Opublikowano

krótka historia o tym, jak sam z siebie utopiłem się w naparstku.

5849860

niechaj to będzie wierszyk,
bo bajką niestety nazwać tego nie mogę

czuję się ostatnio zewsząd i mimowolnie karmiony post-prawdami, cierpię na niestrawność informacyjną i przy najprostszej nawet pogłosce czuję się przynajmniej zdezorientowany; nie jestem w tym sam, bo media mediami, ale to my, czyt. ja i ty, jeden z drugim, na fejsbuku i tłiterze, tę spiralę dokręcamy, zajmując się ostatnio głównie wytykaniem palcami siebie nawzajem;

co rusz ktoś wznieca wielki pożar, którego nie tylko nie potrafi ugasić czy opanować, ale wcale się do tego nie poczuwa, a jednocześnie kilku innych ktosiów wytyka mu przeinaczanie faktów, odzieranie z kontekstu, pisanie pod tezę czy po prostu kłamstwo (rzadziej dyskryminację kontrowaną podporządkowaniem myślenia standardom poprawności politycznej, to już argumenty pozbawione siły), a dla każdego z tych ktosiów w mig pojawia się kilku innych z podobnymi zarzutami i każdy wszystko wie najlepiej, i każdy dla swych marnych stu czterdziestu znaków jest gotowy sprzedać matkę;

co w tym wszystkim najstraszniejsze — to wcale nie są komentarze na onecie (konkluzja mogłaby być taka, że onet, dotąd zamknięty rezerwat osobliwości, rozlał się spektakularnie na cały kraj, wypełniając nawet najdalsze, najciemniejsze i najbardziej niedostępne jego zakamarki wspomnianą osobliwością — tu trochę oszukałem, to byłby jedynie stygmat, nie problem sensu stricto, zresztą co ja tam wiem); i chociaż co dzień na ten język narzekamy, sami go też co dzień, między kawą a papierosem, używamy, wymawiając jedni drugim, że przecież wszyscy tak robią, a jeśli nawet nie wszyscy, to przynajmniej robią tak «oni» i że to już wystarczająco nas usprawiedliwia (tego się głośno nie mówi, nie pisze capslockiem);

w międzyczasie na zakąskę szukamy prawdy o świecie w memach, a sprawy, które nas dotyczą, hej, pogłębione analizy spraw, które wierzymy, że nas dotyczą, albo pozwalamy by do nas nie docierały, albo zamykamy gdzieś pomiędzy tl;dr a chorobliwym fomo; o nic do nikogo nie apeluję, to nie jest żaden głos w żadnej dyskusji, nie mam żadnych nawet złudzeń, ani tym bardziej żadnego remedium; jesteśmy zgubieni; w tym miejscu jeszcze przepraszam (bo udaję przyzwoitość) i życzę, jak też się pięknie złożyło, promiennego blue monday!

Opublikowano

2016: albumy

2016

od lat powstrzymuję się od uogólnień, czy dany rok był lepszy czy gorszy; każdego dnia ukazuje się tyle co najmniej intrygującej muzyki, że nie da się w szerszym kontekście usprawiedliwić sprowadzania jej całej do dwóch przygnębiających zawodów czy tego jednego największego — braku jednoznacznie ulubionego albumu, nieznalezienie krążka, który niczym flagę można by wciągnąć wysoko na maszt z hashtagiem #ja2016; nie ma powodu do rozpaczy, jest jedynie zbyt wiele dobrej muzyki do przesłuchania

2016

40. omar s the best!

tytuł nie kłamie — omar najlepszy (♪ „take ya pik nik”)

2016

39. hamilton leithauser + rostam i had a dream that you were mine

spiritus movens vampire weekend reanimuje wokalistę the walkmen i razem nagrywają pierwszorzędną folkpopową płytę pomiędzy bobem dylanem a sufjanem stevensem (♪ „a 1000 times”)

2016

38. clara iannotta a failed entertainment: works 2009-2014

wbrew tytułowi ianottta potrafi zaintrygować słuchacza bez uciekania się do efekciarstwa (♪ „intent on resurrection — spring or some such thing”)

2016

37. pc music volume 2

pc music potwierdza swój status najbardziej kreatywnego popowego teamu na świecie (♪ „a new family”)

2016

36. ゲスの極み乙女。両成敗

gesu no kiwami otome. potrafi niezręczny dla europejczyków intensywnie gitarowy j-popowy splot gatunkowo-melodyczny przekuć na naprawdę kunsztowne i nieprzytłaczające piosenki; mathrockowy background, zabawy progresywnym jazzem i liczne zawirowania rytmiczno-melodyczne w jakiś magiczny sposób udaje im się zamknąć w przebojowym krążku (♪ 「両成敗でいいじゃない」)

2016

35. wacław zimpel lines

nie mieliśmy nigdy w polsce tradycji post-minimalistycznej, a tymczasem za sprawą wacława zimpela i wydawanych przez instant classic zaprzyjaźnionych projektów lam i lotto w ciągu chwili zyskaliśmy całą scenę — scenę, która niby nie wywraca zastanego porządku zachodniego świata do góry nogami, ale po swojemu go interpretuje, wpisującąc w przejrzyste, świetliste minimalistycznie zapętlone struktury srogą dozę nadwiślańskiej awangardy; yass 2.0, czyżby? (♪ „alupa-pappa”)

2016

34. bwana capsule’s pride

klasyczne cyberpunkowe anime „akira” czy „ghost in the shell” zyskują nowe życie na zatopionym w japońskim retrofuturyzmie lat 90. debiutanckim longplayu bwany pędzącym po trasie tokio-berlin-londyn, myląc sample shakuhachi, trapowe cykady, progresywne synthowe motywy à la ymo i techniczne bity (♪ „the capsule’s pride (bikes)”)

2016

33. weezer white album

przeżywający od połowy lat 90. kryzys twórczy za kryzysem twórczym altrockmeni z weezer chwytają za rogi kryzys wieku średniego, nagrywając płytę może i odrobinę infantylną, ale wypełnioną niezobowiązującymi słonecznymi melodiami, za które pokochaliśmy ich w 94 (♪ „(girl we got a) good thing”)

2016

32. cobalt slow forever

po siedmiu latach przerwy i zmianie wokalisty blackmetalowy duet dorzuca do definiującej ich mieszanki znacznie więcej świdrującego atmosferycznego sludge’u w stylu neurosis i odrobinę melodyjnego hardcore’owego punku, co nie tylko redefiniuje brzmienie grupy, ale wpisuje ją w ramy szeroko rozumianego post-hardcore’u (♪ „elephant graveyard”)

2016

31. bigbang made

edm-owy k-pop z obozu big bang poza trudnym do zakwestionowania solidnie wyprodukowanym „tu i teraz” kryje w sobie także nieodpartą dozę ponadpokoleniowej melancholii charakteryzującej największe osiągnięcia muzyki popularnej (♪ 《우리 사랑하지 말아요》)

2016

30. maren morris hero

maren morris jest bezczelna i błyskotliwa, ale na hero na wyważa żadnych drzwi — wchodzi przez niedomknięte okno i nagrywa bezsprzecznie najprzyjemniejszy w tym roku miks mejstrimowego country popu i szeroko pojętego aor (♪ „rich”)

2016

29. jefre cantu-ledesma in summer

podobnie jak lata temu u fennesza, tak i u cantu-ledesmy lato przybiera postać zniekształconego, nieco wyblakłego, ale wciąż momentami migoczącego wielobarwnie wspomnienia; korzysta tylko z innych środków, jako trzon obierając ambientowy szum okalający mniej lub bardziej sielskie wizje świata, który nie tyle jest żywy w naszych wspomnieniach, co na naszych oczach, chwila po chwili bardziej i bardziej kurczy się i płowieje; in summer to odarty z wyobrażonej ornamentacji obraz utęsknionego odległego świata (♪ „blue nudes (i-iv)”)

