Opublikowano

Music lives on. A decade in life. 1970’s

Music lives on. A decade in life.

konwencjonalne skale ocen zawodzą z zderzeniu z naporem setek fenomenalnych płyt nagranych w latach 70.; ostatecznie czasem o kolejności decydują czynniki zupełnie pozamuzyczne — przywiązanie i ogólne wrażenie; ważna jest też bliskość tej muzyki — co z tego, że naście lat temu zasłuchiwałem się we wczesnonowofalowych wynalazkach, skoro teraz patrzę na nie jak na preparaty w słoikach — z ciekawością, ale i poczuciem obcości; ostatecznie wszystko sprowadza się do jednostkowego doświadczenia, które każdy z nas może zrealizować inaczej; nie zawsze te najlepsze płyty są rzeczywiście najlepsze — i będzie to prawda, jakkolwiek to zdanie zrozumiemy

*

dwie rzeczy, które zrozumiałem w mozolnym procesie składania tej listy w całość: może to starość, a może radość — bardzo polubiłem się z bluesem, ale nie takim klasycznym zawodzeniem przy gitarze, ale jako komponentem jakiejś większej, bardziej progresywnej gatunkowej mieszanki — i love me some blues; drugą rzeczą, która stała się mimowolną dominantą tej listy był laidbackowy mood — i znowu pytanie: starość czy radość?


Music lives on. A decade in life.

100.

electronic panorama: paris, tokyo, utrecht, warszawa 1970

do dziś nie wiem, czy to zabawne anachroniczne plumkanie, czy ponadczasowa biblia nowej akademickiej elektroniki z czterech stron świata. nigdy nie był to album, którego próbowałem słuchać w całości, ale do dziś przetrwał we mnie we fragmentach. jemu zresztą swoją nazwę i trzon programowy zawdzięcza panorama dźwięku. odległy, ale nadal matecznik. mandara


Music lives on. A decade in life.

99.

gloria gaynor never can say goodbye 1975

tytułowy utwór od lat był dla mnie jednym ze szczytowych momentów disco i choć kontekst płyty o tym samym tytule nie zdołał tego doświadczenia apgrejdować, z powodzeniem rozszerzył je na długogrający format. strona a, zmiksowana w jeden soczysty dwudziestominutowy megamiks, to niemal perfekcyjny dyskotekowy przelot — za pomocą klasycznych środków i doskonałego wykonania osiągający rejony parkietowej transcendencji. mniej żwawą i konsekwentną stronę b możemy w tym kontekście artystce wybaczyć. ♪ „”never can say goodbye”


Music lives on. A decade in life.

98.

skaldowie krywań, krywań 1972

miałem taki etap w życiu, jeszcze przed grandą brodki, kiedy z fascynacją szukałem elementów muzyki góralskiej w polskim popie i krywań, krywań skaldów był dla mnie jak dar gór. obecnie quasitytułowy utwór jest dla mnie momentami odrobinę przyciężki, ale całościowo album nadal zachowuje rezon, a i charakteru nie można mu odmówić. progresywny rock z góralskim twistem, rzecz zupełnie unikalna. ♪ „jeszcze kocham”


Music lives on. A decade in life.

97.

happy end kazemachi roman 1971

japończycy też mieli swoje happy end — zasadniczo odmienne od naszego. prekursorzy tamtejszego folk rocka, utożsamiani z nurtem new music, z harumim hosono i eiichim ohtakim w składzie, płytą kazemachi roman ufundowali swoisty kamień węgielny dla brzmienia japońskiego soft rocka, przynajmniej do czasu citypopowej rewolucji pod koniec dekady. to rzecz o tyle specyficzna, że mieszająca rozmaite stylistyki pożyczone zza oceanu — country, bluesa, folk — budująca z tego wszystkiego świadomość jakiegoś wspólnego brzmienia. nie można natomiast odmówić jej świetnych numerów, nawet jeśli czasem lepiej słucha ich się pojedynczo. ♪ „kaze o atsumete”


Music lives on. A decade in life.

96.

klan mrowisko 1971

szamanizm po polsku. dzięki pewnej teatralnej pierwotności zawsze umiałem wybaczyć mrowisku jego progrockowość. między (zbyt) gitarowymi solówkami rozlewa się gęsta psychodeliczna zupa, której nurt łączy jakiś wyśniony pradawny las, miejsce obrzędów, ze stojącą pośrodku szarej betonowej metropolii sceną — miejscem obrzędów po wtóre. ♪ „pejzaż z pustych ram”


Music lives on. A decade in life.

95.

roberto cacciapaglia the ann steel album 1979

zanim ktokolwiek usłyszał o hannie diamond, była ann steel, którą na potrzeby tej płyty skonstruował włoski wizjoner-minimalista roberto cacciapaglia. ta płyta to definicja motoryczności w muzyce i możliwie najbliższe japońskiego techno kayō i muzyce niezrównanej miharu koshi, co znajdziemy w europejskim popie (którą to analogię odkryłem dużo później niż ann steel, ona z cacciapaglią także zresztą wówczas wyprzedziła hosono i koshi o kilka lat). ♪ „sport et divertissement”


Music lives on. A decade in life.

94.

ramones ramones 1976

to zabawne, że nawet bez phila spectora na end of the century w 1980, ramonesi brzmieli momentami jak punkrockowa odpowiedź na the ronettes. ale może właśnie dzięki temu i dynamicznym surowym gitarom, brzmienie zespołu robiło dla mnie robotę. nie sposób zaprzeczyć, że ramonesi przez większość kariery grali w zasadzie ciągle jeden i ten sam numer, z tym że na debiucie wyszło im to zdecydowanie najlepiej. ♪ „blitzkrieg bop”


Music lives on. A decade in life.

93.

toto toto 1978

wszystko to, co najlepsze zawarło w swojej muzyce toto, znajdziemy już na ich błyskotliwym debiucie. są serowe gitary, fantastyczne refreny do zdzierania gardeł na stadionach i pan-jazzowe detale, które sprawiały, że ta muzyka nie tylko nie daje się zamknąć w szufladce niesprawiedliwie opisanej jako „kuriozalna” czy „z epoki”, ale sama na własnych zasadach jest w stanie współcześnie znaleźć drogę na półki z płytami i do serc koneserów gatunku. ♪ „i’ll supply the love”


Music lives on. A decade in life.

92.

elvis costello and the attractions armed forces 1979

elvis costello nie siedzi już w smutnym angielskim pubie popijając ale, tylko zdobywa szturmem amerykę. miesza inspiracje abbą, beatlesami i philem spectorem, żeby stworzyć swój bardziej popowy sound pod banderą the attractions. rezultat jest witalny, ale wciąż zadziorny, brzmienie większe, z retro twistem, ale w końcówce dekady nadal adekwatne. ale to znów kolejna z tych płyt, których ostatnio chętniej słucham do połowy. ♪ „oliver’s army”


Music lives on. A decade in life.

91.

marcos valle garra 1971

brazylijska samba kreatywnie wymieszana z amerykańskim soulem i funkiem — w dużej mierze na gładką masę, ale gdzieniegdzie z grudkami. całościowo garra jest być może mniej doszlifowana od hołubionego previsão do tempo z 73 roku, ale aranżacyjnie i songwritersko jest bardziej prostolinijnie słoneczna, co zawsze było dla mnie kluczową właściwością samba soulu. nieliczne potknięcia rekompensują tu potężne hajlajty. ♪ „com mais de 30”


Music lives on. A decade in life.

90.

ergo band / grażyna łobaszewska ergo band / grażyna łobaszewska 1978

ciekawa to płyta, można by pomyśleć, że w jakimś sensie split, bo przy aż trzech sposobnościach zespół porzuca solistkę i rusza w jazz-funkowy szał. łobaszewska wypada jednak fantastycznie: numery są wykonane z feelingiem, są melodyjne, teksty są raczej poetyczne i zawsze o czymś. zabrakło tu trochę zmysłu, jak ten album poukładać, ale wciąż łobaszewskiej z zespołem słucha się w formacie długogrającym milej niż dużo wyżej cenionej prońko z podobnego okresu (którą też lubię, ale raczej niestety wyłącznie singlowo). ♪ „gdybyś”


Music lives on. A decade in life.

89.

taeko ohnuki sunshower 1977

dla wielu to marynarskie okienko na okładce sunshower (w którym ja zawsze widzę drzwiczki pralki) to realne drzwi do świata city popu. i faktycznie najjaśniejsze punkty tutaj (prawie cała strona a) są wspaniałym przedłużeniem wspólnej płyty ōnuki z tatsuro yamashitą pod szyldem sugar babe (nieobecnej na streamach, a więc i w wyobraźni zachodnich słuchaczy), ale całość jest niestety ciutkę deko-boko — trochę słońca, trochę chmur. sam osobiście jestem raczej miłośnikiem solowej ōnuki w syntezatorowej odsłonie z lat 80., ale nie mogę i nie umiem zignorować sunshower — ostatecznie przez drzwiczki tej pralki i do mojego świata wpadło sporo słońca. ♪ „tokai”


Music lives on. A decade in life.

88.

marek grechuta / anawa anawa 1970

są we mnie dwa wilki. jeden z premedytacją wykluczył ten album na starcie. drugi, po namyśle, zdecydował, że grechuta powinien być reprezentowany przez coś więcej niż jedynie korowód i całkiem zasadnie wyłonił ten krążek jako drugi najlepszy w jego dyskografii. problem pierwszego wilka jest taki, że ten album to w jakiejś części grechuta banalny — teatralny monodram klasowego wrażliwca. są tu też momenty wybitne i mają przewagę, ale całość wciąż jest showcase’owa. tam gdzie korowód czy szalona lokomotywa opowiadają historie, anawa prezentuje krótkie scenki rodzajowe. w aranżach i wykonawstwie słychać oczywiście niewątpliwy talent, a większość opowieści potrafi chwycić za serce. ♪ „serce”


Music lives on. A decade in life.

87.

townes van zandt the late great townes van zandt 1972

choć alt-countrowy wrażliwiec townes van zandt tworzył w epoce płyt długogrających, nie uważam, że to odpowiedni format do odbioru jego twórczości. w latach 70. wydał w sumie cztery płyty — dwie bardziej rhythm&bluesowe, dwie folkowe — wszystkie świetne, ale żadna z nich nie wybija się zbytnio ponad pozostałe. z perspektywy the late great townes van zandt jest być może najbliższym komercyjnego sukcesu momentem w dyskografii tego wspaniałego, choć niedocenionego wystarczająco songwritera. „poncho and lefty” scoverowane dekadę później przez williego nelsona i merle’a haggarda stało się, niebezpośrednio, jednym przebojem na koncie zandta. ale late great ma do zaoferowania znacznie więcej — to akustyczny showcase zandta niepozbawiony wielkich życiowych pytań, zupełnie codziennych opowieści i nieszczególnie zgrabnego, choć na swój sposób ujmującego humoru, którego najbardziej zewnętrznym wyrazem niech będzie forma para-nekrologu, w jakiej ten krążek wydano, zgrywająca się zresztą tematycznie z nieoczekiwanym muzycznym finałem w „heavenly houseboat blues”. ♪ „if i needed you”


Music lives on. A decade in life.

86.

jacques brel les marquises 1977

album nagrany przez brela w tajemnicy po blisko 10-letniej przerwie i niespełna rok przed jego przedwczesną śmiercią. to dość paradoksalne, choć może tym wznioślejsze, świadectwo życia terminalnie chorego artysty, który jednak nie daje po sobie poznać słabości. to wspaniałe pożegnanie z publiką , porównywalne do tego, które 40 lat później urządził david bowie. nie jest to co prawda album, po który sięgam zbyt często, ale kojarzy mi się nostalgicznie i nie mogłem go pominąć. ♪ „les remparts de varsovie”


Music lives on. A decade in life.

85.

milton nascimento & lô borges clube da esquina 1972

współcześnie śmiało można nazwać ten album biblią brazylijskiego popu lat 70. rzecz jednocześnie wspaniała i dziwaczna, stworzona wspólnie przez młodziaka lô borgesa i jego idola — miltona nascimento, ale nagrana w większości jako kolekcja utworów każdego z nich z osobna na kanwie wspólnych ideałów i progresywnej stylistyki łączącej w jedno szeroki wachlarz inspiracji. i choć duża część utworów stąd to prawdziwa ekstraklasa mpb, do dziś nie udało mi się do końca znaleźć klucza do całości, zgodnie z oryginalną wizją twórców. ♪ „cravo e canela”


Music lives on. A decade in life.

84.

dr. john, the night tripper the sun, moon & herbs 1971

debiut dra johna to jedno z najbardziej niepowtarzalnych i najintensywniejszych doświadczeń dźwiękowych zamkniętych w formie longplaya, jakich doświadczyłem, a ten album z 71 roku był zawsze w mojej opinii jego najbardziej prawowitym sequelem, jeśli chodzi o brzmienie i formę. swamprockowy nowy orlean ufundowany na wyspiarskich gusłach i solidnie doprawiony orkiestrowym bluesem. ♪ „craney crow”


Music lives on. A decade in life.

83.

exuma exuma, the obeah man 1970

gdzieś pomiędzy debiutem dr. johna a calypso mighty sparrowa jest ta płyta. pochodzący z bahamów exuma w swojej muzyce łączy rozmaite wyspiarskie tradycje muzyczne, czego efekt brzmi z jednej strony autentycznie, z drugiej zaś progresywnie i witalnie. exuma odnosi się do folkowych tradycji regionu, ale jego muzyka ma oddziaływać na wyobraźnię zachodniego odbiorcy (płytę nagrano w nowym jorku na rynek amerykański). nie jest to więc w żadnej mierze projekt dokumentalny, a raczej urzeczywistnienie jakiejś wizji artystycznej, gdzie w centrum umieszczono tak fascynujące nas tutaj plemienne obrzędy i skojarzenia z voodoo. ale nie tylko tropikalny anturaż czy tożsama z nim rytmika, ale niekwestionowana melodyka tych nagrań stanowi o ich jakości. ♪ „exuma, the obeah man”


Music lives on. A decade in life.

82.

ryo fukui mellow dream 1977

przy całym niezmierzonym bogactwie muzyki japońskiej, ichniejszy jazz nigdy szczególnie mnie nie zajmował, choć okładka innej, słynniejszej płyty fukuiego — wydanego rok wcześniej scenery to od zawsze moje pierwsze automatyczne skojarzenie z japońskim jazzem. zupełnie bez związku z tym obrazem, jakiś czas później szukałem laidbackowego jazzu na urlop i mewa z okładki mellow dream przyciągnęła moją uwagę. to album, podobnie zresztą jak scenery, zupełnie z innej epoki, jak gdyby do japonii nigdy nie doszły progresywne rockowe fuzje, choć to przecież nieprawda. klasyczne cooljazzowe trio (z fukuim na fortepianie) w połowie reinterpretujące amerykańską klasykę, w połowie grające oryginalne kompozycje tak, że tylko przez znajomość tych pierwszym można odgadnąć co jest czym. laidbackowość, tytułowy łagodny sen, kończy się jednak wraz z pierwszym utworem — to nadal przyjemna płyta, ale bardziej żywiołowa niż myślałem, choć na tyle harmonijna, że pomimo tej żywiołowości pozwala człowiekowi odetchnąć. jeszcze kilka lat temu wolałbym zamiast niej jakiegoś bezbożnie dmącego w saksofon brötzmanna, ale że moje życie nie polega na przesiadywaniu w inteligenckich klubokawiarniach w tygodniu i szukam w muzyce lekarstwa dla życia na etacie, z przyjemnością i bez wstydu wybieram fukuiego. ♪ „mellow dream”


Music lives on. A decade in life.

81.

leon redbone double time 1977

płyta z samego jądra mojej komnaty osobliwości skupiająca jak w soczewce moją niedającą się logicznie wyjaśnić słabość do muzyki starej ameryki. redbone jest potwornie manieryczny, choć całkowicie inaczej niż inny z moich ulubionych muzycznych anachronistów — van dyke parks. jest kreskówkowy, double time brzmi jak soundtrack do zaginionej komedii braci marx. redbone mruczy, charczy i sapie do akompaniamentu inspirowanego w równych proporcjach glennem millerem i bobem willsem. ale elementem, bez którego cała ta zabawa w odkrytkowość pozostałaby jedynie atrapą, a który wypełnia tę płytę do cna i ostatecznie stanowi o niepodważalnej jej szczerości jest niedająca się podrobić żywa melancholia. ♪ „my melancholy babe”


Music lives on. A decade in life.

80.

the clash london calling 1979

clashe nie byli nigdy moim zespołem i na papierze łatwo mi ich zignorować, ale gdy tylko odpalę ten album, nie umiem i nie chcę zamykać na niego uszu. to ikoniczny przelot, mimo długiego playtime’u, wyładowany znakomitymi numerami stylistycznie dalece wykraczającymi poza nowofalowy brytyjski punk, do którego można by sprowadzić grupę na papierze. idealna płyta, by symbolicznie zamknąć dekadę. ♪ „hateful”


Music lives on. A decade in life.

79.

joni mitchell ladies of the canyon 1970

to chyba brzmieniowo moja ulubiona płyta mitchell, a sięgnąłem po nią zaraz gdy tylko odkryłem jej istnienie ze względu na „big yellow taxi”, które od dziecka zachwycało mnie swoją energią. z początku ladies było więc zawodem, bo tej energii nic na płycie nie dorównuje. z czasem jednak doceniłem cały wachlarz emocji i nastrojów joni w tym sielskim pan-folkowym wydaniu. ♪ „rainy night house”


Music lives on. A decade in life.

78.

ohio players gold 1976

straciłem rozum na kilka tygodni, gdy pierwszy raz usłyszałem „love rollercoaster”. w efekcie zacząłem szukać w dyskografii ohio players przedłużenia tego psychodelicznego orkiestrowego funku, ale album honey okazał się atrapą. ratunek pojawił się w dyskografii grupy ledwie rok później, gdy ukazało się gold — być może jedyny zbiór utworów grupy, którego należy posłuchać. definicja brzmienia funkującego soulu z ohio, o którym współcześnie trochę już zapomniano, a nadal buja aż miło. ♪ „love rollecoaster”


Music lives on. A decade in life.

77.

maryla rodowicz wsiąść do pociągu 1978

ta płyta to w zasadzie same zabawki osieckiej i mikuły, a maryla też jakby lżejsza niż zwykle. efektem jest najbardziej koherentny, jeśli chodzi o treść i brzmienie krążek rodowiczki. i to krążek witalny, świetlisty, cały skąpany jeśli nie w bossanowie, to przynajmniej w naszym polskim słońcu. ten pociąg to tylko pretekst, żeby ucieć od peerelowskiej szarugi, dać się ponieść chwili i poczuć to, co czyni to wszystko czegokolwiek wartym. ♪ „bossa nova do poduszki”


Music lives on. A decade in life.

76.

paul simon still crazy after all these years 1975

to lowkey płyta wszech czasów, przynajmniej w tej konkretnej chwili, gdy obraca się na talerzu. później o niej zapominam, ale to cudowny niezobowiązujący moodsetter lśniący za każdym razem, gdy przyjdzie jego moment. lowkey rozumiem też tytuł, choć wydawałoby się, że album powinien być dziki i upbeatowy. jest w nim coś przewrotnego z nutką goryczy. i taka, pomimo całej jej przytulności, jest też ta muzyka. lowkey tego właśnie mi potrzeba. ♪ „have a good time”


Music lives on. A decade in life.

75.

curtis mayfield superfly 1972

wolę mayfielda w wydaniu bardziej smooth, a superfly jest albumem na wskroś funkowym, muzycznym uosobieniem seksu, spluw i kokainy, którym ociekało kino blaxploitation lat 70. i wokół tego kręci się zresztą cała narracja na płycie, co czyni ją zdecydowanie bardziej specyficzną niż bardziej osobisty debiut i społecznie zaangażowane roots. mimo wszystko udało mi się z czasem znaleźć na ten gangsterski funk jakąś przestrzeń w sobie, bardziej za sprawą doskonałego songwritingu niż samego brzmienia. ♪ „no thing on me (cocaine song)”


Music lives on. A decade in life.

74.

david bowie low 1977

przez lata nie rozumiałem fenomenu low, ale któregoś jesiennego wieczora i na mnie przyszła pora. wszystko przez „warszawę” stanowiącą idealny pre-twinpeaksowy klucz do tego zimnego, choć niewątpliwie poetycznego krajobrazu ze strony b. gdyby rozciągnąć go także kreatywnie na stronę a i stworzyć dzieło nieco bardziej monolityczne w wymowie, raczej niż korzystające z przywileju rewersu i awersu, może i ja mógłbym się bardziej entuzjastycznie włączyć w toczące się wśród fanów i krytyków w kontekście tej płyty dyskusje o magnum opus bowiego. ♪ „warszawa”


Music lives on. A decade in life.

73.

the beach boys holland 1973

holland to beach boysi jesienni, beach boysi po przejściach. gdy zaczynałem zagłębiać się w ich dyskografię, nie mogłem uwierzyć, że album tak znakomity jak ten potraktowały po macoszemu nie tylko bezmyślne hordy ex-fanów ich potupajek o surfowaniu, ale także krytycy. to zaskakujący pomost pomiędzy sielską holenderską wsią (gdzie płytę nagrano) a wspomnieniem, może nawet wyobrażeniem o słonecznej kalifornii. i ten dystans, który dzieli jedno i drugie, odbywa się w dużej mierze w sferze snów — i taka właśnie jest ta muzyka. ♪ „the trader”


Music lives on. A decade in life.

72.

czesław niemen enigmatic 1970

ulotny punkt idealnej równowagi w dyskografii niemena — między piosenkowością a artystycznymi aspiracjami. enigmatic ze swoimi pompatycznymi progresywnymi aranżami może wydawać się pretensjonalne, ale w rzeczywistości wychodzi z serca, co niemenowi udało się tu doskonale wyrazić. ♪ „kwiaty ojczyste”


Music lives on. A decade in life.

71.

michel polnareff „polnareff’s” 1971

kolejna dziwna, ale satysfakcjonująca płyta z lat 70. polnareff ma tu pomysłów na więcej niż jeden album i decyduje się na mocny clash — wielkich post-chansonowych ballad w barokowych aranżach i espresyjnej orkiestrowej ściany dźwięku epoki psychodelicznego soulu. wszystko to nagrane w bitelsowskim duchu z dbałością o aranżacyjnego detale i wyczuciem ponadczasowych melodii. to stylistyczny i energetyczny rollercoaster, ale zrealizowany na kształt cyklu piosenek bez twardych lądowań między kolejnymi utworami. ♪ „nos mots d’amour”


Music lives on. A decade in life.

70.

stevie wonder innervisions 1973

gdy jako młody chłopak odkryłem nagrania wondera z lat 70., długo innervisions pozostawało dla mnie płytą między talking booksongs in the key of life — oczywiście niesłusznie, ale potrzebowałem czasu i własnego kontekstu, żeby odkryć tę muzykę po swojemu. wciąż nie jest to abum, którego słucham z przejęciem od deski do deski, choć poszczególne numery to absolutna ekstraklasa w dyskografii steviego. to przebojowy progresywnie wyprodukowany soul o wielu obliczach — wrażliwy, słoneczny, ale też dziarski i polityczny. największym problemem tej płyty jest to, że dwa lata później wonder wydał songs in the key of life, które zmiotło wszystko z planszy. ♪ „living for the city”


Music lives on. A decade in life.

69.

suicide suicide 1977

zderzenie z tą płytą w 77 musiało być szokujące, zakładając oczywiście, że dało się w ogóle na nią wówczas trafić, bo musiały minąć lata, żeby zainteresowali się nią krytycy i słuchacze. minimalistyczny syntezatorowy punk w mocno industrialnej tonacji z wokalami wychodzącymi z pozycji jakiejś intymności, ale zawsze ewoluującymi w kierunku lubieżności lub paranoi. cały ten projekt był zresztą szalenie prowokacyjny, włączając w to surowy, ale jednocześnie awangardowy elektroniczny krajobraz, który te utwory ilustruje — stanowiący znakomite uzupełnienie i kontrbalans dla jęków alana vegi. ostatecznie to jeden z najbardziej unikalnych brzmieniowo krążków lat 70. ♪ „ghost rider”


Music lives on. A decade in life.

68.

lou reed metal machine music: the amine β ring 1975

jeśli electronic panorama była założeniem programowym panoramy dźwięku, to metal machine music było jej emanacją. uwielbiam ten album na wielu poziomach: środkowego palca dla dużej wytwórni i fanów kosztem własnej kariery, odwagi i świadomości artystycznej reeda, ale też tego, jak ostatecznie ten śmiały pomysł zrealizowano. jeśli ktoś oczekuje melodii i refrenów, może poczuć się oszukany, ale to naprawdę fantazyjny kakofoniczny pejzaż dźwiękowy zbudowany na gitarowych przesterach i zabawie taśmą — na swój sposób niemy duchowy następca wielkiego „sister ray”. pewnie bez całego tego kontekstu by się nie obronił, ale przecież to właśnie cały ten kontekst jest wszystkim. ♪ „part 1”


Music lives on. A decade in life.

67.

marvin gaye i want you 1976

wielu pewnie za najbardziej sensualny krążek w repertuarze gaye’a uzna sławniejsze let’s get it on, ale mnie zawsze bardziej brało późniejsze o trzy lata i want you. z perspektywy wydaje mi się, że chodzi o strukturę, gdzie te same motywy melodyczne wracają po obu stronach płyty, spinając ją niczym klamra. ♪ „feel all my love inside”


Music lives on. A decade in life.

66.

the b-52’s the b-52’s 1979

na okładce napisano „play loud” i to była dobra rada. był moment, że dałem się ponieść temu absurdalnemu kosmicznemu queerowemu szaleństwu bez reszty i niczego nie żałuję. to nowofalowy dancing z surferskim rodowodem, jakby piotra szczepanika porwali obcy i zrobili go na skraju lat 80. frontmenem republiki — coś takiego. ♪ „planet claire”


Music lives on. A decade in life.

65.

aretha franklin amazing grace 1972

nie szukałem co prawda żadnych nowych płyt pod kątem tej listy, ale przysłuchałem się uważniej dyskografii arethy franklin z pierwszej połowy dekady — to mój ulubiony okres w jej karierze, wspaniale zebrany w całość hajlajtami na drugim dysku 30 greatest hits z 86 roku. i choć zarówno spirit in the dark, young, gifted and black/ oraz let me in your life to wspaniałe soulowe płyty, żadna z nich ostatecznie nie wytrzymuje bezpośredniego porównania z gospelowym amazing grace. franklin naprawdę błyszczy wokalnie w tym repertuarze w towarzystwie chóru i naprawdę daje się podnieść atmosferze, a ja razem z nią. przykładowo — nigdy nie przepadałem za tytułowym „amazing grace”, ale tutaj aretha nawet to potrafiła mi sprzedać. inspirujące na wielu poziomach. ♪ „how i got over”


Music lives on. A decade in life.

64.

eno here come the warm jets 1974

naprawdę doceniam ambientowe początki eno, ale nijak mnie nie biorą. another green worldmusic for airports słuchałem po raz pierwszy, na długo zanim oswoiłem się z naturą tej muzyki i znalazłem w niej coś dla siebie, ale rewizyta po latach nie przybliżyła mnie emocjonalnie do wizji eno. z kolei here come the warm jets było dla mnie zawsze płytą bez progu wejścia — szaloną eksperymentalną wariacją na temat glam rocka, w równej mierze piosenkową co awangardową, wciąż osadzoną wśród bliskich mi psychodelicznych tropów końca lat 60., ale jednak z bowiem, reedem i popem jako potencjalnymi punktami odniesienia. motywem, który zawsze mnie fascynował, a który odróżnia here comes the warm jets od swoich rówieśników, są dość klasyczne piosenkowe melodie stopniowo zatapiające się w hałasie. to też ciekawy debiut gwiazdy rocka, gdzie w roli głównej mamy człowieka, który przez większość swojej długiej i owocnej kariery krył się za bezimiennymi syntezatorowymi pejzażami. wszystko to oczywiście jest odpowiednio krzywe i niepokojące, jakby eno od samego początku traktował tę płytę jako rodzaj eksperymentu, może nawet żartu. i wcale mi to nie przeszkadza. ♪ „some of them are old”


Music lives on. A decade in life.

63.

moondog moondog 2 1971

wypatruję reedycji tej płyty od prawie 17 lat, gdy pewnej zimowej nocy pierwszy raz usłyszałem moondoga. wtedy, owszem, większe wrażenie robiły na mnie jego orkiestrowe kompozycje. zebrane na jego drugiej wielkoformatowej (wydanej nakładem columbii) płycie pastorałki-miniaturki stanowiły wówczas specyficzną przystawkę, które dopiero dużo później dojrzały we mnie jako osobny mood. grane na przeszkadzajkach mikrokompozycje rozpisane polifonicznie na głosy podług jakiejś średniowiecznej tradycji, choć stworzone według wszelkich koncepcji post-minimalistycznych, to osobliwy portal to jakieś zupełnie odrębnej nie-rzeczywistości. wspaniałego wewnętrznego świata wikinga z szóstej alei. ♪ „all is loneliness”


Music lives on. A decade in life.

62.

randy newman sail away 1972

choć od lat jestem miłośnikiem muzycznego sposobu bycia randy’ego newmana — z jego ochrypłym wokalem, podszytym wodewidelem piano rockiem, zabawnymi punchline’ami i wokalnym przestępowaniem z nogi na nogę. tam gdzie ja bym się pośpieszył, randy jest wyczilowany i tak przez wiele lat i płyt. sail away jest chyba najbardziej kompetentnym zbiorem jego piosenek z lat 70., ale nie jestem wcale szczególnie pewien, czy na pewno. potraktujcie go więc jako punkt wyjścia do większego zbioru tematycznego, którego ta lista nie mogła oddać sprawiedliwości w całej jego rozciągłości. ♪ „simon smith and the amazing dancing bear”


Music lives on. A decade in life.

61.

orchestre national de france / leonard bernstein milhaud: la création du monde 1978

pamiętacie amerykanina w paryżu gershwina? w takim razie może wam się spodobać francuz w brazylii! gdy po raz pierwszy usłyszałem nazwisko milhauda, obiecywano mi właśnie gershwina z elementami samby. i obietnica absolutnie została dotrzymana. ta zrealizowana przez francuską orkiestrę pod dowodzeniem leonarda bernsteina (który z gershwinem też przecież świetnie sobie radził) płyta to trzy kompozycje inspirowane podróżami milhauda do ameryki, brazylii i afryki. moja ulubiona — kończące album le boeuf sur le toit to melanż rozmaitych motywów melodycznych zgrabnie połączonych powracającym refrenem, który jean cocteau zamienił w osobliwy balet. i tu pomyślałem o strawińskim, którego echa też na swój sposób pobrzmiewają w tej muzyce. tym samym darius milhaud na tej jednej płycie dostarczył mi wszystko to, czego spodziewałem się po narodowym kompozytorze brazylii — hectorze villa-lobosie, a którego twórczość okazała się potwornie akademicka i sztywna. le boeuf sur le toit


Music lives on. A decade in life.

60.

billy joel 52nd street 1978

był moment, że zatonąłem bez reszty w muzyce billy’go joela. później uznałem ją za zbyt komercyjną, a ostatecznie na nowo dostrzegłem wartość w tej prostolinijnej przebojowości niesionej niezwykłą sceniczną i wokalną charyzmą joela. i to w zasadzie tyle — joel jest charyzmatyczny i umie pisać melodie, płytę produkuje phil ramone, a żeby 52nd street oddzielić jakoś od przełomowego the stranger wydanego rok wcześniej, joel zaprasza sekcję jazzową. to znakomity krążek na niezobowiązujący wieczór, gdy człowiek ma ochotę chwilę poudawać, że jest w nowym jorku, bez konieczności tłuczenia się dziewięciu godzin samolotem. strona a to poprockowa perfekcja, strona b robiłaby całkiem niezły followup, gdybym w międzyczasie nie zmienił płyty na inną. ♪ „zanzibar”


Music lives on. A decade in life.

59.

earth, wind & fire all 'n all 1977

earth, wind & fire można z całą pewnością słuchać z wielką przyjemnością bez zwracania uwagi na takie detale jak to, z jakich albumów pochodzą które utwory. przy bardziej klasycznym podejściu centralnym punktem ich kariery wydaje się z pewnością singlowe „september” z 78 roku i wydany równo rok wcześniej longplay all 'n all, na którym grupa wreszcie zmaterializowała pełen potencjał. to jedna z tych płyt, która przy pierwszym odsłuchu sprawia wrażenie, że znało się ją od lat, bo hip hop i r&b kolejnych dekad wydobyły z niej dziesiątki klasycznych sampli i refrenów. to także początek romansu grupy z afrofuturyzmem, który nakreślił dominantę ich stylistycznych zainteresowań na kolejnych kilka lat i jeden z tych idealnie gładko płynących funkowych krążków, gdzie nie sposób wyskipować choćby jeden numer ze względu na kosmiczną synergię całości. ♪ „runnin'”


Music lives on. A decade in life.

58.

george harrison all things must pass 1970

wszystko co najlepsze ocalało rozpad beatlesów trafiło na tę płytę — są wielkie popowe refreny podbite kontrolowaną melancholią, podawane charyzmatycznie, ale z pewną intymnością; jest progresywna produkcja na skraju psychodeli, która jednak już nie dominuje (phil spector pięknie wyciągnął wszystko to, co harrison miał w sobie na wyższy poziom) i wreszcie jest synergia — ostatecznie album ewoluuje w stronę rockendrollowego jamu, traktowanego przez słuchaczy raczej po macoszemu, ale ja to kupuję. tematyka tej płyty — duchowa, refleksyjna, szczera, ale niekoniecznie ewangelizująca w bezpośredni sposób, też mi odpowiada. jest w niej życiowego, co sprawia, że łatwo do niej wrócić w całości lub we fragmencie, zanurzyć się w niej na chwilę i poczuć się lepiej. ♪ „what it life”


Music lives on. A decade in life.

57.

pastor t.l. barrett and the youth for christ choir like a ship… (without a sail) 1971

zanim light in the attic reedytowało ten krążek w 2010 roku, w zasadzie nie istniał na jakiejkolwiek większej mapie kulturowej. a to być może jedna z najbardziej kompetentnych gospelowych realizacji płytowych. być może — bo ilekroć wracam do tego albumu, zastanawiam się, ile jeszcze takich zagubionych krążków przyjdzie nam odkryć. największe dwie zalety like a ship to jego autentyczność i nieszablonowość. pastor barrett wyszedł tu dalece poza kościelne standardy, nawet czarnych zgromadzeń protestanckich, realizując album jednak w ramach jego struktur. ale to nie dokumentalny rys, a nieskrępowana energia i czysta radość stojące u podłoża tej muzyki, sprawiają, że ponad pół wieku później nie słucha się go wyłącznie jako ciekawostki. ♪ „nobody knows”


Music lives on. A decade in life.

56.

steely dan can’t buy a thrill 1972

steely dan 101. kryzys wieku średniego, wersja wcale nie spektakularna: kolejny ciężki dzień w pracy, topniejąca wiara w sens życia i własne możliwości. z odsieczą przychodzi can’t buy a thrill, które nienarzucającą się przesadnie. harmonijną, bogatą aranżacyjnie oprawą sprawia, że wszystko to wydaje się odrobinę bardziej znośne. jest mi teraz strasznie głupio, ale zdaje mi się, że doskonale wszystko to rozumiem. ♪ „only a fool would say that”


Music lives on. A decade in life.

55.

devo q: are we not men? a: we are devo! 1978

czy w tym szaleństwie jest metoda? na pewno w tej metodzie jest szaleństwo. albo nawet: ta metoda to szaleństwo. nie wiem, czy dzisiaj dałbym się devo tak łatwo, ale wzięło mnie bez reszty, gdy pierwszy raz trafiłem na ten dziwaczny krążek lata temu — surowy i punkowy z jednej strony, z drugiej zupełnie surrealistyczny — trochę kosmiczny, trochę humorystyczny i na pewno trochę niepokojący. bo to płyta kwestionująca zdrowie psychiczne zarówno artysty, jak i słuchacza. można by ją nazwać głupią i byłoby to stwierdzenie faktu, nie obelga, gdyby nie to, że te numery są naprawdę chwytliwe, solidnie wyprodukowane i ostatecznie mimo wszystko mają jakieś meritum. ♪ „jocko homo”


Music lives on. A decade in life.

54.

yumi arai misslim 1974

gdy wziąłem ten album do ręki po raz pierwszy w paryskim sklepiku, właściciel powiedział żebym włączył sobie pierwszy numer na stronie b i wsłuchał się w bas. naturalnie kupiłem ten egzemplarz, a od tego czasu za każdym razem, gdy przewracam go na stronę b, wsłuchuję się w bas. druga płyta japońskiej maryli jest mniej ckliwa niż jej pianinowy debiut i bliższa funkowych ideałów city popu niż folkowego sznytu new music. długo nie byłem pewien, który album yumi powinien trafić na listę, ale odsłuchy rozwiały wszelkie wątpliwości. ♪ „anata dake no mono”


Music lives on. A decade in life.

53.

colin blunstone one year 1971

odessey & oracle, drugi album the zombies, swego czasu naprawdę rozświetlił moje życie, a najpoważniejszym kandydatem do roli jego adekwatnej kontynuacji po rozpadzie grupy, okazał się solowy debiut ich wokalisty colina bluntone’a. to, co u zombies było barokowo-rockowe, tu uszczuplono o bębny i gitary, i zrobiono kameralnie czy może nawet post-barokowo, głównie przy pomocy sekcji smyczkowej i aksamitnego wokalu blunstone’a. sentymentalne to mocno, ale mnie bierze. ♪ „caroline goodbye”


Music lives on. A decade in life.

