Wariacja na temat grafiki, którą lata temu wybrałem jako szatę graficzną swojego pierwszego bloga w maju 2004 roku — od tamtej pory ta kompozycja co jakiś czas staje mi przed oczyma, ilekroć na horyzoncie pojawia się maj
28 kwietnia:
Gdy człowiek jest zajęty do tego stopnia, że kolejne sprawunki ściśle wypełniają mu dobę, marzy bezwarunkowo o chwili spokoju. Gdy konstrukcja dnia pozwala na chwilę oddechu, robi się bardziej wybredny. Chce odpoczywać rozważnie, aktywnie, chce rozwijać swoje zainteresowania, stawać się lepszym, a nie tylko skrolować smartfona. Ale czasem te chęci nie współpracują z jego nawykami czy potrzebami. I ostatecznie jest w stanie przepuścić przez palce kilka kolejnych wolnych wieczorów, na które tak się przecież cieszył.
Ja na przykład bez konkretnego planu, dzięki któremu uzmysłowię sobie, czego tak naprawdę chcę, jestem skazany na klęskę. Ostatecznie wieczór się kończy, a ja idę spać sfrustrowany — mogłem zrobić cokolwiek, a nie zrobiłem nic. Ale i sam plan czasem nie wystarczy. Trzeba jeszcze w niego wierzyć i faktycznie chcieć jego realizacji. Podobnie jak z słuchaniem muzyki — coś może lecieć w tle, ale dopóki nie włączymy czegoś, na co naprawdę mamy ochotę, odczucie może być zupełnie jałowe. Coś gra w tle, żeby uniknąć ciszy. Unikanie ciszy może wystarczyć do pewnego stopnia, ale któregoś dnia, gdy zdajemy sobie wreszcie z tego sprawę, reakcja może być brutalna. Jak nie przesmykiwać się przez własne życie i faktycznie doświadczyć poczucia sensu i sprawczości?
…
6 maja:
Podle zafiksowałem się ostatnio na analizowaniu dysharmonii w mojej własnej codzienności. Uświadomiła mi to trochę majówka, którą zmitrężyłem wprost fenomenalnie — żonglując rozmaitymi, mniej lub bardziej kreatywnymi aktywnościami, ale skutecznie unikając przebodźcowania. A trochę zapach wczorajszego wieczoru — ten specyficzny zapach mokrego gruntu wczesnym latem, prawie cały z nostalgii, ale z nutką nadziei. To on umocował mnie z powrotem w rzeczywistości, którą straciłem z oczu. Przypomniał mi — patrz, tyle na mnie czekałeś, że aż o mnie zapomniałeś, ale wreszcie jestem.
A może to maj? Od kiedy pamiętam uwielbiałem maj. Może chorobliwe ważenie siebie da się umaić tak, że wynik ważenia przestaje mieć znaczenie. Hipoalergiczna mgiełka o zapachu bzu i feelingu słonecznego wieczoru, gdy nawet w jakiś wtorek czy czwartek można mieć poczucie, że tego coś jeszcze może nam się udać.
Georgia O’Keeffe spotyka Theodora Kittelsena, czyli jak rozgniewać duchy dwóch wspaniałych twórców jednocześnie
Odsuwam czarną zasłonę, której fałdy gęstnieją mi przed oczyma, żeby wpuścić trochę światła. Teraz już jest w porządku, tyle, ile potrzebuję. Wędrówka słońca po wrocławskim niebie lada chwila dobiegnie końca. I w tym konkretnym momencie zakończy się dzień, a rozpocznie noc. Zakończy się lato, a rozpocznie jesień. Przynajmniej tak powinno być, to znaczy pory roku powinny rozpoczynać się nocą. Tak jest bardziej mistycznie i uroczyście. A ludzie mogliby wtedy palić świeczki i biesiadować, by należycie uczcić upływ czasu, zachować tę równonoc w sobie, aby przełączyła się niewidzialna człowiecza przekładnia. Cyk. Skończyło się lato, rozpoczyna się jesień. Następnego dnia budzilibyśmy się jesienni w lekkich płaszczach, stosownych nakryciach głowy, wtuleni w swoje szale, z torbami pełnymi dorodnych kasztanów i bukietami kolorowych liści w słoikach po powidłach na stolikach nocnych.
