Opublikowano

Carlowi Sandburgowi

ja

Carl Sandburg

Szukając siebie, potykam się co rusz o Carla Sandburga, który sprawił, że jako dorosłemu człowiekowi, słowa zaczęły układać mi się jakby inaczej —
uwielbiam swoją żółtą książeczkę i ściskam ją w dłoni, ilekroć czuję zawód monotonią codziennego życia.

Kartkując żółte, jak kukurydza, o której śnił pewien farmer z Illinois, kartki, zerkam to na nieśmiale nadrukowane wersy, to za okno, gdzie dzieje się życie.
Ktoś inny wygląda na to z okna szarej kamienicy z naprzeciwka, a jego myśli zakrywa chmura dymu papierosowego.

Im dłużej wytężam wzrok i umysł, a nie potrafię przez nią przejrzeć, tym mocniej ściskam żółtą książeczkę i tym milej wspominam Carla Sandburga, który to potrafił.

Opublikowano

Wiosna nas ominie

Wiosna

Wiosenne drzewo Schielego

Znów nie założę lekkiego płaszcza — pomyślałem nieopatrznie, zaglądając do szafy w któryś z pierwszych dni polskiego koronawirusa. Przeraziła mnie ta myśl na wielu poziomach. Ludzie umierają, tracą pracę, a ja w ten sposób. Gdybym chociaż był ofiarą mody, można by pewnie spojrzeć na mnie łaskawiej. Z pobłażaniem. Mimowolną refleksją, że najwyraźniej nie można mi już pomóc.

Wyczerpały mi się baterie w lampce w kształcie wieloryba-ducha. Mam zamienniki w drugiej szufladzie kredensu. Albo trzeciej, zależy z której strony liczyć. No i te zamienniki. Jeśli wykorzystałbym je teraz, mógłbym nie mieć kolejnego kompletu na później. Gdy moja lampka-wieloryb wyczerpałaby następne dwie baterie, zostałbym z niczym. W ciemności. Musiałbym rozważyć co najmniej wyjście do sklepu na dole.

Trudno o sytuację bardziej surrealistyczną niż wizyta w spożywczaku w trakcie epidemii . To dwa kroki stąd, a jednak wyprawa. Trzeba pilnować każdego ruchu — skrupulatnie przemyśleć listę zakupów, wybrać odpowiedni outfit. Czy nie za wcześnie na maseczkę? W mediach mówili, że to dla tych, którzy są już chorzy. Choć też zależy na którym kanale. A jeśli mnie wyproszą? Albo, nawet gorzej, nakapują do Sanepidu, że coś ze mną nie tak? W ciasnych alejkach trudno upilnować odległość, zwłaszcza jeśli co rusz napiera na ciebie starzec, któremu najwyraźniej wszystko jedno, a chwilę później wbrew wszelkim założeniom i poza jakimkolwiek protokołem spotykasz kobietę kaszlącą na jogurty. Oho, widzi cię, bo zmienia trajektorię kaszlu. Przez cały czas bacznie obserwujesz innych i jesteś obserwowany. W jednej chwili z ofiary możesz przeistoczyć się w napastnika zupełnie wbrew wszelkiej logice, swoim intencjom i wymiarowi całej sytuacji. Biedna kaszląca, biedne jogurty, biedny ja.

Wiemy już, że z kina apokaliptycznego, epidemicznego, wojennego nie dowiemy się, że najpierw kończy się papier toaletowy. I że to trochę wstyd, tak się dać ponieść owczemu pędowi przy całej tej racjonalności, którą sobie przypisuję, ba!, chełpię się nią, gdy inni panikują. W głębi siebie rzecz jasna. I zachowując rzeczowy ton w rozmowach telefonicznych z matką (wtedy się w tej racjonalności utwierdzam i wzrastam). Ale co jeśli rzeczywiście nie uda się tego papieru zdobyć przez jakiś czas. Głupio mi, ale wrzucam do koszyka, póki jeszcze jest. Czy innym wrzucającym też jest głupio?

