Opublikowano

Tropiąc siebie po za dużych śladach

mendini

Młody Kurtek kontestuje dzieła wielkiego mistrza dizajnu Alessandra Mendiniego; zdjęcie zdjęcia z katalogu w obróbce własnej

W refrenie „Diddy Bop” Noname z jej przecudnie mieniącego się najżywszym neosoulem krążka Telefone jest taka linijka, która zawsze mocno mnie uderza, choć jednocześnie zdaję sobie sprawę, że na chłodno niewiele pewnie można z niej wyciągnąć. „This sound like growing out my clothes” śpiewa z pasją Cam O’bi, nawiązując do przepełnionego ciepłą, niemal magiczną nostalgią za trudnym przecież i zwykle skutecznie odzieranym z niewinności przez rówieśników początkiem końca dzieciństwa. Te same emocje towarzyszyły mi w zeszłe wakacje, gdy w pociagu relacji Wrocław-Gdynia ze łzami w oczach chłonąłem każde słowo Nakarmić kamień Bronki Nowickiej. Tę samą strunę pociągnęła lata temu projekcja Poro poro omohide (polski tytuł to Powrót do marzeń) Isao Takahaty, filmu pozostającego na marginesie kanonu Studia Ghibli, może dlatego, że przedstawiającego historię dorosłej już kobiety mierzącej się z ideałami własnego dzieciństwa.

Nie chodzi tu o rozliczanie się czy zamykanie czegoś, ani też o wyrastanie, porzucanie czy inne mentalne zapasy. Raczej żyje we mnie pewna wiara, że jesteśmy w stanie od dawnych siebie nauczyć się wcale nie mniej, niż dawni my nauczyliby się od obecnych czy przyszłych nas. Przyjęło się, nie bez powodu zresztą, że w ramach międzypokoleniowego rytuału to starsi, doświadczeni, usuwający się w cień udzielają rad młodszym, nieopierzonym, z werwą, ale i naiwnością sięgającym po swoje. Te rady wcale nie muszą przyjmować tak dosłownej formy aktu przekazania mądrości życiowej. Mogą odbywać się pośrednio przez obserwację innych czy uczestniczenie w kulturze. To oczywiście buduje nas takimi, jakimi się stajemy. Gdy jako dziesięciolatek oglądasz po raz pierwszy Ojca chrzestnego, następnego dnia w szkole chcesz być gangsterem — to zrozumiałe. Mija kilka tygodni, Eminem wydaje nowy album, o którym mówią wszyscy — dzięki tej płycie stajesz się bardziej raperem — być może najbardziej w całym twoim życiu — przeszłym, teraźniejszym i przyszłym, a może to dopiero początek pewnej drogi.

Zabrnąłem, a chciałem jeszcze jedynie dodać, że w tym niekończącym cyklu stawania się warto wracać do siebie sprzed lat i słuchać, co ten daleki, ale przecież jednak bardzo bliski krewny ma do przekazania. Nie, nie zamierzam przed trzydziestką zacząć się zastanawiać, czy może jednak powinienem zostać gangsterem albo raperem (jeden Taco Hemingway to, jak się okazuje, i tak o jeden za dużo), ale mogę na przykład, by możliwie jak najbardziej umilić sobie powrót do pracy po ponad dwóch tygodniach (czynnego niestety) odpoczynku, sięgnąć do zajawek i inspiracji muzycznych młodszego siebie. Młodszego o jakieś osiem, dziewięć lat, myślę, kiedy jako młody student wyszedłem wreszcie z bańki amerykańskiego R&B i zacząłem garściami karmić się nieznanym i egzotycznym wówczas wciąż kanonem. Przemaglowałem wtedy od góry do dołu rozmaite zestawienia najlepszych płyt wszech czasów na czele z niesławną pięćsetką Rolling Stone’a, skąd zaatakowali mnie zbrojnym ramieniem Steely Dan, Paul Simon, Tom Petty, cała masa jangle i power popu, americany, soft rocka od połowy lat 70. do połowy 90. Teraz złożyłem te wspomnienia w letnią plejlistę i zupełnie przypadkiem zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę wówczas, tych osiem lat temu nie tropiłem nikogo innego, ale samego siebie — bez świadomości podążając w nieznane po zbyt dużych śladach moich własnych przecież stóp.