52.

eric clapton 461 ocean boulevard 1974

dość dziwaczny soft spot między rockiem, bluesem, country a reggae, który zupełnie naturalnie lata temu doskonale odnalazł się w roli jednego z moich głównych feel good albumów. nie byłem nigdy fanem claptona, ale jego „i shot the sheriff” zakorzeniło się w mojej świadomości na tyle, że zdarzyło mi się podczas dyskusji o muzyce zapomnieć zupełnie o oryginale marleya. kolejny mocny punkt na mojej mapie laidbackowych płyt z lat 70. ♪ „mainline florida”


Music lives on. A decade in life.

51.

giorgio from here to eternity 1977

moroder ma w swojej dyskografii wiele dobrego, ale from here to eternity to jego najlepsza wizytówka. to kosmiczny przelot z twojego salonu wprost do gwiazd. album, który obudził moją wiarę w europejską elektronikę, gdy nie miałem jej w sobie ani trochę. ♪ „from here to eternity”


Music lives on. A decade in life.

50.

steve reich and musicians music for 18 musicians 1978

reich w swoim najbardziej ikonicznym wydaniu na pierwszy rzut ucha może pasować bardziej do galerii sztuki, ale jego muzykę wypełnia faktyczne życie. pulse


Music lives on. A decade in life.

49.

the nitty gritty dirt band will the circle be unbroken 1972

w swoim czasie szokujące spotkanie rockowych hipisów z weteranami bluegrassu zaowocowało albumem, który przeszedł do historii jako biblia gatunku z do dziś niedoścignionymi wykonaniami klasyki bluegrassu z lat 40. i 50. chciałem napisać, że to sól tej ziemi, ale bardziej adekwatnym określeniem byłoby sól tego piachu, a może po prostu piach. ♪ „tennessee stud”


Music lives on. A decade in life.

48.

david bowie „heroes” 1977

bowie z eno rozciągają swoje berlińskie ambientowe inspiracje na rockendrollową tkankę, tworząc surrealistyczny nocny krajobraz metropolii. całość zawsze wydawała mi się dużo bardziej zrównoważona niż hołubione low, mimo bardzo podobnego podziału materiału piosenkowego i środowiskowego między dwie strony płyty. ♪ „sons of the silent age”


Music lives on. A decade in life.

47.

anawa anawa 1973

anawa pokazuje, że bez grechuty wciąż ma meritum. aranże pawluśkiewicza ani trochę nie odbiegają tu poziomem od tych na korowodzie, choć mimo poetyckiej formy, zaucha w roli wokalisty raczej ugruntowuje ten projekt w jakiejś rzeczywistości, aniżeli go uskrzydla — co nie jest zarzutem. jest po prostu inaczej. tematem przewodnim są tu wielkie pytania, ale, co ważne, bez uzurpowania sobie prawa do udzielania jakichkolwiek odpowiedzi. ♪ „abyś czuł”


Music lives on. A decade in life.

46.

novos baianos acabou chorare 1972

swego czasu numer jeden na liście najlepszych brazylijskich albumów wszech czasów tamtejszej edycji rolling stone’a. ale nie wcale dlatego go wybrałem. w zasadzie to on wybrał mnie. nie da się zanegować witalności i energii płynących z tego kunsztownego samba-popu i gwarantuję, że żeby nie negować, wystarczy tylko jeden odsłuch. zdarza, że się, że brazylijskie płyty tamtego okresu mają wspaniały klimat, bogate aranże i doskonałe wykonawstwo, ale brakuje im melodii, co absolutnie nie jest problemem tutaj. ♪ „swing fo campo grande”


Music lives on. A decade in life.

45.

led zeppelin led zeppelin [iv] 1971

okazuje się, że w kontekście płyt lat 70. mam słabość do bluesa w różnych mieszankach gatunkowych i gdy wróciłem do tej płyty, to w połączeniu z klasycznym rockiem i folkiem ujął mnie szczególnie. nie jestem fanem „stairwaya”, ale też wszystko inne tutaj (poza „four sticks” naturalnie) przemawia do mnie nieprawdopodobnie bardziej na różnych poziomach. to klasyczny rock najlepszej możliwej próby. ♪ „going to california”


Music lives on. A decade in life.

44.

the beach boys love you 1977

to raczej cult classic fandomu beach boysów, niż powszechnie uznany majstersztyk. i być może byłbym wśród tych, którzy przysłuchują mu się z niedowierzaniem, gdyby nie wypadki pewnej sylwestrowej nocy, kiedy przedzierałem się przez zaspy w totalnej śnieżycy w jego akompaniamencie. psychodeliczne syntezatory okazały się trafioną (choć nie komercyjnie) odtrutką na disco i tchnęły nowe życie w grupę będącą w owym czasie na skraju wypalenia. można też słuchać love you ironicznie, pozwalam. ♪ „let us go on this way”


Music lives on. A decade in life.

43.

brigitte fontaine, areski belkacem & art ensemble of chicago comme à la radio 1970

brigitte fontaine jest szalona, co doskonale współgra z avant-jazzowym akompaniamentem panów z art ensemble of chicago. fontaine wynosi tu poetykę chanson na wyższy, dość surrealistyczny poziom. to jak podróż do innego świata. niezbyt przyjazne miejsce do zamieszkania, ale takie, które zdecydowanie ciekawie czasem odwiedzić. ♪ „comme à la radio”


Music lives on. A decade in life.

42.

tomaž pengov odpotovanja 1973

klasyk słoweńskiego andergrandowego folku, który aż do zeszłego roku był zupełnie poza obiegiem streamingowym, a dla mnie był trochę jak płyta-duch, dźwięcząca mi gdzieś z tyłu głowy, ale niedająca szansy na spotkanie. nie rozumiem ani słowa po słoweńsku, ale to piękny, szczery, akustyczny folk, któremu trudno nie dać się zahipnotyzować. ♪ „cesta”


Music lives on. A decade in life.

41.

magda umer magda umer 1973

najpierw zakochałem się w barokowych aranżach, których tak brakowało mi w polskim popie tamtego okresu, później zasłuchałem się w miękkim, ale jakże plastycznym wokalu umer, a wreszcie odkryłem poetyczne teksty, które zostaną ze mną na zawsze. zacząłem od „koncertu” i „stroju”, a teraz nie mogę żyć bez „kasztanów”, „jeżeli nie myślisz” czy „faz”. to już nie tylko płyta, to recepta na dobre życie. ♪ „fazy”


Music lives on. A decade in life.

40.

steely dan aja 1977

w mojej pierwotnej notce sprzed pół roku napisałem, prosząc nie wprost o wybaczenie, że nie aspiruję do miana miłośnika steely dan, czego dowodem jest brak aji w zestawieniu. widzicie jednak, że od tego czasu wydarzyły się rzeczy i najwyraźniej oficjalnie wszedłem w wiek średni. od teraz moją główną wieczorną rozrywką będzie słuchanie tej płyty na drogim sprzęcie stereo złożonym m.in. z bardzo wielu kabli ze złotymi stykami i popijanie whisky. obecnie pracuję nad częścią tyczącą się kabli, nadal nieszczególnie lubię whisky, ale płytę, co mam nadzieję widać, już mam. ♪ „peg”


Music lives on. A decade in life.

39.

yellow magic orchestra solid state survivor 1979

mamy kraftwerk w domu, edycja kurtkowa. niemiecka myśl techniczna niewątpliwie dała japończykom wiatr w żagle, ale rozwinęli ją w stronę popu i emocji w sposób absolutnie niedostępny żadnemu niemcowi. to moment, gdy w japonii defacto rozpoczęły się lata 80., a yellow magic orchestra zrewolucjonizowali tamtejszy pop, nadając mu nie tylko brzmienie i kształt, ale także rozszerzając pole jego zainteresowań. ♪ „solid state survivor”


Music lives on. A decade in life.

38.

maryla rodowicz cyrk nocą 1979

ultimate maryla. cyrk nocą to low-key jej best of, jeśli jako kryterium przyjmiemy ponadczasowość i jakościowość kompozycji, a nie jedynie ich popularność. „konie” to 11-minutowe transcendentalne progresywne smutne post-disco i jeden z najlepszych momentów w historii polskiej muzyki, ale ten mood rozciąga się tu właściwie na cały krążek (z wyjątkiem jazzującego epilogu — wciąż adekwatnego w kontekście cyrkowego motywu). to łaskawe porachunki z samą sobą na półmetku życia w wykonaniu genialnego duetu osiecka-rodowicz. ♪ „gdzie są ci chłopcy”


Music lives on. A decade in life.

37.

mighty sparrow hot and sweet 1974

mighty sparrow, prawowity król calypso, wyrósł w ostatnich latach na jednego z moich ulubionych artystów w ogóle. a poznaliśmy się przed laty właśnie dzięki hot and sweet, przez vana dyke’a parksa, który produkował ten okrzyknięty międzynarodowym debiutem sparrowa krążek (co nie było do końca prawdą, ale kto powiedział, że nie można debiutować międzynarodowo kilkakrotnie). sparrow dla trynidadu i tobago oraz muzyki calypso był kimś pomiędzy bobem marleyem a frankiem sinatrą. to świetny showcase jego stylu i charyzmy, z zastrzeżeniem, że tutaj przygoda ze sparrowem dopiero się zaczyna, nie kończy. ♪ „memories”


Music lives on. A decade in life.

36.

zbigniew wodecki zbigniew wodecki 1976

cieszę się, że mogłem przeżyć drugą młodość tego krążka, towarzyszyć wodeckiemu i mitchom na premierowym koncercie na offie, a rok później nawet osobiście zamienić z nim kilka zdań. i może dlatego wciąż mam poczucie, że choć te piosenki poznała już cała polska, to one wciąż gdzieś w głębi mnie są tylko moje. cudowna polska diy bossa nova. ♪ „wieczór już”


Music lives on. A decade in life.

35.

jorge ben áfrica brasil 1976

jorge ben za sprawą mitchów łączy się z wodeckim nicią międzykontynentalnego porozumienia. ben to szara eminencja mojej miłości do muzyki brazylijskiej, a áfrica brasil zapisało się w mojej pamięci jako moje pierwsze spotkanie z jego muzyką i choć według wielu nie jest to wcale najlepszy krążek bena z lat 70., dla mnie, może ze względu na inną ponadkontynentalną nić prowadzącą z brazylii do afryki, zawsze będzie centrum jego dyskografii. wspaniała definicja samba-funku i moja ulubiona odsłona brazylijskiego trubadura. ♪ „taj mahal”


Music lives on. A decade in life.

34.

yukihiro takahashi saravah! 1978

zanim takahashi, wokalista yellow magic orchestra, stał sę pierwszorzędnym technopopowym producentem, w latach 70. pozował w smokingu przed wieżą eiffela i nagrywał cudownie pokraczne pre-synthpopowe covery amerykańskich i europejskich standardów, na czele z „volare”, „c’est si bon” i „mood indigo”. to pozycja dla koneserów trzymania dystansu do własnego poczucia estetyki i szeroko pojętej laidbackowości w piosenkach w ogóle. ♪ „moon indigo”


Music lives on. A decade in life.

33.

bob dylan & the band the basement tapes 1975

w drugim peaku artystycznym dylana w środku lat 70., idealnie między blood on the tracksdesire ukazał się ten zapis na wpół archiwalnych faktycznie piwniczych sesji dylana i grupy the band. to trochę takie szanty dla ludzi, którzy nigdy nie byli na morzu, bo nie wychodzili z piwnicy. dylan brzmi rozkosznie nosowo, a całość jest surowa, nieśpiesznie rozciągnięta i bardzo swojska w countrująco-bluesowym tonie. w sam raz dla mnie. ♪ „goin’ to acapulco”


Music lives on. A decade in life.

32.

caetano veloso transa 1972

surowy, bębniący, frenetyczny, wciąż tropikalny, ale gorzkawy. jakże inny od tropikalnego debiutu caetano, ale jakże fascynujący. nie wracam do transy zbyt często, ale gdy już wracam, słucham od deski do deski, jak zahipnotyzowany. ♪ „nine out of ten”


Music lives on. A decade in life.

31.

john fahey fare forward voyagers (soldier’s choice) 1973

fahey zawsze będzie dla mnie absolutnym mistrzem gitary, a fare forward voyagers to jego magnum opus. na kanwie amerykańskiego prymitywizmu wyrastającego z bluesowego folku przelewa na trzy retrogresywne suity swoją fascynację klasyczną muzyką hindustańską. poezja. ♪ „fare forward voyagers”


Music lives on. A decade in life.

30.

halina frąckowiak i sbb geira 1977

funk i blues spotykają się tutaj w totalnie niespodziewanym kosmicznym anturażu na kanwie bezkompromisowo progresywnego popu z fantastycznymi melodiami. jedyny mankament to niestety mało przestrzenna realizacja nagrania, którą na szczęście trochę wyciągnięto w zremasterowanej wersji. frąckowiak miała w swojej dyskografii sporo piosenkowych hajlajtów, ale albumowo geira nie miała poważnej konkurencji. album, który jest odrobinę za bardzo pośrodku zarówno dla słuchaczy rocka, jak i miłośników polskiej estrady, stąd wciąż trochę zmarginalizowany. ♪ „śnij tylo szczęście”


Music lives on. A decade in life.

29.

elvis costello my aim is true 1977

patrz ↓↓↓ ♪ „less than zero”


Music lives on. A decade in life.

28.

elvis costello & the attractions this year’s model 1978

zrobiłem kiedyś taką listę, która wykorzystując już wówczas zupełnie anachroniczne środki niemalże nie-multimedialne, miała być wyrazem jakiegoś dorosłego influensingu, zanim jeszcze świat opanowali profesjonalni influenserzy — 99 najfajniejszych rzeczy. dwiema centralnymi postaciami tam byli buddy holly i właśnie elvis costello, który na skraju liceum i studiów wkradł się do mojego życia szturmem i co tu dużo kryć — chciałem być taki jak on. uwielbiałem jego post-rockendrollowy charakter w epoce narodzin nowej fali (która wtedy zupełnie mi nie leżała) i jego counterkulturowość przy zachowaniu jakiejś pozycji w mainstreamie. teraz jeśli już go słucham, otwieram oczy i uszy szerzej i ta rockendrollowość jest jedynie jakimś akcentem, który doceniam, ale sytuacja jest bardziej złożona. pomaga na pewno to, że mogę już nostalgicznie wspominać okres, gdy costello był dla mnie ikoną, jak gdybym w tym 78 miał 18 lat (chociaż cieszę się, że tak nie było). niezależnie od tego mogę z całą pewnością napisać, że elvis to był gość. a dwa jego pierwsze albumy, this year’s modelmy aim is true (z niewielką, ale jednak pewnością, że w tej kolejności), to po latach wytężonych odsłuchów, odpoczynku od odsłuchów i powrotów do odsłuchów, jego najlepsza wizytówka i pierwszorzędny dowód implikowanej fajności. ♪ „pump it up”


Music lives on. A decade in life.

27.

curtis mayfield curtis 1970

debiut mayfielda pokazuje jego dwie strony — psychodeliczno-funkową i pre-quietstormową — ale słuchając go, nie ma się poczucia dysonansu. to fantastyczny orkiestrowy soul zrealizowany w duchu epoki, który uwypukla niezwykłą wrażliwość i kreatywność mayfielda, którego można w zupełności postawić w jednym szeregu z wonderem, gaye’m czy hathawaye’m, jeśli chodzi o tuzów soulu lat 70. ♪ „give it up”


Music lives on. A decade in life.

26.

the beach boys surf’s up 1971

wokół niewykorzystanego odrzutu z sesji do porzuconego smile kilka lat później beach boysi zbudowali cały album — być może najmroczniejszy i najbardziej nostalgiczny zarazem w dyskografii grupy, przedstawiający wszystko to, cokolwiek stworzyło i zgubiło smile w perspektywie. to też jedna z pierwszych płyt grupy, na które trafiłem ze względu na słowo „surf” w tytule — do teraz pamiętam swoje zdziwienie graniczące z niezgodą na to, co usłyszałem. tak też pomyślało zapewne wielu niegotowych na ten bagaż emocjonalny wtedy, w 71 roku. a ta płyta jest w dużej mierze o godzeniu się na to, że rzeczy zmieniają się i z czasem dobiegają końca. w tym kontekście jako epilog pewnej przeprawy dość abstrakcyjne wcześniej tytułowe „surf’s up” nabiera dopiero właściwego sensu. ♪ „disney girls (1957)”


Music lives on. A decade in life.

25.

makoto kubota & the sunset gang hawaii champroo 1975

japońska odkrytka współcześnie spopularyzowana na zachodzie chyba przede wszystkim dzięki temu, że w grupie kuboty grał na bębnach młody haruomi hosono. to od dłuższego czasu numer jeden na mojej laidbackowej plejliście. to folk, pop i rock jednocześnie (czy inaczej: nyū myūjikku), gdzieś pomiędzy okinawą a hawajami z domieszką tropikalnego country. któż tak jeszcze kiedykolwiek grał? ♪ „haisai ojisan”


Music lives on. A decade in life.

24.

billy joel the stranger 1977

stranger był moim wprowadzeniem do joela i chyba dlatego zawsze będzie zajmował w moim sercu szczególne miejsce, nawet jeśli z perspektywy czasu jest tu kilka numerów, które nazwać można naiwnymi czy normickimi. mimo wszystko ten album wyraża jakieś sentymenty, które wciąż są w mnie żywe — to święto buńczucznej i pulsującej młodości, stawiającej na szczerość i rock & roll. ♪ „scenes from an italian restaurant”


Music lives on. A decade in life.

23.

juilliard streichquartett schoenberg: die streichquartette 1977

ten straszny schoenberg, nie tylko zaciekły dodekafonista, zapewne też platfus! zniszczył życie milionom melomanów i wciąż zasadza się po więcej. to wydawnictwo to historia jego ewoluującego stylu i filozofii zilustrowana na gruncie kwartetów smyczkowych w pierwszorzędnym wykonaniu muzyków z juilliard — od powagnerowskiego poromantyzmu po pełne urzeczywistnienie muzyki atonalnej, mającej zupełnie zmienić oblicze sztuki, którą zwykliśmy nazywać współczesną. nie sposób traktować go jednak jako wydawnictwa przede wszystkim historycznego (choć wytwórnia zrobiła wiele, by tak właśnie było) — to przede wszystkim piękne kompozycje, złożone w formie, dramatyczne z natury. gdy schoenberg miał już wszystko rozpracowane i kończył swój ostatni kwartet w 36, już na obcej amerykańskiej ziemi, do samego końca w głębi serca pozostał romantykiem. i lubię o tej muzyce myśleć właśnie jako o dekonstrukcji romantyzmu — pełnej pasji intelektualnej analizie porywów serca i zrywów historii. string quartet no. 3, op. 30: 4. rondo. molto moderato


Music lives on. A decade in life.

22.

hank williams 40 greatest hits 1978

historia hanka williamsa zakończyła się tragicznie w 53 roku, ale dla mnie zaczęła się dopiero w 78 wraz z tą płytą, a w zasadzie wiele lat później gdy wygrzebałem ją przypadkiem z kosza „wszystko za 20 złotych”. od tego czasu wrosła we mnie, stając się nie tyle jedną z płyt, co płytą zupełnie domyślną. to nie muzyka, której się słucha lub nie, to życie, którym się żyje. wszystko, co tu zapisano, jest prawdą i nie istnieje nic więcej, co należałoby dodać. taka to jest płyta. ♪ „i’ll never get out of this world alive”


Music lives on. A decade in life.

21.

alibabki zagrajmy w kości jeszcze raz 1977

liczę, że któregoś dnia zagrajmy w kości uda się wypromować wśród narodu w podobny sposób, co zapomniany jeszcze nie tak dawno debiut wodeckiego. alibabki podobnie jak on sięgnęły tu po bossa novę, która ożywiła te dość tradycyjne w przeciwnym razie na wskroś estradowe piosenki. oczywiście nie śpiewały tu byle czego — to dziesięć cudownie uroczych utworów-zabaweczek napisanych m.in. przez osiecką, czubaszek, kleynego czy młynarskiego do muzyki ptaszyna, mikuły czy karolaka. ♪ „zagrajmy w kości jeszcze raz”


Music lives on. A decade in life.

20.

joy division unknown pleasures 1979

absolutny mood, którego doświadczyłem całym sobą podczas gwałtownego odkrycia istnienia joy division wiele lat temu. nie jest to moja macierzysta tkanka, ale duch tego grania wniknął we mnie do głębi i nie wyobrażam sobie swojej wrażliwości bez tej betonowej materii — szarej, szorstkiej i przydymionej czarnym smogiem. ♪ „day of the lords”


Music lives on. A decade in life.

19.

ryuichi sakamoto thousand knives of ryuichi sakamoto 1978

przez lata twierdziłem, że strona b tego krążka to byłby mój wybór do audycji „pół perfekcyjnej płyty”, ale jakoś w międzyczasie oswoiłem się z dwoma bardziej elektroakustycznymi numerami ze strony a. retrosyntezatory sakamoto nie przystają może do współczesnego świata, ale za każdym razem pięknie ożywają w mojej wyobraźni. pomyślcie: „ucieczka do tropiku” bilińskiego, ale po japońsku. ♪ „the end of asia”


Music lives on. A decade in life.

18.

stevie wonder talking book 1972

gdy po raz pierwszy na spontanicznej nocnej posiadówce u znajomego usłyszałem „you are the sunshine of my life” prosto z winyla, moje życie zmieniło się na zawsze. zakochałem się w analogach i odkryłem, że stevie wonder to nie tylko „i just called to say i love you”. obiektywnie — to chyba najbardziej nierówna stylistycznie z czterech złotych płyt wondera z lat 70., ale była przedmiotem mojej fascynacji przez tyle czasu i tyle jej zawdzięczam, że nie byłem w stanie jej pominąć. wracam do niej zresztą wciąż często i często też słucham jej w całości, a moje ulubione momenty z czasem ewoluują, co świadczy niewątpliwie o sile tego natchnionego materiału. ♪ „maybe your baby”


Music lives on. A decade in life.

17.

paul & linda mccartney ram 1971

najbardziej beachboysowa płyta beatlesa musiała rzecz jasna trafić w mój gust i ostatecznie także na tę listę. mccartney jest obłąkany, słoneczny, w równej mierze post-rockendrollowy co post-psychodeliczny, żongluje pomysłami, ma fenomenalne melodie i całkiem progpopowe aranże. któregoś razu przeszła mi przez głowę bluźniercza myśl, że być może ram jest właściwym sequelem beachboysowskiego smile i do dziś nie potrafię się jej pozbyć (choć dzielę się nią nieśmiało po raz pierwszy). to być może ogólnie moja ulubiona płyta z całego beatlesowskiego uniwersum, choć piszę to z pewnym zawahaniem. ♪ „monkberry moon delight”


Music lives on. A decade in life.

16.

david bowie aladdin sane 1973

ziggy stardust leci to ameryki i rozszerza swoją kosmiczną wizję połamanego soulującego rockendrolla na kolejną perfekcyjną płytę. brakuje mu może tutaj definitywnego przeboju, ale całościowo melodycznie i aranżacyjnie jest nawet bardziej wyszczekany. potrzebowałem tego sequela, a on nie tylko na tę potrzebę odpowiedział — dał mi znacznie więcej. posłuchajcie „time” — makabrycznego tańca — nie bezpośrednio ze śmiercią, a z czasem — jej najwyższym namiestnikiem, gdzie w jednym utworze kotłują się awangardowy jazz-rock i duch kurta weilla. ♪ „time”


Music lives on. A decade in life.

15.

nara leão dez anos depois 1971

patrz ↓↓↓ ♪ „garota de ipanema”


Music lives on. A decade in life.

14.

françoise hardy la question 1971

obie te płyty to jakby dwie połowy jednej całości. obie ukazały się w 71 roku, obie zostały nagrane w paryżu i obie akustycznie zaaranżowała gitarzystka bossa novy tuca. obie śpiewane są przez eteryczne piękności i można je przedstawić jako definicję muzycznej wyrafinowanej subtelności. różnią się głównie przedmiotem — nara dziesięć lat po swoim debiucie (stąd tytuł płyty) wraca do repertuaru klasycznej bossa novy, od którego w międzyczasie odeszła, i reinterpretuje je w kameralnym anturażu. repertuar hardy jest nawet bardziej intymny, w równej mierze podszyty melancholią i erotyką. ♪ „même sous la pluie”


Music lives on. A decade in life.

13.

fleetwood mac rumours 1977

to z dużym prawdopodobieństwem najlepsza poprockowa płyta w historii muzyki, perfekcyjnie przebojowa, doskonale równoważąca zarówno temperamenty członków zespołu, jak i wykonywany repertuar. dość paradoksalnie moje hajlajty na krążku to raczej te mniej popularne numery jak „never going back again”, „second hand news” czy „i don’t want to know”, ale całości wciąż słucha się wyśmienicie, bez żadnych skipów. ♪ „never going back again”


Music lives on. A decade in life.

12.

marek grechuta / anawa korowód 1971

dzięki tej płycie na pierwszym roku studiów rozbudziła się moja miłość do polskiej piosenki. niby słyszałem wcześniej setki razy „dni, których nie znamy”, ale wszystko co dzieje się na korowodzie wokoło tego numeru absolutnie wbiło mnie w fotel. nie spodziewałem się wówczas po grechucie takiej charyzmy (czy wręcz zaciętości interpretacyjnej), a po anawie takiego bogactwa aranżacyjnego. to wyniesienie piosenki estradowej i poetyckiej na zupełnie nowy poziom i wczesne arcydzieło z annałów polskiego rocka jednocześnie. ♪ „niebieski młyn”


Music lives on. A decade in life.

11.

simon and garfunkel bridge over troubled water 1970

ostatni wspólny album simona i garfunkela jest zdecydowanie ich najlepszym. kiedyś zupełnie przypadkiem usłyszałem w radiu tytułowy numer, który znałem wówczas z reinterpretacji arethy franklin, i doznałem go na jakimś transcendentalnym poziomie, do tego stopnia, że błyskawicznie kupiłem płytę, nie mając jeszcze nawet gramofonu. i tu znowu paradoks — zwykle nie oceniam albumów utwór po utworze — liczy się przede wszystkim ogólne wrażenie, ale gdybym to robił, średnia ocen byłaby minimalnie wyższa, niż ocena wrażeniowa całości (co w zasadzie mi się nie zdarza) — to raczej zbiór świetnych utworów niż świetny zbiór i chyba tylko dlatego znalazł się poza pierwszą dziesiątką. ♪ „so long, frank lloyd wright”


Music lives on. A decade in life.

10.

sugar babe songs 1975

w ostatnich latach, odkąd mamy internet i streaming, w zasadzie nie zdarza mi się kupować płyt w ciemno. wolę jednak najpierw upewnić się, że jakiś album ze mną rezonuje i że jest szansa, że będę do niego wracał naturalnie. songs sugar babe to jedyna płyta w mojej pięćdziesiątce, którą kupiłem w zasadzie w ciemno. trafiłem na nią w sklepie i kojarzyłem, że to wczesny klasyk city popu, grupy, w której swoje kariery rozpoczęli tatsuro yamashita i taeko ohnuki. być może znałem już wtedy „down town”, ale cała resztę musiałem sobie wyobrazić. a tymczasem okazało się, że to jedna z najlepszych popowych selekcji w całej mojej płytotece, a do tego doskonale zaaranżowana w nurcie bardziej akustycznego city popu, czerpiącego już z jazzu, funku i soulu, ale zamiast syntezatorów doprawiającego je folk rockiem. to dość prostolinijny krążek, podszyty jakąś melancholią, ale jednocześnie upbeatowy i przebojowy. ♪ „itsumodoori”


Music lives on. A decade in life.

9.

chico buarque construção 1971

tytułowy utwór to arcydzieło artystycznego koncepcyjnego popu, a zbudowany wokół niego krążek doskonale uzupełnia jego misterną, progresywnie ewoluującą w kierunku hitchcockowskiego thrillera historię. to bossa nova z suspensem, nie tyle złowroga, co życiowa — pozbawiona różowych chmurek i bukietów róż, stworzona w kraju, w którym opozycjonistów torturuje się w więzieniach i nawet jeśli żadne tortury czy więzienia nie są tu wspomniane explicite, wiemy, że tak jest, całe construção o tym krzyczy, choć nie przy pomocy słów. to wspaniale wymyślona, angażująco napisana i kunsztownie wykonana płyta. nieoczekiwany rewers czterech beztroskich wcieleń buarque z lat 66-70. ♪ „construção”


Music lives on. A decade in life.

8.

david bowie the rise and fall of ziggy stardust and the spiders from mars 1972

bowie był dla mnie enigmatyczną figurą z zamierzchłej przeszłości, z którą nic mnie nie łączyło. stało się to zupełnie znienacka. któregoś wieczora w pubie usłyszałem i doznałem ziggy’ego stardusta. wtedy jeszcze nie wiedziałem — poszedłem do baru, żeby zapytać, co to za album. i ten krótki moment sprawił, że nie tylko poznałem bowiego, ale zakochałem się w jego muzyce. wkrótce przez pewien czas nie słuchałem prawie niczego innego — ziggy stardust zawładnął moim życiem. koncepcyjna wersja kosmicznego glamowego rock & rolla z soulowym podbiciem okazała się czymś, czego bardzo potrzebowałem. co dość paradoksalne, ten album od samego początku działał na mnie także dzięki synergii poszczególnych numerów i ostatecznie wiele lat później wciąż nie jestem w stanie z przekonaniem wskazać konkretnych hajlajtów. hajlajtem jest cała ta płyta, cały ziggy stardust. ♪ „moonage daydream”


Music lives on. A decade in life.

7.

the beach boys sunflower 1970

chociaż beach boysi w latach 60. śpiewali sporo o plaży, dziewczynach i surfowaniu — ogólnie rzecz ujmując — beztrosce, ich najbardziej słoneczną całościowo płytą pozostaje sunflower nagrany w zgoła innych okolicznościach, niesprzyjających aż tak zabawie. charakter tego krążka jest też znacząco odmienny — plażowi chłopcy stali się mężczyznami, zaczęli mierzyć się z innymi tematami i emocjami i sunflower poniekąd to oddaje. jednocześnie to płyta-przeciąg w upalny dzień, raczej kojąca niż rozgrzewająca, ze stroną a wypełnioną upbeatowymi numerami na idealne rozpoczęcie słonecznego dnia i balladową stroną b, by ten dzień zakończyć, patrząc z tarasu na zachodzące słońce. totalny mood. ♪ „this whole world”


Music lives on. A decade in life.

6.

joni mitchell blue 1971

ludzie doktoryzowali się na tej płycie, ja jej tylko słucham z potrzeby serca. joni miała wspaniałą passę w latach 70. i wiele płyt, o których wypadałoby wspomnieć. i jedną taką, o której wspomnieć należy. blue to nie jest muzyka, którą wypada definiować, ale muzyka, która definiuje. dziesięć bliskich serca emocjonalnych akustycznych kompozycji napisanych z ponadprzeciętnym wyczuciem melodyki — ale nie takiej na przeboje do radia czy na stadiony; takiej, która wnika głęboko do wnętrza wrażliwców i od tej pory istnieje jako przedłużenie, niezawodna emanacja ich własnej wrażliwości. słucham blue, żeby posłuchać, co chce mi przekazać joni w równej mierze, jak i dlatego, by pozwolić tej płycie wyrazić mnie samego, nawet jeśli nie słowo w słowo. ♪ „my old man”


Music lives on. A decade in life.

5.

marvin gaye what’s going on  1971

to znamienne, że krążek będący w tamtym czasie kunsztownym formalnie, choć dziwacznym tematycznie odstępstwem od zwyczajowej soulowej tematyki, stał się płytą, która kilka pokoleń później nie tylko zdefiniowała karierę marvina gaye’a, ale soul tamtego okresu ogólnie. ja sam nie pamiętam już swojego pierwszego spotkania z tym krążkiem — z dzisiejszej perspektywy jego obecność w moim życiu wydaje się równie naturalna jak to, że oddychamy powietrzem. wspaniały koncepcyjny cykl łączący nas, ludzi, z naszymi korzeniami, o których zbyt często zapominamy, a na poziomie ekspresji: sensualny soul z progresywnym podejściem do aranżacji i kompozycji. płyta-maska gazowa, przez którą wreszcie można zacząć oddychać w skażonym otoczeniu. ♪ „save the children”


Music lives on. A decade in life.

4.

van dyke parks discover america 1972

na okładce są dwa autobusy: jeden jedzie do hollywood, a drugi (płynie) do trinidadu. i ta ilustracja w zasadzie idealnie podsumowuje ten krążek. parks swoim zwyczajem pożycza motywy w muzyce i tekstach z ameryki sprzed ery rock & rolla. jednocześnie natomiast pożycza melodie i instrumenty z uniwersum calypso z nieodległych, ale jednak będących częścią tej drugiej ameryki — trinidadu i tobago. calypso było już wówczas w ameryce nieźle znane dzięki przyjemnym, choć dość odtwórczym płytom harry’ego belafonte z przełomu lat 50. i 60., ale parks robi tu coś zupełnie innego — autorskiego. cykl szesnastu miniaturek żonglujących niezliczonymi motywami — wikłających klasycznych croonerów, byłych prezydentów i śmietankę ówczesnego calypso. efekt jest zupełnie nietuzinkowy — zestawienie wyspiarskiej laidbackowej melodyki i groteskowo pokrzywionych orkiestracji parksa robi niesamowite wrażenie. ♪ „be careful”


Music lives on. A decade in life.

3.

stevie wonder songs in the key of life 1976

gdy pierwszy raz usłyszałem songs in the key of life, na kilka tygodni porzuciłem całą inną muzykę, jakiej wtedy słuchałem, by całym sobą chłonąć to soulowe objawienie. wcześniej stevie był dla mnie gościem od „i just called to say i love you” — nie miałem pojęcia, co skrywała jego wcześniejsza dyskografia. a songs to z jednej strony odbicie życia, ale jakby jakiegoś lepszego. smutek jest tu smutniejszy, życzenia na pewno się spełniają, a radość… radości nie ma końca. wszystko to dzięki niepodrabialnej ekspresji wokalnej, songwriterskiej i producenckiej wondera i tym lekkim jak piórka melodiom, niby popowym, ale zawsze podszytych soulem i funkiem najwyższej próby. co ciekawe, nie umiem i nie chcę zostawiać songs ani jakiegokolwiek innego wondera z what’s going on, ani jakimkolwiek innym gaye’m. to jednak coś zupełnie innego — tak daleko, tak blisko. ♪ „if it’s magic”


Music lives on. A decade in life.

2.

vashti bunyan just another diamond day 1970

trafiłem na vashti, gdy joanna newsom wymieniła ją jako jedną z własnych inspiracji. pomyślałem wówczas, że to ładna muzyka, ale mało wyrafinowana. i jeśli miałaby to być prawda, to zgadzam się na to, by samemu też być jak ona — ładny, ale mało wyrafinowany. just another diamond day to moje marzenie. było nim zresztą także wtedy u progu lat 70., gdy vashti udała się w objazdówkę po angielskiej wsi, by ostatecznie nagrać tę płytę jako swoisty pamiętnik z podróży. marzenie, które wówczas musiało być zupełnie zwyczajne, a dziś wydaje się prawie niemożliwe do zrealizowania — o spokojniejszym, bardziej harmonijnym życiu. o obserwowaniu odlatujących gęsi, wstawianiu o wschodzie słońca, oknie z widokiem bez końca. nie sądzę, żebym kiedyś się odważył i może dlatego tak droga jest mi vashti, która nuci mi wieczorem swoje ładne, mało wyrafinowane kołysanki, a ja śnię o życiu, które nigdy nie będzie moje. ♪ „where i like to stand”


Music lives on. A decade in life.

