Opublikowano

(najlepiej w 2025): 25ー1

2025
to inne słuchanie muzyki — w grudniu dla sportu, gdy otwierają się uszy i umysł, a człowiek widzi muzykę — te wszystkie głośne, skomplikowane, ewoluujące bezkreśnie struktury; a potem zawody się kończą, a człowiek wraca do swojej klitki po tygodniu tyrania na etacie i marzy nie o wielkich bezbrzeżach, ale żeby coś go kameralnie ululało; więc mówię sobie — kurtek, kurczaku, ty nie dawaj takich strasznie wielkich płyt na czołowe miejsca listy roku, bo potem je kupujesz, że niby płyty roku kupujesz, ale nigdy więcej ich nie słuchasz, bo nie masz na nie przestrzeni ani w życiu, ani w domu


pozycje 50ー26 tędy ⟶ (klik!)


2025

25.

hannah frances nested in tangles

hannah frances wybiła się ledwie przed rokiem błyskotliwym, choć nierównym krążkiem keeper of the shepherd, który wówczas opisałem (w krzywdzącym uproszczeniu) jako histeryczną americanę; nested in tangles to sequel, gdzie frances pod kierunkiem daniela rossena z grizzly bear i kevina copelanda z lightning bug i charly bliss urzeczywistnia w pełniejszym wymiarze wszystko to, co poprzednia płyta obiecywała; to szeroko pojęty progresywny folk na mocnym kameralnym fundamencie z appalachami w tle i awangardowym twistem — frances prowadzi swoje wokale równie ekscentrycznie, co przed rokiem (i świetnie, bo to zdecydowanie jej znak rozpoznawczy) i kompozycje podobnie jak tam balansują między psychodeliczną poetyką a histeryczną gęstwiną; różnica jest w samym balansie, który tam wybijał słuchacza z tropu między kolejnymi utworami, podczas gdy nested in tangles to płyta, której słucha się jednym tchem ♪ „falling from and further”


2025

24.

silvana estrada vendrán suaves lluvias

śledziłem pochodzącą z meksyku estradę z uczniowską pilnością od przełomowego dla jej kariery marchita z 2022 roku; słuchałem jej z uwagą i podziwem, ale nie umiałem znaleźć w tej muzyce punktu zaczepienia dla własnych emocji; to zmieniło się wraz z nadejściem słabych deszczy, czyli suaves lluvias, które wśród tegorocznych płyt roku, gdzie krytycy i publiczność zdają się faworyzować dysonanse i napięcia, stanowią być może najbardziej czuły i błogi krajobraz; to muzyczny ekwiwalent promieni słonecznych przedzierających się przez chmury (i to właśnie zrobiło dla mnie największą różnicę w porównaniu z marchita) — tym, co wypełnia tych dziesięć numerów do cna, a co ja w tym wydaniu z przyjemnością kupuję, jest nadzieja; estrada nie operuje może równie ornamentalnym wokalem co rosalía, ale za to ma serce na dłoni ♪ „como un pájaro”


2025

23.

andrea laszlo de simone una lunghissima ombra

tego lata pierwszy raz w życiu dałem się oczarować włoskiej muzyce, z którą zawsze byłem na bakier, a potem w październiku jakby w odpowiedzi na to oczarowanie ukazała się una lunghissima ombra; to kolaż na wskroś włoskich piosenek z barokowo-ambientalnym artystowskim anturażem, niby morskimi falami, wdzierającymi się pomiędzy faktyczne utwory; to wszystko tworzy niesamowity muzyczny pejzaż, ilustrujący według moich wyobrażeń (nie znam włoskiego) koniec lata na riwierze, albo nawet zimowe, odległe wspomnienie tego końca lata; jest w tych melodiach coś bardzo klasycznego (trochę jak w melodiach benjamina biolaya i innych tuzów nowego chanson), ale cały album ma jednak raczej (pomimo tej melodyki i barokowych aranży) współczesny sznyt — końcówka płyty jest zresztą odrobinę futurystyczna, ale w granicach przyjętej konwencji; ze względu na specyficzną produkcję wokalu, nie jest to album, z którego można wyciągać nieskończone przeboje i zmieniać z łatwością ich kontekst, ale słuchana w całości płyta oddaje z nawiązką ♪ „la notte”


2025

22.

preservation & gabe 'nandez sortilège

sortilège znaczy z francuskego urok albo klątwa i ta płyta ma w sobie coś z czarnej magii; zarówno produkcje preservation jak i flow nandeza można opisać jako hardkorowy hip hop robiony przez absolutnych stoików; i ten raczej złowieszczy i mistyczny niż uliczny vibe dość klasycznego krążka opartego na oldschoolowych samplach jest zdecydowanie jego wyróżnikiem; to bardzo konsekwentny, surowy, ale niezwykle przyjemny album, którego mocną stroną jest nie tylko czysty vibe; wsamplowana na końcu „nom de guerre” kwestia „i’m proud of the words, not necessarily the deeds, but i’m proud of the words” pozostanie we mnie na długo ♪ „war”


2025

21.

mary halvorson about ghosts

jazz mary halvorson, awangardowej gitarzystki z bostonu, do tej pory był dla mnie zwykle zbyt intelektualny — interesujący, ale zbyt techniczny i dysonantyczny, bym był w stanie z przyjemnością obcować z nim dłużej; to uległo zmianie na about ghosts, które jednocześnie nie wyzbywa się wcale esencji muzyki halvorson, ale jednocześnie wpuszcza przez szeroko otwarte okna duchy dawnych mistrzów post-bopu — shortera, mingusa, późnego ellingtona; jest w tym coś bardziej harmonijnego niż wcześniej, duch kina noir ze starego hollywood przyjemnie okalający te połamane struktury; a dodatkowo ten dość klasyczny ensemble oparty głównie o dęciaki z wibrafonem, kontrabasem i perkusją ma w samym centrum gitarę ♪ „carved from”


2025

20.

rochelle jordan through the wall

od kiedy tylko r&b po raz pierwszy spotkało się w house’m gdzieś w odmętach późnych lat 80. płyta taka jak through the wall — w całej swojej rozciągłości urzeczywistniająca ideę mariażu klubowych bitów i sensualnego soulowego wokalu przez wiele lat pozostawała wyłącznie w sferze marzeń; tymczasem rochelle jordan, swego czasu twarz pierwszej fali alternatywnego r&b, często wówczas porównywana do aaliyah, śmiało rozszerzyła koncept połączenia elektroniki i r&b, który doskonale urzeczywistniła już przed czterema laty na play with the changes i dowiozła godzinny piosenkowy set, który niemalże bez skipów, można w całości zaserwować w klubie; owszem, w międzyczasie podobne terytoria eksplorowały już jessie ware czy beyoncé na renaissance, ale nawet w bezpośrednim porównaniu through the wall wydaje się z nich najgładsze — bez koncepcyjnego jabadaba i awangardowych dobudówek nowy album jordan co do zasady jest absolutnie klasyczny; jego siła tkwi w wyrafinowanej produkcji, mocnych refrenach, znakomitej ekspresji wokalnej i przede wszystkim żelaznej konsekwencji ♪ „the boy”


2025

19.

gen hoshino gen

czternaście lat czekałem na płytę gena hoshino, którą bez żadnych wątpliwości mógłbym umieścić w swoim rocznym podsumowaniu najlepszych; hoshino jest w japonii powszechnie znany — od jakiegoś czasu prawie każdy jego singiel jest tematem do jakieś dramy lub anime; zachodni słuchacze kojarzą go przede wszystkim z „kigeki” w czołówce spy family, które zresztą trafiło na tę płytę; brzmienie hoshino jest zresztą dość specyficzne — wypracowane półtorej dekady temu łączy zwykle optymistyczne wokale, melodyjny (na japońską modłę) refren i retro klawiszowy lub smyczkowy motyw (posłuchajcie „koi” — to podsumowuje lwią część tego, co hoshino nagrywa); tegoroczna płyta i zwiastujące ją single (wydawane od kilku dobrych lat) zerwały jednak z tą przyjemną w odbiorze do pewnego czasu, ale bardzo przewidywalną recepturą; hoshino stał się zdecydowanie bardziej bitowy (nie śmiem nazwać tego new jack swingiem, chociaż pierwszy odsłuch całej płyty wzbudził we mnie takie skojarzenia) — smyczkowo-klawiszowe motywy nadal tu są, ale przełamują je zaskakująco śmiała zabawa elektroniką (wkraczającą momentami na terytorium drum & bassu) i inspiracje jazzem i funkiem; to jak na japońską płytę rzecz brzmiąca zaskakująco amerykańsko — podobny koncept także w tym roku próbował urzeczywistnić także fujii kaze, ale album hoshino jest dużo spójniejszy, ciekawszy aranżacyjnie i melodycznie; udało się to, co sztampowe i mogące uwierać bardziej wytrawnego słuchacza (mnie, hehe) doskonale zamaskować ♪ „sēmētai”


18.

sheena ringo „susuki ni tsuki”

przyznaję się do winy — od kiedy po raz pierwszy doceniłem sheenę ringo w swoim podsumowaniu 19 roku, nie było chyba takiego zestawienia, gdzie miałbym okazję wyróżnić jej utwór lub album, ale tego nie zrobiłem; jestem oficjalnie stracony i choć staram się ze wszystkich sił unaocznić wszystkim powody swojego obłędu, świat wciąż nie rozumie; trochę dlatego, że sheena konsekwentnie od lat zmierza w coraz mniej zrozumiałym dla szerszej publiki kierunku, który jest swego rodzaju pułapką na wszystkich kurtków tego świata, którzy ulegną słabości do wielkoskalowego jazzu z histerycznym wokalem i połamanego hałaśliwego j-rocka wymieszanych w wielkim kotle; tym razem ringo na bazie cudzego tekstu i cudzej kompozycji (to wstęp do mającej ukazać się w marcu płyty kinjite, gdzie ringo będzie coverować — to w tym wypadku umowne określenie — utwory innych) stworzyła majestatyczny bigbandowy numer, który z początku brzmi jak kompletny chaos, ale gdy już jego nielinearna struktura zostanie przez słuchacza przetworzona, ma szansę zamienić się w niezwykle satysfakcjonującą obsesję, a niemal każdy kolejny wokalny pasaż zabrzmieć jak nowy, prawowity refren; w pierwszej połowie numeru ringo wraca tu do pulsujących, głośnych, orkiestrowych aranży z ery sanmon gossip, by w połowie złamać go symfonicznym mostkiem i przejść do triumfalnego gitarowego finału, który później jeszcze dwukrotnie ewoluuje, nim ostatecznie utwór kończy się ragtime’owym stepowaniem w kimonie i drewnianych geta; o dziwo jednak ma się wrażenie, że pewne motywy melodyczne, choć nie mają odzwierciedlenia w tekście jak typowe refreny, trzymają ten, w przeciwnym razie monstrualny, numer w ryzach; wszystko jest oczywiście niesamowicie teatralne i koncepcyjne jednocześnie na awangardową i klasyczną nutę, i też pewnie stąd wynika szerszy brak zainteresowania współczesną twórczością sheeny ringo, która, jak udowadnia tu po raz kolejny, wciąż jest absolutnie nie do zatrzymania


2025

17.

ciśnienie [angry noises]

wspaniała wściekła awangardowa ściana dźwięku, raczej do doznania raz a dobrze niż do słuchania raz po raz przy okazji; mimo tego, bez radykalizmu tego przedsięwzięcia, nie dałoby się o nim napisać, że zapiera dech, że wbija w fotel, że ściera na drzazgi, a to właśnie napisać trzeba; ciśnienie łączy tu na post-rockowej kanwie (powiedzmy, że w stylu godspeedów!, chociaż oni nigdy nie zrobili czegoś równie niesamowitego) rozmaite odcienie hałaśliwego rocka, dysonantycznego jazzu, burdonowego metalu, a nawet pokrzywionego klezmerskiego punku w czteroczęściowej formie — przy mocno chaotycznym charakterze tego przedsięwzięcia dość jednak ustrukturyzowanej na wzór niemalże klasyczny; peter brötzmann lubiłby to ♪ „gilotyna”


2025

16.

john michel & anthony james egotrip

w kategorii: jazz rap na gospelowych/deepsoulowych bitach egotrip zdobywa w tym roku główną nagrodę; duet: anthony james (dj) i john michel (raper) pojawił się w zasadzie znikąd i wskrzesił tę samą chipmunk-soulową magię, na której połowę (tę pierwszą, lepszą) swojej kariery zbudował przed laty kanye west; i mimo raczej kompaktowych rozmiarów, to naprawdę imponujący album, od którego biją nadzieja i pewność siebie, a gospelowa podwalina nie ogranicza się tylko do szałowych sampli ♪ „oneway”


2025

15.

fly anakin (the) forever dream

fly anakin znany szerzej głównie z jego licznych wspólnych projektów z pink siifu (który oczywiście też pojawia i tutaj) wydał album, który w mojej posiwiałej (nieco) główce obudził odległe wspomnienie o boy meets world fashawna z 2009 roku — wtedy już wiedziałem, że będę do tego krążka wracał wielokrotnie i tak w istocie się stało; jeśli ktoś nie ma (tak jak ja) rapu na czarującym jazzowo-soulowym fundamencie w stylu nowej szkoły chicagowskiej (noname, smino, saba) albo rapu doprawionego prostolinijnym ciepełkiem chipmunk soulu w stylu debiutu kanyego westa, to (the) forever dream jest płytą, która idealnie wpisze się w oba te wzorce; to trochę rewers tegorocznego ghaisa guevary, bo tam gdzie guevara jest hardkorowy i głośny, anakin robi to inaczej; wciąż jest na tym krążku coś ulicznego, ale część numerów zrobiono w zasadzie zupełnie drumless i na poziomie produkcji te ostre krawędzie nie tyle się tu piłuje, co okrasza post-jazzową omastą a la atcq; no i anakin jest niezłym raperem o przyjemnym flow, któremu nadal jeszcze się chce robić fajne rzeczy po swojemu ♪ „forever dream”


14.

lexie liu x danny l harle „deeper & deeper”

wielki danny znów jest wielki dzięki chińskiej księżniczce electropopu ery internetu lexie liu, która zaprosiła go do współpracy na jej tegorocznej epce; efektem jest electro-house’owo-transowy labirynt elektryzujący na wielu poziomach (produkcyjnych) i dzięki bezkompromisowemu basowemu riffowi zgodnie z obietnicą z tytułu schodzący do najgłębszych z głębin; mood


2025

13.

friendship caveman wakes up

jeśli miałbym opisać tę płytę jednym słowem, to bez chwili zawahania wybrałbym „zamułę” — bliżej „muddiness” niż „mellowness”, ale jednak gdzieś pomiędzy, co jest tym drobnym niuansem, który wszystko zmienia, przynajmniej w przypadku caveman wakes up alt-indie-slowcore-country-rockowej grupy z filadelfii o wholesome nazwie friendship; trafiłem na ten album w grudniu chyba przy okazji rankingu roku w stereogum i wtedy też okazało się, że miałem go zapisanego do odsłuchu od majowej premiery; i doskonale się stało, że ten maj się nie udał, bo to jest doskonały album na zimę — śnieg zalega za oknem, a ja na kanapie, a w słuchawkach zalega friendship; w jakimś alternatywnym świecie geese nie wydało w tym roku get killed, ale właśnie caveman wakes up — albo inaczej, wszystko to, co geese odrzucili między panamerykańskim 3d country a nowym krążkiem, mogłoby dać początek caveman wakes up; nawet sposób tworzenia narracji jest jakoś pokrewny, ale jednak stylistycznie friendship w 25 roku bliżej do mj-a lendermana, a ideologicznie do steely dan, bo mimo tytułu to jednak wszystko muzyka dla zmęczonego dniówką starzejącego się człowieka, który niby pamięta, że na gitarze można grać inaczej, ale jednak wystarczą mu te letargiczne pomruki, które całkiem poetycznie zapakowało dla niego friendship; to chyba mój największy tegoroczny rel między tym, jak się czuję a czego słucham ♪ „tree of heaven”


2025

12.

model/actriz pirouette

dogsbody grupy model/actriz było moim wielkim odkryciem 23 roku, ich tegoroczny krążek więc musiał być jednym z najbardziej przeze mnie oczekiwanych i choć zdarza się to stosunkowo nieczęsto — dowiózł bezbłędnie; pisałem już wtedy, że cole haden brzmi mi trochę momentami jak corey taylor ze slipknot, co tworzy dla mnie dziwaczny most pomiędzy współczesnością a latami mojej nastoletniości, gdy wypalałem na cedekach empetrójki nu-metalowych kapel; ta nu-metalowość tutaj oczywiście nie ma zastosowania, bo pirouette posługuje się szlachetniejszą i trudniejszą do zdefiniowania mieszanką środków — jest gitarowo, industrialnie, tanecznie, punkowo, czasem teatralnie, na swój sposób przebojowo, ale i dysonantycznie (pewnie nine inch nails byłoby lepszym punktem odniesienia, ale może dla kogoś innego); nawet gdyby bardzo się chciało zredukować pirouette do emanacji po-nastoletniego buntu, model/actriz wielokrotnie w kolejnych numerach dostarczają dowodów, że byłoby to krzywdzące uproszczenie — na poziomie rytmiki chociażby część numerów to szaleńczy post-hardcorowy gamelan — rzecz, można powiedzieć z dużą dozą pewności, poza-nastoletnia; mimo wszystko pirouette znakomicie sprawdza się jako wyrażenie dorosłej rebelii — niekoniecznie jakkolwiek konkretnie ukierunkowanej w przypadku słuchacza, choć cole haden mierzy się tu nawet bardziej otwarcie niż na debiucie z własnymi emocjami — konfliktem między ekspresją własnej tożsamości a zewnętrznymi oczekiwaniami ♪ „cinderella”


2025

11.

turnpike troubadours the price of admission

w kontraście to wielkich artystycznych manifestów, które często zdobywają od krytyków i publiczności o krytycznym zmyśle owacje na stojąco, stoją takie płyty jak ta; the price of admission turnpike troubadours to znakomity album country — czerpiący garściami z muzycznych tradycji oklahomy spod znaku red dirt i łączący je z rockową ekspresją i folkową wrażliwością bardzo po amerykańsku; nie jest to jednak wielka płyta, raczej album towarzyszący pozwalający na wiele satysfakcjonujących odsłuchów przez wiele lat, niż taki, który za pierwszym razem zwali słuchacza na kolana tak, że ten słuchacz (tym słuchaczem jestem ja) postanowi sobie te silne emocje odłożyć na stronę, może właśnie na wiele lat, zanim będzie gotów znów paść na kolana; i myślę sobie, że to turnpike troubadours dużo lepiej wyraża ostatnio moje mente — pragnienie jakiejś stabilności, nawet poczciwej (można by użyć tego słowa do opisania tej płyty, choć nie byłoby najbardziej fair) w czasach, gdy świat jest wystarczająco popieprzony, by móc słuchać wyłącznie równie popieprzonej jak on muzyki; a the price of admission to fantastyczny grower, pełen kunsztownie zaaranżowanych kompozycji z niepozornymi refrenami — takimi, które nie paraliżują mnie od razu, ale gdy tylko do nich wracam, wiem dlaczego to robię; zastanawiam się dlaczego turnpike troubadours, nagrywającym od dwóch dekad, nie udaje się wyjść poza bazę stałych słuchaczy — z powodzeniem widzę dla nich miejsce gdzieś na obrzeżu głównego nurtu country obok chrisa stapletona czy mirandy lambert ♪ „on the red river”


10.

lady gaga „abracadabra”

abracadabra to czary i magia (…); ten numer to wehikuł czasu katapultujący słuchaczy na złotej ery gagi gdzieś pomiędzy „bad romance” a „judas”, gdzie istotnie działa się magia w sensie radiowo-popowej perfekcji; ale o dziwo nie zabrzmiało to wcale ani jak odcinanie kuponów, ani żerowanie na nostalgii — zwłaszcza że „abracadabra” w kontekście późniejszej premiery albumu okazała się w dużej mierze eksponatem odrębnym; „abracadabra” ma nie tylko bez wątpienia najbardziej przebojowy refren w dyskografii gagi od wielu lat, ale sam numer, wspomagany electrohouse’owym mostkiem, jest absolutnym radiowym i dancefloorowym taranem; w zalewie bezbarwnego disco (myślę też o tobie, „the dead dance”) „abracadabra” to armia zbawienia


2025

9.

dijon baby

przyznaję, że bywam sceptyczny w kwestii internetowych fenomenów, ale dijon to nie quadeca, a baby to album, o który powinniśmy wszyscy zrobić nawet więcej hałasu; nie ma co owijać w bawełnę czy pukać w niemalowane — to samo gęste; przy pierwszym odsłuchu — totalny chaos, ale zdradzający od samego początku spory potencjał rozwojowy; to gęste to progresywny pan-soulowy splot z mocnym prince factor rozlewającym się między kolejnymi numerami psychodelicznymi ścieżkami; wszystko to zestawione razem trochę na słowo honoru, bo dijon nie umie w minimalizm, a przy tym jest mistrzem d.i.y.; ale jednocześnie to absolutny grower, a w tym szaleństwie jest metoda — trzeba dać sobie chwilę, żeby mózg nauczył się rozplątywać te numery, a wtedy, zaprawdę powiadam, doznamy! ♪ „another baby!”


2025

8.

ninajirachi i love my computer

jedna z najbardziej swawolnych płyt tego roku i absolutne zaskoczenie na wszystkich frontach — oparta na nostalgii za początkiem internetu electrohouse’owa wiksiarsko-spermiarska epopeja; co więcej (żeby podbić podniecenie piwnicznego fandomu) za i love my computer stoi 26-latka z melbourne — bezsprzeczna królowa geekosfery z uniwersalnego cyfrowego nadania; ale sama nostalgia to nie wszystko — nina nie boi się zabawy dźwiękiem i konwencją — na fundamencie glitchowego electro buduje solidny pomost między mistrzem yasutaką nakatą a założycielami pc music; i love my computer jest wszystkim tym, czym mógłby być tegoroczny bezzębny krążek oklou (okrzyknięty, stąd go przywołuję, przez równie bezzębnych krytyków jedną z płyt roku) ♪ „all I am”


2025

7.

walt mcclements on a painted ocean

wyobraźcie sobie kankyō ongaku na akordeonie! trudne? to posłuchajcie on a painted ocean, które odmaluje wam ten na papierze niedorzeczny soundscape w trójwymiarze; mcclements, multiinstrumentalista, członek hurray for the riff raff, współpracownik mary lattimore i weyes blood, debiutuje tu niejako ze swoją autorską wizją, którą trudno ubrać w tagi oddające jej sprawiedliwość; jest to niewątpliwie płyta pejzażowa z akordeonem w dość klasycznej, ale (co ważne) nie współczesnej odsłonie, na pierwszym planie, który daje się jednak, mimo pewnego programowego ciężaru jego brzmienia, wkomponować w minimalistycznie ewoluujące prądy (czyt. riffy); i rzeczywiście ocean wydaje się dobrą analogią dla tej muzyki, która potrafi ująć harmonicznością, by chwilę później wyewoluować wielotorowo w coś nieprzejednanego i dysonantycznego, a ostatecznie (i taka jest końcówka tej płyty) dać się wypełnić jakąś triumfalną świetlistością, jakby z filmu przyrodniczego o waleniach, ale bez nadmiernego zadęcia — jak wieloryb wynurzający się z toni i wypuszczający strumień wody przez nozdrza, który po prostu tak robi bez żadnej teatralności; jedynie my obserwujemy w oddali z podziwem ♪ „clattering”


2025

6.

gwenifer raymond last night i heard the dog star bark

miałem taki moment kilkanaście lat temu, gdy dość obsesyjnie szukałem następców muzycznej myśli niedoścignionego mistrza amerykańskiego prymitywizmu johna faheya; ale spuściłem gardę i na last night i heard the dog star bark, i muzykę gwenifer raymond trafiłem zupełnie przypadkiem; po pierwszym odsłuchu nie mogłem oprzeć się rozważaniom, dlaczego dwie dekady temu nie zrobił tego james blackshaw, inna ważna figura stylu, z którego muzyką (także z tego powodu) miałem skomplikowaną relację; myślę, że dzięki raymond lepiej zrozumiałem blackshawa, ale przede wszystkim odkryłem coś, za czym tęskniłem, a co zupełnie straciłem z oczu; raymond jest naprawdę fenomenalną gitarzystką — jej kompozycje wcale nie odbiegają jakością od żelaznej klasyki fingerpickingu z appalachów; nawet jeśli ostatecznie za kilka lat miałaby się okazać jedynie sezonową ciekawostką, raczej niż filarem nowego kanonu, muszę jej oddać to, że od dawien dawna nie otworzyłem tak szeroko oczu podczas pierwszego odsłuchu jakiejkolwiek płyty; absolutna ekstraklasa ♪ „champion ivy”


2025

5.

natural information society perseverance flow

joshuę abramsa i jego post-minimalistyczny chicagowski jazz poznałem równo dekadę temu przy okazji magnetoception, które wówczas otworzyło w mojej głowie jakąś szufladkę i zaświeciła w niej żarówka; tych dziesięć lat spędziłem najwyraźniej w półmroku, bo chociaż śledziłem i abramsa i jego grupę natural information society, wszystkie nasze spotkania były bardzo przelotne, aż do momentu gdy w październiku tego roku trafiłem na perseverance flow, które dosłownie mnie zahipnotyzowało; być może tego właśnie potrzebowałem — awangardowego post-minimalistycznego dubu robotycznie pulsującego nieśpiesznie wokół mnie przez bite pół godziny z jakimś orgiastycznym jam bandem wychodzącym co rusz za linię, ale nie na tyle, by pulsowanie całości przestało choć na chwilę brzmieć jak soczysty rave na afterze u andy’go stotta; to jest mój mood, kochani, czy chcę tego, czy nie chcę — zostałem rozpracowany i opętany, ale wciąż nie wiem, czy ostatecznie perseverance flow ma doprowadzić mnie do szału czy do orgazmu ♪ „perseverance flow (slo-mo edit)”


2025

4.

colter wall memories and empties

colter wall był na moich plejlistach od lat — ale dopiero gdy poszedł mocniej w tradycyjny honky tonk przed dwoma laty na little songs znalazł drogę do mojego serca; nowy krążek memories and empties jest zresztą stylistyczną i formalną kontynuacją poprzedniego; to kameralna i kompaktowa płyta w starym stylu, bez karkołomnych stopów gatunkowych i wymyślania koła na nowo; podoba mi się, że mogę ją sobie wsadzić do kieszeni i zupełnie na spokojnie zatopić się w codzienności; wall jest fantastycznym wokalistą, ale to historie, które opowiada sprawiają, że nie tyle ja wracam do niego, co on do mnie ♪ „memories and empties”


3.

chappell roan „the subway”

choć doceniam debiut chappell roan the rise and fall of a midwest princess z 23 roku i wszystko co w ostatnich dwóch latach wydarzyło się w popkulturze wokół niego, dopiero kolejnymi singlami piosenkarka sprawiła, że naprawdę poczułem jej wizję popu — najpierw post-katebushowskim „good luck, babe!”, które szturmem wzięło listy przebojów na całym świecie, a teraz fantastycznie wyważonym „the subway”, które wzięło mnie zupełnie z zaskoczenia (listy przebojów też, choć niestety nie szturmem); to hommage dla gitarowego popu lat 90. w najlepszym możliwym wydaniu, całościowo spowity soft-cranberriesową aurą, ale jednak jak najbardziej tożsamy dla wszystkiego tego, co do tej pory pokazała nam roan; jego głównym atutem jest równowaga — między lekko melancholijnym i duchologicznym aranżem, emocjonalnym wokalem absolutnie sprzedającym każde słowo tego break-up story a klasyczną melodyką, bez problemu penetrującą ścieżki neuronów bardziej wymagających słuchaczy; na każdym z tych poziomów „the subway” ma w sobie jakąś ponadczasową tęsknotę, którą trudno wyrazić czy uzasadnić słowami, ale bardzo prosto poczuć, gdy roan porzuca pierwszy refren i przechodzi w lamentacyjne „she got away” / „she’s got a way” — to najbardziej transcendentny moment w całym tegorocznym popie


2025

2.

saba & no id from the private collection of saba and no id

przez ostatnią dekadę saba wyrósł na czołowego rapera niezależnej chicagowskiej sceny i trudno mówić o nim jak o debiutancie. w porównaniu z no id, który produkował przecież pierwsze płyty commona w połowie lat 90., trudno jednak nie zwrócić uwagi na tę dysproporcję w scenicznym stażu, która na ich wspólnym krążku from the private collection of saba and no id zdaje się stanowić nie lada atut; no id wciąż jest w doskonałej producenckiej formie i w spowite neo-soulem i jazzem okołoboombapowe bity potrafi jak mało kto; saba z kolei wciąż ma świeże flow i wiele do przekazania bez zjadania własnego ogona; świeżość i lekkość to zresztą słowa-klucze przy opisywaniu tego projektu, który w przeciwnym razie mógłby wydać się cokolwiek anachroniczny, a jednak panowie i ich liczni goście niosą go bez najmniejszych oznak zadyszki od początku do końca; to hip-hop, który oddycha soulem; energetycznie i aranżacyjnie być może jak dotąd najbardziej prawowity następca niedoścignionego debiutu noname ♪ „a few songs”


2025

1.

cécile mclorin salvant oh snap

w obcowaniu z kolejnymi płytami cécile mcLorin salvant zaraz od premiery najbardziej lubię ten moment, gdy któregoś razu po kilku wstępnych odsłuchach nagle bieg utworów rozrzuconych zwykle (a na oh snap szczególnie) w myśl jej strumienia świadomości zaczyna układać się w coś na kształt mojego własnego strumienia świadomości; kolejne puzzle, które na początku wydawały się zbędne lub nie do końca zrozumiałe, zaczynają pasować i naturalnie zajmują swoje miejsca; można to pewnie powiedzieć o wielu płytach, ale w przypadku cécile działa to na mnie szczególnie mocno — efekt jest spektakularny; oh snap to osobiste skrawki z szuflady, które w przypływie szaleństwa wyrzucono zamaszystym ruchem ku sufitowi, by zebrać je razem tak, jak wylądowały — nie tyle zresztą formalnie (choć formalnie to najbardziej synkretyczny album artystki mieszający jej sztandarowy wokalny jazz z artystycznym popem, a nawet psychodeliczną muzyką taneczną — jak w tytułowym „oh snap”, obiecajcie, że posłuchacie!), co tematycznie, bo salvant otwiera się tu światło na słuchacza ze swoimi intymnymi refleksjami i lękami w nieneurotypowym wachlarzu; ma serce na dłoni, a jej zmysł kreatywny pozbawiony gatunkowych szlabanów eksploduje jak nigdy wcześniej; jeśli ktoś chciałby wam wmówić, że współcześnie nie da się tworzyć muzyki odkrywczej i niepozbawionej wyobraźni, a jednocześnie rezonującej z emocjami słuchaczy — zapodajcie im oh snap, niech im buty pospadają! ♪ „oh snap”


Opublikowano

(najlepiej w 2025): 50ー26

2025

śledziłem muzyczkę jak szalony z tygodnia na tydzień w tym roku; owszem, mój osąd i moje wybory różniły się od z-agregowanego wzdłuż i wszerz vox populi — trochę kamień schroedingera (albo nie, ale już się napisało i jakoś tam mi się to podoba), raczej coś jakby obserwować wszystko wokoło, a jednocześnie brać wielki ciężki kamień i z własnej woli się nim przykrywać; nie wiem, na ile to był dobry rok, ale nie mam potrzeby za wszelką cenę się wypowiadać; rapsy były w odwrocie, w mainstreamie aż do jesieni nie było prawie żadnych nowych przebojów i kolejny rok z rzędu megagwiazdy popu i ich producenci doszli do niezrozumiałego wniosku, że po raz kolejny muszą koniecznie grzać disco, a my to jakoś mamy wytrzymać; ale najciekawszy był status rocka i muzyki gitarowej ogólnie, która zniknęła nawet z rockowego radia w usa (zamiast tego grają jakieś sombr i billie eilish, heh), za to krytycy rozpływali się nad nowym geese, a windmill scene w jakiś dziwny sposób wciąż wydaje się wiodącym ze świeżych nurtów estetycznych w muzyce w ogóle

zapraszam na pierwszą połowę moich subiektywnych muzycznych wyborów anno domini 2025


jako że pisać zacząłem w grudniu, dla uspójnienia, jeśli piszę o tym lub obecnym roku, zawsze chodzi o 2025 — w obrębie tego tekstu nie jestem jeszcze z nim pożegnany


2025

50.

djrum under tangled silence

synonim dźwiękowej dwubiegunówki — delikatne fortepianowe pasaże mieszają się tu z momentami dość hardkorowymi breakami w naprawdę fascynujący sposób; nie będzie to moja ulubiona płyta tego roku, bo nie sposób naprawdę wczuć się w ten dwutorowy mood, ale trzeba oddać twórcy, że jest to naprawdę kunsztownie zrealizowany i zajmujący słuchacza krążek — ryzykowny, ale ciekawy ♪ „galaxy in silence”


2025

49.

36 & zakè stasis sounds for long-distance space travel III

trzeci space ambientowy przelot duetu 36 & zakè nie wciąga tak jak pierwsza część w pandemicznym roku 2020, ale jest niewątpliwym apgrejdem wobec zachowawczej dwójki z 2022; to po raz kolejny medytacyjny progresywny ambient na motywach międzygwiezdnych podróży, tym razem być może bez odkrywania żadnego zupełnie nowego świata, ale to wciąż niesamowicie satysfakcjonująca wyprawa, której nie mógłbym nie polecić wszystkim amatorom lotnictwa — na sofie lub w wannie ♪ „final approach 2”


2025

48.

richard dawson end of the middle

nie jest to wielka płyta richarda dawsona, choć od kiedy poznałem go przed dekadą, mam wrażenie, że każda płyta richarda dawsona jest wielka — nawet jeśli na swój własny kameralny sposób; end of the middle to kolejny rozdział w opowieści folkowego mistrza — jak zwykle na swój sposób prostolinijny i cholernie pokręcony jednocześnie; przyziemne i transcendentne splecione ze sobą bez reszty ♪ „knot”


2025

47.

yumiko morioka & takashi kokubo gaiaphilia

przez lata unikałem sequeli w swoich podsumowaniach — w tym roku stawiam czoło pewnej obawie stojącej u podstaw takich decyzji — gaiaphilia to kieszonkowy sequel kapitalnego comebacku mistrza kankyō ongaku takashiego kokubo music for a cosmic garden z 2023 roku; w obu przypadkach w centrum mamy ogród, ale zmieniły się okoliczności — gaiaphilia jest z założenia ziemiocentryczna i być może ten właśnie element odrobinę tej płycie ciąży w bezpośrednim porównaniu ♪ „elegant spiral”


2025

46.

dj babatr root echoes

nie jest to najbardziej wykwintny z moich wyborów, ale na swój sposób idealnie dowozi coś, czego nie wiedziałem nawet, że mi potrzeba — pochodzący z wenezueli dj babatr miesza niewybredne techno z latynoskim house’m, pożyczając inspiracje od tuzów elektroniki z lat 90.; jednocześnie nie boi się kampu, przez co root echoes nie tylko łoi aż miło, ale jest zaskakująco przebojowe jak na tego typu album ♪ „1234 ladys on the floor”


2025

45.

juana molina doga

z dużym prawdopodobieństwem najbardziej kuriozalna z dobrych płyt wydanych w tym roku — multigatunkowy stop, w równych częściach popowy, co awangardowy, gdzie wokal bywa jednym z instrumentów, a melodie osadzone są w rytmice i minimalistycznych aranżach do tego stopnia, że trudno wyodrębnić tu refreny w klasycznym rozumieniu; naprawdę ciekawa rzecz ♪ „la paradoja”


2025

44.

old saw the wringing cloth

coś, co zawsze w jakiś sposób mnie fascynowało, to to, że choć od lat jestem wiernym miłośnikiem amerykańskiego folku, a w ostatnim czasie muzyka ambientowa odgrywa w moim życiu ważną rolę, nigdy, przynajmniej do teraz, nie udało mi się trafić na krążek z nurtu tzw. ambient americany, który jakkolwiek by mnie poruszył; zawsze były to w jakimś sensie półprodukty i odsłuch znakomitego the wringing cloth uświadomił mi dlaczego — zwykle elementy folkowe były jedynie dodatkiem dla elektroakustyczych pejzaży; tu proporcja jest zgoła odwrotna, old saw sięgają po szereg prawilnych środków wyrazu rodem z tradycyjnych nagrań smithsonian folkways, dbając na tym samym poziomie o letargiczno-oniryczny charakter kompozycji ♪ „song for paloma”


2025

43.

ryan davis & the roadhouse band new threats from the soul

gdyby bill callahan chciał nagrać countrysoulową płytę inspirowaną nashville skyline boba dylana i august and everything after counting crows, a wyprodukowałby ją sufjan stevens, to jest szansa, że brzmiałoby to trochę jak new threats from the soul ryana davisa & the roadhouse band; jest to jednocześnie całkiem quirky i trochę wholesome — na początku byłem trochę zdezorientowany, ale zatrzymałem się przy tym krążku na dłuższą chwilę i teraz już myślę, że rozumiem ♪ „new threats from the soul”


42.

raye „where is my husband!”

okazuje się, że brzmienie postmilenialnego r&b na motownowych samplach na tyle weszło do świadomości słuchaczy, że raye tym numerem — popowym outtake’m niby z katalogu wielkiego swego czasu richa harrisona — dotarła pod strzechy tak szeroko, że nawet w polsce, ojczyźnie smutnych gitar, disco polo i raperów rymujących się z się, wypełniła sobą airplay najbardziej komercyjnych i alternatywnych anten; jest w tym w numerze trochę szaleństwa i sporo humoru, nie zapominając o nienagannej dykcji, dzięki której raye szuka swojego męża z prędkością karabinu maszynowego, nie gubiąc się w kunsztownym, wielopoziomowym refrenie


2025

41.

geese getting killed

trochę żałuję, że geese pozbyło się ze swojej progresywnego miksu gatunkowego kowbojskiego funku, dzięki któremu ich poprzedniego krążka 3d country słuchałem jak kontynuacji przegrywiej energii becka; getting killed odpowiada bowiem na inne wołanie, czemu zawdzięcza zresztą swój olbrzymi sukces — to amerykańska odpowiedź na brytyjską scenę windmill; geese po swojemu rekonstruują nie tyle tamto brzmienie, co ideę tamtego brzmienia, a że są naturalnie quirky as fuck, wypadają w tym niesamowicie przekonywająco; no i getting killed, jako najbardziej utytułowana przed krytyków płyta 2025 roku to na jakimś poziomie jednak triumf muzyki gitarowej w czasie, gdy alternatywne radio w usa gra przede wszystkim sombra i billie eilish (zamiast jakichkolwiek gitar); jeśli by wskrzesić staruszka rocka potrzeba tego, co zrobili tutaj geese, to count me in ♪ „cobra”


2025

40.

benjamin biolay le disque bleu

po fenomenalnym la superbe z 2009 roku benjamin biolay siłą rzeczy stał się dla mnie centrum szeroko pojętej muzyki frankofońskiej — od tego czasu zdołał wydać aż 10(!) lepszych lub gorszych płyt, z których z perspektywy czasu najbardziej zajęło mnie inspirowane południem palermo hollywood i właśnie tegoroczne le disque bleu; obie te płyty są na swój sposób niebieskie, choć na palermo, było więcej słońca, a na bleu częściej pada — biolay znowu wyrusza na południe, włączając do swojego autorskiego miksu klasycznego chanson z post-bitelsowskim brytyjskim rockiem gitarę akustyczną rodem z bossa novy; to trochę mood, trochę zabawa piosenką, a jest z czego wybierać, bo to w zasadzie dwa krążki, po 12 numerów każdy, podzielone trochę jak na dez anos depois nary leão — jedna płyta jest bardziej akustyczna, druga bardziej synkretyczna ♪ „adieu paris”


39.

d’leesa „higher”

„higher” to kolejny triumf sypialnianego d.i,y.-owego r&b, które przed dwoma laty (i w mniejszym stopniu w tym roku) godnie reprezentował nourished by time; wydany własym sumptem debiut bezkompromisowo i samozwańczo safijskiej d’leesy czerpie całymi garściami z balladowego popu lat 90. i byłoby w tym coś nieznośnie przypominającego amatorskie karaoke, gdyby nie to, że piosenkarka po mistrzowsku operuje eterycznym wokalem i potrafi zawrzeć w swoich wykonaniach całą masę emocji, których nie da się zignorować; „higher” jest najszlachetniejszą emancją muzyki spod znaku smutnej dyskoteki a.d. 2025, jaką udało mi się znaleźć


2025

38.

yunis ninety nine eyes

egipski kompozytor i producent na swoim debiutanckim ninety nine eyes reinterpretuje ideę klasycznej arabskiej piosenki mogącej liczyć bez przerw nawet 30 minut (wyguglujcie inta omri); yunis nie śpiewa, ale tworzy instrumentalny pejzaż na motywach pożyczonych z tradycyjnego egipskiego popu; efektem jest psychodeliczna dubowa raga osadzona w krainie baśni tysiąca i jednej nocy; wybaczcie wyświechtany punkt odniesienia — oceniam ninety nine eyes jedynie wrażeniowo i za każdym razem jestem pod wrażeniem ♪ „part i”


2025

37.

gorycz zasypia

black metal z olsztyna, moi drodzy; nie jestem fanem blackowych wokali, ale wszystko inne dookoła nich gra mi na zasypia — od koncepcji prowadzącej słuchacza przez rozmaite stany ludzkiej egzystencji, przez zaskakująco progresywnie rozwinięte brzmienie, po pewną hipnotyzującą rytmiczność, ale bez frenetyczności często typowej dla black metalu ♪ „wybacza”


2025

36.

mckinley dixon magic, alive!

mckinley dixon znowu to zrobił! magic, alive! to jak dotąd być może jego najlepszy całościowo krążek — magia jest tu nie tylko obecna, jest silna i żywa! kreatywnego połączenia rapu, (big bandowego!) jazzu i soulu słucha się tak, jak musiało się słuchać klasycznych krążków de la soul czy a tribe called quest przed 30-ma laty; i pewnie zachłysnąłbym się tą płytą w tym roku bez reszty, gdyby nie to, że pierwsze zauroczenie dixonem mam za sobą od czterech lat (for my mama nadal pany!) ♪ „could’ve been different”


2025

35.