Opublikowano

Jak nauczyłem się tęsknić na zapas za rzeczami, które nadal mam, i nakreśliłem muzyką dni mojej młodości

na plaży

Młodość

Co jakiś czas w przeróżnych okolicznościach, zwykle takich, które można by w jakiś sposób uznać za nadzwyczajne, wciąż jeszcze zdarza mi się słyszeć pytanie, co studiuję. Nie jest niewygodne czy irytujące, ale prowokuje pewną ukrytą na co dzień gdzieś głębiej refleksję, że oto moje życie zmieniło się definitywnie i przekroczyło pewien nieodkraczalny próg, od którego trzecia część każdego dnia nie należy do mnie, a za dostępny mi szczyt laby muszę zgodzić się uznać dwutygodniowe wakacje. Są oczywiście ludzie, którzy pracują inaczej i nie będę ukrywał, że spoglądam w ich stronę z zazdrością, ale to też bardzo często ostatecznie znaczy, że praca rozlewa się bezkształtnie od wczesnych poranków do późnych godzin nocnych, że wypełnia każdą wolną chwilę i rości sobie prawo to wypychania z kalendarza nieobowiązkowych z perspektywy zawodowej spotkań towarzyskich i wieczorów z książką na hamaku. A tymczasem gdybym tylko miał hamak, mógłbym przynajmniej w miesiącach letnich zafundować sobie małą codzienną porcję laby. A mogę i bez hamaka, z tym że nie spoglądam już z podnieceniem na kolejne dni czerwca, bezkresne połaci lipca, przepastne gmachy sierpnia, nieśmiałe początki i trudne ostatki września.

Nie spoglądam. Utraciłem nie tyle umiejętność, co możliwość wypełniania ich fantazją — przez lata jedną z moich podświadomie ulubionych codziennych czynności. Niekiedy udawało mi się zresztą przynajmniej w jakiejś niewielkiej części tę fantazję materializować — zwłaszcza gdy zaczynałem czuć oddech dorosłości na karku — twardo przemawiający ustami ojca, kreślący czarne scenariusze ręką matki, ciężko sapiący ponaglającym wyrzutem. Wtedy nauczyłem się tęsknić na zapas za rzeczami, które nadal mam. Można by to pewnie w bardziej prostolinijnych okolicznościach sprowadzić do cieszenia się chwilą, gdyby nie to może, że był to zwykle uśmiech przez łzy. Nie z tych spływających strumieniami po policzku, raczej z tych nieśmiało migocących w bliskim sąsiedztwie rozszerzonej z podniecenia źrenicy, nieraz gubiących się gdzieś w kąciku oka. Uśmiech niebawem minął, łzy zaczęły w końcu spływać, ostatni wrzesień wolności przeszedł w mroczny październik, a ja zdecydowałem, że zamiast dorosnąć, wolę jednak umrzeć. Moje ciało przyjęło tę propozycję z wielką powagą i staraniami, by najlepiej, jak się da, odwzorować długą listę wstępnych objawów śmiertelnej dolegliwości znalezioną w sieci. Słowem — wymyśliłem i chorobę, i diagnozę. Diagnozę, której nie potwierdzili lekarze, a w ramach kuracji przepisali, nie inaczej, dorosłość.

