali były japońskie wersje ich wcześniejszych koreańskich singli, a trochę dlatego, że była to mimo wszystko mniejsza bariera kulturowo-językowa; nie żeby język i kultura były barierą, by docenić walory dziewięciu prześlicznych dziewcząt tańczących perfekcyjnie synchroniczne układy do niesamowicie przebojowych refrenów — po prostu tak wyszło; później zresztą dziewczyny zaczęły wydawać na rynek japoński jakby lepsze piosenki niż te, które śpiewały w korei i mój kanon ich dyskografii zawarty jest w zasadzie w dwunastu pierwszych nagrań na wydanym w 2014 roku składaku podsumowującym zaledwie cztery lata ich japońskiej kariery, ale tak naprawdę wyczerpującym formułę ich trwającej w sumie dekadę scenicznej bytności; k-pop oczywiście poszedł do przodu i jeśli chodzi o brzmienie i zasięg, a to co nie udało się swego czasu girls’ generation — podbój ameryki — zrealizowało z nawiązką blackpink, ale nic by z tego nie wyszło, gdyby nie tamte znakomicie wyprodukowane i zrealizowane numery czerpiące bez kompleksów i baczenia na trendy i konwencje z całego wachlarza zachodniego popu od lat 70. aż do 00.; uczcijmy więc dyskografię girls’ generation minutą ciszy albo trzema minutami „gee” ♪ „gee”, „mr. taxi”, „the boys”


A decade in life and music

63.

mbongwana star from kinshasa 2015

z kinszasy prosto na księżyc — jedyny longplay mbongwana star to pierwszorzędna żonglerka kontekstami, remiks rozmaitych europejskich, amerykańskich i afrykańskich motywów; odpowiedź na pytanie, jak skonstruować krążek, który pod lupą będzie bardzo chaotyczny, a w szerszym kontekście zabrzmi na tyle konsekwentnie, że rzeczywiście okaże się rakietą, którą można na księżyc polecieć ♪ „suzanna”, „masobélé”


A decade in life and music

62.

justin hurwitz la la land: original motion picture soundtrack 2016

hurtwitz, na którą chwilę wskrzesił ducha wielkiego hollywoodzkiego musicalu; to ważne o tyle, że jestem przekonany, że życie byłoby lepsze, gdyby ludzie oglądali więcej musicali; można by choć na chwilę zamienić cynizm w banał, a na szarym niebie kredką świecową namalować sztuczne słonko; nie zdziwcie się, gdy spotkacie mnie tańczącego na mrożonkach w tesco; wam też polecam ♪ „another day of sun”


A decade in life and music

61.

mid-air thief crumbling 2018

k-pop trochę dla mnie umarł — amerykański sukces bts to jedynie potwierdzenie tego, że mainstream przejmuje niezalowe trendy w rozwodnionej formie i z ogromnym opóźnieniem; odsiecz przyszła niespodziewanie ze strony enigmatycznej jednoosobowej grupy co płytę zmieniającej aliasy — szybko okazało się, że pod innym płaszczem już w 2015 roku skroiła (wówczas zupełnie przegapiony) metafolkowy krążek; crumbling, które zapewniło artyście dotarcie do szerszej międzynarodowej publiczności to kontynuacja tamtych motywów i stylów, psychodeliczny folk najwyższej próby na miarę najlepszego okresu twórczości grizzly bear, ze względu na azjatyckie korzenie szeroko porównywany do kultowych fishmansów, przez równie rozmyte połączenia gatunkowe wymykające się utartym klasyfikacjom; aktualne, ale czerpiące swoją siłę rażenia z ponadczasowych wzorców estetycznych, złożone, ale nienachalne, mimo bariery językowej szczere i emocjonalne; wreszcie, wielokrotnie lepsze niż jakakolwiek k-popowa płyta, jakiej miałem okazję słuchać ♪ „gameun deut”


A decade in life and music

60.

bonnie ‚prince’ billy / bryce dessner / eighth blackbird when we are inhuman 2019

when we are inhuman spadło na mnie niespodziewanie, jak grom z jasnego nieba — zakrzyknąłby przysłowiarz; trzy podmioty twórcze: samotny jeździec alternatywnego country — bonnie „prince” billy, kompozytor i multiinstrumentalista znany głównie z the national — bryce dessner oraz zespół specjalizujący się w wykonaniach muzyki steve’a reicha — eighth blackbird — zebrały się, by tchnąć w piosenki tego pierwszego nowe życie; efekt jest zupełnie niedzisiejszy, choć raczej pozostawiony poza czasem aniżeli anachroniczny — oto rozmyślne post-minimalistyczne aranże dessnera i kunsztowne wykonawstwo eighth blackbird wraz z intymnym, ale nie przygaszonym, billy’m na pierwszym froncie w akcie nieoczywistej wędrówki po archiwaliach songwriterskich płodnego twórcy otworzyły zupełnie nowe drzwi do jego dyskografii; ładne, proste piosenki w harmonijnej, swojskiej, kameralnej oprawie z eksperymentalnym finiszem, u których podłoża leży folk, ale których estetyczne macki sięgają hen, hen, hen ♪ „one with the birds”


