Opublikowano

Odkładane szczęście

Odkładane szczęście

Przystanek: jutro

Cały tekst do odsłuchu jako podcast na Spotify.

*

Maria Czubaszek napisała kiedyś dla Alibabek małą zabawną piosenkę zatytułowaną „Odkładana miłość”. W tekście zastanawiała się nad koncepcją, według której można by odkładać małe flirty na konto oszczędnościowe, z którego można by za wiele lat podjąć wielką miłość. Pomysł szalony, choć ubrany w strój sentymentalnej bossa novy, przystrojony dodatkowo dramatycznymi smyczkami, jawi się jako zupełnie zrozumiały wyraz romantycznej tęsknoty. Tęsknoty, która sama jednak prędko otrząsa się z własnych mrzonek i ostatnią zwrotką piosenki przywołuje się do porządku — „A gdy uzbieramy już tę wielką miłość, tę, o jakiej nam się tylko śniło, podejmiemy ją lub nie, bo okazać może się, że za późno na nią trochę jest”.

Sam jednak przez lata żyłem tym tęsknym marzeniem. Nie chodziło mi jednak o miłość romantyczną jako taką, ale o szczęśliwe i zrównoważone życie w ogóle. Żyłem romantyczną wizją dalekiego jutra, które wszystko zmieni, rozsupła stare węzły, wyrówna dawne bruzdy, na niebie domaluje tęczę, a wokół zakwitnie kwiatami. A ja — zrobię jedyne, co będzie do mnie należało, skulę się w tym kojcu szczęśliwości i tak, jak Bóg da, już pozostanę. Jakże to absurdalne marzenie! Jak w tej przestrodze, byś był ostrożny, czego sobie życzysz. Ale raz postawiony w wyobraźni obraz, jeśli damy mu się zakorzenić i rozpanoszyć w uniwersum naszych dążeń, może nie dać się skutecznie wyrugować już nigdy. Możemy umrzeć, śniąc o naszym kojcu szczęśliwości, nie zdając sobie sprawy ani z tego, że szczęścia nie da się zaprojektować, ani z własnego tragizmu, bo to marzenie można było już przecież dawno urzeczywistnić. Dużo o tych projekcjach zanotował w swoich „Rozmyślaniach” Marek Aureliusz, jeden z nielicznych zachowanych do naszych czasów klasycznych stoickich filozofów. „Wszystko jest mniemaniem” — pisał z przekonaniem i nie bez słuszności. W innym miejscu — „Każdy żyje tylko tą oto teraźniejszością, chwilką. Wszystko zaś inne alboś przeżył, albo niepewne”. I może w tej wyobrażonej niepewności właśnie tkwi jakaś szczególna słodycz, daleki promień realnie oświetlający i oślepiający, a przez to odbierający zdolność trzeźwego osądu.

Tymczasem już w samym założeniu, że szczęście może dać nam tylko osiągnięcie konkretnego rezultatu np. kupno mieszkania, powołanie na świat potomka, zasadzenie ogrodu, tkwi pewna tragiczna przekora. Im bardziej odsuwamy szczęście od siebie, im bardziej wizualizujemy sobie je w związku z czymś, co ma nas dopiero spotkać, wszystko jedno, czy poprzez cudowny traf, czy własną metodyczną pracę, tym bardziej prawdopodobne, że ta chwila, gdy nadejdzie, przyniesie nam rozczarowanie. Nic nie będzie takie, jak w naszym marzeniu, projektowana doskonałość nie ma prawa się ziścić — spontanicznie lub nie. Rzeczywistość nigdy nie dorówna wyśnionemu ideałowi. Projekcja szczęścia jest niemożliwa, bo nie jesteśmy w stanie wyreżyserować swojego życia jak filmu. Ale wyidealizowane wyobrażenia to nie jedyna przeszkoda w pełnym odczuwaniu tego, co dobre. Zbyt wysokie oczekiwania względem teraźniejszości, skupianie się na tych detalach, które nie pasują, zamiast na tych, które grają, także jest w stanie skutecznie obrzydzić nam samym i wszystkim wkoło najlepszy nawet moment. Wiem coś o tym. Takie widzenie świata zdarzało mi się (i czasem wciąż zdarza) na tyle często, że mógłbym napisać na ten temat doktorat i habilitację. Myślę, że z powodzeniem można by zresztą mówić współcześnie o pewnej instagramizacji szczęścia, tzn. sytuacji, w której forma rzeczywistości nieprzystająca do standardów znanych z mediów społecznościowych, staje na drodze do odczuwania satysfakcji. Decydujący jest zwykle oczywiście aspekt stricte wizualny, co z kolei prowadzi do bardziej powierzchownego odbioru i bardziej arbitralnej oceny rzeczywistości. Ale szukanie dziury w całym jest, a przynajmniej tak mi się wydaje, w pierwszej kolejności właśnie pokłosiem błędnych wyobrażeń, podobnie jak okładanie swojego szczęścia na potem w ogóle.

