Opublikowano

A decade in life and music (²⁄₂)

A decade in life and music

A decade in life and music: pozycje 100-51.

*

obiecałem sobie, że przed końcem września zamknę wiszący nade mną przez niemal rok temat osobistego płytowego podsumowania dekady, którym ostatecznie odfiltruję to, co miało znaczenie największe od tego, co tylko wydawało się je mieć, ale jeszcze przed sfinalizowaniem listy zdążyłem poróżnić się sam ze sobą — to naiwne sądzić, że cokolwiek jest definitywne; „boją się ludzie przemiany? a co może dziać się bez przemiany?” — pyta retorycznie marek aureliusz; te same prawidła, które odnoszą się do całości rzeczy, doskonale opisują też to, jak zachowują się dzieła muzyczne i nasze mniemanie o nich; koniec końców ważniejszy niż wartościowanie ich jest pretekst, by móc z nimi jak najpełniej obcować i to jest bezsprzecznie największym moim pożytkiem z tworzenia tej listy; koniec końców, cytując po wtóre aureliusza, „to co chwalimy, nie staje się przez to ani gorsze, ani lepsze”; a że wydaje nam się inaczej?

oddaję zatem do waszej dyspozycji drugą część mojej muzycznej listy wspomnień, wrażeń i wyobrażeń z lat 2010-2019; bon appétit et bon voyage!


A decade in life and music

50.

rosalía el mal querer 2018

rosalía po wydaniu el mal querer stała się jednoosobową hiszpańską instytucją muzyczną; zanim jednak się to stało, zachwyciła świat kreacją, której wcześniej nie było; wspólnie z el guincho śmiało przekroczyła granice flamenco, popu i r&b; świadomie sięgnęła po auto tune, wykorzystała odgłosy otoczenia i fragmenty utworu justina timberlake’a; wszystko to wplotła we własną ikonografię na granicy bluźnierstwa, w której religijne symbole przypisuje bardzo ludzkim doświadczeniom, na czele z tytułową złą miłością — miłością, która prowadzi do zguby; to tutaj wybrzmiał nieznany od dziesięcioleci u anglosasów wokalny kunszt diwy flamenco, bez wahania wpisany tu w szeroko pojęty tropikalny pop; i w tej sferze poniekąd zmieszało się sacrum i profanum, ale przede wszystkim jednak zgodnie z duchem oryginalnego flamenco rosalía stworzyła muzykę, która dociera do ludzi, momentami sięgając też absolutu ♪ „malamente”, „de aquí no sales”


A decade in life and music

49.

charli xcx number 1 angel / pop 2 2017

muzyka pop ma zwykle dwa oblicza — to prawdziwie popularne, bijące rekordy sprzedaży i rozpoznawalności oraz to, które świadomie wykorzystuje popularne patenty, aby tworzyć nową jakość; w tej drugiej kategorii już od kilku lat brylują tuzi bubblegum bassu a.g cook i sophie, którzy w 2015 zmaterializowali się na muzycznym horyzoncie charli xcx i pop zamigotał tysiącem barw; charli nie tylko odnalazła na tym podwójnym mikstejpie swoje brzmienie, ale apgrejdowała pop do wersji 2.0; na tym samym fundamencie (choć nieco bardziej zachowawczo) ufundowała dwa swoje kolejne krążki, które mimo braku ostentacyjnych przebojów okazały się triumfem jakościowego popu; charli jest tu przebojowa, ale nie prostolinijna, czerpiąca z jednej strony Z elektronicznego hip hopu, z drugiej z klasycznej piosenkowej melodyki, niegrzeczna i ironiczna, ale nie na tyle, by grać na kontrowersje ♪ „track10”, „emotional”


A decade in life and music

48.

luzmila carpio yuyay jap’ina tapes 2014

kiedyś zacząłem spisywać listę płyt, które moim zdaniem są jedyne w swoim rodzaju, tzn. nic innego mi znanego nie jest w stanie pod kątem brzmienia, charakteru, klimatu stworzyć z nimi w prostym zestawieniu w miarę tożsamościowego zbioru; gdyby nadal gdzieś tę listę miał, z pewnością dopisałbym do niej muzykę luzmily carpio — trochę dlatego, że nie znam się na muzyce wysokich andów, a trochę dlatego, że gdy próbowałem, pod wpływem carpio, się poznać, nic z tego, do czego dotarłem nie było w stanie w jakimkolwiek stopniu równać się z nagraniami na tej płycie; yuyay jap’ina tapes to kwintesencja muzycznych odkrytek — na krążku wraz z obszernymi komentarzami (których nie miałem jeszcze okazji zgłębić) i tłumaczeniami tekstów znalazło się siedemnaście utworów nagranych na początku lat 90. w ramach realizowanego pod okiem unicefu projektu promocji liternictwa wśród ludności quechua; efekt przechodzi najśmielsze oczekiwania i wyobrażenia o tradycyjnej muzyce andyjskiej; słuchanie tych barwnych, plastycznych, w dużej mierze podnoszących na duchu utworów to jak oglądanie galaktyk przez teleskop hubble’a — fascynujące i jedyne w swoim rodzaju doświadczenie, którego nie da się ani niczym zastąpić, ani właściwie opisać ♪ „riqsiqa kasunchik”, „warmip kawsaynin”


A decade in life and music

47.

tzusing dōngfāng bùbài 2017

jedna z tych płyt, które nawiedzają mnie jak duchy, nie tylko ze względu na wspólną stylistykę z upiornym kwaidanem kobayashiego, ale przede wszystkim dlatego, że fizyczna kopia po premierze wyślizgnęła mi się z ręki o włos; to azjatyckie techno inspirowane tradycyjną chińską melodyką; dzięki temu musiało wypłynąć i wypłynęło na wierzch w morzu bezkształtnej motoryki, choćby finezyjnej, podobnie jak wypłynęło to zespolone z brazylijską batucadą u ninos du brasil; tzusing jest wybredny, świadomy i konkretny — doskonale wie, jak skonstruować kompletny i samowystarczalny industrialny pejzaż z amalgamatu miniaturowych, w pełni przetworzonych replik elementów chińskiej muzyki dworskiej ♪ „rì chū dōngfāng wéi wǒ bùbài”


A decade in life and music

46.

ryuichi sakamoto async 2017

po latach moczenia stóp w ambiencie na async sakamoto wreszcie powinął nogawki i przemyślał swoje stopy; znalazł równowagę między ambientową wodą od wieloletniego moczenia stóp, urzekającym fortepianowym obliczem, echem dawnego popowego mistrzostwa a żyłką awangardzisty; async to sakamoto pulsujący, sprzeniewierzający się zastanemu porządkowi, puszczający oko w stronę akademickiej współczechy, ale zachowujący bezpieczny dystans, w zakresie dźwięków słyszalnych ♪ „andata”, „stakra”


A decade in life and music

45.

john maus we must become the pitiless censors of ourselves 2011

to z jednej strony idealna muzyka do prześladowania kogoś (jako soundtrack — do podążania za kimś ciemnymi krętymi uliczkami z gazetą z wyciętymi otworami na oczy), z drugiej zaś idealna płyta do prześladowania tego, kto jej słucha (jako płyta-prześladowca); maus jest kompletnym kosmitą — te piosenki są niemożliwie wręcz przebojowe, niemożliwie prostolinijnie czerpią z 80sowego synthpopu, uosabiając coś w rodzaju pastiszowego wcielenia depeche mode, ale teatralne wykonanie i dziwaczna produkcja, brudna i odległa zarazem, sprawiają, że twórczość mausa staje się sama dla siebie najlepszym kontekstem ♪ „keep pushing on”, „quantum leap”


A decade in life and music

44.

uncle acid & the deadbeats blood lust 2011

na grobie electric wizard zatańczył w 2011 roku uncle acid, który wykradł ze skansenu wszystko to, co najlepsze w muzyce black sabbath i tchnął w to, przy pomocy jakichś czarnoksięskich rytuałów, nową energię; psychodeliczne, świdrujące, brudne granie wyrosłe na fascynacji tak latami 60. jak i okultyzmem — to musi działać na wyobraźnię i działa; dzięki blood lust doom metal w 2011 nabrał jakiegoś dziwnego nowego kształtu wyrosłego z kształtów doskonale przecież znanych; słuchałem tego wówczas w niemałą ekscytacją i wciąż z ekscytacją wspominam to dziś ♪ „i’ll cut you down”


A decade in life and music

43.

gil scott-heron i’m new here 2010

i’m new here to jedna z tych płyt, które przeszły do historii w momencie premiery; po szesnastu latach milczenia ojciec chrzestny rapu wrócił z krążkiem produkcji richarda russella — retrospektywnym i introspektywnym, ale brzmieniem śmiało spoglądającym w przyszłość — łączącym blues z klaustrofobiczną elektroniką, a kanyego westa z folkowymi i jazzowymi tradycjami spoken word; to także płyta trzech wymownych coverów — elektryzującej reinterpretacji klasycznego bluesa delty roberta johnsona w „me and the devil”, ekstatycznego remiksu napisanej przez brooka bentona dla bobby’ego blanda soulowej ballady „i’ll take care of you” i akuratnej reimaginacji tytułowego „i’m new here” uszytego dla herona jakby na miarę przez folkowego oryginała billa callahana; to płyta, o której nie udało mi się zapomnieć, choć wcale nie stała się z miejsca moją ulubioną — nieokiełznany magnetyzm tych nagrań, profetyzm ich brzmienia sprawił, że gdzieś zupełnie poza tą płytą zacząłem gila scotta-herona postrzegać jako część mnie, ducha może, co bezwiednie za mną krąży ♪ „new york is killing me”, „where did the night go”


A decade in life and music

42.

owen pallett heartland 2010

mój związek z owenem pallettem (piszę „mój”, bo biedaczek nic o tym nie wie) to opowieść o pozornym odtrąceniu i odtrąceniu faktycznym; gdy pallett bitą dekadę temu wypuścił swój heartland nic nie wiedziałem o jego przeszłości jako final fantasy — prędko się to zmieniło, co prawda, ale nie zaimponował mi zupełnie; i heartlandem, tak się sam przynajmniej zapewniałem, nie zaimponował mi też; aż do czasu kolejnego krążka in conflict, który gdy okazał się prawdziwym rozczarowaniem, otworzył mi oczy na moją nieustającą miłość do heartland; ta objawiła się raz jeszcze, gdzieś w zeszłym roku, gdy ni stąd, ni zowąd wróciłem do tej fantastycznej muzycznej historii zilustrowanej kosmicznie pulsującym kameralnym folkiem — stworzyłem nawet w przypływie chwili mikroplejlistę, gdzie zestawiłem palletta z the age of adz sufjana stevensa; tak go też kładę na półce z płytami; mam nadzieję, że jest im razem dobrze ♪ „keep the dog quiet”, „lewis takes off his shirt”


A decade in life and music

41.

joanna newsom divers 2015

spotify od jakiegoś czasu odmawia mi prawa do odtworzenia choćby jednego krótkiego fragmentu tej płyty — nie ma jej oczywiście na streamach, ale mam ją zapisaną w lokalnej bibliotece; ta przeszkoda zrodziła przygodę, wlała sens w album, który, choć piękny, był dla mnie do tej pory mimo wszystko jednak pustym kształtem; dopiero pięć lat po premierze, gdy ekscytacja już dawno opadła, a znużenie ekscytacją minęło, jestem w stanie usłyszeć divers tak, jak chciałem słuchać go od samego początku; to, co wcześniej opisywałem strojnymi epitetami, teraz nie potrzebuje opisu — newsom wyczarowała tu świat zupełnie odrębny od jej poprzednich światów, choć przy pomocy pozornie podobnych środków — harfy, melotronu i klawesynu, prostych melodii i zawiłych tekstów, umiejętnym operowaniu tajemnicą, tradycji folku z appalachów ♪ „waltz of the 101st lightborne”, „you will not take my heart alive”


A decade in life and music

40.

women public strain 2010

to moja ulubiona okładka tych dziesięciu lat i główny powód, dla którego w ogóle po tę płytę sięgnąłem; dziatki brudnego noise’owego post-punku, wnuki rockowych koncepcji the velvet underground i my bloody valentine w jednym, ojcowie założyciele viet cong, później przezwanego preoccupations, bo wiadomo — polityka; pamiętam doskonale, że dopiero gdy tamten skład stał się kultowy, tej płycie oddano należne honory, a tymczasem od samego początku trafiała w sam środek mojego brudnego noise’owego serduszka; tak jest i dziś ♪ „narrow with the hall”


A decade in life and music

39.

mighty sparrow sparromania! wit, wisdom and soul from the king of calypso, 1962-1974 2012

nie było na odkrywanie dziedzictwa króla calypso lepszego momentu niż premiera tej przekrojowej kompilacji od czasu ukazania się wyprodukowanego przez vana dyke’a parksa hot and sweet w 1974 roku; zanim londyńska oficyna strut wzięła pod lupę najbardziej płodny okres karaibskiego pieśniarza punkt zaczepienia do wejścia w obszerną dyskografię sparrowa zwyczajnie nie istniał; skoro tylko wagonik podjechał, siłą rzeczy i ja postanowiłem wskoczyć i powiem wprost — moje życie przez sparrowem było znacznie gorsze: źle spałem, łamało mnie w krzyżu, nie dojadałem; i tylko porcja zremasterowanego dansingowego calypso z jego tropikalnym kolorytem i gorącą krwią, ale pod krawatem i w cekinowej marynarce, mogła postawić i postawiła mnie na nogi! sparrow nadal czeka, by zostać odkrytym przez zachodnie masy i być może nigdy się nie doczeka, ale tym samym nadal będziemy nie dojadać i źle sypiać ♪ „shango man”, „ah diggin’ horrors”


A decade in life and music

38.

dram big baby dram 2016

według eryki badu gdyby george clinton, ol’ dirty bastard i d’angelo mieli dziecko, to nazywałoby się dram; trudno zaprzeczyć — dram to największy słodziak trapu, który zadebiutował płytą doskonale równoważącą to co poważne i zupełnie bzdurne, to co wesołe i urocze i konkretny uliczny swag; koleś z naturalną lekkością tworzy pierwszorzędny neo-soul na trapowych bitach czy też trap rap z neo-soulowymi refrenami — to zupełnie bez znaczenia; łączenie nowoczesnego hip hopu ze śpiewanymi refrenami przychodzi mu łatwiej niż westowi, chance’owi the rapperowi i drake’owi razem wziętym; bez pomocy autotune’a znakomicie syntezuje od lat dążące do połączenia totalnego rap i r&b ♪ „cash machine”, „outta sight”


A decade in life and music

37.

the-dream love king 2010

the-dream w 2010 roku naprawdę wciąż był królem r&b — jego kariera miała posypać się chwilę później; po love vs money, w mojej opinii najbardziej finezyjnym krążku r&b w długiej historii gatunku, zamknięcie jego miłosnej trylogii nie mogło okazać się rozczarowaniem; love king zbudowany na tym samym produkcyjnym i melodycznym fundamencie jest hołdem dla prince’owskiej energii, staranności i seksualności; słychać to najlepiej w syntezatorowym sercu krążka „yamaha”, ale ten etos w mniej lub bardziej swagowej formie jest obecny we wszystkich nagraniach na krążku; jak zwykle dream funduje słuchaczom emocjonalny i brzmieniowy rollercoaster — jego refreny mogą nie być idealne, ale jego produkcje nigdy nie zawodzą; fenomenalny przykład rhythm&bluesowego pietyzmu ♪ „february love”, „yamaha”


A decade in life and music

36.

timber timbre sincerely, future pollution 2017

choć fani i krytycy kręcili nosem wokół konwersji organicznego brzmienia timber timbre na syntezatory, ich dyskografia zyskała na tym niebanalny fabularny twist — wciąż dogłębnie noirowy, wciąż na swój sposób anachroniczny i freakowy, ale uderzający raczej w klimat neo-noir niż secesyjnego antywesternu; nie spodziewałem się, że zatopię się w ten świat i przepadnę, ale któregoś dnia, zobaczyłem nad miastem wieczorne niebo tak piękne, że aż przystanąłem; i na tę chwilę, zupełnie niespodzianie, musiałem usłyszeć „floating catherdral” — choć minęło już wiele miesięcy od mojego ostatniego spotkania z timber timbre; to objawienie ujęło mnie nie tyle swoją akuratnością, co tanim melodramatyzmem, którym od tej chwili podszyta jest dla mnie ta wspaniała płyta ♪ „floating catherdral”, „sewer blues”


A decade in life and music

35.

natalia lafourcade musas vol. 1 + 2 2017-2018

kiedy już prawie miałem natalię lafourcade za kogoś w rodzaju meksykańskiej brodki, na złość moim marnym skojarzeniom nie nagrała zachowawczej inspirowanej rockiem z artystycznymi zapędami płyty, ale wprowadziła mnie w magiczny świat spuścizny piosenki latynoamerykańskiej; z niespotykaną dzisiaj dbałością o aranżacyjne niuanse, niekłamanym przejęciem i autentyczną bandą (w tej roli los macorinos) odkurzyła całą paletę barw tradycyjnego sudamerykańskiego folku od meksyku i kubę po szczyty andów ♪ „tu sí sabes quererme”, „danza de gardenias”


A decade in life and music

34.

pc music volume 1 + volume 2 2015-2016

tak powinna brzmieć muzyka pop — z wyobraźnią i bez stylistycznych kompromisów; istota pc music leży w świadomości artystycznej — akcie przetworzenia wielu inspiracji, od eurodance’u po glitch hop, na perfekcyjnie przebojową muzykę taneczną; i choć robili to przez lata w wielu rozmaitych odsłonach, ta podwójna kompilacja jest z jednej strony zapisem rodzącego się, nie bez potknięć i wątpliwości, bubblegum bassu, z drugiej perfekcyjnym zapisem pewnego lata, którego już nigdy nie będzie ♪ „don’t wanna / let’s do it”, „only you”


A decade in life and music

33.

perfume level3 2014

łabędzi świat ulubionego technopopowego tria z hiroszimy; na level3, w całości wyprodukowanym, napisanym i skomponowanym przez yasutakę nakatę, producent odleciał z krainy japońskiego post-electro-disco w stronę europejskiego edm-u i cięższego house’u; level3 to trochę album-poligon, na którym, zgodnie z tym, które porównanie bardziej do was trafia, albo udaje mu się bezpiecznie ominąć wszystkie potencjalne miny, albo wręcz przeciwnie wszystko wybucha często i gęsto; oba twierdzenia są zresztą na swój sposób prawdziwe; nakata balansuje na krawędzi, odważnie wplatając w struktury popowych piosenek hardą elektronikę rozdzierającą doskonale radiowe single „spending all my time” czy „spring of life”; bardziej niż wcześniej stawia na doświadczenie wynikające z obcowania z całym krążkiem; fenomenalna popowa produkcja ♪ „spending all my time”, „1mm”


A decade in life and music

32.

arnaud rebotini someone gave me religion 2011

someone gave me religion to płyta, na której uczyłem się, o co chodzi w progresywnej elektronice; to z jednej strony zupełnie sprośny kolaż gatunkowy mieszający techno z elektro house’m, a szkołę berlińską z paryskim funkiem, z drugiej zaś wszystko to ma ręce i nogi — od trzynastu pierwszych minut miłości po chór martwych kochanków; to chłodna i kanciasta płyta, efekciarska, a jakże, ale wcale nie mniej efektowna i efektywna ♪ „extreme conditions demand extreme responses”


A decade in life and music

31.

