Opublikowano

Na jesienną chandrę

chandra

Jestem chory na dobieranie muzyki do miejsca, pogody, pory dnia i roku. I tak oto moje lato skończyło się wczoraj, gdy życie zmusiło mnie, by wyciągnąć z szafy ciepły płaszcz i kwartety smyczkowe Alfreda Schnittkego. Do tego wyciągania rzeczy z szafy ułożyłem więc szalenie niekonsekwentną i chyba nawet odrobinę zbyt jesienną panoramodźwiękową (od Panoramy Dźwięku, czyt. srogą) plejlistę, która doskonale sprawdzi się także jako ścieżka dźwiękowa do radzenia sobie z jesienną chandrą w długie jesienne wieczory — uprawiania poligamii, praktykowania ludobójstwa, napadania na banki, oddawania się okultyzmowi, zażywania narkotyków, etc. — cokolwiek tylko daje wam radość! W sumie: 8 godzin muzyki w 40 utworach, czyli całkiem sporo ludobójstwa i narkotyków. Pamiętajcie o szalikach! Nic wszak tak nie rujnuje okultystycznych rytuałów jak uporczywy katar.

Opublikowano

Nie wysłałem

wit

fotografia, tym razem moja, z Pragi

Nie wysłałem na kurtekpeel ani jednej pocztówki z wakacji, a byłem trochę i tu, i tam. Poprzedni Paryż (vaugirardowski) spędziłem głównie, jeżdżąc metrem, czytając książki i obserwując ludzi. I żeby nadać mojemu życiu ślady jakiegoś poszukiwania siebie, a może i stworzyć iluzję odnalezienia jakichś skrawków sensu w tej z jednej strony obcej, z drugiej zupełnie przecież spodziewanej pustce, zacząłem coś nieśmiało pisać z nadzieją, że moje pisanie nie tyle przejdzie do historii, co da początek mnie piszącemu.

Tak się oczywiście nie stało. W te wakacje (które poskąpiły mi zresztą dni prawdziwie wakacyjnych) wszedłem z podobnym postanowieniem, ale tyczącym się z jednej strony rzeczy, a z drugiej ludzi. I oto okazało się, że zupełnie tego nie umiem — po prostu mi nie wychodzi łączenie ludzi i rzeczy. Priorytet, który nadaję jednym lub drugim, mimowolnie nosi znamiona wyłączności — tak, abym potrzebę ludzi, gdy na wyłączność mają mnie akurat rzeczy, albo rzeczy w przypadku, jeśli posiedli mnie dla siebie ludzie, mógł zaspokoić jedynie w stopniu minimalnym. Ale to wcale nie tak, że to naturalna opozycja. Stała się taką, bo jej na to pozwoliłem. Mógłbym przecież zestawić jedne rzeczy z drugimi albo tych ludzi z tamtymi i wtedy najpewniej okazałoby się, że to się podobnie wyklucza. Ale tymczasem nie potrafię pisać, jeśli mam w tym samym momencie żyć. To paskudny paradoks, bo zwykle to życie podaje nam myśli, którymi chcemy się dzielić. Kształtuje nas, daje wewnętrzne poczucie, by się tym dzielić — kształtować innych. Bez tego trudno o prawdziwą pasję, a bez pasji trudno o powodzenie kształtowania. Ja tymczasem tak nie umiem.

Umiem natomiast, co odkryłem już dawno, ale bałem się wcześniej otwarcie to przyznać, pisać jedynie o sobie. Umiem pisać: ja, ja, ja. O osobach trzecich potrafię stwierdzić tyle, że są. A czasem nawet i tego nie — zwykle gdy ktoś towarzyszy mi w snach, nie potrafię później przypomnieć sobie ani imienia, ani twarzy. Tym samym otaczają mnie cienie i choćby z tego powodu muszę być egotystą. Z czego miałaby zatem wynikać moja empatia? Ta sama empatia, którą od lat ukradkiem stawiałem na piedestale, którą nieśmiało sobie przypisywałem, ale jednak nie uczyniłem nic, by świadomie stała się moim udziałem. A może to jedynie zwykły strach przed przyjęciem czyjejś perspektywy jako własnej lub odwrotnie — mimowolna chęć narzucenia swojego punktu widzenia komuś drugiemu, czego w jakiejś części postanowiłem się wyzbyć — najpewniej też bez powodzenia. Jeśli miałbym więc jednak kiedyś cokolwiek napisać, jak sobie założyłem pół roku temu na Vaugirard, musiałbym okrutnie zafałszować obraz drugiego człowieka — nie tylko nakreślić go własną ręką, ale wydzielić go z siebie. Ale jak mogłoby mi się to udać, jeśli dookoła widzę tylko cienie? Tymczasem to znowu ja. Gdzie w takim razie jest człowiek?