Słyszałem o tych wszystkich imprezach online, gdzie można bez przeszkód się gromadzić, ocierać nawet (jeśli komuś brakuje komunikacji miejskiej w godzinach szczytu i koncertów chujowego hip hopu), ale jakoś tak wyszło, że sam jeszcze na żadną nie trafiłem. Brakuje mi trochę prawdziwych ludzi, ale staram się doceniać tę sposobność (swoją drogą — niezłe słowo na coś, na co nie ma się wpływu), by zwolnić. Więc jak na razie wzorowo marnuję ten czas. Pierwszy dzień home office’u był jak Gwiazdka! Być w pracy i zrobić pranie? Komu mogę podziękować, kogo uściskać? Cofam, ściskać się teraz nie wolno. Mimo tych małych radości konsekwentnie czuję się jednak jakiś przeżuty. Ale cóż. Co rusz podejmuję małe próby, by ten marazm przezwyciężyć. I nerwicę. Bo okazuje się, że mam nerwicę. Może i mam.

Zalałem sobie właśnie herbatą biurko i podbiurcze. Niech będzie, że w ramach puenty.

Opublikowano

Japonia utracona i czytelnik z potencjałem

Japonia utracona

Hasui Kawase, Góra Fuji widziana z Tagonoura, 1940

Zwykle nie bawię się w noworoczne postanowienia, bo, jak słusznie głoszą stoicy, każdy dzień, każdy moment może być nowym początkiem, a że jedynie nad chwilą obecną mamy jako taką kontrolę, najlepiej zacząć natychmiast. Ale pomyślałem sobie, że skoro akurat tak się złożyło, że rozpoczął się nowy rok, można podpiąć się z własnym początkiem pod dobrze znaną coroczną tradycję projekcji własnych rozczarowań (sobą samym). Otóż, postanowiłem czytać więcej książek. Nie, żeby poprawiać statystyki w corocznych badań czytelnictwa, nie, by zyskać moralną legitymację, by piętnować nieczytanie, ale z wewnętrznej potrzeby harmonijnego stawania się.

Matka sugerowała mi czasem, że jestem raczej potencjalnym czytelnikiem — potencjał ten wynikać miał ze słabości do gromadzenia książek na półkach — ładnych i/lub uważanych za wartościowe. Odziedziczyłem go zresztą po babci, która skrupulatnie przez większość swojego życia zapełniała kolejne regały w dużym pokoju klasyką literatury polskiej i światowej, tomiskami słowników, encyklopedii i serii historycznych, poradnikami, książkami kucharskimi. Pamiętam, że w latach 90-tych czytelnikiem części tego domowego zbioru, prawdopodobnie zresztą pierwszym, został mój ojciec. Ja z tego literackiego cmentarzyska po latach uszczknąłem jedynie dwutomowych „Chłopów”, których oczywiście nigdy nie skończyłem. Tymczasem moja osobista tragedia polega na tym, że uwielbiam czytać — znalezienie się w szczycie dobrze napisanej historii to uświęcony moment powtarzalnej codzienności — ale niestety lepiej wychodzi mi znajdowanie wymówek, dlaczego od dwóch tygodni nie posunąłem się ani o stronę do przodu. Wciąż żyję ułudą, że wystarczy zmiana optyki — w każdej z tych chwil, co do których nie mam przekonania, że czemuś służą, zaglądał będę do swoich bohaterów (przy czym, śpieszę dodać, nie zależy mi tu wcale na maksymalizacji użyteczności — musiałbym bowiem znaleźć sposób, by nadać bezczynności wymiar pragmatyczny) i tak uda mi się dobić do spodu fizycznej sterty liczonych w dziesiątkach woluminów do przeczytania. O każdym z już przeczytanych, o ile będzie miało to jako taki sens, spróbuję też coś krótko napisać. Oto więc jak zacząłem.

Japonia utracona

Alex Kerr, „Japonia Utracona”, wyd. Karakter, 2019

Transformacja społeczeństwa tradycyjnego w nowoczesne, która Europejczykom zajęła kilka stuleci, w Azji wschodniej skondensowana została do kilku dekad — po porażce drugiej wojny światowej pod okupacją amerykańską Japończycy odwrócili się od własnego dziedzictwa kulturowego w pogoni za modernizacją kraju. Postępujący przez kilkadziesiąt lat proces sprawił, że wielu z nich utraciło związek ze sztukami i rytuałami, które przez tysiąclecia definiowały japońskość, skutkiem czego obecnie coraz częściej Japonia inwestuje jedynie w symbole kultury niż świadomie kultywuje własne tradycje. Alex Kerr jako Amerykanin, którego związki z Japonią i Chinami zataczały koła przez całe jego życie, posiadł szczególną perspektywę gaijina dopuszczonego tam, gdzie nie-Japończyków się nie przyjmuje — za kulisy teatru kabuki, do domów artystów i intelektualistów, na zamknięte targi sztuki w Kioto, dzięki czemu był w stanie jak nikt inny wypunktować współczesne bolączki kraju kwitnącej wiśni. Nie przyjmuje jednak ani na chwilę post-kolonialnej perspektywy, podług której chciałby uczynić Japonię na powrót krajem zacofanym, ale rzeczowo wskazuje na przyczyny i skutki kolejnych zachodzących tam zmian. „Japonię utraconą” czyta się czasem jak biografię, czasem jak przewodnik, momentami jak esej, chwilami jak powieść, ale przez całą lekturę ma się wrażenie naocznego uczestnictwa w opowieści Kerra, jakby opowiedział ją czytelnikowi twarzą w twarz podczas nocnej pogawędki, siedząc na podłodze jego chaty w dolinie Iya. Znakomite studium współczesnej i utraconej Japonii pozbawione japonistycznej nabożności, ale też uniwersalna opowieść o sztuce w czasach, w których rządzi ekonomia.