bad bunny debí tirar más fotos

przejście bad bunnego od średnio natchnionego trapetonu w stronę mieszanki całego wachlarza tradycyjnych stylów muzyki z latynoskiej części karaibów z reggaetonem to jedna z tych wspaniałych rzeczy, których nie udało się zniszczyć mainstreamowi ery aplikacji streamingowych; owszem, dokonało się w jakimś sensie już na udanym un verano sin ti z 22 roku, ale dopiero tegoroczne dtmf urzeczywistniło tamtą ideę w pełni i jak należy; to pierwsza całościowo tak dobrze wyważona i angażująca płyta w dyskografii królika ♪ „dtmf”


2025

34.

agriculture the spiritual sound

przegapiłem debiut agriculture przed dwoma laty, a po ten krążek sięgnąłem z okazji piątku premier, w dużej mierze spodziewając się, że mnie zirytuje; tymczasem jednak the spiritual sounds okazało się płytą, przede wszystkim, brzmieniowo niesamowicie intrygującą — może jako placeholder tegorocznego deafheaven, którego nadal nie udało mi się przesłuchać? w centrum są tu rozkoszne brutalnie świdrujące gitary, które doskonale wkomponowano tu szersze post-noise’owe spektrum; rytmicznie i wokalnie bywa zresztą zaskakująco różnorodnie, co sprawia, że to, mimo trzech kwadransów na liczniku i obiektywnego ciężaru gatunkowego, album do połknięcia na raz ♪ „micah (5:15am)”


2025

33.

anthony naples scanners

solidny album tech-house’owy, który równie dobrze mógłby ukazać się 10 czy 15 lat temu, więc nie próbuje wymyślać koła na nowo, a którego najmocniejszą stroną są bangery — rozpięte przez ponad godzinę od pierwszej do ostatniej ścieżki; nie jest to jednak toporna bangeroza podmiejskiej dyskoteki, ale żywy puls neonowej metropolii (z akcentem na puls, nie na metropolię); sporo tego słuchałem w tym roku — głównie w ciągu dnia w dni robocze (a neony miałem tylko w głowie) ♪ „night”


32.

moliy x skillibeng x shenseea x silent addy „shake it to the max (fly) (remix)”

czasem myślę, że wychowałem się na ulicy, gdzie stała jamajska tańcbuda serwująca kolejne remiksy „dem bow” i mikstejpy beenie mana; w tym samym umyśle narodziło się zapewne „shake it to the max” serwujące rasowy dancehall inspirowany do kości riddimiką i melodyką przełomu milenialnego; ile bym dał, żeby zamiast rozwodnionych afrobeatsów w klubach i na tropikalnych plejlistach grano właśnie tak; absolutny riddim tego lata


2025

31.

luke belle the king is back

luke bell miał zapewne urodzić się w innej epoce — może nawet 100 lat temu; czy przynajmniej jego duch musiał wstąpić w naszych czasach w młodsze ciało, by z pasją i przekonaniem odtworzyć to kowbojskie boogie, tradycyjny swingujący sznyt, temperament rasowego honky tonk; the king is back jest testamentem bella, którego znaleziono martwego przed trzema laty w wieku 32 lat, po tym jak przedawkował fentanyl; 28 opowieści, których nie powstydziliby się hank, marty, merle, elvis czy bob (wills, nie dylan); śnij piękny sen o dalekiej prerii, stracony królu! ♪ „the king is back”


2025

30.

alex g headlights

alex g w zasadzie nie nagrywa słabych płyt, ale nie nagrywa też wielkich płyt; to dość kiszonkowe albumy, które, tak jak ten, przez jakiś czas po premierze stają się idealnymi towarzyszami codzienności; alex g ma na headlights coś z elliotta smitha, ale nie jest to ta cecha, którą określilibyśmy słowem „dojmujący”; ten krążek zresztą w zupełnie naturalny i bezpretensjonalny sposób wyrósł z 90sowej tkanki, estetyki i wrażliwości; od pierwszego odsłuchu brzmiał zupełnie znajomo, nie ma tu może ewidentnych przebojów, ale kolejne riffy i refreny są naprawdę uzależniające ♪ „afterlife”


2025

29.

carter faith cherry valley

szukałem tej płyty przez cały rok — mainstreamowego country do radia, które czerpie z tradycji w zrównoważony sposób, jednocześnie równoważąc to niestronieniem od popu jako takiego; i ten debiutancki longplay carter faith zrealizował tę potrzebę idealnie — kilka lat temu (w 18 roku) bardzo podobną płytę wydała caitlyn smith i to jest dla cherry valley mój główny punkt odniesienia; faith podobnie jak smith nie boi się wielkich ballad w starym stylu i ze smyczkami, ale może też być zupełnie zwyczajna, kameralna, w dżinsach z wysokim stanem; faith jest retro przede wszystkim na okładce, ale momentami wkracza też na terytorium cudownie prześpiewującej standardy w stylu starej patsy cline –nicole atkins; to pozycjonuje ją w doborowym gronie, nie sądzicie? a po co mi ta płyta? doskonale współgra z zachmurzonym niebem w szare zimowe popołudnie — nie jest zbyt poetycka by negować poetykę zewnętrza, a jednak dodaje odcienie niemożliwe do uzyskania bez nie ♪ „if I had never lost my mind…”


28.

eddie chacon „let the devil in”

mój ulubiony soulowy oldboy ostatnich lat eddie chacon nagrał na swoją ostatnią, dość niepozorną płytę numer, który przedarł się przez mój ogólny brak zainteresowania tym krążkiem i stworzył ponadczasowy mood, do którego, mam nadzieję, będzie mi tęskno przez wiele lat; to kompozycja jakby ze stajni nourished by time, hypnagogiczna, pulsująca, łącząca late night quiet storm z jakimś bedroomowym szamańskim rytuałem; mistyczna; na wielu poziomach transcendentna


2025

27.

wednesday bleeds

cieszy mnie ta płyta podwójnie — po pierwsze, podobnie jak getting killed geese, daje nadzieję, że gitary w roku pańskim 25 nie wszystek umarły; poza tym, stała się zupełnie mimowolnie papierkiem lakmusowym mojego wyczucia estetycznego, co do którego, mimo upływającego czasu, tysięcy przesłuchanych płyt, wciąż miewam wątpliwości; gdy bleeds ukazało się we wrześniu, w szczycie jakiejś mojej życiowej bezradności, sięgnąłem po nie bezrefleksyjnie, bo było o nim głośno i było względnie krótkie; nie miałem na nie ochoty, nijak mi ten garaż nie leżał, ale nie umiałem tego krążka zbesztać, choć trochę tego potrzebowałem; dałem więc sobie spokój i wróciłem do bleeds za jakiś czas i wtedy zabrzmiało mi doskonale — surowe, hałaśliwe gitary z mocno countrującym podszyciem; pixies i beck mają dziecko; z perspektywy to płyta w stylu rollercoaster, gdzie każdy kolejny numer z premedytacją zmienia nastrój, ale też, czy takie właśnie nie jest życie? (nie odpowiadajcie, wcale nie pytałem) ♪ „townies”


2025

26.

lyra pramuk hymnal

lyra pramuk naprawdę rozwinęła się od fountain (które zamykało moją listę muzycznych polecajek 20 roku) — może tylko poza tym, że medúlla björk nadal pozostaje dla niej zaskakująco adekwatnym punktem odniesienia; hymnal to muzyka kameralna na sterydach, rozszerzona elektronicznie, ale zupełnie inaczej niż u djruma; pramuk znów buduje swoją płytę na ewoluujących w czasie post-minimalistycznych wokalnych loopach, a efekt jest w równej mierze popowy, co awangardowy; do stworzenia płyty pramuk wykorzystała zresztą słynnego pamiętającego śluzowca physarum polycephalum, który przetworzył po swojemu część tekstów; dzięki temu, jak wyczytałem gdzieś w sieci, można ten album traktować jako ciekawy artystyczny głos we wzbierającej na sile dyskusji o roli sztucznej inteligencji w życiu ludzi ♪ „solace”


(…)

pozycje 25ー1 tędy ⟶ (klik!)

Opublikowano

2024っぽい:25ー1

2023

ciąg dalszy, czy może raczej prolog tegorocznego zestawienia wraz z pozycjami 50ー26 dostępny jest w drugim artykule; napisałem w tym roku o wiele więcej niż wypadało, zwłaszcza w kontekście płyt i utworów, które nie tylko są emanacją jakichś trendów (choć również), ale w dużej mierze mają wszelkie predyspozycje, by wpisać się w muzyczny pejzaż wielu nadchodzących lat


25.

ariana grande „we can’t be friends (wait for your love)”

choć po roku spędzonym przez „we can’t be friends” w intensywnej rotacji radiowo-strumieniowej z łatwością można go zignorować jako nagranie przebrzmiałe i męczące, gdy grande wydawała w marcu eternal sunshine, to właśnie był od pierwszego odsłuchu najbarwniejszy highlight płyty; z pomocą maxa martina i ilyi grande wchodzi tu w ramy smutnego introspektywnego disco, w którym trudne emocje należy przede wszystkim wytańczyć; dzięki motorycznemu 80sowemu bitowi w stylu hi-nrg wszczepionemu w rdzeń elektropopowej struktury „we can’t be friends” stało się pełnoprawnym sequelem kultowego „dancing on my own” robyn; oby jak najwięcej takich nagrań na radiowych plejlistach


2024

24.

perfume nebula romance: part i

to, że na nowej płycie perfume yasutaka nakata pchnął trio w retro-synthwave’ową stylistykę, jest wśród sympatyków grupy kwestią bardzo polemiczną; z jednej strony bowiem była to dosyć oczywista kwestia ewolucji brzmienia zespołu po plasmie z 2022 roku; z drugiej — synthwave jest obecnie, po zbyt wielu takich samych singlach the weeknda i jego naśladowców, w odwrocie; mimo że kontekst nie działa na korzyść takiego posunięcia, jeśli pierwszej połowy dwuczęściowej j-pop opery nebula romance posłuchać raczej jako reinterpretacji technopopowego dziedzictwa yellow magic orchestra, akcenty znacząco się przesuwają; perfume zresztą już wcześniej z powodzeniem eksplorowały to brzmienie na kultowym ⊿ — choć, przyznaję, nie aż tak dosłownie; romance jednocześnie zabiera nas bowiem do wymyślonego dystopijnego świata i do japońskiego synth popu lat 80., co dla mnie w obu przypadkach sprawdza się całkiem nieźle; nakata nie wyważa tutaj co prawda żadnych drzwi, ale produkcyjnie i melodycznie nadal trzyma poziom ♪ „love cloud”


2024

23.

alameda spectra volume 2

choć nazwa bydgoskiej grupy była mi całkiem dobrze znana, to co usłyszałem na spectra 2, tak dalece odbiegało od mojego wyobrażenia o muzyce alamedy, że minęło wiele czasu, nim odpowiednio połączyłem kropki; owszem, afrobeatowe szaleństwo z części pierwszej sprzed dwóch i pół roku stanowiłoby jasną wskazówkę, gdyby nie to, że odkryłem je obie w zasadzie jednocześnie; sama z siebie zresztą mogłaby mnie spłoszyć, bo dopiero przy odsłuchu tegorocznej dwójki szeroko otworzyłem japę ze zdumienia; tak jak przed dziesięcioma laty robiło to ninos du brasil, alameda wpisuje charyzmatyczne bębny pożyczone zza morza w progresywne przestrzenne techno; i tak jak włoski duet dekadę temu pożyczał z brazylii, bydgoski kwartet czerpie z angolskiej batidy i południowoafrykańskiego gqomu; nie będę udawał, że jestem specjalistą od afrykańskiej elektroniki — nie jestem, ale wiem, że alameda pięknie rozszerza (nomen omen) spektrum muzyki pożyczonej o swoje własne zajawki i doświadczenia; i że wychodzi im to obłędnie, a to przecież najważniejsze! ♪ „wir”


22.

father john misty „i guess time just makes fools of us all”

to father john misty w najlepszym wydaniu; refleksyjny, ale przewrotny, flirtujący z klasyczną melodyką, ale stroniący od banału; to osiem i pół minuty egzystencjalnego yachtrockowego disco z metastylistycznym groove’m, zapraszającymi na parkiet (ale tylko solo) smyczkami i oczywiście saksofonową solówką; mimo wszystko nie ma w tym nic z retropopu, to wcale nie tak, jakby nagle przenieść się w czasie do 1982 — tego rodzaju nagranie nie mogłoby powstać w tamtym kontekście, ponieważ musiał on dojrzeć, wypaczyć się i sfermentować i dopiero teraz nadaje się w swojej nowej postaci do ponownego spożycia — pierwotnie był czymś innym, a później przez wiele lat — zupełnie do niczego; słucha się tego „i guess time just makes fools of us all” — z soczystą (ale słodko-kwaśną) puentą w tytule i ostatnim takcie refrenozwrotki jak w prawdziwym country — jak medleyu przypowieści biblijnych; trochę jakby abba wyprodukowała singiel dla leonarda cohena, ale w zasadzie to nie do końca


2024

21.

ezra feinberg soft power

czego tutaj nie ma! ezra feinberg znakomicie wypełnia lukę pomiędzy czterema porami roku fuubutsushi a klarnetowym ambientem group therapy — robi to rzecz jasna bardziej po amerykańsku, ale na tyle subtelnie, że jak widać, nie jest to pierwsze słowo, którego użyłem, by tę muzykę opisać; na jakimś poziomie to instrumentalny ekwiwalent niedokończonego 50 state project sufjana stevensa, choć feinberg stevensa nie cytuje, ani nie kopiuje; w innej interpretacji to soundtrack do filmu o emocjach młodych ludzi, który dostał jakąś nagrodę na sundance, w którym nie rozmawiano zbyt wiele, bo większość czasu zajęły nieruchome kadry przestrzeni liminalnych, zawsze o poranku, zanim jeszcze wypełnią je ludzie, ale już po tym, gdy wypełniło je światło; przestrzeni jest wiele i towarzyszą im różne emocje, co usprawiedliwia stylistyczną rozpiętość soft power dryfującego między kontekstami, ale za każdym razem pozostającego wiernym obietnicy z tytułu; soft power to w istocie idealny tytuł dla tej płyty; sprawdźcie sami, będzie super o poranku (o ile będzie słońce), ale da też sobie radę wieczorem ♪ „future sand”


2024

20.

common & pete rock the auditorium vol. 1

nie byłem tak podekscytowany jakąkolwiek premierą commona od czasu be z 2005 roku, które zresztą było pierwszą płytą zrecenzowaną przeze mnie wówczas na łamach gazetki szkolnej i do dziś pamiętam moją matkę mówiącą ojcu — „andrzej, spójrz, on pisze jak stary!”; punktów stycznych z be jest zresztą więcej — niektóre zupełnie przypadkowe — jak to, że na chwilę przed premierą the auditorium udało mi się wreszcie po wielu latach upolować (reedycję) be na wosku, a potem odsłuchy obu zlały mi się w jedno; po premierze krążka wielokrotnie trafiałem zresztą na opinię, że auditorium to najlepszy common od be i trudno tę tezę obalić (o ile ktoś akurat nie ma innego nietypowego faworyta z jego ostatniej dyskografii), także dlatego, że pete rock całkiem nieźle odtwarza po swojemu tamten wajb wczesnych produkcji ye — organicznych, oddychających, na neo-soulowym post-soulquariansowym silniku, który uczynił be be; to trochę nostalgia trap, ale taka, w którą wpada się z przyjemnością, zwłaszcza że konstelacje najwyraźniej ułożyły się dla panów pomyślnie, bo chipmunk-soulowy rap wrócił ostatnio do łask; auditorium jest co prawda nieco za długie i zwłaszcza przy pierwszych odsłuchach można odbić się od niektórych corny wersów commona, ale cholera, rok 2024 zaraz dobiega końca, a ja wciąż bujam się do tej płyty, jakby nadal był 2005 ♪ „wise up”


2024

19.

chat pile cool world

chat pile są totalnie spoza mojej strefy komfortu, ale na cool world mają bezdyskusyjnie najbardziej soczyście brzmiące gitary w tym roku; korespondują one zresztą znakomicie z przyciężkim, klaustrofobicznym i dalece dysonantycznym charakterem tej muzyki, która zresztą pozostaje w dziwacznym rozkroku między ulubieńcami redditowej gawiedzi w rodzaju black midi a jakimiś numetalowymi dinozaurami w stylu slipknota; i te dwuznaczności, te dość schizofreniczne tropy, które o dziwo mają tutaj sens, sprawiają mi absolutnie wielką frajdę ♪ „frownland”


18.

bolis pupul „completely half”

bo błyskotliwym debiucie topical dancer, gdzie pierwszy plan zdominowała charyzmatyczna wokalistka charlotte adigéry, urodzony w belgii, ale mający korzenie w hongkongu producent bolis pupul udał się w podróż do źródła; niewątpliwe jądro jego syntezatorowej nocnej wycieczki do chin, singlowe „completely half”, muszę odczytywać jako mimowolny ukłon w stronę pionierów japońskiego technopopu z yellow magic orchestra; zgodnie z prawidłami klasycznego techno-kayō pupul jest tu tyleż robotyczny, co emotywny; motoryczny bit ukuty na parkiecie smutnej dyskoteki doskonale dopełnia minimalistyczny wokal ani na chwilę niewyrywający się do przodu w trakcie kolejnych mechanicznych, nieprzyzwoicie chwytliwych refrenów; pupul niczym swego czasu yukihiro takahashi w „drip dry eyes” jest introspektywny i szczery, a przy tym, pomimo obezwładniającej syntezatorowej rytmiki, wciąż stoi na baczność; that’s the spirit!


2024

17.

nala sinephro endlessness

niezwykle kompetentna post-jazzowa medytacja, zrealizowana dwufazowo tak, że może służyć zarówno jako tło medytacji, jak i jej przedmiot; medytacja nie jest zresztą w tym kontekście w ogóle niezbędna, choć post-minimalistycznie, progresywnie rozpisane na instrumenty i elektronikę kształty sinephro nie dają się w prosty sposób interpretować; to jedna z tych płyt, które nieustannie ewoluują, prezentując co rusz jakiś nowy szczegół, ale bez powodowania w słuchaczu poczucia, żeby miał do czynienia z jakiegokolwiek rodzaju showcase’m czy demonstracją potencjału twórczego; to po prostu się dzieje — przy okazji i bez wysiłku, co oddaje zresztą doskonale charakter tego materiału; bo tak się też tego słucha — bez wysiłku; i z przyjemnością ♪ „continuum 6”


16.

tommy richman „million dollar baby”

w takich momentach człowiek naprawdę zaczyna zastanawiać się, czy może ta wiralowa popularność rzeczywiście jest jakkolwiek egalitarna, z dużym udziałem losowości oczywiście, ale wciąż; potem jednak trafia się na jakiś kawałek gracie abrams, który brutalnie pozbawia go złudzeń; „million dollar baby” to jeden z kilku cudownych momentów w mainstreamowym popie tego roku — tommy richman człowiek znikąd tworzy perfekcyjny earworm — południowy vibe zestawia bezceremonialnie z eleganckim falsetem, a do tego zlewa ze sobą kilka produkcyjnych tricków pożyczonych z funku, r&b i hip hopu lat 80. i 90., stapiając je nierozerwalnie ze sobą tak, że efekt finalny brzmi znajomo, ale nie da się podważyć jego oryginalności; jedyny zarzut? richman wykastrował swój tegoroczny longplay, pozbawiając tracklistę tego numeru


2024

15.

sheena ringo hōjōya

pięć lat później sheena ringo bez ostrzeżenia w połowie maja wypuściła rewers gęstego sandokushi; hōjōcha, zgodnie z kosmiczną, kolorową okładką z kotem maneki-neko w jej centrum, to ringo karnawałowa, co w jej przypadku znaczy tyle, że łączy gitarowy pop i bigbandowy jazz w raczej pogodnym anturażu; jej karnawał to też święto kobiecości, bo ringo zaprosiła do współpracy siedem japońskich wokalistek młodszej generacji, by, jak sama mówi, dać im odpowiednią platformę do wyrażenia samych siebie; być może właśnie z tego powodu hōjōcha wydaje się bardziej prezentacją możliwości twórczych aniżeli płytą, której słucha się na jednym oddechu od początku do końca; poniekąd równoważy to mnogość i jakość hajlajtów, które wydaja się lęgnąć się na każdym kroku, jak w jakimś niewybrednym anime, na które starszy kuzyn zabrał nas przypadkiem do kina w 2003; podobnie jak na kilku wcześniejszych płytach artystka na okoliczność premiery pozbierała wydane na przestrzeni ostatnich kilku lat utwory i wciągnęła je w bieg krążka w nowych aranżacjach, w przeważającej mierze nagranej z towarzyszeniem jazzowego bandu, co ja akurat bardzo lubię; podskórny kabaretowy vibe materiału koresponduje zresztą doskonale z informacją, wciąż jeszcze oficjalnie nieogłoszoną, ale przebijającą się od jakiegoś czasu w kuluarach, że ringo na obrzeżach tokio zamierza niebawem uruchomić swój własny kabaret z autorskim programem muzycznym; bardzo poproszę! ♪ „ningen toshite”


2024

14.

masayoshi fujita migratory

masayoshi fujita od lat na swoich płytach dokonuje harmonijnej syntezy wschodu i zachodu; na migratory, po raz kolejny niepozbawionego ptasich motywów, pomysły zaczerpnięte z japońskiej muzyki otoczenia stapiają się europejskimi tradycjami muzyki elektroakustycznej; dość konwencjonalne dla kankyō ongaku syntezatorowe otwarcie krążka stopniowo migruje ku minimalistycznie ambientowemu biegunowi; tym samym migratory zbliża się możliwie najbardziej do pojęcia dźwiękowej podróży, przełamując jego figuratywność, ale wciąż stroniąc od dosłowności ♪ „tower of cloud”


13.

future & metro boomin ft. kendrick lamar „like that”

po tym jak już nie zostawiłem suchej nitki na wspólnym krążku future’a i boomina, przypałętał się do mnie ten numer i przylgnął bez reszty zupełnie wbrew mojej woli; „like that” oczywiście zaczęło ten beef kendricka z drake’m poniżej wszelkiej godności (który jednak tydzień po tygodniu śledziłem z wypiekami na twarzy, cóż, wina i igrzysk, i guess); zaczęło też oczywiście rok kendricka, a miliony białasów synchronicznie przewijały do jego eksplozywnego wersu i na oścież otwierały na przemian to oczy, to japy; panowie ładnie sobie radzą na tym bicie, przyznaję, future jest jak zwykle obezwładniająco leniwy, ale już jego refreny wchodzą w głowę bez mrugnięcia; to bit jednak wciągnął mnie w ten numer na dobre; boomin robi tu ikoniczną robotę, pożyczając złowrogi bassline z „everlasting bass” rodney’a-o i dziarsko tnąc nieco infantylny syntezatorowy riff tak, że faktycznie można bez pudła nazwać go hiphopowym moroderem — krajobraz jest trójwymiarowy i dynamiczny, można w nim utonąć; tak się to robi


2024

12.

bialystocks songs for the cryptids

gdzieś w dalekiej japonii od kilku lat istnieje zespół o zgoła sympatycznej i jakby znajomej nazwie bialystocks; wszystko przez meteoryt, który spadł w 1827 roku pod białym stokiem i nazwano go na cześć miejsca; i pewnie gdyby nie ta nazwa nie dałbym tej formacji szansy przez kilkoma laty, a tymczasem okazało się, że ich tegoroczny longplay songs for the cryptids stał się jedną z najchętniej przeze mnie słuchanych płyt roku; to muzyka, którą ja nazywam codzienną, czasem nieco chłodniej — użytkową, w wariancie wieczornym, czyli takim na odbodźcowanie i ukojenie; chociaż to oczywiście nie wszystko — czułość wokalną i (w cudzysłowie) „softrockowy” anturaż uzupełniają tu błyskotliwe metapopowe aranże, czerpiące trochę z progpopowych tradycji rodzimych scen, trochę ze szkoły americany (pod kątem stapiania elementów rozmaitych stylów w jedną spójną stylistykę, nie pod kątem brzmienia); feelingiem chyba bialystocksom najbliżej do indiefolkowej grupy whitney, choć nie da się ukryć, że do (tego samego, ale jednak nie wspólnego) sedna dochodzą od zupełnie innej strony; w singlowym „kids” chociażby, pozostając wciąż w obrębie tego plastycznego spektrum, cytując w sposób ewidentny, choć nie banalny to beatlesów, to queen, tak że nie do końca już wiadomo, co rzeczywiście tam się odbywa; fascynująca płyta — tak całości, jak i we fragmentach ♪ „chikagoro”


2024

11.

36 trance anthems for a sunken generation

ta płyta brzmi trochę tak, jakby zrobić transową imprezę w czytelni bibliotecznej, ale nie pomimo nakazu ciszy, tylko zgodnie z nim; bardziej niż trance ambientalny pasuje mi tu określenie trance akustyczny, choć z zastrzeżeniem, że to muzyka, która nie stroni od dramatycznych zwrotów i żaden porządnie przygotowany opis nie powinien próbować kastrować jej z eksperymentalnych zapędów; 36 (połowa duetu 36 & zakè, który przed czterema laty zabrał nas w pierwszorzędną ambientową podróż w przestrzeń kosmiczną) z lubością i swobodą operuje czymś, co ja roboczo określam głośną ciszą — rejestrami dźwiękowymi gdzieś pomiędzy white a pink noise, wydobywając z nich najróżniejsze kolory dzięki pełnoprawnej transowej syntezatorowej wiksie, która co prawda drumless, ale odchodzi tutaj na całego; ostatecznie album wielokrotnie łamie nakaz zachowania ciszy, choć finałowego tytułu „destroy silence” nie należy czytać dosłownie ♪ „tear you apart”


2024

10.

yuta orisaka jumon

shinri, nietuzinkowy amalgamat rocka, jazzu i folku, poznałem przy okazji tworzenia swojego podsumowania roku przed trzema laty, gdy zwrócił moją uwagę od pierwszego odsłuchu; bywa, że takie wybory last minute wkrótce okazują się chybione, ale płyta orisaki towarzyszyła mi niemalże na porządku dziennym przez kolejne dwa lata, gdy wreszcie z ciekawości sięgnąłem po wcześniejsze heisei, które dodatkowo wzmogło moje zainteresowanie ewentualną kontynuacją; i oto wreszcie objawiła się w połowie roku w postaci jumon, czyli zaklęcia; wszystko się zresztą zgadza, bo orisaka wciąż czaruje tutaj jakościowymi kompozycjami i aranżami, choć jego sygnaturowa mieszanka gatunkowa zrobiła się może trochę mniej mistyczna, a nieco bardziej kameralna — całkiem adekwatnie zresztą do kuchennej okładki krążka; ta kameralność, nawet może powszedniość tego materiału nie jest jednak wcale żadnym obciążeniem — wręcz przeciwnie; to prawdziwe szczęście móc wpisać inteligentną, poetycką i niebanalnie zrealizowaną płytę w swoją codzienność; można wówczas przynajmniej na jakiś czas wpleść w swoją rzeczywistość odrobinę low fantasy i taka właśnie szansa otwiera się przed słuchaczem tutaj ♪ „spell”


2024

9.

gillian welch & david rawlings woodland

woodland to autobiograficzna historia rawlingsa i welch o stracie i odbudowie; oczekiwana przez miłośników duetu kontynuacja sygnaturowego brzmienia dwójki apostołów z appalachów, ale i odświeżający nowy początek po tym, gdy przed czterema laty ich dom i studio nagraniowe w jednym niemalże zmiotło z powierzchni ziemi tornado; nie ma tu jednak ani patosu, ani rozpaczy — trudne doświadczenia duet przekuł na dziesięć pieczołowicie zaaranżowanych i wyprodukowanych kameralnych kompozycji, nie odstępujących ani trochę jakością tym, które dla welch w połowie lat 90. produkował mistrz t bone burnett; jest w tej muzyce gorycz, ale jest i nadzieja, jak zawsze u rawlingsa i welch dużo miejsca wypełnia to, co już się wydarzyło, ale jest też przestrzeń na spojrzenie w przyszłość z podniesioną głową; to muzyka, która trafia prosto w serce i już tam zostaje; płyta, do której wraca się przez wiele lat; jestem tego całkowicie pewien ♪ „the day the mississippi died”


2024

8.

starflyer 59 lust for gold

poprzednia płyta starflyera sprzed trzech lat była zupełnie w porządku; ta jest zarówno pod względem brzmienia jak i jakości materiału powrotem grupy do ich złotego standardu z lat 90.; tytuł lust for gold i monochromatyczna winylowa okładka nie bez przyczyny cytują ich opus magnum z 1995 roku — robi to bowiem także muzyka; to akuratnie wyważona dawka ponadczasowego shoegaze’ującego rocka flirtującego z oniryczną americaną; są soczyste gitarowe riffy, psychodelicznie rozmyte melancholijnym reverbem, ale kiedy trzeba bywają świdrujące i dosadne — czasem może nawet jedno, i drugie jednocześnie; w centrum tej muzyki stoją jednak mocne kompozycje — to klasyczna szkoła rockowego songwritingu, z wyrazistymi refrenami do skandowania na koncertach i prawdziwymi emocjami przekładającymi się równomiernie na każdy aspekt wydawnictwa; frazowanie i barwa głosu wokalisty jasona martina przypomina mi trochę matta berningera z the national, z tym tylko zastrzeżeniem, że formacja dessnera, nie nagrała tak wyrazistego krążka od ponad dekady ♪ „909”


2024

7.

jamey johnson midnight gasoline

czekałem na tę płytę półtorej dekady — jamey johnson mógł równie dobrze nigdy już nie wydać jakiejkolwiek płyty; tymczasem midnight gasoline okazało się prawowitym sequelem jego opus magnum that lonesome song z 2008 roku i tym samym w zupełnie innym kontekście scenicznym dokonało tego, co pogubiło jego pełnoprawny follow-up — the guitar song; z jednej strony midnight jest płytą country tak konwencjonalną, na ile tylko można sobie to wyobrazić, ale jednocześnie nie ma tu żadnego wylewania (benzyny) za kołnierz — johnson jest w szczytowej formie, ma melodie, aranże, puenty i wyczucie, dzięki czemu żaden z numerów tutaj nie jest niewypałem; midnight gasoline ma trochę wieloformatowego radiowego sznytu post-milenijnego, ale jak zawsze u johnsona wszystko wykonane jest z pasją i zaaranżowane z wyobraźnią — nie stroni od rocka, bluesa, nie boi się dęciaków; to dość konserwatywna płyta, przyznaję, ale może też dlatego nadal nie mogę się nią nacieszyć ♪ „no time like the past”


6.

jade „angel of my dreams”

jeśli jest dla mainstreamowego popu jakaś nowa droga, to prowadzi przez „angel of my dreams” jade; debiutancki solowy singiel jednej czwartej brytyjskiego girlsbandu little mix nie tylko z miejsca stał się przebojem w ojczyźnie piosenkarki, ale pod wieloma względami nagiął prawidła muzyki pop; miesza r&b przełomu milenialnego z electropopem w sposób, który jest jednocześnie ironiczny i osobisty (trochę jak u charli xcx, ale jednak dużo bardziej organicznie); „angel” obezwładnia melodyką kolejnych zestawionych ze sobą pasaży, pre- i post-chorusów, które w każdym innym kontekście mogłyby stanowić elementy zupełnie odrębnych numerów; mimo tej imponującej złożoności — emocjonalnej, wokalnej, melodycznej, stylistycznej i dynamicznej — efekt nie tylko nie jest żadnym popowym frankensteinem, ale wręcz przeciwnie — można śmiało nazwać go małym popowym arcydziełem na miarę naszych czasów


2024

5.

amaro freitas y’y

amaro freitas, charyzmatyczny pianista jazzowy z brazylii, trzy lata temu nagrał być może mój ulubiony album jazzowy od czasu zmierzchu złotej ery gatunku przed pięćdziesięcioma laty; zaplanowane na początek marca y’y było dla mnie premierą szczególną i z początku nie umiałem sobie tego krążka wyobrazić, bazując na zapowiadających go fragmentach i opisie, zgodnie z którym projekt miał być inspirowany ekosystemem dżungli amazońskiej; na co mi te koncepcyjne brednie, myślałem, chciałem tylko więcej fortepianowego kolorytu, nawet jeśli forma miałaby być nieco siermiężna; freitas jednak miał inne plany i przyznaję mu, że wiedział lepiej, bo y’y to dźwiękowe doświadczenie przenoszące nas do amazonii w sposób niemal dosłowny, nie bacząc na wykorzystane do tego środki, żwawo i niepostrzeżenie mieszając style i gatunki tak, jakby nigdy nie istniały; nie jest to zresztą w żadnym fragmencie kartonowa ustawka z rodzaju egzotycznych estetyzacji z połowy xx wieku; to muzyka, która rozumie konteksty kulturowe i estetyczne, z których korzysta i nie zadowala się łatwymi rozwiązaniami, ale też nie upatruje w nowatorstwie jako takim nadrzędnej wartości; efekt jest złożony, miejscami awangardowy, ale jednocześnie zaskakująco harmonijny — weźmy taniec młotków w „dança dos martelos”, który odwzorowuje w realiach amazońskiej dżungli koncepcje estetyczne radzieckich futurystów, co zresztą konsekwentnie współtworzy ekosystem krążka w jego dalszej części — to być może najbardziej nieoczekiwany zwrot akcji na mojej tegorocznej muzycznej mapie zdarzeń — na y’y jest ich zresztą więcej ♪ „mar de cirandeiras”


2024

4.

laura marling patterns in repeat

po premierze patterns in repeat wróciłem do całej dyskografii laury marling — słuchałem tych płyt, gdy się ukazywały, później wracałem do nich w mniejszych czy większych fragmentach przy różnych okazjach; nie dowierzałem sobie; song for our daughter sprzed czterech lat było dla mnie estetycznym i emocjonalnym objawieniem, przez co nie umiałem za bardzo ukierunkować swoich oczekiwań względem patterns — czekałem na tę płytę z pewną obawą, że albo ja ją sobie zepsuję, albo laura zdążyła stać się w tym czasie kimś, kogo już nie zrozumiem; nic z tego się nie wydarzyło — patterns jest dla mnie kolejnym muzycznym doświadczeniem nagiego człowieczeństwa — marling jest uważna, świadoma, nader wszystko czuła — potrzebuję jej w swoim życiu w tej inkarnacji — patterns wypełniło wiele moich listopadowych i grudniowych poranków i wieczorów, otuliłem się nim jak ciepłą kołdrą w te smutne, za krótkie dni; ale musiałem wrócić do poprzednich płyt marling — pomyślałem, że skoro patterns jest dla mnie przedłużeniem tej więzi, którą znalazłem z laurą przy okazji poprzedniego krążka, to pewnie uda mi się to także z jej wcześniejszymi albumami, ale nie do końca; współczesna marling wykiełkowała dopiero gdzieś przy okazji semper femina z 2017 roku — miała to w sobie od zawsze, ale była też w innym miejscu życiowo i estetycznie, szukała swojego brzmienia, ekscytował ją bardziej prostolinijny folk w stylu klasycznego dylana, bawiła się joni mitchell (wtedy wpadła mi w ucho po raz pierwszy), próbowała rocka i americany — i słuchało się tego świetnie, ale to nie tak; patterns jest jej najdojrzalszą płytą, może nawet dojrzalszą niż ona sama (może ma starą duszę?); nie tylko uszlachetniło i ukonstytuowało się tu jej własne brzmienie, ale przede wszystkim nie umiem nie myśleć, że jest na patterns coś bardzo ostatecznego, profetycznego wręcz, choć nie złowieszczego czy patetycznego; po premierze tego krążka zestawiłem go podczas audycji radiowej z five leaves left — na jakiejś płaszczyźnie jest między tymi dwoma albumami jakiś wspólny mianownik; ale to nieważne co; jeśli na czymś mi zależy, cieszy mnie wszystko to, co potencjalnie jeszcze mogę odkryć; niech rzeczy potoczą się swoim tempem, może za wiele lat napiszę inny blurb, w którym bardziej dobitnie opowiem o patterns in repeat — na tę chwilę nie potrafię ♪ „caroline”


2024

3.

ryuichi sakamoto opus

nie wiedziałem, że to pożegnanie sakamoto może mi być jakkolwiek potrzebne; a jednak, zgodnie z wizją artysty, nie tylko przyniosło ukojenie pewnemu rozgoryczeniu, ale stało się żywym testamentem ducha muzyki mistrza sakamoto; może nawet czymś więcej, bo sam kontekst tego nagrania jakkolwiek wstrząsający, nie jest bynajmniej tym, co przesądza o wartości tej muzyki; sakamoto nie tylko z niezwykłym wyczuciem wyważył selekcję kompozycji na swój ostatni koncert, ale przede wszystkim zostawił w nim całego siebie; są w tej muzyce oczywiście jej oryginalne znaczenia i ślady tamtych przejmujących kontekstów, ale nade wszystko cechuje ją zgoda; fortepian sakamoto wybrzmiewa z głębi niego, ale nie ma w tym żadnego desperackiego nawoływania ♪ „tong poo”


2024

2.

rafael toral spectral evolution

gdyby nie brat summer, ten rok z pewnością upłynąłby mi pod znakiem spektralnej wiosny; dysonantyczny birdsong stopiony w jeden głos z gitarowymi burdonami; ptasi koncert na koniec świata, jaki znamy, albo może, którego nigdy nie znaliśmy, stąd też przeraża nas i frustruje, gdy próbujemy dotknąć jego istoty, a ta wymyka się nam co rusz; myślę, że to poszukiwanie przez torala harmonii pośród dysonansów jest niemożliwie bliskie natury rzeczy; ta nielinearna dwutorowość to jeden z moich ulubionych pomysłów na muzykę i sztukę w ogóle, a toral rozwinął ją tutaj po mistrzowsku, dalece wykraczając poza granice mojej wyobraźni; niedługo po tym, gdy udało mu się zafascynować mnie tą płytą bez reszty, błądziłem zresztą przy jej akompaniamencie po bambusowych labiryntach fushimi inari taisha; czy zbliżyło mnie to jakkolwiek do poznania natury rzeczy? nie sądzę; a czy pozostanie na zawsze w mojej pamięci? ♪ „fifths twice”


2024

1.

charli xcx brat

czy chcemy tego, czy nie chcemy, brat to popkulturowa dominanta anno domini 2024; i jako taką jako wieloletni sympatyk, a przy kilku okazjach wręcz adherent fenomenu xcx, chciałem ją ukoronować; nie tylko dlatego, że brat summer, że chaotic evil, że memy pisane niewyraźną czcionką na zielonym tle, ale to po prostu najlepsza płyta charli w karierze — a.g. cook i easyfun, eghm, finn keane zrobili tu zajebistą robotę, podczas gdy danny l harle zajęty był (skutecznym — wielkie brawa, i guess) podtapianiem kariery duy lipy (śpij słodko aniołku); brat jest wszystkim, czego życzyłem charli od kiedy rozwinęła skrzydła wraz z bubblegumbassową świtą przed siedmioma laty na podwójnym mikstejpie number 1 angel / pop 2 (wówczas moim numerze pięć w podsumowaniu roku 2017); jest przedłużeniem tej formuły w mniej klaustrofobicznym, ale wciąż dość bezkompromisowym wydaniu i pod koniec roku nadal nie wierzę, że udało się z tego wykręcić taki wiral (owczy pęd, you did well this time); xcx łączy tu post-radiową melodykę, szerokie inspiracje post-internetem, post-milenialną emocjonalną dezynwolturę i absolutną produkcyjną nieskazitelność; osiąga wyższy poziom auto-ironii, w dalszym ciągu pozostając fun w zupełnie prostolinijny sposób; jest cudownie otwarcie traszowa i robi to z dumą, ironią, świadomością i wyobraźnią jednocześnie; czy może raczej jest po prostu brat ♪ „365”


Opublikowano

2024っぽい:50ー26

2023

w tym roku lista właściwie ułożyła się sama; słuchałem wiele zróżnicowanej muzyki na bieżąco i w ciągu roku odkryłem masę interesujących rzeczy; raport z tego, co trafiło do mnie najbardziej, poniżej w formie dwuczęściowej listy; podobnie jak w poprzednich latach wspólnej dla albumów, epek i singli, ale w stosunku do zeszłego roku rozszerzonej o dziesięć dodatkowych pozycji


50.

kendrick lamar „not like us”

to był niewątpliwie rok kendricka, a wykręcenie pierwszorzędnego bangerka i międzynarodowego przeboju z tego patologicznego beefu z drakiem to wyczyn, który należałoby klasyfikować w zupełnie innej skali niż lista z muzycznym podsumowaniem roku


2024

49.

kaitlin butts roadrunner!

stylistycznie roadrunner! można opisać jako symulację, co by było, gdyby kacey musgraves nigdy nie nagrała golden hour i zamiast tego poszła w neo-tradycyjne country; butts dysponuje podobną barwą głosu i tak jak u musgraves jej utwory są osobiste i społecznie zaangażowane; butts doskonale czuje się też w bardziej gitarowym anturażu i nie stroni od przewrotnych i błyskotliwych puent, wkraczając tym samym na terytorium mirandy lambert (choćby w swojsko doprawionym bluegrassowymi skrzypkami „hunt you down”); roadrunner to zresztą wersja maksi przełomowego dla butts what else can she do z 2022 roku; podobnie jak tam, i tutaj serwuje naprawdę mięsiste numery, absolutną czołówkę utworów country w tym roku, ale też z jakiegoś powodu całościowo to ekstatyczne wrażenie gdzieś rozmywa się i gubi; mimo tej nieco rozlazłej struktury nie chciałem pominąć roadrunnera w kontekście podsumowania roku, bo butts robi tu w większości fantastyczną robotę, a nie ma za sobą ani wsparcia wielkiej wytwórni, ani tiktokowego trendu, który pomógłby jej wypłynąć na szersze wody ♪ „hunt you down”


2024

48.

fontaines d.c. romance

fontaines d.c. wreszcie osiągnęli chyba równowagę między post-punkowym hałasem a radiową melodyką, tym samym zbliżając alt-mainstreamowe gitarki możliwe najbardziej to ich złotej ery w połowie lat 90.; momentami trudno orzec, na ile to granie jest duchologiczne, a na ile po prostu jest, ale może wcale nie trzeba tego robić; na pewno wciąż robi robotę i wciąż jest potrzebne, nie tylko boomerom kierowanym nostalgią za brzmieniem młodości; wreszcie, wbrew pozorom romance w kontekście 2024 roku pozostaje bardzo adekwatne ♪ „favourite”


2024

47.