Opublikowano

悲しい少年・ディスコ

sad boys disco

Pobieżnie nakreślona przed laty idea smutnej dyskoteki do dziś nie dawała mi spokoju. Rytmiczne podpieranie ściany pulsującej światłem odmienianym przez odcienie błękitu i purpury. Zatracenie się w impulsywnym tanecznym akcie powodowanym na wskroś przeszywającym, nieznajdującym ukojenia smutkiem lub zwyczajną melancholią — epizodem niewiary i pustki. Nieobecny wzrok zagubiony między obezwładniającym uczuciem tęsknoty za czymś, co kiedyś przez krótką tylko chwilę było zupełnie namacalne, ale nigdy już nie wróci a wbijającym w zapomnienie narkotyczno-alkoholowym upojeniem. Odurzające światło bijącego na oślep stroboskopu. Niewiara. Pustka. Melancholia. Tęsknota. Samotność. Niemiłość. Smutek.

Opublikowano

36. Jaszczury z kosmosu, które chipują

99 najfajniejszych rzeczy

36. Jaszczury z kosmosu, które chipują

To jest całkiem poważna sprawa, ja się wcale nie śmieję — co najwyżej uśmiecham tajemniczo pod nosem, bo skąd mogę mieć absolutną pewność, czy cała ta sprawa z jaszczurami z kosmosu, wspaniałomyślnie nagłośniona przez Carpentera w absolutnym klasyku kina lotów najwyższych — Oni żyją z 1988 roku (choć przyćmiona trochę przez nieortodoksyjną fryzurę głównego bohatera), nie ma w sobie trochę prawdy. Co powiedzielibyście na ten temat Aśtarowi Śeranowi, gdybyście spotkali go na małym tête-à-tête? „Promieniujcie miłość” — to jasne. Co poza tym? Jaki byłby przekaz? To trudne pytania — ja je tylko tu zostawiam pod waszą rozwagę.

Teorie spiskowe, zwłaszcza w czasach pogłębiających się podziałów społecznych, destabilizacji politycznej i prymatu mediów społecznościowych opartych na szybkich memach i fejkowych niusach, mogą wyrządzić społeczeństwom krzywdę (spójrzmy na samokarmiące się pseudonaukowym bełkotem ruchy antyszczepionkowe), ale dla człowieka myślącego i poszukującego muszą na swój sposób stanowić źródło niekwestionowanej rozkoszy intelektualnej. Rządy trujące społeczeństwa smugami chemicznymi (z tego miejsca pragnę pozdrowić serdecznie adminów grupy Stop Chemtrails nad Polską, jesteście wspaniali), sobowtór zastępujący od czasu wypadku samochodowego w 1966 świętej pamięci Paula McCartneya, teleskopowa brzoza w Smoleńsku, rządzący światem Iluminaci, Elvis Presley żyjący w dobrym zdrowiu na Kubie czy wreszcie nasi tytułowi Reptilianie, którzy systematycznie zniewalają ludzkość, aby żywić się naszym DNA — im wszystkim dedykuję ten wpis.

