Opublikowano

Jesienna sonata

ja

plansza tytułowa

Można szczerze uronić łzę z bezsilności nad tym, jak świat przepoczwarza się nieodwracalnie na naszych oczach. Można na spokojnie spojrzeć w lustro, ocenić ilość siwych włosów, głębokość zmarszczek, stan uzębienia, przeliczyć sobie na nowo, ile jeszcze trzeba będzie spłacać kredyt. Można rzucić wszystko lub wszystkim, beztrosko wyjść na spacer, popatrzeć, jak wiatr znowu zrywa liście z drzew. Można wreszcie wstawać rano, a wieczorem chodzić spać, jeść regularne posiłki i ubierać się schludnie, nie spóźniać się do pracy, nie nudzić się w weekend, w poniedziałek kupić sobie parę butów na wyprzedaży, na środę umówić się do fryzjera na podcięcie włosów, bo znów odrosły, a w piątek wybrać się do kina na kolejny nowy film, który grają, bo co piątek grają coś nowego.

Opublikowano

Tropiąc siebie po za dużych śladach

mendini

Młody Kurtek kontestuje dzieła wielkiego mistrza dizajnu Alessandra Mendiniego; zdjęcie zdjęcia z katalogu w obróbce własnej

W refrenie „Diddy Bop” Noname z jej przecudnie mieniącego się najżywszym neosoulem krążka Telefone jest taka linijka, która zawsze mocno mnie uderza, choć jednocześnie zdaję sobie sprawę, że na chłodno niewiele pewnie można z niej wyciągnąć. „This sound like growing out my clothes” śpiewa z pasją Cam O’bi, nawiązując do przepełnionego ciepłą, niemal magiczną nostalgią za trudnym przecież i zwykle skutecznie odzieranym z niewinności przez rówieśników początkiem końca dzieciństwa. Te same emocje towarzyszyły mi w zeszłe wakacje, gdy w pociagu relacji Wrocław-Gdynia ze łzami w oczach chłonąłem każde słowo Nakarmić kamień Bronki Nowickiej. Tę samą strunę pociągnęła lata temu projekcja Poro poro omohide (polski tytuł to Powrót do marzeń) Isao Takahaty, filmu pozostającego na marginesie kanonu Studia Ghibli, może dlatego, że przedstawiającego historię dorosłej już kobiety mierzącej się z ideałami własnego dzieciństwa.

Nie chodzi tu o rozliczanie się czy zamykanie czegoś, ani też o wyrastanie, porzucanie czy inne mentalne zapasy. Raczej żyje we mnie pewna wiara, że jesteśmy w stanie od dawnych siebie nauczyć się wcale nie mniej, niż dawni my nauczyliby się od obecnych czy przyszłych nas. Przyjęło się, nie bez powodu zresztą, że w ramach międzypokoleniowego rytuału to starsi, doświadczeni, usuwający się w cień udzielają rad młodszym, nieopierzonym, z werwą, ale i naiwnością sięgającym po swoje. Te rady wcale nie muszą przyjmować tak dosłownej formy aktu przekazania mądrości życiowej. Mogą odbywać się pośrednio przez obserwację innych czy uczestniczenie w kulturze. To oczywiście buduje nas takimi, jakimi się stajemy. Gdy jako dziesięciolatek oglądasz po raz pierwszy Ojca chrzestnego, następnego dnia w szkole chcesz być gangsterem — to zrozumiałe. Mija kilka tygodni, Eminem wydaje nowy album, o którym mówią wszyscy — dzięki tej płycie stajesz się bardziej raperem — być może najbardziej w całym twoim życiu — przeszłym, teraźniejszym i przyszłym, a może to dopiero początek pewnej drogi.

Zabrnąłem, a chciałem jeszcze jedynie dodać, że w tym niekończącym cyklu stawania się warto wracać do siebie sprzed lat i słuchać, co ten daleki, ale przecież jednak bardzo bliski krewny ma do przekazania. Nie, nie zamierzam przed trzydziestką zacząć się zastanawiać, czy może jednak powinienem zostać gangsterem albo raperem (jeden Taco Hemingway to, jak się okazuje, i tak o jeden za dużo), ale mogę na przykład, by możliwie jak najbardziej umilić sobie powrót do pracy po ponad dwóch tygodniach (czynnego niestety) odpoczynku, sięgnąć do zajawek i inspiracji muzycznych młodszego siebie. Młodszego o jakieś osiem, dziewięć lat, myślę, kiedy jako młody student wyszedłem wreszcie z bańki amerykańskiego R&B i zacząłem garściami karmić się nieznanym i egzotycznym wówczas wciąż kanonem. Przemaglowałem wtedy od góry do dołu rozmaite zestawienia najlepszych płyt wszech czasów na czele z niesławną pięćsetką Rolling Stone’a, skąd zaatakowali mnie zbrojnym ramieniem Steely Dan, Paul Simon, Tom Petty, cała masa jangle i power popu, americany, soft rocka od połowy lat 70. do połowy 90. Teraz złożyłem te wspomnienia w letnią plejlistę i zupełnie przypadkiem zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę wówczas, tych osiem lat temu nie tropiłem nikogo innego, ale samego siebie — bez świadomości podążając w nieznane po zbyt dużych śladach moich własnych przecież stóp.

Opublikowano

Jak nauczyłem się tęsknić na zapas za rzeczami, które nadal mam, i nakreśliłem muzyką dni mojej młodości

na plaży

Młodość

Co jakiś czas w przeróżnych okolicznościach, zwykle takich, które można by w jakiś sposób uznać za nadzwyczajne, wciąż jeszcze zdarza mi się słyszeć pytanie, co studiuję. Nie jest niewygodne czy irytujące, ale prowokuje pewną ukrytą na co dzień gdzieś głębiej refleksję, że oto moje życie zmieniło się definitywnie i przekroczyło pewien nieodkraczalny próg, od którego trzecia część każdego dnia nie należy do mnie, a za dostępny mi szczyt laby muszę zgodzić się uznać dwutygodniowe wakacje. Są oczywiście ludzie, którzy pracują inaczej i nie będę ukrywał, że spoglądam w ich stronę z zazdrością, ale to też bardzo często ostatecznie znaczy, że praca rozlewa się bezkształtnie od wczesnych poranków do późnych godzin nocnych, że wypełnia każdą wolną chwilę i rości sobie prawo to wypychania z kalendarza nieobowiązkowych z perspektywy zawodowej spotkań towarzyskich i wieczorów z książką na hamaku. A tymczasem gdybym tylko miał hamak, mógłbym przynajmniej w miesiącach letnich zafundować sobie małą codzienną porcję laby. A mogę i bez hamaka, z tym że nie spoglądam już z podnieceniem na kolejne dni czerwca, bezkresne połaci lipca, przepastne gmachy sierpnia, nieśmiałe początki i trudne ostatki września.