1.

dennis wilson pacific ocean blue 1977

pacific ocean blue to najlepsza rzecz, jaka wyszła z obozu beach boysów od czasu pet sounds. czarny koń grupy, przez lata schowany na siedzeniu perkusisty dennis wilson łączy tutaj zupełnie po swojemu (choć ślady tego krążka można znaleźć na różnych albumach grupy z lat 70.) piano rock, blues, soul, a nawet funk w bardzo post-beachboysowym splocie — nadal z oceanem w tle, ale niebo jest całkowicie zachmurzone, zrywa się wiatr i zaraz będzie padać. dennis już od dłuższego czasu dźwigał pokaźny bagaż emocji i doświadczeń, ale dopiero na tej płycie był w stanie spróbować go rozładować na swoich zasadach. nie przypominam sobie, żeby ten album wywołał w moim życiu jakąkolwiek rewolucję, ale wrósł w nie na tyle, że stał się sam jako taki absolutnym samoistnym moodem, którego nie umiem już (albo jeszcze) poza nim wyrazić inaczej. ♪ „moonshine”


Opublikowano

2025 ✕ filmy

2025
nie bywałem w zeszłym roku w kinie ani szczególnie częściej, ani rzadziej niż w latach ubiegłych; kino szczególnie mnie nie zajęło, ani nie rozczarowało — pozostało w miarę regularnym elementem mojej codzienności; mimo tego ograniczyłem swoją selekcję do dziesięciu tytułów, pierwszy raz od wielu lat, może trochę dlatego, że nie uznałem jej za szczególnie odkrywczą


filmy x 2025

10.

the phoenician scheme reż. wes anderson

jeden rabin powie: andersonowi wciąż brakuje duszy, jego filmy to maszyny, dobrze naoliwione, ale cel ich działania pozostaje nieznany; ja powiem: znalazłem w układzie starego andersona, za którym tęskniłem, historia poruszyła mnie estetycznie i intelektualnie, sporo się śmiałem; czekałem na ten moment


filmy x 2025

9.

sirāt reż. óliver laxe

pustynny rave jako forma terapii, a dla bohaterów być może punkt wyjścia do rozpoczęcia faktycznej terapii; trzyma widza w kleszczach do samego końca; mocny film koniecznie do zobaczenia na sali kinowej


filmy x 2025

8.

train dreams reż. clint bentley

rewers brutalisty; historia widziana z perspektywy życia zwykłego, choć nie bezimiennego człowieka; bardzo poetycki i szczery obraz, mimo netflixa


filmy x 2025

7.

one battle after another reż. paul thomas anderson

pta w formie; to jak zwykle jazda bez trzymanki z całą masą niebanalnych zwrotów akcji i być może jednym z najbardziej bezzębnych emerytowanych rewolucjonistów w historii kina; nie zapomnę nigdy tego pościgu po pustynnych pagórkach, od którego dostałem choroby lokomocyjnej w sali kinowej


filmy x 2025

6.

o agente secreto reż. kleber mendonça filho

podejmuje podobny temat co zeszłoroczne ainda estou aqui, ale jakże inaczej do niego podchodzi! z wyobraźnią portretuje brutalną rzeczywistość brazylii lat 70., jednocześnie ze swadą opowiadając historię, może wymyśloną, ale bardzo żywą! doskonały dramat polityczny, który poruszy odpowiednie struny wrażliwości widza bez potęgowania jego własnych traum


filmy x 2025

5.

weapons reż. zach cregger

nie przepadam za horrorami, ale ten ogląda się z zapartym tchem, bo wyjaśnienie tej zagadki jest dość pokręcone i podawane widzom na raty z kilku różnych perspektyw; dzięki temu historia zaczyna się i osiąga punkt kulminacyjny kilkakrotnie, a że ma całkiem ciekawy vibe, to jeszcze po seansie człowiek rozkminia z przyjemnością jej składowe; barwna postać ciotki gladys z pewnością przejdzie do historii kina


filmy x 2025

4.

marty supreme reż. joshua safdie

historia wielkiego marty’ego to, jak zawsze u braci safdie, absolutna jazda bez trzymanki, gdzie prawo murphy’ego pączkuje wykładniczo, a ugaszenie małej draki to gwarancja czyhającej tuż za rogiem katastrofy; chalamet jest znakomity, a jego postać ani myśli poddać się przed osiągnięciem celu; fantastycznie nakręcony, zrealizowany z wielkim wyczuciem i z miłością do kina; z dodatkowych plusów: kinowa reprezentacja nienastoletnich osób z trądzikiem i nieoczekiwane wyznanie wampira-milionera, że urodził się w 1601 roku


filmy x 2025

3.

resurrection reż. bi gan

czy ostatecznie chodzi o kino, czy o życie? a co jeśli kino to życie albo na odwrót? bi gan tworzy swoją własną antologię snów, po mistrzowsku czerpiąc z bogatej historii ruszających się obrazków; to największy zeszłoroczny film i najwspanialsze kinowe doświadczenie minionego roku, po którym jednak z perspektywy czasu zostają w głowie głównie impresje


filmy x 2025

2.

sterben reż. matthias glasner

dużo wracałem do symfonii o umieraniu po seansie, może najwięcej z tegorocznej selekcji; być może dlatego, że jest w nim coś przewrotnego, co uruchomiając całe moje spektrum emocjonalne, pomogło mi przetrwać trzygodzinny seans seans mocno osadzony w codzienności w szarej codzienności współczesnych niemiec


filmy x 2025

1.

sorry, baby reż. eva victor

instynktownie wrzuciłem sorry, baby do tego samego koszyka co the holdovers przed dwoma laty, bo to też jednocześnie elokwentne i czułe kino, ale myślę, że sorry, baby ma szanse spodobać się także miłośnikom dawnej grety gerwig; za tą historią stoi jednak eva victor, która przepracowuje na ekranie własne traumy, z wyczuciem równoważąc je humorem

Opublikowano

(najlepiej w 2025): 25ー1

2025
to inne słuchanie muzyki — w grudniu dla sportu, gdy otwierają się uszy i umysł, a człowiek widzi muzykę — te wszystkie głośne, skomplikowane, ewoluujące bezkreśnie struktury; a potem zawody się kończą, a człowiek wraca do swojej klitki po tygodniu tyrania na etacie i marzy nie o wielkich bezbrzeżach, ale żeby coś go kameralnie ululało; więc mówię sobie — kurtek, kurczaku, ty nie dawaj takich strasznie wielkich płyt na czołowe miejsca listy roku, bo potem je kupujesz, że niby płyty roku kupujesz, ale nigdy więcej ich nie słuchasz, bo nie masz na nie przestrzeni ani w życiu, ani w domu


pozycje 50ー26 tędy ⟶ (klik!)


2025

25.

hannah frances nested in tangles

hannah frances wybiła się ledwie przed rokiem błyskotliwym, choć nierównym krążkiem keeper of the shepherd, który wówczas opisałem (w krzywdzącym uproszczeniu) jako histeryczną americanę; nested in tangles to sequel, gdzie frances pod kierunkiem daniela rossena z grizzly bear i kevina copelanda z lightning bug i charly bliss urzeczywistnia w pełniejszym wymiarze wszystko to, co poprzednia płyta obiecywała; to szeroko pojęty progresywny folk na mocnym kameralnym fundamencie z appalachami w tle i awangardowym twistem — frances prowadzi swoje wokale równie ekscentrycznie, co przed rokiem (i świetnie, bo to zdecydowanie jej znak rozpoznawczy) i kompozycje podobnie jak tam balansują między psychodeliczną poetyką a histeryczną gęstwiną; różnica jest w samym balansie, który tam wybijał słuchacza z tropu między kolejnymi utworami, podczas gdy nested in tangles to płyta, której słucha się jednym tchem ♪ „falling from and further”


2025

24.

silvana estrada vendrán suaves lluvias

śledziłem pochodzącą z meksyku estradę z uczniowską pilnością od przełomowego dla jej kariery marchita z 2022 roku; słuchałem jej z uwagą i podziwem, ale nie umiałem znaleźć w tej muzyce punktu zaczepienia dla własnych emocji; to zmieniło się wraz z nadejściem słabych deszczy, czyli suaves lluvias, które wśród tegorocznych płyt roku, gdzie krytycy i publiczność zdają się faworyzować dysonanse i napięcia, stanowią być może najbardziej czuły i błogi krajobraz; to muzyczny ekwiwalent promieni słonecznych przedzierających się przez chmury (i to właśnie zrobiło dla mnie największą różnicę w porównaniu z marchita) — tym, co wypełnia tych dziesięć numerów do cna, a co ja w tym wydaniu z przyjemnością kupuję, jest nadzieja; estrada nie operuje może równie ornamentalnym wokalem co rosalía, ale za to ma serce na dłoni ♪ „como un pájaro”


2025

23.

andrea laszlo de simone una lunghissima ombra

tego lata pierwszy raz w życiu dałem się oczarować włoskiej muzyce, z którą zawsze byłem na bakier, a potem w październiku jakby w odpowiedzi na to oczarowanie ukazała się una lunghissima ombra; to kolaż na wskroś włoskich piosenek z barokowo-ambientalnym artystowskim anturażem, niby morskimi falami, wdzierającymi się pomiędzy faktyczne utwory; to wszystko tworzy niesamowity muzyczny pejzaż, ilustrujący według moich wyobrażeń (nie znam włoskiego) koniec lata na riwierze, albo nawet zimowe, odległe wspomnienie tego końca lata; jest w tych melodiach coś bardzo klasycznego (trochę jak w melodiach benjamina biolaya i innych tuzów nowego chanson), ale cały album ma jednak raczej (pomimo tej melodyki i barokowych aranży) współczesny sznyt — końcówka płyty jest zresztą odrobinę futurystyczna, ale w granicach przyjętej konwencji; ze względu na specyficzną produkcję wokalu, nie jest to album, z którego można wyciągać nieskończone przeboje i zmieniać z łatwością ich kontekst, ale słuchana w całości płyta oddaje z nawiązką ♪ „la notte”


2025

22.

preservation & gabe 'nandez sortilège

sortilège znaczy z francuskego urok albo klątwa i ta płyta ma w sobie coś z czarnej magii; zarówno produkcje preservation jak i flow nandeza można opisać jako hardkorowy hip hop robiony przez absolutnych stoików; i ten raczej złowieszczy i mistyczny niż uliczny vibe dość klasycznego krążka opartego na oldschoolowych samplach jest zdecydowanie jego wyróżnikiem; to bardzo konsekwentny, surowy, ale niezwykle przyjemny album, którego mocną stroną jest nie tylko czysty vibe; wsamplowana na końcu „nom de guerre” kwestia „i’m proud of the words, not necessarily the deeds, but i’m proud of the words” pozostanie we mnie na długo ♪ „war”


2025

21.

mary halvorson about ghosts

jazz mary halvorson, awangardowej gitarzystki z bostonu, do tej pory był dla mnie zwykle zbyt intelektualny — interesujący, ale zbyt techniczny i dysonantyczny, bym był w stanie z przyjemnością obcować z nim dłużej; to uległo zmianie na about ghosts, które jednocześnie nie wyzbywa się wcale esencji muzyki halvorson, ale jednocześnie wpuszcza przez szeroko otwarte okna duchy dawnych mistrzów post-bopu — shortera, mingusa, późnego ellingtona; jest w tym coś bardziej harmonijnego niż wcześniej, duch kina noir ze starego hollywood przyjemnie okalający te połamane struktury; a dodatkowo ten dość klasyczny ensemble oparty głównie o dęciaki z wibrafonem, kontrabasem i perkusją ma w samym centrum gitarę ♪ „carved from”


2025

20.

rochelle jordan through the wall

od kiedy tylko r&b po raz pierwszy spotkało się w house’m gdzieś w odmętach późnych lat 80. płyta taka jak through the wall — w całej swojej rozciągłości urzeczywistniająca ideę mariażu klubowych bitów i sensualnego soulowego wokalu przez wiele lat pozostawała wyłącznie w sferze marzeń; tymczasem rochelle jordan, swego czasu twarz pierwszej fali alternatywnego r&b, często wówczas porównywana do aaliyah, śmiało rozszerzyła koncept połączenia elektroniki i r&b, który doskonale urzeczywistniła już przed czterema laty na play with the changes i dowiozła godzinny piosenkowy set, który niemalże bez skipów, można w całości zaserwować w klubie; owszem, w międzyczasie podobne terytoria eksplorowały już jessie ware czy beyoncé na renaissance, ale nawet w bezpośrednim porównaniu through the wall wydaje się z nich najgładsze — bez koncepcyjnego jabadaba i awangardowych dobudówek nowy album jordan co do zasady jest absolutnie klasyczny; jego siła tkwi w wyrafinowanej produkcji, mocnych refrenach, znakomitej ekspresji wokalnej i przede wszystkim żelaznej konsekwencji ♪ „the boy”


2025

19.

gen hoshino gen

czternaście lat czekałem na płytę gena hoshino, którą bez żadnych wątpliwości mógłbym umieścić w swoim rocznym podsumowaniu najlepszych; hoshino jest w japonii powszechnie znany — od jakiegoś czasu prawie każdy jego singiel jest tematem do jakieś dramy lub anime; zachodni słuchacze kojarzą go przede wszystkim z „kigeki” w czołówce spy family, które zresztą trafiło na tę płytę; brzmienie hoshino jest zresztą dość specyficzne — wypracowane półtorej dekady temu łączy zwykle optymistyczne wokale, melodyjny (na japońską modłę) refren i retro klawiszowy lub smyczkowy motyw (posłuchajcie „koi” — to podsumowuje lwią część tego, co hoshino nagrywa); tegoroczna płyta i zwiastujące ją single (wydawane od kilku dobrych lat) zerwały jednak z tą przyjemną w odbiorze do pewnego czasu, ale bardzo przewidywalną recepturą; hoshino stał się zdecydowanie bardziej bitowy (nie śmiem nazwać tego new jack swingiem, chociaż pierwszy odsłuch całej płyty wzbudził we mnie takie skojarzenia) — smyczkowo-klawiszowe motywy nadal tu są, ale przełamują je zaskakująco śmiała zabawa elektroniką (wkraczającą momentami na terytorium drum & bassu) i inspiracje jazzem i funkiem; to jak na japońską płytę rzecz brzmiąca zaskakująco amerykańsko — podobny koncept także w tym roku próbował urzeczywistnić także fujii kaze, ale album hoshino jest dużo spójniejszy, ciekawszy aranżacyjnie i melodycznie; udało się to, co sztampowe i mogące uwierać bardziej wytrawnego słuchacza (mnie, hehe) doskonale zamaskować ♪ „sēmētai”


18.

sheena ringo „susuki ni tsuki”

przyznaję się do winy — od kiedy po raz pierwszy doceniłem sheenę ringo w swoim podsumowaniu 19 roku, nie było chyba takiego zestawienia, gdzie miałbym okazję wyróżnić jej utwór lub album, ale tego nie zrobiłem; jestem oficjalnie stracony i choć staram się ze wszystkich sił unaocznić wszystkim powody swojego obłędu, świat wciąż nie rozumie; trochę dlatego, że sheena konsekwentnie od lat zmierza w coraz mniej zrozumiałym dla szerszej publiki kierunku, który jest swego rodzaju pułapką na wszystkich kurtków tego świata, którzy ulegną słabości do wielkoskalowego jazzu z histerycznym wokalem i połamanego hałaśliwego j-rocka wymieszanych w wielkim kotle; tym razem ringo na bazie cudzego tekstu i cudzej kompozycji (to wstęp do mającej ukazać się w marcu płyty kinjite, gdzie ringo będzie coverować — to w tym wypadku umowne określenie — utwory innych) stworzyła majestatyczny bigbandowy numer, który z początku brzmi jak kompletny chaos, ale gdy już jego nielinearna struktura zostanie przez słuchacza przetworzona, ma szansę zamienić się w niezwykle satysfakcjonującą obsesję, a niemal każdy kolejny wokalny pasaż zabrzmieć jak nowy, prawowity refren; w pierwszej połowie numeru ringo wraca tu do pulsujących, głośnych, orkiestrowych aranży z ery sanmon gossip, by w połowie złamać go symfonicznym mostkiem i przejść do triumfalnego gitarowego finału, który później jeszcze dwukrotnie ewoluuje, nim ostatecznie utwór kończy się ragtime’owym stepowaniem w kimonie i drewnianych geta; o dziwo jednak ma się wrażenie, że pewne motywy melodyczne, choć nie mają odzwierciedlenia w tekście jak typowe refreny, trzymają ten, w przeciwnym razie monstrualny, numer w ryzach; wszystko jest oczywiście niesamowicie teatralne i koncepcyjne jednocześnie na awangardową i klasyczną nutę, i też pewnie stąd wynika szerszy brak zainteresowania współczesną twórczością sheeny ringo, która, jak udowadnia tu po raz kolejny, wciąż jest absolutnie nie do zatrzymania


2025

17.

ciśnienie [angry noises]

wspaniała wściekła awangardowa ściana dźwięku, raczej do doznania raz a dobrze niż do słuchania raz po raz przy okazji; mimo tego, bez radykalizmu tego przedsięwzięcia, nie dałoby się o nim napisać, że zapiera dech, że wbija w fotel, że ściera na drzazgi, a to właśnie napisać trzeba; ciśnienie łączy tu na post-rockowej kanwie (powiedzmy, że w stylu godspeedów!, chociaż oni nigdy nie zrobili czegoś równie niesamowitego) rozmaite odcienie hałaśliwego rocka, dysonantycznego jazzu, burdonowego metalu, a nawet pokrzywionego klezmerskiego punku w czteroczęściowej formie — przy mocno chaotycznym charakterze tego przedsięwzięcia dość jednak ustrukturyzowanej na wzór niemalże klasyczny; peter brötzmann lubiłby to ♪ „gilotyna”


2025

16.

john michel & anthony james egotrip

w kategorii: jazz rap na gospelowych/deepsoulowych bitach egotrip zdobywa w tym roku główną nagrodę; duet: anthony james (dj) i john michel (raper) pojawił się w zasadzie znikąd i wskrzesił tę samą chipmunk-soulową magię, na której połowę (tę pierwszą, lepszą) swojej kariery zbudował przed laty kanye west; i mimo raczej kompaktowych rozmiarów, to naprawdę imponujący album, od którego biją nadzieja i pewność siebie, a gospelowa podwalina nie ogranicza się tylko do szałowych sampli ♪ „oneway”


2025

15.

fly anakin (the) forever dream

fly anakin znany szerzej głównie z jego licznych wspólnych projektów z pink siifu (który oczywiście też pojawia i tutaj) wydał album, który w mojej posiwiałej (nieco) główce obudził odległe wspomnienie o boy meets world fashawna z 2009 roku — wtedy już wiedziałem, że będę do tego krążka wracał wielokrotnie i tak w istocie się stało; jeśli ktoś nie ma (tak jak ja) rapu na czarującym jazzowo-soulowym fundamencie w stylu nowej szkoły chicagowskiej (noname, smino, saba) albo rapu doprawionego prostolinijnym ciepełkiem chipmunk soulu w stylu debiutu kanyego westa, to (the) forever dream jest płytą, która idealnie wpisze się w oba te wzorce; to trochę rewers tegorocznego ghaisa guevary, bo tam gdzie guevara jest hardkorowy i głośny, anakin robi to inaczej; wciąż jest na tym krążku coś ulicznego, ale część numerów zrobiono w zasadzie zupełnie drumless i na poziomie produkcji te ostre krawędzie nie tyle się tu piłuje, co okrasza post-jazzową omastą a la atcq; no i anakin jest niezłym raperem o przyjemnym flow, któremu nadal jeszcze się chce robić fajne rzeczy po swojemu ♪ „forever dream”


14.

lexie liu x danny l harle „deeper & deeper”

wielki danny znów jest wielki dzięki chińskiej księżniczce electropopu ery internetu lexie liu, która zaprosiła go do współpracy na jej tegorocznej epce; efektem jest electro-house’owo-transowy labirynt elektryzujący na wielu poziomach (produkcyjnych) i dzięki bezkompromisowemu basowemu riffowi zgodnie z obietnicą z tytułu schodzący do najgłębszych z głębin; mood


2025

13.

friendship caveman wakes up

jeśli miałbym opisać tę płytę jednym słowem, to bez chwili zawahania wybrałbym „zamułę” — bliżej „muddiness” niż „mellowness”, ale jednak gdzieś pomiędzy, co jest tym drobnym niuansem, który wszystko zmienia, przynajmniej w przypadku caveman wakes up alt-indie-slowcore-country-rockowej grupy z filadelfii o wholesome nazwie friendship; trafiłem na ten album w grudniu chyba przy okazji rankingu roku w stereogum i wtedy też okazało się, że miałem go zapisanego do odsłuchu od majowej premiery; i doskonale się stało, że ten maj się nie udał, bo to jest doskonały album na zimę — śnieg zalega za oknem, a ja na kanapie, a w słuchawkach zalega friendship; w jakimś alternatywnym świecie geese nie wydało w tym roku get killed, ale właśnie caveman wakes up — albo inaczej, wszystko to, co geese odrzucili między panamerykańskim 3d country a nowym krążkiem, mogłoby dać początek caveman wakes up; nawet sposób tworzenia narracji jest jakoś pokrewny, ale jednak stylistycznie friendship w 25 roku bliżej do mj-a lendermana, a ideologicznie do steely dan, bo mimo tytułu to jednak wszystko muzyka dla zmęczonego dniówką starzejącego się człowieka, który niby pamięta, że na gitarze można grać inaczej, ale jednak wystarczą mu te letargiczne pomruki, które całkiem poetycznie zapakowało dla niego friendship; to chyba mój największy tegoroczny rel między tym, jak się czuję a czego słucham ♪ „tree of heaven”


2025

12.

model/actriz pirouette

dogsbody grupy model/actriz było moim wielkim odkryciem 23 roku, ich tegoroczny krążek więc musiał być jednym z najbardziej przeze mnie oczekiwanych i choć zdarza się to stosunkowo nieczęsto — dowiózł bezbłędnie; pisałem już wtedy, że cole haden brzmi mi trochę momentami jak corey taylor ze slipknot, co tworzy dla mnie dziwaczny most pomiędzy współczesnością a latami mojej nastoletniości, gdy wypalałem na cedekach empetrójki nu-metalowych kapel; ta nu-metalowość tutaj oczywiście nie ma zastosowania, bo pirouette posługuje się szlachetniejszą i trudniejszą do zdefiniowania mieszanką środków — jest gitarowo, industrialnie, tanecznie, punkowo, czasem teatralnie, na swój sposób przebojowo, ale i dysonantycznie (pewnie nine inch nails byłoby lepszym punktem odniesienia, ale może dla kogoś innego); nawet gdyby bardzo się chciało zredukować pirouette do emanacji po-nastoletniego buntu, model/actriz wielokrotnie w kolejnych numerach dostarczają dowodów, że byłoby to krzywdzące uproszczenie — na poziomie rytmiki chociażby część numerów to szaleńczy post-hardcorowy gamelan — rzecz, można powiedzieć z dużą dozą pewności, poza-nastoletnia; mimo wszystko pirouette znakomicie sprawdza się jako wyrażenie dorosłej rebelii — niekoniecznie jakkolwiek konkretnie ukierunkowanej w przypadku słuchacza, choć cole haden mierzy się tu nawet bardziej otwarcie niż na debiucie z własnymi emocjami — konfliktem między ekspresją własnej tożsamości a zewnętrznymi oczekiwaniami ♪ „cinderella”


2025

11.

turnpike troubadours the price of admission

w kontraście to wielkich artystycznych manifestów, które często zdobywają od krytyków i publiczności o krytycznym zmyśle owacje na stojąco, stoją takie płyty jak ta; the price of admission turnpike troubadours to znakomity album country — czerpiący garściami z muzycznych tradycji oklahomy spod znaku red dirt i łączący je z rockową ekspresją i folkową wrażliwością bardzo po amerykańsku; nie jest to jednak wielka płyta, raczej album towarzyszący pozwalający na wiele satysfakcjonujących odsłuchów przez wiele lat, niż taki, który za pierwszym razem zwali słuchacza na kolana tak, że ten słuchacz (tym słuchaczem jestem ja) postanowi sobie te silne emocje odłożyć na stronę, może właśnie na wiele lat, zanim będzie gotów znów paść na kolana; i myślę sobie, że to turnpike troubadours dużo lepiej wyraża ostatnio moje mente — pragnienie jakiejś stabilności, nawet poczciwej (można by użyć tego słowa do opisania tej płyty, choć nie byłoby najbardziej fair) w czasach, gdy świat jest wystarczająco popieprzony, by móc słuchać wyłącznie równie popieprzonej jak on muzyki; a the price of admission to fantastyczny grower, pełen kunsztownie zaaranżowanych kompozycji z niepozornymi refrenami — takimi, które nie paraliżują mnie od razu, ale gdy tylko do nich wracam, wiem dlaczego to robię; zastanawiam się dlaczego turnpike troubadours, nagrywającym od dwóch dekad, nie udaje się wyjść poza bazę stałych słuchaczy — z powodzeniem widzę dla nich miejsce gdzieś na obrzeżu głównego nurtu country obok chrisa stapletona czy mirandy lambert ♪ „on the red river”


10.

lady gaga „abracadabra”

abracadabra to czary i magia (…); ten numer to wehikuł czasu katapultujący słuchaczy na złotej ery gagi gdzieś pomiędzy „bad romance” a „judas”, gdzie istotnie działa się magia w sensie radiowo-popowej perfekcji; ale o dziwo nie zabrzmiało to wcale ani jak odcinanie kuponów, ani żerowanie na nostalgii — zwłaszcza że „abracadabra” w kontekście późniejszej premiery albumu okazała się w dużej mierze eksponatem odrębnym; „abracadabra” ma nie tylko bez wątpienia najbardziej przebojowy refren w dyskografii gagi od wielu lat, ale sam numer, wspomagany electrohouse’owym mostkiem, jest absolutnym radiowym i dancefloorowym taranem; w zalewie bezbarwnego disco (myślę też o tobie, „the dead dance”) „abracadabra” to armia zbawienia


2025

9.

dijon baby

przyznaję, że bywam sceptyczny w kwestii internetowych fenomenów, ale dijon to nie quadeca, a baby to album, o który powinniśmy wszyscy zrobić nawet więcej hałasu; nie ma co owijać w bawełnę czy pukać w niemalowane — to samo gęste; przy pierwszym odsłuchu — totalny chaos, ale zdradzający od samego początku spory potencjał rozwojowy; to gęste to progresywny pan-soulowy splot z mocnym prince factor rozlewającym się między kolejnymi numerami psychodelicznymi ścieżkami; wszystko to zestawione razem trochę na słowo honoru, bo dijon nie umie w minimalizm, a przy tym jest mistrzem d.i.y.; ale jednocześnie to absolutny grower, a w tym szaleństwie jest metoda — trzeba dać sobie chwilę, żeby mózg nauczył się rozplątywać te numery, a wtedy, zaprawdę powiadam, doznamy! ♪ „another baby!”


2025

8.

ninajirachi i love my computer

jedna z najbardziej swawolnych płyt tego roku i absolutne zaskoczenie na wszystkich frontach — oparta na nostalgii za początkiem internetu electrohouse’owa wiksiarsko-spermiarska epopeja; co więcej (żeby podbić podniecenie piwnicznego fandomu) za i love my computer stoi 26-latka z melbourne — bezsprzeczna królowa geekosfery z uniwersalnego cyfrowego nadania; ale sama nostalgia to nie wszystko — nina nie boi się zabawy dźwiękiem i konwencją — na fundamencie glitchowego electro buduje solidny pomost między mistrzem yasutaką nakatą a założycielami pc music; i love my computer jest wszystkim tym, czym mógłby być tegoroczny bezzębny krążek oklou (okrzyknięty, stąd go przywołuję, przez równie bezzębnych krytyków jedną z płyt roku) ♪ „all I am”


2025

7.

walt mcclements on a painted ocean

wyobraźcie sobie kankyō ongaku na akordeonie! trudne? to posłuchajcie on a painted ocean, które odmaluje wam ten na papierze niedorzeczny soundscape w trójwymiarze; mcclements, multiinstrumentalista, członek hurray for the riff raff, współpracownik mary lattimore i weyes blood, debiutuje tu niejako ze swoją autorską wizją, którą trudno ubrać w tagi oddające jej sprawiedliwość; jest to niewątpliwie płyta pejzażowa z akordeonem w dość klasycznej, ale (co ważne) nie współczesnej odsłonie, na pierwszym planie, który daje się jednak, mimo pewnego programowego ciężaru jego brzmienia, wkomponować w minimalistycznie ewoluujące prądy (czyt. riffy); i rzeczywiście ocean wydaje się dobrą analogią dla tej muzyki, która potrafi ująć harmonicznością, by chwilę później wyewoluować wielotorowo w coś nieprzejednanego i dysonantycznego, a ostatecznie (i taka jest końcówka tej płyty) dać się wypełnić jakąś triumfalną świetlistością, jakby z filmu przyrodniczego o waleniach, ale bez nadmiernego zadęcia — jak wieloryb wynurzający się z toni i wypuszczający strumień wody przez nozdrza, który po prostu tak robi bez żadnej teatralności; jedynie my obserwujemy w oddali z podziwem ♪ „clattering”


2025

6.

gwenifer raymond last night i heard the dog star bark

miałem taki moment kilkanaście lat temu, gdy dość obsesyjnie szukałem następców muzycznej myśli niedoścignionego mistrza amerykańskiego prymitywizmu johna faheya; ale spuściłem gardę i na last night i heard the dog star bark, i muzykę gwenifer raymond trafiłem zupełnie przypadkiem; po pierwszym odsłuchu nie mogłem oprzeć się rozważaniom, dlaczego dwie dekady temu nie zrobił tego james blackshaw, inna ważna figura stylu, z którego muzyką (także z tego powodu) miałem skomplikowaną relację; myślę, że dzięki raymond lepiej zrozumiałem blackshawa, ale przede wszystkim odkryłem coś, za czym tęskniłem, a co zupełnie straciłem z oczu; raymond jest naprawdę fenomenalną gitarzystką — jej kompozycje wcale nie odbiegają jakością od żelaznej klasyki fingerpickingu z appalachów; nawet jeśli ostatecznie za kilka lat miałaby się okazać jedynie sezonową ciekawostką, raczej niż filarem nowego kanonu, muszę jej oddać to, że od dawien dawna nie otworzyłem tak szeroko oczu podczas pierwszego odsłuchu jakiejkolwiek płyty; absolutna ekstraklasa ♪ „champion ivy”


2025

5.

natural information society perseverance flow

joshuę abramsa i jego post-minimalistyczny chicagowski jazz poznałem równo dekadę temu przy okazji magnetoception, które wówczas otworzyło w mojej głowie jakąś szufladkę i zaświeciła w niej żarówka; tych dziesięć lat spędziłem najwyraźniej w półmroku, bo chociaż śledziłem i abramsa i jego grupę natural information society, wszystkie nasze spotkania były bardzo przelotne, aż do momentu gdy w październiku tego roku trafiłem na perseverance flow, które dosłownie mnie zahipnotyzowało; być może tego właśnie potrzebowałem — awangardowego post-minimalistycznego dubu robotycznie pulsującego nieśpiesznie wokół mnie przez bite pół godziny z jakimś orgiastycznym jam bandem wychodzącym co rusz za linię, ale nie na tyle, by pulsowanie całości przestało choć na chwilę brzmieć jak soczysty rave na afterze u andy’go stotta; to jest mój mood, kochani, czy chcę tego, czy nie chcę — zostałem rozpracowany i opętany, ale wciąż nie wiem, czy ostatecznie perseverance flow ma doprowadzić mnie do szału czy do orgazmu ♪ „perseverance flow (slo-mo edit)”


2025

4.

colter wall memories and empties

colter wall był na moich plejlistach od lat — ale dopiero gdy poszedł mocniej w tradycyjny honky tonk przed dwoma laty na little songs znalazł drogę do mojego serca; nowy krążek memories and empties jest zresztą stylistyczną i formalną kontynuacją poprzedniego; to kameralna i kompaktowa płyta w starym stylu, bez karkołomnych stopów gatunkowych i wymyślania koła na nowo; podoba mi się, że mogę ją sobie wsadzić do kieszeni i zupełnie na spokojnie zatopić się w codzienności; wall jest fantastycznym wokalistą, ale to historie, które opowiada sprawiają, że nie tyle ja wracam do niego, co on do mnie ♪ „memories and empties”


3.

chappell roan „the subway”

choć doceniam debiut chappell roan the rise and fall of a midwest princess z 23 roku i wszystko co w ostatnich dwóch latach wydarzyło się w popkulturze wokół niego, dopiero kolejnymi singlami piosenkarka sprawiła, że naprawdę poczułem jej wizję popu — najpierw post-katebushowskim „good luck, babe!”, które szturmem wzięło listy przebojów na całym świecie, a teraz fantastycznie wyważonym „the subway”, które wzięło mnie zupełnie z zaskoczenia (listy przebojów też, choć niestety nie szturmem); to hommage dla gitarowego popu lat 90. w najlepszym możliwym wydaniu, całościowo spowity soft-cranberriesową aurą, ale jednak jak najbardziej tożsamy dla wszystkiego tego, co do tej pory pokazała nam roan; jego głównym atutem jest równowaga — między lekko melancholijnym i duchologicznym aranżem, emocjonalnym wokalem absolutnie sprzedającym każde słowo tego break-up story a klasyczną melodyką, bez problemu penetrującą ścieżki neuronów bardziej wymagających słuchaczy; na każdym z tych poziomów „the subway” ma w sobie jakąś ponadczasową tęsknotę, którą trudno wyrazić czy uzasadnić słowami, ale bardzo prosto poczuć, gdy roan porzuca pierwszy refren i przechodzi w lamentacyjne „she got away” / „she’s got a way” — to najbardziej transcendentny moment w całym tegorocznym popie


2025

2.

saba & no id from the private collection of saba and no id

przez ostatnią dekadę saba wyrósł na czołowego rapera niezależnej chicagowskiej sceny i trudno mówić o nim jak o debiutancie. w porównaniu z no id, który produkował przecież pierwsze płyty commona w połowie lat 90., trudno jednak nie zwrócić uwagi na tę dysproporcję w scenicznym stażu, która na ich wspólnym krążku from the private collection of saba and no id zdaje się stanowić nie lada atut; no id wciąż jest w doskonałej producenckiej formie i w spowite neo-soulem i jazzem okołoboombapowe bity potrafi jak mało kto; saba z kolei wciąż ma świeże flow i wiele do przekazania bez zjadania własnego ogona; świeżość i lekkość to zresztą słowa-klucze przy opisywaniu tego projektu, który w przeciwnym razie mógłby wydać się cokolwiek anachroniczny, a jednak panowie i ich liczni goście niosą go bez najmniejszych oznak zadyszki od początku do końca; to hip-hop, który oddycha soulem; energetycznie i aranżacyjnie być może jak dotąd najbardziej prawowity następca niedoścignionego debiutu noname ♪ „a few songs”


2025

1.

cécile mclorin salvant oh snap

w obcowaniu z kolejnymi płytami cécile mcLorin salvant zaraz od premiery najbardziej lubię ten moment, gdy któregoś razu po kilku wstępnych odsłuchach nagle bieg utworów rozrzuconych zwykle (a na oh snap szczególnie) w myśl jej strumienia świadomości zaczyna układać się w coś na kształt mojego własnego strumienia świadomości; kolejne puzzle, które na początku wydawały się zbędne lub nie do końca zrozumiałe, zaczynają pasować i naturalnie zajmują swoje miejsca; można to pewnie powiedzieć o wielu płytach, ale w przypadku cécile działa to na mnie szczególnie mocno — efekt jest spektakularny; oh snap to osobiste skrawki z szuflady, które w przypływie szaleństwa wyrzucono zamaszystym ruchem ku sufitowi, by zebrać je razem tak, jak wylądowały — nie tyle zresztą formalnie (choć formalnie to najbardziej synkretyczny album artystki mieszający jej sztandarowy wokalny jazz z artystycznym popem, a nawet psychodeliczną muzyką taneczną — jak w tytułowym „oh snap”, obiecajcie, że posłuchacie!), co tematycznie, bo salvant otwiera się tu światło na słuchacza ze swoimi intymnymi refleksjami i lękami w nieneurotypowym wachlarzu; ma serce na dłoni, a jej zmysł kreatywny pozbawiony gatunkowych szlabanów eksploduje jak nigdy wcześniej; jeśli ktoś chciałby wam wmówić, że współcześnie nie da się tworzyć muzyki odkrywczej i niepozbawionej wyobraźni, a jednocześnie rezonującej z emocjami słuchaczy — zapodajcie im oh snap, niech im buty pospadają! ♪ „oh snap”


Opublikowano

(najlepiej w 2025): 50ー26

2025

śledziłem muzyczkę jak szalony z tygodnia na tydzień w tym roku; owszem, mój osąd i moje wybory różniły się od z-agregowanego wzdłuż i wszerz vox populi — trochę kamień schroedingera (albo nie, ale już się napisało i jakoś tam mi się to podoba), raczej coś jakby obserwować wszystko wokoło, a jednocześnie brać wielki ciężki kamień i z własnej woli się nim przykrywać; nie wiem, na ile to był dobry rok, ale nie mam potrzeby za wszelką cenę się wypowiadać; rapsy były w odwrocie, w mainstreamie aż do jesieni nie było prawie żadnych nowych przebojów i kolejny rok z rzędu megagwiazdy popu i ich producenci doszli do niezrozumiałego wniosku, że po raz kolejny muszą koniecznie grzać disco, a my to jakoś mamy wytrzymać; ale najciekawszy był status rocka i muzyki gitarowej ogólnie, która zniknęła nawet z rockowego radia w usa (zamiast tego grają jakieś sombr i billie eilish, heh), za to krytycy rozpływali się nad nowym geese, a windmill scene w jakiś dziwny sposób wciąż wydaje się wiodącym ze świeżych nurtów estetycznych w muzyce w ogóle

zapraszam na pierwszą połowę moich subiektywnych muzycznych wyborów anno domini 2025


jako że pisać zacząłem w grudniu, dla uspójnienia, jeśli piszę o tym lub obecnym roku, zawsze chodzi o 2025 — w obrębie tego tekstu nie jestem jeszcze z nim pożegnany


2025

50.

djrum under tangled silence

synonim dźwiękowej dwubiegunówki — delikatne fortepianowe pasaże mieszają się tu z momentami dość hardkorowymi breakami w naprawdę fascynujący sposób; nie będzie to moja ulubiona płyta tego roku, bo nie sposób naprawdę wczuć się w ten dwutorowy mood, ale trzeba oddać twórcy, że jest to naprawdę kunsztownie zrealizowany i zajmujący słuchacza krążek — ryzykowny, ale ciekawy ♪ „galaxy in silence”


2025

49.