thee sacred souls got a story to tell

jakkolwiek cenię daptone za ich niedający się przecenić wkład w kultywowanie dziedzictwa klasycznego soulu, cieszę się, że na drugim krążku thee sacred souls poszli mocniej w kierunku smoothsoulowym, bo ten pięknie służy wokaliście joshowi lane’owi — którego pewnie można by zreszrą porównać do curtisa mayfielda, a już z całą pewnością postawić obok duranda jonesa z the indications; dzięki temu, że aranże są mniej 60sowsko-doowopowe, a wchodzą bardziej w stylistykę lush arrangements z wczesnych lat 70., got a story to tell to wysokiej klasy soulowy moodsetter — prawdopodobnie nic takiego, czego nie słyszelibyście wcześniej, ale wystarczająco udany, by sprawdzić się wielokrotnie na plejliście z wieczorowym soulem; to wciąż niewątpliwie retro soul (spójrzcie tylko na okładkę), ale zdecydowanie mniej siermiężny niż zdecydowana większość tego typu prób w ostatnich latach ♪ „live for you”


2024

46.

confidence man 3am (la la la)

jako marnotrawny syn eurodance’u nie mogłem tej płyty zlekceważyć, gdy znikąd pojawiła się na moim radarze w październiku; zeszłoroczny sukces peggy gou otworzył szeroko drzwi na pełnoprawny rewiwal europejskiej muzyki tanecznej (wszelkiej maści) lat 90. i 00.; i oto się dzieje! confidence man, kwartet z australii (który wygląda na duet), zafascynowany popkulturą starego kontynentu zamienił inspiracje nieswoistym (italo)disco na pełnoprawny eurotrip i wskoczył w tę bezkresną studnię funu, by uchronić współczesny pop od dewastacji; la bouche, culture beat, vengaboys i setki (nie)zapomnianych one hit wonderów z epoki wreszcie doczekały się godnej kontynuacji swojego dziedzictwa — zaczepnego meta-rave’u, gdzie wszystko to co ważne — melodia, bit i styl — trafia w punkt, jeśli nie w każdym, to przynajmniej w co drugim numerze; pomnicie moje słowa, „pump up the jam” jeszcze zostanie powszechnie uznane za najlepszy numer wszech czasów przez społeczność międzynarodową, także poza europą — philomeno cunk, trzymaj się, rewolucja dopiero się zaczyna! ♪ „i can’t lose you”


45.

lady gaga & bruno mars „die with a smile”

być najbardziej klasycznie napisana i zaaranżowana piosenka w mainstreamowym radiu od „leave the door open”; przy pierwszym kontakcie bardzo niepozorna, wręcz rozczarowująca brakiem fajerwerków, których trzeba było się spodziewać po duecie gagi z marsem, ale stopniowo wchodząca słuchaczowi w głowę, uwodząca go detalami i jednak mimo wszystko, mimo cynicznego rozpisania jej na wielki przebój, chwytająca w jakiś sposób za serce, jeśli nie powerballadowym refrem, to przynajmniej jakąś romantyczną anachronicznością, którą jednak po mistrzowsku udało się sprzedać słuchaczom i korporacjom


2024

44.

joel ross nublues

nublues jest co prawda bardziej zachowawcze niż znakomite the parable of the poet sprzed dwóch lat, ale ross, naczelny wibrafonista blue note records, i tym razem dowozi, nie miałem więc serca pozostawić go poza listą; to wciąż pierwszorzędny nowojorski jazz, doskonale równoważący melodyjność i awangardowość; elegancki, potrafiący kłaść akcenty tam, gdzie należy, zwracający uwagę na koloryt brzmienia, bliski post-bopowym tradycjom, do których zresztą odnosi się literalnie, cytując coltrane’a i monka; nawet jeśli brakuje mu trochę wizji i koherencji poprzednika, to wciąż bardzo jakościowy krążek ♪ „central park west”


2024

43.

sierra ferrell trail of flowers

na początku marca myślałem, zasłuchany w singlach i zapatrzony w okładkę nadchodzącego trail of flowers, że to może być jedna z moich płyt roku; i chyba padłem ofiarą swoich własnych oczekiwań, bo choć trail of flowers pięknie wykorzystuje inspiracje western swingiem czy folkiem z appalachów (dwoma spośród moich najulubieńszych odcieni americany), ostatecznie całościowo wypada jednak dość bezpiecznie; gdy skrzypki już się pojawiają, jak w kapitalnym „fox hunt”, pędzącym na łeb, na szyję przez południowe prerie, robi się absolutnie rozkosznie, ale ostatecznie tej dobrze napisanej i znakomicie wykonanej muzyce brakuje trochę swady; niesamowicie cieszy mnie, że ferrell udało się z tą dość niedzisiejszą i niewątpliwie ambitną muzyką przebić się w tym roku szerzej –absolutnie polecam ją uwadze w jej obecnej formie, niech mój niedający mi spokoju niedosyt nie przesłoni w tym blurbie meritum ♪ „fox hunt”


2024

42.

ex-easter island head norther

steve reich organizuje elektroakustyczną bibkę i jego dj set ma zawierać nagrania z nowej płyty ex-easter island head; to zabawne, że o muzyce tego typu można napisać, że jest do tańca i do różańca, ale totalnie jest; i chociaż mam trochę problem z jej stylistyczną wielotorowością, muszę przyznać, że obcuje się z nią z niekłamaną przyjemnością — norther jest kompromisowe, ale to jest potrzebny kompromis, którego w muzyce wciąż mamy za mało — między tym, co koncepcyjne, wzniosłe i poważne, a tym, co rozrywkowe, łatwe i popularne; i myślę, że wszyscy ci skażeni myśleniem totalistycznym o prymacie jednego nad drugim (czy odwrotnie), mogliby spuścić trochę pary przy tej płycie, cokolwiek by z nią robili; bo nie wiem, czy wiecie, np. taki steve reich organizuje elektroakustyczną bibkę… ♪ „norther”


41.

billy joel „turn the lights back on”

nie spodziewałem się, że kiedykolwiek jeszcze będzie mi dane doświadczyć nowej muzyki od joela w jego klasycznym stylu, a tymczasem za sprawą tego prostego numeru spędziłem całą wiosnę, odkrywając na nowo 52nd street, turnstiles i całą tę przepiękną panamerykańską muzyczną opowieść; malkontenci rozpisywali się, że „turn the light back on” brzmi jakby kilka przebojów joela z lat 70. zmieszać razem; prawda, ale też typ ma 75 lat, a to jest bardzo jakościowy nostalgiczny powrót do jakiegoś nieśmiertelnego marzenia, które może trochę ckliwe, może trochę patetyczne, ale nie da się go zakneblować; coś we mnie obudził ten numer i chciałem się tym podzielić


40.

hannah frances „keeper of the shepherd”

na swoim tegorocznym longplayu hannah frances jest odrobinę zbyt histeryczna, za to tytułowy singiel to ekstraklasa alternatywnego country — sześciominutowy numer wypełnił do cna cały ten piach z okładki płyty; wokalne salta frances równoważy nieustraszenie galopująca perkusja i akompaniująca jej gitarowa surówka; jednak w momentach, gdy „keeper” musi zaczerpnąć tchu, do głosu dochodzi pewna psychodeliczna melancholia, i wtedy staje się oczywiste, że od początku stanowiła podszycie i dla tej histerii, i tego galopu; ostatecznie całość jest doskonale zrównoważona i zrealizowana z wyczuciem — i nie ma znaczenia już, o czym frances śpiewa, czujemy jej ból, mkniemy z nią na ślepym koniu w nieznane z przekonaniem, że tak trzeba


2024

39.

tariq al-sabir unlike yesterday today i’m ready

tariq al-sabir został skandalicznie zignorowany przez prasę muzyczną i tiktokową młodzież ciągnące za hajpowe sznurki; a szkoda, bo debiutanckiej epki nowojorskiego artysty można słuchać zarówno w odpowiedzi na natchniony repertuar mosesa sumneya (który tymczasem uciekł bardziej w pop), jak i eksperymenty jaia paula (który zniknął dawno temu i chyba na dobre); unlike yesterday today i’m ready to trochę showcase potencjału twórczego al-sabira, w którego centrum jest alternatywne r&b trzeciej generacji, a kolejne utwory meandrują między akustycznym art popem i uk bassem z hyperpopową wkładką; to inteligentne, połamane r&b; pieczołowicie wyprodukowane i wykonane urzeczywistnienie rzadko podejmowanej idei synth-soulu ♪ „god 2 handle”


2024

38.

ulcerate cutting the throat of god

nie jestem fanem deathmetalowego growlu, ale muszę przyznać, że to podżynanie gardła bogu wyszło panom z ulcerate nad wyraz widowiskowo, w dodatku bez epatowania graficzną przemocą; robotę przede wszystkim robią gitary, które rozmyto tu shoegaze’owo i gdy tylko pozwala się im wybrzmieć, wynoszą ten projekt wysoko ponad przeciętną; nie włączę tej płyty co prawda na swoją codzienną plejlistę, ale tak jak znakomicie słuchało mi się jej w czerwcu, tak potrafię docenić złożoność i malowniczość tej swoistej sceny rodzajowej dzisiaj ♪ „cutting the throat of god”


2024

37.

schoolboy q blue lips

to zabawne, ale czuję się trochę jak twardogłowy dziaders, propsując w 2024 roku schoolboya; przesłuchałem zbyt wiele jednakowych rapowych krążków w tym roku — tych szczególnie hajpowanych i tych, o których już teraz nikt nie pamięta i blue lips był jednym z hajlajtów tych cotygodniowych selekcji z #fridayroundup już od pierwszego odsłuchu; nie słuchałem nigdy zbyt wiele schoolboya, więc to nie sentyment, chociaż pamiętam jak propsowaliśmy na misce habits & contradictions, które wtedy średnio mi imponowało; z czasem schoolboy usunął się trochę w cień, ale jego muzyka stała się ciekawsza — przede wszystkim produkcyjnie; blue lips jest cholernie synkretyczne — płynnie przeskakuje od jazzowych sampli i drumlessowych interludiów do trapowych czy niemal electro-hopowych bangerów, a wszystko to trzyma w ryzach jakiś bardzo klasyczny gangstarapowy (przepraszam za to słowo wszystkich nie-dziadersów) swag; nie jest to może najrówniejsza płyta schoolboya, ale strasznie dobrze robi mi to, że tyle się tu dzieje — trochę jak u kanyego westa w jego kreatywnym primie, ale bez charyzmy megalomana-szaleńcy; to, że zmieściłem tu blue lips, a pominąłem gnx nie oznacza bynajmniej, że uważam schoolboya za lepszego od kendricka czy kwestionuję dominację tego drugiego w tegorocznej popkulturze — po prostu na blue lips odnalazłem więcej siebie ♪ „foux”


2024

36.

benjamin tod shooting star

gdzieś na peryferiach współczesnego country w głębokim tennessee żyje sobie, pisze i śpiewa niejaki benjamin tod; gdy nie pisze i nie śpiewa, jeździ po okolicy swoim starym buickiem roadmaster, w przydrożnych barach opróżniając powoli szklanki szkockiej; a później o tym właśnie pisze i śpiewa; na shooting star jest mniej chropowaty i bardziej melodyjny od coltera walla, znacznie mniej nachalny w swojej retromanii niż charley crockett i kilkadziesiąt razy mniej znany niż tyler childers, choć każdemu z jego fanów można by toda polecić, potencjalnie z powodzeniem; w kwietniu z niejaką ashley mae pod szyldem lost dog street band nagrał też doskonały honkytonkowy krążek survived, który można, ale wcale nie trzeba potraktować jako prequel shooting star ♪ „like it or not”


2024

35.

tyler, the creator chromakopia

ay, kolego, czy ty próbujesz po raz trzeci sprzedać nam ten sam krążek w nowych łaszkach? chromakopia to właściwie igor-bis, wcale nie igor na sterydach, raczej igor ze środkiem ciężkości bliżej rapu niż jakiejś pan-soulowej hybrydy, ale wciąż robiący mniej więcej to samo; i z jednej strony ile można, z drugiej nie da się zaprzeczyć, że tego typu kreatywne fuzje stylistyczne w koncepcyjnej ramie wychodzą tylerowi najlepiej; jest we mnie dwóch rabinów — i pewnie podobnie jak w przypadku igora dam temu albumowi pooddychać i pewnie za kilka lat trafi na moją hiphopową półkę z winylami ♪ „darling, i”


2024

34.

mj lenderman manning fireworks

już wcześniejsze płyty lendermana były fajne, ale to tą wypłynął wreszcie na szersze wody, więc w rozmaitych recenzjach i opisach ludzie prześcigają się w porównywaniu go do innych typów, z gitarą, którzy nie bali się country; z tej szerokiej puli (można naprawdę wybrać kogokolwiek i napisać, że lenderman jest jak x, tylko x miał niebywałą charyzmę, taką że dziewczyny ściągały majtki i rzucały je na scenę i że przy nim lenderman to nieprawdopodobna niemota); mnie od razu rzuciło się w oczy porównanie do ryana adamsa — wiem, że nie wypada, ale to tym bardziej podkreśli pozytywy lendermana (taki mam cel); otóż, lenderman na manning fireworks brzmi trochę jak adams, gdy już rozpadło się whiskeytown, tylko, że adams w zdecydowanej większości swoich utworów był nieprawdopodobnie nudny; i tu wchodzi lenderman cały na biało — posłuchajcie sobie „she’s leaving you” — to nie jest numer, do którego powinno się ubierać na biało, btw., ale narracyjnie, melodycznie i wykonawczo to jest ogień — lenderman tym jednym refrenem na cztery i pół minuty unieważnia całe dwie i pół dekady społecznego, klimatycznego i technologicznego szajsu, którym nas zasypano, i przywraca w pełnym majestacie rok 1999, kiedy życie było prostsze, a samochody na benzynę (chciałem koniecznie jakoś wpleść tu tę benzynę, bo, może przez ten płomień na okładce, benzyna zdaje mi się dobrze opisywać tę muzykę — może nawet lepiej niż porównanie do adamsa); i takich momentów (ognia) jest u lendermana więcej — to naprawdę sympatyczna płyta; jak będę kiedyś planował road tripa przez route 66, koniecznie muszę ją ze sobą zabrać ♪ „she’s leaving you”


2024

33.

adrianne lenker bright future

solowe krążki adrianne lenker były dla mnie w kontekście folkowego uniwersum odrobinę zbyt surowe, bym czuł potrzebę się z tą muzyką jakoś bliżej bratać; wystarczyło jednak, że na bright future wokalistka big thief dorzuciła do stylistycznej mieszanki odrobinę alternatywnego country i nagle lo-fi’owy aspekt tej muzyki stał się dla mnie jej atutem; bright future nie stroni zresztą także od ciepłych kameralnych aranży, które pięknie akcentują introspektywność tej muzyki, mieszając w podobnych proporcjach smutek z czułością, a to bardzo mocarne połączenie — jeśli słuchaliście kiedykolwiek elliotta smitha, to wiecie — to podobny kaliber; z minusów: strona a płyty jest wyraźnie mocniejsza od strony b; z plusów: nikt nie wymyślił, żeby czterdziestominutowy album rozdzielać na cztery strony winyla jak przez dwoma laty pokrewne stylistycznie big time angel olsen ♪ „sadness as a gift”


2024

32.

cindy lee diamond jubilee

pamiętam doskonale ten dzień, kiedy zachęcony zbiorową histerią perfidnie zinfoanarchizowałem tę płytę i zacząłem pierwszy niestrumieniowy (to dzisiaj prawie jak analogowy, hej) odsłuch; nie miałem naturalnie pojęcia, o co chodzi z cindy lee — jedynym punktem odniesienia była lekko diy-owa okładka, która bardzo podziałała mi na wyobraźnię, wraz z muzyką stworzyła we mnie przestrzeń na to doświadczenie — na wskroś loł-fajowe, ponad wszelkimi gatunkowymi etykietkami, które moglibyśmy mu (niepotrzebnie) przyprawić, mocno retrofilskie, ale w sposób typowy dla gitarowej alternatywy z wilgotnej piwnicy (choć akurat odsłuch cindy lee to raczej ciepłe poddasze jakiejś suszarni w pochmurny marcowy wieczór — widać stamtąd tylko ścianę chmur, a kaloryfery zasilane przez pobliską elektrociepłownię miło dają i można siedzieć na betonowej podłodze i nikt nie mówi, że uważaj, bo złapiesz wilka); no więc jest ta przestrzeń i już zawsze (mam nadzieję) będzie, ale jednocześnie nie zawsze udaje mi się tam wejść; diamond jubilee wymaga dwóch godzin może nie tyle uwagi, co zainteresowania i woli, i w tej formie faktycznie zaczyna błyszczeć jak diament (choć to tylko promień słońca wyrwany z chmurnego monolitu śmiesznie marszczy światło przez denko starej butelki po czystej — nadal diament if you ask me), ale to jednak cholernie trudne do sprokurowania; i to jest mój największy problem z tą płytą, mimo że, jak nadmieniłem, ubierając w metaforę, jest to poza tym rzecz wcale kapitalna! ♪ „24 7 heaven”


2024

31.

cornelius ethereal essence

być może najciekawsza płyta corneliusa od point z 2001 roku; artysta pozbierał rozmaitości skomponowane w ostatnich latach na różne okazje i zaaranżował je na nowo w formie, jak sam to bodaj określił, post-pandemicznego doświadczenia płytowego; ja sam przy jego kilku poprzednich projektach popełniałem konsekwentnie ten sam błąd — szukałem za wszelką cenę śladów jego 90sowej wirtuozerii, zamiast skupić się na nowym ambientowym trzonie; w rezultacie muzyka wydawała mi się zwykle płaska i smutna; tym razem to cornelius wyciągnął do mnie rękę — ethereal essence, z niewielkimi wyjątkami, nie jest płytą piosenkową, a raczej jakimś dźwiękowym obrazkiem — w równych częściach pulsującym kojącym ambientem i progresywną elektroniką, uosabiającej tutaj tę nie tyle utraconą, co przekształconą popową stronę twórcy ♪ „koko”


2024

30.

foxing foxing

jestem tutaj nowy, ledwie liznąłem słynnego albatrossa przy okazji tej premiery, więc przynajmniej tym razem nie kwestionuję swoich estetycznych osądów, upatrując winy w nostalgii za odtworzeniem czegoś, za czym się stęskniłem; tym razem kwestionuje je, upatrując winy w nieznajomości materii (to też nic nowego); wokalista momentami swoją ekspresją wykracza co prawda poza moją potrzebę ekspresji, ale nie mogę nie docenić, jak pięknie ta płyta jest całościowo zrobiona — nie jest to zwyczajowa post-hardcorowa sieczka (z całym szacunkiem dla mistrzów gatunku, z istotnym wyłączeniem at the drive-in), ale ambitniejsza próba wpisania natury tej muzyki w jakąś koncepcyjną, momentami wręcz awangardową ramę; o ile emo nie jest zupełnie moją estetyką i jestem ostrożny, gdy słyszę o próbach uszlachetniania tego, co powinno pozostać surowe, nieokrzesane, głośne i plugawe; o tyle foxing nie popełniają tu żadnego świętokradztwa względem stylistycznego matecznika, raczej rozszerzają jego doświadczenie o nowe wątki; co znamienne to nie jest płyta, którą można pokiereszować i sprzedać na single albo rozrzucić po plejlistach, poszczególnie utwory nie są szczególnie nośne, ale to nie jest wcale problemem, gdy tylko zdecydujemy się na pełne doświadczenie długogrające — wtedy ze wszech miar ujmująca atmosfera tej muzyki uszczelni każdą potencjalną lukę — będzie pan zadowolony ♪ „greyhound”


2024

29.

flo access all areas

długogrający debiut flo nie jest co prawda równie błyskotliwy co debiutancka epka tria, ale spełnia obietnicę, którą złożyło słuchaczom tamto wydawnictwo; to duchologiczne r&b w klimacie milenialnego destiny’s child z lekkim twistem w stronę popu a la little mix, bardzo elegancko zrealizowane w ramach kompletnej wizji i z dbałością o detale, co przy albumie r&b z 16 numerami i runtime’m trzech kwadransów jest naprawdę sporym osiągnięciem; koherencja stylistyczna nie przekłada się co prawda na pierwszoligową przebojowość (cechującą przeboje wspomnianych destiny’s child), ale paradoksalnie może także dzięki temu access all areas błyszczy przede wszystkim jako doświadczenie albumowe ♪ „caught up”


2024

28.

matylda / łukasiewicz matka

ja wiem, że to dlatego ta płyta tu jest, bo jako fellow boomer doskonale rezonują ze mną teksty matyldy i łukasiewicza; teraz, gdy pogodziłem się z tym, że łatwiej nie mieć aspiracji, ale jednak czasem mimowolnie o tym myślę, znalazłem wreszcie kawałek niezgorszej muzyki, która te moje resentymenty ubiera w słowa całkiem zręcznie i wyraża w nawet, nawet przebojowej formie; to jest jedna strona, bo druga jest taka, że jako stetryczały dziad wymachujący kijem na dzieciaki, które bawią się pod moim oknem, bo o b i e k t y w n i e jest za głośno, myślę sobie, że to jest wreszcie, wreszcie(!) jakościowy pop po polsku, w którym dla odmiany w tekstach jest jakaś poetyka, jakieś znaczenie, coś, co zostaje, a nie jest jednocześnie jakimś podłym łanlajnerem, którym się wali słuchacza po głowie, i on w tę głowę wchodzi jak krwiak po zetknięciu czaszki z krawężnikiem — jest trochę śmiechu raz czy drugi w sytuacji społecznej, ale ostatecznie pozostaje tylko jakiś gorzki żal wymieszany niedbale z pustką natury egzystencjalnej; no więc — to nie jest raczej taka płyta; no i same piosenki, nie jakieś bardzo przebojowe, takie raczej do trójki, zaaranżowano dość konwencjonalnie, ale z wyobraźnią — łukasiewicz czuje i klawisze, i gitary, i to znakomicie, bo jest na czym ucho zawiesić, gdy już się wypłaczemy w poduszkę, że te teksty takie prawdziwe, i takie o nas, itp., itd, itd. ♪ „matka”


27.

vampire weekend „capricorn”

wciąż jestem pod wrażeniem, że numer tak leniwy jak „capricorn” był w stanie gdzieś na przełomie lutego i marca całkowicie mnie zaczarować; nie jestem w stanie wyobrazić sobie, co by było gdyby chłopaki podkręcili tutaj tempo i zrobili z tego banger; chociaż w zasadzie to trochę niesprawiedliwe insynuować, że „capricorn” na swój sposób nie jest bangerem — ma idealny popowy refren, to jedno, ale chodzi przede wszystkim o te wszystkie pojebane ewolucje, które odbywają się na drugim planie — gdy między pierwszym a drugim refrenem przechodzimy płynnie i bez dysonansu od kameralnego indie popu z marszowym zacięciem i rozbudowanego pozytywkowego motywu na pianino do noisepopowej, psychodelicznie wyginającej się syreny alarmowej, która następnie bezceremonialnie zastępuje naszą pozytywkę; jeśli to nie jest jedna z definicji bangera, to żądam rozmowy z doroszewskim asapem


2024

26.

lucky daye algorithm

gdy lucky daye debiutował przed pięcioma laty z miejsca stał się moim ulubieńcem — singlowa „karma” z wyczuciem dekonstruująca „pony” ginuwine’a stała się kreatywnym pomostem pomiędzy złotą erą timbalanda a alternatywnym r&b drugiej fali; painted nie było co prawda debiutem na miarę nostalgia,ultra, ale dawało nadzieję, że z lucky’ego będą ludzie; a tymczasem przy kolejnej płycie postawiłem na nim kreskę — połatany bez pomysłu thirst trap, generyczne r&b do radia, ogólna fujka i trochę szkoda, bo zapowiadało się lepiej; lepiej zabrzmiały wreszcie single promujące wydany w czerwcu tego roku algorithm i cholera, nie wiem, co z gagatkiem zrobić; tak jak w zeszłym roku w kategorii konwencjonalnego, ale jakościowego r&b bawiącego się konwencją rok zrobił mi leon thomas, tak w tym roku ucho zawiesiłem na tym właśnie algorithim; i znowu lucky daye wrócił do łask — napisałbym, że jak szostakowicz u stalina w zgiełku czasu barnesa, gdybym miał jakikolwiek realny wpływ na losy daye’a; daye nie jest drugim frankiem oceanem i znakomicie, robi coś zupełnie innego, wplatając w swój radiowy (ale nieprzesadnie) amalgamat soulu i r&b, gitarowy funk i w dodatku taki, którego nie da się prostolinijnie spuentować jako prinsowski, co jest kolejnym atutem tej płyty (nie żeby prince mi śmierdział, ale ile mieliśmy już tych pogrobowców prince’a i o ilu pamiętamy do dziś?); algorithm może trochę rozwadnia się w połowie, ale w dalszym ciągu trzyma stylistyczny rezon, a końcówka znów pięknie wraca do matecznika — to zresztą współcześnie prawdziwy wyczyn nagrać ponadgodzinną płytę r&b, która nie tylko będzie koherentna, ale i ciekawa; panie lucky daye, witamy z powrotem! ♪ „soft”


Opublikowano

2023

2023

czy to był dobry rok w muzyce? myślę, że nie powinno się już tego pytania zadawać, ani tym bardziej na nie odpowiadać — wydaje się obecnie tyle muzyki każdego rodzaju, że tylko od indywidualnych wyborów i potrzeb każdego słuchacza zależy, jak dobrze ten niemal bezkresny potencjał wykorzysta

gdy zaczynałem bawić się podsumowania roczne, trochę wciąż nie wiedziałem, co lubię i co jest czym — była to okazja do przyjrzenia się wyborom innych i pokusa do jakiejś konsolidacji trendów w oparciu o własną wrażliwość; teraz, owszem, pewne prawidłowości w rozmaitych podsumowaniach dużych redakcji tworzą intrygujący kontekst, ale nie są już dla mnie wyznacznikiem jakości; miałem wobec tego niedające się zrealizować w grudniowej wrzawie marzenie, żeby symbolicznie zdążyć ze swoją listą przed świętami; podsumowanie, po raz kolejny wspólne dla płyt, epek, singli i wszystkiego co pomiędzy, łączy muzykę, dla której znalazłem w tym roku przestrzeń i której potrzebowałem, z tą, którą uznałem za nieszablonową, adekwatną popkulturowo lub stylistycznie


40.

dj vitinho beat e dj roca „montagem faz macete 3.0”

najbardziej chory bit tego roku bezlitośnie obezwładniający wszystko, co napotyka na swojej drodze, włączając w to dwóch charyzmatycznych didżejów; bezkompromisowy akt klubowego nieposłuszeństwa czy bezrozumnie krzykliwy (czego-to-nie-wymyślą) muzyczny mem?


2023

39.

amor muere a time to love, a time to die

między titanikiem a amor meure, dwoma tegorocznymi projektami rozchwytywanej od kilku lat elektroakustyczki z meksyku — mabe fratti, moje serce zatrzymało się przy tym drugim — umocowanym w estetyce akustycznego folku z nieodmiennie awangardowym zacięciem; w kameralnym instrumentarium i na wpół improwizowanym charakterze znalazłem poniekąd odpowiedź na moje ukochane hontatedori sprzed równo dekady; a time to love, a time to die jest nieporównywalnie mroczniejsze, ale w jakiś sposób odpowiada na podobne potrzeby estetyczne; i być może, to bardziej o mnie niż o płycie, ale pomyślałem ostatnio, to najwyższe stężenie awangardy, z jakim mam ochotę ostatnio obcować ♪ „love dies”


2023

38.

la baracande la baracande

czwarta płyta francuskiego kwartetu la baracande to chyba najbardziej fascynujący z tegorocznych dźwiękowych portali — wyobraźcie sobie, że w dalekiej i pogrążonej w wiecznej zimie krainie stworzonej przez natural snow buildings, pełnej avantfolkowych zagajników i wysokich gór całych z posępnych burdonów, żyje i występuje owernijski bard, który niesie swą wartką pieśń przez tę posępną krainę, a akompaniują mu i zagajniki, i góry; mimo że krążek jest zbiorem tradycyjnych piosenek z repertuaru folkowej pieśniarki i koronczarki virginie granouillet (zmarłej w 1962, nagrywanej od 1958 roku przez profesora uniwersyteckiego, a nazywanej właśnie la baracande), to rzecz jednak niezbyt piosenkowa — a może inaczej, nie da się tych dawnych melodii i ich wagi zanegować, ale to anturaż stanowi o niezwykłym charakterze tego materiału ♪ „qui veut entendre l’histoire”


2023

37.

lil yachty let’s start here.

odejściem od trapowej bazy let’s start here podzieliło dotychczasowych słuchaczy yachty’ego, jednocześnie przyciągając nowych i ich także dzieląc na dwa obozy; niezależnie od raczej ciążącego tej płycie kontekstu wydawniczego, psychodeliczna wycieczka ex-rapera w gitarowe rejony to, mimo regularnych prób z mojej strony, najbliższe rapowi, co jakkolwiek ujęło mnie formalnie i emocjonalnie; yachty’emu udało się w jakimś sensie to, co niezbornie próbował zrobić lil wayne w 2010 roku, nie do końca wyszło z kolei to, co igorem pokazał tyler, the creator, ale oba te krążki, a także the love below andré 3000 i 808 & heartbreak kanyego westa pozostają w jakimś niedającym się bezpośrednio uchwycić związku z tym, co zaprezentował tutaj yachty; let’s start here jest w swoim neo-psych-rockowym animuszu gęstsze i bardziej powtarzalne niż którakolwiek z tamtych płyt; cechują je wewnętrzne sprzeczności, post-ironia miesza się tu z nieukrywaną wrażliwością — nie może być inaczej, yachty nie udźwignąłby tym post-rapowym, post-kanyewestowym autotune’owanym wokalem ani grama prostolinijności — mimo wszystko próbuje i zaskakująco, na jakimś poziomie udaje mu się sprzedać też dziwaczny produkt nie tylko post-rapowy, ale chyba nawet przede wszystkim post-popowy; to jednocześnie papierek lakmusowy i odtrutka na formy, jakie coraz bardziej zuchwale przybiera współczesny pop ♪ „running out of time”


2023

36.

iris dement workin’ on a world

w zależności od piosenki opowieści dement różnią się siłą rażenia, ale dzięki wciąż niedającemu się porównać z żadnym innym wszystkie epatują niepodlegającą upływowi czasu witalnością napędzaną odwagą cywilną i przekonaniem, że tylko mówienie otwarcie o rzeczach trudnych może sprawić, że staną się chociaż odrobinę mniej trudne; świat oczami iris nie jest ani trochę mniej popaprany niż ten, który widzimy wszyscy, ale spowija go nadzieja, której czasem wszystkim nam brakuje ♪ „workin’ on a world”


35.

olivia rodrigo „vampire”

gdyby taylor swift poprosiła arcade fire o wyprodukowanie jej singla, efektem w najlepszym razie byłoby właśnie „vampire” — tak się jednak jak dotąd nie stało i tym samym to olivii rodrigo udało się nagrać numer lepszy od pięciu tuzinów, które w ostatnim czasie wypuściła swift; to też moim zdaniem artystycznie absolutny tegoroczny szczyt wielkoformatowego radiowego popu — rodrigo rozpoczyna klasycznie rzewną, odrobinę prześpiewaną balladą, by w ciągu trzech kolejnych minut wskoczyć do upstrzonego kolorowymi lampkami post-dyskotekowego wagonu odjeżdżającego w stronę 70sowego piano rocka i wywrócić wspomnianą balladę na lewą stronę; to być może po raz kolejny ta sama historia, wampirze odniesienia można uznać za mało wyszukane, ale bardzo klasyczna melodyka i progresywne rozwinięcie sprzedają tę historię doskonale; efekt jest dość melancholijny i można ten numer z powodzeniem dorzucić do plejlisty na smutną dyskotekę


34.

the beths „watching the credits”

zeszłoroczne expert in a dying field dojrzało we mnie dopiero w styczniu już po opublikowaniu listy ulubionych płyt 2022, a okazało się, że to muzyka, która niespodziewanie obudziła we mnie w środku zimy jakąś wiosenną witalność; niekoniecznie prostolinijna, ale też absolutnie bezpretensjonalna, trochę znikąd, bo beths znałem tylko z nazwy, ale jednak niezupełnie; wydane w marcu „watching the credits” przedłużyło ten stan aż do nadejścia faktycznej wiosny — to żaden odrzut, ale doskonale singlowe przedłużenie esencji krążka i stylu grupy w ogóle w formie pojedynczego strzału; autorefleksyjnie, słodko-gorzko, z nutką optymizmu; hip hip hurra, wesołe gitarki!


2023

33.

blk odyssy diamonds & freaks

przyznaję, że przed dwoma laty nie poświęciłem wystarczająco dużo uwagi debiutowi blk odyssy, ale widzę, że od tamtego czasu dostał całkiem sporo miłości w sieci; tym razem role się odwróciły — diamonds & freaks zelektryzowało mnie, ale jego wydanie przeszło trochę bez echa; tymczasem ten rapowy jednak w dużej mierze krążek krążek wypełnia istotną tematyczną niszę klasycznego okołopościelowego neo-soulu; jest jednoznacznie bitowy, ale adekwatnie podszyty jazzem i niestroniący od wokali, które w zależności od utworu można stopniować od natchnionych, przez czułe, aż po sensualne; to płyta bardzo pomiędzy na wielu płaszczyznach, ale jednak nie nazwałbym jej kompromisową — wręcz przeciwnie, dzięki temu melanżowi stylów nie wydaje się anachroniczna; blk odyssy nie wymyśla koła na nowo, ale jego diamonds & freaks to zdrowa odmiana dla wymęczonego let’s get it on, a na innej płaszczyźnie kontynuacja tego samego vibe’u, który poniósł debiut dinner party przed kilkoma laty ♪ „you gotta man”


2023

32.

molly tuttle & golden highway city of gold

molly tuttle jest nie do zatrzymania; zwykle podchodzę dość sceptycznie do umieszczania tego samego artysty w podsumowaniu roku dwa lata z rzędu — mam z tyłu głowy, że to ogranicza przekrojowość zestawienia, która zawsze stanowiła jego ważny element, ale molly tuttle jest nie do zatrzymania; city of gold rozpoczyna się tam, gdzie skończyło się zeszłoroczne crooked tree — aranżacyjnie jest wierne bogatej tradycji progresywnego bluegrassu, ale songwritersko i produkcyjnie wciąż przynależy do wielkiej muzycznej rodziny współczesnej americany — tuttle potrafi opowiadać zajmujące historie i zręcznie ilustrować je dźwiękiem — w tym kontekście to, że city of gold zdaje się bardziej zbiorem opowieści niż jakimkolwiek innym rodzajem albumu, musi być więc największym komplementem ♪ „alice in the bluegrass”


31.

atarashii gakkō „tokyo calling”

co to byłaby za lista, gdyby nie pojawił się choćby jeden numer poznany na tiktoku; „tokyo calling” jest na swój sposób memiczne, tiktok mu służy; gdyby netflix miał w swojej bibliotece teledyski, ten opisaliby tagiem „udawana powaga”; jest coś absolutnie fenomenalnego i absurdalnego zarazem w epickim połączeniu japońskiego idol rapu z mechaniczną marszowością jakby podkradzioną pradziadowi megachadów susumu hirasawie; ten hardy, pełen plot twistów numer mistrzowsko puentuje zresztą pewna klasyczna subtelność — stopniowo podszywająca i obezwładniająca wszystko


2023

30.

enny we go again

wszyscy ci, którym podobnie jak mi nie udało się odnaleźć własnej wrażliwości w cokolwiek krzykliwym krążku noname, być może znajdą bezpieczną przystań na epce brytyjskiej raperki enny; we go again to osobisty, kameralnie zaaranżowany kobiecy rap umiejętnie podszyty neo-soulem — enny ma nieco bardziej żywiołowe flow, co doskonale koresponduje z niedającym się przeoczyć ulicznym pierwiastkiem równoważącym tylko pozornie zdającą się dominować chilloutową stronę wydawnictwa; w ciągu kwadransa można tą epkę zarówno dać utulić się do snu, jak i rozkręcić domowy before — a mówią, że dwie sroki za ogon niepodobna ♪ „charge it”


2023

29.

cécile mclorin salvant mélusine

pierwsza francuskojęzyczna płyta salvant jest niewątpliwie najbardziej pikantną w jej dorobku; piosenkarka wychodzi od klasycznego chanson, by stopniowo zacząć dekonstruować je w kolejnych coraz śmielej zaaranżowanych utworach, jak zwykle w części autorskich, w części pożyczonych, tym razem sięgających aż xii wieku i czerpiących z tradycji muzyki haitańskiej — w ten sposób cécile opowiada historię tytułowej średniowiecznej czarodziejki meluzyny w ramach swoiście pojmowanej polifonii nie tylko intertekstualnej, ale polistylistycznej; artystka odważnie realizuje swoje artystyczne ambicje, meandrując między gatunkami i epokami, a efekt, choć na papierze zuchwały, wcale nie brzmi nieprzystępnie; pod wieloma względami to frankofońska siostra-bliźniaczka zeszłorocznego ghost song, równie ekspresyjna, być może odrobinę swobodniejsza w ogólnej wymowie ♪ „d’un feu secret”


2023

28.

pabllo vittar after

kariera muzyczna pabllo vittar to dla mnie żadne novum, ale przyznam, że nie brałem jej do końca na poważnie aż do momentu, kiedy włączyłem tę płytę; after jest klubowym reworkiem wydanej nieco wcześniej noitady, którą sprawdziłem we fragmentach dopiero o wiele później; wszystkie te momenty, w których vittar wydawała się ociężała czy niezbyt natchniona rozwalcowano tu bez litości, tworząc klubowego potwora, dla którego nic nie jest tabu i nie ma czegoś takiego jak zły gust — taneczny sam w sobie brazylijski funk zostaje tu ogłuszony i nafaszerowany niewybrednym house’m, ballroomowymi pasażami i najsroższą z brazylijskich bangersztuk — beat bruxaria; to dekonstrukcja totalna ocierająca się wręcz o pastisz, bezkompromisowa, głośna i wulgarna — połączenie wszystkiego tego, czym powinny być: dobry album z remixami i dobry drag ♪ „descontrolada (cyberkills remix)”


2023

27.

willie nelson bluegrass

willie nelson po latach wraca do tuzina swoich własnych numerów i nagrywa je ponownie z zespołem bluegrassowym; wiele mogło tutaj pójść nie tak, a okazało się, że że w wieku 90 lat willie wciąż jest wyłącznie niesamowity; i taka też jest ta płyta, można z powodzeniem od dnia premiery określić ją mianem klasycznego showcase’u songwriterskiego i storytellingowego talentu nelsona; willie brzmi zadziwiająco witalnie, a co podkreślają na wpół akustyczne bluegrassowe aranże — pozwalają też wyeksponować atuty samych numerów, które wszystkie bez wyjątku należycie tutaj oddychają; podczas swojej trwającej ponad 60 lat kariery nelson podjął (albo podjęto za niego) wiele złych decyzji produkcyjno-aranżacyjnych — bluegrass nie nie da się w tym względzie nic zarzucić (w przeciwieństwie do wyjątkowo okropnej okładki) ♪ „you left me a long, long time ago”


26.

boygenius „cool about it”

choć folkowa supergrupa w wydaniu długogrającym przekonała mnie do siebie połowicznie, w intymnym niby-singlu „cool about it” niesionym bliskimi harmoniami czarującego unisonu baker, bridgers i dacus, wokalistki obudziły zimowe duchy kameralnego folku z appalachów; słodko-gorzkie doświadczenia przepisały z niecodzienną czułością i empatią, nagrywając najpiękniejszą kompozycję laury marling, która nigdy nie wyszła spod jej pióra


2023

25.

slaughter beach, dog crying, laughing, waving, smiling

zawsze lubiłem wilco, lubię też ich tegoroczną płytę, ale zawsze miałem też z nimi dość wstydliwy problem — chociaż przez lata obcowałem z jakimś tuzinem ich albumów i były to zwykle przyjemne spotkania, żaden z nich nie zajął mnie tak, jakbym chciał, żeby mnie zajął — ile to miałem podejść do yankee hotel foxtrot — nigdy nam nie wyszło; pomimo tego są oczywiście momenty w ich dyskografii, które naprawdę odpowiadają jakimś moim realnym potrzebom — potrzebuję jakichś punktów zaczepienia, by nadal wytrwale próbować; tymczasem tegoroczna płyta średnio przeze mnie znanej wcześniej grupy o nieprzyjaznej nazwie slaughter beach, dog — robi to, czego nie udało się dotąd żadnej z tuzina płyt wilco, a mianowicie całościowo rezonuje ze mną, zajmuje mnie od pierwszej do ostatniej piosenki przez bite 40 minut; crying, laughing, waving, smiling uszlachetnia wcześniejsze surowsze brzmienie grupy z klasycznie indiefolkrockowym rodowodem o elementy kameralnej americany, takiej jak u wilco wlaśnie czy nawet bliższych mi the jayhawks na subtelnym countrysoulowym podbiciu; prawdą jest, że potrzebowałem odpowiedniej chwili na tę płytę, ale ta szczęśliwie nadeszła przed końcem roku — okazało się, że to idealna ścieżka dźwiękowa dla małomiasteczkowego zimowego letargu, w który bezwiednie przyszło mi wpaść pod koniec roku; potrzebowałem tej płyty na tę przykrą zimę, która zastygła w późnej jesieni, podczas gdy my i tak nosimy wysokie buty ♪ „engine”


2023

24.

isaiah collier parallel universe

niby nie trzeba już nikogo przekonywać, że jazz nie jest jakąś post-intelektualną mrzonką dla grupki kolesi w swetrach na dusznym poddaszu, ale w dalszym ciągu zbyt rzadko trafiają się płyty, które jednocześnie wypływają bezpośrednio z jego istoty, niczego nie zafałszowując czy nie upraszczając, i brzmią na tyle swobodnie, że przyjemnie obcować z nimi bez konieczności ich studiowania; zaledwie 25-letni saksofonista i bandleader isaiah collier na drugim krążku firmowanym własnym nazwiskiem czerpie z historii soulu, by używając jazzowych środków nagrać płytę doskonale harmonijną, która jednak nie zadowala się półśrodkami; to mój najprzyjemniejszy jazzowy listen ostatniego roku, którego jednak nie dałbym sobie nazwać guilty pleasure ♪ „eggun”


2023

23.

gia margaret romantic piano

dużo słuchałem w tym roku tej płyty — w pierwszej kolejności dlatego, że ujęła mnie od progu sielskim zestawieniem odgłosów natury i tego samego intymnego impresjonistycznego pianina, które pod palcami haruki nakamury pozwoliło mi przetrwać przy zdrowych zmysłach pierwszy rok pandemii; w pewnym momencie jednak zacząłem się zastanawiać, czy nie daję się nabrać po raz kolejny na tę samą sztuczkę, u podłoża której stoi moja niedająca się zafałszować słabość do muzyki erika satie i jego pogrobowców; nie chciałem bez przyczyny potknąć się o tkliwość lub sentymentalizm, być może robiąc z siebie głupca (przed każdym z trójki moich czytelników — pozdrawiam, jeśli to czytacie) — niemniej ilekroć wracałem do tego pejzażyku, wciągał mnie przed swój widnokrąg, malował trudne do rozpędzenia obrazy, czarował subtelnością i finezją; postanowiłem więc się poddać i zaakceptować ryzyko potencjalnego upadku po potknięciu o tkliwość lub sentymentalizm — niczego nie żałuję, gia margaret pany ♪ „cinnamon”


