Opublikowano

80✕80:80 płyt z lat 80. — cz.1

And then one more decade in life and music

kolejny rok, kolejne muzyczne podsumowanie dekady — zastanawiałem się, czy tym razem przysługuje mi jeszcze prawo do używania podtytułu, że to jeszcze jedna dekada w muzyce i w życiu; potem pomyślałem, że nawet przecież jeśli nie chodzi o życie wtedy, w latach 80., to przecież to życie, które trwa wciąż przetwarza i korzysta z dorobku tamtego dziesięciolecia — wcale nie zawisło w próżni 35 lat temu; choćby przez to, że internet otworzył szeroko drzwi i oczy na płyty i konteksty, które nie były wcześniej w zasięgu dla takiego przeciętnego kurtka jak ja czy kogoś trochę podobnego; moja osobista historia z latami 80. jest taka, że gdy jako młody chłopak zakochałem się w muzyce beach boysów, a później szeroko pojętej rockowej i popowej psychodelii, miałem z latami 80. duży problem — syntezatory i automaty perkusyjne nie pasowały do organicznej wizji muzyki, jaką wówczas miałem; od tamtej pory wielokrotnie miałem okazję weryfikować swoje zdanie, poznając setki kapitalnych projektów i stylów w nurcie (szeroko pojętej) 80sowej nowej fali; z trudem udało mi się wybrać 80 krążków, które uznałem za najbliższe mi (in life) i najciekawsze (in music)


And then one more decade in life and music

80.

metallica master of puppets 1986

master of puppets dla dzieciaka, który kojarzył grupę głównie z „nothing else matters” i niefortunnego st; anger, było jak odkrycie ameryki; czy może raczej — jak odkrycie ameryki przed kolumbem; choć jak powszechnie wiadomo, metallica skończyła się na kill ’em all, swoje kroki skierowałem w pierwszej kolejności ku płycie o najbardziej kultowym statusie; na przestrzeni lat zresztą dość skrupulatnie zweryfikowałem swoje zdanie i opinię o master, które w swojej nieskruszonej dynamice rozwala w pył wszystko stojące na jej drodze; mój problem z tym bombastycznym materiałem jest natomiast taki, że nie mam do metalliki ani odrobiny sympatii, że pomimo, że doceniam ten materiał całym sobą, gdy wybrzmiewa, nie udało mi się znaleźć z nim jakiejś osobistej więzi, która pomagałaby mi za nim zatęsknić; mimo wszystko nie umiałem znaleźć bardziej adekwatnego sposobu na otwarcie tego zestawienia niż umieszczenie go na jego czele. ♪ „master of puppets”


And then one more decade in life and music

79.

eric b. & rakim paid in full 1987

80sowe rapsy to trudny temat — nie żebym ich nie lubił, ale to bardzo specyficzny styl, który bardziej niż rock tamtego okresu zestarzał się w stosunku do naszych współczesnych definicji gatunkowych; wróciłem do wielu kultowych hiphopowych płyt z tej dekady pod kątem tej listy — zacząłem od raising hell, przypomniałem sobie 3 feet high and rising i straight outta compton; wiem, istnieją jeszcze public enemy i beastie boysi, ale już dawno postanowiłem zostawić tę muzykę za sobą jako ciekawą, ale totalnie przebodźcowującą; gdzieś w centrum tego wszystkiego trafiłem jednak na paid in full erica b; i rakima — potężną kopalnię sampli dla kolejnych pokoleń twórców, nie tylko hiphopowych, wpadającą co prawda, nie przeczę, w pułapkę z mojego wprowadzenia, ale też może przez bardziej boombapowy charakter tego materiału (do czego zawsze miałem słabość) całościowo uchodzi mu to na sucho; no i „i know you got soul” towarzyszy mi przeszło od dekady jako fragment intra i swoisty manifest audycji soulbowl, a to już niezbywalna część mojej tożsamości. ♪ „I know you got soul”


And then one more decade in life and music

78.

tom petty full moon fever 1989

nigdy nie byłem wyznawcą petty’ego, co jest w sumie dość dziwaczne, jeśli się weźmie pod uwagę moją słabość to współczesnego heartland rocka; „i won’t back down” stanowi zresztą od lat jeden z filarów wielu moich ukochanych plejlist i jego wpływ na moje postrzeganie rocka jest nie do przecenienia; full moon fever w całości nie słuchałem z kolei od lat (i miałem swoje powody), ale koniecznie chciałem przy tej okazji do niego wrócić, by przekonać się, na ile moje wcześniejsze wrażenia się potwierdzą; o ile bowiem podoba mi się bardziej radiowy kierunek, jaki petty obrał na swoim solowym debiucie, a ogólny koloryt tego projektu zahaczającego momentami o folk i country, całkiem mi się widzi, to jednak album ma lepsze i gorsze momenty, i w zasadzie nie udaje mu się już dotknąć absolutu mojego „i won’t back down” (najbliżej jest pędzące rock&rollową międzystanówką „runnin’ down a dream”); mimo tego płyta zawsze będzie mi się kojarzyć dobrze i jeśli kiedyś uda mi się trafić na egzemplarz w dobrym stanie i rozsądnej cenie, to chętnie go przygarnę, bo to muzyka, która potrafi pięknie człowiekowi towarzyszyć. ♪ „I won’t back down”, „runnin’ down a dream”


And then one more decade in life and music

77.

bill fontana landscape sculpture with fog horns 1982

bill fontana, pionier sound artu i field recordingu, w 1981 podczas festiwalu postanowił nagrać krajobraz dźwiękowy zatoki san francisco, w centralnym punkcie, zgodnie zresztą z tytułem, umieszczając nautofony; nautofony, traktowane raczej jako urządzenia niż instrumenty, używane są na statkach do nadania sygnałów nawigacyjnych w czasie mgły; to bardzo charakterystyczny dźwięk z miejsca wywołujący określone skojarzenia i przenoszący nas przynajmniej do portu, a być może i na pełne morze; to też dźwięk, który my, szczury lądowe, znamy raczej z filmów niż z życia; i być może dlatego od czasu, gdy przed wieloma laty trafiłem na nagranie tej zrealizowanej z rozmachem instalacji, nie chcę i nie mogę o niej zapomnieć; podchodząc do tematu od nieco innej strony landscape sculpture with fog horns to coś jakby proto-drony, co więcej, uwolnione z okowów sali koncertowej czy studia, co nawet bardziej przemawia do wyobraźni. ♪ landscape sculpture with fog horns (1981 installation version)


And then one more decade in life and music

76.

zespół reprezentacyjny śmierć za idee 1986

nigdy bym nie sięgnął pewnie po oryginalnego brassensa z przyjemnością, gdyby nie ta nie tyle nawet płyta, co kaseta wydana przez grupę studentów-iberystów z filipem łobodzińskim i jarosławem gugałą na pokładzie, którzy muzykę francuskiego barda ze swadą przetłumaczyli i wykonali po naszemu; siedem lat później materiał nagrano ponownie pod nowym tytułem, ze zmianami w tekstach i samej selekcji utworów, ale tamtej wersji, zaaranżowanej mniej kameralnie i zaśpiewanej nieco bardziej po aktorsku, dalej do ducha muzyki brassensa i stąd, przez te wszystkie lata trzymam się swojego empetrójkowego ripu, w jakości, siłą rzeczy takiej sobie, co tłumaczy też dlaczego zamiast reedycji zdecydowano się na rerecording; to coś jakby po części antybiblia, po części bibelot. ♪ „zła opinia”, „dzielna margot”


And then one more decade in life and music

75.

francis bebey akwaaba: music for sanza 1985

psychodeliczne afrykańskie bębny z kamerunu; na zachodzie ometkowalibyśmy je jako tribal ambient, ale źródła tego brzmienia tkwią w odmianie muzyki folkowej z afryki środkowej — bikutsi; to totalnie odjechana rzecz przenosząca europejczyków w zupełnie inne miejsce; nagrania są z lat 80., ale to w tym kontekście zupełnie bezużyteczny timestamp, bo ich miejsce jest poza czasem, w rzeczywistości rytuałów ludowych; duża część krążka akwaaba wchodzi w skład francuskiej kompilacji psychedelic sansa 1982-1984, która zadaje się stanowić bardziej kompleksowe doświadczenie tej stylistyki ♪ „bissau”


And then one more decade in life and music

74.

the hilliard ensemble tallis: the lamentations of jeremiah 1986

hilliard ensemble jest chyba najbardziej kojarzone z muzyką garbarka i pärta, choć w repertuarze mają cały przekrój chóralnej muzyki dawnej; nie będę próbował kreować się na eksperta, nie mam o niej pojęcia, nie sięgnam też po nią zbyt często, choć, mam wrażenie, bywają takie momenty, kiedy to ona dosięga mnie; nie potrafię jej się wtedy oprzeć; jedną z płyt, które jako pierwsze przychodzą wtedy do mnie jest the lamentations of jeremiah z muzyką thomasa tallisa (o którym słyszałem na lekcjach muzyki, ale dopiero dzięki hilliard przestał być na mnie nazwiskiem w książce i stał się bardziej zmysłowy); jestem przekonany, że zanim zaczęła działać na mnie ta muzyka, zadziałał na mnie tytuł — kryptyczny, biblijny i nawet w oderwaniu od oryginalnego kontekstu epatujący jakąś przedwieczną mistyką unieśmiertelnioną dla potomnych w nowej kunsztownej formie przez renesansowego kompozytora; muzyka oddaje charakter tekstu — przez ból i cierpienie, ostatecznie przebija się nadzieja; tak myślę o tej muzyce i tak ją czuję. ♪ lamentations of jeremiah i


And then one more decade in life and music

73.

yellow magic orchestra technodelic 1981

nie ma lat 80. bez yellow magic orchestra; i choć technodelic nie dorównuje pod kątem przebojowości solid state survivor z 1979, eksploruje obszary muzyki elektronicznej, które śmiało można by określić jako proto-techno, skupiając się podobnie jak solowy krążek sakamoto z tego samego roku, left handed dream, na rytmice; na szczęście technodelic nie pozbawiono zupełnie refrenów takahashiego, które zawsze dodawały muzyce ymo emocjonalnej głębi, ale pełnią tutaj rolę raczej pomocniczą; miąższem tej płyty jest jej struktura ukryta w dynamice bębnów z syntezatorowymi refrenami; rzecz jest gęsta i pomimo tego, że kolejne kompozycje odznaczają się jedna od drugiej, w klasyczny sposób, technodelic stworzono, by raczyć się nim w całości i w takiej formie zawsze wypada doskonale. ♪ „epilogue”


And then one more decade in life and music

72.

aya rl aya rl 1986

gdy zacząłem odsłuchy do tego podsumowania, sprawiłem sobie wreszcie tę płytę, ostatecznie rozwiązując niedającą się wcześniej rozwiązać zagadkę, czy ten album ostatecznie bierze mnie, czy nie; zawsze patrzyłem na ayę rl jako łącznik pomiędzy stanowiącą ostateczny cel wędrówki betonową antyutopią nowej aleksandrii, a rzeczywistością, nie dość betonową i nie dość zimną; to z jednej strony stanowiło dla mnie argument przeciwko (w kontraście do krążka siekiery), z drugiej uzasadniało egzystencję tego projektu na tyle, że nie dało się z tym dyskutować; zdecydowanie najbardziej lubię te fragmenty, gdy grupa pozwala wybrzmieć syntezatorowym riffom jak w „księżycowym kroku”, transcendentnym otwarciu czegoś całkiem jednak plugawego; zajmujące są też minimalistyczne awangardowe aranże, które to szepczą, to krzyczą, wikłając słuchacza w surrealistyczny bieg tej fascynującej, choć wciąż na jakimś poziomie nieco obcej dla mnie płyty. ♪ „księżycowy krok”


And then one more decade in life and music

71.

prefab sprout steve mcqueen 1985

jangle pop bez teatralności smithsów czy szorstkości r.e.m; w bardziej wysmakowanym aranżacyjnie sophistipopowym wydaniu, ale z naciskiem na melodykę; nie umiem do końca opisać wszystkiego tego, co słyszę — to złożony krajobraz, w równej części popowy i rockowy, ale nie w formie prostolinijnego pop rocka; raczej umiem bardziej go sobie wyobrazić niż opisać; strona a, co zdaje się potwierdzać konsensus recenzencki, to czysta magia, strona b pozostaje gdzieś nieco w tyle, wciąż trzymając pion i poziom ♪ „when love breaks down”, „faron young”


And then one more decade in life and music

70.

juicy fruits drink! 1980

nic mnie nie łączyło z tą muzyką, zanim wygrzebałem tę płytę z kosza wszystko za pięćset jenów w tokijskim hmv; a wygrzebałem ją w pierwszej kolejności dlatego, że to tutaj znalazła się oryginalna wersja kultowego „jenny wa gokigen naname”, które później wykonywali hi-posi i perfume, a z którym połączyła mnie już wcześniej jakaś cokolwiek niezdrowa relacja; dopiero po wielu odsłuchach okazało się, że na tym krążku w zasadzie nie ma złych momentów; są jedynie trochę dziwne — cały album jest czymś pomiędzy zachodnim rockiem nowej fali, japońskim idol bandem a nabierającym z początkiem syntezatorowych lat 80. rozpędu techno kayō — rearanżacją klasycznej melodyki kayōkyoku w nowej formule; drink! jest dzięki temu dość nietuzinkowe — w zasadzie nie ma tutaj progu wejścia, to kwestia akceptacji tej pojebanej (to najlepsze słowo, uwierzcie) stylistyki — jednocześnie ostrej na krawędziach i słodkiej do bólu; na poziomie filozofii juicy fruits mają coś z kyary pamyu pamyu — kawaii miesza się z kowai, a rezultat jest okashii; strona a jest okejkowa, ale to na stronie b jest prawdziwy szał — z kulminacją w postaci urokliwego coveru serowego „the night has a thousand eyes” i post-dancingowym rockabilly w „rhythm kimareba”. ♪ „rhythm kimareba”, „otome no count down”


And then one more decade in life and music

69.

talking heads stop making sense 1984

dopiero zeszłego lata doświadczyłem stop making sense tak, jak należy tzn; na wielkim ekranie; wcześniej widziałem tylko fragmenty, a odsłuch płyty bez obrazu początkowo nieszczególnie mnie przekonał; i nadal nie jestem pewien, czy to jest definitywna formuła dla talking heads — cholernie kreatywnej grupy, która jednak na każdej płycie miała lepsze i gorsze momenty; stop zbiera w dużej mierze te lepsze i ożywia jest funkową energią, której headsom zawsze brakowało trochę w nagraniach studyjnych; to na pewno absolutne doświadczenie koncertowe, nie jestem jednak wciąż pewien, na ile także w formie bez obrazu. ♪ „found a job”, „take me to the river”


And then one more decade in life and music

68.

elvis costello punch the clock 1983

był taki moment, że aspirowałem do bycia kompletystą w kwestii fizycznych dyskografii moich ulubieńców, do ulubieńców należał wówczas także costello (nadal się lubimy, ale trochę rzadziej mamy ze sobą kontakt) i tam punch the clock — ta prawie że sophistipopowa odsłona króla nowofalowego rock & rolla, wtedy wydawała mi się zupełnym kuriozum, ale teraz spośród jego 80sowego repertuaru jest mi do niej całkiem blisko; jest tu wiele ładnych melodii, charyzmatyczna sekcja dęta i soulujący feeling — to duża dawka pozytywnej energii i wykwintnego popu najwyższej próby (może nie wszystkie numery dowożą, ale stoję w opozycji do wyborów rym-owiczów pod tym kątem). ♪ „love went mad”, „let them all talk”


And then one more decade in life and music

67.

akina nakamori crimson 1986

akinę nakamori łatwo zbagatelizować — zaczynała jako idolka nastolatek, wydając każdego roku po dwie-trzy płyty, i dopiero w połowie lat 80. dojrzała do czegoś poważniejszego; w 1986 roku najpierw w sierpniu wydała hipnotyczny koncepcyjny krążek post-apo fushigi, a później w wigilię bożego narodzenia — crimson, gdzie we wciąż mocno newwave’owym anturażu zbliżyła się jak najbardziej mogła do citypopowej wrażliwości, czy operując kryteriami zachodnimi — r&b; ogólnie nie jestem miłośnikiem wokalu akiny, która potrafi prześpiewywać utwory na modłę klasycznego kayōkyoku, ale jednocześnie mógłbym podać crimson za wzór wokalnej subtelności — ktoś, kto akinę wymyślił na potrzeby tego krążka, zrobił to perfekcyjnie; nakamori jest niewątpliwie w centrum tego albumu, ale stapia się w jedno z tematem miejskiej melancholii, który zdominował ten materiał. ♪ „aka no enamel”, „oh no, oh yes!”