36 & zakè stasis sounds for long-distance space travel III

trzeci space ambientowy przelot duetu 36 & zakè nie wciąga tak jak pierwsza część w pandemicznym roku 2020, ale jest niewątpliwym apgrejdem wobec zachowawczej dwójki z 2022; to po raz kolejny medytacyjny progresywny ambient na motywach międzygwiezdnych podróży, tym razem być może bez odkrywania żadnego zupełnie nowego świata, ale to wciąż niesamowicie satysfakcjonująca wyprawa, której nie mógłbym nie polecić wszystkim amatorom lotnictwa — na sofie lub w wannie ♪ „final approach 2”


2025

48.

richard dawson end of the middle

nie jest to wielka płyta richarda dawsona, choć od kiedy poznałem go przed dekadą, mam wrażenie, że każda płyta richarda dawsona jest wielka — nawet jeśli na swój własny kameralny sposób; end of the middle to kolejny rozdział w opowieści folkowego mistrza — jak zwykle na swój sposób prostolinijny i cholernie pokręcony jednocześnie; przyziemne i transcendentne splecione ze sobą bez reszty ♪ „knot”


2025

47.

yumiko morioka & takashi kokubo gaiaphilia

przez lata unikałem sequeli w swoich podsumowaniach — w tym roku stawiam czoło pewnej obawie stojącej u podstaw takich decyzji — gaiaphilia to kieszonkowy sequel kapitalnego comebacku mistrza kankyō ongaku takashiego kokubo music for a cosmic garden z 2023 roku; w obu przypadkach w centrum mamy ogród, ale zmieniły się okoliczności — gaiaphilia jest z założenia ziemiocentryczna i być może ten właśnie element odrobinę tej płycie ciąży w bezpośrednim porównaniu ♪ „elegant spiral”


2025

46.

dj babatr root echoes

nie jest to najbardziej wykwintny z moich wyborów, ale na swój sposób idealnie dowozi coś, czego nie wiedziałem nawet, że mi potrzeba — pochodzący z wenezueli dj babatr miesza niewybredne techno z latynoskim house’m, pożyczając inspiracje od tuzów elektroniki z lat 90.; jednocześnie nie boi się kampu, przez co root echoes nie tylko łoi aż miło, ale jest zaskakująco przebojowe jak na tego typu album ♪ „1234 ladys on the floor”


2025

45.

juana molina doga

z dużym prawdopodobieństwem najbardziej kuriozalna z dobrych płyt wydanych w tym roku — multigatunkowy stop, w równych częściach popowy, co awangardowy, gdzie wokal bywa jednym z instrumentów, a melodie osadzone są w rytmice i minimalistycznych aranżach do tego stopnia, że trudno wyodrębnić tu refreny w klasycznym rozumieniu; naprawdę ciekawa rzecz ♪ „la paradoja”


2025

44.

old saw the wringing cloth

coś, co zawsze w jakiś sposób mnie fascynowało, to to, że choć od lat jestem wiernym miłośnikiem amerykańskiego folku, a w ostatnim czasie muzyka ambientowa odgrywa w moim życiu ważną rolę, nigdy, przynajmniej do teraz, nie udało mi się trafić na krążek z nurtu tzw. ambient americany, który jakkolwiek by mnie poruszył; zawsze były to w jakimś sensie półprodukty i odsłuch znakomitego the wringing cloth uświadomił mi dlaczego — zwykle elementy folkowe były jedynie dodatkiem dla elektroakustyczych pejzaży; tu proporcja jest zgoła odwrotna, old saw sięgają po szereg prawilnych środków wyrazu rodem z tradycyjnych nagrań smithsonian folkways, dbając na tym samym poziomie o letargiczno-oniryczny charakter kompozycji ♪ „song for paloma”


2025

43.

ryan davis & the roadhouse band new threats from the soul

gdyby bill callahan chciał nagrać countrysoulową płytę inspirowaną nashville skyline boba dylana i august and everything after counting crows, a wyprodukowałby ją sufjan stevens, to jest szansa, że brzmiałoby to trochę jak new threats from the soul ryana davisa & the roadhouse band; jest to jednocześnie całkiem quirky i trochę wholesome — na początku byłem trochę zdezorientowany, ale zatrzymałem się przy tym krążku na dłuższą chwilę i teraz już myślę, że rozumiem ♪ „new threats from the soul”


42.

raye „where is my husband!”

okazuje się, że brzmienie postmilenialnego r&b na motownowych samplach na tyle weszło do świadomości słuchaczy, że raye tym numerem — popowym outtake’m niby z katalogu wielkiego swego czasu richa harrisona — dotarła pod strzechy tak szeroko, że nawet w polsce, ojczyźnie smutnych gitar, disco polo i raperów rymujących się z się, wypełniła sobą airplay najbardziej komercyjnych i alternatywnych anten; jest w tym w numerze trochę szaleństwa i sporo humoru, nie zapominając o nienagannej dykcji, dzięki której raye szuka swojego męża z prędkością karabinu maszynowego, nie gubiąc się w kunsztownym, wielopoziomowym refrenie


2025

41.

geese getting killed

trochę żałuję, że geese pozbyło się ze swojej progresywnego miksu gatunkowego kowbojskiego funku, dzięki któremu ich poprzedniego krążka 3d country słuchałem jak kontynuacji przegrywiej energii becka; getting killed odpowiada bowiem na inne wołanie, czemu zawdzięcza zresztą swój olbrzymi sukces — to amerykańska odpowiedź na brytyjską scenę windmill; geese po swojemu rekonstruują nie tyle tamto brzmienie, co ideę tamtego brzmienia, a że są naturalnie quirky as fuck, wypadają w tym niesamowicie przekonywająco; no i getting killed, jako najbardziej utytułowana przed krytyków płyta 2025 roku to na jakimś poziomie jednak triumf muzyki gitarowej w czasie, gdy alternatywne radio w usa gra przede wszystkim sombra i billie eilish (zamiast jakichkolwiek gitar); jeśli by wskrzesić staruszka rocka potrzeba tego, co zrobili tutaj geese, to count me in ♪ „cobra”


2025

40.

benjamin biolay le disque bleu

po fenomenalnym la superbe z 2009 roku benjamin biolay siłą rzeczy stał się dla mnie centrum szeroko pojętej muzyki frankofońskiej — od tego czasu zdołał wydać aż 10(!) lepszych lub gorszych płyt, z których z perspektywy czasu najbardziej zajęło mnie inspirowane południem palermo hollywood i właśnie tegoroczne le disque bleu; obie te płyty są na swój sposób niebieskie, choć na palermo, było więcej słońca, a na bleu częściej pada — biolay znowu wyrusza na południe, włączając do swojego autorskiego miksu klasycznego chanson z post-bitelsowskim brytyjskim rockiem gitarę akustyczną rodem z bossa novy; to trochę mood, trochę zabawa piosenką, a jest z czego wybierać, bo to w zasadzie dwa krążki, po 12 numerów każdy, podzielone trochę jak na dez anos depois nary leão — jedna płyta jest bardziej akustyczna, druga bardziej synkretyczna ♪ „adieu paris”


39.

d’leesa „higher”

„higher” to kolejny triumf sypialnianego d.i,y.-owego r&b, które przed dwoma laty (i w mniejszym stopniu w tym roku) godnie reprezentował nourished by time; wydany własym sumptem debiut bezkompromisowo i samozwańczo safijskiej d’leesy czerpie całymi garściami z balladowego popu lat 90. i byłoby w tym coś nieznośnie przypominającego amatorskie karaoke, gdyby nie to, że piosenkarka po mistrzowsku operuje eterycznym wokalem i potrafi zawrzeć w swoich wykonaniach całą masę emocji, których nie da się zignorować; „higher” jest najszlachetniejszą emancją muzyki spod znaku smutnej dyskoteki a.d. 2025, jaką udało mi się znaleźć


2025

38.

yunis ninety nine eyes

egipski kompozytor i producent na swoim debiutanckim ninety nine eyes reinterpretuje ideę klasycznej arabskiej piosenki mogącej liczyć bez przerw nawet 30 minut (wyguglujcie inta omri); yunis nie śpiewa, ale tworzy instrumentalny pejzaż na motywach pożyczonych z tradycyjnego egipskiego popu; efektem jest psychodeliczna dubowa raga osadzona w krainie baśni tysiąca i jednej nocy; wybaczcie wyświechtany punkt odniesienia — oceniam ninety nine eyes jedynie wrażeniowo i za każdym razem jestem pod wrażeniem ♪ „part i”


2025

37.

gorycz zasypia

black metal z olsztyna, moi drodzy; nie jestem fanem blackowych wokali, ale wszystko inne dookoła nich gra mi na zasypia — od koncepcji prowadzącej słuchacza przez rozmaite stany ludzkiej egzystencji, przez zaskakująco progresywnie rozwinięte brzmienie, po pewną hipnotyzującą rytmiczność, ale bez frenetyczności często typowej dla black metalu ♪ „wybacza”


2025

36.

mckinley dixon magic, alive!

mckinley dixon znowu to zrobił! magic, alive! to jak dotąd być może jego najlepszy całościowo krążek — magia jest tu nie tylko obecna, jest silna i żywa! kreatywnego połączenia rapu, (big bandowego!) jazzu i soulu słucha się tak, jak musiało się słuchać klasycznych krążków de la soul czy a tribe called quest przed 30-ma laty; i pewnie zachłysnąłbym się tą płytą w tym roku bez reszty, gdyby nie to, że pierwsze zauroczenie dixonem mam za sobą od czterech lat (for my mama nadal pany!) ♪ „could’ve been different”


2025

35.

bad bunny debí tirar más fotos

przejście bad bunnego od średnio natchnionego trapetonu w stronę mieszanki całego wachlarza tradycyjnych stylów muzyki z latynoskiej części karaibów z reggaetonem to jedna z tych wspaniałych rzeczy, których nie udało się zniszczyć mainstreamowi ery aplikacji streamingowych; owszem, dokonało się w jakimś sensie już na udanym un verano sin ti z 22 roku, ale dopiero tegoroczne dtmf urzeczywistniło tamtą ideę w pełni i jak należy; to pierwsza całościowo tak dobrze wyważona i angażująca płyta w dyskografii królika ♪ „dtmf”


2025

34.

agriculture the spiritual sound

przegapiłem debiut agriculture przed dwoma laty, a po ten krążek sięgnąłem z okazji piątku premier, w dużej mierze spodziewając się, że mnie zirytuje; tymczasem jednak the spiritual sounds okazało się płytą, przede wszystkim, brzmieniowo niesamowicie intrygującą — może jako placeholder tegorocznego deafheaven, którego nadal nie udało mi się przesłuchać? w centrum są tu rozkoszne brutalnie świdrujące gitary, które doskonale wkomponowano tu szersze post-noise’owe spektrum; rytmicznie i wokalnie bywa zresztą zaskakująco różnorodnie, co sprawia, że to, mimo trzech kwadransów na liczniku i obiektywnego ciężaru gatunkowego, album do połknięcia na raz ♪ „micah (5:15am)”


2025

33.

anthony naples scanners

solidny album tech-house’owy, który równie dobrze mógłby ukazać się 10 czy 15 lat temu, więc nie próbuje wymyślać koła na nowo, a którego najmocniejszą stroną są bangery — rozpięte przez ponad godzinę od pierwszej do ostatniej ścieżki; nie jest to jednak toporna bangeroza podmiejskiej dyskoteki, ale żywy puls neonowej metropolii (z akcentem na puls, nie na metropolię); sporo tego słuchałem w tym roku — głównie w ciągu dnia w dni robocze (a neony miałem tylko w głowie) ♪ „night”


32.

moliy x skillibeng x shenseea x silent addy „shake it to the max (fly) (remix)”

czasem myślę, że wychowałem się na ulicy, gdzie stała jamajska tańcbuda serwująca kolejne remiksy „dem bow” i mikstejpy beenie mana; w tym samym umyśle narodziło się zapewne „shake it to the max” serwujące rasowy dancehall inspirowany do kości riddimiką i melodyką przełomu milenialnego; ile bym dał, żeby zamiast rozwodnionych afrobeatsów w klubach i na tropikalnych plejlistach grano właśnie tak; absolutny riddim tego lata


2025

31.

luke belle the king is back

luke bell miał zapewne urodzić się w innej epoce — może nawet 100 lat temu; czy przynajmniej jego duch musiał wstąpić w naszych czasach w młodsze ciało, by z pasją i przekonaniem odtworzyć to kowbojskie boogie, tradycyjny swingujący sznyt, temperament rasowego honky tonk; the king is back jest testamentem bella, którego znaleziono martwego przed trzema laty w wieku 32 lat, po tym jak przedawkował fentanyl; 28 opowieści, których nie powstydziliby się hank, marty, merle, elvis czy bob (wills, nie dylan); śnij piękny sen o dalekiej prerii, stracony królu! ♪ „the king is back”


2025

30.

alex g headlights

alex g w zasadzie nie nagrywa słabych płyt, ale nie nagrywa też wielkich płyt; to dość kiszonkowe albumy, które, tak jak ten, przez jakiś czas po premierze stają się idealnymi towarzyszami codzienności; alex g ma na headlights coś z elliotta smitha, ale nie jest to ta cecha, którą określilibyśmy słowem „dojmujący”; ten krążek zresztą w zupełnie naturalny i bezpretensjonalny sposób wyrósł z 90sowej tkanki, estetyki i wrażliwości; od pierwszego odsłuchu brzmiał zupełnie znajomo, nie ma tu może ewidentnych przebojów, ale kolejne riffy i refreny są naprawdę uzależniające ♪ „afterlife”


2025

29.

carter faith cherry valley

szukałem tej płyty przez cały rok — mainstreamowego country do radia, które czerpie z tradycji w zrównoważony sposób, jednocześnie równoważąc to niestronieniem od popu jako takiego; i ten debiutancki longplay carter faith zrealizował tę potrzebę idealnie — kilka lat temu (w 18 roku) bardzo podobną płytę wydała caitlyn smith i to jest dla cherry valley mój główny punkt odniesienia; faith podobnie jak smith nie boi się wielkich ballad w starym stylu i ze smyczkami, ale może też być zupełnie zwyczajna, kameralna, w dżinsach z wysokim stanem; faith jest retro przede wszystkim na okładce, ale momentami wkracza też na terytorium cudownie prześpiewującej standardy w stylu starej patsy cline –nicole atkins; to pozycjonuje ją w doborowym gronie, nie sądzicie? a po co mi ta płyta? doskonale współgra z zachmurzonym niebem w szare zimowe popołudnie — nie jest zbyt poetycka by negować poetykę zewnętrza, a jednak dodaje odcienie niemożliwe do uzyskania bez nie ♪ „if I had never lost my mind…”


28.

eddie chacon „let the devil in”

mój ulubiony soulowy oldboy ostatnich lat eddie chacon nagrał na swoją ostatnią, dość niepozorną płytę numer, który przedarł się przez mój ogólny brak zainteresowania tym krążkiem i stworzył ponadczasowy mood, do którego, mam nadzieję, będzie mi tęskno przez wiele lat; to kompozycja jakby ze stajni nourished by time, hypnagogiczna, pulsująca, łącząca late night quiet storm z jakimś bedroomowym szamańskim rytuałem; mistyczna; na wielu poziomach transcendentna


2025

27.

wednesday bleeds

cieszy mnie ta płyta podwójnie — po pierwsze, podobnie jak getting killed geese, daje nadzieję, że gitary w roku pańskim 25 nie wszystek umarły; poza tym, stała się zupełnie mimowolnie papierkiem lakmusowym mojego wyczucia estetycznego, co do którego, mimo upływającego czasu, tysięcy przesłuchanych płyt, wciąż miewam wątpliwości; gdy bleeds ukazało się we wrześniu, w szczycie jakiejś mojej życiowej bezradności, sięgnąłem po nie bezrefleksyjnie, bo było o nim głośno i było względnie krótkie; nie miałem na nie ochoty, nijak mi ten garaż nie leżał, ale nie umiałem tego krążka zbesztać, choć trochę tego potrzebowałem; dałem więc sobie spokój i wróciłem do bleeds za jakiś czas i wtedy zabrzmiało mi doskonale — surowe, hałaśliwe gitary z mocno countrującym podszyciem; pixies i beck mają dziecko; z perspektywy to płyta w stylu rollercoaster, gdzie każdy kolejny numer z premedytacją zmienia nastrój, ale też, czy takie właśnie nie jest życie? (nie odpowiadajcie, wcale nie pytałem) ♪ „townies”


2025

26.

lyra pramuk hymnal

lyra pramuk naprawdę rozwinęła się od fountain (które zamykało moją listę muzycznych polecajek 20 roku) — może tylko poza tym, że medúlla björk nadal pozostaje dla niej zaskakująco adekwatnym punktem odniesienia; hymnal to muzyka kameralna na sterydach, rozszerzona elektronicznie, ale zupełnie inaczej niż u djruma; pramuk znów buduje swoją płytę na ewoluujących w czasie post-minimalistycznych wokalnych loopach, a efekt jest w równej mierze popowy, co awangardowy; do stworzenia płyty pramuk wykorzystała zresztą słynnego pamiętającego śluzowca physarum polycephalum, który przetworzył po swojemu część tekstów; dzięki temu, jak wyczytałem gdzieś w sieci, można ten album traktować jako ciekawy artystyczny głos we wzbierającej na sile dyskusji o roli sztucznej inteligencji w życiu ludzi ♪ „solace”


(…)

pozycje 25ー1 tędy ⟶ (klik!)

Opublikowano

80✕80:80 płyt z lat 80. — cz.2

And then one more decade in life and music

osiemdziesiąt płyt z lat osiemdziesiątych — tak sobie to wymyśliłem; lista rozpoczęła się już tutaj: 80✕80:80 płyt z lat 80. — cz.1, ale można się też bez tego jak najbardziej obejść; jak zwykle jest to trochę próba pobawienia się w dziennikarza, a trochę pamiętnik — zgodnie z podtytułem: lista krążków, które uznałem za najbliższe mi (in life) i najciekawsze (in music)


And then one more decade in life and music

40.

janet jackson rhythm nation 1814 1989

był taki moment, że uznawałem rhythm nation za najlepszą płytę r&b w historii — bardziej za sprawą sumy jego składników niż ze względu na całościowe doświadczenie, które na trackliście rozpisało 12 kawałków na 20 pozycji, przez przerywające flow muzyki krótkie interludia (których na szczęście nie ma na wersji winylowej); i choć sama końcówka krążka wydaje się nieco przeciągnięta z trzema balladami back to back, to wciąż najlepsza płyta janet, fantastyczny moodsetter pełen popowej wirtuozerii, zarówno tej wielkoformatowej, jak i nieco skromniejszego kalibru, jak w na wskroś newjackswingowym, awangardowo pociętym na kawałeczki złożone w dźwiękową mozaikę wzdłuż rytmicznego wzorca „alright”; jakby tego było mało, choć nie jest to może drugie what’s going on, janet porusza na krążku rozmaite społeczne kwestie, które do dziś pozostają adekwatne. ♪ „alright, „miss you much”


And then one more decade in life and music

39.

tokyo gakuso takemitsu: shūteika ichigu (in an autumn garden) 1980

w jesiennym ogrodzie toru takemitsu mieszka wiatr; głaszcze długie trawy, targa gałęzie, pieści spadające z nich liście; wespół z nim czasem odzywa się deszcz i bębni, bębni, bębni, ile sił w chmurze, o dachy i parapety; utwór takemitsu to rzecz zupełnie niespotykana — utwór rozpisany bez wątpienia na kanwie tendencji w muzyce współczesnej drugiej połowy xx wieku, ale instrumentarium i stylistyczne subtelności pożyczający wprost z tradycji japońskiej muzyki dworskiej gagaku; takemitsu skupia się w swoich kompozycjach na długich wybrzmieniach to harmonizujących, to dysharmonizujących ze sobą fletów hichiriki i ryūteki, które dają życie jesiennemu bogu wiatru; nie jest o jednak muzyka żadnej grupy rekonstrukcyjnej otwarzającej tradycji ery heian, ale odcień współczesności — takiej, której albo nie dane było nam poznać, albo nauczyliśmy się jej nie widzieć ♪ „in an autumn garden”, „melisma”


And then one more decade in life and music

38.

violent femmes violent femmes 1983

klimat tego krążka jest absolutnie niepodrabialny; jednocześnie punkowy i akustyczny; zawadiacko bałaganiarski, wręcz niechlujny, ale tylko pozornie, bo to wszystko pięknie trzyma się najsroższych matematycznych reguł, jeśli chodzi o receptę na przebojowe granie; z jednej strony nie da się zanegować jego rockowej energii, z drugiej zaś w ogóle i w szczególe kręgosłup tej płyty to esencja fantastycznego popu; rzadko wracam do tego krążka w całości, ale zawsze czuję wielką satysfakcję z jego towarzystwa. ♪ „kiss off”, „blister in the sun”


And then one more decade in life and music

37.

the smiths strangeways, here we come 1987

w czasie mojej największej fascynacji smithsami jakoś na początku studiów, a później jeszcze przez wiele lat, jakimś dziwnym trafem ignorowałem strangeways, here we come; może przez to niezręczne zbliżenie na twarz, jak wówczas myślałem, morrisseya, później podejrzewałem elvisa, a ostatecznie okazało się, że aktor richard davalos patrzący na jamesa deana w filmie na wschód od edenu; morrissey oczywiście pozostaje tu nonszalancko morrisseyem, jego poetyka jest na wskroś wisielcza, ale dość paradoksalnie, może nawet sarkastycznie, zestawiona zostaje z najbardziej upbeatową i słoneczną muzyką w całym katalogu smithsów; a ja lubię zarówno paradoksy, jak i upbeatową, i słoneczną muzykę; trudno strangeways zestawić i porównywać bezpośrednio z the queen is dead, które jest inną płytą pod każdym względem — ale w ostatnich latach strangeways całościowo chyba lepiej wyraża to, co wydaje mi się, że wyraża mnie w muzyce the smiths. ♪ „stop me if you think you’ve heard this one before”, „last night i dreamt somebody loved me”


And then one more decade in life and music

36.

the gun club miami 1982

po raz pierwszy włączyłem tę płytę, bo spodobała mi się paleta kolorów na okładce; ponoć debiut grupy wydany rok wcześniej odbił się szerszym echem; miami jest trochę jak garażowo-bluesowe joy division; zamiast przenikliwego zimna, jest tu przenikliwe ciepło oddawane nocą przez nagrzany w ciągu upalnego dnia asfalt; ale czy w upale nie można poetycko cierpieć? ależ można; można też frenetycznie, niemal konwulsyjnie podrygiwać, tańczyć, w rytm tego poetyckiego cierpienia; i taka to jest właśnie płyta; podoba mi się w niej bardzo estetycznie to, jak co rusz ociera się o cowpunk i gotyckie country, do tego stopnia, że gdyby nie ten znaczący niuans, pewnie zupełnie bym ją zignorował, nawet pomimo palety kolorów, którą urzekła mnie jej okładka. ♪ „mother of earth”, „the fire of love”


And then one more decade in life and music

35.

tatsuro yamashita for you 1982

chociaż w latach 80; ojciec chrzestny city popu tatsuro yamashita ustrzelił albumowy hat-trick, najpełniejszą manifestacją jego stylu (i city popu jako takiego) wciąż pozostaje for you, które doskonale równoważy soft rock spod znaku steely dan z bujającym syntezatorowym funkiem; ten krążek to w każdym calu idealna emanacja dojrzałego lata, ten sam sen o złotym wybrzeżu pacyfiku, który z drugiej strony oceanu, dwadzieścia lat wcześniej opowiedzieli nam beach boysi przy pomocy nieco innych środków, ale korzystając z tych samych atrybutów i wyrażając podobną wrażliwość. ♪ „sparkle”, „music book”


And then one more decade in life and music

34.

bill evans you must believe in spring 1981

wydany pośmiertnie krążek jednego z najwspanialszych jazzowych pianistów wszech czasów to być może najbardziej kompletna długogrająca emanacja jego muzyki; sięgnąłem po tę płytę wiele lat wcześniej w szczycie zimowej szarugi zachęcony profetycznym tytułem — chciałem, musiałem wierzyć, że wiosna nadejdzie; miałem nadzieję, że znajdę ją na płycie, ale wyobraziłem ją sobie chyba nieco inaczej niż evans; tytuł jednak został we mnie i każdej podłej zimy kiełkował we mnie bardziej, tak że co rusz mimowolnie włączałem you must believe in spring, coraz mniej oczekując, że zbliży mnie do wiosny; aż wreszcie to zbliżenie, nie wiadomo kiedy, samo z siebie, nastąpiło; nie jest to jednak wiosna ujęta prostolinijnie, stąd moja wcześniejsza konfuzja; evans chce wierzyć, ale sam wiem, że nie doczeka już wiosny, którą, wydaje mu się, że pamięta; czy ją pamięta, czy tylko ją sobie wyobraża, to drugorzędne; jego wiosna jest piękna, choć zawieszona nad przepaścią, która w każdej chwili może ją pochłonąć już na zawsze. ♪ „you must believe in spring”, „gary’s theme”


And then one more decade in life and music

33.

nasza basia kochana nasza basia kochana 1980

odkryłem tę płytę przypadkiem i bez pokładania w niej żadnej nadziei przed dwoma laty i momentalnie przepadłem — po jednym odsłuchu już jechała do mnie winylowa kopia, bo musiałem się z tą muzyką spotkać intymnie, bez komputera; cóż to jest za niewiarygodnie funkująca bossa nova znad wisły! kto to widział takie cuda na tym szarym łez padole! a w tym niecodziennym anturażu plączą się w równej mierze ścieżki jazzowe, folkowe i bluesowe, jak gdyby nigdy nic; dębski zrobił tu fantastyczną robotę w kwestii aranżacji, które naturalnie dopełniają te wypełnione życiem, splecione z codziennością utwory. ♪ „gniewna piosenka muminka o lecie”, „sen znaleziony w lesie”


And then one more decade in life and music

32.

klaus mitffoch klaus mitffoch 1985

nie wracam do tej płyty zbyt często, ale jeśli już wracam, to na pełnej, bez kompromisów — ja jestem nią, a ona jest mną; ależ oczywiście, że historia podwodna janerki też jest wspaniała, jest dużo bardziej prawowitą kontynuacją tej estetyczno-społecznej myśli niż bezjanerkowy mordoplan; natomiast ten krążek jest dla mnie całościowym doświadczeniem, wejściem w rzeczywistość pod pewnymi względami bliźniaczą tej, którą znaliśmy, ale naciągniętej jak proca i strzelającej co rusz kolejnymi pociskami; jak gdyby całe miasto zamienić w wielki betonowy cyrk, nie trzeba by nawet nic zmieniać, miasto sprawdzi się w tej roli doskonale, trzeba tylko unaocznić każdy drobny absurd, na którym je zbudowano, a kuglarska treść — małpy żonglujące płonącymi kręglami i tego typu sprawy — wypełni je sama; takie to doświadczenie; uwielbiam je; to też moje ulubiona odziedziczona płyta winylowa; któregoś dnia mój ojciec w tajemnicy przede mną pojechał do swojego rodzinnego domu, żeby wydobyć z piwnicy stosy starych polskich winyli z czasów jego młodości; niektóre nadawały się tylko na śmietnik (rip opryskany farbą nowy rozdział kombi, ale nic tam, tej płyty u mnie na pewno nie będzie), a inne, jak ten klaus, najwyraźniej nie były lubiane i grane, bo wyglądały, jakby ktoś je właśnie wyciągnął z folii; taka historia. ♪ „wiązanka cz. iv”, „nie jestem z nikim”, „klus mitroh”


And then one more decade in life and music

31.

david sylvian secrets of the beehive 1987

długo mi zajęło znalezienie w sobie potrzeby obcowania z solową muzyką sylviana, niewątpliwie kunsztownie wykoncypowaną i wykonaną, ale jakoś z początku zupełnie odległą; od zawsze byłem niezmiennie wielkim miłośnikiem jego wokalu, ale nie wiem, czy tyle wystarczyło, by secrets of the beehive rozpaliło serce; nie wiem też, czy to może virginia astley, japan, ryuichi sakamoto czy steve jansen wreszcie wskazali mi do niego drogę, ale ostatecznie ta otworzyła się przede mną szeroko; sylvian jest poetą na wielu płaszczyznach i jako poetę, cechuje go pewna niejednoznaczność; plasuje się ze swoją wizją gdzieś między scottem walkerem a talk talk, a w tle tego wszystkiego pobrzmiewają jeszcze echa sentymentalnego sakamoto; zamilkły już za to niemal zupełnie echa jego potyczek z grupą japan; mimo, że secrets of the beehive jest zaskakująco progresywne w swoich eksploracjach, a sylvian jest charyzmatycznym wokalistą, cała płyta pogrążona jest jakby w letargu — by rzeczywiście ją odnaleźć, trzeba przekroczyć granicę snu; to nie zima, ale paralelne do niej ogniowo pomiędzy jesienią a wiosną; co więc jeśli sylvian jest nie poetą, ale czarodziejem? ♪ „let the happiness in”, „september”


And then one more decade in life and music

30.

shiho yabuki karada wa uchū no messēji (the body is a message of the universe) 1987

a co gdyby ten sam gęsty, skąpany w mroku i niepokoju las, który otaczał lynchowskie twins peaks istniał już gdzieś indziej, a jego tajemnice wciąż czekały na odkrycie? pierwszy krok w tym celu uczyniła w 2018 roku oficyna subliminal sounds, która po raz pierwszy reedytowała transcendentalny debiut japońskiej artystki newage’owej shiho yabuki, która ten las w 1987 roku powołała do życia; the body is a message of the universe to album nurtu kankyō ongaku w równych proporcjach łączący to mistyczne i surrealistyczne z kojącym i podnoszącym na duchu, w podobny sposób jak kilka lat później zrobili to lynch z badalamentim ♪ „samadhi”, „tomoshibi”


And then one more decade in life and music

29.

paul simon graceland 1986

moja słabość do graceland jest dość paradoksalna, bo to płyta, którą swego czasu opisywano niesławnym tagiem world music, na który zawsze byłem uczulony; myślę, że to zręczny songwriting simona i jakiś taki heartrockowy sznyt produkcyjny, którym podszyty jest album, przekonały mnie do niego; zaskakująco dobrze wyszła zresztą simonowi ta afrykańska przygoda — była, owszem, odrobinę postkolonialna, ale efektowna i niepozbawiona wcale meritum; strona b jest niestety zdecydowanie słabsza niż perfekcyjna strona a, której mogę słuchać bez końca, o ile tylko jest za oknem trochę słońca. ♪ „graceland”, „the boy in the bubble”, „i know what i know”


And then one more decade in life and music

28.

meat puppets up on the sun 1985

meat puppets to ciekawa grupa; zaczynali od punk rocka, po czym przez cowpunk przeszli w stronę alt-country (co najlepiej czuć na tej płycie), aż wreszcie w latach 90. skręcili w stronę alt-rocka przechodzącego momentami w hard rock — ot, cały wachlarz stylistyczny — kupiłem kiedyś na wyprzedaży ich składankę największych przebojów, więc mam pojęcie; próbowałem zresztą słuchać innych krążków w całości, ale nic z nich nie siadło; a up on the sun, który widziałem wyłącznie w wersji cyfrowej, jakoś tak zlał się ze mną przez lata, że gdy z pamięci zacząłem tworzyć listę płyt do rychłego odsłuchania do topu, to była jedna z pierwszych rzeczy, jakie dodałem do plejlisty; nic dziwnego — jest fantastycznie zbalansowana i przynajmniej o dekadę wyprzedza brzmieniem swoje czasy; kto tak grał w połowie lat 80.? jacyś offowi szaleńcy chyba? wszystko się zgadza; to melodyjna płyta, trochę laidbackowa, ale jednak pędząca śmiało do przodu; swimming ground to od lat moja topka utworów wszech czasów. ♪ „swimming ground”, „maiden’s milk”


And then one more decade in life and music

27.

shelleyan orphan helleborine 1987

gdzieś w niedalekim sąsiedztwie rustykalnej chatki na wzgórzu virginii astley, na trasie do kuglarskiej komuny ze skylarking xtc, za murami posępnego zamczyska dead can dance, jest zaklęta łąka obsiana kolorowymi ciemiernikami, na której trwa wieczna wiosna; to helleborine, debiut angielskiego folkowego duetu shelleyan orphan, urzeczywistniające oniryczną fantazję o barokowym folku w samym sercu pędzących lat 80; nie jest to jednak płyta zupełnie oderwana od brzmienia dekady — mimo klasycznego instrumentarium można dość łatwo odnaleźć tropy prowadzące od muzyki duetu do gwiazd wielkoformatowego popu, zarówno osobowe jak i stylistyczne, m.in. kate bush czy the cure. ♪ „midsummer pearls and plumes”, „southern bess (a field holler)”


And then one more decade in life and music

26.

tom waits rain dogs 1985

waits nigdy nie był do końca moją parą kaloszy, ale był czas, że odkrywałem go z niekrytą fascynacją; począwszy od bardziej konwencjonalnie pianobluesowych płyt z lat 70., po bardzo charakterystyczny dla waitsa (i być może dla nikogo innego) styl, który na wydanym rain dogs z 1985 był już zupełnie uformowany; przyznaję, nie poświęciłem waitsowi, poza kilkoma konkretnymi krążkami, wystarczająco dużo uwagi, by móc świadomie przedłożyć jakąkolwiek inną jego płytę nad to kultowe rain dogs; słyszałem jednak wystarczająco dużo, by mieć pewność, że w tym przypadku, tego kultowego statusu nie muszę nijak kontrować, że nie tylko go rozumiem czy doceniam, ale że za każdym razem, gdy krążek ląduje w głośnikach, przenoszę się do innej rzeczywistości i trwam w niej z satysfakcją do ostatnich taktów; nie jestem zresztą do końca pewien, czy umiem to miejsce opisać — to raczej rodzaj wyobrażenia bazującego na poczuciu niż na konkretnej wizji; pewnie też dlatego, że z każdym kolejnym numerem otoczenie ewoluuje, rain dogs jest niesamowicie różnorodne, biorąc pod uwagę, że wszystkie te kawałki składają się na jedną układankę, kreatywnie łączącą to, co romantyczne z tym, co plugawe, trochę tak, jak the pogues w „fairytale of new york” (z 1987, wybaczcie więc porównanie); co jednak ważne, a czego zbyt często brakuje współczesnym singerom-songwriterom, to to, że do poetyki i aranżu, mamy też do pary melodie i rytmikę, które tę płytę niosą, aż miło, tak że dociera nawet pod strzechy takich kurtków jak ja. ♪ „singapore”, „clap hands”


And then one more decade in life and music

25.

miharu koshi echo de miharu 1987

przeczytałem kiedyś, że ten album jest trochę jak filmy miyazakiego, które przedstawiają japońskie marzenie o starej europie, której od dawna już nie ma, ale w jakiejś fantastycznej formie żyje w wyobraźni twórców studia ghibli; to odkrycie zmieniło moje podejście zarówno do tej absolutnie dziwacznej płyty, jak i do samej europy, której przez dużą część mojego życia, delikatnie mówiąc, nie doceniałem, a tymczasem odsłuch echo de miharu, lektura podróżnego i światła księżyca i ponowny seans ruchomego zamku hauru czy opowieści z ziemiomorza sprawiły, że znalazłem magię i czar tam, gdzie dotychczas ich nie dostrzegałem; to jednak też inna opowieść; ta płyta bowiem należy do jeszcze innego świata — to kuriozalny showcase starych, głównie zachodnich melodii w bombastycznych syntezatorowych reinterpretacjach haruomiego hosono; mamy tu „la canción de marcelino” z marcelino pan y vino, „la traviati brindisi” verdiego czy „alleluja” mozarta zestawione z protorapową japońską sambą w „l’acqua sonora” czy amerykańskim hymnem marynarskim z lat 30. w „beyond the blue horizon”; o ile sama transpozycja standardów poprzednich epok na syntezatory w 1987 roku nie była już niczym szczególnie szokującym czy nowatorskim, w przypadku miharu koshi wyznaczała pewien horyzont — z jednej strony była to jej ostatnia płyta wydana oryginalnie w formacie płyty winylowej, z drugiej wszystko to, co wydarzyło się na echo rezonuje w jej twórczości na każdym kolejnym krążku aż do dzisiaj. ♪ „beyond the blue horizon”, „l’acqua sonora”


And then one more decade in life and music

24.

van dyke parks jump! 1984

jump! brzmi być może jak ścieżka do niezrealizowanego filmu disneya; w rzeczywistości podąża śladem królika z opowieści xix-wiecznego amerykańskiego pisarza joela chandlera harrisa; jak zwykle w przypadku vana dyke’a parksa jest dziwacznie i jakby nierzeczywiście; parks bywa w swoich aranżacyjnych nonszalancjach dość karkołomny i nawet te nieco kampowe, dziecięce melodie wykrzywia w jakimś psychodelicznym grymasie; jest do bólu synkretyczny — wraz z królikiem podskakują u niego teatralność, orkiestrowość, kameralność i folklor; w swoim stylu ożywia opowieści ze świata tin pan alley, który zawsze odgrywał w jego twórczości wiodącą rolę i sus za susem, ramię w ramię, wciąga w tę mityczną krainę nieskończonego blichtru niczemu niewinnego słuchacza; jeśli chodzi o potencjał piosenkowy, to być może zresztą najlepsza płyta parksa; ostatecznie można ją pokochać lub znienawidzić; ja jako samozwańczy wholesomeness ambasador oczywiście polecam uwadze. ♪ „come along”, „opportunity for two”


And then one more decade in life and music

23.