22.

sheena ringo „watashi wa neko no me”

sheena ringo, ikona japońskiego art rocka, świętuje w tym roku ćwierć dekady na scenie i na tę okoliczność postanowiono nagrać i zaaranżować na nowo „watashi wa neko no me” — niewydaną kompozycję z sesji nagraniowych do pierwszej płyty artystki „muzai moratorium” z 1999 roku; aranżem nawiązano co prawda bezsprzecznie do ringo gitarowej, jakby w hołdzie surowemu brzmieniu jej debiutu, ale są w tym wszystkim też jednak niezaprzeczalnie: metapopowa progresywność i sterylność charakterystyczne dla jej późniejszej dyskografii; wszystko to, pożenione z połamaną japońską melodyką i rytmiką refrenu pożyczoną z francuskiego yé-yé (czego nie było w dyskografii ringo w tak ewidentny sposób chyba od czasu „tōkyō no hito” z 2000 roku), sprawia, że kawałek można w istocie potraktować jako pomost między dwoma krańcami jej dotychczasowej kariery


21.

aespa „welcome to my world”

to ten majestatyczny popowy hymn roku, którego nie nagrała ariana grande; dziewczyny z aespa wypuściły w tym roku dwie udane epki, a pierwszą z nich rozpoczyna „welcome to my world” zręcznie spajający w jedno alt-popową ramę, trapową rytmikę i dozowany z wyczuciem kinematograficzny koloryt; za efekt wow odpowiadają jednak w dużej mierze klasyczna melodyka post-britney w refrenie i precyzyjnie zsynchronizowana ewoluująca w czasie oprawa aranżacyjna


2023

20.

nourished by time erotic probiotic 2

debiut nourished by time brzmi jakby ktoś próbował w piwnicy odtworzyć brzmienie blood orange — jest swojsko lo-fi’owy, w naturalny sposób przekracza granice gatunkowe, a jednocześnie śmiało eksploruje melodykę klasycznego r&b lat 80. i 90. z elementami freestyle’u; dzięki temu można uplasować go (z pewną nieśmiałością) gdzieś pomiędzy 90sowym sealem a szalonymi reedycjami afrykańskiego andergrandu awesome tapes from africa; nie jest to żadne zupełnie nieprawdopodobne połączenie, ale wnosi do zastanej stylistyki alt r&b melodyczno-rytmiczną witalność i szczerość ekspresji, której cholernie było jej potrzeba ♪ „daddy”


2023

19.

grouptherapy. i was mature for my age, but i was still a child

wyobraźcie sobie imprezę, gdzie na zmianę grają numery brockhampton z ery saturation i popowe przeboje taylor swift, raz na jakiś czas ukradkiem przemycając coś louisa cole’a albo jakiś banger destiny’s child, o którym już dawno zapomniano, ale nadal buja, jak należy; ta impreza to tegoroczny przełomowy krążek trójki dziecięcych aktorów ze spalonego teatru, którzy w ramach grupowej terapii postanowili opowiedzieć o swoich doświadczeniach w formie longplaya; rzecz jest odrobinę chaotyczna, ale już od pierwszego odsłuchu absolutnie hipnotyzująca; angażuje nie tylko przebojowymi refrenami doskonale wpisanymi w nieco nostalgicznie brzmiące, zdrowo smagające słuchacza bity, ale także osobistą perspektywą w paraterapetycznym kontekście nie tylko na papierze; koniec końców jest w tym sporo artystycznej i życiowej samoświadomości, nawet jeśli całości brakuje momentami jakiejś koncepcyjnej ogłady ♪ „american psycho”


2023

18.

janelle monáe the age of pleasure

umieszczenie tu the age of pleasure jest dość paradoksalne — z jednej strony od samego początku przeszkadzała mi ta zredukowana aranżacyjnie i wokalnie odsłona monáe, z drugiej przez lata, choć zasłuchiwałem się w jej kolejnych krążkach, żaden z nich nie zabrzmiał mi wystarczająco dobrze jako całość — zawsze były fragmenty, które odstawały brzmieniowo lub koncepcyjnie; tymczasem choć the age of pleasure to niewątpliwie monáe w wersji light (albo hard, zależy jak na to spojrzeć), jest to absolutnie najbardziej koherentna płyta w jej dorobku; nie kibicuję tej inkarnacji monáe, bo wiem, że jest w stanie robić rzeczy mniej powierzchowne tematycznie, ale był to album, do którego z przyjemnością wracałem przez całe lato, także ze względu na to, jak gładko za każdym razem mijał mi ten półgodzinny trip solidnie inspirowany dancehallem i afrobeatsami — to w dużej mierze zasługa naprawdę pierwszorzędnej roboty produkcyjnej — wrażliwej na niuanse i zręcznie realizującej podjęte ryzyko formalne ♪ „only have eyes 42”


17.

troye sivan „rush”

troye sivan zdecydował się na wejście na pełnej i efektem jest najpewniej najlepszy numer w jego dotychczasowej dyskografii; w doskonałym momencie i bez wikłania się w półśrodki zaadaptował 90sowy euro house, kreatywną choreografię i fantazję o sportowych (ew. wojskowych) przyśpiewkach, by stworzyć taneczny hymn minionego lata i dorzucić swoje trzy grosze do spuścizny kulturowej lgbt; sivanowi wciąż udaje się zachować urok i delikatność, co doskonale równoważy dość ryzykowną w przeciwnym razie oprawę


2023

16.

geese 3d country

to jest reinkarnacja tej niezdarnej nonszalanckiej energii, za którą pokochaliśmy becka, a której staruszek od jakiegoś czasu żałuje sobie i nam; geese nie wymyślają koła na nowo, ale całkiem ładnie idzie im łączenie ze sobą tego, co niezależne, gitarowe i punkowe z elementami jakiejś kowbojskiej fantastyki i podskórnie (albo raczej incognito) funkującym tętnem; są dziwaczni, trochę oldschoolowi, trochę połamani melodycznie i aranżacyjnie, gdzieś w sąsiedztwie neo-progowej tradycji spod znaku black country, new road, ale jednak po swojemu; pewnie bym tę płytę zignorował po wstępnym odsłuchu, gdyby chodziło mi tylko o gitarki, to pewnie bym ten album zignorował, ale wiecie, pierwiastek kowbojski, funk incognito i pozornie poskromiona, ale bardzo pozytywna energia, przyciągnęły mnie jak lasso — żeby raz! ♪ „cowboy nudes”


15.

chris stapleton „white horse”

chris stapleton od swojego błyskotliwego przełomu przed ośmioma laty pozostaje niedoścignionym fenomenem — konsekwentnie realizuje własną wizję artystyczną, jednocześnie pozostając jednym z najpopularniejszych piosenkarzy country w ameryce; tym samym jest w stanie wprowadzać na listy przebojów (zdominowane przez radiowy pop, bełkotliwy pop rap i bezbarwne pop country) takie klasycznie rockowe wariactwa jak „white horse”; stapleton w swojej gitarowej wizji spaja w jedno country, blues i soul, jakby była to najbardziej naturalna rzecz na świecie; powracający kilkakrotnie post-springstreenowski gitarowy riff wprowadza hardrockowym przejściem, a jego wokal w ekspresyjnym refrenie to kwintesencja spuścizny sierściuchowego rocka minionych dekad; mimo tego, także dzięki fenomenalnemu songwritingowi, ani na chwilę nie jest serowy — pozostaje wrażliwy i szczery


2023

14.

leon thomas electric dusk

choć dzięki tiktokowej odkrytce miguel miał w tym roku swoje pięć minut, lepszym remedium na tęsknotę za klasycznym r&b stojącym w rozkroku pomiędzy radiowym powabem a artystycznymi aspiracjami okazał się tegoroczny longplay leona thomasa; wspominaliśmy o tym w audycji chyba bez mała tuzin razy, ale to typ, który przed laty zrobił numer zatytułowany „favorite” (który stał się swoistym archetypem dobrego r&b), a potem rozpłynął się w powietrzu; w sierpniu wreszcie wrócił z electric dusk i chociaż zupełnie nie miałem względem tego krążka żadnych oczekiwań, okazało się, że to jedna z najsolidniej skrojonych, najprzyjemniej płynących i najbardziej koherentnych stylistycznie rzeczy w tym roku; nie ma mowy o wywracaniu stolika, odkrywaniu ameryki, ale thomas cholernie kompetentnie nadaje swoim dość radiowym numerom lekko psychodelicznego twistu, tak jak robił to miguel dekadę temu; i niezależnie od tego, czy ma dla nas podbitego gitarowym samplem bangera-miniaturkę, czy pościelowy walczyk, robi to zajmująco, ma substancję, podejście i styl ♪ „breaking point”


2023

13.

ana frango elétrico me chama de gato que eu sou sua

na swojej poprzedniej płycie (osoba imieniem) ana próbowała zrobić z bossa novą i mpb do samo, co dekadę wcześniej alternatywne r&b zrobiło z contemporary r&b — kreatywnie odcedzić, rozwodnić i doprawić na nowo w sypialnianej umywalce — rezultat był ciekawy, ale trochę bezbarwny; tymczasem jej popandemiczny album me chama de gato que eu sou sua to definicja muzycznego kolorytu — te same klasyczne inspiracje bogato omaszczone funkiem i wystawione na brazylijskie słońce to najbardziej wdzięcznie promieniejący vibe w tegorocznej muzyce; dla przełamania podawany z pół-wytrawnymi sophisti-popowymi cudeńkami współczesnego mpb, jakich nie powstydziliby się rogério duprat czy caetano veloso ♪ „boy of stranger things”


2023

12.

joanna sternberg i’ve got me

w roku gdy wielkoformatowi popowi idole bardziej nachalnie niż dotąd na każdym kroku próbowali przekonywać fanów o osobistym charakterze swoich piosenek, górą jest (przynajmniej moralnie i estetycznie) na szczęście szlachetna prostota; joanna sternberg na swoją drugą płytę, którą wydała jej oficyna sufjana stevensa, nagrała dwanaście prostych utworów-historii o emocjach na kanwie (naprawdę) klasycznie pojmowanej stylistyki singer/songwriter; akustyczne brzmienie, domowy diy-owy sznyt i odrobinę skrzekliwy wokal sternberg plasują ją niepodważalnie gdzieś pomiędzy joanną newsom a danielem johnstonem, ale nie umiem też oprzeć się skojarzeniu z karen dalton; jest jednak w jej aranżach i refrenach jakieś niepodważalne ciepełko — tu czy tam skrzą się soulowe tony, pobrzmiewa swojsko pianino, a sama sternberg wydaje się w swoich rozterkach bardzo daleka od rozmyślnych artystowskich kreacji ♪ „i’ve got me”


11.

knower „nightmare”

nightmare to absolutna esencja knowera i wszystkiego tego, co wychodzi im najlepiej (w opozycji do tego, co nie wychodzi im najlepiej, a na co w jakiejś części znalazło się miejsce na ich tegorocznej płytcie); nie jest to żadne nowe otwarcie, przekraczanie granicy dotąd nieprzekraczanej czy nawet niewyznaczonej, ale jest w tym numerze coś absolutnie obezwładniającego — począwszy od wysoce energetycznego synth-funkowego bitu, przez targające nim raz po raz szaleńcze zmiany tempa zręcznie pożenione z elokwentnymi solówkami jazzowej proweniencji, aż po niedający się zakwestionować melodyjny refren; tym samym knower dokładają do swojej dyskografii kolejny perfekcyjny prog-popowy banger


2023

10.

model/actriz dogsbody

potrzebowałem kilku odsłuchów, żeby zdać sobie sprawę, co przyciąga mnie i intryguje w tym dysonantycznym bałaganie na skraju hałasu (o tym za chwilę, najpierw o tym, że bałagan jest pozorny); jest w tym bałaganie niechybnie jakaś równowaga — utwory różnią się od siebie stylistycznie i w większości mają w sobie popowy pierwiastek, wszystko jest doskonale zaplanowane, nawet jeśli funkcjonuje na skraju rozpadu czy ginie w jakichś industrialnych pasażach; na pewnym poziomie dogsbody brzmi trochę jakby arca chciała nagrać gitarową płytę z corey’m taylorem ze slipknot na wokalu (przeciwko czemu nie miałbym nic przeciwko, ale trudno ocenić, czy oni by się dogadali, nie wnikam) — i to podobieństwo wokalu hadena do taylora, zarówno w barwie, jak i w artykulacji, zwłaszcza w spokojniejszych fragmentach, jest tym elementem, który mnie w tę płytę wciągnął; bo widzicie, za dzieciaka miałem wielką słabość do wokalisty slipknota, był nawet czas, że uznawałem go za mojego ulubionego w muzyce gitarowej i z czasem zacząłem coraz to bardziej żałować, że nie udało mu się zafunkcjonować w nieco innym muzycznym anturażu (do tego stopnia, że sprawdziłem jego tegoroczny solowy krążek, więc to żaden zamknięty rozdział); model/actriz nie tylko okazało się alternatywną odpowiedzią na jakąś moją przedwieczną niezaspokojoną potrzebę, ale dało mi o wiele więcej, bo haden ma w sobie całe mnóstwo wrażliwości, która rezonuje ze mną na innym poziomie; to jedna z najbardziej fascynujących płyt 2023 roku i być może jedna z tych, które zostaną ze mną na dłużej ♪ „crossing guard”


9.

peggy gou „(it goes like) nanana”

może się wydawać, że współczesnemu radiowemu popowi często brakuje polotu i dystansu, ale sukces tegoroczny pogrobowca „bailando” i „my heart goes boom” — „(it goes like) nanana” peggy gou pokazuje, że to przedwczesna diagnoza; i chociaż można pewnie uznać go za kolejną emanację 90sowego revivalu, w 2023 roku myślenie kategoriami klasycznego stylistycznego recyklingu wydaje się nieadekwatne; gou bardzo świadomie łączy klasyczny ibizahouse’owy riff a la atb z lekko ospałymi zwrotkami pożyczonymi melodycznie z „day n nite” kida cudiego i powtarzanym bez końca tytułowym „nanana”, refrenem jak za dawnych lat (heh), na tanecznym eurodance’owym bicie, by stworzyć z dużym prawdopodobieństwem najbardziej wirusowy numer roku, który jest w stanie zjednoczyć na parkiecie niejedną julkę z niejednym sebkiem


2023

8.

sofia kourtesis madres

gdyby kourtesis wydała tę płytę przed pięcioma laty przywitałbym ją od progu jak spełnione proroctwo, ale choć tym razem potrzebowałem dać sobie z nią więcej czasu, proroctwa się nie przedawniają — madres z końcem roku dowiozło spóźnione zakończenie lata, a może lato, które nigdy się nie kończy, albo nawet lato, które kończy się nieustannie i bezsprzecznie, ale ów koniec wcale nie nastaje; to jedna chwila zatrzymana w czasie, romantycznie rozciągnięta na trzy kwadranse płyty, to ten słodko-gorzki moment, kiedy zdajemy sprawę, że być może właśnie przeżywamy jeden z najszczęśliwszych momentów swojego życia, a jednocześnie, że on już zaraz bezpowrotnie się skończy; kourtesis pięknie doprawia deephouse’owe kompozycje własnym temperamentem, ale nigdy nie jest nachalna, podnosi na duchu, pomaga naprawdę czuć ♪ „si te portas bonito”


2023

7.

meshell ndegeocello the omnichord real book

buntownicza twarz neosoulowej rewolucji lat 90., w trzydziestą rocznicę swojego przełomowego debiutu i po pięcioletniej przerwie, gdy wydawało się, że jej kariera dobiegła końca, nagrała płytę kompletną, najpewniej najlepszą w dorobku ostatnich dwudziestu lat, a być może w ogóle; the omnichord real book wypełniają emocjonalne i artystyczne poszukiwania na kanwie autorskiej mieszanki natchnionego nu-jazzu i artystycznego soulu; to płyta-przygoda, ale nie jedna z tych, które rzucają słuchacza bez wyczucia w strumień świadomości twórcy; meshell porusza się tu klasycznym neo-soulowym kodem i według niego porządkuje krążek; do współpracy zaprasza tuzin pierwszoligowych jazzowych instrumentalistów, dzięki którym wizja ndegeocello ujmuje autentycznością brzmienia i charakterem stylistycznego mariażu, o konsekwentność którego zadbała już sama artystka; ich wkład równoważy także piosenkowy charakter większości kompozycji i w przeciwnym razie być może dość przewidywalny artpopowy anturaż ♪ „virgo”


2023

6.

cleo sol gold

gdy cleo sol w połowie września wypuściła heaven, poczułem się lekko rozczarowany, a gdy dwa tygodnie później wydała gold, a ja zatopiłem się w tę muzykę jak zahipnotyzowany, początkowo nie do końca potrafiłem uchwycić różnicę; oba krążki można opisać jako smoothsoulowe i inspirowane gospel, różnica jest taka, że podczas gdy heaven jest przede wszystkim smooth w kojący, choć dość zachowawczy sposób, gold jest od pierwszego do ostatniego taktu jedną z najbardziej natchnionych płyt w dotychczasowej historii neo-soulu; choć aranże są raczej kameralne, sol nie rezygnuje wcale z całkiem współczesnej rytmicznej oprawy — jej wizja gospel polega na przełożeniu własnych duchowych inspiracji na brzmienie, w którym sama czuje się swobodnie i podkreślenie ich z wyczuciem raczej skromnym gospelowym chórkiem; skromność to zresztą jedno z słów kluczy do zrozumienia, jak i dlaczego ta płyta wyszła sol tak znakomicie; i autentyczność — bo choć można się z sol nie zgadzać co do sposobu widzenia świata, trudno zanegować siłę i namacalność wizji nakreślonej tak słodko na gold ♪ „life will be”


2023

5.

lankum false lankum

musiała nadejść zima, żebym dał się obezwładnić lankum, choć miałem ich na plejlistach od wiosny — intensywność i posępność tego materiału wymagały odpowiedniego katalizatora; w dużym uproszczeniu nowy album działającej już od przeszło dwóch dekad formacji można opisać jako irlandzką wariację na temat avant-folku spod znaku richarda dawsona i gotyckiego country; jestem przekonany, że da się tę muzykę osadzić w bardziej lokalnym kontekście, nie sięgając za ocean, ale dla mnie lankum robią na tej płycie to, co przed piętnastoma laty zrobiło fleet foxes, tylko w przeciwnym kierunku, tzn. posiłkują się elementami szeroko pojętej americany (obejmującej i wspomniane gotyckie country, i folk z appalachów), żeby nadać własnym tradycjom muzycznym z jednej strony świeżej perspektywy, z drugiej — ponadczasowej głębi; to z dużym prawdopodobieństwem najbardziej kunsztownie zaaranżowany album tego roku, a przy tym, choć niezupełnie piosenkowy, niezwykle zajmujący melodycznie i poruszający emocjonalnie; piękny soundtrack na jesienno-zimowe górskie, leśne i polne wędrówki, choćby tylko w wyobraźni ♪ „clear away in the morning”


2023

4.

steve lehman & orchestre national de jazz ex machina

wśród rozmaitych cytatów i powiedzonek, których ludzie nadużywają jest też takie, że pisanie o muzyce jest jak tańczenie o architekturze; i chociaż nie mam mocnych, ani tym bardziej logicznych argumentów na obronę śmiałej interpolacji tamtej kontrowersyjnej tezy, im więcej obcuję z ex machina, tym bardziej wzrasta we mnie przekonanie, że to jest właśnie płyta do tańczenia o architekturze; nie jestem co prawda pewien, czy można adekwatnie przetańczyć całą tę płytę o każdym budynku, ale z pewnością znajdą się tu fragmenty, które można odpowiednio wykorzystać w szerokim zakresie ruchów; co nawet jednak ważniejsze, to jest odpowiednia płyta, aby tańczyć o detalach budynków — gzymsach, wykuszach, krużgankach, co niejako uprawomocnia tę dziwaczną paralelę z nadużywanego cytatu; chcę chyba tym wszystkim powiedzieć tyle, że ex machina jest fascynująca — to nieszablonowy, bardzo współczesny post-jazz działający na wyobraźnię; rzecz wyjątkowo dobrze namacalna, być może ze względu na jej ekspresyjność i wyrazisty koloryt, ale ze wszech miar abstrakcyjna; nie chcę analizować jej zresztą pod jakimkolwiek innym kątem — czuję się spełniony, gdy daję jej wybrzmieć i pozwalam sobie na słodko intuicyjny dryf ♪ „speed-freeze, pt. 2”


2023

3.

Q soul,present

soul,present to być może najbardziej zręczna i kreatywna próba przetworzenia spuścizny prince’a i michaela jacksona na współczesny soul w tej dekadzie; krążek jest dość jednoznacznie duchologiczny, ale wyprodukowany ze współczesną swadą; wszystko to, czemu mógłby patronować tutaj wspomniany już prince, zostało przez Q kreatywnie przetworzone, ułożone i podane na nowo; w centrum tej muzyki, choć wychodzącej otwarcie do popowej publiki stoi bowiem syntezatorowy funk, manifestujący się zupełnie otwarcie lub stanowiący podwaliny do kompozycji bardziej klasycznie soulowych; Q doskonale rozumie stylistykę 80sowego r&b na poziomie i melodyki, i brzmienia, a przy tym jest samoświadomym i dojrzałym artystą, dzięki czemu wielokrotnie udaje mu się tutaj osiągnąć rejon popowej transcendencji ♪ „presence”


2023

2.

le cri du caire le cri du caire

po tym jak mimo prób i mimo wiosny nie udało mi się zakochać w love in exile arooj aftab z vijayem iyerem i shahzadem ismaily’m, połączenie arabskiego folku z kameralnym jazzem ostatecznie ścisnęło mnie za serce przy okazji le cri du caire — płyty, która ukazała się wcześniej, ale trafiłem na nią dopiero jesienią; zestawienie tych dwóch krążków ma zresztą sens wyłącznie na papierze, bo już pierwsze odsłuchy odkrywają, że różnic jest więcej niż podobieństw, ale też być może ta pozorna bliskość obu wydawnictw sprawiła, że trio złożone z saudyjskiego wokalisty, francuskiego saksofonisty i niemieckiego wiolonczelisty tak mną wstrząsnęło od pierwszych minut; z jakiegoś powodu ten post-ecm-owy jazz (z bardzo filmowym twistem i tendencją do rozwijania instrumentalizacji w post-minimalistycznych pasażach) doskonale współgra z arabską melodyką głosu miniawiego — tak samo podróż z kairu do paryża czy stuttgartu wydaje się dzisiaj najbardziej naturalną rzeczą na świecie; nie zawsze jednak nawet pomimo wielkiej ostrożności, gdy elementy składowe kolażu pozostają autentyczne, ich połączenie też takie będzie — mając gdzieś z tyłu głowy, że to wciąż pewna estetyzacja dla zachodniego słuchacza, paryż musiał jednak tę artystyczną wizję uprawomocnić; le cri du caire jest dla mnie w jakiejś części muzyką ilustracyjną — to co ilustruje staje mi przed oczyma, ilekroć jej słucham; w tym kontekście nie muszę wiedzieć ani rozumieć więcej, wystarczy mi ten album ♪ „jarda al wadi”


2023

1.

takashi kokubo & andrea esperti music for a cosmic garden

pisałem już niejednokrotnie, że wydana przed czterema laty przez light in the attic biblia japońskiego ambientu i new age’u lat 80. kankyō ongaku otworzyła przede mną pewną stylistyczną i emocjonalną przestrzeń, której wcześniej zupełnie nie znałem, a która zmieniła moje życie bezpowrotnie i na lepsze; na rozszerzonej winylowej wersji tamtego wydawnictwa znalazł się także takashi kokubo, cichy mistrz japońskiej muzyki relaksacyjnej i, zupełnie szczerze, chyba jedna z najmniej ekscytujących mnie postaci z uniwersum kankyō ongaku, zbyt często pozbawiona artystycznego zmysłu niezbędnego, by oddzielić tło w salonie masażu od sztuki (choćby użytkowej); tymczasem dość nieoczekiwanie to on stoi za płytą, której wśród wydawnictw ostatnich kilku lat jest możliwie najbliżej do ideałów kankyō ongaku; music for a cosmic garden całkowicie spełnia obietnicę zawartą w tytule — kokubo łączy tu siły z włoskim multiinstrumentalistą andreą esperti (i dwiema wokalistkami), by zabrać słuchaczy w międzygwiezdną podróż zrealizowaną wyłącznie przy pomocy dźwięku; być może w synergii obu twórców tkwi nieodparcie artystyczne centrum tego projektu, niezbyt abstrakcyjnego w swoich audialnych kreacjach, a jednak wielowymiarowo stymulującego emocje i wyobraźnię; dokąd kokubo i esperti zabiorą swoich pasażerów — to już kwestia indywidualna; w tym sensie to malowniczy newage’owy sequel magnetyzującego stasis sounds for long-distance space travel 36 & zakè z 2020 roku (na marginesie: w 2022 36 & zakè wydali zresztą faktyczny sequel — udany, choć niezbyt zajmujący) ♪ „melting clocks”


Opublikowano

2022

2022

to był bardzo płaski rok — nie znaczy to bynajmniej tyle, że ubogi — doświadczyłem mnóstwa naprawdę dobrej muzyki, ale jednocześnie w całym tym bogactwie niewiele było płyt lub utworów, które wbiłyby mnie w fotel, przy których pomyślałbym, że to jest właśnie to! lubię te podsumowania, bo zmieniają trochę mój sposób myślenia — początkowo lista miała 65 pozycji i nie wyobrażałem sobie odjąć którejkolwiek, ale w miarę słuchania, prób konstruktywnego zidentyfikowania ich słabych i mocnych stron, sprowadziłem się na ziemię; i w drugą stronę, upewniłem się, że kolejność (zmieniająca się co rusz przez ostatni miesiąc) odpowiada w miarę temu, co chciałbym w tym roku postawić na piedestale i z jakim priorytetem; jak co roku płyty, epki i utwory mieszkają na wspólnej liście

2022

50.

agnes magic still exists

dopiero na ostatniej prostej zorientowałem się, że magic still exists to w istocie album z poprzedniego roku; z przyjemnością będę dla niego, najwierniejszego towarzysza moich zeszłorocznych treningów, kontynuował tradycję uzupełniania podsumowań końcoworocznych o płyty przegapione; przyznam, że z początku nie byłem przekonany jak ten album odebrać, ale nie pozwolił o sobie zapomnieć — to z jednej strony zbiór naprawdę przebojowych numerów uwięzionych gdzieś między retrodisco w stylu donny summer a współczesnym electropopem, z drugiej strony koncepcyjny krążek składający się na queerowe nabożeństwo celebrujące odmienność; nawet jeśli nieszczególnie kreatywne, to znakomicie zrealizowane ♪ „selfmade”


2022

49.

harry styles „as it was”

harry’s house zwiodło wielu swoją przyjemną zachowawczością, ale pierwszy singiel z płyty stał się niepodważalnym pomostem pomiędzy tym, co w popie 2022 było dobre a tym, co było szeroko słuchane


2022

48.

whitney „real love”

wydane w połowie roku „real love” whitney śmiało połączyło post-hiphopowy bit z empatycznymi soulującymi wokalami formacji wywodzącej się przecież ze sceny szeroko pojętej americany; ten nieoczekiwany i (wciąż) niezrozumiany twist podzielił fanów i krytyków, niesłusznie klasyfikując whitney jako projekt letni i bezbarwny; wydany później krążek spark nie dorównuje co prawda dwóm pierwszym pod kątem melodyczno-kompozytorskim, ale największa w oczach słuchaczy przewina grupy — zmiana brzmienia, stała się paradoksalnie ich największym atutem


2022

47.

carmen villain only love from now on

zawieszony zupełnie pomiędzy oldschoolowym japońskim new age’m yoshiakiego ochiego; europejskim jazzem — tyleż poszukującym, co szkicowym; drapieżnym post-minimalizmem spod znaku colina stetsona a lo-fi’owym dub techno, wyraźnie rozciągnięty pomiędzy kontynentami czwarty krążek amerykańskiej artystki dźwiękowej jest chyba przede wszystkim (przed jakimkolwiek innym określeniem, którego moża by użyć) fascynujący; to muzyka, która daje wytchnienie, ale też sama oddycha i która podejmuje na tyle konkretne (momentami dość ryzykowne zresztą w kontekśćie wymowy całości) decyzje artystystyczne, by nie pozwolić sklasyfikować jej jako muzyki tła ♪ „gestures”


2022

46.

julianna riolino all blue

być może najbardziej konwencjonalna z pozycji na tegorocznej liście julianna riolino śpiewa solidne alt-country, mocno osadzone w stylistyce gatunku późnych lat 90.; pewnie nigdy bym po nią nie sięgnął, gdyby na okładce nie cytowała judee sill, a dopiero później okazało się, że w tym roku ze śpiewających pań z gitarami przypadła mi do gustu najbardziej — może to z tęsknoty za dawnymi kawałkami sheryl crow, która przez wiele lat bała się iść bardziej w country, czego zawsze żałowałem, a co teraz znakomicie wychodzi riolino ♪ „hark!”


2022

45.

lancey foux life in hell

włączyłem life in hell bo spodobała mi się kolorystyka okładki i nie sądziłem wtedy, że będzie to cokolwiek, do czego będę jeszcze wracać; tymczasem coś w tę psychodelicznie hedonistyczną matnię mnie pchnęło; mój były redakcyjny kolega, wojtek siwik, ujął sedno sprawy, pisząc, że ta płyta być może dla estetyki rage’u będzie tym, czym rodeo travisa scotta było dla kwasowego trapu; nawet jeśli tak by się nie stało, to naprawdę fascynujący muzyczny trip ♪ „all night long”


2022

44.

weyes blood „it’s not just me, it’s everybody”

kilkakrotnie próbowałem odnaleźć się w zeszłorocznej muzycznej przestrzeni weyes blood, ale za każdym razem zatrzymywałem się na progu — przy pierwszym zwiastunie projektu „it’s not just me, it’s everybody”, który do pewnego momentu frustrował mnie swoją enigmatycznie płynącą strukturą, by w końcu pozwolić mi w tym nieśpiesznym intymnym wyznaniu odnaleźć nie tylko piękno głosu artystki i drobiazgowego post-kinematograficznego aranżu, ale przede wszystkim siebie samego; być może jeszcze nam się uda z weyes blood w przyszłym roku, granica stycznia jest jedynie pozorna


2022

43.

uwalmassa malar

nie zdawałem sobie nawet sprawy, jak bardzo tęskniłem za muzyką z pogranicza gamelanów i to indonezyjskie elektroakustyczne proto-techno z właściwą energią wypełniło tę lukę; to hipnotyczna, plemienna, metaliczna muzyka doskonale żeniąca ze sobą dwa światy — tradycyjnej wyspiarskiej obrzędowości i miejskiej klubowej eskapady ♪ „majuh”


2022

42.

richard dawson the ruby cord

richard dawson to jedna z tych współczesnych folkowych indywidualności, które nagrywają tylko rzeczy jakieś; nawet więc jeśli jego kolejna płyta, odważnie zbudowana wokół 41-minutowego giganta, zdaje się momentami słaniać pod ciężarem własnej ambicji, wciąż jest to rzecz ekscytująca i frapująca; niby nie zostałem uwiedziony w równym stopniu, co w przypadku poprzednich krążków, a jednak nie mogę przestać do niej wracać; to nadal dla mnie otwarta księga ♪ „the tip of an arrow”


2022

41.

sofie birch & antonina nowacka languoria

duńska ambientowczyni na swoim drugim projekcie tego roku połączyła siły z polską wokalistką eksperymentalną i razem dzięki znakomitej synergii własnych instrumentów oraz nagrań terenowych uchyliły słuchaczom bramę do dźwiękowego ogrodu — intymnej przestrzeni, w której liczą się detale, a harmonijność znaczy tyle co naturalność; być może kojące tło po długim dniu pracy, być może pełnoprawna angażująca podróż do zupełnie innej przestrzeni zmysłowej — to zależy tylko od nas ♪ „pripugale”


2022

40.

lake street dive „you’re still the one”

obsesja współczesnych dotycząca tworzenia utworów autorskich (przynajmniej pozornie) to absolutne szaleństwo, coveruje się zazwyczaj na stronie i zwykle powierzchownie i odtwórczo; na zeszłorocznej swojej epce lake street dive, jedna z moich ulubionych grup z pogranicza soulu i americany, pokazała, jak to się robi — w swojej reinterpretacji „you’re still the one”, zachowawczego radiowego singla shanii twain z lat 90., zmieniła go w temperamentny i uduchowiony soulowy sztos z krwi i kości; tak to się robi


2022

39.

hitkidd & glorilla „f.n.f. (let’s go)”

gorący one hit wonder zeszłego roku, pikantne hiphopowe novelty, które można popełnić tylko raz; gdy pierwszy raz trafiłem na „f.n.f. (let’s go)” oniemiałem — było kuriozalnie przebojowe i nieoszlifowane zarazem, biła od niego bardzo prawdziwa uliczna energia, której nie byłaby w stanie wykorzystać i oddać żadna raperka ze stabilną pozycją na scenie; wymowy dopełniły bezpośredni tekst o byciu szczęśliwą singielką (parafrazując określenia bardziej dosadne) i emanujący girl power klip


2022

38.

ralph kaminski „bal u rafała”

mniejsza już o ten wołging na sali gimnastycznej w teledysku, „bal u rafała” to zupełnie nowe nieoczekiwane otwarcie w dyskografii kaminskiego, którego piosenki jawiły mi się wcześniej w najlepszym razie jako nijakie; tymczasem tutaj rafał wciela się w rolę duchologicznej diwy na elektrobicie ukradzionym jak nic donnie summer, albo lepiej, annie jantar z „nic nie może wiecznie trwać”; w refrenie odprawia się tu zresztą w formie dziwacznych, na potęgę prześpiewanych wokaliz jakieś artpopowe nabożeństwo na cześć björk czy innej kate bush; ale w tym szaleństwie jest wreszcie metoda, zwłaszcza że tekst, choć abstrakcyjny, wydaje się introspektywny i autoironiczny; tym samym całość raczej niż na kiermasz osobliwości, składa się tu wreszcie na odważny i wyrazisty manifest artystyczny, niesamowicie, nawiasem mówiąc, przebojowy!


2022

37.

leikeli47 shape up

na swoim czwartym longplayu nowojorska raperka leikeli47 z powodzeniem wykorzystała słabości swojej wciąż sławniejszej konkurencji — złamany pazur bree runway, kreatywną chrypkę tierry whack, popowe uniesienie lizzo, zupę z kota azealii banks; jej shape up to trzy kwadranse naprawdę soczystych bangerów, zarapowanych ulicznie i zawadiacko, zwieńczonych nierzadko przebojowymi wyliczankami w refrenie, co jakiś czas przełamywanymi śpiewanymi elementami; aż trudno uwierzyć, że do shape up swoich trzech groszy nie dorzucili duchologiczni the neptunes, przeniesieni wehikułem czasu z 2002 roku do teraźniejszości; albo, że missy elliott nie pożyczyła leikeli swojego niepublikowanego bitu z epoki under construction; jak niegdyś ona, leikeli47 potrafiła nagrać rapową płytę, która jednocześnie jest szczera, charyzmatyczna i przebojowa ♪ „secret service”


2022

36.

danish string quartet prism iv

lubię tę popową niemal formułę serii płyt prism danish string quartet, lubię gdy premierę poprzedzają single i jak na każdej z płyt konstruują swój repertuar według tego samego klucza; stałymi elementami są miniaturka bacha i jeden kwartet smyczkowy beethovena — tym samym przy wcześniejszych odsłonach moją uwagę przyciągał w pierwszej kolejności element gościnny (tutaj drugi kwartet mendelssohna); prism iv stał się jednak dla mnie bramą przede wszystkim do obcowania z beethovenem, którego lubię zwłaszcza właśnie w kameralnej odsłonie, a jego repertuar jest nieprzebrany — na tym krążku znalazła się fantastyczna interpretacja jego 15. kwartetu, doskonale zestawiona zresztą z dość klasycznym w wymowie utworem mendelssohna; danish string quartet doskonale oddał dynamikę i złożoną emocjonalnie naturę tych kompozycji, ponadczasowo dramatycznych i delikatnych jednocześnie ♪ „beethoven’s string quartet no. 15: v. allegro appassionato”


2022

35.

tatsuro yamashita softly

nie spodziewałem się, że tatsuro yamashita wyda jeszcze płytę — nie myślałem o nim chyba już w kategoriach teraźniejszości czy tym bardziej przyszłości muzyki, nawet mimo tego, że co jakiś czas nagrywał piosenki do filmów; te zresztą zostały skrzętnie zebrane na tym krążku-zapisie ostatnich kilku lat procesu twórczego jednego z ojców city popu; softly nie jest pozbawione mankamentów, bywa nieznośnie ckliwe, ale w swoich najlepszych momentach dorównuje przebojowością i laidbackowym vibe’m klasycznym nagraniom z katalogu mistrza; tym samym jest to nie tylko pierwsza od dekady, ale przede wszystkim pierwsza od lat 90. udana płyta tatsa; żaden to zresztą pozbawiony merytoryki żer na nostalgii (zakropiony niedawnym sukcesem „plastic love”), ale garść zupełnie uprawnionych, dość słodko-gorzkich w wymowie refleksji odzianych w brzmienie jedynego w swoim rodzaju soundtracku do życia i kariery tatsuro yamashity ♪ „mirai no tēma”


2022

34.

bonny light horseman rolling golden holy

nigdy nie byłem miłośnikiem solowej twórczości anaïs mitchell, wokalistki tria bonny light horseman, wydawało mi się zresztą nawet, że to ze względu na brzmienie jej głosu, ale tegoroczna płyta grupy, której debiut przed dwoma laty zupełnie przegapiłem, przekonała mnie, że wcale nie; bo mitchell słucha się z dużą przyjemnością w tych dziesięciu bardzo klasycznych folkowych numerach podkręconych pastoralną poetyką z appalachów; dzięki niej właśnie rolling golden holy od pierwszego odsłuchu trafiło u mnie do tej samej kategorii płyt co debiut the little willies (z norą jones na wokalu) i pierwsza wspólna płyta planta i krauss; uwiodło mnie bogactwo aranżacyjno-harmonijne tego krążka przy zachowaniu pewnej prostolinijności — naturalnego biegu tego materiału; nie mam wątpliwości, że stoi za tym znakomita synergia mitchell z erikiem johnsonem z fruit bats (dla których też od kilku lat odsłaniam miękkie podbrzusze) i producentem joshem kaufmanem (aż dziw, że nie zrobił im tej płyty t-bone burnett!) ♪ „california”


2022

33.

kaelin ellis the funk will prevail

kosmiczna jazz-funkowa albumo-epka złożona z kilkunastu niesamowicie bujających miniaturek, którą trudno wrzucić do jakiejkolwiek konkretnej szufladki, ale nie da się odmówić jej magnetyzującego wajbu; trafiłem na nią przypadkiem latem, już kilka miesięcy po jej premierze, i nie mogłem przestać jej zapętlać aż do końca roku ♪ „cats food”


2022

32.

jim mcneely & frankfurt radio big band ft chris potter rituals

moje pierwsze odczucie względem rituals było takie, że płyta absolutnie odstaje od wszystkiego, co współcześnie się wydaje; najpierw patrząc na okładkę, pomyślałem o amerykańskim egzotycznie wystylizowanym easy listeningu z lat 50., a sama muzyka i ogólny anturaż krążka wcale mnie od tego nie odwiodły; dalej jednak zaczęło się gmatwać — tytułowy utwór podzielony na sześć części ma w gruncie rzeczy dość filmowy charakter — frankfurcki big band pobrzmiewa gershwinem, bernsteinem, herrmannem nawet, ale idzie o krok dalej mieszając żywiołowy, obrazowy third stream z elementami subtelnego, ale rasowego avant-jazzu; rzecz robi robotę, niekoniecznie w kontekście wydawnictw a.d. 2022, ale w kontekście xx-wiecznej muzyki bigbandowej w ogóle ♪ „rituals: sacrifice i”


2022

31.

lynn avery & cole pulice to live & die in space & time

chyba najciekawsza zeszłoroczna płyta próbująca łączyć ambient z kameralnym jazzem, a to całkiem konkretny komplement, bo było takich wydawnictw więcej; może to przez ten duchologiczny newage’owy płaszcz odznaczający się tu bardzo wyraźnie i utrzymujący pozostałe elementy w stałym pulsującym porządku; to muzyka do swobodnego dryfowania, dająca słuchaczowi przestrzeń do obcowania z nią lub, jak na dobry new age przystało, wysycająca naturę innych rzeczy, z którymi akurat słuchacz obcuje ♪ „plantwood (day)”


2022

30.

black midi hellfire

zjawisko roku, bez dwóch zdań, przynajmniej w społecznościach muzycznych nerdów, to jak pewna grupa słuchaczy jeszcze przede odsłuchem postawiła ten krążek na piedestale jako pomnik pokolenia, znak, że dzieje się jednak coś epokowego w smutnych czasach ich życia, a w kontrze znalazła się rzesza podważająca do samego rdzenia zasadność jakiegokolwiek zainteresowania tym projektem; ale jest też sama płyta, która, niezależnie od powyższego, najciekawiej wykorzystała gitary w tym kolejnym z nieżyczliwych muzyce gitarowej lat; jest to owszem rzecz intensywna, momentami kakofoniczna, ale umiejętnie operująca wentylami, znająca swoje ograniczenia i mimo wszystko traktującego swojego słuchacza łaskawie; byłem nawet bliski zamówienia sobie egzemplarza, ale uznałem, że docenienie formalnego kunsztu i faktyczna potrzeba obcowania z płytą to jednak dwie różny rzeczy ♪ „welcome to hell”


2022

29.