Nieprzystające do rzeczywistości wyobrażenia swojego szczęścia mogą mieć jednak głębszą przyczynę. A są nią próby usprawiedliwienia nieumiejętności życia tu i teraz, przynajmniej po części uświadomionej. Tak, wydaje mi się, było w moim przypadku. Od zawsze żyłem jedną nogą w świecie marzeń — banalnych, z perspektywy czasu całe szczęście, że niespełnionych — o światowym życiu w blasku reflektorów. Ale też w świecie marzeń, które trudno nazwać, a które w jakiś sposób same w sobie były własną realizacją. Bo jak określić inaczej niż marzeniem zaspokajaną w coraz większym jednak stopniu potrzebę obcowania z muzyką, objawiającą się w szeregu wariacji, choćby tak oczywistych jak pisanie recenzji płyt. Nie zrobiłem kariery ani na tym, ani z tego, ale od zawsze miałem świadomość, że te i tamte marzenia nie mogły iść ze sobą w parze. Moment, kiedy uświadomiłem sobie w jakimś stopniu, że życie mija mi na marzeniu, a ja sam rzadko kiedy jestem naprawdę obecny, był jeden i bardzo konkretny. W liceum, jakoś pod koniec którychś wakacji, wraz z wieloletnim przyjacielem, z którym wspólnie chodziliśmy do jednej klasy jeszcze w podstawówce, udaliśmy się na boisko naszej byłej szkoły — tak po prostu — posiedzieć, pogadać, popatrzeć na znajome mury. Ja już wtedy westchnąłem romantycznie za dawnymi czasami, które w mojej głowie zdążyły już stracić dawne krawędzie i osnuła je mgiełka nierzeczywistej idylli. Dałem się ponieść i wyraziłem moje sentymenty, ale ku mojemu zdziwieniu trafiłem na chłodny opór znajomego. Wtedy zdałem sobie sprawę, że to co czuję i robię, jest w jakiś sposób próbą ucieczki od teraźniejszości. Kilka kolejnych lat zajęło mi odfetyszyzowanie przeszłości, spojrzenie na nią krytycznie i z pozycji jakiegoś naturalnego przecież przywileju, że co było, już nie wróci, ja dzisiejszy natomiast mam władzę, choćby ograniczoną, iluzoryczną nawet, ale jednak władzę nad tym momentem tu i teraz. Szala jednak wkrótce przechyliła się nadto i fetyszyzować zacząłem przyszłość. Wbrew wszelkim przesłankom.

Bo nie chodzi tu o przyszłość, która wynika z mojej obecnej czy przeszłej przenikliwości, która rośnie na moich oczach, już teraz wydaje plony, które mogą wyłącznie rosnąć. To przyszłość najpewniej równoległa do tej, która ma się wkrótce ziścić. Równoległa jak w teorii równoległych wszechświatów. Któryś z niemożliwych ja z pewnością osiągnie to, co roi się w głowie faktycznego mnie. Ale cóż to za pocieszenie. Faktyczny ja znów ucieka. I czasem, owszem, ma ku temu powód, bardzo często — niekoniecznie. Ucieka z przyzwyczajenia, z wygody, ucieka do wewnątrz siebie (co paradoksalnie radził też wspomniany Aureliusz), ale już tam wewnątrz — hen, hen daleko, do świata niemożliwego mnie. Ucieka niejednokrotnie w stresie — przytłoczony tym, co dzieje się wokół i poza nim, ale wcale nie rzadziej, gdy przychodzi do zmierzenia się z konsekwencjami własnych zaniedbań. Zbyt często cierpię na brak równowagi. Uprawiam niezręczną ekwilibrystykę, cyrkowe rzemiosło bez asekuracji, ale i bez widowni. Gdy się wyłożę i połamię, być może nikt nie zauważy, ale czy będzie bolało mniej? W model współczesności wpisana jest bezwzględna i ustawiczna wielozadaniowość — tak w pracy, jak i poza nią, każdy wieczór jest wyborem, wokół bezlik możliwości i powinności, tyle terminów, które już minęły, ale może jeszcze nie jest za późno, by im zadośćuczynić. Tysiące rzeczy, których nie widać. Odkładając jednak na bok codzienne FOMO, pranie samo się nie rozwiesi, a podłoga nie umyje. Ale czy szczęściem jest akurat koniecznie nierozwieszanie prania i niemycie podłogi? Bynajmniej. Tylko gdy robi się to na szczudłach, po czasie, bez przekonania i w pośpiechu, trudno się na tym nie wyłożyć. Stan idealnej harmonii, który jako jedyny jest w stanie zapewnić warunki do szczęśliwego wzrastania ku świadomości, należy niestety w tej przeładowanej bodźcami rzeczywistości włożyć między bajki. Kto nie przespał do cna (dosłownie) swojego momentu egzystencjalnej równowagi, albo nie zajadł go chipsami z colą, oglądając maraton „Przyjaciół” po raz dziesiąty, niech pierwszy rzuci kamieniem.