mono no aware 2017

podróż w nieznane; czyjeś ulotne spojrzenie wyczute na własnym barku; niepokój stopniowo przechodzący w podniecenie; kryształowa róża; napięcie narastające powoli, ale sukcesywnie od urodzenia do śmierci; glitch; rozbity ekran telefonu zaklejony półprzezroczystą tasiemką; zmarszczona, zmęczona twarz odbijająca się w szybie pustego wagoniku metra; głęboki oddech; zaparowane szkła okularów; patos rzeczy i melancholia przemijania ♪ „second mistake”


A decade in life and music

30.

andy stott passed me by + we stay together 2011

podwójny debiut andy’ego stotta, już wówczas opiewany przez wszystkie modne technomordki w moim otoczeniu, sprawił, że sam uwierzyłem, że mam czego szukać w techno i że jest w tej muzyce brzmienie i styl, które mogę uznać za bliskie; jeszcze przed premierą bardziej kultowego jednak luxury problems stott przyjechał do katowic na off festival i na zakończenie któregoś z lineupów zagrał w festiwalowym namiocie wyborny dubowy set, który dosłownie dał słaniającemu się ze zmęczenia na nogach mnie nowe taneczne życie — obudził się we mnie, jak przypuszczam nigdy wcześniej i nigdy później, duch dzikiego rejwera i na tej trawie, we własnym zakątku zatłoczonego całkiem namiotu poznałem życie, o jakim w ogóle nie wiedziałem, że jest; od tamtej pory bywa, że w moich żyłach w piątkowe wieczory płynie hipnotyczne dub techno ♪ „intermittent”, „stitch house”


A decade in life and music

29.

gas narkopop 2017

kiedyś na open’erze zagospodarowywano na sety didżejskie taką półokrągłą betonową tubę — czy też dziwaczny cyberpunkowy hangar na małe śmieszne samolociki — wydrążoną w zielonym pagórku — choć pewnie po prostu przysypaną ziemią z krzakami; gdyby to ode mnie zależało, to podczas tegorocznej edycji wynająłbym tę tubę i na ripicie przez całe cztery dni grał tam narkopop gasa ♪ „narkopop 10”


A decade in life and music

28.

whitney forever turned around 2019

forever turned around to, w kontekście raczej chłodnego przyjęcia drugiej płyty whitney, tytuł podwójnie adekwatny, by nie napisać — niemalże proroczy; panowie wypuścili płytę, której nie spodziewał się ich własny fanbejs — leniwie podbijającą kameralną americanę soulowym poszyciem i dalece wykraczającą poza zwyczajowe kategorie estetyczne indie folku; to prostolinijne, wyciszone granie zbierające w jedną całość kilka sposobów myślenia o muzyce — wychodzące z indiefolkowego korzenia, ale zaaranżowane i wykonane w konwencji blue-eyed-soulu, posiłkujące się gitarami, niestroniące od kameralnych aranży, ale w centrum stawiające specyficzny miejski groove — podobnie jak czynili to wcześniej natalie prass czy sufjan stevens, ale jednak inaczej; whitney w niemal każdej z nowych piosenek lirycznie trafiają na emocjonalne przepaści, ale ogrywają je tak kojącym, ciepłym i empatycznym wokalno-instrumentalnym anturażem, pieczołowicie utkanym z wielości organicznych muzycznych nici, że nie sposób postrzegać forever w kategoriach traumy i zgryzoty; przeciwnie, to podnoszący na duchu, ujmujący szczerością i prostotą perfekcyjny jesienny krążek — dla mnie jesieniarza, i dla ciebie, jesieniaro! ♪ „giving up”, „forever turned around”


A decade in life and music

27.

sufjan stevens the age of adz 2010

the age of adz bez wątpienia wprowadziło nową jakość nie tylko do twórczości sufjana stevensa, już wówczas bogatej, żywej, różnorodnej, ale także do kanonu nowego popu w ogóle; rolling stone być może nie dostrzegł tego przy okazji swojej rewizji zestawienia najlepszych płyt wszech czasów, ale to się stało — sufjan stevens nagrał krążek potężny, bogaty i eklektyczny, zarówno jeśli chodzi o feerię zaadaptowanych brzmień, jak i bezlik kontekstów i małych adaptacji, z których ulepił swój nowy świat — futurystycznie utopijny, stapiający ze sobą orkiestrę symfoniczną i glitchową elektronikę, jakby od zawsze były sobie pisane (a nie były); taki album larger than life, a to wcale nie jego pierwszy, bo przecież wszyscy zwiedziliśmy z nim stan illinois; kto tak jak on potrafi w xxi wieku łączyć nowatorskie autorskie muzyczne formaty z przeszywającą emocjonalną otwartością? ♪ „impossible soul”, „all for myself”


A decade in life and music

26.

frank ocean channel orange 2012

channel orange to pierwszy świadomy album nowej fali r&b i jeden z nielicznych w soulu od czasów świetności marvina gaye’a czy curtisa mayfielda; ocean, z mijających się wzajemnie historii, przy pomocy słonecznego klasycznego soulu spod znaku steviego wondera i minimalistycznych funkujących syntezatorów, w bezliku najdrobniejszych detali zaprojektował zupełnie odrębny świat — wyrazisty i prawdziwy; zręcznie zademonstrował, że we współczesnym r&b było i wciąż jest jeszcze bardzo wiele do osiągnięcia, jeśli chodzi o formę i treść; do zdominowanego przez puste teksty i generyczne bity gatunku, z naturalną lekkością wprowadził nową świeżość — natchnienie i substancję, jakich brakowało tam od lat; to szczery i zaangażowany album — skrupulatny zapis myśli współczesnego człowieka czującego i poszukującego — pełen świadomie postawionych pytań, na które nie ma łatwych i jednoznacznych odpowiedzi ♪ „thinkin bout you”, „pink matter”


A decade in life and music

25.

nightingale string quartet langgaard: the string quartets 2012-2014

przez trzy lata z rzędu na początku minionej dekady duński kwartet nightingale w częściach wydobywał na światło dzienne esencję jednego ze najbardziej niedocenionych narodowych kompozytorów danii rueda langgaarda — magicznie zawieszonego między duchowością późnego romantyzmu a modernistyczną nieoczywistością; jest w tej muzyce ta sama przejmująca siła, która oczarowała europę utworami george’a enescu, ale wciąż, pomimo fantastycznej serii wydawniczej oficyny dacapo, na granicy anonimowości; kiedyś w dyskusji ze znajomym o problemach z muzyką współczesną padł argument, który wówczas strywializowałem, ale dźwięczy mi on nadal w głowie, a własne doświadczenie potwierdziło mi niejako zawartą w nim rację — muzyka romantyczna swoją harmonią jest znacznie bliżej emocjonalności słuchacza — koniec końców langgaard, romantyk zagubiony w czasie, nieuleczony porwał mnie za rękę właśnie w imię tej zasady ♪ „bortdragende stormskyer”, „sommerdage: scherzoso”


A decade in life and music

24.

friedrich cerha und du… 2011

w swoim czasie bałem się napisać choć słowo o friedrichu cerze; zdarzyło mi się opowiadać o nim w radiu, ale odważyłem się na choćby drobny komentarz pisany — chłonąłem natomiast jak gąbka nieliczne opinie innych i przyswajałem jako swoje własne — cóż bowiem sam mogłem wiedzieć o trzeciej szkole wiedeńskiej? słuchałem owszem schoenberga, berga, weberna, ale minęło tyle lat, serializm stał się festiwalowym monstrum wdzierającym się w życie nielicznych, głównie skupionych wokół tychże festiwali; piszący dla jakiegoś glissanda, mogli kompozytora pochwalić za nowatorską myśl i pieczołowitą realizację albo wyśmiać i obsmarować, ale koniec końców nie miało to znaczenia — publiczność festiwalowa z lęku przed monstrum zawsze oklaskiwała, nierzadko na stojąco; piszę o tym dlatego, że inaczej było dla mnie z tą płytą i stąd, zwijając pozostałości po dodekafonicznej karawanie, z tym jednym artefaktem muzyki nowej poczułem rzadką więź; tytułowy utwór „und du…” to w zasadzie słuchowisko traktujące o zrzuceniu bomby atomowej na hiroszimę — temat w muzyce współczesnej podejmowany niejednokrotnie, choćby w najsłynniejszym utworze naszego pendereckiego — ale jednak tutaj, a rzecz odbieram wyłącznie wrażeniowo, bo niemieckiego nie znam, nieuciekający się wyłącznie do abstrakcyjnej formy, rezonujący z słuchaczem na wielu poziomach, przeszywający i fascynujący — pomimo okowów serialistycznego monstrum ♪ „verzeichnis”


A decade in life and music

23.

bill callahan apocalypse 2011

sometimes i wish we were an eagle było płytą do tego stopnia trafioną — i jeśli chodzi o timing, i treść, i brzmienie, że musiało minąć kilka długich lat, zanim zdołałem wydobyć apocalypse z jego cienia; musiało ukazać się kolejne dream river wraz z jego dubową inkarnacją, żebym zaczął szukać callahana prawdziwszego, którego ku własnemu zdziwieniu znalazłem m.in. na apocalypse; to nie jest płyta, którą mogę sprzedać one-linerem; callahan niczego nie dowodzi, niczego nie odkrywa, niczego nie robi najlepiej czy bez precedensu; po prostu zręcznie robi siebie, billa callahana kontestującego rzeczywistość do tego stopnia, że decydującego się na kolejny podły landschaft w ramach okładki, ale nie na tyle, żeby przestać trafiać w sedno, ujmować i kąsać — tak aranżacyjnie (w spektrum post-progresywnego alt-country), jak tekstowo — niechybnie nadciąga apokalipsa; żaden to falstart, tylko rozbieg dłuższy ♪ „riding for the feeling”, „america”


A decade in life and music

22.

my bloody valentine m b v 2013

przynajmniej formalnie — 22 lata dzielą wydanie m b v i beznadziejnie przełomowego loveless; nie dało się po raz kolejny wymyślić prochu, toteż wielu, zarówno przygodnych jak i natchnionych miłośników shoegaze’owania szczękało zębami i wiło się w gniewie — rozczarowaniu samym sobą, bym powiedział; m b v to jeden z pierwszych przykładów pękającej hajpowej bańki ery internetu, popmowanej bez ograniczeń na obskurnych forach muzycznych przeglądanych w adekwatnie zatęchłych piwnicach i na zakurzonych poddaszach; tymczasem tych dziewięć kompozycji rozpoczyna się dokładnie tam, gdzie grupa skończyła w 1991 roku; album stopniowo ewoluuje w kierunku, jaki niewielu sobie chyba wyobrażało, przekształcając do tej pory senne brzmienie w elektroniczne, upbeatowe szaleństwo; definitywne tchnienie życia w dawny kanon przywracające choć na chwilę światu — my bloody valentine, a statycznej scenie — echa dawnej dynamiki ♪ „new you”, „in another way”


A decade in life and music

21.

william ryan fritch birkitshi: eagle hunters in a new world 2017

gopro o ścieżce dźwiękowej fritcha do własnego filmu napisało, że jeden człowiek brzmi tu jak 40-osobowa orkiestra i chociaż to fragment tekstu promującego projekt przez wydawcę, więc trzeba podzielić jego zawartość przez 3, w dalszym ciągu na samego fritcha przypadnie wówczas 13 i ¼ osoby, a to i tak nie lada wyczyn; fritch zebrał folkowe nagrania tradycyjnej mongolskiej społeczności birkitshi i zrobił z nich piękny przestrzenny dźwiękowy pejzaż z pogranicza plemiennego ambientu i urokliwego post-minimalu; rzecz jest prosta, może nawet momentami ckliwa, od czasu do czasu nawet odrobinę miałka, ale niesamowicie zręczna, a przy tym całkiem efektowna, przez co koniec końców chwyta za serce i rozpieszcza tych wrażliwców, którzy mają ochotę na odrobinę światła w swojej płytotece ♪ „qusbegi”


A decade in life and music

20.

heinz holliger / anita leuzinger / anton kernjak schumann: aschenmusik 2014

nie będę udawał, że uważnie śledzę nowości wydawnicze z kręgu muzyki klasycznej — musiałbym poświęcić się im bez reszty, ale bywa, że któraś zwróci z jakiegoś powodu moją uwagę i czasem zostanie ze mną na dłużej; tak było w tym przypadku — nazwisko holligera, logo ecm new series, forma tria fortepianowego i okładka, która od pierwszej spojrzenia wciągnęła mnie w ten świat, którego muzycznie jeszcze nie poznałem — schumanna zresztą także wyłącznie powierzchownie z kinderszenen; tu tymczasem zrodziło się we mnie wrażenie, że obcuję, z czymś nie do końca wyeksploatowanym, pieczołowicie przechowanym i na nowo wydobytym — sam dobór utworów i zatytułowanie tej małej kolekcji aschenmusik, zestawienie jej z tym osnutym tajemnicą ascetycznym pejzażem stworzyło pewne wrażenie, któremu nie mogłem się oprzeć; a być może to nie aschenmusik mnie zjednało, ale od samego początku (gdziekolwiek on jest) miałem prędzej czy później odkryć piękno romantycznej muzyki kameralnej i traf chciał, że akurat zaczęło się od aschenmusik; niezależnie od przyczyny — od tamtej pory rozkochałem się w romantycznych triach fortepianowych bez reszty i mniemam, że tak pozostanie ♪ „sechs stücke in kanonischer form. i”, „sonate nr. 1 für pianoforte und violine in a-moll. i”


A decade in life and music

19.

sufjan stevens carrie & lowell 2015

gdy pierwotnie polecałem carrie & lowell, zrobiłem to przy pomocy suchego jednozdaniowego opisu wyrażającego moje powierzchowne zrozumienie dla materiału, ale i brak emocjonalnego przywiązania: stevens nagrywa zaginiony krążek elliotta smitha — tworzy wyciszoną, kameralną płytę przywołującą duchy przeszłości, po raz kolejny łącząc osobiste historie z artystyczną fikcją; musiały minąć bite dwa lata, ja musiałem znaleźć się na rozdrożu, żeby w pełni docenić siłę intymności tej płyty z kojącym wokalem sufjana, z wyciszonymi aranżami, z pełnymi tęsknoty i smutku historiami; musiałem tę płytę przeżyć na serio — w innym wypadku mogłem ją jedynie na chłodno, zaocznie docenić; choć wycofane brzmienie mogłoby sugerować inaczej — to kolejna po age of adz i illinoise totalna płyta stevensa ♪ „fourth of july”, „all of me wants all of you”


A decade in life and music

18.

arca arca 2017

„quítame la piel de ayer” — niepewnie rozpoczyna łamiącym falsetem arca w „piel” otwierającym jej przełomowy album — intymną opowieść o rozpaczliwym pragnieniu miłości mającej wypełnić wewnętrzną otchłań dojmującej samotności; arca rozbiera się przed słuchaczem — dosłownie i w przenośni — swoje uczucia, doznania i myśli wyrażając emocjami, zarówno na poziomie brzmienia, tekstów, jak i — w znaczącej mierze — nieoszlifowanego, na wpół amatorskiego paraoperowego wokalu; dzięki temu arca jest w stanie przenieść swój mroczny, do tamtej pory zazwyczaj dość chaotyczny i surrealistyczny sznyt producencki w nową sferę, gdzie tkanka muzyczna musi stanowić dopełnienie pozamuzycznej substancji — całkiem już realnej i namacalnej ♪ „desafío”, „piel”


A decade in life and music

17.

kacey musgraves golden hour 2018

czasem, jeśli nie spisze się myśli na gorąco, człowiek na tyle oswaja się z płytą, że staje się częścią jego codzienności, trudną do uchwycenia jako coś autonomicznego; wtedy pozostaje mu pisać o sobie i w ten sposób może mieć poczucie, że w jakiś pośredni sposób pisze też o muzyce, która się z nim zespoliła; był moment, że miałem w garści istotę golden hour, potrafiłem przekonująco rozprawiać o tym, jak przecedzenie countrypopowej tkanki i błyskotliwego, ale nienachalnego songwritingu musgraves (wywodzącego się z nashville, ale od samego początku jej kariery wykraczającego poza jego mury) przez 90sową softrockowo-dreampopową produkcję sprawiło, że oddałem się tej muzyce bez reszty; wyłuskiwałem ze spójnej międzygatunkowej tkanki kolejne składowe i nierzadko szeroko otwierałem oczy ze zdumienia; ale nie było rady — prędzej czy później musiałem zatopić się w tej ciepłej, bezpretensjonalnej, ale zrobionej z wyobraźnią płycie; często mówi się, że to negatywne doświadczenia są tymi bardziej pobudzającymi kreatywnie; tym bardziej cieszę się, że musgraves potrafiła tak adekwatnie przekuć na swoją muzykę te pozytywne ♪ „golden hour”, „butterflies”


A decade in life and music

16.

tyler, the creator scum fuck flower boy 2017

na scum fuck flower boy tyler, the creator ze wszystkimi kreatywnymi przymiotami i konsekwencjami własnej persony, na poczet kolejnej artystycznej kreacji, wychylił wreszcie własną twarz zza maski goblina. to jednocześnie jego najbardziej koherentny tematycznie i brzmieniowo album w karierze, oparty w dużej mierze na przytulnych neo-soulowych hookach, ale nierozwadniający zawartości tylera w tylerze — nieszukający kompromisów, ale świadomie poświęcający część istoty goblina, by zrobić miejsce dla części tylera; nie ma tu jednak miejsca na stylistyczną i przedmiotową schizofrenię — potencjalne luki skutecznie wypełniają fantazja i absurd, ale przesłanie, i w tym sensie flower boy można uznać za bardzo swoisty manifest, pozostaje czytelne; w jego centrum znajdziemy istotę wszelkiego humanizmu — odwieczną udrękę człowieka wynikającą z nieustannego mierzenia się samotnością, którą zupełnie naturalnie zazwyczaj próbuje się zagłuszyć poprzez wpisanie własnej egzystencji w ramy społeczne, odnalezienie siebie pośród ludzi przez upodobnienie się do nich; ale tyler idzie o krok dalej — nie tyle, a może nie tylko, zdaje się mówić „koniec końców jestem taki jak wy”, ale ten nieoczekiwany przypływ szczerości równoważy własnym ego; to, że nie ukrywa się już za maską, w żaden sposób nie czyni go nagim, bezbronnym; potwierdza to zresztą jednoznacznie, nie szykując się do pojedynku na gołe pięści; nie rezygnuje z siebie — wyraża siebie; i robi to, świadomie burząc resztki gatunkowych murów, które kiedyś od popowej metropolii oddzielały hiphopowe ghetto ♪ „garden shed”, „glitter”, „boredom”


A decade in life and music

15.

josh t. pearson last of the country gentlemen 2011

josh t. pearson — jeden z tych ludzi-kameleonów rocka bryluje w swojej najbardziej awangardowej kreacji; zanim skończyłem się zastanawiać na ile last of the country gentlemen — 60-minutowy zbiór siedmiu zaledwie ascentycznych singer-songwriterskich wyziewów przesuwających do granic absurdu rozumienie słowa „kontemplacyjny” — jest pozerską prowokacją, a na ile szczerym wyrazem myśli twórczej, zostałem w ten świat wciągnięty; nikt tak pięknie nie łączył w historii współczesnego folku i americany pastoralnej prostoty brzmienia, post-dylanowskiej piosenkowości i faheyowskiego amerykańskiego prymitywizmu, nikt! to jedna z tych płyt, które są jedyne w swoim rodzaju — i żadne inne nie mogą w pełni im akompaniować, bo zawsze gubią któryś element-klucz; pearson wykorzystuje tę przedziwną formę, by zmierzyć się z własnymi demonami; całości towarzyszy poczucie rozdzierającego żalu; to bez wątpienia płyta żałobna i tak też jej słucham ♪ „country dumb”, „sorry with a song”