Nie umarłem, ale umarł we mnie student — i ten wałęsający się po mieście na skraju śród, czwartków, piątków i sobót, i ten, który naiwnie wierzył, że to studia w sensie naukowym zrobią z niego człowieka. Tymczasem pierwsze studia rzucane w buzujących od frustracji myślach co sesję, w końcu na ostatniej prostej niemalże rzuciły mnie. Drugie okazały się zbyt pragmatycznie zaplanowane przez kogoś z nieuchwytnie wyższego szczebla, by pozwolić mi poprowadzić je choć odrobinę po swojemu. To mi nie służyło, byłem roszczeniowym romantykiem, chciałem zostać zafascynowany pomimo niesprzyjających okoliczności — kanciastego systemu zaliczeń kolejnych przedmiotów, których nie mogłem nijak odfiltrować, choć nie były częścią podstawy programowej, i impulsywną wybiórczością własnych zainteresowań, które nakazywały mi pisać do szuflady recenzje kolejnych płyt Beach Boysów na dwa dni przed egzaminem z mikroekonomii. Do dzisiaj czuję się zresztą przez to głupio, ale wcale niekoniecznie głupi. Jak pięknie to ujął kiedyś Piotr Stankiewicz (ten od polskich stoików), „zazdrościć, że ktoś odnosi sukces w czymś, czego ty nawet nie próbowałeś, to jak martwić się, że hydraulik ma więcej zleceń na naprawę kranów niż ty”. Nie jestem pewien, co to mówi o mnie, co o mojej alma mater, a co o polskim systemie edukacji wyższej w ogólności, i nie zamierzam powierzchownie tego teraz oceniać, ale mając dyplom z tytułem analityka rynku, nigdy nie próbowałem z powodzeniem wyobrazić sobie siebie w tej roli. Nie żywię żalu do nikogo za to, że wielokrotnie moje bezkształtne, ale namacalne pragnienie wiedzy postrzegano jako rodzaj niepełnosprawności, że brak konkretnego pomysłu na siebie, który mieściłby się w instytucjonalnej ramie systemu edukacji, sprowadzano do niekompetencji i lenistwa. Systemy mają już to do siebie, że choć tworzone przez jednych ludzi z myślą o innych, często tych drugich marginalizują na rzecz pysznego samozadowolenia z własnego funkcjonowania. Studia były więc pierwszą sposobnością, by to uwikłanie w system namacalnie odczuć.

Choć mijają kolejne lata, dopiero ostatnio zorientowałem się, że koniec maja nie oznacza już dla mnie zbliżającej się wolności. Lato to wciąż gorące nie do wytrzymania noce, chmary kleszczy i barszcz Sosnowskiego atakujące ludzi z nagłówków porannej prasy, zrywny wiatr od morza przysypujący piaskiem stopy na plaży wczesnym popołudniem, ale jakby coraz bardziej poza mną. Poza mną pozostały poranne powtórki starych amerykańskich seriali w wakacyjnym paśmie telewizyjnym i świadomość, że wcale nie muszę wstać przed jedenastą, by włączyć do śniadania kolejny odcinek „Świętego”. Zostałem bez żadnego sprzeciwu, bez krztyny refleksji wchłonięty przez dorosły system, który nie znosi sprzeciwu i nie pobłaża głupstwom.

Każdego roku w wakacje właśnie tworzyłem opasłą plejlistę utworów znanych mi czasem gorzej, czasem wcale, a czasem po prostu dawno niesłuchanych, niebędących jednak przypadkową selekcją, ale opartych na wielogodzinnych, drobiazgowych poszukiwaniach. Utworów, które ten sam, znany doskonale świat — ulice, na których się wychowałem, i łąki, które już dawno zarosły blokami — przedstawiały jako nowy, ekscytujący rozdział. Utworów, które sprawiały, że z każdym rokiem stawałem się młodszy. Tak też każdego roku kreśliłem muzyką dni mojej młodości.

Opublikowano

Nie rozumiem raperów z wytatuowanymi twarzami

na plaży

„Na plaży”, Felix Vallotton

Nie rozumiem raperów z wytatuowanymi twarzami. To jedna z moich najbardziej dojmujących konkluzji ostatnich miesięcy, a może i lat z kategorii tych dotyczących zarówno mnie samego w moich własnych oczach, jak i świata zewnętrznego (też w moich własnych oczach, bo jakże by inaczej). Gdy obejrzałem w zeszłym roku The Florida Project, przez chwilę pomyślałem, że oto poznałem inną stronę trapowego prekariatu i że ten nowy ogląd tę konfuzję zniweluje, załagodzi i wkrótce wrócę do siebie. Rozszerzył tylko tymczasem spektrum niezrozumiałego fenomenu, który przyjął masową i globalną formę i zupełnie pozbawiony sensu i skrupułów sposób, wszędzie gdzie nie spojrzę, fetyszyzuje losowość, faworyzuje bazgroły i śmieci, a jednocześnie wraca do ponadczasowej maksymy, gdy lud ryczy „wina i igrzysk!”, a ci raperzy z wytatuowanymi twarzami to igrzyska przy winie im zapewniają. Tym samym moje niezrozumienie raperów z wytatuowanymi twarzami nie jest, w czym z początku pokładałem pewną ufność, niezrozumieniem marginalnego subkulturowego fenomenu, lecz istoty zbiorowych uniesień. Tym gorzej dla mnie, który przecież niejednokrotnie unosiłem się zbiorowo.