Opublikowano

W moim jesiennym ogrodzie mieszka Tōru Takemitsu

wariacja na jesienny ogród i japońskiego kompozytora

wariacja na jesienny ogród i japońskiego kompozytora

Fejsbuk przypomniał mi, że dokładnie przed pięcioma laty w moim jesiennym ogrodzie zamieszkał Tōru Takemitsu. Jego niezrównany koncert na klasyczną orkiestrę gagaku pozwolił mi przetrwać pozornie najbardziej beztroską, w rzeczywistości najbardziej gęstą i ciemną jesień w moim życiu — mizerną kładkę pomiędzy dzieciństwem a dorosłością, linę zawieszoną nad czeluścią pokonywaną na palcach przez złej sławy pokój 25. A mimo tego, gdy patrzę na ten pocieszny fotomontaż z niezgrabionymi liśćmi dębu, który ćwierć wieku wcześniej posadzono na skraju niewielkiej przydomowej działki z przeświadczeniem, że będzie miniaturowy, z niezmordowanymi begoniami mojej mamy, które mimo chłodu i zbliżającej się nieubłaganie zimy wciąż, jakby przeciw wszystkiemu, promieniowały dojrzałą witalnością — gdy patrzę na ten fotomontaż, czuję pomost przemożnego poczucia końca, szczególnie pojmowanej bezradności przechodzącej płynnie w harmonię, współistnienie, pełnię, ład. Jak ten dzieciak, który, gdy tylko w zimny listopadowy wieczór spostrzeże na fioletowo-pomarańczowym niebie pierwszy płatek śniegu, zerwie się, by włączyć „You Must Believe in Spring” Billa Evansa, jakby ten płatek śniegu miał być początkiem nieuchronnego końca, który można jednak wiarą i magią przemienić jeszcze ostatkiem sił w nowy początek. Jutro śnieg stopnieje, wyrosną nowe pędy, zakwitną niezmordowane begonie. Minie rok, nim jesienny ogród znów odwiedzi Tōru Takemitsu.

Opublikowano

Niepamięć

ja

Martwe drzewo na jeziorze Nigadoo pędzla Rodrigo Moynihana

W internecie nic nie ginie — powtarza się czasem małolatom ku przestrodze w odruchu, który ma być namiastką nauki o konsekwencjach własnych działań. Obracamy jednak często te słowa z nadzieją, że ta złota zasada o bezkresie globalnej sieci unieśmiertelni na swój sposób naszą ulotną obecność nie tylko w niej, ale w ogóle — zaznaczy jakoś fakt naszego istnienia. Kiedyś trzeba było być władcą, myślicielem, wynalazcą, literatem, a i to nie gwarantowało nieśmiertelności. O tym decydowały kaprysy historyków i usposobienie kolejnych pokoleń. Dziś nie trzeba już niczego — jeśli ktoś umie tylko korzystać z Googli, to nas znajdzie. Co jednak jeśli zginąłby cały internet, a wraz z nim nasza i miliardy innych binarnych tożsamości przenikających się w bezkształtnej, szarej masie. Nie musimy rozważać nawet czarnego scenariusza katastrofy klimatycznej, której internet wraz z całym naszym cywilizacyjnym dobytkiem złożymy w końcu w ofierze. Internet może przecież zniszczyć wojna albo wyprzeć nowsza technologia. Gdy wymyślimy coś nowego, to, co dziś wielu uważa za swoje okno na świat, może naturalnie odejść do lamusa jak niegdyś dyskietki czy cylindry woskowe.