A decade in life and music

14.

hontatedori hontatedori 2013

taku unami, moe kamura i tetuzi akiyama, na co dzień związani z japońską sceną onkyo-kei, grają ze sobą już od kilku dobrych lat i wreszcie postanowili zwieńczyć tę współpracę krążkiem; cały projekt nazwali hontatedori (co w tłumaczeniu na polski znaczy tyle, co podpórki do książek, ale to nieważne) — ważna jest muzyka, która wynosi onkyo na zupełnie nowy poziom, a w zasadzie trochę mu daje, a trochę zabiera; ciche, eksperymentalne, zazwyczaj improwizowane kompozycje tracą tu swoją ulotną strukturę jedynie połowicznie, w drugiej części zamieniając się w regularne piosenki; śpiewa, a w zasadzie szepcze, oczywiście kamura, która odpowiedzialna jest też za teksty; płyta jest przemyślana i pieczołowicie zamknięta w sensownej formie, w żadnym razie nie jest dziełem przypadku, co czasem bywa przy onkyo problematyczne; przede wszystkim jednak brzmi niesamowicie bajkowo, eksponując zadziwiające pokłady niedzisiejszej wrażliwości ♪ „sail and step”


A decade in life and music

13.

kanye west my beautiful dark twisted fantasy 2010

pamiętam, że pierwszy raz my beautiful dark twisted fantasy usłyszałem w drodze do budapesztu, gdzie odwiedzałem znajomą na weekend; od tego czasu, zawsze gdy wybrzmiewa „dark fantasy”, „gorgeous” lub „all of the lights” mimo woli widzę kręte czeskie drogi, jesienne pola i siebie na tylnym siedzeniu bmw 5, a wraz z tym obrazem wraca wrażenie, które wówczas ten krążek zrobił — nie było wtedy wcale pewne, że west dowiezie, zwłaszcza że jego ego zaczęło dawać się już wtedy we znaki, a poprzednie 808s & heartbreak (z którym wspomnienia także mam motoryzacyjno-podróżnicze) pozostawiło po sobie mieszane wrażenie; i w zasadzie wrażenie, jest to słowem-kluczem, bo w przypadku tego krążka nigdy nie potrafiłem do końca dowieść jego doskonałości w sposób zupełnie logiczny; nie imponowały mi związki popkultury i okultyzmu, ale popowe hooki i rozbuchana, wypieszczona produkcja; west nie brzmiał jak dupek, bo jego słynnego ego równoważyła tutaj dbałość o detale i progresywny sznyt; słowem — za słowami szły czyny, przechwałki poparto muzyką; spoglądając teraz wstecz na dyskografię westa, jestem przekonany, że artystą był od samego początku, ale dopiero po premierze fantasy stało się to oczywiste ♪ „runaway”, „hell of a life”


A decade in life and music

12.

kankyō ongaku: japanese ambient, environmental & new age music 1980–1990 2019

zeszły rok był dla mnie czasem kankyō ongaku, czy też muzyki otoczenia, środowiska — tak podobnej muzyce do windy czy biblioteki, a zarazem tak różnej; pieczołowita kompilacja light in the attic z japońską muzyką ambientową i new age’ową z lat 80. otworzyła mi oczy i uszy na obszar muzyki, który zaniedbywałem od lat; udawałem, że słucham, słuchałem, ale nigdy nie słyszałem — tym większy był to dla mnie impuls, by na dobre zanurzyć się w archiwaliach — na szali, miałem wrażenie, jest nie tylko moje odbierane kolejnych generacji ambientowych i elektronicznych twórców, ale także moje rozumienie znaczenia dźwięku i moje przekonanie o komplementarności wszechrzeczy; kankyō ongaku stało się na długi czas moją dźwiękową codziennością — namacalnym instrumentem w poszukiwaniach doczesnej harmonii z otoczeniem; przez pryzmat utworów ojimy, yoshimury, miyashity czy inoyamaland byłem w stanie inaczej niż dotąd odbierać znane mi miejsca, przedmioty i sytuacje — stać się niejako zewnętrznym obserwatorem świata, zafascynowanym jego niezgłębioną różnorodnością — zupełnie jak widz filmu dokumentalnego o rzeczach czy czasach, których nigdy wcześniej nie doświadczył; to trwający eksperyment międzyzmysłowy o żywym organizmie ♪ „still space”, „see the light”, „original bgm”


A decade in life and music

11.

ninos du brasil novos mistérios 2014

gdy poznałem nino du brasil i ich błyskotliwy debiut novos mistérios cały winylowy nakład płyty był już wyprzedany, a ja zaklęty pomiędzy dojmującą frustracją i pulsującą fascynacją zapętlałem krążek na youtubie i spotify z nadzieją na reedycję; tak jak andy stott stworzył dla mnie dub techno, tak ten włoski duet objawił mi się jako brakujące ogniowo między berlinem a rio de janeiro; zanim jeszcze latynoska elektronika zawojowała parkiety ninos du brasil z wielką wprawą oprawili swojsko brzmiącą mi brazylijską batucadę w przymioty nowoczesnego techno, efektem czego jest ten niepowtarzalny i wysmakowany krążek ♪ „sombra da lua”


A decade in life and music

10.

idles joy as an act of resistance 2018

joy as an act of resistance to nie tylko piekielnie dobra punkowa płyta pełna znakomitych refrenów i niesamowitej energii potrafiącej jednoczyć ludzi, przekraczać granice, obalać mury, skrojona zarówno pod względem brzmienia, jak i poruszanej tematyki pod słuchacza z krwi i kości w drugiej dekadzie xxi wieku z obecnymi problemami i wrażliwością — nie żaden idealistyczny historiofilski bełt puszczony z tęsknoty za tym, że kiedyś to młodzi walczyli, umieli się postawić, a dziś marnują wieczory na play station, zamiast nadstawiać karku w imię ideałów swoich ojców; joy as an act of resistance to przede wszystkim piekielnie dobra punkowa płyta zespołu, któremu na mnie zależy, który nie jest obcy i daleki, który nie występuje z pozycji wielkiego artysty, który wie lepiej; to płyta, której słuchając, czuję się częścią idles, czuję, że to ja sam śpiewam o sobie i dla siebie, ale i o was i dla was, o nas i dla nas ♪ „samaritans”, „colossus”


A decade in life and music

9.

fiona apple the idler wheel… 2012

moje spotkanie z tym krążkiem miało rozpocząć moją wieloletnią fascynację twórczością apple, ale nie wyszło; pomimo tego, że to mocna płyta, która jak żadna inna łączy musicalową melodykę z szeroko pojętym alt popem i nie brzmi w tym ani infantylnie, ani anachronicznie; i faktycznie po premierze przez kilka miesięcy ze mną rozkwitała, a ja przy niej, ale wkrótce potem porzuciłem fionę, by przypadkiem potknąć się o nią na ostatniej prostej składania tej listy w zeszłym roku; wessało mnie na dobre, na kilka miesięcy zatraciłem się w muzyce fiony apple wszelkich odmian, a zwieńczeniem tego wywoływania duchów był powrót samej apple z nowym krążkiem; the idler wheel wciąż pozostaje dla mnie jej magnum opus, ale na tym piedestale nie jest już odosobniony ♪ „hot knife”, „valentine”


A decade in life and music

8.

kadhja bonet childqueen 2018

powab minnie riperton, artyzm kate bush i gatunkowa żonglerka godna esperanzy spalding — oto kadhja bonet w krzywdzącym jej indywidualizm, wirtuozerię i talent uproszczeniu; jej wydana w połowie 2018 roku druga studyjna płyta childqueen jest bowiem podróżą do zupełnie innego wymiaru muzyki soul — inspirowanej na różnych poziomach mistyczną kosmogonią i psychodelicznym popem późnych lat 60; songwritersko bywa odrobinę ekscentryczna, ale jest jej znacznie bliżej do artpopowych kanonów przebojowości niż większości wydawnictw z nurtu alternatywnego r&b, którym tę łatkę doczepiono; to uniwersalna płyta osadzona poza czasem, w dużej mierze sama kreująca swój kontekst i dająca się różnorako czytać — z jednej strony wciągająca słuchacza głęboko w swoje meandry, z drugiej — współistniejąca z nim, jego tęsknotami, potrzebami i refleksjami i dająca mu się do pewnego stopnia modelować; childqueen kadhji bonet to wielowarstwowy, harmonijnie zaaranżowany, autonomiczny artystyczny byt ♪ „mother maybe”, „joy”


A decade in life and music

7.

the war on drugs lost in the dream 2014

znacie to uczucie, gdy na jedną krótką chwilę przez niewiarygodny splot pozornie nieistotnych detali przenosicie się, gdzieś pomiędzy snem a jawą, w zupełnie inny czas i miejsce? w taki stan niejednokrotnie wprowadzało mnie właśnie lost in the dream; the war on drugs pod kierunkiem adama granduciela w wielowarstwowo oniryczne indie popowe aranże wpisało archetypowe brzmienie heartland rocka, mocno osadzone w stylistyce amerykańskiej prowincji połowy lat 80; jednocześnie udało im się osiągnąć budujący kompromis między współczesnymi środkami a klasycznym podejściem do rocka, co zaowocowało niesamowicie satysfakcjonującą płytą, która z jednej strony jako całość kompetentnie wyraża ideę muzyki pop jako sztuki, a z drugiej momentami cechuje się nieskrępowaną przebojowością, co znalazło odzwierciedlenie między innymi w brzmieniu pierwszego singla „red eyes” czy w na wskroś springsteenowskim „burning” ♪ „red eyes”, „burning”, „disappearing”


A decade in life and music

6.

d’angelo and the vanguard black messiah 2014

w 2014 roku po 14-letniej przerwie d’angelo pokazał, że nadal ma pomysł na swoją muzykę i jednoznacznie udowodnił niedowiarkom, że warto było na niego czekać; black messiah niewątpliwie opiera się w dużej mierze na stylu, który artysta wypracował z kolektywem soulquarians dwie dekady temu — nie ma jednak mowy o próbie odtworzenia koncepcji voodoo, które, choć podobne brzmieniowo, było albumem zdecydowanie odmiennym charakterologicznie — raczej funkrockowa aniżeli hip-hopowa energia, aranże podszyte psychodelią i niepokojem oraz zauważalne raz po raz zamiłowanie do szeroko pojętego eksperymentatorstwa plasują album gdzieś pomiędzy new amerykah part one (4th world war) eryki badu a in the jungle groove jamesa browna; rzeczą niewątpliwie charakterystyczną dla black messiah jest z jednej strony zbudowanie przestrzennego brzmienia skrzącego się wielością żywych instrumentów, nakładających się na siebie wokali i psychodelicznych efektów, a z drugiej — zachowania surowego, momentami wręcz pierwotnego, a przez to naturalnego i paradoksalnie na swój sposób harmonijnego, charakteru materiału; to jambandowy, osadzony głęboko w funkrockowych i neo-soulowych fundamentach komentarz społeczno-politycznej kondycji dzisiejszego świata i długo wyczekiwany revival świadomego soulu ♪ „ain’t that easy”, „1000 deaths”, „another life”


A decade in life and music

5.

travis scott rodeo 2015

debiut travisa scotta to kosmos — niedościgniony wzór, jak tworzyć płyty kompletne i świeże; kamień milowy trapowego uniwersum, na który nie zasłużyliśmy; za kilka lat okaże się pewnie na bazie tej konkretnej opinii, że jestem trapowym trueschoolem, niech się dzieje! dzieje się bowiem i tutaj, na tym pojebanym, progresywnym, psychodelicznym i psychotycznym, imprezowo-badtripowym, surrealistycznym rodeo; nawet jeśli to podróż po wertepach, to warto ją odbyć, bo w każdym zakątku tego krążka jest szafa, w której znajdziemy jakiegoś trupa — sen zamienia się w koszmar, ale impreza nadal trwa, scott ma więcej asów w rękawie niż kart w talii; nawet jeśli jego bad trip nie jest tak ekstatycznie niezrównoważony jak atrocity exhibition danny’ego browna, potrafi rozłożyć na łopatki, choćby 8-minitowym prog-trapowym opisem „3500” wykorzystującym w ramach bitu mocarny świdrujący burdon, albo upiornym autotune’owym midtempo r&b „90210”, które sprawia, że wszystkie śpiewane refreny kanyego westa zaczynają brzmieć jak żarty ♪ „3500”, „90210”, „nightcrawler”


A decade in life and music

4.

the beach boys the smile sessions 2011

legenda, która ciałem się stała; nim to jednak smile beach boysów, przez 45 lat, od niesfinalizowanego nigdy nagrania w 1967 roku aż do wydania najbardziej możliwej kompletnej wersji projektu w listopadzie 2011 roku, był powszechnie uznawany za najsłynniejszy niewydany album w historii rock & rolla; ja sam przez kilka dobrych lat chłonąłem fanowskie rekonstrukcje i karmiłem się marzeniami o tej muzyce; ale po kolei — po wydaniu pet sounds w 1966 roku brian wilson podjął się niemożliwego — postanowił stworzyć wielotematyczną koncepcyjną płytę w równych proporcjach łączącą pop i awangardę, stosując przy nagraniach złożone, czasochłonne i kosztowne metody inżynieryjne; pierwsze owoce nieukończonego nigdy projektu — wydane na singlach good vibrations i heroes and villans demonstrowały ambicje twórcze i kierunek kreatywnych poszukiwań wilsona; wydanie krążka realizowanego przez wilsona właściwie bez udziału kolegów z zespołu we współpracy z abstrakcyjnym tekściarzem vanem dyke’m parksem ostatecznie zostało zawieszone, a złożyło się na wiele czynników; perfekcjonizm wilsona został wystawiony na ciężką próbę w zderzeniu z niedoskonałą rzeczywistością — problemy prawne z wytwórnią, postępujące uzależnienie od środków odurzających i brak aprobaty pozostałych beach boysów dokonały brutalnej rewizji ambitnych planów briana; smile określany także jako „nastoletnia symfonia do boga” przez lata krążył w nieoficjalnym obiegu; w w 2004 roku wilson postanowił nagrać krążek od zera, a siedem lat później na bazie nowej wersji ze starych nagrań zrekonstruowano the smile sessions w wersji możliwej najbliższej pierwotnym założeniom; to muzyka, która wciąż żyje, nie tylko dzięki produkcyjnemu kunsztowi, ale przede wszystkim jeśli chodzi o koncepcję, wielowymiarowe teksty, bogactwo aranżacyjne i najważniejsze — umiejętność stworzenia prawdziwego doznania, projekcji całkowicie nowego stanu świadomości wyłącznie przy pomocy dźwięku; ta „nastoletnia symfonia do boga” dobitnie akcentuje wszystkie najpiękniejsze emocje, uczucia i stany ludzkie ♪ „surf’s up”, „cabin essence”, „wind chimes”


A decade in life and music

3.

frank ocean blonde 2016

gdy recenzowałem blonde po premierze w 2016 roku, nie mogłem spodziewać się, że szkicowa, intymna forma krążka stanie się dla mnie czymś w rodzaju kojca wymoszczonego empatią i troską, że nałożę ją jak ciepłe kapcie i przez kolejnych kilka lat zatopię się w niej na dobre; nie mogłem też przewidzieć, że moje doświadczenie, czy raczej doświadczenie blonde stanie się na swój sposób doświadczeniem pokoleniowym, indywidualnym, ale jednak zbiorowym; to jak ta płyta przemknęła przez mainstream, jak otarła się o wielki pop, a jednocześnie pozostała w andergrandzie pod każdym możliwym względem jest fenomenem samo w sobie; na blonde frank ocean napisał się zupełnie od nowa, serwując słuchaczom nieprzewidywalną godzinną podróż z nurtem własnego strumienia świadomości — nawet bardziej intymną i kameralną niż channel orange — trochę na wzór płyt elliotta smitha, choć rzecz jasna przy wykorzystaniu zupełnie innych środków; tym samym ocean po raz kolejny wprowadził r&b na inny poziom — z wielu pozornie chaotycznych półpiosenek i interludiów zbuduował wstrząsający psychotyczny trip; ocean mógłby co prawda pisać piękne klasyczne, bezpośrednie r&b, ale z jakiegoś powodu nie chce lub nie potrafi; w tym nagięciu schematu, groteskowym wykrzywieniu subtelnie przecież zaaranżowanych melodii, upstrzeniu ich rozlicznymi ozdobnikami, odtworzeniu kreatywnego i życiowego sztormu tkwi największa siła blonde — paradoksalna, to prawda, ale ujmująca skrytą w głębi niewinnością, może nawet bezradnością wobec nawet nie tyle przytłaczającego świata zewnętrznego, co siebie samego ♪ „ivy”, „self control”, „nights”


A decade in life and music

2.

noname telefone 2016

to jest w gruncie rzeczy zupełnie zwykła, ale wciąż niesamowita dla mnie historia i muszę opowiedzieć ją raz jeszcze; pamiętam, że gdy przed czterema laty podczas rutynowego przesłuchiwania polecanych premier płytowych rutynowo sięgnąłem po telefone (było na liście hajpowanych krążków roku) i od samego początku poczułem od tej płyty magnetyczny vibe, który, możecie mi nie wierzyć, w tej czy innej formie towarzyszy mi do dziś na co dzień; a stało się to w momencie, kiedy pod wrażeniem pewnej świadomości swoich gustów i tego, co aktualnie dzieje się w muzyce, oddzielałem hip hop od soulu coraz grubszą kreską; była to zresztą pewna kalkulacja — wydawało mi się bowiem wówczas, że już nic w muzyce nie jest w stanie mnie nawet nie tyle zaskoczyć, co zająć i zafascynować tak, jak za szczenięcych lat; ale wtedy właśnie, jeszcze zupełnie nieświadomy co czynię, włączyłem telefone i z czasem całe to moje błędne postrzeganie własnej dojrzałości w kategoriach romantycznego wyczerpania rozeszło się po kościach; telefone nienachalną mieszanką miejskiej poezji i soulowej wrażliwości, którą podszyty jest cały album, uratowało mnie przed znieczulicą; noname pod skrzydłami phoelixa i cam o’biego wraz z sabą i smino w rolach sekundantów zupełnie mimochodem, naturalnie, bez presji i pretensji tchnęła nową jakość w kobiecy rap i rap w ogóle, a przy okazji w moje życie, które wcale nie stało kobiecym rapem czy rapem w ogóle; pamiętam, jak na początku 2017 roku przyszedłem do radia wrocław, by zaprezentować co najlepsze zdarzyło się w soulu minionych 12 miesięcy i opowiedziałem maćkowi przestalskiemu tę moją historię nowoodkrytej naprędce last minute miłości do noname, ale miłości, jak zapewniałem, prawdziwej, na wieki wieków amen, a zapewniałem niemal w amoku tak, że miał prawo zupełnie w to nie uwierzyć, uznać, że to przejściowa sprawa, zajawka niemal do zignorowania, bo skąd taka noname, tak znikąd miałaby takiego franka oceana wziąć za bary i zepchnąć z należnej mu przecież słusznie pozycji lidera — cóż, cztery lata później rzecz wygląa zupełnie tak samo; telefone to płyta, gdzie wszystko jest na swoim miejscu — więcej, zdaje się, że każdy z elementów trafił na swoje miejsce ot tak, bez wysiłku, spięć, falstartów, nieudanych prób, konfliktów czy przepychanek; dzięki temu, ot tak, mimochodem, telefone stało się moją bezpieczną przystanią, ku której zwracam się, ilekroć nie potrafię znaleźć sobie miejsca — trochę podobnie jak z blonde, ale jednak inaczej ♪ „yesterday”, „diddy bop”, „forever”


