Opublikowano

Better Than Fine

Better Than Fine

W zeszłym roku było o empatii i trosce, w tym postanowiłem wniknąć nieco głębiej w to, co musi pośrednio leżeć u ich podstaw, czyli nasz własny dobrobyt rozumiany jako zdrowy egoizm, równowaga pomiędzy tym, co nasze własne, co czyjeś a co nasze wspólne. Trudno na dłuższą metę troszczyć się o kogoś, nie myśląc w ogóle o sobie, trudno przejmować się kryzysem klimatycznym, nie mając co włożyć do garnka, trudno uczciwie pokochać kogoś innego, gdy nienawidzi się siebie. Jeśli ja czuję się szczęśliwy, spełniony, stabilny, niekoniecznie samozadowolony, ale też nie targany życiowymi burzami, jestem dużo bardziej skłony i gotów do tego, aby pomóc tym, którzy tej pomocy potrzebują — jestem gotów, żeby pomóc najpierw tym najbliższym mi — mojej rodzinie, moim przyjaciołom, moim sąsiadom, mojej społeczności, mojemu miastu, mojemu regionowi, mojemu krajowi, mojemu kontynentowi, mojej planecie…

Zwrócićcie uwagę jak płynnie „moje” zazwyczaj przechodzi w „nasze”, co z jednej strony przez pewną ogólność i dystans, zwalnia nas z jakiejś odpowiedzialności za „nasze”, ale też pokazuje, co kluczowe dla tegorocznych życzeń, że „nasze” składa się z wielu „moich”. Za tym wyświechtanym hasłem, że zmiana zaczyna się w nas, zazwyczaj kończących na bilbordach reklamowych, kryje się wbrew pozorom faktyczna moc, ale trzeba ciągłej pracy nad sobą, by być w stanie z niej korzystać.

Życzę Wam zatem, byście czuli się jak Fiona Apple — lepiej niż dobrze. W tym tytułowym życzeniu jest zresztą ukryty także — niemniej ważny w kontekście obecnej sytuacji społeczno-polityczno-ekologicznej — świadomy nonkonformizm, dzięki któremu wiemy, kiedy wstać i zabrać głos, ale także kiedy nie musimy tego robić. Nie musimy wielu rzeczy i dzięki temu, że potrafimy nie musieć, możemy chcieć, żyć i czuć! Nie samozadowolenie, które pozwala nam spocząć na laurach, ale raczej poczucie spełnienia, które wyłącza nas z owczego pędu, byśmy mogli skupić się na tym, co naprawdę uważamy za ważne i dać temu siebie.

Tegoroczna okładka jest hołdem dla jednej z najwspanialszych świątecznych płyt w historii — December George’a Winstona z 1982 roku. Znajdziecie ją w całości na mojej dorosłej świątecznej mega·plejliście bez dzwoneczków.

Poprzednie części świątecznych pozytywek w serii dostępne są tutaj.

Opublikowano

γολδενυνικόρν: bubblegum ✕ avantgarde II

Nieważne dokąd, ważne którędy — zapowiedziałem przed niemal trzema laty przy zupełnie podobnej okazji tzn. godziny do dowolnego zapełnienia muzyką w porze późnowieczornej w rozgłośni akademickiej z tradycjami awangardowymi. I tak mi się ubzdurało, to był mój główny punkt odniesienia, że powinienem ten schemat odtworzyć i przetoczyć działo bezzałogowej panoramy dźwięku przez pokład stacji raz jeszcze. Wszystko było zaplanowane raczej podskórnie niż przemyślane (z wyjątkiem może zestawienia Tiesto z Nakamurą), a zebrane w natłoku zajęć w ostatniej chwili skutkowało losowością trudną do przyjęcia nawet dla mnie. Niemniej wciąż jest to zapis żywej w kulturze i popkulturze pozornej walki popu z awangardą — jej ewentualny wynik jest z założenia nieistotny, żeby nie powiedzieć — nieprawdopodobny. Ja sam nadal nie za bardzo wiem dokąd, ale bywa, że jeszcze wydaje mi się, że wiem, którędy. Tym samym zapraszam, après vous, zanim mój złoty jednorożec całkiem zdechnie.