Nie jest co prawda tak, że dopóki kobyła jakoś dycha, można jej dokładać. Ale zdrowa klacz musi nieść jakiś tobołek — jeden, drugi, trzeci, żeby poczuć swoją egzystencję, nadać jej sensu i zdobyć charakter. Mnie jednak nie chodziło wcale o szukanie szczęścia w bezkresnym nieróbstwie. Wręcz przeciwnie — przekonałem się swego czasu, jak nadmiar wolnego w parze z niepewnością jutra i brakiem konkretnego pomysłu na siebie są w stanie dać w kość. Jak Alibabki wypracowałem sobie raczej metodę skrupulatnego odkładania szczęścia na potem. Zbierałem z zapałem artefakty, które miały mnie kiedyś srodze uszczęśliwić. Kupowałem płyty, wyobrażając sobie dzień, gdy wreszcie rozłożę się beztrosko na sofie przy gramofonie i będę chłonął każdy dźwięk. Należało to bezsprzecznie odłożyć na później — nie posiadałem wszak sofy, ani przestrzeni, by ją wygodnie umiejscowić. Zapełniałem półki książkami, z nadzieją, że może kiedyś nadarzy się sposobność, bardziej fortunna niż niesatysfakcjonujące i zagonione tu i teraz. Szukałem meritum naprędce i bez szacunku dla dzisiaj, by w moich wyobrażeniach jutra czerpać z niego jak lord. Dziś trochę spuściłem z tonu. Staram się, o ile mogę, nie obudowywać się na przyszłość, nie odkładać ważnych lektur poza horyzontem, ale wciąż kupuję płyty, wyobrażając sobie sytuacje, w jakich mogłyby mi przynieść szczęście. Staram się jednak wybierać tak, by tej chwili, przez sam tylko przedmiot wyboru, nie odsuwać na dzień, który nie nadejdzie. Przez lata kupiłem np. co najmniej kilka tanecznych płyt na retro prywatkę, której nigdy nie zrobiłem — poza tym kontekstem jakoś nie wyobrażam sobie ich słuchać. Ostatnio z kolei zauważyłem u siebie większą inklinację do płyt folkowych, które dobrze skomponowałyby się z tym ogrodem, z którym w swojej wyobraźni powiązałem wszelką szczęśliwość. Równoważę to albumami, które dobrze współgrają z czytaniem — ambient, kameralny jazz, ewentualnie trio fortepianowe — nic szalonego.

