Opublikowano

błękitne niebo jaskini

ja

dłonie siergieja obrazcowa

niepewnie i po cichu
naszkicowałem bezbarwną kredą własny portret

w przybranym niedbale czernią dostojnym gmachu
nieopatrznie zacząłem łączyć ze sobą w kontur rozsiane po salach, korytarzach, uliczkach i zakamarkach kropki
— białe i czerwone plamy na pogniecionym trenie okrywającym owy gmach

stanąłem zasnuty
ukłuty nagłą refleksją
złapany w pokornej ciszy

kropek wciąż przybywało,
a czym dłużej im się przyglądałem, tym bardziej bezbarwny kontur pęczniał wydatną czerwienią
jego rys raptownie ożył, a ja zamarłem

Opublikowano

2018

2018

jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz — każde kolejne muzyczne podsumowanie roku utwierdza mnie w tym przekonaniu; niby to oczywiste, ale nazbyt często odpowiedzialnością za to, że muzyka nie sprawiała słuchaczowi w danej chwili przyjemności, jakiej oczekiwał, ten obarcza twórców; nie własne braki: umiejętności dokonywania satysfakcjonujących wyborów (a to, jak wszyscy wiemy, rzeczywiście w ostatnich latach trochę się skomplikowało), chęci wyjścia poza strefę komfortu (która paradoksalnie przez zasiedzenie może zmienić się w strefę dyskomfortu), wyostrzonej krytycznej percepcji, wreszcie empatii i inteligencji emocjonalnej; winna jest muzyka, która kiedyś ekscytowała, angażowała, pobudzała z niezrównaną siłą; winne były najpierw: syntezatory, które zabiły żywe instrumenty, później autotune, który zdusił emocje, a ostatnio jeszcze trap, który zniszczył rytmikę

mnie jednak w tych mimowolnie i trochę bezrefleksyjnie wyrzucanych z siebie tyradach frapuje nie brak samoświadomości, ale moja własna świadomość — na temat ewolucji nie tyle stylów i brzmień, co gustów i podejść; wartości w recenzji szukam raczej między wierszami — w osobistych doświadczeniach samoczynnie narzucających kolejne skojarzenia, inspirujących wtrącenia, prowadzących myśli, wyzwalających ciągi przyczynowo-skutkowe, pozwalających przewidywać i wyciągnąć wnioski; w tej fascynującej, a marginalizowanej na co dzień zależności drzemie przecież istota popkultury — wcale nie mniej niż w samym akcie tworzenia dzieła; ale nie chodzi mi w tym wszystkim o nobilitację recenzji — bardziej o transpozycję istoty własnych przymiarek do pisania i mówienia o muzyce; przejrzałem ostatnio pobieżnie własne podsumowania minionych lat, z których pierwsze powstało przed dziesięcioma laty; wcale nie zdziwiło mnie to, że do części wyróżnionych pozycji właściwie już nie wracam — z każdym kolejnym rokiem liczyłem się z tym coraz bardziej, nie to jest bowiem istotą tego typu zestawień; zafrasowało mnie natomiast to, że wiele z tamtych wyborów nie przetrwało próby czasu, a sama kolejność (element niewątpliwie nastręczający rokrocznie największych problemów) wydała się cokolwiek chaotyczna

ale jakkolwiek trudno mi teraz przywołać i poddać ocenie moje ówczesne motywacje, jestem w stanie w miarę na trzeźwo oszacować moje tegoroczne przemyślenia i wątpliwości; wiem zatem, że childqueen kadhji bonet jest już dziś rzeczą w kontekście historii muzyki soul unikalną i ponadczasową, której brzmieniu i statusowi nie jest w stanie zagrozić żadna przyszła wolta stylistyczna; nie jestem pewien natomiast, jak próbę czasu przetrwa najświeższy tegoroczny mariaż gatunkowy — r&b-popu i nuevo flamenco na el mal querer rosalíi; czy jego esencja — kreacja wynikająca w dużej mierze jednak z estetyki chwili — nie zostanie utrwalona jedynie w rozkawałkowanej na potrzeby plejlist formie (podobnie jak stało się to z płytami cytowanego przez nią justina timberlake’a) — to już ocenić trudno; ale czy zadawanie tego typu pytań jest w ogóle zasadne w kontekście kondycji muzyki w 2019 roku?

koniec końców wybrałem 40 najciekawszych moim zdaniem płyt 2018 roku — zgodnie z własnym poczuciem estetyki, kontekstem wydawniczym minionych przynajmniej 11 lat i naczelną morriseyowską zasadą, że muzyka, której słucham, powinna mówić mi coś o mnie samym; dodatkowo w ramach suplementu wyróżniłem 35 utworów, w dużej mierze z płyt, które nie trafiły do podsumowania (ale są od tego odstępstwa), spośród których pierwszą dziesiątkę całkiem swobodnie udało mi się uszeregować i pokrótce uzasadnić

2018

— suplement (alfabetycznie)

„always remember us this way”, lady gaga
„anna wintour”, azealia banks
„beat quest”, thee oh sees
„bless ur heart”, serpentwithfeet
„despite repeated warnings”, paul mccartney
„dvd”, mlodyskiny x schafter
„dzisiaj jeszcze tańczę”, wczasy
„favorite”, leon thomas, buddy
„hobby horse”, gazelle twin
„make me feel”, janelle monáe
„malamente”, rosalía
„natural skin deep”, neneh cherry
„new light”, john mayer
„nice for what”, drake
„nobody”, mitski
„one step ahead”, cécile mclorin salvant
„rain”, ty segall
„reach hi”, tirzah
„romana”, clau aniz, renan ramos
„rumba y bomba de dolores flores”, niño de elche
„tenderheaded”, cam o’bi, smino
„teu popô”, hodari
„thank u, next”, ariana grande
„throwback”, jim james
„touch in mine”, esperanza spalding

2018

10. „i woke up in a fucked-up america”, lonnie holley

najmocniejszy muzyczny piosenkowy manifest roku, ku przestrodze marzycielom

2018

9. „inkhenmet’s journey to the city of harmony”, diggs duke

duke zamyka jazzowe dęciaki i mroczną elektronikę w spektrum produkcyjnym instrumentalnego hip hopu, by przy pomocy dźwięku opowiedzieć staroegipską przypowieść

2018

8. „insane”, madison mcferrin

bose szaleństwo, słoneczna oda do buzujących zmysłów i obezwładniającego pożądania i kameralny showcase czystego talentu zarazem

2018

7. „is he strange”, john grant

grant pokazuje prawdziwy potencjał na kanwie syntezatorowej post-eltonowskiej ballady o odmienności

2018

6. „samaritans”, idles

zaangażowany punk przeciwko kultowi toksycznej męskości w intensywnym i emocjonalnym protest songu

2018

5. „this is america”, childish gambino

zuchwale pożycza refren od prince’a ze społecznie zaangażowanymi melorecytowanymi zwrotkami w stylu scotta herona na trapowym bicie, by przy pomocy popowych środków przedstawić kondycję współczesnej ameryki

2018

4. „haha no one can hear you!”, gallant

instant classic; definicja jakościowego ponadczasowego r&b — gallant nie ucieka się do sampli i sam tworzy oba splatające się ze sobą plany melodyczne

2018

3. „sticky”, ravyn lenae

na oldschoolowym bicie lacy’ego lenae miesza triki wokalne aaliyah, kate bush i eryki badu, by stworzyć najbardziej bujający numer roku zwieńczony refrenem równie powabnym co groteskowym

2018

2. „de aquí no sales”, rosalía

flamenco nuevo spotyka „gasolinę” daddy’ego yankee w wydaniu glitchowego field recordingu

2018

1. „don’t judge me”, janelle monáe

najszczersze piosenkowe wyznanie roku osadzone na solidnym soulowym fundamencie na zgliszczach metropolis z duchem syntezatorowego prince’a i wonderowską wrażliwością jako budulcem

2018

2018

40. ambrose akinmusire origami harvest

akinmusire zawraca ze ścieżki klasycznego amerykańskiego post-bopu ku bardziej europejskiej muzyce kameralnej, w czym pomagają mu muzycy z mivos quartet; w roli narratora obsadza rapowego outsidera kool a.d., który jest jednocześnie głosem z offu i głosem z wnętrza, narratorem i bohaterem, jest obecny, ale iluzorycznie, mówi, ale niedopowiedzeniami; to w połączeniu z wykonawczą i kompozycyjną wirtuozerią, politycznym przesłaniem, niecodzienną wrażliwością i nieoczywistą rapową narracją, kreśli kompetentny jazzowy portret współczesnej ameryki (♪ „a blooming bloodfruit in a hoodie”)

