Opublikowano

Zaległości czytelnicze — trzykrotnie o Japonii

Inne Kioto

„Inne Kioto”, fragment okładki


Gdy postanowiłem w końcu, że w tym roku muszę wrócić do Japonii, porzuciłem wszystkie inne czytelnicze pokusy i postanowiłem duchowo i merytorycznie przygotować się do podróży. Poprzednia wizyta w Kioto pozostawiła po sobie jakiś mętlik — z odsieczą przybył mój ulubiony gaijin Alex Kerr z nietypowym przewodnikiem po mieście. Mistrz zen D.T. Suzuki pomógł zrozumieć mi podstawy filozofii, na której wyrosły niezliczone świątynie. Z japońskimi znakami, w nie do końca spodziewanym sensie, skonfrontowałem się dzięki klasycznemu esejowi Rolanda Barthesa.


Inne Kioto

Alex Kerr, „Inne Kioto”, wyd. Karakter, 2021


„Inne Kioto” to nie tylko jedna z najpiękniej wydanych książek na mojej półce, ale też bez wątpienia jedna z najbardziej treściwych. Trudno ją zresztą zaszufladkować — nie jest to z pewnością ani przewodnik turystyczny, ani opracowanie etnologiczne czy architektoniczne, ani też zbiór esejów czy tomik wspomnień i anegdotek. Można jednak w pewnych kontekstach wykorzystać każde z tych określeń, by książkę tę opisać i nie pomylić się przy tym nadto. Alex Kerr, jedyny w swoim rodzaju uchi-no-gaijin, autor fenomenalnego eseju o przemianach w dwudziestowiecznej Japonii tj. „Japonii utraconej”, tym razem całą swoją uwagę skupia na starej stolicy kraju, omawiając ją dla niejapońskich czytelników według wielu nieoczywistych kluczy.

Kerr z jednej strony z wielką uwagą nakreśla faktografię — wylicza rodzaje mat tatami, porządkuje stylistyczne rejestry, żongluje gatunkami drewna z ich odpowiednimi zastosowaniami — w każdym z tych i wielu innych przypadkach akcentuje jednak niuanse, nierzadko okraszając dość techniczne na pierwszy rzut oka fragmenty zasłyszanymi anegdotami i własnymi opiniami. To wymagająca, ale przyjemna lektura. Sam odkładałem ją na półkę na długie miesiące, by w pewnej chwili z przekonaniem graniczącym z pewnością stwierdzić, że oto w tym momencie potrzebuję właśnie tej papierowej podróży do tradycyjnego Kioto. Skrupulatnie zresztą co ciekawsze fragmenty i nazwy miejsc zaznaczałem fiszkami z nadzieją na powrót i wykorzystanie przynajmniej części z nietuzinkowych uwag Kerra jako faktycznego przewodnika po tym mieście, w którym, jak mało gdzie możemy wciąż kontemplować dawny świat zastygły w czasie (lub jego bardzo bliski odpowiednik). Gdy już uda mi się to marzenie zrealizować, obiecuję dopisać w tym miejscu adekwatny dalszy ciąg.


Wprowadzenie do buddyzmu zen

Daisetz Teitaro Suzuki, „Wprowadzenie do buddyzmu zen”, wyd. Vis-á-Vis/Etiuda, 2011


Jakkolwiek dyplomatycznie, żeby nie napisać nudno, zatytułowano tę książkę, jest to dla niej najwłaściwszy tytuł. Daisetz Teitaro Suzuki, jeden z XX-wiecznych mistrzów buddyzmu zen, przybliża w niej w formie dziewięciu tematycznie uszeregowanych esejów podstawy szeroko pojętego buddyzmu zen. Zabierając się za lekturę jakiś czas temu, pomyślałem — jak się okazało — nazbyt ambitnie, że będę robił sobie notatki z coraz to bardziej esencjonalnych fragmentów, dzięki czemu będę w stanie lepiej przyswoić sobie przedłożoną filozofię i być może przedstawić ją w bardziej syntetycznej formie w tym krótkim tekście. Pomyliłem się. Mimo tego, że dość chętnie rozprawiałem na temat zen ze znajomymi i rodziną, każda taka pogawędka tylko udowadniała mi, jak bardzo nie mam o tym pojęcia — nawet jeśli to, o czym mówiłem, wydawało się mieć sens i na pierwszy rzut ucha nie przekręcało nadto istoty rzeczy.

Podstawowy problem zen, który na każdym kroku akcentuje sam autor „Wprowadzenia” to niemożność przedstawienia jego istoty przy pomocy słów. Zen nie podlega właściwej słowom logicznej dychotomii i przez to lepiej wyraża się w działaniu niż w mowie. Mimo tego mistrz Suzuki całkiem holistycznie przedstawia to zagadnienie czytelnikowi z różnych punktów widzenia tak, że można ulec złudzeniu, że wszystko jest zrozumiałe. Skoro jednak zen wymyka się rozumowemu podejściu, rozumienie go w ciągu nawet bardziej pogłębionej lektury (niż ta zacna broszura) zdaje się nie wchodzić w grę.

Zen można bowiem jedynie doświadczyć. Suzuki opisuje system koanów (przypowieści), opowiada o dyscyplinie klasztorów zen i znaczeniu medytacji — wszystkie te działania mają przybliżyć adepta szkoły zen do doświadczenia satori, które można (nieściśle) opisać jako oświecenie — zdarzenie otwierające umysł na prawdę zen, która, jak podkreśla Suzuki, jest mistyczna tak samo jak kwitnący kwiat czy fakt, że ktoś właśnie wali w bęben — nie skrywa żadnej niedostępnej prawdy, a jedynie (albo aż) otwiera umysł na harmonijne pojmowanie świata. Suzuki wyjaśnia też konsekwentnie, jak zen różni się od swojego stereotypowego obrazu rozpowszechnionego zwłaszcza na zachodzie. Opisuje też podobieństwa i różnice między zen a innymi szkołami buddyzmu oraz chrześcijaństwem. Pisze obrazowo i bezpośrednio. Poprzedzająca właściwą część książki dość obszerna i analityczna przedmowa Carla Junga wydaje się z perspektywy niepotrzebnie zawiła. Jung pisze o zen z fascynacją, jest mniej ostrożny niż Suzuki, ale też skażony pewną zachodnią filozoficzną manierą.

To ciekawa lektura dla każdego, kto kiedykolwiek zastanawiał się, o co tak naprawdę chodzi z tym światem. Nie udziela co prawda konkretnych odpowiedzi, ale otwiera umysł na alternatywy dotąd być może zupełnie niewyobrażalne. A to już dużo.


Imperium znaków

Roland Barthes, „Imperium znaków”, wyd. Altheia, 2012


Od dziecka fascynowały mnie znaki japońskie. I nie była to wyłącznie kwestia zwyczajnej ciekawości czy jakiegoś kognitywnego wyzwania — chociaż na pewno też. Była to także kwestia obietnicy, że znaki skrywają w sobie jakieś pierwotne znaczenia, których nigdy nie posiadał nasz alfabet — wynika to bezpośrednio z ich genezy, nawet pomimo wszystkich przemian, jakich doświadczyły przez wieki. I że te znaczenia mogą poszerzyć na swój sposób moje postrzeganie znajomej rzeczywistości o jakiś dodatkowy aspekt, a wszystko to jest w jakimś sensie tuż na wyciągnięcie ręki przed moimi oczami. Oczywiście koniec końców zgadzam się z Alexem Kerrem, który pisał, że dla Japończyka tabliczka nad bramą świątynną będzie ani mniej, ani bardziej mistyczna niż znak „zakaz parkowania” — ostatecznie obie wykorzystują ten sam sposób zapisu.

I tutaj dochodzimy do mojego wyobrażenia, być może niepotrzebnego, stojącego na drodze, „Imperium znaków” Barthesa. Pomyślałem, tylko i aż, że oto wreszcie ktoś z mojej zewnętrznej perspektywy być może spróbuje dojść do sedna tej mojej dziecięcej, ale wciąż tlącej się we mnie cichym płomieniem, nadziei, że znaki są w stanie powiedzieć o świecie coś więcej niż wiemy. Albo mniej. Ale Barthes w zasadzie nie czyta znaków, ma swoją szeroką definicję znaczeń (znaczonych), w którą ładuje wszystko to, co wpadnie mu w oko. Od samego początku i konsekwentnie proklamuje, że znaki są puste i jest to być może jedyna sensowna myśl, jaką warto z tej lektury wyciągnąć. Zniszczyło to może jakąś część mojego wewnętrznego dziecka, ale jestem dużym chłopcem i nawet pomimo tego, żeśmy się z Barthesem od początku nie zrozumieli, podszedłem z dojrzałą otwartością na jego wnioski.

Rzecz w tym, że nawet jeśli wnioski te były trafione, zazwyczaj były też zupełnie zbyteczne. „Imperium znaków” to emanacja intelektualizmu, który niczemu nie służy. Być może jest to efekt rzeczywistej fascynacji Barthesa innością japońskiej kultury, ale jakieś manieryzmu sprawiają, że wyraża ją w sposób niemalże mechaniczny, z jakiegoś abstrakcyjnego offu, przez co czytelnik może zacząć podawać w wątpliwość faktyczne intencje autora. Autor tymczasem niestrudzenie pręży na różne sposoby intelektualne muskuły z feerią teoretycznych efektów specjalnych z momentami dość obcesowymi i niepasującymi do całości poetyckimi ciągotami (i tak, na ile słowo ciągoty ma w sobie coś obrzydliwego, idealnie opisuje lubieżną poetyczność Barthesa — fragment o japońskiej powiece graniczy z czytelniczą traumą). Niezależnie od tego, co akurat Barthes weźmie sobie na cel, wydaje się, że główna teza jest następująca: Japończycy do perfekcji opanowali puste gesty, ale puste w inny sposób niż rozumiemy to na zachodzie.

W zależności od tematu radzi sobie lepiej albo gorzej — na przykład sprowadzenie zen do roli jakiegoś lingwistycznego szamanizmu to czyste szaleństwo, intrygujące wyłącznie swoim przekonanie o własnej słuszności (cały tekst napisany jest z poziomu kogoś, kto „wie”), ale koniec końców całkiem daremne. Mniej odklejone są jego rozważania dotyczące samego pisma czy pisania twarzy, które całkiem nieźle oddają esencję różnic między podejściem japońskim a zachodnim. Nieźle idzie też Barthesowi interpretacja formy haiku, ale trudno mi nie odnieść wrażenia, że to jedna z tych tyrad, którymi nawiedzeni profesorowie zadręczają bogu ducha winnych studentów filologii, aby udowodnić im nie wiadomo co — koniec końców wywody Barthesa mógłby podsumować jego własny cytat — nic nie pozostało, kamień słowa wyrzucono na próżno — ani fal, ani przepływu sensu.

Opublikowano

z kronik towarzysko-kryminalnych

śliwki na gazecie eleny klienko

śliwki na gazecie eleny klienko


krępa łopata zamieszka zaraz od metra mierząc i od metra myśląc
odnajdzie przy tym zamożne żebro i zamszem żebro zaprawi
niezbożnie wyręczy przy tym kustosza, choćby i kustosz ręczył
zarżnie kustosza żebrem i żebro kustoszem, miarową kręplą łopocząc

*

srogi szpadel napotka przychylnie zezowatą rozkosz
przeniesie przepych pośród fałd zwalistych
a gdy już przepych przepchnie, faliście z wału
zwali tę rozkosz szpachlą srożąc brochę

*

plenna konewka rozniesie rzęsiście rozrosły wyprost zarostu
zadławi zrosłe rzęsy ustrojstwa i wpełznie w szmaragdy szronu
ustroi grona, wyniośle się szroniąc; zarostem mierząc przybranie
zaleje przepaść ustronną rzęsą a plonem żwacz zakotwiczy

*

wykwintna witka rozdziawi palce walcem wybrzmiałej radości
zawita w progu prędkiego rotora, by rotor prędko zawitał
palczaście wzrośnie wiotkim wykwitem i wzniesie wole bez woli
wolno i prędko wijąc, zrąbie rotora witkowym walcem

Opublikowano

2023 ✕ filmy

2023
nie goniłem w tym roku za głośnymi premierami, ale zupełnie naturalnie w ciągu sezonu udało mi się obejrzeć więcej zasługujących na wspomnienie filmów, niż mieści ta skromna lista; nie potrafię ułożyć pierwszej trójki — dawno nie zdarzyło mi się tak, bym w jednym roku doświadczył trzech tak wspaniałych (goat tier) filmów i absolutnie nie potrafił zestawić ich razem — ostatecznie na szczyt dałem ten, na który najbardziej czekałem i na który poszedłem do kina po raz drugi, by móc się nim jeszcze nacieszyć


filmy x 2023

20.

chłopi reż. dk & hugh welchman

po pięknym, ale pustym „vincencie” podchodziłem do tego filmu z dużą rezerwą; tymczasem to bardzo godna adaptacja uwspółcześniająca tempo, ale oddająca ducha powieści; są emocje i jest substancja, a malarska forma nie tylko nie ciąży tej historii, ale wręcz ją uwypukla


filmy x 2023

19.

inshallah a boy reż. amjad al-rasheed

przeczołgali mnie przez morze beznadziei i bezsilności, oszczędzając jednak patosu; znakomity dramat społeczno-sądowy w stylu farhadiego z metafizycznym twistem


filmy x 2023

18.

river, nagarenaide yo reż. junta yamaguchi

szalona pętla czasu w kameralnej odsłonie z niespodziewanym kosmicznym twistem; doskonale miesza różne komediowe formuły


filmy x 2023

17.

pianoforte reż. jakub piątek

kulisy mitycznej olimpiady dla pianistów nie dowożą żadnych sensacji, ale przedstawione tu historie zwycięzców i przegranych działają na emocje i wyobraźnię


filmy x 2023

16.

no hard feelings reż. gene stupnitsky

absolutnie absurdalnie głupi, ale lawrence niesie ten post-slapstick i kaprawe one-linery; film choć dość przewidywalny, jest i zabawny, i dobroduszny; mój typ w kategorii: weekendowa komedia do odreagowania po trudnym tygodniu


filmy x 2023

15.

totsukuni no shōjo reż. yutaro kubo / satomi maiya

kim jest inny? i dlaczego się go boimy? być może to nasz strach stanowi prawdziwą zarazę; pięknie zrealizowana archetypiczna opowieść o relacji, która narodziła się pomimo wszystko


filmy x 2023

14.

dream scenario reż. kristoffer borgli

absurdalne komediowe zawiązanie to punkt wyjścia do skonfrontowania się z kondycją współczesnych społeczeństw; poczucie humoru suche, tak jak lubię, cage kriperski ponad wszelkie normy i nareszcie całkiem dobry (przez lata go hejtowałem, ale zwracam honor — także przez rolę draculi w „renfieldzie”)


filmy x 2023

13.

killers of the flower moon reż. martin scorsese

po przepotwornie nudnym „irlandczyku” bałem się bardzo tego scorsese, a tymczasem okazał się nie tylko wartki i wielowątkowy, ale zostawił po sobie ślad we mnie — bardzo udany mariaż


filmy x 2023

12.

oppenheimer reż. christopher nolan

nie jestem nolanowcem i z tej perspektywy myślę, że może to faktycznie najlepszy nolan? potrójnie poprowadzona historia robi robotę i w trakcie 3-godzinnego seansu wciąż czymś intryguje, nie przebodźcowując widza; to więcej niż solidny hollywoodzki biopic — jest w tym kinie coś klasycznego i coś, co jest w stanie porwać tłumy; cieszę się, że nolan nie opowiedział tej historii bezpośrednio; zarówno jej wewnętrzne inklinacje polityczne, jak i niedające się przemilczeć konsekwencje moralne musiały tu wybrzmieć i ostatecznie wybrzmiały głośniej niż eksplozja trinity, o której tyle się rozpisywano


filmy x 2023

11.

poor things reż. yórgos lánthimos

stymulujący kreatywnie seans; podobał mi się zwłaszcza ten arthouse’owy powab sam w sobie napęczniały od kontekstów, ale ta szalona historia też jest warta uwagi jako taka


filmy x 2023

10.

all the beauty and the bloodshed reż. laura poitras

poruszające studium człowieczeństwa; film fenomenalnie przeplata dwie historie: burzliwą biografię artystki i jej obecne działania aktywistyczne, czyniąc z tej dychotomii wielki atut; dużo myślałem i rozmawiałem o tym filmie po seansie; polecam go zobaczyć w kontekście trwającej do dziś epidemii opioidów


filmy x 2023

9.

the zone of interest reż. jonathan glazer

przerażająca powszedniość ludobójstwa; makabryczna rajska przystań u wrót piekieł pokazana z humanistyczną wyobraźnią w myśl zasady, że często mniej znaczy więcej


filmy x 2023

8.

kaibutsu reż. hirokazu horeeda

lekko melodramatyczny, ale koreeda mistrzowsko dodaje kolejne perspektywy tej samej historii, odkrywając niewygodną dla wszystkich prawdę o tytułowym potworze


filmy x 2023

7.

anatomie d’une chute reż. justine triet

prosta, ale angażująca fabularnie, emocjonalnie i moralnie historia do samego końca niezadowalająca się banałem; bardzo kompetentne kino ze wspaniałą, magnetyzującą rolą sandry hüller


filmy x 2023

6.

das lehrerzimmer reż. ilker çatak

mimo prostego anturażu twórcy budują trzymającą w napięciu, złożoną moralnie i społecznie intrygę; to dość sterylna, ale adekwatna realizacja z doskonałą obsadą


filmy x 2023

5.

how to have sex reż. molly manning walker

to niestety chyba jeden z najszerzej niezrozumianych filmów zeszłego roku; może dlatego, że poprowadzony jest wartko, pod górkę i nie zadowala się prostymi rozwiązaniami; w centrum dość prostolinijnej kanwy fabularnej stawia jednak ważne pytania w bardzo rzeczywistym kontekście — w świecie niby post-#metoo, ale jednak tak bardzo poza nim


filmy x 2023

4.

perfect days reż. wim wenders

wenders nigdy szczególnie mnie nie zainteresował ani nie poruszył — aż do teraz; nie wiedziałem, jak bardzo potrzebowałem tego filmu — wyzbytej cynizmu medytacyjnej afirmacji życiowej równowagi i prostych codziennych rytuałów


filmy x 2023

3.

the holdovers reż. alexander payne

trochę jakby „breakfast club” osadzono w latach 70. w święta, ale nawet lepiej! błyskotliwe, bardzo zabawne, a jednocześnie przytulne kino, w którym intelektualne punchline’y nie sabotują emocji; wspaniały seans, jedno z moich najlepszych kinowych doświadczeń ostatnich lat


filmy x 2023

2.

all of us strangers reż. andrew haigh

absolutnie rozdzierający, a jednocześnie pod każdym względem magiczny — wspaniałe zdjęcia nie są tu kamuflażem, ale rozwinięciem mocnej historii z fantastycznym twistem, który nie jest tylko wymysłem twórców, ale rzeczywiście zmienia postrzeganie świata — i bohaterów, i widza; nie pamiętam drugiego filmu, w którym zawarto by tyle czułości


filmy x 2023

1.

kimitachi wa dou ikiru ka? reż. hayao miyazaki

„spirited away” spotyka „galactic railroad” sugiiego; miyazaki po mistrzowsku łączy znajome elementy z metafizycznymi zagadkami, które do interpretacji pozostawia widzom — to mocne, ale zniuansowane pożegnanie z publicznością i podsumowanie bogatego dorobku studia ghibli; jedno z wielkich kinowych przeżyć, które będę wspomniał przez długie lata; będę tęsknił, sensei!

Opublikowano

Zaległości czytelnicze — Hałastra i trzy inne książki

Hałastra

Monika Helfer, „Hałastra”, wyd. Filtry, 2023


Czytelnik z potencjałem przybrał w zeszłym roku formę prawdziwie gargantuiczną, wynaturzoną i przykrą. Ilość, jakość i przede wszystkim styl mojego czytania pogrążyły się w kryzysie cyfrowej codzienności, na który miały być odtrutką. Gorzej nawet niż z czytaniem sprawa miała się z relacjonowaniem tego tutaj. Ta wolna, zupełnie pozbawiona (z zasady przynajmniej) kompleksów, terapeutyczna, można by nawet powiedzieć, forma zaczęła niepokojąco ciążyć i frasować, czasem długimi tygodniami. Być może więc czytelnik z potencjałem, aby móc swój potencjał po raz kolejny uwolnić, będzie musiał pożegnać się ze swoimi blogowymi przyległościami. Nowy rok rozpoczął się pod tym względem wcale nie mniej chaotycznie — zbyt wieloma rozpoczętymi tytułami, które jakoś nie chcą usytuować się w zastanej rzeczywistości, a przez to zamiast z nimi płynąć, trzeba by się z nimi mierzyć. Mimo wszystko koniec zeszłego roku przyniósł mi cztery relatywnie niedawno wydane tytuły — każdy na swój sposób ciekawy, choć nie dałoby się (i nie będę próbował) zanegować dzielących wszystkie i każdy z nich przepaści. Zaczynam od tego ostatnio wydanego (i przeczytanego), a przy tym najlepszego — aby utrzymał się na powierzchni i trafił do kolejnych czytelników z potencjałem.