Nie spoglądam. Utraciłem nie tyle umiejętność, co możliwość wypełniania ich fantazją — przez lata jedną z moich podświadomie ulubionych codziennych czynności. Niekiedy udawało mi się zresztą przynajmniej w jakiejś niewielkiej części tę fantazję materializować — zwłaszcza gdy zaczynałem czuć oddech dorosłości na karku — twardo przemawiający ustami ojca, kreślący czarne scenariusze ręką matki, ciężko sapiący ponaglającym wyrzutem. Wtedy nauczyłem się tęsknić na zapas za rzeczami, które nadal mam. Można by to pewnie w bardziej prostolinijnych okolicznościach sprowadzić do cieszenia się chwilą, gdyby nie to może, że był to zwykle uśmiech przez łzy. Nie z tych spływających strumieniami po policzku, raczej z tych nieśmiało migocących w bliskim sąsiedztwie rozszerzonej z podniecenia źrenicy, nieraz gubiących się gdzieś w kąciku oka. Uśmiech niebawem minął, łzy zaczęły w końcu spływać, ostatni wrzesień wolności przeszedł w mroczny październik, a ja zdecydowałem, że zamiast dorosnąć, wolę jednak umrzeć. Moje ciało przyjęło tę propozycję z wielką powagą i staraniami, by najlepiej, jak się da, odwzorować długą listę wstępnych objawów śmiertelnej dolegliwości znalezioną w sieci. Słowem — wymyśliłem i chorobę, i diagnozę. Diagnozę, której nie potwierdzili lekarze, a w ramach kuracji przepisali, nie inaczej, dorosłość.

Nie umarłem, ale umarł we mnie student — i ten wałęsający się po mieście na skraju śród, czwartków, piątków i sobót, i ten, który naiwnie wierzył, że to studia w sensie naukowym zrobią z niego człowieka. Tymczasem pierwsze studia rzucane w buzujących od frustracji myślach co sesję, w końcu na ostatniej prostej niemalże rzuciły mnie. Drugie okazały się zbyt pragmatycznie zaplanowane przez kogoś z nieuchwytnie wyższego szczebla, by pozwolić mi poprowadzić je choć odrobinę po swojemu. To mi nie służyło, byłem roszczeniowym romantykiem, chciałem zostać zafascynowany pomimo niesprzyjających okoliczności — kanciastego systemu zaliczeń kolejnych przedmiotów, których nie mogłem nijak odfiltrować, choć nie były częścią podstawy programowej, i impulsywną wybiórczością własnych zainteresowań, które nakazywały mi pisać do szuflady recenzje kolejnych płyt Beach Boysów na dwa dni przed egzaminem z mikroekonomii. Do dzisiaj czuję się zresztą przez to głupio, ale wcale niekoniecznie głupi. Jak pięknie to ujął kiedyś Piotr Stankiewicz (ten od polskich stoików), „zazdrościć, że ktoś odnosi sukces w czymś, czego ty nawet nie próbowałeś, to jak martwić się, że hydraulik ma więcej zleceń na naprawę kranów niż ty”. Nie jestem pewien, co to mówi o mnie, co o mojej alma mater, a co o polskim systemie edukacji wyższej w ogólności, i nie zamierzam powierzchownie tego teraz oceniać, ale mając dyplom z tytułem analityka rynku, nigdy nie próbowałem z powodzeniem wyobrazić sobie siebie w tej roli. Nie żywię żalu do nikogo za to, że wielokrotnie moje bezkształtne, ale namacalne pragnienie wiedzy postrzegano jako rodzaj niepełnosprawności, że brak konkretnego pomysłu na siebie, który mieściłby się w instytucjonalnej ramie systemu edukacji, sprowadzano do niekompetencji i lenistwa. Systemy mają już to do siebie, że choć tworzone przez jednych ludzi z myślą o innych, często tych drugich marginalizują na rzecz pysznego samozadowolenia z własnego funkcjonowania. Studia były więc pierwszą sposobnością, by to uwikłanie w system namacalnie odczuć.

Choć mijają kolejne lata, dopiero ostatnio zorientowałem się, że koniec maja nie oznacza już dla mnie zbliżającej się wolności. Lato to wciąż gorące nie do wytrzymania noce, chmary kleszczy i barszcz Sosnowskiego atakujące ludzi z nagłówków porannej prasy, zrywny wiatr od morza przysypujący piaskiem stopy na plaży wczesnym popołudniem, ale jakby coraz bardziej poza mną. Poza mną pozostały poranne powtórki starych amerykańskich seriali w wakacyjnym paśmie telewizyjnym i świadomość, że wcale nie muszę wstać przed jedenastą, by włączyć do śniadania kolejny odcinek „Świętego”. Zostałem bez żadnego sprzeciwu, bez krztyny refleksji wchłonięty przez dorosły system, który nie znosi sprzeciwu i nie pobłaża głupstwom.

Każdego roku w wakacje właśnie tworzyłem opasłą plejlistę utworów znanych mi czasem gorzej, czasem wcale, a czasem po prostu dawno niesłuchanych, niebędących jednak przypadkową selekcją, ale opartych na wielogodzinnych, drobiazgowych poszukiwaniach. Utworów, które ten sam, znany doskonale świat — ulice, na których się wychowałem, i łąki, które już dawno zarosły blokami — przedstawiały jako nowy, ekscytujący rozdział. Utworów, które sprawiały, że z każdym rokiem stawałem się młodszy. Tak też każdego roku kreśliłem muzyką dni mojej młodości.