2018

39. lonnie holley mith

holley z właściwą sobie ekspresją, w formie gdzieś między waitsowską quasimelodyjnością a heronowską deklamacją, miesza słoniowaty parasol odcieni freakowego soulu z eksperymentalnym jazzem, który raz szuka źródła natchnienia w afroamerykańskiej muzyce ludowej i początkach gospel, innym uderza w te same post-minimalistyczne rejestry, które zbudowały uniwersum muzyczne colina stetsona, jeszcze później wije się wraz z psychodeliczną elektroniką, koniec końców wymykając się klasyfikacjom gatunkowym, ale uwodząc charyzmą i bezkompromisowością (♪ „i woke up in a fucked-up america”)

2018

38. imaabs discretización

po zeszłorocznym flircie z popową kali mutsą imaabs kroczy pewnie po śladach arki; brakuje mu przejmującego wymiaru osobistego, który zdehumanizowaną elektronikę uczynił bardzo człowieczą, ale na polu dźwiękowych pejzaży jego wizja fuzji muzyki latynoskiej i klubowej dekonstrukcji nie ustępuje arce miejsca (♪ „border”)

2018

37. marlon williams make way for love

marlon williams pojawia się tu z tęsknoty po tym, jak nie urzeczywistnił się nam na tegorocznym offie przez komunikacyjny paraliż związany z tour de pologne; tymczasem nieślubny nowozelandzki syn roya orbisona i chrisa isaaka wykroił fantastyczne countrujące epitafium dla miłości, która według tego przesiąkniętego czernią zarówno na poziomie brzmienia, jak i warstwy fabularnej krążka jest z założenia fatalnym pomysłem (♪ „what’s chasing you”)

2018

36. c418 excursions

c418 znacząco oddala się od hołubionych impresjonistycznych minecraftowych soundtracków, ale i tak zostaje moim tegorocznym zwycięzcą w kategorii muzyka do oddychania — z wyczuciem łączy ambientowe pejzaże z nieco oldschoolowym, ale witalnie i naturalnie rozwijającym się progresywnym house’m (♪ „figure 8”)

2018

35. rf shannon trickster blues

drugie podejście shannona do onirycznej slowcore’owej americany to konsekwentny stylistycznie powrót do 90sowej psychodelii spod znaku mazzy star; raczej stosowny soundtrack do czynienia odprężających ucieczek w głąb siebie niż przełomowy gatunkowy mariaż (♪ „tooth ache”)

2018

34. kelman duran 13th month

świadomego rozkładu reggaetonu ciąg dalszy — tym razem duran idzie o krok dalej i swój tegoroczny krążek buduje nie wokół osnutych mumblecore’m chwytliwych sampli, ale progresywnie rozwijających się kilkunastominutowych kompozycji wybiegających dalece poza klubowo-seksualny kontekst gatunku (♪ „club 664b”)

2018

33. sega bodega self*care

stylistyczny pomost pomiędzy zdekonstruowanym bubblegum bassem a zrekonstruowanym arcą (♪ „cowgirl”)

2018

32. troye sivan bloom

sivan pożycza pomysły na siebie od franka oceana i z 1989 taylor swift — kiedy trzeba jest niezobowiązujący i chwytliwy, ale pod maską gwiazdy wielkoformatowego popu potrafi być refleksyjny i intymny; pokrzepiający dowód na to, że nie trzeba było ani kopiować biebera, ani uciekać w trappop, żeby być w 2018 roku adekwatnym komercyjnie (♪ „animal”)

2018

31. brad mehldau after bach

najciekawszy projekt mehldau’a od niemal dekady to oryginalne studium bachowskie zestawiające preludia i fugi barokowego mistrza z autorskimi impresjami współczesnego pianisty na ich temat; mehldau od popularnego paradygmatu muzyki post-bachowskiej skrupulatnie dochodzi do własnego sygnaturowego stylu grania, który w bezpośrednim zestawieniu z bachem zyskuje nieco frahmowski wymiar; koniec końców fortepianowe technikalia ustępują miejsca odczuciom ciepła i harmonii (♪ „after bach: rondo”)

2018

30. dominique a toute latitude

dominique a z powodzeniem na nowo odkrywa stylistykę minimalistycznie plumkającego la fossette sprzed ponad ćwierć wieku; tradycyjny anturaż szansonisty zastępuje ponownie zimnymi syntezatorami, które paradoksalnie nadają jego utworom nawet większej emocjonalnej głębi (♪ „la clairière”)

2018

29. lindi ortega liberty

klasyczny koncept kowbojskich opowieści zamkniętych w postaci albumu country zaliczył w tym roku znakomity feministyczny twist — liberty lindi ortegi miesza gotyckie inklinacje gatunku z melodramatycznym klimatem spaghetti westernów spod ręki ennio morricone; rezultat jest równie ambitny, co efektowny (♪ „the comeback kid”)

2018

28. elvis costello & the imposters look now

nie przypuszczałem, że zjednoczenie po 10-ciu latach wiekowego już przecież costello z jego ostatnim składem the imposters będzie w stanie obudzić w nim młodzieńczego ducha, a tymczasem na look now ten uaktywnił się nie tylko w ekspresji wokalnej, ale i płomiennym songwritingu; to tradycyjnie napisany, zaaranżowany i wykonany poprockowy krążek, ale costello zmartwychwstał i z niedowierzaniem donoszę, że brzmi zupełnie tak, jak w najlepszych momentach jego opasłej dyskografii (♪ „the unwanted number”)

2018

27. caitlyn smith starfire

powrót do klasycznego gwiazdorskiego country z wystawnie zaaranżowanymi powerballadami i inkrustowanymi cekinami kostiumami, który nie udał się w zeszłym roku miley cyrus, kilka miesięcy później stał się udziałem utalentowanej piosenkarki i songwriterki caitlyn smith; stało się to co prawda zupełnie poza głównym nurtem, ale starfire jest pierwszorzędną romantyczną celebracją karier elvisa presleya, dolly parton czy dixie chicks — podobną tej z nowej wersji filmu narodziny gwiazdy z nawet lepszymi piosenkami (♪ „this town is killing me”)

2018

26. richard devine sort\lave

idm-owy edgar varèse (♪ „microscopium recurse”)

2018

25. makaya mccraven universal beings

mccraven idzie pod prąd współczesnym tendencjom do wykorzystywania jazzu jako języka; tym samym universal beings to płyta, która po prostu jest jazzem — na wiele różnych sposobów i w rozmaitych odsłonach — w czterech różnych przestrzeniach z czterema różnymi składami na czterech stronach płyty; samozwańczy beatowy naukowiec, perkusista i mózg całego projektu skroił tę płytę bezbłędnie pod nasz czas — nie tylko można podzielić ją na mniejsze, kieszonkowe części, ale rzecz cechuje lekki, sunący groove — wynik przemyślanej inspiracji hip hopem — tym większym niż religia, czy większym niż jazz? (♪ „atlantic black”)

2018

24. lucky daye i

debiutancka epka lucky’ego daye’a daje nadzieję na rychłe duże nowe otwarcie na scenie r&b; na małym krążku zręcznie przetwarza inspiracje klasycznym soulem na prawidła alt r&b, skutecznie unikając paradygmatu ocean-weeknd-mars (♪ „roll some mo”)

2018

23. let’s eat grandma i’m all ears

tak brzmiałby popowy album knowera i julii holter; let’s eat grandma pijane syntezatorowymi latami 80., k-popowymi teledyskami i mikstejpami charli xcx buńczucznie forsują swoją wizję współczesnego popu jako whiteboardu pomazanego z pasją wszystkimi kolorami tęczy; tak powinno było grać radio w 2018 roku (♪ „hot pink”)

2018

22. 青葉市子 qp

na kolejnej płycie z konsekwentnie pastelową okładką aoba znów robi to, co robi najlepiej, i znów robi to najlepiej; z akompaniamentem gitary akustycznej śpiewa piękne proste piosenki; jest kojąca, eteryczna, oniryczna, ciepła, melancholijna i melodyjna, bo jej songwriting jest ponadczasowy, ponadkulturowy i zwykle najwyższej próby (♪ 「水辺の妖精」)

2018

21. jpegmafia veteran

najbardziej plastyczny hiphopowy krążek roku; z deathgripsowym zacięciem i trapowym anturażem (♪ „baby i’m bleeding”)