*

Czytam ostatnio z pewną apatią Juliana Barnesa, który rozwodzi się o upływającym czasie i momentami odnosi się też do mnie, a ja z jednej strony niejako odmawiam mu prawa do takich odniesień, z drugiej zaś po cichu przyjmuję jego argumenty, że „czas najpierw nas uziemia, a potem zawstydza”, że to naturalne i zazwyczaj nieuniknione, że nasze młodzieńcze marzenia zostają prędzej czy później rozcieńczone codziennością. I że koniec końców to od nas zależy, czy to rozczarowanie zinterpretujemy jako porażkę, czy wyłowimy z niego to, co udało się w zamian. Bo przecież nic nie jest za darmo i wielkie rozczarowanie też ma jakąś cenę — połaci pod jego kapeluszem porastają często chmarnie dziesiątki malutkich sukcesów.

**

Mimo tego że nie rozumiem raperów z wytatuowanymi twarzami i zacząłem myśleć o swoim życiu w kategoriach pewnego rozczarowania, nie jestem chyba jeszcze zupełnie starym człowiekiem. Dziś w drodze do pracy, jak w większość tych dni, gdy gleba jest względnie sucha, zdecydowałem się pójść na przystanek skrótem prowadzącym wydeptaną ścieżką przez zaniedbane trawniki między okolicznymi kamienicami. Chwilę później dostrzegłem w oddali faceta z ręczną kosiarką i z powodu silnej alergii na koszoną trawę śpiesznie wycofałem się na chodnik. Przypomniałem sobie, że zapomniałem rano połknąć tabletki. To dobrze, pomyślałem w duchu, to znak, że ram mojego życia nie wyznaczają jeszcze kolejne dawki przyjmowanych leków.

***

Pomimo kataru siennego jestem zachwycony pogodą ostatnich dni. Słońce, które wczesnym popołudniem z pewną nieśmiałością zaczyna przykrywać się kolejnymi warstwami chmur to doskonała pogoda na plażę. Wciąż nie mogę natomiast przeżyć tego, że mieszkam we Wrocławiu już prawie dziesięć lat, a ten wciąż nie ma dostępu do morza.

Opublikowano

不尽

ja

Fujin

Marzec, czyli miesiąc niepisania o to wciąż padającym, to znów topniejącym śniegu. Z tej perspektywy wiosna ma zapach twardej od namarzniętego deszczu ziemi, gołych szarych trawników i nieba w kolorze papieru ściernego. I jakbyśmy takiej wiosny nie zaklinali pastelowym styropianem, prawda jak gówno — musi wypłynąć. Styropian zmurszeje, a żółta, niebieska i zielona farbka złuszczy się naskórek. Zostaną szare kontenery pełne szarych ludzi na szarej ziemi pod szarym niebem.

*

Marzyliście kiedyś, żeby naprawdę zainteresować się czymś, co być może ma jakieś znaczenie? Filozofią moralności, teorią strun, analizą katalogu J. S. Bacha — czymś, co z dystansu sprawia wrażenie naprawdę istotnego dla człowieka czującego i myślącego. Opieracie się w tej ocenie wyłącznie na własnym wrażeniu spotęgowanym poczuciem dystansu graniczącego z niemożliwością. Jak to jest żyć, nie poznawszy tego dystansu — godzinami słuchać wykładów nieznajomych napotkanych w barach mlecznych, nie wartościować nadto, nie nosić parasola na wypadek deszczu, a w deszczu nie nosić też butów, nie szukać sensów na zewnątrz etc. Być może.