Wszystkie te projekcje, których konsekwencją było koniec końców nie tyle odkładanie szczęścia na potem, co odsuwanie go na nigdy, sprawiły, że koniec końców w pewnym momencie przestałem zupełnie myśleć o sobie teraźniejszym w kategoriach jakiejkolwiek szczęśliwości. Szczęście lub nieszczęście nie mogło mnie dotknąć na etapie przygotowań do bycia szczęśliwym. Nie nabyłem jeszcze stosownej licencji, by taki traf mógł się mnie imać. Szczęście miało przecież dopiero nadejść. Dopiero wtedy miało się liczyć — jak gdybym miał u jakiejś wróżki, zaciągać w tym szczęściu długi. Znów Alibabki! Z matni, w którą sam wpadłem w ramach jakiegoś sposobu na życie, wydostałem się niełatwo. W pewnym momencie życie marzeniem zaprowadziło mnie w kozi róg. Sytuacja zupełnie obiektywna zmusiła mnie do rewizji kolejno wszystkich moich wyobrażeń o sobie i swojej przyszłości. I tak dotarłem też do tego domku z ogrodem na skraju lasu, którego jeszcze nie przepracowałem, ale wiem, że być może będę musiał go rozebrać w głowie cegła po cegle, przynajmniej na razie, by być szczęśliwym tu i teraz. A może kiedyś będzie mi dane zbudować go na nowo, tym razem na jawie.

Opublikowano

Matołek

Matołek

Meg Alexander, Dół z dyptyku Wzgórze/Dół, tusz na papierze, 2017

Usypałbym chętnie górkę,
pod górką zostawił dołek,
nad górką przypiął broszurkę:
„W tym dołku spoczął matołek,
co Kabaret Starszych Panów
na Spotify i Tidalu
wykastrował z polskich znaków
bez polotu w digitalu”.

Opublikowano

Popatrz, jaki las

Popatrz, jaki las

Fotografia lasu, dokąd uciekłem, własna

Niby wciąż z ochotą poznaję świat. Z wypiekami na twarzy czytam historie prawdziwe i wymyślone, które przydarzyły się komuś kiedyś gdzieś lub mogłoby się przydarzyć (czy też nie). Wyobraźnia wyznacza ten horyzont. Z uwagą i empatią słucham, co przytrafia się ludziom dookoła. Z ciekawością czytam o stylach, językach, koncepcjach, odkryciach — niekoniecznie wcale przełomowych. Chłonę wielkie obrazy i małe rysunki, zdjęcia zupełnie średnie. Nie wszystko to robię oczywiście przy komputerze. Bywa, że więcej można odkryć, wyglądając na chwilę do ogrodu, niż przez pół dnia scrollując walle.

Coraz więcej jest jednak w tym poznawaniu „niby wciąż”, a mniej ochoty. Jako dziecko szerokopasmowej sieci, niegdyś przykute do peceta świątek-piątek, w dzień i w nocy, nie umiem rzeczywistości utożsamiać z medialnym przyłączem, z cyfrową ułudą egzystencji, nawet pomimo tego, że nigdzie indziej tak wytrwale nie próbowałem się przez lata urządzić. Świat z ochotą usiłuje karmić mnie sobą przez rurę — tak jak tuczy się gęsi na foie gras. Historie prawdziwe i wymyślone mieszają się poza horyzontem wyobrażeń i skaczą do gardeł, wściekle ujadając. Kiedy im ulegam, nie mogę przestać myśleć w asteryskach.

I tylko ten las się opiera. Tam uciekam w mojej głowie, w marzenia o końcu nowoczesności — naiwnie wierząc, że potrafiłbym żyć prosto i daleko; pysznie sądząc, że zapasy płyt i książek nie znudziłyby mnie wkrótce na własnym wygnaniu. Domek na skraju z malwowym ogrodem, starym dzbankiem bez ucha nabitym niedbale na parkan. Popatrz, jaki las…

Opublikowano

śmierć portrecisty

upior

william leach jako willy loman w śmierci komiwojażera, 1991

co to za upiór
wdzierający się szponami wielkich lśniących oczu w moje oczy wcale nie tak lśniące
zamarły w półokręgu samozadowolenia, przekonania o swojej racji
przesadnie wyprostowany zupełnie jak ja, ale kroczący drogą przesadnie prostą, jak żaden ludzki człowiek
ludzki upiór, być może

wykreślono prawdziwego mnie
nie kreską grubą, definitywną, czerwoną
raczej wydrapano — po trochu, machinalnie, bez konieczności podejmowania refleksji nad aktem
w urojonym zachwycie nad tamtym upiorem z portretu
niby-mną
pod świętym spojrzeniem jego wielkich lśniących oczu, tego mam pewność

portret odtąd można nabożnie zawiesić na ścianie
zdjąć i położyć na krześle przy kuchennym stole, jeśli taka będzie w danej chwili potrzeba
upiór nie skrzywi się nad zupą
zastygły w modelowym samozadowoleniu nie zgorszy zgromadzonych
raz powieszony prosto, na zawsze prosto zawiśnie

cóż za ironia
że mnie akurat, niewydarzonego autoportrecistę
portret mój własny dopadnie jak upiór
ukradkiem wydrapie
resztki śnienia z czereśni
patykiem
jak u bronki nowickiej, ale jednak inaczej