99 najfajniejszych rzeczy

Opublikowano

37. Skarpetki

99 najfajniejszych rzeczy

37. Skarpetki

Był taki cytat z Tyrmanda, znanego autora i samozwańczego bikiniarza, którego to cytatu teraz nie przytoczę, a w którym Tyrmand postulował, że skarpetki są jego zdaniem odzwierciedleniem drzemiącej w człowieku inwencji. Można było z tego wysnuć nawet taki wniosek, że tłamszenie tej inwencji na tym najbardziej elementarnym poziomie garderoby może prowadzić do kreatywnej destabilizacji. Nie traktuję tego jako prawdy objawionej, ale już do samych skarpetek w charakterze atrybutu szeroko pojętej fajności podchodzę, paradoksalnie, całkiem poważnie. Nie od zawsze jednak tak było — moje skarpetki w okresie młodzieńczym szybko przybrały odcienie szarości, a matka od kiedy tylko skończyłem liceum pragnęła, bym stał się człowiekiem poważnym — przynajmniej w kontekście skarpet dobranych odpowiednio do okazji tzn. czarnych do garnituru, krótkich do tenisówek, a białych do sandałów (tych na szczęście nigdy nie nosiłem). I tak tkwiłem w tej bezrefleksyjnej poprawności, trochę podyktowanej pragmatyzmem, trochę brakiem obeznania w tej kwestii, aż do momentu, gdy w japońskim shinkansenie nie spotkałem poważnego biznesmena w poważnym czarnym dwurzędowym garniturze zamawiającego najdroższy zestaw obentō w skarpetkach zupełnie szalonym — wielobarwnych, pozornie nieprzystających do żadnej innej części jego roli społecznej — stroju, pozycji, sytuacji, a jednak mówiących o nim więcej niż cała reszta. Tym samym to jego skarpetki stworzyły kontekst dla reszty jego persony. Może to przypadek, może urodzinowy prezent od nastoletniej córki, który tego dnia zmuszony był przywdziać. Pozostanę jednak przy idealistycznej postawie Tyrmanda, że oto mamy przed sobą człowieka, który tymi skarpetkami daje upust społecznemu skrępowaniu. To nie tyle protest, co manifest przeciwko banałowi, szarości, bezrefleksyjności, nudzie, sztampie. Przeciw temu co dorosłe, składne, wyważone, co przystoi i wypada. Manifest fajności, ot co.

Opublikowano

38. Wernisaże memów

99 najfajniejszych rzeczy

38. Wernisaże memów

Wernisaże można uwielbiać lub ich nienawidzić. Bo faktycznie bywa tłoczno i bez sensu, przez co sama wystawa zazwyczaj schodzi na ostatni plan. W tym miejscu mógłbym analogicznie do pojęcia memifikacji dyskursu publicznego, postulować memifikację dzieł sztuki, ale, w zaskakującym fabularnym twiście, nie zamierzam tego robić. Zamierzam natomiast nakreślić ideę, która już funkcjonuje, a która polega na oprawianiu memów w ramy i prezentowaniu ich w galeriach czy raczej częściej — piwnicach zaaranżowanych na obraz galerii — i tym samym wszystko zostaje w piwnicy (ba dum tss!). Koncept jest kontrowersyjny o tyle, że prawdziwe piwniczaki, prawi (hehe) dankersi zaprotestują w tym miejscu potrójnie — bo raz, że to z pewnością byłoby raczej memowe cmentarzysko, odgrzebywanie martwych memów, których miejsce jest w przeszłości, dwa, że to ewidentne wynoszenie kontentu (choć przy założeniu, że memy są martwe, został on już najpewniej wcześniej wyniesiony — w takim razie zabawa padliną), a trzy, że żeby iść te memy w tych ramach zobaczyć, to przede wszystkim trzeba wyjść z własnej piwnicy, co jest z założenia problematyczne, jeśli nie awykonalne. Jest jeszcze rzecz, którą też trzeba powiedzieć, a mianowicie, że galerie i muzea sięgające po formę mema to zazwyczaj najgorsze zło i rak instant, ale zwykle też dlatego, że stara się w nią wpisać postulaty szeroko pojętej sztuki. Mimo tych wszystkich obostrzeń i wątpliwości, a także pomimo tego, że nie jestem wernisażowym zwierzęciem i nigdy na memowym wernisażu nie byłem, jestem w stanie w stanie zaryzykować, że przy jako takiej świadomości epoki post-internetu można rzecz uczynić jak najbardziej fajną. Już samo akt wejścia z memami w przestrzeń galeryjną można potraktować jako metonimię jakiejś ogólnej meta-inter-tekstualności, co zawsze jest fajne, rozszerza kontekst i nawet jeśli w danej chwili nieświadomie, koniec końców przybliża do rozwoju świadomości.