molly tuttle & golden highway crooked tree

zanim przejdę dalej, ustalmy jedną rzecz — istnieje osobny krąg w piekle dla osób, które z jakiegokolwiek powodu (z pewnością wyssanego z palca) wyśmiewają progresywny bluegrass; trzeba zresztą tę zasadę rozszerzyć o progresywny bluegrass w 2022 roku, nawet jeśli tylko ze względu na fenomenalny krążek molly tuttle i jej grupy golden highway; na crooked tree znajdziemy przekrój wszystkiego tego, co najlepsze z klasycznej odsłonie gatunku zrealizowane z najwyższym produkcyjnym wyczuciem — rzecz z jednej strony brzmi świeżo i współcześnie, z drugiej nie ma się poczucia, by ta współczesność odbierała muzyce ducha; tuttle zresztą ma wyczucie nie tylko w tej kwestii — na krążku pojawia się gościnnie szereg znaczących na scenie współczesnej americany artystów od margo price po gillian welch, ale żadne z nich nie przyćmiewa lub nie redefiniuje swoim udziałem biegu płyty ♪ „the river knows”


2022

28.

dawes misadventures of doomscroller

czasem mam wrażenie, że choć w wielu sferach otaczają mnie entuzjaści muzyki, ludzie, którzy świadomie poszukują czegoś, co ich zajmie emocjonalnie i estetycznie, jestem jedyną osobą w pomieszczeniu, która w ogóle kojarzy dawes; śledzę ich już od ponad dekady i choć w pewnym momencie wyczekiwałem stosownej okazji, by zaprezentować ich w mojej bańce, naturalnie doszedłem do wniosku, że chyba ich najlepsze nagrania już powstały i taki moment nie nadejdzie; nie mogłem bardziej się mylić; wydane w zeszłym roku misadventures of doomscroller to z dużym prawdopodobieństwem najlepszy album w ich obfitej ośmiopłytowej dyskografii; grupa, która jest dla mnie synonimem muzycznego bezpieczeństwa, bo bazuje w dużej mierze na klasycznej americanie, do tej pory ujmowała mnie przede wszystkim szczerą autorefleksyjnością; ich najlepsze piosenki to historie, które zmyślnie zaaranżowane i zaśpiewane głosem jedynego w swoim rodzaju taylora goldsmitha (w dużej mierze odpowiedzialnego, jestem tego pewien, za brzmienie ostatniego materiału jego żony — mandy moore) materializują się w głowie w postaci obrazów, do których powroty stają się po jakimś czasie synonimem powrotów do domu; tymczasem misadventures, wbrew tytułowi, to najbardziej śmiały artystyczny zwrot w ich dotychczasowym brzmieniu — to z jednej strony post-yachtrockowy anturaż aranżacyjny, z drugiej progresywne podejście do kompozycji z jam-bandowym zacięciem; co więcej dawes nie stracili nic ze swojej rozkosznej introspektywności, a jedynie poeksperymentowali z formułą, nadając całości bardziej naturalnego, dynamicznego i zaskakującego słuchacza biegu ♪ „ghost in the machine”


2022

27.

flo the lead

gdy pierwszy raz usłyszałem zeszłoroczną debiutancką epkę tria r&b flo the lead i ugięły się pode mną kolana, nie miałem wątpliwości; w głowie zaświecił mi się na czerwono wielki boomer alert, a przed oczyma stanęły mi te wszystkie rozkoszne nagrania początku lat 2000-nych brandy, christiny milian czy innej myi, za którymi niewątpliwie się stęskniłem; próbowałem zamieść rzecz po dywan, ale nie udało się; flo zrobiło na tej epce zbyt dobrą robotę; nie samo zresztą, bo za dziewczynami producencko i songwritersko stoi mnek, który kojarzy się z bardziej prostolinijnym popem, ale produkował już podobne rzeczy dla little mix czy k-popowego girlsbandu twice; całość nadzorowała zresztą wielka wytwórnia i choć sukcesu komercyjnego nie było, z pewnością białe kołnierzyki liczyły, że nostalgia za przełomem milenialnym, która napędza w tym momencie wiele z decyzji zakupowych obecnych 30- czy 40-latków wygeneruje odpowiednie zainteresowanie; fair enough! kolejne odsłuchy doprowadziły mnie zresztą po nitce do kłębka — mnek celował wyżej, cytując nie żadne płotki r&b, ale samego timbalanda w jego kreatywnym szczycie i nagrania, które zrobił dla aaliyah; flo co prawda nie miało prawa uchwycić tej transcendencji, którą słychać u nieodżałowanej baby girl, ale mnek-owi produkcyjnie udało się oddać ducha tamtych nagrań w zupełnie nowej odsłonie; no i super ♪ „not my job”


2022

26.

beach house once twice melody

nigdy nie byłem team beach house, słuchałem oczywiście ich płyt, ale jakoś do tej pory nie udało się tej muzyce dotrzeć do mnie emocjonalnie, aż do teraz; może to ja wyszedłem nieświadomie beach house na spotkanie, może to oni na tyle ewoluowali w swoim brzmieniu, a może otworzył się między nami obopólny worteks — w każdym razie wbrew przesłankom (wydawanie albumu na raty zawsze jest złym pomysłem) udało nam się wreszcie spotkać tam, gdzie wcześniej nie było nam dane tzn. na poziomie magicznym; to słowo chyba zresztą najlepiej tę płytę opisuje w takim sensie, że trudno uchwycić i nazwać to bardzo szczególne połączenie stylistyczno-produkcyjne, które na tę płytę się złożyło, a jednocześnie nie da się nie odnieść wrażenie, że jakkolwiek to złożono, działa; i to nie byle jak, utrzymuje się przez większość tych ponad 80 minut w znakomitej równowadze; być może to dzięki temu, że sygnaturowy podszyty shoegaze’m psychodeliczny dream pop beach house dopełniono tutaj melancholijnym synth popem, którego dotychczas w ich muzyce było mniej, ale sam wolę wierzyć, że to jednak magia ♪ „runaway”


2022

25.

aldous harding warm chris

zacznę od coming outu — przed tą płytą nie miałem za bardzo pojęcia kim aldous harding w ogóle jest — być może przez to przegapiłem formatywny dla niej krążek, ale ten zaintrygował mnie wiosną zeszłego roku na tyle, że do teraz nie pozostawił zbyt wiele przestrzeni, bym zainteresował się poprzednimi (co uświadomiłem sobie teraz i na pewno niebawem nadrobię) — zaczarował mnie swoją minimalistyczną kameralną aurą, niepozostającą jednak czymś jednostkowym, ale wykorzystaną, by pięknie zaaranżować i tchnąć w życie w naprawdę melodyjne i ciekawe folkowe piosenki; to trochę nowozelandzka odsłona ichiko aoby, ale dużo bardziej charyzmatyczna i różnorodna stylistycznie, meandrująca między przebojowym indie popem a wariacjami na dziedzictwie vashti bunyan; może dlatego wśród naprawdę niezliczonych zeszłorocznych singer/songwriterek aldous harding przemówiła do mnie najbardziej ♪ „she’ll be coming round the mountain”


2022

24.

group listening clarinet & piano: selected works, vol. 2

wszystko jest w tytule: fortepian i klarnet; może nie jest to najbardziej wirtuozerska z płyt kameralnych, ale to takie ciepłe, domowe pejzaże, które budują człowieka wewnętrznie, odcinając go od zgiełku codzienności co najmniej jakimś postawnym gęsto porośniętym groszkiem cukrowym wiejskim parkanem; to płyta, która idealnie odpowiedziała na moje podstawowe potrzeby nie tylko estetyczne, ale też życiowe ♪ „blue crystal fire”


2022

23.

louis cole quality over opinion

louis cole wykiełkował wreszcie z tego buzującego przez kilka sezonów coraz śmielej nasionka i w swojej finalnej formie jest w swoim brzmieniu i formie totalnie post-thundercatowy; to taki album-strumień świadomości, gdzie ciągle coś się dzieje, jeden pomysł wybucha w drugi, i tę szalonę strukturę trzeba albo lubić, albo mu ją wybaczyć, przyznając uczciwie, że przy 70 minutach i 20 numerach trudno by cole’owi było chociaż trochę nie pobłądzić; to zresztą, co ważne, zawsze jest błądzenie kreatywne; ja po kilku odsłuchach wreszcie absolutnie znalazłem z cole’m twórczą sztamę i zupełnie stoję murem za tą nieco ryzykowną koncepcją na płytę — mocno zresztą satyryczną na pewnym poziomie, trochę na szczęście pomaga znaleźć dla tego krążka słuchaczowi odpowiednią metodę ♪ „let it happen”


2022

22.

pva blush

debiut brytyjskiego tria pva to wypadkowa tr/st, ladytron i crystal castles, być może z pierwiastkiem the knife i niewątpliwą punkową inklinacją; to wszystko podane w zintensyfikowanej, ale nie łopatologicznej czy odtwórczej formie z dwójką wokalistów dialogujących, harmonizujących i zamieniających się rolami; to płyta na wskroś alternatywna, której nieobce są jednak atrybuty rasowego electropopu; muzyka ewoluuje, grupa ewidentnie dobrze bawi się, realizując kolejne pomysły na numery, ale koniec końców całość bez problemu znajduje wspólny mianownik ♪ „the individual”


2022

21.

perfume plasma

wydane jeszcze w 2020 roku „time warp” zdawało się sygnalizować długo oczekiwaną zmianę w brzmieniu perfume, które od 2014 coraz bardziej kręciły się w kółko mainstreamowego elektropopu na zachodnią modłę; był to być może najbardziej retrofuturystycznie brzmiący numer w dyskografii, która od samego początku parła silnie ku nowemu; wydana wreszcie w lipcu zeszłego roku plasma ma jednak wydźwięk znacznie bardziej synkretyczny, łącząc nowo odkrytką fascynację yasutaki nakaty łączeniem techno kayō z własnej roboty technopopem (czemu dał wyraźniejszy upust na grudniowym krążku capsule) ze wszystkim tym, co przez lata stanowiło fundament brzmienie perfume; pod tym względem plasma jest na swój sposób krążkiem-bliźniakiem jpn sprzed dekady, ale w tym kontekście jest to zwrot najzupełniej pożądany, zwłaszcza że trzon płyty stanowią nie aranżacyjne zabawy nakaty, ale naprawdę udane popowe piosenki, których perfume brakowało tak bardzo od lat ♪ „drive’n the rain”


2022

20.

brennen leigh & asleep at the wheel obsessed with the west

brennen leigh, którą kojarzyłem wcześniej z bardziej zachowawczym country podszytym gdzieniegdzie bluegrassem, zaskoczyła i zafascynowała mnie bez reszty, odważnie eksplorując western swing u boku wyjadaczy z asleep at the wheel; to jedna z tych płyt, co do których człowiek nie ma pojęcia, że ich potrzebował, dopóki ich nie usłyszy; nie przeczę, nie zaszkodziło to, że niewiele wcześniej zacząłem intensywnie eksplorować tiffany transcriptions boba willsa; i tak samo jak tam, tam i na obsessed with the west wszystko naturalnie składa się w całość, jak puzzle, które na naszych oczach same się układają; wszystko to jest szalenie urokliwe, odrobinę figlarne i okraszone niewielką dawką humoru ♪ „in texas with a band”


2022

19.

cave in heavy pendulum

gdyby nie to, że cave in zaangażowało się w trzecią część projektu z coverami townesa vana zandta w kurateli my proud mountain, pewnie nie sięgnąłbym po ich tegoroczny album; zwłaszcza biorąc pod uwagę ich rodowód sięgający połowy lat 90. i metalcore’owych korzeni, nie wyobrażałem sobie, że heavy pendulum może mnie zainteresować; z takim też nastawieniem rozpocząłem pierwszy (i w zamyśle jedyny) odsłuch, ale po dłużej chwili (płyta ma w sumie 70 minut) zorientowałem się, że to, co słyszę, podoba mi się bardziej niż powinno; gdy wróciłem do płyty pod koniec roku, by tym razem finalnie się z nią rozprawić, po raz kolejny mnie zaczarowała; słuchałem co prawda jako małolat jakichś soadów i ratmów, ale szeroko pojęty alt-metal nigdy nie był moją stylistyką; heavy pendulum ma jednak dwa przymioty, które znakomicie mi pasują — synergię między wokalistami oraz sludge’owo-stonerowe gitarowe riffy, które swego czasu pokochałem za sprawą mastodona i w jakiś dziwaczny sposób ten krążek jest najbliższy ich klasycznemu okresowi (od leviathana do crack the skye), jeśli przymknąć oko na brak progresywnych zapędów, co mnie osobiście nie przeszkadza; można by pewnie obciąć ten krążek o kilka numerów, ale nawet w takiej formie udało mu się przypomnieć mi, czego tak bardzo ostatnio brakowało mi w gitarowych płytach ♪ „floating skulls”


2022

18.

denzel curry „walkin”

truskulowy denzel curry to mój ulubiony denzel curry, a w „walkin” zrealizował ten koncept na 150%; nawet bardziej niż jego bezkompromisowy rant na opresyjny system podoba mi się sposób w jaki klei wersy i sunie po tym srogim, ale jednak podszytym bardzo lekkim wokalnym samplem kreatywnie wygrzebanym w dyskografii keitha mansfielda; to wystarcza, żeby zrównoważyć wkurw denzela płonną, ale jednak realnie obecną między wierszami tego numeru nadzieją na zmianę; gdybym był raperem, chciałbym robić właśnie takie numery jak ten


2022

17.

beyoncé renaissance

nie chcę się ścigać na analizy ostatniego krążka beyoncé, bo nie słuchałem go pod tym kątem; jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak piosenkarka zrobiła największą stylistyczną przewrotkę swojej kariery, wciąż pozostając absolutnie charakterystyczną; ryzyko w zupełności się opłaciło — krążek był w zeszłym roku na ustach wszystkich, okazał się sukcesem komercyjnym i krytycznym, no i przede wszystkim siadł jako płyta, broniąc się i w całości, i we fragmentach; beyoncé emanuje seksualną energią, na której buduje koncept absolutnie w zgodzie z paradygmatem 2022 roku; to cholernie jakościowy album, po raz kolejny podnoszący poprzeczkę dla całej sceny popowej i samej beyoncé ♪ „church girl”


2022

16.

capsule metro pulse

gdyby mi ktoś powiedział, że w 2022 roku yasutaka nakata wyprodukuje nie jeden, ale dwa świetne krążki, kolejno dla tria perfume i własnego projektu capsule, nie uwierzyłbym mu; ten najbardziej wyrazisty ze współczesnych japońskich producentów nie miał dobrej ręki od niemal dekady; tymczasem w trakcie pandemii postanowił powrócić do korzeni, tzn. kreatywnego łączenia tego, co futurystyczne z tym co retro, dzięki czemu wydostał spisane dawno na straty capsule z electro-house’owej ślepej uliczki; metro pulse to wielopłaszczyznowy progresywny synthwave’owy krążek, którego mocną stroną są zarówno złożone produkcyjnie syntezatorowe pejzaże, jak i bezkompromisowe popowe refreny; wszystko to osnute zostało zresztą zupełnie namacalnie dziedzictwem japońskiego technopopu — czerpiąc po kolei ze złotej ery ymo, przez elektroniczny odłam shibuya-kei, przez bitpopowe fascynacje po klasyczneg nagrania samego nakaty zrealizowane dla capsule, perfume czy kyary pamyu pamyu; metro pulse brzmi jak synteza wszystkiego tego, co w dorobku mistrza najlepsze w kompaktowej niespełna trzykwadransowej odsłonie ♪ „future wave”


2022

15.

angel olsen big time

zwrot angel olsen w stronę tradycyjnego country to coś, co na swój sposób przeczuwałem od pewnego czasu, ale nie potrafiłbym tego świadomie przewidzieć; jedna z najciekawszych singer-songwriterek zeszłej dekady potrafiła soczyste, rozmarzone, na wskroś amerykańskie aranże podpatrzone u mistrzów nashville sound wykorzystać, by podkreślić melancholię swojego obecnego ja znacznie lepiej niż próbował zrobić to father john misty na chloë and the next 20th century; jednocześnie melodycznie i tematycznie (w kontemplacji osobistej straty) bliżej jej do townesa vana zandta niż do mainstreamowej odsłony country, co dopełnia autorskiego charakteru i wielowarstwowości big time; to, że nie udało się go zmieścić po dwóch stronach jednej płyty winylowej to jego jedyny poważny mankament ♪ „through the fires”


2022

14.

zguba znój

dałem się złapać i to na dobre; znój to naprawdę fascynujący krążek polepiony po basinskiemu z zapętlonej taśmy, ale mający w sobie coś niesamowicie romantycznego, czy kinematycznego, być może dzięki wykorzystaniu fragmentów muzyki liturgicznej, ale także w samych harmoniach przenikających się post-kakofonicznie płaszczyznach syntezatora; z jednej strony to dość tanie, z drugiej efekt jest tak niesamowity, że nie da się pokazać tej płycie środkowego palca; przeciwnie, to jedno moich z najprzyjemniejszych, najbardziej beztroskich okołoambientalnych doświadczeń muzycznych minionego roku; piękna płyta ♪ „łaska”


2022

13.

bill callahan reality

stary wyjadacz bill callahan najpierw po dream river kazał mi czekać sześć lat na kolejną płytę, a później wrócił niby swój, ale zupełnie nieswój; dopiero prawie dekadę później na reality udało mi się wejść z jego muzyką w jakiś dialog; wcześniej śpiewał obok mnie, nareszcie śpiewa do mnie, a ja go rozumiem — takie były moje pierwsze refleksje po odsłuchu krążka w któryś raczej chłodny październikowy wieczór; cieszę się, że znowu mu się nie śpieszy, bierze długie oddechy między kolejnymi wierszami, a kolejne utwory snują się kreatywnie w tradycji jego klasycznego repertuaru; przyjaciółka, z którą dzielimy się callahanem, stwierdziła, że są tu też momenty, w których bill przeobraża się na powrót w smoga i faktycznie coś w tym jest; ta dwoistość dodaje płycie charakteru, w przeciwnym razie callahan jest ostrożniejszy niż dziesięć lat temu, nadal rzutki, ale już nie tak zwinnie żonglujący formą, jak wtedy; ale to wciąż piękna płyta przewidziana, by wracać do niej co rusz w całości lub we fragmentach przez długie lata, a takie właśnie płyty sam lubię najbardziej ♪ „last one at the party”


2022

12.

j.i.d the forever story

nie jestem fascynatem hiphopowego storytellingu, owszem, lubię dobre historie w piosenkach, ale kto nie lubi; oczywiście ta sentymentalna podróż do czasów dorastania robi robotę także w tym kontekście, ale j.i.d, wcześniej może nie tyle anonimowy, co nieulubiony, a może nawet nierozpoznany, przekonał mnie mnie do siebie inaczej — the forever story jako krążek otwarcie mainstreamowy potrafił jednocześnie wykorzystać dość organiczne elementy, na czele z neo-soulowymi refrenami i jazzującymi aranżami, co nie tylko zabrzmiało dosyć nostalgicznie, jak wehikuł do conscious rapowej końcówki lat 90., ale przede wszystkim stało się znakomitym nośnikiem emocji; wszystko to znakomicie zresztą zrealizowano, z nie tylko błyskotliwie, ale też imponująco sunącym po swoich bitach j.i.d ♪ „surround sound”


2022

11.

conan evidence of immortality

nie słuchałem conana od lat i nie sądziłem, że cokolwiek mnie w ich ostatniej płycie zachwyci — przyzwyczaiłem się, że ostatnio doommetalowe wydawnictwa głównie mnie rozczarowują — albo gitarowym riffom brakuje im miąższości, albo z niezrozumiałych względów dryfują w stronę folku; evidence of immortality nie jest co prawda kamieniem milowym gatunku, ale nie popełnia żadnego z tych błędów; potrafi dorzucić do pieca, kiedy trzeba, ale z umiarem, by w stosownym momencie wywołać fale psychodelicznych gitarowych burdonów; zbacza z tego toru w kończącym grief sequence eksperymentującym z organowym motywem, co stanowi ciekawe postscriptum w przeciwnym razie bardzo intensywnego i ciężko osadzonego gitarowo krążka; obowiązkowa pozycja dla fanów dopethrone electric wizard ♪ „levitation hoax”


2022

10.

elvis costello & the imposters „what if i can’t give you anything but love?”

po znakomitym look now z 2018 elvis costello i jego the imposters wydali kolejną szalenie witalną i przebojową płytę, jakby czas zatrzymał się tych czterdzieści lat temu (tylko produkcja poszła naprzód, bo choć aranże i melodie są podobne, brzmienie absolutnie nie odstaje od dzisiejszych standardów); i pewnie umieściłbym tę płytę gdzieś w tym zestawieniu w całości, gdyby nie to, że znalazło się na niej „what if i can’t give you anything but love?” — utwór, który nieśmiało zanotowałem sobie, by wrócić do niego później, przy jednym z pierwszych odsłuchów; a gdy wreszcie odkopałem tę notatkę i wróciłem, przepadłem; upijałem się tą krzywą, kopniętą, pijaną melodyką bardziej i bardziej dzień w dzień przez kilka tygodni; mam słabość do walczyków (także tych gitarowych), ale kopnięte garażowe walczyki to poziom, nie, dwa poziomy wyżej! uszyma wyobraźni słyszę akompaniujące kameralnej wersji smyczki zaaranżowane przez vana dyke’a parksa; szczerość i bezpośredniość costello to jedno, facet jest z formie, nie ma z czym dyskutować, ale jednak to w popapranej melodyce, poprzestawianych akcentach dodatkowo podbitych szalonymi akordami w refrenie drzemie sedno tej kompozycji, tak zwyczajnej i tak nadzwyczajnej zarazem


2022

9.

naked flames miracle in transit

to najbardziej satysfakcjonujący elektroniczny przelot 2022 roku; intensywne dźwiękowo-emocjonalne doświadczenie wywołane przez nieoczywisty splot rozmaitych odcieni house’u, trance’u, techno, dubu i ambientu; wszystko splecione ze sobą w sposób nadzwyczaj ścisły i nadzwyczaj konsekwentny — zupełnie jak w tytule (i na okładce) miracle in transit to aktywna kontemplacja miejsca (i momentu) styku, który sprawia, że powstaje coś nowego — w tym przypadku brzmiącego zarówno znajomo, jak i świeżo; wszystko podbite jest bardzo świetlistą i optymistyczną energią, dzięki czemu nie ma tutaj przestrzeni na żadne bad tripy ♪ „miles of conkers”


2022

8.

joel ross the parable of the poet

joel ross nie próżnuje; zdolny wibrafonista w kwietniu nagrał dla blue note kolejną ujmującą płytę the parable of the poet, która łączy w sobie rozmaite odcienie klasycznej post-bopowej estetyki; nie uświadczycie tutaj szalonych wyskoków w stylu rozlicznych projektów shabaki hutchingsa, to raczej harmonijna, może nawet trochę refleksyjna płyta, niewątpliwie wyważona i wysmakowana, co nie znaczy wcale, że niewiele się na niej dzieje; także za sprawą tego, że jako wprawny bandleader ross pozostawia grupie swoich instrumentalistów sporo przestrzeni, którą oni z kolei dzielą się z słuchaczem; dlatego krążka słucha się tak dobrze, bo gdy ma angażować, angażuje, ale potrafi też odpuścić i pozwolić słuchaczowi nacieszyć się tym, co właśnie słyszy; a słychać rewelacyjną synergię między muzykami i pomimo tego, że odważniejsze momenty dzielą tutaj miejsce z fragmentami o dość stonowanej naturze, nie ma wątpliwości, że wszystkie one współtworzą jedną całość; wszyscy ci, którzy swego czasu zatracili się w the epic kamasiego washingtona z pewnością także na nowej płycie rossa znajdą coś interesującego dla siebie; ja sam szukałem tej płyty wytrwale całą jesień i w końcu znalazłem ♪ „benediction”


2022

7.

ghais guevara there will be no super-slave

ghais guevara, wcześniej znany jako jaja00, to bez wątpienia jeden z najbardziej ekscytujących raperów minionego roku; bezkompromisowy, zaangażowany politycznie, obdarzony ponadprzeciętnym flow 22-letni raper na swoim przełomowym krążku there will be no super-slave śmiało połączył boom bap z trapem, z zaangażowanymi tekstami zestawiając popwe sample przełomu milenialnego pożyczone od brandy, *nsync, keyshii cole; i zadziwiająco wszystko to wybrzmiało nie tylko wyraziście i ciekawie, ale wręcz ekscytująco i świeżo; guevara znalazł trzecią drogą w hip hopie dotychczas zbyt często skazanym na wybór między nowym a starym, prawdziwym a pozowanym, niezależnym a przebojowym ♪ „sir douglas mawson”


2022

6.

red velvet „feel my rhythm”

red velvet sięgnęły po sampel z bacha, który wcześniej zabiło dla nas radio wraz z „everything’s gonna be alright” sweetbox i skutecznie go wskrzesiły; dwie wydane w tym roku epki miały swoje słabsze i lepsze momenty — „feel my rhythym” to był moment triumfu przede wszystkim metapopowej synergii, która w takim kolorowym mainstreamowym wydaniu kwitnie już chyba tylko w azji; bach dodatkowo ożywił i uprawomocnił duchowo całkiem przestrzenną i fikuśną, ale jednak na swój sposób powtarzalną produkcję i stanowił znakomity (hehe) kontrapunkt dla bardzo aegyo energii grupy; brzmi to wszystko jakby ktoś wrzucił w jeden numer bacha, k-popowy girlsband, timbalanda i skrillexa, a wszystko nie tyle zmiksował, co poszatkował precyzyjnie i posklejał kreatywnie nie w jakiegoś stylistycznego frankensteina, ale w tętniącą życiem, błyskotliwą całość; takie rzeczy tylko w korei


2022

5.

širom utekočinjeni prestol preprostih

z początku przekonała mnie psychotyczna uśmiechnięta ryba, pomyślałem, że kto jak kto, ale ona nie może się mylić; to enigmatyczne (i nieznane mi zresztą wcześniej wcale) trio ze słowenii brzmi jakby domorośli folkowcy gdzieś z kaukaskiego pogranicza próbowali coverować godspeed you black emperor! to oczywiście duże uproszczenie, ale szybko zacząłem się zastanawiać dlaczego w dość podobnym anturażu godspeed brzmiało dla mnie technicznie i zimno, a tu mi się poliki rumienią i coś w głowie mi szaleje tak przyjemnie -- bo to, co tam było monolitycznie apokaliptyczne tutaj jest plemienne i szczebiotliwe; pomimo wydumanej formuły, w które funkcjonują głównie długie, kilkunastominutowe kompozycje, jest w tym wszystkim lekkość i szczerość; a rzecz mimo tego, że intensywna szalenie, dzięki post-minimalistycznym perkusjonaliom ma w sobie coś pogodnego; cudowna płyta zupełnie spoza jakiejkolwiek szufladki ♪ „prods the fire with a bone, rolls over with a snake”


2022

4.

daniel rossen you belong there

to jedna z tych wspaniałych ponadczasowych płyt, które robiąc krok w tył, idą w istocie krok naprzód; na swoim pełnoprawnym solowym debiucie wokalista będącego w stanie rozkładu grizzly bear przemierza przynajmniej półtorej dekady do trudnego do uchwycenia jednoznacznie momentu między yellow house z 2006 a veckatimest z 2009 roku, aby wykorzystać charakterystyczną dla zespołu kanwę połamanego psychodelicznego folku i w kreatywnym anturażu podążyć swoją odrębną drogą — bardziej kameralną i progresywną; nie jest może tak popowy w swoich kompozycjach, ale udaje mu się zachować poetykę klasycznego okresu swojej macierzystej formacji, kreatywnie rozszerzając ją w stronę psychodelicznej awangardy; to najpiękniejsza odsłona tego charakterystycznego brzmienia od kilkunastu lat, wspaniały czarny koń muzycznego podsumowania zeszłego roku ♪ „i’ll wait for your visit”


2022

3.

official hige dandism „mixed nuts”

official hige dandism to jedna z bardziej popularnych pop rockowych japońskich grup ostatnich lat, którą z pewną przyjemnością, ale także dość krytycznie obserwuję od 2018 roku; dotąd nie traktowałem ich zbyt poważnie, ale przy okazji singla „mixed nuts” pokazali mi, jak bardzo ich nie doceniłem; zwłaszcza biorąc pod uwagę, że numer trafił na szczyt japońskiego hot 100, melodycznie i aranżacyjnie rzecz jest absolutnie nie do przyjęcia gdziekolwiek indziej; owszem kawałek jest z gruntu popowy, chłopaki robią w drugiej zwrotce to, co tak fantastycznie wyszło cero w „nemesis” przed rokiem (inkorporują trapowy bit do numeru ze z gruntu innej bajki), ale całość wykorzystanego przez nich anturażu jest porażająca — zaczynają od avant-fusion-jazzowego intra, która na tej stylistycznej podbudówce, jak na fali szczytowej, pędząc z ogromną pewnością siebie, dobijają do refrenu, gdzie wybuchają w stylu tokyo jihen jazz-rockową feerią, oczywiście wciąż trzymając się popowej konwencji; nawet jeśli melodycznie przegryzionej przez japońską wrażliwość, wciąż jednak dość uniwersalnej; taka to orzechowa mieszanka, bynajmniej nie studencka


2022

2.

cécile mclorin salvant ghost song

cécile mclorin salvant to jeden z najbardziej fascynujących głosów nie tylko współczesnej sceny jazzowej, ale wokalnego jazzu w ogóle; jej zeszłoroczna płyta ghost song to najbardziej autorski zwrot w jej dotychczasowej karierze — w dużej mierze odejście od klasycznie pojmowanego jazzu w stronę własnej synkretycznej koncepcji muzyki — parasolem na tyle pojemnym, na ile rozległe są zainteresowania samej artystki; to showcase w zupełności godny jej talentu — wielowątkowy, żywy, niepozbawiony emocji; żaden tam koncepcyjny cykl piosenek, ale wyrazisty zestaw ze swadą konfrontujących się wzajemnie utworów rozmaitych maści; niezależnie od tego czy śpiewa stinga czy kate bush, salvant wszystko, co interpretuje, czyni swoim własnym; doskonale potrafi zresztą te wcale nie nieliczne covery wpleść w bieg płyty tak, że mniej wnikliwy słuchacz stwierdzi z przekonaniem, że to przecież śpiewa cécile mclorin salvant! nie inaczej! ♪ „thunderclouds”


2022

1.

jeremiah chiu & marta sofia honer recordings from the åland islands

bałtyk jest naprawdę moim morzem i wcale nie dlatego, że zmuszony byłem spędzać nad nim kolejne letnie urlopy jako dzieciak, choć to z pewnością miało też swój udział; lubię tę jego kapryśność względem oczekiwań naszych turystów, to jak nie daje im zapomnieć, że nie jest ciepłym morzem, o którym oni marzą; i że urlop nad bałtykiem to wiatr i deszcz; chciałbym kiedyś go objechać wzdłuż linii brzegowej, a po zagłębieniu się w dźwiękowe krajobrazy recordings from the åland islands odwiedzić także należące do finlandii wyspy alandzkie, na których jeremiah chiu i marta sofia honer spędzili kilka tygodni najpierw w 2017, później w 2019 roku, początkowo wcale nie z zamiarem nagrania tej płyty; specyficzny urok raczej odludnego, surowego miejsca zrobił jednak swoje i wkrótce muzyka zaczęła tworzyć się sama — w dużej mierze z improwizowanych sesji i nagrań terenowych, zmiksowanych później razem, ale bez dogrywania czegokolwiek — to nie pozostałoby wierne aurze wysp, dałoby się te fałszywe dźwięki wychwycić; a tak, jest to jedna z najbardziej szczerych płyt, jakich doświadczyłem w ogóle, także dlatego, że nie jest to wyreżyserowany monolit, ale raczej dokument, na który składają się różne pejzaże i towarzyszące im odczucia; ilekroć, włączam ten płytę, mimowolnie przenoszę się na zimną bałtycką wyspę, staję poza czasem i poza światem; wszystko zostało oczywiście pieczołowicie zorganizowane, żeby te odczucia przekazać, muzycy wykazali się w tej kwestii olbrzymim wyczuciem, bo z jednej strony nie próbowali swojej obecności na płycie zakamuflować, z drugiej nie chcieli zaburzyć naturalnego biegu muzyki, którą wraz z nimi napisało tamto miejsce ♪ „under the midnight sun”


Opublikowano

Melanż: 40 utworów — mojego życia, jak dotąd, być może

2021

Melanż

Gdy dawno temu odkryłem w internecie serwisy do katalogowania, oceniania i opiniowania płyt, filmów, książek, czułem, że od tamtej chwili moje życie stanie się lepsze. Nie myślałem wówczas o nich jako o potencjalnych źródłach rekomendacji, skupiłem się na pierwotnej funkcjonalności porządkowania własnej rzeczywistości. A że ta wymagała uporządkowania, nie miałem wątpliwości. Robię to do dzisiaj, bo pomaga mi to zbudować jakiś namacalny szkielet tego, co nienamacalne — system pomocy wizualnych dla otchłani własnych myśli. Ten wpis to na swój sposób odnoga tego podejścia — bezustannego katalogowania wszystkiego. Ale pomimo tego, że katalogowanie pozwala mi odpocząć (bo nie muszę o wszystkim pamiętać), nie jestem zwolennikiem zamkniętych i przesadnie standaryzowanych systemów wyrażania opinii. Sprowadzanie zniuansowanych, czasem ambiwalentnych odczuć, emocji, uczuć, przemyśleń do 3/5 to zwykłe barbarzyństwo. Zakładając oczywiście, że mamy coś sensownego do powiedzenia albo przynajmniej, że czujemy się z tym jakoś, nawet jeśli nie umiemy w pełni tego oddać. W przeciwnym razie to zaledwie przesunięcie środka ciężkości w stronę jakiejś gry pozorów, w której barbarzyństwo stanowi kamuflaż.

Dlatego od czasu do czasu staram się uchylić maski, spojrzeć w lustro i wypowiedzieć pełnym zdaniem, co uważam za jakie i dlaczego. Najtrudniej zawsze idzie mi opisywanie rzeczy, do których mam stosunek emocjonalny, choćby piosenek, które zdążyły zmienić się w obrazy. Postanowiłem więc w ramach ćwiczeń opisać pokrótce czterdzieści obrazów towarzyszących moim być może czterdziestu ulubionym piosenkom. A jak to się stało, że to akurat te piosenki i w takiej kolejności? Barbarzyńskimi metodami sumowania i mnożenia wyników kilkunastu list sporządzanych metodycznie rokrocznie w okolicy czerwca sierpień zeszłego roku wypluł taką listę. Odrobinę z nią polemizowałem, nadal widzę do tej polemiki przestrzeń. Może się więc okazać, że rzeczywistość, którą opisuję, nie jest już wcale tą, którą jestem w stanie wymacać wokoło. Musimy się jednak wszyscy bezapelacyjnie na to zgodzić z tego tylko prostego powodu, że życie jest pracą w toku z góry skazaną na brak satysfakcjonującego zakończenia. Te zostawmy zatem sztuce.

Opisy obrazów, które widzę lub czuję bywają abstrakcyjne, ale bywa też, że łopatologicznie kroczą po śladach oryginalnych tekściarzy. Może niektóre mogłyby stać się zalążkiem większych historii, może nie. Faktyczne obrazy, które im tu towarzyszą, a na których dodatek zdecydowałem się na długo po tym, gdy skończyłem już układać same historie, to kolejny poziom abstrakcyjnego melanżu, przetwarzający idee i uczucia jeszcze inaczej. Wybrałem je nie bez powodu, to często obrazy moich ulubionych artystów, ale ich związek z muzyką i historiami jest kompletnie wrażeniowy. Ale właśnie o tę wrażeniowość tutaj chodzi. Nie zniosę kolejnych opisów muzyki, gdzie recenzent udaje chiruga, robiąc wiwisekcję tego, co sam wysłyszał. To odtrutka, podszyta przeklętą matematyką, owszem, ale tylko dlatego, że nie chciałem spartolić tego bardziej niż musiałem. A może musiałem bardziej niż chciałem?


Melanż

Hester Cox, Szemranie

40.

Bill Callahan „Too Many Birds” 2009 [♪]

Stary dąb na skraju pola obsiadły czarne ptaki, może wrony i siedzą. I te ptaki przelatujące z gałęzi na gałąź, tłoczące się na rozłożystej koronie opowiadają historię, jakiej nie opowiedział żaden człowiek. Próbujesz ją zintepretować. Wtem znikąd pojawia się dzieciak i rzuca w ptaki kamieniem, na co wszystkie zrywają się do lotu. Niebo czernieje w oczach.


Melanż

Francis Bacon, Autoportret, 1970

39.

The Smiths „The Boy With a Thorn in His Side” 1985 [♪]

Jedna z finałowych scen „Lata ’85” Ozona, gdy główny bohater tańczy na grobie swojego zmarłego chłopaka. Tamten wcześniej kazał mu przysiąc, że to zrobi, ale nie dlatego tańczy. To był jedynie asumpt. Tańczy, by wyrazić ten krzyk, którego nie da się już wyrazić krzykiem. Tym chłopakiem jest młody Morrissey, a jego zmarłym kochankiem Oscar Wilde, którego będzie cytował każdym słowem i gestem już do końca życia. Gdy chłopak wraca przez miasto z cmentarza, jego prochowiec faluje nieznośnie na wietrze, a on całym sobą nie przestaje krzyczeć, choć ani na chwilę nie otwiera ust. Nie pozostało mu już nic do powiedzenia.


Melanż

Pocztówka z Poznania lat 80.

38.

Alibabki „Zagrajmy w kości jeszcze raz” 1976 [♪]

O nieprzyzwoicie późnej porze, możliwie przy akompaniamencie gwieździstego nieba i ośmielającej samotności odbywa się uliczny taniec w pojedynkę. Z pas de bourrée wzdłuż krawężnika, a może nawet jazzowym zakończeniem przed opuszczoną budką na wózki sklepowe na parkingu przy supermarkecie. W głowie wciąż szumi wino, a gardło drapie od papierosów. Latarnie to rozświetlają się, to gasną jedna po drugiej, zanim na horyzoncie zacznie majaczyć świt.


Melanż

Oscar Kokoschka, Śpiąca kobieta, 1917

37.

Stevie Wonder „You Are the Sunshine of My Life” 1972 [♪]

Jest letnia noc tak upalna, że masa bitumiczna na ulicach topi się od ciepła, które sama oddaje niczym miejskie morze. Pewne i czarne, poruszające się ze stałą dynamiką, nieśmiało tylko falujące, gdy spod gramofonowej igły dochodzą uszu ciche dźwięki pierwszej tej nocy piosenki, która ma zostać uwieczniona na tym obrazie już na całe życie.


Melanż

Willem de Kooning, Weekend u państwa Krisherów, 1970

36.

Chet Baker „I Fall in Love Too Easily” 1954 [♪]

Szary wczesnomarcowy poranek jest zatopiony w mlecznej mgle, a jegomość w płaszczu sunie energicznym krokiem, pokonując w lekkim podskoku kolejne betonowe krawężniki. Podniesiony kołnierz skutecznie chroni go przed zimnym wiatrem i skwaszonym spojrzeniem mijanej pod drodze staruszki. Mimo utrzymującego się wciąż lekkiego mrozu dla niego już znów zaczęła się wiosna.


Melanż

Rene Magritte, Prace Alexandra, 1950

35.

Lauryn Hill „Everything Is Everything” 1998 [♪]

Znowu coś remontują. W upalny sierpniowy poranek obudził go odgłos młota pneumatycznego, a może piły łańcuchowej. Wygląda przez okno i nie może uwierzyć, że grupa robotników w żółtych kaskach i odblaskowych kamizelkach wycina ogromne drzewo rosnące na podwórku jego bloku — jedyne, które jeszcze uchowało się w tym miejscu. W ciągu kilku następnych dni zaleją to wszystko bezrefleksyjnie betonem i nigdy więcej tu nie wrócą. Nie dowiedzą się więc, że wkrótce ten beton popęka, a przez szczeliny przebiją się młode pędy.


Melanż

Joaquín Sorolla, Falochron, San Sebastian, 1918

34.

Van Dyke Parks „The All Golden” 1968 [♪]

Nim wszystek zaszło, wielkie czerwone słońce pokolorowało sąsiadujący z nim skrawek nieba różem, fioletem i pomarańczem. W powietrzu czuć już typowy dla tej pory jesienny chłód. Tymczasem w pobliskim porcie, świadku tego słonecznego pożegnania i wielu innych — ludzkich, olbrzymi statek daje znać załodze i pasażerom, że za kilka krótkich chwil wybije z portu, by przez wiele dni kołysać się na falach bezkresnego oceanu.


Melanż

Saito Kiyoshi, Deszcz, Paryż, 1955

33.

Étienne Daho „Des heures hindoues” 1988 [♪]

Miasto wreszcie oddycha. Gęste szare chmury kłębiące się nad dachami szeregowców, kamienic i bloków z wielkiej płyty od kilku godzin przed wieczorem wreszcie odważyły się spoufalić z tym betonowym, nadzwyczaj ruchliwym kawałkiem świata. Ulewny deszcz na dobre zakończył wielotygodniowe upały, na które zaczęli narzekać już wszyscy, nawet najwięksi lokalni miłośnicy tropików. Woda zmyła kurz ulic, zakończyła wietrzny żywot topolowych puszków, posprzątała ślady kocich harców w dziecięcych piaskownicach. Miasto wreszcie oddycha.


Melanż

Joan Miró, Czerwony dysk, 1960

32.

Grizzly Bear „Two Weeks” 2009 [♪]

Gdy dni stają się tak krótkie, że okalające je noce bez trudu wpadają sobie w objęcia, zajmuję się śnieniem. Nawet gdy nie morzy mnie sen, w ciemnym pokoju tworzę senny bastion — z poduszek formuję mury, których nie jest w stanie sforsować żadna realna mara, żaden rzeczywisty koszmar. Tak obudowany szczelnie przykrywam głowę kocem i otwieram szeroko oczy, by ujrzeć dalekie światy, do których droga prowadzi przeze mnie, a których nigdy indziej nie mógłbym zobaczyć.


Melanż

M.C. Escher, Trzy światy, 1955

31.

Tamao Koike „Kagami no naka no jūgatsu” 1983 [♪]

Październik zdewastował oblicze uroczego parku, w którym jeszcze chwilę temu popołudniami zwykłem czytać. Ogołocił drzewa z liści i przykrył niby kołdrą nieprzejednaną warstwą chmur smutnych, groźnych, może zupełnie nijakich. Alejki najpierw zasypał zwiędłymi liśćmi, a wkrótce potem zalał mlecznobiałą mgłą tak, żeby doszczętnie skołować błądzącego mnie. Żebym uwierzył, że jedyne wyjście z październikowej matnii jest jednocześnie wejściem głębiej w nią. Jak bezdomny umierający na mrozie z zimna odczuwający nagłą pulsującą błogość, tak i mnie październikowy krajobraz miał uwięzić po drugiej stronie lustra.


Melanż

Georgia O’Keeffe, Nowy Jork nocą, 1929

30.