Opublikowano

2017: albumy

2017

emocjonalny, nie intelektualny — tak było; i wiecie co? bawiłem się świetnie; podczas gdy wkoło chór malkontentów po raz kolejny umartwia się nad kondycją muzyki, ja po raz pierwszy od lat nie potrafiłem zamknąć swojej rocznej listy w 40 pozycjach; wybrałem (jakże profesjonalnie!) najmniej, na ile mogłem przystać sam przed sobą, przypadkiem 44, ale mógłbym pewnie i dwa razy tyle (co dałoby 88, ostatnio dość niepopularną liczbę — jeszcze ktoś mógłby zarzucić mi symbolizm, co już samo w sobie byłoby godne pożałowania — i dla mnie, i dla zarzucającego, no bo hej) i nadal miałbym poczucie, że to zestaw solidny i ciekawy; słuchajcie muzyki, to dobrze robi

2017

44. Aaron Dilloway The Gag File

dilloway niezmiennie najbardziej uroczym ze wszystkich taśmociągów; gdy w trakcie kontrolnego odsłuchu jestem już niemal przekonany, że gag file nie dorasta do fenomenu modern jester sprzed dekady (bo nie dorasta), kolejnym utworem dilloway udowadnia, że wciąż potrafi błyskotliwie huczyć i buczeć, jest może przesadnie melancholijny i zaszumiony, ale the gag file to pierwszorzędny (i co ważne — zupełnie niezobowiązujący) dźwiękowy trip przypominający wszystko to, za co dillowaya kochamy najbardziej (♪ „switch”)

2017

43. Django Bates’ Beloved The Study of Touch

choć w zeszłym roku muzyczny świat zwrócił oczy na batesa głównie ze względu na jego udział w gwiazdorskim projekcie anouara brahema (wraz z tym davem hollandem i tym jackiem dejohnettem), jego własne eleganckie trio fortepianowe w jałowym dla mnie jazzowo roku (trochę z mojej własnej winy, heh) wydało mi się pozycją mniej obwarowaną; do batesa nie należy podchodzić z nożyczkami, trzeba pozwolić mu popłynąć, najlepiej wieczorową porą, ale sobotnim dżdżystym przedpołudniem też się sprawdzi (♪ „senza bitterness”)

2017

42. Rina Sawayama Rina

solidna metapopowa epka, która nie traci nic ze swojego powabu niezależnie od tego, czy podejdziemy do niej bezpośrednio czy ironicznie; sawayama jako trzon stylistyczny ukochała sobie ścisłą fuzję popu i r&b święcącą triumfy na listach przebojów całego świata w czasie milenijnego przełomu, dzięki przebojom britney spears, christiny aguilery czy *nsync (albo po prostu maxa martina); nie ma się jednak wrażenia, że piosenkarka spóźniła się o półtorej dekady — to raczej zwiastun kolejnego rychłego stylistycznego zwrotu w światowej popkulturze, wynikający z nostalgii za muzyką dzieciństwa obecnych 20-latków; nawet bez darkchilda czy wspomnianego martina na podorędziu, udaje się sawayamie perfekcyjnie odwzorować melodykę i charakter misternie zaprojektowanego przez nich popu — całość przefiltrowana przez vaporowe produkcje clarence’a clarity’ego i niewątpliwe inklinacje z prince’m lat 80. daje się czytać na wiele różnych sposobów, przez co niechybnie wkracza na terytorium muzyki popularnej o ambicjach artystowskich (♪ „cyber stockholm syndrome”)

2017

41. Chloe x Halle The Two of Us

gdzieś pomiędzy duchem półpiosenkowego blonde franka oceana, truchłem abstrakcyjnego r&b ze szkoły theesatisfaction a ciepłym brzmieniem klasycznego neosoulu znalazły się chloe x halle; dziewczęta przekornie, ale świadomie wybrały dla swojego pierwszego mikstejpu niemalże punkową formę, zamykając szesnaście mikroutworów w zaledwie 25 minutach muzyk; mimo tego wbrew pozorom słowem, które najlepiej opisuje the two of us nie jest szkicowość, ale przygoda, bo choć chloe x halle bez wątpienia podzielają pasję theesatisfaction do postminimalistycznie zapętlonych refrenów, z powodzeniem udało im się tę koncepcję rozciągnąć na cały krążek, co przy gęsto posianych, wykrojonych pewną ręką zmianach i tempa, i melodii, dało miejsce jeśli nie najbardziej satysfakcjonującej, to z pewnością najbardziej kreatywnie stymulującej płycie r&b tego roku (♪ „poppy flower”)

2017

40. Timber Timbre Sincerely, Future Pollution

choć fani i krytycy kręcą nosem wokół konwersji organicznego brzmienia timber timbre na syntezatory, ich dyskografia zyskała na tym niebanalny fabularny twist — wciąż dogłębnie noirowy, wciąż na swój sposób anachroniczny i freakowy, ale uderzający raczej w klimat neo-noir niż secesyjnego antywesternu (♪ „floating catherdral”)

2017

39. King Krule The Ooz

pominąć tegoroczną płytę king krule’a w podsumowaniu o inklinacjach mimo wszystko krytycznych to tak, jakby nie słyszeć niczego; można i pewnie fascynująco spędzić godziny, próbując dekonstruować urzeczywistnioną przez niego z naturalnością wizję metarocka; jestem zaintrygowany (♪ „dum surfer”)

2017

38. Kacy & Clayton The Siren’s Song

she & him w wersji polno-łąkowej z kwiatami we włosach i bez retromanieryzmu albo ktoś ogromnie rozkoszny (pokroju the everly brothers) wsiada w wehikuł czasu (tym razem przekornie do teraźniejszości) i zafascynowany płytami steve’a earle’a z lat 90. nagrywa prostolinijną, osadzoną trochę jednak poza czasem płytę (♪ „just like a summer cloud”)

2017

37. Saz’iso At Least Wave Your Handkerchief at Me: The Joys and Sorrows of Southern Albanian Song

fascynujący świat albańskiej tradycyjnej muzyki folkowej, o której nie wiem absolutnie nic, ale słucham z prawdziwym przejęciem; znakomite lekarstwo na odrobaczenie dobrego imienia królestwa albanii nad wisłą (♪ „bëje dru në përcëllime”)

2017

36. Flotation Toy Warning The Machine That Made Us

tam gdzie fleet foxes i the national zaniemogli, spod ziemi wyrosło flotation toy warning, którzy do follow-upu swojego jedynego w swoim rodzaju debiutu bluffer’s guide to the flight deck zabierali się przez 13 lat; nowy album londyńczyków to w 2017 jeden z nielicznych obronionych przyczółków starej szkoły indie popu (progresywnie przedzierającego się od kameralnego folku, przez nową psychodelią aż po alternatywny rock) z melodiami, aranżami, emocjami i pomysłem, jak sensownie zebrać w całość 60 minut muzyki, której prawdopodobnie mało kto będzie chciał jeszcze w ogóle słuchać (♪ „i quite like it when he sings”)