2018

20. danish string quartet prism i

muzyki klasycznej słucha się w nieco innym kontekście czasowym nieprzystającym do końca do rocznego cyklu wydawniczego — zwłaszcza nowe wykonania dzieł dawnych mistrzów nie dają się w prosty sposób zestawić z obecnymi trendami w muzyce popularnej; stoją do niej w opozycji w każdym niemal wymiarze, ale właśnie dzięki temu mogą stanowić też nań odtrutkę albo przynajmniej pełnić rolę swoistej kontrolki w uniwersum „tu i teraz” wskazującej jako realną alternatywę uniwersalizm i ponadczasowość; na tej zasadzie, ja, niedzielny słuchacz muzyki klasycznej o holistycznym podejściu do muzyki w ogóle wracam do fantastycznie zestawione przez duński zespół kwartety smyczkowe ulubionego szostakowicza i odkrywanego dopiero, powoli, ale ze szczerą gorliwością, kameralnego beethovena; prism i ma swój własny kontekst zamknięty między świeżym pomysłem na linię dyskograficzną a owacjami krytyki nad kunsztem wykonawczym grupy; beethoven, szostakowicz, bach mają swoje własne konteksty; współczesny rynek muzyczny ma, to zestawienie i w końcu moje własne nawyki muzyczne też; i niezależnie od tego wszystkiego, prism zupełnie naturalnie wpisało się w moje widzenie tego, czego warto słuchać na początku 2019, a także znakomity punkt zaczepienia dla naszkicowanych we wstępie rozważań

2018

19. ben lamar gay downtown castles can never block the sun

szaleństwo może być i na tej płycie jest metodą; lamar nie uznaje gatunkowych tabu i świetnie się przy tym bawi, podobnie jak przed trzema laty charles barabé (♪ „music for 18 hairdressers: braids & fractals”)

2018

18. george clanton slide

w czasie, kiedy indie nie jest już znakiem czasu, a wykonawcy, którzy jeszcze kilka lat temu samą swoją obecnością napędzali scenę, dziś po raz kolejny przetwarzają swoje stare pomysły, clanton zbiera do kupy hypnagogiczny popik ariela, chillout toro, onirykę beach house, gejzy mbv i psychodelię pandy i nagrywa witalną, świeżą i przebojową płytę, którą, gdyby nie singer-songwriterskie ciągoty, chciałby zrobić mac demarco; clanton nie ma recepty na sukces dla umierającej sceny, slide nie jest żadnym nowym otwarciem, a jedynie z wyczuciem zbiera w całość wszystko to, co najlepsze przytrafiło jej się w ostatniej dekadzie (♪ „dumb”)

2018

17. cero poly life multi soul

bez wątpienia najlepsza inkarnacja ducha popu w stylu shibuya-kei tej dekady; cero wychodzi co prawda z innego stylistycznego paradygmatu, bo u ich podstaw leży klasyczny japoński city pop z soulowo-jazzowo-rockowymi inklinacjami, ale na poly life multi soul dzięki progresywnemu podejściu z powodzeniem poszerzyli wachlarz muzycznych inspiracji o nieskrępowaną, choć subtelnie akcentowaną retromanię, na swój własny sposób wypełniając tym samym lukę stylistyczną pomiędzy flipper’s guitar a fishmans (♪ „レテの子”)

2018

16. the innocence mission sun on the square

urokliwe piosenki w pełnym tych słów znaczeniu — proste w staroświecki sposób, nigdy nie prostackie, kunsztownie zaaranżowane z wyczuciem i uczuciem przy pomocy kameralnych środków; trochę tak, jak gdyby joannę newsom odarto z jej misternie wykoncypowanych konstrukcji formalnych, usadzono bosą na środku skromnej izby gdzieś na francuskiej prowincji i kazano śpiewać z serca do akompaniamentu lokalnych muzyków; jest w tym sporo naiwnej szczerości, ale jest i smutek, i mrok — wszystko to prostolinijnie wyraża głos wokalistki, ale też aranżacje i same piosenki; grupa istnieje dłużej, niż ja żyję, ale to moje pierwsze z nimi spotkanie — równie naiwne i szczere (♪ „green bus”)

2018

15. gas rausch

słyszałem, że to już ten moment, że za miłość do nowej inkarnacji gasa należy przepraszać fanatyków jego klasycznego materiału; nic na to nie poradzę i nadal nie rozgryzłem do końca dlaczego, ale ten typ niezmiennie robi mi najlepiej — i niech to będzie moje oficjalne stanowisko w tej debacie (♪ „rausch 3”)

2018

14. melody’s echo chamber bon voyage

żywiołowa fuzja archetypowego francuskiego popu z bujną neo-psychodelią; pełna przygód przeprawa przez czarowne krainy mieszające w konwencji low fantasy nasz świat z innymi, które być może istnieją tylko w naszych wizjach czy snach; jest w tym coś bardzo anachronicznego, ale na tyle żywego, że potrafi z powodzeniem przejąć kontrolę nad naszym tu i teraz, by nadać mu odcień pulsującej fantazyjnie magenty (♪ „visions of someone special, on a wall of reflections”)

2018

13. daughters you won’t get what you want

nie jestem miłośnikiem daughters i z dużą rezerwą podszedłem do owczego pędu, który wystąpił w sieci wkrótce po premierze you won’t get what you want — a jednak to jedna z tych płyt, których nie da się zbyć, przy których posturze głosy protestu więdną pokornie — szybko zwiądł więc i mój; daughters mają tu niewątpliwie coś ze swansów, co musiało zahipnotyzować rzesze (w tym i mnie), ale podłoże tego dysonantycznego i gniewnego krążka sięga arcydzieła eksperymentalnego punku w postaci debiutu the pop group z 1979 roku (♪ „satan in the wait”)

2018

12. armand hammer paraffin

jeśli daughters na swój sposób wypełnili w tym roku lukę wydawniczą po swans, to armand hammer uplasowali się w tym samym miejscu, które od 2013 roku regularnie zajmowali run the jewels; to oczywiście uproszczenie na skraju nadużycia, bo choć billy woods na mrocznych, eksperymentalnych bitach elucida brzmi równie bezkompromisowo, jak gniewny killer mike z produkcyjnym zapleczem el-p, woods zawsze miał w sobie coś nieporównywalnie bardziej złożonego, mrocznego i tajemniczego niż mike (który jakkolwiek jest rewelacyjnym raperem, zawsze będzie miał tę cechę zabawnego wujka z pokręconych wersów u outkast); ale tak jak mike potrzebował el-p, żeby móc uwolnić swój potencjał, tak woods potrzebował elucida; a ich synergia, która jeszcze nie do końca związała się rok wcześniej na rome, na paraffin uderzyła z niesamowitą siłą; błyskotliwy, gęsty, bezkompromisowy hip hop (♪ „hunter”)

2018

11. leon vynehall nothing is still

jest część mnie, która nadal tęskni za plastycznym i elokwentnym vynehallem z tanecznego music for the uninvited, ale w opozycji do tej tęsknoty stoi jego nowa odsłona, która osiąga zupełnie inne cele przy pomocy zupełnie innych środków, a okazała się równie ujmująca i zajmująca; u źródła nothing is still mamy już nie house, a ambient, który plącze się swobodnie gdzieś pomiędzy odcieniami muzyki elektronicznej, klasycznej i jazzu; o ile uninvited było przepisem na domówkę, jeśli akurat nikt nas nie wyciągnął na dobre balety, o tyle nothing jest przepisem na wieczór, kiedy ostatnim na co mamy ochotę, są dobre balety; vynehall niekoniecznie utuli kogokolwiek do snu, bo stałym elementem jego pejzaży, choćby najbardziej eterycznych i powściągliwych, jest pierwiastek niepokoju; beztroskę rozbija refleksja (♪ „english oak”)

2018

10. eli keszler stadium

muzyka elektroakustyczna w komforcie kompromisowego, chilloutowego wręcz mariażu z tkanką okołojazzową — nigdy nie byłem ortodoksyjnym słuchaczem muzyki improwizowanej czy eksperymentalnej, miałem kiedyś takie zakusy, ale na szczęście ustąpiły przed zdrowym rozsądkiem nim stałem się jednym z tych chłopców w rurkach deklarujących z przekonaniem, że słuchają tylko onkyo (z przypowieści o chłopcach w rurkach deklarujących z przekonaniem, że słuchają tylko onkyo, którą lata temu ktoś mi sprzedał na przystanku autobusowym); ale to do mnie wróciło już przy pierwszym pobieżnych spotkaniu ze stadium, które realizuje zupełnie inne założenia estetyczne niż wszystkie te konceptualnie plumkające płyty; nowy keszler to muzyka, która gdzieś tam czaiła się już w tle ostatniej laurel halo, rzecz na swój sposób kojąca i stymulująca zarazem, zadziwiająca jednocześnie prostotą i złożonością, medytacyjną ambientowość przeciwstawiająca niespokojnie pędzącym perkusjonaliom; kolejne odsłuchy utwierdziły mnie i w tym, że to wcale nie muzyczna meblościanka, i że dobrze, że nie zostałem chłopcem od onkyo, bo wtedy mógłbym mimowolnie tak uznać (♪ „we live in pathetic temporal urgency”)