Opublikowano

Nowa ewangelia starokalifornijska

pawie

pawi fryz autorstwa alfreda mullera (1903)

lato znów zuchwale splata w warkocze brody starców
gdy na wierzchach swych najlepszych klaczy
przez morze i góry przeprawiają się do starej kalifornii
być może po raz ostatni

granica stanu granicą ducha i serca —
akompaniuje starcom nierzeczywista pieśniarka
o biało-różowej jak kwiaty magnolii cerze —
to najlepsza impresja fiony apple w tej części illinois

pobiegnę i ja wraz z wami —
krzyknęło z przejęciem wiele lat temu dziecko

wojny zmarszczyły mu czoło, czas przygasił chęci
w uszach pobrzmiewają jeszcze echa
dawnego okrzyku przejęcia

stoję teraz przed sobą jako dziecko i jako starzec
nierówny sam sobie, dojrzały i zielony, znajomy i obcy
w oczekiwaniu na cud, który nigdy nie nastąpi
nie mam już sobie nic do powiedzenia

(epilog fantastyczny:
gdybym kiedyś jednak przypadkiem trafił znów do kalifornii
dziecko spotkałoby starca z brodą splecioną w warkocz
a wszystko to, co dotąd niewypowiedziane, wylałoby się
wypełniając po brzegi słowem całe jezioro tahoe
a wersy owej pieśniarki o cerze koloru kwitnącej magnolii
wybrzmiałyby raz jeszcze niczym dawno nieczytana ewangelia)

Opublikowano

Ponadpokoleniowa bańka estetyczna

ja

Golden Hour

Dziś rano usłyszałem w wiadomościach Radia RAM krótkie podsumowanie wczorajszych Grammy, w którym największym zwycięzcą okrzyknięto Childisha Gambino, którego zresztą chwilę wcześniej grano. O Kacey Musgraves, która nie tylko zdobyła tyle samo statuetek, co Glover, ale zgarnęła tę najważniejszą — za album roku, w ogóle nie wspomniano. Okazała się zbyt egzotyczna zarówno dla prezenterki, która skupiła się na niepołamaniu sobie języka na pseudonimie Cardi (czy też Carli?) B, jak i dla polskiego słuchacza, który na sam widok słowa country owija się uszami dookoła głowy, bo to przecież takie amerykańskie disco polo. Wyjątkiem jest oczywiście Johnny Cash coverujący Nine Inch Nails — to prawdziwe i głębokie, no ale Johnny Cash był tylko jeden — i ewentualnie Shania Twain, bo fajnie się pląsa na weselach i studniówkach do „Man! I Feel Like a Woman”. Przy takiej dylogii akceptowanych wyjątków Musgraves wydaje się wyjątkowo niewygodna. Z jednej strony przez cały zeszły rok nie dało się jej nigdzie u nas zmieścić przez ten stygmat country właśnie, z drugiej zaś okazuje się, że na jej ostatniej płycie tak skutecznie marginalizowana countrypopowa tkanka (wraz z błyskotliwym, ale nienachalnym songwritingiem Musgraves) została przefiltrowana przez 90-sową softrockowo-dreampopową produkcję i w efekcie tego powstał pop, który powinien być wyjątkowo blisko słuchacza. Pop, który z radia powinien przywędrować na jego plejlistę i dopiero tam się zadomowić, tę przestrzeń wypełnić jakością i treścią. Problem w tym, że on do naszego słuchacza nie dotrze — to nowy rozdział tej samej bańki estetycznej, przez którą całe pokolenie naszych rodzimych słuchaczy uważa Pink Floyd za synonim dobrej muzyki, a o The Velvet Underground nigdy nie słyszało. Nie usłyszycie też dzisiaj Musgraves w naszym radiu, chociaż powinniście, dlatego jeszcze polecam ją tutaj — to ciepła, bezpretensjonalna, ale zrobiona z wyobraźnią płyta, w której można zatopić się w poszukiwaniu ukojenia, gdy za oknem pada i wieje.