David Bowie „Heroes” 1977 [♪]

To miasto dziś nie zaśnie. Ja nie zasnę, a dziś ja jestem tym miastem. Jestem światłem ulicznych latarni migających przed oczyma pasażerom sportowego coupe sunącego drogą donikąd. Jestem niekończącą się linią poprzecznie ułożonych podłużnych betonowych kostek, krawężnikiem, o który potknęła się laska w szpilkach i rozdarła z jednej strony kusą cekinową kieckę. Jestem hydrantem, o który opierał się porobiony koleś, gdy po raz trzeci po drodze na przystanek pozbywał się w wielkich męczarniach soków żołądkowych. Jestem gęstym dymem trawy unoszącym się na ledwie podświetlonych klatkach schodowych i za obskurnymi drzwiami z dykty tysiąca i jednego mieszkań. Jestem snem o śnie w jeszcze innym śnie. Spełniam się, pozostając niespełniony.


Melanż

Henri de Toulouse-Lautrec, Wiejska przejażdżka, 1897

29.

Vashti Bunyan „Swallow Song” 1970 [♪]

Wczesny wrześniowy poranek. Na polnej drodze w objęciach rzednącej mgły i bulgoczącego pod kołami błota zjawia się wóz konny. Woźnicą jest młoda kobieta ciepło otulona wielobarwną chustą w kwieciste wzory. Obok niej spokojnie leży mały biały pies ze sterczącymi zawadiacko uszami w brązowe łaty, trochę jeszcze śpiący, ale czujnie obserwujący przelatujące w oddali jaskółki. To będzie ładny, choć chłodny dzień. Lada chwila znowu przyjdzie zima. Gdzie podzieją się wtedy jaskółki?


Melanż

L.S Lowry, W drodze do pracy, 1943

28.

Harry Nilsson „Gotta Get Up” 1971 [♪]

Gdzieś na przedmieściu dużego amerykańskiego miasta naszkicowano czarną kreską typowy dom z przedmieścia dużego amerykańskiego miasta. Obrys wypełniono farbami plakatowymi — trawnik na zielono, niebo na niebiesko, słońce na żółto. Gdy wrysowano w środek ludzi, ci najpierw głównie tańczyli, jedli i pili. Zapraszali innych ludzi, z którymi tańczyli, jedli i pili, ale któregoś dnia znudzeni być może tańcem, jedzeniem i piciem, sami dorysowali sobie szare garsonki i garnitury, i rozeszli się gdzieś poza szkic, wracając do rysunkowego domu coraz rzadziej, a w końcu już wcale.


Melanż

Edvard Munch, Stary kościół Aker, 1881

27.

Virginia Astley „A Summer Long Since Passed” 1983 [♪]

Akcja utworu rozgrywa się dawno temu, albo najlepiej gdzieś poza czasem, w małej miejscowości gdzieś na angielskiej albo francuskiej prowincji, z porośniętymi szacownym bluszczem kamiennymi murami i zadbanymi ukwieconymi gankami. Jest późna jesień, wczesna wiosna albo Boże Narodzenie, a z dużym prawdopodobieństwem wszystkie one jednocześnie. Miejscowość pogrążona jest w nadal porannej mgle, dlatego nie można tego ocenić. Panuje cokolwiek uroczysta atmosfera. Mieszkańcy gwarno wylegają na ulice, by wspólnie udać się na poranne nabożeństwo do niewielkiego białego kościółka nieznanego wyznania górującego nad mieściną z niewielkiego wzniesienia. Kobiety, dzieci i starcy zmierzają we wspólnym kierunku przy akompaniamencie kościelnych dzwonów. W tej miejscowości nie ma mężczyzn, którzy wyjechali, by polec na darmo na cudzej wojnie. Kadr przepełnia nieprzenikniona mieszanka smutku i radości. Wkrótce przez mgłę przedziera się słońce i obraz przykrywa biel światła.


Melanż

Bracia Stenberg, plakat do filmu Berlin: Symfonia wielkkiego miasta, 1927

26.

Sufjan Stevens „Come On! Feel the Illinoise!” 2005 [♪]

Symfonia wielkiego miasta, które żyje i daje życie. Amerykańska fantasmagoria, sen na jawie. Niemy film, dynamiczne zdjęcia ruchu ulicznego kręcone to z perspektywy przechodnia, to z lotu ptaka, czarno-białe jedynie na pierwszy rzut oka, a gdy się w nie wpatrzeć, kolorujące same siebie w barwach żywych, optymistycznych, nowoczesnych, przyszłościowych. Pośród tego gąszczu spaceruje poeta — Carl Sandburg. Wkrótce wszystko to, co widział, spisze z miłością na papierze i zatraci się w tym love story cała Ameryka. Będzie pisał, siedząc przy swoim przepastnym dębowym biurku na osiemnastym piętrze imponującego wieżowca z widokiem na panoramę miasta, wieżowca zrodzonego ze zrozumienia dla rytmu miasta i transcendencji tej niezwykłej więzi. Sto lat później jego duch będzie nawiedzał kolejne pokolenia poetów, którzy rozumieją miasta.


Melanż

Odilon Redon, Święty Sebastian, przed 1910

25.

Ryuichi Sakamoto & David Sylvain „Forbidden Colours” 1983 [♪]

To młodość pragnąca żyć, ale spleciona ze śmiercią. Witalna cielesność mająca nigdy się nie spełnić. Skręcona w wewnętrznej sprzeczności. Urzeczywistniona jedynie podniesieniem ręki na siebie samą. To bezkresna otchłań krzycząca o wypełnienie jej, niezdolna jednak by wyszeptać choćby słowo. Leworęczny sen o różach. Ostatnie tchnienie świętego Sebastiana. Wolność i więzienie. Zbrodnia i kara. Miłość i śmierć.


Melanż

Yayoi Kusama, Galaktyka, 1991

24.

10cc „I’m Not in Love” 1975 [♪]

Na jasnym rozmazanym tle, jakby mikrofragmentu monochromatycznego kalejdoskopu oglądanego pod mikroskopem, istnieje pewne życie. Życie całkiem poważne, a przynajmniej biorące siebie zupełnie na poważnie, tak samo jak my tutaj. Świetliste drobinki tańczą tam ze sobą jedne z drugimi. Łączą się pary, by chwilę później się rozdzielić, wirując beztrosko w kierunku innych drobinek równie wirujących. Potem skupiają się w grupach, migocząc przyjaźnie, do siebie nawzajem i oglądającego je ludzkiego oka, którego nie są świadome. Ta formacja nie trwa jednak długo, kolejne manewry powtarzają się, układając w coś na kształt pulsujących, mieniących się wzorów. To życie całkiem poważne, tak samo jak my tutaj.


Melanż

David Hockney, Większa fala, 1989

23.

Dennis Wilson „Pacific Ocean Blues” 1977 [♪]

W majowy, a może w sierpniowy dzień, zupełnie pochmurny tak, że szarość nieba spotyka się z granatem niespokojnego oceanu, nad krajobrazem góruje zielony klif, gdzie długie trawy wybrzeża falują na wietrze. Niestrudzenie falują pośrodku niczego w sąsiedztwie samego tylko kłębiastego nieba, niepokornego wiatru i wzburzonego morza. Gdy wiatr się wzmaga, niby w synchronicznym układzie tanecznym kłaniają się falą rzędy żółtych i zielonych liści. Jedne zaraz po drugich. Skłon i wyprost, skłon i wyprost, trwa nieme odliczanie. Niebo tymczasem powoli zalewa się granatem, na horyzoncie gromadzą się już burzowe chmury, a powietrze z pewnością byłoby ciężkie, gdyby nie dmący ile sił sztormowy wiatr. Między falami gdzieś w oddali kołysze się rybacka łódź. Czy to spóźnieni widzowie na ten trwający już dłuższą chwilę spektakl? A może to właśnie główny bohater wkracza na scenę, by walczyć o życie wśród fal przy spektakularnym aplauzie szalejących nieopodal traw.


Melanż

Michaił Wrubel, Bzy, 1900

22.

Bob Dylan „Don’t Think Twice, It’s All Right” 1963 [♪]

Kiedy obezwładniające poczucie tęsknoty za tym, czego nie da się odbudować, łamie nam nogi w kolanach, bywa, że w plecy wieje nam wtedy ciepły, przyjazny wiatr wskazujący kierunek marszu. Czasem niewielka, z początku niezauważalna różnica zmienia wewnętrzną pluchę w kojący balsam. To „Nie ma powrotu” Thomasa Wolfe’a albo przyjaciel czekający na nas na stacji, gdy wysiadamy zapłakani z dalekobieżnego autobusu nie dłużej jak dzień po tym, jak nasze dotychczasowe życie legło w gruzach.


Melanż

Jean-Michel Basquiat, Jeżdżąc ze Śmiercią, 1988

21.

Can „Vitamin C” 1972 [♪]

Jeśli w Europie wschodniej kiedykolwiek jeździły cadillaki na resorach, to właśnie wtedy. W analogowej dystopijnej przyszłości, w której mieszały się epoki i kierunki. Tam gdzie w szarych obdrapanych blokach z wielkiej płyty mieszkała somalijska arystokracja w wysokich perukach i podartych jeansach. Gdzie w na wpół opuszczonych miastach gniazdowały flamingi, a Hoffman ze Skórzewskim chcieli kręcić „Prawo i pięść”. Gdzie wszystko musiało zacząć nieodwracalnie wirować i z tego wiru nie było żadnej ucieczki, ale po co uciekać — w tym wirze, nigdzie indziej, spełnia się nasze życie. Ten wir jest naszym życiem. Po co uciekać. Po co.


Melanż

Georgia O’Keeffe, Miejska noc, 1926

20.

Brigitte Fontaine & Art Ensemble of Chicago „Comme à la radio” 1970 [♪]

W mieście drapiących chmury kamiennych wież i czarnych kotów skaczących z najwyższych balkonów zapanowała zima. Zapanowała niepodzielnie i przed wieloma laty tak, że niejednokrotnie wyskakujący z okna kot, jeszcze nim uderzył o zmarzniętą ziemię, sam zdążył zamarznąć na kość — w zależności od piętra. Nie roztrzaskiwał się jednak z hukiem. Spadał miękko na wielometrową śnieżną poduchę, która rosła każdej nocy wraz z kolejną śnieżycą. A wspólnie z nią rosły i kamienne wieże, sięgając powoli już nawet nie chmur, ale gwiazd. A ludzie zamknięci w wieżach słuchali starego radia, w którym nieprzerwanie rozbrzmiewał arktyczny jazz. Jeśli kiedyś przyjdzie odwilż, myśleli, co będzie z odmarzniętymi ciałkami wypadniętych z okien kotów. Ale nikt nie wierzył, że odwilż przyjdzie i faktycznie jak dotąd nie przyszła.


Melanż

Theodor Kittelsen, Sorgen, 1894-95

19.

Joy Division „Love Will Tear Us Apart” 1980 [♪]

Prawdziwa śnieżyca, taka, która zasypuje drogi w miastach i między miastami, prawdziwa grypa, taka, która kładzie człowieka do łóżka w bólach, jakich nie pamięta, prawdziwa rezygnacja, taka, która zrównuje z ziemią wieloletnie przyjaźnie i związane przysięgami miłości. Prawdziwa śnieżyca może przydać pewnej transcendencji szaremu zimnemu dniu, jednemu z wielu takich samych, które nie mogą niczego zmienić. I wtedy, gdy człowiek przesuwa się mimowolnie zupełnie na skraj, sam, brodząc w wysokim śniegu, z gorączką, w ciemności, wtedy ta transcendencja zyskuje namacalny wymiar. Z bajki o padającym śniegu staje się doświadczeniem, które wyprowadza z matni i otwiera oczy.


Melanż

Ferdinand Hodler, Widok na Fromberg z Reichenbachu, 1903

18.

The Beach Boys „Cabin Essence” 1967 [♪]

Bezwietrzne popołudnie upalnego letniego dnia, bezchmurne nienaturalnie niebieskie niebo odcina od złotych kłosów dojrzałego pola pszenicy ostra krawędź horyzontu; dwóch chłopców nieskażonych jeszcze wojną, dojrzewaniem ani technologią włóczy się beztrosko dla zabicia czasu. To gonią się, to płoszą wrony obsiadujące pobliskiego stracha na wróble. Wtem ustają w niemym podziwie — na horyzoncie widać zbliżającą się lokomotywę; wielkie żeliwne cielsko sapie i gwiżdże w mechanicznym tętencie, budząc szacunek i marzenia, o wielkim świecie, który jest gdzieś tam hen, za horyzontem, za którym za chwilę bezpowrotnie zniknie.


Melanż

Diego Rivera, Banan, 1927

17.

Mighty Sparrow „Shango Man” 1967 [♪]

Nowe nie wyrosło na starym samo z siebie, nie zastąpiło go bezczelnie, choćby bezczelnie mu się przeciwstawiało, wyrosło z niego. To wstęp do historii, która dzieje się jednocześnie w trzech różnych światach, które jednak stanowią jedną wspólnotę. Oto Szango, potężny orisza burzy i sprawiedliwości, w okresie handlu niewolnikami przybywa z odległego Kongo na wyspy Trinidad i Tobago w postaci drewnianej figurki ze swoją podobizną. Złupił go i pochwycił jeden z pomagierów na statku w ramach egzotycznego podarunku dla narzeczonej. Ta jednak nie podzieliła zachwytu posążkiem, który wkrótce miał na blisko sto lat spocząć w kącie zagraconej komórki gospodarczej. Dopiero w 1949 roku, gdy budynek rozbierano, zainteresował się figurką bosy chłopak z małej wioski na Grendzie, który wygrzebał ją nielegalnie, błądząc po rumowisku pod osłoną nocy w poszukiwaniu czegoś wartościowego. Wizerunek dawnego bóstwa zafascynował go i postanowił ukryć go w swojej izbie pod posłaniem. Wkrótce duch Szango wstąpił w ciało chłopca i w ciągu zaledwie kilku lat, dzięki sprytowi, urokowi, charyzmie oraz ponadprzeciętnemu talentowi wokalnemu i tanecznemu uczynił z niego Króla muzyki Calypso całego archipelagu. Dzięki temu otworzył pradawnym duchom ludu Joruba drogę do całego Zachodniego Świata. Nie da się ocenić ich wpływu na kształt dzisiejszej polityki większości europejskich mocarstw. Niech o ich sile zaświadczy następująca historia. W 1966 roku podczas jednego z występów Króla Calypso w hotelu Hilton na wyspie Barbados, duch Szango dzięki słowom zaklęcia wplecionego w refren jednego z wykonywanych utworów i frenetycznemu odtworzeniu świętego tańca Oba Koso, wprowadził publiczność w absolutny trans. Zupełnym przypadkiem świadkiem recitalu stał się dziesięcioletni Michel Houellebecq przebywający akurat na wyspie wraz z ojcem. Wkrótce chłopiec zaczął wykazywać się niezwykłą przenikliwością i stawiać swoje pierwsze kroki w karierze literata.


Melanż

Piero Fornasetti, Wazon z twarzą Liny Cavalieri, c. 1952

16.

Nara Leão „Lindonéia” 1968 [♪]

Pewnego zupełnie zwyczajnego wtorkowego popołudnia zupełnie zwyczajna panna zniknęła bez śladu. Zupełnie. Wyszła, jak zwykle na targ po warzywa, ale nigdy nie wróciła. Zostało po niej jedynie jedno małe czarno-białe zdjęcie, na którym wyglądała zupełnie przeciętnie — ani ładnie, ani brzydko. Szukali jej krewni, u których mieszkała. Bezowocnie. Szukali sąsiedzi. Bez skutku. Wywdzwoniono więc policję. Daremnie. Gdy śledztwo wreszcie zamknięto, jeden z komisarzy rzucił żartobliwie, że przepadła gdzieś po drugiej stronie lustra. Nie spodziewałby się. Nie uwierzyłby, gdyby mu powiedziano, że tak właśnie było.


Melanż

Wilhelmina Barns-Graham, Morze i łódź, 1988

15.

Caetano Veloso „Os Argonautas” 1969 [♪]

Mgła przydaje tajemnicy, tworzy klimat historii, nawet jeśli ostatecznie do niczego nie dochodzi, a tym samym nic się nie wyjaśnia. Ale czy mgła jako taka potrzebuje wyjaśnienia? Czy trzeba ją motywować meteorologicznie? Jest więc mgła. I morze. Może być z tych ciepłych, choć nie wiadomo, czy wówczas poszukujący geografowie nie zakwestionują naszej mgły. Dzień i tak jest szary, zupełnie żaden, a morze spokojne, lekko ledwie falujące. Na morzu wśród mgły tratwa. Niewielka, ale solidna. Robota kogoś kto wie, jak buduje się tratwę. Nie chcielibyśmy bowiem naszego bohatera, poety, zatopić przedwcześnie. Bo na tratwie jest poeta. Ubrany, jak to poeci, w byle co, choć z pewną ekstrawagancją. Nie ma jeszcze wioseł, ani żagla, płynie na swej tratwie zgodnie z ruchami morskimi. Ale już niedługo spróbuje im się sprzeniewieżyć, zawalczyć o swoje, pokierować jakoś losem, choćby pozornie, nawet jeśli niekoniecznie swoim. W końcu jest przecież poetą!


Melanż

Nieznany artysta, Autoportret Otto Dixa po 1912 roku

14.

Colin Blunstone „Say You Don’t Mind” 1971 [♪]

To historia starej parkowej karuzeli przez pryzmat jej wszystkich zębatek, trybików i mechanizmów. Karuzelę dawno temu wymyślił stary majster jako emanację natury żywota, który wcale nie jest, jak chcą byśmy myśleli, naprzód, naprzód, ale karuzela, karuzela! Wychodząc z opresji, potykając się i podnosząc, wychodząc na prostą po kolejnym ponurym zakręcie, wciąż skazani jesteśmy na tę samą ścieżkę. Jak inaczej można tę filozofię wyrazić, zwłaszcza jeśli jest się majstrem, jeśli nie konstruując mechaniczną karuzelę z konikami to podnoszonymi, to opuszczanymi niestrudzoną siłą mechanizmu. By to unaocznić lądujemy w samym jego sercu — widzimy jedną nieśmiałą obracającą się w sobie tylko znanym kierunku zębatkę, napędzaną przez metalicznie połyskujący układ, coraz bardziej i bardziej skomplikowany. Podążamy za kolejnymi elementami — tłokami i przekładniami wpisanymi w stalową ramę aż docieramy do olbrzymiego koła stanowiącego podstawę misternej konstrukcji.


Melanż

Egon Schiele, Stare domy w Krumau, 1914

13.

Joanna Newsom „Does Not Suffice” 2010 [♪]

Kiedyś te mury wypełniała miłość. Śmiech dzieci? Niekoniecznie. Ale żyło tu dwoje ludzi, którzy w pewnej chwili naprawdę bez siebie nie mogli. Ile to trwało? Trudno ocenić, czas zatarł już ślady ich wspólnego losu, nie mówiąc nawet o szczęściu. Epizodycznie szczęśliwi — mógłby skwitować rzeczoznawca, patrząc na całokształt, gdyby tylko tym właśnie się zajmował. Ale nawet przyzwyczajenie, które zastąpiło głód, ekstazę, ciekawość, nawet humor, nie oparło się najstarszemu ze wszystkich nadzorców. W tej jasnej sypialni z balkonem widzimy przepastne łoże małżeńskie, tam jest szafa, ruch przesuwanych drzwi czasem sprawia, że drewniane wieszaki na ubrania uderzają o siebie, lekko stukając. Za tymi drzwiami jest łazienka, a tędy, kawałek dalej w korytarzu, do salonu. Tu musiała być kiedyś bogata biblioteczka — całą wschodnią ścianę zaaranżowano w drewnie na półki. Dawno nikt nie zaglądał do ogrodu, a o tej porze roku opadły już prawie wszystkie liście. Może kolejni właściciele uprzątną to wiosną.


Melanż

Katsushika Hokusai, Duch Oiwa, 1831-1832

12.

Brian Eno „Some of Them Are Old” 1974 [♪]

W pewnym starym domu na poddaszu mieszkał zaklęty w dawno zapomniane, kiepsko podrobione Jajko Fabergé duch harmonijnego wypoczynku okazjonalnie przybierający formę fioletowej żaby. Duch ten ponad wszystko nienawidził górnego światła i przez wiele lat szczęśliwie nie musiał mieć z nim do czynienia, aż do czasu gdy po wojnie nie zelektryzowano wsi, a w każdej z izb chaty przy suficie zawisła żarówka. Nie oszczędzono i poddasza, które jednak wciąż spełniało wyłącznie rolę gospodarczą i z rzadka ktokolwiek na nie zaglądał. Duch jednak, choć znajdował się we wnętrzu drewnianej komody, nie potrafił drzemać w swoim jajku, ilekroć któryś z domowników zaświecił górne światło w którejkolwiek z izb. Przeistaczał się wtedy pradawnym zwyczajem w fioletową żabę, której niezwykły rechot był w stanie sprawić, że żarówki w całym domu momentalnie pękały. Za pierwszym razem gospodarze stali się lękliwi wobec nowego wynalazku, zawsze jednak po jakimś czasie wybierali się do miasta i instalowali nowe.


Melanż

Diego Rivera, Nago z liliami Calla, 1944

11.

Dinah Washington „Mad About the Boy” 1961 [♪]

Wiedziała, co ją czeka, gdy zostanie przyłapana. Nie stracą jej na gilotynie. Gorzej. Upokorzą przed całym miasteczkiem tak, aby już nigdy żaden poczciwy mężczyzna nie ucałował jej dłoni, żadna dobra kobieta nie wymieniła z nią serdeczności w drodze na targ. Wywloką ją w nocy w samej bieliźnie na plac centralny, podniosą wrzawę, psy zaczną ujadać, zaraz rozświetlą się wszystkie okna, wyjrzą przez nie niezliczone ciekawskie twarze, na których mieszać się będzie w niejasnych proporcjach podniecenie i oburzenie. Jemu nic nie zrobią, jeszcze razem z nimi będzie ją opluwał, że go — młodego męża i ojca zwiodła z prostej drogi. Może będzie miał tyle godności, że odejdzie pod osłoną nocy, może porwie ją ze sobą, zanim to się stanie. Za każdym razem, gdy opierała nocą głowę na jego piersi, niby do snu, w rzeczywistości wyobrażała sobie nieuchronny moment, kiedy przyjdzie im się rozstać. Nie umiała oddychać inaczej niż przez niego, nie wiedziała, co pocznie, gdy ta skrywana przed światem idylla dobiegnie wreszcie końca. Wiedziała za to, że to nastąpi. Być może jeszcze tej nocy.


Melanż

Pierwszy obraz zarejestrowany przez Kosmiczny Teleskop Webba, 2022

10.

Isaac Hayes „Walk On By” 1968 [♪]

Czasem częściej, czasem rzadziej, ale zwykle raz w życiu zdarza się taki wieczór, kiedy człowiek, zmęczony, przytłoczony codziennością, niezdolny już spojrzeć w niebo, wychodzi zupełnie prozaicznie do pracy na nocną zmianę, do delikatesów całodobowych po mleko, na szybki spacer z psem, a nad jego głową rozlewa się droga mleczna w całym swoim majestacie. Setki, tysiące, miliony gwiazd tworzą niezwykłe układy kolorowych mgławic, planety prężą pierścienie i pulsują, jakby na znak, że im zależy, dziesiątki komet wirują w niepojętym podniebnym tańcu. Ale człowiek, dla którego całe to melodramatyczne i skalą niewspółmierne do sedna rzeczy widowisko się odbywa, nie zauważa nic z tego spod opuszczonego kaptura. Pogrążony w wewnętrznej rozterce, zrezygnowany zamyka za sobą drzwi budynku. Niebieski lament cichnie.


Melanż

José Guadalupe Posada, Artystyczny czyściec, 1904

9.

Duke Ellington „Caravan” 1963 [♪]

Wyobraź sobie, że gonisz kogoś przez miasto wieczorową porą. Tajemniczego jegomościa ubranego jakby odświętnie w coś na kształt czarnego garnituru, ale zakrywającego twarz czymś podobnym do kaptura, ekspresyjnie ewoluującego w stronę peleryny, by chwilę później złudnie zredukować się znów do klasycznej marynarki. Ten jegomość, którego twarzy ani tożsamości nie znasz, sunie przez miasto tanecznym krokiem — zrywnym, pewnym siebie, nastrajającym twoje własne kroki do jednakiej ekspresji, jakby post-musicalowej, ale jednak skoncentrowanej nie tylko na formie, lecz i na celu. On wie, że za nim zdążasz. Musi wiedzieć. Robi to celowo. To przyśpiesza, to zwalnia, a wraz z nim ty, jakby przyciągany i odpychany jakimś zaklętym magnesem. Światła nocnego miasta wirują jak w filmach dadaistów, mrok zakłócają neonowe szyldy, migające z rzadka niecierpliwe latarnie i semafory skrzyżowań. Nie zauważasz, że coraz śmielej pęcznieją czerwienią niekończących się świateł stopu uwięzionych w gęstym ulicznym korku limuzyn. W środku nocy? Co też mogło się wydarzyć? Jakie licho zatrzymało tych biednych ludzi w takim miejscu o tej późnej porze? Tymczasem sam suniesz dziarsko między zderzakami zatrzymanych nagle, wciąż przyjemnie ciepłych pośród chłodu nocy samochodów. Nie zważasz ani trochę na dziwnie jednakowy kształt mijanych aut. Na lśniącą czerń ich karoserii, na wydatne kufry ich bagażników. Na trupio blade twarze kierowców niezliczonych karawanów tkwiących w nocnym korku u bram piekieł.


Melanż

Andy Warhol, Po przyjęciu, 1979

8.

The Velvet Underground „Sister Ray” 1969 [♪]

Tylko dym, brud, tłok i hałas. Po co wy w ogóle tam chodzicie? Jak to, czy to nie oczywiste? Dla dymu, brudu, tłoku i hałasu. Podłoga klubowej piwnicy lepi się wzdłuż i wszerz od niefortunnie niedopitego piwa, a zbyt niski sufit czerni się śladami niedopałków. Powietrze jest gęste od dymu i parującego potu. Tłum jest tak zwarty, że nie sposób przedrzeć się suchą stopą w stronę sceny obudowanej zresztą trudną do przeniknięcia ścianą gitar. Tam na zapleczu jak co sobotę rozkraczona drag queen obrabia fiuta jakiemuś zalanemu w sztok dupkowi, któremu nadal wydaje się, że ktoś uwierzy, że jest hetero. To doskonałe miejsce na najgorszy zjazd narkotykowy twojego życia, nie sądzisz? Doskonałe miejsce, by któregoś razu już nigdy z niego nie wyjść. Do zobaczenia za tydzień, szmato, krzyczysz beztrosko do przyjaciółki ledwie żywa, gdy jej starszy brat podwozi cię pod drzwi rodzinnego bliźniaka z ogródkiem o czwartej nad ranem. Matka rano przy śniadaniu uda, że nie czuje, jak zioniesz szlugami i wódą. Co chcesz na śniadanie, kochanie, zapyta. Pół suchego tosta zapijesz nonszalancko kubkiem czarnej kawy, ogłaszając, że nie jesteś głodna. To doskonałe miejsce, nie sądzisz?


Melanż

Henri Matisse, Bluszcz w kwiatach, 1953

7.

Flipper’s Guitar „Groove Tube” 1993 [♪]

Wir. Wielobarwny, świetlisty, zdający obracać się szybciej i szybciej, i szybciej. Jak księżyc na bezchmurnym niebie, który tym bardziej wydaje się przybliżać, im bardziej się w niego wpatrujesz. W rzeczywistości wir obraca się w swoim własnym tempie, nie zwalnia, ani nie przyśpiesza. Mami oczy wpatrujących kalejdoskopem barwnych wzorów, ustawicznie ewoluujących, jakby w każdej chwili mogły eksplodować, naruszając przestrzeń między wirem a widzem. Nie dzieje się tak jednak. Wir tworzy kolejne iluzje samym swoim istnieniem w umysłach patrzących. Dopiero tam abstrakcyjne świetlne barwy przybierają konkretne kształty, zmieniają się w przedmioty, w postaci, zawiązuje się akcja, pojawiają się emocje i oczekiwania, to tam wir wymyka się spod kontroli, by faktycznie eksplodować.


Melanż

Wassily Kandinsky, Krajobraz zimowy, 1909

6.

Curtis Mayfield „The Makings of You” 1970 [♪]

Jest mroźny dzień. Podmiejska połać opuszczonego parkingu wzdłuż nasypu kolejowego, całkiem zasypana stwardniałym przedwczorajszym śniegiem. Na powierzchni odcisnęły się ślady opon i ptasich stóp. Pordzewiałą siatkę ochronną z wielką dziurą, przez którą w letnie wieczory przechodzą grupy dzieciaków, by swobodnie pić i palić, pokrywa imponująco gruba warstwa szronu. Podobnie jak łodygi rosnących po jej obu stronach długich łąkowych traw. Jakby na tę chwilę przyroda unieważniła ludzkie przeznaczenie tego miejsca. Gdy przyjdzie lato, sytuacja się powtórzy, siatkę obrośnie gęsty bluszcz, którego suche pozostałości można by dostrzec i dziś, gdyby nie szron. Jest po piętnastej, zaraz zajdzie słońce i wszystko na kilkanaście godzin spowije ciemność i cisza. Ale teraz nad horyzontem tkwi wciąż wielka czerwona kula, soczysty grejpfrut zimowego nieba, otulająca je troskliwie odcieniami pomarańczu, różu i fioletu, niby ciepłym płaszczem.


Melanż

Benny Andrews, Nadciąga wiatr, 1980

5.

Townes Van Zandt „Fare Thee Well, Miss Carousel” 1969 [♪]

Każdego dnia przyglądam ci się, gdy myjesz rano twarz, łapczywie połykasz kolejne kęsy skromnego śniadania, zaczepiasz obcych ludzi, którzy nie chcą spojrzeć ci w oczy, czy co tam wypełnia ci dzień, wreszcie upijasz się po cichutku w tanim pubie, szukając odrobiny zainteresowania, które nie przychodzi, aż w końcu niechybnie zasypiasz. Tam gdzie akurat cię zmorzy. A ja czekam. Czekając, łapię się tych małych chwil, kiedy krztusisz się suchym chlebem, pijany upadasz na śnieg, z trudem wstajesz, ale jednak idziesz dalej. One przypominają mi, że kiedyś sam do mnie przyjdziesz, ale inaczej niż kiedyś, gdy z podniesioną głową wykrzykiwałeś, bym cię wziął. Wtedy nie mogłem, wiedziałeś o tym doskonale. Inaczej nie zrobiłbyś tego, co zrobiłeś. Ale teraz? Wystarczająco zrujnowałeś siebie i wszystko wkoło. To już niedługo, przecież wiesz.


Melanż

Otto Dix, Matka z dzieckiem, 1921

4.

Chico Buarque „Construção” 1971 [♪]

To historia, która nie wydarzyła się tak po prostu. Nie przytrafiła się komuś gdzieś. Działa się setki, tysiące, miliony razy, zawsze inaczej i zawsze tak samo. On — zwykły robotnik, wielki poeta, prowincjonalny kochanek, zmęczony ojciec trójki dzieci, murarz i magik, pijaczek i erudyta, mający dwie ręce i dwie nogi, stworzony do wyższych celów i zupełnie do niczego — dokonał żywota, próbując uczciwie związać koniec z końcem. Któregoś upalnego sierpniowego dnia wprowadzając auto do garażu, upadł i już nigdy nie wstał. Przygniótł go betonowy blok na budowie, gdzie pracował na czarno. Nie udało się wydobyć go żywego. Wyskoczył tylko po papierosy, przebiegł jak zawsze przez ruchliwą czteropasmówkę. Na nielegalu, nie miał czasu, stać na światłach. W ostatniej chwili zauważył wielkie cielsko cysterny. Za późno. Rano wypił jeszcze łyk czarnej kawy, ucałował żonę przed wyjściem i rozpłynął się na zawsze.


Melanż

Wayne Thiebaud, Grzbiet ulicy Ripley, 1976

3.

Joni Mitchell „California” 1971 [♪]

To historia bezchmurnego nieba, które zamyka sceny małe i duże, dobre i złe. Towarzyszy Joni Mitchell tęskniącej za domem w wakacyjnej podróży wzdłuż europejskiego wybrzeża Morza Śródziemnego. Ale towarzyszy też kryzysom, wojnom, ponad wszystko katastrofie klimatycznej. To historia beztroskiej ludzkiej tęsknoty podszytej zupełnie realnym lękiem. To historia kolorów. Wielkiego błękitu, głębokiego granatu, kłębiącej, łopoczącej na wietrze bieli, promiennego złota, piaszczystego beżu, nieśmiało pulsującej, gdzieniegdzie wybuchającej zieleni.


Melanż

Mikalojus Konstantinas Čiurlionis, Morze nocą, 1906

2.

The Beach Boys „Surf’s Up” 1971 [♪]

Morze krzyczy. Przez całą noc nie było słychać nic, tylko te fale! Z nieba, zasnutego ciężkimi ciemnymi chmurami jeszcze przez zmierzchem, wciąż nie spadła jednak ani kropla. Gdyby nie wiatr, to byłaby kolejna upalna noc. Już prawie świta, ale to nie będzie jeden z tych namiętnie świetlistych wschodów słońca, którymi reklamują to wybrzeże na pocztówkach. Turyści przyjeżdżają tu i przeklinają to miejsce. Nie śpią po nocach w obawie, że całą wioskę pochłonie wielka fala, jak w legendzie, a na klifach, ale i na dole pod nimi gromadzą się hipisi. Starsi mówią, że to jakiś kult, ale ja myślę, że są po prostu żądni wrażeń. Poza tymi falami niczego tu przecież nie ma.


Melanż

Hurvin Anderson, Scena na plaży, 2003

1.

The Beach Boys „God Only Knows” 1966 [♪]

To ja, wreszcie ja, wracam do domu dziarskim krokiem w słoneczny wiosenny dzień. Na nosie mam okulary w czarnych oprawkach z żółtymi szybkami, jakby pożyczone dwa pokolenia wstecz. Lubię je, nie są różowe, ale przez nie świat wygląda lepiej — trochę jakby nałożyć na niego efekt ze starych zżłókniętych zdjęć, ale tu i teraz. W ręce trzymam swój egzemplarz „Pet Sounds”, niepodobny na pierwszy rzut oka do oryginalnej płyty, w gładkiej zamszowej obwolucie. To specjalna edycja na czterdziestolecie z dodatkowym materiałem wideo, który jeszcze tego wieczoru obejrzę. To moment, który symbolicznie został mi w pamięci w tym melanżu wątpliwych wyborów i niezręcznych sytuacji okresu dorastania jako początek jakiejś nowo odkrytej wrażliwości, która dopiero wtedy zaczęła dochodzić do głosu, a otworzyła dla mnie coś niespotykanie pięknego, a jednocześnie zupełnie prostego, nieco sentymentalnego i naiwnego — talizman niezbędny do przetrwania wśród cyników, którzy zawsze wiedzą lepiej. Niedługo później w melanżu pojawi się kolejny motyw — to znów ja, całkiem spalony leżę błogo na plaży przy akompaniamencie zachodzącego słońca, morskich fal i tej muzyki. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że dotykam absolutu. Ani że, za nic mając wiedzę o naturze rzeczy, wielokrotnie będę próbował do tego wieczoru wrócić choć na chwilę przez kolejne lata. Bezskutecznie.


Opublikowano

2021

2021

czasem chciałbym coś wyjaśnić; innym razem przemilczeć — muzyka sama się przedstawi, a to, jak to zrobi i co zrobi z tym inny ktoś, jest przecież zupełnie poza mną; ale jak co roku — spróbowałem; a był to dla muzyki dobry rok, z czterdziestu założonych pozycji wykiełkowało mi wkrótce pięćdziesiąt tytułów, zbiorczo, jak przed rokiem — albumów, utworów, wszystkiego co pomiędzy i ponad to

2021

50.

giveon when it’s all said and done… take time

suplement do 2020 roku, bo wszystkie piosenki poza jedną zostały wydane wówczas, ale dopiero w kolejnym roku giveon należycie wybrzmiał; to raczej reprezentacja potencjału wykonawczo-repertuarowego aniżeli uczciwy longplay; zapowiedź tej faktycznej wielkiej debiutanckiej płyty, która nigdy nie nadejdzie ♪ „world we created”


2021

49.

haim women in music pt iii

mój wyrzut sumienia z 2020 roku — nieopublikowana 41. pozycja zeszłorocznej listy, która słusznie nawiedziła mnie następnego lata, by wytknąć opieszałość; haim były ujmujące jeszcze zanim zagrały u paula thomasa andersona, ale ich trzecia płyta, totalnie bezpretensjonalna, przebojowa, lekko tylko autoironiczna, udała im się jak dotąd najlepiej ♪ „the steps”


2021

48.

jerz igor wyspa

rzutem na taśmę wychyla się zza winkla 2020 jerz igor; autentycznie przykro mi się żyje w świecie, w którym dzieci mogłyby słuchać tych czułych, zabawnych, inteligentnych, pieczołowicie zaaranżowanych i cudownie wydanych piosenek z wyspy igora, a ich zmęczeni rodzice włączają im generyczną mózgotrzepną papkę z 4fun kids na tablecie; wiwat jerz igor po wsze czasy ♪ „smutek”


2021

47.

the staves good woman

nie chciałem powtarzać za rok sytuacji z haim, a inne trzy muzykalne siostry, odkryte przeze mnie przypadkiem w lutym the staves, uderzają w te same struny; może są odrobinę bliżej americany niż heartland popu, ale cudownie słuchało mi się ich, włócząc się ośnieżonym po raz pierwszy od sześciu lat wówczas poboczem i mógłbym to powtórzyć pędząc cadillakiem gdzieś na prowincji nebraski czy minnesoty ♪ „failure”


2021

46.

c. diab in love & fracture

spojrzałem krytycznie na to wydawnictwo pod koniec roku i znów mu uległem; to chyba wykorzystanie w tym kolażu elementów klasycznej muzyki japońskiej sprawia, że mimo progresywnego, na wskroś współczesnego charakteru, jest w tej mieszance coś przyjemnie drażniącego ucho; to aktywny ambient zresztą, taki do robienia brzuszków ♪ „love”


2021

45.

emily scott robinson american siren

organiczna i melancholijna płyta-wachlarz zręcznie mieszająca rozmaite tradycje americany z elementami całkiem współczesnymi, bez poczucia, że coś mogłoby być nie na miejscu; urokliwy, raczej akustyczny, odrobinę tylko melodramatyczny krążek idealny na piesze wycieczki przez ośnieżone pastwiska ♪ „old gods”


2021

44.

louis-jean cormier le ciel est au plancher

słyszałem kilka ładnych płyt romansujących z tradycją nowego chanson, ale najbardziej ujął mnie progresywny cormier, który swój zwyczajowy post-gawędziarski songwriting umieścił w muzycznym kosmosie, rezonującym wielorako z jazzem, syntezatorowym popem czy ambientem; fantastyczny powrót ♪ „l’ironie du sort”


2021

43.

low hey what

nie jestem lowfaniakiem, a początkowy hajp sprawił, że bałem się słuchać tej płyty, ale nie mogłem przejść obok niej obojętnie, bo to jest prawdziwe dźwiękowe doznanie z rockowym songwritingiem zawieszonym idealnie na granicy ciszy i hałasu; chirurgiczna robota — awangardowa poza wszelkim popowym schematem ♪ „white horses”


2021

42.

charlie marie ramble on

długogrający debiut charlie marie wypełnia w zupełności swoją obietnicę z okładki o pełnokrwistym, bezpretensjonalnym, solidnie napisanym, wykonanym i zaaranżowanym country od dziewczyny z pick-upa w kapeluszu i skórzanej kurtce; może robię się sentymentalny ♪ „heard it through the red wine”


2021

41.

the armed ultrapop

poprzednie the armed było bardziej wyraziste, przyznaję, ale ultrapop doskonale uzupełnia tamten koncept, który pozostawił jeszcze sporo przestrzeni na takie granie: pozornie chaotyczne, ale przecież zupełnie przebojowe i, co najważniejsze, totalnie gęste; słuchajcie, bo jest w czym utopić uszy ♪ „all futures”


2021

40.

aaron dilloway & lucrecia dalt lucy & aaron

jeśli ktoś we współczesnej muzyce wymyka się skutecznie wszelkim schematom, to jest to aaron dilloway, który razem z zaprzyjaźnioną kolumbijską wokalistką lucrecią dalt postanowił nagrać płytę z piosenkami w najlepszym znaczeniu muzycznych tradycji panoramy dźwięku, tzn. zupełnie krzywą, rozstrojoną, świdrującą, trollującą (daj bóg taką szansę!) wychowanych na trójce i ich zwierzęta domowe ♪ „the blob”


2021

39.

fbc & vhoor baile

nie sądziłem, że da się zrobić super płytę na jednym tylko schemacie: odgrzewamy miami bass na fawelach, ale wyszło przekozacko; oczywiście vhoor (he’s the dj) i fbc (i’m the rapper) przyprawili całość lokalnymi przyprawami i adekwatnie uwspółcześnili brzmienie, a charyzma fbc i jego współtowarzyszy na mikrofonach sprawiła, że wcale nie wyszło monotonnie, choć w zupełności przecież mogło (young leosia, anyone?) ♪ „polícia covarde”


2021

38.

irena & vojtěch havlovi melodies in the sand

co by było gdyby julia holter wyprodukowała debiut the swell season — być może melodies in the sand — psychodeliczny kameralny folk o niepodważalnie słowiańskiej duszy, soundtrack do samotnej włóczęgi nocą po lesie; co jakkolwiek brzmi obiecująco, zawsze jest złym pomysłem, ale płyta jest dobra; koi i hipnotyzuje ♪ „she is dissolving”


2021

37.

raheem devaughn & apollo brown „honey”

zapomnijcie o tej płycie, jeśli chcecie, ale wcześniej posłuchajcie „honey”; to minimalistyczne, post-quietstormowe R&B prowadzone na ambientowym, niemal drumlessowym bicie; napięcie tworzą tutaj drobiazgi produkcyjne i wielościeżkowo prowadzony natchniony wokal devaughna; jest jak w najlepszych momentach z dyskografii ushera i najsubtelniejszych produkcjach the-dreama


2021

36.

dj manny signals in my head

u manny’ego w zeszłym roku znalazłem wszystko to, czego nigdy nie dał mi (a zwłaszcza ostatnio) rp boo: doskonały balans między footworkowymi bitami a popową melodyjnością i koherencja stylistyczna przy zachowaniu różnorodności; to wyciąg z jednej dobrej bibki, a nie tournée po kilku różnych; do przyjemnego pogibania ♪ „club gta”