And then one more decade in life and music

66.

randy travis always & forever 1987

country lat 80. było, ogólnie rzeczy biorąc, w nadzwyczaj nędznej kondycji; w drugiej połowie dekady m.in; właśnie randy travis przyczynił się do odbudowy klasycznego brzmienia gatunku; od lat zamierzałem pochylić się nad jego dyskografią z większą uwagą, ale dopiero to zestawienie dało mi niezbędną motywację; pierwsze trzy płyty były nie tylko wielkimi komercyjnymi przebojami w amerykańskim radiu, ale zostały też przyjęte entuzjastycznie przez krytykę; mnie z tej trójki od samego początku najbardziej uwiodła środkowa — always & forever, i to pomimo serowej okładki i quasitytułowego utworu „forever and ever, amen”, który do dzisiaj pozostaje największym hitem travisa, a mnie osobiście trochę żenuje swoją naiwnością; dość prostolinijny songwriting pozostaje jednak mocną stroną krążka (i wczesnej dyskografii travisa ogólnie), w dużej mierze dzięki temu, że artysta potrafi przekonująco je zinterpretować; mimo tego, że to muzyka kierowana do szerokiej publiczności i wydawana przez ogromną wytwórnię, nie przypominam sobie bardziej jakościowego country z lat 80. ♪ „too gone, too long”


And then one more decade in life and music

65.

the waterboys this is the sea 1985

gdy słuchałem tej płyty po raz pierwszy lata temu w kontekście, który już zupełnie zapomniałem, nie sądziłem, że przyjdzie mi do niej wrócić i zrewidować swoje odczucia zupełnie diametralnie; może podobnie jak przy tango in the night fleetwood mac dojrzewałem do tej muzyki, nie słuchając jej, a wszystko nagle stało się jasne, gdy nasze drogi znów się przecięły? gdybym nie odkrył, że to stąd wzięło się „the whole of the moon”, które urosło we mnie w ostatnich latach nie wiadomo skąd jako jeden z tych transcendentnych momentów w muzyce popularnej, być może do tego pojednania by nie doszło; a jednak — to niesamowicie autorskie, ściśle splecione połączenie jangle popu, post-punku, folku i heartland rocka pożenione z jakąś trudną do opisania, ale zawartą w sercu tego materiału wspaniałością chwili; pędem, który jest możliwy do uchwycenia tylko w konkretnym punkcie, który daje nadzieję zmian, wolę walki i chęć życia; to płyta, która intryguje mnie na wielu poziomach i jestem przekonany, że od teraz będzie między nami tylko lepiej. ♪ „the whole of the moon”, „old england”


And then one more decade in life and music

64.

satoshi ashikawa wave notation 2: still way 1982

w równych proporcjach łączy klasycznie japońską melodykę, post-minimalistyczną pejzażowość, ducha kankyō ongaku i zuchwałość współczesnej kompozycji; rzecz, której bezskutecznie szukałem od lat, gdzie dysonanse i harmonie mieszają się w quasi-tanecznym ujęciu; to muzyka tyleż odprężająca co frapująca, zawsze jednak bliska w jakimś zaskakująco post-romantycznym (choć nie dosłownie) ujęciu emocjonalności; dla mnie, który naturalnie chłonę muzykę wrażeniowo, to istny raj; proste i złożone to część tej samej formy, zawsze niestrudzenie szczerej i bliskiej. ♪ „still park – piano solo”


And then one more decade in life and music

63.

hiroshi yoshimura wave notation 1: music for nine post cards 1982

od kilku lat trwa na zachodzie festiwal hiroshiego yoshimury — co rusz jakaś oficyna oficjalnie reedytuje jakieś z jego dawnych nagrań; wszystko zaczęło się w 2017 roku od music for nine post cards, pierwszej części enigmatycznej trylogii wave notation, które najpierw wypuściło empire of signs, a później przechwyciło light in the attic; z jednej strony można ten album potraktować jako wizytówkę japońskiego ambientu nurtu kankyō ongaku, czyli pożenionego w równych proporcjach z new age’m, impresjonizmem i awangardą; z drugiej zaś — jest to rzecz mimo wszystko dość odrębna — bardziej niż większość kankyō ongaku wycofana i minimalistyczna; bliższa sztuce wystawowej niż przestrzeni codzienności, co nie jest zarzutem, ale dystansuje mnie od niej skutecznie; gdy kilka lat temu nabyłem egzemplarz, wydawało mi się, że będę po ten krążek sięgał na co dzień, a tymczasem zachowuję go na chwilę szczególnej potrzeby i wzmożonej uważności; taka to muzyka. ♪ „blink”, „soto wa ame”


And then one more decade in life and music

62.

the pussywillows spring fever! 1988

przez wiele lat, najpierw jako dzieciak, potem student i młody dorosły, miałem problem z latami 80. chłodna produkcja, syntezatory i automaty perkusyjne to nie było coś, co mnie brało; w tamtym czasie najbardziej brało mnie organiczne i dość surowe brzmienie lat 60. i ten dość kompaktowy (choć niewydany nigdy na cd) krążek jest pamiątką tamtej epoki; dziewczyńskie trio the pussywillows nie było nawet one hit wonder, nagrało tę niepozorną epkę wypełnioną bardzo trueschoolowo brzmiącym surfrockiem jakoś na fali stylistycznych powrotów do lat 60. w drugiej połowie lat 80. i faktycznie można by ten krążek umieścić gdzieś pomiędzy the ronettes a surfin’ usa beach boysów i nie byłoby zgrzytu; materiał jest tu w dużej mierze pożyczony, ale tak, żeby nie dało się łatwo poznać, a dziewczyny dowożą — mają charyzmę wokalną, gitary i sekcję rytmiczną zupełnie jak trzeba; spring fever! pędzi przed siebie z zadziwiającą siłą i pewnością siebie, pomimo świata, który był wtedy już zupełnie gdzie indziej i niewątpliwie wątłego budżetu; to jedna z tych pozycji, które definiują dla mnie beztroskę; i może dlatego wciąż nie potrafię jej się oprzeć. ♪ „don’t say he’s gone”, „hold my hand”


And then one more decade in life and music

61.

the jesus and mary chain psychocandy 1985

psychocandy, hałaśliwy proto-shoegaze ze słabością do popu lat 60. spod znaku phila spectora, gdy tylko został uważniej przeze mnie odsłuchany, ujawnił moją słabość do tej jakże oryginalnej, na wskroś awangardowej wówczas i odważniej mieszanki stylistycznej; nawet jeśli jesus and mary chain nie dowożą tu melodyki na miarę my bloody valentine, z dumą można położyć ten krążek na półce zaraz obok mistrzów shoegaze’u, co już niedługo mam nadzieję przedsięwziąć zupełnie fizycznie. ♪ „just like honey”


And then one more decade in life and music

60.

steve monite only you 1984

to jeden z tych fascynujących przypadków krążka odkrytego przez szerszą zachodnią publikę dopiero po wielu latach; steve monite to nigeryjski piosenkarz boogie i disco, a only you, wydane oryginalnie w 1984 roku, to jego jedyny longplay; dopiero po premierze składanki doing it in lagos: boogie, pop & disco in 1980s nigeria w 2016 roku nakładem brytyjskiego soundway records zachodni słuchacze dostrzegli tytułowe „only you” — 6 lat później, by popular demand, reedytowano więc cały krążek monite’a o tym samym tytule; rzecz z jednej strony wykorzystuje najbardziej kiczowe syntezatory jakie można sobie wyobrazić, z drugiej — ma w sobie jakiś nieodparty urok, charyzmę i oczywiście melodie; brzmi to trochę tak, jakby monite wraz z zespołem śpiewał teraz na żywo zaraz obok nas — jakby materiał był tylko w cżęści wyreżyserowany, a cała reszta była wynikiem charyzmatycznej improwizacji. ♪ „only you”


And then one more decade in life and music

59.

edyta geppert och, życie kocham cię nad życie 1987

to jedna z muzycznych pocztówek mojego wczesnego dzieciństwa; babcia miała ten album na kasecie i siłą rzeczy często go słyszałem; dla babci i mamy geppert uchodziła wtedy za wzorzec scenicznej klasy i elegancji — myślę, że zresztą w tym względzie po stronie artystki wiele się nie zmieniło, poza może tym, że wypadła z obiegu medialnego; zostały piosenki — zaśpiewane dość tradycyjnie w inspiracji chanson, zaaranżowane dość kosmicznie w stylu epoki; paradoksalnie moje ulubione momenty tutaj to te najmniej znane — „nocny dyżur”, „mój człowiek”, „poésie” — jest w nich jakaś ponadczasowa tęsknota mieszająca z rozmysłem słodycz z goryczą. ♪ „nocny dyżur”, „mój człowiek”


And then one more decade in life and music

58.

anri timely!! 1983

śmiałem się ostatnio, że anri w latach 80. wydała chyba z dziesięć płyt; touché! wydała jedenaście; słuchałem kilku kultowych z okresu 1982-1984, ale tylko timely!!, słusznie zresztą stawiana na citypopowym piedestale, zaczarowała mnie w całości i bez konieczności zawierania z muzyką na krążku jakichkolwiek kompromisów (prawie spełnia ten warunek także heaven beach z 82) — może dlatego, że w niemal w całości (poza dyskotekowym openerem) trzyma się konsekwentnie tematu letniej beztroski zwieńczonej jakimś słodko-gorzkim finałem, gdy trzeba już pożegnać słońce; anri jest świetną piosenkarką, której trochę brakuje charakteru, co timely!! pięknie nadrabia spójnym brzmieniem i dobrymi melodiami. ♪ „windy summer”


And then one more decade in life and music

57.

miharu koshi boy soprano 1985

rok po kultowym parallelisme miharu koshi zjednoczyła siły z haruomim hosono po raz kolejny, ale tym razem nawet bardziej na własnych regułach — na pierwszy plan wysunęły się inspiracje koshi europejską muzyką klasyczną, a hosono po swojemu zaaranżował to wszystko na syntezatory; są tu więc dwie reinterpretacje utworów schuberta, w tym jedna wyjątkowo dziwaczna — kosmiczna synthpopowa wersja tego „ave maria”; jest proto-glitchpopowy rap okraszony niemieckojęzycznym tytułem „lip shütz”, a kilka pozostałych numerów w taki czy inny sposób, mimo technopopowej powierzchowności, melodycznie śmiało nawiązuje do muzycznych tradycji starej europy; to płyta, która przy pierwszym kontakcie raczej odstręcza niż fascynuje, co jednak łatwo daje się odwrócić, bo w tym szaleństwie jest metoda, a miharu koshi to jedna z najciekawszych piosenkarek swojej generacji, z łatwością dająca radę niejednej anri czy akinie, niezależnie od repertuaru; jest w tej muzyce historia na wielu poziomach i nie potrafię już o niej zapomnieć. ♪ „hashire usagi”


And then one more decade in life and music

56.

james brown in the jungle groove 1986

nie szukajcie dalej, to jest ten james brown, którego chcecie i potrzebujecie! to dość paradoksalne, bo w 86 brown był już absolutnie poza soulowym czy funkowym nawiasem i ten quasi-album-quasi-składak został przyjęty jako ciekawostka dla muzycznych geeków; na płytę złożyła się selekcja tanecznych numerów browna z lat 1969-71, w tym jeden wcześniej niepublikowany i kilka remiksów (wiernych naturze i oryginalnemu brzmieniu browna), a klucz do krążka stanowił beat; w połowie lat 80. brown stał się kopalnią sampli dla rodzącej się sceny hip-hopowej i in the jungle groove było odpowiedzią na rosnące zainteresowanie oryginalnymi nagraniami funkowego mistrza w tym nowym kontekście; moje wcześniejsze doświadczenia z brownem były raczej mieszane — podziwiałem jego energię, która przepełniała poszczególne numery, ale w kontekście płytowym, brown rzadko kiedy potrafił to dowieźć; udało się to dopiero w retrospekcji na in the jungle groove, którego centralnymi punktami są groove i energia; to bardziej doświadczenie niż płyta sensu stricto, kolejne numery układają się w coś na kształt funkowego jam session, gdzie motywy i refreny są tylko punktem wyjścia do synergetycznej improwizacji — w tym przypadku pod dyktando pulsującego bitu i pod przewodnictwem najbardziej charyzmatycznego soulowego wodzireja. ♪ „funky drummer – pt. 1 & 2”


And then one more decade in life and music

55.

steve reich octet · music for large ensemble · violin phase 1980

w cieniu przesławnego music for 18 musicians, tak długim i gęstym, że nie sposób dojrzeć niczego innego, jest wydana dwa lata później płyta z trzema mniejszymi kompozycjami: octet, music for a large ensemble i violin phase; każda z nich jest na swój sposób znakomita i ma własną tożsamość, choćby ze względu na odmienne instrumentarium; to główna przewaga tej płyty nad słynniejszym poprzednikiem — każdy z trzech utworów trwa mniej więcej ćwierć długości music for 18 musicians — wystarczająco, by zainstalować się wygodnie w dźwiękowej przestrzeni, ale nie tyle, by stracić nią zainteresowanie i bezwiednie zająć głowę czym innym; choć to octet służy tu za danie główne, moim ulubionym momentem zawsze było rozpoczynające music for a large ensemble — pozornie bezpośrednia kontynuacja wcześniejszego projektu, jednak różniąca się diametralnie energią i wymową; to naturalnie bardzo jasne i medytacyjne granie utkane w formie dźwiękowych sieci, których rozplątywanie daje przejmującą satysfakcję. ♪ „music for large ensemble”


And then one more decade in life and music

54.

saeko suzuki the law of the green 1985

lata 80. to był ten czas, gdy twórcy chętnie ścigali się przez płotki na to, kto nagra płytę dziwniejszą — nawet w głównym nurcie; nie ukrywajmy, ja lubię dziwne płyty; novelty ponad rzemiosłem to moje sekretne motto; i tu właśnie do akcji wkracza saeko suzuki, cała na zielono, ze swoim zielonym ładem — dźwiękowym kodeksem rozpisanym na dzwonki od rowerów, synetezatorowe marimby i żaby; suzuki w niezbornym rozkroku między popowymi refrenami, musicalowym sznytem, energią zolo a medytacyjnym kankyō ongaku tworzy album równie absurdalny, co rozkoszny; to czysta fantasmagoria, podróż do jakiejś odległej dziwacznej bajkowej krainy, do której worteks znajduje się w samym sercu lat 80. ♪ „good morning”, „mon biclo”


And then one more decade in life and music

53.

the smiths the queen is dead 1986

the smiths to styl życia, czy może raczej percepcji życia, a przynajmniej myślenia o życiu; poetyka morrisseya tańczącego na grobie oscara wilde’a z lekką manieryczną, ale fascynującą narracją, która podczas słuchania manifestuje się słuchaczowi w sposób niemal fizyczny; to trochę tak jakby ktoś bardzo samotny delikatnie przytulił kogoś drugiego, równie samotnego, a po wszystkim rozeszliby się — każdy z powrotem w swoją samotność; jest w tym miejsce na czułość, ale jest też przewrotność, którą można rozumieć jako poetycką zawadiackość, ale też ostentacyjne przewracanie oczami; tacy właśnie są the smiths, a the queen is dead wyraża ich charakter najpełniej ze wszystkich czterech studyjnych krążków zespołu; są i tacy, owszem, którym się wydaje, że to debiut, ale tam większość kompozycji była melodycznie nijaka, a tutaj mamy więcej muzycznej substancji (transcendencji nawet) niż na części kompilacji z singlami grupy; są, owszem, potknięcia; na szczęście album można (czyt; należy) zakończyć po „there is a light” i udawać, że ma tylko 9 utworów. ♪ „the boy with the thorn in his side”


And then one more decade in life and music

52.

pixies doolittle 1989

to zabawne — kupiłem tę płytę sto lat temu, przede wszystkim chyba ze względu na rozpoczynającego debasera, ale nie pamiętam, żebym kiedykolwiek jej w tym czasie słuchał; powodem, tyleż prozaicznym co znamiennym, starość; zbyt hałaśliwi zrobili się dla mnie starzy dobrzy pixies, choć może po prostu na wierzch wyszła cecha, którą tylko pozornie miałem kiedyś za zaletę, a w rzeczywistości zawsze był to znak jakiejś granicy; inaczej nie pożegnałbym się z nimi ot tak; ale właśnie to połączenie hałaśliwych gitar i niemal popowego songwritingu, który nigdy nie zaistniał na listach przebojów, robi robotę tak bardzo; bez pixies nie byłoby tych wszystkich weezerów, wavvesów, japandroidsów i setek innych grup, które mi zrobiły studiowanie i przez które sięgnąłem po pixies i zakochałem się w ich dwóch pierwszych płytach (pozdrawiam stąd surfer rosa z 1988, które też kupiłem i też go nie słucham); z drugiej strony słychać tu też jakąś zadziorność ramonesów, surferski vibe beach boysów, garażowość velvetów; doolittle jest w ten sposób zupełnie niezbędne. ♪ „wave of mutilation”, „debaser”


And then one more decade in life and music

51.

lech janerka historia podwodna 1986

ależ ten janerka był znakomity! chociaż mam silniejszą więź z debiutanckim klausem, muszę przyznać, że historia podwodna zachowała większość jego zalet (bezkompromisowy i niewiarygodnie przebojowy songwriting janerki oraz nieustającą skłonność do formalnych eksperymentów na punkowej kanwie), a pozbyła się największego mankamentu — jarmarcznej fragmentaryczności; janerka jest tu dużo bardziej skoncentrowany i wyraża siebie pełniej; i nawet jestem skłonny uwierzyć, że historia jest podwodna, pulsuje, klekoce, świdruje, brzęczy jak łódź podwodna między wiolonczelowymi falami i prądami, i w jej ramach też cały ten społeczny galimatias janerka musiał pomieścić; może tego nie jestem sobie w stanie do końca wyobrazić — debiut klausów zawsze był dla mnie jasną wizją, wszystkie składowe stawały mi tam przed oczyma, ilekroć usłyszałem fragment; w historii, choć niczego jej nie brakuje, a nawet ma więcej, niż by można było oczekiwać, to się jakoś nigdy nie składało; i to jest mój jedyny, największy i najmniejszy zarzut; poza tym świetna płyta. ♪ „lola (chce zmieniać świat”


And then one more decade in life and music

50.

hiroshi yoshimura green 1986

inaczej niż w przypadku music for nine post cards wydane cztery lata później (w dwóch wersjach) green to harmonijna podróż ku naturze i kanoniczny przykład medytacyjnego new age’u — zaskakująco melodyjnego i wcale nie serowego; kolejne utwory są poukładane post-minimalistycznie, tak żeby kolejne motywy intrygowały słuchacza, ale nie wybijały go z transu; organiczność tej muzyki jest celowo upozorowana — green nie próbuje zastąpić obcowania z naturą, raczej poszerzyć to doświadczenie, do czego, co zrozumiałe, wykorzystuje własne środki; technikalia tej muzyki są jednak drugorzędne, liczy się właśnie doświadczenie. ♪ „green”