Opublikowano

Małe walczyki

ja

czyż nie dobija się koni

Jeszcze w latach 60. na płytach wydawanych przez Polskie Nagrania, ale i na niektórych amerykańskich krążkach, oprócz tytułu, wykonawcy (zwykle w postaci solisty, orkiestry i dyrygenta), tekściarza i kompozytora pojawiało się właściwe muzyce tanecznej oznaczenie. Słuchacz wiedział więc zawczasu, czy słucha twista, tanga, samby, rumby, mamba, fokstrota czy walca. Zastanawiałem się wielokrotnie, choć raczej mimowolnie niż w ramach jakichś bardziej uporządkowanych rozmyślań, nad zasadnością umieszczania tego typu informacji — być może był ku temu jakiś szczególny powód, myślałem. Ale jako że nie trafiłem na żadne opracowanie, postanowiłem przyjąć najprostsze wyjaśnienie — to rozróżnienie stosowane w analogii do muzyki klasycznej — wydawanej na dużych płytach znacznie wcześniej od rozrywkowej — stanowiącej więc naturalny punkt wyjścia. Natomiast dziś te wówczas suche oznaczenia muszą budzić wyobraźnię. Cóż to był za świat? Czy faktycznie tańczono do tych płyt fokstroty i tanga? I wreszcie — gdzie te walce, twisty, samby ukryły się współcześnie? Że dziś pop tworzy się inaczej, że z klasycznych schematów korzysta się z większą dowolnością, a kompozytorów, dyrygentów i całe orkiestry zastąpili producenci, nie trzeba nikomu tłumaczyć. Niemniej wciąż do tych sprawdzonych formuł się wraca i są one w stanie całkiem nieźle obronić się i w radiu, i na płytach. Żaden z tych kontekstów nie jest jednak dla meritum tego wpisu szczególnie istotny.

Nigdy nie tańczyłem. Nie że w klubach, na festiwalach, weselach. Na ulicy w deszczu i w supermarkecie między mrożonkami. To oczywiście! Ale tak naprawdę, żeby ktoś mi pokazywał kroki, tłumaczył jak interpretować nimi rytm, kreował układy i wyznaczał role. Wszystko to zawsze było dla mnie spontaniczne, naturalne, ale też do pewnego stopnia niezdarne, może nawet zupełnie nie tak. Jedyna próba uporządkowania tej amatorszczyzny zakończyła się dla mnie przytłaczającym zwątpieniem. Z perspektywy czasu myślę, że zabrakło mi w tym wszystkim jednak przede wszystkim muzyki, która rozwiązałaby moje poplątane kroki. Jakkolwiek zdarzało mi się wyczuć rock & rolla, nosiła mnie samba i szanuję tango, na dnie mojego serca gra sobie skromny walczyk, a ja, jak Joanna Newsom w klipie do „Sapokanikan”, sunę ulicą nieśmiało bujając się, dygając i podrygując. Dopiero niedawno postanowiłem te melodie rozsiane po kilkunastu latach mojej płytoteki zacząć zbierać w jednym miejscu — tym samym, gdy tylko namierzę kandydata na kameralny walczyk, próbuję naraz wcisnąć go do mojego niewielkiego zbioru. Jeśli się zmieści, znaczy, że w istocie pasuje. Ton zbiorowi nadało być może najbardziej niedocenione nagranie w katalogu Kacey Musgraves, odkryte przeze mnie ponownie na końcu jej drugiej płyty w zeszłym roku — jeden z tych utworów, które otwarcie mamią słuchacza fałszywym poczuciem bezpieczeństwa, a jednocześnie dają mu możliwość wypełnienia wszystkich pęknięć i wątpliwości szczerą intymnością. Choć taki był klucz, nie wszystkie moje małe walczyki mają podobną wymowę — są refleksje nad utraconą miłością („For the Good Times”, „Dreaming My Dreams With You”), przepracowywanie kryzysów („Through the Dark”) czy pożegnań („Riding for the Feeling”), jest o nadziei na miłość („Dear Someone”) i lepsze życie („Daughters”), o doświadczeniu przemocy („Star Witness”) i o tym, że wszystko jest wszystkim („Stories Don’t End”). Są też wiekowe utwory, które się nie starzeją („Quicksilver Daydreams of Maria”), a wszystko pieczętuje rubaszny Bob Dylan śpiewający Hanka Williamsa. Taka moja mała bezpieczna przystań, w której kroki same się znajdują.