Hałastra

Monika Helfer, „Hałastra”, wyd. Filtry, 2023


Moje najlepsze doświadczenie czytelnicze zeszłego roku przyszło wraz z ostatnią jego lekturą. Żałuję najbardziej, że nie zapisałem swoich myśli na gorąco, wtedy kiedy powinno się je zapisywać. Nie zanotowałem nawet słowa. Opowiadałem o tej książce dookoła, ale w mojej korespondencji nie przetrwało więc niż tytuł i obietnica opowieści. Zwlekałem zbyt długo trochę dlatego, że uznałem, że nie jestem w stanie zrobić tego choćby w jakimś jednym aspekcie bardziej wnikliwie niż tłumacz Arkadiusz Żychliński w posłowiu „Hałastry”. A jednak wiedziałem, że nie mogę tej książki przemilczeć. Za bardzo mnie dotknęła. Mimo tego nie potrafiłbym też odnieść się do prozy Hefner przy pomocy jakiejś osobistej analogii czy nawet anegdoty — myślałem — choć niewątpliwie ożyło we mnie podczas lektury coś, czego istnienia może nawet nie podejrzewałem. Obudziło się jakieś niezrealizowane pragnienie, by z podobną wrażliwością i swadą opowiedzieć historię swoich. Obudziło się i naraz zgasło, bo nawet jeśli równie kolorowe historie istniały gdzieś w mojej rodzinie, nawet jeśli udałoby mi się jakoś ożywić je w wyobraźni, zostały raz na zawsze pogrzebane w ziemi wraz z tymi, którzy byli ich świadkami. I tu przyszedł jakiś ból, ale nie taki, jakiego zdarzało mi się doświadczać wcześniej — jakiejś tęsknoty za utraconą pamięcią. Raczej pewien żal, że rzadko kiedy rozmawiało się u nas tak swobodnie, by tych kolorów móc dotknąć. Tych kolorów, czy podobnych im, które są właśnie źródłem animuszu historii Hefner — to nie jest w gruncie rzeczy żadna ważna opowieść, nie ma co jej przytaczać, metodycznie coś wyliczać, jakby chcieć referować lekturę szkolną na ocenę — ale są w niej żywe uczucia, szczerość i poetyka codzienności. Może też ta poetyka Hefner, jej prozatorskie uległości, których nie śmiałbym nazwać manieryzmami, potęgują ten mój żal. Bo oto rozglądam się dookoła siebie i myślę, że jeśli nawet nie będzie mi dane odpomnieć tego, co przepadło, to chciałbym chociaż tu i teraz zacząć żyć tak, aby ten koloryt odkrywać dookoła siebie i gdy za wiele lat przyjdzie mi ochota, sfabularyzować, choćby nieudolnie, dla własnego kaprysu, to, co choć pozornie umarło, we mnie nadal jeszcze żywe. To trudne. Łatwo dać się przygnieść codzienności. Trzeba jakiegoś marzenia większego niż późnojesienna czytanka. Teraz zostały mi już tylko wrażenia — wśród nich przekonanie, że wspaniała to rzecz, ta „Hałastra”.


Nikt nie odpisuje

Eun-jin Jang, „Nikt nie odpisuje”, wyd. Tajfuny, 2022


Byłem pełen nadziei, gdy rozpoczynałem lekturę. „Ukochane równanie profesora” wydane przed kilkoma laty nakładem Tajfunów wspominam jako jedną z najbardziej kunsztownych powieści pokrzepiających serce, z jakimi miałem do czynienia i wierzyłem, że ich koreański wybór, w ojczystym kraju obsypany nagrodami od góry do dołu, ujmie mnie tak samo. I faktycznie z początku poczułem się zaintrygowany, kanwa opowieści była nieco dziwaczna, ale to dla mnie żadne novum — trzydziestoletni bohater rzuca pracę i wraz z psem podróżuje po Korei, gdzie go nogi poniosą, nawiązując w podróży rozmaite relacje z napotkanymi osobami — często pozostawionymi gdzieś na marginesie społeczeństwa lub borykającymi się z poważnymi problemami. Nasz bohater zbiera ich adresy i każdego wieczoru pisze list do którejś z nich. Powieść rozpoczyna się w trzecim roku tej podróży i większość tych postaci poznajmy w formie retrospekcji.

Jak się okazuje, jest to jedynie punkt wyjścia do faktycznej fabuły, na którą składa się rozwinięcie z początku dość enigmatycznie szkicowanej sytuacji życiowej bohatera oraz spotkanie z niefrasobliwą nieznajomą. Niestety narracja chwieje się, gdy w grę zaczynają wchodzić interakcje między postaciami. Te relacjonowane znajomości bronią przez pełną skrótowość i brak zbyt często zbyt niezręcznych dialogów. Z jednej strony jestem w stanie dostrzec, dlaczego książka stała się w Korei bestselerem — otwarcie pisze o emocjach i uczuciach w społeczeństwie, które samo ma wiele do przepracowania. To niezaprzeczalna wartość tej pozycji, kierowanej bądź co bądź raczej do szerokiego odbiorcy niż do miłośników literatury pięknej.

To, co mnie jednak coraz bardziej odstręczało od dalszej lektury, to pewna niezborność, sztywność, nierzeczywistość przedstawionych tu relacji. Brak naturalnych niedopowiedzeń, nawet między osobami, które muszą mieć obopólną świadomość kontekstu wzajemnej relacji i trudna do przełknięcia dosłowność rażą zwłaszcza z listach, które bardziej niż do ich książkowych adresatów wydają się pisane pod czytelnika nierozeznanego w sytuacji. Tym samym fabuła i sam bohater jawią mi się jako coraz bardziej infantylne. Zwykle nie przeszkadzają mi treści z kategorii wholesome feel good (razowego pokrzepienia, jeśli pozwolicie), nie jestem sarkastycznym elitystą bez serca, ale niestety „Nikt nie odpisuje” wielokrotnie przekroczyło moje wewnętrzne maksymalne stężenie tejże razowości. Nie chcę psuć zakończenia, ale to jedna z tych książek, która domyka idealnie zamkniętego kręgu swojej własnej historii. Czytelnik, który ponad wszystko lubi być zaskakiwany i potrzebuje definitywnego zamknięcia narracji ze strony autora, być może uzna, że to świetna książka, o ile tylko będzie w stanie w tę opowieść uwierzyć.


Głęboki sen

Raymond Chandler, „Głęboki sen”, wyd. Karakter, 2022


Moje pierwsze spotkanie z serią Chandlera o przygodach kultowego łapsa nazwiskiem Marlowe szczęśliwie zadało kłam trzem problemom, które potencjalnie mogłyby mnie od tej lektury odstręczyć. Po pierwsze, szata graficzna serii z powodzeniem stroni od sztampy cechującą zbyt często okładki powieści kryminalnych (gdyby jeszcze tylko dostępne było wydanie w twardej oprawie, choć może byłaby to zbytnia ekstrawagancja dla tego typu powieści). Dalej, Chandler, opisywany, być może słusznie, przez wydawcę jako najwybitniejszego pisarza kryminału noir, unika tu gry z czytelnikiem w kotka i myszkę. Nie przeciąga wątków, które mogą rozstrzygnąć się już teraz do granicy wytrzymałości, nie stara się za wszelką cenę mylić tropów, rzeczy dzieją się naturalnie i odkrywają w swoim tempie — jestem mu niezwykle wdzięczny za to miarowo rozpisane tempo, trzymające w ryzach nie tylko akcję tej historii, ale i moją uwagę.

Wreszcie, tłumaczenie Bartosza Czartoryskiego jest znakomite. Z powieściami amerykańskimi jest zbyt często taki problem, że ich polskie tłumaczenia bywają robione na kolanie przez byle kogo, przez co cały kunszt oryginalnej narracji szlag trafia i z powieści na poziomie robi się podrzędne czytadło. Nie tym razem, Czartoryski dba, żeby język był jednocześnie sprawny komunikacyjnie dla dzisiejszego odbiorcy, ale też aby nie zatracił swojego archaicznego powabu, absolutnie niezbędnego dla estetyki noir, jeśli chce się ją w pełni oddać na papierze. Sam Chandler, ma się rozumieć, umie pisać — jest precyzyjny, wręcz szorstki w swoich opisach, ale przy tym zwykle czarujący i dowcipny. Interpretacja Czartoryskiego doskonale to oddaje. Swoją drogą, oglądałem tenże „Głęboki sen” w klasycznej hollywoodzkiej adaptacji sto lat temu i dość szczęśliwie zlała mi się w głowie w jakąś niedającą się rozróżnić masę z setką podobnych obrazów z Bogartem w roli głównej — słowem, miałem z tej lektury radochę. Myślę też, że nie ma co opisywać fabuły — ona tutaj jest wbrew pozorom drugorzędna — jest intryga do rozwiązania i prywatny detektyw z problemem alkoholowym, który może jej podołać. To wespół z zapewnieniem, że autor nie zamierza czytelnika oszukiwać, a tłumacz zrobił dobrą robotę, powinno wystarczyć każdemu, kto potencjalnie zainteresowany jest lekturą.


Schronisko, które przestało istnieć

Sławek Gortych, „Schronisko, które przestało istnieć”, wyd. Dolnośląskie, 2022


Byłem absolutnie zafascynowany początkiem tej historii. Pomyślałem, że to na pewno będzie dobra książka. Gortych rzeczowo, ale z wyobraźnią zarysował kanwę tej intrygi, trochę bazującej na faktach, trochę wymyślonej, ale w tamtej chwili bardzo rzeczywistej i namacalnej. Niestety przejście do współczesności, czy raczej historii najnowszej, bo właściwa akcja powieści osadzona została przed kilkunastoma laty, stopniowo zaczęło odsłaniać kolejne braki — o ile faktycznie Gortych zrobił znakomity risercz na temat Karkonoszy i nawet całkiem zgrabnie wykoncypował stojącą w centrum powieści intrygę kryminalną, o tyle bohaterowie (i relacje pomiędzy nimi) pozostali papierowi do samego końca, a rozwinięcia narracyjne pozostawiały logicznie sporo do życzenia. Poza tym Gortych co rusz odpływał to w stronę referatu na temat historii gór, to w stronę romansidła dla nastolatek. Jego język był często niezręczny, zwłaszcza dialogi między parą głównych bohaterów dawały mi solidnie w kość — tak, że aż zgrzytałem zębami. Rozgrzeszenia nie przyniosło autorowi zakończenie — choć przyznaję, sam poczułem jakąś ulgę. Była w tym wszystkim niewątpliwa ambicja, w jakiejś części pewnie nawet zrealizowana, ale przykryła ją całkiem dojmująca warsztatowa amatorszczyzna.

Opublikowano

czuję się

in pieces but still holding it together

in pieces but still holding it together, bouke de vrie


planowo może nawet drugoplanowo
z r e d u k o w a n y
do machinalnego wykonywania działania
wcale nie matematycznego
choć po oględzinach bliższego matematyce
aniżeli działaniom ludzkim
w powtarzalnym schemacie
mimowolnie zaprogramowanym
w skończonej pętli
o niewiadomej liczbie powtórzeń
owe działania i schematy
oddziałują dwutorowo na podmiot
wcale nie taki liryczny jakby sam chciał
pozwalają na intuicyjne
w r ó ć
wyuczone odruchy
pozornie angażujące rozum i serce
wprowadzają przewidywalną rytmikę
uspokajają oddech a także
pozornie rozum i serce
które stale napięte
nie rozumieją przyczyny
jeśli zerem jest strach
a jedynką chęć
1 — 0
r e m i s u j ą

Opublikowano

2023

2023

czy to był dobry rok w muzyce? myślę, że nie powinno się już tego pytania zadawać, ani tym bardziej na nie odpowiadać — wydaje się obecnie tyle muzyki każdego rodzaju, że tylko od indywidualnych wyborów i potrzeb każdego słuchacza zależy, jak dobrze ten niemal bezkresny potencjał wykorzysta

gdy zaczynałem bawić się podsumowania roczne, trochę wciąż nie wiedziałem, co lubię i co jest czym — była to okazja do przyjrzenia się wyborom innych i pokusa do jakiejś konsolidacji trendów w oparciu o własną wrażliwość; teraz, owszem, pewne prawidłowości w rozmaitych podsumowaniach dużych redakcji tworzą intrygujący kontekst, ale nie są już dla mnie wyznacznikiem jakości; miałem wobec tego niedające się zrealizować w grudniowej wrzawie marzenie, żeby symbolicznie zdążyć ze swoją listą przed świętami; podsumowanie, po raz kolejny wspólne dla płyt, epek, singli i wszystkiego co pomiędzy, łączy muzykę, dla której znalazłem w tym roku przestrzeń i której potrzebowałem, z tą, którą uznałem za nieszablonową, adekwatną popkulturowo lub stylistycznie


40.

dj vitinho beat e dj roca „montagem faz macete 3.0”

najbardziej chory bit tego roku bezlitośnie obezwładniający wszystko, co napotyka na swojej drodze, włączając w to dwóch charyzmatycznych didżejów; bezkompromisowy akt klubowego nieposłuszeństwa czy bezrozumnie krzykliwy (czego-to-nie-wymyślą) muzyczny mem?


2023

39.

amor muere a time to love, a time to die

między titanikiem a amor meure, dwoma tegorocznymi projektami rozchwytywanej od kilku lat elektroakustyczki z meksyku — mabe fratti, moje serce zatrzymało się przy tym drugim — umocowanym w estetyce akustycznego folku z nieodmiennie awangardowym zacięciem; w kameralnym instrumentarium i na wpół improwizowanym charakterze znalazłem poniekąd odpowiedź na moje ukochane hontatedori sprzed równo dekady; a time to love, a time to die jest nieporównywalnie mroczniejsze, ale w jakiś sposób odpowiada na podobne potrzeby estetyczne; i być może, to bardziej o mnie niż o płycie, ale pomyślałem ostatnio, to najwyższe stężenie awangardy, z jakim mam ochotę ostatnio obcować ♪ „love dies”


2023

38.

la baracande la baracande

czwarta płyta francuskiego kwartetu la baracande to chyba najbardziej fascynujący z tegorocznych dźwiękowych portali — wyobraźcie sobie, że w dalekiej i pogrążonej w wiecznej zimie krainie stworzonej przez natural snow buildings, pełnej avantfolkowych zagajników i wysokich gór całych z posępnych burdonów, żyje i występuje owernijski bard, który niesie swą wartką pieśń przez tę posępną krainę, a akompaniują mu i zagajniki, i góry; mimo że krążek jest zbiorem tradycyjnych piosenek z repertuaru folkowej pieśniarki i koronczarki virginie granouillet (zmarłej w 1962, nagrywanej od 1958 roku przez profesora uniwersyteckiego, a nazywanej właśnie la baracande), to rzecz jednak niezbyt piosenkowa — a może inaczej, nie da się tych dawnych melodii i ich wagi zanegować, ale to anturaż stanowi o niezwykłym charakterze tego materiału ♪ „qui veut entendre l’histoire”


2023

37.

lil yachty let’s start here.

odejściem od trapowej bazy let’s start here podzieliło dotychczasowych słuchaczy yachty’ego, jednocześnie przyciągając nowych i ich także dzieląc na dwa obozy; niezależnie od raczej ciążącego tej płycie kontekstu wydawniczego, psychodeliczna wycieczka ex-rapera w gitarowe rejony to, mimo regularnych prób z mojej strony, najbliższe rapowi, co jakkolwiek ujęło mnie formalnie i emocjonalnie; yachty’emu udało się w jakimś sensie to, co niezbornie próbował zrobić lil wayne w 2010 roku, nie do końca wyszło z kolei to, co igorem pokazał tyler, the creator, ale oba te krążki, a także the love below andré 3000 i 808 & heartbreak kanyego westa pozostają w jakimś niedającym się bezpośrednio uchwycić związku z tym, co zaprezentował tutaj yachty; let’s start here jest w swoim neo-psych-rockowym animuszu gęstsze i bardziej powtarzalne niż którakolwiek z tamtych płyt; cechują je wewnętrzne sprzeczności, post-ironia miesza się tu z nieukrywaną wrażliwością — nie może być inaczej, yachty nie udźwignąłby tym post-rapowym, post-kanyewestowym autotune’owanym wokalem ani grama prostolinijności — mimo wszystko próbuje i zaskakująco, na jakimś poziomie udaje mu się sprzedać też dziwaczny produkt nie tylko post-rapowy, ale chyba nawet przede wszystkim post-popowy; to jednocześnie papierek lakmusowy i odtrutka na formy, jakie coraz bardziej zuchwale przybiera współczesny pop ♪ „running out of time”


2023

36.

iris dement workin’ on a world

w zależności od piosenki opowieści dement różnią się siłą rażenia, ale dzięki wciąż niedającemu się porównać z żadnym innym wszystkie epatują niepodlegającą upływowi czasu witalnością napędzaną odwagą cywilną i przekonaniem, że tylko mówienie otwarcie o rzeczach trudnych może sprawić, że staną się chociaż odrobinę mniej trudne; świat oczami iris nie jest ani trochę mniej popaprany niż ten, który widzimy wszyscy, ale spowija go nadzieja, której czasem wszystkim nam brakuje ♪ „workin’ on a world”


35.

olivia rodrigo „vampire”

gdyby taylor swift poprosiła arcade fire o wyprodukowanie jej singla, efektem w najlepszym razie byłoby właśnie „vampire” — tak się jednak jak dotąd nie stało i tym samym to olivii rodrigo udało się nagrać numer lepszy od pięciu tuzinów, które w ostatnim czasie wypuściła swift; to też moim zdaniem artystycznie absolutny tegoroczny szczyt wielkoformatowego radiowego popu — rodrigo rozpoczyna klasycznie rzewną, odrobinę prześpiewaną balladą, by w ciągu trzech kolejnych minut wskoczyć do upstrzonego kolorowymi lampkami post-dyskotekowego wagonu odjeżdżającego w stronę 70sowego piano rocka i wywrócić wspomnianą balladę na lewą stronę; to być może po raz kolejny ta sama historia, wampirze odniesienia można uznać za mało wyszukane, ale bardzo klasyczna melodyka i progresywne rozwinięcie sprzedają tę historię doskonale; efekt jest dość melancholijny i można ten numer z powodzeniem dorzucić do plejlisty na smutną dyskotekę


34.

the beths „watching the credits”

zeszłoroczne expert in a dying field dojrzało we mnie dopiero w styczniu już po opublikowaniu listy ulubionych płyt 2022, a okazało się, że to muzyka, która niespodziewanie obudziła we mnie w środku zimy jakąś wiosenną witalność; niekoniecznie prostolinijna, ale też absolutnie bezpretensjonalna, trochę znikąd, bo beths znałem tylko z nazwy, ale jednak niezupełnie; wydane w marcu „watching the credits” przedłużyło ten stan aż do nadejścia faktycznej wiosny — to żaden odrzut, ale doskonale singlowe przedłużenie esencji krążka i stylu grupy w ogóle w formie pojedynczego strzału; autorefleksyjnie, słodko-gorzko, z nutką optymizmu; hip hip hurra, wesołe gitarki!