2017

35. Étienne Daho Blitz

daho błądzi w oparach dymu papierosowego między anachronicznym, ale progresywnym romantyzmem oscara wilde’a a planem zdjęciowym scorpio rising; jest eteryczny i zmysłowy jak przed laty i nie traci ani trochę z dawnego animuszu; blitz romansuje z rockowymi aranżami, ale jego podstawą pozostaje plastyczny psychodeliczny synthpop o chansonowskim rodowodzie, ale z bondowskimi implikacjami (♪ „les cordages de la nuit”)

2017

34. Tyler Childers Purgatory

choć jego brzmienie momentami potrafi być bardziej tradycyjne niż na wczesnych płytach johnny’ego casha, dzięki pozbawionemu maniery wokalowi i współczesnej produkcji, ani przez chwilę nie ma się wrażenia, że purgatory to wyprawa w przeszłość; childers ma wyobraźnię, zarówno tę muzyczną, jak tę i cechującą dobrego gawędziarza, dzięki czemu jego opowieści słucha się z zainteresowaniem (♪ „feathered indians”)

2017

33. K.Flay Every Where Is Some Where

ucieleśnienie wszelkich metapopowych ambicji; to niemal bezsprzecznie najlepsze od dawna połączenie alternatywnego r&b, indie rocka, art popu i świadomego hip-hopu, które nie jest ani alternatywnym r&b, ani indie rockiem, ani art popem, ani świadomym hip-hopem; k.flay ze swoim talentem do pisania chwytliwych refrenów i ciętych puent z pomocą trójki producentów robi z tego gatunkowego kalejdoskopu najlepszy możliwy użytek — mieszając wszystko w wielobarwnym, post-90sowym miksie rozmaitych wpływów i inspiracji (♪ „giver”)

2017

32. Ninos du Brasil Vida eterna

ninos du brasil kontynuują kurs na łączenie brazylijskiej batucady i minimalistycznego, plemiennego techno; tym razem zbaczają odrobinę w stronę industrialu, ale wraz z vida eterna potwierdzają, że to kurs słusznie obrany i „kto jak nie oni”; w ciasno zakreślonym rytmicznym tunelu bez odpowiedzi pozostawiają jedynie pytanie o płeć nietoperza na okładce (♪ „a magia do rei, pt. 2”)

2017

31. Marty Stuart and His Fabulous Superlatives Way Out West

przyśniło mi się, że pisałem o tej płycie, chociaż wcale nie pisałem i spędziłem kilka dobrych minut, aby ten tekścik odszukać — bezskutecznie; co mi się nie przyśniło: stuart, który honky tonk i hillbilly ma we krwi, nagrywa oniryczną płytę z neotradycyjnymi opowieściami o kowbojach, cytując obszernie ennio morricone i rocknrollowe bakersfield, gdzie każda piosenka jest jak scena z wymyślnej westernowej fantasmagorii, a wszystkie razem łączą się w pierwszoligowy koncepcyjny krążek (♪ „way out west”)

2017

30. Slowdive Slowdive

slowdive robią to, co potrafią najlepiej tzn. robią swoje; podobnie jak po my bloody valentine nie słychać po nich upływu czasu, trochę dlatego, że shoegaze osadzono poza czasem, a trochę dlatego, że wciąż mają wyczucie, talent i nie rozmieniają się na drobne; slowdive jest lżejsze od m b v i absolutnie bezpretensjonalne; nieironiczny i niepaździerzowy promień słońca na trapowym niebie dla wszystkich, którzy tęsknią za alternatywnymi 90sami (♪ „sugar for the pill”)

2017

29. Fatima Al Qadiri Shaneera

fatimie al qadiri do twarzy (choć nie stricte wizualnie) w masce złej królowej uwięzionej własnym urokiem w dark roomie gejowskiego klubu gdzieś w kuwejcie; zręcznie przełamuje kulturowe tabu i jednocześnie tworzy mroczny, bezkompromisowy, syntezatorowy pop umocowany w arabskiej tożsamości — coś, czego nie widział wcześniej ani świat zachodni, ani szeroki bliski wschód (♪ „alkahof”)

2017

28. Bell Witch Mirror Reaper

bell witch śmiało mierzą się z niemożliwą do odtworzenia formułą dopesmokera — półtorejgodzinnego doommetalowego drona (co samo w sobie czyni mirror reaper albumem, który koniecznie trzeba przesłuchać) i co więcej mają ku temu powód — to swoiste epitafium dla zmarłego w 2016 roku perkusisty adriana guerry; dzięki powtarzalnej, slowcore’owej naturze materiału i jego pokaźnym rozmiarom odsłuchiwane w całości staje się pełnowymiarowym doświadczeniem bliskości i realności śmierci (♪ mirror reaper)

2017

27. Kelly Lee Owens Kelly Lee Owens

wszyscy zastanawiający się co by było, gdyby christian löffler produkował grimes, mogą włączyć debiutancki longplay kelly lee owens (i, już poza konkursem na gaszenie wyobraźni dobrymi płytami, jej znakomity cover „more than a woman” aaliyah) (♪ „throwing lines”)

2017

26. 坂本龍一 async

po latach moczenia stóp w ambiencie sakamoto wreszcie powinął nogawki i przemyślał swoje stopy; znalazł równowagę między ambientową wodą od wieloletniego moczenia stóp, urzekającym fortepianowym obliczem, echem dawnego popowego mistrzostwa a żyłką awangardzisty; async to sakamoto pulsujący, sprzeniewierzający się zastanemu porządkowi, puszczający oko w stronę akademickiej współczechy, ale zachowujący bezpieczny dystans, w zakresie dźwięków słyszalnych (♪ „stakra”)

2017

25. Dirty Projectors Dirty Projectors

dirty projectors indiepopowy fundament na nowej płycie zastąpili alternatywnym r&b doprawionym glitchowymi loopami, w czym doskonale im do twarzy; longstreth, spiritus movens projektu, wie, jak wyjść poza schemat, jednocześnie nie wychodząc na oszołoma — traktuje r&b jako trampolinę poza klasyczną melodykę muzyki popularnej, ale nie ogranicza się do umiejętności przegryzania popowych schematów artystowskimi trickami — muzykę grupy cechuje w dalszym ciągu nietuzinkowa wrażliwość pokrewna tej, którą usłyszeć mogliśmy u solange, franka oceana, jamesa blake’a czy samphy (♪ „cool your heart”)