Opublikowano

oh babe it ain’t no lie

oh

le double secret, rené magritte, 1927

mówię z serca
wyraźnie i ze spokojem
odbywałem tę rozmowę sam ze sobą dziesiątki, setki razy
nie uginam się już pod ciężarem słów, które choć wciąż przychodzą mi z trudem, muszą zostać wypowiedziane
nie plączę sensów, nie pędzę skrótem, nie uciekam
ani przed sobą, ani przed nikim, kto mógłby mnie gonić

goniło wielu
wielu kolejnych próbowało
jeszcze kolejni — chcieliby — wciąż chcą
— niech sami sobie przebaczą, albo bóg, który jest nad nimi, jeśli twierdzą, że jest,
ich wina już mnie nie dosięga

tylko tych, do których mówię, nie mogłem poznać
przećwiczyć, odbyć, zaplanować
to oni, nie ja
plączą sensy, pędzą skrótem, uciekają

nagle dostrzegam — ja sam ich gonię
i nie mogę sobie wybaczyć
że krzywda, która została poza mną
wciąż poza mną się dzieje

Opublikowano

nowy radosny dzień

nowy radosny dzień

victim i maggi hambling, 2013

myśli, które jeszcze wczoraj stanowiły mnie i o mnie
myśli, którym nie pozwoliłem w porę zamienić się w słowa
które leżakowały niepewnie, by wybrzmieć pełniej
które czekały na lepszy czas, by nie wybrzmieć wcale
teraz wydają się dalekie i obce
czuję ich ślady w sobie — smugi ścieżek ślimaków na szklanym stole
ale wszystkie te ślimaki, o ile w ogóle istniały,
rozpierzchły się po świecie nie wiadomo jak i kiedy
w poszukiwaniu ślimaczych domów, powykręcanych fantazyjnie muszli,
zostawiając za sobą tylko pomazany blat

niedokończone lektury, paliwo dawnych myśli
są jak otwarte rany, jątrzące się przy próbach powrotów
choćby koncyliacyjnych, z dobrego serca, szczerej ciekawości
bo wszystko co dobre i szczere
zastąpił gwałt i strach, i złość
bezradność maluje mnie swoją postrzępioną kreską
ilekroć przewrócę kartkę
tak w przód, jak w tył
ugrzązłem w pół drogi
nie tyle już między sobą a sobą
co między kimś innym a kimś jeszcze innym
czyimś a jeszcze czyimś
obcym
koniecznie obcym, gdyż sam jestem obcy

moją miłość przewleczono nienawiścią
przez bierność i lęk wbite we mnie niby igły,
których dużym oczkom pozwoliłem swobodnie napęcznieć
czyja w tym wina, pytam sam siebie,
skoro nigdy nie pytano mnie o zgodę
inteligencja i rozum nie idą ze sobą w parze
podobnie jak miłość i empatia
nienawidzisz mnie przecież dla mojego dobra
a ja ciebie — dla twojego

Opublikowano

Carlowi Sandburgowi

ja

Carl Sandburg

Szukając siebie, potykam się co rusz o Carla Sandburga, który sprawił, że jako dorosłemu człowiekowi, słowa zaczęły układać mi się jakby inaczej —
uwielbiam swoją żółtą książeczkę i ściskam ją w dłoni, ilekroć czuję zawód monotonią codziennego życia.

Kartkując żółte, jak kukurydza, o której śnił pewien farmer z Illinois, kartki, zerkam to na nieśmiale nadrukowane wersy, to za okno, gdzie dzieje się życie.
Ktoś inny wygląda na to z okna szarej kamienicy z naprzeciwka, a jego myśli zakrywa chmura dymu papierosowego.

Im dłużej wytężam wzrok i umysł, a nie potrafię przez nią przejrzeć, tym mocniej ściskam żółtą książeczkę i tym milej wspominam Carla Sandburga, który to potrafił.