And then one more decade in life and music

49.

japan gentlemen take polaroids 1980

david sylvian był dla mnie nieuchwytny całymi latami, a jednocześnie dokoła niego gromadziły się kolejne impulsy zwracające mnie co rusz w jego stronę; nie mam pewności, czy gentlemen take polaroids to definicja brzmienia japan — wciąż nie zgłębiłem należycie inspirowanego chińskim folklorem tin drum, ale na tę chwilę to chyba takie japan, do którego potrafię dosięgnąć; tajemnicze, zaskakująco poetyczne, ale wciąż melodyjne i popowe, choć nie bez aranżacyjnych twistów, gdzie noworomantyczną materię powykręcano hipnotycznie tak, że utwory, choć namacalne, są jednocześnie nierzeczywiste; gentlemen take polaroids to wykwintny muzyczny teatr, w równej mierze czerpiący z reguł zachodnich i wschodnich — nie tylko na papierze — muzyczny pomost między faktyczną japonią a europą, czego dowodem niech będzie być może najbardziej intrygujący, inspirowany fortepianowymi miniaturkami erika satie, numer na krążku — napisane przez ryuichiego sakamoto „nightporter”. ♪ „gentlemen take polaroids”, „nightporter”


And then one more decade in life and music

48.

fleetwood mac tango in the night 1985

czy można pokochać jakiś album, nie słuchając go? gdy świadomie poznałem fleetwood mac w ich późno70sowej odsłonie z lindseyem buckhinghamem i stevie nicks w rolach głównych, absolutnie zatraciłem się w ich idealnej mieszance popu i rocka — do dziś pamiętam, jak całym sobą chłonąłem rumours — jakże witalne było to doznanie; jednocześnie jednak dla zasady zacząłem kontestować ich najbardziej ograny radiowo krążek tango in the night, po który naturalnie sięgnąłem zaraz potem; nie spodobał mi się zwrot w stronę syntezatorów pozbawiający ich wcześniejsze brzmienie organiczności; lata mijały, a ja omijałem tango; jednocześnie jednak te znane mi przecież dobrze numery zaczęły dojrzewać wraz ze mną, dawne antagonizmy same zniknęły nie wiem kiedy, i gdy po latach wróciłem do tanga, okazało się, że to na swój własny sposób także znakomita płyta pokazująca inną stronę tego samego brzmienia, które przed laty tak mnie poruszyło. ♪ „you and i, pt. ii”


And then one more decade in life and music

47.

toshifumi hinata hitotsubu no umi (reality in love) 1986

to jedno z moich niedawnych odkryć, wydane zresztą w sercu lat 80. przez tę samą kultową oficynę alfa, którą znam z płyt yellow magic orchestra; i byłaby to może i rzecz zupełnie serowa, gdyby nie soundtracki do filmów studia ghibli joe hisaishiego, które niewątpliwie dzielą z tym wydawnictwem upodobanie do łączenia new age’owego ambientu z motywami impresjonistycznej muzyki kameralnej; różnica jest oczywiście zasadnicza, bo album hinaty nie jest ścieżką dźwiękową do filmu (choć mógłby być!), przez co jest to doświadczenie mniej nieobliczalne (bo soundtracki zwykle są niestety nieobliczalne); na osi czasu album hinaty zgrywa się zresztą niemal idealnie z początkami studia; sam hinata natomiast jest twórcą znacznie bardziej eklektycznym, a ta płyta nie jest najbardziej reprezentatywna dla jego stylu; angielski dziwaczny tytuł reality in love nijak ma się do oryginalnego hitotsubu no umi, które przetłumaczyć można jako morze w jednej kropli z niewydrukowanym na okładce (a jedynie na pasku obi) podtytułem krajobraz serca, które kiedyś odwiedziłem; hinata balansuje tu na granicy czegoś bardzo prawdziwego w post-romantycznym sensie i czegoś, co może zostać rozpoznane jako imitacja; gdy jednak pewne uproszczenia zaakceptujemy i damy tej muzyce wybrzmieć, może zrobić dla nas dużo dobrego; i tę opcję sam wybrałem. ♪ „reflections”, „hikari to mizu”


And then one more decade in life and music

46.

the stone roses the stone roses 1989

pamiętam, że gdy pierwszy raz sięgnąłem po stone roses jakoś na studiach skuszony kultowym statusem tego krążka (i śmiałą kompozycją z okładki, która zawsze wyglądała dla mnie trochę jak wiejski krajobraz widziany z lotu ptaka), była to zdecydowanie jedna z tych płyt, które początkowo stawiały mi opór; cóż wtedy wiedziałem o madchesterze — słonecznym, ale nieco chłodnym w ekspresji — mówimy jednak o ekspresji angielskiej; słuchałem jej wówczas całkiem sporo — zwłaszcza singlowego „i wanna be adored”, które z perspektywy, choć najbardziej ikoniczne tutaj, nie byłoby dzisiaj moim pierwszym wyborem na plejlistę, a później na wiele lat kontakt zupełnie się urwał; gdy wróciłem do płyty teraz, przesłuchałem ją czterokrotnie w ciągu dwóch dni, z poczuciem, że tego właśnie potrzebuję; może to skraj jesieni, wyjątkowo ekstremalny, gdy go porównać z tym, co znamy, ale jest też duże prawdopodobieństwo, że stęskniłem się za tą muzyką — tym jak nienachalnie, ale melodyjnie płynie i składa się w całość; to zresztą obok miami the gun club kolejna płyta, która w niesamowicie adekwatny sposób łączy to co przeszłe (psych-pop z lat 60. à la the kinks) z tym, co dopiero miało nastąpić później (blur); nie śmiałbym włączyć the stone roses w słoneczny dzień, ale jeśli deszczowego dnia potrzebuję odrobiny słońca, które jednocześnie nie wydaje się nie na miejscu — the stone roses sprawdzą się w tej roli najlepiej na świecie. ♪ „this is the one”, „i wanna be adored”


And then one more decade in life and music

45.

wojciech młynarski młynarski w ateneum: recital ’86 1987

kupiłem tę płytę kiedyś od ulicznego handlarza i chociaż w tamtym czasie nieszczególnie było mi po drodze z młynarskim jako wykonawcą własnych utworów (głównie na bazie jego repertuaru z lat 60.), ten recital z 86 okazał się szalenie zajmujący — młynarski jest charyzmatyczny, elokwentny i dowcipy, zarówno gdy wykonuje kolejne utwory, jak i gdy opowiada między nimi rozmaite anegdotki; program jest doskonale wyselekcjonowany, a formuła kameralnego recitalu znakomicie mu służy. ♪ „róbmy swoje”, „po co babcię denerwować”


And then one more decade in life and music

44.

akiko yano tadaima. 1981

akiko yano przy okazji reedycji jej dyskografii w poprzedniej dekadzie przez paryską oficynę wewantsounds okrzyknięto japońską kate bush; to oczywiście marketingowo-recenzenckie uproszczenie, ale wcale nie krzywdzące, choć obie panie tworzyły paralelne rzeczy w podobnym okresie, z dużym prawdopodobieństwem w oderwaniu, choć być może wcale nie zupełnym, od wzajemnych wpływów i powiązań; yano, przynajmniej na błyskotliwym tadaima., związana z kreatywną stajnią yellow magic orchestra w nurcie techno kayō, jest uosobieniem muzycznego oryginała; to, jak w przypadku bush, bardzo autorska mieszanka mieszająca w równych proporcjach dość szalony, ale jednak melodyjny pop z szeroko pojmowaną awangardą; płyta jest zresztą dość specyficznie ułożona, inaczej niż np. the hounds of love, gdzie na jedną stronę wciśnięto wszystkie przeboje, a drugą spowito eksperymentami — u yano pierwsze dwa i ostatnie dwa utwory złożyłyby się na absolutnie perfekcyjną prog-techno-popową epkę, z kolei materia pomiędzy nimi, to rzecz innej gęstości, artystowski głąb, który jednak nie przekracza pewnej dość istotnej granicy, za którą słuchacz mógłby poczuć dyskomfort i zacząć zadawać te same tendencyjne pytania o zasadność sztuki współczesnej. ♪ „harusaki kobe”, „tadaima.”, „rose garden”


And then one more decade in life and music

43.

prince dirty mind 1980

nie byłoby lat 80. bez purpurowego księcia; choć niewątpliwie centrum jego kariery już na zawsze w percepcji ogółu pozostanie purple rain, ja dość szybko przelałem swoje uczucia względem tego, co uznawałem za esencję prince’a, czyli syntezatorowego funku, na płytę, od której wszystko de facto się zaczęło — dirty mind z 1980 roku; formalnie był to trzeci album artysty, ale pierwszy, na którym naprawdę poszedł na całość — począwszy od przegiętej majtkowo-apaszkowej okładki, przez obezwładniający, naładowany seksualnie klimat funkowego minneapolis — w szczycie ery disco wyszarpujący szalejącą na parkietach publikę w zgoła innym kierunku; lubię tę płytę nie tylko dzięki niesamowitemu wyczuciu melodyjno-produkcyjnemu księcia, ale też dlatego, że od początku do końca opowiada mi historię; no i uwodzi mnie ta buzująca po stokroć na wielu poziomach synthfunkowa stylistyka — kolejne płyty też opowiadały historie, ale albo robiły to niekonsekwentnie (1999, around the world in a day), albo nie była to do końca historia, która przypadła mi gustu estetycznie (purple rain), albo nie byłem w stanie wczuć się w nią od a do z (parade); tak czy inaczej, podtrzymuję opinię, że lata 80. bez prince’a się nie liczą. ♪ „dirty mind”


And then one more decade in life and music

42.

van dyke parks tokyo rose 1989

w biednych istotach z emmą stone sceny jej podróży statkiem zrealizowano w jednocześnie surrealistyczny, kiczowaty i majestatyczny sposób; słuchając tego krążka, wizualizuję go sobie w takim właśnie stylu; niebezpodstawnie zresztą, bo przecież żeby niegdyś dostać się z usa do japonii, trzeba było przepłynąć pacyfik; tokyo rose z początku drażniło mnie swoją staromodnie zawadiacką amerykańskością próbującą połknąć japońskie subtelności, niewiele z nich rozumiejąc; wiele lat później, gdy udało mi się wreszcie polubić ameryką i europę, zrobiłem to japońskimi oczami, a to otworzyło mi drzwi także do tej płyty, którą traktowałem wcześniej raczej jako kuriozum; van dyke parks ma do zaoferowania połamaną melodykę, kunsztowne aranże (miejscami przedobrzone dla efektu dramatycznego — tak ma być, to forma quasi-teatralna) i dziwaczne teksty opisujące zawiłe relacje osobiste, polityczne i handlowe; tokyo rose jest reliktem, na który nie było miejsca ani w codzienności lat 80., ani tym bardziej dziś; z tego też powodu jest to mój album podróżny — zabieram go ze sobą, niekoniecznie płynąc przez pacyfik, gdy mam chęć podróżować w jeszcze innym wymiarze — między epokami i rzeczywistościami; pod tym względem tokyo rose jest trochę bardziej jak książka albo jak film. ♪ „trade war”, „yankee go home”


And then one more decade in life and music

41.

duran duran rio 1982

nie jestem duranowcem, jeszcze nie tak dawno rio było jedyną płytą zespołu, której słuchałem w całości; trochę to dziwne, biorąc pod uwagę, że to jedna z tych wielkich perfekcyjnych popowych płyt lat 80., gdzie wszystko jest na swoim miejscu, a każdy kolejny numer dorównuje poprzedniemu jakością i chociaż zmienia się ich ogólny wajb, to wszystko zgrywa się w całość; swoją drogą to chyba najbardziej emblematycznie 80sowa płyta w tym zestawie, czerpiąca bez skrępowania z całego wachlarza stylistycznych atrybutów ♪ „hold back the rain”


Opublikowano

Dawna stolica

Dawna stolica

Yasunari Kawabata, „Dawna stolica”, wyd. Państwowy Instytut Wydawniczy, 2024


Jak wygląda miskant? Jaka jest natura ułudy? Jak zmieniłby się świat, gdyby każdy miał swojego bliźniaka? I oczywiście — jak potoczyły się dalsze losy rodziny Sada? — z tymi pytaniami pozostawiła mnie lektura „Dawnej stolicy” Kawabaty, a było ich w międzyczasie znacznie więcej. Nie wszystkie wymagały odpowiedzi. Wiele z nich zostało zresztą udzielonych w obszernych przypisach tłumaczki.

„Dawna stolica” to prosta historia rodziny prowadzącej mały sklep z tkaninami na obrzeżach Kioto lat 50. Główną bohaterką jest wchodząca w dorosłość dwudziestoletnia Chieko, a kanwę powieści stanowią zmieniające się pory roku wyrażane nie tylko w tytułach kolejnych rozdziałów, ale przede wszystkim zauważane przez postaci w nieustannie przeobrażającej się przyrodzie. Kioto tamtych czasów umiejscowione jest gdzieś pomiędzy wielowiekową tradycją szanowaną przez jego mieszkańców a zmieniającym się podejściem do kwestii estetycznych czy obyczajowych. Tradycjom, zwłaszcza tym przypisanym do konkretnych momentów roku — świątecznym i festiwalowym, poświęca zresztą Kawabata sporo uwagi (resztę dopowiada z drugiego planu tłumaczka). Jest tu też miejsce na kilka fabularnych fałd, przedstawionych szczerze i bez sensacyjnych ozdobników, które nadają utworowi właściwy tor na tle corocznych rytuałów.

To niepozorna proza, jak zresztą większość utworów Kawabaty, przez co nie byłoby na miejscu określić jej mocnym słowem jako fascynującej czy obezwładniającej, choć na swój sposób to właśnie robi — tyle że nieco inaczej. Gdy zaczynałem czytać Kawabatę przed laty, miałem do niego więcej uwag niż pochwał, brakowało mi cierpliwości do jego narracyjnych meandrów. Może to kwestia konkretnych tytułów, a może mojej ewoluującej wrażliwości, ale od lektury „Głosu góry” przed czterema laty, mam poczucie, że stworzone przez niego światy są dla mnie czymś w rodzaju bezpiecznej przystani. Nie tylko to — jego perspektywa ubogaca moją. Niedopowiedzenia pobudzają wyobraźnię i ciekawość. „Dawna stolica” pozostawiła mnie z wieloma pytaniami, które nawet pozostawione bez odpowiedzi, mają szansę sfermentować we mnie twórczo. A taka szansa to już dużo.

Opublikowano

Ofiara porządku umrze, próbując

Ofiara porządku

TinEye searched over 73.9 billion images but didn’t find any matches for your search image


Brzmi to złowrogo i profetycznie, ale tylko pozornie. W rzeczywistości często jesteśmy w stanie przewidzieć przyszłość, jeśli mamy jakiś podstawowy ogląd przeszłości. Żeby nie budować sztucznego suspensu — nie żebym umiał w te sprawy — ofiara porządku to ja. To skrót myślowy — nie sądzę wcale, żeby miał zabić mnie porządek jako taki. Zwłaszcza że w życiu dominuje jednak bałagan — porządek jest wyjątkiem, rzadkim i pożądanym. Oczywiście są tacy, których mniej lub bardziej metaforycznie zabiło umiłowanie porządku. Mówimy o nich pieszczotliwie w takich słowach jak np., że to chichot losu. A gdy ktoś ma jeszcze coś od siebie do dodania, może powiedzieć, że to znamienne, a następnie wypluć, co ma do wyplucia i zapomnieć na wieki. Ciekawostka.

Ten mój porządek to raczej wrodzona skłonność do porządkowania rzeczywistości — niekoniecznie tej materialnej, choć czasem oczywiście też. Dzięki temu wydaje mi się, że mam rzeczy pod kontrolą. Nigdy nie ufałem swojej pamięci. Są ludzie, którzy to robią. Mówią — tutaj nic nie ginie — i wskazują na swoje głowy. Przyglądamy im się z aprobatą — my, którzy nie ufamy swoim głowom i którzy myślimy wręcz, że tam właśnie wszystko ginie. Obija się o puste ściany czaszki — pjon pjon — i ginie w czeluści. Ale te porządki, prowadzone skrupulatnie zapiski na ważne tematy — głównie dotyczące ocen utworów muzycznych i filmowych, choć przecież notuję też wszystkie nowe japońskie, francuskie i angielskie (w tej kolejności) słowa i zwroty, na jakie trafię, a także przez kilka lat zapisywałem, co sądzę o przeczytanych książkach — no więc porządki, okradają mnie z doświadczeń. Ludzie, którzy mają gdzieś porządek, tak sobie to wyobrażam, rzucają się w wir przygody, doznają płyt, a nie przyznają im cyferki. Ja z kolei — najpierw łaknę doświadczeń, a później je sabotuję cyferkami. Być może moja potrzeba doświadczeń jest fałszywa — wcale by jej nie było, gdybym nie miał arkusza, w którym mógłbym dodać datę i cyferkę, żeby za dwanaście lat móc ją wygrzebać i powiedzieć — nie pamiętam już zupełnie tego filmu, ale dnia tego i tego napisałem w nie najgorszym stylu takie oto zdanie. Następnie odczytałbym zdanie — zdanie jak zdanie, a ja nadal nic bym z tego filmu nie pamiętał.