Odsuwam czarną zasłonę, żeby nasycić oczy, czymś, co być może jest prawdziwe. A przynajmniej prawdziwsze niż kolorowe piksele synchronicznie ewoluujące na dwóch monitorach od świtu do zmierzchu. Pogodziłem się z tym, że to w ich towarzystwie upływa mi lato. Nie myślę już o lecie jako o wakacjach, ani nawet jako o lecie. Myślę o nim jako o dwóch monitorach w sąsiedztwie klimatyzatora. Pogodziłem się z tym, nie rozpaczam. Ale nie potrafię przeżyć tego, że zawłaszczają także wrzesień. A przecież tak łatwo przegapić ten niezwykły moment dojrzałego lata, pęczniejącego obfitością, które coraz śmielej spowija jesienny chłód. To proces, oczywiście, ale jakże go dostrzec, gdy jest się otoczonym ekranami i zakrytym zasłoną. Łatwo jest się pomylić, myśląc — jutro pójdę szukać śladów tego życia, które wciąż świętuje, ale instynktownie czuje już, że koniec jest bliski. Jako człowiek otoczony ekranami nie mam tego rozeznania. Jutro mogą awansem zaskoczyć mnie październikowa szaruga, listopadowa słota, grudniowy śnieg. Równonoc wisi na włosku.
Odsuwam czarną zasłonę, żeby spotkać żywego człowieka. Nawet jeśli to jedynie wylegująca się pod kocem na leżaku sylwetka nieznajomego, zdeterminowana, widać, aby schwytać jeszcze trochę słońca. Może jej pomacham? Może innym razem. Ona przypomina mi, że sam chciałem się wydostać. Inaczej pogrążam się we własnych rytuałach, w uzależnieniach przypominających rytuały, w ułudzie porządku, który ma mnie ocalić przed samym sobą, ale nigdy mu się nie udaje. Nawet to niewiele pączkuje we mnie i rośnie bez ustanku — zajmuje mi półki, głowę, szafy, głowę, blaty, głowę, miejsce pod kaloryferem i za stojakiem na buty, w losowej kolejności, a czasem zupełnie naraz. Czasem przechodzi mi przez myśl, że ten wewnętrzny gwar to być może też jakieś prawdziwe życie. Być może to i ten człowiek łapiący resztki słońca na balkonie to zupełnie to samo. To i wiewiórka uciekająca w koronę drzewa na widok dziecka w ortalionowej kurtce biegnącego z krzykiem w jej stronę.
Zaraz zajdzie słońce. Zasunę czarną zasłonę, wyłączę ekrany i pójdę świętować równonoc, bo świat dojrzewa, a wraz z nim i my. Tego wieczoru tyle w zupełności mi wystarczy. Nasze zdrowie!
Był zimny marcowy wieczór podobny do wielu innych marcowych wieczorów. W okienny parapet co rusz uderzały krople deszczu, najwyraźniej niezdecydowanego padać czy nie padać. „Będę miała dziś wakacje z deszczem, w twarz mi będzie dmuchał chłodny wiatr” — z odtwarzacza dobiegał głos Ludmiły Jakubczak. Niegdysiejszej damy polskiej estrady, której życie, dorobek i przedwczesna śmierć zdawały się niemałą egzotyką jak na warunki wciąż dojrzewającego do modelowej szarości PRL-u. Jakubczak urodziła się w Tokio, ponoć zupełnie przypadkiem, dorastała w Ukrainie, ale jako nastolatka przeniosła się do Warszawy. Gdy jej kariera wystartowała, szybko stała się zjawiskiem polskiej radiofonii. Łączyła nienaganną przedwojenną elegancję z powojenną dojrzałością, która z młodych dziewcząt robiła dorosłe kobiety. Miała w sobie wciąż jednak ten płochliwy urok czy może raczej urokliwą płochliwość, za którą wciąż często skrywa się młodość. Młodość niepewna jutra i niepewna siebie, ale całą sobą zafascynowana życiem i światem. I to wszystko pobrzmiewa do dziś w jej muzyce. Jeszcze przed końcem lat 50. trafiła pod skrzydła kompozytora i pianisty Jerzego Abratowskiego, z którym wkrótce wzięła ślub. Para współpracowała przy szeregu nagrań m.in. „Szeptem” z tekstem Jacka Korczakowskiego, które doczekało się wielu kolejnych wykonań, oraz nieśmiertelnego „Gdy mi ciebie zabraknie”, którego ponoć sam Abratowski nie lubił ze względu na melodię, uważając ją za nazbyt prostą. Zanim jednak Jakubczak miała szansę stać się ikoną polskiej piosenki, doszło do tragicznego wypadku. W listopadzie 1961 roku podczas powrotu z Łodzi po nagraniu programu telewizyjnego samochód Abratowskiego wpadł w poślizg i uderzył w drzewo. Jakubczak, która siedziała obok, zmarła w drodze do szpitala w wieku zaledwie 22 lat. Słuchaczom zostało po niej kilka fotografii, jedna dziesięciocalowa płyta długogrająca 1000 taktów z Ludmiłą Jakubczak, kilka singli i niewiele więcej nagrań w archiwach Polskiego Radia mających zostać wydanych dopiero na kasetach magnetofonowych i płytach kompaktowych.