Cylindry fonograficzne były pierwszym, bardzo niedoskonałym masowym nośnikiem zapisu i dystrybucji muzyki. Wprowadzone na rynek w 1888 roku pozwalały na utrwalenie dwóch minut nagrania i pierwotnie wykonywane były z wosku, który po dwudziestu latach zastąpiono trwalszym celuloidem (o dwukrotnej pojemności i nieporównywalnie lepszej jakości). W międzyczasie z rynku wyparły je płyty szelakowe, a pod koniec lat 40. — winylowe. Produkcji cylindrów i odtwarzających je fonografów zaprzestano przed końcem lat 30. Jest we mnie naturalna chęć sięgania po to, co znalazło się na skraju niepamięci, i tu więc zabrnąłem. O ile początki filmu z akademicką pieczołowitością celebruje liczne grono kinomanów, o tyle narodziny fonografii leżą w strefie zapomnienia. To pchnęło mnie przed kilkoma laty w stronę książki fascynującej i absolutnie unikatowej — Billboard Pop Memories 1890-1954 Joela Whitburna, który tę odtrąconą przez popkulturę muzykę skatalogował i opisał z chirurgiczną wręcz precyzją (swoisty abstrakt tamtej lektury znajdziecie tutaj). Wśród najpopularniejszych utworów pierwszej dekady fonografii znalazło się kilka nagrań, których zresztą najprawdopodobniej nie będzie dane nam usłyszeć, bo, mimo rekordowej na ówczesne warunki sprzedaży, zaginęły. Co od egzemplarza. Wśród nich oryginalne wykonanie jednego z największych amerykańskich przebojów końca XIX wieku „My Old New Hampshire Home”, które miało sprzedać ponoć ponad dwa miliony kopii zeszytów z nutami (choć jeden cylinder z faktycznym nagraniem trafił ponoć ostatnio do Biblioteki Kongresu). Albo pierwsze wykonanie „The Sidewalks of New York” nagrane przez Dana W. Quinna — jednego z najpopularniejszych ragtime’owych pieśniarzy Ameryki przełomu wieków. Jego wersja według książki Whitburna przez 9 tygodni znajdowała się na szczycie ówczesnej listy przebojów. Nie wystarczyło, by nie rozpłynąć się na dobre w powietrzu przed nastaniem epoki cyfrowej. Czy jednak którekolwiek z zachowanych do dziś nagrań epoki początków fonografii miało więcej szczęścia?

W kwietniu ukazała się w Polsce oryginalnie wydana we Francji w połowie lat 90. przedziwna powieść Patricka Modiano, jednego z ostatnich pisarzy-noblistów. Przedziwna, bo formalnie oscylująca na granicy specyficznego dziennika, reportażu z okupowanego przez Niemców w czasie drugiej wojny Paryża i literackiego śledztwa. W centrum zainteresowania pisarza znalazła się nastoletnia w latach wojennych dziewczyna nazwiskiem Dora Bruder, której ówczesne losy Modiano próbuje odtworzyć po ponad pięćdziesięciu latach na podstawie poszlak historycznych, strzępów informacji i własnych przeczuć. Modiano podejmuje się działania straceńczego, ale napędzanego żywym heroizmem — dla siebie i dla świata chce odzyskać tę jedną zapomnianą przez wszystkich historię na przekór bezlitosnym trybom czasu. Niepamięć ma u niego twarz konkretnego człowieka. Jest Dorą Bruder, która jako niepokorna młoda żydówka w okupowanym przez Niemców Paryżu została skazana na zapomnienie. Wyrok wykonano. Odtworzony po latach zapis jej krótkiego życia wstrząsa nawet bardziej tym, co nie zostało napisane, aniżeli tym, co napisać się udało. Nieco inną twarz niepamięć przyjmuje w „Białymstoku”, głośnym reportażu Marcina Kąckiego, gdzie żydowska historia miasta została po wojnie zasypana razem z ostatnimi macewami, by wylać w centrum nowy plac, zasadzić drzewa i zacząć wszystko od nowa. Kącki nie dotyka niepamięci tak intymnej, nie ma do tego środków, ale i inne jest jego ujęcie tematu. Mierzy się z wymiarem terapeutycznym niepamięci, dla wielu po wojnie koniecznym, i praktycznym — świadomie podjętą decyzją o niepamięci i jej dziedziczeniem. Niepamięć jednak wyborem jedynie bywa, jej natura jest od nas, ludzi, niezależna — wszyscy, jak Dora Bruder, jesteśmy na nią skazani. Wykonanie wyroku może zostać odroczone. Ludzie od zarania dziejów zastanawiają się, czy istnieje instancja, która może go uchylić.