2018

9. the armed only love

tę katorżniczą cechę rozpościerającą się od rytmiki po ekspresję, która zwykle cechuje regularne mathcore’owe płyty, only love nie tyle wygładza, co porządkuje niespotykanym jak na te obszary stylistyczne groove’m; ściany hałasu potrafi umiejętnie równoważyć adekwatną melodyką; rezultat jest nietuzinkowy i magnetyzujący (♪ „on jupiter”)

2018

8. robyn honey

choć jestem miłośnikiem przebojowej lekkości, którą robyn konsekwentnie wprowadza do muzyki pop od czasu jej wielkiego nowego elektropopowego otwarcia w 2005 roku, przyznam, że przy okazji pierwszych zapowiedzi nieszczególnie wierzyłem w ten krążek; robyn potrafi robić świetne rzeczy, ale w ostatniej dekadzie sama uciekała od formatu płyty długogrającej, z jednej strony niepotrzebnie rozmieniając się na drobne, z drugiej skłaniając do zastanowienia się nad powodami takiego stanu rzeczy; tymczasem tam, skąd po cichu jakiś czas temu wycofała się annie, robyn nadal króluje; nie tylko wciąż z wyczuciem miesza pierwszorzędny pop z deephouse’owym sznytem, ale jej tegoroczny krążek demonstruje jednocześnie osobistą ewolucję i ponadczasowe brzmienie; jak zawsze u robyn robotyka miesza się ściśle z emocjami i nigdy nie wiadomo, czy pod koniec utworu będziemy tańczyć, czy płakać — najpewniej płakać, tańcząc (♪ „human being”)

2018

7. idles joy as an act of resistance

joy as an act of resistance to nie tylko piekielnie dobra punkowa płyta pełna znakomitych refrenów i niesamowitej energii potrafiącej jednoczyć ludzi, przekraczać granice, obalać mury, skrojona zarówno pod względem brzmienia, jak i poruszanej tematyki pod słuchacza z krwi i kości w 2018 roku z problemami 2018 roku i wrażliwością 2018 roku — nie żaden idealistyczny historiofilski bełt puszczony z tęsknoty za tym, że kiedyś to młodzi walczyli, umieli się postawić, a dziś marnują wieczory na play station, zamiast nadstawiać karku w imię ideałów swoich ojców; joy as an act of resistance to przede wszystkim piekielnie dobra punkowa płyta zespołu, któremu na mnie zależy, który nie jest obcy i daleki, który nie występuje z pozycji wielkiego artysty, który wie lepiej; to płyta, której słuchając, czuję się częścią idles, czuję, że to ja sam śpiewam o sobie i dla siebie, ale i o was i dla was, o nas i dla nas (♪ „television”)

2018

6. sophie oil of every pearl’s un-insides

jako fanboj poprzedniej odsłony sophie z początku nie byłem przekonany, jak czytać tę nową, ale przełożyła tu swoje własne doświadczenia na transformację muzyczną tak ściśle, że choćby ze względu na bagaż emocjonalny, nie dało się tej płyty zignorować; i love every person’s insides nie tylko wyciąga odrealnioną z założenia konstrukcję bubblegum bassu z jego cyfrowej strefy komfortu do prawdziwego świata, który musi nie tylko stać z nim w sprzeczności, ale stawiać mu oczywisty opór; to przede wszystkim zapis osobistej metamorfozy, rytuału przejścia, przepoczwarzenia, w centrum którego znajdziemy wielowymiarową dekonstrukcję plastiku zobrazowaną zestawieniem klasycznego bubblegum bassu z glitchowym, industrialnym wonky; sophie stapia się ze swoimi elektronicznymi kolażami z nie mniejszą wirtuozerią niż w zeszłym roku uczynił to arca; to esencja nowego popu, odrębny fascynujący dźwiękowy świat, transdźwiękowa odyseja kosmiczna, ale i jedno z tych dzieł sztuki, które przez osobistą perspektywę i artystyczne meritum są w stanie zmieniać percepcję spraw ważnych w wymiarze społecznym (♪ „whole new world/pretend world”)

2018

5. noname room 25

room 25 to piękne przedłużenie debiutanckiego mikstejpu noname — tamtych myśli i tamtej stylistyki; o ile jednak telefone stanowiło zamknięty i uporządkowany zapis okresu wyrastania z młodzieńczości, o tyle drugi album noname jest dojrzalszy i bardziej otwarty, i formalnie, i tematycznie; w centrum dalszym ciągu stoi sama noname i jej życie; punkt ciężkości płynnie przeniesiono jednak na room 25, tytułem jasno nawiązującym do kryzysu wieku młodego, z wyrastania z młodzieńczości na wchodzenie w dorosłość i poszukiwanie własnej tożsamości; najwyraźniejszą zmianą jest jednak okołohiphopowy produkcyjny anturaż — tam gdzie telefone rozpływało się w neo-soulu, room 25 zanurza się w jazzie; i czyni to równie wielowymiarowo; nie chodzi nawet o dobór odcieni jazzu, które stały się budulcem krążka, choć niewątpliwie też, ale o samą strukturę płyty zrealizowaną w zgodzie z regularnie przewijającym się w tekstach mottem artystki — „everything is everything”; ta muzyka żyje na wielu poziomach, wychodzi poza proste hiphopowe patenty, umyka linearnej narracji i pomimo tego, że bierze na warsztat sprawdzone, niekiedy wręcz klasyczne środki, zestawia je adekwatnie w świeżych konfiguracjach; nie ucieka od konwencji, ale nie popada w odtwórczość czy twórczy marazm; inspiruje się, by inspirować, czerpie z wielu konwencji, by naturalnie stworzyć własną (♪ „self”)

2018

4. 공중도둑 무너지기

k-pop trochę dla mnie umarł — amerykański sukces bts to jedynie potwierdzenie tego, że mainstream przejmuje niezalowe trendy w rozwodnionej formie i z ogromnym opóźnieniem; odsiecz przyszła niespodziewanie ze strony enigmatycznej jednoosobowej grupy co płytę zmieniającej aliasy — szybko okazało się, że pod innym płaszczem już przed trzema laty skroiła (wówczas zupełnie przegapiony) metafolkowy krążek; crumbling, które zapewniło artyście dotarcie do szerszej międzynarodowej publiczności to kontynuacja tamtych motywów i stylów, psychodeliczny folk najwyższej próby na miarę najlepszego okresu twórczości grizzly bear, ze względu na azjatyckie korzenie szeroko porównywany do kultowych fishmansów, przez równie rozmyte połączenia gatunkowe wymykające się utartym klasyfikacjom; aktualne, ale czerpiące swoją siłę rażenia z ponadczasowych wzorców estetycznych, złożone, ale nienachalne, mimo bariery językowej szczere i emocjonalne; wreszcie, wielokrotnie lepsze niż jakakolwiek k-popowa płyta, jakiej miałem okazję słuchać (♪ „gameun deut”)

2018

3. kacey musgraves golden hour

czasem, jeśli nie spisze się myśli na gorąco, człowiek na tyle oswaja się z płytą, że staje się częścią jego codzienności, trudną do uchwycenia jako coś autonomicznego; wtedy pozostaje mu pisać o sobie i w ten sposób może mieć poczucie, że w jakiś pośredni sposób pisze też o muzyce, która się z nim zespoliła; był moment, że miałem w garści istotę golden hour, potrafiłem przekonująco rozprawiać o tym, jak przecedzenie countrypopowej tkanki i błyskotliwego, ale nienachalnego songwritingu musgraves (wywodzącego się z nashville, ale od samego początku jej kariery wykraczającego poza jego mury) przez 90sową softrockowo-dreampopową produkcję sprawiło, że oddałem się tej muzyce bez reszty; wyłuskiwałem ze spójnej międzygatunkowej tkanki kolejne składowe i nierzadko szeroko otwierałem oczy ze zdumienia; ale nie było rady — prędzej czy później musiałem zatopić się w tej ciepłej, bezpretensjonalnej, ale zrobionej z wyobraźnią płycie; często mówi się, że to negatywne doświadczenia są tymi bardziej pobudzającymi kreatywnie; tym bardziej cieszę się, że musgraves potrafiła tak adekwatnie przekuć na swoją muzykę te pozytywne (♪ „golden hour”)