Opublikowano

minna tadaima

ja

opieszale wykadrowany fragment kolacji u państwa nathanson toulouse-lautreca

naszkicowałem bezbarwną kredą coś na kształt twarzy
w miejscu, gdzie powinny znajdować się oczy — dwie puste jamy
pochłaniające łapczywie resztki karykaturalnego konturu

coś, co mogłoby być nosem
spłynęło groteskowo pod podłużne rozwarte wykrzywienie nibyust
ucho — jedno
raczej z tych do trzymania, niż do słyszenia
brwi — nastroszone kępki dawnego charakteru
próbowały same utrzymać w ryzach pozory jakiejś fizjonomii

to na nic — bezbarwna kreda złamała się
pod ciężarem mojej lewej ręki, wydając krótki głuchy dźwięk

nie usłyszałem go jednak
próbowałem spojrzeć przez jamy
ale ani niczego nie mogłem już dostrzec,
ani nikogo wokół już nie było

Opublikowano

No Tweedledee, No Tweedledum: Songs to Help You Feel Slightly Better This Christmas

tweedle

Co roku wygląda to podobnie — gdzieś pomiędzy reklamą multiwitaminy dla seniorów, która bez wątpienia będzie idealnym prezentem gwiazdkowym dla babci, a okazją nie do odrzucenia, że wydając więcej, zyskasz więcej, a do tego pomożesz chorym dzieciom — pojawiają się uśmiechnięci celebryci w czapkach mikołajów starający się udowodnić, że w wigilię nawet oni mówią ludzkim głosem, możesz więc i ty. I owszem, niezależnie od formy przekazu, przekonanie kogoś, że warto spojrzeć nieco dalej niż na czubek własnego nosa i podzielić się kromką chleba (czy też całą lodówką) z potrzebującym, jak najbardziej zasługuje na pochwałę. Istnieje też jednak aspekt świąt, który trudno wpisać w format reklamy telewizyjnej. Ci z drugiej strony będą więc nieufnie przyglądać się tamtym od rozdawania lodówek, apelując, że w Świętach chodzi o to, by zwolnić — wyłączyć telefon, powiedzieć matce, że się ją kocha, spędzić z dzieckiem pół dnia na budowaniu szkaradnego zamku z klocków. Odpocznijmy od dedlajnów, popatrzmy sobie wreszcie w oczy i między kolejnymi kawałkami sernika zanudźmy się swoim towarzystwem do tego stopnia, że za tymi dedlajnami zatęsknimy.

I oczywiście, że Boże Narodzenie jest rzecz jasna dobrym czasem, by się zatrzymać i odetchnąć od codziennej bieganiny. Ja jednak w tym roku postanowiłem pójść o krok dalej i w trzynastą odsłonę świątecznego mikstejpu The Twelve Days of Christmas wpisać quasi-koncepcyjną meta-myśl, że oto znów nadarza się okazja, by spróbować względem bliskich i dalszych nam wykazać się większą empatią. Dopiero jakiś czas temu zdałem sobie sprawę, że myśląc lub mówiąc o innych w kategoriach empatii, kołatała mi gdzieś w głowie nieuświadomiona wcześniej myśl, że to jedna z tych największych ludzkich cnót — sposób myślenia o świecie, ludziach i rzeczach, do którego ja sam chciałbym dążyć. I pomyślałem, że jakkolwiek mnie samemu czasem z tą empatią nie idzie, jak bym chciał, spróbuję się tym punktem widzenia podzielić. Utwory na No Tweedledee, No Tweedledum są w dużej mierze wyciszające — nie znajdziecie tu tańczących zabawek (z jednym tylko wyjątkiem) czy wirujących choinek, nie znajdziecie tu też śladów przedświątecznej krzątaniny, aż wreszcie — nie będzie ani Tweedledee, ani Tweedledum, którzy zgodnie z Disneyowską interpretacją Alicji w krainie czarów jawili mi się jako sprawcy niepotrzebnych zupełnie zamieszań niesłużących nikomu, ani niczemu (a oprócz tego, hej!, mają przecież bardzo świątecznie brzmiące imiona godne psotnych ołowianych żołnierzyków porywających pozytywkową tancereczkę w wigilijną noc na świąteczną paradę zabawek). To wyciszenie jest z jednej strony wyrażeniem potrzeby swoistej życiowej harmonii, której sam ostatnio poszukuję, z drugiej zaś warunkiem, by móc z przekonaniem dążyć do większej dla drugiego człowieka empatii.

