Opublikowano

もう一度シティーポップの世界へ ‧ Selekcja Citypopowa

もう一度シティーポップの世界へ ‧ Selekcja City Popu

Kolejna wycieczka w głąb popowych rozkoszy muzyki japońskiej

Mam cały folder na Spotify poświęcony tylko muzyce japońskiej i już od dawna nosiłem się, żeby dołączyć do niego wakacyjną selekcję city popowych singielków z lat 80. Kiedyś bardziej sympatyzowałem z 90sowym Shibuya-kei, później zakochałem się w motorycznym techno kayō (tu nie ma linka, bo ostatecznie nigdy nie wrzuciłem swojej trzygodzinnej bardzo pieczołowicie wyselekcjonowanej składanki na żadne streamy, a biblioteka Spotify w tym kontekście okazała się kpiną), ale ostatecznie uległem magii słonecznego j-popu na funkowo-soulowo-jazzowo-aorowym (w zależności od wykonawcy i nagrania) fundamencie. City pop musiał mnie zdobyć, to była wyłącznie kwestia czasu.

Wiecie, dla mnie odkrywanie nowych muzycznych bytów, całych muzycznych rzeczywistości to jedna z najlepszych rzeczy w życiu! W szczególności te momenty, gdy słucha się z wypiekami na twarzy kolejnych nieznanych wcześniej nagrań i płyt, gdy drzwi dopiero się uchylają, nie są już zamknięte, ale jeszcze nie otwarte na oścież. Ten ulotny moment pierwszej fascynacji, który musi w końcu ustąpić spowszednieniu i zatopić się w codzienności i rutynie. Dlatego najbardziej lubię te ze swoich plejlist, które także i dla mnie są na wpół uchylonymi drzwiami — rzeczy znane zestawiam kreatywnie z zupełnie dla mnie nowymi o podobnym potencjale. Wtedy mam poczucie, że mam teraz czego słuchać. Choć akurat ta citypopowa selekcja jest totalnie uniwersalna. To taki kawałek nieco oldschoolowego słoneczka z japońskim twistem.

Inne moje japońskie selekcje muzyczne:
渋谷系 ‧ Shibuya-kei
椎名林檎 ‧ Sheena Ringo
環境音楽 ‧ Kankyō Ongaku
邦楽 ‧ Hōgaku: japońska muzyka tradycyjna

Opublikowano

Śmierć w Wenecji

Cukry

Thomas Mann, „Śmierć w Wenecji”, wyd. Wydawnictwo Dolnośląskie, 1996


Kiedy zacząłem przedzierać się przez kwieciste opisy sytuacji (głównie wewnętrznej) bohatera „Śmierci w Wenecji”, pomyślałem, że nienawidziłbym tej książki, chociaż jest względnie niezbyt obszerna, gdyby mi ją dano na lekturę w liceum czy na studiach. Pomyślałem też, że pewnie są takie osoby, które po klasyczek Manna sięgnęły z jakiegoś bardzo konkretnego, pragmatycznego powodu. Mój egzemplarz biblioteczny był zresztą konsekwentnie od pierwszych do ostatnich stron pozakreślany ołówkiem. Nie były to jednak w żadnym wypadku fragmenty z mojej perspektywy warte zakreślenia — zakreślaniu towarzyszył plan, którego w pełni nie udało mi się rozpoznać. Zawierały się w nim jednak te najbardziej kwieciste z bardzo wielu bardzo kwiecistych opisów. Jak gdyby zakreślający musiał ze szczegółami zreferować strukturę języka Manna. Ucieszyłem się, że nie jestem zakreślającym i postanowiłem do „Śmierci w Wenecji” podejść w sposób możliwie najbardziej beztroski.

I to chyba okazała się słuszna strategia, bo „Śmierć” mogła łatwo zacząć mi się dłużyć. Akcję utworu można opisać prosto jednym zdaniem — oto powszechnie szanowany austriacki pisarz nobliwego już wieku postanawia udać się na letni wypoczynek do Wenecji, gdzie spotyka polskiego młodzieńca, dla którego traci głowę. Biorąc pod uwagę, że główne postaci tej historii miłosnej nie zamieniają ze sobą nawet jednego słowa, nie można się więc dziwić, że strony książki wypełniają głównie opisy sytuacji zewnętrznej dusznej Wenecji i towarzyszących im przeżyć wewnętrznych literata. Te meandrują od spraw związanych z literaturą i podejścia do życia, przez obserwacje otoczenia, aż po, jakże by inaczej, uczucia względem poznanego młodzieńca. Biorąc pod uwagę, że chłopak opisywany jest jako wkraczający w okres dojrzewania czternastolatek, jest w tym wszystkim coś, co musi niepokoić, ale poza dość zręcznie i naokoło nakreślonym przez Manna kontekstem erotycznym tej znajomości, historia ma wymiar bardziej uniwersalny. Sam wyjazd pisarza do Wenecji był bowiem próbą wydostania się ze swojej coraz bardziej uświadamianej sobie starości i zachwyt nad tym, co niemożliwe, bliskie i dalekie zarazem — doskonałością młodości był tamtego zewu naturalną konsekwencją. Pisarz, co też istotne, sam nie chce się sztucznie odmładzać, a jego relacja z chłopcem ma charakter czysto platoniczny.

Do tego miejsca mój opis fabuły jest właściwie co do joty także wiernym odzwierciedleniem „Zakazanych kolorów” Yukio Mishimy, który cztery dekady później śmiało rozszerzył opowiadanie Manna do pełno-formatowej powieści wypełnionej intrygami i szczegółami gejowskiego życia nocnego w ówczesnej Japonii. W momencie, gdy opisywałem tamtą książkę jako mariaż „Niebezpiecznych związków” i „Śmierci w Wenecji” nie byłem świadom, jak wiele oba utwory mają ze sobą wspólnego. Łączy je nie tylko motyw umiłowania piękna młodzieńca przez uznanego literata, ale też słuszne przeczucie zbliżającej się nieuchronnie śmierci. I u Mishimy, i u Manna śmierć stanowi naturalną przeciwwagę dla piękna. Mann wieńczy zresztą swój utwór kilkustronicowym opisem sennej majaki — pogańskiego obrzędu, w którym miłość i śmierć mieszają się ze sobą. To dość zabawne o tyle, że dosłownie rok po premierze książki, w 1913 roku zadebiutował balet Igora Strawińskiego „Święto wiosny”, który w swojej wymowie zdaje się uderzać w tę samą ekspresję, którą wyraził w swym opisie Mann. Przynajmniej w mojej głowie oba obrazy naturalnie nałożyły się na siebie. Co ciekawe postać pisarza Mann wzorował ponoć na sylwetce innego kompozytora — Gustava Mahlera. Opowieść Manna miała zresztą wątek autobiograficzny oparty na wakacjach pisarza w Lido latem 1911 roku.

Dodam jeszcze tylko, że kunsztu poetycznych opisów Manna dopilnował w polskim tłumaczeniu Leopold Staff, co wplata w ten i tak fascynujący intertekstualny splot kolejne włókienko.