2016

28. weyes blood front row seat to earth

gdzieś między klasycznym indie popem, oniryczną psychodelią a tradycjami kameralnego folku jest jeszcze miejsce na klasycznie zaaranżowany na głos, gitarę akustyczną i smyczki szczery prostolinijny songwriting; płyta, której w tym roku nie nagrała julia holter, a którą zawsze chciała nagrać enya (♪ „do you need my love”)

2016

27. benjamin biolay palermo hollywood

po kilku potknięciach biolay wraca do pierwszej ligi nouvelle chanson française; palermo hollywood to wyraz jego wieloletniej fascynacji kulturą latynoską, płyta-pociąg relacji paryż-madryt-lizbona-rzym, zręczne połączenie melancholijnego kameralnego popu z alternatywnym zacięciem, wielości śródziemnomorskich inspiracji (choć bardziej w sferze brzmienia niż melodyki) z charakterystyczną melorecytacją w duchu serge’a gainsbourga; tym samym biolay nagrywa swoje najlepsze piosenki od lat, intrygując i zajmując słuchacza po raz pierwszy od czasu niezapomnianego la superbe sprzed siedmiu lat (♪ „miss miss”)

2016

26. charli xcx vroom vroom

charli xcx ze swoją wizją trashypopu doskonale wpisuje się w wizję większą, ale równie ordynarną i bezpardonową — bubblegum bass; nic więc dziwnego, że po rewelacyjnym zeszłorocznym remiksie „doing it” a. g. cooka w tym roku z piosenkarką zaprzyjaźnił się sophie; na vroom vroom nie ma miejsca na subtelność i dobry smak; jest 12-minutowy spektakularny pokaz fajerwerków ze strukturami melodyczno-rytmicznymi wyciągniętymi z najpodlejszych k-popowych maksisingli (♪ „secret (shh)”)

2016

25. niechęć niechęć

niechęć nie tylko rozpoczęła od końca, ale pokazała, że można z powodzeniem zmienić go w znakomity nowy początek; przy trwających niemal trzy kwadranse ośmiu premierowych kompozycjach nie ma miejsca na zwodzenie, lanie wody czy owijanie w bawełnę — choć muzycy grupy mylenie tropów mają opanowane do perfekcji, dawno w polskim jazzie nie mieliśmy tak wyrazistych, a jednocześnie nietuzinkowo i pieczołowicie zaaranżowanych tematów; i nawet jeśli na nowym krążku da się bez trudu odnaleźć wspólny mianownik z debiutancką śmiercią w miękkim futerku sprzed czterech lat, to przez ten czas usunięto z niego znaczną niewymierność. nową niechęć ktoś niechętny nazwać mógłby kompromisową, ale słowami dużo lepiej podsumowującymi zaistniałą sytuację są: wyważona, harmonijna, klimatyczna i dojrzała (♪ „krew”)

2016

24. henry threadgill’s ensemble double up old locks and irregular verbs

zeszłoroczny laureat muzycznego pulitzera, słusznego już wieku jazzowy kompozytor (a także saksofonista i flecista) henry threadgill nabiera wiatru w żagle i pisze jazzowe epitafium dla zmarłego przyjaciela; zbiera septet doborowych instrumentalistów (w tym dwóch pianistów — jasona morana i davida virellesa), tym razem sam nie gra i nie tyle dyryguje, co odmienia jazz przez wszystkie czasy i przypadki, sprawuje artystyczną pieczę nad swoim jazzowym dziedzictwem, jest mistrzem ceremonii; pogrążone w dążącej do wolnych improwizacji awangardzie czteroczęściowe old locks and irregular verbs może płoszyć poplątaną formą, ale ujmuje detalami (♪ „part 4”)

2016

23. solange a seat at the table

solange nagrywa longplay z krwi i kości dbający jednakowo o szczegół i ogół — wszystko dzięki przemyślanej wizji i zmaterializowanemu dopiero teraz, ale wypracowywanemu latami brzmieniu plasującemu się pomiędzy sophistipopowym anturażem king, jazzującym ekscentryzmem wczesnych płyt eryki badu a delikatną aurą niezapomnianej minnie ripperton; to płyta nagrana w tradycji neo-soulu, ale jednocześnie wyraźnie korespondująca z charakterystycznym synthfunkowym brzmieniem, które solange wypracowała przed czterema laty z devem hynesem na kultowym już true; tym razem nad całością czuwał weteran soulu raphael saadiq i być może to właśnie jego zasługą jest klasyczny vibe bijący od a seat at the table, dzięki któremu krążek już w chwili premiery można było uczciwie położyć na półce w towarzystwie neo-soulowej klasyki (♪ „cranes in the sky”)

2016

22. equiknoxx bird sound power

w 2016 duet equiknoxx przywrócił do życia digital dancehall, który w ich ujęciu zyskał dziwaczną minimalistyczną ghettohouse’ową oprawę wpisaną w ramy dojmujących, ale luźno rozstawionych bitów wygradzanych ptasimi samplami (♪ „the link”)

2016

21. idris ackamoor ☥ the pyramids we be all africans

krótka historia afrykańskiego jazzu łącząca stricte amerykański, ale wywodzący się z afrykańskich tradycji spiritual jazz, elementy fusion, subtelne, ale nieskrępowanie wykorzystanie elektroniki i elementy szeroko rozumianych folkowych zaśpiewów; choć na płycie prym wiedzie przede wszystkim plemienna rytmika, nie brakuje prostych, ale pieczołowicie zaaranżowanych i rozwijanych instrumentalnie tematów i melodii; to radosny, wielobarwny, niezobowiązujący, a jednocześnie błyskotliwy hołd dla czarnego lądu, z którego, zgodnie zresztą z tytułem płyty, wszyscy przecież się wywodzimy (♪ „silent days”)

2016

20. masayoshi fujita & jan jelinek schaum

aktywny chillout dla znerwicowanych natręctwami codzienności; muzyka, która żyje, mówi, komunikuje, opowiada przeróżne historie — świergocze, brzęczy, bulgocze, kipi, pryska, szczęka, mruczy, świszczy, charczy, miauczy, a jednocześnie można się przy niej zwinąć w kłębek (♪ „parades”)

2016

19. young thug jeffery

wizjoner trap rapu decyduje się wreszcie na wypuszczenie bliższej oficjalnemu longplayowi formy; wywołując z nazwiska szereg swoich idoli, z mlasków, okrzyków i porwanych półrefrenów buduje fantastyczny krążek w tradycji post-minimalistycznego hip hopu (♪ „kanye west”)

2016

18. king we are king

zręcznie i kreatywnie wykorzystuje potencjał klasycznego quiet stormu i brzmi zupełnie tak, jak gdyby zebrać najlepsze pościelówy z całej kariery janet jackson — od „funny how time flies” po „no sleeep” — i z fenomenalnym wyczuciem zrobić z nich koncepcyjną płytę; uwodzicielskie wokale dziewcząt znakomicie spleciono tu w całość z kojącymi, syntezatorowymi, ale jednak organicznie brzmiącymi aranżami pod inkrustowaną srebrzyście tlącymi się gwiazdami niebieską kopułą nieśpiesznej i na wpół wyśnionej przeprawy po nieboskłonie o czwartej nad ranem — przeprawy, która nieuchronnie ciągnie słuchacza w kierunku sypialni; mimo wszechobecnego oniryzmu niewątpliwie wiodącego tutaj prym, trudno zmrużyć oko, gdy za wielowarstwowymi wokalami i artystycznie przymgloną produkcją ukryte są perfekcyjnie przebojowe popowe melodie (♪ „carry on”)

2016

17. valerio tricoli clonic earth

chaos, kosmos, ulotność, dyspersja — valerio tricoli we wspaniałym stylu kontynuuje dobitnie zaakcentowany przed dwoma laty na miseri lares rozbiór logiczny świata przy pomocy upiornych elektroakustycznych pejzaży; w rolach głównych znów taśma, analogowe sample, fragmenty przetworzonego głosu ludzkiego; tricoli hołduje nieznanemu, obchodzi je ostrożnie dookoła, stawia szereg dźwiękowych znaków zapytania, błyskawicznie przechodząc dalej, którymś z nieskończoności kanałów percepcji łączących składowe wszechrzeczy do kolejnej nie mniej abstrakcyjnej zagadki (♪ „stromkirche or terminale”)