Wczoraj dowiedziałem się, że jako ludzie jesteśmy w zasadzie skazani na porażkę w stawaniu się lepszymi ludźmi. Że spędzamy długie godziny na psychoterapiach, żeby wypracować nowe lepsze wzorce postępowania, a później jak przychodzi co do czego, ostatecznie z dużym prawdopodobieństwem i tak wybieramy te stare sparciałe wzorce, przez które trafiliśmy na terapię. Najpierw pomyślałem, że to nic nowego — ktokolwiek, kto coś tam przeżył, ma chyba jakiś ogląd tego, jak krnąbrna to materia — własna głowa. Potem zrobiło mi się trochę smutno, ale tylko trochę. A potem pomyślałem, że te moje niby poszukiwania doświadczeń (za wielkie te słowa, ale niech już sobie będą) to w zasadzie próby odtworzenia kilku pięknych wspomnień, które wgrały mi się same z siebie na dysk twardy w tej sekcji, której nie da się sformatować, i teraz kompulsywnie próbuję je znowu przywołać do życia, choć na chwilę, co prawie nigdy się nie udaje. A tymczasem „You Are the Sunshine of My Life” można usłyszeć po raz pierwszy tylko raz — czego się spodziewałem? Z dużym prawdopodobieństwem można spędzić cały wielki piątek, łapiąc pokemony z ziomkami, mając dziesięć czy tam jedenaście lat, bo po tej wolcie gniew matki sprowadzi na was szlaban, który popamiętacie do końca życia. Nie mam już dziesięciu lat, mama nie może dać mi szlabanu, niemal nieustannie czuję się przebodźcowany i znudzony jednocześnie. Mimo tego sam szukam co rusz jakichś nowych wrażeń, ale mając setki, tysiące możliwości, zazwyczaj wybieram nie to, czego potrzebuję. Przydałaby mi się instrukcja obsługi do samego siebie. Może wtedy ogarnąłbym nie tylko stawanie się, ale też jako takie bycie. Kosiński pisał, że wystarczy być, ale czasem samo to jest strasznie trudne.

Ostatnia dygresja w tym strumieniu, zanim przejdę do lichej puenty — patrzyłem ostatnio na swoje płyty — jest ich całkiem dużo — więcej niż mógłby mieć ktoś, kogo można by określić jako przyzwoitego człowieka, takiego, wiecie, bez nałogów, ale z pewnością mniej niż tysiąc. Zdarza mi się czasem stawać przed regałem, na którym sobie są, i wpatrywać się w nie przez kilka minut. Dzieją się we mnie wtedy straszne rzeczy — próbuję wniknąć do wnętrza siebie, żeby odnaleźć tę jedną, która idealnie dopełni tej chwili, która akurat się przytrafiła. Zwykle rozpoznanie kończy się porażką. Oczywiście bywa też tak, że od razu wiem, czego potrzebuję. Nie zawsze udaje mi się to zrealizować, nim potrzeba się przeterminuje, ale to też nie tak, że moje życie to zawsze splot niedających się uniknąć porażek. W takich momentach myślę czasem, że może wszystko byłoby łatwiejsze, gdybym miał dziesięć płyt. Mógłbym wówczas wybrać jedną z dziesięciu. Ale bywa też, że jest zupełnie odwrotnie — wtedy myślę o tych płytach, których nadal nie mam, a których z jakiegoś powodu czuję, że potrzebuję. Wówczas, w oderwaniu od tej beznadziejnej chwili walki z samym sobą przed pełnym regałem, mam przekonanie, że z tą nową płytą, którą już dodałem do koszyka, będę o krok bliżej spełnienia — cokolwiek to znaczy. Czy spełnienie to tysiąc płyt? Czy gdy przypadkiem przekroczę tę liczbę, dodam na półkę tysiąc pierwszą, nieodwracalnie stanę się zboczeńcem i odludkiem skazanym na te swoje płyty, które jednak (choć do tej pory wyłącznie sekretnie) nie dają mu tego, czego tak pragnął (przypomnę, chodziło o to, by znów po raz pierwszy usłyszeć „You Are the Sunshine of My Life” — przynajmniej figuratywnie)? Nie odpowiadajcie.

Puenta sama się nawinęła — że nawet mimo tego, że zdaję sobie sprawę z daremności tej gonitwy, nie umiem z niej zrezygnować. Jakoś mnie to cieszy. To zresztą druga rzecz, którą wczoraj usłyszałem. Że to w sumie dobry powód, żeby nadal się w to bawić — jeśli raz na jakiś czas, coś faktycznie nas zajawi i przez chwilę sobie popłyniemy, zamiast czołgać się jak co dzień. I nigdy w sumie nie wiadomo, co to będzie — warto więc próbować. Nawet jeśli ostatecznie ofiara tego porządku…

Opublikowano

2024 ✕ filmy

2024
zwykle kres moich podsumowań filmowych wyznaczały ceremonie oscarowe i tak powinno było stać się i tym razem, ale zostało mi jeszcze kilka filmów do obejrzenia i pomyślałem, mając w zasadzie gotowe podsumowanie, że dam sobie jeszcze kilka dni, przez które, nie dziwota, nie udało mi się zobaczyć zupełnie nic — zerknąłem więc na listę przegapionych premier i pomyślałem, i tak pewnie nic z tego nie zmieściłoby się do mojej dwudziestki — może kiedyś uderzę się w pierś i z przydechem coś tam sapnę, że się pomyliłem; a może nie; oto gorąca dwudziestka filmów, które obejrzałem w minionym sezonie 2024/25 i polecam


filmy x 2023

20.

nosferatu usa / uk / węgry reż. robert eggers

wampir jest kaprawy, ale straszy fest, dopóki go nie widać. film, co prawda nie bez mankamentów, najlepszy jest, gdy dialoguje z oryginałem, ale coś we mnie czekało na taki triumfalny powrót gotyckiego horroru i to coś nie pozowoliło mi usunąć tego filmu z listy


filmy x 2023

19.

saturday night usa reż. jason reitman

zupełnie jak w przypadku faktycznego saturday night live ze zgiełku postaci i pomysłów wyłania się tutaj ostatecznie jakiś kształt i myślę, że jest to rekonstrukcja jak najbardziej godna 50 lat dziedzictwa snl-a


filmy x 2023

18.

kinds of kindness usa / uk / irlandia reż. yorgos lanthimos

lanthimos zraził tym filmem do siebie swoich nowych i starych widzów z zupełnie różnych powodów; mimo kilku potknięć bez wielkiej pompy dowozi trzy kameralne dramaty z fantastycznym (czy też paranormalnym) twistem; bywa i makabryczny, i zabawny, i wciąż zwykle wie gdzie dołożyć, a gdzie ująć


filmy x 2023

17.

september 5 niemcy / usa reż. tim fehlbaum

zakulisowa i dość oszczędna perspektywa dodaje tej historii zamachu terrorystycznego podczas olimpiady w niemczech w 1972 roku zaskakującego autentyzmu; mimo pozornego chaosu poprowadzono ją ze swadą, a dodatkowo jest jak najbardziej a propos w kontekście trwającego konfliktu izraelsko-palestyńskiego


filmy x 2023

16.

conclave uk / usa reż. edward berger

fascynujące kulisy konklawe wreszcie na dużym ekranie; być może trochę na jedną nutę, ale trzeba przyznać, że w zdecydowanej większości przyjęta konwencja działa i trzyma w napięciu do końca; nie da się też nie docenić znakomitych zdjęć i set designu


filmy x 2023

15.

mars express francja reż. jérémie périn

zaskakująca francuska animacja science-social-fiction, nieźle zrealizowana na poziomie i koncepcji, i technikaliów; historia trzyma w napięciu; w pewnym momencie zmienia kierunek, ale to wcale nie odbiera jej meritum


filmy x 2023

14.

the wild robot usa reż. chris sanders

z początku, jak na kino z gruntu familijne, historię robota w dziczy przedstawiono jako brutalny slapstick, ale później pięknie i harmonijnie się rozwija; to wzruszająca opowieść, którą można czytać na różne sposoby — adekwatna i ponadczasowa; wizualnie ma drobne mankamenty, ale absolutnie robi robotę


filmy x 2023

13.

crossing szwecja / dania / francja / turcja / gruzja reż. levan akin

fabularnie odtwarza pewien schemat, ale nie potrafię zignorować bijącej od niego serdeczności i fenomenalnie wyselekcjonowanej muzyki dodającej mu poetyczności; zwłaszcza w kontekście coraz powszechniejszego negowania podmiotowości osób trans, to kino nie tylko dobre, ale też ważne i potrzebne


filmy x 2023

12.

ryuichi sakamoto | opus japonia reż. neo sora

pozbawione patosu eleganckie pożegnanie nieodżałowanego mistrza z publicznością; zrealizowane na zasadach sakamoto i w jego bezpiecznej przestrzeni w objęciach fortepianu wyrażającego w pełni istotę jego sztuki; „opus” to nie tyle płyta, koncert albo film, ale doświadczenie audiowizualne


filmy x 2023

11.

cerrar los ojos hiszpania / argentyna reż. víctor erice

starzeć najlepiej się bez strachu i bez nadziei; erice ledwie mimochodem stawia ważkie pytania o istotę człowieczeństwa, w centrum umieszczając swoją filmową historię; jest w tym istota magii kina, ale nie w oderwaniu od życia, jakie znamy poza salą filmową


filmy x 2023

10.

a real pain usa / polska reż. jesse eisenberg

dużo emocji wzbudził ten film nad wisłą, jakby eisenberg realizował projekt na zlecenie i za pieniądze polskiego ministerstwa kultury i dziedzictwa narodowego; tymczasem polska polską, a żydzi żydami — jądrem filmu jest przede wszystkim dynamika między bohaterami, ich emocje i stojący za nimi prawdziwy ból, błyskotliwie rozpisane i zagrane


filmy x 2023

9.

la passion de dodin bouffant francja reż. trần anh hùng

nie uważam się za smakosza i nie daję się łatwo zmanipulować internetowemu food porn, a jednak tutaj uległem i nie zapomnę tej wizualnej uczty jeszcze długo. sztuka kulinarna zmieniła ten w przeciwnym razie dość prosty melodramat w smakowite doświadczenie.


filmy x 2023

8.

anora usa reż. sean baker

sam film nie powinien dostać oscara w najważniejszej kategorii — nie tylko odstaje od estetyki nagród akademii, ale przede wszystkim ameryka zrobiła tym samym kolejny krok w szybko rozwijanej ostatnio przez pomarańczową administrację przyjaźni polsko-radzieckiej; sam film jednak stroni od polityki i nie należy brać mu tego za złe, zwłaszcza, że wielokrotnie pięknie wymyka się oczekiwaniom widza i robi ciekawe kino w klasycznych trzech aktach zupełnie z niczego


filmy x 2023

7.

pigen med nålen dania / polska / szwecja reż. magnus von horn

„oszukać przeznaczenie” w powojennej danii, albo historia z nagłówków gazet z nietypowej perspektywy, albo hipnotyzujące zdjęcia wznoszą film na wyższy poziom, doprawiając dość przyziemnej jednak historii wymiaru niemalże transcendentalnego — choćby tylko na poziomie zmysłowym


filmy x 2023

6.

aku wa sonzai shinai japonia reż. ryūsuke hamaguchi

hamaguchi miesza wątki i konwencje, a przy tym naturalnie i głębsze, i powierzchowne myśli; bywa metaforyczny i dosłowny, a zakończeniem mierzy w samego widza, który może dać się temu doświadczeniu ukształtować, albo polec tam na leśnej polanie między jeleniami


filmy x 2023

5.

les graines du figuier sauvage iran / niemcy / francja reż. mohammad rasoulof

złożona alegoria bronionego z pozycji siły i religii patriarchatu, trochę bawiąca się z widzem w kotka i myszkę, ale zwieńczona mocną puentą; choć niewątpliwie uchodźczy charakter tego, pewnie przynajmniej na jakiś czas ostatniego filmu rasoulofa, wzmacnia jego przekaz, sama historia broni się na swoich wielu poziomach i bez tego, nawet dla europejskiego widza, który w pewnym momencie może poczuć się odrobinę zagubiony w tej niespodziewanie dynamicznie eskalującej fabule


filmy x 2023

4.

dune: part two usa itd. reż. denis villeneuve

„diuna” rozwija skrzydła: jest piękna i dużo się dzieje, ale też poświęca jakąś metafizykę, żeby spiąć tę historię, co absolutnie nie powinno definiować tej pełnokrwistej i wyrazistej interepretacji. ferguson kradnie tutaj show, ale elvis-zbój też spoko


filmy x 2023

3.

the brutalist usa / uk / kanada reż. brady corbet

kino monumentalne, ale nie patetyczne, pozostające w ścisłym splocie z życiem. poetycka, ale nie estetyzacja. dla takich historii chodzi się do kina; niewątpliwie lepiej oglądało się ją bez oscarowego szumu, nawet jeśli ci szczepczący, że to kino robione pod amerykańską akademię mogli mieć odrobinę racji


filmy x 2023

2.

a different man usa reż. aaron schimberg

pierwszorzędnie pieprzy się z widzem i jego oczekiwaniami, uprzedzając je i co rusz zręcznie zmieniając własne tory w ramach koherentnej i inspirującej wizji; sebastian stan za tę rolę i za portret trumpa w „wybrańcu” dostaje ode mnie specjalne wyróżnienie jako mega-chad kina a.d. 2024


filmy x 2023

1.

yoake no subete japonia reż. shō miyake

miyake jest obdarzony dużą wrażliwością estetyczną i traktuje swoich bohaterów z czułością, którą oni oddają widzowi; małe rzeczy nie są nieistotne, zwłaszcza jeśli poświęci się im uwagę i z rozwagą zbuduje wokół nich szczerą opowieść

Opublikowano

Christmas in Japan

Christmas in Japan

W ostatnich latach koncepcje kolejnych części The Twelve Days of Christmas bywały dość wydumane. Tym razem prostolinijnie zapraszam na siedemdziesięciominutowy wypad do Japonii, gdzie święta obchodzi się zupełnie inaczej i z zupełnie innych powodów, choć ich główne atrybuty — choinki, lampki, dzwoneczki — pozostają całkiem podobne. Pomysł spędził kilka lat w poczekalni, bo nie byłem pewien, czy uda mi się oddać zarówno ducha Japonii, jak i świąt, tak jak rozumiemy je tu na zachodzie. Ale że był to dla mnie rok japoński, postanowiłem zaryzykować i chyba udało się nie najgorzej.

Christmas in Japan

Jak zawsze wymieszałem bez skrępowania utwory typowo świąteczne z tymi, które pasowały mi brzmieniem i atmosferą, choć ich oryginalny kontekst był inny. Natura tej krótkiej wycieczki jest raczej pogodna, ewentualnie przyprószona lekkim śnieżkiem, jedynie fortepianowa koda nieodżałowanego mistrza Sakamoto przynosi zgoła inne emocje.

Dobrych świąt, niech nam się darzy!

Poprzednie części świątecznych pozytywek w serii dostępne są na Mixcloudzie. Niepełnej (z racji braków biblioteki Spotify) wersji można posłuchać także u naszego ulubionego monopolisty streamingowego.

Opublikowano

2024っぽい:25ー1

2023

ciąg dalszy, czy może raczej prolog tegorocznego zestawienia wraz z pozycjami 50ー26 dostępny jest w drugim artykule; napisałem w tym roku o wiele więcej niż wypadało, zwłaszcza w kontekście płyt i utworów, które nie tylko są emanacją jakichś trendów (choć również), ale w dużej mierze mają wszelkie predyspozycje, by wpisać się w muzyczny pejzaż wielu nadchodzących lat


25.

ariana grande „we can’t be friends (wait for your love)”

choć po roku spędzonym przez „we can’t be friends” w intensywnej rotacji radiowo-strumieniowej z łatwością można go zignorować jako nagranie przebrzmiałe i męczące, gdy grande wydawała w marcu eternal sunshine, to właśnie był od pierwszego odsłuchu najbarwniejszy highlight płyty; z pomocą maxa martina i ilyi grande wchodzi tu w ramy smutnego introspektywnego disco, w którym trudne emocje należy przede wszystkim wytańczyć; dzięki motorycznemu 80sowemu bitowi w stylu hi-nrg wszczepionemu w rdzeń elektropopowej struktury „we can’t be friends” stało się pełnoprawnym sequelem kultowego „dancing on my own” robyn; oby jak najwięcej takich nagrań na radiowych plejlistach


2024

24.

perfume nebula romance: part i

to, że na nowej płycie perfume yasutaka nakata pchnął trio w retro-synthwave’ową stylistykę, jest wśród sympatyków grupy kwestią bardzo polemiczną; z jednej strony bowiem była to dosyć oczywista kwestia ewolucji brzmienia zespołu po plasmie z 2022 roku; z drugiej — synthwave jest obecnie, po zbyt wielu takich samych singlach the weeknda i jego naśladowców, w odwrocie; mimo że kontekst nie działa na korzyść takiego posunięcia, jeśli pierwszej połowy dwuczęściowej j-pop opery nebula romance posłuchać raczej jako reinterpretacji technopopowego dziedzictwa yellow magic orchestra, akcenty znacząco się przesuwają; perfume zresztą już wcześniej z powodzeniem eksplorowały to brzmienie na kultowym ⊿ — choć, przyznaję, nie aż tak dosłownie; romance jednocześnie zabiera nas bowiem do wymyślonego dystopijnego świata i do japońskiego synth popu lat 80., co dla mnie w obu przypadkach sprawdza się całkiem nieźle; nakata nie wyważa tutaj co prawda żadnych drzwi, ale produkcyjnie i melodycznie nadal trzyma poziom ♪ „love cloud”


2024

23.