**

„I am doing fine or I am well. I’ll write again soon”.

***

Opublikowano

I Wish It Could Snow Christmas Unicorns Today, This Christmas, and the Day After, Forever and Ever

christmas unicorns

Taka sytuacja — idę niewystarczająco żwawym krokiem udekorowaną już światełkami ulicą w mroźny grudniowy wieczór i nagle horyzont przesłania mi bezdomny. Bezdomny, bezrobotny, biedny, zwał, jak zwał, przekonujący w każdym razie, że jest w potrzebie. Czasem udaje mi się przyśpieszyć kroku tak, że wymijam typa bez konieczności wyjęcia słuchawek z uszu czy choćby odwrócenia wzroku, ale tym razem zdarzyło się tak, że manewr się nie powiódł i trzeba było na jegomościa, choćby w minimalnym stopniu zwrócić uwagę. Niekiedy zostaję zaatakowany w sytuacji, w której nie mam jak i dokąd uciec. Gdy stoję w kolejce, siedzę w przyrestauracyjnym ogródku, rzadziej, gdy jadę tramwajem. To frustrujące, że taki zupełnie obcy ktoś bez jakiegokolwiek pozwolenia, zaburza mi strefę komfortu, prawda? Wiem, że chce pieniędzy. Pieniędzy, które mu się nie należą. Bezwstydnie próbuje je wyłudzić. Na pewno oszukuje — nie ma chorej córki, wszystko przepije w najbliższym monopolowym. Gdyby jego intencje były szczere, nie śmiałby prosić o pomoc na ulicy. Pomogłyby mu instytucje. Po to są.

Jestem uczciwym, ciężko pracującym obywatelem. Płacę podatki. Raz do roku odprowadzam jeden procent na chore dzieci. Raz nawet wysłałem esemesa o treści „pomagam”, a w zeszłym roku kupiłem świecę od Caritasu. Czasem trochę na te podatki narzekam, bo kto nie narzeka, ale koniec końców cieszę się, że ktoś inny zajmuje się tymi biednymi i bezdomnymi. Instytucje, może niewydolne, ale przynajmniej tworzą jako taką barierę ochronną między nimi a nami, porządnymi obywatelami — inaczej człowiek by się nie opędził.

Matka zawsze nakrywa w Wigilię, zgodnie z tradycją, dodatkowe puste posłanie. Całe szczęście, że puste. Już jako dziecko bałem się, że któregoś roku rzeczywiście do mieszkania wpadnie przybłęda i trzeba go będzie, w myśl tradycji, przy tym stole usadzić. Wyobrażałem sobie, jak biały, bielutki, bielusieńki obrus wraz z dołączeniem niespodziewanego gościa zaczyna pokrywać się brudem, resztkami jedzenia. Biel zostaje skalana, wieczór zepsuty, a pewnie i choinka przewrócona, i prezenty rozkradzione. Strach obcego wpuszczać za próg przecież. Zwłaszcza w taki wieczór.

Patrzę na was, wszystkich razem i każdego z osobna, przez pryzmat tego, co rozumiem, co jest mi znane, co do mnie przemawia, co uważam za wartościowe. Wypatruję pozycji społecznej, statusu materialnego, urody, wychowania, gustu, inteligencji. Zwracam uwagę na modne buty, nowoczesny zegarek, drogi telefon, pełne usta, luksusowy samochód, cięty żart, szeroki uśmiech. Stronię od przetłuszczonych włosów, brudnych spodni bez paska, brzydkiej cery, niskich kwalifikacji, niewielkiego prestiżu i marnych zarobków.

Na co dzień wszyscy siedzimy w tym po uszy — nawet jeśli trzymamy w zanadrzu łapkę na niechciane myśli, w tych kluczowych momentach faktycznych spotkań trudno się czasem od nich opędzić. Dlatego na tegoroczne Święta i nadchodzący rok życzę nam wszystkim, żebyśmy patrzyli na siebie po ludzku. Nie w kategoriach ekwiwalentnej wymiany, tego co się opłaca, a co nie, tego co wypada, a co nie. Każdy z nas, każdego dnia może być świątecznym jednorożcem!