Cukry

Opublikowano

Cukry

Cukry

Dorota Kotas, „Cukry”, wyd. Cyranka, 2021


To nie jest blog literacki, chociaż czasem lubię trochę poudawać, że jest. Chociaż na ćwierć etatu. Wtedy zyskuje jakieś jasne przeznaczenie i można na niego zajrzeć po coś. Mimo wszystko, Doroto Kotas, jeśli tu zabłądzisz, wiedz, że sekretnie się z Tobą zaprzyjaźniłem przez te „Cukry” i postaram się napisać same miłe rzeczy, żeby dać temu wyraz. Dobrze się zresztą składa, bo po lekturze sam mam taką potrzebę — wysłania dobrej energii i rozumienia wszystkiego, o czym dotychczas nie miałem pojęcia, a co jest ważne dla innych ludzi.

Nigdy nie myślałem o sobie jako o potencjalnej osobie w spektrum, choć od dzieciństwa zauważałem, że nie jestem może do końca typowy. Moja matka wiele z tych cech zresztą wyciągała na wierzch, czasem z dumą, że ona też tak ma, czasem z grymasem, że to po ojcu mojego ojca, o którym zawsze mówiła eufemistycznie, że był dziwny. I że mój ojciec też bywa dziwny po nim i że ona z tym walczy. I żebym ja taki nie był. I tak wychowywałem się w przekonaniu, że to jaki jestem, jest wynikiem jakiejś genetycznej loterii. Że bardziej jestem z kogoś niż sam sobie. W tym wszystkie te małe dziwactwa. Że nie przepadam za ludźmi w dużym natężeniu, ale nie mogę bez nich żyć. Albo że lubię małe codzienne przygody, ale paraliżują mnie sytuacje, na które jestem nieprzygotowany psychicznie, czyli faktyczne przygody — zmiany, przeprowadzki, nowe początki. Że niby lubię chodzić na koncerty, ale po kilkunastu minutach, niezależnie od tego, co dzieje się na scenie, wyczekuję momentu, kiedy to się skończy i jest to zawsze myśl uporczywa, dojmująca i niedająca się niemal niczym przysłonić. I wreszcie, tak samo jak Dorota Kotas, mam swoje ulubione sztućce i najbardziej w perspektywie zamieszkania samemu cieszę się na to, że zabiorę ze sobą tylko te i nie będę musiał się przejmować, że znowu leżą porzucone brudne w zlewie przez kogoś, kto nie ma pojęcia, że tak się nie traktuje czyichś ulubionych sztućców — a wierzcie, nie ma na to rady, żeby dało się to wytłumaczyć. I może to za mało na spektrum, może w sam raz, może jest jeszcze masa innych rzeczy, z których nie zdaję sobie sprawy, a może wcale nie — diagnostyka jest nieoczywista. Może to wina mojej matki i ojca mojego ojca, że to wszystko składa się na moją codzienność. Ja w każdym razie nie muszę wiedzieć na pewno.

Autorka rozdział po rozdziale skrupulatnie opisuje swoje życie, dzieląc je kategoriami bardziej emocjonalnymi niż funkcjonalnymi, choć mogłoby się z początku zdawać inaczej. Jest więc rozdział o zwierzętach, jest o książkach, jest o jednym domu, i drugim, i jeszcze kolejnym, o telewizji i o podróżach pekaesem, a wszystko to opisane z wielką wrażliwością i dbałością o szczegóły, które sprawią, że czytelnik odtworzy sobie zaraz w głowie wszystkie te sytuacje bardzo wyraźnie, tak jakby to on sam to przeżył. Kotas ma wielką wprawę w posługiwaniu się piórem i potrafi używać słów, które wszyscy znamy i nie są wcale dziwne, w sposób, na który jednak mało kto by wpadł. To totalnie imponujące, że można z taką lekkością stworzyć lekturę jednocześnie bliską czytelnika, jak i bardzo intelektualną. Trochę jak Szymborska, zupełnie nie jak Tokarczuk. Może jeszcze trochę jak Bronka Nowicka, która wydłubywała w dzieciństwie patykiem śnienie z czereśni (i to zdanie już zawsze zostanie mi w głowie). Jak ktoś napisał w internecie, a ja teraz to ukradnę, to lektura łatwa do czytania, ale trudniejsza przy późniejszym przemyśleniu. I jeszcze moja przyjaciółka napisała (i tym razem zacytuję), że Kotas „składa literki z taką swadą, że neurony imprezują w głowie”, co zręcznie zilustrowała mi zresztą gifem z tańczącym batmanem. Czytelnik neurotypowy czy nieneurotypowy, wierzę — że każdego, kto chce poznać doświadczenie drugiej osoby, proza Kotas ujmie pod rękę i zaprowadzi wprost na to neuroparty z tańczącym batmanem, na którym jest miejsce dla wszystkich i nikt nie siedzi w kącie, a literki wywijają na parkiecie, układając się w różne nieoczywiste znaczenia, czym tylko jeszcze bardziej ekscytują batmana.

Wreszcie, „Cukry” to książka, którą się dopada, a następnie pochłania bez reszty, nawet jeśli pierwotnie nie ma się na to szczególnej ochoty. I która zostaje w głowie na kolejne dni i dźwięczy zwłaszcza tymi fragmentami, które dotykają czułych miejsc albo takich, o których wcześniej się nie myślało, a teraz odkryło się, że można o nich myśleć. Ja zwłaszcza zastanawiam się nad czytaniem między wierszami, które jest trochę myślą przewodnią książki, pulsującą w kolejnych rozdziałach w zupełnie nowych kontekstach jako wymóg społeczny często niemożliwy do spełnienia dla osób nieneurotypowych. I nad rozmawianiem naprawdę, zwłaszcza z rodziną, bo z nią zawsze jest najtrudniej. Rodzina ma bowiem (a przynajmniej tak się jej wydaje) niezbywalne prawo, żeby mniej lub bardziej wprost zamykać swoich w niewidzialnych klatkach swoich oczekiwań i przeświadczeń, że wie lepiej. Ileż to rozmów trzeba było odbyć tak, żeby nie powiedzieć nic, co miałoby jakiekolwiek znaczenie. Ale wracają też do mnie z „Cukrów” konkretne obrazy. Migawki z licznych wytworów mojej wyobraźni, które naprodukowałem podczas lektury. Obiecuję, pani Doroto, że będę dla nich łaskawy.

Cukry

Opublikowano

Wymazać siebie

Wymazać siebie

Garrard Conley, „Wymazać siebie”, wyd. Poradnia K, 2019


Pamiętam, że bardzo wyczekiwałem filmu Edgertona. Że nie udało mi się zobaczyć go przedpremierowo na Nowych Horyzontach i przez kilka miesięcy czułem przez to pewien niepokój. Pamiętam też, że kiedy wreszcie udało mi się go obejrzeć, pozostawił mnie zupełnie obojętnym. Był nieźle zrealizowany — dobrze obsadzony, nakręcony z wyobraźnią, z pewnością jako kino aspirujące (mające się spodobać centrolewicowej publiczności i członkom Akademii), ale jednak na jakimś poziomie przepełnione narracyjnym chaosem, który sprawia, że widz ma poczucie, że non stop kręci się w kółko. To wrażenie, jak się okazało, jest skutkiem dość wiernego przeniesienia tekstu Conleya na ekran.