2023

33.

blk odyssy diamonds & freaks

przyznaję, że przed dwoma laty nie poświęciłem wystarczająco dużo uwagi debiutowi blk odyssy, ale widzę, że od tamtego czasu dostał całkiem sporo miłości w sieci; tym razem role się odwróciły — diamonds & freaks zelektryzowało mnie, ale jego wydanie przeszło trochę bez echa; tymczasem ten rapowy jednak w dużej mierze krążek krążek wypełnia istotną tematyczną niszę klasycznego okołopościelowego neo-soulu; jest jednoznacznie bitowy, ale adekwatnie podszyty jazzem i niestroniący od wokali, które w zależności od utworu można stopniować od natchnionych, przez czułe, aż po sensualne; to płyta bardzo pomiędzy na wielu płaszczyznach, ale jednak nie nazwałbym jej kompromisową — wręcz przeciwnie, dzięki temu melanżowi stylów nie wydaje się anachroniczna; blk odyssy nie wymyśla koła na nowo, ale jego diamonds & freaks to zdrowa odmiana dla wymęczonego let’s get it on, a na innej płaszczyźnie kontynuacja tego samego vibe’u, który poniósł debiut dinner party przed kilkoma laty ♪ „you gotta man”


2023

32.

molly tuttle & golden highway city of gold

molly tuttle jest nie do zatrzymania; zwykle podchodzę dość sceptycznie do umieszczania tego samego artysty w podsumowaniu roku dwa lata z rzędu — mam z tyłu głowy, że to ogranicza przekrojowość zestawienia, która zawsze stanowiła jego ważny element, ale molly tuttle jest nie do zatrzymania; city of gold rozpoczyna się tam, gdzie skończyło się zeszłoroczne crooked tree — aranżacyjnie jest wierne bogatej tradycji progresywnego bluegrassu, ale songwritersko i produkcyjnie wciąż przynależy do wielkiej muzycznej rodziny współczesnej americany — tuttle potrafi opowiadać zajmujące historie i zręcznie ilustrować je dźwiękiem — w tym kontekście to, że city of gold zdaje się bardziej zbiorem opowieści niż jakimkolwiek innym rodzajem albumu, musi być więc największym komplementem ♪ „alice in the bluegrass”


31.

atarashii gakkō „tokyo calling”

co to byłaby za lista, gdyby nie pojawił się choćby jeden numer poznany na tiktoku; „tokyo calling” jest na swój sposób memiczne, tiktok mu służy; gdyby netflix miał w swojej bibliotece teledyski, ten opisaliby tagiem „udawana powaga”; jest coś absolutnie fenomenalnego i absurdalnego zarazem w epickim połączeniu japońskiego idol rapu z mechaniczną marszowością jakby podkradzioną pradziadowi megachadów susumu hirasawie; ten hardy, pełen plot twistów numer mistrzowsko puentuje zresztą pewna klasyczna subtelność — stopniowo podszywająca i obezwładniająca wszystko


2023

30.

enny we go again

wszyscy ci, którym podobnie jak mi nie udało się odnaleźć własnej wrażliwości w cokolwiek krzykliwym krążku noname, być może znajdą bezpieczną przystań na epce brytyjskiej raperki enny; we go again to osobisty, kameralnie zaaranżowany kobiecy rap umiejętnie podszyty neo-soulem — enny ma nieco bardziej żywiołowe flow, co doskonale koresponduje z niedającym się przeoczyć ulicznym pierwiastkiem równoważącym tylko pozornie zdającą się dominować chilloutową stronę wydawnictwa; w ciągu kwadransa można tą epkę zarówno dać utulić się do snu, jak i rozkręcić domowy before — a mówią, że dwie sroki za ogon niepodobna ♪ „charge it”


2023

29.

cécile mclorin salvant mélusine

pierwsza francuskojęzyczna płyta salvant jest niewątpliwie najbardziej pikantną w jej dorobku; piosenkarka wychodzi od klasycznego chanson, by stopniowo zacząć dekonstruować je w kolejnych coraz śmielej zaaranżowanych utworach, jak zwykle w części autorskich, w części pożyczonych, tym razem sięgających aż xii wieku i czerpiących z tradycji muzyki haitańskiej — w ten sposób cécile opowiada historię tytułowej średniowiecznej czarodziejki meluzyny w ramach swoiście pojmowanej polifonii nie tylko intertekstualnej, ale polistylistycznej; artystka odważnie realizuje swoje artystyczne ambicje, meandrując między gatunkami i epokami, a efekt, choć na papierze zuchwały, wcale nie brzmi nieprzystępnie; pod wieloma względami to frankofońska siostra-bliźniaczka zeszłorocznego ghost song, równie ekspresyjna, być może odrobinę swobodniejsza w ogólnej wymowie ♪ „d’un feu secret”


2023

28.

pabllo vittar after

kariera muzyczna pabllo vittar to dla mnie żadne novum, ale przyznam, że nie brałem jej do końca na poważnie aż do momentu, kiedy włączyłem tę płytę; after jest klubowym reworkiem wydanej nieco wcześniej noitady, którą sprawdziłem we fragmentach dopiero o wiele później; wszystkie te momenty, w których vittar wydawała się ociężała czy niezbyt natchniona rozwalcowano tu bez litości, tworząc klubowego potwora, dla którego nic nie jest tabu i nie ma czegoś takiego jak zły gust — taneczny sam w sobie brazylijski funk zostaje tu ogłuszony i nafaszerowany niewybrednym house’m, ballroomowymi pasażami i najsroższą z brazylijskich bangersztuk — beat bruxaria; to dekonstrukcja totalna ocierająca się wręcz o pastisz, bezkompromisowa, głośna i wulgarna — połączenie wszystkiego tego, czym powinny być: dobry album z remixami i dobry drag ♪ „descontrolada (cyberkills remix)”


2023

27.

willie nelson bluegrass

willie nelson po latach wraca do tuzina swoich własnych numerów i nagrywa je ponownie z zespołem bluegrassowym; wiele mogło tutaj pójść nie tak, a okazało się, że że w wieku 90 lat willie wciąż jest wyłącznie niesamowity; i taka też jest ta płyta, można z powodzeniem od dnia premiery określić ją mianem klasycznego showcase’u songwriterskiego i storytellingowego talentu nelsona; willie brzmi zadziwiająco witalnie, a co podkreślają na wpół akustyczne bluegrassowe aranże — pozwalają też wyeksponować atuty samych numerów, które wszystkie bez wyjątku należycie tutaj oddychają; podczas swojej trwającej ponad 60 lat kariery nelson podjął (albo podjęto za niego) wiele złych decyzji produkcyjno-aranżacyjnych — bluegrass nie nie da się w tym względzie nic zarzucić (w przeciwieństwie do wyjątkowo okropnej okładki) ♪ „you left me a long, long time ago”


26.

boygenius „cool about it”

choć folkowa supergrupa w wydaniu długogrającym przekonała mnie do siebie połowicznie, w intymnym niby-singlu „cool about it” niesionym bliskimi harmoniami czarującego unisonu baker, bridgers i dacus, wokalistki obudziły zimowe duchy kameralnego folku z appalachów; słodko-gorzkie doświadczenia przepisały z niecodzienną czułością i empatią, nagrywając najpiękniejszą kompozycję laury marling, która nigdy nie wyszła spod jej pióra


2023

25.

slaughter beach, dog crying, laughing, waving, smiling

zawsze lubiłem wilco, lubię też ich tegoroczną płytę, ale zawsze miałem też z nimi dość wstydliwy problem — chociaż przez lata obcowałem z jakimś tuzinem ich albumów i były to zwykle przyjemne spotkania, żaden z nich nie zajął mnie tak, jakbym chciał, żeby mnie zajął — ile to miałem podejść do yankee hotel foxtrot — nigdy nam nie wyszło; pomimo tego są oczywiście momenty w ich dyskografii, które naprawdę odpowiadają jakimś moim realnym potrzebom — potrzebuję jakichś punktów zaczepienia, by nadal wytrwale próbować; tymczasem tegoroczna płyta średnio przeze mnie znanej wcześniej grupy o nieprzyjaznej nazwie slaughter beach, dog — robi to, czego nie udało się dotąd żadnej z tuzina płyt wilco, a mianowicie całościowo rezonuje ze mną, zajmuje mnie od pierwszej do ostatniej piosenki przez bite 40 minut; crying, laughing, waving, smiling uszlachetnia wcześniejsze surowsze brzmienie grupy z klasycznie indiefolkrockowym rodowodem o elementy kameralnej americany, takiej jak u wilco wlaśnie czy nawet bliższych mi the jayhawks na subtelnym countrysoulowym podbiciu; prawdą jest, że potrzebowałem odpowiedniej chwili na tę płytę, ale ta szczęśliwie nadeszła przed końcem roku — okazało się, że to idealna ścieżka dźwiękowa dla małomiasteczkowego zimowego letargu, w który bezwiednie przyszło mi wpaść pod koniec roku; potrzebowałem tej płyty na tę przykrą zimę, która zastygła w późnej jesieni, podczas gdy my i tak nosimy wysokie buty ♪ „engine”


2023

24.

isaiah collier parallel universe

niby nie trzeba już nikogo przekonywać, że jazz nie jest jakąś post-intelektualną mrzonką dla grupki kolesi w swetrach na dusznym poddaszu, ale w dalszym ciągu zbyt rzadko trafiają się płyty, które jednocześnie wypływają bezpośrednio z jego istoty, niczego nie zafałszowując czy nie upraszczając, i brzmią na tyle swobodnie, że przyjemnie obcować z nimi bez konieczności ich studiowania; zaledwie 25-letni saksofonista i bandleader isaiah collier na drugim krążku firmowanym własnym nazwiskiem czerpie z historii soulu, by używając jazzowych środków nagrać płytę doskonale harmonijną, która jednak nie zadowala się półśrodkami; to mój najprzyjemniejszy jazzowy listen ostatniego roku, którego jednak nie dałbym sobie nazwać guilty pleasure ♪ „eggun”


2023

23.

gia margaret romantic piano

dużo słuchałem w tym roku tej płyty — w pierwszej kolejności dlatego, że ujęła mnie od progu sielskim zestawieniem odgłosów natury i tego samego intymnego impresjonistycznego pianina, które pod palcami haruki nakamury pozwoliło mi przetrwać przy zdrowych zmysłach pierwszy rok pandemii; w pewnym momencie jednak zacząłem się zastanawiać, czy nie daję się nabrać po raz kolejny na tę samą sztuczkę, u podłoża której stoi moja niedająca się zafałszować słabość do muzyki erika satie i jego pogrobowców; nie chciałem bez przyczyny potknąć się o tkliwość lub sentymentalizm, być może robiąc z siebie głupca (przed każdym z trójki moich czytelników — pozdrawiam, jeśli to czytacie) — niemniej ilekroć wracałem do tego pejzażyku, wciągał mnie przed swój widnokrąg, malował trudne do rozpędzenia obrazy, czarował subtelnością i finezją; postanowiłem więc się poddać i zaakceptować ryzyko potencjalnego upadku po potknięciu o tkliwość lub sentymentalizm — niczego nie żałuję, gia margaret pany ♪ „cinnamon”


22.

sheena ringo „watashi wa neko no me”

sheena ringo, ikona japońskiego art rocka, świętuje w tym roku ćwierć dekady na scenie i na tę okoliczność postanowiono nagrać i zaaranżować na nowo „watashi wa neko no me” — niewydaną kompozycję z sesji nagraniowych do pierwszej płyty artystki „muzai moratorium” z 1999 roku; aranżem nawiązano co prawda bezsprzecznie do ringo gitarowej, jakby w hołdzie surowemu brzmieniu jej debiutu, ale są w tym wszystkim też jednak niezaprzeczalnie: metapopowa progresywność i sterylność charakterystyczne dla jej późniejszej dyskografii; wszystko to, pożenione z połamaną japońską melodyką i rytmiką refrenu pożyczoną z francuskiego yé-yé (czego nie było w dyskografii ringo w tak ewidentny sposób chyba od czasu „tōkyō no hito” z 2000 roku), sprawia, że kawałek można w istocie potraktować jako pomost między dwoma krańcami jej dotychczasowej kariery


21.

aespa „welcome to my world”

to ten majestatyczny popowy hymn roku, którego nie nagrała ariana grande; dziewczyny z aespa wypuściły w tym roku dwie udane epki, a pierwszą z nich rozpoczyna „welcome to my world” zręcznie spajający w jedno alt-popową ramę, trapową rytmikę i dozowany z wyczuciem kinematograficzny koloryt; za efekt wow odpowiadają jednak w dużej mierze klasyczna melodyka post-britney w refrenie i precyzyjnie zsynchronizowana ewoluująca w czasie oprawa aranżacyjna


2023

20.

nourished by time erotic probiotic 2

debiut nourished by time brzmi jakby ktoś próbował w piwnicy odtworzyć brzmienie blood orange — jest swojsko lo-fi’owy, w naturalny sposób przekracza granice gatunkowe, a jednocześnie śmiało eksploruje melodykę klasycznego r&b lat 80. i 90. z elementami freestyle’u; dzięki temu można uplasować go (z pewną nieśmiałością) gdzieś pomiędzy 90sowym sealem a szalonymi reedycjami afrykańskiego andergrandu awesome tapes from africa; nie jest to żadne zupełnie nieprawdopodobne połączenie, ale wnosi do zastanej stylistyki alt r&b melodyczno-rytmiczną witalność i szczerość ekspresji, której cholernie było jej potrzeba ♪ „daddy”


2023

19.

grouptherapy. i was mature for my age, but i was still a child

wyobraźcie sobie imprezę, gdzie na zmianę grają numery brockhampton z ery saturation i popowe przeboje taylor swift, raz na jakiś czas ukradkiem przemycając coś louisa cole’a albo jakiś banger destiny’s child, o którym już dawno zapomniano, ale nadal buja, jak należy; ta impreza to tegoroczny przełomowy krążek trójki dziecięcych aktorów ze spalonego teatru, którzy w ramach grupowej terapii postanowili opowiedzieć o swoich doświadczeniach w formie longplaya; rzecz jest odrobinę chaotyczna, ale już od pierwszego odsłuchu absolutnie hipnotyzująca; angażuje nie tylko przebojowymi refrenami doskonale wpisanymi w nieco nostalgicznie brzmiące, zdrowo smagające słuchacza bity, ale także osobistą perspektywą w paraterapetycznym kontekście nie tylko na papierze; koniec końców jest w tym sporo artystycznej i życiowej samoświadomości, nawet jeśli całości brakuje momentami jakiejś koncepcyjnej ogłady ♪ „american psycho”


2023

18.

janelle monáe the age of pleasure

umieszczenie tu the age of pleasure jest dość paradoksalne — z jednej strony od samego początku przeszkadzała mi ta zredukowana aranżacyjnie i wokalnie odsłona monáe, z drugiej przez lata, choć zasłuchiwałem się w jej kolejnych krążkach, żaden z nich nie zabrzmiał mi wystarczająco dobrze jako całość — zawsze były fragmenty, które odstawały brzmieniowo lub koncepcyjnie; tymczasem choć the age of pleasure to niewątpliwie monáe w wersji light (albo hard, zależy jak na to spojrzeć), jest to absolutnie najbardziej koherentna płyta w jej dorobku; nie kibicuję tej inkarnacji monáe, bo wiem, że jest w stanie robić rzeczy mniej powierzchowne tematycznie, ale był to album, do którego z przyjemnością wracałem przez całe lato, także ze względu na to, jak gładko za każdym razem mijał mi ten półgodzinny trip solidnie inspirowany dancehallem i afrobeatsami — to w dużej mierze zasługa naprawdę pierwszorzędnej roboty produkcyjnej — wrażliwej na niuanse i zręcznie realizującej podjęte ryzyko formalne ♪ „only have eyes 42”


17.

troye sivan „rush”

troye sivan zdecydował się na wejście na pełnej i efektem jest najpewniej najlepszy numer w jego dotychczasowej dyskografii; w doskonałym momencie i bez wikłania się w półśrodki zaadaptował 90sowy euro house, kreatywną choreografię i fantazję o sportowych (ew. wojskowych) przyśpiewkach, by stworzyć taneczny hymn minionego lata i dorzucić swoje trzy grosze do spuścizny kulturowej lgbt; sivanowi wciąż udaje się zachować urok i delikatność, co doskonale równoważy dość ryzykowną w przeciwnym razie oprawę


2023

16.

geese 3d country

to jest reinkarnacja tej niezdarnej nonszalanckiej energii, za którą pokochaliśmy becka, a której staruszek od jakiegoś czasu żałuje sobie i nam; geese nie wymyślają koła na nowo, ale całkiem ładnie idzie im łączenie ze sobą tego, co niezależne, gitarowe i punkowe z elementami jakiejś kowbojskiej fantastyki i podskórnie (albo raczej incognito) funkującym tętnem; są dziwaczni, trochę oldschoolowi, trochę połamani melodycznie i aranżacyjnie, gdzieś w sąsiedztwie neo-progowej tradycji spod znaku black country, new road, ale jednak po swojemu; pewnie bym tę płytę zignorował po wstępnym odsłuchu, gdyby chodziło mi tylko o gitarki, to pewnie bym ten album zignorował, ale wiecie, pierwiastek kowbojski, funk incognito i pozornie poskromiona, ale bardzo pozytywna energia, przyciągnęły mnie jak lasso — żeby raz! ♪ „cowboy nudes”


15.

chris stapleton „white horse”

chris stapleton od swojego błyskotliwego przełomu przed ośmioma laty pozostaje niedoścignionym fenomenem — konsekwentnie realizuje własną wizję artystyczną, jednocześnie pozostając jednym z najpopularniejszych piosenkarzy country w ameryce; tym samym jest w stanie wprowadzać na listy przebojów (zdominowane przez radiowy pop, bełkotliwy pop rap i bezbarwne pop country) takie klasycznie rockowe wariactwa jak „white horse”; stapleton w swojej gitarowej wizji spaja w jedno country, blues i soul, jakby była to najbardziej naturalna rzecz na świecie; powracający kilkakrotnie post-springstreenowski gitarowy riff wprowadza hardrockowym przejściem, a jego wokal w ekspresyjnym refrenie to kwintesencja spuścizny sierściuchowego rocka minionych dekad; mimo tego, także dzięki fenomenalnemu songwritingowi, ani na chwilę nie jest serowy — pozostaje wrażliwy i szczery


2023

14.

leon thomas electric dusk

choć dzięki tiktokowej odkrytce miguel miał w tym roku swoje pięć minut, lepszym remedium na tęsknotę za klasycznym r&b stojącym w rozkroku pomiędzy radiowym powabem a artystycznymi aspiracjami okazał się tegoroczny longplay leona thomasa; wspominaliśmy o tym w audycji chyba bez mała tuzin razy, ale to typ, który przed laty zrobił numer zatytułowany „favorite” (który stał się swoistym archetypem dobrego r&b), a potem rozpłynął się w powietrzu; w sierpniu wreszcie wrócił z electric dusk i chociaż zupełnie nie miałem względem tego krążka żadnych oczekiwań, okazało się, że to jedna z najsolidniej skrojonych, najprzyjemniej płynących i najbardziej koherentnych stylistycznie rzeczy w tym roku; nie ma mowy o wywracaniu stolika, odkrywaniu ameryki, ale thomas cholernie kompetentnie nadaje swoim dość radiowym numerom lekko psychodelicznego twistu, tak jak robił to miguel dekadę temu; i niezależnie od tego, czy ma dla nas podbitego gitarowym samplem bangera-miniaturkę, czy pościelowy walczyk, robi to zajmująco, ma substancję, podejście i styl ♪ „breaking point”


2023

13.

ana frango elétrico me chama de gato que eu sou sua

na swojej poprzedniej płycie (osoba imieniem) ana próbowała zrobić z bossa novą i mpb do samo, co dekadę wcześniej alternatywne r&b zrobiło z contemporary r&b — kreatywnie odcedzić, rozwodnić i doprawić na nowo w sypialnianej umywalce — rezultat był ciekawy, ale trochę bezbarwny; tymczasem jej popandemiczny album me chama de gato que eu sou sua to definicja muzycznego kolorytu — te same klasyczne inspiracje bogato omaszczone funkiem i wystawione na brazylijskie słońce to najbardziej wdzięcznie promieniejący vibe w tegorocznej muzyce; dla przełamania podawany z pół-wytrawnymi sophisti-popowymi cudeńkami współczesnego mpb, jakich nie powstydziliby się rogério duprat czy caetano veloso ♪ „boy of stranger things”


2023

12.

joanna sternberg i’ve got me

w roku gdy wielkoformatowi popowi idole bardziej nachalnie niż dotąd na każdym kroku próbowali przekonywać fanów o osobistym charakterze swoich piosenek, górą jest (przynajmniej moralnie i estetycznie) na szczęście szlachetna prostota; joanna sternberg na swoją drugą płytę, którą wydała jej oficyna sufjana stevensa, nagrała dwanaście prostych utworów-historii o emocjach na kanwie (naprawdę) klasycznie pojmowanej stylistyki singer/songwriter; akustyczne brzmienie, domowy diy-owy sznyt i odrobinę skrzekliwy wokal sternberg plasują ją niepodważalnie gdzieś pomiędzy joanną newsom a danielem johnstonem, ale nie umiem też oprzeć się skojarzeniu z karen dalton; jest jednak w jej aranżach i refrenach jakieś niepodważalne ciepełko — tu czy tam skrzą się soulowe tony, pobrzmiewa swojsko pianino, a sama sternberg wydaje się w swoich rozterkach bardzo daleka od rozmyślnych artystowskich kreacji ♪ „i’ve got me”