Jak co roku od 12 lat wypisałem muzyczną pocztówkę, która, mam nadzieję, uwypukli życzeniową myśl.

Poprzednie części świątecznych pozytywek w serii dostępne są tutaj.

Opublikowano

City lights sparkling bright at almost midnight while getting back home after being long time gone

nic

Nic, zupełnie nic

Vita flumen siłuje się w moim kalendarzu z uki-yo. Nie tyle na pięści, co w rozmaitych uściskach i splotach — transgresywnych czy transpozycyjnych, sam już nie jestem przekonany co do ich charakteru. A tymczasem kiedy wreszcie rozbierzesz się zupełnie przed samym sobą, zedrzesz wilgotnymi palcami całą skórę, płatek po płatku, i w tym akcie samoświadomości potraktujesz się z szacunkiem i zrozumieniem, jakiego wcześniej nie doświadczyłeś, bo doświadczyć nie mogłeś, trudno odnaleźć ci się we własnym życiu pięć miesięcy później, gdy stoisz dobrze ubrany pośród innych ludzi w zatłoczonym tramwaju. Jak się tu znalazłem? Jak znalazłem się tam? Nic nie jest oczywiste, może poza tym tylko że naturalnie po jakimś czasie potrzebujesz odpoczynku, odmiany, już nie ucieczki, a chwili zwyczajnego spokoju, której nie trzeba wiele by przemieniła się w bezkresny sen. Jak się tam dotrę? Jak znalazłem się tu? A jak tam daleko jeszcze wtedy? Prawie jak u Talking Heads. Po dniu przychodzi noc, a po nocy kolejny dzień. To wystarczy, by nie odpowiadać, nie pytać, nie wiedzieć.

Opublikowano

La-di-da-di-da-di-da, czyli czym Brockhampton nasycili hip-hop na drugiej części Saturation

„Skinny boy, skinny boy, where your muscles at?” — pyta Matt Champion w wersie rozpoczynającym „Queer”, ultraprzebojowy banger podobnie jak przed dekadą „Ghettomusick” OutKast przełamujący wykręcony bit stonowanym śpiewanym refrenem. „Are the bills paid? Is it make or break? Will I find a way? Are my feelings changed? Will I be okay?” — w ekspresyjnej falsetowej wyliczance zastanawia się Joba w psychodelicznym „Tokyo”. „Why you always rap about bein’ gay?” — parafrazuje słuchaczy Kevin Abstract w „Junky” i od razu śpieszy z odpowiedzią — „‚Cause not enough niggas rap and be gay”. Wiele ważkich pytań, często dla wzmocnienia efektu czy podkreślenia poczucia bezradności pozostawionych bez jednoznacznych odpowiedzi. Brockhampton nie tylko nie boją się konfrontować własnych lęków, ale na ekscentrycznie outsiderskich post-dirty-southowych bitach zamieniają odmienność i wyobcowanie w atut, który czyni ich Brockhampton — pierwszym hiphopowym boysbandem Ameryki.

„My male role models drug dealers and thugs, my father learned how to solve problems with guns” — z szorstkim stoicyzmem rapuje Ameer Vann w „Fight” opartym o minimalistyczny orientalny bit zwieńczony kakofonicznym eksperymentalnym hookiem. Wśród kilkunastu członków kolektywu każdy ma coś, czym chce się podzielić, i względnie oryginalny sposób, by to zrobić — zupełnie jak w przypadku klasycznego boysbandu, gdzie zawsze jeden z chłopców był tym grzecznym, drugi miał tatuaże, trzeci długie włosy, a czwarty chodził w przyciemnianych okularach. Z tą jedynie różnicą, że w takim boysbandzie rozbieżności niemal zupełnie zanikały, gdy głosy młodzieńców stapiały się w jeden w harmonijnym refrenie. Brockhampton model uporządkowania treści i tożsamości członków rozwiązali na wzór azjatycki, parując się w rozmaitych konfiguracjach na przestrzeni szesnastu tracków sumujących się do 48 minut zebranych w całość pod czujnym okiem Kevina Abstracta i odpowiedzialnego za produkcję Romila Hemnaniego.