A decade in life and music

59.

justin townes earle harlem river blues 2010

uwielbiam justina townesa earle’a i ta płyta jest pretekstem do tego, by dać temu wyraz; uwielbiam justina townesa earle’a, nie ze względu na to, że jego ojcem jest steve, a jego duchowym przewodnikiem — townes; uwielbiam justina townesa earle’a, bo choć zdarza się, że nagrywa słabsze rzeczy, zawsze wie gdzie stoi i co gra, a ja nawet jeśli stoję gdzieś indziej, drepczę gdzieś wokoło, doceniam jego konsekwencję, upajam się jego brzmieniem; uwielbiam justina townesa earle’a za jeden z moich ulubionych storytellingów w tytułowym utworze, testamencie topielca, który przegrał życie i pisana mu śmierć ♪ „harlem river blues”


A decade in life and music

58.

natalia lafourcade hasta la raíz 2015

płyta, której wypatrywałem przez lata, która urosła i dojrzała we mnie na długo, zanim jeszcze powstała; lafourcade jest znakomitą songwriterką i równie utalentowaną tekściarką — z prostych słów i melodii potrafi zbudować dojrzałe kompozycje dalece wykraczające poza etykietki współczesnego indie, ale niedające się jednoznacznie zaklasyfikować w szufladce z adult contemporary i doskonale potrafi tę wizję sprzedać słuchaczowi; chociaż lafourcade oczarowała mnie swoją rekonstrukcją meksykańskiej folkloru na kolejnych krążkach, nadal znam te piosenki na pamięć i grają we mnie, ilekroć o nich pomyślę ♪ „ya no te puedo querer”, „lo que construimos”


A decade in life and music

57.

she & him volume two 2010

to niby nie jest ponadprzeciętny indie pop, raptem trzynaście ładnych piosenek o wzlotach i upadkach; to też płyta, którą uczyniłem swoją codziennością przez przeszło dwa lata, bo jej motywy stanowiły doskonały soundtrack do wskakiwania na krawężnik, wsiadania na rower, nalewania herbaty do kubka; she & him mieli wtedy zresztą niesamowity magnetyzm — m. ward był świetnym producentem i instrumentalistą, a zooey deschanel miała jedyne w swoim rodzaju: urok i charyzmę, które objawiały się w jej śpiewie, tekstach, scenicznej i pozascenicznej prezencji; to wszystko grało doskonale na volume two zanim jeszcze zamienili twee pop i alt-country na bezkształtną retrofilię; to płyta pełna prostolinijnych linijek, w których można odnaleźć ukojenie, gdy powinie nam się noga ♪ „brand new shoes”, „me and you”


A decade in life and music

56.

kacey musgraves pageant material 2015

śledziłem kacey musgraves od początku jej kariery, ale aż do golden hour nie słuchałem jej uważnie; a to właśnie uwaga zamieniła dla mnie pageant material ze zrealizowanej bez produkcyjnych uproszczeń country popowej płyty krążek pełen trafnych puent i happy endów mimo wszystko; musgraves nie tylko udało się wyczuć doskonale klimat klasycznego countrowego songwritingu, ale udało się jej zawrzeć w nim substancję, której chronicznie na tej scenie brak; to bez wątpienia najbardziej empatyczny z albumów zawsze przecież empatycznej musgraves ♪ „fine”, „late to the party”


A decade in life and music

55.

richard dawson peasant 2017

mając w pamięci wspólną historię joanny newsom i billa callahana, byłoby niedelikatne z mojej strony, gdybym wtrącił pomiędzy nich richarda dawsona; a jednak peasant, na którym żongluje przyjmowanymi rolami i punktami widzenia, leży właśnie gdzieś wpół drogi między ornamentami newsom a (wciąż intelektualną oczywiście) prostotą callahana — zarówno aranżacyjnie, melodycznie, jak i storytellingowo; dawson lubi swoją prostą americanę w tym samym stopniu, co niekoniecznie idealnie linearną budowę swoich piosenek wieńczonych jednak raz po raz czymś w rodzaju średniowiecznej hymniczności; tym samym peasant jest dla mnie jednocześnie fascynująco nieodgadniony, jak i fascynująco znajomy ♪ „beggar”, „ogre”


