Opublikowano

não identificado

ja

sir george campion courthope wymalowany ze swojego fotela
erased lord, pochoir

zalałem czarnym atramentem
nakreślony bezbarwną kredą własny portret

drżącym ruchem mojej lewej ręki
wyłowiłem z toni pojedynczą smugę

zamaszysty gest — obcy i prawdziwy
wydarł się bezgłośnie wewnątrz szkicu

liczyłem własne odbicia dojrzane w źrenicach innych
i kroki pomiędzy każdym z nich
a tym, które wciąż naiwnie miałem za własne

miarowo miąłem piętrzące się bezrozumnie atrybuty i artefakty

odszedłem dalej,
bezwiednie brocząc atramentem

Opublikowano

Tropiąc siebie po za dużych śladach

mendini

Młody Kurtek kontestuje dzieła wielkiego mistrza dizajnu Alessandra Mendiniego; zdjęcie zdjęcia z katalogu w obróbce własnej

W refrenie „Diddy Bop” Noname z jej przecudnie mieniącego się najżywszym neosoulem krążka Telefone jest taka linijka, która zawsze mocno mnie uderza, choć jednocześnie zdaję sobie sprawę, że na chłodno niewiele pewnie można z niej wyciągnąć. „This sound like growing out my clothes” śpiewa z pasją Cam O’bi, nawiązując do przepełnionego ciepłą, niemal magiczną nostalgią za trudnym przecież i zwykle skutecznie odzieranym z niewinności przez rówieśników początkiem końca dzieciństwa. Te same emocje towarzyszyły mi w zeszłe wakacje, gdy w pociagu relacji Wrocław-Gdynia ze łzami w oczach chłonąłem każde słowo Nakarmić kamień Bronki Nowickiej. Tę samą strunę pociągnęła lata temu projekcja Poro poro omohide (polski tytuł to Powrót do marzeń) Isao Takahaty, filmu pozostającego na marginesie kanonu Studia Ghibli, może dlatego, że przedstawiającego historię dorosłej już kobiety mierzącej się z ideałami własnego dzieciństwa.

Nie chodzi tu o rozliczanie się czy zamykanie czegoś, ani też o wyrastanie, porzucanie czy inne mentalne zapasy. Raczej żyje we mnie pewna wiara, że jesteśmy w stanie od dawnych siebie nauczyć się wcale nie mniej, niż dawni my nauczyliby się od obecnych czy przyszłych nas. Przyjęło się, nie bez powodu zresztą, że w ramach międzypokoleniowego rytuału to starsi, doświadczeni, usuwający się w cień udzielają rad młodszym, nieopierzonym, z werwą, ale i naiwnością sięgającym po swoje. Te rady wcale nie muszą przyjmować tak dosłownej formy aktu przekazania mądrości życiowej. Mogą odbywać się pośrednio przez obserwację innych czy uczestniczenie w kulturze. To oczywiście buduje nas takimi, jakimi się stajemy. Gdy jako dziesięciolatek oglądasz po raz pierwszy Ojca chrzestnego, następnego dnia w szkole chcesz być gangsterem — to zrozumiałe. Mija kilka tygodni, Eminem wydaje nowy album, o którym mówią wszyscy — dzięki tej płycie stajesz się bardziej raperem — być może najbardziej w całym twoim życiu — przeszłym, teraźniejszym i przyszłym, a może to dopiero początek pewnej drogi.

Zabrnąłem, a chciałem jeszcze jedynie dodać, że w tym niekończącym cyklu stawania się warto wracać do siebie sprzed lat i słuchać, co ten daleki, ale przecież jednak bardzo bliski krewny ma do przekazania. Nie, nie zamierzam przed trzydziestką zacząć się zastanawiać, czy może jednak powinienem zostać gangsterem albo raperem (jeden Taco Hemingway to, jak się okazuje, i tak o jeden za dużo), ale mogę na przykład, by możliwie jak najbardziej umilić sobie powrót do pracy po ponad dwóch tygodniach (czynnego niestety) odpoczynku, sięgnąć do zajawek i inspiracji muzycznych młodszego siebie. Młodszego o jakieś osiem, dziewięć lat, myślę, kiedy jako młody student wyszedłem wreszcie z bańki amerykańskiego R&B i zacząłem garściami karmić się nieznanym i egzotycznym wówczas wciąż kanonem. Przemaglowałem wtedy od góry do dołu rozmaite zestawienia najlepszych płyt wszech czasów na czele z niesławną pięćsetką Rolling Stone’a, skąd zaatakowali mnie zbrojnym ramieniem Steely Dan, Paul Simon, Tom Petty, cała masa jangle i power popu, americany, soft rocka od połowy lat 70. do połowy 90. Teraz złożyłem te wspomnienia w letnią plejlistę i zupełnie przypadkiem zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę wówczas, tych osiem lat temu nie tropiłem nikogo innego, ale samego siebie — bez świadomości podążając w nieznane po zbyt dużych śladach moich własnych przecież stóp.