11.

knower „nightmare”

nightmare to absolutna esencja knowera i wszystkiego tego, co wychodzi im najlepiej (w opozycji do tego, co nie wychodzi im najlepiej, a na co w jakiejś części znalazło się miejsce na ich tegorocznej płytcie); nie jest to żadne nowe otwarcie, przekraczanie granicy dotąd nieprzekraczanej czy nawet niewyznaczonej, ale jest w tym numerze coś absolutnie obezwładniającego — począwszy od wysoce energetycznego synth-funkowego bitu, przez targające nim raz po raz szaleńcze zmiany tempa zręcznie pożenione z elokwentnymi solówkami jazzowej proweniencji, aż po niedający się zakwestionować melodyjny refren; tym samym knower dokładają do swojej dyskografii kolejny perfekcyjny prog-popowy banger


2023

10.

model/actriz dogsbody

potrzebowałem kilku odsłuchów, żeby zdać sobie sprawę, co przyciąga mnie i intryguje w tym dysonantycznym bałaganie na skraju hałasu (o tym za chwilę, najpierw o tym, że bałagan jest pozorny); jest w tym bałaganie niechybnie jakaś równowaga — utwory różnią się od siebie stylistycznie i w większości mają w sobie popowy pierwiastek, wszystko jest doskonale zaplanowane, nawet jeśli funkcjonuje na skraju rozpadu czy ginie w jakichś industrialnych pasażach; na pewnym poziomie dogsbody brzmi trochę jakby arca chciała nagrać gitarową płytę z corey’m taylorem ze slipknot na wokalu (przeciwko czemu nie miałbym nic przeciwko, ale trudno ocenić, czy oni by się dogadali, nie wnikam) — i to podobieństwo wokalu hadena do taylora, zarówno w barwie, jak i w artykulacji, zwłaszcza w spokojniejszych fragmentach, jest tym elementem, który mnie w tę płytę wciągnął; bo widzicie, za dzieciaka miałem wielką słabość do wokalisty slipknota, był nawet czas, że uznawałem go za mojego ulubionego w muzyce gitarowej i z czasem zacząłem coraz to bardziej żałować, że nie udało mu się zafunkcjonować w nieco innym muzycznym anturażu (do tego stopnia, że sprawdziłem jego tegoroczny solowy krążek, więc to żaden zamknięty rozdział); model/actriz nie tylko okazało się alternatywną odpowiedzią na jakąś moją przedwieczną niezaspokojoną potrzebę, ale dało mi o wiele więcej, bo haden ma w sobie całe mnóstwo wrażliwości, która rezonuje ze mną na innym poziomie; to jedna z najbardziej fascynujących płyt 2023 roku i być może jedna z tych, które zostaną ze mną na dłużej ♪ „crossing guard”


9.

peggy gou „(it goes like) nanana”

może się wydawać, że współczesnemu radiowemu popowi często brakuje polotu i dystansu, ale sukces tegoroczny pogrobowca „bailando” i „my heart goes boom” — „(it goes like) nanana” peggy gou pokazuje, że to przedwczesna diagnoza; i chociaż można pewnie uznać go za kolejną emanację 90sowego revivalu, w 2023 roku myślenie kategoriami klasycznego stylistycznego recyklingu wydaje się nieadekwatne; gou bardzo świadomie łączy klasyczny ibizahouse’owy riff a la atb z lekko ospałymi zwrotkami pożyczonymi melodycznie z „day n nite” kida cudiego i powtarzanym bez końca tytułowym „nanana”, refrenem jak za dawnych lat (heh), na tanecznym eurodance’owym bicie, by stworzyć z dużym prawdopodobieństwem najbardziej wirusowy numer roku, który jest w stanie zjednoczyć na parkiecie niejedną julkę z niejednym sebkiem


2023

8.

sofia kourtesis madres

gdyby kourtesis wydała tę płytę przed pięcioma laty przywitałbym ją od progu jak spełnione proroctwo, ale choć tym razem potrzebowałem dać sobie z nią więcej czasu, proroctwa się nie przedawniają — madres z końcem roku dowiozło spóźnione zakończenie lata, a może lato, które nigdy się nie kończy, albo nawet lato, które kończy się nieustannie i bezsprzecznie, ale ów koniec wcale nie nastaje; to jedna chwila zatrzymana w czasie, romantycznie rozciągnięta na trzy kwadranse płyty, to ten słodko-gorzki moment, kiedy zdajemy sprawę, że być może właśnie przeżywamy jeden z najszczęśliwszych momentów swojego życia, a jednocześnie, że on już zaraz bezpowrotnie się skończy; kourtesis pięknie doprawia deephouse’owe kompozycje własnym temperamentem, ale nigdy nie jest nachalna, podnosi na duchu, pomaga naprawdę czuć ♪ „si te portas bonito”


2023

7.

meshell ndegeocello the omnichord real book

buntownicza twarz neosoulowej rewolucji lat 90., w trzydziestą rocznicę swojego przełomowego debiutu i po pięcioletniej przerwie, gdy wydawało się, że jej kariera dobiegła końca, nagrała płytę kompletną, najpewniej najlepszą w dorobku ostatnich dwudziestu lat, a być może w ogóle; the omnichord real book wypełniają emocjonalne i artystyczne poszukiwania na kanwie autorskiej mieszanki natchnionego nu-jazzu i artystycznego soulu; to płyta-przygoda, ale nie jedna z tych, które rzucają słuchacza bez wyczucia w strumień świadomości twórcy; meshell porusza się tu klasycznym neo-soulowym kodem i według niego porządkuje krążek; do współpracy zaprasza tuzin pierwszoligowych jazzowych instrumentalistów, dzięki którym wizja ndegeocello ujmuje autentycznością brzmienia i charakterem stylistycznego mariażu, o konsekwentność którego zadbała już sama artystka; ich wkład równoważy także piosenkowy charakter większości kompozycji i w przeciwnym razie być może dość przewidywalny artpopowy anturaż ♪ „virgo”


2023

6.

cleo sol gold

gdy cleo sol w połowie września wypuściła heaven, poczułem się lekko rozczarowany, a gdy dwa tygodnie później wydała gold, a ja zatopiłem się w tę muzykę jak zahipnotyzowany, początkowo nie do końca potrafiłem uchwycić różnicę; oba krążki można opisać jako smoothsoulowe i inspirowane gospel, różnica jest taka, że podczas gdy heaven jest przede wszystkim smooth w kojący, choć dość zachowawczy sposób, gold jest od pierwszego do ostatniego taktu jedną z najbardziej natchnionych płyt w dotychczasowej historii neo-soulu; choć aranże są raczej kameralne, sol nie rezygnuje wcale z całkiem współczesnej rytmicznej oprawy — jej wizja gospel polega na przełożeniu własnych duchowych inspiracji na brzmienie, w którym sama czuje się swobodnie i podkreślenie ich z wyczuciem raczej skromnym gospelowym chórkiem; skromność to zresztą jedno z słów kluczy do zrozumienia, jak i dlaczego ta płyta wyszła sol tak znakomicie; i autentyczność — bo choć można się z sol nie zgadzać co do sposobu widzenia świata, trudno zanegować siłę i namacalność wizji nakreślonej tak słodko na gold ♪ „life will be”


2023

5.

lankum false lankum

musiała nadejść zima, żebym dał się obezwładnić lankum, choć miałem ich na plejlistach od wiosny — intensywność i posępność tego materiału wymagały odpowiedniego katalizatora; w dużym uproszczeniu nowy album działającej już od przeszło dwóch dekad formacji można opisać jako irlandzką wariację na temat avant-folku spod znaku richarda dawsona i gotyckiego country; jestem przekonany, że da się tę muzykę osadzić w bardziej lokalnym kontekście, nie sięgając za ocean, ale dla mnie lankum robią na tej płycie to, co przed piętnastoma laty zrobiło fleet foxes, tylko w przeciwnym kierunku, tzn. posiłkują się elementami szeroko pojętej americany (obejmującej i wspomniane gotyckie country, i folk z appalachów), żeby nadać własnym tradycjom muzycznym z jednej strony świeżej perspektywy, z drugiej — ponadczasowej głębi; to z dużym prawdopodobieństwem najbardziej kunsztownie zaaranżowany album tego roku, a przy tym, choć niezupełnie piosenkowy, niezwykle zajmujący melodycznie i poruszający emocjonalnie; piękny soundtrack na jesienno-zimowe górskie, leśne i polne wędrówki, choćby tylko w wyobraźni ♪ „clear away in the morning”


2023

4.

steve lehman & orchestre national de jazz ex machina

wśród rozmaitych cytatów i powiedzonek, których ludzie nadużywają jest też takie, że pisanie o muzyce jest jak tańczenie o architekturze; i chociaż nie mam mocnych, ani tym bardziej logicznych argumentów na obronę śmiałej interpolacji tamtej kontrowersyjnej tezy, im więcej obcuję z ex machina, tym bardziej wzrasta we mnie przekonanie, że to jest właśnie płyta do tańczenia o architekturze; nie jestem co prawda pewien, czy można adekwatnie przetańczyć całą tę płytę o każdym budynku, ale z pewnością znajdą się tu fragmenty, które można odpowiednio wykorzystać w szerokim zakresie ruchów; co nawet jednak ważniejsze, to jest odpowiednia płyta, aby tańczyć o detalach budynków — gzymsach, wykuszach, krużgankach, co niejako uprawomocnia tę dziwaczną paralelę z nadużywanego cytatu; chcę chyba tym wszystkim powiedzieć tyle, że ex machina jest fascynująca — to nieszablonowy, bardzo współczesny post-jazz działający na wyobraźnię; rzecz wyjątkowo dobrze namacalna, być może ze względu na jej ekspresyjność i wyrazisty koloryt, ale ze wszech miar abstrakcyjna; nie chcę analizować jej zresztą pod jakimkolwiek innym kątem — czuję się spełniony, gdy daję jej wybrzmieć i pozwalam sobie na słodko intuicyjny dryf ♪ „speed-freeze, pt. 2”


2023

3.

Q soul,present

soul,present to być może najbardziej zręczna i kreatywna próba przetworzenia spuścizny prince’a i michaela jacksona na współczesny soul w tej dekadzie; krążek jest dość jednoznacznie duchologiczny, ale wyprodukowany ze współczesną swadą; wszystko to, czemu mógłby patronować tutaj wspomniany już prince, zostało przez Q kreatywnie przetworzone, ułożone i podane na nowo; w centrum tej muzyki, choć wychodzącej otwarcie do popowej publiki stoi bowiem syntezatorowy funk, manifestujący się zupełnie otwarcie lub stanowiący podwaliny do kompozycji bardziej klasycznie soulowych; Q doskonale rozumie stylistykę 80sowego r&b na poziomie i melodyki, i brzmienia, a przy tym jest samoświadomym i dojrzałym artystą, dzięki czemu wielokrotnie udaje mu się tutaj osiągnąć rejon popowej transcendencji ♪ „presence”


2023

2.

le cri du caire le cri du caire

po tym jak mimo prób i mimo wiosny nie udało mi się zakochać w love in exile arooj aftab z vijayem iyerem i shahzadem ismaily’m, połączenie arabskiego folku z kameralnym jazzem ostatecznie ścisnęło mnie za serce przy okazji le cri du caire — płyty, która ukazała się wcześniej, ale trafiłem na nią dopiero jesienią; zestawienie tych dwóch krążków ma zresztą sens wyłącznie na papierze, bo już pierwsze odsłuchy odkrywają, że różnic jest więcej niż podobieństw, ale też być może ta pozorna bliskość obu wydawnictw sprawiła, że trio złożone z saudyjskiego wokalisty, francuskiego saksofonisty i niemieckiego wiolonczelisty tak mną wstrząsnęło od pierwszych minut; z jakiegoś powodu ten post-ecm-owy jazz (z bardzo filmowym twistem i tendencją do rozwijania instrumentalizacji w post-minimalistycznych pasażach) doskonale współgra z arabską melodyką głosu miniawiego — tak samo podróż z kairu do paryża czy stuttgartu wydaje się dzisiaj najbardziej naturalną rzeczą na świecie; nie zawsze jednak nawet pomimo wielkiej ostrożności, gdy elementy składowe kolażu pozostają autentyczne, ich połączenie też takie będzie — mając gdzieś z tyłu głowy, że to wciąż pewna estetyzacja dla zachodniego słuchacza, paryż musiał jednak tę artystyczną wizję uprawomocnić; le cri du caire jest dla mnie w jakiejś części muzyką ilustracyjną — to co ilustruje staje mi przed oczyma, ilekroć jej słucham; w tym kontekście nie muszę wiedzieć ani rozumieć więcej, wystarczy mi ten album ♪ „jarda al wadi”


2023

1.

takashi kokubo & andrea esperti music for a cosmic garden

pisałem już niejednokrotnie, że wydana przed czterema laty przez light in the attic biblia japońskiego ambientu i new age’u lat 80. kankyō ongaku otworzyła przede mną pewną stylistyczną i emocjonalną przestrzeń, której wcześniej zupełnie nie znałem, a która zmieniła moje życie bezpowrotnie i na lepsze; na rozszerzonej winylowej wersji tamtego wydawnictwa znalazł się także takashi kokubo, cichy mistrz japońskiej muzyki relaksacyjnej i, zupełnie szczerze, chyba jedna z najmniej ekscytujących mnie postaci z uniwersum kankyō ongaku, zbyt często pozbawiona artystycznego zmysłu niezbędnego, by oddzielić tło w salonie masażu od sztuki (choćby użytkowej); tymczasem dość nieoczekiwanie to on stoi za płytą, której wśród wydawnictw ostatnich kilku lat jest możliwie najbliżej do ideałów kankyō ongaku; music for a cosmic garden całkowicie spełnia obietnicę zawartą w tytule — kokubo łączy tu siły z włoskim multiinstrumentalistą andreą esperti (i dwiema wokalistkami), by zabrać słuchaczy w międzygwiezdną podróż zrealizowaną wyłącznie przy pomocy dźwięku; być może w synergii obu twórców tkwi nieodparcie artystyczne centrum tego projektu, niezbyt abstrakcyjnego w swoich audialnych kreacjach, a jednak wielowymiarowo stymulującego emocje i wyobraźnię; dokąd kokubo i esperti zabiorą swoich pasażerów — to już kwestia indywidualna; w tym sensie to malowniczy newage’owy sequel magnetyzującego stasis sounds for long-distance space travel 36 & zakè z 2020 roku (na marginesie: w 2022 36 & zakè wydali zresztą faktyczny sequel — udany, choć niezbyt zajmujący) ♪ „melting clocks”


Opublikowano

Secondhand Christmas

front

Czasem udaje mi się stanąć na palcach i dosięgnąć tego, co wydaje mi się choćby odrobinę za wysoko. W tym roku nie miałem zadwalającej koncepcji na świąteczny mikstejp i wydawało mi się, że jej nie dosięgnę. Postanowiłem więc nazwać rzecz [i]Secondhand Christmas[/i], zebrać utwory-odrzuty z poprzednich lat, które z jakichś powodów nie trafiły na wcześniejsze części i uznać, że w tym roku to musi wystarczyć. Ostatecznie okazało się, że tych odrzutów nie było wcale zbyt wiele, a jakiś stylistyczny klucz narodził się sam z siebie w procesie i jestem z tego całkiem zadowolony. Tytuł został, bo zdążyliśmy się już zaprzyjaźnić i uznałem, że równie dobrze to stawanie na palcach może stać się tegorocznym motywem — róbmy swoje, starajmy się, na ile możemy, niech to, że nie wyjdzie nam idealnie, nie zniechęca nas do działania w ogóle. Jeśli tylko uważamy, że warto — próbujmy. Spójrzcie tylko na ten krzywy napis na okładce wyżej — jego krzywizna jest prawdziwą emanacją mnie — ze wszystkich sił chciałbym, żeby wyszedł mi prosto, nie wyszedł — to być może wcale nie jest mi pisane. I trudno. I super.

Obiecałem sobie, że tym razem mój świąteczny opis nie zmieni się w jakiś banalny prep talk — ilekroć później wracam do nich w ciągu roku, łapię się za głowę, co nawypisywałem, a potem znowu przychodzi grudzień i historia się powtarza. Może to dlatego, że sam zbyt często zapominam o tym, co ważne. Machinalnie wypełniam rutynę kolejnych tygodni i tylko raz na jakiś czas pojawia się refleksja, dokąd mnie to prowadzi. Że może przekonanie, że daje z siebie dużo, jest zupełnie mylne, jeśli nie daję z siebie wystarczająco dużo tam, gdzie powinienem, ale tam, gdzie sam uznałem, że będzie mi wygodniej lub lepiej? Tak, wiem, nie uda mi się znaleźć jasnej odpowiedzi, ale też nie o nią tutaj chodzi. Czasem wystarczy szczera wątpliwość, by choć trochę wyrównać trajektorię i święta na szczęście są dla mnie ku temu impulsem. Hej, oby dla Was też!

Poprzednie części świątecznych pozytywek w serii dostępne są na Mixcloudzie. Można słuchać także na Spotify.

Opublikowano

Duch babci, neutralizator TM-015R i pakowanie prezentów

Duch babci, neutralizator TM-015R i pakowanie prezentów

Piłsudski ukradkiem spoglądający na ogród (rekonstrukcja)


Odziedziczyłem po babci neutralizator radiestezyjny. Choć w zasadzie być może to on odziedziczył mnie — zależy jak na to spojrzeć. Dziedziczenie to zresztą duże słowo. Nie zostało ono w żaden sposób sformalizowane. Nie był to obiekt mojego ani niczyjego pożądania. Raczej powinienem napisać, że przechwyciłem neutralizator babci pod jej nieobecność. Nie było w tym zresztą żadnej skrupulatnie zaplanowanej ciągłości. Tata mój, człowiek, który uważa, że rzeczy raczej nie powinno się wyrzucać, dopóki naprawdę nie trzeba (ale ma też ten komfort, że może sobie na takie nonszalanckie niewyrzucanie czy też nieoddawanie pozwolić), przeniósł ten neutralizator razem z innymi rzeczami, które odziedziczyły nas po babci, do piwnicy. Głównie były to pożółkłe książki historyczne, które w najlepszym razie jakiś niedający się przywołać z imienia ktoś przekartkował gdzieś w drugiej połowie lat 70.; zdekompletowane sztućce; grube wełniane bieżniki na solidne rozkładane ławy z polerowanej sklejki; kryształowe kurzołapy w rozmaitych kształtach i wymiarach. Był też gipsowy Piłsudski, który odziedziczył moją mamę (i dzięki temu teraz może ukradkiem spoglądać na ogród, bo stacjonuje na parapecie) — zupełnie jak żywy, choć zupełnie blady, wielkości może w najlepszym razie siedzącego kota i w starciu z tym właśnie porównywalnej wielkości kotem z dużym prawdopodobieństwem mógłby stracić utrzymywaną od lat formę. No i ten neutralizator, który latami walał się na brzegu puchatej, pikowanej, ale ze wszech miar niewygodnej kanapy w kolorze nieumiejętnie zapiklowanej oliwki. I skoro jakoś tak on już tam był, to ja go jakoś tak wziąłem. I to nawet mimo tego, że absolutnie nie miałem odpowiednio niewygodnej kanapy, aby móc go adekwatnie umiejscowić.

Jak informuje dość szczegółowy opis przyklejony skrupulatnie do jego spodu, to neutralizator TM-015R. Jego działanie potwierdzono ponoć licznymi badaniami, atestami, nie trzeba go ładować, a jedyne wymaganie względem korzystającego jest takie, aby go co jakiś czas przetrzeć z kurzu. Piszą też tam, że jest to przedmiot, z którego działania wszyscy są zadowoleni i że o tym przekona się każdy, kogo taki neutralizator odziedziczy. Chwalą też jego podręczne wymiary, zwłaszcza w porównaniu z szerokim zakresem działania. Żebyście mogli jakoś to sobie wyobrazić — z całą pewnością jest mniejszy od kota. Więcej — w starciu z kotem, nie ma pewności w kwestii rozstrzygnięcia. Neutralizator wydaje się potulny, ale ma w sobie coś bezwzględnie nieznoszącego sprzeciwu. Kształtem przypomina trochę znacznych gabarytów guzik i nie taki od koszuli czy spodni, tylko taki do wciskania w oldschoolowym teleturnieju, w którym zamiast miliona wygrywa się roczny zapas bitej śmietany. Guzik ten za żadną cenę jednak nie daje się wcisnąć. Wręcz przeciwnie, sam może pełnić rolę przyciskającą. Nawet jako przycisk do papieru jest zresztą tak samo majestatyczny i w kwestiach związanych z przyciskaniem z tego właśnie powodu całkowicie zdaję się na niego. Nawet jednak jeśli wydaje się w danej chwili niechętny, zawsze wywiązuje się ze swojej roli. Kapitalnie pomaga mi chociażby przy pakowaniu prezentów. Rozumie, mam wrażenie, że jeśli już decyduję się zawinąć podarek w kolorowy papier lub celofan, jest to zadanie wyższej rangi. Nie jest to coś, co zdarza się zbyt często. Podobnie zresztą jak prasowanie. Analogia jest nieunikniona. Jeśli decyduję bowiem założyć coś, co wymagałoby prasowania (to znaczy nie wybieram jednej z tych przesadnie znoszonych części garderoby, których prasować nie trzeba, a które stanowią większość mojej szafy), to niewątpliwie musi mi jakoś zależeć. Podobnie jest z prezentami — te, na których owinięcie poświęciliśmy z przyciskiem czas, nabierają dla nas większego znaczenia. Bo rzeczywiście, gdyby nie mój niezawodny przycisk radiestezyjny, byłoby mi dużo trudniej. Choć gdyby nie ja, przyciskowi też byłoby trudniej. Nie miałby ani komu pakować, ani czego.