Opublikowano

Wiosna nas ominie

Wiosna

Wiosenne drzewo Schielego

Znów nie założę lekkiego płaszcza — pomyślałem nieopatrznie, zaglądając do szafy w któryś z pierwszych dni polskiego koronawirusa. Przeraziła mnie ta myśl na wielu poziomach. Ludzie umierają, tracą pracę, a ja w ten sposób. Gdybym chociaż był ofiarą mody, można by pewnie spojrzeć na mnie łaskawiej. Z pobłażaniem. Mimowolną refleksją, że najwyraźniej nie można mi już pomóc.

Wyczerpały mi się baterie w lampce w kształcie wieloryba-ducha. Mam zamienniki w drugiej szufladzie kredensu. Albo trzeciej, zależy z której strony liczyć. No i te zamienniki. Jeśli wykorzystałbym je teraz, mógłbym nie mieć kolejnego kompletu na później. Gdy moja lampka-wieloryb wyczerpałaby następne dwie baterie, zostałbym z niczym. W ciemności. Musiałbym rozważyć co najmniej wyjście do sklepu na dole.

Trudno o sytuację bardziej surrealistyczną niż wizyta w spożywczaku w trakcie epidemii . To dwa kroki stąd, a jednak wyprawa. Trzeba pilnować każdego ruchu — skrupulatnie przemyśleć listę zakupów, wybrać odpowiedni outfit. Czy nie za wcześnie na maseczkę? W mediach mówili, że to dla tych, którzy są już chorzy. Choć też zależy na którym kanale. A jeśli mnie wyproszą? Albo, nawet gorzej, nakapują do Sanepidu, że coś ze mną nie tak? W ciasnych alejkach trudno upilnować odległość, zwłaszcza jeśli co rusz napiera na ciebie starzec, któremu najwyraźniej wszystko jedno, a chwilę później wbrew wszelkim założeniom i poza jakimkolwiek protokołem spotykasz kobietę kaszlącą na jogurty. Oho, widzi cię, bo zmienia trajektorię kaszlu. Przez cały czas bacznie obserwujesz innych i jesteś obserwowany. W jednej chwili z ofiary możesz przeistoczyć się w napastnika zupełnie wbrew wszelkiej logice, swoim intencjom i wymiarowi całej sytuacji. Biedna kaszląca, biedne jogurty, biedny ja.

Wiemy już, że z kina apokaliptycznego, epidemicznego, wojennego nie dowiemy się, że najpierw kończy się papier toaletowy. I że to trochę wstyd, tak się dać ponieść owczemu pędowi przy całej tej racjonalności, którą sobie przypisuję, ba!, chełpię się nią, gdy inni panikują. W głębi siebie rzecz jasna. I zachowując rzeczowy ton w rozmowach telefonicznych z matką (wtedy się w tej racjonalności utwierdzam i wzrastam). Ale co jeśli rzeczywiście nie uda się tego papieru zdobyć przez jakiś czas. Głupio mi, ale wrzucam do koszyka, póki jeszcze jest. Czy innym wrzucającym też jest głupio?

Słyszałem o tych wszystkich imprezach online, gdzie można bez przeszkód się gromadzić, ocierać nawet (jeśli komuś brakuje komunikacji miejskiej w godzinach szczytu i koncertów chujowego hip hopu), ale jakoś tak wyszło, że sam jeszcze na żadną nie trafiłem. Brakuje mi trochę prawdziwych ludzi, ale staram się doceniać tę sposobność (swoją drogą — niezłe słowo na coś, na co nie ma się wpływu), by zwolnić. Więc jak na razie wzorowo marnuję ten czas. Pierwszy dzień home office’u był jak Gwiazdka! Być w pracy i zrobić pranie? Komu mogę podziękować, kogo uściskać? Cofam, ściskać się teraz nie wolno. Mimo tych małych radości konsekwentnie czuję się jednak jakiś przeżuty. Ale cóż. Co rusz podejmuję małe próby, by ten marazm przezwyciężyć. I nerwicę. Bo okazuje się, że mam nerwicę. Może i mam.

Zalałem sobie właśnie herbatą biurko i podbiurcze. Niech będzie, że w ramach puenty.