Opublikowano

nibyżycie

ja

autoportret, egon schiele

na wzór twój i podobieństwo
nakreśliłem bezbarwną kredą własny portret

rozejrzałem się przedtem uważnie
najpierw w lewo, później w prawo, potem znowu w lewo
tak jakbym przechodził przez ulicę

przeciągnąłem za sobą po tłustej zebrze z wielkim mozołem
ogromny stalowy wagon — nibypełny

niby odpocząłem, nim wyszedłeś mi na spotkanie
niby byłem gotów, by dalej kreślić, rozglądać się, przeciągać z mozołem
nibyzdolny, nibyrześki

niby przeprosiłem, niby podano mi rękę na zgodę
niby wyciągnąłem się z siebie, kiedy wezbrałem w sobie
niby kochałem, choćby przed laty
niby naprawdę, niby na niby

Opublikowano

— ad infinitum („wiosna”)

wiosna

„Martwa natura z czaszką”, Philippe de Champaigne

Martwa natura:

Wyrastające gęstą wiązką korzeni spoza kadru przyszarzone codziennością różnej grubości kable bujnie oplatają uginające się pod ciężarem muskularnego monitorowego monolitu biurko z kasztanowej drewnopodobnej sklejki.

W bezładzie: garść długopisów, zakreślaczy, niektóre z nich z gołymi głowami, inne w barwnych kapeluszach, kilka przybrudzonych wizytówek, w trzech czwartych opróżniona przezroczysta plastikowa butelka z wodą mineralną.

Gdzieś pośród nich rozdzielona para błękitnych spinaczy nerwowo wypatrujących siebie nawzajem.

W tle trzy jasnozielone liście szukające światła wychylają nieśmiało łebki z wypełnionej na wpół już przejrzystą wodą karafki — od dołu lekko tubalnej z idealnie eliptycznym nieco węższym od tuby wierzchołkiem.

Obok stado nieopacznie kolorowych segregatorów w twardych obwolutach wykończonych metalem i zdobionych poważnymi odręcznie naniesionymi czarnym markerem napisami złapane kątem oka na sekundę nim poderwie się do lotu i zatrzepocze wewnętrzną dokumentacją, gubiąc co drobniejsze faktury, mimowolnie wydalając przetrawione umowy i akta.

Na pierwszym planie przybrany w złowrogą czerń drapieżnik zastygły bez ruchu w pozie poprzedzającej daleki skok — przynajmniej międzymiastowy.

W jego cieniu rumiany z ekscytacji dziurkacz wbrew obyczajom w myślach ostrzy sobie dwa szeroko rozstawione metalowe kły na widok śnieżnobiałej odręcznie zaadresowanej koperty położonej chwilę temu po przeciwległej stronie blatu.

Przewrócony machinalnie na bok nieuważnym ruchem pusty plastikowy kubeczek patrzy na nich bezwolnie wewnętrzną źrenicą, trochę jeszcze zaspaną resztką kawowego snu, ułożywszy się z wygodnym dystansem na krawędzi biurka.

Opublikowano

不尽

ja

Fujin

Marzec, czyli miesiąc niepisania o to wciąż padającym, to znów topniejącym śniegu. Z tej perspektywy wiosna ma zapach twardej od namarzniętego deszczu ziemi, gołych szarych trawników i nieba w kolorze papieru ściernego. I jakbyśmy takiej wiosny nie zaklinali pastelowym styropianem, prawda jak gówno — musi wypłynąć. Styropian zmurszeje, a żółta, niebieska i zielona farbka złuszczy się naskórek. Zostaną szare kontenery pełne szarych ludzi na szarej ziemi pod szarym niebem.