Neutralizator ma jeszcze jedną ważną funkcję, o której, zapewne przez przeoczenie, nie wspomniano w obszernym opisie jego wielu zalet. A mianowicie, ilekroć na niego patrzę, myślę o mojej kochanej babci, która z niewiadomych przyczyn przyniosła kiedyś to dziwaczne urządzenie do domu i tak już zostało. Nie mam zresztą dowodu, choć wydaje mi się to najzupełniej naturalne, że to właśnie za jej sprawą od wczesnych lat 90. niestraszne były domownikom cieki wodne i, jak przekonuje producent, promieniowanie wszelkiego rodzaju. Babcia zawsze była pełna energii i otwarta na nowe. Znakomicie funkcjonowała w czasach, gdy jeszcze telewizja kablowa nie przyniosła rewolucji telezakupów i żeby coś zdobyć, trzeba się było nachodzić i nawiązać z drugą osobą relację. Ta energia, ta życzliwość, ta ciekawość babci emanuje na mnie, ilekroć używam mojego TM-015R podczas pakowania prezentów dla wszystkich tych bliskich mi osób, których neutralizatorom radiestezyjnym szczęśliwie nie było dane mnie odziedziczyć.

Opublikowano

Koniec Świata i Hard-boiled Wonderland

Koniec Świata i Hard-boiled Wonderland

Haruki Murakami, „Koniec Świata i Hard-boiled Wonderland”, wyd. Muza, 2003


Po lekturze długo zastanawiałem się, co właściwie przeczytałem, o czym była ta książka, jaki wniosek mogę wyciągnąć z lektury. Ilekroć jednak wydawało mi się, że jestem bliski rozwiązania łamigłówki Murakamiego, znajdowałem kontrargumenty dla własnej tezy. Podobnie jednak jak sama fabuła powieści i potencjalne płynące z lektury wnioski cechuje niedająca się rozstrzygnąć ambiwalencja, nie umiem też stwierdzić, czy to dobrze, czy źle, że nie umiem uporządkować tego, z czym przez kilka tygodni dość ochoczo obcowałem. Istnieje ryzyko, że czas jedynie tę niejednoznaczność pogłębi, ale jest też nadzieja, że będę raz po raz wracał do tej dziwacznej historii w poszukiwaniu wyjaśnienia. Niezależnie od tego, mam silne poczucie, że to jedna z najlepszych pozycji w dorobku Murakamiego. Akcja toczy się w ramach dwóch równoległych opowieści, ściśle, choć dość pokrętnie, ze sobą związanych. W pierwszej bohater snuje plan ucieczki z tajemniczego fantazyjnego miasta otoczonego wysokim murem, którego być może nie da się sforsować. W drugiej ten sam lub inny bohater pracuje jako specjalista od szyfrowania danych w analogowych latach 80. Nie zdradzę chyba zbyt wiele, gdy napiszę, że z czasem oba światy zaczynają przenikać się w osobliwy sposób. To coś, co Murakami robił później niejednokrotnie, najbardziej prominentnie chyba w trylogii „1Q84”, z różnym skutkiem. Narracja pisarza jest rzeczowa i przejrzysta, wygładzając niejako dziwactwa i zawiłości fabularne, co od zawsze odpowiadało mi w jego książkach. Jednocześnie jednak „Koniec świata i hard-boiled wonderland” nie powiela jednego z moich największych zarzutów względem większości jego powieści (z chlubnym wyjątkiem wspomnianego „1Q84”), a mianowicie kończy się w ramach tej samej delikatnej równowagi fabularno-estetycznej. Wielokrotnie miałem wrażenie, że Murakami nie umie kończyć swoich powieści — ucieka się do absurdalnych rozwiązań, wyciąga z rękawa kolejną kartę deus ex machina, na tym etapie zupełnie zbędną, aby dodatkowo zszokować czytelnika. Ja sam nie fetyszyzuję zakończeń, czasem lepiej gdy wcale ich nie ma, wielkie kulminacje średnio mnie biorą, tak uważam. W „Końcu świata” Murakamiemu udaje się podtrzymać rosnące napięcie i obejść bez sztuczek, które rozbijałyby to funkcjonalne decorum, które tak u niego cenię. No i pozostawia też czytelnikowi kwestię interpretacji samej historii, w której, mam silne poczucie, nie może chodzić przecież wyłącznie o wyjaśnienie samej intrygi. Czy może jednak?

Koniec Świata i Hard-boiled Wonderland

Opublikowano

Yet another decade in life and music: 1990s

Yet another decade in life and music

miałem kilka lat, gdy w sercu lat 90. zacząłem nabierać jakiejś pierwszej świadomości muzycznej; chciałem napisać wrażliwości, ale ta ukształtowała się dużo wcześniej — repertuar piosenki dziecięcej miałem w małym palcu, gdy zacząłem odkrywać muzykę dorosłych; najpierw przez teledyski, które swego czasu zamiast reklam między programami wyświetlała telewizja, później przez kasety rodziców i dziadków, coweekendowe emisje 30 ton, wreszcie płyty z targowiska i (od święta!) z empiku oraz plejlisty telewizji muzycznych i stacji radiowych — to już w okolicach przełomu milenialnego; to nic nadzwyczajnego, wiem, ot doświadczenie pokoleniowe; chodzi mi raczej o to, że pomimo tego nigdy nie uważałem lat 90. w muzyce za moją dekadę; owszem, bywało, że jakieś wczesne wspomnienia wracały z nową siłą pod wpływem niesłyszanych dawno utworów, ale nie miałem potrzeby, by spróbować te lata 90. uczynić moimi własnymi; zmiana następowała we mnie powoli, aż wreszcie przed pięcioma miesiącami zebrałem na jednej plejliście wszystkie płyty z lat 90., jakie kiedykolwiek otagowałem sobie do odsłuchu, a także wróciłem do wielu znanych mi, by skonfrontować się z nimi na nowo; z tych odsłuchiwanych po raz pierwszy w maju tylko dwie znalazły miejsce w poniższym zestawieniu, pozostałe posłużyły za kontekst; jako że moją tylną furtkę do poznania lat 90. na nowo stanowiła muzyka japońska, to ona po anglosaskiej stanowi tutaj drugą siłę; wreszcie — jak zawsze u mnie — bywa, że piszę wprost o płytach i muzyce na nich, a czasem bardziej o sobie przez jej pryzmat; to raczej emocjonalna mapa dekady niż cokolwiek innego; być może wskaże komuś jakąś ścieżkę, ale w sumie nic pewnego


Yet another decade in life and music

50.

aqua aquarium 1997

mógłbym udawać, że to nigdy nie miało miejsca, ale byłoby to tuszowanie faktów; otóż aqua w okresie przełomu milenialnego stała się siłą rozpędu moją pierwszą ulubioną grupą muzyczną; nie ma się co czarować — w tamtym czasie dla ośmiolatka, który ten bajkowy świat, gdzie akcję swoich piosenek osadził zespół, traktował bardzo poważnie, musiało być to pierwsze istotne przymierze z popkulturą; i choć już wtedy dużo bardziej ceniłem sobie ich drugi krążek aquarius, który nie tracił nic z plastyczności debiutu, a orkiestrowe aranżacje dodawały mu disneyowskiego splendoru, do dziś żywe pozostają we mnie emocje jakie budziło we mnie aquarium; paradoksalnie jednak nigdy nie chodziło mi o „barbie girl”, które niewątpliwie wycisnęło do cna na rozmaitych frontach swój nowalijkowy urok — zarówno dzięki szalonej intertekstualności, jak i absurdalnym środkom ekspresji — hi-pitchowym wokalom w refrenie i eurodance’owej aranżacji; ja jednak w tamtym czasie jak objawienie traktowałem odsłuchy całej płyty i piosenka o barbie nie była wcale moim highlightem; pamiętam jak „doctor jones” w osadzonym w dziewiczej dżungli teledyskiem rezonowało we mnie w kontekście ulubionych zestawów lego i jakim dziwacznym doświadczeniem były odsłuchy „roses are red” zaaranżowanego bardzo prostolinijnie (żeby nie napisać — tanio), ale z wyraźnym psychodelicznym twistem; dziś raczej nie wracam do tej płyty, chociaż wciąż dumnie pręży się na półce; to raczej artefakt mojej własnej drogi przez meandry muzyki popowej i niepopowej, którą przed laty rozpocząłem jako dzieciak właśnie od tej zabawnej płyty ♪ „my oh my”


Yet another decade in life and music

49.

vanessa paradis vanessa paradis 1992

zanim pomyślicie o vanessie paradis, być może w kontekście prześladującego ją do dziś „joe le taxi”, pomyślcie o „it’s not over ’til it’s over” lenny’ego kravitza, bo to właśnie kravitz zrobił paradis tę płytę i zrobił ją w stylu być może największego kilera swojej własnej dyskografii; pomyślcie o skąpanym w słońcu pomoście między kolorowym optymizmem początku lat 90. a żywymi aranżami popu o artystowskim zacięciu drugiej połowy lat 60. — baroque popie, sunshine popie, popie psychodelicznym; tego pomostu naturalnie nie wybudowali zresztą kravitz z paradis — to był w owym czasie jeden z muzycznych trendów i chyba mój pierwszy punkt zaczepienia w muzyce lat 90., gdy byłem już dorosły; nic dziwnego, że debiut paradis tak ujął mnie przed laty; było w nim coś beztroskiego i szczerego, ale produkcyjnie całość cechowała konsekwencja stylistyczna, a większość utworów — pierwszorzędna melodyka; kravitz zresztą przyprawił tę mieszankę po swojemu bossa novą i funkiem, a młodziutka paradis z dojrzałym umiarem zaczarowała słuchaczy wokalnie, nawet w ryzykownym coverze „i’m waiting for the man” lou reeda, który tylko na pierwszy rzut oka wydaje się przypadkowy — w rzeczywistości doskonale dopełnia album, a może nawet definiuje stylistycznie jego kierunek ♪ „be my baby”


Yet another decade in life and music

48.

beck odelay 1996

becka poznałem w kolejnej dekadzie, a dopiero w jeszcze kolejnej poczułem imperatyw, żeby zanurkować w jego dyskografii i tam znalazłem odelay, które odstręczyło mnie i zafascynowało jednocześnie; na tle orkiestrowych refleksji sea change i tanecznych pląsów midnite vultures, jego szalona poćwiartowana stylistycznie i zupełnie dosłownie struktura (mieszająca brudną alternatywę, psychodeliczny vibe, hiphopowe bity, rapowane wstawki, elektroniczne riffy, folkowo-countrujące laidoutowe aranże) była czymś, co wydawało mi się odważne i szczere; z tej samej przyczyny musiałem jednak tę płytę na jakimś poziomie odrzucić; te estetyczne wolty były całkowicie nie do przyjęcia, a jednocześnie niosły ten krążek w nieprzewidywalny, ale konsekwentnie wysoko-energetyczny sposób; słuchanie go jest trochę jak bujanie się na gałęzi, która w każdej chwili może runąć na ziemię; ale może też być fajnie; albo fajnie do czasu; nie zawsze jestem w nastroju by spędzić niemal godzinę bujając się z beckiem po tych jego stylistycznych wertepach, ale jeśli akurat jestem, rzutem na taśmę wpuszczam go do mojego zestawienia ulubionych płyt lat 90., chociaż nie mogłem rozważać tego na poważnie, kreśląc luźną listę propozycji ♪ „the new pollution”


Yet another decade in life and music

47.

chris isaak forever blue 1995

mam ten album na kasecie, którą kupiłem kompulsywnie zaraz gdy ten album usłyszałem po raz pierwszy długo po tym, jak lata 90. definitywnie dobiegły końca; odkopałem akurat w tamtym momencie pacholęcego walkmana, a że kaseta była dziesięciokrotnie tańsza niż winyl, sprawa rozstrzygnęła się sama; na tym zresztą mój kasetowy revival w zasadzie się skończył — wziąłem ze sobą isaaka raz czy drugi na przechadzkę po parku, ale czułem się nie do końca komfortowo z tym miarowo szumiącym pudełkiem za pasem; ale płyta została mi w głowie; zanim na nią trafiłem, moim jedynym tropem było wyświechtane „wicked game”, kunsztowne niesamowicie w swojej śmiałej reinterpretacji klasycznej ballady; nie potrafiłem jednak wtedy nijak wyobrazić sobie jakie mogłoby być muzyczne tło tego nagrania — taki był z niego oryginał; forever blue przeszło moje najśmielsze oczekiwania — nie tylko nagle chris isaak nabrał sensu jako wykonawca i twórca, ale udało mi się odkryć muzykę zatrzymaną w czasie i pomiędzy stylistykami; forever blue to bowiem przykład rasowej americany z lat 90. zanurzonej głęboko (ale nie na tyle, by stać się pastiszem lub wpisać się w szufladkę odtwórczego retropopu) w swoich klasycznych inspiracjach przekrojem muzyki amerykańskiej lat 50. i 60. isaak jest w tym bardzo konsekwentny, a że jest niesamowitym wokalistą, niezłym songwriterem i ma w sobie masę uroku, forever blue to naprawdę znakomity krążek do słuchania na co dzień albo od święta ♪ „go walking down there”


Yet another decade in life and music

46.

grzegorz turnau to tu, to tam 1995

jednym z moich najwcześniejszych związanych z muzyką wspomnień jest teledysk do „cichosza” turnaua, który namiętnie w połowie lat 90. zamiast reklam emitowano swego czasu w telewizji polskiej; to też być może była jedna z pierwszych dorosłych piosenek w moim dziecięcym repertuarze piosenek do nucenia pokątnie i wyśpiewywania całkiem otwarcie; to jednak nie przełożyło się w kolejnych latach na moje turnauem zainteresowanie; uważałem go w najlepszym razie za sztywniaka śpiewającego dla starych bufonów; miałem poczucie, że słowne szarady są dla niego ważniejsze niż forma i treść; teraz gdy sam jestem stary, a kontekst dla muzyki turnaua mam szerszy, sprawy zdają mieć się inaczej; od pewnego czasu mimochodem zaprzyjaźniałem się tête-à-tête z kolejnymi turnaua utworami, a wszystkie tropy prowadziły do to tu, to tam, które choć miało być upiornie monotonne ze względu na prymat tekstu nad muzyką i fortepianowe aranże, a okazało się zaskakująco zręcznie zrównoważone, kipiące od intrygujących interpretacji nawet ciekawszych tekstów; piszę o tym tak, jak gdybym po raz pierwszy się właśnie teraz z nimi mierzył, w rzeczywistości spotkań przez lata było wiele, tylko ja nie zawsze byłem tak uważny ♪ „pompa”, „natężenie świadomości”


Yet another decade in life and music

45.

stereolab emperor tomato ketchup 1996

z jednej strony dyskografia stereolab wydaje się, ze względu na specyficzną melodykę i zajmujący charakter, dość monolityczna, z drugiej zawsze miałem poczucie, że jej najjaśniejszym punktem w rozumieniu ogółu jest właśnie emperor tomato ketchup z 1996; z jakiegoś powodu tę właśnie płytę wybrałem sobie do przesłuchania lata temu, a później wracała do mnie albo ja do niej w tej czy innej formie; zdziwiło mnie zatem dość mocno, że zarówno komercyjnie, jak i krytycznie lepiej przyjęto kolejne dots and loops, którego słuchałem po raz pierwszy dopiero niedawno i też jest super; jednak moim głównym skojarzeniem ze stereolab na zawsze pozostanie ketchup, ketchup lejący się, o wręcz podejrzanej konsystencji, ale bardzo smaczny; taka też jest ta płyta; to płyta o podejrzanej konsystencji i to jest jednocześnie nietypowy komplement i mój największy zarzut względem i tego krążka, i muzyki stereolab ogólnie; to świetnie zrealizowana hipnotyzująca mieszanka stylów retro i futuro pod flagą indie rocka z francuskim twistem (czy raczej — avec une touche française), który cholernie dodaje jej animuszu; słucha się tego całościowo genialnie — to muzyka stworzona dla formatu płyty długogrającej — ale trudno się jej zaczepić; ja jestem prostym słuchaczem — potrzebuję singla; nie przeczę, że u stereolab nie ma kompozycji quasisinglowych, ale jednak tutaj wszystko płynie; gdyby jednak nie stereolab, być może ani arcade fire, ani sufjan stevens nie zrealizowaliby swoich najlepszych nagrań w sposób, w jaki to zrobili ♪ „metronomic underground”


Yet another decade in life and music

44.

depeche mode violator 1990

niewątpliwa kulminacja kariery depeche mode i płyta, którą można podzielić ich dyskografię na pół; to raczej symboliczne niż faktycznie przejście od synth popu do alt rocka, dzięki czemu wszystkie te dotychczas jednak dość chaotyczne, ale dojrzewające do swoich faktycznych form pomysły melodyczno-brzmieniowe doczekały się swojej najbardziej wyrafinowanej formy; daleko mi do miłośnika depeszy, a na violatorze nie ma moich ulubionych piosenek grupy, ale jest coś obezwładniająco pociągającego w sterylnym i na wpół mechanicznym, ale jednocześnie pełnym bardzo organicznego, cielesnego wręcz napięcia brzmieniu tego albumu; nawet radiowe „enjoy the silence”, które normalnie nie miałoby prawa mnie uwieść, włączone w ciąg krążka odsłania produkcyjną wirtuozerię; violator, za każdym razem, gdy poświęcę mu trochę uwagi, zabiera mnie do bardzo namacalnego dystopijnego świata, który, chociaż na co dzień nie jest moim światem, w tym wydaniu cholernie mnie bierze ♪ „world in my eyes”


Yet another decade in life and music

43.

d’angelo brown sugar 1995

słuchanie voodoo w liceum uważam za jedno z formatywnych dla mnie muzycznych doświadczeń, takie po którym nie ma już powrotu do tego, co było wcześniej; w tym kontekście brown sugar zawsze było dla mnie rozczarowujące, chociaż chyba wcale nie musiało; na swoim naprawdę zręcznie i ponadczasowo wykrojonym debiucie d’angelo na zawsze zredefiniował to, czym i jaki mógł być neo-soul — czerpał przy tym oczywiście z soulowej klasyki, nie pozostawał dłużny produkcyjnym trendom epoki, ale jednak to właśnie on (m.in; wraz z alim shaheedem muhammadem z atcq i ich stałym współpracownikiem bobem powerem czy raphaelem saadiqiem) urzeczywistnił to na tym krążku; mimo tego dość oczywistego osiągnięcia, długi cień voodoo całkowicie zakrył dla mnie jakąkolwiek możliwość postrzegania brown sugar w jego własnym kontekście; stąd zawsze, mimo jego niezaprzeczalnego kunsztu wokalno-produkcyjnego brown sugar wydawało mi się niewypełnioną do końca przestrzenią; słuchając, szukałem trąbki roya hargrove’a, charakterystycznych bębnów questlove’a, kolejnych wokalnych i dźwiękowych warstw, które uczyniłyby strukturę kolejnych numerów mniej przejrzystą; brown sugar zupełnie błędnie brałem za oczywistość, wydawało mi się zbyt proste; dopiero gdy wróciłem do płyty teraz, pozostawiając voodoo poza zasięgiem, w nowym milenium, brown sugar udało się zaintrygować mnie na własnych zasadach; doceniłem niezrównane połączenie quiet stormu z hiphopowymi bitami, jazzujący laidbackowy vibe, przeprosiłem się z tytułowym utworem, który dotąd nie mógł wybrzmieć w pełni swojego potencjału — blokowała go klątwa voodoo ♪ „cruisin’”, „when we get by”


Yet another decade in life and music

42.

tatsurō yamashita cozy 1998

jeśli myślicie, że estetyka city popu wyczerpała się w latach 70. i 80., ta płyta skutecznie podważy to jakże błędne przekonanie; tatsurō yamashita, żywa legenda japońskiego popu i jedna z sił napędowych gatunku, do dziś z powodzeniem kultywuje swój niepowtarzalny styl, a wydane w szczycie lat 90. cozy to późny w kontekście szczytu jego scenicznej kariery, ale bynajmniej nie spóźniony klasyk; yamashita z powodzeniem korzysta z dobrodziejstw objętości płyty kompaktowej, zbierając wydawane w ciągu poprzednich pięciu lat single i dopełniając je nowymi nagraniami do 72 minut; efekt jest, zgodnie z tytułem, przytulny i nostalgiczny, bo metody produkcyjne yamashity szczęśliwie oparły się wszelkim trendom epoki; to wielka słoneczna autostrada począwszy od połowy lat 60. i ukochanych przez yamashitę (i przeze mnie) beach boysów, przez organiczny progresywny, ale lekki w odbiorze pop lat 70. aż do lat 90., do której słowem kluczem jest hohoemi, czyli uśmiech; to muzyka, która w pewnym sensie nie zestarzała się ani o dzień, bo ze względu na swój charakter od samego początku była naturalnie ponadczasowa ♪ „fragile”, „donuts song”


Yet another decade in life and music

41.