Piosenki w tym roku przedstawiają więc różne historie i perspektywy — dla kogoś święta będą czasem duchowego odnowienia, ktoś inny spojrzy na nie przez pryzmat rodzinnego spotkania, inny ktoś pogrąży się w smutku i nostalgii, a jeszcze kogoś bożonarodzeniowy blichtr, a nawet sama idea świętowania, może wprawiać w gniew. Z niektórymi z tych spojrzeń pewnie się zgodzimy, jakieś przypiszemy sobie, a w którymś dojrzymy siebie sprzed lat, w jeszcze innym zaś — kogoś, kogo dobrze znamy, ale nie możemy znaleźć z nim wspólnego języka. Jedne, przez podobieństwo doświadczeń, nawet tych dawno minionych, zyskają nasze zrozumienie, z innymi będziemy musieli się oswoić, pozostałe na długo wydadzą się nam obce. To dobry czas, by samemu w sobie tę obcość oswoić i zastanowić się, czy nie wyrządzamy komuś i sobie jakiejś krzywdy, negując doświadczenia i świadectwa innych w oparciu o swoje własne. I tego sobie i Wam życzę, nie tylko na i od święta!

Poprzednie części świątecznych pozytywek w serii dostępne są tutaj.

Opublikowano

Jesienna sonata

ja

plansza tytułowa

Można szczerze uronić łzę z bezsilności nad tym, jak świat przepoczwarza się nieodwracalnie na naszych oczach. Można na spokojnie spojrzeć w lustro, ocenić ilość siwych włosów, głębokość zmarszczek, stan uzębienia, przeliczyć sobie na nowo, ile jeszcze trzeba będzie spłacać kredyt. Można rzucić wszystko lub wszystkim, beztrosko wyjść na spacer, popatrzeć, jak wiatr znowu zrywa liście z drzew. Można wreszcie wstawać rano, a wieczorem chodzić spać, jeść regularne posiłki i ubierać się schludnie, nie spóźniać się do pracy, nie nudzić się w weekend, w poniedziałek kupić sobie parę butów na wyprzedaży, na środę umówić się do fryzjera na podcięcie włosów, bo znów odrosły, a w piątek wybrać się do kina na kolejny nowy film, który grają, bo co piątek grają coś nowego.

Opublikowano

(…) skąd brać czas i pieniądze, kiedy gra się na trąbce

ja

niezatytułowany rothko

na wzór twój i podobieństwo
nakreśliłem bezbarwną kredą własny portret

z przyzwyczajenia
sięgnąłem po zwisający luźno koniec
związałem go z drugim w kształtną pętelkę

niezmordowany w doraźności
w ułudzie spełnienia wyłupywałem kolejne paradoksy
oczy z łupin i łupiny w oczach

zaprosiłem siebie samego do tańca
prowadziłem
i mnie prowadzono
nim poplątane kroki złożyły się do modlitwy
o sposobność rozwiązania

Opublikowano

Z miejską poezją na ustach, jazzem w sercu i soulem na dłoni

Pamiętam, że gdy przed dwoma laty podczas rutynowego przesłuchiwania polecanych premier płytowych pierwszy raz sięgnąłem po Telefone Noname, od samego początku poczułem od tego krążka magnetyczny vibe, który, możecie mi nie wierzyć, w tej czy innej formie towarzyszy mi do dziś na co dzień. A stało się to w momencie, kiedy pod wrażeniem pewnej świadomości swoich gustów i tego, co aktualnie dzieje się w muzyce, oddzielałem hip hop od soulu coraz grubszą kreską. Była to zresztą pewna kalkulacja — wydawało mi się bowiem wówczas, że już nic w muzyce nie jest w stanie mnie nawet nie tyle zaskoczyć, co zająć i zafascynować tak, jak za szczenięcych lat. Ale wtedy właśnie, jeszcze zupełnie nieświadomy co czynię, włączyłem Telefone i z czasem całe to moje błędne postrzeganie własnej dojrzałości w kategoriach romantycznego wyczerpania rozeszło się po kościach.