Gerrard Conley opowiada o dorastaniu na głębokim południu w religijnej rodzinie baptystów, pod okiem ojca pastora, który wspólnie ze swoim bogiem zaplanował już życie swojego jedynego syna jako własnego następcy. Gdy na jaw wychodzi homoseksualizm chłopaka, ten zostaje wysłany na terapię konwersyjną. Kanwę wspomnień Conleya stanowią mieszające się ze sobą opisy historii rodzinnej, okresu dorastania i odkrywania swojej seksualności oraz rzeczywistości i metod ośrodka „terapeutycznego” Love in Action. Książka nie jest otwarcie szokująca. Oczywiście pseudopsychoanalityczna szarlataneria na każdym kroku uciekająca się do publicznych upokorzeń pensjonariuszy, prowadząca koniec końców do wymazania części swojej tożsamości, wzbudza w empatycznym czytelniku oburzenie, ale głównym celem Conleya jest raczej opowiedzenie swojej historii, przekazania swoich emocji i doświadczeń. Jest w tym bardzo wyważony, momentami wydaje się nawet chłodny (tak też zapamiętałem rolę Hedgesa z adaptacji filmowej), choć często ucieka w osobiste dygresje.

I ta dygresyjność jest chyba dla mnie największym problemem jego prozy. Niezły styl i intelektualna kulturowa obudowa nie zrównoważyły mi tendencji Conleya do przedstawiania swojej opowieści poszatkowanej w drobne paski. Do tego stopnia, że momentami trudno było mi złożyć ją w chronologiczną. Problem mojego odbioru książki leży jednak, moim zdaniem, poza tym, że wcześniej widziałem już film na jej motywach — to powieść, której cała fabuła jest naszkicowana na tylnej obwolucie. Trzeba ją więc czytelnikowi na swój sposób (uwaga, brzydkie słowo) „sprzedać” — najprościej oczywiście krwistym mięsem (ale to, jak ustaliliśmy, nie ten rodzaj prozy), być może złożonym autoportretem psychologicznym (i to właśnie robi Conley). Mimo że czyta się go dobrze, lektura pozostawia jakiś niedosyt, pustkę, poczucie, że klocki jednak się nie poukładały. Ale nie dlatego, że się nie poukładały, co przez nazbyt lapidarny epilog. Ale może tak właśnie trzeba było to zrobić? Rozbełtać temat, bez histerii, ale z konsekwencją, i zostawić czytelnika z całym tym bałaganem sam na sam? Kto wie?

Konkluzja z 10 czerwca:
Wróciłem dzisiaj myślami do książki i stanęła mi przed oczyma bardzo jasno jej myśl przewodnia, którą przecież zrozumiałem, ale nie udało mi się jej wyrazić, a chciałbym ją jednak zaznaczyć. „Wymazać siebie” jest świadectwem (to słowo, w którym lubują się chrześcijanie, gdy mówią o swoich doświadczeniach duchowych, niejako poświadczają za Pismo), że tak jak nie da się wyekstrahować genu (czy zespołu genów) homoseksualności na płaszczyźnie biologicznej, tak nie da się tej homoseksualności oddzielić od większej całości — żyjącego, czującego, myślącego człowieka — metodami psychoanalizy. To właśnie próbowano robić w Love in Action, nie tylko nie odnosząc zamierzonych rezultatów, ale w efekcie łamiąc życia setek uczestników rzekomych terapii. Na polskim gruncie w adekwatnie biedniejszym wariancie takie działania zresztą także mają miejsce, co przed kilkoma laty opisali Anton Ambroziak i Jakub Lendzion. Brakuje w książce Conleya i filmie Edgartona jasnego postawienia tego aspektu w centrum tej historii, poboczne wątki, które są niewątpliwie częścią świadectwa, jednocześnie odwracają uwagę od myśli przewodniej. I tu chyba tkwi sedno mojego problemu z „Wymazać siebie”, co jest samo w sobie dość paradoksalne. Najwyraźniej sam próbuję porządkować sobie w głowie ten bałagan. Kto wie?

Wymazać siebie

Opublikowano

Opowieść podręcznej

Opowieść podręcznej

Margaret Atwood, „Opowieść podręcznej”, wyd. Wielka Litera, 2020


Zrobiłem się ostrożny w ostatnich latach i gdy widzę okładkę popularnej książki, wzmagam czujność. Nawet jeśli ta okładka ma gustowny design, a autorkę obsypuje się nagrodami. Do „Opowieści podręcznej” podszedłem więc z pewną rezerwą. Nie jestem już pewien, w jaki sposób lody zostały przełamane, ale stało się to szybko. Nie uważam się za miłośnika powieści z nurtu social fiction, ale świat nakreślony przez Margaret Atwood zafascynował mnie i przeraził jednocześnie.

Opowieść dziejąca się w niedalekiej przyszłości przedstawia świat po rewolucji post-chrześcijańskich fundamentalistów religijnych, których ofiarą padły liberalne Stany Zjednoczone Ameryki lat 80. zeszłego wieku. To, co było wcześniej zrównano z ziemią, zarówno dosłownie, materialnie, jak i w sferze organizacji społeczeństwa i rządzących w nim zasad. Obraz świata Atwood jest skrajnie szowinistyczny i redukuje kobiety do tradycyjnych ról społecznych — matki, gosposi, piastunki, ciotki — narzędzi, mających utrzymać ciągłość męskiej linii, możliwie najmniej wchodząc im w drogę. Role te zresztą przyporządkowane są im przez mężczyzn — kobiety mają je jedynie wypełniać. Karą za niesubordynację jest śmierć (względnie okaleczenie, a dopiero kolejnym razem śmierć). W tym ograniczonym spektrum ról w obliczu rosnącej niepłodności znalazły się także podręczne, których zadaniem jest rodzić dzieci wysoko postawionych oficjeli, których żony okazały się do tego niezdolne (bo kolejną zasadą jest to, że wina za brak potomstwa jest zawsze po stronie kobiety). Jedną z tych podręcznych jest nasza narratorka, która z potrzeby serca opowiada swoją historię, choć wie, że nie ma szans, by została ona usłyszana, ani tym bardziej wysłuchana.

I chyba właśnie intymność jej wyznań, idąca w parze zawsze z ograniczeniem informacji o świecie, w którym przyszło jej żyć, sprawia, że jej przemyślenia czyta się z mieszającymi się ze sobą złością, lękiem i ekscytacją. A jest to świat, w którym czytanie jest zakazane, rozmowy są niebezpieczne, a jednym oknem na świat ma być propagandowa telewizja. Mimo tego, że Atwood opisuje przemoc bez ogródek (ale też nie upaja się nią, jak twórcy serialu zrealizowanego na kanwie powieści), najbardziej wstrząsającym elementem są jednak opisy samej rewolucji, tego, jak Ameryka, którą znamy, przeistoczyła się w państwo policyjne. Czy to realne? Trudno mi ocenić, ale brzmi realnie, zwłaszcza jeśli w cywilizowanych krajach coraz bardziej zuchwale kwestionuje się ostatnio prawa kobiet, a Białorusinom mimo pospolitego ruszenia w 2021 roku wciąż nie udało się obalić pirackiego reżimu Łukaszenki. I to ta porażająca aktualność opowieści Atwood jest chyba powodem renesansu zainteresowania nią. Bardziej niż udany wizualnie, ale topornie rezygnujący z niuansów Atwood serial.