Opublikowano

39. Studio Ghibli

99 najfajniejszych rzeczy

39. Studio Ghibli

O ile Kermit uczył mnie, jak być dorosłym, kiedy jeszcze byłem dzieckiem, o tyle obcowanie z filmami przesławnego (wielu pewnie w tym miejscu wtrąciłoby — przecenianego) Studia Ghibli uczyniło dla mnie wartość z nauki zupełnie przeciwstawnej — a mianowicie, jak nie zapomnieć jak być dzieckiem, wchodząc w dorosłość. Chciałem już niemalże użyć sformułowania „będąc dorosłym”, ale na szczęście ugryzłem się w palec i zakrwawiłem całą klawiaturę, dzięki czemu zyskałem na czasie i przemyślałem wszystko, zanim pozwoliłem realnej, poważnej dorosłości, takiej w spodniach na kant z melonikiem, laską i binoklem, wślizgnąć się do mojego życia. Mogę przystać na Kurtka zrównoważonego, odpowiedzialnego, nawet racjonalnego, ale nie dam sobie rzucać w twarz powagą i dorosłością — są granice. Te wyznaczają dla mnie w pewnych sferach właśnie filmy Studia Ghibli, które nawet jeśli mierzą się z moim ulubionym filmowym motywem we wszechświecie, tzn. z wchodzeniem w dorosłość (OK, przyznaję, mam słabość do cudownie ożywających w ostatniej scenie horroru czy thrillera złoczyńców, którzy w nagłym przypływie życie sięgają po spluwę, łopatę albo po prostu gryzą naszego bohatera w kostkę, ale jednak), robią to z dozą fantazyjnego marzycielstwa, którego tak często brakuje nam w życiu. Jakiś czas temu wróciłem do domu bardzo zmarnowany i pomyślałem o ile łatwiej byłoby mi być taką właśnie postacią ze Spirited Away. Owszem, światem duchów rządzi tam zła wiedźma, rodzice zostają zamienieni w świnie, a ty musisz oddać jeden znak ze swojego imienia (szczęśliwie japońska transkrypcja Kurtka, czyli クルテック ma ich aż nadto i gdyby pozbyć się jednego czy dwóch może dałoby się ją nawet sensownie zapisać jakimś fantazyjnym kanji), ale nie ma tego złego — twoim najlepszym ziomem jest przemieniający się w latającego smoka bóg rzeki Nigihayami Kohaku, a wszystko ostatecznie kończy się szczęśliwie — how cool is that?

I można z tą informacją zrobić tak naprawdę dwie rzeczy. Sposób Kurtka: zwinąć się w kłębek i płakać, zapadając się głęboko w świat marzeń na godziny, dni, tygodnie, miesiące, lata. Ale jest też drugi sposób — dla niektórych trudniejszy, dla innych prostszy (zależy pewnie, jaki kto jest dobry w płakaniu i na ile się w nim lubuje), żeby te wszystkie rzeczy, które nas olśniewają w animacjach Studia Ghibli — zupełnie zwykłe jak: moment, kiedy twój wzrok spotyka się z ostrym spojrzeniem kota siedzącego na kolanach kobiety po drugiej stronie tramwaju, albo gdy w najpogodniejszy z pogodnych dni zaraz po wyjściu z pracy zaskakuje cię ulewa, a że nie masz parasola, a leje podle, spędzasz kolejne pół godziny przytulony do pnia rosnącego nieopodal drzewa, którego wcześniej w ogóle nie dostrzegłeś, choć pracujesz w tym miejscu od roku, albo kiedy wiatr porywa ci kapelusz i musisz szczerze zaryzykować własne życie, żeby go odzyskać, ale ostatecznie udaje ci się i zziajany, ale szczęśliwy kwadrans później orientujesz się, że właśnie przegapiłeś ostatni tego dnia pociąg do domu. To wszystko sytuacje, w których zazwyczaj nie dostrzegamy żadnej fantazji, a tymczasem właśnie one, jak mało co, dbają o to, byśmy się w życiu nie nudzili, wyrywają nas ze schematu, w którym często w przeciwnym razie ugrzęźlibyśmy na dobre. Ale nawet gdy nic się nie dzieje — czy widok zbóż falujących na wietrze, zapach samodzielnie ugotowanej zupy, odbicie nieba w okiennej szybie, faktura drewnianego krzesła nie niosą z sobą pewnej aury wyjątkowości? Czy nie zbliżają codzienności, tak często przecież wymyślanej od szarej, burej czy ponurej, do jego kolorowej, bajkowej odsłony? To też robią zresztą właśnie filmy Studia Ghibli — w wyważonych proporcjach łączą to, co realne i to, co fantastyczne. To nie tyle odskocznia od codzienności, ile animowany pomost między rzeczywistością a marzeniami, jawą a snem.