2016

16. mark ernestus’ ndagga rhythm force yermande

w pół drogi między dakarem a berlinem; klasyczny mbalax wpisany w dubową rytmikę pod okiem marka ernestusa; organiczne bębny z jednej strony przywodzą na myśl plemienne ceremoniały, z drugiej w połączeniu afro-house’owym podejściem do brzmienia doskonale wpisują się w pejzaż współczesnego techno (♪ „jigeen”)

2016

15. d.r.a.m. big baby d.r.a.m.

według eryki badu gdyby george clinton, ol’ dirty bastard i d’angelo mieli dziecko, to nazywałoby się d.r.a.m.; trudno zaprzeczyć — koleś z naturalną lekkością tworzy pierwszorzędny neo-soul na trapowych bitach czy też trap rap z neo-soulowymi zwrotkami — zwał jak zwał; łączenie nowoczesnego hip hopu ze śpiewanymi refrenami przychodzi mu łatwiej niż westowi, chance’owi the rapperowi i fetty’emu wapowi razem wziętym; bez pomocy autotune’a syntezuje od lat dążące do połączenia totalnego rap i r&b (♪ „cash machine”)

2016

14. palmistry pagan

palmistry ma na siebie pomysł, jakiego nie ma w branży nikt inny i potrafi skutecznie wprowadzić go w życie; z wyczuciem i lekkością przepisuje tropikalne wspomnienia lata 2005 (gdy na wakacyjnych playlistach królowały dancehall i reggaeton) na współczesny język minimalistycznego alternatywnego r&b; charakterystyczna południowa rytmika przepuszczona przez bubblegumbassowy filtr i subtelnie przeciągnięta noworomantycznymi syntezatorami wraz z pozostającym w centralnym punkcie kojącym wokalem uderza intymnością i kameralnością; gdzieś między słonecznym kingston, onirycznym toronto, basowym londynem, na skraju lat 80. (♪ „lifted”)

2016

13. charles barabé cicatrices

figlarne dziecko muzyki konkretnej spędzające wesołe dni swego dzieciństwa między szeroko rozpostartą na starym poddaszu siecią dawnej tajemnicy a wysoko zawieszoną gałęzią pobliskiej wierzby; tym razem barabé usiłuje pojmać i wpleść w bieg swojej długogrającej kasety całą historię muzyki; chwyta ją oczywiście za rogi, z typową dla siebie finezją składając odległe od siebie światy i stylistyki w fantazyjny kolaż dźwiękowy; to bardziej muzyczne odkrytki, psychodeliczna przejażdżka przez czasy, stany i style, nieporównywalnie mniej autorska niż podobna koncepcyjnie karuzela corneliusa z 1998 roku, choć równie angażująca i kompletna (♪ „cicatrices a”)

2016

12. sturgill simpson a sailor’s guide to earth

sturgill simpson wyprowadza współczesne country ze ślepego zaułka do cna odsączonej z kolorytu prostolinijności służącej przez lata za gwarant sukcesu, włączając w spektrum gatunkowe progresywne instrumentarium rezolutnie ochrzczone nutką psychodelii; tworzy koherentną tematycznie i brzmieniowo narrację, swoisty przewodnik dla marynarza-żółtodzioba na życiową przeprawę przez targane rozmaitymi sztormami wody (♪ „breakers roar”)

2016

11. marie davidson adieux au dancefloor

liryczne pożegnanie z parkietem; wśród wykorzystanych środków: zjawiskowe połączenie melodyjnego minimalistycznego synthpopu z najprawdziwszym techno, tym samym, o którym nasze dzieci będą uczyć się na lekcjach muzyki (♪ „adieu au dancefloor”)

2016

10. nik bärtsch’s mobile continuum

elegancki, odrobinę powściągliwy, ale nie zachowawczy czy mechaniczny — mobile, kwartet jazzowy szwajcarskiego pianisty nika bärtscha zespojony z klasycznym kwartetem smyczkowym, z powodzeniem łączy kameralny jazz z duchem muzyki mortona feldmana (w ujęciu, należy zastrzec, maksymalistycznym) i europejską tradycją awangardową (♪ „modul 29_14”)

2016

9. graham lambkin community

pierwsza solowa płyta brytyjskiego elektroakustyka od czasu znakomitego amateur doubles z 2011 roku rozszerza kocept karaoke concrète w hondzie civic o tytułową społeczność — ludzi i ich przeplatające się tu i teraz życiorysy; graham eksploruje codzienność, wyławiając na wierzch drzemiącą w niej metafizykę (♪ „spectrums”)

2016

8. powell sport

na wypatrywanym od dawna debiutanckim longplayu powell miesza punk i elektronikę sposób w równie surrealistyczny, ale i równie elokwentny, jak przed laty robiło to devo; industrialne techno i syntezatorowy punk nie układają się ze sobą naturalnie, oba powell musiał plastycznie odkształcić, zwłaszcza jeśli z tyłu głowy nowave’owym gitarowym samplom, noise’owym przesterom i 8-bitowym balonowym blipom ma towarzyszyć formuła popowej piosenki; rezultat angażuje i onieśmiela syntetycznym podejściem do muzyki sensu largo (♪ „frankie”)

2016

7. bombino azel

jeśli blues rock ma jeszcze jakąkolwiek przyszłość to już chyba tylko w ujęciu nigeryjskiego gitarzysty — bombino, który dopisuje kolejny współczesny klasyk do kanonu północnoafrykańskiego pustynnego bluesa tishoumaren (spopularyzowanego m.in. przez tinariwen); jego melodie są przy tym niespotykanie ożywcze i radosne, a riffy — jednocześnie niebanalne, prostolinijne i nieprzyzwoicie przebojowe (♪ „akhar zaman”)

2016

6. beyoncé lemonade

najciekawszy jak dotąd longplay beyoncé, gdzie piosenkarka wreszcie w pełni wychodzi poza ramy, w które oprawili ją połowicznie słuchacze i media, a w drugiej części ona sama; dominantą wciąż pozostaje pierwszoligowy pop — bez diane warren na pokładzie, ale z gamechangerami — jackiem white’em i kendrickiem lamarem, którzy stymulują jedne z najbardziej organicznie zaaranżowanych kompozycji w karierze piosenkarki; niezależnie od przyjętej konwencji beyoncé wypada nie tylko wyraziście, ale i wiarygodnie — jest strojna, ale nie przebrana; główną siłą lemonade jest jednak doskonałe zrozumienie i opanowanie odwiecznych rock & rollowowych praw — umiejętności przełożenia własnych doświadczeń na muzykę i współdzielenia ich z słuchaczami, metodycznego operowania elementem zaskoczenia czy wreszcie muzycznej i tematycznej adekwatności; to efekt świadomej, koherentnej i jak najbardziej konsekwentnej autokreacji — wielowymiarowy fenomen, nieoczekiwane magnum opus królowej współczesnego r&b (♪ „hold up”)

2016

5. matmos ultimate care ii

niewiele było w muzyce w tym roku rzeczy i koncepcyjnie, i wrażeniowo fajniejszych niż matmosowa elektronika grana na nadgryzionej pralce; duet w procesie produkcyjnym swojego tegorocznego krążka użył wyłącznie samplowanych odgłosów własnej maszyny piorącej i wyszedł na tym bardziej składnie niż po raz kolejny łamiące sobie zęby na glitchowym idm-ie autechre; ultimate care ii jest z kolei urzeczywistnieniem włosko-radzieckiej idei futuryzmu w muzyce, który nareszcie wypełzł z muzealnych sal, by rzucić się w wir budowy lepszego, czystego brzmienia (♪ „excerpt nine”)