A decade in life and music

54.

chris stapleton traveller 2015

nie kupiłbym nigdy tej płyty, gdyby nie to, że akurat była solidnie przeceniona, a tam, gdzie byłem, mogłem równie dobrze wydać dokładnie tyle na piwo w barze; ale gdyby się to nie stało, być może zawsze miałbym stapletona z tyłu głowy, tak jak mam z tyłu główy jameya johnsona; chris stapleton to jedna z tych postaci współczesnego country, która wyciągnęła radiową odmianę gatunku za uszy z okowów banalnych tekstów, melodii i aranżacji; traveller jest oczywiście na swój sposób jedną z tych płyt, których łatwo się słucha, ale nigdy za łatwo; to 14 organicznie zaaranżowanych prostych piosenek podszytych żalem i rezygnacją w emocjonalnej, ale wyważonej interpretacji stapletona ♪ „tennessee whiskey”


A decade in life and music

53.

deafheaven sunbather 2013

my bloody valentine zrzucili kamień, ale lawina spadła dopiero wraz z tym krążkiem; deafheaven eksplorują gitarowe ekstrema, łącząc dwie głośne stylistyki — black metal i shoegaze, a jednocześnie jest w tej hałaśliwej, mocnej mieszance pewna niekłamana subtelność; sunbather jest ekstatyczny i wzniosły, ale nie popada przy tym w banał; przez całą godzinę, gdzieś pomiędzy wierszami mieni się muzyczną doskonałością ♪ „dream house”


A decade in life and music

52.

étienne daho les chansons de l’innocence retrouvée 2013

étienne, ty playboyu, królowo czarnej dyskoteki, przestań mnie podrywać, przecież masz żonę! daho od początku lat 80. konsekwentnie łączy w swojej muzyce elementy klasycznego francuskiego chanson z wpływami muzyki nowofalowej i konsekwentnie jest w tym znakomity; les chansons to być może jego najlepszy krążek od czasu paris ailleurs z 1991 roku (być może, bo znam tę część jego dyskografii raczej przekrojowo niż na pamięć); nie słychać po nim upływu czasu — jego głos brzmi równie ekspresyjnie i witalnie, co dwadzieścia lat wcześniej, a on sam bez trudu żongluje stylami, mieszając disco i orkiestrowe aranżacje — niby nic nowego, ale zachowuje przy tym nienaganną elegancję i, co nawet ważniejsze, znakomite wyczucie melodii — wracam do tych piosenek do dziś ♪ „en surface”, „les chansons de l’innocence”


A decade in life and music

51.

deepchord presents echospace liumin 2010

fascynujący krajobraz nocnego miasta, niezrównane arcydzieło dubowego techno; czasem udaję, że umiem pisać o elektronice, ale każdy kto mnie zna, wie, że to ściema i że nie umiem; ale odbieram tę płytę całym sobą, żyje we mnie swoim pulsującym rytmem, ilekroć ją włączę ♪ „summer haze”


Opublikowano

oh babe it ain’t no lie

oh

le double secret, rené magritte, 1927

mówię z serca
wyraźnie i ze spokojem
odbywałem tę rozmowę sam ze sobą dziesiątki, setki razy
nie uginam się już pod ciężarem słów, które choć wciąż przychodzą mi z trudem, muszą zostać wypowiedziane
nie plączę sensów, nie pędzę skrótem, nie uciekam
ani przed sobą, ani przed nikim, kto mógłby mnie gonić

goniło wielu
wielu kolejnych próbowało
jeszcze kolejni — chcieliby — wciąż chcą
— niech sami sobie przebaczą, albo bóg, który jest nad nimi, jeśli twierdzą, że jest,
ich wina już mnie nie dosięga

tylko tych, do których mówię, nie mogłem poznać
przećwiczyć, odbyć, zaplanować
to oni, nie ja
plączą sensy, pędzą skrótem, uciekają

nagle dostrzegam — ja sam ich gonię
i nie mogę sobie wybaczyć
że krzywda, która została poza mną
wciąż poza mną się dzieje

Opublikowano

Wyjście awaryjne. O zmianie wyobraźni politycznej

Wyjście awaryjne. O zmianie wyobraźni politycznej

Rafał Matyja, „Wyjście awaryjne. O zmianie wyobraźni politycznej”, wyd. Karakter, 2018