Parafrazując brutalny refren Morrisseya z „Panic” — jaką wartość ostatecznie mogą mieć dla mnie piosenki, które nie mówią mi niczego o moim życiu? I owszem, doświadczenia mogą być odmienne, historie mogą być dalekie, ale sam sposób ujmowania rzeczywistości słowami, dostrzegania detali i nadawania im znaczenia musiał sprawić, że świat Noname zrósł się z moim własnym. Dzięki temu sam zacząłem przyglądać się swojemu życiu z nieco innej perspektywy, a to powiedziało mi wiele o sobie samym. Nie bez znaczenia było oczywiście to, jak przytulnym Noname z Cam O’bim, Sabą (i całą tą fantastyczną grupą nowych hiphopowych wizjonerów) uczynili swoją wizję rapu (ubierając go w szyty na miarę neo-soulowy płaszcz, podobny temu, którym rok później okrył się też Tyler, the Creator), ale w centrum tego przedziwnego (zwłaszcza wtedy dla mnie) procesu bezdyskusyjnie stała wrażliwość raperki. Szczerość, elokwencja, bezkompromisowość wobec bezlitosnych dla wielu trendów i pewna pozwalająca na oddech prostolinijność ze slamowym rodowodem dopełniły dzieła. Wydane właśnie Room 25 to piękne przedłużenie tamtego krążka, tamtych myśli i tamtej stylistyki. O ile jednak Telefone stanowiło zamknięty i uporządkowany zapis okresu wyrastania z młodzieńczości, o tyle drugi album Noname jest dojrzalszy i bardziej otwarty, i formalnie, i tematycznie.

Sama raperka z typową dla siebie szczerością wyznała gdzieś w zamieszaniu dookoła płyty, że musiała tę płytę nagrać, by spłacić zobowiązania finansowe i zdobyć materiał na kolejną trasę — zupełnie inaczej niż w przypadku rodzącego się własnym tempem w ponad 3-letnim procesie kreatywnego poszukiwania i docierania się Telefone. Diametralnie zmieniło się też życie Noname — przeprowadzka do Los Angeles, rosnące zainteresowanie publiki, pierwsze doświadczenia seksualne musiały znaleźć odzwierciedlenie na Room 25. Jest to więc kontynuacja w takim samym sensie, w jakim kolejny dzień, tydzień, miesiąc, rok jest kontynuacją poprzedniego. Pojawiły się więc w ustach raperki soczyste przekleństwa, czasem rzucane z kokieteryjną ironią, jak w rozpoczynającym, krążek półutworze „Self” (najbliższym zresztą stylistycznie rozmarzonemu neo-soulowemu brzmieniu Telefone), innym razem otwierające nową tematyczną przestrzeń (jak w feministycznie naładowanym „Window”). Flow Noname z jednej strony stało się bardziej beztroskie czy nawet wolniejsze w znaczeniu właściwym dla wolnej poezji, z drugiej momentami zdystansowane, mumblecore’owo wycofane, w innych miejscach dosadniejsze i fizycznie szybsze — pod tym względem Noname jest na Room 25 znacznie bardziej wszechstronną raperką niż na płynącym jednak równym tempem debiucie. Najwyraźniejszą zmianą jest jednak okołohiphopowy produkcyjny anturaż — tam gdzie Telefone rozpływało się w neo-soulu, Room 25 zanurza się w jazzie. I czyni to równie wielowymiarowo. I nie chodzi nawet o dobór odcieni jazzu, które stały się budulcem krążka, choć niewątpliwie też, ale o samą strukturę płyty zrealizowaną w zgodzie z regularnie przewijającym się w tekstach mottem artystki — „everything is everything”.