2016

4. frank ocean blonde

na blonde frank ocean napisał się zupełnie od nowa, serwując słuchaczom nieprzewidywalną godzinną podróż z nurtem własnego strumienia świadomości — nawet bardziej intymną i kameralną niż channel orange — trochę na wzór płyt elliotta smitha, choć rzecz jasna przy wykorzystaniu zupełnie innych środków; tym samym ocean po raz kolejny wprowadza r&b na inny poziom — z wielu pozornie chaotycznych półpiosenek i interludiów buduje wstrząsający psychotyczny trip; ocean mógłby co prawda pisać piękne klasyczne, bezpośrednie r&b, ale z jakiegoś powodu nie chce lub nie potrafi. w tym nagięciu schematu, groteskowym wykrzywieniu subtelnie przecież zaaranżowanych melodii, upstrzeniu ich rozlicznymi ozdobnikami, odtworzeniu kreatywnego i życiowego sztormu tkwi największa siła blonde — paradoksalna, to prawda, ale ujmująca skrytą w głębi niewinnością, może nawet bezradnością wobec nawet nie tyle przytłaczającego świata zewnętrznego, co siebie samego (♪ „ivy”)

2016

3. karl blau introducing karl blau

ex-indierockowiec po kilku latach przerwy wraca w kowbojskim kapeluszu otulony tradycyjnym country’owym anturażem, czerpiąc jednako z najlepszych tradycji kojącego nashville sound przełomu lat 60. i 70. — nagrań takich artystów jak glen campbell czy charlie rich, jak i alternatywnej odsłony gatunku wyrosłej z dojrzałego podejścia do południowego rocka w latach 90.; znakomity songwriting słusznie pożycza od tuzów country, czyniąc cudze piosenki swoimi własnymi (klasyczna ballada linka wraya „fallin’ rain” z 1971 przeobrażona została w niemal 10-minutowego giganta country soulu zaaranżowanego kameralnie na wzór klasycznych kompozycji lambchop, a kanoniczne „if i needed you” townesa van zandta zachowało sielską melancholię oryginału bez popadania w martyrologiczną imitację); całość przenikliwie wyprodukowana przez tucker martine’a odpowiedzialnego też za tegoroczny projekt case/lang/veirs (♪ „fallin’ rain”)

2016

2. danny brown atrocity exhibition

trudno to ująć lepiej niż kamillo w swojej doskonałej recenzji, więc wybaczcie, nie będę próbował, zacytuję: „[brown] zaprojektował nowy wymiar hiphopowego eksperymentu pchniętego w nieznane gitarową energią i elektronicznym kwasem (…) takiej płyty po prostu jeszcze nie było” (♪ „dance in the water”)

2016

1. noname telefone

noname zaskakuje, hipnotyzuje i porywa, korzystając w dużej mierze z rozwiązań, które nowoczesny hip hop zdawał się zupełnie już spisać na straty; szczerość, elokwencja, ale i pewna pozwalająca na oddech prostolinijność ze slamowym rodowodem to przymioty zarówno samej raperki, jak i towarzyszącej jej zatopionej w pierwszorzędnym, ale nigdy nie nachalnym jazzie i neo-soulu produkcji; niesamowicie ożywcza, wrażliwa i uduchowiona, ale z gruntu jednak hiphopowa płyta — trochę jakby erykah badu 15 lat temu chwyciła za mikrofon i postanowiła w przypływie chwili nagrać klasyczny rapowy krążek (♪ „reality check”)

całość do odsłuchu na spotify z wyjątkiem niedostępnych w serwisie pozycji (6, 9, 10, 13, 22, 24, 34, 36, 38 i 40) do odsłuchania na własną rękę

Opublikowano

Why Don’t We Get Just a Little Drunk on Christmas Day?

xmas1

Święta czasem bywają trudne — o ile jeszcze rodzice zwykle cieszą się, że nas widzą, my też się cieszymy, więc wybaczamy sobie pewne niezręczności, o tyle już wujek domorosły polityk, specjalista od teorii spiskowych, który wszystko wie najlepiej czy dalsza ciotka nękająca nas rokrocznie tymi samymi pytaniami, na które nie mamy ani siły, ani odpowiedzi z całą pewnością potrafią nawet najbardziej wyrozumiałemu dla rodzinnych spotkań jegomościowi srogo zaburzyć równowagę — zwłaszcza w większym gronie biesiadującym przy świątecznym stole.

Sprawę trochę ułatwia alkohol. Wujek z poważną miną opowiadający o teleskopowej brzozie w Smoleńsku wydaje się zabawniejszy, a dla ciekawskiej ciotki mamy przygotowany w zanadrzu szczery uśmiech i kilka niegroźnych punchline’ów. I najważniejsze — po wieczorze spędzonym rodzinnie z Why Don’t We Get Just a Little Drunk on Christmas Day? nikt nie będzie miał wam za złe, jeśli obudzicie się następnego ranka z wielkim kacem pod stosunkowo marnie tego dnia wyglądającą choinką. Mimo wszystko — enjoy responsibly! Wesołych świąt!

Poprzednie części świątecznych pozytywek Kurtka:

x10

x9 x8
x7 x6 x5
Opublikowano

2016: piosenki

2016

zupełnie jak w poprzednich latach, tak i teraz dzielę się listą kilku lepszych numerów mijającego roku; z góry przepraszam za brak polotu; ten w ostatnim czasie (a może i w ogóle) okazuje się w moim ekosystemie dobrem co najmniej deficytowym

25. Benjamin Biolay, „Miss Miss”
24. Angel Olsen, „Shut Up Kiss Me”
23. Usher, „Bump”
22. Nao, „Fool to Love”
21. Boys Noize x Health x Empress Of, „Stonefist RMX”

20. Karl Blau, „Fallin’ Rain”
19. PJ Morton, „Sticking to My Guns”
18. Sleaford Mods, „I Can Tell”
17. 4Minute, „No Love”
16. Powell feat. Frankie, „Frankie”

15. Kanye West feat. Chance the Rapper, Kirk Franklin, Kelly Price & The-Dream, „Ultralight Beam”
14. Weyes Blood, „Do You Need My Love”
13. Palmistry, „Club Aso”
12. The Jayhawks, „Quiet Corners & Empty Spaces”
11. Rihanna, „Kiss It Better”

2016

10. Lambchop, „The Hustle”

lambchop odstawiają smyczki i gitary, by w konwencję kameralnego popu wpleść minimalistyczne syntezatory, które pewnie zaintrygowałyby philipa glassa; na pierwszy singiel z tegorocznej płyty wybierają przewrotnie 18-minutowe „the hustle”, które w zupełności broni swojego ponadplanowego rozmiaru dzięki błyskotliwemu zestawieniu enigmatycznego wokalu kurta wagnera z żywą, ale mechanicznie ewoluującą muzyczną materią złożoną z wielu pozornie nieprzystających do siebie elementów

2016

9. GFOTY, „Poison”

po niezapomnianym „i don’t wanna do it”/”let’s do it” sprzed dwóch lat gfoty kontynuuje zabawę w zniekształcanie brzmienia i rytmiki; tym razem odważniej sięga po gitary, mieszając je z glitchowymi wokalami i szalonym electroclashowym bitem; całość brzmi, jakby sophie produkował atari teenage riot

2016

8. Justice, „Randy”

justice pożyczają nieskrępowanej przebojowości od daft punk i chemical brothers, by przy użyciu kilku sygnaturowych trików i z pomocą rocknrollowego falsetu morgana phalena z diamond nights wykroić jeden z najbardziej chwytliwych refrenów tego roku i własnej dyskografii

2016

7. Dirty Projectors, „Keep Your Name”

wielu próbuje, ale jak dotą niewielu poza dirty projectors udało się z powodzeniem opleść postpopową stylizacją prawdziwie szczery ładunek emocjonalny; w „keep your name” serwują porządną dawkę pierwszorzędnej melodramy, używając niezwykle kreatywnej palety pitchowo-glitchowych efektów pożyczonych od franka oceana