Sam Abstract nie jest zresztą jedynie medialnym liderem i koncepcyjnym spiritus movens grupy, ale też swoistym wodzirejem spajającym zwrotki, bity i tematy hipnotyzującymi, wielokrotnie powtarzalnymi hookami (jak choćby ten wieńczący „Chick” w stylistycznie inspirowanej „Lean Back” Terror Squadu końcówce utworu) . Poza tym niewątpliwym wyróżnikiem u Brockhampton forma i tematyka są jak ying i yang — nie tylko w ogólnym rozumieniu, ale też zupełnie jak w nazwie świętej pamięci crunkowego duetu Ying Yang Twins. Niezależnie jednak od tej niezobowiązującej stylistycznej asocjacji z Atlantą (skąd do rodzimego San Marcos w Teksasie jest około tysiąca mil — według Google 83 godziny na rowerze) Brockhampton reformują amerykański hip-hop po swojemu — z jednej strony w pośpiechu i bez spójnej, jednoznacznej wizji, z drugiej — w sposób, który nie zna podziału na Brudne Południe, Wschodnie czy Zachodnie Wybrzeże, pop rap, trap czy gangsta rap, hip-hop świadomy, polityczny czy eksperymentalny. Nowa i stara szkoła to zatem w kontekście Brockhampton poruszającego się momentami na skraju buntowniczego queerhopu pojęcia zupełnie bezużyteczne.

Tym samym otwierające album orkiestrowym pasażem „Gummy” kreatywnie miesza G-funk, eksperymentalny rap i radiowe R&B, czym grupa w równej mierze nawiązuje zarówno do potężnych bangerów produkcji Timbalanda czy The Clipse sprzed kilkunastu lat, co do debiutu Shabazz Palaces. W kolejnym „Queer” uwagę zwraca charyzmatyczny prehook Merlyna Wooda, który przy okazji swoich zwrotek robi podobne vocoderowe zamieszanie, z jakiego słyną Young Thug czy Quavo, ale dokłada do tego bardziej agresywne jamajskie flow. Zupełnie inaczej niż opanowany Ameer Vann, który w charyzmatycznym, ale kompaktowym monologu zabudowującym agresywnym flow oszczędnie harmonizujący podkład „Teeth” rapuje z wyrzutem — „So she sent me to them white schools, I learned that I was different. They told me I’m a nigga, well now I know I am”. Jeszcze inaczej sprawa ma się z „Jello”, gdzie nad bitem, na którym w okolicy 2004 roku mogliby nawinąć Juvenile czy Bun B, dominuje melorecytowane spitchowane „La di da di da di da” w refrenowej rymowance Kevina . Z kolei leniwe „Swamp” twórczo spaja bujający vibe dawnego West Coastu z minimalistycznym swagiem dzisiejszego trapu.

Poza rapowaniem jest jeszcze coś, co Brockhampton wychodzi finezyjnie — podsumowują i zamykają ważne rzeczy noworhythmandbluesowymi jednorefrenowymi wokalizami Bearface’a — tak było z puentującym pierwszą część Saturation doskonałym „Waste”, tak dzieje się w „Jesus”, „Sunny”, a przede wszystkim w wyciągniętym jakby z innego uniwersum (a po części być może z uniwersum ostatniej płyty Franka Oceana) „Summer”, gdzie w poruszającym, ale nie pompatycznym czy desperackim tonie z uczuciem i lekkością Bearface śpiewa: „In the heat of the summer you know that you should be my boy”. Centerpiecem płyty, a być może i jak do tej pory najważniejszym numerem w karierze Brockhampton pozostaje jednak „Junky” — osadzony na świdrującym, psychodelicznym bicie, pozbawiony jednolitego refrenu, mroczny, bezpardonowy i agresywny manifest pierwszego hiphopowego boysbandu Ameryki. „I ain’t trippin’, I’m on a mission / Every time that I speak they ain’t skippin’ / Turned my inspiration to a vision / That’s a given, no slipping” — konkluduje zwrotki kolegów błyskawicznym czterowersem Dom McLennon.