Opowieść podręcznej

Opublikowano

2020 ✕ filmy

2020

już myślałem, że w tym roku żadnych wyborów filmowych z mojej strony nie będzie, bo zeszły rok był bezprecedensowym kryzysem kinowym, za którym jakoś naturalnie przyszło znużenie formą filmu jako taką; znużenie, którego nie potrafię wyjaśnić — może kino było dla mnie bardziej formą socjalizacji aniżeli ucieczki? a może właśnie było formą ucieczki i z tej roli wygryzła je bez skrupułów sama pandemia? potrafiłem natomiast je odczuć, bo wiem, że oglądałem mniej; ale była to też sinusoida, z tygodniami jakichś szczeniackich wypieków na policzkach, że można już obejrzeć to czy tamto; rozdanie oscarów zawsze motywuje mnie, by ostatecznie rok filmowo zamknąć, a to prymitywne zestawienie to jedyny sposób, by jakoś symbolicznie tego dokonać

„no to dokonuję”, pomyślałem rano w przededniu rozdania nagród amerykańskiej akademii (to ostatni dzwonek), a teraz siadając do komputera, by jakoś uczciwie to zebrać (a filmy na tej liście to przedział między 2019 a 2021 rokiem), sam bardzo się zdziwiłem, że aż tyle widziałem od poprzedniego zestawienia względnie świeżych rzeczy, które jakoś ze mną nadal rezonują i z jakiegoś powodu chcę je polecić i zapisać tutaj — bo to jest moje główne kryterium wyboru i cel tego podsumowania zarazem; z racji że minęło prawie pięć kwartałów (a nie jak zazwyczaj cztery) wybrałem aż dwadzieścia tytułów ze świadomością, że to, co mi umknęło, być może znajdzie tu swoje miejsce za rok


2020

20.

été 85 reż. françois ozon

ozon jak zwykle zręcznie balansuje na granicy i dostarcza na kilku poziomach; to albo kiczowaty pastisz „call me by your name” może nawet 80sowego rohmera, albo nieznośny melodramat — co kto woli; meandrując między sentymentalizmem i absurdem, prowokuje do zajęcia stanowiska zarówno względem przedstawionej historii, jak i niejednoznacznej formy


2020

19.

lekcja miłości reż. katarzyna mateja / małgorzata goliszewska

z empatią o zrywaniu kręgu przemocy, miłości do siebie i innych oraz o tym, że nigdy nie jest za późno na zmiany; wzruszający, bezpretensjonalny i pozytywny dokument oglądany już w ogniu pandemii z jakąś nadzieją na odzyskanie normalności w sercu


2020

18.

nomadland reż. chloé zhao

ludzkie studium zagubienia w żałobie przyjmującego formę nieustannej wędrówki; frances mcdormand jak zwykle fenomenalna, tło chloé zhao niemal dokumentalne, film-medytacja, w którym na drodze do pełni szczęścia stoi obrzydliwie sentymentalna muzyka


2020

17.

crip camp: a disability revolution reż. nicole newnham / jim lebrecht

to flm z tych, które pokazują, jak przełamywać słabości i postawić na swoim; historia jak w wychowankach hippisowskiego obozu dla osób z niepełnosprawnościami narodził się bunt wobec niekrytej instytucjonalnej odrazy; budujący i empatyczny


2020

16.

never rarely sometimes always reż. eliza hittman

z empatią i realizmem o traumie niechcianej nastoletniej ciąży; bohaterki spojrzeniami wyrażają tu więcej niż w innych filmach całe ścieżki dialogowe; warto niezależnie od poglądu na sprawę


2020

15.

welcome to chechnya reż. david france

ważny film, który przede wszystkim ma naświetlić proceder prześladowań gejów w czeczenii; mimo braku formalnych fajerwerków, ogląda się go jak na szpilkach; szkoda, że amerykańska akademia nie znalazła dla niego miejsca w gronie nominowanych dokumentów; świat powinien o tym usłyszeć i zareagować


2020

14.

better days reż. derek tsang

to jedna z tych nieprawdopodobnych historii, które tak kochamy w kinie; zrealizowana ze zrozumieniem opowieść maltretowanej w szkole dziewczynki, która w chińskim krzywym zwierciadle przybiera obrót zupełnie szalony; ogląda się to wszystko z zapartym tchem i narastającym w widzu poczuciem sprawiedliwości społecznej; tsang mógł co prawda skończyć go kwadrans wcześniej, ale nawet to wybaczam


2020

13.

tenki no ko reż. makoto shinkai

makoto shinkai nigdy nie zastąpi produkcji ghibli, ale po latach suszy (ze strony miyazakiego i spółki) oraz nauki na własnych błędach, potrafi zaspokoić to samo pragnienie — beztroskiej, szalonej animowanej przygody; jest przy tym trochę naiwny i oparty na dosyć podstawowych emocjach, ale przepiękna realizacja i fantastyczna dynamika chwytają za serce; do wymiany niestety pozbawiona wyczucia ścieżka dźwiękowa


2020

12.

spaceship earth reż. matt wolf

jeśli nie słyszeliście historii tego projektu, gdy w latach 90. próbowano w warunkach izolacji od świata zewnętrznego odtworzyć w miniaturze ziemskie ekosystemy, pisałem o tym dość obszernie w zeszłym roku w tekście o książce bucky’ego fullera, która całe to szaleństwo zainspirowała; temat jest fascynujący i kompetentnie to uchwycono, choć może nie do końca wyczerpano — to motyw co najmniej na serial; sam film natomiast robi wrażenie linearnością akcji przywodzącą na myśl kino fabularne; polecam wszystkim, którzy nie boją się wyjść poza schemat


2020

11.

ema reż. pablo larraín

to jeden z tych seansów, podczas których stopniowo coraz bardziej i bardziej nienawidzi się głównych bohaterów, reżysera i scenarzysty, ale które jednak swoim tempem i pokrętną ścieżką zmierzają ku czemuś, co pozwala te emocje uwolnić, a ich dotychczasowe miejsce zająć poczuciem jakiegoś spełnienia


2020

10.

palm springs reż. max barbakow

jakkolwiek uwielbiam samberga, nie sądziłem, że będzie mi jeszcze dane obejrzeć z nim film, który uznam za dobry, a palm springs jest nie tylko dobre, ale wciągające, odstresowujące i niegłupie; to trochę taki dzień świstaka dla milenialsów, z chwilą na refleksję i masą humoru; dawno nie oglądałem bardziej udanej komedii


2020

9.

sound of metal reż. darius marder

zrealizowany z realizmem i empatią, które unaoczniają widzowi osobistą tragedię bohatera, ale bez wpadania w pułapkę sentymentalizmu czy melodramy; warto tę historię poznać, poczuć ją i usłyszeć; nie oscarowy bait, raczej niespodziewany zwrot akcji w nominacjach tegorocznego rozdania


2020

8.

black bear reż. lawrence michael levine

nabrałem się, przyznaję, sam nie wiem, na co, ale mam wrażenie, że dawno nie oglądałem kina, które podeszłoby mnie w tak nieoczywisty sposób; obie części filmu uzupełniają się wzajemnie, tworząc fascynującą mapę znaczeń oddającą wybrzmiewające mi w głowie do dziś słowa bohaterki, że istnieją myśli, które można wyrazić tylko w formie filmu