2016

6. Brandy Clark, „Big Day in a Small Town”

clark od lat jest w ścisłej czołówce songwriterów z nashville; w „big day in a small town” robi to, co wychodzi jej najlepiej — w niespełna czterominutowej piosence zamyka kompletny storytelling spuentowany przebojową kulminacją w postaci elokwentnego refrenu; jak zwykle w najlepszych piosenkach clark i tu towarzyszy jej dawka przewrotnego humoru

2016

5. Beyoncé, „Formation”

nie ma „crazy in love” — nadmierne przywiązanie do melodyjnej beyoncé śpiewającej popowe refreny może wywoływać nagłe ataki paniki, a nawet poważne załamanie osobowości; queen bee jest od teraz królową trapowej melorecytacji, z kijem bejsbolowym w dłoni, grillem na ustach, w sukience givenchy, w tonącym cadillacu, w jej najlepszym singlu od lat

2016

4. Danny Brown, „Ain’t It Funny”

uważajcie na tego typa; nie tylko nawija jak opętany na motorycznie pędzącym, schizofrenicznie pulsującym bicie, ale jest patologicznym śmieszkiem — bardziej w stylu jokera niż jimmy’ego fallona; nie rozstawia innych raperów po kątach, nie musi — znają swoje miejsce

2016

3. Perfume, „Cosmic Explorer”

tytułowe nagranie z tegorocznego krążka perfume to prawdziwy zawodnik wagi ciężkiej — nakacie udało się wyczarować jeden z najlepszych numerów w dyskografii tria, wart wielokrotnie więcej niż pozostałe nagrania na płycie razem wzięte; to subtelne wokalnie, przesiąknięte duchem robotycznego technopopu lat 80. gęste synthwave’owe midtempo spod znaku kraftwerka i yellow magic orchestra o sile rasowego popowego przeboju

2016

2. Beyoncé, „Hold Up”

miłosny manifest i definicja muzyki pop a.d. 2016 — beyoncé reinterpretuje klasyczne „can’t get used to loving you” andy’ego williamsa, nadając najbardziej niezobowiązującemu bitowi lat 60. zupełnie nową twarz; łączy szyk klasycznego popu z trapowym zacięciem i południowym vibe’m w idealnej proporcji; jest jednocześnie ettą james i gucci’m mane’m — ponadczasowa i piekielnie adekwatna zarazem

2016

1. Young Thug & Travis Scott feat. Quavo, „Pick Up the Phone”

serenada ery internetu zbudowana na opartym na chillującym steelbandowym motywie bicie z zadziwiająco zręcznymi wielowarstwowymi vocoderowymi chórkami; narkotyczna spowiedź wyłuskująca spod samczej skorupy prawdziwe uczucia i intencje zwieńczona hipnotyzującym podwójnym refrenem, który z bezpardonową lekkością zawstydza cały mainstreamowy pop a.d. 2016

poniżej rozszerzona wersja zestawienia w wersji co by było, gdyby nie beyoncé via spotify

Opublikowano

Kurtek w Rumunii

rom

Misleading diversity — trudne pytania w centrum Bukaresztu; zdj. Kurtek

Dem narysował kiedyś taki pasek, na którym uwiecznił moment, gdy większość rekrutów policyjnych rezygnuje z kariery w zawodzie. Podczas wstępnego szkolenia z nieudawaną powagą oficer prowadzący (szkolenie, hehe) wskazuje na planszę, z której wynika, że paralizator ≠ szynka. Już od kilkunastu dobrych dni próbowałem skleić coś sensownego o kilkudniowej wizycie w rumuńskim Bukareszcie, ale zawsze w pewnym momencie stawał mi przed oczyma ten obrazek. Można zapewne pisać o Rumunii, wychodząc z zupełnie innego paradygmatu, ale gdy spędza się tam zaledwie pięć dni, połowę tego czasu za biurkiem, trudno nie wpaść w pułapkę misyjnego obalania stereotypów. Rumunia jest w gruncie rzeczy bardzo typowa — mają internet, posługują się pieniędzmi, jeżdżą samochodami po drogach, a do jedzenia używają sztućców. Przed wyjazdem wielokrotnie słyszałem z różnych stron, że Rumunia jest prawdopodobnie najbardziej podobnym do Polski krajem na świecie. Trudno mi to ocenić, bo musiałbym odwiedzić jeszcze sporo miejsc, by to sprawdzić, ale podobieństwa nie da się nie dostrzec.

rom

Bukareszt, którego nie wyślemy na pocztówce; zdj. Kurtek

To ciekawe o tyle, że Rumuni to nie Słowianie, a Latynosi. Mimo wszystko ich podejście do życia i poczucie humoru w jakiś sposób zazębiają się z polskim sposobem bycia. Są może trochę bardziej wyluzowani i autoironiczni, ale trapiące ich problemy to wypisz-wymaluj polska codzienność. W centrum są oczywiście niekompetentni wszechwładni politycy ujadający na siebie nawzajem, nie do końca wiadomo z jakiego powodu, dzielący przez to społeczeństwo. Resztę znamy z autopsji. Podobnie zresztą jak kłębiące się na każdym roku banki, apteki i sklepy spożywcze popularnych sieciówek (w Polsce to Żabki czy inne Małpki, w Rumunii — Mega Image). I wszechobecne reklamy leków w telewizji. „Jesteśmy chorzy, potrzebujemy pieniędzy na leki i jedzenie” — tak podsumował to któregoś dnia oprowadzający mnie po centrum Bukaresztu Manuel. „Skąd ja to znam” — to już ja mamroczący pod nosem do siebie. Rumunów nie dziwi też polskie disco polo — co najwyżej to, że ktoś ma odwagę grać to w radiu i jeszcze mówić bez żenady, że mu się podoba. Tu sam się zdziwiłem, bo podejrzewałem, że ojczyzna takich tworów jak O-Zone czy Inna okaże większą otwartość na naszą muzykę chodnikową. Ale rumuński dance to zupełnie inna para kaloszy, znoszonych już zresztą do reszty i jakiś czas temu bez skrupułów porzuconych na dnie szafy. Odpowiednikiem disco polo jest w Rumunii manele — mieszanka bałkańskiego folku, muzyki cygańskiej i popu — proste melodie grane na syntezatorach w towarzystwie akordeonu o miłości, seksie, pieniądzach i zabawie. Ale o ile na prowincji manele święcą triumfy, w dużych miastach nie ma o tym mowy. Na tradycyjnym miejskim rumuńskim weselu (w wynajętym gigantycznym ślubnym kontenerze z blachy falistej ustawionym na przedmieściach) prędzej usłyszymy Kool & The Gang. Tak przynajmniej słyszałem i chcę w to wierzyć.

rom

Zabytkowe centrum miasta i księżyc; zdj. Kurtek

Pierwsze wrażenie jest ważne, ale często się je przecenia. Na pierwszy rzut okna Bukareszt zapowiadał się ponadprzeciętnie zwyczajnie. Lotnisko w Otopeni było zatłoczone i nie obiecywało zbyt wiele. Można z niego dostać się do miasta jedynie taksówką. Kilka lat temu postanowiono wybudować w kierunku lotniska linię kolejową, ale zamiast doprowadzić ją do końca, zakończono ją w środku pustkowia kilka kilometrów wcześniej, gdzie ustawiono przystanek autobusowy. Taksówki na szczęście są w Rumunii tanie — kurs do centrum z lotniska — około 17 kilometrów to koszt nieco ponad 25 złotych. Kierowcy rzadko mówią po angielsku, a jeśli mówią, to najprawdopodobniej będą próbowali tłumaczyć, dlaczego muszą za kurs policzyć drożej (teraz złośliwie generalizuję, tak zrobił kierowca odwożący mnie na lotnisko, który w połowie drogi zapytał, ile mam pieniędzy i stwierdził, że muszę zapłacić mu więcej, bo zazwyczaj nie jeździ na lotnisko i potrzebuje kupić winietę, której oczywiście nie dopisze do rachunku — nie dopłaciłem, ale pozwoliłem zatrzymać mu resztę), a czasem, jak inny pan kierowca, wożą w bagażniku narzędzia rolnicze. Żeby zamówić taksówkę z lotniska trzeba skorzystać z automatu. Nie sposób tych automatów przegapić, bo przy wyjściu stoi ich całkiem sporo, a wokół jeszcze więcej ludzi. Zasada jest banalnie prosta — wybieramy na ekranie przewoźnika, a automat drukuje bilecik z numerem samochodu i orientacyjnym czasem oczekiwania. Przed rozpoczęciem kursu bilecik daje się kierowcy. W praktyce automaty zawieszają się, nie działają, w nieskończoność szukają połączenia i trzeba przy nich spędzić jakiś kwadrans, by bilecik się wydrukował. Komunikacja miejska w Bukareszcie została zresztą potraktowana podobnym rozwiązaniem racjonalizatorskim — bilety można kupić tylko w specjalnych szarych kioskach ustawionych przy wybranych przystankach, a żeby móc taki bilet nabyć, trzeba najpierw sprawić sobie papierową kartę magnetyczną, aby móc zakodować na niej najpierw możliwość przejazdu, a później sam przejazd.