A decade in life and music

1.

joanna newsom have one on me 2010

ależ oczywiście — tutaj też mam historię, taką kompletnie bez puenty, jaka nie spodobałaby się szymborskiej, gdyby akurat tak się złożyło, że miałbym ją okazję poetce opowiedzieć; bez puenty jednak połowicznie, bo historia ta niejako nadal trwa i być może, że puenta sama przypałęta się po drodze — jest to bowiem ni mniej, ni więcej — historia mojego życia; have one on me ukazało się dokładnie w dniu moich dwudziestych pierwszych urodzin — wówczas nie była to wielka sprawa, bo i joanna newsom nie była dla mnie nikim ważnym; owszem, jej ys zrobiło na mnie pozytywne wrażenie, ale raczej powierzchownie, bo i na tyle tylko mu pozwoliłem — to zresztą nie uległo do dziś zasadniczej zmianie; pozwoliłem jej natomiast pod wpływem pewnej emocji spędzić ze mną te urodziny, choć jest zupełnie możliwe, że był to czas je poprzedzający — w czasach przedstreamingowych premiery płyt przychodziły bowiem nie wtedy, gdy je zaplanowano, a wtedy, gdy słuchacz potrafił na własną rękę do nich dotrzeć — w każdym razie pierwsze moje doświadczenie z have one on me miało miejsce w leciwym już i przeraźliwie głośnym pociągu osobowym relacji wrocław-kalisz, który, ze względu na przedłużający się remont torowiska i pokrętną trasę planowaną chyba przez samego diabła w siódmym kręgu piekła, pokonywał odcinek nieco ponad stu kilometrów w czasie dobijającym śmiało do czterech godzin; nie udało mi sie jednak przesłuchać na tym odcinku have one on me dwukrotnie; poddałem się gdzieś w połowie drugiego krążka — a tego, czego próbowałem słuchać i tak nie udało mi się usłyszeć; były to czasy, gdy w lutym na polach obficie zwykł leżeć śnieg i to jest właśnie krajobraz, wbrew wymownej okładkowej sugestii, który have one on me przede mną rozpościera, ilekroć dam się mu zwieść; a daję się regularnie od dekady i za każdym razem wynoszę z tego spotkania coś wartościowego; to jakiś znak, że nie jest ze mną jeszcze zupełnie tak najgorzej, skoro dwie bezpieczne przystani zaległy za krążkiem, który stwarza jednak pewne wyzwania, a przynajmniej perspektywy intelektualne; to moja opowieść bez puenty, bo nawet gdyby próbować połączyć taki traf, że premiera w istocie miała miejsce w moje urodziny i oto namaściłem tę potrójną płytę na mój ulubiony album (minionej dekady, ale zakulisowo zdradzę, że nie tylko), wyszedłby z tego banał, który można by przezwać intelektualnym wyzwaniem co najwyżej sarkastycznie; związałem się z tą płytą na dobre i złe — inspirowała moje próby poetyckie, tragedie i sukcesy życiowe, urągające godności człowieka koncerty samochodowe bez publiczności, słowem — samo życie; newsom odchudziła co prawda tutaj kompozycje z aranżacyjnego poloru vana dyke’a parksa (który patronował wszystkiemu temu, co we mnie pretensjonalne na długo, zanim związałem się z newsom), ale projekt w dalszym ciągu był bardzo ambitny; według niektórych aż za bardzo, zwłaszcza że tuż przed nagraniami piosenkarka w wyniku choroby krtani straciła głos na dwa miesiące; płytę, czy raczej płyty, bo są one aż trzy, udało się jednak szczęśliwie nagrać i zmiksować jeszcze przed końcem 2009 roku; oba procesy miały miejsce w tokio, co być może zainspirowało lub było inspirowane orientalnym, wyciszonym brzmieniem części aranży nie forma jedynie, ale także treść jest jednak kluczem do zrozumienia wizji artystycznej newsom, która z biegiem czasu skierowała się w stronę otwartej poetyckiej narracji, jednocześnie uciekając od refrenów, których pisanie tak dobrze wychodziło jej jeszcze kilka lat wcześniej; have one on me z racji monumentalnej formy upstrzonej rozmaitymi zawiłościami zostało stworzone z myślą o wielokrotnych i pogłębionych odsłuchach; jestem przekonany, że właśnie to spoiło nas razem na dobre ♪ „does not suffice”, „have one on me”, „baby birch”


Opublikowano

A decade in life and music (½)

A decade in life and music

mody się zmieniają, świeże brzmienie czerstwieje; czasem kontekst wydaje się wszystkim, a faktyczne wszystko cynicznie redukuje — w najlepszym wypadku pozytywną oceną jakości imitacji; tymczasem szukanie prawdziwej oryginalności to czerwony śledź, skupia uwagę, odwracając ją od meritum, i znika; czasem te fałszywe tropy doprowadzają nas okrężną drogą w nowe miejsce do odkrycia nowego meritum; o ile rok jest wystarczająco krótki, by dać się zwieść — jest wystarczająco krótki, by nie dać się nie zwieść! — o tyle dziesięć lat to czas, kiedy mimowolnie dopadają nas rozmaite refleksje, również te, których sobie wcale nie życzymy

wyróżniłem, często przez pryzmat aspiracji i wyobrażeń konstruktywnej krytyki, przez tę dekadę dziesiątki płyt, do których nigdy później nie wróciłem, które pamiętam jak przez mgłę; ale są też takie, które zupełnie zmieniły moje postrzeganie muzyki albo stały się niegasnącym soundtrackiem mojej codzienności — niezależnie od wszelkich wcześniejszych klasyfikacji; zawsze marzyłem o muzycznym podsumowaniu dekady, w którym nie pójdę skrótem; musiałem jednak uczciwie porzucić dawne aspiracje; postanowiłem tym razem kierować się przede wszystkim kontekstem emocjonalnym, w jakim umieściłem tę muzykę przez tych dziesięć lat, pierwszą pełną dekadę w moim życiu, gdy niestrudzenie rok po roku śledziłem świadomie bieg wydawniczy; to była świetna zabawa i świetna dekada; a ta lista poniżej to mój osobliwy pamiętnik, jakkolwiek lamersko to brzmi

jako że dłubałem przy tej liście w wolnym czasie od listopada i już zacząłem tracić nadzieję, że kiedykolwiek ją skończę, postanowiłem podzielić ją na dwa; to jest pierwsza część, a druga połowa z umownymi pozycjami 51-100


A decade in life and music

100.

vashti bunyan heartleap 2014

just another diamond day, wycofany debiut odkrytkowej angielskiej pieśniarki vashti bunyan, który przeżył swój renesans, gdy po latach wydiggowali go ludzie z new weird america, zmienił się dla mnie na przełomie minionego dziesięciolecia z osobliwości w życiową konieczność, dreamland, bezpieczną przystań, wspomnienie dzieciństwa widzianego przez pryzmat kwiecistych łąk i starych drzew, wyobrażenie starości z dala od pogoni za doczesnością; heartleap, płyta pożegnanie, to jednak nieco inna opowieść, nawet niż wydany dekadę wcześniej comeback lookaftering — baśniowość i beztroska tamtych płyt zastąpiła senna melancholia; hearleap to dźwięki jesieni; będzie jeszcze na to czas, prawda? ♪ „heartleap”, „across the water”


A decade in life and music

99.

brockhampton saturation boxset 2017

chociaż brockhampton jak dotąd nie udało w pełni odnaleźć się artystycznie w wielkolabelowym formacie, na głośnej trylogii saturation nie tylko nie bali się konfrontować własnych lęków, ale na ekscentrycznie outsiderskich post-dirty-southowych bitach zamieniali odmienność i wyobcowanie w atut, który uczynił ich brockhampton — pierwszym hiphopowym boysbandem ameryki; zreformowali tu hip-hop po swojemu — z jednej strony w pośpiechu i bez spójnej, jednoznacznej wizji, z drugiej — w sposób, który nie zna podziału na brudne południe, wschodnie czy zachodnie wybrzeże, pop rap, trap czy gangsta rap, hip-hop świadomy, polityczny czy eksperymentalny; nowa i stara szkoła to zatem w kontekście brockhampton poruszającego się momentami na skraju buntowniczego queerhopu pojęcia zupełnie bezużyteczne; wydane w 2017 roku trzyczęściowe saturation to zupełnie nowa mitologia; nawet z tym nie handlujcie ♪ „summer”, „lamb (extended)”


A decade in life and music

98.

antoha mc ot vsej duši 2011

hip house z moskiewskich blokowisk, wychillowana, uśmiechnięta pocztówka z kraju, którego synonimami są szarość, smutek i beton; ledwie 21-letni antoha całkiem świadomie postawił tu podwaliny pod swoje sygnaturowe brzmienie, łączące laidbackowy rap, acid jazz i outsiderski house, z którego w dalszym ciągu robi doskonały użytek ♪ „o muzyka”


A decade in life and music

97.

gillian welch the harrow & the harvest 2017

jeśli gillian welch wydaje płytę po ośmioletniej przerwie, musi stać się wydarzeniem; jeśli na kolejny krążek każe czekać kolejnych dziewięć, tamta chwila musi trwać; the harrow & the harvest było dla mnie preludium do dyskografii amerykanki, która w przeciągu ostatnich kilku lat wyznaczyła klimat moich wieczornych lektur i podróży za miasto ♪ „the way it goes”


A decade in life and music

96.

matt martians the drum chord theory 2017

debiutancki longplay matta martiansa spotkał się w najlepszym razie z umiarkowanie entuzjastycznym przyjęciem — w dużej mierze nie spotkał się bowiem z jakimkolwiek przyjęciem w ogóle; oczywiście w internecie zdominowanym plagą efektu owczego pędu eufemizowanego jako hajp takie przeoczenia to codzienność; the drum chord theory to klasyczny bitowy neo-soulowy album, bardziej chyba w klimacie produkcji thundercata aniżeli soulquarians złotego okresu, choć bez jazzowych inklinacji; bardziej szkicownik niż skończona płyta, co w erze coraz dalej posuniętej losowości w hip hopie i r&b, może być (i jest) wartością; showcase słodkich refrenów i szorstkich bitów; dość pokrętne, w żadnym wypadku koncepcyjne, ale nadrabiające spontanicznością, synergią i mieszczącą się w oznaczonych ramach nieprzewidywalnością jam session; wreszcie jeden z najprzyjemniejszych okołosoulowych albumów ostatnich lat ♪ „what love is”


A decade in life and music

95.

janelle monáe the archandroid 2010

że janelle monáe jako cindi mayweather zapoczątkowała w r&b koncepcyjną i progresywną rewolucję nie trzeba nikogo już przekonywać — jej nazwisko zapisało się na kartach najnowszej historii soulu; jej saga metropolis to, nawet mimo lepszych i gorszych momentów, kawałek ponadczasowo dobrej muzyki, której nawet pełniej można doświadczyć po (wcale nie niespodziewanym) coming oucie piosenkarki na dirty computer; na debiutancki longplay monáe czekałem jak dzieciak od czterech lat, do tej pory pamiętam dzień, gdy włączyłem go po raz pierwszy, jak po obfitej majowej ulewie krążyłem po nierzeczywiście zielonym osiedlu z „mushrooms & roses” w słuchawkach; nie wracam już do tej płyty w całości, ale to pierwsze wspomnienie zrobiło ją moją na zawsze ♪ „mushrooms & roses”, „dance or die”


A decade in life and music

94.

sheena ringo newton no ringo 2019

sheena ringo za sam tytuł kompilacji podsumowującej jej sceniczne dwudziestolecie („jabłko newtona”) powinna dostać pulitzera (gdyby przyznawano go w takiej kategorii); ringo to zjawisko, które od kilku dobrych lat z wielką przyjemnością próbuję okiełznać i ująć, ale wciąż mi umyka: wciąż jest jej więcj, wciąż jest inna; pewnie dlatego obcowanie z na wpół nieodgadnioną sceniczną superbohaterką ukrywającą się gdzieś pomiędzy jazzowym musicalem, połamanym po japońsku art rockiem a autotune’owym ekscentryzmem wciąż jest dla mnie tak atrakcyjne; gdy byłem dzieciakiem fani anime, których spotykałem, chórem twierdzili, że królową japońskiego popu jest ayumi hamasaki, gdy lata później odkryłem wikipedię, dane sprzedażowe podpowiadały utadę hikaru, ale teraz wreszcie nie mam wątpliwości, że musi chodzić o sheenę ringo ♪ „marunouchi sadistic (neetskills remix)”


A decade in life and music

93.

matmos ultimate care ii 2016

niewiele było w muzyce w ostatnich latach rzeczy koncepcyjnie i wrażeniowo fajniejszych niż matmosowa elektronika grana na nadgryzionej pralce; duet w procesie produkcyjnym ultimate care ii użył wyłącznie samplowanych odgłosów własnej maszyny piorącej i wyszedł z tego starcia z urzeczywistnieniem włosko-radzieckiej idei futuryzmu w muzyce, który nareszcie wypełzł z muzealnych sal, by rzucić się w wir budowy lepszego, czystego brzmienia ♪ „excerpt nine”


A decade in life and music

92.

sophie product 2016

zanim sophie wzięła się za dekonstrukcję muzyki klubowej, skutecznie zdekonstruowała pop, wraz z a. g. cookiem i danny’m l harle’m, wskrzeszając na mainstreamowym marginesie eurodance’owe maksymalistyczne przegięcie w nowej post-minimalistycznej formie dostosowanej do nowych cyfrowych czasów ♪ „bipp”


A decade in life and music

91.

benjamin biolay palermo hollywood 2016

późna rehabilitacja najdostojniejszego z głosów piosenki francuskiej pierwszej dekady xxi wieku; nawet jeśli palermo hollywood jest jedynie echem la superbe i trash yéyé, jest to echo wybrzmiewające pewnie, dźwięcznie i długo; czekałem na ten krążek długich siedem lat, a gdy już we mnie wsiąkł, zaszczepiłem się przekonaniem, że na kolejny taki być może przyjdzie mi czekać kolejnych siedem ♪ „ressources humaines”


A decade in life and music

90.

the limiñanas costa blanca 2013

the limiñanas grają trochę wszystko na jedno kopyto, ale nie miałem tej świadomości, gdy po raz pierwszy usłyszałem costa blanca, chronologicznie ich trzecią płytę, taki trochę, jak się okazało sequel sequela; urzeczony fuzją brudnych garażowych gitar, hipnotycznej retro psychodelii i post-gainsbourgowskiego francuskiego yéyé (rzeczy, które wówczas brały mnie mocniej niż powinny, ale byłem wtedy trochę ojcem swego ojca czy też matką swojej matki, z zapałem chłonąłem truffaut i słuchałem the velvet underground na zmianę z françoise hardy) zatraciłem się w tej doskonale uważonej metagatunkowej miksturze; i koniec końców tej sequel sequela nadal na mnie działa — to jest płyta-jam session spoza czasu, w przeciwnym razie można by napisać, że trochę spóźniona, ale jednak spoza czasu ♪ „my black sabbath”


A decade in life and music

89.

kendrick lamar to pimp a butterfly 2015

rok 2015 należał jeśli nie do samego kendricka lamara, to z pewnością do skupionej wokół niego grupy muzyków z thundercatem, flying lotusem czy kamasi washingtonem w rolach głównych, która niczym soulquarians przed dwudziestoma laty stworzyła oryginalny i przemyślany splot hip-hopu, soulu i jazzu; ten z kolei leży u podstaw zrealizowanej z rozmachem, przemyślanej, szalenie intertekstualnej wizji kendricka lamara; dzięki temu mamy do czynienia nie tylko z albumem, którego słucha się z zapartym tchem od deski do deski, ale wciąż adekwatnym i brzmieniowo, i tematycznie ♪ „the blacker the berry”


A decade in life and music

88.

taku unami / takahiro kawaguchi teatro assente 2011

czasem fetyszyzujemy rzeczy i ta płyta z perspektywy czasu jest moim fetyszem; barierą wejścia do nieznanego wcześniej a wciąż niedostępnego świata, którą wziąłem zbyt dosłownie; bardziej symbolem muzyki niż muzyką jako taką; slow cinema dźwięku, doświadczenie teatru wyobraźni; być może przypadkowa płyta, której poświęciłem swego czasu zbyt wiele uwagi, być może ważne dźwiękowe przeżycie, które na zawsze zmieniło moje myślenie o muzyce — nie potrafię uczciwie ocenić ♪ „clockwork society transformed into tropical rainforest, however, nothing was changed”


A decade in life and music

87.

julianna barwick nepenthe 2013

juliannie barwick udało się swego czasu coś, co wcześniej nie wyszło jeszcze nikomu — szczerze zainteresowała mnie ambientem; musiały co prawda upłynąć lata, zanim powziąłem ten trop, ale może do tej pory by się to nie udało, gdyby nie ten fundament; już wtedy słusznie podejrzewałem, że to przez moją słabość do średniowiecznych kompozycji hildegardy z bingen, które nepenthe wydaje się momentami imitować przez zręczną grę zwielokrotnionymi wokalami i pogłosem; ale poza tym gdzieś w tę atmosferę harmonijnego wyciszenia wdzierają się bardziej konwencjonalne i wyraziste z popowego punktu widzenia fragmenty, których wówczas szukałem bezskutecznie u julii holter ♪ „labyrinthine”


A decade in life and music

86.

fleet foxes helplessness blues 2011

debiut fleet foxes to jedna z tych płyt, które na zawsze zredefiniowały moje muzyczne poszukiwania — skondensował americanę z niedoścignionym gawędziarskim sznytem i kameralny folk z barokową ornamentyką w sposób w tamtym czasie bezprecedensowy; wydane trzy lata później helplessness blues to trochę more of the same, a trochę rzecz zupełnie inna — bardziej kunsztowna formalnie, progresywna instrumentalnie, ale jednak niedająca się jednoznacznie sklasyfikować jako lepsza lub gorsza; nie mogę tego albumu nie docenić, ale też nie umiem odpowiednio go docenić; po tych wszystkich latach jestem jednocześnie nim urzeczony i skonsternowany; to chyba dobrze ♪ „blue spotted tail”


A decade in life and music

85.

solange a seat at the table 2016

a seat at the table to album, o którym zaraz po premierze pisałem w samych superlatywach, ale koniec końców potrzebowałem dużo więcej czasu, by dotarł do mnie emocjonalnie; brzmieniu (plasującym się pomiędzy sophistipopowym anturażem king, jazzującym ekscentryzmem wczesnych płyt eryki badu a delikatną aurą niezapomnianej minnie ripperton) nie można nic zarzucić — solange zredefiniowała się po raz kolejny — jako dojrzała artystka z pierwszej ligi świadomego soulu; dzięki produkcyjnej pieczy raphaela saadiqa (być może to właśnie jego zasługą jest klasyczny vibe płyty) krążek już w chwili premiery można było uczciwie położyć na półce w towarzystwie klasycznych neo-soulowych albumów; mimo tej świadomości, długo nie byłem w stanie położyć go na swojej półce, choć to opuszczenia występu solange na open’erze z materiałem z seat żałuję najbardziej w życiu ♪ „cranes in the sky”


A decade in life and music

84.