2020

7.

sorry we missed you reż. ken loach

wyrzut sumienia zeszłorocznego zestawienia, wówczas z bólem odłożony na później, znalazł u mnie miejsce rok później; janerka śpiewał kiedyś, że potrzeba więcej lol (które chcą zmieniać świat), a ja muszę tę myśl przekręcić, potrzeba więcej loachów; brytyjski twórca bez hiperbolizacji, ale z empatią pokazuje twardą codzienność rodziny robotniczej, na drugim planie piętnując nadużycia bezdusznego systemu; mocne kino


2020

6.

colectiv reż. alexander nanau

pojawiło się w filmie sformułowanie „węzeł gordyjski” i ono najbardziej trafnie opisuje to, co działo się w systemie opieki zdrowotnej w rumunii w czasach pożaru klubu colectiv w 2015 (i zapewne nadal trwa) — system stworzony, by karmić sytych kosztem tych w potrzebie; fenomenalne kino śledcze i obraz bezsilności tych, którzy próbują coś zmienić; niestety nie trudno zobaczyć w nim odbicie naszego polskiego podwórka


2020

5.

portrait de la jeune fille en feu reż. céline sciamma

kolejny film przegapiony przed rokiem, przywrócił mi ochotę na kino w minione wakacje; nieśpieszny, ale gęsty, bogaty w ponadczasowe konteksty i wątki; zrealizowany z malarską gracją, ale bez posągowej dostojności; doczekał się zresztą w tym roku mniej zajmującego naśladowcy w postaci filmu amonit


2020

4.

promising young woman reż. emerald fennell

rozkosznie metapopkulturowe kino rape and revange pełną gębą, w którym dla pogłębienia efektu zarówno „rape”, jak i „revange” wykorzystano piosenkę paris hilton; moja przyjaciółka nazwała go nadzwyczaj trafnie kwaśnym cukierkiem, który w kolorowym papierku skrywa zawartość, którą nie każdy będzie w stanie przełknąć; dobre i ważne kino


2020

3.

the father reż. florian zeller

teatr telewizji z dwiema fenomenalnymi rolami głównymi; mimo pewnej przewidywalności udało się zellerowi pokazać temat, od strony której nie ujęto jeszcze tak zręcznie w filmie live action; rezonuje ze mną do dziś, może dlatego, że w gestach i słowach hopkinsa dostrzegłem rysy mojej nieżyjącej babci?


2020

2.

zabij to i wyjedź z tego miasta reż. mariusz wilczyński

afirmacja brzydoty i groteski jako ostatnia deska ratunku starzejącego się łodzianina; obrośnięty licznymi legendami jeszcze na długo przed przesuwaną w nieskończoność premierą surrealistyczny trip o przemijaniu narysowany kreską czołówki miliarda w rozumie; ktoś napisał w sieci i zebrał przy tym wielki poklask, że to definicja kina dla boomerów; jeśli tak, mogę być boomerem, bo mnie ten film z całym swoim gorzkim bełkotliwym sentymentalizmem ujął na wielu poziomach; poczułem się jednością z brudem szarych ulic i brudem za paznokciami, i wszystkim tym, co na co dzień wolelibyśmy wyprzeć, a co jednak nas mimowolnie kształtuje i bez czego nie bylibyśmy nami


2020

1.

quo vadis, aida? reż. jasmila žbanić

bezsilność w obliczu wojny i biurokracji; dobitny portret natury ludzkiej; poniewiera widza, choć ani przez chwilę nie epatuje dosłowną brutalnością; esencja kina antywojennego; kładę na jednej półce obok idź i patrz i idę, i patrzę

Opublikowano

ogórka górka

ogórka górka

ogórka górka

gdy chmurkę z chmurką koparka
zagarnie — to chmurek chmarka

ogórka zaś na ogórka
położysz — ogórka górka

choinki miętowy pasek —
cukrowych lasek to lasek

szypułki ze dwie, w-tę, czy w-tę,
dadzą szypułek nam szczyptę

lata przepastna materia
to fajna ferii feeria

podlany sosikiem sosik
zastygnie w sosiku stosik

magii znów ponad miarkę
wypełni nam czarów czarkę

gęste w melodii burdony
pół tonów chyba z pół tony

gdy piesków zbierze się grupka
urośnie wtem kupki kupka

bez siły jakaś chudzina
to ledwie jest krzepy krztyna

gdy taki do boju stanie
jeśliby pomogły mu psy

niechybnie i niespodzianie
wpadnie wnet w zapasów zaspy

pół rondla i ćwierć naparstka
to nawet nie garnka garstka

na szczęście piesków wyżerka
pokaźną jest stertą serka

do tego sosik, ogórki
i chmarka cukrowej chmurki

dobrze że miarki i skale
choć określają nas ciutkę

nie decydują całkiem
jakim jest kurtek kurtkiem

Opublikowano

Buszujący w zbożu

Buszujący w zbożu

J.D. Salinger, „Buszujący w zbożu”, wyd. Albatros, 2016


Staram się nie być z tych, którzy skreślają jakąś książkę na wstępie, tylko dlatego, że jest popularna ponad zdrowy rozsądek. To chyba zresztą moja cecha wspólna z bohaterem takiej właśnie książki — „Buszującego w zbożu” J.D. Salingera. Ileż ja razy słyszałem ten tytuł w kontekstach popkulturowo-towarzyskich. Przy czym zwykle były to punktowe wzmianki bez dalszego ciągu. Zazwyczaj ktoś wymieniał ją jako swoją ulubioną czy też taką, co to zmieniła jego spojrzenie na świat. I można by się od tych wszystkich deklaracji nabawić przewlekłej alergii, ale ja, który o „Buszującym” wiedziałem tyle, że istnieje, będąc niejako na fali nadrabiania licealnego kanonu, postanowiłem przekonać się o tym sam. Tej pozycji akurat w naszym spisie lektur nie było, ale w krajach anglosaskich zdaje się, jest to biblia niepokornych nastolatków i 101 antyestablishmentowej rebelii. I poniekąd całkiem słusznie.

Głównym bohaterem opowieści jest niejaki Holden Caulfield, uczeń jednego z prestiżowych nowojorskich liceów, Percy, który zostaje z niego wydalony za złe wyniki w nauce. A że nie jest to jego pierwsza taka przygoda, zamiast wrócić grzecznie do domu z podkulonym ogonem, postanawia pobalować w Nowym Jorku. Później spisuje wszystko, co przydarzyło mu się podczas tych kilku bardzo długich dni i to właśnie jest „Buszujący w zbożu”.

Gdy zacząłem lekturę, długo nie mogłem przyzwyczaić się do dość prostolinijnej stylistycznie pierwszoosobowej narracji. Zwłaszcza że Caulfield co chwila uzewnętrznia się, jak to ten czy tamten go „wkurza”, albo sytuacja taka i taka go, jakże inaczej, „wkurza”. Dużo jest w jego sposobie opowiadania młodzieżowego slangu, ale takiego z trzy, może cztery pokolenia wstecz. To wciąż lepsze niż jakiekolwiek stylizacje dzisiejszych 40-latków na współczesną młodzieżową gwarę, ale w dalszym ciągu, trzeba było kilkudziesięciu stron i jakiegoś punktu zaczepienia w akcji jego opowieści, bym dał się przekonać, że tak ma być i już. A akcja jest.