I tak oto wszystkie elementy wywierają wpływ na siebie nawzajem. Nie ma rzeczy bez związku, bo samo jej istnienie implikuje przecież związki. I tak oto w błyskotliwym, zaangażowanym we wciąż żywą sprawę nierówności czarnoskórych „Blaxploitation” zamiast refrenu słyszymy fragmenty ścieżek dialogowych klasycznych filmów gatunku z tytułu utworu. Z kolei „Prayer Song” czy wspomniane „Window” rozpoczynają się w stylu dawnych kompozycji wokalnego jazzu niejako od drugich zwrotek po długich instrumentalnych wstępach — każde jednak na swój sposób — w pierwszym przypadku korzenie są wyraźnie nu-jazzowe, w drugim zaś kameralny plumkająco-bulgoczący bit podbudowują najpierw smyczki Matta Jonesa, a następnie pożyczone z bossa novy perkusjonalia. Ta muzyka żyje na wielu poziomach, wychodzi poza proste hiphopowe patenty, umyka linearnej narracji i pomimo tego, że bierze na warsztat sprawdzone, niekiedy wręcz klasyczne środki (jak chociażby wspomniane filmowe smyczki, które w jakimś stopniu podkreślają odrębność uniwersum Room 25 od brzmienia Telefone), zestawia je adekwatnie w świeżych konfiguracjach. Nie ucieka od konwencji, ale nie popada w odtwórczość czy twórczy marazm. I znów — zgodnie z maksymą, że „everything is everything” inspiruje się, by inspirować, czerpie z wielu konwencji, by naturalnie stworzyć własną. Słychać to dobitnie w skąpanym w świetliście psychodelicznych, przestrzennie ewoluujących syntezatorach „Regal” zbudowanym na przekór sztuce z dwóch rapowanych quasirefrenów wokół jednej krótkiej zwrotki.

Pomimo fenomenalnych rezultatów współpracy producenckiej z Sabą i Cam O’bim na Telefone, tym razem kreatywną kontrolą nad brzmieniem Noname dzieli się z innym stałym współpracownikiem — Phoelixem, co stylistycznie przełożyło się na pewne nowe otwarcie. Sygnaturowy vibe Cam O’biego pobrzmiewa co prawda w chełpliwym „Ace” jednoczącym The Goat Trio w pełnym składzie, ale nonszalancka bossa nova w zasilonym przez Ravyn Lenae „Montego Bae” czy jazzowa perkusja w „Part of Me” nie mogłyby stać się udziałem poprzedniego krążka. „I have to focus on the part of me that I’m trying to be, I can’t pretend I’m not myself” — śpiewa w natchnionym, oczyszczającym refrenie tego ostatniego Phoelix, zbliżając się możliwie najbliżej do istoty rzeczy.

Room 25 porusza szereg rozmaitych tematów, w których centrum w dalszym ciągu stoi sama Noname i jej życie. Punkt ciężkości płynnie przeniesiono więc na Room 25 (tytułem jasno zresztą nawiązującym do kryzysu wieku młodego) z wyrastania z młodzieńczości na wchodzenie w dorosłość i poszukiwanie własnej tożsamości. I ja sam nie bez przyczyny rozpocząłem ten tekst od opisu swoich własnych doświadczeń z poprzednią płytą raperki (czego zwykle tak bezpośrednio nie czynię). Przed odsłuchem Room 25 moją główną wątpliwością względem tego krążka nie było bowiem ani to, czy Noname nadal będzie kreślić swoje wersy jak poezję, ani czy wokale w refrenach będą harmonizowały równie kojąco jak wcześniej. Zastanawiałem się, czy odnajdę w tym życiowym zakręcie Noname coś na tyle prawdziwego, że znajdę w tym paliwo dla siebie — złapany na mimowolnym odczuciu strachu przed tym, że ktoś bliski, kto wyjechał bardzo daleko, wyślizgnie się na dobre z mojego życia. Irracjonalnym, bo oto Noname wciąż stoi przecież przede mną rześka i bliska — z miejską poezją na ustach, jazzem w sercu i soulem na dłoni.

Oryginalnie tekst ukazał się w serwisie Soulbowl.