*

Marzyliście kiedyś, żeby naprawdę zainteresować się czymś, co być może ma jakieś znaczenie? Filozofią moralności, teorią strun, analizą katalogu J. S. Bacha — czymś, co z dystansu sprawia wrażenie naprawdę istotnego dla człowieka czującego i myślącego. Opieracie się w tej ocenie wyłącznie na własnym wrażeniu spotęgowanym poczuciem dystansu graniczącego z niemożliwością. Jak to jest żyć, nie poznawszy tego dystansu — godzinami słuchać wykładów nieznajomych napotkanych w barach mlecznych, nie wartościować nadto, nie nosić parasola na wypadek deszczu, a w deszczu nie nosić też butów, nie szukać sensów na zewnątrz etc. Być może.

**

„I am doing fine or I am well. I’ll write again soon”.

***

Opublikowano

urodzinki

ja

„Maska”, Man Ray

jak co roku
i w tym roku
życie zjada nas po trochu
krok po kroku
bok po boku
mlaski w mroku
hop do prochu!
chaps ramionko
chaps bioderko
chaps, obierka za obierką
chaps wątróbka
chaps śledziona
w trzeciej części już zjedzona
nie czekajmy więc do marca
aby skubnąć krztynkę z garnca
wszak się śmierci wyrywamy
gdy śpiewamy i pląsamy
żyć bowiem natychmiast trzeba
jest później
niż wydaje się nam

Opublikowano

City lights sparkling bright at almost midnight while getting back home after being long time gone

nic

Nic, zupełnie nic

Vita flumen siłuje się w moim kalendarzu z uki-yo. Nie tyle na pięści, co w rozmaitych uściskach i splotach — transgresywnych czy transpozycyjnych, sam już nie jestem przekonany co do ich charakteru. A tymczasem kiedy wreszcie rozbierzesz się zupełnie przed samym sobą, zedrzesz wilgotnymi palcami całą skórę, płatek po płatku, i w tym akcie samoświadomości potraktujesz się z szacunkiem i zrozumieniem, jakiego wcześniej nie doświadczyłeś, bo doświadczyć nie mogłeś, trudno odnaleźć ci się we własnym życiu pięć miesięcy później, gdy stoisz dobrze ubrany pośród innych ludzi w zatłoczonym tramwaju. Jak się tu znalazłem? Jak znalazłem się tam? Nic nie jest oczywiste, może poza tym tylko że naturalnie po jakimś czasie potrzebujesz odpoczynku, odmiany, już nie ucieczki, a chwili zwyczajnego spokoju, której nie trzeba wiele by przemieniła się w bezkresny sen. Jak się tam dotrę? Jak znalazłem się tu? A jak tam daleko jeszcze wtedy? Prawie jak u Talking Heads. Po dniu przychodzi noc, a po nocy kolejny dzień. To wystarczy, by nie odpowiadać, nie pytać, nie wiedzieć.

Opublikowano

Październik

ja

Książę Franz Joseph von Thurn und Taxis

Minął sierpień, przepadł wrzesień, już po październiku. Jesień rozpieszcza kłębiastym snem i gorącą czekoladą. Ujmuje myśli i czasu, nie znosząc sprzeciwu. Rozrzedza idee, łamie słowa na dwa, jedno po drugim — nic nie robi sobie z tego, że psuje sylaby i miesza kolejność.

Gęstymi, ciężkimi chmurami, siną, szeleszczącą mgłą i nieprzejednanym mrokiem odzianym w czarny aksamit tuli samotne wrony i chude psy. Zagania dzieci do domów, a ludzi do galerii handlowych. Plastikowymi butelkami po Coca Coli, starymi butami i lakierowaną boazerią znalezioną przy śmietniku głaszcze domowe ognisko i płuca domowników. Tykowatymi palcami bosych dębów nie głaszcze już niczego. A ja w nią zaklęty, zwabiony kłębiastym snem i gorącą czekoladą trwam wzniośle ku wiośnie z myślą ułomną, ideą rzadką i słowem złamanym.