étienne daho singles 1998

mój największy problem z dyskografią daho jest taki, że choć uwielbiam do niego wracać, nie potrafię wybrać jednej ulubionej płyty; w formie długogrającej daho zawsze wydaje mi się nierówny; wydane pod koniec dekady singles zbiera strony a singli z lat 80. i 90., co w dużej mierze rozwiązuje wspomniany wcześniej dylemat; to znakomita selekcja francuskiego popu, trochę jedynie egzaltowanego ♪ „comme un igloo”


Yet another decade in life and music

40.

dixie chicks wide open spaces 1998

jeśli kiedykolwiek skrytykowałem czyjąś ulubioną popową płytę za jej generyczny radiowy vibe czy archaiczną produkcję, tutaj możecie się odegrać; wide open spaces trafiła na mnie lata temu w jakimś koszu wyprzedażowym, a ja bezwiednie wyciągnąłem do niej pomocną dłoń — chicks miały u mnie fory za świetną płytę, którą dekadę później zrobił im rick rubin; nie byłem jednak absolutnie gotów na tę muzykę i przez długi czas płyta leżała na półce; gdy jednak trio wróciło z gaslighterem, a ja zacząłem odświeżać sobie ich repertuar, zabrałem całą ich dyskografię do samochodu i w ten sposób swojskie (wtedy jeszcze nie dla mnie, ale to koniec końców dobre słowo, by ten krążek opisać) wide open spaces stało się być może jedną z najczęściej przeze mnie słuchanych płyt w ogóle, a przynajmniej w ostatnich latach, kiedy w muzycznej galerii handlowej uprawia się niestrudzony window shopping, a z rozlicznych ulubionych płyt raczej tworzy się artefakty niż znajduje się w nich towarzyszy dnia codziennego; a to jest właśnie taka płyta na co dzień, utrzymana gdzieś pomiędzy organicznym country popem a country neo-tradycyjnym; jest też kilka bardziej ckliwych balladowych momentów, ale jest tym jednak całkiem sporo charakteru, a numery, nawet jeśli pozornie dość banalne, przy bliższym poznaniu bronią się jakościowym songwritingiem ♪ „tonight the heartache’s on me”


Yet another decade in life and music

39.

yoshiaki ochi natural sonic 1990

natural sonic yoshiakiego ochi to płyta, którą z całym przekonaniem można określić jako odkrytkę — zagubioną w czasie i przestrzeni przez prawie dwie dekady aż do premiery skarbnicy japońskiego ambientu i new age’u — składanki kankyō ongaku wydawnictwa light in the attic; to muzyczny świat, z którego istnienia do tamtej pory nie zdawałem sobie sprawy; gdyby nie przypadek nigdy nie przypuszczałbym też, że to estetyka, której potrzebowałem w swoim życiu; bardzo szybko stało się to jednak dla mnie absolutnie jasne i niebawem zacząłem chwytać za kolejne nitki i docierać do oryginalnych kontekstów umieszczonych na płycie utworów; wśród tych kontekstów natural sonic ochiego stał się nawet jeśli nie moim ulubionym odkryciem, to jednym z tych, które najlepiej wpisały się w moją codzienność; to dziesięć opartych głównie o perkusjonalia, ale zaaranżowanych w duchu ambientalno-new-age’owym instrumentalnych kompozycji, rozmyślnie ułożonych w hipnotyzujący cykl; muzyka, która harmonizuje i wycisza, ale jednocześnie pobudza i zajmuje; osobliwy dźwiękowy pejzaż jakiejś odległej krainy, pomysł na niezobowiązującą ucieczkę w wyobraźni po długim dniu w pracy ♪ „ear dreamin’”, „dawning”


Yet another decade in life and music

38.

księżyc księżyc 1996

absolutnie niezwykła płyta w kontekście polskiej muzyki i muzyki lat 90. w ogóle; czerpiąca garściami z folkloru, ale przetwarzająca go kreatywnie surrealistyczna dźwiękowa baśń, która przez długi czas z każdym kolejnym odsłuchem daje się odkrywać na nowo; z początku wyobrażałem ją sobie bardziej pastoralnie i być może dlatego potrzebowałem więcej czasu, aby się z tą piękną muzyką oswoić na jej zasadach; księżyc bowiem meandruje pomiędzy rozmaitymi nastrojami, nie stroniąc przy tym od awangardowych zrywów, które pewną pozorną harmonię rozbijają nieco zbyt definitywnie; jest w tym coś z horroru i być może dlatego, choć obcowanie z księżycem sprawia mi olbrzymią przyjemność, nigdy pewna bariera między nami nie zostanie przekroczona ♪ „zakopana”


Yet another decade in life and music

37.

nick cave and the bad seeds let love in 1994

w dyskografii cave’a, którego raczej cenię niż przeżywam, zawsze byłem wielkim orędownikiem „murder ballads”; plugawe historie z folkowym rodowodem w formie słowno-muzycznej absolutnie im odpowiadającej — na swój sposób mnie to uwodzi, choć zawsze gdy do tej płyty wracam, okazuje się, że działa na mnie bardziej koncepcja płyty niż sama zawartość; są tam momenty znakomite, ale całość wydaje się niezbalansowana; inaczej jest w przypadku chyba najbardziej kultowej z kultowych w dyskografii cave’a płyt — „let love in” eksploruje ten sam gotycki nastrój, który szczodrze z rozbiegu przypisuję „balladom”, ale robi to w sposób bardziej koherentny; jego jądro jest gęste, posępne, zapalne i rozlewa się, wypełniając kolejne utwory; dzięki temu dotychczas pozbawiony życia październik przybiera formy obsesyjne, popędliwe i twórcze; trzymam tego cave’a na podorędziu w otoczeniu mu właściwym: timber timbre, pj harvey, toma waitsa czy schyłkowego leonarda cohena, na czarną godzinę, by ją rozjątrzyć, rozczerwienić, zabielić nawet ♪ „do you love me?”


Yet another decade in life and music

36.

aaliyah one in a million 1996

istnieją też płyty-duchy, które są obecne w naszym życiu w sposób niebezpośredni, ale jednak nie da się podważyć ich wpływu na nas i nasze inne muzyczne wybory; dla mnie takim krążkiem od zawsze było one in a million — stadium pośrednie między niedojrzałym debiutem a katartycznym finałem, w dodatku wykoncypowane tak, by zająć całą możliwą powierzchnię płyty kompaktowej; z tych dwóch powodów one in a million towarzyszyło mi, przez lata i regularnie, ale raczej we fragmentach; i chociaż dzisiaj też zupełnie naturalnie wolę podzielić sobie odsłuch na części — być może to nigdy nie będzie album, który połykam w całości — ujmują mnie wielowarstwowe wokale aaliyah, subtelne i dynamiczne zarazem, które jak się okazało po latach, skutecznie wyznaczyły nowy kierunek wokalny w kobiecym r&b, oraz niuanse produkcyjne timbalanda w tym odległym 1996 roku, dzięki którym pozornie schematyczne numery mid-tempo nabierają nieoczekiwanego wyrazu, jak wtedy, gdy w połowie zdającego się płynąć bez końca „choosey lover” następuje przeskok na nowy bit, co przyjemnie konfunduje, hipnotyzuje wręcz odbiorcę aż samego końca ♪ „everything’s gonna be alright”, „choosey lover”


Yet another decade in life and music

35.

denki groove orange 1996

z jednej strony krytykuję tanie poczucie humoru świetlickiego, z drugiej sam odbieram sobie prawo moralne do takich osądów, wynosząc na piedestał denki groove, u których humor podobnego rodzaju stanowi trzon działalności; orange to najgorszy rodzaj płyty — definicja hardej wixy, która jest jednocześnie pastiszem i zupełnie na poważnie; jakby horda znerwicowanych kaishainów w piątkowy wieczór wyległa do barów karaoke i sytuacja wymknęła się spod kontroli; kac vegas po japońsku, tylko w formie stricte muzycznej; jest w tym wszystkim jednak jeden detal, który nie tylko ratuje sytuację, ale odwraca jej odbiór o sto osiemdziesiąt stopni — wyobraźnia; porównajmy kac vegas z druhnami kristen wiig, a potem jeszcze druhny z barbie grety gerwig — wyobraźnia jako umiejętność operowania absurdem, przeważa szalę; a trzeba dodać, że gdy denki groove bawili się sprowadzonym z europy i ameryki techno, wciąż była to w japonii rzecz względnie nowa ♪ „dare da!”


Yet another decade in life and music

34.

primal scream screamadelica 1991

screamandelica primal scream była dla mnie zawsze, czy raczej od kiedy ją poznałem lata temu, czymś całkiem oczywistym; kreatywnie zacierającym granice pomiędzy muzyką gitarową a taneczną, owszem, ale mnie zawsze tego rodzaju odważne połączenia interesowały, raczej niż odstręczały; nie było dla mnie oczywiście zaskoczeniem, że w owym 1991 roku screamandelica zburzyła pewien niewidzialny, ale namacalny mur między odizolowanymi do tej pory muzycznymi światami; z pewną ekscytacją odkryłem jednak, że trzydzieści lat później wciąż wielu uznaje ten krążek za kontrowersyjny, niewystarczająco gitarowy lub nadmiernie taneczny, co wbrew pozorom nie musi wcale sprowadzać się do tego samego zarzutu; i jakkolwiek rozumiem, że nie każdemu hasło w tytule jednego z numerów „don’t fight it, feel it” może sprzedać mindset na ten słoneczny trip, dla mnie od zawsze to był klucz do tego krążka; rzecz nie jest wybitna, klasyczny status zawdzięcza w dużej mierze pomysłowi na siebie, niektóre numery wyciągnięte z kontekstu płyty wydają się zmierzającymi donikąd szkicami, ale jako całości współdzielącej pieczołowicie wyważoną dynamikę i psychodeliczny vibe, płyty naprawdę słucha się pięknie; to wycieczka do jakiegoś lepszego miejsca, gdzie niebo jest bardziej niebieskie, a trawa bardziej zielona ♪ „movin’ on up”


Yet another decade in life and music

33.

świetliki o.gród k.oncentracyjny 1995

napisać, że gdy pierwszy raz usłyszałem debiut świetlików, czułem się zbity z tropu, to mało; nie miałem pojęcia, co z tym zrobić; do niczego mi to nie pasowało — świetlicki, zupełnie zresztą zasadnie, wydał mi się antypatyczny, utworom opartym na jego deklamacjach brakowało melodii, a kontekst był całkowicie surrealistyczny; teraz myślę, że mogłem w sumie wyjrzeć przez okno z otwartą głową i uznać, zasadnie, że wszystko to co słyszę, pozostaje w zupełnie naturalnej symbiozie z tym, co piętrzy się dookoła mnie — nawet nie tylko w wietrzne jesienne popołudnia, ale w ogóle; ale wciąż było wtedy we mnie za dużo jakiejś jasnej idei zakłamującej przeszłość, teraźniejszość i przyszłość; nie potrafiłem tego przyjąć; myślę, że wrota w kierunku świetlickiego otwarły się dla mnie jakoś w okolicy premiery zabij to i wyjedź z tego miasta wilczyńskiego, który co prawda umuzyczniono nalepą, ale równie dobrze można byłoby wykorzystać świetlickiego; film zresztą nie stanowił dla mnie jakiegoś estetycznego przełomu, był raczej punktem, który uzmysłowił mi, że jestem już gotowy na przyjęcie tej wewnętrznej pluchy, która dała podwaliny mizantropicznemu, sarkastycznemu, dosadnemu, ale też jakże przecież poetycznemu światu świetlickiego; i wtedy w o.grodzie k.oncentracyjnym rzeczy zaczęły dla mnie znajdować swoje miejsca, a i ja sam odnalazłem w sobie miejsce dla niego — zupełnie naturalnie; w końcu zaakceptowałem, że też jestem częścią tej paskudnej poetyki, że ja nie jestem pełen bez niej, a ona może i jakoś do mnie wyciąga swoje chude długie palce; jedyne, co w dalszym ciągu mnie odstręcza to jakieś takie poczucie w polsce lat 90., że nie można było takiej płyty zrobić na poważnie, bez doprawienia jej tu i tam dozą jakiegoś dziadowskiego gówno kabaretu; mam jednak ten przywilej, że mogę te elementy z plejlisty usunąć na wieki, co zresztą nie bez satysfakcji uczyniłem ♪ „opluty (44)”, „nieprzysiadalność”


Yet another decade in life and music

32.

ride going blank again 1992

po raz kolejny płyta, której fundamentem są brudne shoegaze’ujące gitary, i po raz kolejny w innym ujęciu; going blank again to doskonała fuzja poprockowych melodii i alternatywnego psychodelicznego brzmienia w zaskakująco słonecznym ujęciu; o ile jednak na loveless (także łączącym shoegaze i pop w mistrzowski sposób) melodie są głęboko zakopane pod trudną do przeniknięcia dźwiękową tkanką, ride wychodzi prostolinijnie naprzeciw słuchacza, pożyczając inspiracje od the stone roses, wczesnego r.e.m., może nawet prefab sprout, i dokładając brzmieniową cegiełkę do rodzącego się właśnie britpopu; niezależnie jednak od tego, z której strony do tego krążka się zbliżymy, czy poświęcimy mu więcej zainteresowania, czy pozwolimy wtopić się w tło, trudno będzie zanegować jego ładunek energetyczny ♪ „twisterella”


Yet another decade in life and music

31.

the roots things fall apart 1999

chociaż z całą pewnością nie można nazwać things fall apart płytą soulową, dla mnie zawsze będzie to swoisty prequel do wydanego rok później voodoo d’angelo — jeden z tych albumów, które nieodwracalnie zmieniły moją percepcję muzyki, a przez to i moje życie w ogóle; obie, podobnie jak mama’s gun badu i like water for chocolate commona (które jednak pozostały stylistycznie nieco obok), były zresztą nagrywane w tym samym czasie w electric lady studios przez nieformalny wówczas kolektyw twórczy soulquarians pod wodzą questlove’a i nieodżałowanego j dilli; wkładu questlove’a w oba projekty nie da się zresztą przecenić i analogia między obiema płytami, która od zawsze była dla mnie oczywista, wynika właśnie z charakterystycznej oprawy rytmicznej questa; produkcyjnie zresztą grupa bardzo naturalnie inkorporuje elementy jazzowe, co nie jest w żaden sposób wyjątkowe w kontekście ich dyskografii, ale daje mi, jako słuchaczowi średnio wkręconemu w amerykański społeczno-polityczny rap, naturalny element zaczepienia, co czyni każdorazowy przelot przez things fall apart niesamowicie satysfakcjonującym ♪ „the next movement”, „dynamite!”


Yet another decade in life and music

30.

the flaming lips the soft bulletin 1999

zacząłem słuchać flaming lips dekadę po tym, jak ukazał się the soft bulletin, w okresie premiery embryonic; w krótkim czasie zachwyciłem się wówczas yoshimi’m, zaintrygowałem at war with the mystics, które ukazało się także na dvd-audio w 5.1, na temat którego ktoś gdzieś w internecie zapiał, że jest zjawiskowe i na tym wyobrażeniu, jak ta zjawiskowa edycja mogłaby wybrzmieć i dla mnie, gdybym miał tę płytę i odtwarzacz do niej, zbudowałem sobie wyobrażenie o flaming lips; prawda jest taka, że nigdy więcej w życiu nie słuchałem tyle flaming lips, co wtedy; czwartym i ostatnim elementem mojej ówczesnej zajawki było wydane u schyłku lat 90-tych the soft bulletin, które zdeklasowało dla mnie ich kolejne krążki od pierwszego odsłuchu — tyle pamiętam; wracałem później do tej płyty, ale bez odpowiedniej higieny odsłuchu i gdy stanąłem przed nią teraz, choć brzmiała znajomo, musiałem dokonać pewnej rekonstrukcji, która udała mi się całkiem nieźle — każdy kolejny odsłuch, a było ich ostatnio kilka utwierdził mnie w przekonaniu, że to jest to, cokolwiek miałoby tym być; myślę, że może całkiem zrównoważona proporcja pomiędzy tym, jak normalna jest to muzyka, a jej psychodelicznym, spacerockowym szytem; to album, słuchając którego, można odnieść wrażenie, że człowiek powoli, całkiem naturalnie zaczyna unosić się w powietrzu — nie ma w tym zresztą nic dziwnego; w kontekście tej muzyki to zupełnie adekwatny stan; jednocześnie flaming lips są w tym wszystkim mocno pogrążeni w jakiejś melancholii, która nie jest jednak dojmująca; jest naturalna, podobnie jak naturalna jest melodyka tej płyty — znowu nie nadzwyczajna, ale nienachalnie przyjemna, niebanalna na tyle, że nie da się tej płyty zbyt szybko wyczerpać, no i licująca z warstwowymi aranżami, które z kolei doskonale oddają wszystko inne; w tamtym okresie, gdy poznałem i zachwyciłem się the flaming lips, to właśnie ich produkcyjna wirtuozeria ujęła mnie najbardziej; i teraz z przyjemnością odkryłem to na nowo ♪ „what is the light?”, „waitin’ for a superman”


Yet another decade in life and music

29.

willie nelson spirit 1996

był czas, że nie rozumiałem fenomenu williego nelsona; moi ulubieni muzycy śpiewali jego piosenki i mówili o nim czule, a ja sięgałem po jego utwory i odkładałem je obojętny; potrzebowałem czasu, żeby zrozumieć, że potrzebuję w swoim życiu muzyki williego być może bardziej niż jakiejkolwiek innej; gdy śpiewa, czuję się dobrze i bezpiecznie, nawet gdy są to rzeczy melancholijne, a może właśnie szczególnie wtedy; melancholijny willie sprawia bowiem, że rzeczy niełatwe wydają się proste — ich natura jest zupełnie ludzka, a pewna harmonijność w (z braku lepszego słowa) konfrontacji z człowieczeństwem, która jest immanentną częścią jego sposobu bycia i twórczości, daje mi oparcie, gdy sam kluczę; spirit to jedno z takich sekretnych przejść, za którym znajduje się prawdziwy i szczery willie, w kameralnym anturażu opowiadający swoje historie w formie klasycznych ballad country; jest w tym wiele goryczy, ale zmiękczonej oddaniem i przełamanej zrozumieniem ♪ „she is gone”, „your memory won’t die in my grave”


Yet another decade in life and music

28.

the jayhawks hollywood town hall 1992

jest takie miejsce gdzieś pomiędzy sierpniowym zachodem słońca na przedmieściu a lutowym mroźnym porankiem na przysypanej śniegiem wsi, jakaś abstrakcyjna przestrzeń we mnie, którą w pełni realizują nagrania the jayhawks; w ich aż do kości amerykańskim alternatywnym folk-roots-country-rockowym sosie zawiera się cała wielka historia amerykańskiej americany — od the band po steve’a earle’a; mają też talent songwriterski i wykonawczy, choć nie jestem pewien, czy tego typu muzyka zrodzona z jakiejś międzypokoleniowej, pozostawionej poza czasem synergii nadaje się do tego, żeby komplementować ją na tym poziomie; chodzi bardziej o to, jakie emocje przekazuje i wywołuje; tego ja szukam na tym krążku, ilekroć mam taką potrzebę; nie jestem przy tym absolutnie przekonany, że hollywood town hall to najlepszy album the jayhawks; zwykle słucham mozaiki ich nagrań zebranych z rozmaitych krążków, dopóki wołanie we mnie nie ucichnie; wybrałem ją, ale polecam też uwadze kolejne dwie tomorrow the green grass i sound of lies — pięknie dopełnią ten słodko-gorzki pan-amerykański tryptyk ♪ „take me with you (when you go)”


