Opublikowano

Głos góry

Głos góry

Yasunari Kawabata, „Głos góry”, wyd. Państwowy Instytut Wydawniczy, 1982


Zupełnie przypadkiem moja lektura „Głosu góry” Kawabaty zbiegła się z zapowiedzią przez PIW wznowienia powieści po blisko czterdziestu latach od oryginalnego wydania, które to właśnie znalazłem przed rokiem w antykwariacie. Lektura w dużej mierze kojąca, ale niepozbawiona realnych moralnych problemów i frapującej perspektywy — trochę jak filmy Yasujirō Ozu.

To opowieść pisana z perspektywy ojca rodziny, Shingo Ogaty, który zbliża się do emerytury i jego życie w ostatnim czasie zaczyna przynosić zmiany, które zauważa. Bywa, że nie potrafi sobie przypomnieć nazwiska czy twarzy znanej mu osoby albo tego, jak zawiązać krawat, choć robił to codziennie rano od czterdziestu lat, jego przyjaciele i znajomi umierają jeden po drugim na rozmaite choroby, a on sam zaczyna słyszeć tytułowy głos góry. Zgodnie z tradycją wzywa go tamten świat. Tymczasem na tym świecie jego myśli zaprzątają głównie nieudane małżeństwa obojga dzieci. Często też wraca wspomnieniami do czasów swojej młodości i niespełnionej miłości życia. W centrum powieści pozostaje też niezwykła więź Shingo ze swoją młodą synową, z którą rozumieją się bez słów.

Podobnie jak u Ozu to powieść pozornie pozbawiona zrywów akcji, choć nierzadko całkiem dramatycznie posuwająca się do przodu. Zawieszona w statecznych ramach powtarzalnej codzienności narracja — dramatów, jeśli już się wydarzą, nigdy nie akcentuje w sposób jakkolwiek sensacyjny. To wraz z częstymi wzmiankami o sezonowo zmieniającej się przyrodzie daje poczucie harmonii i naturalności, nawet jeśli Kawabata porusza tematy cokolwiek trudne. Trauma wojenna, zdrady, aborcje i samobójstwa to społeczny krajobraz księżycowy powojennej Japonii. Kawabata jednak jest dla swoich bohaterów łaskawy — oni zaś owszem, jak to w Japonii, nierzadko dywagują, jak ich działania ocenią inni — nie wahając się przy tym, by głośno wyrażać własne — im starszy bohater, tym bardziej niewybredne — osądy.

Sam Kawabata, któremu zarzucałem wcześniej (choć chyba nigdy publicznie), że powtarza te same myśli wielokrotnie różnymi słowami w różnych kontekstach, jest tu bardzo zdyscyplinowany. Kolejne podrozdziały czasem przyjmują formę przyjemnych impresji na temat codzienności, co jakiś czas skrupulatnie poprzetykanych analitycznym strumieniem świadomości głównego bohatera. Formalnie to doskonale nakreślona powieść, tematycznie pobudzające do refleksji ciekawą perspektywą wołanego przez górę bohatera slice of life, czy może raczej jinsei no hitokoma.

Głos góry

Opublikowano

Nie rozumiem raperów z wytatuowanymi twarzami

na plaży

„Na plaży”, Felix Vallotton

Nie rozumiem raperów z wytatuowanymi twarzami. To jedna z moich najbardziej dojmujących konkluzji ostatnich miesięcy, a może i lat z kategorii tych dotyczących zarówno mnie samego w moich własnych oczach, jak i świata zewnętrznego (też w moich własnych oczach, bo jakże by inaczej). Gdy obejrzałem w zeszłym roku The Florida Project, przez chwilę pomyślałem, że oto poznałem inną stronę trapowego prekariatu i że ten nowy ogląd tę konfuzję zniweluje, załagodzi i wkrótce wrócę do siebie. Rozszerzył tylko tymczasem spektrum niezrozumiałego fenomenu, który przyjął masową i globalną formę i zupełnie pozbawiony sensu i skrupułów sposób, wszędzie gdzie nie spojrzę, fetyszyzuje losowość, faworyzuje bazgroły i śmieci, a jednocześnie wraca do ponadczasowej maksymy, gdy lud ryczy „wina i igrzysk!”, a ci raperzy z wytatuowanymi twarzami to igrzyska przy winie im zapewniają. Tym samym moje niezrozumienie raperów z wytatuowanymi twarzami nie jest, w czym z początku pokładałem pewną ufność, niezrozumieniem marginalnego subkulturowego fenomenu, lecz istoty zbiorowych uniesień. Tym gorzej dla mnie, który przecież niejednokrotnie unosiłem się zbiorowo.

*

Czytam ostatnio z pewną apatią Juliana Barnesa, który rozwodzi się o upływającym czasie i momentami odnosi się też do mnie, a ja z jednej strony niejako odmawiam mu prawa do takich odniesień, z drugiej zaś po cichu przyjmuję jego argumenty, że „czas najpierw nas uziemia, a potem zawstydza”, że to naturalne i zazwyczaj nieuniknione, że nasze młodzieńcze marzenia zostają prędzej czy później rozcieńczone codziennością. I że koniec końców to od nas zależy, czy to rozczarowanie zinterpretujemy jako porażkę, czy wyłowimy z niego to, co udało się w zamian. Bo przecież nic nie jest za darmo i wielkie rozczarowanie też ma jakąś cenę — połaci pod jego kapeluszem porastają często chmarnie dziesiątki malutkich sukcesów.

**

Mimo tego że nie rozumiem raperów z wytatuowanymi twarzami i zacząłem myśleć o swoim życiu w kategoriach pewnego rozczarowania, nie jestem chyba jeszcze zupełnie starym człowiekiem. Dziś w drodze do pracy, jak w większość tych dni, gdy gleba jest względnie sucha, zdecydowałem się pójść na przystanek skrótem prowadzącym wydeptaną ścieżką przez zaniedbane trawniki między okolicznymi kamienicami. Chwilę później dostrzegłem w oddali faceta z ręczną kosiarką i z powodu silnej alergii na koszoną trawę śpiesznie wycofałem się na chodnik. Przypomniałem sobie, że zapomniałem rano połknąć tabletki. To dobrze, pomyślałem w duchu, to znak, że ram mojego życia nie wyznaczają jeszcze kolejne dawki przyjmowanych leków.

***

Pomimo kataru siennego jestem zachwycony pogodą ostatnich dni. Słońce, które wczesnym popołudniem z pewną nieśmiałością zaczyna przykrywać się kolejnymi warstwami chmur to doskonała pogoda na plażę. Wciąż nie mogę natomiast przeżyć tego, że mieszkam we Wrocławiu już prawie dziesięć lat, a ten wciąż nie ma dostępu do morza.