Caulfield niestrudzenie przeskakuje od dygresji do dygresji, od anegdotki przez apdejt w jego obecnej sytuacji do kolejnej anegdotki i wychodzi mu to całkiem nieźle, zwłaszcza że jest z czytelnikiem szczery, a przynajmniej takie wrażenie można odnieść. I to jest chyba największą zaletą „Buszującego” — dzięki tej prostolinijności, bezpardonowości swojego bohatera wbija szpilkę w obraz idealnie uporządkowanej, uśmiechniętej Ameryki lat 40., w której wszystko ma swoje miejsce i którego to status quo nie można, broń boże, jakkolwiek kwestionować. A tymczasem na marginesach opowiadania, szerokich zresztą, jak diabli (tak, wiecie, metaforycznie), Caulfield kwestionuje wszystko, co się da. Nie lubi buców, ważniaków, karierowiczów, hipokrytów, ludzi, którzy go nie słuchają, niezależnie czy udają, że słuchają, czy nie zadają sobie tego trudu (i wielu, wielu innych). Jest to wszystko jakąś tam odtrutką na stan zastany, w którym nie ma miejsca na nowe i z tego względu rzeczywiście, to lektura odpowiednia dla kogoś, kto dopiero w dorosłość wchodzi i jakoś tego nie widzi.

„Buszujący w zbożu” mojego sposobu widzenia świata nie zmienił, ale dobrze od czasu do czasu przypomnieć sobie, jak rozkładają się pozycje. Dzięki tej książce można, niby przy pomocy mapy, umieścić siebie na planszy. W tym kontekście nieoczywisty z początku tytuł, będący zresztą nawiązaniem do fragmentu wiersza Roberta Burnsa, wydaje się cholernie (parafrazując Caulfielda) adekwatny. A uczciwie przypomnieć sobie, gdzie się stoi, zawsze warto. Może to coś da, kto wie?

Buszujący w zbożu

Opublikowano

Zapiski syna tego kraju

Zapiski syna tego kraju

James Baldwin, „Zapiski syna tego kraju”, wyd. Karakter, 2019


James Baldwin, choć spisywał myśli zawarte w książce „Zapiski syna tego kraju” siedemdziesiąt lat temu (w co trudno zresztą uwierzyć), w wielu kwestiach pozostaje boleśnie aktualny. Jak sam pisze w przedmowie do wydania z 1984 roku, Francuzi mawiają, że im więcej się zmienia, tym bardziej pozostaje takie samo. Trudno nie odczuć ciężaru tych słów, gdy mieszka się w Polsce w 2021 roku.

Moje pierwsze obszerniejsze spotkanie z Baldwinem nastąpiło przed kilkoma laty poprzez zrealizowany na kanwie jego niepublikowanych dzienników esej dokumentalny „I Am Not Your Negro”, gdzie przemawiał z ekranu głosem Samuela L. Jacksona (ale też swoim własnym w licznych archiwaliach). Wydał mi się wówczas postacią niezwykle czarującą i merytoryczną zarazem — potrafił rzeczowo i z humorem mówić o sprawach trudnych i ważnych związanych najoględniej rzecz biorąc ze wciąż jeszcze niekompletną emancypacją Afroamerykanów. „Zapiski syna tego kraju” ze względu na ich osobistą naturę są doskonałym dopełnieniem tamtego filmowego doświadczenia i vice versa. Słowo „Negro”, które pojawia się w tytule filmu ma swój polski odpowiednik także w książce. „Murzynowi” tłumacz poświęcił trzy-stronicową notę, bo sam Baldwin używa go w oryginalnych esejach wielokrotnie i bynajmniej nie z rezerwą, co należy jednak jednoznacznie zrzucić na karb ówczesnych realiów. „Murzyn” doczekał się wielu często wykluczających się analiz lingwistyczno-socjologicznych, także w Polsce, a wywoływane przez nie dyskusje są najlepszym potwierdzeniem, że Polacy potrzebują lektury Baldwina nie mniej (a przynajmniej niewiele mniej) niż Amerykanie.

W wieńczącej książkę nocie autor enigmatycznie dziękuje rozmaitym czasopismom za wyrażenie zgody na przedruk opublikowanych na ich łamach między 1948 a 1955 rokiem esejów, które później złożyły się na program książki. I tak należałoby ją w zasadzie czytać, zwłaszcza że zarówno kontekst kolejnych tekstów, jak i sposób w jaki zostały napisane są różnorakie i tą różnorakością mogą czytelnika wyprowadzić nieco z równowagi, a nawet spłoszyć. A kontekst jest w tym wypadku bardzo ważny, bo Baldwin niejednokrotnie odwołuje się do konkretnych dat, nazw, tytułów, nazwisk, z intencją co prawda wyjścia poza, jakbyśmy to określili dzisiaj, swoją bańkę (a w wydaniu Karakteru także z pomocą przypisów polskiego tłumacza), ale nie sposób czasem nie odczuć w Polsce w 2021 roku, że jest się synem innego zgoła kraju — jak się jednak potwierdzi nie raz, i nie dwa podczas tej lektury zupełnie jednak takiego samego, wyłączając pewne różnice kulturowo-historyczne.

Baldwin wychodzi w tym zbiorze esejów z dwóch stanowisk — komentatora zarówno białej, jak i czarnej rzeczywistości dookoła niego oraz mimowolnego uczestnika obu. Opisuje swoją historię, czasem linearnie i w szczegółach, czasem między wierszami innych wydarzeń, które też poniekąd ją współtworzą. Parafrazuje przy tym Joyce’a, pisząc że „ludzie są uwięzieni w historii, a historia jest uwięziona w nich”. Jego przemyślenia na temat stosunków czarnych z białymi są jednak zawiłe i pełne niejednoznaczności. Analizuje szanse czarnoskórych na ucieczkę z Harlemu, jeśli okoliczności pozwolą im na poddanie się schematowi narzuconemu przez białych, zanim ich ambicji nie wypaczy środowiskowa bezradność. Opisuje codzienny rasizm w południowych stanach i systemowy rasizm z całej Ameryce. Gorzko podsumowuje bilans szkód, jakie wykluczenie czarnych w zdominowanym przez białych pod każdym względem społeczeństwie czyni w tych pierwszych już w okresie dzieciństwa i dorastania. Snuje teorie, że przyczyną trudnych wzajemnych stosunków Afroamerykanów i Żydów jest właśnie dyskryminacja obu tych grup. Wreszcie porównuje perspektywę Afroamerykanina z doświadczeniem europejskim, gdzie na czarnego patrzy się inaczej, choć też przez pryzmat jego koloru skóry.

Wszystkie jego opowieści łączy konstatacja, że ta bezsilność, ten strach muszą prowadzić do jakiejś wściekłości, czy wręcz do nienawiści, ale nie nienawiści czystej i bezwzględnej, a takiej, która miota się między wewnętrznymi sprzecznościami. Baldwin porównuje ją do wyboru „między amputacją a gangreną”, która zawsze prowadzi do autodestrukcji. Dużo lepiej czyta się go zresztą, gdy wychodzi od własnych doświadczeń, niż gdy próbuje rozważać zagadnienia w wymiarze oderwanym od konkretnych sytuacji. Wtedy bywa, że wpada w pułapkę mędrkowania i trudno dotrzymać mu kroku.