Na koniec, żeby nie być gołosłownym, kilka rekomendacji spoza ścisłego kanonu — na czele z 「おもひでぽろぽろ」 (Powrót do marzeń) z 1991 roku — refleksyjnej i bardzo dojrzałej opowieści o mierzeniu się ze wspomnieniami, 「平成狸合戦ぽんぽこ」 (Pom Poko: Szopy w natarciu, 1994) — bajkowym proekologicznym manifeście o spontanicznej próbie ocalenia lasu przed zakusami deweloperów i wreszcie 「耳をすませば」 (Szept serca, 1995) oraz 「風立ちぬ」 (Zrywa się wiatr, 2013) — oba o wchodzeniu w dorosłość i konfrontacji uczuć i marzeń z rzeczywistością.

Opublikowano

40. Kosmos

99 najfajniejszych rzeczy

40. Kosmos

Pamiętacie, jak w podstawówce krążyły po korytarzach na przerwach starsze chłopaki w bluzach z kapturami i czasem robiły łapanki gdzieś przy szatniach czy toaletach i zaskakiwały takiego malucha jak ja trudnym pytaniem — czy jesteś za Legią czy Wisłą. Pytanie to było trudne nie dlatego, że trudno było wysondować, co na nie odpowiedzieć, ani że potencjalnie przez złą odpowiedź można było stracić zęby (co prawda mleczne, ale jednak zęby). Było trudne, bo chociaż odpowiedź na nie nie miała absolutnie żadnego znaczenia, w tej konkretnej chwili zależało od niej bardzo wiele. Jakby spojrzeć na tę sytuację z dzisiejszej perspektywy była to wartościowa lekcja życia — tak właśnie urządzony jest bowiem współczesny świat. Najpierw zapędza się ludzi do rogu, później pod przymusem wymaga się od nich właściwej odpowiedzi. Właściwej nie znaczy poprawnej. Właściwej w ściśle określonym kontekście — kontekście, który można by pewnie szeroko kreślić, ale równie dobrze można sprowadzić go do kontekstu konsekwencji odpowiedzi, od której zależy, czy będziesz kimś czy byle kim.