2017

24. Spoek Mathambo Mzansi Beat Code

spoek mathambo, południowoafrykańskiegy producent i raper, z polotem i wrodzoną lekkością miesza regionalną odmianę afrohouse’u zwaną kwaito z elektropopem i rapem, podobnie jak przed dekadą zrobiła to m.i.a. z kuduro (♪ „sifun’imali yethu”)

2017

23. Grizzly Bear Painted Ruins

sam przekląłem grizzly bear, gdy usłyszałem pierwszy singiel promujący painted ruins; później zacisnąłem zęby, ale niekoniecznie z nadzieją i choć nowojorski kwartet miał już swoje veckatimest (a może właśnie dlatego), udało im się obronić niepozbawiony gracji stylistyczny zwrot — painted ruins jest do pewnego momentu zadowalającą porcją tego, z czego ulepili swoje trzy poprzednie krążki, ale wyrasta na swój własny sposób poza tamten ekosystem; dzięki temu wentylowi grizzly bear nadal brzmią żywo; trudno powiedzieć, czy adekwatnie w czasie, gdy wszelkie indie jest w kreatywnym odwrocie; ich styl zawsze był ponadczasowy (♪ „aquarian”)

2017

22. Shinichi Atobe From the Heart, It’s a Start, a Work of Art

romantyczne dub techno (♪ „first plate 2”)

2017

21. Kelman Duran 1804 Kids

prawdopodobnie żaden gatunek muzyczny nie potrzebował rehabilitacji tak bardzo jak rozogniony przez pozbawione odrobiny ironii masy reggaeton; choć mówi się, że jedna jaskółka wiosny nie czyni, a jeden niszowy nieco ponad półgodzinny longplay można z całą pewnością potraktować jako jaskółkę, oparty na spitchowanych latynoskich samplach długogrający debiut kelmana durana w zadziwiający sposób wydobywa z reggaetonu esencję, serce tropikalnych bangerów, tu podszytą niepokojem, może nawet smutkiem, na poziomie do którego radiowy nieironiczny reggaeton nigdy nie będzie w stanie dotrzeć; jednocześnie duran nie obśmiewa swoich inspiracji, stojąc w punkcie widokowym na skraju post-muzyki (♪ „6 de la mañana”)

2017

20. Matt Martians The Drum Chord Theory

debiutancki longplay martiansa spotkał się w najlepszym razie z umiarkowanie entuzjastycznym przyjęciem — w dużej mierze nie spotkał się bowiem z jakimkolwiek przyjęciem w ogóle; oczywiście w internecie zdominowanym plagą efektu owczego pędu eufemizowanego jako hajp takie przeoczenia to codzienność; the drum chord theory to klasyczny bitowy neo-soulowy album, bardziej chyba w klimacie ostatnich produkcji thundercata aniżeli soulquarians złotego okresu, choć bez jazzowych inklinacji; bardziej szkicownik niż skończona płyta, co w erze coraz dalej posuniętej losowości w hip hopie i r&b, może być wartością; showcase słodkich refrenów i szorstkich bitów — prequel i spinoff flower boya tylera w jednym; dość pokrętne, w żadnym wypadku koncepcyjne, ale nadrabiające spontanicznością, synergią i mieszczącą się w oznaczonych ramach nieprzewidywalnością jam session; wreszcie najprzyjemniejszy (z całą prostolinijnością ukrytą w słowie przyjemność) okołosoulowy album tego roku (♪ „what love is”)

2017

19. Hiroyuki Ura, Kenichi Kanazawa, Satoko Inoue Scores

onkyo wychodzące z tradycyjnego onkyo i stojące obok; podłużne rzeźby z aluminium symetrycznie poukładane na pięciolinii i zamienione w koncepcyjną kompozycję przy pomocy fortepianu i perkusjonaliów; a wszystko to żyje, dzięki fieldrecordingowej głębi drzemiącej w performatywnym charakterze w przeciwnym razie nazbyt układnego i odpowiedniego utworu (♪ „scores 1200” (excerpts))

2017

18. Varg Nordic Flora Series Pt. 3: Gore-Tex City

gdzieś w skandynawii, między alessandro cortinim a yung leanem, ciemnoszarymi popołudniami powstaje płyta-pocisk, która w sensie społecznym być może jest dla europejskich społeczeństw tym, czym xo tour llif3 stało się dla amerykańskiego (♪ „stockholm city (drottninggatan, sergels torg)”)

2017

17. Vince Staples Big Fish Theory

dzięki big fish theory niewątpliwie utalentowany, ale zamknięty do tej pory w konwencji zachodniego wybrzeża vince staples wyrasta na jednego z naczelnych awangardystów współczesnego amerykańskiego rapu; elokwentne flow i szerokie spektrum tematyczne zyskują nowe życie, dzięki prostej stylistycznej wolcie — romansie z szeroko pojętą elektroniką objawiającą się na płycie pod różnymi postaciami od hip house’u, przez uk garage i hyphy, aż po flirty z detroit techno i bubblegum bassem (♪ „homage”)

2017

16. LCD Soundsystem American Dream

alternatywny dance nawrócony na post-punk, który nie tylko mówi ci, jak masz żyć, ale możesz do tego jeszcze sobie zatańczyć (♪ „oh baby”)

2017

15. Nicole Atkins Goodnight Rhonda Lee

jeśli przeszła ci przez głowę myśl, że organiczne granie z pogranicza country i soulu pod banderą nashville soundu nie ma współcześnie racji bytu, zeszłoroczny krążek nicole atkins goodnight rhonda lee to pozycja do przesłuchania; atkins żongluje inspiracjami duchem roya orbisona czy barokiem lee hazlewoodu, dialoguje z the dap-kings, jest szczera i emocjonalna i potrafi sensownie zamknąć towarzyszące jej uczucia w starej jak świat formule piosenki (♪ „darkness falls so quiet”)

2017

14. Nnamdi Ogbonnaya Drool

tegoroczny krążek amerykańskiego wywrotowca nnamdego ogbonnayi to charyzmatyczny zwrot w kierunku plastycznego hip hopu spod znaku outkast czy blackalicious — mocno osadzonego w soulu, ale jednak stricte rapowego; w tym duchu na drool typ rozwija swoją autorską wizję hip hopu, w stosunku do której określenie art rap nie byłoby ani trochę przesadzone; śmiało żongluje stylami, mieszając klasyczną atlantę i psychodeliczny neo-soul, trap i alternatywne R&B, jazz i wykręconą muzykę bitową; na terytorium pomiędzy rapem a śpiewem, czuje się jak ryba w wodzie (♪ „let go of my ego”)