beyoncé lemonade 2016

najciekawszy w karierze beyoncé longplay, gdzie piosenkarka wreszcie w pełni wychodzi poza ramy, w które oprawili ją połowicznie słuchacze i media, a w drugiej części ona sama; dominantą wciąż pozostaje pierwszoligowy pop — bez diane warren na pokładzie, ale z gamechangerami — jackiem white’em i kendrickiem lamarem, którzy stymulują jedne z najbardziej organicznie zaaranżowanych kompozycji w karierze piosenkarki; niezależnie od przyjętej konwencji beyoncé wypada nie tylko wyraziście, ale i wiarygodnie — jest strojna, ale nie przebrana; główną siłą lemonade jest jednak doskonałe zrozumienie i opanowanie odwiecznych rock & rollowowych praw — umiejętności przełożenia własnych doświadczeń na muzykę i współdzielenia ich z słuchaczami, metodycznego operowania elementem zaskoczenia czy wreszcie muzycznej i tematycznej adekwatności; to efekt świadomej, koherentnej i jak najbardziej konsekwentnej autokreacji — wielowymiarowy fenomen, nieoczekiwane magnum opus królowej współczesnego r&b ♪ „formation”, „hold up”


A decade in life and music

83.

palmistry pagan 2016

marta malinowska powiedziała mi kiedyś, że moja recenzja pagan palmistry jest być może jedyną pozytywną opinią o tym krążku w polskojęzycznym internecie; a tymczasem wciąż uważam, że chłopak miał na siebie pomysł, jakiego nie miał (i nie ma) w branży nikt inny i potrafił skutecznie wprowadzić go w życie; z wyczuciem i lekkością przepisuje tu tropikalne wspomnienia lata 2005 (gdy na wakacyjnych playlistach królowały dancehall i reggaeton) na współczesny język minimalistycznego alternatywnego r&b; charakterystyczna południowa rytmika przepuszczona przez bubblegumbassowy filtr i subtelnie przeciągnięta noworomantycznymi syntezatorami wraz z pozostającym w centralnym punkcie kojącym wokalem uderza intymnością i kameralnością; gdzieś między słonecznym kingston, onirycznym toronto, basowym londynem, na skraju lat 80. ♪ „club aso”, „lifted”


A decade in life and music

82.

james blake james blake 2011

niby drugi krążek jamesa blake’a jawił mi się wówczas jako lepszy, ale o tamtym zapomniałem w przeciągu roku, a ten wciąż w jakiejś postaci nawiedza moje plejlisty; chyba nawet bardziej mam dzisiaj poczucie, słuchając tego materiału, że 23-letni wtedy blake, wiedział doskonale, czego chce i jak to osiągnąć; to nie tylko krążek, który polożył pomost między czymś, co nazywaliśmy wówczas post-dubstepem a r&b, co swoją drogą stało się fundamentem dla dzisiejszego popu; to przede wszystkim wyrazisty stylistyczny i emocjonalny manifest stworzony z potrzeby tworzenia i potrzeby serca ♪ „i never learnt to share”


A decade in life and music

81.

electric wizard black masses 2010

choć wcześniejsze płyty electric wizard są mocniejsze, a tę można z perspektywy czasu czytać jako początek końca fenomenalnego zespołu, nie mogę zignorować ani tego, że właśnie black masses było moim pierwszym spotkaniem z wizardami i ich koncepcją doom metalu, ani tego, że mnie to spotkanie wówczas rozerwało na drobne kawałki i długo nie mogłem się poskładać, ani tego, że do kilku momentów tej płyty wracam w miarę regularnie i ze sporą przyjemnością ♪ „black mass”


A decade in life and music

80.

waka flocka flame flockaveli 2010

czasem jestem gangsterem i wtedy włączam tę płytę ♪ „hard in da paint”


A decade in life and music

79.

marie möör / jack belsen / jac berrocal / joachim montessuis / gaspar claus / olivier mellano / laurent chambert les vers de la mort 2014

w dekadzie masowej fetyszyzacji śmierci ze wszystkich utworów billie eilish wybieram les vers de la mort marie möör melorecytującej wersety średniowiecznego poety i kronikarza helinanda z froidmont; to krańcowe, intensywne, ekstatyczne doświadczenie pieczołowicie udźwiękowione dla möör przez zaprzyjaźnionych instrumentalistów związanych z francuską sceną muzyki eksperymentalnej; płyta, do której wraca się pod wpływem pewnej perwersyjnej rządzy, by bez odrywania którejkolwiek ze stóp przez chwilę kroczyć po krawędzi


A decade in life and music

78.

graham lambkin amateur doubles 2011

kosmos, ale taki w którym się kaszle i oddycha, gdzie słychać odgłosy silnika i ludzkie kroki, czyli nie prawdziwa przestrzeń kosmiczna, a co najwyżej przerwa na lunch na ziemskiej stacji kosmicznej albo, niech będzie, marsjańskiej; ale to nie mars z wysokobudżetowego minimalistycznego parapsychologicznego sci-fi, a mars, na którego naprawdę dolecieliśmy, który zdążyliśmy zaśmiecić i zapierdzieć; to skutki uboczne człowieczeństwa, musimy z tym żyć, czasem możemy udawać, że tak nie jest, ale koniec końców rzeczywistość nas dopadnie; lambkin stworzył niezwykle przestrzenny i przede wszystkim niezwykle przyjemny kolaż dźwiękowy o niepodważalnej wartości kontempacyjnej; idealną muzykę tła, która z jednej strony nam towarzyszy, a z drugiej potrafi nas zająć; to muzyka, która oswaja słuchacza; a to tylko część faktycznego kosmosu lambkina; tuz muzyki konkretnej całość materiału na amateur doubles nagrał bowiem w samochodzie podczas podróży po ameryce — na tę okoliczność tiny mixtapes określiło gatunek muzyki zawartej na płycie jako the great american road trip; i tym samym wracamy w kosmos, po podłodze naszego pontiaca walają się co prawda resztki fast foodów, ale oto jesteśmy w drodze ku wielkiej kosmicznej przygodzie naszego życia przez bezkres amerykańskiej prerii; nie pytajcie mnie, jak ta przygoda się rozwija, bo tutaj płyta się kończy


A decade in life and music

77.

noname room 25 2018

room 25 to piękne przedłużenie debiutanckiego mikstejpu noname — tamtych myśli i tamtej stylistyki; o ile jednak telefone stanowiło zamknięty i uporządkowany zapis okresu wyrastania z młodzieńczości, o tyle drugi album noname jest dojrzalszy i bardziej otwarty, i formalnie, i tematycznie; w centrum w dalszym ciągu stoi sama noname i jej życie; punkt ciężkości płynnie przeniesiono jednak na room 25, tytułem jasno nawiązującym do kryzysu wieku młodego, z wyrastania z młodzieńczości na wchodzenie w dorosłość i poszukiwanie własnej tożsamości; najwyraźniejszą zmianą jest jednak okołohiphopowy produkcyjny anturaż — tam gdzie telefone rozpływało się w neo-soulu, room 25 zanurza się w jazzie; i czyni to równie wielowymiarowo; nie chodzi nawet o dobór odcieni jazzu, które stały się budulcem krążka, choć niewątpliwie też, ale o samą strukturę płyty zrealizowaną w zgodzie z regularnie przewijającym się w tekstach mottem artystki — „everything is everything”; ta muzyka żyje na wielu poziomach, wychodzi poza proste hiphopowe patenty, umyka linearnej narracji i pomimo tego, że bierze na warsztat sprawdzone, niekiedy wręcz klasyczne środki, zestawia je adekwatnie w świeżych konfiguracjach; nie ucieka od konwencji, ale nie popada w odtwórczość czy twórczy marazm; inspiruje się, by inspirować, czerpie z wielu konwencji, by naturalnie stworzyć własną ♪ „self”, „don’t forget about me”


A decade in life and music

76.

brad mehldau highway rider 2010

choć mehldau’owi zdarzyło się mnie zawieść raz czy drugi, lubię jego charkterystyczny styl gry na tyle, że przez minioną dekadę przesłuchałem każdą jedną sygnowaną jego nazwiskiem płytę; miałem szczęście, że highway rider, dostrzeżony bodaj w dziale z recenzjami polityki, był moim pierwszym kontaktem z muzyką pianisty, bo jak się miało później okazać, to obok kultowego largo z 2002 roku jego najbardziej wyrazisty i kompletny projekt; mehldau obezwładnił mnie tą (trwającą przeszło 100 minut) płytą — był progresywny i niepokorny z jednej strony, a z drugiej czuć było tu ducha gershwina (a ja wówczas wynosiłem third stream na ołtarze!) i tę nieskalaną europejską (ecm-ową!) elegancję; trochę jakby wyjść w pełnym garniturze, co prawda z parasolem, ale w największą zawieruchę i zostać przez tę burzę przetarganym, a jednocześnie dotrzeć na miejsce punktualnie i z fasonem; jeśli kiedyś was taka historia dopadnie, pamiętajcie o tej płycie ♪ „now you must climb alone”, „walking the peak”


A decade in life and music

75.

charles barabé cicatrice, scar, éclair 2015

pochodzący z quebecu charles barabé stał się w 2015 roku moją prywatną sensacją; barabé specjalizuje się w gęstych, psychodelicznych plądrofonicznych pejzażach dźwiękowych łączących w sobie szereg rozmaitości (od ośmiobitowej elektroniki po elementy spoken word) na wzór książkowego frankensteinowskiego monstrum; a ja takie nieskrępowane muzyczne kolaże uwielbiam i zatonąłem w tym kasetowym wydawnictwie (czy jego cyfrowym odpowiedniku, bo kaseta była już wtedy poza zasięgiem) bez reszty; mój zachwyt trwał rok z hakiem, pod koniec 2016 roku zdążyłem jeszcze opisać go jako „figlarne dziecko muzyki konkretnej spędzające wesołe dni swego dzieciństwa między szeroko rozpostartą na starym poddaszu siecią dawnej tajemnicy a wysoko zawieszoną gałęzią pobliskiej wierzby”, ale później urwał nam się kontakt, a ja zostałem z legendą o cicatrice, scar, éclair


A decade in life and music

74.

kieran hebden / steve reid / mats gustafsson live at the south bank 2011

dziwaczna to płyta i zupełnie przegapiona; prawdziwy fusion jazz na miarę drugiej dekady xxi wieku, nie jakieś festiwalowe eksperymenty z „nowymi brzmieniami”, ale projekt pełnokrwisty, ukierunkowany i satysfakcjonujący; oto steve reid, legenda amerykańskiego jazzu na pół roku przed jego śmiercią, spotyka się w londyńskim studiu ze szwedzkim wirtuozem free jazzowego saksofonu matsem gustafssonem i tuzem współczesnej elektroniki kieranem hebdenem, lepiej znanym jako four tet; i kurtyna w tym momencie nie opada — dopiero się podnosi, bo każdy z panów oddał projektowi coś własnego, ale wspólnie stworzyli płytę zupełnie wymykającą się dyskografii każdego z nich — awangardowy jazz został tu minimalistycznie uporządkowany loopami four teta; całość jest zupełnie synergetyczna i z gruntu jazzowa, ale na tyle żywa i niepokorna, że skutecznie nie daje się zamknąć w utartych schematach; wirtuozeria i przestrzeń — to dominanta tego niezwykłego krążka ♪ „the sun never sets”, „morning prayer”


A decade in life and music

73.

caribou swim 2010

gdy ukazało się swim, andorra była już kultowa, a ja nie miałem o tym pojęcia — zerkałem więc to na ten album, to na tamten i kiwałem głową; trudno nie kiwać — caribou doprowadził do perfekcji swój własny styl mieszający psychodeliczny indie pop z garażową gęstą od minimalistycznych pętelek elektroniką; to muzyka, która żyje i daje życie; nie jakieś tam indie, bo każdy takt wskazuje wiolinowym paluchem na dana snaitha; po latach odkurzam ten krążek i widzę, że jednak dziś to swim jest punktem odniesienia dla andorry; wyszło na moje; i co z tego? ♪ „odessa”


A decade in life and music

72.

chris watson el tren fantasma 2011

chris watson, fenomenalny field-recorder, w 2011 roku zainspirowany dźwiękami pędzącego pociągu, postanowił zainscenizować własną historię podróżną; el tren fantasma to opowieść dźwiękowa, której słucha się trochę tak, jak ogląda się film dokumentalny bez zewnętrznego komentarza; watson zorganizował rozmaite odgłosy otoczenia w fascynujący kolaż dźwiękowy — faktyczną podróż tytułowym pociągiem-duchem; dokąd? daleko stąd


A decade in life and music

71.

crystal castles ii 2010

okładka to jedynie wstęp do brzmienia tej płyty, faktyczna akcja krążka zaczyna się w miejscu, gdzie zrobiono tę kultową fotografię, zaczyna robić się ciemno; jedną z rzeczy, które lubię w elektropopie najbardziej, jest niełatwa do osiągnięcia równowaga między mrocznym, posępnym klimatem a popową przebojowością; łatwo bowiem sprawdzić, że albo to melodyka stanie się jednym z atrybutów klimatu, albo odwrotnie mrok wsiąknie w pop i całość będzie balansować na granicy kiczu (co samo w sobie nie jest niczym złym); crystal castles natomiast nie tylko są od tego dalecy, ale przede wszystkim rezonują (ze mną) emocjonalnie; to nie tylko muzyka do, ale faktyczny mood; kwintesencja pojęcia smutnej dyskoteki ♪ „not in love”, „intimate”


A decade in life and music

70.

swans to be kind 2014

nie jestem swansowy; powinienem być, ale koniec końców podskórna post-rockowość ich twórczości zawsze mimowolnie mnie odstręczała; z to be kind jest inaczej w dużej mierze dlatego, że wpisuje się w fascynującą dla mnie koncepcję płyty jako żywego organizmu i to na wielu płaszczyznach — samo, że muzyczno-kulturowy kontekst, którym na stałe zdążyli się okryć, można odbierać tutaj wyłącznie rozszerzająco, czyni z to be kind idealnego kandydata do tej roli; ale decydującą rolę ma jednak nie tyle ewolucja pojęcia muzyki w czasie, co to, jak gira i spółka z różności małych elementów budują w czasie dźwiękowy organizm — jak współistnieją w wewnętrznej przestrzeni w post-minimalistycznym rytmie, jak dialogują, łamią tę konwencję i wracają do niej; to prawdziwe doznanie, wobec którego użyte środki muszą pozostać drugorzędne ♪ „a little god in my hands”, „some things we do”


A decade in life and music

69.

leon vynehall music for the uninvited 2014

znacie leona? każdy go zna! on zawsze fajne pomysły ma! choć leon vynehall zazwyczaj buduje swoje na ewoluujących zamkniętych loopach, nie boi się też żywych instrumentów, które, otwierając jego długogrający debiut, stały się kluczem do zrozumienia zawartej tu muzycznej wizji; z niesamowitą lekkością i naturalnością przyszło vynehallowi skrzyżowanie rozmaitych muzycznych ścieżek pod banderą zaskakująco opływowego house’u; wszyscy wy, którzy nie spędzacie sobót na bibkach, czujcie się zaproszeni na domówkę u leona ♪ „goodthing”


A decade in life and music

68.

perfume jpn 2011

lata mijają, a ja w dalszym ciągu nie nadrukowałem sobie na koszulkę okładki jpn, choć skrzętnie planowałem to od lat; to chyba najlżejszy, najbardziej beztroski krążek perfume — fantasmagoria na przetworzonym przez autotune’owy picopop feelingu post-shibuya-kei; i choć popowe piosenki przychodzą i odchodzą, gdy przychodzą, przywołują ukryte głęboko pod faktycznymi tekstami znaczenia, kształty i uczucia ♪ „natural ni koishite”, „have a stroll”


A decade in life and music

67.

gesu no kiwami otome. ryōseibai 2016

u la la! gesu no kiwami otome. potrafią niezręczny dla europejczyków intensywnie gitarowy j-popowy splot gatunkowo-melodyczny przekuć na naprawdę kunsztowne i nieprzytłaczające piosenki; mathrockowy background, zabawy progresywnym jazzem i liczne zawirowania rytmiczno-melodyczne w jakiś magiczny sposób udaje im się zamknąć w fantastycznie przebojowym krążku; co prawda grupa konsekwentnie podąża tą drogą od ośmiu lat, czemu dała wyraz na aż pięciu wydanych od 2014 roku longplayach, ale nie sposób, po wielu godzinach (które można liczyć też w latach) obcowania z ich muzyką nie zauważyć brzmieniowo-koncepcyjnej wyższości ryōseibai nad resztą dyskografii, która albo do ryōseibai zmierza, albo próbuje je powtórzyć ♪ „watashi igai watashi janai no”, „ryōseibai de ii janai”


A decade in life and music

66.

sd laika that’s harakiri 2014

ach, słodkie glitche! to jedna z tych płyt, które naturalnie weszły mi w głowę jako synonimy, a przynajmniej składowe mojej koncepcji panoramy dźwięku; to zdekonstruowana elektronika z czasów, gdy jeszcze nie mówiło się o dekonstrukcji w kategoriach gatunkowych definicji; nigdy nie wiem, który numer jest który, ale rozpoznaję je po jednej nutce ♪ „meshes”, „gutter vibrations”


A decade in life and music

65.

oneohtrix point never garden of delete 2015

to nie tylko najpewniej najmocniejszy krążek w dotychczasowej dyskografii lopatina, ale także kompetentny głos w mimowolnej dyskusji o przyszłości muzyki pop; pomimo szeroko zakrojonego operowania glitchową elektroniką i ogólnego eksperymentalnego charakteru kompozycji lopatin w każdej z nich umieszcza melodie, a nawet refreny, co na swój wywrotowy sposób, czyni z nich pełnoprawne piosenki pop ♪ „mutant standard”, „i bite through it”


A decade in life and music

64.

girls’ generation the best 2014

mój wstępniak do k-popu był po japońsku — trochę dlatego, że akurat w 2011 roku, kiedy poznałem girls’ generation, na fali były japońskie wersje ich wcześniejszych koreańskich singli, a trochę dlatego, że była to mimo wszystko mniejsza bariera kulturowo-językowa; nie żeby język i kultura były barierą, by docenić walory dziewięciu prześlicznych dziewcząt tańczących perfekcyjnie synchroniczne układy do niesamowicie przebojowych refrenów — po prostu tak wyszło; później zresztą dziewczyny zaczęły wydawać na rynek japoński jakby lepsze piosenki niż te, które śpiewały w korei i mój kanon ich dyskografii zawarty jest w zasadzie w dwunastu pierwszych nagrań na wydanym w 2014 roku składaku podsumowującym zaledwie cztery lata ich japońskiej kariery, ale tak naprawdę wyczerpującym formułę ich trwającej w sumie dekadę scenicznej bytności; k-pop oczywiście poszedł do przodu i jeśli chodzi o brzmienie i zasięg, a to co nie udało się swego czasu girls’ generation — podbój ameryki — zrealizowało z nawiązką blackpink, ale nic by z tego nie wyszło, gdyby nie tamte znakomicie wyprodukowane i zrealizowane numery czerpiące bez kompleksów i baczenia na trendy i konwencje z całego wachlarza zachodniego popu od lat 70. aż do 00.; uczcijmy więc dyskografię girls’ generation minutą ciszy albo trzema minutami „gee” ♪ „gee”, „mr. taxi”, „the boys”


A decade in life and music

63.

mbongwana star from kinshasa 2015

z kinszasy prosto na księżyc — jedyny longplay mbongwana star to pierwszorzędna żonglerka kontekstami, remiks rozmaitych europejskich, amerykańskich i afrykańskich motywów; odpowiedź na pytanie, jak skonstruować krążek, który pod lupą będzie bardzo chaotyczny, a w szerszym kontekście zabrzmi na tyle konsekwentnie, że rzeczywiście okaże się rakietą, którą można na księżyc polecieć ♪ „suzanna”, „masobélé”