2018

2. rosalía el mal querer

rosalía wspólnie z el guincho śmiało przekracza granice flamenco, popu i r&b; świadomie sięga po auto tune, wykorzystuje odgłosy otoczenia i fragmenty utworu justina timberlake’a; wszystko to wplata we własną ikonografię na granicy bluźnierstwa, w której religijne symbole przypisuje bardzo ludzkim doświadczeniom, na czele z tytułową złą miłością — miłością, która prowadzi do zguby; prezentuje nieznany od dziesięcioleci u anglosasów wokalny kunszt diwy flamenco i bez wahania wpisuje go w szeroko pojęty tropikalny pop; i w tej sferze poniekąd miesza sacrum i profanum, ale przede wszystkim jednak zgodnie z duchem oryginalnego flamenco tworzy muzykę, która dociera do ludzi, momentami sięgając też absolutu; el mal querer to formalnie najbardziej innowacyjna, przemyślana i najlepiej skrojona płyta minionego roku (♪ „bagdad”)

2018

1. kadhja bonet childqueen

powab minnie riperton, artyzm kate bush i gatunkowa żonglerka godna esperanzy spalding — oto kadhja bonet w krzywdzącym jej indywidualizm, wirtuozerię i talent uproszczeniu; jej wydana w połowie tego roku druga studyjna płyta childqueen jest bowiem podróżą do zupełnie innego wymiaru muzyki soul — inspirowanej na różnych poziomach mistyczną kosmogonią i psychodelicznym popem późnych lat 60; songwritersko bywa odrobinę ekscentryczna, ale jest jej znacznie bliżej do artpopowych kanonów przebojowości niż większości wydawnictw z nurtu alternatywnego r&b, którym tę łatkę doczepiono; to uniwersalna płyta osadzona poza czasem, w dużej mierze sama kreująca swój kontekst i dająca się różnorako czytać — z jednej strony wciągająca słuchacza głęboko w swoje meandry, z drugiej — współistniejąca z nim, jego tęsknotami, potrzebami i refleksjami i dająca mu się do pewnego stopnia modelować; childqueen kadhji bonet to wielowarstwowy, harmonijnie zaaranżowany, autonomiczny artystyczny byt (♪ „mother maybe”)

Opublikowano

minna tadaima

ja

opieszale wykadrowany fragment kolacji u państwa nathanson toulouse-lautreca

naszkicowałem bezbarwną kredą coś na kształt twarzy
w miejscu, gdzie powinny znajdować się oczy — dwie puste jamy
pochłaniające łapczywie resztki karykaturalnego konturu

coś, co mogłoby być nosem
spłynęło groteskowo pod podłużne rozwarte wykrzywienie nibyust
ucho — jedno
raczej z tych do trzymania, niż do słyszenia
brwi — nastroszone kępki dawnego charakteru
próbowały same utrzymać w ryzach pozory jakiejś fizjonomii

to na nic — bezbarwna kreda złamała się
pod ciężarem mojej lewej ręki, wydając krótki głuchy dźwięk

nie usłyszałem go jednak
próbowałem spojrzeć przez jamy
ale ani niczego nie mogłem już dostrzec,
ani nikogo wokół już nie było

Opublikowano

No Tweedledee, No Tweedledum: Songs to Help You Feel Slightly Better This Christmas

tweedle

Co roku wygląda to podobnie — gdzieś pomiędzy reklamą multiwitaminy dla seniorów, która bez wątpienia będzie idealnym prezentem gwiazdkowym dla babci, a okazją nie do odrzucenia, że wydając więcej, zyskasz więcej, a do tego pomożesz chorym dzieciom — pojawiają się uśmiechnięci celebryci w czapkach mikołajów starający się udowodnić, że w wigilię nawet oni mówią ludzkim głosem, możesz więc i ty. I owszem, niezależnie od formy przekazu, przekonanie kogoś, że warto spojrzeć nieco dalej niż na czubek własnego nosa i podzielić się kromką chleba (czy też całą lodówką) z potrzebującym, jak najbardziej zasługuje na pochwałę. Istnieje też jednak aspekt świąt, który trudno wpisać w format reklamy telewizyjnej. Ci z drugiej strony będą więc nieufnie przyglądać się tamtym od rozdawania lodówek, apelując, że w Świętach chodzi o to, by zwolnić — wyłączyć telefon, powiedzieć matce, że się ją kocha, spędzić z dzieckiem pół dnia na budowaniu szkaradnego zamku z klocków. Odpocznijmy od dedlajnów, popatrzmy sobie wreszcie w oczy i między kolejnymi kawałkami sernika zanudźmy się swoim towarzystwem do tego stopnia, że za tymi dedlajnami zatęsknimy.

I oczywiście, że Boże Narodzenie jest rzecz jasna dobrym czasem, by się zatrzymać i odetchnąć od codziennej bieganiny. Ja jednak w tym roku postanowiłem pójść o krok dalej i w trzynastą odsłonę świątecznego mikstejpu The Twelve Days of Christmas wpisać quasi-koncepcyjną meta-myśl, że oto znów nadarza się okazja, by spróbować względem bliskich i dalszych nam wykazać się większą empatią. Dopiero jakiś czas temu zdałem sobie sprawę, że myśląc lub mówiąc o innych w kategoriach empatii, kołatała mi gdzieś w głowie nieuświadomiona wcześniej myśl, że to jedna z tych największych ludzkich cnót — sposób myślenia o świecie, ludziach i rzeczach, do którego ja sam chciałbym dążyć. I pomyślałem, że jakkolwiek mnie samemu czasem z tą empatią nie idzie, jak bym chciał, spróbuję się tym punktem widzenia podzielić. Utwory na No Tweedledee, No Tweedledum są w dużej mierze wyciszające — nie znajdziecie tu tańczących zabawek (z jednym tylko wyjątkiem) czy wirujących choinek, nie znajdziecie tu też śladów przedświątecznej krzątaniny, aż wreszcie — nie będzie ani Tweedledee, ani Tweedledum, którzy zgodnie z Disneyowską interpretacją Alicji w krainie czarów jawili mi się jako sprawcy niepotrzebnych zupełnie zamieszań niesłużących nikomu, ani niczemu (a oprócz tego, hej!, mają przecież bardzo świątecznie brzmiące imiona godne psotnych ołowianych żołnierzyków porywających pozytywkową tancereczkę w wigilijną noc na świąteczną paradę zabawek). To wyciszenie jest z jednej strony wyrażeniem potrzeby swoistej życiowej harmonii, której sam ostatnio poszukuję, z drugiej zaś warunkiem, by móc z przekonaniem dążyć do większej dla drugiego człowieka empatii.

Piosenki w tym roku przedstawiają więc różne historie i perspektywy — dla kogoś święta będą czasem duchowego odnowienia, ktoś inny spojrzy na nie przez pryzmat rodzinnego spotkania, inny ktoś pogrąży się w smutku i nostalgii, a jeszcze kogoś bożonarodzeniowy blichtr, a nawet sama idea świętowania, może wprawiać w gniew. Z niektórymi z tych spojrzeń pewnie się zgodzimy, jakieś przypiszemy sobie, a w którymś dojrzymy siebie sprzed lat, w jeszcze innym zaś — kogoś, kogo dobrze znamy, ale nie możemy znaleźć z nim wspólnego języka. Jedne, przez podobieństwo doświadczeń, nawet tych dawno minionych, zyskają nasze zrozumienie, z innymi będziemy musieli się oswoić, pozostałe na długo wydadzą się nam obce. To dobry czas, by samemu w sobie tę obcość oswoić i zastanowić się, czy nie wyrządzamy komuś i sobie jakiejś krzywdy, negując doświadczenia i świadectwa innych w oparciu o swoje własne. I tego sobie i Wam życzę, nie tylko na i od święta!

Poprzednie części świątecznych pozytywek w serii dostępne są tutaj.

Opublikowano

beznadziejna poetyka ostatniego pokolenia

koń jaki jest każdy widzi morski

konik morski

żar z nieba
kamień na kamieniu
pustynia:
po drugiej stronie lustra gwarna duchami dawnych mistrzów
bez miejsca na niedopowiedzenia
dla zbieraczy plastiku i aluminium,
żebrzących o pieniądze i zainteresowanie,
pogrążonych w bezcelowej tułaczce po własnych odbiciach
w kolejnych lustrach i ekranach
wiecznego tu i teraz
z braku jutra
w nostalgii za wczoraj

Opublikowano

Jesienna sonata

ja

plansza tytułowa

Można szczerze uronić łzę z bezsilności nad tym, jak świat przepoczwarza się nieodwracalnie na naszych oczach. Można na spokojnie spojrzeć w lustro, ocenić ilość siwych włosów, głębokość zmarszczek, stan uzębienia, przeliczyć sobie na nowo, ile jeszcze trzeba będzie spłacać kredyt. Można rzucić wszystko lub wszystkim, beztrosko wyjść na spacer, popatrzeć, jak wiatr znowu zrywa liście z drzew. Można wreszcie wstawać rano, a wieczorem chodzić spać, jeść regularne posiłki i ubierać się schludnie, nie spóźniać się do pracy, nie nudzić się w weekend, w poniedziałek kupić sobie parę butów na wyprzedaży, na środę umówić się do fryzjera na podcięcie włosów, bo znów odrosły, a w piątek wybrać się do kina na kolejny nowy film, który grają, bo co piątek grają coś nowego.