2021

35.

black country, new road for the first time

kolejny hajp-trejn, który niemal odjechał beze mnie, ale w ostatniej chwili chwyciłem się solidnego (przyznaję) uchwytu i oto jestem; bo to w gruncie rzeczy dość świeże post-rockowe złożenie bawiące się przede wszystkim emocjami, ale totalnie wymykające się w stronę to muzyki żydowskiej, to punka, to awangardy; to raczej płyta-przeżycie, niż płyta na co dzień; skoro zatem przeżyłem ♪ „science fair”


2021

34.

rauw alejandro „todo de ti”

mój ulubiony radiowy przebój zeszłego lata; neo-dyskotekowy hiszpańskojęzyczny pop mocno przyprawiony nostalgią, nie tylko ze względu na brzmienie, ale przede wszystkim jakąś tęsknotę wyzierającą się z kolejnych refrenów i mostów; niczego nie żałuję


2021

33.

golden boy i never meant for this to happen

nie wiem, czy wiecie, ale moje motto to od zawsze „dobry gabber nie jest zły”, a ta płyta rozszerza je o zupełnie nowy poziom; golden boy inkorporowałx w swoje breakcore’owe bity cały wszechświat kreatywnych sampli, tworząc kontrolowany chaos, którego manifestację doskonale oddaje także okładka ♪ „my type of girl”


2021

32.

kings of convenience „rocky trail”

trzy i pół minuty bezpiecznej przestrzeni, kojącej opowieści szlakiem prowadzącym poza codzienne trudy i obowiązki; ale też fałszywa obietnica rozciągnięcia tej bezwarunkowej czułości do formy długogrającej; niezależnie od tego to absolutnie rozczulające nagranie


2021

31.

yuta orisaka shinri

jest coś nieznośnie znajomego w głosie i melodiach orisaki, a jednocześnie ze względu na śmiałe jazzujące brzmienie to niewątpliwie płyta-przygoda; to wyjątkowo dobrze sprawdzające się połączenie — z jednej strony ogniskujące klimat współczesnego japońskiego singer/songwritingu, z drugiej dzięki kunsztownym aranżom nadające mu ponadczasowego artystycznego sznytu ♪ „bakuhatsu”


2021

30.

guedra guedra vexillology

hipnotyzująca mieszanka chicagowskiego post-house’u na pełnym obrotach, tradycyjnej północnoafrykańskiej rytmiki i ornamentyki prosto z maroka; to nie mój pierwszy raz, a nadal miękną mi kolana ♪ „archetype”


2021

29.

mach-hommy pray for haiti

nawet ja, pogrobowiec mos defa i tribe’ów calledów questów, wreszcie prawdziwie uległem potędze griseldy; ostatecznie wypełnia mnie ten sam jazzowy dym, który wyziera spomiędzy haitańskich opowieści mach-hommy’ego; to prawdziwie doskonała udawana gangsterka, ale nie ta rapowa, film noir w multikolorze, humphrey bogart na kwasie chodzący po ścianie w krwiście czerwonym prochowcu — takie rzeczy ♪ „the stellar ray theory”


2021

28.

c. tangana el madrileño

c. tangana, prawomocnie skazany za obrazoburcze i skazane na klęskę próby pożenienia bogatej muzycznej tradycji starej hiszpanii i sudameryki ze współczesnym latynoskim r&b nie tylko właśnie wyszedł za kaucją, ale ma u stóp cały madryt; a oto ilustracja — tętniąca życiem; wyprowadzająca z ponadczasowych akustycznych melodii pulsujące syntezatorowe motywy tak jakby te zawsze czekały gdzieś w głębi na maga, którego produkcyjne sztuczki odkryją ich prawdziwe oblicze ♪ „tú me dejaste de querer”


2021

27.

zdechły osa „adhdlgbthwdp”

sprzedałem dupe było w całości dość nierówne, ale w tym numerze samym już tylko tytułem zdechły wyraża stan umysłu zwany polską a.d. 2021, a jest do tego tytułu jeszcze cały traczek — łobuzersko mętny, napierdalający sobie w najlepsze na syntezatorowych gitarkach, z poetycką puentą „jebać wszystkich”, od której nie da się uciec w naszym smutnym kraju


2021

26.

midland „cowgirl blues”

to nie ten midland, o którym myślicie, a the sonic ranch nie było prawdziwą płytą, raczej próbą nagrania płyty zrealizowaną przed 10 laty jeszcze zanim grupa z teksasu wspięła się na listy przebojów; swoją drogą to midland to w istocie jedna z najlepszych rzeczy, jakie przydarzyły się amerykańskiemu radiu country w ostatnich kilku latach; z wyobraźnią przetwarzając gatunkowe tradycje, operują na skraju niemal yachtrockowego anturażu; „cowgirl blues” to natychmiastowy klasyk, na wyobrażonym countrypopowym siodle dzielnie pędzący aż do dawnego hanka williamsa; pure joy


2021

25.

dominik strycharski core | orkiestra dęta ursus symfornia fabryki ursus

jest taka płyta, która przez lata była dla mnie uosobieniem gęstej i brudnej, ale wciąż intelektualnej atmosfery w big bandowym jazzie — intents and purposes billa dixona; to co zrobił ze swoją orkiestrą w zeszłym roku dominik strycharski pod szyldem ursus jawi mi się jako kreatywne przedłużenie tamtego niedoścignionego dziedzictwa; o ile jednak dixona ciągnęło w stronę subtelnego free jazzu, tak grupa strycharskiego eksperymentuje z post-minimalizmem i rozbuchanym post-futurystycznym industrialem, co pozycjonuje ją jednak zgoła inaczej ♪ „core”


2021

24.

irreversible entanglements open the gates

miałem przed oddaniem tej listy na spokojnie przysiąść i porównać open the gates z dwiema wcześniejszymi płytami irreversible entanglements, by sprawdzić, czy to rzeczywiście oni wypuścili w tym roku swój najbardziej jakościowy projekt, czy to ja jakoś szczególnie otworzyłem się na tę muzykę, mimo że obcowałem z nią i przed rokiem, i przed czterema laty; ostatecznie tego nie zrobiłem — co by to zmieniło? jestem bez reszty urzeczony tą mieszanką miejskiej poezji moor mother przenikającą się w jedno z wielotorowo rozwijającymi się freejazzowymi wątkami i zachwycony intensywnością tego doznania; to mi wystarczy ♪ „lágrimas del mar”


2021

23.

robert plant | alison krauss raise the roof

wspólny projekt planta i krauss pod okiem niezrównanego t bone’a burnetta otworzył w moim muzycznym świecie nowe drzwi; i choć jego zeszłoroczna kontynuacja nie jest urzeczywistnieniem moich wszystkich marzeń, odpowiada doskonale koncepcji połowy perfekcyjnej płyty (drugiej połowy, żeby było jasne), co, jak się miało okazać, w zupełności mi wystarcza; plant i krauss wciąż rozkosznie razem harmonizują wokalnie, repertuar wciąż jest nieoczywisty, a burnett wciąż w większości numerów potrafi zaaranżować czystą magię ♪ „last kind words blues”


2021

22.

youha „abittipsy”

miałem w tym roku kilka k-popowych piosenkowych miłostek, ale żadna z nich nie obezwładniła mnie tak jak ta; to przez tę synthwave’owy pasaż w refrenie, przelot szlakiem neonowej arterii nocnej metropolii; feerie kolorowych świateł wirują coraz szybciej, przez chwilę wszystko jest nagłe i proste; w mostku spływa melancholią, by wybuchnąć euforycznie raz jeszcze; tak się to robi


2021

21.

makaya mccraven deciphering the message

absolutnie odkodowałem twoją wiadomość, makaya! to w zasadzie w równych proporcjach płyta z opartym na jazzowych samplach instrumentalnym hip hopem co bebop, rozczulająco dryfujące po oceanie post-jazzu remiksy drugoligowych klasyków z dograną na nowo i z nową kreatywną energią instrumentarium; rezultat jest rozbrajający, a mccraven producent przebił być może tym samym nawet makayę bandleadera ♪ „autumn in new york”


2021

20.

doran doran

jako domorosły entuzjasta wszelkiego folku z appalachów już po pierwszym odsłuchu ochoczo położyłem tę płytę na półce między davidem thomasem broughtonem a the other years; bardzo blisko mnie płynie ta muzyka, może dlatego, że znaczna część jest śpiewana a cappella w bliskich harmoniach tak, by nawet jeśli by przysiąść przy jej dźwiękach na polanie, można było wciąż usłyszeć szum liści czy szmer pobliskiego strumyka; taka to jest płyta ♪ „down the road”


2021

19.

mary lattimore collected pieces: 2015-2020

rok po roku wytrwale wyróżniam mary lattimore, jednocześnie dzielnie poruszając się ledwie po obrzeżach jej faktycznej dyskografii; po duetach z makiem maccaughanem, ta kolekcja to druga z krawędzi; to płyta w połowie już wydana (od tamtej połowy w 2017 roku rozpoczęło się zresztą moje słuchanie lattimore), lekko sfermentowana historią — mary i moją własną, nieświadomie wyczekiwana; bez żadnego zbędnego konceptu harfistka tworzy tu nieco surrealistyczną (choć w żadnym razie nie ironiczną) dźwiękową przestrzeń, w której można się zapomnieć ♪ „mary, you were young”


2021

18.

sheena ringo „let’s go!”

to był dla mnie rok sheeny ringo — z nią go rozpocząłem i to ona towarzyszyła mi w swoich kolejnych odsłonach przez kolejne miesiące; „let’s go!”, jazzujący cover 90sowego klasyka japońskiej funkującej ekipy original love, tylko potwierdził to, co już wiedziałem, że doskonale zainwestowałem swoje emocje; ringo w jazzowym anturażu zawsze prezentuje się zjawiskowo — jest plastyczna, charyzmatyczna i nadzwyczaj zwinna wokalnie tak, że staje się jednym z elementów orkiestry; to doskonały popowy numer, którego prawdziwy potencjał ringo uwolniła niemal trzy dekady później


2021

17.

juçara marçal delta estácio blues

tyle już słuchałem marçal, na początku z wielkim napięciem, lekkim przerażeniem nawet, teraz z żywą fascynacją; jej zeszłoroczna płyta to jeden z tych mistycznych wielkich powrotów, które powinno się celebrować billboardami w metrze i zwiastunami w wieczornej telewizji; tylko przedmiot nie przystaje, bo blues, jak cała twórczość marçal, jest trudne do przeniknięcia — poskręcane, surowe, dysonantyczne, flirtujące z awangardą; a jednocześnie jest ten korzeń brazylijskości tkwiący głęboko w samym środku tej mieszanki, dzięki któremu wszystkie te groźne epitety zostają momentalnie rozbrojone immanentną tamtejszej muzyce rytmiką ♪ „iyalode mbé mbé”


2021

16.

lulo the restless: rued langgaard reimagined

o tej płycie nie słyszał nikt poza hardkorowymi fanbojami późnoromantycznego duńskiego kompozytora rueda langgaarda (w tej roli akurat niespodziewanie ja); oto dwójka muzyków z kopenhagi rozpisała na wiolonczelę i kontrabas rozmaitości z katalogu kompozytora i zrobiła z tego kameralną płytę (której zresztą nie wydała fizycznie, bo wolała opublikować książkę z dramatycznymi opowieściami z życia langgaarda); ujęła mnie oczywiście ta surowa oprawa (także aranżacyjna), bo czuć tę muzykę blisko; na tyle blisko, że dotyka; a że jest w tej płycie masa ciepła, działa to tym bardziej ♪ „third string quartet”


2021

15.

cassandra jenkins „hard drive”

był taki moment, kiedy usłyszałem „hard drive” (po raz któryś, kiedy mój mózg umiał już z nim obcować, ale wciąż z ciekawością szukał kolejnych detali), że poczułem transcendecję; niedługo potem włączyłem płytę jenkins, kilkakrotnie z nią pobłądziłem, ale wciąż instynktownie wracałem do „hard drive”; czy to ten specyficzny rodzaj melancholii, która sprawia, że niezależnie od tego, co mamy za oknem po chwili bez reszty wypełnia nas jesień? a może jakiś rodzaj medytacyjnego triku, którego nie udało mi się przejrzeć?


2021

14.

san salvador la grande folie

na krótką chwilę oszalałem, gdy usłyszałem tę płytę pierwszy raz; poliwokalny folk z oksytanii, spontaniczna jazda starą deskorolką krętymi dróżkami starych miasteczek gdzieś w pirenejach; le mystère des voix bulgares po lsd; rzecz totalnie abstrakcyjna i totalnie namacalna jednocześnie; wielkie szaleństwo zaiste ♪ „la grande folie”


2021

13.

mdou moctar afrique victime

pamiętam jak dekadę temu zachwycano się powszechnie group bombino, a ja siedziałem sam z boku na ławce, spoglądając na to z niedowierzaniem; wreszcie i ja poczułem pustynnego bluesa, dzięki ostatniej (dość głośnej zresztą) płycie moctara; mam podejrzenia, że owszem, coś pewnie we mnie sfermentowało i ułożyło się, ale to przede wszystkim zasługa tej szalenie ekspresyjnej muzyki zbudowanej na hipnotyzującej powtarzalności gitarowych riffów; w tym stanie hipnozy słuchacz naprawdę ląduje gdzieś w sercu afryki, szczęśliwie mając serdecznego moctara za przewodnika ♪ „afrique victime”


2021

12.

genesis owusu „centrefold”

to chyba pierwszy tak znakomicie poskręcany glitch-soulowy numer, jaki słyszałem; lepiszczem jest tu naturalnie funk i dlatego te wyśpiewane od tyłu refrenowe puzzle udaje się owusu tak zręcznie złożyć z syntezatorowo pulsującym opartym na głębokim basie bitem, rapowym dziedzictwem gila scotta-herona w melorecytowanej zwrotce i oczywiście soulową obudową całości; jeśli ten numer nie jest obłędny, to nie wiem, co jest!


2021

11.

silk sonic an evening with silk sonic

filadelfijski soul i funk to nadal uniwersalny język muzyczny, którym można z powodzeniem podbić świat; tym samym nasze spotifajowo-instagramowe bańki połączyły się na krótką chwilę, dzięki tej płycie w coś na kształt wspólnego doświadczenia; bo to z jednej strony świetnie napisany i wyprodukowany z dbałością o aranżacyjne niuanse album, a z drugiej zapis wieczoru pełnego dobrej zabawy; to muzyka, która miała niebagatelną szansę, by sama przedstawić się słuchaczom; można co prawda polemizować, czy siła jej oddziaływania byłaby tak duża, gdyby nie nazwisko bruno marsa, ale nie da się sprowadzić jej energii, charyzmy, talentu, czaru i flow do celebryckiego szumu ♪ „blast off”


2021

10.

ashley monroe rosegold

w roku, który dla kacey musgraves miał być największym w jej karierze, to ashley monroe gdzieś w cieniu nagrała swoje golden hour; i choć krytyków i słuchaczy monroe podzieliło jej odejście od bardziej organicznego brzmienia w stronę niestroniącej od syntezatorów i drum machines mozaiki, wciąż, co ważne, delikatnej i zniuansowanej; to jednak płyta, która swoją prawdziwą barwę ujawnia dojrzałym latem w słoneczne popołudnia, kiedy kwiaty, szeroko otwarte, pachną już jesienną melancholią; jest w tym wszystkim tęsknota, wrażliwość i kolor ♪ „siren”


2021

9.

emma-jean thackray yellow

okołosoulowa szara eminencja zeszłego roku; debiut, na który się czekało, który błysnął gdzieś w połowie roku i przepadł; a to jest płyta-radość, płyta-vibe, płyta-życie! to zupełnie jak współczesna londyńska scena nu-jazzowa, z której thackray wyrosła, ale jednak inaczej — mniej abstrakcyjnie, a bardziej społecznie; mimo tego thackray nie poświęca złożoności swojej muzyki na ołtarzu prostoty, ale raczej odważa się spróbować fuzji jazzu ze stylistyczną inkluzywnością, oldschoolową imprezowością, brzmieniową figlarnością; no, płyta-życie, pisałem ♪ „our people”


2021

8.

fujii kaze „kirari”

japońskie r&b, jeśli tylko zbudowano je na citypopowym fundamencie, wciąż czaruje i uzależnia; tak było ze mną i z „kirari”; jeśli tańczyłem przy czymś w tym roku na ulicy (kiedy myślałem, że nikt nie widzi), to z dużym prawdopodobieństwem było to „kirari”, które śmiało biegnie radosnym synthfunkowym ściegiem, gładko sunie beztroskim neodyskotekowym torem, aż do poskręcanego finału z daftpunkowym twistem; ōzoku!


2021

7.

wild up julius eastman vol. 1: femenine

czcigodni bogowie minimalizmu, miejcie litość nad nami maluczkimi, którzy nie chcemy już słuchać tych przeklętych pętelek, ale nie potrafimy przestać; wzniosłe i precyzyjne femenine niedocenionego za życia juliusa eastmana powstało prawie pół wieku temu, ale na afisze trafiło dopiero ostatnio z co najmniej czterema mniej lub bardziej głośnymi wykonaniami; nie porównywałem ich; po nagranie grupy wild up z los angeles sięgnąłem niemal odruchowo i mój wewnętrzny mamoń po siedemdziesięciominutowej sesji obcowania z powtarzaną zapalczywie w coraz to nowych konfiguracjach sekwencją eastmana teraz nie potrafi bez tego żyć; ale utwór nie wybrzmiałby tak, gdyby nie doskonała instrumentacja i pełne energii wykonanie; czcigodni bogowie minimalizmu, chcemy tego więcej! ♪ „femenine: no. 7, eb”


2021

6.

jack ingram, miranda lambert & jon randall the marfa tapes

trójka topowych postaci amerykańskiego country pojechała na pustynię, by w jej przestrzeni nagrać wspólnie płytę — wyciszoną, kameralną, surową, wypełnioną ponadczasowymi historiami i melodiami, jakby w opozycji do współczesnego nashville; jest coś szalenie ujmującego w wietrze beztrosko szeleszczącym w mikrofonach; niewiarygodnie wręcz kojąca i ludzka płyta ♪ „two-step down to texas”


2021

5.

cero „nemesis”

po tym jak przed kilkoma laty cero objawili się światu jako pogrobowcy fishmansów i shibuya-kei, uważnie śledzę ich każdy krok, a ten w minionym roku zrobili w sumie tylko jeden — oto on; „nemesis” to przewrotnie progresywny popowy numer napisany bardzo po japońsku, jakby na skraju dwóch zupełnie odrębnych numerów — trapowych zwrotek i harmonizującego psychodelicznego refrenu, które ostatecznie scala w całość spacerockowa gitarowa solówka przejmująca kontrolę nad całością; drugoplanowym bohaterem jest jednak bas, wymownie podkreślający kolejne takty


2021

4.

hélène vogelsinger reminiscence

muzyka jako portal; minimalistyczny progesywny ambient vogelsinger to substancja i przewodnik; subtancja gęsta, galaretowata, wypełniająca dostępne przestrzenie; przewodnik wspomnień, myśli, uczuć, emocji; aktywny ambient, który może skatalizować to, co tylko pozwolimy mu skatalizować; piszę o sobie, a to przecież nie płyta bez właściwości; trudno mi jednak rozerwać pewną symbiozę, która między nami zaszła — musicie mi wybaczyć — najwyraźniej pożarł mnie monolit ♪ „ceremony”


2021

3.

fuubutsushi shiki

fuubutsushi znaczy tyle, co wiersz o danej porze roku lub rzecz z nią się kojarząca, a czteropłytowe okołojazzowe wydawnictwo shiki (cztery pory), konsekwentnie wydawane w częściach w odpowiednich momentach od września do sierpnia, to przepastny zbiór właśnie takich wierszy (rzeczy); posiłkując się japońską poetyką amerykański kwartet w składzie chris jusell, chaz prymek, matthew sage i patrick shiroishi stworzył coś w rodzaju dźwiękowego kalendarza, a przynajmniej ja tak słuchałem tych płyt, w miarę jak się ukazywały, pozwalałem im sobie towarzyszyć, naturalnie otwierając i zamykając cykl; to zupełnie adekwatna w tym kontekście dźwiękowa mieszanka, w której kameralny jazz szkoły europejskiej przyprawiono ambientem, new age’m, post-rockiem, folkiem i nagraniami natury; emanacja świata, który kochamy, w postaci, w której chcielibyśmy zawsze umieć go odbierać ♪ „suzushii kaze”


2021

2.

amaro freitas sankofa

przed wszystkim koloryt! nie samo jednak brzmienie fortepianu freitasa, ale i to co i jak gra, dało życie możliwie najbardziej kolorystycznemu, soczystemu połączeniu elegancji i ekspresji; językiem jest jazz, który znamy w starej post-bopowej tradycji, ale treść jest kwintesencją witalności, nie tylko jazzowej, witalności w ogóle; freitas jest cool, kiedy trzeba, ale potrafi solidnie łoić, też przy zachowaniu wszelkiej odpowiedniości; no i nie jest to jazz wyłącznie importowany ze stanów czy europy, bo brazylia freitasa także tego kolorytu przydaje, odzywając się czasem między wierszami, innym razem zupełnie wprost ♪ „malakoff”


2021

1.

mckinley dixon for my mama and anyone who look like her

tegoroczny wakat po noname nie pozostał zupełnie niewypełniony, czy raczej, jej rodzaj wrażliwości — zarówno tej stylistyczno-brzmieniowej, jak i tej emocjonalno-społecznej — nie pozostał bez odpowiedzi; choć tak naprawdę for my mama and anyone who look like her to rzecz, którą można by też porównać inaczej albo nie porównywać jej wcale, ale trudno, by to skojarzenie nie przeszło przez myśl, gdy wchodzi „mama’s home” oparte na wygrywanych na harfie motywach i delikatnym przepełnionym empatią refrenie; mckinley dixon i jego artystyczna panhiphopowa mozaika wykracza jednak poza ten schemat, zaczepiając to o blackalicious, to o quelle chrisa, to o kendricka lamara, ale tak naprawdę niedająca się opisać poprzez opis stylu innego artysty; to rzecz zupełnie swoista, biegnąca przez neo-soulowe, jazzowe, funkowe, rhythm&bluesowe płotki; osobista przeprawa przez traumę i smutek, po rzeczywistą afirmację na kanwie miejskiej poezji ♪ „brown shoulders”


sekka

tegoroczny przepływ zainspirował „księżyc nad musashino” kamisaki sekki (1904)

Opublikowano

2020

2020

kolejny styczeń już dojrzał, najwyższa pora rozliczyć pandemiczny rok 2020; tym razem podszedłem do sprawy może mniej profesjonalnie (a może właśnie bardziej?), ale uczciwiej względem samego siebie — dosłuchiwałem (i wciąż dosłuchuję) oczywiście przegapione zawczasu rekomendowane krążki, ale nie w celu, jak to mi się czasem zdarzało, domknięcia nimi własnego podsumowania — może za jakiś czas pożałuję, ale te listy nigdy tak naprawdę nie zostają ukończone — nawet po publikacji człowiek ma ochotę, coś dodać, zmienić, przestawić; przede wszystkim jednak po raz pierwszy zrobiłem jedno wspólne zestawienie dla wszelkich form muzyki godnych wyróżnienia — głównie albumów i utworów, ale także epek, kompilacji, mikstejpów; na co dzień słucham muzyki w taki sposób bez kategoryzowania i od dawna mam poczucie, że to ujęcie bardziej naturalne i holistyczne niż zwyczajowa segregacja na płyty i piosenki — zwykle z wyłączeniem całej reszty poza nawias; wydawniczo 2020 był, zgodnie ze swoją przewrotną naturą, pomimo nieurodzaju koncertowego, zaskakująco owocny; a oto, co zebrałem


2020

40.

lyra pramuk fountain

dziwaczny wokalny art pop z naciskiem na dziwaczny i wokalny; duchowe ambientowe przedłużenie medúlli björk z androgenicznymi wokalami w stylu anohni i polifonicznymi quasi-kantatami à la pérotin; wszystko to jednak przełamane post-minimalistyczną zabawą dźwiękiem z typową dla twórczości post-internetowej swobodą ♪ „gossip”


2020

39.

bad bunny ft. ñengo flow & jowell y randy „safaera”

bad bunny nie tylko użył w „safaerze” tego samego efektownego triku, na którym swoje „sicko mode” zbudowali travis scott i drake, ale poszedł o krok dalej i wraz z klasykami reggaetonu zmajstrował coś w stylu latynoskiego evolution of dance, tylko bez tańca (czy raczej to my, słuchacze, tańczymy), inkorporując duchy przeszłych bangerów — „get ur freak on” i „el tiburón”; to fantazyjna jazda bez trzymanki i prawdziwie progresywny reggaeton”


2020

38.

bree runway 2000and4eva

w brzmieniu kobiecego rapu 2020 roku wyraźnie można było wyczuć rosnącą fascynację stylistyką początku xxi wieku, na czele z wybuchowymi krążkami nieśmiertelnej missy elliott, które bezsprzecznie zainspirowały nie tylko zeszłoroczne płyty tkay maidzy i nathy peluso, ale też debiutancki mikstejp bree runway; to 20 minut barwnego i melodyjnego hip hopu, umiejętnie przyprawionego tu i ówdzie glitchowo-noise’owymi zniekształceniami; bez wypełniaczy i lania wody runway swoją sceniczną charyzmą króluje na dziewięciu podbitych brytyjskim elektropopem produkcjach wykoncypowanych dla niej przez zespół aż siedmiu różnych producentów ♪ „little nokia”


2020

37.

sarah davachi cantus, descant

kolejna odsłona intelektualnego ambientu davachi, być może najbardziej umująca z jej dotychczasowej dyskografii, w równej mierze melancholijna co dysonantyczna, między kolejnymi dronicznymi pasażami i nieśmiałymi melodiami skrywająca bez wątpienia jakąś mroczną tajemnicę; organowe podszycie plasuje tę muzykę niewątpliwie bliżej świata ludzi niż demonów ♪ „play the ghost”


2020

36.

bob dylan rough and rowdy ways

nie obiecywałem sobie już niczego po dylanie, od czasu gdy w drugiej połowie zeszłej dekady zasypał nas pięcioma krążkami z zmęczonymi krążkami z własnymi wersjami amerykańskich standardów; tymczasem stary wyga znowu nas przechytrzył — [i]rough and rowdy ways[/i], choć z początku potraktowane przeze mnie po macoszemu, okazało się najprzyjemniejszym melodyjnie i najciekawszym narracyjnie krążkiem amerykańskiego barda ostatnich kilkunastu lat; nie spodziewałem się po staruszku dylanie ani takiej bystrości umysłu, ani tak zapadających w pamięć refrenów ♪ „my own version of you”


2020

35.

jacob collier ft. rapsody „he won’t hold you”

nie było w zeszłym roku dojrzalszego aranżacyjnie i melodyjnie soulowego singla; jeszcze dwa lata temu nie spodziewałbym się, że ambitny i utalentowany, ale naiwny i prostolinijny jacob collier będzie w stanie wyczarować na tyle subtelny, a jednocześnie wyrazisty numer — nie tylko piękny hołd dla brzmienia soulquarians i debiutu jamesa blake’a, ale krok dalej — kreatywna synteza obu, post-neo-soul, jeśli pozwolicie


2020

34.

partynextdoor „savage anthem”

choć zeszłoroczny krążek partynextdoor był kompletnie płaski, w „savage anthem” typ znalazł się w szczytowym punkcie własnej gry; numer, zupełnie jak u dreama na fenomenalnym love vs. money dekadę temu, zbudowany jest na zestawieniu sakrum-profanum — paradoksalny hymn niezłomnego rapera-hedonisty umocowano na minimalistycznym bicie z czasem przechodzącym w chóralną nadbudówkę; pnd błyszczy tu wokalnie, ale dowozi też emocjonalnie


2020

33.

erlend apneseth fragmentarium

straciłem trochę z oczu erlenda apnesetha, kreatywnego skrzypka z norwegii grającego na regionalnym wariancie instrumentu zwanym hardingfele, od czasu przełomowego dla niego krążka det andre rommet nagranym z jego triem w 2016 roku; nie mogłem się więc spodziewać, jak rozkosznie zabrzmi w szerszym składzie — na fragmentarium wybrzmiewa pod jego wodzą cały ensemble, na papierze sześcioosobowy, ale uzbrojony w czujnych multiinstrumentalistów; to muzyka w duchu folkowa w bardzo klasyczny sposób, ale szalenie progresywna i pokręcona, tak że trudno czasem ją sklasyfikować — apneseth jest awangardzistą, ale nie boi się melodii — pożycza z muzyki improwizowanej i elektroakustycznej, z awangardy europejskiego jazzu i od składów kameralnych; można by tę muzykę grać w wielkich salach koncertowych z czerwonymi atłasowymi fotelami, ale zrobionoby jej tym tylko krzywdę; zdecydowanie wolałbym usłyszeć ją w starym drewnianym kościółku gdzieś na norweskim fiordzie i tam właśnie się przenoszę, ilekroć wybrzmiewa fragmentarium ♪ „omkved”


2020

32.

daoko „ocharaketayo”

daoko osiągnęła w tym skromnym nagraniu szczyt j-popowej finezji — gdy wybaczyć jej na wpół rapowane zwrotki (przywodzące zresztą na myśl bardziej nowe r&b niż japoński hip hop), zostajemy nagrodzeni aksamitnie wyśpiewanym subtelnie melodyjnym refrenem w tradycji najlepszych nagrań kahimi karie; przestrzenna futurebassowa produkcja i minimalistyczny leniwie znaczący kolejne oddechy dopełniają wysmakowanej całości


2020

31.

mata „żółte flamastry i grube katechetki”

z nieprzeciętną wrażliwością, slalomem omijając, choć czasem o włos, potencjalne niezręczności w sentymentalnej, ale nie przesadnie, rapowej rozkmince o klasę lepszej niż paralelne „bubbletea” quebo i o dwie od „domów z betonu” pro8l3mu


2020

30.

kassa overall i think i’m good

przekorne mariaże gatunkowe często odpychają forsowanymi przez siebie fuzjami, ale kassa overall, choć także bierze byka za nogi, doskonale wpatla w, wydawałoby się, już trochę przebrzmiałą tkankę alt r&b elementy jazzu, rapu i glitchu; dzięki temu forma jest świeża, trochę na pierwszy rzut oka zuchwała, ale żywa i adekwatna; czuć w tej muzyce luz i radość z zabawy dźwiękiem i brzmieniem, dzięki czemu całość brzmi autentycznie i autentycznie można się przy tej płycie rozerwać ♪ „find me”


2020

29.

olga dowbusch-lubotsky / irina schnittke / mark lubotsky / moritz schott schnittke: chamber music

wiolonczela, skrzypce, organy i fortepian; solo lub w duetach na przestrzeni siedmiu kompozycji; to topografia zeszłorocznej płyty z muzyką kameralną alfreda schnittkego wypuszczonej nakładem nieśmiertelnej miełodii; to schnittke mniej znany, choć wciąż wykonywany, doborem i kolejnością kompozycji pięknie budujący napięcie przed finałowym epilogiem do peer gynta, polistylistycznym rozszczepieniem romantycznej tkanki z wdową po genialnym kompozytorze przy fortepianie; poza nieprzeciętnym, ze wszech miar rozdzierającym finałem to muzyka dyskretnie, raczej w detalach ujawniająca muzyczny rysopis schnittkego ♪ „peer gynt: epilogue


2020

28.

ellen fullman in the sea

cztery minimalistyczne dźwiękowe płaszczyzny hipnotyzujących promieniujących statycznych burdonów; hałaśliwa medytacja; żywe, organiczne, przestrzenne trwanie work for four players and 90 strings


2020

27.

fluisteraars bloem

moje czarne serduszko przesłuchało w zeszłym roku całkiem spory zestaw doomowych albumów, ale żaden z nich nie wyrwał go z piersi; zrobił to za to blackowy krążek holenderskiej grupy fluisteraars; krążek należący zresztą do mojej ulubionej grupy płyt — srogich z ładnymi okładkami; gdyby nie ona, być może w ogóle bym po niego nie sięgnął; nie jestem specjalistą od blacku, ale lubię uraczyć się czasem dobrym blackgaze’owym pejzażem; do tego wracałem wielokrotnie i za kadym razem dowoził ♪ „nasleep”


2020

26.

tierra whack „peppers and onions”

tierra whack wróciła do gry; w jednym z trzech tegorocznych singli „peppers and onions” zaserwowała nam więcej tego, co w niej najlepsze, czyli plimplająco-blimblającej laidbackowo-mumblecore’owej trap-popowej słodyczy, po raz kolejny w przenikliwie introspektywnym wydaniu; kiedy inni raperzy napinają mięśnie i szczotkują sneakersy, whack śmiało przyznaje, że nie jest wzorem do naśladowania, ale nie dlatego, że jest „bad, bad, real real bad”, ale zupełnie przyziemnie jest „only human” i „sometimes happy, sometimes nervous” — nuci melodyjnie w refrenie; jest w tym szczerość, urok i odwaga w przekraczaniu granic w gatunku, który mimo coraz wyżej położonych artystycznych szczytów wciąż ma do wykonania sporą pracę, jeśli chodzi o akceptację nienormatywności


2020

25.

better person something to lose

jest coś magnetycznego w refrenach i aranżach better person i jego wyglądany od czterech lat długogrający debiut tę cechę z powodzeniem akcentuje; po tym, jak w 2017 roku typ nagrał rozkosznie oniryczny, ale wciąż niesamowicie melodyjny singiel „zakochany człowiek”, śledziłem jego poczynania ze znacznie większą uwagą niż zwykle przykładam do naszych krajowych produkcji (szejm on mi, ale tak już jest, trudno) i jakież było moje zdziwienie, gdy something to lose nie tylko nie okazało się rozczarowaniem, ale stało się oczarowaniem roku; i to pomimo tego, że wiodące inspiracje muzyka — 80sowe sophisti-pop i new romantic to nie do końca mój sos; diabeł tkwi w szczegółach — w ładnych melodiach, pieczołowitych rozmarzonych aranżach, w których można się zatopić i w polszczyźnie (w dwóch utworach) ♪ „dotknij mnie”


2020

24.

okkyung lee yeo​-neun

koreańska wiolonczelistka okkyung lee nie przestaje zachwycać; jej zeszłoroczna płyta to nie tylko pokaz mistrzowskich technik kompozycyjnych i wykonawczych muzyki współczesnej, ale też porcja wysmakowanej klasycznej muzyki kameralnej; lee stoi tu na czele opartego na doskonałej synergii fantazyjnego kwartetu z harfą, kontrabasem i fortepianem, który zręcznie balansuje między awangardą a klasyczną melodyką; to odsłuch, który słuchacza ani nie rozleniwia, ani nie męczy ♪ „eternally”


2020

23.

silvia tarozzi mi specchio e rifletto

nie lubię muzyki po włosku, trudno powiedzieć dlaczego, złe doświadczenia być może; dlatego w tle mojego słuchaniu tegorocznego szalenie kreatywnego drugiego krążka silvii tarozzi rozgrywała się dziwaczna walka o tę płytę; to trochę staromodny krążek, czy raczej krążek wychodzący od staromodnego psychodelicznego folku na otwarte morze awangardy — tarozzi robi tu masę rzeczy — zwielakratnia swoje wokale, gra na skrzypcach, fortepianie, gitarze, akordeonie, bawi się nagraniami terenowymi i tworzy dziwaczną oldschoolową progresywną elektronikę pełną lekko kiczowatego, ale autentycznego dramatyzmu; jak to wszystko udało jej się zamknąć w naprawdę koherentnym projekcie? nie mam pojęcia, podobnie jak nie wiem, o czym jest ta płyta, ale za każdym razem pobudza moją wyobraźnię i moją wrażliwość estetyczną na wielu poziomach, a po kilku utworach i ten włoski mi nie straszny ♪ „spazio”


2020

22.

jason isbell and the 400 unit „be afraid”

trudno powiedzieć, jak to się stało, że jeden z cieszących się największym uznaniem współczesnych piosenkarzy country napisał i wykonał najlepszy utwór u2 ostatnich dwudziestu lat; heartlandowymi gitarowymi riffami obudził przy okazji ducha the war on drugs, serwując jednak potężny refren, którego grupa gradunciela nigdy nie miała


2020

21.

fleet foxes shore

fleet foxes wrócili do folkowych piosenek, które tak pięknie im wyszły na dwóch pierwszych płytach; nie ma przy tym poczucia, że nagrywają autocovery czy odcinają kupony; brzmienie jest lżejsze, bardziej akustyczne; lżejsze są też melodie — zaklęte gdzieś pomiędzy beztroską końca lata a melancholią jesieni; pięknie udało się pecknoldowi i spółce ożywić brzmienie grupy bez pójścia na łatwiznę ♪ „maestranza”


2020

20.

the 1975 „if you’re too shy (let me know)”

mistrzowie nieudanych płyt dostarczyli w tym roku genialny singiel — „if you’re too shy” to pop w wersji deluxe — z obłędnie przebojowym refrenem, któremu kroku wcale nie ustępują nieco bardziej enigmatyczne, ale charakterystyczne rozpisane na dwa głosy zwrotki, ani tym bardziej nabierający właściwego znakomitym mostkom rozbiegu mostek; wszystko to przyprawione syntezatorowym rifem, rytmicznym nowofalowym bitem i saksofonową solówką; dzięki temu pięć minut mija jak trzy, a indie pop nie umiera nigdy; kurtyna!


2020

19.

sault untitled (black is) / untitled (rise)

dzięki sault soul odzyskał w zeszłym roku tożsamy dla niego wymiar komentarza społeczno-politycznego; enigmatyczny projekt, na czele którego stanęli producent inflo i wokalistka cleo sol; to muzyczna emanacja głosu afrykańskiej diaspory w roku masowych protestów ruchu black lives matter; jednocześnie udało się grupie ponad banderą ponadczasowego neo-soulu zebrać elementy klasycznego psychodelicznego soulu i funku, afrobeatu, gospel i miejskiej poezji, a także nowej fali r&b — to wszystko pomimo znaczących stylistycznych różnic dzięki wszechstronnej produkcji inflo, udało się z powodzeniem zamknąć w dwóch niesamowicie żywych i zajmujących krążkach zrealizowanych w konwencji cyklu piosenek i w zasadzie pozbawionych słabszych momentów; to albumy, bez których soul xxi wieku nie mógłby się obyć ♪ „sorry ain’t enough”, „fearless”


2020

18.

mary lattimore & mac mccaughan avl

tak, wiem, mary wydała w zeszłym roku właściwy solowy krążek, który zresztą widziałem tu i tam w podsumowaniach końcoworocznych, ale ilekroć do niego wracałem, miałem poczucie jakiegoś braku; tym brakiem był mccaughan, z którym w zeszłym roku zrobili fantastycznie newage’owe new rain duets; zeszłoroczny album avl, który także zarejestrowano na żywo, jest owocem niezwykłej synergii duetu — słodkim medytacyjnym owocem elektroakustycznego tu i teraz zrealizowanego zgodnie z prawidłami sztuki pradawnych japońskich mistrzów klasycznego kankyō ongaku ♪ „85 drone”


2020

17.

charli xcx „anthems”/”visions”

charli xcx udowodniła już nie raz, że jej najlepsze projekty to te wydawane bez wielkolabelowego powrozu na szyi — tak było i w przypadku tegorocznego krążka how i’m feeling now stworzonego spontanicznie na kwarantannie; na płycie charli bez skrępowania sięga po cały wachlarz popowych rozwiązań, które z powodzeniem stosowała przez ostatnie lata, ale to na ostatniej prostej krążka w podwójnym bangerze „anthems”/”visions” na produkcjach odpowiednio dylana brady’ego i a. g. cooka jest niezatrzymywalną królową elektropopowego undergroundu, która wyłania się niespodziewanie z czeluści internetowej muzycznej mazi, żeby ocalić pop przyszłości od sztampy, nudy i radiowych formatów


2020

16.

jessie ware „spotlight”

przysłowiowa jaskółka zwiastująca wiosnę, czyli w przypadku jessie ware faktyczny nowy początek kariery z upbeatowym what’s your pleasure; to nie tylko jeden z najbardziej przebojowych refrenów w karierze piosenkarki, ale też znakomity klucz do odsłuchu jej zeszłorocznej płyty syntezujący w sobie pewną tęsknotę, melancholię nawet zastygłą na moment w finezyjnej posągowej pozie (to poniekąd właśnie za tę wymagającą wszelkiej równowagi kreację pokochaliśmy ware przed laty) z neo-dyskotekowym zacięciem wprowadzającym słuchacza w świat nowych brzmień artystki; tym samym piosenkarka mocno weszła na terytorium smutnej, a przynajmniej refleksyjnej dyskoteki do tej pory okupowanego niepodzielnie przez robyn


2020

15.

roy ayers, adrian younge & ali shaheed muhammad jazz is dead 002

ileż to razy proklamowano już w historii muzyki śmierć jazzu! ale chyba nikt nie zrobił tego z tak rozkoszną przewrotnością jak adrian younge i ali shaheed muhammad, którzy z początkiem roku pod szyldem jazz is dead powołali do życia oficynę i serię wydawniczą zarazem; do współpracy zaprosili dawnych mistrzów m.in. legendarnego wibrafonistę roya ayersa; nagrana z nim druga część jazz is dead to niewątpliwy hajlajt projektu; muzycy w doskonałej synergii uchwycili tu ducha autentycznej soulowo-jazzowej fuzji bez stylistycznych uproszczeń, a osiem premierowych kompozycji stworzonych przeza artysów wspólnie na potrzeby krążka tchnęło nowe życie zarówno w przebogaty dorobek muzyczny ayersa, jak i soul/jazz 2020 roku ♪ „gravity”


2020

14.

the chicks gaslighter

gaslighter jest płytą w dużej mierze terapeutyczną — począwszy od tytułu krążka odnoszącego się do gaslightingu, formy psychologicznej manipulacji polegającej na destabilizacji psychicznej ofiary tak, by sama zaczęła kwestionować swoją poczytalność. „gaslighter, you broke me, you’re sorry, but where’s my apology?” — pyta retorycznie maines w refrenie tytułowego utworu; to czy zwraca się do byłego męża, czy do ówczesnego prezydenta usa, donalda trumpa, pozostaje kwestią interpretacji; bo choć tematyczna oś albumu oscyluje wokół nieudanej relacji, wiele piosenek można czytać szerzej; szerzej można też the chicks słuchać, bo jack antonoff minimalistyczną, choć korzystającą z organicznego instrumentarium produkcją wprowadził je w świat wielkoformatowego popu; ale upopowienie i ugładzenie brzmienia w żaden sposób nie odbierają dziewczynom poczucia sprawczości; to w dużej mierze fascynujące, ale podobnie jak na taking the long way triu udało się stworzyć płytę spod znaku rape and revenge, którą jednocześnie wypełnia empatia; nie jest to rzecz jasna żadna płyta roku, ale nie byłoby bez niej mojego roku, wpisuję ją więc do pamiętniczka, choćby z asteryskiem ♪ „march, march”


2020

13.

iman omari ft. kent jamz „the love that i’m giving”

philly soul doczekał się w zeszłym roku szalonego update’u brzmienia, na który ani nie byliśmy gotowi, ani tym bardziej nie zasługiwaliśmy; nabardziej niedoceniony z neo-soulowych wokalistów iman omari wraz z kentem jamzem pod producenckimi skrzydłami raedio na potrzeby ścieżki dźwiękowej do czwartego sezonu insecure zmajstrowali wspólnie numer, którzy krzyczy „stevie wonder” na sterydach — to nadpobudliwy młodszy brat „ghetto woman” janelle monáe i „captain stupido” thundercata, który na szalonym motorycznym synthfunkowym bicie łączy w sobie trzy rodzaje zwrotko-mostko-refrenów, spośród których każdy wydaje się równorzędny; szkicowe vocoderowe partie śpiewane wspólnie przez omariego i jamza na modłę 90sowej szkoły r&b (ale z oldschoolowym zacięciem) przechodzą zaraz w klasycznie neo-soulowy ośmiowersowy mostek, by eksplodować z tą samą energią co pędzący bit we właściwym refrenie; to wszystko zalane psychodelicznym sosem i zrealizowane w doskonałej synergii wokalistów z producentem; jedna z najciekawszych rzeczy w soulu i r&b ostatnich lat


2020

12.

fiona apple fetch the bolt cutters

w kwietniu napisałem o tej płycie więcej niż chciałem, a jednocześnie zupełnie nic; i nadal nie mam wiele do dodania — postanowiłem wstrzymać się od komentarza, by móc cieszyć się tą muzyką na własnych warunkach; cieszę się, że fiona zebrała swoje zabawki i nagrała w domowym studiu fascynujący, wielowymiarowy krążek z wykorzystaniem sprzętów kuchennych i głosów własnych zwierząt; zdekonstruowała swoją wcześniejszą twórczość i udało jej się wpisać w gusta pokolenia fomo; tak naprawdę, przyznam wam się, słyszałem tę płytę dziesiątki razy, ale nie mam poczucia, żebym naprawdę ją wysłuchał — może stąd ta ambiwalentna druga dziesiątka, że wciąż czekam na ten moment ♪ „cosmonauts”


2020

11.

idles „a hymn”

nie byłoby wartościowego roku bez konstruktywnego rozczarowania; poprzedni krążek idles pozwolił mi wyrazić i wykorzystać w miarę pozytywnie negatywną energię wynikającą z obrzydliwości polskiej rzeczywistości politycznej; chłopaki pokazali, że można być jednocześnie wkurwionym i czułym, ale by zrozumieć zajebistość tamtej płyty, potrzebowałem tej nowej ultramono, którą kupiłem, jeszcze zanim usłyszałem ją w całości, ale zabrakło jej tamtej energii i tamtej celności — koniec końców rozdrażniła mnie niekonsekwencją, ale nie mogę niedocenić jej znakomitych momentów, które wrosły dla mnie w tkankę minionego roku — jednym z nim był singlowy „a hymn” — minimalistyczna post-punkowa ballada wyśpiewana z niedoścignioną czułością i empatią enigmatycznym tonem, w którym pobrzmiewają echa nieśmiertelnego iana curtisa; jest to pewna klasyczna poza, ale zaadaptowana z sympatią i zrealizowana z wyczuciem


2020

10.

dua lipa „don’t start now (live in la remix)”

nie tylko dua lipa nawrócona na neo-dyskotekowy pop wyśpiewała jeden z najlepszych popowych refrenów tego roku, ale w lutym zeszłoroczny pierwszy singiel z jej tegorocznego krążka doczekał się zjawiskowej odsłony w pełnym trybie vegas z feerią neonów, żywymi smyczkami i funkującą linią basu; aranż dopieszczono tu w najdrobniejszym detalu, a fragmentom wokalnym dodano przestrzeni i głębi, dzięki czemu i tak fantastyczny refren stał się w tej inkarnacji numeru prawdziwym taranem; tak brzmi popowa perfekcja


2020

9.

klô pelgag notre-dame-des-sept-douleurs

spadła na mnie jak grom z jasnego nieba ta płyta — kandyjski progresywny chanson, z jednej strony poetycki i rozmarzony, z drugiej eklektycznie elektroniczny, pulsujący melodiami wielkoformatowego popu minionych dekad — klô pelgag nie wzięła się znikąd, to jej trzecia płyta, dla mnie pierwsza; to być może najlepszy album pop zeszłego roku, jeśli chodzi o melodykę; piosenki są fantastycznie napisane, zaaranżowane z wyobraźnią i bez kompleksów; cały album wręcz wymyka się z rąk — i znakomicie! ♪ „soleil”


2020

8.