2017

13. Richard Dawson Peasant

mając w pamięci wspólną historię joanny newsom i billa callahana, byłoby niedelikatne z mojej strony, gdybym wtrącił pomiędzy nich richarda dawsona; a jednak jego zeszłoroczny album, na którym żongluje przyjmowanymi rolami i punktami widzenia, leży właśnie gdzieś wpół drogi między ornamentami newsom a (wciąż intelektualną oczywiście) prostotą callahana — zarówno aranżacyjnie, melodycznie, jak i storytellingowo; dawson lubi swoją prostą americanę w tym samym stopniu, co niekoniecznie idealnie linearną budowę swoich piosenek wieńczonej jednak raz po raz czymś w rodzaju średniowiecznej hymniczności; tym samym peasant jest dla mnie jednocześnie fascynująco nieodgadniony, jak i fascynująco znajomy (♪ „ogre”)

2017

12. Charly Bliss Guppy

weezer gra twee pop (♪ „glitter”)

2017

11. GFOTY GFOTYBUCKS

gfoty w kompletnym przeglądzie swoich dotychczasowych (najlepszych i bardzo złych zarazem) pomysłów na post-muzykę; jeśli ktoś w 2017 roku zasługuje na status megagwiazdy popu to właśnie ona; niestety duże media znoszą post-muzykę i kreatywne ironizowanie jedynie w przypadku amerykańskiego trapu i prawdziwa post-muzyka skazana jest na drugi obieg; i gdzie ta cyberpunkowa przyszłość, którą obiecywali carpenter, gilliam i scott (♪ „don’t wanna / let’s do it (bucks mix)”)

2017

10. Sounds of Sisso

podróż w nieznane; w sercu tanzanii grupa lokalnych artystów łączy swoistą odmianę afrykańskiego hip hopu z tamtejszym wyobrażeniem szeroko pojętego electropopu inspirowanego shangaan electro i bongo flava; wyobraźcie sobie fuzję gqomu z kuduro, okraście ją archaicznymi syntezatorami i wszystkim, co tylko irytuje was w bubblegum bassie i przemnóżcie całość przez esencję muzycznego adhd — tak właśnie brzmi sisso (♪ „kimbau mbau”)

2017

9. Mono no aware

podróż w nieznane; czyjeś ulotne spojrzenie wyczute na własnym barku; niepokój stopniowo przechodzący w podniecenie; kryształowa róża; napięcie narastające powoli, ale sukcesywnie od urodzenia do śmierci; glitch; rozbity ekran telefonu zaklejony półprzezroczystą tasiemką; zmarszczona, zmęczona twarz odbijająca się w szybie pustego wagoniku metra; głęboki oddech; zaparowane szkła okularów; patos rzeczy i melancholia przemijania (♪ „second mistake”)

2017

8. William Ryan Fritch Birkitshi: Eagle Hunters in a New World

gopro o ścieżce dźwiękowej fritcha do własnego filmu napisało, że jeden człowiek brzmi tu jak 40-osobowa orkiestra i chociaż to fragment tekstu promującego projekt przez wydawcę, więc trzeba podzielić jego zawartość przez 3, w dalszym ciągu na samego fritcha przypadnie wówczas 13 i ¼ osoby, a to i tak nie lada wyczyn; fritch zebrał folkowe nagrania tradycyjnej mongolskiej społeczności birkitshi i zrobił z nich piękny przestrzenny dźwiękowy pejzaż z pogranicza plemiennego ambientu i urokliwego post-minimalu; rzecz jest prosta, może nawet momentami ckliwa, od czasu do czasu nawet odrobinę miałka, ale niesamowicie zręczna, a przy tym całkiem efektowna, przez co koniec końców chwyta za serce i rozpieszcza tych wrażliwców, którzy mają ochotę na odrobinę światła w swojej płytotece (♪ „qusbegi”)

2017

7. Natalia Lafourcade Musas

kiedy już prawie miałem natalię lafourcade za kogoś w rodzaju meksykańskiej brodki, na złość moim marnym skojarzeniom nie nagrała zachowawczej inspirowanej rockiem z artystycznymi zapędami płyty, ale wprowadziła mnie w magiczny świat spuścizny piosenki latynoamerykańskiej; z niespotykaną dzisiaj dbałością o aranżacyjne niuanse, niekłamanym przejęciem i autentyczną bandą (w tej roli los macorinos) odkurzyła całą paletę barw tradycyjnego sudamerykańskiego folku od meksyku i kubę po szczyty andów (♪ „rocío de todos los campos”)

2017

6. Arca Arca

„quítame la piel de ayer” — niepewnie rozpoczyna łamiącym falsetem wenezuelski producent arca w „piel” otwierającym jego tegoroczny album — intymną opowieść o rozpaczliwym pragnieniu miłości mającej wypełnić wewnętrzną otchłań dojmującej samotności; arca rozbiera się przed słuchaczem — dosłownie i w przenośni — swoje uczucia, doznania i myśli wyrażając emocjami, zarówno na poziomie brzmienia, tekstów, jak i — w znaczącej mierze — nieoszlifowanego, na wpół amatorskiego paraoperowego wokalu; dzięki temu arca jest w stanie przenieść swój mroczny, do tej pory dość chaotyczny i surrealistyczny sznyt producencki w nową sferę, gdzie tkanka muzyczna musi stanowić dopełnienie pozamuzycznej substancji — całkiem już realnej i namacalnej (♪ „saunter”)

2017

5. Charli XCX Number 1 Angel/Pop2

muzyka pop ma zwykle dwa oblicza — to prawdziwie popularne, bijące rekordy sprzedaży i rozpoznawalności oraz to, które świadomie wykorzystuje popularne patenty, aby tworzyć nową jakość; w tej drugiej kategorii już od kilku lat brylują tuzi bubblegum bassu a.g cook i sophie, którzy w 2015 zmaterializowali się na muzycznym horyzoncie charli xcx i pop zamigotał tysiącem barw; jej tegoroczne miksjtepy to definicja nie tego, jak brzmi muzyka pop w 2017 roku, ale jak brzmieć powinna; przebojowa, ale nie prostolinijna, budowana z jednej strony na elektronicznym hip hopie, z drugiej na klasycznej piosenkowej melodyce, niegrzeczna i ironiczna, ale nie na tyle, by grać na kontrowersje (♪ „delicious”)