Opublikowano

(…) skąd brać czas i pieniądze, kiedy gra się na trąbce

ja

niezatytułowany rothko

na wzór twój i podobieństwo
nakreśliłem bezbarwną kredą własny portret

z przyzwyczajenia
sięgnąłem po zwisający luźno koniec
związałem go z drugim w kształtną pętelkę

niezmordowany w doraźności
w ułudzie spełnienia wyłupywałem kolejne paradoksy
oczy z łupin i łupiny w oczach

zaprosiłem siebie samego do tańca
prowadziłem
i mnie prowadzono
nim poplątane kroki złożyły się do modlitwy
o sposobność rozwiązania

Opublikowano

Stoicyzm

Wywróciliśmy w ostatniej audycji Soulbowl z Mają format programu do góry nogami, punkt ciężkości przenieśliśmy z muzyki na filozofię, a wszystko to w ramach trwającego od poniedziałku corocznego międzynarodowego tygodnia stoicyzmu. Chyba trochę przeszacowaliśmy, a przynajmniej ja, nasze możliwości antenowe, ale nic to — poopowiadaliśmy przez godzinę o systemie idei, który pełniej niż wiele bliższych nam kulturowo w Polsce założeń realizuje esencję wszechrzeczy, wykazując roztropnie, że wszystko jest wszystkim. Choćby dlatego warto się nad stoicyzmem pochylić, dać szansę nie tyle jemu, co sobie — na lepsze i szczęśliwsze życie — przez uporządkowanie zależności między elementami wszechświata, bo to w zasadzie robi stoicyzm — pokazuje sposoby łączenia rzeczy (które będą się działy, czy chcemy tego, czy nie, bo leży to w ich naturze, o czym ładnie śpiewała w bardzo stoickiej piosence przed trzema laty grupa Dawes) z naszym ich widzeniem. W programie szukamy wartości i refleksji stoickich w tekstach utworów i przybliżamy ideę współczesnego stoicyzmu. Jest więc przede wszystkim o szczęściu, podejmowaniu decyzji życiowych i różnicach między rzeczami, które od nas zależą i tymi, które nie. Po więcej odsyłam do Sztuki życia według stoików Piotra Stankiewicza.

Opublikowano

Z miejską poezją na ustach, jazzem w sercu i soulem na dłoni

Pamiętam, że gdy przed dwoma laty podczas rutynowego przesłuchiwania polecanych premier płytowych pierwszy raz sięgnąłem po Telefone Noname, od samego początku poczułem od tego krążka magnetyczny vibe, który, możecie mi nie wierzyć, w tej czy innej formie towarzyszy mi do dziś na co dzień. A stało się to w momencie, kiedy pod wrażeniem pewnej świadomości swoich gustów i tego, co aktualnie dzieje się w muzyce, oddzielałem hip hop od soulu coraz grubszą kreską. Była to zresztą pewna kalkulacja — wydawało mi się bowiem wówczas, że już nic w muzyce nie jest w stanie mnie nawet nie tyle zaskoczyć, co zająć i zafascynować tak, jak za szczenięcych lat. Ale wtedy właśnie, jeszcze zupełnie nieświadomy co czynię, włączyłem Telefone i z czasem całe to moje błędne postrzeganie własnej dojrzałości w kategoriach romantycznego wyczerpania rozeszło się po kościach.

Parafrazując brutalny refren Morrisseya z „Panic” — jaką wartość ostatecznie mogą mieć dla mnie piosenki, które nie mówią mi niczego o moim życiu? I owszem, doświadczenia mogą być odmienne, historie mogą być dalekie, ale sam sposób ujmowania rzeczywistości słowami, dostrzegania detali i nadawania im znaczenia musiał sprawić, że świat Noname zrósł się z moim własnym. Dzięki temu sam zacząłem przyglądać się swojemu życiu z nieco innej perspektywy, a to powiedziało mi wiele o sobie samym. Nie bez znaczenia było oczywiście to, jak przytulnym Noname z Cam O’bim, Sabą (i całą tą fantastyczną grupą nowych hiphopowych wizjonerów) uczynili swoją wizję rapu (ubierając go w szyty na miarę neo-soulowy płaszcz, podobny temu, którym rok później okrył się też Tyler, the Creator), ale w centrum tego przedziwnego (zwłaszcza wtedy dla mnie) procesu bezdyskusyjnie stała wrażliwość raperki. Szczerość, elokwencja, bezkompromisowość wobec bezlitosnych dla wielu trendów i pewna pozwalająca na oddech prostolinijność ze slamowym rodowodem dopełniły dzieła. Wydane właśnie Room 25 to piękne przedłużenie tamtego krążka, tamtych myśli i tamtej stylistyki. O ile jednak Telefone stanowiło zamknięty i uporządkowany zapis okresu wyrastania z młodzieńczości, o tyle drugi album Noname jest dojrzalszy i bardziej otwarty, i formalnie, i tematycznie.

Sama raperka z typową dla siebie szczerością wyznała gdzieś w zamieszaniu dookoła płyty, że musiała tę płytę nagrać, by spłacić zobowiązania finansowe i zdobyć materiał na kolejną trasę — zupełnie inaczej niż w przypadku rodzącego się własnym tempem w ponad 3-letnim procesie kreatywnego poszukiwania i docierania się Telefone. Diametralnie zmieniło się też życie Noname — przeprowadzka do Los Angeles, rosnące zainteresowanie publiki, pierwsze doświadczenia seksualne musiały znaleźć odzwierciedlenie na Room 25. Jest to więc kontynuacja w takim samym sensie, w jakim kolejny dzień, tydzień, miesiąc, rok jest kontynuacją poprzedniego. Pojawiły się więc w ustach raperki soczyste przekleństwa, czasem rzucane z kokieteryjną ironią, jak w rozpoczynającym, krążek półutworze „Self” (najbliższym zresztą stylistycznie rozmarzonemu neo-soulowemu brzmieniu Telefone), innym razem otwierające nową tematyczną przestrzeń (jak w feministycznie naładowanym „Window”). Flow Noname z jednej strony stało się bardziej beztroskie czy nawet wolniejsze w znaczeniu właściwym dla wolnej poezji, z drugiej momentami zdystansowane, mumblecore’owo wycofane, w innych miejscach dosadniejsze i fizycznie szybsze — pod tym względem Noname jest na Room 25 znacznie bardziej wszechstronną raperką niż na płynącym jednak równym tempem debiucie. Najwyraźniejszą zmianą jest jednak okołohiphopowy produkcyjny anturaż — tam gdzie Telefone rozpływało się w neo-soulu, Room 25 zanurza się w jazzie. I czyni to równie wielowymiarowo. I nie chodzi nawet o dobór odcieni jazzu, które stały się budulcem krążka, choć niewątpliwie też, ale o samą strukturę płyty zrealizowaną w zgodzie z regularnie przewijającym się w tekstach mottem artystki — „everything is everything”.

I tak oto wszystkie elementy wywierają wpływ na siebie nawzajem. Nie ma rzeczy bez związku, bo samo jej istnienie implikuje przecież związki. I tak oto w błyskotliwym, zaangażowanym we wciąż żywą sprawę nierówności czarnoskórych „Blaxploitation” zamiast refrenu słyszymy fragmenty ścieżek dialogowych klasycznych filmów gatunku z tytułu utworu. Z kolei „Prayer Song” czy wspomniane „Window” rozpoczynają się w stylu dawnych kompozycji wokalnego jazzu niejako od drugich zwrotek po długich instrumentalnych wstępach — każde jednak na swój sposób — w pierwszym przypadku korzenie są wyraźnie nu-jazzowe, w drugim zaś kameralny plumkająco-bulgoczący bit podbudowują najpierw smyczki Matta Jonesa, a następnie pożyczone z bossa novy perkusjonalia. Ta muzyka żyje na wielu poziomach, wychodzi poza proste hiphopowe patenty, umyka linearnej narracji i pomimo tego, że bierze na warsztat sprawdzone, niekiedy wręcz klasyczne środki (jak chociażby wspomniane filmowe smyczki, które w jakimś stopniu podkreślają odrębność uniwersum Room 25 od brzmienia Telefone), zestawia je adekwatnie w świeżych konfiguracjach. Nie ucieka od konwencji, ale nie popada w odtwórczość czy twórczy marazm. I znów — zgodnie z maksymą, że „everything is everything” inspiruje się, by inspirować, czerpie z wielu konwencji, by naturalnie stworzyć własną. Słychać to dobitnie w skąpanym w świetliście psychodelicznych, przestrzennie ewoluujących syntezatorach „Regal” zbudowanym na przekór sztuce z dwóch rapowanych quasirefrenów wokół jednej krótkiej zwrotki.