flipper’s guitar three cheers for our side 1989

niemal zapomniałem o tej płycie, chociaż nigdy się z nią nie poróżniłem; choć wydana w 1989 roku, zawsze była dla mnie emanacją brzmienia wczesnych lat 90. — zapewne przez akustyczne, słoneczne brzmienie inspirowane popem drugiej połowy lat 60. wraz z jego znakomitymi lokalnymi wariantami z brazylii (samba pop, mpb, bossa nova) czy francji (yé-yé); to, co na three cheers for our side nie ma jeszcze do końca formy, którą można by nazwać, wkrótce przekształci się w shibuya-kei, nurt, który choć nie zrewolucjonizował 90sowego j-popu, do dziś pozostaje źródłem inspiracji i punktem odniesienia dla muzyków krajowych i międzynarodowych; three cheers to dziwna płyta, zaśpiewana w całości łamanym angielskim, którego momentami niemal nie da się zrozumieć, ale jednocześnie bardzo symptomatyczna i na wskroś japońska w swojej pseudozachodniej ekspresji; ma to bardzo specyficzny urok, którego ja sam nie potrafię zanegować; mógłbym nawet pewnie użyć słowa słabość w tym kontekście, ale boję się, że można byłoby wtedy odczytać to jako skrót do jakiegoś mojego fetyszu, aniżeli właściwość tego krążka, która dla mnie jest niezmiennie tożsama z nim, nie ze mną samym; nadrzędną wartością three cheers (wydanego oryginalnie bardzo adekwatnie w drugiej połowie sierpnia) są jednak świetne melodie; to one, wraz z młodzieńczą energią grupy, niosą ten materiał i sprawiają, że chce się do niego wracać. ♪ „hello”, „coffeemilk crazy”, „happy like a honeybee”


And then one more decade in life and music

22.

magda umer magda umer 1985

ostatecznie polubiłem magdę umer w na wskroś 80sowym akompaniamencie w „na wesoło”; brzmi to jak czołówka z telenoweli, ale przewrotnej, na granicy bezczelności; cieszę się jednak, że na płycie są też aranże i jazzowe, i kameralne, choć paradoksalnie długo się nie potrafiłem do tego krążka przekonać, mając poczucie, że utwory są z różnych światów i że mają się nijak do siebie — a tego problemu nie miałem z jej pięknym o dekadę starszym debiutem; dopiero sama końcówka (cztery ostatnie utwory) tworzą coś w rodzaju cyklu, dzięki czemu jeśli płyty słucham w całości (a zdarza mi się), pozostawia jak najlepsze wrażenie; jeśli zaś słucham we fragmentach, to prawie każdy utwór jest tu hajlajtem; umer jak zawsze świadomie dobrała sobie repertuar — to w dużej mierze bardzo błyskotliwe utwory (głównie osieckiej, przybory i innych poetów) w znakomitych interpretacjach wokalnych bez zadęcia, chyba że trzeba. ♪ „szpetni czterdziestoletni”, „panienka z temperamentem”, „faux pas”


And then one more decade in life and music

21.

jun fukamachi nicole (86 spring and summer collection) 1986

zupełnie bezbronne wydały mi się te nagrania, gdy próbowałem wyciągnąć je z kontekstu tej płyty w poszukiwaniu hajlajtów; to o tyle ciekawe, że nie jest to ani album w stylu song cycle, ani płyta szczególnie konceptualna — raczej, zgodnie ze swoim podtytułem zbiór obrazków muzycznych związanych z wiosną i latem; a jednak w całości nie da się tego krążka zakwestionować — kolejne obrazki stopniowo okalają słuchacza zewsząd tak, że choćby pośród najsroższej zimy, na moment nastanie prawdziwa wiosna, a to właściwość wręcz magiczna; fukamachi tworzy synkretycznie w stylu epoki, maluje tę wiosnę przy pomocy rześkich, ale ożywczo pulsujących syntezatorów; ktoś mógłby powiedzieć erzac!, ale wiosna stoi jak żywa, a to nawet większa sztuka. ♪ „morning glow”, „early summer roses”


And then one more decade in life and music

20.

kate bush hounds of love 1985

strona a jest bajeczna, strona b — kryptyczna; i chociaż każda z nich jest w swojej kategorii znakomicie zrealizowana, to zawsze miałem problem, by obie strony hounds of love połączyć w jedno doświadczenie; to zresztą mój problem z kate bush w ogóle — narracja jej długogrających płyt jest bezkompromisowo autorska, a ja nie zawsze jestem wystarczająco oddany jej pomysłom; to jednak w przypadku hounds of love łatwiej niż przy innych projektach piosenkarki można obrócić w zaletę — strona a z czterema rozpoznawalnymi singlami to w dużej mierze bush piosenkowa i przebojowa, strona b z newage’owym soundtrackiem do polowania na czarownice to bush koncepcyjna i progresywna; tym samym płyty można słuchać po połowie w zależności od potrzeby i nastroju; w takim kontekście trudno już bush wyczerpać lub zbyć; jest złożona, eklektyczna i zaskakująca i nie traci żadnej z tych cech nawet po wielokrotnych odsłuchach. ♪ „cloudbusting”, „hounds of love”


And then one more decade in life and music

19.

electric light orchestra time 1981

nie słuchałem tej płyty od lat, ale słyszałem ją przez lata dziesiątki razy, bo lubi ją bardzo mój tata; kto wie, to być może najdoskonalsza postać brzmienia elo — syntezatorowa rewolucja dopełniła ukształtowanej w połowie lat 70. popowej formuły; no i nie ma co ukrywać, to jednocześnie zestaw naprawdę mocnych numerów, doskonale ze sobą zestawionych i połączonych w synth-pop-operowy cykl. ♪ „yours truly, 2095”, „twilight”


And then one more decade in life and music

18.

elvis costello get happy!! 1980

rekomendowałem już soulujące punch the clock, ale najlepszy costello to jednak ten nowofalowy przyjemniaczek z końcówki lat 70., w co wpisuje się oczywiście także get happy!! z 1980 roku; przez wiele lat costello z tego okresu pozostawał dla mnie synonimem wszystkiego, co fajne; umiarkowanie intelektualne, ale jednak przebojowe, stylowe, może trochę nieuczesane i niepokorne, ale znające swoją wartość i świadomie prące do przodu; nie wnikałem nigdy zbyt głęboko w meandry tekstów costello — oceniałem go wrażeniowo, tyle i aż tyle; i chociaż zawsze miałem poczucie, że get happy!! jest na swój sposób frankensteinem (to dwadzieścia krótkich, zwykle około dwuminutowych numerów, ciasno upchniętych po dwóch stronach pojedynczej płyty), gdy dzisiaj wróciłem do tej muzyki wszystko to, o czym piszę, a co było dla mnie kiedyś tak namacalne, stanęło mi naraz przed oczami; zresztą byłaby to niechybna klęska, gdyby utwory były niemrawe albo pokraczne — tymczasem to jest costello najwyższej próby, po swojemu, z właściwą sobie charyzmą reinterpretujący jednocześnie new wave, power pop, pub rock, mod, ska, pop soul, a nawet rock & roll; szaleństwo! ♪ „the imposter”, „new amsterdam”, „opportunity”


And then one more decade in life and music

17.

the english concert / trevor pinnock bach: 6 brandenburgische konzerte 1982

trafiłem kiedyś na ten album na wyprzedaży — pomyślałem, że bachowskie kameralne koncerty mogą ładnie dialogować z niedzielnym rosołem; wyobraziłem sobie słoneczne niedzielne popołudnie, plumkanie zręcznego klawesynisty i ten rosół; sytuacja wymknęła się jednak spod kontroli; okazało się, że moja mama go nie znosi, ja w sumie nigdy nie przepadałem za rosołem; wyszło więc tak, że się z tym bachem kryłem po kątach, jak nastolatek, któremu rodzice zabraniają słuchać rapsów, bo są tam bluzgi i sam będzie potem brzydko mówił; bach wlał się w moje życie do tego stopnia, że potem sobie te koncerty sprawiłem jeszcze na winylu i w tej formie obezwładniły mnie nawet bardziej; początkowo traktowałem je trochę jak muzykę tła, ale wielokrotnie zdarzało mi się, że wrzucałem je sobie na mieście i jakoś tak naturalnie po ich wpływem z uczuciem wpatrywałem się w zabytkowe gzymsy u szczytów odrapanych kamienic (ale gzymsy ładne); bach ma świetne wyczucie jeśli chodzi o melodykę, ale też ten barokowy przepych, którym wycieramy sobie mordę, ilekroć chcemy coś czy kogoś zbesztać, że przedobrzył; a te koncerty brandenburskie okazują się jednak dobrze wyważone — złote a skromne; można przy nich naprawdę odpocząć, ale można się też totalnie pobujać i pomyśleć, że ten bach to jednak był przekotem — jeśli ktoś nie wierzy, polecam pierwszą część czwartego koncertu, gdzie przez ostatnie cztery minuty (a zwłaszcza między 8:50 a 9:20) wspomniany już zręczny klawesynista tak wywija w swojej solówce, że nie pozostaje nic, tylko czekać, aż jakiś kumaty rapowy producent potnie to kreatywnie na sample; jsb represent ♪ „bwv 1050: i. allegro”, „bwv 1051: iii. allegro”


And then one more decade in life and music

16.

ryuichi sakamoto hidari ude no yume 1981

tak japońsko sakamoto nie brzmiał chyba nigdzie indziej; hidari ude no yume (znane też po angielskim tytułem left handed dream) to płyta trochę z peryferii kanonu mistrza, być może dlatego, że syntezatorowe brzmienie kojarzone z yellow magic orchestra zamienił tu na plemienne bębny — nie zrezygnował oczywiście z elektroniki zupełnie, raczej potraktował ją jako element dużo bardziej progresywnej, choć jednocześnie minimalistycznej mieszanki; ta zmiana podejścia, dość niespodziewana i być może przez to przez wielu na wejściu odtrącona, przynosi świeżą i nietuzinkową płytę — mocarną zarówno aranżacyjnie, jak i kompozycyjnie; i niewątpliwie skrywającą jakąś tajemnicę; skwapliwie łączącą w jakimś onirycznym dziwacznym sensie dziedzictwo klasycznej japonii (z bambusowymi żywopłotami i tarasami do podziwiania księżyca) z liminal spaces opustoszałych nad ranem przedmieść metropolii ze stali i szkła; to awangardowa muzyczna baśń, letargiczna opowieść klucząca być może bez celu, ale za to jak! ♪ „venezia”, „kachakucha nee”, „boku no kakera”


And then one more decade in life and music

15.

harold budd / brian eno ambient 2: the plateaux of mirror 1980

harold budd, ten sam który w 1986 nagrał the moon and the melodies wraz z cocteau twins, był w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych jednym z bliższych współpracowników briana eno i wraz z nim zainspirowany minimalistycznymi kompozycjami mortona feldmana dał początek muzyce ambientalnej; choć każda z czterech płyt w serii ambient zasługuje na uwagę, to kolaboracja z buddem na the plateaux of mirror jest być może szczytowym osiągnięciem zachodniego ambientu tamtego okresu; to eteryczna i przestrzenna muzyka, niepozbawiona jednak pewnej swoistości, którą ja jestem skłonny przypisać raczej grającemu na fortepianie buddowi niż produkującemu te dźwiękowe pejzaże eno; to z pewnością zasługa tej post-impresjonistycznej elegancji — bardziej sypialnianej, ewentualnie balkonowej, niż salonowej, choć przyznaję, że bez synergii twórczej nie byłoby tego efektu, który w ostatnim półroczu kazał mi wracać do tej płyty przynajmniej tuzin razy. ♪ „not yet remembered”, „the plateaux of mirror”


And then one more decade in life and music

14.

inoyama land danzindan-pojidan 1983

ta płyta bardziej chyba niż jakakolwiek inna z wielu udanych egzemplifikacji kankyō ongaku stoi dla mnie w centrum tego japońskiego nurtu; to soniczna podróż do morskich głębin, urokliwa syntezatorowa emulacja naturalnego krajobrazu; duet (wcześniej związany z popularną rockową grupą hikashu) zafascynowany szkołą berlińską przepisuje tu niemieckie progresywne myślenie o elektronice na coś bardziej intymnego, ciepłego, może nawet odrobinę infantylnego, by stworzyć kojący i lekki, ale trójwymiarowy i pulsujący soundscape; w przeciwieństwie do mistrzów ambientu z zachodu inoyama land pod produkcyjną pieczą haruomiego hosono w każdym z dziesięciu krótkich nagrań budują i rozwijają struktury melodyczne, a ich muzyczne wholesome ciepełko nigdy nie przekracza granicy taniej pompatyczności czy nowalijkowego efekciarstwa, za którą zbyt często imprezowali w latach 80. twórcy z europy. ♪ „apple star”, „shuffer”


And then one more decade in life and music

13.

yukihiro takahashi neuromantic 1981

moje pierwsze spotkanie z yukihiro takahashim w czasach, gdy jeszcze nie potrafiłem na jednym oddechu wypowiedzieć jego nazwiska; odkrycie, że w uniwersum yellow magic orchestra poza projektami ryuichiego sakamoto jest więcej substancji niż kiedykolwiek wcześniej mogłem przypuszczać; takahashi — samozwańczy neuro-romantyk, jest tu w równych proporcjach robotyczny co emotywny; wyrażając się w kategoriach zachodnich — gary numan spotyka roxy music; to być może najdoskonalsza muzyczna wizytówka japońskiego techno kayō; być może — tylko i aż. ♪ „drip dry eyes”, „extra-ordinary”


And then one more decade in life and music

12.

alban berg quartett debussy / ravel: quatuors à cordes 1986

debussy i ravel stopieni razem niemal w monolit od lat w tysiącach propozycji repertuarowych ensembli, wspólnie po dwóch stronach płyty w tej kameralnej odsłonie faktycznie doskonale dopełniają się wzajemnie; zawsze było mi blisko do wrażliwości francuskich impresjonistów, ale wielokrotnie miałem też wrażenie, że forma orkiestrowa, nawet w utworach skromniejszych rozmiarów, bywała zbyt obezwładniająca; tymczasem jedyne kwartety smyczkowe w dorobku obu kompozytorów w brawurowym wykonaniu kwartetu albana berga zachowują doskonałe proporcje formy i treści, która choć dość abstrakcyjna, jest tutaj jak najbardziej namacalna dzięki niekwestionowanej ilustracyjności; te utwory napisane przecież na przełomie xix i xx wieku wpisują się w szersze pojęcie poromantycznej wrażliwości, zdradzając subtelnie zmiany jakie niechybnie zajdą w muzyce poważnej już niebawem; i chyba te właśnie awangardowe subtelności okalające momenty szczerego piękna sprawiają, że sto lat później wciąż można słuchać tej muzyki, jakby opowiadała o czymś, co mamy przed oczyma tu i teraz — zakładając oczywiście, że nie przenoszą nas gdzieś daleko; jawa i sen przeplatają się tutaj nieustannie, co rusz to wybudzając słuchacza, to zatapiając go w marzeniach; gimnastyka dla zmysłów i wyobraźni, tak to widzę; nie umiem też wybrać, czy debussy, czy ravel; ten pierwszy wydaje się nieco bardziej prostolinijnie marzycielski, ale sielskość utworu burzy trochę rozchełstana końcówka; ravel wydaje się bardziej metodyczny, ale jego utwór śmielej przybiera nowe formy, ochoczo negując proste uogólnienia. ♪ „animé et très décidé”, „assez vif – très rythmé”


And then one more decade in life and music

11.

eiichi ohtaki a long vacation 1981

pamiętam, gdy pierwszy raz usłyszałem rozpoczynające tę płytę „kimi wa ten’nenshoku” i pomyślałem, że tak właśnie powinni byli brzmieć beach boysi w tych trudnych dla nich latach 80.; sam ohtaki, który dekadę wcześniej współtworzył kultową grupę happy end, na wyjątkowo słonecznym solowym krążku a long vacation łączy oldschoolowy surfpopowy dancing z syntezatorowym city popem, balansując na granicy plażowego banału z niezwykłą zręcznością; to jedna z najwdzięczniejszych i najbardziej słonecznych płyt lat 80. w ogóle, a był to czas, gdy wdzięczono się do słuchacza dużo i bez skrupułów; na dokładkę polecam niewiele gorsze each time z 1984 roku, stylistycznego spadkobiercę vacation. ♪ „kimi wa tennenshoku”, „kanariya shotō ni te”


And then one more decade in life and music

10.

new order substance 1987

to piękny dokument dźwiękowy tego, jak z cienia monochromatycznego joy division new order ewoluowało w kolorowego ptaka brytyjskiej sceny — mainstreamowej i alternatywnej; jak ich formy ekspresji wielokrotnie wyprzedziły wszystko to, czym joy division nie mogłoby się stać za życia iana curtisa (rest in peace, beautiful soul); co więcej, gdyby new order z taką konsekwencją nie unikali wstawiania swoich najbardziej chwytliwych numerów na albumy studyjne, być może w ich substance nie zawierałoby się aż tyle faktycznej substancji; byłaby to kolejna składanka już słyszanego i już posiadanego, a nie święty graal tanecznej nowej fali lat 80.; 12-calowe rozszerzone miksy to czyste złoto, a bonusowy krążek z bisajdami to prawowite upside down 80sowego popu. ♪ „the perfect kiss”, „sub-culture”, „bizarre love triangle”


And then one more decade in life and music

9.

the blue nile hats 1989

ta niepozorna, choć zupełnie słusznie absolutnie kultowa, płyta jest w stanie zmienić najpospolitszy wieczór po nudnym i męczącym dniu w coś na kształt filmowego doświadczenia; to z jednej strony rzecz niesamowicie kunsztownie i drobiazgowo zaaranżowana w klimacie naprawdę szeroko pojętego sophistipopu; z drugiej zaś stonowany, naznaczony biegiem czasu wokal paula buchanana, mnie osobiście kojarzący się raczej z markiem knopflerem z dire strais i pozornie do tej żywej (choć niekoniecznie szczególnie energetycznej) muzyki niepasujący, umiejscawia go mocno w rzeczywistości i otwiera tę płytę na wpół śpiącego mnie opartego o szybę w zatłoczonym autobusie wracającym na przedmieścia zdecydowanie zbyt późno; codzienne i romantyczne splecione razem. ♪ „the downtown lights”, „headlights on the parade”


And then one more decade in life and music

8.

taeko ohnuki aventure 1981

moja pierwsza taeko ohnuki do dzisiaj pozostaje moją ulubioną, choć to jej inkarnacja z końcówki lat 70. zwykle darzona jest przez wielbicieli city popu największą estymą; tamto słoneczne organiczne brzmienie przekłada się też pięknie na aventure, choć wszechobecne tu syntezatory, na których co rusz wygrywane są maleńkie solówki w stylu cokolwiek klawesynowych, sprawiają, że w porównaniu z (niebezpośrednio wspomnianym) sunshower, to doświadczenie dużo bardziej odrealnione; najlepszym przykładem może być „samba de mar”, która z jakimś krzywym, imitującym akordeon syntezatorem i refrenem zaśpiewanym chóralnie po portugalsku nie przynależy zupełnie nigdzie, nad żadnym znanym morzem ani europejskim, ani japońskim, ani amerykańskim, co tylko potwierdza się bezwzględnie, gdy w końcówce czterokrotnie przyśpiesza rytm i zmienia się w obłąkańczą batucadę; i właśnie absolutnie mój ulubiony mood taeko ohnuki to ta surrealistyczność zestawiona z dość tradycyjną popową melodyką i prostolinijną emocjonalnością podkradzioną jakiejś bohaterce z oldschoolowego zapomnianego anime. ♪ „aventurier”, samba de mar”, „ai no ikikata”


And then one more decade in life and music

7.

virginia astley hope in a darkened heart 1986

musiałem szukać barokowego popu w stylu pet sounds, gdy dawno temu trafiłem na virginię astley, która przez te lata wrosła we mnie i stała się najbardziej naturalną rzeczą pod słońcem; to oczywiście złudzenie, może nawet omam, bo astley pozostaje najbardziej na skraju muzyki lat 80., jak się tylko da; hope in a darkened heart było zresztą obietnicą bez pokrycia, bo mogła wykiełkować z niego potężna kariera, a tymczasem artystkę zmarginalizowano, a dostęp do jej muzyki de facto wygaszono aż do nastania ery cyfrowej (nie znam tej historii, nie wiem, jak to się stało); ja zresztą przy pierwszym spotkaniu z astley nie znalazłem zupełnie tego, czego szukałem; kameralnej astley było bliżej do cocteau twins niż do beach boysów i przez kilka lat zupełnie o niej zapomniałem, aż nie trafiłem przypadkiem na tę płytę w jednym ze sklepów płytowych w dziale z produkcjami ryuichiego sakamoto; gdy uzbrojono mnie w ten nowy kontekst, tym razem udało mi się usłyszeć hope in a darkened heart inaczej; to płyta-pastorałka, ujmująca prostolinijnością równoważoną tu i tam pewną ornamentyką, której jednak absolutnie nie nazwałbym barokową; mimo pewnej sielankowości tego materiału, syntezatory sakamoto wnoszą doń wyczuwalne napięcie, przez co jest to zdecydowanie album wieczorowy, może nawet jesiennie wieczorowy; jest w tym na pewno coś nierzeczywistego, nadprzyrodzonego nawet; wszystko to jest baśnią albo wizją, albo snem. ♪ „some small hope”, „a summer long since passed”, „a father”


And then one more decade in life and music

6.

the sound from the lions mouth 1981

lubiłem tę płytę na studiach, później trochę o niej zapomniałem, ale teraz czuję, że włączyłem ją w dobrym momencie; the sound zawsze jawiło mi się trochę jak brytyjski ekwiwalent naszej zimnofalowej siekiery — to oczywiście uproszczenie — ten syntezatorowy chłód nie jest tak przenikliwy jak nasz rodzimy, ale jednak from the lions mouth podszyte jest jakąś wariacją na temat tego samego zimna; krajobraz, mniej dojmujący, ale również przepełniony poetycką pustką, odpowiada wewnątrz mnie na te same potrzeby, które w pełni zaspokaja nowa aleksandria; the sound są bardziej melodyjni niż ich koledzy po fachu z joy division i może dlatego daję im priorytet przed kolejnym odsłuchem closer. ♪ „winning”, „the fire”, „skeletons”


And then one more decade in life and music

5.

xtc skylarking 1986

był taki moment, że oskarżałem 80sowe syntezatory o zabicie organicznego brzmienia lat 60. i 70. i nie bardzo się lubiliśmy; oczywiście z czasem zrozumiałem, że nowe środki wyrazu to nowe możliwości, ale zanim to się stało, pokrzepiła mnie ta płyta; skylarking to wyspa klasycznego kameralnego popu na nowofalowym morzu — klasycznego, ale nie tradycyjnego, bo xtc, o czym miałem przekonać się później, są wpisani w definicję muzycznych 80sów i to wyrażają też ich kompozycje, mimo odbiegających od standardowych dla epoki aranży; strona b jest niestety nieco słabsza, ale całości słucha się jak marzenie. ♪ „ballet for a rainy day”, „1000 umbrellas”, „summer’s cauldron”


And then one more decade in life and music

4.

donald fagen the nightfly 1982

wyciągnąłem tego solowego fagena nie wiadomo skąd, zanim jeszcze po raz pierwszy usłyszałem o steely dan; nie znałem ani jednego numeru z tego krążka i wchłonąłem go w całości całym sobą; to z jednej strony lekka (czyt. chilloutowa) popowa płyta, z drugiej zaaranżowana z niezrównanym smakiem i elegancją, zrealizowana z mnóstwem melodycznych i stylistycznych niuansów, które wynoszą ją wysoko ponad zwykłe radiowe granie z epoki; do dzisiaj w ciemno dorzucam tego fagena do moich wakacyjnych plejlist, bo to muzyka, przy której odpocznę, ale nie będę się nudził. ♪ „i.g.y.”, „the goodbye look”, „the nightfly”


And then one more decade in life and music

3.

yukihiro takahashi tomorrow’s just another day 1983

z takahashim miałem może najtrudniej, bo każda z jego siedmiu solowych płyt wydanych między 1980 a 1985 dawała mi powody, by włączyć ją do zestawu; nieodżałowany wspaniały wokalista yellow magic orchestra stworzył jako kompozytor i producent swój własny muzyczno-emocjonalny świat, gdzie w dźwiękach chłodnych syntezatorów neurotyczne spotykało romantyczne; tomorrow’s just another day to chyba najbardziej fascynująca mnie płyta w jego dorobku, pozostająca gdzieś na drugim planie i najbardziej złożona strukturalnie; bardziej jednak niż o struktury chodzi tu o pewien niedający się podrobić słodkogorzki feeling, coś co było dla takahashiego immanentne, a tu zostało możliwie najpełniej uzewnętrznione. można to wyczytać z tytułu – w tomorrow’s just another day są i smutek, i nadzieja; można to dostrzec na okładce – ten szczeniaczek lada chwila miał zmienić się w dorosłe psisko, a dekadę później mieliśmy zakopać go pod dębem w ogrodzie; ale takahashiemu nie są potrzebne tytuły i zdjęcia, czasem nawet słowa — doskonale wyraża to wszystko dźwiękiem. ♪ „my bright tomorrow”, „maebure”, „rokugatsu no tenshi”


And then one more decade in life and music

2.

miharu koshi parallelisme 1984

miharu koshi, kojarzona w rodzimej japonii głównie jako propagatorka francuskiego chanson, w latach 80. trafiła pod skrzydła haruomiego hosono, czego efektem była seria płyt jednorako futurystycznych co anachronicznych; koshi, podobnie jak twórcy studia ghibli, choć w innym wymiarze, miała słabość do motywów z przedwojennej europy, które już wkrótce miała zacząć obficie w swojej twórczości eksploatować i nadawać im nowe, groteskowe, ale niewątpliwie na wskroś artystyczne życie; na paralellisme z 1984 roku w jej twórczości dominował jednak wciąż krajobraz wywodzący się stylistycznie z klasycznej japońskiej piosenki kayōkyoku w syntezatorowym, robotycznym anturażu znanym jako techno-kayō, w którym specjalizował się hosono; aksamitny wokal koshi doskonale oplótł zresztą te pulsujące metronomicznie kompozycje, które czasem futurystyczne okazywały się jedynie w kwestii aranżu i rytmiki, melodycznie często przyjmując formy zgoła romantyczne; parallelisme jest uosobieniem estetyki, którą pod przewodnictwem prekursorów z yellow magic orchestra japończycy opanowali w latach 80. do perfekcji — równie chłodnej i robotycznej, co melancholijnej i angażującej słuchacza emocjonalnie. ♪ „ryūgūjō no koibito”, „decadence 120”, „image”


And then one more decade in life and music

1.

siekiera nowa aleksandria 1986

niewiele jest w moim życiu takich krążków; to zupełnie wyjątkowa płyta zarówno w kontekście polskim, jak i światowym; siekiera zupełnie niezależnie od swojej jarocińskiej garażowej przeszłości, ale też od zimnofalowych kolegów z francji, łączy w tych dziesięciu utworach uliczną poezję, punkową ekspresję i przestrzenne lodowe syntezatorowe pejzaże; to płyta wyrosła z niezgody na to, co dookoła, a jednocześnie zbudowana z tego właśnie — z czarnego smogu zalegającego nad szarymi brudnymi blokowiskami i czerwonej poświaty, która to wszystko spowija; płyta totalna. ♪ „nowa aleksandria”, „czerwony pejzaż”, „bez końca”


Opublikowano

80✕80:80 płyt z lat 80. — cz.1

And then one more decade in life and music

kolejny rok, kolejne muzyczne podsumowanie dekady — zastanawiałem się, czy tym razem przysługuje mi jeszcze prawo do używania podtytułu, że to jeszcze jedna dekada w muzyce i w życiu; potem pomyślałem, że nawet przecież jeśli nie chodzi o życie wtedy, w latach 80., to przecież to życie, które trwa wciąż przetwarza i korzysta z dorobku tamtego dziesięciolecia — wcale nie zawisło w próżni 35 lat temu; choćby przez to, że internet otworzył szeroko drzwi i oczy na płyty i konteksty, które nie były wcześniej w zasięgu dla takiego przeciętnego kurtka jak ja czy kogoś trochę podobnego; moja osobista historia z latami 80. jest taka, że gdy jako młody chłopak zakochałem się w muzyce beach boysów, a później szeroko pojętej rockowej i popowej psychodelii, miałem z latami 80. duży problem — syntezatory i automaty perkusyjne nie pasowały do organicznej wizji muzyki, jaką wówczas miałem; od tamtej pory wielokrotnie miałem okazję weryfikować swoje zdanie, poznając setki kapitalnych projektów i stylów w nurcie (szeroko pojętej) 80sowej nowej fali; z trudem udało mi się wybrać 80 krążków, które uznałem za najbliższe mi (in life) i najciekawsze (in music)


And then one more decade in life and music

80.

metallica master of puppets 1986

master of puppets dla dzieciaka, który kojarzył grupę głównie z „nothing else matters” i niefortunnego st; anger, było jak odkrycie ameryki; czy może raczej — jak odkrycie ameryki przed kolumbem; choć jak powszechnie wiadomo, metallica skończyła się na kill ’em all, swoje kroki skierowałem w pierwszej kolejności ku płycie o najbardziej kultowym statusie; na przestrzeni lat zresztą dość skrupulatnie zweryfikowałem swoje zdanie i opinię o master, które w swojej nieskruszonej dynamice rozwala w pył wszystko stojące na jej drodze; mój problem z tym bombastycznym materiałem jest natomiast taki, że nie mam do metalliki ani odrobiny sympatii, że pomimo, że doceniam ten materiał całym sobą, gdy wybrzmiewa, nie udało mi się znaleźć z nim jakiejś osobistej więzi, która pomagałaby mi za nim zatęsknić; mimo wszystko nie umiałem znaleźć bardziej adekwatnego sposobu na otwarcie tego zestawienia niż umieszczenie go na jego czele. ♪ „master of puppets”


And then one more decade in life and music

79.

eric b. & rakim paid in full 1987

80sowe rapsy to trudny temat — nie żebym ich nie lubił, ale to bardzo specyficzny styl, który bardziej niż rock tamtego okresu zestarzał się w stosunku do naszych współczesnych definicji gatunkowych; wróciłem do wielu kultowych hiphopowych płyt z tej dekady pod kątem tej listy — zacząłem od raising hell, przypomniałem sobie 3 feet high and risingstraight outta compton; wiem, istnieją jeszcze public enemy i beastie boysi, ale już dawno postanowiłem zostawić tę muzykę za sobą jako ciekawą, ale totalnie przebodźcowującą; gdzieś w centrum tego wszystkiego trafiłem jednak na paid in full erica b; i rakima — potężną kopalnię sampli dla kolejnych pokoleń twórców, nie tylko hiphopowych, wpadającą co prawda, nie przeczę, w pułapkę z mojego wprowadzenia, ale też może przez bardziej boombapowy charakter tego materiału (do czego zawsze miałem słabość) całościowo uchodzi mu to na sucho; no i „i know you got soul” towarzyszy mi przeszło od dekady jako fragment intra i swoisty manifest audycji soulbowl, a to już niezbywalna część mojej tożsamości. ♪ „I know you got soul”


And then one more decade in life and music

78.

tom petty full moon fever 1989

nigdy nie byłem wyznawcą petty’ego, co jest w sumie dość dziwaczne, jeśli się weźmie pod uwagę moją słabość to współczesnego heartland rocka; „i won’t back down” stanowi zresztą od lat jeden z filarów wielu moich ukochanych plejlist i jego wpływ na moje postrzeganie rocka jest nie do przecenienia; full moon fever w całości nie słuchałem z kolei od lat (i miałem swoje powody), ale koniecznie chciałem przy tej okazji do niego wrócić, by przekonać się, na ile moje wcześniejsze wrażenia się potwierdzą; o ile bowiem podoba mi się bardziej radiowy kierunek, jaki petty obrał na swoim solowym debiucie, a ogólny koloryt tego projektu zahaczającego momentami o folk i country, całkiem mi się widzi, to jednak album ma lepsze i gorsze momenty, i w zasadzie nie udaje mu się już dotknąć absolutu mojego „i won’t back down” (najbliżej jest pędzące rock&rollową międzystanówką „runnin’ down a dream”); mimo tego płyta zawsze będzie mi się kojarzyć dobrze i jeśli kiedyś uda mi się trafić na egzemplarz w dobrym stanie i rozsądnej cenie, to chętnie go przygarnę, bo to muzyka, która potrafi pięknie człowiekowi towarzyszyć. ♪ „I won’t back down”, „runnin’ down a dream”


And then one more decade in life and music

77.

bill fontana landscape sculpture with fog horns 1982

bill fontana, pionier sound artu i field recordingu, w 1981 podczas festiwalu postanowił nagrać krajobraz dźwiękowy zatoki san francisco, w centralnym punkcie, zgodnie zresztą z tytułem, umieszczając nautofony; nautofony, traktowane raczej jako urządzenia niż instrumenty, używane są na statkach do nadania sygnałów nawigacyjnych w czasie mgły; to bardzo charakterystyczny dźwięk z miejsca wywołujący określone skojarzenia i przenoszący nas przynajmniej do portu, a być może i na pełne morze; to też dźwięk, który my, szczury lądowe, znamy raczej z filmów niż z życia; i być może dlatego od czasu, gdy przed wieloma laty trafiłem na nagranie tej zrealizowanej z rozmachem instalacji, nie chcę i nie mogę o niej zapomnieć; podchodząc do tematu od nieco innej strony landscape sculpture with fog horns to coś jakby proto-drony, co więcej, uwolnione z okowów sali koncertowej czy studia, co nawet bardziej przemawia do wyobraźni. landscape sculpture with fog horns (1981 installation version)


And then one more decade in life and music

76.

zespół reprezentacyjny śmierć za idee 1986

nigdy bym nie sięgnął pewnie po oryginalnego brassensa z przyjemnością, gdyby nie ta nie tyle nawet płyta, co kaseta wydana przez grupę studentów-iberystów z filipem łobodzińskim i jarosławem gugałą na pokładzie, którzy muzykę francuskiego barda ze swadą przetłumaczyli i wykonali po naszemu; siedem lat później materiał nagrano ponownie pod nowym tytułem, ze zmianami w tekstach i samej selekcji utworów, ale tamtej wersji, zaaranżowanej mniej kameralnie i zaśpiewanej nieco bardziej po aktorsku, dalej do ducha muzyki brassensa i stąd, przez te wszystkie lata trzymam się swojego empetrójkowego ripu, w jakości, siłą rzeczy takiej sobie, co tłumaczy też dlaczego zamiast reedycji zdecydowano się na rerecording; to coś jakby po części antybiblia, po części bibelot. ♪ „zła opinia”, „dzielna margot”


And then one more decade in life and music

75.

francis bebey akwaaba: music for sanza 1985

psychodeliczne afrykańskie bębny z kamerunu; na zachodzie ometkowalibyśmy je jako tribal ambient, ale źródła tego brzmienia tkwią w odmianie muzyki folkowej z afryki środkowej — bikutsi; to totalnie odjechana rzecz przenosząca europejczyków w zupełnie inne miejsce; nagrania są z lat 80., ale to w tym kontekście zupełnie bezużyteczny timestamp, bo ich miejsce jest poza czasem, w rzeczywistości rytuałów ludowych; duża część krążka akwaaba wchodzi w skład francuskiej kompilacji psychedelic sansa 1982-1984, która zadaje się stanowić bardziej kompleksowe doświadczenie tej stylistyki ♪ „bissau”


And then one more decade in life and music

74.

the hilliard ensemble tallis: the lamentations of jeremiah 1986

hilliard ensemble jest chyba najbardziej kojarzone z muzyką garbarka i pärta, choć w repertuarze mają cały przekrój chóralnej muzyki dawnej; nie będę próbował kreować się na eksperta, nie mam o niej pojęcia, nie sięgnam też po nią zbyt często, choć, mam wrażenie, bywają takie momenty, kiedy to ona dosięga mnie; nie potrafię jej się wtedy oprzeć; jedną z płyt, które jako pierwsze przychodzą wtedy do mnie jest the lamentations of jeremiah z muzyką thomasa tallisa (o którym słyszałem na lekcjach muzyki, ale dopiero dzięki hilliard przestał być na mnie nazwiskiem w książce i stał się bardziej zmysłowy); jestem przekonany, że zanim zaczęła działać na mnie ta muzyka, zadziałał na mnie tytuł — kryptyczny, biblijny i nawet w oderwaniu od oryginalnego kontekstu epatujący jakąś przedwieczną mistyką unieśmiertelnioną dla potomnych w nowej kunsztownej formie przez renesansowego kompozytora; muzyka oddaje charakter tekstu — przez ból i cierpienie, ostatecznie przebija się nadzieja; tak myślę o tej muzyce i tak ją czuję. lamentations of jeremiah i


And then one more decade in life and music

73.

yellow magic orchestra technodelic 1981

nie ma lat 80. bez yellow magic orchestra; i choć technodelic nie dorównuje pod kątem przebojowości solid state survivor z 1979, eksploruje obszary muzyki elektronicznej, które śmiało można by określić jako proto-techno, skupiając się podobnie jak solowy krążek sakamoto z tego samego roku, left handed dream, na rytmice; na szczęście technodelic nie pozbawiono zupełnie refrenów takahashiego, które zawsze dodawały muzyce ymo emocjonalnej głębi, ale pełnią tutaj rolę raczej pomocniczą; miąższem tej płyty jest jej struktura ukryta w dynamice bębnów z syntezatorowymi refrenami; rzecz jest gęsta i pomimo tego, że kolejne kompozycje odznaczają się jedna od drugiej, w klasyczny sposób, technodelic stworzono, by raczyć się nim w całości i w takiej formie zawsze wypada doskonale. ♪ „epilogue”


And then one more decade in life and music

72.