Yet another decade in life and music

27.

dr. octagon dr. octagon 1996

wiem, że kool keith to jeden z tych raperów, którzy do dziś mają mocny cult following, ale ja nigdy nie byłem fanbojem; doceniam specyficzną mieszankę błazeństwa i inteligencji, która stanowi trzon jego scenicznej persony, niewątpliwie ma też rapowe kwalifikacje i naprawdę nienaganne flow i to wszystko procentuje także na tej płycie; ale nigdy mnie tym nie porwał jak chociażby del the funky homosapien, którego, ilekroć usłyszę, morda mi się cieszy; mimo tego dr. octagon jest płytą zupełnie niesamowitą — kool keith oczywiście dostarcza treści, prowadzi tę historię przez jakieś niewyobrażalne wertepy, kosmiczne odziały szpitalne, itd., ale sedno tej płyty stanowią dźwiękowe kolaże dana the automatora, który tę płytę wyprodukował na skraju hiphopowego twardogłowia i hiphopowej awangardy, z boombapowym fundamentem, turntablistyczną przerwotnością i horrorcore’owym kosmicznym i hypnotyzującym posmakiem; nie bez kozery wspomniałem dela, wraz z nim doprowadzi temat do perfekcji cztery lata później na krążku projektu deltron 3030, ale dr. octagon nie pełni tu wyłącznie roli preludium — to inna historia, mniej epicka, a bardziej garażowa, niewiarygodnie zajmująca ♪ „blue flowers”


Yet another decade in life and music

26.

mishio ogawa 4 to 3 1991

zastanawiałem się nad tym przy okazji tego zestawienia, jak zmienia się kryterium anachroniczności brzmienia; problem zawieszenia brzmienia w czasie względem aktualnych trendów, coś co niewątpliwie ciąży większości płyt, których dotyczy w momencie ich premiery, po 30 latach w zasadzie traci jakiekolwiek znaczenie; pojawia się za to niechybnie kontekst tych 30 lat, po których możemy próbować ocenić, czy muzyka zestarzała się dobrze czy źle, czy jest w niej coś ponadczasowego, co sprawia, że kwestia upływu czasu staje się problemem wtórnym; 4 to 3 mishio ogawy jest doskonałym studium tego zagadnienia; wydany w 1991 roku krążek produkcyjnie wydaje się przynależeć jeszcze do lat 80., jest przy tym na tyle różnorodny instrumentalnie, że choć można wpisywać go w rozmaite konteksty, sam jest dla siebie najlepszym kontekstem; z jednej strony można uznać go za schyłkowy przykład syntezatorowego kayōkyoku, z drugiej jego słoneczna natura i progresywne spektrum wpływów przybliżają go nawet do spadkobierców city popu, jego artystowska natura, post-new-age’owy vibe i korzenie tkwiące w nowej fali są nie do podważenia, ale koniec końców trudno znaleźć dla niego bezpośrednią analogię; to przy tym rzecz jak najbardziej popowa, bogato i różnorodnie zaaranżowana, kładąca nacisk jednocześnie na rytmikę i na melodykę, niedająca nazwać się prostolinijną, ale też nie przekombinowana; baśniowa okładka dobrze oddaje charakter tych kompozycji związanych z szeroko rozumianą rzeczywistością jedynie do pewnego stopnia; to muzyka, która niechybnie należy do przeszłości, ale czyni z tej przynależności swój atrybut — nie znajdując swojego odpowiednika w teraźniejszości, nie podlega konwencjom o anachroniczności brzmienia, nawet jeśli mogło się tak wydawać, gdy ukazała się w 1991 roku ♪ „okashi na gogo”, „nobara”


Yet another decade in life and music

25.

electric wizard come my fanatics… 1997

mimo mojego przywiązania do dopethrone i sentymentu do black masses, od którego zacząłem de facto słuchanie electric wizard, to come my fanatics zdaje się najpełniej oddawać to, co w muzyce grupy lubię najbardziej; otępiający głębią gitarowy groove, świdrujące elektryczne riffy przyprawiające o dreszcze, rozlewające się niemal bezładnie kompozycje, ale jednak jakoś zakulisowo okiełznywane; wszystko to ma oczywiście akompaniować jakimś mrocznym nocnym rytuałom, które ja pozostawiam w sferze wyobraźni; to, co odróżnia jednak ten krążek od swojego niemożliwie bardziej sławnego następny, to namacalna formatywność konwencji, która tam była już właściwie potwierdzana; i ten kreatywny proces uwzględniał odstępstwa od ortodoksji, ponieważ nie istniało jeszcze do końca brzmienie zespołu i nie zgromadziła się wokół horda słuchaczy o zamkniętych głowach, którzy mogliby na nią rzucać klątwy (finansowe); dzięki temu chociażby mamy tutaj fantastyczny eksperymentalny numer „ivixor b/phase inducer”, absolutnie poza kanonem dorobku zespołu ze względu na niezrozumienie zakutego fandomu ♪ „doom mantia”, „ivixor b/phase inducer”


Yet another decade in life and music

24.

sheena ringo muzai moratorium 1999

ciekawa sprawa, ta płyta; wydana na przełomie milienialnym, w czasie, gdy na całym świecie sprzedawano więcej fizycznych kopii albumów długogrających niż kiedykolwiek wcześniej i później, to jedna z tych wielkich płyt-pomników japońskiego rocka, wymieniana jednym tchem z kolejnym shōso strip, które kontynuowało gitarowy schemat debiutu; gdy w połowie roku wreszcie reedytowano na winylach dyskografię sheeny, nie płakałem, gdy spóźniłem się z zamówieniem tego albumu — nigdy nie był mi szczególnie bliski — zacząłem słuchanie sheeny od jej bardziej współczesnych rzeczy, gdzie gitary ustąpiły miejsca elektronice i orkiestrowemu jazzowi wokalnemu; ale od tego czasu zacząłem nerwowo przeglądać oferty sprzedaży muzai moratorium i ten brak, który nie miał mi wcale przeszkadzać, stał się impulsem, by zacząć tej płyty słuchać na poważnie; wielu japońskich słuchaczy uważa ten album za opus magnum dyskografii artystki, ja będę bardziej ostrożny w ocenach — niewąpliwie gitarowa odsłona ringo, z jej mocno 90sowym produkcyjnym sznytem, ale też melodiami wybuchającymi popowymi refrenami, które śmiało można by zestawiać z tymi późniejszymi, jest dla mnie odrobinę zbyt prostolinijna, o ile sama sheena ringo kiedykolwiek była prostolinijna; ta oczywista sprzeczność pchnęła ten krążek wysoko na mojej liście ♪ „tadashii machi”, „sido to hakuchūmu”


Yet another decade in life and music

23.

gas zauberberg / königsforst 1998

do klasycznego gasa z lat 90. dotarłem dopiero po narkopopach i rauschach, gdy już wiedziałem, które odcienie techno mogę uznać choć trochę za moje; do płyt zauberberg i königsforst, obu wydanych na przestrzeni 1998 roku i z tego powodu śmiało zaprezentowanych przeze mnie w dwupaku, usiadłem więc już jako tako wyedukowany i mający pojęcie o tym, czego się spodziewać; gas komponuje nocne pejzaże, chociaż pożycza wiele z ambientu, nie sposób uznać, że jest oniryczny; jest w jakiś sposób szorstki i w jakiś sposób organiczny, ale nie są to sposoby bycia z tych oczywistych; specjalizuje się w hipnozie, w koncepcyjnych wędrówkach, wprowadzany przez niego trans ma w sobie coś z rave’u, ale tylko częściowo; bywa surrealistyczny lub kojący; zauberberg i königsforst to dwa kolory tego zmysłowego spektrum, niezupełnie przeciwstawne, raczej ujmujące niuansami; to muzyka-plastelina, może dlatego tyle potrafię z niej czerpać, bo układa się do mnie tak, jak akurat tego potrzebuję ♪ „zauberberg 3”, „königsforst 5”


Yet another decade in life and music

22.

sequentia canticles of ecstasy 1994

nie jest to być może brzmienie lat 90., a ze mnie żaden znawca średniowiecznej muzyki chóralnej, ale canticles of ecstasy niemieckiej grupy sequentia z utworami mistyczki i kompozytorki hildegardy z bingen żyjącej przed 900 laty, zajmuje szczególnie miejsce w moim życiu; nie jest to muzyka, której słucham nieprzerwanie, ale gdy jej potrzebuje, nic nie jest w stanie jej zastąpić; uczucia, które tej muzyce towarzyszą, są trudne do rozplątania; pradawne hymny w tym kunsztownym wykonaniu mają w sobie coś podniosłego i tajemniczego, a jednocześnie medytacyjnego i kojącego; są w nich miłość, tęsknota i trudna do opisania głębia; wreszcie poczucie jakiegoś ponadczasowego przymierza, którego nie da się sfingować ♪ „ave maria, o auctrix vite”


Yet another decade in life and music

21.

sheryl crow sheryl crow 1996

w latach 90. kategoria muzyczna „singerka/songwriterka z gitarą” pękała w szwach; moją dziewczyną z gitarą z wyboru została sheryl crow, choć wyboru dokonałem niezbyt świadomie i już w kolejnej dekadzie, kiedy zafascynowany ameryką miałem poczucie, że crow jest trochę country, a to był wtedy świat zupełnie niedostępny tutaj w europie — nie grano tej muzyki w radiu, nazwiska wielkich gwiazd były zupełnie anonimowe, płyty trzeba by w ciemno sprowadzać zza oceanu; crow natomiast była międzynarodową gwiazdą popu, była przy tym mniej sterylna niż pozbawiona gitary shania twain, mniej dramatyczna i balladowa niż (również bez gitary) faith hill, ale bardziej country niż gitarowa alanis morrissette; jej druga płyta nie była moim pierwszym wyborem, ale gdy kilka lat później na fali masowych przecen płyt cd postanowiłem zostać kompletystą dyskografii moich wówczas ulubionych wykonawców, trafiła w moje ręce w podobnym czasie co pozostałe; z początku wolałem crow bardziej współczesną i mniej rockową (bo country w jej muzyce było jednak mniej niż mi się wydawało), ale przez lata rozproszonych bardziej towarzyszących niż uważnych odsłuchów, przekonałem się o bezsprzecznej wyższości tego krążka nad pozostałymi; po intrygującym, ale nierównym debiucie zrealizowanym pod okiem billa bottrella, to tutaj crow dojrzała jako songwriterka i zyskała pełną kreatywną kontrolę jako producentka; historie, które opowiada crow i towarzysząca im forma, są w większości zajmujące, fabularnie, aranżacyjnie i melodycznie; można tę płytę pewnie ocenić powierzchownie jako jedną z wielu rockowych płyt lat 90. z kobiecym wokalem i spoko; ja nie żałuję ani trochę, że poznałem ją na wylot ♪ „home”, „if it makes you happy”


Yet another decade in life and music

20.

elliott smith either / or 1997

elliotta smitha poznałem już po tym, jak ślubowałem wierność sufjanowi stevensowi i z początku byłem nieufny; smith wydawał mi się wtedy kimś w rodzaju emo-sufjana i choć minęło wiele lat, za każdym razem, gdy słyszę „pictures of me”, ta myśl wraca do mnie natrętnie; nie słuchałem nigdy smitha wyczynowo, może dlatego, że w całej swojej melodyjności i pozornym wyciszeniu, był dla mnie zbyt mroczny; mimo tego either / or z miejsca mnie zachwyciło; było buntownicze w sposób, jakiego nie znałem; naturalnie wraz z elliottem pogrążałem się w jego melancholii, chłonąłem jego uczucia jakby były moimi własnymi; wiem, że to nic nadzwyczajnego — ale z perspektywy czasu coraz trudniej mi jednak o przymierze z płytą tego rodzaju; tymczasem lata mijają, a muzyka elliotta smitha wciąż wydobywa za mnie tego emo dzieciaka, którym przecież nigdy naprawdę nie byłem; czy aby na pewno? ♪ „angeles”


Yet another decade in life and music

19.

yo la tengo i can hear the heart beating as one 1997

ten album to była miłość od pierwszego odsłuchu; od tamtej pory znajduje się gdzieś w centrum mojego muzycznego uniwersum, jednocześnie pozostając na uboczu; ile bym bowiem tej płyty nie słuchał, mam poczucie, że najlepsze między mną a nią dopiero ma się wydarzyć; gdy trafiłem na nią po raz pierwszy nie wiedziałem, dlaczego, ale czułem, że trafiła, zgodnie w tytułem, w samo serce; teraz gdy poznaliśmy się lepiej nie mam wątpliwości, że to wszystko przez lou reeda; yo la tengo są pogrobowcami brzmienia i podejścia the velvet underground — „spec bebop” niemal bezpośrednio dialoguje z „sister ray”; yo la tengo nie uprawiają jednak prostej imitacji, nie ignorują tego, co wydarzyło się w muzyce gitarowej w ciągu minionych 25 lat; gitary są tu surowo garażowe jak u velvetów, ale można się w nimi otulić na sposób shoegaze’owy; proste interpretacje wokalne na skraju fałszu, jak u velvetów, zyskują tu oniryczne rozmycie; piosenek jest milion, ale nie ma się poczucia, że milion to za dużo; wszystko płynie; ale najważniejsze jest chyba jednak to kreatywne zespolenie surowości z subtelnym popowym podbiciem; wszystko to pasuje do wszystkiego ♪ „moby octopad”, „sugarcube”


Yet another decade in life and music

18.

xtc apple venus volume 1 1999

xtc ze swoim nowofalowym tłem, które wyewoluowało w melodyjny kameralny art pop, są w równej mierze zespołem moim i niemoim; są w ich dyskografii płyty i utwory, które mogłyby dla mnie nie istnieć, ale są też takie, które mnie usiedliły i sponiewierały; pierwsza część apple venus wydanego w dwóch odsłonach na przełomie milenialnym to zaraz po kultowym skylarking najbardziej wyjątkowa dla mnie płyta grupy; rezonują ze mną i orkiestrowe aranżacje śmiało wykorzystujące smyczkowe pasaże, i nawiązujące do natury i dawnych obrzędów motywy, wokół których album oscyluje tematycznie; to muzyka, którą ze względu na bogate instrumentarium i psychodeliczny wajb można błędnie zaszufladkować jako stylistyczne nawiązanie do końcówki lat 60., ale w rzeczywistości trudno tę płytę jakkolwiek czasowo przyporządkować — równie dobrze z dzisiejszej perspektywy można by uznać ją jako protoplastę niezależnego chamber popu, którego słyszeliśmy tyle dekadę później; to bardzo autorska i kunsztownie (choć nie bez potknięć i poświęceń) zrealizowana wizja przede wszystkim partidge’a, który żeby ją urzeczywistnić właściwie rozmontował xtc; czy było warto? ♪ „i’d like that”, „eastern theatre”


Yet another decade in life and music

17.

miharu koshi & harry hosono jr. swing slow 1996

lata 90. były umiarkowanie łaskawe dla muzyków zgromadzonych na dworze yellow magic orchestra, ale nie znaczy to wcale, że były całkiem bezowocne; hosono wciąż blisko współpracował z miharu koshi, która stopniowo odchodziła od wymyślonego dla niej techno kayō w stronę osobliwej mieszanki wokalnego jazzu i francuskiego chanson; zwieńczeniem ich trwającego ponad dekadę twórczego przymierza było wydane w 1996 roku swing slow, jedyny album sygnowany nazwiskami obojga artystów, gdzie zresztą śpiewają kilka utworów w formacie klasycznego jazzowego duetu; i sam album, zgodnie z tytułem i zainteresowaniami muzycznymi hosono i koshi, jest emanacją koktajlowego, swingującego, ale w dużej mierze popowego jazzu, przełamywanego raz po raz retrofuturystycznymi elementami prosto ze space age popowej operetki; to płyta w równym stopniu chilloutowa co surrealistyczna; rzecz, którą ze względu na dość nietypowy anturaż łatwo zignorować, a którą po bliższym poznaniu można postawić w towarzystwie najbardziej klasycznych produkcji ze stajni yellow magic orchestra; ja sam pewnie bym do tego krążka nie wrócił, gdyby nie wypuszczony przed dwoma laty na winylu zremasterowany miks, który na nowo obudził we mnie zainteresowanie tym duetem ♪ „western bolero”


Yet another decade in life and music

16.

switłana nianio kytytsi 1999

istnienie tej niesamowitej plyty to najpewniej moje największe muzyczne odkrycie tego roku; switłana nianio, ukraińska wokalistka mieszająca w swojej muzyce folk i awangardę, swój kameralny debiut zarejestrowała w warszawie w 1998 roku, a w roku następnym rzecz została wydana nakładem polskiej oficyny koka records; pomimo prostonijnego anturażu ludowej urody kytytsi nie jest płytą prostlinijnie folkową — jest płytą magiczną, operującą swobodnie doskonale znanymi sobie środkami, by wyczarować świat, który istnieć może tylko w bajkach; to jedna z tych płyt, podczas odsłuchu których malują się słuchającemu przed oczami całe krajobrazy — zbożowe pola, zielone pagórki, polne drogi, pasące się krowy, smagane wiatrem maki i chabry, zbierające się do odlotu jaskółki; to świat w którym nawet wiosenne roztopy mają poetyckie konotacje, a zima nigdy nie jest naga i szara; nianio jest na tej płycie gdzieś wpół drogi między vashti bunyan a księżycem, w doskonałej równowadze operując naturalną, ponadczasową melodyką i aranżami lgnącymi podskórnie w stronę formalnych niepokojów cechujących xx-wieczną muzykę współczesną ♪ „bez nazwy”, „obereżni”


Yet another decade in life and music

15.

alain bashung fantaisie militaire 1998

być może nigdy nie zacząłbym słuchać bashunga, gdyby nie ta okładka, która w połączeniu z tytułem wkradła się do mojej wyobraźni, przygotowując grunt pod zawartość muzyczną, która do dziś potrafi powierzchownie mnie odstręczyć, by ostatecznie jednak wciągnąć mnie w swój bieg bez reszty; ekspresja wokalna bashunga jest dość surowa, a jego altrockowe muzyczne tło, które dopiero z czasem przybrało formy nieco bardziej tożsame z nowym chanson, to nie do końca muzyczne terytorium, na którym czuję się swobodnie; ale fantaisie militaire sięga w istocie po fantastyczne połączenia gatunkowe i rozwiązania produkcyjne — z powodzeniem meandruje między gitarowym anturażem, przebijającymi się co rusz smyczkowymi aranżami a eksperymentalnym podejściem do materii wyrażonym najdobitniej w „samuel hall” śmiało żeniącym intertekstualny kontekst, drum-and-bassowy beat i podążającą za swoją własną melodyką recytacją bashunga; innym razem, w „2043” bashung buduje swoją narrację na elektrycznie rozstrojonej sambie, w „au pavillon des lauriers” sięga po motywy arabskie, które obudowuje adekwatnym downtempo; mimo wszystko wyjątkowo poetycko nastrojona całość działa na wyobraźnię, do dziś odkrywając przede mną kolejne konteksty, choćby tylko w mojej głowie ♪ „fantaisie militaire”, „mes prisons”


Yet another decade in life and music

14.

the high llamas gideon gaye 1994

ta płyta jest jak plaster na depresję, gdy po wieloletnim uzależnieniu od pet sounds, przesłuchaniu wszelkich dodatkowych nagrań z sesji nagraniowych i bootlegów, człowiek zastanawia się, czy po doświadczeniu tej płyty, istnieje jeszcze jakaś forma życia; tą formą może być gideon gaye, które jest kontynuatorem tamtej barokowopopoej myśli w sposób możliwie najczystszy — jest to oczywiście przeobrażenie zrealizowane w kreatywnym duchu, ale wierne myśli przewodniej nawet nie tyle tamtej bardzo piosenkowej płyty, co jej brzmieniu i uczuciom, które obcowanie z nim wywołuje w słuchaczu; the high llamas chcieli przedłużyć te wszystkie idealnie melancholijne zachody wiosennego słońca, które nie mogłyby zajść tak, jak udało im się zajść, gdyby nie akompaniament beach boysów; dzięki gideon gaye mogą zachodzić jak dotąd, idealnie melancholijnie, ale jednak na nowo; to oczywiście marna synekdocha, ale im częściej obcuję z gideon gaye, tym bardziej utwierdzam się w słuszności takiego rozumowania jego istnienia, które w przeciwnym razie można by pewnie odrzucić jako odtwórcze i ja sam być może w jakimś kontekście mógłbym oburzyć się na jego ikonoklastyczną śmiałość; the high llamas tworzą jednak na bazie instrumentalno-aranżacyjnej tkanki pet sounds coś swojego — piosenkowość tego materiału jest dość ulotna i zwykle ustępuje pierwszeństwa melodyce samej muzyki; z początku słuchałem tej płyty jako ciekawostki, ale wrosła we mnie przez lata i nie wybrażam sobie bez niej życia po pet sounds ♪ „giddy and gay”, „the goat looks on”