Opublikowano

Japonia utracona i czytelnik z potencjałem

Japonia utracona

Hasui Kawase, Góra Fuji widziana z Tagonoura, 1940

Zwykle nie bawię się w noworoczne postanowienia, bo, jak słusznie głoszą stoicy, każdy dzień, każdy moment może być nowym początkiem, a że jedynie nad chwilą obecną mamy jako taką kontrolę, najlepiej zacząć natychmiast. Ale pomyślałem sobie, że skoro akurat tak się złożyło, że rozpoczął się nowy rok, można podpiąć się z własnym początkiem pod dobrze znaną coroczną tradycję projekcji własnych rozczarowań (sobą samym). Otóż, postanowiłem czytać więcej książek. Nie, żeby poprawiać statystyki w corocznych badań czytelnictwa, nie, by zyskać moralną legitymację, by piętnować nieczytanie, ale z wewnętrznej potrzeby harmonijnego stawania się.

Matka sugerowała mi czasem, że jestem raczej potencjalnym czytelnikiem — potencjał ten wynikać miał ze słabości do gromadzenia książek na półkach — ładnych i/lub uważanych za wartościowe. Odziedziczyłem go zresztą po babci, która skrupulatnie przez większość swojego życia zapełniała kolejne regały w dużym pokoju klasyką literatury polskiej i światowej, tomiskami słowników, encyklopedii i serii historycznych, poradnikami, książkami kucharskimi. Pamiętam, że w latach 90-tych czytelnikiem części tego domowego zbioru, prawdopodobnie zresztą pierwszym, został mój ojciec. Ja z tego literackiego cmentarzyska po latach uszczknąłem jedynie dwutomowych „Chłopów”, których oczywiście nigdy nie skończyłem. Tymczasem moja osobista tragedia polega na tym, że uwielbiam czytać — znalezienie się w szczycie dobrze napisanej historii to uświęcony moment powtarzalnej codzienności — ale niestety lepiej wychodzi mi znajdowanie wymówek, dlaczego od dwóch tygodni nie posunąłem się ani o stronę do przodu. Wciąż żyję ułudą, że wystarczy zmiana optyki — w każdej z tych chwil, co do których nie mam przekonania, że czemuś służą, zaglądał będę do swoich bohaterów (przy czym, śpieszę dodać, nie zależy mi tu wcale na maksymalizacji użyteczności — musiałbym bowiem znaleźć sposób, by nadać bezczynności wymiar pragmatyczny) i tak uda mi się dobić do spodu fizycznej sterty liczonych w dziesiątkach woluminów do przeczytania. O każdym z już przeczytanych, o ile będzie miało to jako taki sens, spróbuję też coś krótko napisać. Oto więc jak zacząłem.

Japonia utracona

Alex Kerr, „Japonia Utracona”, wyd. Karakter, 2019

Transformacja społeczeństwa tradycyjnego w nowoczesne, która Europejczykom zajęła kilka stuleci, w Azji wschodniej skondensowana została do kilku dekad — po porażce drugiej wojny światowej pod okupacją amerykańską Japończycy odwrócili się od własnego dziedzictwa kulturowego w pogoni za modernizacją kraju. Postępujący przez kilkadziesiąt lat proces sprawił, że wielu z nich utraciło związek ze sztukami i rytuałami, które przez tysiąclecia definiowały japońskość, skutkiem czego obecnie coraz częściej Japonia inwestuje jedynie w symbole kultury niż świadomie kultywuje własne tradycje. Alex Kerr jako Amerykanin, którego związki z Japonią i Chinami zataczały koła przez całe jego życie, posiadł szczególną perspektywę gaijina dopuszczonego tam, gdzie nie-Japończyków się nie przyjmuje — za kulisy teatru kabuki, do domów artystów i intelektualistów, na zamknięte targi sztuki w Kioto, dzięki czemu był w stanie jak nikt inny wypunktować współczesne bolączki kraju kwitnącej wiśni. Nie przyjmuje jednak ani na chwilę post-kolonialnej perspektywy, podług której chciałby uczynić Japonię na powrót krajem zacofanym, ale rzeczowo wskazuje na przyczyny i skutki kolejnych zachodzących tam zmian. „Japonię utraconą” czyta się czasem jak biografię, czasem jak przewodnik, momentami jak esej, chwilami jak powieść, ale przez całą lekturę ma się wrażenie naocznego uczestnictwa w opowieści Kerra, jakby opowiedział ją czytelnikowi twarzą w twarz podczas nocnej pogawędki, siedząc na podłodze jego chaty w dolinie Iya. Znakomite studium współczesnej i utraconej Japonii pozbawione japonistycznej nabożności, ale też uniwersalna opowieść o sztuce w czasach, w których rządzi ekonomia.