aya rl aya rl 1986

gdy zacząłem odsłuchy do tego podsumowania, sprawiłem sobie wreszcie tę płytę, ostatecznie rozwiązując niedającą się wcześniej rozwiązać zagadkę, czy ten album ostatecznie bierze mnie, czy nie; zawsze patrzyłem na ayę rl jako łącznik pomiędzy stanowiącą ostateczny cel wędrówki betonową antyutopią nowej aleksandrii, a rzeczywistością, nie dość betonową i nie dość zimną; to z jednej strony stanowiło dla mnie argument przeciwko (w kontraście do krążka siekiery), z drugiej uzasadniało egzystencję tego projektu na tyle, że nie dało się z tym dyskutować; zdecydowanie najbardziej lubię te fragmenty, gdy grupa pozwala wybrzmieć syntezatorowym riffom jak w „księżycowym kroku”, transcendentnym otwarciu czegoś całkiem jednak plugawego; zajmujące są też minimalistyczne awangardowe aranże, które to szepczą, to krzyczą, wikłając słuchacza w surrealistyczny bieg tej fascynującej, choć wciąż na jakimś poziomie nieco obcej dla mnie płyty. ♪ „księżycowy krok”


And then one more decade in life and music

71.

prefab sprout steve mcqueen 1985

jangle pop bez teatralności smithsów czy szorstkości r.e.m; w bardziej wysmakowanym aranżacyjnie sophistipopowym wydaniu, ale z naciskiem na melodykę; nie umiem do końca opisać wszystkiego tego, co słyszę — to złożony krajobraz, w równej części popowy i rockowy, ale nie w formie prostolinijnego pop rocka; raczej umiem bardziej go sobie wyobrazić niż opisać; strona a, co zdaje się potwierdzać konsensus recenzencki, to czysta magia, strona b pozostaje gdzieś nieco w tyle, wciąż trzymając pion i poziom ♪ „when love breaks down”, „faron young”


And then one more decade in life and music

70.

juicy fruits drink! 1980

nic mnie nie łączyło z tą muzyką, zanim wygrzebałem tę płytę z kosza wszystko za pięćset jenów w tokijskim hmv; a wygrzebałem ją w pierwszej kolejności dlatego, że to tutaj znalazła się oryginalna wersja kultowego „jenny wa gokigen naname”, które później wykonywali hi-posi i perfume, a z którym połączyła mnie już wcześniej jakaś cokolwiek niezdrowa relacja; dopiero po wielu odsłuchach okazało się, że na tym krążku w zasadzie nie ma złych momentów; są jedynie trochę dziwne — cały album jest czymś pomiędzy zachodnim rockiem nowej fali, japońskim idol bandem a nabierającym z początkiem syntezatorowych lat 80. rozpędu techno kayō — rearanżacją klasycznej melodyki kayōkyoku w nowej formule; drink! jest dzięki temu dość nietuzinkowe — w zasadzie nie ma tutaj progu wejścia, to kwestia akceptacji tej pojebanej (to najlepsze słowo, uwierzcie) stylistyki — jednocześnie ostrej na krawędziach i słodkiej do bólu; na poziomie filozofii juicy fruits mają coś z kyary pamyu pamyu — kawaii miesza się z kowai, a rezultat jest okashii; strona a jest okejkowa, ale to na stronie b jest prawdziwy szał — z kulminacją w postaci urokliwego coveru serowego „the night has a thousand eyes” i post-dancingowym rockabilly w „rhythm kimareba”. ♪ „rhythm kimareba”, „otome no count down”


And then one more decade in life and music

69.

talking heads stop making sense 1984

dopiero zeszłego lata doświadczyłem stop making sense tak, jak należy tzn; na wielkim ekranie; wcześniej widziałem tylko fragmenty, a odsłuch płyty bez obrazu początkowo nieszczególnie mnie przekonał; i nadal nie jestem pewien, czy to jest definitywna formuła dla talking heads — cholernie kreatywnej grupy, która jednak na każdej płycie miała lepsze i gorsze momenty; stop zbiera w dużej mierze te lepsze i ożywia jest funkową energią, której headsom zawsze brakowało trochę w nagraniach studyjnych; to na pewno absolutne doświadczenie koncertowe, nie jestem jednak wciąż pewien, na ile także w formie bez obrazu. ♪ „found a job”, „take me to the river”


And then one more decade in life and music

68.

elvis costello punch the clock 1983

był taki moment, że aspirowałem do bycia kompletystą w kwestii fizycznych dyskografii moich ulubieńców, do ulubieńców należał wówczas także costello (nadal się lubimy, ale trochę rzadziej mamy ze sobą kontakt) i tam punch the clock — ta prawie że sophistipopowa odsłona króla nowofalowego rock & rolla, wtedy wydawała mi się zupełnym kuriozum, ale teraz spośród jego 80sowego repertuaru jest mi do niej całkiem blisko; jest tu wiele ładnych melodii, charyzmatyczna sekcja dęta i soulujący feeling — to duża dawka pozytywnej energii i wykwintnego popu najwyższej próby (może nie wszystkie numery dowożą, ale stoję w opozycji do wyborów rym-owiczów pod tym kątem). ♪ „love went mad”, „let them all talk”


And then one more decade in life and music

67.

akina nakamori crimson 1986

akinę nakamori łatwo zbagatelizować — zaczynała jako idolka nastolatek, wydając każdego roku po dwie-trzy płyty, i dopiero w połowie lat 80. dojrzała do czegoś poważniejszego; w 1986 roku najpierw w sierpniu wydała hipnotyczny koncepcyjny krążek post-apo fushigi, a później w wigilię bożego narodzenia — crimson, gdzie we wciąż mocno newwave’owym anturażu zbliżyła się jak najbardziej mogła do citypopowej wrażliwości, czy operując kryteriami zachodnimi — r&b; ogólnie nie jestem miłośnikiem wokalu akiny, która potrafi prześpiewywać utwory na modłę klasycznego kayōkyoku, ale jednocześnie mógłbym podać crimson za wzór wokalnej subtelności — ktoś, kto akinę wymyślił na potrzeby tego krążka, zrobił to perfekcyjnie; nakamori jest niewątpliwie w centrum tego albumu, ale stapia się w jedno z tematem miejskiej melancholii, który zdominował ten materiał. ♪ „aka no enamel”, „oh no, oh yes!”


And then one more decade in life and music

66.

randy travis always & forever 1987

country lat 80. było, ogólnie rzeczy biorąc, w nadzwyczaj nędznej kondycji; w drugiej połowie dekady m.in; właśnie randy travis przyczynił się do odbudowy klasycznego brzmienia gatunku; od lat zamierzałem pochylić się nad jego dyskografią z większą uwagą, ale dopiero to zestawienie dało mi niezbędną motywację; pierwsze trzy płyty były nie tylko wielkimi komercyjnymi przebojami w amerykańskim radiu, ale zostały też przyjęte entuzjastycznie przez krytykę; mnie z tej trójki od samego początku najbardziej uwiodła środkowa — always & forever, i to pomimo serowej okładki i quasitytułowego utworu „forever and ever, amen”, który do dzisiaj pozostaje największym hitem travisa, a mnie osobiście trochę żenuje swoją naiwnością; dość prostolinijny songwriting pozostaje jednak mocną stroną krążka (i wczesnej dyskografii travisa ogólnie), w dużej mierze dzięki temu, że artysta potrafi przekonująco je zinterpretować; mimo tego, że to muzyka kierowana do szerokiej publiczności i wydawana przez ogromną wytwórnię, nie przypominam sobie bardziej jakościowego country z lat 80. ♪ „too gone, too long”


And then one more decade in life and music

65.

the waterboys this is the sea 1985

gdy słuchałem tej płyty po raz pierwszy lata temu w kontekście, który już zupełnie zapomniałem, nie sądziłem, że przyjdzie mi do niej wrócić i zrewidować swoje odczucia zupełnie diametralnie; może podobnie jak przy tango in the night fleetwood mac dojrzewałem do tej muzyki, nie słuchając jej, a wszystko nagle stało się jasne, gdy nasze drogi znów się przecięły? gdybym nie odkrył, że to stąd wzięło się „the whole of the moon”, które urosło we mnie w ostatnich latach nie wiadomo skąd jako jeden z tych transcendentnych momentów w muzyce popularnej, być może do tego pojednania by nie doszło; a jednak — to niesamowicie autorskie, ściśle splecione połączenie jangle popu, post-punku, folku i heartland rocka pożenione z jakąś trudną do opisania, ale zawartą w sercu tego materiału wspaniałością chwili; pędem, który jest możliwy do uchwycenia tylko w konkretnym punkcie, który daje nadzieję zmian, wolę walki i chęć życia; to płyta, która intryguje mnie na wielu poziomach i jestem przekonany, że od teraz będzie między nami tylko lepiej. ♪ „the whole of the moon”, „old england”


And then one more decade in life and music

64.

satoshi ashikawa wave notation 2: still way 1982

w równych proporcjach łączy klasycznie japońską melodykę, post-minimalistyczną pejzażowość, ducha kankyō ongaku i zuchwałość współczesnej kompozycji; rzecz, której bezskutecznie szukałem od lat, gdzie dysonanse i harmonie mieszają się w quasi-tanecznym ujęciu; to muzyka tyleż odprężająca co frapująca, zawsze jednak bliska w jakimś zaskakująco post-romantycznym (choć nie dosłownie) ujęciu emocjonalności; dla mnie, który naturalnie chłonę muzykę wrażeniowo, to istny raj; proste i złożone to część tej samej formy, zawsze niestrudzenie szczerej i bliskiej. ♪ „still park – piano solo”


And then one more decade in life and music

63.

hiroshi yoshimura wave notation 1: music for nine post cards 1982

od kilku lat trwa na zachodzie festiwal hiroshiego yoshimury — co rusz jakaś oficyna oficjalnie reedytuje jakieś z jego dawnych nagrań; wszystko zaczęło się w 2017 roku od music for nine post cards, pierwszej części enigmatycznej trylogii wave notation, które najpierw wypuściło empire of signs, a później przechwyciło light in the attic; z jednej strony można ten album potraktować jako wizytówkę japońskiego ambientu nurtu kankyō ongaku, czyli pożenionego w równych proporcjach z new age’m, impresjonizmem i awangardą; z drugiej zaś — jest to rzecz mimo wszystko dość odrębna — bardziej niż większość kankyō ongaku wycofana i minimalistyczna; bliższa sztuce wystawowej niż przestrzeni codzienności, co nie jest zarzutem, ale dystansuje mnie od niej skutecznie; gdy kilka lat temu nabyłem egzemplarz, wydawało mi się, że będę po ten krążek sięgał na co dzień, a tymczasem zachowuję go na chwilę szczególnej potrzeby i wzmożonej uważności; taka to muzyka. ♪ „blink”, „soto wa ame”


And then one more decade in life and music

62.

the pussywillows spring fever! 1988

przez wiele lat, najpierw jako dzieciak, potem student i młody dorosły, miałem problem z latami 80. chłodna produkcja, syntezatory i automaty perkusyjne to nie było coś, co mnie brało; w tamtym czasie najbardziej brało mnie organiczne i dość surowe brzmienie lat 60. i ten dość kompaktowy (choć niewydany nigdy na cd) krążek jest pamiątką tamtej epoki; dziewczyńskie trio the pussywillows nie było nawet one hit wonder, nagrało tę niepozorną epkę wypełnioną bardzo trueschoolowo brzmiącym surfrockiem jakoś na fali stylistycznych powrotów do lat 60. w drugiej połowie lat 80. i faktycznie można by ten krążek umieścić gdzieś pomiędzy the ronettes a surfin’ usa beach boysów i nie byłoby zgrzytu; materiał jest tu w dużej mierze pożyczony, ale tak, żeby nie dało się łatwo poznać, a dziewczyny dowożą — mają charyzmę wokalną, gitary i sekcję rytmiczną zupełnie jak trzeba; spring fever! pędzi przed siebie z zadziwiającą siłą i pewnością siebie, pomimo świata, który był wtedy już zupełnie gdzie indziej i niewątpliwie wątłego budżetu; to jedna z tych pozycji, które definiują dla mnie beztroskę; i może dlatego wciąż nie potrafię jej się oprzeć. ♪ „don’t say he’s gone”, „hold my hand”


And then one more decade in life and music

61.

the jesus and mary chain psychocandy 1985

psychocandy, hałaśliwy proto-shoegaze ze słabością do popu lat 60. spod znaku phila spectora, gdy tylko został uważniej przeze mnie odsłuchany, ujawnił moją słabość do tej jakże oryginalnej, na wskroś awangardowej wówczas i odważniej mieszanki stylistycznej; nawet jeśli jesus and mary chain nie dowożą tu melodyki na miarę my bloody valentine, z dumą można położyć ten krążek na półce zaraz obok mistrzów shoegaze’u, co już niedługo mam nadzieję przedsięwziąć zupełnie fizycznie. ♪ „just like honey”


And then one more decade in life and music

60.

steve monite only you 1984

to jeden z tych fascynujących przypadków krążka odkrytego przez szerszą zachodnią publikę dopiero po wielu latach; steve monite to nigeryjski piosenkarz boogie i disco, a only you, wydane oryginalnie w 1984 roku, to jego jedyny longplay; dopiero po premierze składanki doing it in lagos: boogie, pop & disco in 1980s nigeria w 2016 roku nakładem brytyjskiego soundway records zachodni słuchacze dostrzegli tytułowe „only you” — 6 lat później, by popular demand, reedytowano więc cały krążek monite’a o tym samym tytule; rzecz z jednej strony wykorzystuje najbardziej kiczowe syntezatory jakie można sobie wyobrazić, z drugiej — ma w sobie jakiś nieodparty urok, charyzmę i oczywiście melodie; brzmi to trochę tak, jakby monite wraz z zespołem śpiewał teraz na żywo zaraz obok nas — jakby materiał był tylko w cżęści wyreżyserowany, a cała reszta była wynikiem charyzmatycznej improwizacji. ♪ „only you”


And then one more decade in life and music

59.

edyta geppert och, życie kocham cię nad życie 1987

to jedna z muzycznych pocztówek mojego wczesnego dzieciństwa; babcia miała ten album na kasecie i siłą rzeczy często go słyszałem; dla babci i mamy geppert uchodziła wtedy za wzorzec scenicznej klasy i elegancji — myślę, że zresztą w tym względzie po stronie artystki wiele się nie zmieniło, poza może tym, że wypadła z obiegu medialnego; zostały piosenki — zaśpiewane dość tradycyjnie w inspiracji chanson, zaaranżowane dość kosmicznie w stylu epoki; paradoksalnie moje ulubione momenty tutaj to te najmniej znane — „nocny dyżur”, „mój człowiek”, „poésie” — jest w nich jakaś ponadczasowa tęsknota mieszająca z rozmysłem słodycz z goryczą. ♪ „nocny dyżur”, „mój człowiek”


And then one more decade in life and music

58.

anri timely!! 1983

śmiałem się ostatnio, że anri w latach 80. wydała chyba z dziesięć płyt; touché! wydała jedenaście; słuchałem kilku kultowych z okresu 1982-1984, ale tylko timely!!, słusznie zresztą stawiana na citypopowym piedestale, zaczarowała mnie w całości i bez konieczności zawierania z muzyką na krążku jakichkolwiek kompromisów (prawie spełnia ten warunek także heaven beach z 82) — może dlatego, że w niemal w całości (poza dyskotekowym openerem) trzyma się konsekwentnie tematu letniej beztroski zwieńczonej jakimś słodko-gorzkim finałem, gdy trzeba już pożegnać słońce; anri jest świetną piosenkarką, której trochę brakuje charakteru, co timely!! pięknie nadrabia spójnym brzmieniem i dobrymi melodiami. ♪ „windy summer”


And then one more decade in life and music

57.

miharu koshi boy soprano 1985

rok po kultowym parallelisme miharu koshi zjednoczyła siły z haruomim hosono po raz kolejny, ale tym razem nawet bardziej na własnych regułach — na pierwszy plan wysunęły się inspiracje koshi europejską muzyką klasyczną, a hosono po swojemu zaaranżował to wszystko na syntezatory; są tu więc dwie reinterpretacje utworów schuberta, w tym jedna wyjątkowo dziwaczna — kosmiczna synthpopowa wersja tego „ave maria”; jest proto-glitchpopowy rap okraszony niemieckojęzycznym tytułem „lip shütz”, a kilka pozostałych numerów w taki czy inny sposób, mimo technopopowej powierzchowności, melodycznie śmiało nawiązuje do muzycznych tradycji starej europy; to płyta, która przy pierwszym kontakcie raczej odstręcza niż fascynuje, co jednak łatwo daje się odwrócić, bo w tym szaleństwie jest metoda, a miharu koshi to jedna z najciekawszych piosenkarek swojej generacji, z łatwością dająca radę niejednej anri czy akinie, niezależnie od repertuaru; jest w tej muzyce historia na wielu poziomach i nie potrafię już o niej zapomnieć. ♪ „hashire usagi”


And then one more decade in life and music

56.

james brown in the jungle groove 1986

nie szukajcie dalej, to jest ten james brown, którego chcecie i potrzebujecie! to dość paradoksalne, bo w 86 brown był już absolutnie poza soulowym czy funkowym nawiasem i ten quasi-album-quasi-składak został przyjęty jako ciekawostka dla muzycznych geeków; na płytę złożyła się selekcja tanecznych numerów browna z lat 1969-71, w tym jeden wcześniej niepublikowany i kilka remiksów (wiernych naturze i oryginalnemu brzmieniu browna), a klucz do krążka stanowił beat; w połowie lat 80. brown stał się kopalnią sampli dla rodzącej się sceny hip-hopowej i in the jungle groove było odpowiedzią na rosnące zainteresowanie oryginalnymi nagraniami funkowego mistrza w tym nowym kontekście; moje wcześniejsze doświadczenia z brownem były raczej mieszane — podziwiałem jego energię, która przepełniała poszczególne numery, ale w kontekście płytowym, brown rzadko kiedy potrafił to dowieźć; udało się to dopiero w retrospekcji na in the jungle groove, którego centralnymi punktami są groove i energia; to bardziej doświadczenie niż płyta sensu stricto, kolejne numery układają się w coś na kształt funkowego jam session, gdzie motywy i refreny są tylko punktem wyjścia do synergetycznej improwizacji — w tym przypadku pod dyktando pulsującego bitu i pod przewodnictwem najbardziej charyzmatycznego soulowego wodzireja. ♪ „funky drummer – pt. 1 & 2”


And then one more decade in life and music

55.

steve reich octet · music for large ensemble · violin phase 1980

w cieniu przesławnego music for 18 musicians, tak długim i gęstym, że nie sposób dojrzeć niczego innego, jest wydana dwa lata później płyta z trzema mniejszymi kompozycjami: octet, music for a large ensembleviolin phase; każda z nich jest na swój sposób znakomita i ma własną tożsamość, choćby ze względu na odmienne instrumentarium; to główna przewaga tej płyty nad słynniejszym poprzednikiem — każdy z trzech utworów trwa mniej więcej ćwierć długości music for 18 musicians — wystarczająco, by zainstalować się wygodnie w dźwiękowej przestrzeni, ale nie tyle, by stracić nią zainteresowanie i bezwiednie zająć głowę czym innym; choć to octet służy tu za danie główne, moim ulubionym momentem zawsze było rozpoczynające music for a large ensemble — pozornie bezpośrednia kontynuacja wcześniejszego projektu, jednak różniąca się diametralnie energią i wymową; to naturalnie bardzo jasne i medytacyjne granie utkane w formie dźwiękowych sieci, których rozplątywanie daje przejmującą satysfakcję. ♪ „music for large ensemble”


And then one more decade in life and music

54.

saeko suzuki the law of the green 1985

lata 80. to był ten czas, gdy twórcy chętnie ścigali się przez płotki na to, kto nagra płytę dziwniejszą — nawet w głównym nurcie; nie ukrywajmy, ja lubię dziwne płyty; novelty ponad rzemiosłem to moje sekretne motto; i tu właśnie do akcji wkracza saeko suzuki, cała na zielono, ze swoim zielonym ładem — dźwiękowym kodeksem rozpisanym na dzwonki od rowerów, synetezatorowe marimby i żaby; suzuki w niezbornym rozkroku między popowymi refrenami, musicalowym sznytem, energią zolo a medytacyjnym kankyō ongaku tworzy album równie absurdalny, co rozkoszny; to czysta fantasmagoria, podróż do jakiejś odległej dziwacznej bajkowej krainy, do której worteks znajduje się w samym sercu lat 80. ♪ „good morning”, „mon biclo”


And then one more decade in life and music

53.

the smiths the queen is dead 1986

the smiths to styl życia, czy może raczej percepcji życia, a przynajmniej myślenia o życiu; poetyka morrisseya tańczącego na grobie oscara wilde’a z lekką manieryczną, ale fascynującą narracją, która podczas słuchania manifestuje się słuchaczowi w sposób niemal fizyczny; to trochę tak jakby ktoś bardzo samotny delikatnie przytulił kogoś drugiego, równie samotnego, a po wszystkim rozeszliby się — każdy z powrotem w swoją samotność; jest w tym miejsce na czułość, ale jest też przewrotność, którą można rozumieć jako poetycką zawadiackość, ale też ostentacyjne przewracanie oczami; tacy właśnie są the smiths, a the queen is dead wyraża ich charakter najpełniej ze wszystkich czterech studyjnych krążków zespołu; są i tacy, owszem, którym się wydaje, że to debiut, ale tam większość kompozycji była melodycznie nijaka, a tutaj mamy więcej muzycznej substancji (transcendencji nawet) niż na części kompilacji z singlami grupy; są, owszem, potknięcia; na szczęście album można (czyt; należy) zakończyć po „there is a light” i udawać, że ma tylko 9 utworów. ♪ „the boy with the thorn in his side”


And then one more decade in life and music

52.

pixies doolittle 1989

to zabawne — kupiłem tę płytę sto lat temu, przede wszystkim chyba ze względu na rozpoczynającego debasera, ale nie pamiętam, żebym kiedykolwiek jej w tym czasie słuchał; powodem, tyleż prozaicznym co znamiennym, starość; zbyt hałaśliwi zrobili się dla mnie starzy dobrzy pixies, choć może po prostu na wierzch wyszła cecha, którą tylko pozornie miałem kiedyś za zaletę, a w rzeczywistości zawsze był to znak jakiejś granicy; inaczej nie pożegnałbym się z nimi ot tak; ale właśnie to połączenie hałaśliwych gitar i niemal popowego songwritingu, który nigdy nie zaistniał na listach przebojów, robi robotę tak bardzo; bez pixies nie byłoby tych wszystkich weezerów, wavvesów, japandroidsów i setek innych grup, które mi zrobiły studiowanie i przez które sięgnąłem po pixies i zakochałem się w ich dwóch pierwszych płytach (pozdrawiam stąd surfer rosa z 1988, które też kupiłem i też go nie słucham); z drugiej strony słychać tu też jakąś zadziorność ramonesów, surferski vibe beach boysów, garażowość velvetów; doolittle jest w ten sposób zupełnie niezbędne. ♪ „wave of mutilation”, „debaser”


And then one more decade in life and music

51.

lech janerka historia podwodna 1986

ależ ten janerka był znakomity! chociaż mam silniejszą więź z debiutanckim klausem, muszę przyznać, że historia podwodna zachowała większość jego zalet (bezkompromisowy i niewiarygodnie przebojowy songwriting janerki oraz nieustającą skłonność do formalnych eksperymentów na punkowej kanwie), a pozbyła się największego mankamentu — jarmarcznej fragmentaryczności; janerka jest tu dużo bardziej skoncentrowany i wyraża siebie pełniej; i nawet jestem skłonny uwierzyć, że historia jest podwodna, pulsuje, klekoce, świdruje, brzęczy jak łódź podwodna między wiolonczelowymi falami i prądami, i w jej ramach też cały ten społeczny galimatias janerka musiał pomieścić; może tego nie jestem sobie w stanie do końca wyobrazić — debiut klausów zawsze był dla mnie jasną wizją, wszystkie składowe stawały mi tam przed oczyma, ilekroć usłyszałem fragment; w historii, choć niczego jej nie brakuje, a nawet ma więcej, niż by można było oczekiwać, to się jakoś nigdy nie składało; i to jest mój jedyny, największy i najmniejszy zarzut; poza tym świetna płyta. ♪ „lola (chce zmieniać świat”


And then one more decade in life and music

50.

hiroshi yoshimura green 1986

inaczej niż w przypadku music for nine post cards wydane cztery lata później (w dwóch wersjach) green to harmonijna podróż ku naturze i kanoniczny przykład medytacyjnego new age’u — zaskakująco melodyjnego i wcale nie serowego; kolejne utwory są poukładane post-minimalistycznie, tak żeby kolejne motywy intrygowały słuchacza, ale nie wybijały go z transu; organiczność tej muzyki jest celowo upozorowana — green nie próbuje zastąpić obcowania z naturą, raczej poszerzyć to doświadczenie, do czego, co zrozumiałe, wykorzystuje własne środki; technikalia tej muzyki są jednak drugorzędne, liczy się właśnie doświadczenie. ♪ „green”


And then one more decade in life and music

49.

japan gentlemen take polaroids 1980

david sylvian był dla mnie nieuchwytny całymi latami, a jednocześnie dokoła niego gromadziły się kolejne impulsy zwracające mnie co rusz w jego stronę; nie mam pewności, czy gentlemen take polaroids to definicja brzmienia japan — wciąż nie zgłębiłem należycie inspirowanego chińskim folklorem tin drum, ale na tę chwilę to chyba takie japan, do którego potrafię dosięgnąć; tajemnicze, zaskakująco poetyczne, ale wciąż melodyjne i popowe, choć nie bez aranżacyjnych twistów, gdzie noworomantyczną materię powykręcano hipnotycznie tak, że utwory, choć namacalne, są jednocześnie nierzeczywiste; gentlemen take polaroids to wykwintny muzyczny teatr, w równej mierze czerpiący z reguł zachodnich i wschodnich — nie tylko na papierze — muzyczny pomost między faktyczną japonią a europą, czego dowodem niech będzie być może najbardziej intrygujący, inspirowany fortepianowymi miniaturkami erika satie, numer na krążku — napisane przez ryuichiego sakamoto „nightporter”. ♪ „gentlemen take polaroids”, „nightporter”


And then one more decade in life and music

48.

fleetwood mac tango in the night 1985

czy można pokochać jakiś album, nie słuchając go? gdy świadomie poznałem fleetwood mac w ich późno70sowej odsłonie z lindseyem buckhinghamem i stevie nicks w rolach głównych, absolutnie zatraciłem się w ich idealnej mieszance popu i rocka — do dziś pamiętam, jak całym sobą chłonąłem rumours — jakże witalne było to doznanie; jednocześnie jednak dla zasady zacząłem kontestować ich najbardziej ograny radiowo krążek tango in the night, po który naturalnie sięgnąłem zaraz potem; nie spodobał mi się zwrot w stronę syntezatorów pozbawiający ich wcześniejsze brzmienie organiczności; lata mijały, a ja omijałem tango; jednocześnie jednak te znane mi przecież dobrze numery zaczęły dojrzewać wraz ze mną, dawne antagonizmy same zniknęły nie wiem kiedy, i gdy po latach wróciłem do tanga, okazało się, że to na swój własny sposób także znakomita płyta pokazująca inną stronę tego samego brzmienia, które przed laty tak mnie poruszyło. ♪ „you and i, pt. ii”


And then one more decade in life and music

47.

toshifumi hinata hitotsubu no umi (reality in love) 1986

to jedno z moich niedawnych odkryć, wydane zresztą w sercu lat 80. przez tę samą kultową oficynę alfa, którą znam z płyt yellow magic orchestra; i byłaby to może i rzecz zupełnie serowa, gdyby nie soundtracki do filmów studia ghibli joe hisaishiego, które niewątpliwie dzielą z tym wydawnictwem upodobanie do łączenia new age’owego ambientu z motywami impresjonistycznej muzyki kameralnej; różnica jest oczywiście zasadnicza, bo album hinaty nie jest ścieżką dźwiękową do filmu (choć mógłby być!), przez co jest to doświadczenie mniej nieobliczalne (bo soundtracki zwykle są niestety nieobliczalne); na osi czasu album hinaty zgrywa się zresztą niemal idealnie z początkami studia; sam hinata natomiast jest twórcą znacznie bardziej eklektycznym, a ta płyta nie jest najbardziej reprezentatywna dla jego stylu; angielski dziwaczny tytuł reality in love nijak ma się do oryginalnego hitotsubu no umi, które przetłumaczyć można jako morze w jednej kropli z niewydrukowanym na okładce (a jedynie na pasku obi) podtytułem krajobraz serca, które kiedyś odwiedziłem; hinata balansuje tu na granicy czegoś bardzo prawdziwego w post-romantycznym sensie i czegoś, co może zostać rozpoznane jako imitacja; gdy jednak pewne uproszczenia zaakceptujemy i damy tej muzyce wybrzmieć, może zrobić dla nas dużo dobrego; i tę opcję sam wybrałem. ♪ „reflections”, „hikari to mizu”


And then one more decade in life and music

46.

the stone roses the stone roses 1989

pamiętam, że gdy pierwszy raz sięgnąłem po stone roses jakoś na studiach skuszony kultowym statusem tego krążka (i śmiałą kompozycją z okładki, która zawsze wyglądała dla mnie trochę jak wiejski krajobraz widziany z lotu ptaka), była to zdecydowanie jedna z tych płyt, które początkowo stawiały mi opór; cóż wtedy wiedziałem o madchesterze — słonecznym, ale nieco chłodnym w ekspresji — mówimy jednak o ekspresji angielskiej; słuchałem jej wówczas całkiem sporo — zwłaszcza singlowego „i wanna be adored”, które z perspektywy, choć najbardziej ikoniczne tutaj, nie byłoby dzisiaj moim pierwszym wyborem na plejlistę, a później na wiele lat kontakt zupełnie się urwał; gdy wróciłem do płyty teraz, przesłuchałem ją czterokrotnie w ciągu dwóch dni, z poczuciem, że tego właśnie potrzebuję; może to skraj jesieni, wyjątkowo ekstremalny, gdy go porównać z tym, co znamy, ale jest też duże prawdopodobieństwo, że stęskniłem się za tą muzyką — tym jak nienachalnie, ale melodyjnie płynie i składa się w całość; to zresztą obok miami the gun club kolejna płyta, która w niesamowicie adekwatny sposób łączy to co przeszłe (psych-pop z lat 60. à la the kinks) z tym, co dopiero miało nastąpić później (blur); nie śmiałbym włączyć the stone roses w słoneczny dzień, ale jeśli deszczowego dnia potrzebuję odrobiny słońca, które jednocześnie nie wydaje się nie na miejscu — the stone roses sprawdzą się w tej roli najlepiej na świecie. ♪ „this is the one”, „i wanna be adored”


And then one more decade in life and music

45.

wojciech młynarski młynarski w ateneum: recital ’86 1987

kupiłem tę płytę kiedyś od ulicznego handlarza i chociaż w tamtym czasie nieszczególnie było mi po drodze z młynarskim jako wykonawcą własnych utworów (głównie na bazie jego repertuaru z lat 60.), ten recital z 86 okazał się szalenie zajmujący — młynarski jest charyzmatyczny, elokwentny i dowcipy, zarówno gdy wykonuje kolejne utwory, jak i gdy opowiada między nimi rozmaite anegdotki; program jest doskonale wyselekcjonowany, a formuła kameralnego recitalu znakomicie mu służy. ♪ „róbmy swoje”, „po co babcię denerwować”


And then one more decade in life and music

44.

akiko yano tadaima. 1981

akiko yano przy okazji reedycji jej dyskografii w poprzedniej dekadzie przez paryską oficynę wewantsounds okrzyknięto japońską kate bush; to oczywiście marketingowo-recenzenckie uproszczenie, ale wcale nie krzywdzące, choć obie panie tworzyły paralelne rzeczy w podobnym okresie, z dużym prawdopodobieństwem w oderwaniu, choć być może wcale nie zupełnym, od wzajemnych wpływów i powiązań; yano, przynajmniej na błyskotliwym tadaima., związana z kreatywną stajnią yellow magic orchestra w nurcie techno kayō, jest uosobieniem muzycznego oryginała; to, jak w przypadku bush, bardzo autorska mieszanka mieszająca w równych proporcjach dość szalony, ale jednak melodyjny pop z szeroko pojmowaną awangardą; płyta jest zresztą dość specyficznie ułożona, inaczej niż np. the hounds of love, gdzie na jedną stronę wciśnięto wszystkie przeboje, a drugą spowito eksperymentami — u yano pierwsze dwa i ostatnie dwa utwory złożyłyby się na absolutnie perfekcyjną prog-techno-popową epkę, z kolei materia pomiędzy nimi, to rzecz innej gęstości, artystowski głąb, który jednak nie przekracza pewnej dość istotnej granicy, za którą słuchacz mógłby poczuć dyskomfort i zacząć zadawać te same tendencyjne pytania o zasadność sztuki współczesnej. ♪ „harusaki kobe”, „tadaima.”, „rose garden”


And then one more decade in life and music

43.

prince dirty mind 1980

nie byłoby lat 80. bez purpurowego księcia; choć niewątpliwie centrum jego kariery już na zawsze w percepcji ogółu pozostanie purple rain, ja dość szybko przelałem swoje uczucia względem tego, co uznawałem za esencję prince’a, czyli syntezatorowego funku, na płytę, od której wszystko de facto się zaczęło — dirty mind z 1980 roku; formalnie był to trzeci album artysty, ale pierwszy, na którym naprawdę poszedł na całość — począwszy od przegiętej majtkowo-apaszkowej okładki, przez obezwładniający, naładowany seksualnie klimat funkowego minneapolis — w szczycie ery disco wyszarpujący szalejącą na parkietach publikę w zgoła innym kierunku; lubię tę płytę nie tylko dzięki niesamowitemu wyczuciu melodyjno-produkcyjnemu księcia, ale też dlatego, że od początku do końca opowiada mi historię; no i uwodzi mnie ta buzująca po stokroć na wielu poziomach synthfunkowa stylistyka — kolejne płyty też opowiadały historie, ale albo robiły to niekonsekwentnie (1999, around the world in a day), albo nie była to do końca historia, która przypadła mi gustu estetycznie (purple rain), albo nie byłem w stanie wczuć się w nią od a do z (parade); tak czy inaczej, podtrzymuję opinię, że lata 80. bez prince’a się nie liczą. ♪ „dirty mind”


And then one more decade in life and music

42.

van dyke parks tokyo rose 1989

biednych istotach z emmą stone sceny jej podróży statkiem zrealizowano w jednocześnie surrealistyczny, kiczowaty i majestatyczny sposób; słuchając tego krążka, wizualizuję go sobie w takim właśnie stylu; niebezpodstawnie zresztą, bo przecież żeby niegdyś dostać się z usa do japonii, trzeba było przepłynąć pacyfik; tokyo rose z początku drażniło mnie swoją staromodnie zawadiacką amerykańskością próbującą połknąć japońskie subtelności, niewiele z nich rozumiejąc; wiele lat później, gdy udało mi się wreszcie polubić ameryką i europę, zrobiłem to japońskimi oczami, a to otworzyło mi drzwi także do tej płyty, którą traktowałem wcześniej raczej jako kuriozum; van dyke parks ma do zaoferowania połamaną melodykę, kunsztowne aranże (miejscami przedobrzone dla efektu dramatycznego — tak ma być, to forma quasi-teatralna) i dziwaczne teksty opisujące zawiłe relacje osobiste, polityczne i handlowe; tokyo rose jest reliktem, na który nie było miejsca ani w codzienności lat 80., ani tym bardziej dziś; z tego też powodu jest to mój album podróżny — zabieram go ze sobą, niekoniecznie płynąc przez pacyfik, gdy mam chęć podróżować w jeszcze innym wymiarze — między epokami i rzeczywistościami; pod tym względem tokyo rose jest trochę bardziej jak książka albo jak film. ♪ „trade war”, „yankee go home”


And then one more decade in life and music

41.

duran duran rio 1982

nie jestem duranowcem, jeszcze nie tak dawno rio było jedyną płytą zespołu, której słuchałem w całości; trochę to dziwne, biorąc pod uwagę, że to jedna z tych wielkich perfekcyjnych popowych płyt lat 80., gdzie wszystko jest na swoim miejscu, a każdy kolejny numer dorównuje poprzedniemu jakością i chociaż zmienia się ich ogólny wajb, to wszystko zgrywa się w całość; swoją drogą to chyba najbardziej emblematycznie 80sowa płyta w tym zestawie, czerpiąca bez skrępowania z całego wachlarza stylistycznych atrybutów ♪ „hold back the rain”


Opublikowano

2024 ✕ filmy

2024
zwykle kres moich podsumowań filmowych wyznaczały ceremonie oscarowe i tak powinno było stać się i tym razem, ale zostało mi jeszcze kilka filmów do obejrzenia i pomyślałem, mając w zasadzie gotowe podsumowanie, że dam sobie jeszcze kilka dni, przez które, nie dziwota, nie udało mi się zobaczyć zupełnie nic — zerknąłem więc na listę przegapionych premier i pomyślałem, i tak pewnie nic z tego nie zmieściłoby się do mojej dwudziestki — może kiedyś uderzę się w pierś i z przydechem coś tam sapnę, że się pomyliłem; a może nie; oto gorąca dwudziestka filmów, które obejrzałem w minionym sezonie 2024/25 i polecam


filmy x 2023

20.

nosferatu usa / uk / węgry reż. robert eggers

wampir jest kaprawy, ale straszy fest, dopóki go nie widać. film, co prawda nie bez mankamentów, najlepszy jest, gdy dialoguje z oryginałem, ale coś we mnie czekało na taki triumfalny powrót gotyckiego horroru i to coś nie pozowoliło mi usunąć tego filmu z listy


filmy x 2023

19.