Nie udało mi się zawalczyć z własną niepamięcią. Gdy chciałem zacząć pamiętać, babcia już zapominała i nigdy nie udało nam się porozumieć. Były historie, których nigdy nie usłyszę, ludzie i miejsca, których nie będzie dane mi poznać, uczucia, których nie poczuję. Parafrazując Modiano, dla którego zatłoczone ulice Paryża bez Dory Bruder wydawały się całkiem puste, to brak, którego, wiem, że nie uda się niczym zapełnić. Świadomość częściowej śmierci. Ból fantomowy.

Opublikowano

lepienie domowych obłoków na potem

ja

tapeta-chmurki-rozowa.jpg

gdybym nawet w zdrowym, choć nagłym odruchu
wyrwał sobie z piersi, gardła i ze skroni
wszystkie słowa i ich znaczenia, które we mnie siedzą
niechybnie wymieszałyby się ze sobą na nowo

cała mozolna praca
oswajania nieznanych gwiazdozbiorów, odległych galaktyk
na czarnym jak gorący asfalt lub atrament nieboskłonie
wabienia różowych promieni poranka, budzenia rannego ptactwa
lepienia domowych obłoków na potem
skrapiania nieśmiałą rosą młodych pędów nowego wspaniałego dnia
obróciłaby się w niwecz

nieoswojone ptactwo żerowałoby na pędach domowych galaktyk
a w młodym jak poranne obłoki gwiazdozbiorze
skrapiałbym promienie asfaltu nowym atramentem

pozory szaleństwa czy szaleństwo pozorów

Opublikowano

oda do wyjebania

wyjebane? wyjebane!

wyjebane

po południu i nad ranem
wszyscy mamy wyjebane
ja z tobą i pani z panem
wyjebane? wyjebane!

o dyskusji nie ma mowy
odwracamy wszyscy głowy
jeśli jednak coś zaskoczy
wystarczy zasłonić oczy

nawet gdy coś się wylało
choćby dawno i niemało
nie ma sensu by się wstydzić
za coś, czego się nie widzi

co się zbiło, niechaj leży
przecież samo nie pobieży
jeśli komuś chce się trudzić
niech się trudzi, prawo ludzi

osobliwy bukiet woni
nie załamie naszych dłoni
jeśli komuś to przeszkadza
czasem spacer oswabadza

się zdarzyło, nie chcę zwodzić
trzeba było nie wychodzić
w końcu życie to impreza
kogo nie ma, tego nie żal

czy jest brudno, źle czy smutno
jakie wczoraj, takie jutro
posłuchaj jednak anonku
wolnoć tomku w swoim domku

Opublikowano

sam bym siebie nie potrafił dostrzec

ja

niechlujnie wykadrowany polaroidowy autoportret andy’ego warhola z czaszką

bezbarwną kredą nakreśliłem niechlujnie własny portret

niezgrabny owal twarzy
dwie drobne kropki w miejsce oczu
pętelka za nos
i lekko wypukła krzywa zaklęta w półuśmiech
demonstrujący moje zadowolenie z życia
ale nie ostentacyjnie

przypiąłem posłusznie portret
do bezmiernej ściany pełnej setek, tysięcy posłusznie przypiętych podobizn i wizerunków
nieznajome twarze tak podobne mojej tańczyły mi przed oczyma
na tyle, ile dwie drobne kropki pozwalały objąć wzrokiem

pobladłbym z przejęcia, lecz że kartka była biała, a kreda bezbarwna
sam bym tego nie potrafił dostrzec

Opublikowano

gdzie oni są, gdy nie ma ich tutaj

ja

młody glenn gould bez butów

na wzór twój i podobieństwo
nakreśliłem bezbarwną kredą własny portret

powściągliwie wrysowałem w siebie
posiwiały lament własnej matki
cichy szloch sióstr
i brak braci

usta tych, którzy szeptali
oczy tych, którzy zerkali
i ich palce
— oddałem im swoje własne

wrysowałem tych, którzy przybyli z daleka, by przy mnie umrzeć
i tych, którzy wyjechali, by umrzeć daleko
tych, na których żebranie nigdy nie odpowiedziałem
i tych, którzy odsuwali się, gdy żebrałem ja

wypełniłem kontur tymi
których nazywano takimi ludźmi
— gdzie oni są, gdy nie ma ich tutaj —
myślałem