rom

Bukareszt; zdj. Kurtek

Pani w kiosku, na którą trafiłem, co prawda potrafiła mówić po angielsku, ale jednak komunikacja między nami skazana była na porażkę — najwyraźniej z braku zrozumienia systemu biletowego z mojej strony. W końcu zdałem się na nią i jak się okazało, wyszedłem na tym lepiej, niż gdyby udało mi się bez problemu zrealizować mój najwyraźniej szokujący pomysł kupienia na raz ośmiu biletów na ewentualne przejazdy (które miały nigdy nie nastąpić). Tego dnia miał też nie przyjechać autobus linii 205 zmierzający w kierunku ulicy admirała Horii Macellariu (dowódcy rumuńskiej floty wojennej podczas II wojny światowej — w tym kontekście to zupełnie nieistotne). Przynajmniej przez kolejne trzy kwadranse. Okazało się zresztą, że rozkład jazdy autobusów, tak skrupulatnie naniesiony przez inżynierów Google’a na ich mapy, w praktyce nie funkcjonuje. Czy może raczej funkcjonuje jako luźna dygresja na temat tego, jakie połączenia mogłyby być realizowane i gdyby do tego doszło, jaki numer miałby bus, który po takiej trasie by kursował.

rom

Wymowny pomnik korupcji w centrum miasta; zdj. Kurtek

Gdy tak czekałem na transport, z braku laku przestępując z nogi na nogę, moją obecnością na przystanku zainteresował się pewien koreański emeryt-turysta, który z niewiadomych przyczyn wyruszył w podróż po Europie wschodniej bez telefonu komórkowego i poprosił, czy odpłatnie mógłby skorzystać z mojego, by powiadomić znajomego profesora o swoim rychłym wyjeździe z kraju wampirów i przyjaznych ludzi (za podpowiedź w wyszukaniu tego niezręcznego synonimu Rumunii dziękuję autopodpowiedziom Google’a). Nie wiedziałem trochę, jak powinienem w tej sytuacji postąpić. W Polsce w ciągu minionego ćwierćwiecza o skorzystanie z telefonu pytali mnie co najwyżej znajomi i potencjalni złodzieje (chociaż w tym drugim przypadku słowo pytali jest nie na miejscu). Rumunia w tej kwestii też nie cieszy się najlepszą sławą. A tymczasem pierwszy poranek w obcym kraju i od razu coś takiego. Dobre sobie! Los się ze mnie naigrywa. Podczas gdy ja zajęty byłem boksowaniem się sam ze sobą, pan pozwolił sobie sam z siebie się wygadać. I bardzo dobrze — nie wyglądał jak modelowy Koreańczyk, ale jego twardy, zniekształcony przez sylabiczne hangul, obcy akcent nie pozostawiał złudzeń — oto na przystanku naprzeciw bukaresztańskiego Gara de Nord stoi przede mną prawdziwy koreański emeryt-turysta, w dodatku, co zdążył mi już wyjawić, udający się za kilka dni także do Polski. Wygrał pan, panie Koreańczyku, oto mój telefon, proszę tylko nie bić. Obeszło się bez bicia. Profesor co prawda nie znalazł dla swojego azjatyckiego znajomego tego dnia nawet jednej krótkiej chwili, ale ten przyjął tę wiadomość z właściwym Azjatom zrozumieniem. Po wymianie uprzejmości z uśmiechem oddał mi telefon, dołączając wyciągniętą ukradkiem z torby ulotkę, jak być chrześcijaninem w Korei, po czym prędko wskoczył do autobusu, który właśnie podjechał na przystanek i chwilę później zniknął mi z pola widzenia.

rom

Prezent od napotkanego koreańskiego emeryta-turysty; zdj. Kurtek

Bukareszt z gigantycznym Pałacem Ludowym — pomnikiem szaleństwa Nicolae Ceaușescu i drugim po Pentagonie największym budynkiem na świecie — jest nie tylko wizytówką Rumunii na arenie międzynarodowej, ale też miastem kontrastów, w którym stare miesza się z nowym, a bieda bawi się z bogactwem w ciuciubabkę. Poza ścisłym centrum, które nie zostało zniszczone podczas wojny i dzięki temu okazała promenada otoczona jest niezwykłej urody zabytkową zabudową w stylu przywodzącym na myśl Wiedeń czy Budapeszt. Trudno się więc dziwić, że w tym doskonale zachowanym i przesadnie wręcz skondensowanym architektonicznym skansenie wrażenie zrobiła na mnie pozostająca odrobinę na uboczu kameralna XVIII-wieczna Cerkiew Kretzulescu położona przy Alei Zwycięstwa — głównej ulicy Bukaresztu okresu międzywojnia.

rom

Wzory na kostce brukowej nieopodal Cerkwi Kretzulescu; zdj. Kurtek

W Bukareszt inwestuje się jednak w myśl zasady „przyjeżdża papież” tzn. odnawia się te ulice, którymi papież będzie się przemieszczał, wszystko inne pozostawiając przez lata w niezmienionym stanie. Na pytanie, kto w tym wypadku jest papieżem, nie potrafię jeszcze odpowiedzieć, ale z całą pewnością przemieszcza się raczej głównymi ulicami — za to często i z rozmachem. Tak zielonej trawy jak w pobliżu stalinistycznego Domu Wolnej Prasy nie widziałem chyba nigdzie i to mimo dość zaawansowanej już jesieni. Bukareszt może się też pochwalić enklawą ze stali i szkła w nowoczesnej dzielnicy Pipera położonej na północy miasta, gdzie swoje biura posiada większość zachodnich korporacji. Poza reprezentacyjnymi dzielnicami w mieście panuje swojski urbanistyczny rozgardiasz przywodzący na myśl Polskę milenialnego przełomu — już na drodze modernizacji, ale w dalszym ciągu odrapaną, nieokiełznaną, daleką od zachodniego rozumienia salonowości.

rom

Przedmieścia; zdj. Kurtek

Trudno pisać o Rumunii, nie wzmiankując o tradycyjnej rumuńskiej kuchni, w której, według ochoczych i rozległych komentarzy moich gospodarzy, zawiera się wszystko od McDonalda, przez włoską kuchnię, aż po shoarmę zawijaną w tortillę. Obcujemy tu, jak pewnie zdążyliście zauważyć, z tkanką dynamiczną i, czegokolwiek by w tym miejscu nie pomyśleć, kosmopolityczną. Pomimo tego, że o jedzeniu rozmawialiśmy sporo, a ja przy każdej okazji uporczywie wracałem do tematu, ostatecznie na tym stanęło. Nic co jadłem nie było rdzennie rumuńskie, ale ponoć było dla kraju typowe i w tym kontekście reprezentatywne. Gdybym miał te doświadczenia interpretować dosłownie, okazałoby się, że Rumuni tradycyjnie na lunch jedzą górę mięsa złożoną z wielu rodzajów kiełbas, kabanosów, kotletów, szaszłyków i rozmaitych części świni, których na talerzu nie potrafię nawet zidentyfikować. Taka uczta przewidziana zgodnie z menu dla trzech osób, co z kamienną twarzą potwierdziła też pani kelnerka, spokojnie wykarmiłaby podstawowy skład drużyny siatkarskiej — o ile sportowcy zaakceptowaliby jej jednoznacznie mięsny charakter. Manuel i Cristian zgodnie określili tę małą rozpustę słowami pomana porcului, które przenoszą nas w zupełnie inne miejsce i czas.