alameda spectra volume 2

choć nazwa bydgoskiej grupy była mi całkiem dobrze znana, to co usłyszałem na spectra 2, tak dalece odbiegało od mojego wyobrażenia o muzyce alamedy, że minęło wiele czasu, nim odpowiednio połączyłem kropki; owszem, afrobeatowe szaleństwo z części pierwszej sprzed dwóch i pół roku stanowiłoby jasną wskazówkę, gdyby nie to, że odkryłem je obie w zasadzie jednocześnie; sama z siebie zresztą mogłaby mnie spłoszyć, bo dopiero przy odsłuchu tegorocznej dwójki szeroko otworzyłem japę ze zdumienia; tak jak przed dziesięcioma laty robiło to ninos du brasil, alameda wpisuje charyzmatyczne bębny pożyczone zza morza w progresywne przestrzenne techno; i tak jak włoski duet dekadę temu pożyczał z brazylii, bydgoski kwartet czerpie z angolskiej batidy i południowoafrykańskiego gqomu; nie będę udawał, że jestem specjalistą od afrykańskiej elektroniki — nie jestem, ale wiem, że alameda pięknie rozszerza (nomen omen) spektrum muzyki pożyczonej o swoje własne zajawki i doświadczenia; i że wychodzi im to obłędnie, a to przecież najważniejsze! ♪ „wir”


22.

father john misty „i guess time just makes fools of us all”

to father john misty w najlepszym wydaniu; refleksyjny, ale przewrotny, flirtujący z klasyczną melodyką, ale stroniący od banału; to osiem i pół minuty egzystencjalnego yachtrockowego disco z metastylistycznym groove’m, zapraszającymi na parkiet (ale tylko solo) smyczkami i oczywiście saksofonową solówką; mimo wszystko nie ma w tym nic z retropopu, to wcale nie tak, jakby nagle przenieść się w czasie do 1982 — tego rodzaju nagranie nie mogłoby powstać w tamtym kontekście, ponieważ musiał on dojrzeć, wypaczyć się i sfermentować i dopiero teraz nadaje się w swojej nowej postaci do ponownego spożycia — pierwotnie był czymś innym, a później przez wiele lat — zupełnie do niczego; słucha się tego „i guess time just makes fools of us all” — z soczystą (ale słodko-kwaśną) puentą w tytule i ostatnim takcie refrenozwrotki jak w prawdziwym country — jak medleyu przypowieści biblijnych; trochę jakby abba wyprodukowała singiel dla leonarda cohena, ale w zasadzie to nie do końca


2024

21.

ezra feinberg soft power

czego tutaj nie ma! ezra feinberg znakomicie wypełnia lukę pomiędzy czterema porami roku fuubutsushi a klarnetowym ambientem group therapy — robi to rzecz jasna bardziej po amerykańsku, ale na tyle subtelnie, że jak widać, nie jest to pierwsze słowo, którego użyłem, by tę muzykę opisać; na jakimś poziomie to instrumentalny ekwiwalent niedokończonego 50 state project sufjana stevensa, choć feinberg stevensa nie cytuje, ani nie kopiuje; w innej interpretacji to soundtrack do filmu o emocjach młodych ludzi, który dostał jakąś nagrodę na sundance, w którym nie rozmawiano zbyt wiele, bo większość czasu zajęły nieruchome kadry przestrzeni liminalnych, zawsze o poranku, zanim jeszcze wypełnią je ludzie, ale już po tym, gdy wypełniło je światło; przestrzeni jest wiele i towarzyszą im różne emocje, co usprawiedliwia stylistyczną rozpiętość soft power dryfującego między kontekstami, ale za każdym razem pozostającego wiernym obietnicy z tytułu; soft power to w istocie idealny tytuł dla tej płyty; sprawdźcie sami, będzie super o poranku (o ile będzie słońce), ale da też sobie radę wieczorem ♪ „future sand”


2024

20.

common & pete rock the auditorium vol. 1

nie byłem tak podekscytowany jakąkolwiek premierą commona od czasu be z 2005 roku, które zresztą było pierwszą płytą zrecenzowaną przeze mnie wówczas na łamach gazetki szkolnej i do dziś pamiętam moją matkę mówiącą ojcu — „andrzej, spójrz, on pisze jak stary!”; punktów stycznych z be jest zresztą więcej — niektóre zupełnie przypadkowe — jak to, że na chwilę przed premierą the auditorium udało mi się wreszcie po wielu latach upolować (reedycję) be na wosku, a potem odsłuchy obu zlały mi się w jedno; po premierze krążka wielokrotnie trafiałem zresztą na opinię, że auditorium to najlepszy common od be i trudno tę tezę obalić (o ile ktoś akurat nie ma innego nietypowego faworyta z jego ostatniej dyskografii), także dlatego, że pete rock całkiem nieźle odtwarza po swojemu tamten wajb wczesnych produkcji ye — organicznych, oddychających, na neo-soulowym post-soulquariansowym silniku, który uczynił be be; to trochę nostalgia trap, ale taka, w którą wpada się z przyjemnością, zwłaszcza że konstelacje najwyraźniej ułożyły się dla panów pomyślnie, bo chipmunk-soulowy rap wrócił ostatnio do łask; auditorium jest co prawda nieco za długie i zwłaszcza przy pierwszych odsłuchach można odbić się od niektórych corny wersów commona, ale cholera, rok 2024 zaraz dobiega końca, a ja wciąż bujam się do tej płyty, jakby nadal był 2005 ♪ „wise up”


2024

19.

chat pile cool world

chat pile są totalnie spoza mojej strefy komfortu, ale na cool world mają bezdyskusyjnie najbardziej soczyście brzmiące gitary w tym roku; korespondują one zresztą znakomicie z przyciężkim, klaustrofobicznym i dalece dysonantycznym charakterem tej muzyki, która zresztą pozostaje w dziwacznym rozkroku między ulubieńcami redditowej gawiedzi w rodzaju black midi a jakimiś numetalowymi dinozaurami w stylu slipknota; i te dwuznaczności, te dość schizofreniczne tropy, które o dziwo mają tutaj sens, sprawiają mi absolutnie wielką frajdę ♪ „frownland”


18.

bolis pupul „completely half”

bo błyskotliwym debiucie topical dancer, gdzie pierwszy plan zdominowała charyzmatyczna wokalistka charlotte adigéry, urodzony w belgii, ale mający korzenie w hongkongu producent bolis pupul udał się w podróż do źródła; niewątpliwe jądro jego syntezatorowej nocnej wycieczki do chin, singlowe „completely half”, muszę odczytywać jako mimowolny ukłon w stronę pionierów japońskiego technopopu z yellow magic orchestra; zgodnie z prawidłami klasycznego techno-kayō pupul jest tu tyleż robotyczny, co emotywny; motoryczny bit ukuty na parkiecie smutnej dyskoteki doskonale dopełnia minimalistyczny wokal ani na chwilę niewyrywający się do przodu w trakcie kolejnych mechanicznych, nieprzyzwoicie chwytliwych refrenów; pupul niczym swego czasu yukihiro takahashi w „drip dry eyes” jest introspektywny i szczery, a przy tym, pomimo obezwładniającej syntezatorowej rytmiki, wciąż stoi na baczność; that’s the spirit!


2024

17.

nala sinephro endlessness

niezwykle kompetentna post-jazzowa medytacja, zrealizowana dwufazowo tak, że może służyć zarówno jako tło medytacji, jak i jej przedmiot; medytacja nie jest zresztą w tym kontekście w ogóle niezbędna, choć post-minimalistycznie, progresywnie rozpisane na instrumenty i elektronikę kształty sinephro nie dają się w prosty sposób interpretować; to jedna z tych płyt, które nieustannie ewoluują, prezentując co rusz jakiś nowy szczegół, ale bez powodowania w słuchaczu poczucia, żeby miał do czynienia z jakiegokolwiek rodzaju showcase’m czy demonstracją potencjału twórczego; to po prostu się dzieje — przy okazji i bez wysiłku, co oddaje zresztą doskonale charakter tego materiału; bo tak się też tego słucha — bez wysiłku; i z przyjemnością ♪ „continuum 6”


16.

tommy richman „million dollar baby”

w takich momentach człowiek naprawdę zaczyna zastanawiać się, czy może ta wiralowa popularność rzeczywiście jest jakkolwiek egalitarna, z dużym udziałem losowości oczywiście, ale wciąż; potem jednak trafia się na jakiś kawałek gracie abrams, który brutalnie pozbawia go złudzeń; „million dollar baby” to jeden z kilku cudownych momentów w mainstreamowym popie tego roku — tommy richman człowiek znikąd tworzy perfekcyjny earworm — południowy vibe zestawia bezceremonialnie z eleganckim falsetem, a do tego zlewa ze sobą kilka produkcyjnych tricków pożyczonych z funku, r&b i hip hopu lat 80. i 90., stapiając je nierozerwalnie ze sobą tak, że efekt finalny brzmi znajomo, ale nie da się podważyć jego oryginalności; jedyny zarzut? richman wykastrował swój tegoroczny longplay, pozbawiając tracklistę tego numeru


2024

15.

sheena ringo hōjōya

pięć lat później sheena ringo bez ostrzeżenia w połowie maja wypuściła rewers gęstego sandokushi; hōjōcha, zgodnie z kosmiczną, kolorową okładką z kotem maneki-neko w jej centrum, to ringo karnawałowa, co w jej przypadku znaczy tyle, że łączy gitarowy pop i bigbandowy jazz w raczej pogodnym anturażu; jej karnawał to też święto kobiecości, bo ringo zaprosiła do współpracy siedem japońskich wokalistek młodszej generacji, by, jak sama mówi, dać im odpowiednią platformę do wyrażenia samych siebie; być może właśnie z tego powodu hōjōcha wydaje się bardziej prezentacją możliwości twórczych aniżeli płytą, której słucha się na jednym oddechu od początku do końca; poniekąd równoważy to mnogość i jakość hajlajtów, które wydaja się lęgnąć się na każdym kroku, jak w jakimś niewybrednym anime, na które starszy kuzyn zabrał nas przypadkiem do kina w 2003; podobnie jak na kilku wcześniejszych płytach artystka na okoliczność premiery pozbierała wydane na przestrzeni ostatnich kilku lat utwory i wciągnęła je w bieg krążka w nowych aranżacjach, w przeważającej mierze nagranej z towarzyszeniem jazzowego bandu, co ja akurat bardzo lubię; podskórny kabaretowy vibe materiału koresponduje zresztą doskonale z informacją, wciąż jeszcze oficjalnie nieogłoszoną, ale przebijającą się od jakiegoś czasu w kuluarach, że ringo na obrzeżach tokio zamierza niebawem uruchomić swój własny kabaret z autorskim programem muzycznym; bardzo poproszę! ♪ „ningen toshite”


2024

14.

masayoshi fujita migratory

masayoshi fujita od lat na swoich płytach dokonuje harmonijnej syntezy wschodu i zachodu; na migratory, po raz kolejny niepozbawionego ptasich motywów, pomysły zaczerpnięte z japońskiej muzyki otoczenia stapiają się europejskimi tradycjami muzyki elektroakustycznej; dość konwencjonalne dla kankyō ongaku syntezatorowe otwarcie krążka stopniowo migruje ku minimalistycznie ambientowemu biegunowi; tym samym migratory zbliża się możliwie najbardziej do pojęcia dźwiękowej podróży, przełamując jego figuratywność, ale wciąż stroniąc od dosłowności ♪ „tower of cloud”


13.

future & metro boomin ft. kendrick lamar „like that”

po tym jak już nie zostawiłem suchej nitki na wspólnym krążku future’a i boomina, przypałętał się do mnie ten numer i przylgnął bez reszty zupełnie wbrew mojej woli; „like that” oczywiście zaczęło ten beef kendricka z drake’m poniżej wszelkiej godności (który jednak tydzień po tygodniu śledziłem z wypiekami na twarzy, cóż, wina i igrzysk, i guess); zaczęło też oczywiście rok kendricka, a miliony białasów synchronicznie przewijały do jego eksplozywnego wersu i na oścież otwierały na przemian to oczy, to japy; panowie ładnie sobie radzą na tym bicie, przyznaję, future jest jak zwykle obezwładniająco leniwy, ale już jego refreny wchodzą w głowę bez mrugnięcia; to bit jednak wciągnął mnie w ten numer na dobre; boomin robi tu ikoniczną robotę, pożyczając złowrogi bassline z „everlasting bass” rodney’a-o i dziarsko tnąc nieco infantylny syntezatorowy riff tak, że faktycznie można bez pudła nazwać go hiphopowym moroderem — krajobraz jest trójwymiarowy i dynamiczny, można w nim utonąć; tak się to robi


2024

12.

bialystocks songs for the cryptids

gdzieś w dalekiej japonii od kilku lat istnieje zespół o zgoła sympatycznej i jakby znajomej nazwie bialystocks; wszystko przez meteoryt, który spadł w 1827 roku pod białym stokiem i nazwano go na cześć miejsca; i pewnie gdyby nie ta nazwa nie dałbym tej formacji szansy przez kilkoma laty, a tymczasem okazało się, że ich tegoroczny longplay songs for the cryptids stał się jedną z najchętniej przeze mnie słuchanych płyt roku; to muzyka, którą ja nazywam codzienną, czasem nieco chłodniej — użytkową, w wariancie wieczornym, czyli takim na odbodźcowanie i ukojenie; chociaż to oczywiście nie wszystko — czułość wokalną i (w cudzysłowie) „softrockowy” anturaż uzupełniają tu błyskotliwe metapopowe aranże, czerpiące trochę z progpopowych tradycji rodzimych scen, trochę ze szkoły americany (pod kątem stapiania elementów rozmaitych stylów w jedną spójną stylistykę, nie pod kątem brzmienia); feelingiem chyba bialystocksom najbliżej do indiefolkowej grupy whitney, choć nie da się ukryć, że do (tego samego, ale jednak nie wspólnego) sedna dochodzą od zupełnie innej strony; w singlowym „kids” chociażby, pozostając wciąż w obrębie tego plastycznego spektrum, cytując w sposób ewidentny, choć nie banalny to beatlesów, to queen, tak że nie do końca już wiadomo, co rzeczywiście tam się odbywa; fascynująca płyta — tak całości, jak i we fragmentach ♪ „chikagoro”


2024

11.

36 trance anthems for a sunken generation

ta płyta brzmi trochę tak, jakby zrobić transową imprezę w czytelni bibliotecznej, ale nie pomimo nakazu ciszy, tylko zgodnie z nim; bardziej niż trance ambientalny pasuje mi tu określenie trance akustyczny, choć z zastrzeżeniem, że to muzyka, która nie stroni od dramatycznych zwrotów i żaden porządnie przygotowany opis nie powinien próbować kastrować jej z eksperymentalnych zapędów; 36 (połowa duetu 36 & zakè, który przed czterema laty zabrał nas w pierwszorzędną ambientową podróż w przestrzeń kosmiczną) z lubością i swobodą operuje czymś, co ja roboczo określam głośną ciszą — rejestrami dźwiękowymi gdzieś pomiędzy white a pink noise, wydobywając z nich najróżniejsze kolory dzięki pełnoprawnej transowej syntezatorowej wiksie, która co prawda drumless, ale odchodzi tutaj na całego; ostatecznie album wielokrotnie łamie nakaz zachowania ciszy, choć finałowego tytułu „destroy silence” nie należy czytać dosłownie ♪ „tear you apart”


2024

10.

yuta orisaka jumon

shinri, nietuzinkowy amalgamat rocka, jazzu i folku, poznałem przy okazji tworzenia swojego podsumowania roku przed trzema laty, gdy zwrócił moją uwagę od pierwszego odsłuchu; bywa, że takie wybory last minute wkrótce okazują się chybione, ale płyta orisaki towarzyszyła mi niemalże na porządku dziennym przez kolejne dwa lata, gdy wreszcie z ciekawości sięgnąłem po wcześniejsze heisei, które dodatkowo wzmogło moje zainteresowanie ewentualną kontynuacją; i oto wreszcie objawiła się w połowie roku w postaci jumon, czyli zaklęcia; wszystko się zresztą zgadza, bo orisaka wciąż czaruje tutaj jakościowymi kompozycjami i aranżami, choć jego sygnaturowa mieszanka gatunkowa zrobiła się może trochę mniej mistyczna, a nieco bardziej kameralna — całkiem adekwatnie zresztą do kuchennej okładki krążka; ta kameralność, nawet może powszedniość tego materiału nie jest jednak wcale żadnym obciążeniem — wręcz przeciwnie; to prawdziwe szczęście móc wpisać inteligentną, poetycką i niebanalnie zrealizowaną płytę w swoją codzienność; można wówczas przynajmniej na jakiś czas wpleść w swoją rzeczywistość odrobinę low fantasy i taka właśnie szansa otwiera się przed słuchaczem tutaj ♪ „spell”


2024

9.

gillian welch & david rawlings woodland

woodland to autobiograficzna historia rawlingsa i welch o stracie i odbudowie; oczekiwana przez miłośników duetu kontynuacja sygnaturowego brzmienia dwójki apostołów z appalachów, ale i odświeżający nowy początek po tym, gdy przed czterema laty ich dom i studio nagraniowe w jednym niemalże zmiotło z powierzchni ziemi tornado; nie ma tu jednak ani patosu, ani rozpaczy — trudne doświadczenia duet przekuł na dziesięć pieczołowicie zaaranżowanych i wyprodukowanych kameralnych kompozycji, nie odstępujących ani trochę jakością tym, które dla welch w połowie lat 90. produkował mistrz t bone burnett; jest w tej muzyce gorycz, ale jest i nadzieja, jak zawsze u rawlingsa i welch dużo miejsca wypełnia to, co już się wydarzyło, ale jest też przestrzeń na spojrzenie w przyszłość z podniesioną głową; to muzyka, która trafia prosto w serce i już tam zostaje; płyta, do której wraca się przez wiele lat; jestem tego całkowicie pewien ♪ „the day the mississippi died”


2024

8.