A decade in life and music

62.

justin hurwitz la la land: original motion picture soundtrack 2016

hurtwitz, na którą chwilę wskrzesił ducha wielkiego hollywoodzkiego musicalu; to ważne o tyle, że jestem przekonany, że życie byłoby lepsze, gdyby ludzie oglądali więcej musicali; można by choć na chwilę zamienić cynizm w banał, a na szarym niebie kredką świecową namalować sztuczne słonko; nie zdziwcie się, gdy spotkacie mnie tańczącego na mrożonkach w tesco; wam też polecam ♪ „another day of sun”


A decade in life and music

61.

mid-air thief crumbling 2018

k-pop trochę dla mnie umarł — amerykański sukces bts to jedynie potwierdzenie tego, że mainstream przejmuje niezalowe trendy w rozwodnionej formie i z ogromnym opóźnieniem; odsiecz przyszła niespodziewanie ze strony enigmatycznej jednoosobowej grupy co płytę zmieniającej aliasy — szybko okazało się, że pod innym płaszczem już w 2015 roku skroiła (wówczas zupełnie przegapiony) metafolkowy krążek; crumbling, które zapewniło artyście dotarcie do szerszej międzynarodowej publiczności to kontynuacja tamtych motywów i stylów, psychodeliczny folk najwyższej próby na miarę najlepszego okresu twórczości grizzly bear, ze względu na azjatyckie korzenie szeroko porównywany do kultowych fishmansów, przez równie rozmyte połączenia gatunkowe wymykające się utartym klasyfikacjom; aktualne, ale czerpiące swoją siłę rażenia z ponadczasowych wzorców estetycznych, złożone, ale nienachalne, mimo bariery językowej szczere i emocjonalne; wreszcie, wielokrotnie lepsze niż jakakolwiek k-popowa płyta, jakiej miałem okazję słuchać ♪ „gameun deut”


A decade in life and music

60.

bonnie ‚prince’ billy / bryce dessner / eighth blackbird when we are inhuman 2019

when we are inhuman spadło na mnie niespodziewanie, jak grom z jasnego nieba — zakrzyknąłby przysłowiarz; trzy podmioty twórcze: samotny jeździec alternatywnego country — bonnie „prince” billy, kompozytor i multiinstrumentalista znany głównie z the national — bryce dessner oraz zespół specjalizujący się w wykonaniach muzyki steve’a reicha — eighth blackbird — zebrały się, by tchnąć w piosenki tego pierwszego nowe życie; efekt jest zupełnie niedzisiejszy, choć raczej pozostawiony poza czasem aniżeli anachroniczny — oto rozmyślne post-minimalistyczne aranże dessnera i kunsztowne wykonawstwo eighth blackbird wraz z intymnym, ale nie przygaszonym, billy’m na pierwszym froncie w akcie nieoczywistej wędrówki po archiwaliach songwriterskich płodnego twórcy otworzyły zupełnie nowe drzwi do jego dyskografii; ładne, proste piosenki w harmonijnej, swojskiej, kameralnej oprawie z eksperymentalnym finiszem, u których podłoża leży folk, ale których estetyczne macki sięgają hen, hen, hen ♪ „one with the birds”


A decade in life and music

59.

justin townes earle harlem river blues 2010

uwielbiam justina townesa earle’a i ta płyta jest pretekstem do tego, by dać temu wyraz; uwielbiam justina townesa earle’a, nie ze względu na to, że jego ojcem jest steve, a jego duchowym przewodnikiem — townes; uwielbiam justina townesa earle’a, bo choć zdarza się, że nagrywa słabsze rzeczy, zawsze wie gdzie stoi i co gra, a ja nawet jeśli stoję gdzieś indziej, drepczę gdzieś wokoło, doceniam jego konsekwencję, upajam się jego brzmieniem; uwielbiam justina townesa earle’a za jeden z moich ulubionych storytellingów w tytułowym utworze, testamencie topielca, który przegrał życie i pisana mu śmierć ♪ „harlem river blues”


A decade in life and music

58.

natalia lafourcade hasta la raíz 2015

płyta, której wypatrywałem przez lata, która urosła i dojrzała we mnie na długo, zanim jeszcze powstała; lafourcade jest znakomitą songwriterką i równie utalentowaną tekściarką — z prostych słów i melodii potrafi zbudować dojrzałe kompozycje dalece wykraczające poza etykietki współczesnego indie, ale niedające się jednoznacznie zaklasyfikować w szufladce z adult contemporary i doskonale potrafi tę wizję sprzedać słuchaczowi; chociaż lafourcade oczarowała mnie swoją rekonstrukcją meksykańskiej folkloru na kolejnych krążkach, nadal znam te piosenki na pamięć i grają we mnie, ilekroć o nich pomyślę ♪ „ya no te puedo querer”, „lo que construimos”


A decade in life and music

57.

she & him volume two 2010

to niby nie jest ponadprzeciętny indie pop, raptem trzynaście ładnych piosenek o wzlotach i upadkach; to też płyta, którą uczyniłem swoją codziennością przez przeszło dwa lata, bo jej motywy stanowiły doskonały soundtrack do wskakiwania na krawężnik, wsiadania na rower, nalewania herbaty do kubka; she & him mieli wtedy zresztą niesamowity magnetyzm — m. ward był świetnym producentem i instrumentalistą, a zooey deschanel miała jedyne w swoim rodzaju: urok i charyzmę, które objawiały się w jej śpiewie, tekstach, scenicznej i pozascenicznej prezencji; to wszystko grało doskonale na volume two zanim jeszcze zamienili twee pop i alt-country na bezkształtną retrofilię; to płyta pełna prostolinijnych linijek, w których można odnaleźć ukojenie, gdy powinie nam się noga ♪ „brand new shoes”, „me and you”


A decade in life and music

56.

kacey musgraves pageant material 2015

śledziłem kacey musgraves od początku jej kariery, ale aż do golden hour nie słuchałem jej uważnie; a to właśnie uwaga zamieniła dla mnie pageant material ze zrealizowanej bez produkcyjnych uproszczeń country popowej płyty krążek pełen trafnych puent i happy endów mimo wszystko; musgraves nie tylko udało się wyczuć doskonale klimat klasycznego countrowego songwritingu, ale udało się jej zawrzeć w nim substancję, której chronicznie na tej scenie brak; to bez wątpienia najbardziej empatyczny z albumów zawsze przecież empatycznej musgraves ♪ „fine”, „late to the party”


A decade in life and music

55.

richard dawson peasant 2017

mając w pamięci wspólną historię joanny newsom i billa callahana, byłoby niedelikatne z mojej strony, gdybym wtrącił pomiędzy nich richarda dawsona; a jednak peasant, na którym żongluje przyjmowanymi rolami i punktami widzenia, leży właśnie gdzieś wpół drogi między ornamentami newsom a (wciąż intelektualną oczywiście) prostotą callahana — zarówno aranżacyjnie, melodycznie, jak i storytellingowo; dawson lubi swoją prostą americanę w tym samym stopniu, co niekoniecznie idealnie linearną budowę swoich piosenek wieńczonych jednak raz po raz czymś w rodzaju średniowiecznej hymniczności; tym samym peasant jest dla mnie jednocześnie fascynująco nieodgadniony, jak i fascynująco znajomy ♪ „beggar”, „ogre”


A decade in life and music

54.

chris stapleton traveller 2015

nie kupiłbym nigdy tej płyty, gdyby nie to, że akurat była solidnie przeceniona, a tam, gdzie byłem, mogłem równie dobrze wydać dokładnie tyle na piwo w barze; ale gdyby się to nie stało, być może zawsze miałbym stapletona z tyłu głowy, tak jak mam z tyłu główy jameya johnsona; chris stapleton to jedna z tych postaci współczesnego country, która wyciągnęła radiową odmianę gatunku za uszy z okowów banalnych tekstów, melodii i aranżacji; traveller jest oczywiście na swój sposób jedną z tych płyt, których łatwo się słucha, ale nigdy za łatwo; to 14 organicznie zaaranżowanych prostych piosenek podszytych żalem i rezygnacją w emocjonalnej, ale wyważonej interpretacji stapletona ♪ „tennessee whiskey”


A decade in life and music

53.

deafheaven sunbather 2013

my bloody valentine zrzucili kamień, ale lawina spadła dopiero wraz z tym krążkiem; deafheaven eksplorują gitarowe ekstrema, łącząc dwie głośne stylistyki — black metal i shoegaze, a jednocześnie jest w tej hałaśliwej, mocnej mieszance pewna niekłamana subtelność; sunbather jest ekstatyczny i wzniosły, ale nie popada przy tym w banał; przez całą godzinę, gdzieś pomiędzy wierszami mieni się muzyczną doskonałością ♪ „dream house”


A decade in life and music

52.

étienne daho les chansons de l’innocence retrouvée 2013

étienne, ty playboyu, królowo czarnej dyskoteki, przestań mnie podrywać, przecież masz żonę! daho od początku lat 80. konsekwentnie łączy w swojej muzyce elementy klasycznego francuskiego chanson z wpływami muzyki nowofalowej i konsekwentnie jest w tym znakomity; les chansons to być może jego najlepszy krążek od czasu paris ailleurs z 1991 roku (być może, bo znam tę część jego dyskografii raczej przekrojowo niż na pamięć); nie słychać po nim upływu czasu — jego głos brzmi równie ekspresyjnie i witalnie, co dwadzieścia lat wcześniej, a on sam bez trudu żongluje stylami, mieszając disco i orkiestrowe aranżacje — niby nic nowego, ale zachowuje przy tym nienaganną elegancję i, co nawet ważniejsze, znakomite wyczucie melodii — wracam do tych piosenek do dziś ♪ „en surface”, „les chansons de l’innocence”


A decade in life and music

51.

deepchord presents echospace liumin 2010

fascynujący krajobraz nocnego miasta, niezrównane arcydzieło dubowego techno; czasem udaję, że umiem pisać o elektronice, ale każdy kto mnie zna, wie, że to ściema i że nie umiem; ale odbieram tę płytę całym sobą, żyje we mnie swoim pulsującym rytmem, ilekroć ją włączę ♪ „summer haze”


Opublikowano

Soulful 80’s

80s

Soulful 80’s

Bywa, że o muzyce trzeba opowiadać, bywa, że opowiadać się chce, ale często najlepiej o sobie opowiada ona sama. W minioną środę w audycji Radia LUZ próbowałem co prawda moją ostatnią plejlistę trochę zaanimować, ale głównie odnosiłem się do faktów, choć oczywiście sama selekcja była bardzo subiektywna — prawo słuchacza, czy w tym wypadku, prezentera. Ale soul lat 80-tych wychodzący od disco i funku, odważnie zajmujący pozycje boogie i electro, by ostatecznie dać pierwszy kształt temu, co współcześnie rozumiemy jako R&B (w Jacksonowskim znaczeniu — chodzi tu zarówno o Michaela, jak i Janet) w formie oldscholowego new jack swingu — ten soul najlepiej opowiada sam o sobie, zwłaszcza że doskonale słychać jak style przenikają jeden w drugi, jak flirtują i romansują ze sobą, rozstają się i wiążą inaczej w kolejnych numerach. Pięciogodzinna podróż przez znajome refreny i zapomniane hity soulu lat 80. ułożona mniej więcej chronologicznie czeka na was poniżej.

Opublikowano

Małe walczyki

ja

czyż nie dobija się koni

Jeszcze w latach 60. na płytach wydawanych przez Polskie Nagrania, ale i na niektórych amerykańskich krążkach, oprócz tytułu, wykonawcy (zwykle w postaci solisty, orkiestry i dyrygenta), tekściarza i kompozytora pojawiało się właściwe muzyce tanecznej oznaczenie. Słuchacz wiedział więc zawczasu, czy słucha twista, tanga, samby, rumby, mamba, fokstrota czy walca. Zastanawiałem się wielokrotnie, choć raczej mimowolnie niż w ramach jakichś bardziej uporządkowanych rozmyślań, nad zasadnością umieszczania tego typu informacji — być może był ku temu jakiś szczególny powód, myślałem. Ale jako że nie trafiłem na żadne opracowanie, postanowiłem przyjąć najprostsze wyjaśnienie — to rozróżnienie stosowane w analogii do muzyki klasycznej — wydawanej na dużych płytach znacznie wcześniej od rozrywkowej — stanowiącej więc naturalny punkt wyjścia. Natomiast dziś te wówczas suche oznaczenia muszą budzić wyobraźnię. Cóż to był za świat? Czy faktycznie tańczono do tych płyt fokstroty i tanga? I wreszcie — gdzie te walce, twisty, samby ukryły się współcześnie? Że dziś pop tworzy się inaczej, że z klasycznych schematów korzysta się z większą dowolnością, a kompozytorów, dyrygentów i całe orkiestry zastąpili producenci, nie trzeba nikomu tłumaczyć. Niemniej wciąż do tych sprawdzonych formuł się wraca i są one w stanie całkiem nieźle obronić się i w radiu, i na płytach. Żaden z tych kontekstów nie jest jednak dla meritum tego wpisu szczególnie istotny.

Nigdy nie tańczyłem. Nie że w klubach, na festiwalach, weselach. Na ulicy w deszczu i w supermarkecie między mrożonkami. To oczywiście! Ale tak naprawdę, żeby ktoś mi pokazywał kroki, tłumaczył jak interpretować nimi rytm, kreował układy i wyznaczał role. Wszystko to zawsze było dla mnie spontaniczne, naturalne, ale też do pewnego stopnia niezdarne, może nawet zupełnie nie tak. Jedyna próba uporządkowania tej amatorszczyzny zakończyła się dla mnie przytłaczającym zwątpieniem. Z perspektywy czasu myślę, że zabrakło mi w tym wszystkim jednak przede wszystkim muzyki, która rozwiązałaby moje poplątane kroki. Jakkolwiek zdarzało mi się wyczuć rock & rolla, nosiła mnie samba i szanuję tango, na dnie mojego serca gra sobie skromny walczyk, a ja, jak Joanna Newsom w klipie do „Sapokanikan”, sunę ulicą nieśmiało bujając się, dygając i podrygując. Dopiero niedawno postanowiłem te melodie rozsiane po kilkunastu latach mojej płytoteki zacząć zbierać w jednym miejscu — tym samym, gdy tylko namierzę kandydata na kameralny walczyk, próbuję naraz wcisnąć go do mojego niewielkiego zbioru. Jeśli się zmieści, znaczy, że w istocie pasuje. Ton zbiorowi nadało być może najbardziej niedocenione nagranie w katalogu Kacey Musgraves, odkryte przeze mnie ponownie na końcu jej drugiej płyty w zeszłym roku — jeden z tych utworów, które otwarcie mamią słuchacza fałszywym poczuciem bezpieczeństwa, a jednocześnie dają mu możliwość wypełnienia wszystkich pęknięć i wątpliwości szczerą intymnością. Choć taki był klucz, nie wszystkie moje małe walczyki mają podobną wymowę — są refleksje nad utraconą miłością („For the Good Times”, „Dreaming My Dreams With You”), przepracowywanie kryzysów („Through the Dark”) czy pożegnań („Riding for the Feeling”), jest o nadziei na miłość („Dear Someone”) i lepsze życie („Daughters”), o doświadczeniu przemocy („Star Witness”) i o tym, że wszystko jest wszystkim („Stories Don’t End”). Są też wiekowe utwory, które się nie starzeją („Quicksilver Daydreams of Maria”), a wszystko pieczętuje rubaszny Bob Dylan śpiewający Hanka Williamsa. Taka moja mała bezpieczna przystań, w której kroki same się znajdują.

Opublikowano

Jesienna sonata

ja

plansza tytułowa

Można szczerze uronić łzę z bezsilności nad tym, jak świat przepoczwarza się nieodwracalnie na naszych oczach. Można na spokojnie spojrzeć w lustro, ocenić ilość siwych włosów, głębokość zmarszczek, stan uzębienia, przeliczyć sobie na nowo, ile jeszcze trzeba będzie spłacać kredyt. Można rzucić wszystko lub wszystkim, beztrosko wyjść na spacer, popatrzeć, jak wiatr znowu zrywa liście z drzew. Można wreszcie wstawać rano, a wieczorem chodzić spać, jeść regularne posiłki i ubierać się schludnie, nie spóźniać się do pracy, nie nudzić się w weekend, w poniedziałek kupić sobie parę butów na wyprzedaży, na środę umówić się do fryzjera na podcięcie włosów, bo znów odrosły, a w piątek wybrać się do kina na kolejny nowy film, który grają, bo co piątek grają coś nowego.

Opublikowano

Tropiąc siebie po za dużych śladach

mendini

Młody Kurtek kontestuje dzieła wielkiego mistrza dizajnu Alessandra Mendiniego; zdjęcie zdjęcia z katalogu w obróbce własnej

W refrenie „Diddy Bop” Noname z jej przecudnie mieniącego się najżywszym neosoulem krążka Telefone jest taka linijka, która zawsze mocno mnie uderza, choć jednocześnie zdaję sobie sprawę, że na chłodno niewiele pewnie można z niej wyciągnąć. „This sound like growing out my clothes” śpiewa z pasją Cam O’bi, nawiązując do przepełnionego ciepłą, niemal magiczną nostalgią za trudnym przecież i zwykle skutecznie odzieranym z niewinności przez rówieśników początkiem końca dzieciństwa. Te same emocje towarzyszyły mi w zeszłe wakacje, gdy w pociagu relacji Wrocław-Gdynia ze łzami w oczach chłonąłem każde słowo Nakarmić kamień Bronki Nowickiej. Tę samą strunę pociągnęła lata temu projekcja Poro poro omohide (polski tytuł to Powrót do marzeń) Isao Takahaty, filmu pozostającego na marginesie kanonu Studia Ghibli, może dlatego, że przedstawiającego historię dorosłej już kobiety mierzącej się z ideałami własnego dzieciństwa.

Nie chodzi tu o rozliczanie się czy zamykanie czegoś, ani też o wyrastanie, porzucanie czy inne mentalne zapasy. Raczej żyje we mnie pewna wiara, że jesteśmy w stanie od dawnych siebie nauczyć się wcale nie mniej, niż dawni my nauczyliby się od obecnych czy przyszłych nas. Przyjęło się, nie bez powodu zresztą, że w ramach międzypokoleniowego rytuału to starsi, doświadczeni, usuwający się w cień udzielają rad młodszym, nieopierzonym, z werwą, ale i naiwnością sięgającym po swoje. Te rady wcale nie muszą przyjmować tak dosłownej formy aktu przekazania mądrości życiowej. Mogą odbywać się pośrednio przez obserwację innych czy uczestniczenie w kulturze. To oczywiście buduje nas takimi, jakimi się stajemy. Gdy jako dziesięciolatek oglądasz po raz pierwszy Ojca chrzestnego, następnego dnia w szkole chcesz być gangsterem — to zrozumiałe. Mija kilka tygodni, Eminem wydaje nowy album, o którym mówią wszyscy — dzięki tej płycie stajesz się bardziej raperem — być może najbardziej w całym twoim życiu — przeszłym, teraźniejszym i przyszłym, a może to dopiero początek pewnej drogi.