Najbardziej poruszającą historią zawartą w zbiorze, a zarazem najbardziej przemawiającą do wyobraźni, także ze względu na talent Baldwina do dobitnego i obrazowego wyrażania własnych myśli w formie narracji powieściowej, jest osobisty opis pogrzebu ojca, który zbiegł się w czasie z narodzinami jego najmłodszej siostry. Te same wykluczające się emocje, które są dominantą wszystkich esejów, tutaj przybierają wymiar najbardziej osobisty. Doskonale czyta się też opowieść o feralnym oskarżeniu i aresztowaniu pisarza w Paryżu w przeddzień Bożego Narodzenia. Od naszego polskiego folkloru, mieszanki prostolinijności i dobrych chęci, która nie do końca wie, co z tym „Murzynem” począć, zupełnie niedaleko położona wydaje się pewna górska wioska w Szwajcarii, gdzie Baldwin przez wzgląd na kolor skóry stał się czymś w rodzaju lokalnej atrakcji. Swoje odczucia zawarł w wieńczącym zbiór eseju „Obcy w wiosce”.

Mimo pewnych narracyjnych nierówności, warto po Baldwina sięgnąć. Nie da się z dorównującym jego zrozumieniem tematu i elokwencją wyekstrahować jego myśli. Można natomiast w jego historiach nawet w Polsce w 2021 roku odnaleźć zupełnie znajomy rys — opresyjnych rządów bezmyślnej większości, systemowego wykluczenia tych, którzy nie mogą zadbać o własne interesy, wykalkulowanego kozłoofiaryzmu do realizacji konkretnych celów politycznych, bezrefleksyjnego tłumienia buntów społecznych bez próby zrozumienia ich źródła, podejmowania doraźnych decyzji o charakterze wyłącznie marketingowym w odpowiedzi na poważne i głęboko zakorzenione problemy społeczne. To wszystko znamy przecież na wyrywki. Naszymi „innymi” nie są czarnoskórzy tylko dlatego, że mają to szczęście nie mieszkać w Polsce nazbyt licznie.

Nie zrozumcie mnie źle, moim celem nie jest wcale przykrycie lub strywializowanie problemów czarnoskórych w USA zarówno w czasach esejów Baldwina, jak i dziś. Wręcz przeciwnie — próbuję tę bezsilność połączoną z wściekłością przenieść na znajomy grunt, żeby lepiej zrozumieć, zarówno je same jako żywe i dojmujące uczucia, jak i ich konsekwencje. Zwłaszcza że sam czuję się na swój sposób mimowolną częścią tego dyskryminacyjnego systemu. Swego czasu dość często podróżowałem do Paryża — tego samego, wydawałoby się, w którym przez wiele lat mieszkał Baldwin i o którym pisał także w tych esejach. Podczas jednego z tych wyjazdów kilkakrotnie, nie znając zupełnie topografii miasta, zdarzało mi się zabłądzić i znaleźć się w miejscach, w których nigdy wcześniej nie byłem — w czarnych dzielnicach. Raz jeden wybrałem się samotnie na wieczorny spacer w okolice, dość wydawałoby się turystyczne, w pobliżu bazyliki Sacré-Cœur.

Mój plan na mapie wyglądał zupełnie dobrze, ale gdy wysiadłem na stacji metra okazało się, że jestem w centrum miasta zgoła innego niż to, które jako tako już poznałem. Nie zawróciłem jednak. Początkowo zupełnie nie zwróciłem uwagi, że byłem jedynym białym w zasięgu wzroku. Dopiero po kilku minutach wędrówki przez kolejne ciemne uliczki otoczone metalowymi siatkami, coraz śmielej przechodzące w blokowiska zdałem sobie sprawę, że być może nie powinno mnie tam być. Zacząłem panikować. Nie zawróciłem jednak. Kilkanaście minut później zszedłem do napotkanej stacji metra i z bijącym sercem wróciłem do siebie. Nie zdarzyło się wtedy przy tym nic zupełnie nadzwyczajnego. Nikt do mnie nie podszedł, nikt mnie nie zaczepił, nie widziałem niczego niepokojącego. Poza tym strachem, który rozpanoszył się wówczas w mojej głowie. Nie potrafię stwierdzić, czy był jakkolwiek zasadny. W tamtym czasie często pytano mnie o Paryż pod kątem bezpieczeństwa i porządku na ulicach, ale nigdy nie zdarzyła mi się tam sytuacja jakiegokolwiek faktycznego zagrożenia. Mimo wszystko w tamtej chwili poczułem się bardzo niepewnie. Od tego czasu raz po raz wracam myślą do tamtego wieczoru i tak jak Baldwinowi, towarzyszą mi sprzeczne odczucia.

Cenię najbardziej takie właśnie głosy, jak „Zapiski syna tego kraju”, które wyprowadzają mnie z pułapki kodeksowego myślenia, skłaniają do osobistych refleksji, otwierają oczy, polemizują ze mną, a ja z nimi i z samym sobą zarazem. I nieśmiało marzę, że może gdybyśmy szerzej poznali „Zapiski”, umielibyśmy szerzej i trzeźwiej spojrzeć zarówno na to, co wciąż dzieje się w Ameryce, jak i na to, co zaczęło dziać się w Polsce. Z nadzieją czekam na polskie przekłady późniejszych esejów Baldwina, bo „Zapiski syna tego kraju” to jedynie wstęp do myśli tego płodnego autora i myśliciela, który nigdy nie poddał swojego krytycznego głosu. Głosu, który, jak pokazują doświadczenia ostatnich lat, jest nam wciąż, także tutaj, w naszej polskiej bańce, zupełnie niezbędny.

Tekst ukazał się także w serwisie Soulbowl.pl pod tytułem „Jak zapiski Jamesa Baldwina mogą pomóc Polsce w 2021 roku”.

Zapiski syna tego kraju

Opublikowano

Zbrodnia i kara

Zbrodnia i kara

Fiodor Dostojewski, „Zbrodnia i kara”, wyd. MG, 2015


Grafika powyżej pochodzi z wydania W.A.B. z 2018 roku, które pierwotnie chciałem przeczytać, ale nie mogłem go dostać i koniec końców zabrałem się za wydanie MG z 2015 roku (okładka poniżej). Nie przejąłbym się tym, gdyby nie były to dwa różne tłumaczenia. Moje, które oceniam zresztą całkiem nieźle, wyszło spod pióra Jana Piotra Zajączkowskiego i jak się okazało już po fakcie, jest to tekst przedwojenny z 1928 roku. Wydanie W.A.B. zaś to wysoko oceniany przekład Czesława Jastrzębiec-Kozłowskiego. Przyznaję, że nie zrobiłem przed lekturą należytego riserczu. Wydania MG, na co uczulam, są jednak przedrukami starych polskich przekładów. Bulwersuje zwłaszcza wydanie okrojonej wersji „Braci Karamazow”, którą to edycję ktoś nazwał tutaj konwencją „romansu dla pensjonarek”. Uczulam zatem przed zabraniem się za lekturę, że to, jakie wydanie wybierzemy w przypadku tak żelaznej klasyki jak Dostojewski, może zrobić różnicę. Niby to oczywiste, ale może wcale nie, zwłaszcza gdy głównym kryterium staje się dostępność. Ja jednak dziś nie o tym…