Pomimo fenomenalnych rezultatów współpracy producenckiej z Sabą i Cam O’bim na Telefone, tym razem kreatywną kontrolą nad brzmieniem Noname dzieli się z innym stałym współpracownikiem — Phoelixem, co stylistycznie przełożyło się na pewne nowe otwarcie. Sygnaturowy vibe Cam O’biego pobrzmiewa co prawda w chełpliwym „Ace” jednoczącym The Goat Trio w pełnym składzie, ale nonszalancka bossa nova w zasilonym przez Ravyn Lenae „Montego Bae” czy jazzowa perkusja w „Part of Me” nie mogłyby stać się udziałem poprzedniego krążka. „I have to focus on the part of me that I’m trying to be, I can’t pretend I’m not myself” — śpiewa w natchnionym, oczyszczającym refrenie tego ostatniego Phoelix, zbliżając się możliwie najbliżej do istoty rzeczy.

Room 25 porusza szereg rozmaitych tematów, w których centrum w dalszym ciągu stoi sama Noname i jej życie. Punkt ciężkości płynnie przeniesiono więc na Room 25 (tytułem jasno zresztą nawiązującym do kryzysu wieku młodego) z wyrastania z młodzieńczości na wchodzenie w dorosłość i poszukiwanie własnej tożsamości. I ja sam nie bez przyczyny rozpocząłem ten tekst od opisu swoich własnych doświadczeń z poprzednią płytą raperki (czego zwykle tak bezpośrednio nie czynię). Przed odsłuchem Room 25 moją główną wątpliwością względem tego krążka nie było bowiem ani to, czy Noname nadal będzie kreślić swoje wersy jak poezję, ani czy wokale w refrenach będą harmonizowały równie kojąco jak wcześniej. Zastanawiałem się, czy odnajdę w tym życiowym zakręcie Noname coś na tyle prawdziwego, że znajdę w tym paliwo dla siebie — złapany na mimowolnym odczuciu strachu przed tym, że ktoś bliski, kto wyjechał bardzo daleko, wyślizgnie się na dobre z mojego życia. Irracjonalnym, bo oto Noname wciąż stoi przecież przede mną rześka i bliska — z miejską poezją na ustach, jazzem w sercu i soulem na dłoni.

Oryginalnie tekst ukazał się w serwisie Soulbowl.

Opublikowano

Płyty, które mnie stworzyły

hi, hello

kolejny autoportret schielego, a co!

Czasem wydaję się, myślę, trochę takim strasznym typem, do którego trzeba podchodzić z jakimś kijem za pazuchą, bo nie wiadomo, czy się nie zacznie rzucać bez powodu. Choć są też pewnie i tacy, którzy myślą, że w ukryciu prasuję papierki po cukierkach i układam w równe stosy. Tymczasem swego czasu, gdy po fejsbuku grasowały stadnie zabawy łańcuszkowe prostolinijnie marzyłem w skrytości, żeby mnie ktoś nominował. Niekoniecznie do wylania sobie na głowę wiadra z lodem, a bardziej do napisania czegoś w zaproponowanym temacie — wymienienia dziesięciu ulubionych ryb słodkowodnych, rodzajów selera, kolorów skarpetek. Ktoś ten wówczas odniósłby się i karuzela ulotnego zainteresowania objęłaby mnie przez chwilę zasięgiem swych ramion. Tak się jednak nie stało, aż do zeszłego tygodnia, kiedy już od lat byłem pogodzony z druzgocącą myślą, że gry łańcuszkowe w mediach społecznościowych są reliktem przeszłości podobnym grom w kulki, ciuciubabkę czy karty (o ile nie jest to prawdziwy, męski, prężący muskuły poker o pokaźne sumy, znaczy się). Tymczasem poproszono mnie, bym wybrał 10 płyt, które znacząco wpłynęły na mój gust muzyczny i zadania tego z niekrytą chęcią się podejmę, z jednoczesną obietnicą, że postaram się zwięźle i bardziej o muzyce niż o sobie samym. Miało być też chronologicznie, potem trochę pomieszałem.

płyta

Pięć Oceanów: Piosenki Agnieszki Osieckiej 1962-1997

Wkrótce po tym, gdy w 1997 zmarła Agnieszka Osiecka, Polskie Radio w porozumieniu z Agatą Passent postanowiło na pięciu płytach wydać antologię piosenek z tekstami poetki — to do dziś zresztą najbardziej kompletny przegląd jej twórczości w tej formie i barwny przekrój tej części polskiej estrady o poetyckich inklinacjach. Tak się jakoś zbiegło, że ja akurat wkrótce szedłem do pierwszej komunii i moja babcia, kobieta, która przez całe swoje życie niezwykłą wagę przykładała do kultury sensu largo, jako dodatek do głównego prezentu — wieży stereofonicznej — dołączyła celem mojej muzycznej i literackiej edukacji ten wielopłytowy boks. Jako ośmiolatek bez własnego gustu wychowywany na MTV nie byłem wcale tym prezentem zachwycony. Wymagał ode mnie znacznie więcej dojrzałości, osłuchania i wyczucia, niż w tamtym czasie mogłem mu dać, nawet gdybym skierował w tym kierunku wszystkie swoje wysiłki. Z braku innych opcji słuchałem jednak tych płyt, ale nawet częściej sięgali po nie moi rodzice — co czynią zresztą do dziś. Tym samym mój dom rodzinny brzmiał Osiecką i takim go zapamiętam. Ja sam wróciłem do tych płyt na pierwszym roku studiów, kiedy uważniej zacząłem interesować się historią polskiej piosenki. Wiele z tych utworów do dziś znam na pamięć i podróżują ze mną nie tylko jako kolejne numery na plejlistach, ale w głowie i na ustach zawsze wtedy, gdy zabraknie mi słuchawek, odtwarzacza lub możliwości, by ich użyć. (♪ „Mój pierwszy bal”)

Aquarius grupy Aqua

Za sprawą przerysowanego letniego hitu „Barbie Girl” duńska grupa Aqua stała się na krótką chwilę międzynarodową popową sensacją. Dla ośmiolatka, który ten bajkowy świat, gdzie akcję swoich piosenek osadził zespół, traktował bardzo poważnie, musiało być to pierwsze istotne przymierze z popkulturą. Był to jednocześnie też pierwszy samodzielny krytyczny osąd, bo choć druga płyta grupy nie została przyjęta przez szeroką publikę z uwagą, jaką poświęcono debiutowi, ja sam nie miałem wątpliwości, że Aquarius był od poprzednika lepszy — nie tracił nic z plastyczności debiutu, a orkiestrowe aranżacje dodawały disneyowskiego splendoru. Uczta dla dziecięcej wyobraźni! Teraz niekoniecznie jestem przekonany o wyższości tego krążka — Aquarium miało chyba koniec końców o kilka lepszych melodii więcej, ale „Cartoon Heroes” i „Back From Mars” z Aquariusa to czołówka tego, co grupa kiedykolwiek zrobiła. Nie ma mowy o guilty pleasure, zwłaszcza jeśli wiemy już, że gdyby nie Aqua, najpewniej nie byłoby bubblegum bassu, jaki znamy. (♪ „Back From Mars”)

The Miseducation of Lauryn Hill

To płyta, która nauczyła mnie czuć muzykę. Pokazała mi, jak może przeszywać na wskroś, penetrować i wypełniać, zostawiać po sobie ślad. Wykształciła we mnie pewien zdrowy zmysł, że oto w centrum dobrego życia musi być miejsce i na radość, i na smutek. Ta słodko-gorzka, bardzo życiowa mieszanka stojąca w jej centrum; lekcja, na którą sama Lauryn Hill zaspała, była przysposobieniem dla mnie. O moim związku z muzyką Hill pisałem szerzej tutaj w wigilię 20-lecia płyty. (♪ „I Used to Love Him”)

płyta

Pet Sounds i bootlegi SMiLE Beach Boysów

Początek mojej przygody z Beach Boysami przypada na 2004 rok i seans 50 pierwszych randek z Sandlerem i Barrymore, gdzie w jednej ze scen usłyszałem po raz pierwszy „Wouldn’t It Be Nice”, w ciągu chwili odkrywając całe połacie muzyki, skrojonej, o czym już wtedy byłem przekonany, idealnie dla mnie, a o którym jednak nie miałem dotąd pojęcia. Droga do Pet Sounds wiodła oczywiście przez te wszystkie wczesne surfrockowe nagrania z ich katalogu i potrzebowałem kilku dobrych lat, żeby sam dla siebie odkryć ten nieuświadomiony fenomen. Jak się okazało, było co odkrywać.