Brockhampton są obecnie w znakomitym kreatywnym momencie, mają świetną synergię i wykorzystują ją ze szczętem zamiast wahać się, ryzykując utratą pędu. Całkiem możliwe więc, że trzecia część Saturation okaże się ich opus magnum, choć równie dobrze może też zakończyć się stylistycznym i tematycznym rozgardiaszem, którego jak dotąd mimo bezliku motywów i inspiracji udało im się szczęśliwie uniknąć.

Oryginalnie tekst ukazał się w serwisie Soulbowl.

Opublikowano

If miracles do happen, I want to show you right now the new dawn, who I’ll be from now on, and the words „I love you” that I never said.

ja

Estetyczna okładka płyty, której nigdy nie słyszałem, autorstwa Yuichiro Fujimoto, o którym nigdy nie słyszałem

Znalazłem sobie nowe hobby, a w zasadzie nawet dwa. Nazwałem je odpowiednio perwersyjnym umiłowaniem losowości i bezwstydną celebracją grafomanii. Choć da się je uprawiać rozdzielnie, największą satysfakcję przynoszą jednak wspólnie, bo zazębiają się jak dwie paskudnie wyszczerbione równoległe ośki zamka błyskawicznego. Satysfakcja nie polega więc na przeciągnięciu suwaka i złączeniu osiek, ale raczej na bezładnym liczeniu losowych szczerb. Przygotowałem więc na tę okoliczność neopatetyczną plejlistę, przy której można np. deklamować pełnym głosem losowe myśli z wybranych utworów Paula Coelho z dachu galerii handlowej albo proklamować w windzie korporacji manifest pokrętnie przepisujący dawne utopie na język kolejnego pokolenia. A że mam ostatnio potrzebę obcowania ze sztuką wyobcowaną przez siebie samą, jako klucz dla tej w przeciwnym razie dość poprawnej selekcji postanowiłem wykorzystać wczesne arcydzieło geniusza współczesnego trashpopu Owl City, w którym poetycznie deklaruje „I’d get a thousand hugs from ten thousand lightning bugs as they tried to teach me how to dance”. Takich twórców, niemających niczego do przekazania, ale butnych i nieustraszonych potrzebuję jak powietrza, z taką sztuką chcę się mierzyć. Chcę oglądać filmy Shinkaia i zaczytywać się w książkach Murakamiego. Chcę prostych, pierwotnych emocji, ale wypolerowanych na wysoki połysk i utopionych w dziwacznym i niezrozumiałym patosie. Chcę, żeby mój płaszcz z sieciówki za 359,99 rozwiewał się miarowo na jesiennym wietrze, poliki i skronie chcę mieć zdrowe i rumiane nie same z siebie, lecz od dobranego pod karację różu, w sercu chcę niezrozumiałego smutku, w głowie przekonania zaś, że czynię świat lepszym miejscem, bo kupuję jajka zerówki, zakręcam wodę na czas szczotkowania zębów, a w H&M-ie wypatruję T-shirtów z metką „eko”.

Opublikowano

Październik

ja

Książę Franz Joseph von Thurn und Taxis

Minął sierpień, przepadł wrzesień, już po październiku. Jesień rozpieszcza kłębiastym snem i gorącą czekoladą. Ujmuje myśli i czasu, nie znosząc sprzeciwu. Rozrzedza idee, łamie słowa na dwa, jedno po drugim — nic nie robi sobie z tego, że psuje sylaby i miesza kolejność.

Gęstymi, ciężkimi chmurami, siną, szeleszczącą mgłą i nieprzejednanym mrokiem odzianym w czarny aksamit tuli samotne wrony i chude psy. Zagania dzieci do domów, a ludzi do galerii handlowych. Plastikowymi butelkami po Coca Coli, starymi butami i lakierowaną boazerią znalezioną przy śmietniku głaszcze domowe ognisko i płuca domowników. Tykowatymi palcami bosych dębów nie głaszcze już niczego. A ja w nią zaklęty, zwabiony kłębiastym snem i gorącą czekoladą trwam wzniośle ku wiośnie z myślą ułomną, ideą rzadką i słowem złamanym.