Yet another decade in life and music

13.

susumu hirasawa kyūsai no gihō 1998

nie pamiętam już dokładnie, czy przez susumu hirasawę odkryłem satoshiego kona, czy odwrotnie; w każdym razie to odkrycie łączy się w moich wspomnieniach ściśle ze sceną z surrealistycznej parady w paprice, którą w sobie jedynie właściwy sposób udźwiękowił hirasawa; bramą do jego całej twórczości pozostaje jednak dla mnie kyūsai no gihō z 1998 — ukoronowanie dekady artystycznej ewolucji i twórczych poszukiwań własnych środków ekspresji; hirasawa łączy tutaj niemożliwe przeciwieństwa — wszechobecną elektronikę z rozbuchaną orkiestrowością, new age’owe motywy i ambientalne pasaże z upodobaniem do klasycznej marszowej rytmiki — wszystko to pod jak najbardziej popowym sztandarem w stricte piosenkowej formule; hirasawa jest mistrzem eklektycznej maksymalistycznej produkcji łączącej style i konteksty w nierozerwalne sploty; jest w tym wszystkim coś mechanicznego i dystopijnego, ale jednocześnie podniosłego, czy nawet duchowego; enigmatyczny tytuł, który można przetłumaczyć jako techniki zbawienia, może lecz nie musi stanowić klucz do rozumienia pan-muzycznej i trans-humanistycznej wizji hirasawy ♪ „town-0 phase-5”, „niwashi king”


Yet another decade in life and music

12.

gillian welch revival 1996

gillian welch nie miała wcale szczególnie z górki w drodze do kariery muzycznej; choć dorastała się w umuzykalnionym domu, wychowana w los angeles przez parę artystów scenicznych z hollywood, krytycy długo kwestionowali w swoich recenzjach prawdziwość jej folkowego anturażu ze względu na jej nieprzystające korzenie; ona sama jednak wielokrotnie podkreślała, że już na studiach, gdy pierwszy raz usłyszała muzykę bluegrass, było to dla niej jak objawienie; w 1996 artystka wydała swój debiutancki album revival wyprodukowany przez legendarnego t-bone burnetta (odpowiadającego między innymi za brzmienie rising sand duetu krauss-plant), który odkrył ją podczas wieczoru talentów w barze w nashville; krążek stylistycznie przywodził na myśl czasy wielkiej depresji — z tematyką oscylującą wokół uczuć rezygnacji, nieszczęścia i zamętu, podpartą surowym brzmieniem folku z appalachów; krążek, podobnie jak wszystkie kolejne, welch zrealizowała w bliskiej współpracy ze swoim życiowym partnerem davidem rawlingsem, z którym dzieli pasję do klasycznego country i szeroko pojętej prostoty; synergia duetu ma niewątpliwy wpływ na realizm songwritersko-wykonawczy, który cechuje wszystkie wypuszczone przez nich nagrania; revival pozostaje do dziś najlepszą bramą do twórczego mikrokosmosu muzyków; bieg kolejnych utworów składających się na krążek jest pod każdym względem niedościgniony ♪ „orphan girl”, „annabelle”


Yet another decade in life and music

11.

uc berkeley chamber chorus / the california ear unit feldman: rothko chapel / why patterns? 1991

lata 90. kojarzą mi się szczególnie z kilkoma kompozytorami współczesnymi; jednym z nich jest wywodzący się z nowojorskiej szkoły morton feldman, zmarły w 1987 roku; w latach 90. zainteresowanie jego twórczością wzrosło i doczekaliśmy się szeregu kultowych wykonań jego prominentnych kompozycji; jeszcze przed dekadą sam zachwycałem się majestatycznym for philip guston, utworem, który niczym żywy organizm ewoluuje przez ponad cztery godziny, wprowadzając słuchacza w rodzaj medytacyjnego transu; feldman, którego fascynowały dźwięki na skraju ciszy i kompozycje oparte na powoli przenikających się wybrzmieniach, wykształcił swój niepowtarzalny styl już w latach 70. i realizował swoje ewoluujące pejzaże także w bardziej kameralnym spektrum — jak w rothko chapel z 1971 roku, niemal statycznym, niby pogrążonym we mgle lub na skraju nocy krajobrazem cichej kaplicy; medytacyjny nastrój na płycie przechodzi w bardziej abstrakcyjne why patterns? na flet, fortepian i perkusjonalia, które łaskocze słuchacza pulsującą strukturą wyłaniającą się zza tej samej mgły, która przed chwilą otulała milczącą kaplicę; często wracam także do innej płyty z kompozycjami feldmana — wydanego przez oficynę cpo durations i-v / coptic light, które stanowi doskonały dwutorowy sequel do rothko chapel rothko chapel


Yet another decade in life and music

10.

ryuichi sakamoto 1996 1996

uwielbiam tria fortepianowe — także te jazzowe, choć tym razem akurat nie o nich; mam poczucie doskonałej równowagi pomiędzy fortepianem a skrzypcami i wiolonczelą, jeśli chodzi o swobodę ekspresji i jej strojność; duże ensemble często popadają w estetyczną egzaltację, co odciąga słuchacza od sedna utworu; z kolei soliści bywają zbyt surowi; jedną z muzycznych emanacji tego przepięknego kompromisu jest płyta, która trochę pozostaje na bocznej orbicie dyskografii mistrza sakamoto, choć w istocie stanowi jej najbardziej rzeczywiste centrum; 1996 zbiera rozmaite kompozycje artysty — te filmowe i płytowe, odkrywając je na nowo w kameralnych aranżacjach; efektem jest najpiękniejsza płyta, jaką nagrał sakamoto; wyselekcjonowane melodie i motywy to jedne z tych, które domagają się od słuchacza, aby do nich wracał, a skromniejsze interpretacje wydobywają emocje na samą powierzchnię; 1996 jest melancholijne, ale nie ckliwe; jak spotkanie z dobrym przyjacielem niewidzianym od lat, kiedy, by opowiedzieć wszystko co zaszło od ostatniego spotkania, nie potrzeba żadnych słów; na swój sposób to także miejsce przecięcia się rozmaitych muzycznych zainteresowań sakamoto, punkt w którym bierze się oddech po raz kolejny zataczając koło ♪ „merry christmas mr; lawrence”, „rain”


Yet another decade in life and music

9.

dominique a la fossette 1992

dwie dekady zanim pojawił się termin asmr francuski szansonista nowej fali dominique a wydał swój debiutancki album, który jest dla mnie epitomem muzycznej emanacji tego zjawiska; la fossette to płyta jak żadna inna w bogatej dyskografii artysty, który później nagrywał rzeczy wyprodukowane w duchu nieco bardziej radiowym; lo-fi’owa oprawa oparta o automaty perkusyjne, minimalistyczne syntezatory midi, ale i przesterowane garażowe gitary i kojący, wycofany momentami na granicę szeptu wokal a, tworzą na kanwie jak najbardziej piosenkowej synkretyczną przestrzeń elektroakustyczną, ewoluującą w rozmaitych kierunkach, uwodzącą słuchacza nietuzinkową poetyką, i swój charakter wywołującą niesamowite odczucia sensoryczne; w równych częściach awangarda miesza się z melodramatem, chanson z rockiem alternatywnym, ale w centrum niezmiennie pozostają prawdziwe emocje; la fossette to płyta jak żadna inna ♪ „vivement dimanche”, „le courage des oiseaux”, „va t’en”


Yet another decade in life and music

8.

starflyer 59 starflyer 59 1995

to moja biblia gitarowych 90sów, które przecież gitarami stały, a wielu do dziś identyfikuje tamtą dekadę wyłącznie przez gitary; tymczasem ja ten największy z największych komplementów kieruję bałwochwalczo nie pod adresem katartycznej dla milionów nastolatków czterech kolejnych pokoleń nirvany, ale ku starflyerowi 59, którym przed kilkoma laty podszyłem swoje życie na tyle enigmatycznie, że nie byłbym w stanie sprzedać tu i teraz nawet jednej ciekawostki okołomuzycznej o grupie; zespół zresztą gra do dziś i od 1994 roku wydał niezliczoną liczbę płyt, spośród których mnie dotychczas zainteresowały trzy pierwsze z okładkami w kolorach kolejno srebra, złota i brązu; zmierzam jednak do tego, że liczy się przede wszystkim to, co i jak grają, a wychodzą ze szkoły rocka post-mbv, to jest z shoegaze’owego paradygmatu, ale zrównoważonego z jednej strony z metalowym brzmieniem gitar, z drugiej — psychodeliczną americaną; to dźwiękowy odpowiednik fatamorgany — oniryczne świdrujące gitary, wycofane wokale, slowcore’owy mood, ale bez brania jeńców; lato palące do gołej ziemi, roztopiony asfalt mieniący się tęczą — złowieszczo i cudownie zarazem; a całość emocjonalnie głęboka jak studnia, oczywiście wyschnięta, do której wpada się, nie by utonąć, ale złamać obie nogi i umrzeć z głodu i pragnienia; nie na to liczyliśmy, ale gdy już godzimy się z tym, że to i tak najlepsze, co miało nas spotkać, jakby we śnie majaczy coś, jakby światełko w tunelu, ale wieszczące, że to jednak wcale nie koniec ♪ „messed up over you, „when you feel miserable”


Yet another decade in life and music

7.

a tribe called quest midnight marauders 1993

do dzisiaj nie jestem pewien, czy to że ten krążek a tribe called quest przetrwał i urósł we mnie jako jedna z moich ulubionych płyt hiphopowych to przypadek czy przeznaczenie; byłem już oswojony z atcq, gdy trafiłem na cedeka za psie pieniądze i wziąłem; to był chyba ostatni raz, gdy urządziłem sobie prawdziwie nabożną sesję z odsłuchem płyty kompaktowej i to wspomnienie zostało ze mną do teraz; próbowałem porównywać midnight marauders bezpośrednio z the low end theory, ale to nierówna walka — moje serce jest tam, gdzie jest; wciąż uwodzą mnie te lounge’owe sample i trzeszczące winylowo bity muhammada i porywa mnie retrofilski jazzujący vibe, który jednak nadal ma w sobie coś pulsującego i świeżego; wiele rapowych krążków z tamtego okresu zestarzało się potwornie, ale midnight marauders pod wieloma względami zdaje się otwierać jakiś rozdział w organicznym hip hopie, który nadal trwa i jeszcze długo się nie wyczerpie; chociaż, może tak jest tylko we mnie? nie umiem i nie chcę tego na chłodno ocenić ♪ „award tour”, „steve biko (stir it up)”, „electric relaxation”


Yet another decade in life and music

6.

cornelius fantasma 1997

jest upalny środowy poranek 3 września 1997 roku; jeszcze przed ósmą rano termometry przeskoczyły pułap 30 stopni i teraz ma być tylko cieplej; ludzie w pośpiechu szykują się do pracy, zawsze ruchliwe skrzyżowanie w dzielnicy shibuya właśnie przeżywa pierwszą tego dnia kulminację pieszych tłumnie wylegających z pociągu linii yamanote najpierw na perony, a następnie na i tak zatłoczone już ulice; niebo powoli zachodzi chmurami, już od kilku dni zbiera się na burzę; kilkaset metrów dalej w otwartym dwa lata wcześniej salonie tower records można kupić już najnowszy album corneliusa — fantasma, po którym japońska muzyka pop nigdy nie będzie taka sama; wydana wówczas trzecia solowa płyta artysty to nie tylko bezdyskusyjne magnum opus w jego dyskografii i szczytowe osiągnięcie współtworzonego przez niego nurtu alternatywnego popu spod znaku shibuya-kei; fantasma jest szaleńczym muzycznym strumieniem świadomości, w którym pop i awangarda mieszają się w ścisłym splocie, a melodie i refreny odgrywają równie ważną rolę, co eksperymenty dźwiękowe; to płyta totalna, na której nie ma miejsca na kompromisy, jednocześnie jednak na tyle przestronna, że mieści w sobie wszystko; podsumowuje muzykę w ogóle, zamykając drum & bass, idm, hip hop, neo-psychodelię, plądrofonię, noise rock, bossa novę, country, chiptune, yé-yé, shoegaze, muzykę konkretną i barokową w z sekundy na sekundę ewoluującym w coraz to nowych kierunkach koncepcyjnym cyklu piosenek ♪ „the micro disneycal world tour”, „thank you for the music”


Yet another decade in life and music

5.

my bloody valentine loveless 1991

ze szczerym entuzjazmem włączyłem kiedyś loveless niczego niespodziewającemu się znajomemu, nie żadnemu muzycznemu normikowi zresztą, słuchaj i doznawaj — zachęciłem, a gdy już uznał, że doznał wystarczająco, skwitował tylko krótko, że nie dało się tego słuchać; nie widziałem przestrzeni na polemikę i od tego czasu zachowuję tę płytę dla siebie; tym samym loveless stało się dla mnie intymnym i bliskim doświadczeniem; w żadnym innym kontekście sam zresztą nie potrafię tej muzyki słuchać; nie wspominam miło występu grupy na off festivalu i nie zagrałbym jej już w radiu; jakkolwiek nie jest to rzecz w żaden sposób niszowa, nie chcę się nią z nikim dzielić; gdybym napisał, że to album, który zdefiniował dla mnie shoegaze, w dużej mierze nie przekazałbym żadnej istotnej informacji, bo shoegaze jako styl sam w sobie nigdy nie zajmował mnie zbyt mocno; raczej otworzył mi głowę na to jak zniuansowana i subtelna potrafi być ściana gitar i na wszystko to, co może skrywać się tuż za nią; to bowiem idealnie przebojowy krążek nakryty półprzezroczystą zasłoną misternie utkaną z gitarowych szumów i przesterów; płyta na miarę naszych czasów, w którą przy pomocy współczesnych środków wkradają się jednak szmery wieczności; doskonałość pełna pozornych niedoskonałości, czyli zupełnie jak w życiu ♪ „when you sleep”, „i only said”


Yet another decade in life and music

4.

the tale quartet schnittke: string quartets nos. 1-3 1990

melodie w fazie rozkładu – jedna przerywa drugiej, kolejna niecierpliwie wyrywa się spod nich, a jeszcze następna skrępowana wplata się w bieg pozostałych, by wybuchnąć i rozlać się obficie w przestrzeni w najmniej spodziewanym momencie; nie da się słowami oddać geniuszu kwartetów smyczkowych sznitkego, ani kunsztu wykonania the tale quartet; żadna inna muzyka nie penetruje zakamarków ludzkiego umysłu z podobną precyzją, ani też nie kreśli kształtu ludzkiej duszy z równym autentyzmem string quartet no; 3: iii pesante


Yet another decade in life and music

3.

fishmans long season 1996

art popowa wariacja klasycznej formy, space-psych-popowe jam session, oniryczna prog-popowa suita — long season to mająca wiele twarzy nietuzinkowa płyta-piosenka, którą jesienią 1996 roku wydała jedna z najbardziej kultowych japońskich grup lat 90. — fishmans; i choć zespół nagrał na przestrzeni dekady aż siedem płyt studyjnych, spośród których ponad połowa to absolutna magia, ta jedna jest w tym zestawie szczególnie wyjątkowa; nie tylko zresztą dla mnie; to dźwiękowa podróż do wnętrza snu, koncepcyjnie poukładana, ale niepozbawiona szaleństwa i wykonawczej wirtuozerii, synkretyczna metagatunkowa przygoda, gdzie poszczególne elementy zdają się pochodzić z różnych światów, ale w tym kreatywnym malakserze odnajdują się na nowo; fishmansi korzystają ze współczesnych ich środków wyrazu budując tę rozmarzoną dźwiękową historię na podwalinach dubowej rytmiki w sposób jednocześnie post-minimalityczny i rock & rollowy; fishmansi przez ponad pół godziny kreatywnie remiksują samych samych w granicach stworzonego przez siebie świata w oparciu o coraz to nowe zestawienia tworzących go elementów; jest w tym przestrzeń, wyobraźnia i radość z muzyki i życia w ogóle; moment, w którym wracają do głównego motywu melodycznego po progresywnej instrumentalnej przerwie na początku czwartej części to być może jedna z najwspanialszych chwil w historii muzyki popularnej long season


Yet another decade in life and music

2.

lauryn hill the miseducation of lauryn hill 1998

the miseducation of lauryn hill to płyta, która nauczyła mnie czuć muzykę; pokazała mi, że muzyka może przeszywać na wskroś, penetrować i wypełniać psyche i zostawiać po sobie ślad; wykształciła we mnie pewien zdrowy zmysł, że oto w centrum dobrego życia musi być miejsce i na radość, i na smutek; ta słodko-gorzka, bardzo życiowa mieszanka stojąca w jej centrum; lekcja, na którą sama lauryn hill zaspała, była przysposobieniem dla mnie; to pierwsza płyta, którą miałem na winylu, pierwsza, przy której płakałem, pierwsza, której słowa traktowałem osobiście niczym moje własne, pierwsza, która wrosła bezbrzeżnie w mój świat, stając się naturalną ścieżką dźwiękową mojej codzienności; nie potrafię myśleć o nastoletnim sobie w oderwaniu od miseducation, ani o miseducation, nie traktując jej jako części mojej własnej drogi; samo miseducation wielokrotnie odkrywane, studiowane z namaszczeniem w rozmaitych kontekstach i perspektywach musiało być dla mnie także bramą do wielkiego klasycznego soulu; dzięki hill odkryłem nie tylko steviego wondera, ale też nieodżałowaną arethę, wspaniałego curtisa, magnetyzującego sama cooke’a czy natchnionego boba marleya; wybaczcie, nie potrafię już pisać o tej płycie w oderwaniu od siebie; ta muzyka stała się mną lata temu, a ja do dziś wciąż jestem nią ♪ „everything is everything”, „lost ones”, „deep in my heart”


Yet another decade in life and music

1.

flipper’s guitar doctor head’s world tower 1991

doctor head’s world tower, trzeci i ostatni album w dorobku duetu flipper’s guitar, to samo serce muzyki lat 90. umiejscowione nietypowo gdzieś na jej peryferiach, ale wciąż żywo pulsujące i dające się bez trudu wyczuć trzy dekady później w zgoła już innym świecie; to jednocześnie szczytowe osiągnięcie rozwijającej się dopiero wówczas w japonii sceny alternatywnego popu shibuya-kei łączącego retrofascynacje muzyką z całego świata: brazylijską sambę, francuskie yé-yé czy amerykański lounge z produkcyjnymi tendencjami pożyczonymi od kolegów z wielkiej brytanii — baggy, dream popem czy shoegaze’m, ale przetworzonymi po swojemu; oyamada i ozawa wynoszą to wszystko tylnymi drzwiami czy w postaci inspiracji czy — po hiphopowemu — samplując zachód na potęgę; i zlepiając ten pulsujący amalgamat razem, budują swoje własne arcydzieło; doctor head’s world tower mimo bezliku przenikających się w duchu plądrofonii konwencji i stylów nie jest bowiem albumem pod patronatem doktora frankensteina — panowie na tej kanwie prezentują swoje własne melodie — na wskroś letnie, ale podszyte słoneczną psychodelią; w tym aspekcie doctor head jest pomostem pomiędzy końcówką lat 60. a początkiem lat 90., co znajduje tutaj zupełnie bezpośrednie odbicie od pierwszych sekund dolphin song rozpoczynającego się bezczelnie od riffu z uświęconego god only knows beach boysów; nawet mimo takich oczywistych pożyczek jak ta czy „loaded” primal screm w „the quizmaster”, flipper’s guitar nigdy nie są prostolinijni; muzyczny świat, który przedstawiają, to ich autorska pokopana wizja — żywiołowa, bezkompromisowa, ewoluująca nieprzewidywalnie, ale harmonijnie; celebracja jakiegoś mikrokosmosu tej ulotnej chwili, gdy lada chwila skończy się kolejne lato, jeszcze tylko przez chwilę beztroskie i słodkie ♪ „groove tube”, „the quizmaster”, „blue shinin’ quick star”