2017

4. Tzusing 東方不敗

azjatyckie techno inspirowane tamtejszą tradycyjną melodyką musi wypłynąć i wypłynie na wierzch w morzu bezkształtnej motoryki, choćby finezyjnej, podobnie jak wypływa to zespolone z brazylijską batucadą; tzusing jest wybredny, świadomy i konkretny — doskonale wie, jak skonstruować kompletny i samowystarczalny industrialny pejzaż z amalgamatu miniaturowych, w pełni przetworzonych replik elementów chińskiej muzyki dworskiej (♪ 「日出東方 唯我不敗」)

2017

3. Gas Narkopop

kiedyś na open’erze zagospodarowywano na sety didżejskie taką półokrągłą betonową tubę — czy też dziwaczny cyberpunkowy hangar na małe śmieszne samolociki — wydrążoną w zielonym pagórku — choć pewnie po prostu przysypaną ziemią z krzakami; gdyby to ode mnie zależało, to podczas tegorocznej edycji wynająłbym tę tubę i na ripicie przez całe cztery dni grał tam narkopop gas (♪ „narkopop 10”)

2017

2. Brockhampton Saturation I II III

brockhampton nie tylko nie boją się konfrontować własnych lęków, ale na ekscentrycznie outsiderskich post-dirty-southowych bitach zamieniają odmienność i wyobcowanie w atut, który czyni ich brockhampton — pierwszym hiphopowym boysbandem ameryki; reformują amerykański hip-hop po swojemu — z jednej strony w pośpiechu i bez spójnej, jednoznacznej wizji, z drugiej — w sposób, który nie zna podziału na brudne południe, wschodnie czy zachodnie wybrzeże, pop rap, trap czy gangsta rap, hip-hop świadomy, polityczny czy eksperymentalny; nowa i stara szkoła to zatem w kontekście brockhampton poruszającego się momentami na skraju buntowniczego queerhopu pojęcia zupełnie bezużyteczne; wydane w 2017 roku trzyczęściowe saturation to nowa zupełnie mitologia; nawet z tym nie handlujcie (♪ „lamb” (extended))

2017

1. Tyler, the Creator Scum Fuck Flower Boy

tyler, the creator skroił w tym roku swój najbardziej koherentny tematycznie i brzmieniowo album w karierze; scum fuck flower boy oparty został w dużej mierze na przytulnych neo-soulowych hookach, ale nie rozwadnia wcale zawartości tylera w tylerze — nie szuka kompromisów, ale świadomie poświęca część istoty goblina, by zrobić miejsce dla niewyeksponowanej wcześniej części tylera; nie ma tu jednak miejsca na stylistyczną i przedmiotową schizofrenię — potencjalne luki skutecznie wypełniają fantazja i absurd, ale przesłanie pozostaje czytelne — w jego centrum znajdziemy istotę wszelkiego humanizmu — odwieczną udrękę człowieka wynikającą z nieustannego mierzenia się samotnością; to nie nowy tyler, to nie tyler uciekający od umiejętnie skrojonej dla siebie przed laty kreacji, wreszcie nie tyler pragnący rehabilitacji czy desperacko szukający akceptacji, a po prostu tyler, the creator ze wszystkimi kreatywnymi przymiotami i konsekwencjami własnej persony, tu, na poczet kolejnej artystycznej kreacji, wychylający własną twarz zza maski goblina; to jednak w żaden sposób nie czyni go nagim czy bezbronnym; nie rezygnuje z siebie — wyraża siebie; posługując się językiem gombrowiczowskim, może rzec, że tyler doprawił sobie wreszcie zupełnie ludzką gębę; niezależnie od wszystkiego to płyta, po przesłuchaniu której ma się ochotę chwycić tylera mocno za rękę i długo nie puszczać (♪ „911 / mr. lonely”)

powyżej plejlista z wyszczególnionymi hajlajtami, a tutaj całe płyty w zupełnie losowej kolejności

Opublikowano

City lights sparkling bright at almost midnight while getting back home after being long time gone

nic

Nic, zupełnie nic

Vita flumen siłuje się w moim kalendarzu z uki-yo. Nie tyle na pięści, co w rozmaitych uściskach i splotach — transgresywnych czy transpozycyjnych, sam już nie jestem przekonany co do ich charakteru. A tymczasem kiedy wreszcie rozbierzesz się zupełnie przed samym sobą, zedrzesz wilgotnymi palcami całą skórę, płatek po płatku, i w tym akcie samoświadomości potraktujesz się z szacunkiem i zrozumieniem, jakiego wcześniej nie doświadczyłeś, bo doświadczyć nie mogłeś, trudno odnaleźć ci się we własnym życiu pięć miesięcy później, gdy stoisz dobrze ubrany pośród innych ludzi w zatłoczonym tramwaju. Jak się tu znalazłem? Jak znalazłem się tam? Nic nie jest oczywiste, może poza tym tylko że naturalnie po jakimś czasie potrzebujesz odpoczynku, odmiany, już nie ucieczki, a chwili zwyczajnego spokoju, której nie trzeba wiele by przemieniła się w bezkresny sen. Jak się tam dotrę? Jak znalazłem się tu? A jak tam daleko jeszcze wtedy? Prawie jak u Talking Heads. Po dniu przychodzi noc, a po nocy kolejny dzień. To wystarczy, by nie odpowiadać, nie pytać, nie wiedzieć.

Opublikowano

If miracles do happen, I want to show you right now the new dawn, who I’ll be from now on, and the words „I love you” that I never said.

ja

Estetyczna okładka płyty, której nigdy nie słyszałem, autorstwa Yuichiro Fujimoto, o którym nigdy nie słyszałem