starflyer 59 lust for gold

poprzednia płyta starflyera sprzed trzech lat była zupełnie w porządku; ta jest zarówno pod względem brzmienia jak i jakości materiału powrotem grupy do ich złotego standardu z lat 90.; tytuł lust for gold i monochromatyczna winylowa okładka nie bez przyczyny cytują ich opus magnum z 1995 roku — robi to bowiem także muzyka; to akuratnie wyważona dawka ponadczasowego shoegaze’ującego rocka flirtującego z oniryczną americaną; są soczyste gitarowe riffy, psychodelicznie rozmyte melancholijnym reverbem, ale kiedy trzeba bywają świdrujące i dosadne — czasem może nawet jedno, i drugie jednocześnie; w centrum tej muzyki stoją jednak mocne kompozycje — to klasyczna szkoła rockowego songwritingu, z wyrazistymi refrenami do skandowania na koncertach i prawdziwymi emocjami przekładającymi się równomiernie na każdy aspekt wydawnictwa; frazowanie i barwa głosu wokalisty jasona martina przypomina mi trochę matta berningera z the national, z tym tylko zastrzeżeniem, że formacja dessnera, nie nagrała tak wyrazistego krążka od ponad dekady ♪ „909”


2024

7.

jamey johnson midnight gasoline

czekałem na tę płytę półtorej dekady — jamey johnson mógł równie dobrze nigdy już nie wydać jakiejkolwiek płyty; tymczasem midnight gasoline okazało się prawowitym sequelem jego opus magnum that lonesome song z 2008 roku i tym samym w zupełnie innym kontekście scenicznym dokonało tego, co pogubiło jego pełnoprawny follow-up — the guitar song; z jednej strony midnight jest płytą country tak konwencjonalną, na ile tylko można sobie to wyobrazić, ale jednocześnie nie ma tu żadnego wylewania (benzyny) za kołnierz — johnson jest w szczytowej formie, ma melodie, aranże, puenty i wyczucie, dzięki czemu żaden z numerów tutaj nie jest niewypałem; midnight gasoline ma trochę wieloformatowego radiowego sznytu post-milenijnego, ale jak zawsze u johnsona wszystko wykonane jest z pasją i zaaranżowane z wyobraźnią — nie stroni od rocka, bluesa, nie boi się dęciaków; to dość konserwatywna płyta, przyznaję, ale może też dlatego nadal nie mogę się nią nacieszyć ♪ „no time like the past”


6.

jade „angel of my dreams”

jeśli jest dla mainstreamowego popu jakaś nowa droga, to prowadzi przez „angel of my dreams” jade; debiutancki solowy singiel jednej czwartej brytyjskiego girlsbandu little mix nie tylko z miejsca stał się przebojem w ojczyźnie piosenkarki, ale pod wieloma względami nagiął prawidła muzyki pop; miesza r&b przełomu milenialnego z electropopem w sposób, który jest jednocześnie ironiczny i osobisty (trochę jak u charli xcx, ale jednak dużo bardziej organicznie); „angel” obezwładnia melodyką kolejnych zestawionych ze sobą pasaży, pre- i post-chorusów, które w każdym innym kontekście mogłyby stanowić elementy zupełnie odrębnych numerów; mimo tej imponującej złożoności — emocjonalnej, wokalnej, melodycznej, stylistycznej i dynamicznej — efekt nie tylko nie jest żadnym popowym frankensteinem, ale wręcz przeciwnie — można śmiało nazwać go małym popowym arcydziełem na miarę naszych czasów


2024

5.

amaro freitas y’y

amaro freitas, charyzmatyczny pianista jazzowy z brazylii, trzy lata temu nagrał być może mój ulubiony album jazzowy od czasu zmierzchu złotej ery gatunku przed pięćdziesięcioma laty; zaplanowane na początek marca y’y było dla mnie premierą szczególną i z początku nie umiałem sobie tego krążka wyobrazić, bazując na zapowiadających go fragmentach i opisie, zgodnie z którym projekt miał być inspirowany ekosystemem dżungli amazońskiej; na co mi te koncepcyjne brednie, myślałem, chciałem tylko więcej fortepianowego kolorytu, nawet jeśli forma miałaby być nieco siermiężna; freitas jednak miał inne plany i przyznaję mu, że wiedział lepiej, bo y’y to dźwiękowe doświadczenie przenoszące nas do amazonii w sposób niemal dosłowny, nie bacząc na wykorzystane do tego środki, żwawo i niepostrzeżenie mieszając style i gatunki tak, jakby nigdy nie istniały; nie jest to zresztą w żadnym fragmencie kartonowa ustawka z rodzaju egzotycznych estetyzacji z połowy xx wieku; to muzyka, która rozumie konteksty kulturowe i estetyczne, z których korzysta i nie zadowala się łatwymi rozwiązaniami, ale też nie upatruje w nowatorstwie jako takim nadrzędnej wartości; efekt jest złożony, miejscami awangardowy, ale jednocześnie zaskakująco harmonijny — weźmy taniec młotków w „dança dos martelos”, który odwzorowuje w realiach amazońskiej dżungli koncepcje estetyczne radzieckich futurystów, co zresztą konsekwentnie współtworzy ekosystem krążka w jego dalszej części — to być może najbardziej nieoczekiwany zwrot akcji na mojej tegorocznej muzycznej mapie zdarzeń — na y’y jest ich zresztą więcej ♪ „mar de cirandeiras”


2024

4.

laura marling patterns in repeat

po premierze patterns in repeat wróciłem do całej dyskografii laury marling — słuchałem tych płyt, gdy się ukazywały, później wracałem do nich w mniejszych czy większych fragmentach przy różnych okazjach; nie dowierzałem sobie; song for our daughter sprzed czterech lat było dla mnie estetycznym i emocjonalnym objawieniem, przez co nie umiałem za bardzo ukierunkować swoich oczekiwań względem patterns — czekałem na tę płytę z pewną obawą, że albo ja ją sobie zepsuję, albo laura zdążyła stać się w tym czasie kimś, kogo już nie zrozumiem; nic z tego się nie wydarzyło — patterns jest dla mnie kolejnym muzycznym doświadczeniem nagiego człowieczeństwa — marling jest uważna, świadoma, nader wszystko czuła — potrzebuję jej w swoim życiu w tej inkarnacji — patterns wypełniło wiele moich listopadowych i grudniowych poranków i wieczorów, otuliłem się nim jak ciepłą kołdrą w te smutne, za krótkie dni; ale musiałem wrócić do poprzednich płyt marling — pomyślałem, że skoro patterns jest dla mnie przedłużeniem tej więzi, którą znalazłem z laurą przy okazji poprzedniego krążka, to pewnie uda mi się to także z jej wcześniejszymi albumami, ale nie do końca; współczesna marling wykiełkowała dopiero gdzieś przy okazji semper femina z 2017 roku — miała to w sobie od zawsze, ale była też w innym miejscu życiowo i estetycznie, szukała swojego brzmienia, ekscytował ją bardziej prostolinijny folk w stylu klasycznego dylana, bawiła się joni mitchell (wtedy wpadła mi w ucho po raz pierwszy), próbowała rocka i americany — i słuchało się tego świetnie, ale to nie tak; patterns jest jej najdojrzalszą płytą, może nawet dojrzalszą niż ona sama (może ma starą duszę?); nie tylko uszlachetniło i ukonstytuowało się tu jej własne brzmienie, ale przede wszystkim nie umiem nie myśleć, że jest na patterns coś bardzo ostatecznego, profetycznego wręcz, choć nie złowieszczego czy patetycznego; po premierze tego krążka zestawiłem go podczas audycji radiowej z five leaves left — na jakiejś płaszczyźnie jest między tymi dwoma albumami jakiś wspólny mianownik; ale to nieważne co; jeśli na czymś mi zależy, cieszy mnie wszystko to, co potencjalnie jeszcze mogę odkryć; niech rzeczy potoczą się swoim tempem, może za wiele lat napiszę inny blurb, w którym bardziej dobitnie opowiem o patterns in repeat — na tę chwilę nie potrafię ♪ „caroline”


2024

3.

ryuichi sakamoto opus

nie wiedziałem, że to pożegnanie sakamoto może mi być jakkolwiek potrzebne; a jednak, zgodnie z wizją artysty, nie tylko przyniosło ukojenie pewnemu rozgoryczeniu, ale stało się żywym testamentem ducha muzyki mistrza sakamoto; może nawet czymś więcej, bo sam kontekst tego nagrania jakkolwiek wstrząsający, nie jest bynajmniej tym, co przesądza o wartości tej muzyki; sakamoto nie tylko z niezwykłym wyczuciem wyważył selekcję kompozycji na swój ostatni koncert, ale przede wszystkim zostawił w nim całego siebie; są w tej muzyce oczywiście jej oryginalne znaczenia i ślady tamtych przejmujących kontekstów, ale nade wszystko cechuje ją zgoda; fortepian sakamoto wybrzmiewa z głębi niego, ale nie ma w tym żadnego desperackiego nawoływania ♪ „tong poo”


2024

2.

rafael toral spectral evolution

gdyby nie brat summer, ten rok z pewnością upłynąłby mi pod znakiem spektralnej wiosny; dysonantyczny birdsong stopiony w jeden głos z gitarowymi burdonami; ptasi koncert na koniec świata, jaki znamy, albo może, którego nigdy nie znaliśmy, stąd też przeraża nas i frustruje, gdy próbujemy dotknąć jego istoty, a ta wymyka się nam co rusz; myślę, że to poszukiwanie przez torala harmonii pośród dysonansów jest niemożliwie bliskie natury rzeczy; ta nielinearna dwutorowość to jeden z moich ulubionych pomysłów na muzykę i sztukę w ogóle, a toral rozwinął ją tutaj po mistrzowsku, dalece wykraczając poza granice mojej wyobraźni; niedługo po tym, gdy udało mu się zafascynować mnie tą płytą bez reszty, błądziłem zresztą przy jej akompaniamencie po bambusowych labiryntach fushimi inari taisha; czy zbliżyło mnie to jakkolwiek do poznania natury rzeczy? nie sądzę; a czy pozostanie na zawsze w mojej pamięci? ♪ „fifths twice”


2024

1.

charli xcx brat

czy chcemy tego, czy nie chcemy, brat to popkulturowa dominanta anno domini 2024; i jako taką jako wieloletni sympatyk, a przy kilku okazjach wręcz adherent fenomenu xcx, chciałem ją ukoronować; nie tylko dlatego, że brat summer, że chaotic evil, że memy pisane niewyraźną czcionką na zielonym tle, ale to po prostu najlepsza płyta charli w karierze — a.g. cook i easyfun, eghm, finn keane zrobili tu zajebistą robotę, podczas gdy danny l harle zajęty był (skutecznym — wielkie brawa, i guess) podtapianiem kariery duy lipy (śpij słodko aniołku); brat jest wszystkim, czego życzyłem charli od kiedy rozwinęła skrzydła wraz z bubblegumbassową świtą przed siedmioma laty na podwójnym mikstejpie number 1 angel / pop 2 (wówczas moim numerze pięć w podsumowaniu roku 2017); jest przedłużeniem tej formuły w mniej klaustrofobicznym, ale wciąż dość bezkompromisowym wydaniu i pod koniec roku nadal nie wierzę, że udało się z tego wykręcić taki wiral (owczy pęd, you did well this time); xcx łączy tu post-radiową melodykę, szerokie inspiracje post-internetem, post-milenialną emocjonalną dezynwolturę i absolutną produkcyjną nieskazitelność; osiąga wyższy poziom auto-ironii, w dalszym ciągu pozostając fun w zupełnie prostolinijny sposób; jest cudownie otwarcie traszowa i robi to z dumą, ironią, świadomością i wyobraźnią jednocześnie; czy może raczej jest po prostu brat ♪ „365”


Opublikowano

2024っぽい:50ー26

2023

w tym roku lista właściwie ułożyła się sama; słuchałem wiele zróżnicowanej muzyki na bieżąco i w ciągu roku odkryłem masę interesujących rzeczy; raport z tego, co trafiło do mnie najbardziej, poniżej w formie dwuczęściowej listy; podobnie jak w poprzednich latach wspólnej dla albumów, epek i singli, ale w stosunku do zeszłego roku rozszerzonej o dziesięć dodatkowych pozycji


50.

kendrick lamar „not like us”

to był niewątpliwie rok kendricka, a wykręcenie pierwszorzędnego bangerka i międzynarodowego przeboju z tego patologicznego beefu z drakiem to wyczyn, który należałoby klasyfikować w zupełnie innej skali niż lista z muzycznym podsumowaniem roku


2024

49.

kaitlin butts roadrunner!

stylistycznie roadrunner! można opisać jako symulację, co by było, gdyby kacey musgraves nigdy nie nagrała golden hour i zamiast tego poszła w neo-tradycyjne country; butts dysponuje podobną barwą głosu i tak jak u musgraves jej utwory są osobiste i społecznie zaangażowane; butts doskonale czuje się też w bardziej gitarowym anturażu i nie stroni od przewrotnych i błyskotliwych puent, wkraczając tym samym na terytorium mirandy lambert (choćby w swojsko doprawionym bluegrassowymi skrzypkami „hunt you down”); roadrunner to zresztą wersja maksi przełomowego dla butts what else can she do z 2022 roku; podobnie jak tam, i tutaj serwuje naprawdę mięsiste numery, absolutną czołówkę utworów country w tym roku, ale też z jakiegoś powodu całościowo to ekstatyczne wrażenie gdzieś rozmywa się i gubi; mimo tej nieco rozlazłej struktury nie chciałem pominąć roadrunnera w kontekście podsumowania roku, bo butts robi tu w większości fantastyczną robotę, a nie ma za sobą ani wsparcia wielkiej wytwórni, ani tiktokowego trendu, który pomógłby jej wypłynąć na szersze wody ♪ „hunt you down”


2024

48.

fontaines d.c. romance

fontaines d.c. wreszcie osiągnęli chyba równowagę między post-punkowym hałasem a radiową melodyką, tym samym zbliżając alt-mainstreamowe gitarki możliwe najbardziej to ich złotej ery w połowie lat 90.; momentami trudno orzec, na ile to granie jest duchologiczne, a na ile po prostu jest, ale może wcale nie trzeba tego robić; na pewno wciąż robi robotę i wciąż jest potrzebne, nie tylko boomerom kierowanym nostalgią za brzmieniem młodości; wreszcie, wbrew pozorom romance w kontekście 2024 roku pozostaje bardzo adekwatne ♪ „favourite”


2024

47.

thee sacred souls got a story to tell

jakkolwiek cenię daptone za ich niedający się przecenić wkład w kultywowanie dziedzictwa klasycznego soulu, cieszę się, że na drugim krążku thee sacred souls poszli mocniej w kierunku smoothsoulowym, bo ten pięknie służy wokaliście joshowi lane’owi — którego pewnie można by zreszrą porównać do curtisa mayfielda, a już z całą pewnością postawić obok duranda jonesa z the indications; dzięki temu, że aranże są mniej 60sowsko-doowopowe, a wchodzą bardziej w stylistykę lush arrangements z wczesnych lat 70., got a story to tell to wysokiej klasy soulowy moodsetter — prawdopodobnie nic takiego, czego nie słyszelibyście wcześniej, ale wystarczająco udany, by sprawdzić się wielokrotnie na plejliście z wieczorowym soulem; to wciąż niewątpliwie retro soul (spójrzcie tylko na okładkę), ale zdecydowanie mniej siermiężny niż zdecydowana większość tego typu prób w ostatnich latach ♪ „live for you”


2024

46.

confidence man 3am (la la la)

jako marnotrawny syn eurodance’u nie mogłem tej płyty zlekceważyć, gdy znikąd pojawiła się na moim radarze w październiku; zeszłoroczny sukces peggy gou otworzył szeroko drzwi na pełnoprawny rewiwal europejskiej muzyki tanecznej (wszelkiej maści) lat 90. i 00.; i oto się dzieje! confidence man, kwartet z australii (który wygląda na duet), zafascynowany popkulturą starego kontynentu zamienił inspiracje nieswoistym (italo)disco na pełnoprawny eurotrip i wskoczył w tę bezkresną studnię funu, by uchronić współczesny pop od dewastacji; la bouche, culture beat, vengaboys i setki (nie)zapomnianych one hit wonderów z epoki wreszcie doczekały się godnej kontynuacji swojego dziedzictwa — zaczepnego meta-rave’u, gdzie wszystko to co ważne — melodia, bit i styl — trafia w punkt, jeśli nie w każdym, to przynajmniej w co drugim numerze; pomnicie moje słowa, „pump up the jam” jeszcze zostanie powszechnie uznane za najlepszy numer wszech czasów przez społeczność międzynarodową, także poza europą — philomeno cunk, trzymaj się, rewolucja dopiero się zaczyna! ♪ „i can’t lose you”


45.

lady gaga & bruno mars „die with a smile”

być najbardziej klasycznie napisana i zaaranżowana piosenka w mainstreamowym radiu od „leave the door open”; przy pierwszym kontakcie bardzo niepozorna, wręcz rozczarowująca brakiem fajerwerków, których trzeba było się spodziewać po duecie gagi z marsem, ale stopniowo wchodząca słuchaczowi w głowę, uwodząca go detalami i jednak mimo wszystko, mimo cynicznego rozpisania jej na wielki przebój, chwytająca w jakiś sposób za serce, jeśli nie powerballadowym refrem, to przynajmniej jakąś romantyczną anachronicznością, którą jednak po mistrzowsku udało się sprzedać słuchaczom i korporacjom


2024

44.

joel ross nublues

nublues jest co prawda bardziej zachowawcze niż znakomite the parable of the poet sprzed dwóch lat, ale ross, naczelny wibrafonista blue note records, i tym razem dowozi, nie miałem więc serca pozostawić go poza listą; to wciąż pierwszorzędny nowojorski jazz, doskonale równoważący melodyjność i awangardowość; elegancki, potrafiący kłaść akcenty tam, gdzie należy, zwracający uwagę na koloryt brzmienia, bliski post-bopowym tradycjom, do których zresztą odnosi się literalnie, cytując coltrane’a i monka; nawet jeśli brakuje mu trochę wizji i koherencji poprzednika, to wciąż bardzo jakościowy krążek ♪ „central park west”