Czasem politowanie wobec coraz niższych standardów debaty politycznej nie wystarcza. Wbrew wszelkiej logice i niezbędnemu dla zachowania integralności dystansowi zostajemy brutalnie wciągnięci w retoryczną wojnę beneficjentów Polski takiej i siakiej. Powody są niskie i zawsze te same, ale sprawy, traktowane przez polityków cynicznie i instrumentalnie koniec końców dotykają jednak nas, obywateli, i pewnie dlatego trudno czasem utrzymać jest nerwy na wodzy. Gra partyjna, która od, bagatela, półtorej dekady dzieli Polaków na takich i owakich, ma jednak swoje podłoże, reguły i, czego trudno nie dostrzec, swoje konsekwencje. Rafał Matyja, politolog i publicysta, celnie to wszystko nazywa i opisuje. Jego „Wyjście awaryjne. O zmianie wyobraźni politycznej” to książka-drogowskaz dla wszystkich, którzy czują irytację, zmęczenie lub bezsilność wobec dewastującej Polskę od 2005 roku wojny partyjnej. Matyja przyjmuje pozycję postronnego, ale nie zewnętrznego obserwatora zmian politycznego krajobrazu III RP. Wskazuje powody upraszczania świata do zero-jedynkowych schematów i klientelistyczny charakter największych polskich partii, który z jednej strony jest pokłosiem systemowych niedoborów, z drugiej prób zabezpieczenia własnego interesu ponad jakimkolwiek interesem wspólnym (państwowym czy narodowym — zwał, jak zwał) i niezależnie od ugrupowania coraz bardziej obniża standardy polskiej polityki i życia społecznego. Autor demaskuje zarzut symetryzmu jako korzystny dla polityków mechanizm zawłaszczania komentatorów politycznych. W kreacji konfliktów na nośne medialnie, ale niekoniecznie rzeczywiście istotne społecznie tematy widzi paliwo obecnego podziału. Wskazuje na rozdźwięk między biurokratyczno-eksperckimi metodami państwa a społeczno-medialnym roszczeniowym i krytykanckim stosunkiem do jakichkolwiek decyzji jakiejkolwiek władzy. Wreszcie celnie wskazuje i nazywa emocje, które wykorzystał Kaczyński, do budowy siły politycznej swojej formacji. Jednocześnie Matyja nie zawiesza Polski w próżni — zastanawia się nad jej rolami w regionie i świecie, poddając trzeźwej ocenie rozmaite ich koncepcje. Zwłaszcza że jesteśmy integralną częścią globalnych procesów i niechybnie dosięgło nas widmo trwającej obecnie międzyepoki sprzyjającej populistom opierającym ciągłość swojej władzy na nakręcanych przez siebie konfliktach, a nie efektywnych rządach.

„Naprawa tej sytuacji nie polega na tym, by władzę w Polsce sprawował ktoś inny, ale na tym, by możliwy był pluralizm odzwierciedlający złożoność problemów i niejednoznaczność podziałów” — pisze. Ubolewa jednak przede wszystkim nad dewastacją i zawłaszczaniem instytucji państwowych, których nigdy nie udało się skutecznie zbudować na nowo po upadku PRL-u, w związku z czym łatwo było wykazać ich słabość i wykorzystać je politycznie. Rozwiązanie jest w tytule — tak daleko, tak blisko — musi bowiem dokonać się zmiana wyobraźni politycznej. Nie będzie to jednak łatwe — „dziś partyjna rywalizacja na symbole zdewastowała przestrzeń politycznej wyobraźni, doprowadziła do instrumentalizacji pamięci, do uruchomienia obliczonych na skuteczną pogardę dystynkcji” — uważa Matyja. Faktycznie polską sceną polityczną rządzi kilka osób, reszta to statyści, dlatego należy spojrzeć na Polskę inaczej. Na początek politolog chce trafić do lokalnych elit percepcji — fachowców średniego szczebla, dyrektorów instytucji, dziennikarzy, by spróbowali patrzeć na państwo inaczej niż przez pryzmat wszechobecnego mentalnego centralizmu (w uproszczeniu — nieokreślonego bliżej interesu państwa). Zastanawia się przy tym, czy wciąż możliwe jest utworzenie projektu politycznego, który nie tyle byłby kompromisem, co stworzyłby nowe, niewykluczające nikogo ze wspólnoty imaginarium. Czy w dalszym ciągu jesteśmy gotowi mówić o sobie „my, Polacy”, a może zostaliśmy już bezpowrotnie podzieleni na naszych i obcych? „Wyjście awaryjne” to brawurowy komentarz do zakrapianej politycznymi konfliktami tożsamościowymi codzienności Polek i Polaków. Doskonałe studium wypadków, które doprowadziły do obecnego kryzysu z wieloma zasadnie zadanymi pytaniami o przyszłość naszego kraju.

Wyjście awaryjne. O zmianie wyobraźni politycznej