36 & zakè stasis sounds for long​-distance space travel

podróże międzygalaktyczne przy pomocy muzyki stały się, chąc nie chcąc, jedną z moich ulubionych rozrywek czasu pandemii; podróżowalem z grahamem lambkinem, z japońskimi new age’owcami i oczywiście ze współczesnymi ambientowcami — nikt inny jak ten enigmatyczny angielsko-amerykański duet nie zrobił tego z takim rozmachem; ich półtoragodzinna ambientowa odyseja kosmiczna jest wszechotaczająca, wsysająca słuchacza do kosmicznego wnętrza, gdzie nie ma nic i jest wszystko; cholernie mocne dźwiękowe przeżycie ♪ „city at night”


2020

7.

dinner party dinner party

nie było chyba jeszcze tak dojmującej i totalnej afirmacji dziedzictwa legendarnego kolektywu kreatywnego soulquarians jak ta maciupka płytunia; dinner party tj. terrace martin, robert glasper, 9th wonder i enigmatycznie wszechobecny-ale-niewpisany-w-oficjalny-skład-zespołu kamasi washington, czyli świta thundercata, która zrobiła jazzowy album kendricka lamara, przetwarza nieśmiertelne brzmienie nieodżałowanego roya hargrove’a i jego the rh factor przez doświadczenia muzyczne własnego pokolenia; panowie zaprosili na pokład phoelixa (za dnia producenta, który wymyślił soulowy sound noname, nocą niestrudzonego, choć niedocenionego uduchowionego pieśniarza), żeby odtworzyć tę samą świętą synergię, która sprawiła, że voodoo d’angelo jest jedyne i niedoścignione; i choć wygładzono krawędzie, stawiając raczej na sypialnianą kameralność, sztandarowe połączenie hiphopowego bitu z jazzową trąbką i klawiszowym riffem to główny filar obu wydawnictw ♪ „sleepless nights”


2020

6.

orf vienna radio symphony orchestra / michael boder feldman: coptic light

struktura coptic light zawsze przywodzi mi na myśl falujący na wietrze koc, przy czym nie ma wiatru, jest tylko ten koc, przemieszczający się swobodnie w przestrzeni, a ja z pozycji oblatującego go dookoła drona śledzę wszystkie jego ruchy, a są one płynne i precyzyjne, nie tyle przemyślane, co naturalne, przystojne, ale nieszablonowe, działające w obrębie schematu, ale schematu bardzo swoistego, niepodlegającego wpływom innych schematów; felman był mistrzem kompozycji przypominających zamknięty obieg twórczy, sprawcą kilku niezręcznie pozornych perpetuum mobile (z drugim kwartetem smyczkowym na czele); wiedeńska orkiestra uczyniła w zeszłym roku tę kompozycję bardziej przejrzystą i wyrazistą niż najbardziej chyba kanoniczne wykonanie deutsches symphonie-orchester berlin z lat 90.


2020

5.

haruka nakamura still life

zawsze miałem słabość do fortepianowych miniaturek satiego, ravela czy debussy’ego; gdy byłem młodszy, trochę się przed tym broniłem, bo wydawało mi się, że to emanacja sentymentalizmu, ale naturalnie doszedłem do wniosku, że takie impresjonistyczne malowanie fortepianem to istne czasy — może być odbierane jako pewna estetyzacja rzeczywistości, ale mimo prostoty wyrazu, może pomóc nam okiezłanć, uporządkować, zrozumieć uczucia i wydarzenia zupełnie nieharmonijne; to w czasie pandemii zrobiło dla mnie still life nakamury — stworzone i wydane jako tło do pandemicznego dziennika artysty; to muzyka, która nie bierze udziału w wyścigu po laury, ignoruje trendy i skutecznie opiera się fomo; byłoby tego tylko i aż tyle, ale nagranie jest dalekie od sterylności, dźwięki pianina zanurzone są w sobie samych — jest w nich coś intymnego, niedoskonałego, niepokojąco dźwięcznego, co przepięknie kontrastuje proste, swojskie, ciepłe melodie na tych klawiszach wygrywane ♪ „fly”


2020

4.

gillian welch boots no. 2: the lost songs

w marcu studio nagraniowe welch i rawlingsa zniszczyło tornado; po tym jak wichura zerwała dach przez dziesięć godzin nocą bez niczyjej pomocy próbowali ocalić swój dobytek artystyczny, ratując przez ulewnym deszczem sprzęt i taśmy-matki swoich nagrań; to sprawiło, że postanowili wydać potrójny boxset z niepublikowanymi dotąd nagraniami cudem ocalonymi przed zniszczeniem; to piosenki, które artystka napisała wspólnie z rawlingsem w grudniu 2002 roku, by oswobodzić się z kontraktu wydawniczego, który podpisała dziewięć lat wcześniej jako nikomu nieznana songwriterka; wydane teraz nagrania zostały specjalnie zremasterowane ze szkiców, które zarejestrowano przed osiemnastoma laty; jest tego w sumie 48 utworów i są to rzeczy rozmaite — od prostych storytellingów, których welch nigdy nie umieściłaby na własnej płycie po bardziej osobiste numery, spośród których zresztą dwa trafiły na jej kolejną płytę soul journey w 2003 roku; to raczej materiał rozpisany na długodystansowe towarzyszenie niż projekt, który w ciągu chwili da się ogarnąć i sklasyfikować; gdyby ktoś jednak miał chęć jedynie z nim poflirtować, niech flirtuje z trzecią płytą — jest bez wątpienia najmocniejsza; to co prawda odrzuty, ale ze złotego kreatywnego okresu welch-rawlings, muzyka broni się sama ♪ „cowboy rides away”


2020

3.

laura marling song for our daughter

czy to najlepszy zestaw piosenek w karierze laury marling? być może nie; angielka jak mało która współczesna singer/songwriterka od ponad dekady wartkiemu tempu wydawniczemu dotrzymuje kroku jakością; (nie) wszystko jest w tytule — to dziesięć intymnych piosenek napisanych dla (wyobrażonej) córki — napisanych z czułością, empatią i miłością — wszystkim tym, czego, jak powietrza, potrzebowaliśmy (i wciąż potrzebujemy) na czas pandemii ♪ „held down ”


2020

2.

tyler childers long violent history

nie było w roku 2020 płyty bardziej ożywczej i prawdziwszej niż ta; tyler childers z niedającym się ukryć wiruozeryjnym sznytem wygrzebał z martwych ponadczasową formułę starodawnego folku z appalachów; osiem instrumentalnych kompozycji i tytułowa piosenka miały być pobocznym charytatywnym projektem, odskocznią od ewoluującej kariery wokalnej childersa, a wybrzmiały, jakby do wykonywania tej żywej muzyki z appalachów był od początku predestynowany; to także produkcyjny majstersztyk, pozwalający z jednej strony doświadczyć tej muzyki w nieskazitelnej jakości, z drugiej nie ujmujący tym samym ducha klasycznym z natury nagraniom ♪ „squirrel hunter”


2020

1.

iris dement „going down to sing in texas”

usłyszenie „going down to sing in texas” iris dement było dla mnie jednym z najjaśniejszych momentów zeszłego roku; a to dlatego, że ta pełna empatii i hartu ducha piosenka utrzymana w stylu klasycznego dylanowskiego protest songu okazała się dla mnie niespodziewanie nieocenionym pokrzepieniem w tym mrocznym i trudnym czasie; iris jest prostolinijnie szczera — to wartość, której tak bardzo brakuje ostatnio w scenicznej pozerce, choćby najbardziej zręcznej — wie, jakich wyborów dokonuje, jest świadoma tego, co się z nimi wiąże i nie kryje tego; jest otwarta i pełna empatii, ale nie bezkrytyczna;. jest też pełna wdzięczności dla tych, którzy w jej oczach dają dobry przykład i działają na rzecz zmiany na lepsze; i to chyba jest ta część, która ujęła mnie najbardziej; jest w tych serdecznych podziękowaniach coś nie tyle niedzisiejszego, co niezwykłego w sposób zupełnie ponadczasowy; dement odnosi się zresztą do spraw, które dzieją się na naszych oczach (dyskryminacji kobiet, muzułmanów, czarnoskórych, degeneracji kościoła katolickiego, agresji izraela wobec palestyńskich cywili, zbrodni wojennych, narastających nierówności społecznych, masowych protestów) i zwraca się do konkretnych osób (the chicks, the squad, jeffa bezosa i młodych ludzi w ogóle); gdyby taką piosenkę nagrał dzisiaj sam dylan, z pewnością zrobiłby się wokół niej niebywały szum, a tak przepadła pośród mijającego się często ze wszelkim meritum sezonowego hajpu; w każdym razie dzięki tej dziękczynnej formie, wszystkie te trudne kwestie, do których każdy mógłby dopisać jeszcze kilka innych, zyskują wymiar pozytywny — wiary w drugiego człowieka i jego sprawczość; i ja sam podbudowany tym przesłaniem i przekonany o jego słuszności chcę przekazać je dalej, ilekroć trafię na plejliście na „going down to sing in texas” iris dement


Opublikowano

2019

2019

miałem przez kilkoma tygodniami rzadką okazję, by przyjrzeć się swoim wyborom muzycznym na przestrzeni minionego dziesięciolecia i muszę szczerze przyznać, że im bardziej starałem się oddać w nich to, co wydawało mi się popkulturowym sosem wcześniejszych dwunastu miesięcy, tym dalsze są mi tamte wybory teraz; rozumiem je oczywiście, ale nie dokonałbym ich dziś; jako nawet bardziej kuriozalne postrzegam próby wyjścia poza siebie — w wariancie budującym, by poszerzyć własny horyzont, stać się słuchaczem bardziej świadomym i zaakcentować symbolicznie, nawet jeśli tylko samemu przed sobą, te zmiany; w wariancie pospolitym, bardziej zresztą prawdopodobnym — zaimponowania jakoś komuś czymś; nie znaczy to oczywiście, że moje dawne podsumowania były pustą pozerką, im bliżej dziś, tym mniej losowych i koniec końców nieinteresujących typów; wiedząc to wszystko, w tym roku ułomne postrzeganie kulturowej adekwatności wymieniłem na emocje i uczucia; tym samym zapraszam na przegląd tego, co najlepszego wyłuskałem z własnej muzycznej bańki w przeciągu ubiegłego roku

2019

— alfabetycznie

„bmo”, ari lennox
„dalla dalla”, itzy
„doble tic azul”, putochinomaricón
„karma”, lucky daye
„manifest”, andrew bird
„missing you”, ingrid michaelson
„only child”, tierra whack
„receipts”, serpentwithfeet, ty dolla $ign
„solo de mi”, bad bunny
„sympathy”, vampire weekend
„the lay down”, dram, h.e.r., watt
„there will be blood”, kim petras
„una vida”, natalia lafourcade
„when a cowboy trades his spurs for wings”, gillian welch, david rawlings
„when i wasn’t watching”, mandy moore

2019

2019

25. sakanaction 834.194

niemal straciłem nadzieję, że jeszcze kiedykolwiek usłyszę coś od sakanaction po tym, gdy niedługo po premierze fenomenalnego singla „shintakarajima” w 2015 roku rozpłynęła się w powietrzu; aż sześć lat zajęło czołowej japońskiej elektropopowej formacji wypuszczenie kolejnego krążka; w kontraście do światowych trendów grupa zebrała na tę okoliczność swoje najlepsze singlowe momenty z ostatnich kilku lat (w tym wspomniane „shintakarajima”), wydając masywny dwupłytowy album 834.194 mieszający nowe numery z remiksami i bisajdami — dwutorowo z neodyskotekowym dyskiem pierwszym i melancholijno-odkrytkowym drugim; to bardzo klasyczny krążek, wdzięcznie nieodkrywający ameryki, doskonalący formułę piosenkowego j-popu wychodzącą ze słonecznego city popu lat 70., a jednak przyjęty z otwartymi ramionami, dzięki witalności, melodyjności i swoistej niezatapialności alternatywnego popu w dobie artystycznego trapu (♪ „shintakarajima”)

2019

24. dorian electra flamboyant

ci, którzy czekali na debiutancki longplay hanny diamond, prawdopodobnie zapętlają go od listopada; ci, którzy pokładali nadzieje w charli xcx albo szukali suplementu do zeszłorocznego krążka sophie, powinni dać szanse dorianowi electrze, którego kwiecisty debiut ugrzązł co prawda w stylistycznym rozkroku między pozorowaną awangardą a onieśmielająco przebojowym popem podobnie jak gfoty przed kilkoma laty, ale najbardziej kompetentnie syntezuje stylistyczno-ideowey post-bubblegumbassowy paradygmat, swoim nieskruszonym kolorytem zręcznie krusząc normy płciowe i toksyczną męskość (♪ „career boy”)

2019

23. madison mcferrin you + i

przyznam szczerze, że nie do końca wierzyłem w pierwszą epkę madison mcferrin niezarejestrowaną w formie a cappella; jak sama twierdzi, zaczęła nagrywać muzykę w takiej formie, ponieważ nie potrafiła jej wyprodukować; dzięki temu znalazła własną niszę, którą pięknie nawiązała do dziedzictwa swojego ojca; tym razem jednak za produkcję odpowiada jej brat taylor i pod jego skrzydłami dotychczas kameralna madison stała się roztańczona i eklektyczna — jak w singlowym „try”, w którym samoświadomy tekst zestawiono z pulsującym klubowym bitem; osią jej muzyki wciąż jednak są osobiste teksty i neo-soulowa melodyka; mcferrin jest fenomenalną wokalistką pozbawioną manieryzmów i skłonności do prześpiewywania, dzięki czemu doskonale akcentuje treść piosenek; słychać to we wieńczącym epkę stonowanym „fallin’”, gdzie lekka melodycznie, miłosna mgiełka unosi się nad progresywnym downtempo; madison mcFerrin z muzyką brzmi równie zjawiskowo co a cappella! (♪ „fallin'”)

2019

22. 33emybw arthropods

arca na kwasie, fatima al qadiri na sterydach, pan records na przypale; dekonstrukcja idm-u, footworku i drum and bassu, która poszła zbyt daleko, krzyżując świnię ze szczurem, a ośmiornicę z pająkiem; bezpardonowo drwi ze swoich orientalnych korzeni, bezlitośnie siekając tradycyjne sample i mechaniczne perkusyjne salwy w chaotycznej rytmicznej jatce (♪ „induce”)

2019

21. o terno atrás/além

o terno uprawia tropikalistyczną duchologię; atrás/além to pod każdym względem hołd dla muzycznego dziedzictwa caetano veloso; subtelnie zaaranżowany introspektywny pop czerpiący garściami z kulturalnego dorobku mpb od ponad półwiecza przetwarzającego sambę, choro i bossa novę na język amerykańskiego folku, czy w tym wypadku, soft rocka; nie żyję na co dzień współczesną muzyką brazylijską, ale staram się nie spuszczać z oczu jakichkolwiek potencjalnie interesujących fuzji tradycji z nowymi środkami wyrazu; atrás/além to obok tegorocznego krążka any frango elétrico (śmielej żonglującego muzycznymi mariażami, ale przez instrumentalne kreacje odleglejszego emocjonalnie) najbardziej autentycznie brzmiący album mpb i na swój sposób spełnienie drzemiącego we mnie samozwańczego brazylisty o odrodzeniu ukochanego mpb w formie i kształcie adekwatnym do xxi wieku (♪ „volta e meia”)

2019

20. rf shannon rain on dust

rf shannon przychodzi z odsieczą wszędzie tam, gdzie w tym roku zawiódł beck; owszem, jest znacznie głębiej zatopiony w klasycznej americanie niż beck kiedykolwiek był, ale w jego wizji onirycznej gitarowej psychodelii nie próbuje forsować śmieciowego songwritingu, ale ukrywa piękne ponadczasowe melodie; rok temu w recenzji jego trickster blues uznałem krążek za „stosowny soundtrack do czynienia odprężających ucieczek w głąb siebie niż przełomowy gatunkowy mariaż”; sekunduję tę opinię przy rain on dust (♪ „wild rose pose”)

2019

19. andrew bird my finest work yet

tytuł zeszłorocznego krążka andrew birda (my finest work yet) wydał mi się początkowo ostentacyjnie buńczuczny; postanawiając sprawdzić jego zgodność z prawdą wpadłem jednak po uszy w sidła zastawione przez autora, który od lat cierpiał na przewlekły syndrom rozmieniania się na drobne; do tego stopnia, że od kilku lat wyrokowałem, że najlepsze, co mogłoby przydarzyć się jego muzyce to sensowna kompilacja najlepszych momentów, którą swego czasu zastąpiłem sobie zresztą plejlistą własnego autorstwa; tymczasem bird, choć zwyczajnie robi swoje, w swoim własnym bardzo charakterystycznym stylu z dramatycznym wokalem, folkowymi skrzypkami, słabością do rewiwalu popowych patentów przełomu lat 60. i 70. i mnóstwem staromodnego pogwizdywania, zebrał wreszcie solidny zestaw piosenek; bez wykrętów stawił czoła formie pełnoprawnego longplaya pełnoprawnym zestawem pełnoprawnych piosenek autorskich; jest liryczny i defetystyczny; don’t pretend you can’t hear — wykrzykuje w swoim „manifeście”; nie obracam więc głowy w drugą stronę, zamieniam się w słuch (♪ „sisyphus”)

2019

18. little simz grey area

podskórnie czuję, że ta płyta nie pasuje ani do mnie, ani do mojej listy, ale jest tak obezwładniająco dobra, że jebać to; simz jest wyszczekana, ma świetne flow i sporo do przekazania; grey area bywa mroczne i gęste, ale od czasu do czas rozładowuje napięcie, zręcznie flirtując z klasycznym neo-soulem; to kompaktowa, melodyjna i imponująco drobiazgowo wyprodukowana (przez inflo) płyta, do której nie da się nie wracać; czarny koń tego roku (♪ „wounds”)

2019

17. sheena ringo sandokushi

ringo, świętująca właśnie dwie dekady na scenie, zbierała się do wypuszczenia sandokushi od pięciu lat; rezultat okazał się przedziwny, ale w magnetyzujący sposób; piosenkarka ucieleśniająca swoją dyskografią japońskie rozumienie eklektyzmu po raz kolejny przeszła sama siebie, tworząc płytę totalną, na której zestawia gitary elektryczne z autotune’m, kościelne wokale z akordeonem, orkiestrowe aranże z post-gabberową rytmiką i to wszystko zlepione umiłowaniem do musicalowych melodii doskonale razem gra; no bo w końcu jak daleko pada ringo od jabłoni? (♪ „tokyo”)

2019

16. miranda lambert wildcard

nie było mnie u boku mirandy, gdy przed trzema laty dwupłytowym the weight of these wings rozstawała się z blake’m sheltonem — minęliśmy się, choć obiecałem sobie, że wrócę jeszcze z odpowiednią uważnością do tamtej mirandy; lambert od ponad dekady jest jednym z moich ulubionych głosów współczesnego radiowego country, z którym zaprzyjaźniłem się pewnego lata jako młokos; wildcard to jej powrót do melodyjnych refrenów, ciętych puent i zawadiackich gitarowych aranży; niezobowiązująca, niegłupia płyta na beztroskie lato, która ukazała się jesienią; wyróżniam z podziwu, ale i z tęsknoty (♪ „mess with my head”)

2019

15. joan shelley like the river loves the sea

joan shelley, folkowa pieśniarka z appalachów, nagrywa już od prawie dekady, ale ja usłyszałem ją dopiero w zeszłym roku; może dlatego nie odniosłem wrażenia, że jej ostatnia płyta jest kolejną porcją czegoś znanego, na co się czeka, wobec czego ma się oczekiwania, których niezaspokojenie można ostentacyjnie wyrażać, grzmiąc i ciskając; tymczasem bez oczekiwań u shelley poczułem się jak u siebie — sielskie piosenki, które nadal we mnie dojrzewają, choć album znam od listopada, proste, ale z nutą songwriterskiej niezależności w stylu laury marling, pobrzmiewają the everly brothers, vashti bunyan, dawnymi górskimi głosami kentucky (♪ „the fading”)

2019

14. sunn o))) life metal

po koncertowym rozczarowaniu sunn o))) przed kilkoma laty nie sądziłem, że będę jeszcze kiedyś słuchał ich muzyki z przyjemnością; ale że life metal okazało się ucieleśniać moje wyobrażenia o modelowym drone doom metalu, postanowiłem przyjąć przeprosiny; w centrum tej muzyki jak zwykle stoją medytacyjność i powtarzalność; nieśpieszna rytmika burdonowych riffów ma w sobie gęstość jakiej łaknie doom i posępną mistykę, której trzeba drone’om; zwłaszcza że sunn o))) kradną zeitkratzerowi anturaż i u kresu apokaliptycznego rytuału zastępują gitary wiolonczelą (♪ „between sleipnir’s breaths”)

2019

13. hermann nitsch / koehne quartet albertina quartett: 2 streichquartett in 6 sätzen für 2 violinen, viola und violoncello

hermann nitsch, jeden z akcjonistów wiedeńskich, znany raczej jako performer i malarz szokujący austriaków swoim teatrem orgii i misteriów w przededniu rewolucji seksualnej, to dziś 80-letni staruszek, powszechnie uznawany stateczny artysta pokazywany w centrach kulturalnych europy; gdy pierwszy raz usłyszałem jego drugi kwartet smyczkowy, z ciekawością, choć pobieżnie prześledziłem jego wcześniejszą dyskografię; imponującą jak na malarza; mimo wszystko nie słuchałem — to nasze pierwsze spotkanie; zdumiało mnie, że nie ma w tej muzyce nic z teatralności, której można by oczekiwać; nie jest co prawda skromna, ale nie przytłacza, zaskakująco — wabi przystępną dysonantycznością; doskonale udaje schnittkego i scelsiego jednocześnie; przyznaję, nie da się jej słuchać jako przygniatającego półtoragodzinnego monolitu, ale doskonale robi robotę podzielona na części czy, jak twierdzi nitsch, na zdania; wyraża się wówczas łagodniej i mniej dojmująco; i w taki sposób zalecam dawkować (♪ „2. streichquartett: i.”)

2019

12. men i trust oncle jazz

sophisti-pop inspirowany my bloody valentine, w kontekście mojej wieloletniej pasji do udręczania się muzyką, która nie pozwala mi odpocząć, ale stwarza takie pozory, nie mógł nie zwrócić mojej uwagi; oncle jazz to jedna z wielu zeszłorocznych płyt, które rodziły się latami, a finalnie ujrzały światło dzienne przed końcem dekady, jakby ze strachu, by nie oddzielić się od własnych korzeni, choć wcześniej prace nad nimi postępowały nieśpiesznie; nie doświadczymy tu jednak muzycznie niczego, co mogłoby na taki pośpiech wskazywać — to muzyka, która ze względu na bogactwo inspiracji i mnogość stylistycznych i kulturowych wątków musi być odniesieniem sama dla siebie; to płyta, przy której teoretycznie, po oględnym odsłuchu jej sophisti-indie-dream-hypnagogic-popowej tkanki, można odpocząć, ale faktycznie okazuje się pokrętnie stymulująca; nieznośny zestaw zbyt wielu zbyt krótkich piosenek, które zbyt często okazują się zbyt przyjemne, by móc przestać aktywnie ich słuchać; płyta roku w kategorii muzyka do windy, przez którą przegapisz własne piętro (♪ „show me how”)

2019

11. dj nigga fox cartas na manga

pochodzący z angoli dj nigga fox od zawsze jawił mi się jako wzorowy reprezentant muzyki ery internetu, śmieszek, memiarz i rozbójnik, który za nic ma przyjęte konwenanse, podąża własnym bocznym torem, by uderzać we własnym tempie z drugiego planu i zazwyczaj trafiać w sedno; jego długogrający debiut cartas na manga musi być więc wybitnym eksponatem muzyki memicznej; afro-house’owe bangery łączy z post-tradycyjną portugalską rytmiką podobnie jak robią to ninos du brasil, choć korzystając z zupełnie innych środków; fox jest królem przepastnego randomu, orędownikiem tropikalnego bubblegumu, strażnikiem nachalnej polistylistyki plądrującej głowy osłupiałych klubowiczów (♪ „nhama”)

2019

10. solange when i get home

na when i get home solange obrała sobie za cel wyrażenie uczuć i emocji przy pomocy dźwięku. formalnie to krążek z natury post-minimalistyczny, na ile tylko soul, czy raczej inkrustowany trapem artystyczny mariaż nowego soulu i r&b, może być post-minimalistyczny. treść z kolei powinna być tu rozumiana bardziej jako materia dźwiękowo-werbalna. wszystko to pieczołowicie, i bezkompromisowo wyprodukowane na skraju thundercatowskiej progresywnej wizji neo-soulu i inspiracji brzmieniem klasycznego rapu brudnego południa lat 90. nie bez znaczenia dla modułowego uszeregowania materii i produkcyjnej precyzji osiąganej tu na odrębnych zasadach w każdej kolejnej części jest zaplecze kreatywne solange. to artystyczna kolaboracja w najpełniejszym tego słowa znaczeniu — z kontrolą w rękach piosenkarki, która z pomocą swojej doborowej świty realizuje swój własny artystyczny projekt — sentymentalną podróż do matecznika — rodzinnego houston lat 90. nie jest to jednak ani faktyczna podróż, ani dosłowna retrospekcja — brzmienie i emocje when i get home to efekt podróży, która już się dokonała, i retrospekcji, która w swojej pierwotnej formie musiała już mieć miejsce. i choć kolejne refleksje dają się czytać na rozmaite sposoby, w czystym ujęciu nowy album solange jawi się przede wszystkim jako osobista przeprawa piosenkarki — szczera i melancholijna, ale też abstrakcyjna i różnorodna jak materia, z której się wywodzi (♪ „almeda”)

2019

9. quelle chris guns

choć tytuł najbardziej uduchowionego rapera roku powędrował do ybn cordae’a (sorry, kanye), guns quelle chrisa na swój sposób stanęło w tym pojedynku w szranki, bo pomimo za produkcję nie odpowiadał tu ani cam o’bi, ani matt martians, nowojorski raper wraz bitmejkerem chrisem keys wyczarowali tutaj podobnie plumkająco-stukający post-soulowy świat; nawet w bardziej hardych momentach (a jest ich tu trochę) guns jest albumem, który się do słuchacza łasi, otacza go, zataczając coraz mniejsze kręgi, raczej niż przytłacza, powala na ziemię z klamką przy skroni; tematycznie to oczywiście album zaangażowany społecznie politycznie, w którym tytułowe spluwy są i punktem wyjścia do poruszania rozmaitych wątków, w dużej mierze mocno amerykańskich, i powracającym co rusz motywem przewodnim; co ja jednak wiem o politycznym hip hopie? w jaki sposób rezonuje ze mną? rezonuje, jeśli jednocześnie harmonizują ze mną gdzieś na drugim planie między nieśpiesznie płynącym bitem a główną ścieżką wokalu uduchowione chórki, rezonuje, jeśli charyzmatyczny inteligentny raper zręcznie porusza się na pulsującym podkładzie, jeśli vibe całości przy kolejnym odsłuchu niespodziewanie zgrywa się z vibe’m mojego wieczoru; quelle chris po dekadzie w podziemiu wreszcie zabłysnął płytą skrojoną na miarę jego raperskiego talentu (♪ „straight shot”)

2019

8. black midi schlagenheim

niby rock umarł, co roku się o tym trąbi, a później grupy takie jak black midi debiutują krążkami takimi jak schlagenheim i całą tę pogadankę należy zaczynać od nowa, z nowego punktu; nie jest to co prawda płyta na miarę oczekiwań głosujących na trójkowy top wszech czasów, ale już bywalcy offa powinni być ukontentowani; nigdy nie byłem mathrockowcem, ale słuchałem spiderlandu wystarczająco, by po latach docenić jego post-jazz-rockową polyrytmię, zwłaszcza, gdy to tylko element towarzyszący doskonałemu gitarowemu hałasowi, a wszystko koniec końców kokieteryjnie i przewrotnie, bo zgodnie z bardzo ściśle ustalonym porządkiem, zmierza ku entropii; to muzyka momentami dziwnie znajoma, a zaraz potem niepokojąco nowa, zawsze jednak ekscytująca, frapująca, dowodząca tego, że owszem, umarł, nibyrock (♪ „953”)

2019

7. jaimie branch fly or die ii: bird dogs of paradise

niewiele tworzy się ostatnio jazzu tak barwnego i ilustracyjnego jak tegoroczny krążek nowojorskiej trębaczki jazzowej i kompozytorki jaimie branch, druga część jej projektu fly or die; słychać to dobitnie w centralnym punkcie płyty — dwuczęściowym „prayer for amerikkka” inspirowanym muzyką mariachi i nowoorleańskim bluesem; muzyka branch bywa taneczna i przystępna, ale nierzadko eksperymentuje, co (dzięki bigbandowemu instrumentarium) nie przytłacza, miewa narratorkę, ale stroni od klasycznych wokalnych refrenów, często ucieka w tropiki, ale nadal brzmi bardzo amerykańsko; ten najbardziej witalny, pozytywny i eklektyczny jazzowy album roku, dzięki wielości inspiracji nie przestaje słuchacza stymulować i zaskakiwać; nie uświadczymy tu jednak na szczęście momentów, gdy ugina się pod ciężarem własnych ambicji — doskonale mierzy siły na zamiary (♪ „love song”)

2019

6. kokoko! fongola

był w wielkim pięknie sorrentino taki fragment, w którym jedna z bohaterek z egzaltowaną wyższością oznajmia, że w jazzie poza etiopskim ethio jazzem nie dzieje się już nic interesującego; ta wypowiedź mieszająca w równym stopniu snobistyczne znawstwo wykreowane na potrzeby towarzyskiego ping ponga i post-kolonialistyczną selektywność dźwięczy mi w głowie, ilekroć tylko odkryję afrykańską płytę czy label, które powierzchownie zawrócą mi w głowie; tak było w 2015, kiedy z kinszasy na księżyc wyleciała mbongwana star, w 2017, gdy w ugandzie eksplodowało nyege nyege tapes i ich tanzańska kompilacja sounds of sisso, tak jest i teraz, gdy do kinszasy po raz kolejny zaprowadził mnie afro-house’owy projekt kokoko! wydawany przez angielską oficynę transgressive; moja wiedza o kiszasie ogranicza się do ogólnikowego pojęcia o tradi-modern przybliżonego dopiero w poprzedniej dekadzie zachodnim słuchaczom przez konono n°1 i prognoz, które mówią, że za sto lat będzie to jedno z najludniejszych miast na świecie z populacją równą dwóm współczesnym polskom; ale nie jestem w stanie zignorować fongoli — jeśli mbongwana star łączyło plemienną rytmikę z techno, electro i funk-rockiem w taneczny miks, kokoko! intensyfikuje znacząco taneczny charakter kongijskich fuzji stylistycznych; lokalność materiału wyraża się w języku, sposobie śpiewania i rytmice, ale wykorzystane środki stylistyczne to import z zachodu; i super! to nowoczesne granie zachowujące przy tym lokalną tożsamość; historia zatoczyła koło — tak jak the talking heads 40 lat temu inspirowali się afryką, tak kokoko! bierze na warsztat post-talkingheadsowy amerykański dance-punk i robi z niego kreatywny użytek (♪ „azo toke”)

2019

5. shafiq husayn the loop

nie steve lacy, nie anderson .paak, nie thundercat, ale shafiq husayn jest prawowitym spadkobiercą myśli klasycznego neo-soulu; wydane po dziesięcioletniej przerwie the loop uprawomocnia panowanie pogrobowca mistycznego tria sa-ra na nieprawdopodobnym tronie; husayn po wieloletnim rozpędzie kontynuuje z tego samego punktu, w którym zakończył na psychodelicznym shafiq en’ a-free-ka dekadę temu, podobnie jak przed kilkoma laty black messiah sekundowało voodoo d’angelo; to album złożony, pulsujący, klimatyczny, witalny, melodyjny, post-hiphopowy, progresywny, zręcznie wykorzystujący zdobycze awangardystów do żonglowania nastrojem i klasyczną soulową melodyką; w żadnym razie muzyka z nagłówków gazet przełamująca schematy i ujmująca krytykę, ale ponadczasowo dobra płyta pozostająca blisko słuchaczy, wnosząca w ich codzienność pierwszorzędny neo-soulowy groove (♪ „between us 2”)

2019

4. tyler, the creator igor

był kiedyś taki brytyjski komediodramat niefortunnie zatytułowany przez polskiego dystrybutora dumni i wściekli, w którym w jednej ze scen doświadczony aktywista tłumaczy świeżakowi, że środowisko lgbt ma długą tradycję przejmowania obelg rzucanych pod ich adresem i czynienia z nich swoich własnych auto-epitetów; po odważnym scum fuck flower boy z 2017 zastanawiałem się, jaką ścieżkę na kolejnym krążku obierze tyler i w zasadzie, choć oczywiście nie dosłownie, wpisał się w tę cytowaną wyżej tradycję; igor byłby najbardziej gejowską płytą w historii hip hopu głównego nurtu, gdyby nie to, że w zasadzie nie jest płytą hiphopową — co najwyżej hiphopującą; tyler od dawna miotał się pomiędzy hardymi rapsami a progresywnym soulem — flower boy był nim bez reszty podszyty, a igor, koncepcyjna opowieść o nieszczęśliwej miłości w 12 aktach, sprowadza hip hop do środka wyrazu pan-soulowej ekspresji twórczej; to niezwykle kompetentny muzycznie, żonglujący nawiązaniami do psychodelicznych klasyków gatunku, przepełniony empatią, otwartością i emocjonalnością krążek; kojące i dramatyczne, szczere i odważne studium humanizmu (♪ „gone, gone”)

2019

3. mary lattimore & mac mccaughan new rain duets

śledzę mary lattimore od kilku lat, ale dopiero teraz, choć to jej dwie wcześniejsze płyty (collected pieces z 2017 i hundred of days z 2018 roku) można było określić jako przełomowe) obudził się we mnie bakcyl wyniesienia na osobisty ołtarzyk, pod nieobecność joanny newsom, kolejnej utalentowanej harfistki; może to przez rozkoszne utwory na harfę pera nørgårda, którymi zasłuchiwałem się rok wcześniej, a z całą pewnością dzięki wydanej miesiąc przed new rain duets kompilacji japońskiego ambientu z lat 80-tych kankyō ongaku wydanej przez light in the attic, dla której straciłem rozum; istota new rain duets — czterech błyskotliwych elektroakustycznych dialogów lattimore z gitarzystą superchunk makiem mccaughanem zdaje się zawierać gdzieś pomiędzy; to piękne dźwiękowe obrazki progresywne na tyle, by nie tracić uwagi słuchacza, wystarczająco zaś eteryczne, by medytować, czytać, odpoczywać; harfa lattimore często pełni tu tę samą funkcję, którą w tradycyjnej muzyce okresu edo sōkyoku sprawowało japońskie koto — harmonizowało z otoczeniem, oszczędnie i elegancko uwypuklało każdy krok, powiew wiatru, spadający z drzewa liść; syntezatorowe tło mccaughana szaleńczo zapętlające kolejne fluktuacje pędzącego świata pozostając w kontrapunkcie, twórczo dialoguje z harfą lattimore (♪ „ii”)

2019

2. bonnie „prince” billy, bryce dessner & eighth blackbird when we are inhuman

when we are inhuman spadło na mnie niespodziewanie, jak grom z jasnego nieba — zakrzyknąłby przysłowiarz; trzy podmioty twórcze: samotny jeździec alternatywnego country — bonnie „prince” billy, kompozytor i multiinstrumentalista znany głównie z the national — bryce dessner oraz zespół specjalizujący się w wykonaniach muzyki steve’a reicha — eighth blackbird — zebrały się, by tchnąć w piosenki tego pierwszego nowe życie; efekt jest zupełnie niedzisiejszy, choć raczej pozostawiony poza czasem aniżeli anachroniczny — oto rozmyślne post-minimalistyczne aranże dessnera i kunsztowne wykonawstwo eighth blackbird wraz z intymnym, ale nie przygaszonym, billy’m na pierwszym froncie w akcie nieoczywistej wędrówki po archiwaliach songwriterskich płodnego twórcy otworzyły zupełnie nowe drzwi do jego dyskografii; ładne, proste piosenki w harmonijnej, swojskiej, kameralnej oprawie z eksperymentalnym finiszem, u których podłoża leży folk, ale których estetyczne macki sięgają hen, hen, hen (♪ „one with the birds”)

2019

1. whitney forever turned around

forever turned around to, w kontekście raczej chłodnego przyjęcia drugiej płyty whitney, tytuł podwójnie adekwatny, by nie napisać — niemalże proroczy; panowie wypuścili płytę, której nie spodziewał się ich własny fanbejs — leniwie podbijającą kameralną americanę soulowym poszyciem i dalece wykraczającą poza zwyczajowe kategorie estetyczne indie folku; to prostolinijne, wyciszone granie zbierające w jedną całość kilka sposobów myślenia o muzyce — wychodzące z indiefolkowego korzenia, ale zaaranżowane i wykonane w konwencji blue-eyed-soulu, posiłkujące się gitarami, niestroniące od kameralnych aranży, ale w centrum stawiające specyficzny miejski groove — podobnie jak czynili to wcześniej natalie prass czy sufjan stevens, ale jednak inaczej; whitney w niemal każdej z nowych piosenek lirycznie trafiają na emocjonalne przepaści, ale ogrywają je tak kojącym, ciepłym i empatycznym wokalno-instrumentalnym anturażem, pieczołowicie utkanym z wielości organicznych muzycznych nici, że nie sposób postrzegać forever w kategoriach traumy i zgryzoty; przeciwnie, to podnoszący na duchu, ujmujący szczerością i prostotą perfekcyjny jesienny krążek — dla mnie jesieniarza, i dla ciebie, jesieniaro! (♪ „giving up”)