rom

Prawie pomana porcului; zdj. Kurtek

Słowo pomana można przetłumaczyć jako dobroczynność, ale związane jest niemal na wyłączność z obrzędowością żegnania bliskich zmarłych — 40 dni po pogrzebie rodzina i przyjaciele spotykają się przy stole, by uczcić pamięć denata Ponoć właśnie na okres 40 dni dusza zmarłego może powrócić do żywych i w tym czasie należy godnie zaliczyć nieboszczyka na poczet przodków. Pomana porcului natomiast związana jest z diametralnie inną, ale jednak podobną tradycją. W grudniu, przed Bożym Narodzeniem na wsiach dokonuje się świniobicia, zapraszając krewnych, sąsiadów, znajomych i wszystkich, którzy brali udział w rzezi, do uroczystego ceremoniału, podczas którego kosztuje się przygotowanych z prosięcia wyrobów. Trawienie wspomaga się beczkami rachiu (jak po rumuńsku określa się rakiję). Bardziej wprawieni mogą sięgnąć także po palinkę (rom. palincă), czyli tradycyjną rumuńską, ale także słowacką i węgierską, wódkę produkowaną nierzadko w domowym zaciszu ze słodkich owoców — od śliwek, przez jabłka, gruszki, morele, aż po czereśnie. Brzmi znakomicie, ale smakuje — brrr!

rom

Prawdziwa pomana porcului według moich wyobrażeń; źródło: Jurnanul.ro

Czyli w sumie odwrotnie niż sama Rumunia, która lata temu okryła się szalem utkanym z nieaktualnych już albo z gruntu nieprawdziwych informacji i trudno jej teraz pokazać prawdziwą twarz (oh, Coelho, dzięki ci za inspirację przy tej mącącej w żyłach krew metaforze!). A jej twarz jest, hej!, naprawdę ładna, nie szczerzy kłów jak Drakula, ale jednak mimo wszystko się uśmiecha. Sami Rumuni zresztą mają we krwi dystansowanie się od problemów przy pomocy humoru — często słodkogorzkiej satyry na rzeczywistość. „Haz de necaz!” — mawiają! Skąd my to znamy?

Opublikowano

50. Koty, które udają chleb

99 najfajniejszych rzeczy

50. Koty, które udają chleb

Istnieje pewna wyjątkowa kategoria kotów, a mianowicie koty, które z jednej strony rządzą internetem, ale z drugiej występują także w naturalnym środowisku poza nim w nieco bardziej namacalnej formie. I nie chodzi mi tu ani o resztki nieodżałowanego Fatso złożone pod wyjątkowo dorodną jabłonką prawie trzy dekady temu, ani o pikselowy wir, który uformował istotę i wprawił w ruch kosmiczną kocią grzankę. Chodzi o świat rzeczywisty, który chyba nie ma żadnej dodatkowej nazwy pozwalającej odróżnić go od światów mniej rzeczywistych, więc podkreślę, że chodzi o ten najbardziej rzeczywisty ze światów. Jeśli ktoś nadal nie rozumie, mam opis sytuacji, który pewnie w jakiś sposób wyda się znajomy — chodzi o ten świat, z którym się stykacie po wyjściu ze swojej piwnicy. Nadal nic? Cóż, mówi się trudno, warto było spróbować. Moving on — w tym najbardziej rzeczywistym świecie żyją rzeczywiste koty — mają miękkie futerko i ostre futerko, w wolnym czasie wskakują na choinki i kontestują decyzje życiowe innych istot żywych. Bywa, że te właśnie koty, same z siebie, całkiem naturalnie zwijają się w taki koci nibykłębek czy raczej podwijają ogon i nogi pod siebie, tak że kształtem przypominają bochenek chleba. To bezsprzecznie jedna z ich najfajniejszych funkcji.

Opublikowano

51. Odśnieżanie w trakcie śnieżycy

99 najfajniejszych rzeczy

51. Odśnieżanie w trakcie śnieżycy, grabienie liści w trakcie wichury

Ludzie z reguły nie lubią odśnieżać czy grabić liści. Traktują to jako przykry obowiązek — „bo jak przyjdą roztopy to nam piwnicę zaleje”, „przejść się nie da”, „co powiedzą sąsiedzi”, „zgniją te liście przez zimę i tyle będzie z dbania o trawnik przez całe lato”. Wykonują te czynności machinalnie, odkładają je na ostatnią chwilę, a kończy się tak, że potykają się o grabie, robi się ciemno i zaczyna srogo padać. A tymczasem odśnieżanie czy grabienie trawnika może być wypełnieniem warunków idealnego dopasowania. No chyba, że akurat srogo śnieży lub potwornie wieje. Śnieg wszystko zasypie, zanim zdążymy uwinąć się z podjazdem, a na zagrabienie liści w równy stos nie ma najmniejszych szans. Syzyfowa praca. Najgorzej. Chyba że potraktujemy rzecz jako paradoksalną grę, heroiczną walkę z szalejącym żywiołem w obronie suwerenności podjazdu i trawnika! Wtedy może być najlepiej, a przynajmniej najfajniej. Ja kiedyś po takiej zabawie nabawiłem się srogiego zapalenia oskrzeli. I tak było warto!

Opublikowano

Upiorny twist

twist-600x400

Nie wybieram się dzisiaj co prawda w tournee po okolicy, by dręczyć niczemu winnych ludzi prośbami o cukierki, ale myślę, że nie pogardzę seansem jakiegoś prawdziwie upiornego filmu. By jednak wcześniej wprawić się w nastrój, na łamach Soulbowl.pl przygotowałem odpowiednio upiorną muzyczną selekcję w kształcie 10 hajlatów i 30 wcale nie gorszych niehajlajtów.


10. G-Eazy featuring Jeremih, „Saw It Coming”

„Ghostbusters” Raya Parkera Jra nie da się niczym zastąpić, więc nazywanie „Saw It Coming” promującego tegoroczny remake Pogromców duchów następcą legendarnego motywu byłoby srogim nadużyciem. Nie zmienia to jednak faktu, że „Saw It Coming” to kawałek solidnego radiowego popu z obłędnym refrenem Jeremiha mocno nawiązującym do R&B w stylu późnego Michaela Jacksona. Na pytanie „Who you gonna call?” G-Eazy i Jermih odpowiadają „I bet you never saw it coming” — i rzeczywiście mają rację.

*

9. Gnarls Barkley, „The Boogie Monster”

Aloe Blacc ma dolara w kieszeni, a Cee Lo Green — potwora w szafie, przynajmniej jeśli wierzyć deklaracjom z refrenów ich piosenek. Danger Mouse od zawsze lubował się w serwowaniu mrocznych motywów w gęstych aranżach — z jednej strony mocno osadzonych na hip-hopowych fundamentach, z drugiej zaś bezsprzecznie czerpiących z upiornego twistu lat 60. Jednym z kulminacyjnych momentów tego chwytliwego stylu był wydany w 2006 roku krążek St. Elsewhere, na którym wespół z Cee Lo z retrosoulu i oldschoolowego funku wyczarowali prawdziwie diaboliczne muzyczne przedstawienie.

*

8. Gorillaz featuring Del the Funky Homosapien, „Clint Eastwood”

Czy tylko ja nigdy nie wierzyłem Damonowi Albarnowi śpiewającemu w „Clint Eastwood” apatycznym głosem, że jest szczęśliwy i ma torbę pełną promieni słonecznych? Moją niepewność potęgował przeraźliwy syntezatorowy motyw wybijający się raz po raz ponad klasyczny triphopowy bit. Sytuacji nie poprawiał też Del the Funky Homosapien, który charyzmatycznymi (czyt. demonicznymi w nieco kreskówkowy sposób) zwrotkami doskonale dopełnia hipnotyczny refren Albarna.