Zabrnąłem, a chciałem jeszcze jedynie dodać, że w tym niekończącym cyklu stawania się warto wracać do siebie sprzed lat i słuchać, co ten daleki, ale przecież jednak bardzo bliski krewny ma do przekazania. Nie, nie zamierzam przed trzydziestką zacząć się zastanawiać, czy może jednak powinienem zostać gangsterem albo raperem (jeden Taco Hemingway to, jak się okazuje, i tak o jeden za dużo), ale mogę na przykład, by możliwie jak najbardziej umilić sobie powrót do pracy po ponad dwóch tygodniach (czynnego niestety) odpoczynku, sięgnąć do zajawek i inspiracji muzycznych młodszego siebie. Młodszego o jakieś osiem, dziewięć lat, myślę, kiedy jako młody student wyszedłem wreszcie z bańki amerykańskiego R&B i zacząłem garściami karmić się nieznanym i egzotycznym wówczas wciąż kanonem. Przemaglowałem wtedy od góry do dołu rozmaite zestawienia najlepszych płyt wszech czasów na czele z niesławną pięćsetką Rolling Stone’a, skąd zaatakowali mnie zbrojnym ramieniem Steely Dan, Paul Simon, Tom Petty, cała masa jangle i power popu, americany, soft rocka od połowy lat 70. do połowy 90. Teraz złożyłem te wspomnienia w letnią plejlistę i zupełnie przypadkiem zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę wówczas, tych osiem lat temu nie tropiłem nikogo innego, ale samego siebie — bez świadomości podążając w nieznane po zbyt dużych śladach moich własnych przecież stóp.

Opublikowano

Jak nauczyłem się tęsknić na zapas za rzeczami, które nadal mam, i nakreśliłem muzyką dni mojej młodości

na plaży

Młodość

Co jakiś czas w przeróżnych okolicznościach, zwykle takich, które można by w jakiś sposób uznać za nadzwyczajne, wciąż jeszcze zdarza mi się słyszeć pytanie, co studiuję. Nie jest niewygodne czy irytujące, ale prowokuje pewną ukrytą na co dzień gdzieś głębiej refleksję, że oto moje życie zmieniło się definitywnie i przekroczyło pewien nieodkraczalny próg, od którego trzecia część każdego dnia nie należy do mnie, a za dostępny mi szczyt laby muszę zgodzić się uznać dwutygodniowe wakacje. Są oczywiście ludzie, którzy pracują inaczej i nie będę ukrywał, że spoglądam w ich stronę z zazdrością, ale to też bardzo często ostatecznie znaczy, że praca rozlewa się bezkształtnie od wczesnych poranków do późnych godzin nocnych, że wypełnia każdą wolną chwilę i rości sobie prawo to wypychania z kalendarza nieobowiązkowych z perspektywy zawodowej spotkań towarzyskich i wieczorów z książką na hamaku. A tymczasem gdybym tylko miał hamak, mógłbym przynajmniej w miesiącach letnich zafundować sobie małą codzienną porcję laby. A mogę i bez hamaka, z tym że nie spoglądam już z podnieceniem na kolejne dni czerwca, bezkresne połaci lipca, przepastne gmachy sierpnia, nieśmiałe początki i trudne ostatki września.

Nie spoglądam. Utraciłem nie tyle umiejętność, co możliwość wypełniania ich fantazją — przez lata jedną z moich podświadomie ulubionych codziennych czynności. Niekiedy udawało mi się zresztą przynajmniej w jakiejś niewielkiej części tę fantazję materializować — zwłaszcza gdy zaczynałem czuć oddech dorosłości na karku — twardo przemawiający ustami ojca, kreślący czarne scenariusze ręką matki, ciężko sapiący ponaglającym wyrzutem. Wtedy nauczyłem się tęsknić na zapas za rzeczami, które nadal mam. Można by to pewnie w bardziej prostolinijnych okolicznościach sprowadzić do cieszenia się chwilą, gdyby nie to może, że był to zwykle uśmiech przez łzy. Nie z tych spływających strumieniami po policzku, raczej z tych nieśmiało migocących w bliskim sąsiedztwie rozszerzonej z podniecenia źrenicy, nieraz gubiących się gdzieś w kąciku oka. Uśmiech niebawem minął, łzy zaczęły w końcu spływać, ostatni wrzesień wolności przeszedł w mroczny październik, a ja zdecydowałem, że zamiast dorosnąć, wolę jednak umrzeć. Moje ciało przyjęło tę propozycję z wielką powagą i staraniami, by najlepiej, jak się da, odwzorować długą listę wstępnych objawów śmiertelnej dolegliwości znalezioną w sieci. Słowem — wymyśliłem i chorobę, i diagnozę. Diagnozę, której nie potwierdzili lekarze, a w ramach kuracji przepisali, nie inaczej, dorosłość.

Nie umarłem, ale umarł we mnie student — i ten wałęsający się po mieście na skraju śród, czwartków, piątków i sobót, i ten, który naiwnie wierzył, że to studia w sensie naukowym zrobią z niego człowieka. Tymczasem pierwsze studia rzucane w buzujących od frustracji myślach co sesję, w końcu na ostatniej prostej niemalże rzuciły mnie. Drugie okazały się zbyt pragmatycznie zaplanowane przez kogoś z nieuchwytnie wyższego szczebla, by pozwolić mi poprowadzić je choć odrobinę po swojemu. To mi nie służyło, byłem roszczeniowym romantykiem, chciałem zostać zafascynowany pomimo niesprzyjających okoliczności — kanciastego systemu zaliczeń kolejnych przedmiotów, których nie mogłem nijak odfiltrować, choć nie były częścią podstawy programowej, i impulsywną wybiórczością własnych zainteresowań, które nakazywały mi pisać do szuflady recenzje kolejnych płyt Beach Boysów na dwa dni przed egzaminem z mikroekonomii. Do dzisiaj czuję się zresztą przez to głupio, ale wcale niekoniecznie głupi. Jak pięknie to ujął kiedyś Piotr Stankiewicz (ten od polskich stoików), „zazdrościć, że ktoś odnosi sukces w czymś, czego ty nawet nie próbowałeś, to jak martwić się, że hydraulik ma więcej zleceń na naprawę kranów niż ty”. Nie jestem pewien, co to mówi o mnie, co o mojej alma mater, a co o polskim systemie edukacji wyższej w ogólności, i nie zamierzam powierzchownie tego teraz oceniać, ale mając dyplom z tytułem analityka rynku, nigdy nie próbowałem z powodzeniem wyobrazić sobie siebie w tej roli. Nie żywię żalu do nikogo za to, że wielokrotnie moje bezkształtne, ale namacalne pragnienie wiedzy postrzegano jako rodzaj niepełnosprawności, że brak konkretnego pomysłu na siebie, który mieściłby się w instytucjonalnej ramie systemu edukacji, sprowadzano do niekompetencji i lenistwa. Systemy mają już to do siebie, że choć tworzone przez jednych ludzi z myślą o innych, często tych drugich marginalizują na rzecz pysznego samozadowolenia z własnego funkcjonowania. Studia były więc pierwszą sposobnością, by to uwikłanie w system namacalnie odczuć.

Choć mijają kolejne lata, dopiero ostatnio zorientowałem się, że koniec maja nie oznacza już dla mnie zbliżającej się wolności. Lato to wciąż gorące nie do wytrzymania noce, chmary kleszczy i barszcz Sosnowskiego atakujące ludzi z nagłówków porannej prasy, zrywny wiatr od morza przysypujący piaskiem stopy na plaży wczesnym popołudniem, ale jakby coraz bardziej poza mną. Poza mną pozostały poranne powtórki starych amerykańskich seriali w wakacyjnym paśmie telewizyjnym i świadomość, że wcale nie muszę wstać przed jedenastą, by włączyć do śniadania kolejny odcinek „Świętego”. Zostałem bez żadnego sprzeciwu, bez krztyny refleksji wchłonięty przez dorosły system, który nie znosi sprzeciwu i nie pobłaża głupstwom.

Każdego roku w wakacje właśnie tworzyłem opasłą plejlistę utworów znanych mi czasem gorzej, czasem wcale, a czasem po prostu dawno niesłuchanych, niebędących jednak przypadkową selekcją, ale opartych na wielogodzinnych, drobiazgowych poszukiwaniach. Utworów, które ten sam, znany doskonale świat — ulice, na których się wychowałem, i łąki, które już dawno zarosły blokami — przedstawiały jako nowy, ekscytujący rozdział. Utworów, które sprawiały, że z każdym rokiem stawałem się młodszy. Tak też każdego roku kreśliłem muzyką dni mojej młodości.

Opublikowano

2017: albumy

2017

emocjonalny, nie intelektualny — tak było; i wiecie co? bawiłem się świetnie; podczas gdy wkoło chór malkontentów po raz kolejny umartwia się nad kondycją muzyki, ja po raz pierwszy od lat nie potrafiłem zamknąć swojej rocznej listy w 40 pozycjach; wybrałem (jakże profesjonalnie!) najmniej, na ile mogłem przystać sam przed sobą, przypadkiem 44, ale mógłbym pewnie i dwa razy tyle (co dałoby 88, ostatnio dość niepopularną liczbę — jeszcze ktoś mógłby zarzucić mi symbolizm, co już samo w sobie byłoby godne pożałowania — i dla mnie, i dla zarzucającego, no bo hej) i nadal miałbym poczucie, że to zestaw solidny i ciekawy; słuchajcie muzyki, to dobrze robi

2017

44. Aaron Dilloway The Gag File

dilloway niezmiennie najbardziej uroczym ze wszystkich taśmociągów; gdy w trakcie kontrolnego odsłuchu jestem już niemal przekonany, że gag file nie dorasta do fenomenu modern jester sprzed dekady (bo nie dorasta), kolejnym utworem dilloway udowadnia, że wciąż potrafi błyskotliwie huczyć i buczeć, jest może przesadnie melancholijny i zaszumiony, ale the gag file to pierwszorzędny (i co ważne — zupełnie niezobowiązujący) dźwiękowy trip przypominający wszystko to, za co dillowaya kochamy najbardziej (♪ „switch”)

2017

43. Django Bates’ Beloved The Study of Touch

choć w zeszłym roku muzyczny świat zwrócił oczy na batesa głównie ze względu na jego udział w gwiazdorskim projekcie anouara brahema (wraz z tym davem hollandem i tym jackiem dejohnettem), jego własne eleganckie trio fortepianowe w jałowym dla mnie jazzowo roku (trochę z mojej własnej winy, heh) wydało mi się pozycją mniej obwarowaną; do batesa nie należy podchodzić z nożyczkami, trzeba pozwolić mu popłynąć, najlepiej wieczorową porą, ale sobotnim dżdżystym przedpołudniem też się sprawdzi (♪ „senza bitterness”)

2017

42. Rina Sawayama Rina

solidna metapopowa epka, która nie traci nic ze swojego powabu niezależnie od tego, czy podejdziemy do niej bezpośrednio czy ironicznie; sawayama jako trzon stylistyczny ukochała sobie ścisłą fuzję popu i r&b święcącą triumfy na listach przebojów całego świata w czasie milenijnego przełomu, dzięki przebojom britney spears, christiny aguilery czy *nsync (albo po prostu maxa martina); nie ma się jednak wrażenia, że piosenkarka spóźniła się o półtorej dekady — to raczej zwiastun kolejnego rychłego stylistycznego zwrotu w światowej popkulturze, wynikający z nostalgii za muzyką dzieciństwa obecnych 20-latków; nawet bez darkchilda czy wspomnianego martina na podorędziu, udaje się sawayamie perfekcyjnie odwzorować melodykę i charakter misternie zaprojektowanego przez nich popu — całość przefiltrowana przez vaporowe produkcje clarence’a clarity’ego i niewątpliwe inklinacje z prince’m lat 80. daje się czytać na wiele różnych sposobów, przez co niechybnie wkracza na terytorium muzyki popularnej o ambicjach artystowskich (♪ „cyber stockholm syndrome”)

2017

41. Chloe x Halle The Two of Us

gdzieś pomiędzy duchem półpiosenkowego blonde franka oceana, truchłem abstrakcyjnego r&b ze szkoły theesatisfaction a ciepłym brzmieniem klasycznego neosoulu znalazły się chloe x halle; dziewczęta przekornie, ale świadomie wybrały dla swojego pierwszego mikstejpu niemalże punkową formę, zamykając szesnaście mikroutworów w zaledwie 25 minutach muzyk; mimo tego wbrew pozorom słowem, które najlepiej opisuje the two of us nie jest szkicowość, ale przygoda, bo choć chloe x halle bez wątpienia podzielają pasję theesatisfaction do postminimalistycznie zapętlonych refrenów, z powodzeniem udało im się tę koncepcję rozciągnąć na cały krążek, co przy gęsto posianych, wykrojonych pewną ręką zmianach i tempa, i melodii, dało miejsce jeśli nie najbardziej satysfakcjonującej, to z pewnością najbardziej kreatywnie stymulującej płycie r&b tego roku (♪ „poppy flower”)

2017

40. Timber Timbre Sincerely, Future Pollution

choć fani i krytycy kręcą nosem wokół konwersji organicznego brzmienia timber timbre na syntezatory, ich dyskografia zyskała na tym niebanalny fabularny twist — wciąż dogłębnie noirowy, wciąż na swój sposób anachroniczny i freakowy, ale uderzający raczej w klimat neo-noir niż secesyjnego antywesternu (♪ „floating catherdral”)

2017

39. King Krule The Ooz

pominąć tegoroczną płytę king krule’a w podsumowaniu o inklinacjach mimo wszystko krytycznych to tak, jakby nie słyszeć niczego; można i pewnie fascynująco spędzić godziny, próbując dekonstruować urzeczywistnioną przez niego z naturalnością wizję metarocka; jestem zaintrygowany (♪ „dum surfer”)

2017

38. Kacy & Clayton The Siren’s Song

she & him w wersji polno-łąkowej z kwiatami we włosach i bez retromanieryzmu albo ktoś ogromnie rozkoszny (pokroju the everly brothers) wsiada w wehikuł czasu (tym razem przekornie do teraźniejszości) i zafascynowany płytami steve’a earle’a z lat 90. nagrywa prostolinijną, osadzoną trochę jednak poza czasem płytę (♪ „just like a summer cloud”)

2017

37. Saz’iso At Least Wave Your Handkerchief at Me: The Joys and Sorrows of Southern Albanian Song

fascynujący świat albańskiej tradycyjnej muzyki folkowej, o której nie wiem absolutnie nic, ale słucham z prawdziwym przejęciem; znakomite lekarstwo na odrobaczenie dobrego imienia królestwa albanii nad wisłą (♪ „bëje dru në përcëllime”)

2017

36. Flotation Toy Warning The Machine That Made Us

tam gdzie fleet foxes i the national zaniemogli, spod ziemi wyrosło flotation toy warning, którzy do follow-upu swojego jedynego w swoim rodzaju debiutu bluffer’s guide to the flight deck zabierali się przez 13 lat; nowy album londyńczyków to w 2017 jeden z nielicznych obronionych przyczółków starej szkoły indie popu (progresywnie przedzierającego się od kameralnego folku, przez nową psychodelią aż po alternatywny rock) z melodiami, aranżami, emocjami i pomysłem, jak sensownie zebrać w całość 60 minut muzyki, której prawdopodobnie mało kto będzie chciał jeszcze w ogóle słuchać (♪ „i quite like it when he sings”)

2017

35. Étienne Daho Blitz

daho błądzi w oparach dymu papierosowego między anachronicznym, ale progresywnym romantyzmem oscara wilde’a a planem zdjęciowym scorpio rising; jest eteryczny i zmysłowy jak przed laty i nie traci ani trochę z dawnego animuszu; blitz romansuje z rockowymi aranżami, ale jego podstawą pozostaje plastyczny psychodeliczny synthpop o chansonowskim rodowodzie, ale z bondowskimi implikacjami (♪ „les cordages de la nuit”)

2017

34. Tyler Childers Purgatory

choć jego brzmienie momentami potrafi być bardziej tradycyjne niż na wczesnych płytach johnny’ego casha, dzięki pozbawionemu maniery wokalowi i współczesnej produkcji, ani przez chwilę nie ma się wrażenia, że purgatory to wyprawa w przeszłość; childers ma wyobraźnię, zarówno tę muzyczną, jak tę i cechującą dobrego gawędziarza, dzięki czemu jego opowieści słucha się z zainteresowaniem (♪ „feathered indians”)

2017

33. K.Flay Every Where Is Some Where

ucieleśnienie wszelkich metapopowych ambicji; to niemal bezsprzecznie najlepsze od dawna połączenie alternatywnego r&b, indie rocka, art popu i świadomego hip-hopu, które nie jest ani alternatywnym r&b, ani indie rockiem, ani art popem, ani świadomym hip-hopem; k.flay ze swoim talentem do pisania chwytliwych refrenów i ciętych puent z pomocą trójki producentów robi z tego gatunkowego kalejdoskopu najlepszy możliwy użytek — mieszając wszystko w wielobarwnym, post-90sowym miksie rozmaitych wpływów i inspiracji (♪ „giver”)

2017

32. Ninos du Brasil Vida eterna

ninos du brasil kontynuują kurs na łączenie brazylijskiej batucady i minimalistycznego, plemiennego techno; tym razem zbaczają odrobinę w stronę industrialu, ale wraz z vida eterna potwierdzają, że to kurs słusznie obrany i „kto jak nie oni”; w ciasno zakreślonym rytmicznym tunelu bez odpowiedzi pozostawiają jedynie pytanie o płeć nietoperza na okładce (♪ „a magia do rei, pt. 2”)

2017

31. Marty Stuart and His Fabulous Superlatives Way Out West

przyśniło mi się, że pisałem o tej płycie, chociaż wcale nie pisałem i spędziłem kilka dobrych minut, aby ten tekścik odszukać — bezskutecznie; co mi się nie przyśniło: stuart, który honky tonk i hillbilly ma we krwi, nagrywa oniryczną płytę z neotradycyjnymi opowieściami o kowbojach, cytując obszernie ennio morricone i rocknrollowe bakersfield, gdzie każda piosenka jest jak scena z wymyślnej westernowej fantasmagorii, a wszystkie razem łączą się w pierwszoligowy koncepcyjny krążek (♪ „way out west”)

2017

30. Slowdive Slowdive

slowdive robią to, co potrafią najlepiej tzn. robią swoje; podobnie jak po my bloody valentine nie słychać po nich upływu czasu, trochę dlatego, że shoegaze osadzono poza czasem, a trochę dlatego, że wciąż mają wyczucie, talent i nie rozmieniają się na drobne; slowdive jest lżejsze od m b v i absolutnie bezpretensjonalne; nieironiczny i niepaździerzowy promień słońca na trapowym niebie dla wszystkich, którzy tęsknią za alternatywnymi 90sami (♪ „sugar for the pill”)

2017

29. Fatima Al Qadiri Shaneera

fatimie al qadiri do twarzy (choć nie stricte wizualnie) w masce złej królowej uwięzionej własnym urokiem w dark roomie gejowskiego klubu gdzieś w kuwejcie; zręcznie przełamuje kulturowe tabu i jednocześnie tworzy mroczny, bezkompromisowy, syntezatorowy pop umocowany w arabskiej tożsamości — coś, czego nie widział wcześniej ani świat zachodni, ani szeroki bliski wschód (♪ „alkahof”)

2017

28. Bell Witch Mirror Reaper

bell witch śmiało mierzą się z niemożliwą do odtworzenia formułą dopesmokera — półtorejgodzinnego doommetalowego drona (co samo w sobie czyni mirror reaper albumem, który koniecznie trzeba przesłuchać) i co więcej mają ku temu powód — to swoiste epitafium dla zmarłego w 2016 roku perkusisty adriana guerry; dzięki powtarzalnej, slowcore’owej naturze materiału i jego pokaźnym rozmiarom odsłuchiwane w całości staje się pełnowymiarowym doświadczeniem bliskości i realności śmierci (♪ mirror reaper)