2024

43.

sierra ferrell trail of flowers

na początku marca myślałem, zasłuchany w singlach i zapatrzony w okładkę nadchodzącego trail of flowers, że to może być jedna z moich płyt roku; i chyba padłem ofiarą swoich własnych oczekiwań, bo choć trail of flowers pięknie wykorzystuje inspiracje western swingiem czy folkiem z appalachów (dwoma spośród moich najulubieńszych odcieni americany), ostatecznie całościowo wypada jednak dość bezpiecznie; gdy skrzypki już się pojawiają, jak w kapitalnym „fox hunt”, pędzącym na łeb, na szyję przez południowe prerie, robi się absolutnie rozkosznie, ale ostatecznie tej dobrze napisanej i znakomicie wykonanej muzyce brakuje trochę swady; niesamowicie cieszy mnie, że ferrell udało się z tą dość niedzisiejszą i niewątpliwie ambitną muzyką przebić się w tym roku szerzej –absolutnie polecam ją uwadze w jej obecnej formie, niech mój niedający mi spokoju niedosyt nie przesłoni w tym blurbie meritum ♪ „fox hunt”


2024

42.

ex-easter island head norther

steve reich organizuje elektroakustyczną bibkę i jego dj set ma zawierać nagrania z nowej płyty ex-easter island head; to zabawne, że o muzyce tego typu można napisać, że jest do tańca i do różańca, ale totalnie jest; i chociaż mam trochę problem z jej stylistyczną wielotorowością, muszę przyznać, że obcuje się z nią z niekłamaną przyjemnością — norther jest kompromisowe, ale to jest potrzebny kompromis, którego w muzyce wciąż mamy za mało — między tym, co koncepcyjne, wzniosłe i poważne, a tym, co rozrywkowe, łatwe i popularne; i myślę, że wszyscy ci skażeni myśleniem totalistycznym o prymacie jednego nad drugim (czy odwrotnie), mogliby spuścić trochę pary przy tej płycie, cokolwiek by z nią robili; bo nie wiem, czy wiecie, np. taki steve reich organizuje elektroakustyczną bibkę… ♪ „norther”


41.

billy joel „turn the lights back on”

nie spodziewałem się, że kiedykolwiek jeszcze będzie mi dane doświadczyć nowej muzyki od joela w jego klasycznym stylu, a tymczasem za sprawą tego prostego numeru spędziłem całą wiosnę, odkrywając na nowo 52nd street, turnstiles i całą tę przepiękną panamerykańską muzyczną opowieść; malkontenci rozpisywali się, że „turn the light back on” brzmi jakby kilka przebojów joela z lat 70. zmieszać razem; prawda, ale też typ ma 75 lat, a to jest bardzo jakościowy nostalgiczny powrót do jakiegoś nieśmiertelnego marzenia, które może trochę ckliwe, może trochę patetyczne, ale nie da się go zakneblować; coś we mnie obudził ten numer i chciałem się tym podzielić


40.

hannah frances „keeper of the shepherd”

na swoim tegorocznym longplayu hannah frances jest odrobinę zbyt histeryczna, za to tytułowy singiel to ekstraklasa alternatywnego country — sześciominutowy numer wypełnił do cna cały ten piach z okładki płyty; wokalne salta frances równoważy nieustraszenie galopująca perkusja i akompaniująca jej gitarowa surówka; jednak w momentach, gdy „keeper” musi zaczerpnąć tchu, do głosu dochodzi pewna psychodeliczna melancholia, i wtedy staje się oczywiste, że od początku stanowiła podszycie i dla tej histerii, i tego galopu; ostatecznie całość jest doskonale zrównoważona i zrealizowana z wyczuciem — i nie ma znaczenia już, o czym frances śpiewa, czujemy jej ból, mkniemy z nią na ślepym koniu w nieznane z przekonaniem, że tak trzeba


2024

39.

tariq al-sabir unlike yesterday today i’m ready

tariq al-sabir został skandalicznie zignorowany przez prasę muzyczną i tiktokową młodzież ciągnące za hajpowe sznurki; a szkoda, bo debiutanckiej epki nowojorskiego artysty można słuchać zarówno w odpowiedzi na natchniony repertuar mosesa sumneya (który tymczasem uciekł bardziej w pop), jak i eksperymenty jaia paula (który zniknął dawno temu i chyba na dobre); unlike yesterday today i’m ready to trochę showcase potencjału twórczego al-sabira, w którego centrum jest alternatywne r&b trzeciej generacji, a kolejne utwory meandrują między akustycznym art popem i uk bassem z hyperpopową wkładką; to inteligentne, połamane r&b; pieczołowicie wyprodukowane i wykonane urzeczywistnienie rzadko podejmowanej idei synth-soulu ♪ „god 2 handle”


2024

38.

ulcerate cutting the throat of god

nie jestem fanem deathmetalowego growlu, ale muszę przyznać, że to podżynanie gardła bogu wyszło panom z ulcerate nad wyraz widowiskowo, w dodatku bez epatowania graficzną przemocą; robotę przede wszystkim robią gitary, które rozmyto tu shoegaze’owo i gdy tylko pozwala się im wybrzmieć, wynoszą ten projekt wysoko ponad przeciętną; nie włączę tej płyty co prawda na swoją codzienną plejlistę, ale tak jak znakomicie słuchało mi się jej w czerwcu, tak potrafię docenić złożoność i malowniczość tej swoistej sceny rodzajowej dzisiaj ♪ „cutting the throat of god”


2024

37.

schoolboy q blue lips

to zabawne, ale czuję się trochę jak twardogłowy dziaders, propsując w 2024 roku schoolboya; przesłuchałem zbyt wiele jednakowych rapowych krążków w tym roku — tych szczególnie hajpowanych i tych, o których już teraz nikt nie pamięta i blue lips był jednym z hajlajtów tych cotygodniowych selekcji z #fridayroundup już od pierwszego odsłuchu; nie słuchałem nigdy zbyt wiele schoolboya, więc to nie sentyment, chociaż pamiętam jak propsowaliśmy na misce habits & contradictions, które wtedy średnio mi imponowało; z czasem schoolboy usunął się trochę w cień, ale jego muzyka stała się ciekawsza — przede wszystkim produkcyjnie; blue lips jest cholernie synkretyczne — płynnie przeskakuje od jazzowych sampli i drumlessowych interludiów do trapowych czy niemal electro-hopowych bangerów, a wszystko to trzyma w ryzach jakiś bardzo klasyczny gangstarapowy (przepraszam za to słowo wszystkich nie-dziadersów) swag; nie jest to może najrówniejsza płyta schoolboya, ale strasznie dobrze robi mi to, że tyle się tu dzieje — trochę jak u kanyego westa w jego kreatywnym primie, ale bez charyzmy megalomana-szaleńcy; to, że zmieściłem tu blue lips, a pominąłem gnx nie oznacza bynajmniej, że uważam schoolboya za lepszego od kendricka czy kwestionuję dominację tego drugiego w tegorocznej popkulturze — po prostu na blue lips odnalazłem więcej siebie ♪ „foux”


2024

36.

benjamin tod shooting star

gdzieś na peryferiach współczesnego country w głębokim tennessee żyje sobie, pisze i śpiewa niejaki benjamin tod; gdy nie pisze i nie śpiewa, jeździ po okolicy swoim starym buickiem roadmaster, w przydrożnych barach opróżniając powoli szklanki szkockiej; a później o tym właśnie pisze i śpiewa; na shooting star jest mniej chropowaty i bardziej melodyjny od coltera walla, znacznie mniej nachalny w swojej retromanii niż charley crockett i kilkadziesiąt razy mniej znany niż tyler childers, choć każdemu z jego fanów można by toda polecić, potencjalnie z powodzeniem; w kwietniu z niejaką ashley mae pod szyldem lost dog street band nagrał też doskonały honkytonkowy krążek survived, który można, ale wcale nie trzeba potraktować jako prequel shooting star ♪ „like it or not”


2024

35.

tyler, the creator chromakopia

ay, kolego, czy ty próbujesz po raz trzeci sprzedać nam ten sam krążek w nowych łaszkach? chromakopia to właściwie igor-bis, wcale nie igor na sterydach, raczej igor ze środkiem ciężkości bliżej rapu niż jakiejś pan-soulowej hybrydy, ale wciąż robiący mniej więcej to samo; i z jednej strony ile można, z drugiej nie da się zaprzeczyć, że tego typu kreatywne fuzje stylistyczne w koncepcyjnej ramie wychodzą tylerowi najlepiej; jest we mnie dwóch rabinów — i pewnie podobnie jak w przypadku igora dam temu albumowi pooddychać i pewnie za kilka lat trafi na moją hiphopową półkę z winylami ♪ „darling, i”


2024

34.

mj lenderman manning fireworks

już wcześniejsze płyty lendermana były fajne, ale to tą wypłynął wreszcie na szersze wody, więc w rozmaitych recenzjach i opisach ludzie prześcigają się w porównywaniu go do innych typów, z gitarą, którzy nie bali się country; z tej szerokiej puli (można naprawdę wybrać kogokolwiek i napisać, że lenderman jest jak x, tylko x miał niebywałą charyzmę, taką że dziewczyny ściągały majtki i rzucały je na scenę i że przy nim lenderman to nieprawdopodobna niemota); mnie od razu rzuciło się w oczy porównanie do ryana adamsa — wiem, że nie wypada, ale to tym bardziej podkreśli pozytywy lendermana (taki mam cel); otóż, lenderman na manning fireworks brzmi trochę jak adams, gdy już rozpadło się whiskeytown, tylko, że adams w zdecydowanej większości swoich utworów był nieprawdopodobnie nudny; i tu wchodzi lenderman cały na biało — posłuchajcie sobie „she’s leaving you” — to nie jest numer, do którego powinno się ubierać na biało, btw., ale narracyjnie, melodycznie i wykonawczo to jest ogień — lenderman tym jednym refrenem na cztery i pół minuty unieważnia całe dwie i pół dekady społecznego, klimatycznego i technologicznego szajsu, którym nas zasypano, i przywraca w pełnym majestacie rok 1999, kiedy życie było prostsze, a samochody na benzynę (chciałem koniecznie jakoś wpleść tu tę benzynę, bo, może przez ten płomień na okładce, benzyna zdaje mi się dobrze opisywać tę muzykę — może nawet lepiej niż porównanie do adamsa); i takich momentów (ognia) jest u lendermana więcej — to naprawdę sympatyczna płyta; jak będę kiedyś planował road tripa przez route 66, koniecznie muszę ją ze sobą zabrać ♪ „she’s leaving you”


2024

33.

adrianne lenker bright future

solowe krążki adrianne lenker były dla mnie w kontekście folkowego uniwersum odrobinę zbyt surowe, bym czuł potrzebę się z tą muzyką jakoś bliżej bratać; wystarczyło jednak, że na bright future wokalistka big thief dorzuciła do stylistycznej mieszanki odrobinę alternatywnego country i nagle lo-fi’owy aspekt tej muzyki stał się dla mnie jej atutem; bright future nie stroni zresztą także od ciepłych kameralnych aranży, które pięknie akcentują introspektywność tej muzyki, mieszając w podobnych proporcjach smutek z czułością, a to bardzo mocarne połączenie — jeśli słuchaliście kiedykolwiek elliotta smitha, to wiecie — to podobny kaliber; z minusów: strona a płyty jest wyraźnie mocniejsza od strony b; z plusów: nikt nie wymyślił, żeby czterdziestominutowy album rozdzielać na cztery strony winyla jak przez dwoma laty pokrewne stylistycznie big time angel olsen ♪ „sadness as a gift”


2024

32.

cindy lee diamond jubilee

pamiętam doskonale ten dzień, kiedy zachęcony zbiorową histerią perfidnie zinfoanarchizowałem tę płytę i zacząłem pierwszy niestrumieniowy (to dzisiaj prawie jak analogowy, hej) odsłuch; nie miałem naturalnie pojęcia, o co chodzi z cindy lee — jedynym punktem odniesienia była lekko diy-owa okładka, która bardzo podziałała mi na wyobraźnię, wraz z muzyką stworzyła we mnie przestrzeń na to doświadczenie — na wskroś loł-fajowe, ponad wszelkimi gatunkowymi etykietkami, które moglibyśmy mu (niepotrzebnie) przyprawić, mocno retrofilskie, ale w sposób typowy dla gitarowej alternatywy z wilgotnej piwnicy (choć akurat odsłuch cindy lee to raczej ciepłe poddasze jakiejś suszarni w pochmurny marcowy wieczór — widać stamtąd tylko ścianę chmur, a kaloryfery zasilane przez pobliską elektrociepłownię miło dają i można siedzieć na betonowej podłodze i nikt nie mówi, że uważaj, bo złapiesz wilka); no więc jest ta przestrzeń i już zawsze (mam nadzieję) będzie, ale jednocześnie nie zawsze udaje mi się tam wejść; diamond jubilee wymaga dwóch godzin może nie tyle uwagi, co zainteresowania i woli, i w tej formie faktycznie zaczyna błyszczeć jak diament (choć to tylko promień słońca wyrwany z chmurnego monolitu śmiesznie marszczy światło przez denko starej butelki po czystej — nadal diament if you ask me), ale to jednak cholernie trudne do sprokurowania; i to jest mój największy problem z tą płytą, mimo że, jak nadmieniłem, ubierając w metaforę, jest to poza tym rzecz wcale kapitalna! ♪ „24 7 heaven”


2024

31.

cornelius ethereal essence

być może najciekawsza płyta corneliusa od point z 2001 roku; artysta pozbierał rozmaitości skomponowane w ostatnich latach na różne okazje i zaaranżował je na nowo w formie, jak sam to bodaj określił, post-pandemicznego doświadczenia płytowego; ja sam przy jego kilku poprzednich projektach popełniałem konsekwentnie ten sam błąd — szukałem za wszelką cenę śladów jego 90sowej wirtuozerii, zamiast skupić się na nowym ambientowym trzonie; w rezultacie muzyka wydawała mi się zwykle płaska i smutna; tym razem to cornelius wyciągnął do mnie rękę — ethereal essence, z niewielkimi wyjątkami, nie jest płytą piosenkową, a raczej jakimś dźwiękowym obrazkiem — w równych częściach pulsującym kojącym ambientem i progresywną elektroniką, uosabiającej tutaj tę nie tyle utraconą, co przekształconą popową stronę twórcy ♪ „koko”


2024

30.

foxing foxing

jestem tutaj nowy, ledwie liznąłem słynnego albatrossa przy okazji tej premiery, więc przynajmniej tym razem nie kwestionuję swoich estetycznych osądów, upatrując winy w nostalgii za odtworzeniem czegoś, za czym się stęskniłem; tym razem kwestionuje je, upatrując winy w nieznajomości materii (to też nic nowego); wokalista momentami swoją ekspresją wykracza co prawda poza moją potrzebę ekspresji, ale nie mogę nie docenić, jak pięknie ta płyta jest całościowo zrobiona — nie jest to zwyczajowa post-hardcorowa sieczka (z całym szacunkiem dla mistrzów gatunku, z istotnym wyłączeniem at the drive-in), ale ambitniejsza próba wpisania natury tej muzyki w jakąś koncepcyjną, momentami wręcz awangardową ramę; o ile emo nie jest zupełnie moją estetyką i jestem ostrożny, gdy słyszę o próbach uszlachetniania tego, co powinno pozostać surowe, nieokrzesane, głośne i plugawe; o tyle foxing nie popełniają tu żadnego świętokradztwa względem stylistycznego matecznika, raczej rozszerzają jego doświadczenie o nowe wątki; co znamienne to nie jest płyta, którą można pokiereszować i sprzedać na single albo rozrzucić po plejlistach, poszczególnie utwory nie są szczególnie nośne, ale to nie jest wcale problemem, gdy tylko zdecydujemy się na pełne doświadczenie długogrające — wtedy ze wszech miar ujmująca atmosfera tej muzyki uszczelni każdą potencjalną lukę — będzie pan zadowolony ♪ „greyhound”


2024

29.

flo access all areas

długogrający debiut flo nie jest co prawda równie błyskotliwy co debiutancka epka tria, ale spełnia obietnicę, którą złożyło słuchaczom tamto wydawnictwo; to duchologiczne r&b w klimacie milenialnego destiny’s child z lekkim twistem w stronę popu a la little mix, bardzo elegancko zrealizowane w ramach kompletnej wizji i z dbałością o detale, co przy albumie r&b z 16 numerami i runtime’m trzech kwadransów jest naprawdę sporym osiągnięciem; koherencja stylistyczna nie przekłada się co prawda na pierwszoligową przebojowość (cechującą przeboje wspomnianych destiny’s child), ale paradoksalnie może także dzięki temu access all areas błyszczy przede wszystkim jako doświadczenie albumowe ♪ „caught up”


2024

28.