Kanon lektur w drugiej liceum to była i dla nas, bibliofilów od siedmiu boleści, i dla naszej polonistki, której zależało, ale chciała za dużo, za szybko i trochę przy tym nie miała wyjścia, jazda po wertepach dokoluśka skrzypiącej karuzeli bez trzymanki i bez rozumu. Totalnie żeśmy potonęli. Trochę z wyboru, bo utrzymać na powierzchni dało się tylko, zostając więźniem tego kanonu na całe popołudnia, wieczory, weekendy. Odpuściłem więc naturalnie Dostojewskiego, ale z zastrzeżeniem, że kiedyś na pewno nadrobię. Z tym, że wiadomo jak się zastrzega takie rzeczy. Szanse były zupełnie beznadziejne. A jednak to jedno zastrzeżenie pęczniało we mnie stopniowo tak, że nareszcie przydusiło mnie swoim rozmiarem do refleksji z następstwem w postaci czynu. I oto bełkotliwe „czytałem Dostojewskiego” zmienić mogę na „przeczytałem”.

To głupstwo zupełnie, błazenada wręcz, takie mam poczucie, żebym ten kontekst szkolny tutaj przywoływał z takim rozmachem, ale piętno lektury szkolnej zawisło niestety nad moim spotkaniem ze „Zbrodnią i karą” najwyraźniej nieodwołalnie. A był jeszcze kontekst, jak się miało okazać, poboczny, a mianowicie tzw. podryw na wieszcza. Bo, że Dostojewski na wieszcza się kwalifikuje, to lektura „Zbrodni” doskonale to obnaża, ten podryw z kolei, nie miał chyba wówczas podtekstu erotycznego, był raczej próbą stworzenia jakiegoś przymierza, albo przeciwnie, zamknięcia się w jakiejś kaście. Otóż już na studiach, kolejnych z rzędu, była pewna koleżanka, którą zapamiętałem do dzisiaj z jednego tylko, że ostentacyjnie obnosiła się ze swoją miłością do Dostojewskiego właśnie. Któregoś razu zupełnie przypadkiem na wykład z trygonometrii przydźwigała trzy kilo „Braci Karamazow” w twardej oprawie i dużą czcionką. Innego dnia ochoczo włączyła się w rozmowę o książkach z zastrzeżeniem, że nie było od Dostojewskiego lepszego pisarza. I to mi po niej zostało w mojej własnej głowie. Lat temu później kilka moja własna matka, zakochana swego czasu w Orhanie Pamuku, na swój sposób sekundowała tej opinii twierdzeniem, że dopiero, gdy przeczytała uważnie „Zbrodnię i karę” odkryła wielkie źródło tamtego Pamuka inspiracji. Od tamtej pory z honorami dotąd należnymi w naszym domu Pamukowi przerzuciła się zresztą na Dostojewskiego, a Pamuka już się u nas nie czytuje (choć piętrzy się nadal na półkach, ale z jakby rzadszym cokolwiek wyrazem). To mnie finalnie pchnęło.

U wrót „Zbrodni i kary” stałem na krawędzi i całkiem ładnie poleciałem, bo to jest przede wszystkim powieść doskonale napisana. Akcja może troszkę czasem przestępuje z nogi na nogę w trakcie, gdy wszyscy bohaterowie gęsto tłumaczą swoje występki, deliberują, polemizują, wzdychają, jojają, płaczą nad swym losem. Robią to zresztą w sposób nadzwyczaj wykwintny, ale wcale nie sztuczny czy nieprawdopodobny. Ot, taka konwencja. Czyta się to trochę tak, jakby oglądało się niemy film, czarno-biały, z wieloma zbliżeniami na powykrzywiane to w w grymasie, to w uśmiechu twarze, z niesamowicie dramatycznym tokiem zdarzeń, ale raczej formalnie niż w taki denerwująco sensacyjny sposób, w jaki się to robi dziś. Dostojewski jednak płynie, ma wszystko fantastycznie wykoncypowane. Jego postaci są żywe, swoiste, mają swoje. Doskonale to rozgrywa! No a w centrum nasz biedaczek Raskolnikow, który snuje swoje teorie i z naukowym wręcz zapałem, jak na byłego studenta przystało, postanawia wcielić je w życie — tak na próbę. Oczywiście nie wie, że sam jest bohaterem zgoła innego eksperymentu — wielkiego dylematu moralnego, któremu Dostojewski poświęcił „Zbrodnię i karę”, sam moralizując czytelnika umiarkowanie jedynie bliżej końca tej historii. W przeciwnym razie zrewidowałby pewnie nieco wcześniej swoje szaleństwo, ale nie o to przecież chodziło. Chodziło o to, żeby Raskolnikowa poświęcić na rzecz moralności, ale i pewnego pragmatyzmu czytelników, niosąc przesłanie, które łatwo się powtarza, ale trudniej przychodzi czasem jego rzeczywiste zrozumienie, że działania mają swoje konsekwencje.

To wniosek najogólniejszy, bo mam takie poczucie, że choć oczywiście Dostojewski podejmuje tematykę zupełnie uniwersalną, to trochę ze względu na tych sto pięćdziesiąt lat, które już minęły od publikacji i tak szeroki zasięg tej powieści, że treść jej jest znana każdemu średnio wykształconemu Europejczykowi, trudno już w nim znaleźć tego ducha, który tchnąć mógłby w człowieka jakąś moralną świeżość. A tak czułem się chociażby, oglądając przed laty „Sznur” Alfreda Hitchcocka, który ten sam kazus potraktował z właściwą mu lekkością i przebiegłością. Skupił się oczywiście na innych aspektach, a jego narracja była mniej prostolinijna, ale w moim mniemaniu udało mu się rzucić na sprawę nowe światło, co z kolei Dostojewskiemu, mimo doskonałego rysu psychologicznego postaci, zajmująco poprowadzonej akcji i ogólnego rozmachu narracyjnego, niestety nie wyszło. Nie jest to jednak, jak pisałem, zarzut, który kieruję bezpośrednio do niego. To raczej system kulturowo-edukacyjny strywializował jego dzieło, chociażby poprzez wciśnięcie go na trzy lekcje bandzie nieokrzesanych młokosów w drugiej klasie ogólniaka między „Nad Niemnem” a „Chłopów”. Trudno jednak od tego uciec. Dostojewski, poprzez otwarcie edukacyjny charakter swojej powieści, nieświadomie sam ją bowiem w tej pułapce zamknął. Koniec końców trudno wyobrazić sobie dla „Zbrodni i kary” miejsce lepsze niż ława szkolna. A na ile jest to rzecz treści utworu, a na ile kontekstu, który moje spojrzenie na ten utwór ukształtował (żeby nie napisać, powykrzywiał), tego nie jestem już chyba w stanie jednoznacznie rozgraniczyć. Może jeśli spotkam kiedyś przypadkiem tamtą koleżankę ze studiów, by uniknąć kurtuazyjnych pytań, które nie prowadzą do odpowiedzi, zapytam ją właśnie o to. Może wreszcie przyjmie mnie do tego klubu, jak sądzicie?

Zbrodnia i kara