„Nikt nie może powiedzieć, że jest wyedukowany muzycznie, dopóki nie pozna Pet Sounds” — miał powiedzieć o wydanym w 1966 roku krążku Beach Boysów Paul McCartney. Jego nazwisko w kontekście płyty pada zresztą nieprzypadkowo, jako że jednym z głównym motorów napędowych Briana Wilsona, lidera The Beach Boys, przy tworzeniu Pet Sounds był wydany rok wcześniej Rubber Soul Beatlesów. Wilson zdał sobie wówczas sprawę, że płyty pop można nagrywać zupełnie inaczej. Wycofał się z koncertowania z zespołem, by skupić się na sferze kompozycyjnej nowego krążka. Za cel obrał sobie nagranie najwspanialszej płyty w historii rocka, co zresztą pośrednio udało mu się zrealizować. Pet Sounds 50 lat po premierze wciąż pozostaje trzonem kanonu rock & rolla ze względu na niezwykłą dbałość o szczegóły — wykorzystanie technik kompozytorskich znanych z muzyki klasycznej, a niestosowanych dotychczas w rozrywce oraz niezwykłego jak na owe czasy instrumentarium inkorporującego w bogate harmonicznie kompozycje smyczki, klawesyn, akordeon, theremin, szerokie spektrum rozmaitych instrumentów dętych i perkusjonaliów, a także rozliczne efekty muzyki konkretnej. Efektem jest nieco ponad 35-minutowy idealnie wyważony i pozbawiony wypełniaczy kameralny album osadzony gdzieś pomiędzy między szczerą, naiwną radością a bezdennym smutkiem. (♪ „I Just Wasn’t Made for These Times”)

Inaczej sprawa miała się ze SMiLE, które od samego początku stanowiło dla mnie osobiste i pełnowymiarowe przeżycie, w dużej mierze dlatego, że krążek faktycznie owiany był legendą. Przez 45 lat, aż do wydania najbardziej możliwej kompletnej wersji projektu w listopadzie 2011 roku, był powszechnie uznawany za najsłynniejszy niewydany album w historii rock & rolla. W 1966 Wilson podjął się niemożliwego — postanowił stworzyć wielotematyczną koncepcyjną płytę w równych proporcjach łączącą pop i awangardę, stosując przy nagraniach złożone, czasochłonne i kosztowne metody inżynieryjne. Wydanie krążka realizowanego przez Wilsona właściwie bez udziału kolegów z zespołu we współpracy z abstrakcyjnym tekściarzem Vanem Dyke’m Parksem ostatecznie zostało zawieszone, a złożyło się na to wiele czynników. Przez lata fani skompilowali wiele nieoficjalnych bootlegów SMiLE zasadniczo różniących się między sobą. Wszystko to sprawiało, że właściwie można było samemu poczuć się częścią otwartej, żyjącej własnym życiem „nastoletniej symfonii do Boga” i dowolnie skompilować jej własną wersję (o co zresztą też się pokusiłem). Myślę, że najważniejszym, co dało mi obcowanie ze SMiLE, było pewne bardzo realne doznanie czegoś pięknego i nie do końca namacalnego zaprojektowane niemal wyłącznie przy pomocy dźwięku. (♪ „Surf’s Up”)

płyta

Voodoo D’Angelo i Merriweather Post Pavilion Animal Collective

Nie ma oczywiście niczego złego w miłości od pierwszego wejrzenia, ale to związki, które stanowią pewne wyzwanie i trzeba włożyć w nie więcej wysiłku, a czasem wręcz wykształcić w sobie instrumenty poznawcze, by zyskać nowe zrozumienie, odciskają się mocniej w człowieku. Podobnie jest z płytami — jedynie te, które wymagają od słuchacza woli walki i zaangażowania, kształtują koniec końców jego gusta. Zarówno Voodoo D’Angelo, jak i Merriweather Post Pavilion odegrały w moim życiu taką gustotwórczą rolę. W przypadku tej pierwszej, że warto inwestować w nią czas i siły, wstępnie podpowiedzieli mi starsi soulowi braci i siostry, ale koniec końców to sam krążek długo jawił mi się jako nieprzenikniony, testując moją cierpliwość i intuicję. W okresie intensywnego poznawania neo-soulowej spuścizny, w sąsiedztwie klasycznych płyt Eryki Badu czy Maxwella tylko Voodoo stawiało opór i tylko ono przetrwało w mojej płytotece próbę czasu — jako szczytowe osiągnięcie Soulquarians, ale przede wszystkim krążek redefiniujący postrzeganie muzyki w oderwaniu od gatunkowych etykietek (choroby zawodowej aspirującego krytyka) i ujmujący w nowe środki emocje i uczucia, dla których wcześniej nie mogło być ujścia. Merriweather Post Pavilion odegrało paralelną rolę kilka lat później — było raczej testem niezala, swoistym rytuałem przejścia na niezbadanym wcześniej gruncie, ale też płytą, która w swojej płynnej pangatunkowości musiała frapować, fascynować i inspirować. (♪ „Spanish Joint”, ♪ „Also Frightened”)

channel ORANGE Franka Oceana

Myślę, że gdyby nie Frank Ocean, zabrakłoby mi we współczesnym popie kotwicy, by nie odfrunąć zbyt daleko. O ile nostalgia,ultra była skrojona na tyle zręcznie i kompaktowo wewnątrz funkcjonującego już schematu płyty R&B, by od progu ująć w miarę osłuchanego odbiorcę, o tyle już kolejne krążki Oceana miały w sobie element wyzwania i tajemnicy — formalnie, tematycznie i emocjonalnie. Jestem przekonany, że jeśli ktoś nagrywa współcześnie rzeczy ważne (bliskie), to jest to właśnie Frank Ocean. Wiem też, że bez tej płyty R&B nie byłoby takie jak dziś, stałoby się dla mnie być może raczej rodzajem inżynieryjnie sprawnej skorupy, a i ja nie byłbym takim samym Kurtkiem. Więcej tutaj. (♪ „Pink Matter”)

płyta

„Święto wiosny” Strawińskiego i Kwartety smyczkowe Schoenberga

Być może słyszeliście te przypowieści o tym, że po premierze Święta wiosny wywiązała się potworna awantura — rzucano krzesłami, wyrywano sobie włosy z głowy, wzywano do ekskomuniki kompozytora itp. To utwór, który symbolicznie i faktycznie zrównał z ziemią idee romantyczne i rozpoczął nową erę myślenia o muzyce. Świadomie po Strawińskiego sięgnąłem dopiero na studiach, ale oczywiście znałem od dziecka kolejne pasaże baletu, bo stopiły się z popkulturą tak, że można je bez strachu przedstawiać i nie budzą już niczyjego sprzeciwu. Co więcej — podskórnie sieją ferment i rozkosznie podsycają bunt przeciw staremu porządkowi wciąż de facto wiodącemu prym w masowym postrzeganiu muzyki. Obcowanie ze Świętem wiosny nie mogło zatem mnie nie dotknąć, wyrosłem wszak na buntownika. (♪ „Święto wiosny”)

„Kocham muzykę. Schoenberg zniszczył mi życie” — znalazłem to gdzieś kiedyś w sieci i wryło mi się w pamięć do tego stopnia, że przyjąłem jako własne już po tym, jak Schoenberg faktycznie zniszczył wizję muzyki, którą kochałem. Nie całkowicie rzecz jasna, nie jestem bowiem totalistą [pun intended]. Niezmiennie bawi mnie wciąż natomiast akademicki strach, czy może raczej wstręt, przed Schoenbergiem, który to niewątpliwie napędził moją ciekawość i sprawił, że musiałem temu odrażającemu drabowi przyjrzeć się bliżej osobiście — możliwie jak najdokładniej. W efekcie tego spotkania Schoenberg nie tylko przesunął dla mnie granice melodyczne, ale też skierował moją uwagę ku muzyce kameralnej jako tej potencjalnie lepiej porządkującej myśli i dobitniej wydobywającej emocje. (♪ „III Kwartet smyczkowy, Op. 30: Moderato”)