matylda / łukasiewicz matka

ja wiem, że to dlatego ta płyta tu jest, bo jako fellow boomer doskonale rezonują ze mną teksty matyldy i łukasiewicza; teraz, gdy pogodziłem się z tym, że łatwiej nie mieć aspiracji, ale jednak czasem mimowolnie o tym myślę, znalazłem wreszcie kawałek niezgorszej muzyki, która te moje resentymenty ubiera w słowa całkiem zręcznie i wyraża w nawet, nawet przebojowej formie; to jest jedna strona, bo druga jest taka, że jako stetryczały dziad wymachujący kijem na dzieciaki, które bawią się pod moim oknem, bo o b i e k t y w n i e jest za głośno, myślę sobie, że to jest wreszcie, wreszcie(!) jakościowy pop po polsku, w którym dla odmiany w tekstach jest jakaś poetyka, jakieś znaczenie, coś, co zostaje, a nie jest jednocześnie jakimś podłym łanlajnerem, którym się wali słuchacza po głowie, i on w tę głowę wchodzi jak krwiak po zetknięciu czaszki z krawężnikiem — jest trochę śmiechu raz czy drugi w sytuacji społecznej, ale ostatecznie pozostaje tylko jakiś gorzki żal wymieszany niedbale z pustką natury egzystencjalnej; no więc — to nie jest raczej taka płyta; no i same piosenki, nie jakieś bardzo przebojowe, takie raczej do trójki, zaaranżowano dość konwencjonalnie, ale z wyobraźnią — łukasiewicz czuje i klawisze, i gitary, i to znakomicie, bo jest na czym ucho zawiesić, gdy już się wypłaczemy w poduszkę, że te teksty takie prawdziwe, i takie o nas, itp., itd, itd. ♪ „matka”


27.

vampire weekend „capricorn”

wciąż jestem pod wrażeniem, że numer tak leniwy jak „capricorn” był w stanie gdzieś na przełomie lutego i marca całkowicie mnie zaczarować; nie jestem w stanie wyobrazić sobie, co by było gdyby chłopaki podkręcili tutaj tempo i zrobili z tego banger; chociaż w zasadzie to trochę niesprawiedliwe insynuować, że „capricorn” na swój sposób nie jest bangerem — ma idealny popowy refren, to jedno, ale chodzi przede wszystkim o te wszystkie pojebane ewolucje, które odbywają się na drugim planie — gdy między pierwszym a drugim refrenem przechodzimy płynnie i bez dysonansu od kameralnego indie popu z marszowym zacięciem i rozbudowanego pozytywkowego motywu na pianino do noisepopowej, psychodelicznie wyginającej się syreny alarmowej, która następnie bezceremonialnie zastępuje naszą pozytywkę; jeśli to nie jest jedna z definicji bangera, to żądam rozmowy z doroszewskim asapem


2024

26.

lucky daye algorithm

gdy lucky daye debiutował przed pięcioma laty z miejsca stał się moim ulubieńcem — singlowa „karma” z wyczuciem dekonstruująca „pony” ginuwine’a stała się kreatywnym pomostem pomiędzy złotą erą timbalanda a alternatywnym r&b drugiej fali; painted nie było co prawda debiutem na miarę nostalgia,ultra, ale dawało nadzieję, że z lucky’ego będą ludzie; a tymczasem przy kolejnej płycie postawiłem na nim kreskę — połatany bez pomysłu thirst trap, generyczne r&b do radia, ogólna fujka i trochę szkoda, bo zapowiadało się lepiej; lepiej zabrzmiały wreszcie single promujące wydany w czerwcu tego roku algorithm i cholera, nie wiem, co z gagatkiem zrobić; tak jak w zeszłym roku w kategorii konwencjonalnego, ale jakościowego r&b bawiącego się konwencją rok zrobił mi leon thomas, tak w tym roku ucho zawiesiłem na tym właśnie algorithim; i znowu lucky daye wrócił do łask — napisałbym, że jak szostakowicz u stalina w zgiełku czasu barnesa, gdybym miał jakikolwiek realny wpływ na losy daye’a; daye nie jest drugim frankiem oceanem i znakomicie, robi coś zupełnie innego, wplatając w swój radiowy (ale nieprzesadnie) amalgamat soulu i r&b, gitarowy funk i w dodatku taki, którego nie da się prostolinijnie spuentować jako prinsowski, co jest kolejnym atutem tej płyty (nie żeby prince mi śmierdział, ale ile mieliśmy już tych pogrobowców prince’a i o ilu pamiętamy do dziś?); algorithm może trochę rozwadnia się w połowie, ale w dalszym ciągu trzyma stylistyczny rezon, a końcówka znów pięknie wraca do matecznika — to zresztą współcześnie prawdziwy wyczyn nagrać ponadgodzinną płytę r&b, która nie tylko będzie koherentna, ale i ciekawa; panie lucky daye, witamy z powrotem! ♪ „soft”


Opublikowano

Przeprosiny

Przeprosiny

Hybrid Theory Linkin Park


Jeszcze zanim Linkin Park wrócili na listy przebojów i do masowej świadomości dzięki nowej wokalistce, zdarzyło mi się po wielu latach trafić na ich profil na Rateyourmusic. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu nie wyglądał jednak tak, jak go zapamiętałem — na przestrzeni kilkunastu ostatnich lat status grupy ewoluował od traktowanego z pobłażaniem metalopodobnego paździerza w stronę obiektu nostalgii i kultu. I to w bańce muzycznych nerdów, którzy w kwestii wszelkiej muzycznej materii kreują swoje opinie z wyższościowym znawstwem. Wtedy nie byłem w stanie tego zrozumieć — po co reanimować trupa (no pun intended), miejsce Linkin Park jest w odległej przeszłości, gdzieś na stronach magazynów dla nastolatków w stylu Bravo, dla których ta pstrokata nu-metalowa kreacja wyłącznie cynicznie stanowi emanację prawdziwego buntu. Kilka miesięcy później jednak nowe otwarcie zespołu z Emily Armstrong w roli wokalistki sprawiło, że coś we mnie drgnęło — jakiś od dawna wypierany element mojej muzycznej historii wrócił na swoje miejsce — przestałem wstydzić się Linkin Park. Podczas ostatniego weekendu u rodziców wygrzebałem swoją kopię Reanimation, którą za dzieciaka dostałem na Gwiazdkę, i przez całą drogę powrotną w aucie katowałem ją zdecydowanie za głośno, jakbym znowu miał dwanaście lat.

Ale to czy Linkin Park w nowej formule działa, czy ta reaktywacja była potrzebna i komu, jak oceniać jej efekty — to wszystko jest drugorzędne w stosunku do tego, że był to przede wszystkim impuls, żeby w ogóle do zespołu wrócić i przemyśleć go z perspektywy, której brakowało i dwunastoletniemu mnie, i dwudziestoparoletniemu mnie dla zasady odrzucającemu swoje szczenięce zajawki jako nieadekwatne i krindżowe. Tymczasem teraz — czego mam się wstydzić i przed kim? Albo inaczej — przed kim i dlaczego mam się kreować na kogoś (tylko pozornie) lepszego niż jestem — miłośnika i orędownika rzeczy niszowych i ambitnych? Po co pozować na pozbawionego emocji i gardzącego nostalgią eksperta, skoro mogę na pełnej pochwycić esencję życia — dać się ponieść tej muzyce, jeśli tylko mam ochotę, choćby stanowiła w powszechnym przekonaniu w najlepszym razie emanację niezbyt wyszukanego efekciarstwa. Perspektywa jako wolność od osądu innych, ale też perspektywa czasowa z wszystkim tym, co wydarzyło się pomiędzy rokiem 2000 a dziś, ze wszystkimi płytami poznanymi w międzyczasie, z dwiema dekadami zwrotów, odwrotów i powrotów stylistycznych, sprawia, że mimo woli słucha się tego dzisiaj inaczej. Czasem z uśmieszkiem politowania, a czasem z niedającym się ukryć poczuciem satysfakcji.

Przeprosiny

Aquarium Aqua


Bo jakie dwunastolatek może mieć kryteria rzeczowej oceny jakości materiału? Rzuca się na coś, co wydaje mu się fajne, bo słuchają tego kumple, albo wręcz odwrotnie — nie słuchają — nawet lepiej. Kryteria społeczne górują nad osądem estetycznym. Linkin Park to zresztą tylko wierzchołek góry lodowej. W ostatnim czasie modne zrobiły się powroty do stylistyki eurodensowej. Peggy Gou, Confidence Man czy Bodysync (Ryan Hemsworth x Giraffage) wchodzą w tę estetykę zupełnie na czysto, bez zasłony pastiszu czy dekonstrukcyjnych aspiracji. W poprzedniej dekadzie twórcy związani z bubblegumbassową oficyną PC Music kreatywnie reinterpretowali 90sowe i post-milenijne radiowe przeboje — zgrane do tego stopnia, że nieniosące już ze sobą żadnej treści — Spinee zepsuł „Bring Me to Life” Evanescence, A. G. Cook — „Better Off Alone” Alice Deejay, a GFOTY zrobiła półgodzinny set składający się wyłącznie z remiksów „Cotton Eye Joe”. Wszystko to było oczywiście w części ironiczne, a bubblegum bass stał się cudzysłowem lub nawiasem, w który ujmowano te numery, by nadać im nowe znaczenia. To, co na swoich tegorocznych płytach robią wspomniani Peggy Gou czy Confidence Man, to stanowcze opuszczenie nawiasu, a tym samym także gardy, jako która funkcjonował nawias.

W latach 90. bawiliśmy się do eurodensu lub nie, później bawiliśmy się coraz mniej albo wcale, aż w końcu dzięki nowym formom wyrazu zaczęliśmy bawić się na nowo, tym razem ironicznie, aż w końcu staliśmy się gotowi, by odrzucić tę ironię i (tylko pozornie) wróciliśmy do punktu wyjścia. Pozornie, bo bogatsi o niemal trzy dekady doświadczeń wiemy wreszcie, dlaczego chcemy tę muzykę przyjąć lub odrzucić. Oryginalny dyskurs robił to bezdyskusyjne i zawsze całościowo — w pakiecie. Od tego czasu dyskurs sfermentował w nas jednak na tyle, że jesteśmy w stanie ocenić, czy te proste duchologiczne bangerki niosą ze sobą jakieś meritum czy nie. Kiedy przed ośmioma laty odważnie postulowałem rekuperację „Bailando”, wciąż nie byliśmy na to gotowi, ale już teraz widać, że nie zmarnowaliśmy tego czasu jako post-społeczeństwo. Dziesięcioletni ja, gdy padał termin eurodance, nie był w stanie świadomie wartościować holenderskiego Vengaboys od duńskiej grupy Aqua, choć oczywiście instynktownie czuł różnicę. Nie było środków i czasu, by sprawę przemyśleć. Muzyki słuchało się zresztą inaczej — problemem był raczej jej niedostatek niż nadmiar. Gdy dekadę później nadszedł moment re-ewaluacji, szkoda było czasu, by dokonać jej należycie. Wraz z internetem i rozwojem forów internetowych uchyliło się na raz tyle drzwi nęcących obietnicą nowej jakości — nie było rady. Dopiero teraz na fali powszechnej nostalgii za brzmieniem przełomu milenijnego nadarzyła się okazja, by sprawę przemyśleć — czego wyrazem jest ten tekst i towarzyszące mu, mniej lub bardziej pokątne, odsłuchy będącej jego tematem muzyki. Ta re-ewaluacja ma zresztą charakter coraz bardziej powszechny — wystarczy spojrzeć na wzrostową tendencję ocen tych wydawnictw na Rateyourmusic. To nie tylko nostalgia, ale też kolejne pokolenie, które po nitce dociera do kłębka, a nie słuchając polskiego radia Hot AC, nie ma poczucia, że wszystko, co tam usłyszy, musi być dziełem szatana.

Przeprosiny

Soulja Boy


Nie tylko nu-metal i eurodance doczekali się rehabilitacji. Już Brockhampton położyło podwaliny pod renesans rozbuchanych południowych bangerów, ale dostatnio w ostatnich latach odbyła się rewolucja. Zeszłoroczny mixtape młodego rapera z Houston — TisaKorean, z humorem, ale jednak dość prostolinijnie wyciągający z szafy niegdysiejsze potworki — Soulja Boya czy Chingy’ego, trafił do podsumowań najlepszych płyt roku i zwrócił uwagę samozwańczej internetowej loży szyderców. W lutym za niesławny przebój nastoletniego rapera J-Kwona sprzed 20 lat „Tipsy” zabrało się alt-rapowe trio Clipping, zbierając pochwały za w sumie dość wierny cover w odrobinę przewrotnej oprawie, bo okraszony elementami muzyki noise. To co dwie dekady temu w dobrym tonie było wyśmiać, obnosząc się jednocześnie adoracją dla dyskografii Radiohead (tak było, nie zmyślam), teraz można śmiało postawić obok tego samego Radiohead w takim czy innym podsumowaniu i mało kogo to zdziwi. Jest to zresztą bliskie temu, od czego wyszedłem — pozwalaniu na to, by muzyka nas poniosła, poharatała jeśli trzeba. Tym samym niegdyś ukochanym, a na długo odrzuconym nu-metalowym szkaradztwom, eurodensowym badziewiom i pop-rapowym kaszanom należą się z głębi Kurtkowego serca szczere przeprosiny.

Opublikowano

życie po życiu

fragment

shiobara hataori, hasui kawase (fragment)


żyjemy inaczej niż nasi dziadowie
a umieramy tak samo
chociaż może
żyjemy tak samo
a inaczej umieramy
. . . . . . . . . . . . . .
czy wierzymy
że oni potrafili spojrzeć poza
dno szklanki
skraj talerza
ścianę mieszkania
koniec dniówki
czy umarli spełnieni
czy wcześniej coś w nich
. . . . . . . . . . . . . .
a w nas
a my
. . . . . . . . . . . . . ?

Opublikowano

Obcy · W pogoni za dalekim głosem

Obcy · W pogoni za dalekim głosem

Taichi Yamada, „Obcy” · „W pogoni za dalekim głosem”, wyd. Muza 2007/2008


Krótka notka wysłana mejlem przez bibliotekę miejską głosiła — zarezerwowana książka czeka na odbiór w oddziale. Faktycznie kilka miesięcy wcześniej za sprawą głośnej ekranizacji ustawiłem się grzecznie w długiej kolejce oczekujących na „Obcych”. Tak oto Taichi Yamada wyrwał mnie z czytelniczego limbo. Choć zgodnie z prozą Yamady byłoby pewnie stosowniej napisać, że odpowiada za to jakaś moja przeszła emanacja, czuwająca, by obecny ja nie osiadł nadto na laurach (choć jej intencji nigdy nie można być pewnym).

Odrobiłem zadanie domowe — jak wspomniałem, widziałem adaptację Haigha, a ponadto, zupełnie nieświadomie, w maju przeczytałem drugą przetłumaczoną na polski powieść autora „W pogoni za dalekim głosem”, którą przed laty również wydała Muza, zapewne w nadziei, że uda się wypromować pisarza jako drugiego Murakamiego. Stan na dzisiaj jest jednak taki, że o Yamadzie mało kto słyszał, „Obcego” po premierze „Dobrych nieznajomych” nie da się absolutnie nigdzie znaleźć, poza tymi rzadkimi egzemplarzami bibliotecznymi, co do których nie spodziewano się zapewne, że będą do nich prowadzone zapisy. „Głos” z kolei jeszcze przed kilkoma miesiącami zalegał w księgarniach z tanimi książkami w cenie pięciu polskich złotych za egzemplarz. I myślę, że to całkiem nieźle zainwestowane pięć złotych, choć proza Yamady jest dość specyficzna, bardziej enigmatyczna i mniej kosmopolityczna niż Murakamiego. Jeśli kogoś po seansie filmu wiedzie ciekawość, by koniecznie dojść po nitce do kłębka, nie ma rady, trzeba sięgnąć po „Obcych”. W przeciwnym razie „Głos” wydaje się ciekawszą i nieco bardziej zniuansowaną pozycją.

Punkt wyjścia filmu jest paralelny do tego, co dzieje się w książce. Zmieniają się detale — para Haigha jest jednopłciowa, co w japońskiej prozie lat 80. byłoby cokolwiek trudne do wyobrażenia, historie postaci są nieco odmienne, inny jest chociażby powodów dla którego budynek, w którym mieszkają bohaterowie, pustoszeje. Do pewnego momentu jednak film kroczy scena po scenie po śladach książki, aż w pewnym momencie, zaczyna obierać swój własny kierunek, a książka zmierza gdzieś indziej. Haigh pięknie wykorzystał cały potencjał powieści Yamady — nie tylko nadał mu własnego (queerowego) kolorytu, ale dołożył od siebie całą dodatkową warstwę fabularną, dzięki której łatwiej było mu odejść od konwencji nomen omen horroru obyczajowego, by skupić się na sferze uczuć swojego bohatera. Yamada z kolei, choć z bohaterem sympatyzuje, podchodzi do niego z pewnym dystansem. Można by pewnie skwitować, że brakuje mu czułości Haigha, ale jego narracyjna powściągliwość ma specyficzny urok i także spełnia swoje zadanie. Nie znam się na folklorze japońskim (choć ciekawi mnie i pociąga, miewam więc z nim styczność), ale mam wrażenie, że historia Yamady w niemal każdym jej aspekcie dość mocno odzwierciedla tradycyjne wierzenia Japończyków. Bardziej niż zachodnie low fantasy (jak zazwyczaj u Murakamiego, a także we wspomnianej ekranizacji Haigha), to opowieść z rodzaju kaidan.

Dużo bardziej oryginalne w kontekście i japońskiej literatury, i samej narracji jest „W pogoni za dalekim głosem”. Główny bohater, strażnik graniczny, który nie potrafi ułożyć sobie życia, zaczyna odbierać (raczej niż słyszeć) kobiecy głos, a tej telepatycznej komunikacji towarzyszą rozmaite doznania cielesne. Z czasem poznajemy jego historię, zdecydowanie mniej sztampową niż tę bohatera „Obcych”, a jednocześnie zaczyna gęstnieć jego relacja z niewiarygodną siłą. Między obiema historiami są oczywiście pewne podobieństwa, choćby to, że Yamada trzyma się na dystans od bohaterów każdej z nich, ale o ile największą siłą „Obcych” jest ich kunsztowna ekranizacja, o tyle „Głos” pozostawia po sobie więcej niedopowiedzeń, które po zakończonej lekturze jeszcze przez jakiś czas wracają do czytelnika jak zjawy w japońskich opowieściach o duchach. No, może jednak trochę inaczej.

Obcy