Ja to pytanie rozumiałem, ale nie potrafiłem na nie odpowiedzieć. Dzisiaj też zresztą bym nie potrafił. Różnica jest jedynie taka, że wówczas na wszelki wypadek zastanawiałem się, co miałbym wybrać, gdyby taka łapanka dopadła i mnie. Na próżno. Nie dopadła. Gdyby jednak tak się stało, mógłbym odpowiedzieć chociażby, że jestem za Plutonem. Zastanawiam się, ile mleczniaków by mnie ta odpowiedź kosztowała. Może żadnego, a może i całą garść. Kosmos zawsze mnie zajmował. Co prawda nie na tyle, żeby poświęcić mu życie, ani też nie na tyle, by móc swobodnie dyskutować o teoriach astrofizycznych, których jest przecież co nie miara, a jedna jest bardziej kosmiczna od drugiej, ale wystarczająco, by od czasu do czasu w zaciszu domowym zatopić się w powierzchownej kontemplacji tych pozornie tylko odległych zakątków naszego uniwersum. To romantyzm najwyższych lotów wyrażony przy pomocy działań matematycznych. Marzycielstwo nie do przyjęcia, ale jednak kluczące w siatce wytyczonych ściśle korytarzy bez planu i reguł gry, które poznaje się epizodycznie i przypadkowo w miarę kluczenia. „Jestem za Plutonem” brzmi w tym wszystkim jak kiepski żart, ale tak naprawdę jest — od zawsze najdalszy i najmniejszy wśród planet Układu Słonecznego Pluton był dla mnie esencją tego, co ciekawe w Układzie Słonecznym. Był symbolem krańca, krawędzi, za którą wszystko jest inne. Był ewenementem — osieroconym maluchem, na którego ktoś przez czysty zbieg okoliczności zwrócił uwagę, zestawiając z przyzwyczajonymi do blasku reflektorów gigantami. Zawsze pasjonowało mnie to, co ledwie znane, czego istnienie jest niemalże niekwestionowane, ale jednak, by dowiedzieć się czegoś ponad to, musimy opierać się na domysłach. Pluton był dla mnie od zawsze symbolem tego, co nieodkryte, zacienione, tajemnicze — poniekąd istoty (pojmowanej w sposób zupełnie romantyczny) całego kosmosu. Kiedy dokładnie dzisiaj, 14 lipca, dwa lata temu sonda New Horizons minęła Plutona, fotografując go, mierząc i badając jego parametry, poczułem dumę, poczułem, że to zupełnie osobiście ważna dla mnie chwila. I jeszcze to, że jestem częścią kosmosu, ale i człowiekiem i że razem z innymi ludźmi jesteśmy w stanie robić wielkie rzeczy, by dowiedzieć się czegoś o świecie, w którym żyjemy. I że to wszystko wspaniałe.

Opublikowano

41. Kermit

99 najfajniejszych rzeczy

41. Kermit

Absolutnie nie śmiałbym sugerować, jakoby Kermit, najwspanialsza żaba na świecie był rzeczą. Wręcz przeciwnie. W czasach upadających autorytetów jest jedną z niewielu postaci, którym byłbym w stanie takie miano nadać — może trochę z sentymentu, bo jednak Kermit był w moim życiu od dziecka, ale przede wszystkim ze względu na zaufanie, jakim go wówczas obdarzyłem, a którego nigdy nie nadwyrężył i jestem przekonany, że tego nie zrobi.

Ci, którzy znają mnie osobiście, zauważyli z pewnością, że mimo upływu lat nadal w pewnych sytuacjach nie mogę powstrzymać się od naśladowania sposobu bycia Kermita. Robię to niby z pewną nonszalancją, której Kermitowi odrobinę brakuje (nie ma się czemu dziwić, jest raczej małą, spiętą żabką), ale przede wszystkim ze świadomością, że nigdy nie będę równie fajny co Kermit — że tego co on wyssał z mlekiem(?) matki, ja, marny naturszczyk, z braku żabich genów nie zdołam nigdy przyswoić i przenieść z właściwą jemu naturalnością na własne jestestwo.

Ale Kermit też mnie kilku ważnych rzeczy nauczył — to nie jest tak, że spoglądałem na niego z uwielbieniem jedynie ze względu na ujmujący sposób bycia, nieskazitelnie pluszową zieloną cerę czy równie zielony kołnierz ułożony z filuterną niedbałością. Tak, to wszystko także było dla mnie ważne, ale równie istotne było to, co Kermit był w stanie mi przekazać i jak, koniec końców, zmienił moje życie. Nauczył mnie choćby tego jak być zabawnym wbrew sobie. To wbrew pozorom bardzo ważna umiejętność, zwłaszcza jeśli z natury nie jest się szczególnie zabawnym, ale jednak z racji tego, że nie jest się też leżącym przy drodze kamieniem, wykazuje się jakąś potrzebę socjalizacji i zaczątki (jednak!) poczucia humoru. I takie mimowolne żarty na granicy obojętności i błazenady, ale, co ważne, bez robienia z siebie pośmiewiska (przynajmniej w założeniu) w moim repertuarze to zasługa tego małego zielonego jegomościa. Najważniejszą rzeczą jednak, którą Kermit mi przekazał, a ja pokiwałem machinalnie głową z udawanym zrozumieniem, a dopiero lata później faktycznie ją zrozumiałem, było to, że choć niełatwo być zielonym, nie ma w tym niczego niewłaściwego. Absolutnie.