2017

27. Kelly Lee Owens Kelly Lee Owens

wszyscy zastanawiający się co by było, gdyby christian löffler produkował grimes, mogą włączyć debiutancki longplay kelly lee owens (i, już poza konkursem na gaszenie wyobraźni dobrymi płytami, jej znakomity cover „more than a woman” aaliyah) (♪ „throwing lines”)

2017

26. 坂本龍一 async

po latach moczenia stóp w ambiencie sakamoto wreszcie powinął nogawki i przemyślał swoje stopy; znalazł równowagę między ambientową wodą od wieloletniego moczenia stóp, urzekającym fortepianowym obliczem, echem dawnego popowego mistrzostwa a żyłką awangardzisty; async to sakamoto pulsujący, sprzeniewierzający się zastanemu porządkowi, puszczający oko w stronę akademickiej współczechy, ale zachowujący bezpieczny dystans, w zakresie dźwięków słyszalnych (♪ „stakra”)

2017

25. Dirty Projectors Dirty Projectors

dirty projectors indiepopowy fundament na nowej płycie zastąpili alternatywnym r&b doprawionym glitchowymi loopami, w czym doskonale im do twarzy; longstreth, spiritus movens projektu, wie, jak wyjść poza schemat, jednocześnie nie wychodząc na oszołoma — traktuje r&b jako trampolinę poza klasyczną melodykę muzyki popularnej, ale nie ogranicza się do umiejętności przegryzania popowych schematów artystowskimi trickami — muzykę grupy cechuje w dalszym ciągu nietuzinkowa wrażliwość pokrewna tej, którą usłyszeć mogliśmy u solange, franka oceana, jamesa blake’a czy samphy (♪ „cool your heart”)

2017

24. Spoek Mathambo Mzansi Beat Code

spoek mathambo, południowoafrykańskiegy producent i raper, z polotem i wrodzoną lekkością miesza regionalną odmianę afrohouse’u zwaną kwaito z elektropopem i rapem, podobnie jak przed dekadą zrobiła to m.i.a. z kuduro (♪ „sifun’imali yethu”)

2017

23. Grizzly Bear Painted Ruins

sam przekląłem grizzly bear, gdy usłyszałem pierwszy singiel promujący painted ruins; później zacisnąłem zęby, ale niekoniecznie z nadzieją i choć nowojorski kwartet miał już swoje veckatimest (a może właśnie dlatego), udało im się obronić niepozbawiony gracji stylistyczny zwrot — painted ruins jest do pewnego momentu zadowalającą porcją tego, z czego ulepili swoje trzy poprzednie krążki, ale wyrasta na swój własny sposób poza tamten ekosystem; dzięki temu wentylowi grizzly bear nadal brzmią żywo; trudno powiedzieć, czy adekwatnie w czasie, gdy wszelkie indie jest w kreatywnym odwrocie; ich styl zawsze był ponadczasowy (♪ „aquarian”)

2017

22. Shinichi Atobe From the Heart, It’s a Start, a Work of Art

romantyczne dub techno (♪ „first plate 2”)

2017

21. Kelman Duran 1804 Kids

prawdopodobnie żaden gatunek muzyczny nie potrzebował rehabilitacji tak bardzo jak rozogniony przez pozbawione odrobiny ironii masy reggaeton; choć mówi się, że jedna jaskółka wiosny nie czyni, a jeden niszowy nieco ponad półgodzinny longplay można z całą pewnością potraktować jako jaskółkę, oparty na spitchowanych latynoskich samplach długogrający debiut kelmana durana w zadziwiający sposób wydobywa z reggaetonu esencję, serce tropikalnych bangerów, tu podszytą niepokojem, może nawet smutkiem, na poziomie do którego radiowy nieironiczny reggaeton nigdy nie będzie w stanie dotrzeć; jednocześnie duran nie obśmiewa swoich inspiracji, stojąc w punkcie widokowym na skraju post-muzyki (♪ „6 de la mañana”)

2017

20. Matt Martians The Drum Chord Theory

debiutancki longplay martiansa spotkał się w najlepszym razie z umiarkowanie entuzjastycznym przyjęciem — w dużej mierze nie spotkał się bowiem z jakimkolwiek przyjęciem w ogóle; oczywiście w internecie zdominowanym plagą efektu owczego pędu eufemizowanego jako hajp takie przeoczenia to codzienność; the drum chord theory to klasyczny bitowy neo-soulowy album, bardziej chyba w klimacie ostatnich produkcji thundercata aniżeli soulquarians złotego okresu, choć bez jazzowych inklinacji; bardziej szkicownik niż skończona płyta, co w erze coraz dalej posuniętej losowości w hip hopie i r&b, może być wartością; showcase słodkich refrenów i szorstkich bitów — prequel i spinoff flower boya tylera w jednym; dość pokrętne, w żadnym wypadku koncepcyjne, ale nadrabiające spontanicznością, synergią i mieszczącą się w oznaczonych ramach nieprzewidywalnością jam session; wreszcie najprzyjemniejszy (z całą prostolinijnością ukrytą w słowie przyjemność) okołosoulowy album tego roku (♪ „what love is”)

2017

19. Hiroyuki Ura, Kenichi Kanazawa, Satoko Inoue Scores

onkyo wychodzące z tradycyjnego onkyo i stojące obok; podłużne rzeźby z aluminium symetrycznie poukładane na pięciolinii i zamienione w koncepcyjną kompozycję przy pomocy fortepianu i perkusjonaliów; a wszystko to żyje, dzięki fieldrecordingowej głębi drzemiącej w performatywnym charakterze w przeciwnym razie nazbyt układnego i odpowiedniego utworu (♪ „scores 1200” (excerpts))

2017

18. Varg Nordic Flora Series Pt. 3: Gore-Tex City

gdzieś w skandynawii, między alessandro cortinim a yung leanem, ciemnoszarymi popołudniami powstaje płyta-pocisk, która w sensie społecznym być może jest dla europejskich społeczeństw tym, czym xo tour llif3 stało się dla amerykańskiego (♪ „stockholm city (drottninggatan, sergels torg)”)

2017

17. Vince Staples Big Fish Theory

dzięki big fish theory niewątpliwie utalentowany, ale zamknięty do tej pory w konwencji zachodniego wybrzeża vince staples wyrasta na jednego z naczelnych awangardystów współczesnego amerykańskiego rapu; elokwentne flow i szerokie spektrum tematyczne zyskują nowe życie, dzięki prostej stylistycznej wolcie — romansie z szeroko pojętą elektroniką objawiającą się na płycie pod różnymi postaciami od hip house’u, przez uk garage i hyphy, aż po flirty z detroit techno i bubblegum bassem (♪ „homage”)

2017

16. LCD Soundsystem American Dream

alternatywny dance nawrócony na post-punk, który nie tylko mówi ci, jak masz żyć, ale możesz do tego jeszcze sobie zatańczyć (♪ „oh baby”)

2017

15. Nicole Atkins Goodnight Rhonda Lee

jeśli przeszła ci przez głowę myśl, że organiczne granie z pogranicza country i soulu pod banderą nashville soundu nie ma współcześnie racji bytu, zeszłoroczny krążek nicole atkins goodnight rhonda lee to pozycja do przesłuchania; atkins żongluje inspiracjami duchem roya orbisona czy barokiem lee hazlewoodu, dialoguje z the dap-kings, jest szczera i emocjonalna i potrafi sensownie zamknąć towarzyszące jej uczucia w starej jak świat formule piosenki (♪ „darkness falls so quiet”)

2017

14. Nnamdi Ogbonnaya Drool

tegoroczny krążek amerykańskiego wywrotowca nnamdego ogbonnayi to charyzmatyczny zwrot w kierunku plastycznego hip hopu spod znaku outkast czy blackalicious — mocno osadzonego w soulu, ale jednak stricte rapowego; w tym duchu na drool typ rozwija swoją autorską wizję hip hopu, w stosunku do której określenie art rap nie byłoby ani trochę przesadzone; śmiało żongluje stylami, mieszając klasyczną atlantę i psychodeliczny neo-soul, trap i alternatywne R&B, jazz i wykręconą muzykę bitową; na terytorium pomiędzy rapem a śpiewem, czuje się jak ryba w wodzie (♪ „let go of my ego”)

2017

13. Richard Dawson Peasant

mając w pamięci wspólną historię joanny newsom i billa callahana, byłoby niedelikatne z mojej strony, gdybym wtrącił pomiędzy nich richarda dawsona; a jednak jego zeszłoroczny album, na którym żongluje przyjmowanymi rolami i punktami widzenia, leży właśnie gdzieś wpół drogi między ornamentami newsom a (wciąż intelektualną oczywiście) prostotą callahana — zarówno aranżacyjnie, melodycznie, jak i storytellingowo; dawson lubi swoją prostą americanę w tym samym stopniu, co niekoniecznie idealnie linearną budowę swoich piosenek wieńczonej jednak raz po raz czymś w rodzaju średniowiecznej hymniczności; tym samym peasant jest dla mnie jednocześnie fascynująco nieodgadniony, jak i fascynująco znajomy (♪ „ogre”)

2017

12. Charly Bliss Guppy

weezer gra twee pop (♪ „glitter”)

2017

11. GFOTY GFOTYBUCKS

gfoty w kompletnym przeglądzie swoich dotychczasowych (najlepszych i bardzo złych zarazem) pomysłów na post-muzykę; jeśli ktoś w 2017 roku zasługuje na status megagwiazdy popu to właśnie ona; niestety duże media znoszą post-muzykę i kreatywne ironizowanie jedynie w przypadku amerykańskiego trapu i prawdziwa post-muzyka skazana jest na drugi obieg; i gdzie ta cyberpunkowa przyszłość, którą obiecywali carpenter, gilliam i scott (♪ „don’t wanna / let’s do it (bucks mix)”)

2017

10. Sounds of Sisso

podróż w nieznane; w sercu tanzanii grupa lokalnych artystów łączy swoistą odmianę afrykańskiego hip hopu z tamtejszym wyobrażeniem szeroko pojętego electropopu inspirowanego shangaan electro i bongo flava; wyobraźcie sobie fuzję gqomu z kuduro, okraście ją archaicznymi syntezatorami i wszystkim, co tylko irytuje was w bubblegum bassie i przemnóżcie całość przez esencję muzycznego adhd — tak właśnie brzmi sisso (♪ „kimbau mbau”)

2017

9. Mono no aware

podróż w nieznane; czyjeś ulotne spojrzenie wyczute na własnym barku; niepokój stopniowo przechodzący w podniecenie; kryształowa róża; napięcie narastające powoli, ale sukcesywnie od urodzenia do śmierci; glitch; rozbity ekran telefonu zaklejony półprzezroczystą tasiemką; zmarszczona, zmęczona twarz odbijająca się w szybie pustego wagoniku metra; głęboki oddech; zaparowane szkła okularów; patos rzeczy i melancholia przemijania (♪ „second mistake”)

2017

8. William Ryan Fritch Birkitshi: Eagle Hunters in a New World

gopro o ścieżce dźwiękowej fritcha do własnego filmu napisało, że jeden człowiek brzmi tu jak 40-osobowa orkiestra i chociaż to fragment tekstu promującego projekt przez wydawcę, więc trzeba podzielić jego zawartość przez 3, w dalszym ciągu na samego fritcha przypadnie wówczas 13 i ¼ osoby, a to i tak nie lada wyczyn; fritch zebrał folkowe nagrania tradycyjnej mongolskiej społeczności birkitshi i zrobił z nich piękny przestrzenny dźwiękowy pejzaż z pogranicza plemiennego ambientu i urokliwego post-minimalu; rzecz jest prosta, może nawet momentami ckliwa, od czasu do czasu nawet odrobinę miałka, ale niesamowicie zręczna, a przy tym całkiem efektowna, przez co koniec końców chwyta za serce i rozpieszcza tych wrażliwców, którzy mają ochotę na odrobinę światła w swojej płytotece (♪ „qusbegi”)

2017

7. Natalia Lafourcade Musas

kiedy już prawie miałem natalię lafourcade za kogoś w rodzaju meksykańskiej brodki, na złość moim marnym skojarzeniom nie nagrała zachowawczej inspirowanej rockiem z artystycznymi zapędami płyty, ale wprowadziła mnie w magiczny świat spuścizny piosenki latynoamerykańskiej; z niespotykaną dzisiaj dbałością o aranżacyjne niuanse, niekłamanym przejęciem i autentyczną bandą (w tej roli los macorinos) odkurzyła całą paletę barw tradycyjnego sudamerykańskiego folku od meksyku i kubę po szczyty andów (♪ „rocío de todos los campos”)

2017

6. Arca Arca

„quítame la piel de ayer” — niepewnie rozpoczyna łamiącym falsetem wenezuelski producent arca w „piel” otwierającym jego tegoroczny album — intymną opowieść o rozpaczliwym pragnieniu miłości mającej wypełnić wewnętrzną otchłań dojmującej samotności; arca rozbiera się przed słuchaczem — dosłownie i w przenośni — swoje uczucia, doznania i myśli wyrażając emocjami, zarówno na poziomie brzmienia, tekstów, jak i — w znaczącej mierze — nieoszlifowanego, na wpół amatorskiego paraoperowego wokalu; dzięki temu arca jest w stanie przenieść swój mroczny, do tej pory dość chaotyczny i surrealistyczny sznyt producencki w nową sferę, gdzie tkanka muzyczna musi stanowić dopełnienie pozamuzycznej substancji — całkiem już realnej i namacalnej (♪ „saunter”)

2017

5. Charli XCX Number 1 Angel/Pop2

muzyka pop ma zwykle dwa oblicza — to prawdziwie popularne, bijące rekordy sprzedaży i rozpoznawalności oraz to, które świadomie wykorzystuje popularne patenty, aby tworzyć nową jakość; w tej drugiej kategorii już od kilku lat brylują tuzi bubblegum bassu a.g cook i sophie, którzy w 2015 zmaterializowali się na muzycznym horyzoncie charli xcx i pop zamigotał tysiącem barw; jej tegoroczne miksjtepy to definicja nie tego, jak brzmi muzyka pop w 2017 roku, ale jak brzmieć powinna; przebojowa, ale nie prostolinijna, budowana z jednej strony na elektronicznym hip hopie, z drugiej na klasycznej piosenkowej melodyce, niegrzeczna i ironiczna, ale nie na tyle, by grać na kontrowersje (♪ „delicious”)

2017

4. Tzusing 東方不敗

azjatyckie techno inspirowane tamtejszą tradycyjną melodyką musi wypłynąć i wypłynie na wierzch w morzu bezkształtnej motoryki, choćby finezyjnej, podobnie jak wypływa to zespolone z brazylijską batucadą; tzusing jest wybredny, świadomy i konkretny — doskonale wie, jak skonstruować kompletny i samowystarczalny industrialny pejzaż z amalgamatu miniaturowych, w pełni przetworzonych replik elementów chińskiej muzyki dworskiej (♪ 「日出東方 唯我不敗」)

2017

3. Gas Narkopop

kiedyś na open’erze zagospodarowywano na sety didżejskie taką półokrągłą betonową tubę — czy też dziwaczny cyberpunkowy hangar na małe śmieszne samolociki — wydrążoną w zielonym pagórku — choć pewnie po prostu przysypaną ziemią z krzakami; gdyby to ode mnie zależało, to podczas tegorocznej edycji wynająłbym tę tubę i na ripicie przez całe cztery dni grał tam narkopop gas (♪ „narkopop 10”)

2017

2. Brockhampton Saturation I II III

brockhampton nie tylko nie boją się konfrontować własnych lęków, ale na ekscentrycznie outsiderskich post-dirty-southowych bitach zamieniają odmienność i wyobcowanie w atut, który czyni ich brockhampton — pierwszym hiphopowym boysbandem ameryki; reformują amerykański hip-hop po swojemu — z jednej strony w pośpiechu i bez spójnej, jednoznacznej wizji, z drugiej — w sposób, który nie zna podziału na brudne południe, wschodnie czy zachodnie wybrzeże, pop rap, trap czy gangsta rap, hip-hop świadomy, polityczny czy eksperymentalny; nowa i stara szkoła to zatem w kontekście brockhampton poruszającego się momentami na skraju buntowniczego queerhopu pojęcia zupełnie bezużyteczne; wydane w 2017 roku trzyczęściowe saturation to nowa zupełnie mitologia; nawet z tym nie handlujcie (♪ „lamb” (extended))

2017

1. Tyler, the Creator Scum Fuck Flower Boy

tyler, the creator skroił w tym roku swój najbardziej koherentny tematycznie i brzmieniowo album w karierze; scum fuck flower boy oparty został w dużej mierze na przytulnych neo-soulowych hookach, ale nie rozwadnia wcale zawartości tylera w tylerze — nie szuka kompromisów, ale świadomie poświęca część istoty goblina, by zrobić miejsce dla niewyeksponowanej wcześniej części tylera; nie ma tu jednak miejsca na stylistyczną i przedmiotową schizofrenię — potencjalne luki skutecznie wypełniają fantazja i absurd, ale przesłanie pozostaje czytelne — w jego centrum znajdziemy istotę wszelkiego humanizmu — odwieczną udrękę człowieka wynikającą z nieustannego mierzenia się samotnością; to nie nowy tyler, to nie tyler uciekający od umiejętnie skrojonej dla siebie przed laty kreacji, wreszcie nie tyler pragnący rehabilitacji czy desperacko szukający akceptacji, a po prostu tyler, the creator ze wszystkimi kreatywnymi przymiotami i konsekwencjami własnej persony, tu, na poczet kolejnej artystycznej kreacji, wychylający własną twarz zza maski goblina; to jednak w żaden sposób nie czyni go nagim czy bezbronnym; nie rezygnuje z siebie — wyraża siebie; posługując się językiem gombrowiczowskim, może rzec, że tyler doprawił sobie wreszcie zupełnie ludzką gębę; niezależnie od wszystkiego to płyta, po przesłuchaniu której ma się ochotę chwycić tylera mocno za rękę i długo nie puszczać (♪ „911 / mr. lonely”)

powyżej plejlista z wyszczególnionymi hajlajtami, a tutaj całe płyty w zupełnie losowej kolejności

Opublikowano

City lights sparkling bright at almost midnight while getting back home after being long time gone

nic

Nic, zupełnie nic

Vita flumen siłuje się w moim kalendarzu z uki-yo. Nie tyle na pięści, co w rozmaitych uściskach i splotach — transgresywnych czy transpozycyjnych, sam już nie jestem przekonany co do ich charakteru. A tymczasem kiedy wreszcie rozbierzesz się zupełnie przed samym sobą, zedrzesz wilgotnymi palcami całą skórę, płatek po płatku, i w tym akcie samoświadomości potraktujesz się z szacunkiem i zrozumieniem, jakiego wcześniej nie doświadczyłeś, bo doświadczyć nie mogłeś, trudno odnaleźć ci się we własnym życiu pięć miesięcy później, gdy stoisz dobrze ubrany pośród innych ludzi w zatłoczonym tramwaju. Jak się tu znalazłem? Jak znalazłem się tam? Nic nie jest oczywiste, może poza tym tylko że naturalnie po jakimś czasie potrzebujesz odpoczynku, odmiany, już nie ucieczki, a chwili zwyczajnego spokoju, której nie trzeba wiele by przemieniła się w bezkresny sen. Jak się tam dotrę? Jak znalazłem się tu? A jak tam daleko jeszcze wtedy? Prawie jak u Talking Heads. Po dniu przychodzi noc, a po nocy kolejny dzień. To wystarczy, by nie odpowiadać, nie pytać, nie wiedzieć.