saturday night usa reż. jason reitman

zupełnie jak w przypadku faktycznego saturday night live ze zgiełku postaci i pomysłów wyłania się tutaj ostatecznie jakiś kształt i myślę, że jest to rekonstrukcja jak najbardziej godna 50 lat dziedzictwa snl-a


filmy x 2023

18.

kinds of kindness usa / uk / irlandia reż. yorgos lanthimos

lanthimos zraził tym filmem do siebie swoich nowych i starych widzów z zupełnie różnych powodów; mimo kilku potknięć bez wielkiej pompy dowozi trzy kameralne dramaty z fantastycznym (czy też paranormalnym) twistem; bywa i makabryczny, i zabawny, i wciąż zwykle wie gdzie dołożyć, a gdzie ująć


filmy x 2023

17.

september 5 niemcy / usa reż. tim fehlbaum

zakulisowa i dość oszczędna perspektywa dodaje tej historii zamachu terrorystycznego podczas olimpiady w niemczech w 1972 roku zaskakującego autentyzmu; mimo pozornego chaosu poprowadzono ją ze swadą, a dodatkowo jest jak najbardziej a propos w kontekście trwającego konfliktu izraelsko-palestyńskiego


filmy x 2023

16.

conclave uk / usa reż. edward berger

fascynujące kulisy konklawe wreszcie na dużym ekranie; być może trochę na jedną nutę, ale trzeba przyznać, że w zdecydowanej większości przyjęta konwencja działa i trzyma w napięciu do końca; nie da się też nie docenić znakomitych zdjęć i set designu


filmy x 2023

15.

mars express francja reż. jérémie périn

zaskakująca francuska animacja science-social-fiction, nieźle zrealizowana na poziomie i koncepcji, i technikaliów; historia trzyma w napięciu; w pewnym momencie zmienia kierunek, ale to wcale nie odbiera jej meritum


filmy x 2023

14.

the wild robot usa reż. chris sanders

z początku, jak na kino z gruntu familijne, historię robota w dziczy przedstawiono jako brutalny slapstick, ale później pięknie i harmonijnie się rozwija; to wzruszająca opowieść, którą można czytać na różne sposoby — adekwatna i ponadczasowa; wizualnie ma drobne mankamenty, ale absolutnie robi robotę


filmy x 2023

13.

crossing szwecja / dania / francja / turcja / gruzja reż. levan akin

fabularnie odtwarza pewien schemat, ale nie potrafię zignorować bijącej od niego serdeczności i fenomenalnie wyselekcjonowanej muzyki dodającej mu poetyczności; zwłaszcza w kontekście coraz powszechniejszego negowania podmiotowości osób trans, to kino nie tylko dobre, ale też ważne i potrzebne


filmy x 2023

12.

ryuichi sakamoto | opus japonia reż. neo sora

pozbawione patosu eleganckie pożegnanie nieodżałowanego mistrza z publicznością; zrealizowane na zasadach sakamoto i w jego bezpiecznej przestrzeni w objęciach fortepianu wyrażającego w pełni istotę jego sztuki; „opus” to nie tyle płyta, koncert albo film, ale doświadczenie audiowizualne


filmy x 2023

11.

cerrar los ojos hiszpania / argentyna reż. víctor erice

starzeć najlepiej się bez strachu i bez nadziei; erice ledwie mimochodem stawia ważkie pytania o istotę człowieczeństwa, w centrum umieszczając swoją filmową historię; jest w tym istota magii kina, ale nie w oderwaniu od życia, jakie znamy poza salą filmową


filmy x 2023

10.

a real pain usa / polska reż. jesse eisenberg

dużo emocji wzbudził ten film nad wisłą, jakby eisenberg realizował projekt na zlecenie i za pieniądze polskiego ministerstwa kultury i dziedzictwa narodowego; tymczasem polska polską, a żydzi żydami — jądrem filmu jest przede wszystkim dynamika między bohaterami, ich emocje i stojący za nimi prawdziwy ból, błyskotliwie rozpisane i zagrane


filmy x 2023

9.

la passion de dodin bouffant francja reż. trần anh hùng

nie uważam się za smakosza i nie daję się łatwo zmanipulować internetowemu food porn, a jednak tutaj uległem i nie zapomnę tej wizualnej uczty jeszcze długo. sztuka kulinarna zmieniła ten w przeciwnym razie dość prosty melodramat w smakowite doświadczenie.


filmy x 2023

8.

anora usa reż. sean baker

sam film nie powinien dostać oscara w najważniejszej kategorii — nie tylko odstaje od estetyki nagród akademii, ale przede wszystkim ameryka zrobiła tym samym kolejny krok w szybko rozwijanej ostatnio przez pomarańczową administrację przyjaźni polsko-radzieckiej; sam film jednak stroni od polityki i nie należy brać mu tego za złe, zwłaszcza, że wielokrotnie pięknie wymyka się oczekiwaniom widza i robi ciekawe kino w klasycznych trzech aktach zupełnie z niczego


filmy x 2023

7.

pigen med nålen dania / polska / szwecja reż. magnus von horn

„oszukać przeznaczenie” w powojennej danii, albo historia z nagłówków gazet z nietypowej perspektywy, albo hipnotyzujące zdjęcia wznoszą film na wyższy poziom, doprawiając dość przyziemnej jednak historii wymiaru niemalże transcendentalnego — choćby tylko na poziomie zmysłowym


filmy x 2023

6.

aku wa sonzai shinai japonia reż. ryūsuke hamaguchi

hamaguchi miesza wątki i konwencje, a przy tym naturalnie i głębsze, i powierzchowne myśli; bywa metaforyczny i dosłowny, a zakończeniem mierzy w samego widza, który może dać się temu doświadczeniu ukształtować, albo polec tam na leśnej polanie między jeleniami


filmy x 2023

5.

les graines du figuier sauvage iran / niemcy / francja reż. mohammad rasoulof

złożona alegoria bronionego z pozycji siły i religii patriarchatu, trochę bawiąca się z widzem w kotka i myszkę, ale zwieńczona mocną puentą; choć niewątpliwie uchodźczy charakter tego, pewnie przynajmniej na jakiś czas ostatniego filmu rasoulofa, wzmacnia jego przekaz, sama historia broni się na swoich wielu poziomach i bez tego, nawet dla europejskiego widza, który w pewnym momencie może poczuć się odrobinę zagubiony w tej niespodziewanie dynamicznie eskalującej fabule


filmy x 2023

4.

dune: part two usa itd. reż. denis villeneuve

„diuna” rozwija skrzydła: jest piękna i dużo się dzieje, ale też poświęca jakąś metafizykę, żeby spiąć tę historię, co absolutnie nie powinno definiować tej pełnokrwistej i wyrazistej interepretacji. ferguson kradnie tutaj show, ale elvis-zbój też spoko


filmy x 2023

3.

the brutalist usa / uk / kanada reż. brady corbet

kino monumentalne, ale nie patetyczne, pozostające w ścisłym splocie z życiem. poetycka, ale nie estetyzacja. dla takich historii chodzi się do kina; niewątpliwie lepiej oglądało się ją bez oscarowego szumu, nawet jeśli ci szczepczący, że to kino robione pod amerykańską akademię mogli mieć odrobinę racji


filmy x 2023

2.

a different man usa reż. aaron schimberg

pierwszorzędnie pieprzy się z widzem i jego oczekiwaniami, uprzedzając je i co rusz zręcznie zmieniając własne tory w ramach koherentnej i inspirującej wizji; sebastian stan za tę rolę i za portret trumpa w „wybrańcu” dostaje ode mnie specjalne wyróżnienie jako mega-chad kina a.d. 2024


filmy x 2023

1.

yoake no subete japonia reż. shō miyake

miyake jest obdarzony dużą wrażliwością estetyczną i traktuje swoich bohaterów z czułością, którą oni oddają widzowi; małe rzeczy nie są nieistotne, zwłaszcza jeśli poświęci się im uwagę i z rozwagą zbuduje wokół nich szczerą opowieść

Opublikowano

2024っぽい:25ー1

2023

ciąg dalszy, czy może raczej prolog tegorocznego zestawienia wraz z pozycjami 50ー26 dostępny jest w drugim artykule; napisałem w tym roku o wiele więcej niż wypadało, zwłaszcza w kontekście płyt i utworów, które nie tylko są emanacją jakichś trendów (choć również), ale w dużej mierze mają wszelkie predyspozycje, by wpisać się w muzyczny pejzaż wielu nadchodzących lat


25.

ariana grande „we can’t be friends (wait for your love)”

choć po roku spędzonym przez „we can’t be friends” w intensywnej rotacji radiowo-strumieniowej z łatwością można go zignorować jako nagranie przebrzmiałe i męczące, gdy grande wydawała w marcu eternal sunshine, to właśnie był od pierwszego odsłuchu najbarwniejszy highlight płyty; z pomocą maxa martina i ilyi grande wchodzi tu w ramy smutnego introspektywnego disco, w którym trudne emocje należy przede wszystkim wytańczyć; dzięki motorycznemu 80sowemu bitowi w stylu hi-nrg wszczepionemu w rdzeń elektropopowej struktury „we can’t be friends” stało się pełnoprawnym sequelem kultowego „dancing on my own” robyn; oby jak najwięcej takich nagrań na radiowych plejlistach


2024

24.

perfume nebula romance: part i

to, że na nowej płycie perfume yasutaka nakata pchnął trio w retro-synthwave’ową stylistykę, jest wśród sympatyków grupy kwestią bardzo polemiczną; z jednej strony bowiem była to dosyć oczywista kwestia ewolucji brzmienia zespołu po plasmie z 2022 roku; z drugiej — synthwave jest obecnie, po zbyt wielu takich samych singlach the weeknda i jego naśladowców, w odwrocie; mimo że kontekst nie działa na korzyść takiego posunięcia, jeśli pierwszej połowy dwuczęściowej j-pop opery nebula romance posłuchać raczej jako reinterpretacji technopopowego dziedzictwa yellow magic orchestra, akcenty znacząco się przesuwają; perfume zresztą już wcześniej z powodzeniem eksplorowały to brzmienie na kultowym ⊿ — choć, przyznaję, nie aż tak dosłownie; romance jednocześnie zabiera nas bowiem do wymyślonego dystopijnego świata i do japońskiego synth popu lat 80., co dla mnie w obu przypadkach sprawdza się całkiem nieźle; nakata nie wyważa tutaj co prawda żadnych drzwi, ale produkcyjnie i melodycznie nadal trzyma poziom ♪ „love cloud”


2024

23.

alameda spectra volume 2

choć nazwa bydgoskiej grupy była mi całkiem dobrze znana, to co usłyszałem na spectra 2, tak dalece odbiegało od mojego wyobrażenia o muzyce alamedy, że minęło wiele czasu, nim odpowiednio połączyłem kropki; owszem, afrobeatowe szaleństwo z części pierwszej sprzed dwóch i pół roku stanowiłoby jasną wskazówkę, gdyby nie to, że odkryłem je obie w zasadzie jednocześnie; sama z siebie zresztą mogłaby mnie spłoszyć, bo dopiero przy odsłuchu tegorocznej dwójki szeroko otworzyłem japę ze zdumienia; tak jak przed dziesięcioma laty robiło to ninos du brasil, alameda wpisuje charyzmatyczne bębny pożyczone zza morza w progresywne przestrzenne techno; i tak jak włoski duet dekadę temu pożyczał z brazylii, bydgoski kwartet czerpie z angolskiej batidy i południowoafrykańskiego gqomu; nie będę udawał, że jestem specjalistą od afrykańskiej elektroniki — nie jestem, ale wiem, że alameda pięknie rozszerza (nomen omen) spektrum muzyki pożyczonej o swoje własne zajawki i doświadczenia; i że wychodzi im to obłędnie, a to przecież najważniejsze! ♪ „wir”


22.

father john misty „i guess time just makes fools of us all”

to father john misty w najlepszym wydaniu; refleksyjny, ale przewrotny, flirtujący z klasyczną melodyką, ale stroniący od banału; to osiem i pół minuty egzystencjalnego yachtrockowego disco z metastylistycznym groove’m, zapraszającymi na parkiet (ale tylko solo) smyczkami i oczywiście saksofonową solówką; mimo wszystko nie ma w tym nic z retropopu, to wcale nie tak, jakby nagle przenieść się w czasie do 1982 — tego rodzaju nagranie nie mogłoby powstać w tamtym kontekście, ponieważ musiał on dojrzeć, wypaczyć się i sfermentować i dopiero teraz nadaje się w swojej nowej postaci do ponownego spożycia — pierwotnie był czymś innym, a później przez wiele lat — zupełnie do niczego; słucha się tego „i guess time just makes fools of us all” — z soczystą (ale słodko-kwaśną) puentą w tytule i ostatnim takcie refrenozwrotki jak w prawdziwym country — jak medleyu przypowieści biblijnych; trochę jakby abba wyprodukowała singiel dla leonarda cohena, ale w zasadzie to nie do końca


2024

21.

ezra feinberg soft power

czego tutaj nie ma! ezra feinberg znakomicie wypełnia lukę pomiędzy czterema porami roku fuubutsushi a klarnetowym ambientem group therapy — robi to rzecz jasna bardziej po amerykańsku, ale na tyle subtelnie, że jak widać, nie jest to pierwsze słowo, którego użyłem, by tę muzykę opisać; na jakimś poziomie to instrumentalny ekwiwalent niedokończonego 50 state project sufjana stevensa, choć feinberg stevensa nie cytuje, ani nie kopiuje; w innej interpretacji to soundtrack do filmu o emocjach młodych ludzi, który dostał jakąś nagrodę na sundance, w którym nie rozmawiano zbyt wiele, bo większość czasu zajęły nieruchome kadry przestrzeni liminalnych, zawsze o poranku, zanim jeszcze wypełnią je ludzie, ale już po tym, gdy wypełniło je światło; przestrzeni jest wiele i towarzyszą im różne emocje, co usprawiedliwia stylistyczną rozpiętość soft power dryfującego między kontekstami, ale za każdym razem pozostającego wiernym obietnicy z tytułu; soft power to w istocie idealny tytuł dla tej płyty; sprawdźcie sami, będzie super o poranku (o ile będzie słońce), ale da też sobie radę wieczorem ♪ „future sand”


2024

20.

common & pete rock the auditorium vol. 1

nie byłem tak podekscytowany jakąkolwiek premierą commona od czasu be z 2005 roku, które zresztą było pierwszą płytą zrecenzowaną przeze mnie wówczas na łamach gazetki szkolnej i do dziś pamiętam moją matkę mówiącą ojcu — „andrzej, spójrz, on pisze jak stary!”; punktów stycznych z be jest zresztą więcej — niektóre zupełnie przypadkowe — jak to, że na chwilę przed premierą the auditorium udało mi się wreszcie po wielu latach upolować (reedycję) be na wosku, a potem odsłuchy obu zlały mi się w jedno; po premierze krążka wielokrotnie trafiałem zresztą na opinię, że auditorium to najlepszy common od be i trudno tę tezę obalić (o ile ktoś akurat nie ma innego nietypowego faworyta z jego ostatniej dyskografii), także dlatego, że pete rock całkiem nieźle odtwarza po swojemu tamten wajb wczesnych produkcji ye — organicznych, oddychających, na neo-soulowym post-soulquariansowym silniku, który uczynił be be; to trochę nostalgia trap, ale taka, w którą wpada się z przyjemnością, zwłaszcza że konstelacje najwyraźniej ułożyły się dla panów pomyślnie, bo chipmunk-soulowy rap wrócił ostatnio do łask; auditorium jest co prawda nieco za długie i zwłaszcza przy pierwszych odsłuchach można odbić się od niektórych corny wersów commona, ale cholera, rok 2024 zaraz dobiega końca, a ja wciąż bujam się do tej płyty, jakby nadal był 2005 ♪ „wise up”


2024

19.

chat pile cool world

chat pile są totalnie spoza mojej strefy komfortu, ale na cool world mają bezdyskusyjnie najbardziej soczyście brzmiące gitary w tym roku; korespondują one zresztą znakomicie z przyciężkim, klaustrofobicznym i dalece dysonantycznym charakterem tej muzyki, która zresztą pozostaje w dziwacznym rozkroku między ulubieńcami redditowej gawiedzi w rodzaju black midi a jakimiś numetalowymi dinozaurami w stylu slipknota; i te dwuznaczności, te dość schizofreniczne tropy, które o dziwo mają tutaj sens, sprawiają mi absolutnie wielką frajdę ♪ „frownland”


18.

bolis pupul „completely half”

bo błyskotliwym debiucie topical dancer, gdzie pierwszy plan zdominowała charyzmatyczna wokalistka charlotte adigéry, urodzony w belgii, ale mający korzenie w hongkongu producent bolis pupul udał się w podróż do źródła; niewątpliwe jądro jego syntezatorowej nocnej wycieczki do chin, singlowe „completely half”, muszę odczytywać jako mimowolny ukłon w stronę pionierów japońskiego technopopu z yellow magic orchestra; zgodnie z prawidłami klasycznego techno-kayō pupul jest tu tyleż robotyczny, co emotywny; motoryczny bit ukuty na parkiecie smutnej dyskoteki doskonale dopełnia minimalistyczny wokal ani na chwilę niewyrywający się do przodu w trakcie kolejnych mechanicznych, nieprzyzwoicie chwytliwych refrenów; pupul niczym swego czasu yukihiro takahashi w „drip dry eyes” jest introspektywny i szczery, a przy tym, pomimo obezwładniającej syntezatorowej rytmiki, wciąż stoi na baczność; that’s the spirit!


2024

17.

nala sinephro endlessness

niezwykle kompetentna post-jazzowa medytacja, zrealizowana dwufazowo tak, że może służyć zarówno jako tło medytacji, jak i jej przedmiot; medytacja nie jest zresztą w tym kontekście w ogóle niezbędna, choć post-minimalistycznie, progresywnie rozpisane na instrumenty i elektronikę kształty sinephro nie dają się w prosty sposób interpretować; to jedna z tych płyt, które nieustannie ewoluują, prezentując co rusz jakiś nowy szczegół, ale bez powodowania w słuchaczu poczucia, żeby miał do czynienia z jakiegokolwiek rodzaju showcase’m czy demonstracją potencjału twórczego; to po prostu się dzieje — przy okazji i bez wysiłku, co oddaje zresztą doskonale charakter tego materiału; bo tak się też tego słucha — bez wysiłku; i z przyjemnością ♪ „continuum 6”


16.

tommy richman „million dollar baby”

w takich momentach człowiek naprawdę zaczyna zastanawiać się, czy może ta wiralowa popularność rzeczywiście jest jakkolwiek egalitarna, z dużym udziałem losowości oczywiście, ale wciąż; potem jednak trafia się na jakiś kawałek gracie abrams, który brutalnie pozbawia go złudzeń; „million dollar baby” to jeden z kilku cudownych momentów w mainstreamowym popie tego roku — tommy richman człowiek znikąd tworzy perfekcyjny earworm — południowy vibe zestawia bezceremonialnie z eleganckim falsetem, a do tego zlewa ze sobą kilka produkcyjnych tricków pożyczonych z funku, r&b i hip hopu lat 80. i 90., stapiając je nierozerwalnie ze sobą tak, że efekt finalny brzmi znajomo, ale nie da się podważyć jego oryginalności; jedyny zarzut? richman wykastrował swój tegoroczny longplay, pozbawiając tracklistę tego numeru


2024

15.

sheena ringo hōjōya

pięć lat później sheena ringo bez ostrzeżenia w połowie maja wypuściła rewers gęstego sandokushi; hōjōcha, zgodnie z kosmiczną, kolorową okładką z kotem maneki-neko w jej centrum, to ringo karnawałowa, co w jej przypadku znaczy tyle, że łączy gitarowy pop i bigbandowy jazz w raczej pogodnym anturażu; jej karnawał to też święto kobiecości, bo ringo zaprosiła do współpracy siedem japońskich wokalistek młodszej generacji, by, jak sama mówi, dać im odpowiednią platformę do wyrażenia samych siebie; być może właśnie z tego powodu hōjōcha wydaje się bardziej prezentacją możliwości twórczych aniżeli płytą, której słucha się na jednym oddechu od początku do końca; poniekąd równoważy to mnogość i jakość hajlajtów, które wydaja się lęgnąć się na każdym kroku, jak w jakimś niewybrednym anime, na które starszy kuzyn zabrał nas przypadkiem do kina w 2003; podobnie jak na kilku wcześniejszych płytach artystka na okoliczność premiery pozbierała wydane na przestrzeni ostatnich kilku lat utwory i wciągnęła je w bieg krążka w nowych aranżacjach, w przeważającej mierze nagranej z towarzyszeniem jazzowego bandu, co ja akurat bardzo lubię; podskórny kabaretowy vibe materiału koresponduje zresztą doskonale z informacją, wciąż jeszcze oficjalnie nieogłoszoną, ale przebijającą się od jakiegoś czasu w kuluarach, że ringo na obrzeżach tokio zamierza niebawem uruchomić swój własny kabaret z autorskim programem muzycznym; bardzo poproszę! ♪ „ningen toshite”


2024

14.

masayoshi fujita migratory

masayoshi fujita od lat na swoich płytach dokonuje harmonijnej syntezy wschodu i zachodu; na migratory, po raz kolejny niepozbawionego ptasich motywów, pomysły zaczerpnięte z japońskiej muzyki otoczenia stapiają się europejskimi tradycjami muzyki elektroakustycznej; dość konwencjonalne dla kankyō ongaku syntezatorowe otwarcie krążka stopniowo migruje ku minimalistycznie ambientowemu biegunowi; tym samym migratory zbliża się możliwie najbardziej do pojęcia dźwiękowej podróży, przełamując jego figuratywność, ale wciąż stroniąc od dosłowności ♪ „tower of cloud”


13.

future & metro boomin ft. kendrick lamar „like that”

po tym jak już nie zostawiłem suchej nitki na wspólnym krążku future’a i boomina, przypałętał się do mnie ten numer i przylgnął bez reszty zupełnie wbrew mojej woli; „like that” oczywiście zaczęło ten beef kendricka z drake’m poniżej wszelkiej godności (który jednak tydzień po tygodniu śledziłem z wypiekami na twarzy, cóż, wina i igrzysk, i guess); zaczęło też oczywiście rok kendricka, a miliony białasów synchronicznie przewijały do jego eksplozywnego wersu i na oścież otwierały na przemian to oczy, to japy; panowie ładnie sobie radzą na tym bicie, przyznaję, future jest jak zwykle obezwładniająco leniwy, ale już jego refreny wchodzą w głowę bez mrugnięcia; to bit jednak wciągnął mnie w ten numer na dobre; boomin robi tu ikoniczną robotę, pożyczając złowrogi bassline z „everlasting bass” rodney’a-o i dziarsko tnąc nieco infantylny syntezatorowy riff tak, że faktycznie można bez pudła nazwać go hiphopowym moroderem — krajobraz jest trójwymiarowy i dynamiczny, można w nim utonąć; tak się to robi


2024

12.

bialystocks songs for the cryptids

gdzieś w dalekiej japonii od kilku lat istnieje zespół o zgoła sympatycznej i jakby znajomej nazwie bialystocks; wszystko przez meteoryt, który spadł w 1827 roku pod białym stokiem i nazwano go na cześć miejsca; i pewnie gdyby nie ta nazwa nie dałbym tej formacji szansy przez kilkoma laty, a tymczasem okazało się, że ich tegoroczny longplay songs for the cryptids stał się jedną z najchętniej przeze mnie słuchanych płyt roku; to muzyka, którą ja nazywam codzienną, czasem nieco chłodniej — użytkową, w wariancie wieczornym, czyli takim na odbodźcowanie i ukojenie; chociaż to oczywiście nie wszystko — czułość wokalną i (w cudzysłowie) „softrockowy” anturaż uzupełniają tu błyskotliwe metapopowe aranże, czerpiące trochę z progpopowych tradycji rodzimych scen, trochę ze szkoły americany (pod kątem stapiania elementów rozmaitych stylów w jedną spójną stylistykę, nie pod kątem brzmienia); feelingiem chyba bialystocksom najbliżej do indiefolkowej grupy whitney, choć nie da się ukryć, że do (tego samego, ale jednak nie wspólnego) sedna dochodzą od zupełnie innej strony; w singlowym „kids” chociażby, pozostając wciąż w obrębie tego plastycznego spektrum, cytując w sposób ewidentny, choć nie banalny to beatlesów, to queen, tak że nie do końca już wiadomo, co rzeczywiście tam się odbywa; fascynująca płyta — tak całości, jak i we fragmentach ♪ „chikagoro”


2024

11.

36 trance anthems for a sunken generation

ta płyta brzmi trochę tak, jakby zrobić transową imprezę w czytelni bibliotecznej, ale nie pomimo nakazu ciszy, tylko zgodnie z nim; bardziej niż trance ambientalny pasuje mi tu określenie trance akustyczny, choć z zastrzeżeniem, że to muzyka, która nie stroni od dramatycznych zwrotów i żaden porządnie przygotowany opis nie powinien próbować kastrować jej z eksperymentalnych zapędów; 36 (połowa duetu 36 & zakè, który przed czterema laty zabrał nas w pierwszorzędną ambientową podróż w przestrzeń kosmiczną) z lubością i swobodą operuje czymś, co ja roboczo określam głośną ciszą — rejestrami dźwiękowymi gdzieś pomiędzy white a pink noise, wydobywając z nich najróżniejsze kolory dzięki pełnoprawnej transowej syntezatorowej wiksie, która co prawda drumless, ale odchodzi tutaj na całego; ostatecznie album wielokrotnie łamie nakaz zachowania ciszy, choć finałowego tytułu „destroy silence” nie należy czytać dosłownie ♪ „tear you apart”


2024

10.

yuta orisaka jumon

shinri, nietuzinkowy amalgamat rocka, jazzu i folku, poznałem przy okazji tworzenia swojego podsumowania roku przed trzema laty, gdy zwrócił moją uwagę od pierwszego odsłuchu; bywa, że takie wybory last minute wkrótce okazują się chybione, ale płyta orisaki towarzyszyła mi niemalże na porządku dziennym przez kolejne dwa lata, gdy wreszcie z ciekawości sięgnąłem po wcześniejsze heisei, które dodatkowo wzmogło moje zainteresowanie ewentualną kontynuacją; i oto wreszcie objawiła się w połowie roku w postaci jumon, czyli zaklęcia; wszystko się zresztą zgadza, bo orisaka wciąż czaruje tutaj jakościowymi kompozycjami i aranżami, choć jego sygnaturowa mieszanka gatunkowa zrobiła się może trochę mniej mistyczna, a nieco bardziej kameralna — całkiem adekwatnie zresztą do kuchennej okładki krążka; ta kameralność, nawet może powszedniość tego materiału nie jest jednak wcale żadnym obciążeniem — wręcz przeciwnie; to prawdziwe szczęście móc wpisać inteligentną, poetycką i niebanalnie zrealizowaną płytę w swoją codzienność; można wówczas przynajmniej na jakiś czas wpleść w swoją rzeczywistość odrobinę low fantasy i taka właśnie szansa otwiera się przed słuchaczem tutaj ♪ „spell”


2024

9.

gillian welch & david rawlings woodland

woodland to autobiograficzna historia rawlingsa i welch o stracie i odbudowie; oczekiwana przez miłośników duetu kontynuacja sygnaturowego brzmienia dwójki apostołów z appalachów, ale i odświeżający nowy początek po tym, gdy przed czterema laty ich dom i studio nagraniowe w jednym niemalże zmiotło z powierzchni ziemi tornado; nie ma tu jednak ani patosu, ani rozpaczy — trudne doświadczenia duet przekuł na dziesięć pieczołowicie zaaranżowanych i wyprodukowanych kameralnych kompozycji, nie odstępujących ani trochę jakością tym, które dla welch w połowie lat 90. produkował mistrz t bone burnett; jest w tej muzyce gorycz, ale jest i nadzieja, jak zawsze u rawlingsa i welch dużo miejsca wypełnia to, co już się wydarzyło, ale jest też przestrzeń na spojrzenie w przyszłość z podniesioną głową; to muzyka, która trafia prosto w serce i już tam zostaje; płyta, do której wraca się przez wiele lat; jestem tego całkowicie pewien ♪ „the day the mississippi died”


2024

8.

starflyer 59 lust for gold

poprzednia płyta starflyera sprzed trzech lat była zupełnie w porządku; ta jest zarówno pod względem brzmienia jak i jakości materiału powrotem grupy do ich złotego standardu z lat 90.; tytuł lust for gold i monochromatyczna winylowa okładka nie bez przyczyny cytują ich opus magnum z 1995 roku — robi to bowiem także muzyka; to akuratnie wyważona dawka ponadczasowego shoegaze’ującego rocka flirtującego z oniryczną americaną; są soczyste gitarowe riffy, psychodelicznie rozmyte melancholijnym reverbem, ale kiedy trzeba bywają świdrujące i dosadne — czasem może nawet jedno, i drugie jednocześnie; w centrum tej muzyki stoją jednak mocne kompozycje — to klasyczna szkoła rockowego songwritingu, z wyrazistymi refrenami do skandowania na koncertach i prawdziwymi emocjami przekładającymi się równomiernie na każdy aspekt wydawnictwa; frazowanie i barwa głosu wokalisty jasona martina przypomina mi trochę matta berningera z the national, z tym tylko zastrzeżeniem, że formacja dessnera, nie nagrała tak wyrazistego krążka od ponad dekady ♪ „909”


2024

7.

jamey johnson midnight gasoline

czekałem na tę płytę półtorej dekady — jamey johnson mógł równie dobrze nigdy już nie wydać jakiejkolwiek płyty; tymczasem midnight gasoline okazało się prawowitym sequelem jego opus magnum that lonesome song z 2008 roku i tym samym w zupełnie innym kontekście scenicznym dokonało tego, co pogubiło jego pełnoprawny follow-up — the guitar song; z jednej strony midnight jest płytą country tak konwencjonalną, na ile tylko można sobie to wyobrazić, ale jednocześnie nie ma tu żadnego wylewania (benzyny) za kołnierz — johnson jest w szczytowej formie, ma melodie, aranże, puenty i wyczucie, dzięki czemu żaden z numerów tutaj nie jest niewypałem; midnight gasoline ma trochę wieloformatowego radiowego sznytu post-milenijnego, ale jak zawsze u johnsona wszystko wykonane jest z pasją i zaaranżowane z wyobraźnią — nie stroni od rocka, bluesa, nie boi się dęciaków; to dość konserwatywna płyta, przyznaję, ale może też dlatego nadal nie mogę się nią nacieszyć ♪ „no time like the past”


6.

jade „angel of my dreams”

jeśli jest dla mainstreamowego popu jakaś nowa droga, to prowadzi przez „angel of my dreams” jade; debiutancki solowy singiel jednej czwartej brytyjskiego girlsbandu little mix nie tylko z miejsca stał się przebojem w ojczyźnie piosenkarki, ale pod wieloma względami nagiął prawidła muzyki pop; miesza r&b przełomu milenialnego z electropopem w sposób, który jest jednocześnie ironiczny i osobisty (trochę jak u charli xcx, ale jednak dużo bardziej organicznie); „angel” obezwładnia melodyką kolejnych zestawionych ze sobą pasaży, pre- i post-chorusów, które w każdym innym kontekście mogłyby stanowić elementy zupełnie odrębnych numerów; mimo tej imponującej złożoności — emocjonalnej, wokalnej, melodycznej, stylistycznej i dynamicznej — efekt nie tylko nie jest żadnym popowym frankensteinem, ale wręcz przeciwnie — można śmiało nazwać go małym popowym arcydziełem na miarę naszych czasów


2024

5.

amaro freitas y’y

amaro freitas, charyzmatyczny pianista jazzowy z brazylii, trzy lata temu nagrał być może mój ulubiony album jazzowy od czasu zmierzchu złotej ery gatunku przed pięćdziesięcioma laty; zaplanowane na początek marca y’y było dla mnie premierą szczególną i z początku nie umiałem sobie tego krążka wyobrazić, bazując na zapowiadających go fragmentach i opisie, zgodnie z którym projekt miał być inspirowany ekosystemem dżungli amazońskiej; na co mi te koncepcyjne brednie, myślałem, chciałem tylko więcej fortepianowego kolorytu, nawet jeśli forma miałaby być nieco siermiężna; freitas jednak miał inne plany i przyznaję mu, że wiedział lepiej, bo y’y to dźwiękowe doświadczenie przenoszące nas do amazonii w sposób niemal dosłowny, nie bacząc na wykorzystane do tego środki, żwawo i niepostrzeżenie mieszając style i gatunki tak, jakby nigdy nie istniały; nie jest to zresztą w żadnym fragmencie kartonowa ustawka z rodzaju egzotycznych estetyzacji z połowy xx wieku; to muzyka, która rozumie konteksty kulturowe i estetyczne, z których korzysta i nie zadowala się łatwymi rozwiązaniami, ale też nie upatruje w nowatorstwie jako takim nadrzędnej wartości; efekt jest złożony, miejscami awangardowy, ale jednocześnie zaskakująco harmonijny — weźmy taniec młotków w „dança dos martelos”, który odwzorowuje w realiach amazońskiej dżungli koncepcje estetyczne radzieckich futurystów, co zresztą konsekwentnie współtworzy ekosystem krążka w jego dalszej części — to być może najbardziej nieoczekiwany zwrot akcji na mojej tegorocznej muzycznej mapie zdarzeń — na y’y jest ich zresztą więcej ♪ „mar de cirandeiras”


2024

4.

laura marling patterns in repeat

po premierze patterns in repeat wróciłem do całej dyskografii laury marling — słuchałem tych płyt, gdy się ukazywały, później wracałem do nich w mniejszych czy większych fragmentach przy różnych okazjach; nie dowierzałem sobie; song for our daughter sprzed czterech lat było dla mnie estetycznym i emocjonalnym objawieniem, przez co nie umiałem za bardzo ukierunkować swoich oczekiwań względem patterns — czekałem na tę płytę z pewną obawą, że albo ja ją sobie zepsuję, albo laura zdążyła stać się w tym czasie kimś, kogo już nie zrozumiem; nic z tego się nie wydarzyło — patterns jest dla mnie kolejnym muzycznym doświadczeniem nagiego człowieczeństwa — marling jest uważna, świadoma, nader wszystko czuła — potrzebuję jej w swoim życiu w tej inkarnacji — patterns wypełniło wiele moich listopadowych i grudniowych poranków i wieczorów, otuliłem się nim jak ciepłą kołdrą w te smutne, za krótkie dni; ale musiałem wrócić do poprzednich płyt marling — pomyślałem, że skoro patterns jest dla mnie przedłużeniem tej więzi, którą znalazłem z laurą przy okazji poprzedniego krążka, to pewnie uda mi się to także z jej wcześniejszymi albumami, ale nie do końca; współczesna marling wykiełkowała dopiero gdzieś przy okazji semper femina z 2017 roku — miała to w sobie od zawsze, ale była też w innym miejscu życiowo i estetycznie, szukała swojego brzmienia, ekscytował ją bardziej prostolinijny folk w stylu klasycznego dylana, bawiła się joni mitchell (wtedy wpadła mi w ucho po raz pierwszy), próbowała rocka i americany — i słuchało się tego świetnie, ale to nie tak; patterns jest jej najdojrzalszą płytą, może nawet dojrzalszą niż ona sama (może ma starą duszę?); nie tylko uszlachetniło i ukonstytuowało się tu jej własne brzmienie, ale przede wszystkim nie umiem nie myśleć, że jest na patterns coś bardzo ostatecznego, profetycznego wręcz, choć nie złowieszczego czy patetycznego; po premierze tego krążka zestawiłem go podczas audycji radiowej z five leaves left — na jakiejś płaszczyźnie jest między tymi dwoma albumami jakiś wspólny mianownik; ale to nieważne co; jeśli na czymś mi zależy, cieszy mnie wszystko to, co potencjalnie jeszcze mogę odkryć; niech rzeczy potoczą się swoim tempem, może za wiele lat napiszę inny blurb, w którym bardziej dobitnie opowiem o patterns in repeat — na tę chwilę nie potrafię ♪ „caroline”


2024

3.

ryuichi sakamoto opus

nie wiedziałem, że to pożegnanie sakamoto może mi być jakkolwiek potrzebne; a jednak, zgodnie z wizją artysty, nie tylko przyniosło ukojenie pewnemu rozgoryczeniu, ale stało się żywym testamentem ducha muzyki mistrza sakamoto; może nawet czymś więcej, bo sam kontekst tego nagrania jakkolwiek wstrząsający, nie jest bynajmniej tym, co przesądza o wartości tej muzyki; sakamoto nie tylko z niezwykłym wyczuciem wyważył selekcję kompozycji na swój ostatni koncert, ale przede wszystkim zostawił w nim całego siebie; są w tej muzyce oczywiście jej oryginalne znaczenia i ślady tamtych przejmujących kontekstów, ale nade wszystko cechuje ją zgoda; fortepian sakamoto wybrzmiewa z głębi niego, ale nie ma w tym żadnego desperackiego nawoływania ♪ „tong poo”


2024

2.

rafael toral spectral evolution

gdyby nie brat summer, ten rok z pewnością upłynąłby mi pod znakiem spektralnej wiosny; dysonantyczny birdsong stopiony w jeden głos z gitarowymi burdonami; ptasi koncert na koniec świata, jaki znamy, albo może, którego nigdy nie znaliśmy, stąd też przeraża nas i frustruje, gdy próbujemy dotknąć jego istoty, a ta wymyka się nam co rusz; myślę, że to poszukiwanie przez torala harmonii pośród dysonansów jest niemożliwie bliskie natury rzeczy; ta nielinearna dwutorowość to jeden z moich ulubionych pomysłów na muzykę i sztukę w ogóle, a toral rozwinął ją tutaj po mistrzowsku, dalece wykraczając poza granice mojej wyobraźni; niedługo po tym, gdy udało mu się zafascynować mnie tą płytą bez reszty, błądziłem zresztą przy jej akompaniamencie po bambusowych labiryntach fushimi inari taisha; czy zbliżyło mnie to jakkolwiek do poznania natury rzeczy? nie sądzę; a czy pozostanie na zawsze w mojej pamięci? ♪ „fifths twice”