*

7. Nosowska, „Puk puk”

Jeśli sądziliście, że w polskiej muzyce nie mieliśmy swoich własnych upiornych momentów, to najwyższy czas zweryfikować ten pogląd. Tytułowy utwór z wydanego przed 20-ma laty triphopowego debiutu Kasi Nosowskiej mógłby służyć za model, jak zręcznie budować grozę w muzyce pop. Mamy plemiennie pulsujący bit, wiatr wygwizdujący na skraju fałszu straszliwą melodię i opartą na na pomyśle z filmu Dzieco Rosemary porażającą kołysankę. Atmosfery horroru dopełniają szczere wyznania Nosowskiej, która nie ukrywa tego, że jest przerażona i nie zawaha się wciągnąć słuchacza do swego pogrążonego w mroku świata.

*

6. OutKast featuring Killer Mike, „Bust”

W dyskografii OutKast można by co prawda znaleźć kilka utworów bardziej bezpośrednio tekstowo nawiązujących do Halloween — z humorystycznie traktującym o problemach matrymonialnych najsłynniejszego wampira w historii „Dracula’s Wedding” na czele. Ze świecą szukać natomiast piosenki dorównującej „Bust” z wydanego w 2003 roku Speakerboxxx/The Love Below szeroko pojętą upiornością na poziomie aranżacji. Zanim na dobre zrywa się potworna nawałnica Big Boi ostrzega, że siódma pieczęć właśnie została zerwana, a duchy i gobliny błądzą wolno po Ziemi. Część z nich zaangażował zresztą najpewniej do majakowego chóru przyprawiającego żywych o dreszcze przez cały burzliwy przebieg utworu.

*

5. Screamin’ Jay Hawkins, „I Put a Spell on You”

VooDoo D’Angelo może i czarowało słuchaczy, ale z prawdziwym voodoo miało niewątpliwie niewiele wspólnego. W tym kontekście dużo większą moc mają zaklęcia rzucane przez Jaya Hawkinsa w klasycznym „I Put a Spell on You”, które doczekało się bezliku coverów i do dziś pozostaje adekwatnym elementem zachodniej popkultury. Żadna z reinterpretacji nie dorównywała jednak ekspresją wydanemu w listopadzie 1956 roku oryginałowi. Ta niesławna bluesowa ballada zapewniła nieznanemu wcześniej szerszej publiczności Hawkinsowi nieśmiertelność i dołożyła swoje trzy grosze do mojej upiornej plejlisty.

*

4. Nick Cave & The Bad Seeds, „Red Right Hand”

Także Nick Cave zbudował jeden ze swoich gotyckich przebojów na bazie upiornego twistu i złowrogo dmiącego w tle wiatru. Pierwotnie wydane w 1994 roku na płycie Let Love In „Red Right Hand” dwa lata później nie bez powodu zostało wybrane jako temat sagi filmowej Krzyk. Cave jednak nie krzyczy — jako narrator oszczędnie dozuje emocje w historii, która bierze swój tytuł z poematu łączonego niegdyś z satanizmem Johna Miltona, ale rozwija się co najmniej jak opowiadanie Stephena Kinga.

*

3. The Weeknd, „House of Balloons”/”Glass Table Girls”

„House of Balloons”/”Glass Table Girls” podwójny hajlajt z debiutanckiego mikstejpu The Weeknd brzmi może bardziej jak bliskie spotkanie trzeciego stopnia z istotami pozaziemskimi, aniżeli z wesołym diabłem, ale bardzo trudno odmówić mu przepełnionego ciemną materią gęstego klimatu, kóry można by ciąć nożem. Po części dlatego, że muzyk pożyczył potwornie przebojowy refren od Siouxsie & The Banshees, ale także dzięki wkładowi własnemu — okalającym melodię mrocznym syntezatorom i zdumiewająco przestrzennej produkcji.

*

2. Run the Jewels, „Oh My Darling Don’t Meow (Just Blaze Remix)”

Po zeszłorocznej premierze kociego arcydzieła nic nie będzie już takie samo. Nie duchy, wampiry czy zombie, a koty stoją za mrocznym i psychotycznym brzmieniem Meow the Jewels. Kocia paranoja jest zresztą ewidentnym lajtmotiwem hitowego „Oh My Darling Don’t Meow” w znakomitym remiksie Just Blaze’a, który dzięki zaprzęgnięciu w bit hipnotycznych kocich sampli wykreował klimat grozy niczym nieustępujący „Thrillerowi” Michaela Jacksona.

*

1. Michael Jackson, „Thriller”

Nastoletnie uwielbienie klasycznego kina grozy, fascynacja nieprzeniknionymi, strasznymi, tajemniczymi historiami to punkt wyjścia do koncepcyjnego przeboju Michaela Jacksona — być może najbardziej utytułowanej okołohalloweenowej piosenki w historii muzyki popularnej. Jackson z Rodem Tempertonem zawarli w niej bowiem typową dla amerykańskich slasherów naiwność, a ejtisowe syntezatory połączone z galerią klasycznych dźwiękowych efektów — od wyjącego psa po skrzypiące drzwi — dodały do utworu odrobinę nieodzownego w tym wypadku kiczu. Całości dopełnił niezastąpiony mistrz horroru Vincent Price w roli narratora, którego głos przyprawiać może o ciarki. Panie, panowie, prawdziwy thriller!


Opublikowano

52. Zanurzanie ręki głęboko w ziarnie

99 najfajniejszych rzeczy

52. Zanurzanie ręki głęboko w ziarnie

Ręka na zdjęciu powyżej nie należy może do szczególnie głęboko zanurzonych w ziarnie, a to i tak najlepsza fotografia, jaką podarował mi na tę okoliczność pan internet. Ale da się to jak najbardziej wytłumaczyć. Kto bowiem myślałby o fotografowaniu swojej ręki zanurzonej głęboko w ziarnie podczas zanurzania jej głęboko w ziarnie, chyba nigdy nie zanurzał ręki głęboko w ziarnie. A to przeżycie nadzwyczajne, doznanie z rodzaju tych niezapomnianych, które pamięta się przez całe życie. Zazwyczaj nieśmiało (i nieświadomie tego, co może czaić się w ziarnie) realizowane w dzieciństwie podczas wakacji u babci czy cioci na wsi. Dorosłym nie wypada zanurzać ręki w czyimś ziarnie. Za dużo jest tu przeszkód związanych z, powiedzmy, etykietą. Zastanawia mnie natomiast jak wiele osób obecnie na świecie posiada w swoich domach worki z ziarnem, tylko po to, by móc w dowolnej chwili głęboko zanurzyć w nich ręce.

Opublikowano

53. Wskakiwanie na krawężnik

99 najfajniejszych rzeczy

53. Wskakiwanie na krawężnik

Z pierwszej (jeszcze licealnej) lektury Dżumy Alberta Camusa zapamiętałem tylko jeden, wydawałoby się, niepozorny szczegół, a mianowicie, że dr Bernard Rieux, główny bohater powieści, przechodząc przez ulicę, „lekko wskakiwał na krawężnik”. Do książki wróciłem oczywiście jeszcze później na fali fascynacji twórczością Camusa i tylko utwierdziłem się, że owa drobnostka nie była ani niepozorna, ani nieistotna (pomimo tego, że nie stanowiła sedna powieści) — była natomiast fajna w sposób trudny do umotywowania i składnego ujęcia. Niemniej jednak właśnie dzięki takim szczegółom (a także wielu wielkim rzeczom, ale przede wszystkim jednak dzięki szczegółom) Rieux nie dało się nie polubić. Od lat moim pierwszym skojarzeniem z Dżumą (ale też zupełnie pospolitą, na szczęście obecnie już jakby mniej, dżumą) jest nie tyle obraz zbierającej śmiertelne żniwo zarazy, ale przebiegający przez orańską ulicę dr Rieux lekko wskakujący na krawężnik.