Znalazłem sobie nowe hobby, a w zasadzie nawet dwa. Nazwałem je odpowiednio perwersyjnym umiłowaniem losowości i bezwstydną celebracją grafomanii. Choć da się je uprawiać rozdzielnie, największą satysfakcję przynoszą jednak wspólnie, bo zazębiają się jak dwie paskudnie wyszczerbione równoległe ośki zamka błyskawicznego. Satysfakcja nie polega więc na przeciągnięciu suwaka i złączeniu osiek, ale raczej na bezładnym liczeniu losowych szczerb. Przygotowałem więc na tę okoliczność neopatetyczną plejlistę, przy której można np. deklamować pełnym głosem losowe myśli z wybranych utworów Paula Coelho z dachu galerii handlowej albo proklamować w windzie korporacji manifest pokrętnie przepisujący dawne utopie na język kolejnego pokolenia. A że mam ostatnio potrzebę obcowania ze sztuką wyobcowaną przez siebie samą, jako klucz dla tej w przeciwnym razie dość poprawnej selekcji postanowiłem wykorzystać wczesne arcydzieło geniusza współczesnego trashpopu Owl City, w którym poetycznie deklaruje „I’d get a thousand hugs from ten thousand lightning bugs as they tried to teach me how to dance”. Takich twórców, niemających niczego do przekazania, ale butnych i nieustraszonych potrzebuję jak powietrza, z taką sztuką chcę się mierzyć. Chcę oglądać filmy Shinkaia i zaczytywać się w książkach Murakamiego. Chcę prostych, pierwotnych emocji, ale wypolerowanych na wysoki połysk i utopionych w dziwacznym i niezrozumiałym patosie. Chcę, żeby mój płaszcz z sieciówki za 359,99 rozwiewał się miarowo na jesiennym wietrze, poliki i skronie chcę mieć zdrowe i rumiane nie same z siebie, lecz od dobranego pod karację różu, w sercu chcę niezrozumiałego smutku, w głowie przekonania zaś, że czynię świat lepszym miejscem, bo kupuję jajka zerówki, zakręcam wodę na czas szczotkowania zębów, a w H&M-ie wypatruję T-shirtów z metką „eko”.

Opublikowano

Na jesienną chandrę

chandra

Jestem chory na dobieranie muzyki do miejsca, pogody, pory dnia i roku. I tak oto moje lato skończyło się wczoraj, gdy życie zmusiło mnie, by wyciągnąć z szafy ciepły płaszcz i kwartety smyczkowe Alfreda Schnittkego. Do tego wyciągania rzeczy z szafy ułożyłem więc szalenie niekonsekwentną i chyba nawet odrobinę zbyt jesienną panoramodźwiękową (od Panoramy Dźwięku, czyt. srogą) plejlistę, która doskonale sprawdzi się także jako ścieżka dźwiękowa do radzenia sobie z jesienną chandrą w długie jesienne wieczory — uprawiania poligamii, praktykowania ludobójstwa, napadania na banki, oddawania się okultyzmowi, zażywania narkotyków, etc. — cokolwiek tylko daje wam radość! W sumie: 8 godzin muzyki w 40 utworach, czyli całkiem sporo ludobójstwa i narkotyków. Pamiętajcie o szalikach! Nic wszak tak nie rujnuje okultystycznych rytuałów jak uporczywy katar.

Opublikowano

悲しい少年・ディスコ

sad boys disco

Pobieżnie nakreślona przed laty idea smutnej dyskoteki do dziś nie dawała mi spokoju. Rytmiczne podpieranie ściany pulsującej światłem odmienianym przez odcienie błękitu i purpury. Zatracenie się w impulsywnym tanecznym akcie powodowanym na wskroś przeszywającym, nieznajdującym ukojenia smutkiem lub zwyczajną melancholią — epizodem niewiary i pustki. Nieobecny wzrok zagubiony między obezwładniającym uczuciem tęsknoty za czymś, co kiedyś przez krótką tylko chwilę było zupełnie namacalne, ale nigdy już nie wróci a wbijającym w zapomnienie narkotyczno-alkoholowym upojeniem. Odurzające światło bijącego na oślep stroboskopu. Niewiara. Pustka. Melancholia. Tęsknota. Samotność. Niemiłość. Smutek.

Opublikowano

Indietronic Summer

indietronic
Jak śpiewał (całkiem słusznie) na swojej ostatniej fenomenalnej (nawet nie przez wielkie F, bo to by dziwnie wyglądało tak w samym środku zdania, ale przez f(x), które, jak dowiodły rozmaite badania, jest najwyższą formą internetowego topkeku — jak tak dalej pójdzie, to ten nawias nigdy się nie skończy — zupełnie jak tytuły niektórych utworów Sufjana Stevensa — ojej, spoiler — jak chociażby „The Black Hawk War, or, How to Demolish an Entire Civilization and Still Feel Good About Yourself in the Morning, or, We Apologize for the Inconvenience, but You’re Going to Have to Leave Now, or, I Have Fought the Big Knives and Will Continue to Fight Them Until They Are Off Our Lands!,” które ma w tytule cudzysłów i zawsze muszę go zmieniać na kursywę, żeby jako tako ten tytuł zapisać, choć to nie jedyny powód, dlaczego nie robię tego zbyt często) solowej płycie Sufjan Stevens — „We’re all gonna die”. Życie podpowiada, że zanim to nastąpi — „We’re all gonna cry” — być może nawet zupełnie bez związku z czekającą na nas za kolejnym zakrętem nieuchronną śmiercią.

Postanowiłem jednak na okoliczność lipca wyjść poza stały paradygmat życie-Sufjan Stevens-śmierć i przysłuchać się także innym argumentom ontologicznych z mojego otoczenia. Istotniejsze spośród nich pozwolę sobie przytoczyć we fragmentach: „Oye oye chaparrita / Me encanta tu bonbon” — to Part Time w „Soñando de ti”, które znajdziecie na końcu plejlisty (no właśnie, jest plejlista, to kolejny spoiler), „The coffee isn’t even bitter, because, what’s the difference?” (to z kolei LCD Soundsystem, dobrze, że wraca), „It goes on and on and…” (Neon Indian, na włoskiej dyskotece, podejrzewam, że w okolicy 1991 roku, czyli miał wtedy jakieś trzy lata) i klasycznie „Oh, darling, won’t you believe me? / I love you ’till the record stops” (Saint Bepis wybrance). Nieistotne. Istotne jest to, że chociaż przez całe życie można pić do drugiego śniadania straszną lurę, nie ma to zasadniczo większego znaczenia, ale jeśli stwierdzimy, że ma, to może mieć nawet i fundamentalne (również pisane przez f(x), zaszalejmy!) Ale, hej, jak już zdamy sobie z tego sprawę, to możemy równie dobrze zmienić pracę na taką, gdzie mają dobry ekspres, zamiast szukać dziury w całym.

Dlatego też na lato zrobiłem plejlistę do nieszukania dziury w całym, odbijania piłki na plaży, obracania na drugą stronę na wpół zgrillowanego bakłażana i moczenia kostek w dmuchanym basenie. Jest okołoniezalnie, są szczątki elektroniki, ale miało być lekko, niezobowiązująco i piosenkowo, więc zatrzymałem Annie, ale pozbyłem się Johna Talabota. Na tę chwilę mamy tego ponad 10 godzin w 140 utworach, ale sytuacja, przynajmniej jeszcze przez najbliższe tygodnie, będzie się rozwijać dynamicznie.