2024

1.

charli xcx brat

czy chcemy tego, czy nie chcemy, brat to popkulturowa dominanta anno domini 2024; i jako taką jako wieloletni sympatyk, a przy kilku okazjach wręcz adherent fenomenu xcx, chciałem ją ukoronować; nie tylko dlatego, że brat summer, że chaotic evil, że memy pisane niewyraźną czcionką na zielonym tle, ale to po prostu najlepsza płyta charli w karierze — a.g. cook i easyfun, eghm, finn keane zrobili tu zajebistą robotę, podczas gdy danny l harle zajęty był (skutecznym — wielkie brawa, i guess) podtapianiem kariery duy lipy (śpij słodko aniołku); brat jest wszystkim, czego życzyłem charli od kiedy rozwinęła skrzydła wraz z bubblegumbassową świtą przed siedmioma laty na podwójnym mikstejpie number 1 angel / pop 2 (wówczas moim numerze pięć w podsumowaniu roku 2017); jest przedłużeniem tej formuły w mniej klaustrofobicznym, ale wciąż dość bezkompromisowym wydaniu i pod koniec roku nadal nie wierzę, że udało się z tego wykręcić taki wiral (owczy pęd, you did well this time); xcx łączy tu post-radiową melodykę, szerokie inspiracje post-internetem, post-milenialną emocjonalną dezynwolturę i absolutną produkcyjną nieskazitelność; osiąga wyższy poziom auto-ironii, w dalszym ciągu pozostając fun w zupełnie prostolinijny sposób; jest cudownie otwarcie traszowa i robi to z dumą, ironią, świadomością i wyobraźnią jednocześnie; czy może raczej jest po prostu brat ♪ „365”


Opublikowano

2024っぽい:50ー26

2023

w tym roku lista właściwie ułożyła się sama; słuchałem wiele zróżnicowanej muzyki na bieżąco i w ciągu roku odkryłem masę interesujących rzeczy; raport z tego, co trafiło do mnie najbardziej, poniżej w formie dwuczęściowej listy; podobnie jak w poprzednich latach wspólnej dla albumów, epek i singli, ale w stosunku do zeszłego roku rozszerzonej o dziesięć dodatkowych pozycji


50.

kendrick lamar „not like us”

to był niewątpliwie rok kendricka, a wykręcenie pierwszorzędnego bangerka i międzynarodowego przeboju z tego patologicznego beefu z drakiem to wyczyn, który należałoby klasyfikować w zupełnie innej skali niż lista z muzycznym podsumowaniem roku


2024

49.

kaitlin butts roadrunner!

stylistycznie roadrunner! można opisać jako symulację, co by było, gdyby kacey musgraves nigdy nie nagrała golden hour i zamiast tego poszła w neo-tradycyjne country; butts dysponuje podobną barwą głosu i tak jak u musgraves jej utwory są osobiste i społecznie zaangażowane; butts doskonale czuje się też w bardziej gitarowym anturażu i nie stroni od przewrotnych i błyskotliwych puent, wkraczając tym samym na terytorium mirandy lambert (choćby w swojsko doprawionym bluegrassowymi skrzypkami „hunt you down”); roadrunner to zresztą wersja maksi przełomowego dla butts what else can she do z 2022 roku; podobnie jak tam, i tutaj serwuje naprawdę mięsiste numery, absolutną czołówkę utworów country w tym roku, ale też z jakiegoś powodu całościowo to ekstatyczne wrażenie gdzieś rozmywa się i gubi; mimo tej nieco rozlazłej struktury nie chciałem pominąć roadrunnera w kontekście podsumowania roku, bo butts robi tu w większości fantastyczną robotę, a nie ma za sobą ani wsparcia wielkiej wytwórni, ani tiktokowego trendu, który pomógłby jej wypłynąć na szersze wody ♪ „hunt you down”


2024

48.

fontaines d.c. romance

fontaines d.c. wreszcie osiągnęli chyba równowagę między post-punkowym hałasem a radiową melodyką, tym samym zbliżając alt-mainstreamowe gitarki możliwe najbardziej to ich złotej ery w połowie lat 90.; momentami trudno orzec, na ile to granie jest duchologiczne, a na ile po prostu jest, ale może wcale nie trzeba tego robić; na pewno wciąż robi robotę i wciąż jest potrzebne, nie tylko boomerom kierowanym nostalgią za brzmieniem młodości; wreszcie, wbrew pozorom romance w kontekście 2024 roku pozostaje bardzo adekwatne ♪ „favourite”


2024

47.

thee sacred souls got a story to tell

jakkolwiek cenię daptone za ich niedający się przecenić wkład w kultywowanie dziedzictwa klasycznego soulu, cieszę się, że na drugim krążku thee sacred souls poszli mocniej w kierunku smoothsoulowym, bo ten pięknie służy wokaliście joshowi lane’owi — którego pewnie można by zreszrą porównać do curtisa mayfielda, a już z całą pewnością postawić obok duranda jonesa z the indications; dzięki temu, że aranże są mniej 60sowsko-doowopowe, a wchodzą bardziej w stylistykę lush arrangements z wczesnych lat 70., got a story to tell to wysokiej klasy soulowy moodsetter — prawdopodobnie nic takiego, czego nie słyszelibyście wcześniej, ale wystarczająco udany, by sprawdzić się wielokrotnie na plejliście z wieczorowym soulem; to wciąż niewątpliwie retro soul (spójrzcie tylko na okładkę), ale zdecydowanie mniej siermiężny niż zdecydowana większość tego typu prób w ostatnich latach ♪ „live for you”


2024

46.

confidence man 3am (la la la)

jako marnotrawny syn eurodance’u nie mogłem tej płyty zlekceważyć, gdy znikąd pojawiła się na moim radarze w październiku; zeszłoroczny sukces peggy gou otworzył szeroko drzwi na pełnoprawny rewiwal europejskiej muzyki tanecznej (wszelkiej maści) lat 90. i 00.; i oto się dzieje! confidence man, kwartet z australii (który wygląda na duet), zafascynowany popkulturą starego kontynentu zamienił inspiracje nieswoistym (italo)disco na pełnoprawny eurotrip i wskoczył w tę bezkresną studnię funu, by uchronić współczesny pop od dewastacji; la bouche, culture beat, vengaboys i setki (nie)zapomnianych one hit wonderów z epoki wreszcie doczekały się godnej kontynuacji swojego dziedzictwa — zaczepnego meta-rave’u, gdzie wszystko to co ważne — melodia, bit i styl — trafia w punkt, jeśli nie w każdym, to przynajmniej w co drugim numerze; pomnicie moje słowa, „pump up the jam” jeszcze zostanie powszechnie uznane za najlepszy numer wszech czasów przez społeczność międzynarodową, także poza europą — philomeno cunk, trzymaj się, rewolucja dopiero się zaczyna! ♪ „i can’t lose you”


45.

lady gaga & bruno mars „die with a smile”

być najbardziej klasycznie napisana i zaaranżowana piosenka w mainstreamowym radiu od „leave the door open”; przy pierwszym kontakcie bardzo niepozorna, wręcz rozczarowująca brakiem fajerwerków, których trzeba było się spodziewać po duecie gagi z marsem, ale stopniowo wchodząca słuchaczowi w głowę, uwodząca go detalami i jednak mimo wszystko, mimo cynicznego rozpisania jej na wielki przebój, chwytająca w jakiś sposób za serce, jeśli nie powerballadowym refrem, to przynajmniej jakąś romantyczną anachronicznością, którą jednak po mistrzowsku udało się sprzedać słuchaczom i korporacjom


2024

44.

joel ross nublues

nublues jest co prawda bardziej zachowawcze niż znakomite the parable of the poet sprzed dwóch lat, ale ross, naczelny wibrafonista blue note records, i tym razem dowozi, nie miałem więc serca pozostawić go poza listą; to wciąż pierwszorzędny nowojorski jazz, doskonale równoważący melodyjność i awangardowość; elegancki, potrafiący kłaść akcenty tam, gdzie należy, zwracający uwagę na koloryt brzmienia, bliski post-bopowym tradycjom, do których zresztą odnosi się literalnie, cytując coltrane’a i monka; nawet jeśli brakuje mu trochę wizji i koherencji poprzednika, to wciąż bardzo jakościowy krążek ♪ „central park west”


2024

43.

sierra ferrell trail of flowers

na początku marca myślałem, zasłuchany w singlach i zapatrzony w okładkę nadchodzącego trail of flowers, że to może być jedna z moich płyt roku; i chyba padłem ofiarą swoich własnych oczekiwań, bo choć trail of flowers pięknie wykorzystuje inspiracje western swingiem czy folkiem z appalachów (dwoma spośród moich najulubieńszych odcieni americany), ostatecznie całościowo wypada jednak dość bezpiecznie; gdy skrzypki już się pojawiają, jak w kapitalnym „fox hunt”, pędzącym na łeb, na szyję przez południowe prerie, robi się absolutnie rozkosznie, ale ostatecznie tej dobrze napisanej i znakomicie wykonanej muzyce brakuje trochę swady; niesamowicie cieszy mnie, że ferrell udało się z tą dość niedzisiejszą i niewątpliwie ambitną muzyką przebić się w tym roku szerzej –absolutnie polecam ją uwadze w jej obecnej formie, niech mój niedający mi spokoju niedosyt nie przesłoni w tym blurbie meritum ♪ „fox hunt”


2024

42.

ex-easter island head norther

steve reich organizuje elektroakustyczną bibkę i jego dj set ma zawierać nagrania z nowej płyty ex-easter island head; to zabawne, że o muzyce tego typu można napisać, że jest do tańca i do różańca, ale totalnie jest; i chociaż mam trochę problem z jej stylistyczną wielotorowością, muszę przyznać, że obcuje się z nią z niekłamaną przyjemnością — norther jest kompromisowe, ale to jest potrzebny kompromis, którego w muzyce wciąż mamy za mało — między tym, co koncepcyjne, wzniosłe i poważne, a tym, co rozrywkowe, łatwe i popularne; i myślę, że wszyscy ci skażeni myśleniem totalistycznym o prymacie jednego nad drugim (czy odwrotnie), mogliby spuścić trochę pary przy tej płycie, cokolwiek by z nią robili; bo nie wiem, czy wiecie, np. taki steve reich organizuje elektroakustyczną bibkę… ♪ „norther”


41.

billy joel „turn the lights back on”

nie spodziewałem się, że kiedykolwiek jeszcze będzie mi dane doświadczyć nowej muzyki od joela w jego klasycznym stylu, a tymczasem za sprawą tego prostego numeru spędziłem całą wiosnę, odkrywając na nowo 52nd street, turnstiles i całą tę przepiękną panamerykańską muzyczną opowieść; malkontenci rozpisywali się, że „turn the light back on” brzmi jakby kilka przebojów joela z lat 70. zmieszać razem; prawda, ale też typ ma 75 lat, a to jest bardzo jakościowy nostalgiczny powrót do jakiegoś nieśmiertelnego marzenia, które może trochę ckliwe, może trochę patetyczne, ale nie da się go zakneblować; coś we mnie obudził ten numer i chciałem się tym podzielić


40.

hannah frances „keeper of the shepherd”

na swoim tegorocznym longplayu hannah frances jest odrobinę zbyt histeryczna, za to tytułowy singiel to ekstraklasa alternatywnego country — sześciominutowy numer wypełnił do cna cały ten piach z okładki płyty; wokalne salta frances równoważy nieustraszenie galopująca perkusja i akompaniująca jej gitarowa surówka; jednak w momentach, gdy „keeper” musi zaczerpnąć tchu, do głosu dochodzi pewna psychodeliczna melancholia, i wtedy staje się oczywiste, że od początku stanowiła podszycie i dla tej histerii, i tego galopu; ostatecznie całość jest doskonale zrównoważona i zrealizowana z wyczuciem — i nie ma znaczenia już, o czym frances śpiewa, czujemy jej ból, mkniemy z nią na ślepym koniu w nieznane z przekonaniem, że tak trzeba


2024

39.

tariq al-sabir unlike yesterday today i’m ready

tariq al-sabir został skandalicznie zignorowany przez prasę muzyczną i tiktokową młodzież ciągnące za hajpowe sznurki; a szkoda, bo debiutanckiej epki nowojorskiego artysty można słuchać zarówno w odpowiedzi na natchniony repertuar mosesa sumneya (który tymczasem uciekł bardziej w pop), jak i eksperymenty jaia paula (który zniknął dawno temu i chyba na dobre); unlike yesterday today i’m ready to trochę showcase potencjału twórczego al-sabira, w którego centrum jest alternatywne r&b trzeciej generacji, a kolejne utwory meandrują między akustycznym art popem i uk bassem z hyperpopową wkładką; to inteligentne, połamane r&b; pieczołowicie wyprodukowane i wykonane urzeczywistnienie rzadko podejmowanej idei synth-soulu ♪ „god 2 handle”


2024

38.

ulcerate cutting the throat of god

nie jestem fanem deathmetalowego growlu, ale muszę przyznać, że to podżynanie gardła bogu wyszło panom z ulcerate nad wyraz widowiskowo, w dodatku bez epatowania graficzną przemocą; robotę przede wszystkim robią gitary, które rozmyto tu shoegaze’owo i gdy tylko pozwala się im wybrzmieć, wynoszą ten projekt wysoko ponad przeciętną; nie włączę tej płyty co prawda na swoją codzienną plejlistę, ale tak jak znakomicie słuchało mi się jej w czerwcu, tak potrafię docenić złożoność i malowniczość tej swoistej sceny rodzajowej dzisiaj ♪ „cutting the throat of god”


2024

37.

schoolboy q blue lips

to zabawne, ale czuję się trochę jak twardogłowy dziaders, propsując w 2024 roku schoolboya; przesłuchałem zbyt wiele jednakowych rapowych krążków w tym roku — tych szczególnie hajpowanych i tych, o których już teraz nikt nie pamięta i blue lips był jednym z hajlajtów tych cotygodniowych selekcji z #fridayroundup już od pierwszego odsłuchu; nie słuchałem nigdy zbyt wiele schoolboya, więc to nie sentyment, chociaż pamiętam jak propsowaliśmy na misce habits & contradictions, które wtedy średnio mi imponowało; z czasem schoolboy usunął się trochę w cień, ale jego muzyka stała się ciekawsza — przede wszystkim produkcyjnie; blue lips jest cholernie synkretyczne — płynnie przeskakuje od jazzowych sampli i drumlessowych interludiów do trapowych czy niemal electro-hopowych bangerów, a wszystko to trzyma w ryzach jakiś bardzo klasyczny gangstarapowy (przepraszam za to słowo wszystkich nie-dziadersów) swag; nie jest to może najrówniejsza płyta schoolboya, ale strasznie dobrze robi mi to, że tyle się tu dzieje — trochę jak u kanyego westa w jego kreatywnym primie, ale bez charyzmy megalomana-szaleńcy; to, że zmieściłem tu blue lips, a pominąłem gnx nie oznacza bynajmniej, że uważam schoolboya za lepszego od kendricka czy kwestionuję dominację tego drugiego w tegorocznej popkulturze — po prostu na blue lips odnalazłem więcej siebie ♪ „foux”


2024

36.

benjamin tod shooting star

gdzieś na peryferiach współczesnego country w głębokim tennessee żyje sobie, pisze i śpiewa niejaki benjamin tod; gdy nie pisze i nie śpiewa, jeździ po okolicy swoim starym buickiem roadmaster, w przydrożnych barach opróżniając powoli szklanki szkockiej; a później o tym właśnie pisze i śpiewa; na shooting star jest mniej chropowaty i bardziej melodyjny od coltera walla, znacznie mniej nachalny w swojej retromanii niż charley crockett i kilkadziesiąt razy mniej znany niż tyler childers, choć każdemu z jego fanów można by toda polecić, potencjalnie z powodzeniem; w kwietniu z niejaką ashley mae pod szyldem lost dog street band nagrał też doskonały honkytonkowy krążek survived, który można, ale wcale nie trzeba potraktować jako prequel shooting star ♪ „like it or not”


2024

35.

tyler, the creator chromakopia

ay, kolego, czy ty próbujesz po raz trzeci sprzedać nam ten sam krążek w nowych łaszkach? chromakopia to właściwie igor-bis, wcale nie igor na sterydach, raczej igor ze środkiem ciężkości bliżej rapu niż jakiejś pan-soulowej hybrydy, ale wciąż robiący mniej więcej to samo; i z jednej strony ile można, z drugiej nie da się zaprzeczyć, że tego typu kreatywne fuzje stylistyczne w koncepcyjnej ramie wychodzą tylerowi najlepiej; jest we mnie dwóch rabinów — i pewnie podobnie jak w przypadku igora dam temu albumowi pooddychać i pewnie za kilka lat trafi na moją hiphopową półkę z winylami ♪ „darling, i”


2024

34.

mj lenderman manning fireworks

już wcześniejsze płyty lendermana były fajne, ale to tą wypłynął wreszcie na szersze wody, więc w rozmaitych recenzjach i opisach ludzie prześcigają się w porównywaniu go do innych typów, z gitarą, którzy nie bali się country; z tej szerokiej puli (można naprawdę wybrać kogokolwiek i napisać, że lenderman jest jak x, tylko x miał niebywałą charyzmę, taką że dziewczyny ściągały majtki i rzucały je na scenę i że przy nim lenderman to nieprawdopodobna niemota); mnie od razu rzuciło się w oczy porównanie do ryana adamsa — wiem, że nie wypada, ale to tym bardziej podkreśli pozytywy lendermana (taki mam cel); otóż, lenderman na manning fireworks brzmi trochę jak adams, gdy już rozpadło się whiskeytown, tylko, że adams w zdecydowanej większości swoich utworów był nieprawdopodobnie nudny; i tu wchodzi lenderman cały na biało — posłuchajcie sobie „she’s leaving you” — to nie jest numer, do którego powinno się ubierać na biało, btw., ale narracyjnie, melodycznie i wykonawczo to jest ogień — lenderman tym jednym refrenem na cztery i pół minuty unieważnia całe dwie i pół dekady społecznego, klimatycznego i technologicznego szajsu, którym nas zasypano, i przywraca w pełnym majestacie rok 1999, kiedy życie było prostsze, a samochody na benzynę (chciałem koniecznie jakoś wpleść tu tę benzynę, bo, może przez ten płomień na okładce, benzyna zdaje mi się dobrze opisywać tę muzykę — może nawet lepiej niż porównanie do adamsa); i takich momentów (ognia) jest u lendermana więcej — to naprawdę sympatyczna płyta; jak będę kiedyś planował road tripa przez route 66, koniecznie muszę ją ze sobą zabrać ♪ „she’s leaving you”


2024

33.

adrianne lenker bright future

solowe krążki adrianne lenker były dla mnie w kontekście folkowego uniwersum odrobinę zbyt surowe, bym czuł potrzebę się z tą muzyką jakoś bliżej bratać; wystarczyło jednak, że na bright future wokalistka big thief dorzuciła do stylistycznej mieszanki odrobinę alternatywnego country i nagle lo-fi’owy aspekt tej muzyki stał się dla mnie jej atutem; bright future nie stroni zresztą także od ciepłych kameralnych aranży, które pięknie akcentują introspektywność tej muzyki, mieszając w podobnych proporcjach smutek z czułością, a to bardzo mocarne połączenie — jeśli słuchaliście kiedykolwiek elliotta smitha, to wiecie — to podobny kaliber; z minusów: strona a płyty jest wyraźnie mocniejsza od strony b; z plusów: nikt nie wymyślił, żeby czterdziestominutowy album rozdzielać na cztery strony winyla jak przez dwoma laty pokrewne stylistycznie big time angel olsen ♪ „sadness as a gift”


2024

32.

cindy lee diamond jubilee

pamiętam doskonale ten dzień, kiedy zachęcony zbiorową histerią perfidnie zinfoanarchizowałem tę płytę i zacząłem pierwszy niestrumieniowy (to dzisiaj prawie jak analogowy, hej) odsłuch; nie miałem naturalnie pojęcia, o co chodzi z cindy lee — jedynym punktem odniesienia była lekko diy-owa okładka, która bardzo podziałała mi na wyobraźnię, wraz z muzyką stworzyła we mnie przestrzeń na to doświadczenie — na wskroś loł-fajowe, ponad wszelkimi gatunkowymi etykietkami, które moglibyśmy mu (niepotrzebnie) przyprawić, mocno retrofilskie, ale w sposób typowy dla gitarowej alternatywy z wilgotnej piwnicy (choć akurat odsłuch cindy lee to raczej ciepłe poddasze jakiejś suszarni w pochmurny marcowy wieczór — widać stamtąd tylko ścianę chmur, a kaloryfery zasilane przez pobliską elektrociepłownię miło dają i można siedzieć na betonowej podłodze i nikt nie mówi, że uważaj, bo złapiesz wilka); no więc jest ta przestrzeń i już zawsze (mam nadzieję) będzie, ale jednocześnie nie zawsze udaje mi się tam wejść; diamond jubilee wymaga dwóch godzin może nie tyle uwagi, co zainteresowania i woli, i w tej formie faktycznie zaczyna błyszczeć jak diament (choć to tylko promień słońca wyrwany z chmurnego monolitu śmiesznie marszczy światło przez denko starej butelki po czystej — nadal diament if you ask me), ale to jednak cholernie trudne do sprokurowania; i to jest mój największy problem z tą płytą, mimo że, jak nadmieniłem, ubierając w metaforę, jest to poza tym rzecz wcale kapitalna! ♪ „24 7 heaven”


2024

31.

cornelius ethereal essence

być może najciekawsza płyta corneliusa od point z 2001 roku; artysta pozbierał rozmaitości skomponowane w ostatnich latach na różne okazje i zaaranżował je na nowo w formie, jak sam to bodaj określił, post-pandemicznego doświadczenia płytowego; ja sam przy jego kilku poprzednich projektach popełniałem konsekwentnie ten sam błąd — szukałem za wszelką cenę śladów jego 90sowej wirtuozerii, zamiast skupić się na nowym ambientowym trzonie; w rezultacie muzyka wydawała mi się zwykle płaska i smutna; tym razem to cornelius wyciągnął do mnie rękę — ethereal essence, z niewielkimi wyjątkami, nie jest płytą piosenkową, a raczej jakimś dźwiękowym obrazkiem — w równych częściach pulsującym kojącym ambientem i progresywną elektroniką, uosabiającej tutaj tę nie tyle utraconą, co przekształconą popową stronę twórcy ♪ „koko”


2024

30.

foxing foxing

jestem tutaj nowy, ledwie liznąłem słynnego albatrossa przy okazji tej premiery, więc przynajmniej tym razem nie kwestionuję swoich estetycznych osądów, upatrując winy w nostalgii za odtworzeniem czegoś, za czym się stęskniłem; tym razem kwestionuje je, upatrując winy w nieznajomości materii (to też nic nowego); wokalista momentami swoją ekspresją wykracza co prawda poza moją potrzebę ekspresji, ale nie mogę nie docenić, jak pięknie ta płyta jest całościowo zrobiona — nie jest to zwyczajowa post-hardcorowa sieczka (z całym szacunkiem dla mistrzów gatunku, z istotnym wyłączeniem at the drive-in), ale ambitniejsza próba wpisania natury tej muzyki w jakąś koncepcyjną, momentami wręcz awangardową ramę; o ile emo nie jest zupełnie moją estetyką i jestem ostrożny, gdy słyszę o próbach uszlachetniania tego, co powinno pozostać surowe, nieokrzesane, głośne i plugawe; o tyle foxing nie popełniają tu żadnego świętokradztwa względem stylistycznego matecznika, raczej rozszerzają jego doświadczenie o nowe wątki; co znamienne to nie jest płyta, którą można pokiereszować i sprzedać na single albo rozrzucić po plejlistach, poszczególnie utwory nie są szczególnie nośne, ale to nie jest wcale problemem, gdy tylko zdecydujemy się na pełne doświadczenie długogrające — wtedy ze wszech miar ujmująca atmosfera tej muzyki uszczelni każdą potencjalną lukę — będzie pan zadowolony ♪ „greyhound”


2024

29.

flo access all areas

długogrający debiut flo nie jest co prawda równie błyskotliwy co debiutancka epka tria, ale spełnia obietnicę, którą złożyło słuchaczom tamto wydawnictwo; to duchologiczne r&b w klimacie milenialnego destiny’s child z lekkim twistem w stronę popu a la little mix, bardzo elegancko zrealizowane w ramach kompletnej wizji i z dbałością o detale, co przy albumie r&b z 16 numerami i runtime’m trzech kwadransów jest naprawdę sporym osiągnięciem; koherencja stylistyczna nie przekłada się co prawda na pierwszoligową przebojowość (cechującą przeboje wspomnianych destiny’s child), ale paradoksalnie może także dzięki temu access all areas błyszczy przede wszystkim jako doświadczenie albumowe ♪ „caught up”


2024

28.

matylda / łukasiewicz matka

ja wiem, że to dlatego ta płyta tu jest, bo jako fellow boomer doskonale rezonują ze mną teksty matyldy i łukasiewicza; teraz, gdy pogodziłem się z tym, że łatwiej nie mieć aspiracji, ale jednak czasem mimowolnie o tym myślę, znalazłem wreszcie kawałek niezgorszej muzyki, która te moje resentymenty ubiera w słowa całkiem zręcznie i wyraża w nawet, nawet przebojowej formie; to jest jedna strona, bo druga jest taka, że jako stetryczały dziad wymachujący kijem na dzieciaki, które bawią się pod moim oknem, bo o b i e k t y w n i e jest za głośno, myślę sobie, że to jest wreszcie, wreszcie(!) jakościowy pop po polsku, w którym dla odmiany w tekstach jest jakaś poetyka, jakieś znaczenie, coś, co zostaje, a nie jest jednocześnie jakimś podłym łanlajnerem, którym się wali słuchacza po głowie, i on w tę głowę wchodzi jak krwiak po zetknięciu czaszki z krawężnikiem — jest trochę śmiechu raz czy drugi w sytuacji społecznej, ale ostatecznie pozostaje tylko jakiś gorzki żal wymieszany niedbale z pustką natury egzystencjalnej; no więc — to nie jest raczej taka płyta; no i same piosenki, nie jakieś bardzo przebojowe, takie raczej do trójki, zaaranżowano dość konwencjonalnie, ale z wyobraźnią — łukasiewicz czuje i klawisze, i gitary, i to znakomicie, bo jest na czym ucho zawiesić, gdy już się wypłaczemy w poduszkę, że te teksty takie prawdziwe, i takie o nas, itp., itd, itd. ♪ „matka”


27.

vampire weekend „capricorn”

wciąż jestem pod wrażeniem, że numer tak leniwy jak „capricorn” był w stanie gdzieś na przełomie lutego i marca całkowicie mnie zaczarować; nie jestem w stanie wyobrazić sobie, co by było gdyby chłopaki podkręcili tutaj tempo i zrobili z tego banger; chociaż w zasadzie to trochę niesprawiedliwe insynuować, że „capricorn” na swój sposób nie jest bangerem — ma idealny popowy refren, to jedno, ale chodzi przede wszystkim o te wszystkie pojebane ewolucje, które odbywają się na drugim planie — gdy między pierwszym a drugim refrenem przechodzimy płynnie i bez dysonansu od kameralnego indie popu z marszowym zacięciem i rozbudowanego pozytywkowego motywu na pianino do noisepopowej, psychodelicznie wyginającej się syreny alarmowej, która następnie bezceremonialnie zastępuje naszą pozytywkę; jeśli to nie jest jedna z definicji bangera, to żądam rozmowy z doroszewskim asapem


2024

26.

lucky daye algorithm

gdy lucky daye debiutował przed pięcioma laty z miejsca stał się moim ulubieńcem — singlowa „karma” z wyczuciem dekonstruująca „pony” ginuwine’a stała się kreatywnym pomostem pomiędzy złotą erą timbalanda a alternatywnym r&b drugiej fali; painted nie było co prawda debiutem na miarę nostalgia,ultra, ale dawało nadzieję, że z lucky’ego będą ludzie; a tymczasem przy kolejnej płycie postawiłem na nim kreskę — połatany bez pomysłu thirst trap, generyczne r&b do radia, ogólna fujka i trochę szkoda, bo zapowiadało się lepiej; lepiej zabrzmiały wreszcie single promujące wydany w czerwcu tego roku algorithm i cholera, nie wiem, co z gagatkiem zrobić; tak jak w zeszłym roku w kategorii konwencjonalnego, ale jakościowego r&b bawiącego się konwencją rok zrobił mi leon thomas, tak w tym roku ucho zawiesiłem na tym właśnie algorithim; i znowu lucky daye wrócił do łask — napisałbym, że jak szostakowicz u stalina w zgiełku czasu barnesa, gdybym miał jakikolwiek realny wpływ na losy daye’a; daye nie jest drugim frankiem oceanem i znakomicie, robi coś zupełnie innego, wplatając w swój radiowy (ale nieprzesadnie) amalgamat soulu i r&b, gitarowy funk i w dodatku taki, którego nie da się prostolinijnie spuentować jako prinsowski, co jest kolejnym atutem tej płyty (nie żeby prince mi śmierdział, ale ile mieliśmy już tych pogrobowców prince’a i o ilu pamiętamy do dziś?); algorithm może trochę rozwadnia się w połowie, ale w dalszym ciągu trzyma stylistyczny rezon, a końcówka znów pięknie wraca do matecznika — to zresztą współcześnie prawdziwy wyczyn nagrać ponadgodzinną płytę r&b, która nie tylko będzie koherentna, ale i ciekawa; panie lucky daye, witamy z powrotem! ♪ „soft”


Opublikowano

2023 ✕ filmy

2023
nie goniłem w tym roku za głośnymi premierami, ale zupełnie naturalnie w ciągu sezonu udało mi się obejrzeć więcej zasługujących na wspomnienie filmów, niż mieści ta skromna lista; nie potrafię ułożyć pierwszej trójki — dawno nie zdarzyło mi się tak, bym w jednym roku doświadczył trzech tak wspaniałych (goat tier) filmów i absolutnie nie potrafił zestawić ich razem — ostatecznie na szczyt dałem ten, na który najbardziej czekałem i na który poszedłem do kina po raz drugi, by móc się nim jeszcze nacieszyć


filmy x 2023

20.

chłopi reż. dk & hugh welchman

po pięknym, ale pustym „vincencie” podchodziłem do tego filmu z dużą rezerwą; tymczasem to bardzo godna adaptacja uwspółcześniająca tempo, ale oddająca ducha powieści; są emocje i jest substancja, a malarska forma nie tylko nie ciąży tej historii, ale wręcz ją uwypukla


filmy x 2023

19.

inshallah a boy reż. amjad al-rasheed

przeczołgali mnie przez morze beznadziei i bezsilności, oszczędzając jednak patosu; znakomity dramat społeczno-sądowy w stylu farhadiego z metafizycznym twistem


filmy x 2023

18.

river, nagarenaide yo reż. junta yamaguchi

szalona pętla czasu w kameralnej odsłonie z niespodziewanym kosmicznym twistem; doskonale miesza różne komediowe formuły


filmy x 2023

17.

pianoforte reż. jakub piątek

kulisy mitycznej olimpiady dla pianistów nie dowożą żadnych sensacji, ale przedstawione tu historie zwycięzców i przegranych działają na emocje i wyobraźnię


filmy x 2023

16.

no hard feelings reż. gene stupnitsky

absolutnie absurdalnie głupi, ale lawrence niesie ten post-slapstick i kaprawe one-linery; film choć dość przewidywalny, jest i zabawny, i dobroduszny; mój typ w kategorii: weekendowa komedia do odreagowania po trudnym tygodniu


filmy x 2023

15.

totsukuni no shōjo reż. yutaro kubo / satomi maiya

kim jest inny? i dlaczego się go boimy? być może to nasz strach stanowi prawdziwą zarazę; pięknie zrealizowana archetypiczna opowieść o relacji, która narodziła się pomimo wszystko


filmy x 2023

14.

dream scenario reż. kristoffer borgli

absurdalne komediowe zawiązanie to punkt wyjścia do skonfrontowania się z kondycją współczesnych społeczeństw; poczucie humoru suche, tak jak lubię, cage kriperski ponad wszelkie normy i nareszcie całkiem dobry (przez lata go hejtowałem, ale zwracam honor — także przez rolę draculi w „renfieldzie”)


filmy x 2023

13.

killers of the flower moon reż. martin scorsese

po przepotwornie nudnym „irlandczyku” bałem się bardzo tego scorsese, a tymczasem okazał się nie tylko wartki i wielowątkowy, ale zostawił po sobie ślad we mnie — bardzo udany mariaż


filmy x 2023

12.

oppenheimer reż. christopher nolan

nie jestem nolanowcem i z tej perspektywy myślę, że może to faktycznie najlepszy nolan? potrójnie poprowadzona historia robi robotę i w trakcie 3-godzinnego seansu wciąż czymś intryguje, nie przebodźcowując widza; to więcej niż solidny hollywoodzki biopic — jest w tym kinie coś klasycznego i coś, co jest w stanie porwać tłumy; cieszę się, że nolan nie opowiedział tej historii bezpośrednio; zarówno jej wewnętrzne inklinacje polityczne, jak i niedające się przemilczeć konsekwencje moralne musiały tu wybrzmieć i ostatecznie wybrzmiały głośniej niż eksplozja trinity, o której tyle się rozpisywano


filmy x 2023

11.

poor things reż. yórgos lánthimos

stymulujący kreatywnie seans; podobał mi się zwłaszcza ten arthouse’owy powab sam w sobie napęczniały od kontekstów, ale ta szalona historia też jest warta uwagi jako taka


filmy x 2023

10.

all the beauty and the bloodshed reż. laura poitras

poruszające studium człowieczeństwa; film fenomenalnie przeplata dwie historie: burzliwą biografię artystki i jej obecne działania aktywistyczne, czyniąc z tej dychotomii wielki atut; dużo myślałem i rozmawiałem o tym filmie po seansie; polecam go zobaczyć w kontekście trwającej do dziś epidemii opioidów


filmy x 2023

9.

the zone of interest reż. jonathan glazer

przerażająca powszedniość ludobójstwa; makabryczna rajska przystań u wrót piekieł pokazana z humanistyczną wyobraźnią w myśl zasady, że często mniej znaczy więcej


filmy x 2023

8.

kaibutsu reż. hirokazu horeeda

lekko melodramatyczny, ale koreeda mistrzowsko dodaje kolejne perspektywy tej samej historii, odkrywając niewygodną dla wszystkich prawdę o tytułowym potworze


filmy x 2023

7.

anatomie d’une chute reż. justine triet

prosta, ale angażująca fabularnie, emocjonalnie i moralnie historia do samego końca niezadowalająca się banałem; bardzo kompetentne kino ze wspaniałą, magnetyzującą rolą sandry hüller


filmy x 2023

6.

das lehrerzimmer reż. ilker çatak

mimo prostego anturażu twórcy budują trzymającą w napięciu, złożoną moralnie i społecznie intrygę; to dość sterylna, ale adekwatna realizacja z doskonałą obsadą


filmy x 2023

5.

how to have sex reż. molly manning walker

to niestety chyba jeden z najszerzej niezrozumianych filmów zeszłego roku; może dlatego, że poprowadzony jest wartko, pod górkę i nie zadowala się prostymi rozwiązaniami; w centrum dość prostolinijnej kanwy fabularnej stawia jednak ważne pytania w bardzo rzeczywistym kontekście — w świecie niby post-#metoo, ale jednak tak bardzo poza nim


filmy x 2023

4.

perfect days reż. wim wenders

wenders nigdy szczególnie mnie nie zainteresował ani nie poruszył — aż do teraz; nie wiedziałem, jak bardzo potrzebowałem tego filmu — wyzbytej cynizmu medytacyjnej afirmacji życiowej równowagi i prostych codziennych rytuałów


filmy x 2023

3.

the holdovers reż. alexander payne

trochę jakby „breakfast club” osadzono w latach 70. w święta, ale nawet lepiej! błyskotliwe, bardzo zabawne, a jednocześnie przytulne kino, w którym intelektualne punchline’y nie sabotują emocji; wspaniały seans, jedno z moich najlepszych kinowych doświadczeń ostatnich lat


filmy x 2023

2.

all of us strangers reż. andrew haigh

absolutnie rozdzierający, a jednocześnie pod każdym względem magiczny — wspaniałe zdjęcia nie są tu kamuflażem, ale rozwinięciem mocnej historii z fantastycznym twistem, który nie jest tylko wymysłem twórców, ale rzeczywiście zmienia postrzeganie świata — i bohaterów, i widza; nie pamiętam drugiego filmu, w którym zawarto by tyle czułości


filmy x 2023

1.

kimitachi wa dou ikiru ka? reż. hayao miyazaki

„spirited away” spotyka „galactic railroad” sugiiego; miyazaki po mistrzowsku łączy znajome elementy z metafizycznymi zagadkami, które do interpretacji pozostawia widzom — to mocne, ale zniuansowane pożegnanie z publicznością i podsumowanie bogatego dorobku studia ghibli; jedno z wielkich kinowych przeżyć, które będę wspomniał przez długie lata; będę tęsknił, sensei!