1000 taktów z Ludmiłą Jakubczak
I może ta tragiczna historia sprawiła, że piosenki śpiewane przez Jakubczak od zawsze wydawały mi się bliższe i ciekawsze aniżeli repertuar jej rówieśniczek — Reny Rolskiej, Ireny Santor, Sławy Przybylskiej. Ale nie tragedia sama z siebie! Raczej poczucie straty, które pozostawiła. Poczucie nieuniknionego, postępującego zapomnienia i próby jakiegoś okiełznania tego stanu rzeczy. Nie bez znaczenia pozostają charyzma i urok piosenkarki, które niezawodnie utrwalono w jej nagraniach. Nie wszystkie zresztą piosenki Jakubczak są warte tego, by poświęcać im czas i uwagę. Naliczyłem jednak przynajmniej tuzin takich, które nie są mi obojętne. Wśród nich musicalowe wyznanie miłosne („Dla ciebie kolczyki gwiazd”), bigbandowy kondukt żałobny wprost z Nowego Orleanu („Do widzenia, Teddy” Szpilmana) czy eksplodująca orkiestrowo emanacja codziennych zwad („Plamy na słońcu” Lutosławskiego). I oczywiście „Wakacje z deszczem” — enigmatyczne, wymijające, między wierszami nasiąknięte jakąś wewnętrzną przekorą, lekko gorzkie, nieprzesadnie sentymentalnie, rozliczające się uczciwie z przeszłością, obejmując teraźniejszość z lirycznym wyczuciem. Melodię napisała Hanna Skalska, tekst — jej mąż Kazimierz Szemioth, znany głównie z twórczości malarskiej. Nie udałoby się jednak tego wiatru i deszczu zaanimować, gdyby nie powściągliwa aranżacja na orkiestrę jazzową i podszyta uporem interpretacja wokalna Jakubczak. Była jeszcze dwa lata później nieco niezborna wersja Heleny Majdaniec. A piszę o tym wszystkim dlatego, że czasem „Wakacje z deszczem” przyzywają mnie i wciągają w krajobraz, który mógłbym nazwać domem, a którego bezbłędną emanację stworzyła Jakubczak — na pustą plażę w wietrzy pochmurny dzień późną wiosną albo wczesnym latem, gdy na przekór całemu światu jestem zupełnie sam i czuję się z tym najlepiej. Wszystko jest tak, jak być powinno. Ja, morze, piasek, wiatr i deszcz. I tamtego wieczora „Wakacje z deszczem” przyzwały mnie i wciągnęły w muzykę Jakubczak po długiej rozłące.
Niegdyś podczas słuchania płyty meloman, czy leżąc na sofie, czy przechadzając się po pokoju z rękoma założonymi za głową, oddawał się przede wszystkim przyjemności obcowania z muzyką. Czasem sięgnął po obwolutę, by przejrzeć tytuły i otaczające je nazwiska twórców. Bywało, że wydawca napisał od siebie o artyście kilka linijek wprowadzenia, ale trudno było tę jedną stronę w części jedynie zapisaną, studiować ponad muzyką, której towarzyszyła. Dziś, znak czasu, słuchacz, nawet miłośnik starych płyt, zwykle musi czymś zająć ręce i głowę — inaczej ta z całą pewnością eksploduje pozostawiona sama sobie! Dobiera się więc nasz współczesny meloman do telefonu i zaczyna dochodzenie — co, gdzie, jak, kiedy, po co i dlaczego. Tak było i tamtego wieczora. Gdy tylko dobiegły końca „Wakacje z deszczem”, Ludmiła rozpoczęła „Dwie szklaneczki wina” — jeden z tych utworów, które z niejasnych przyczyn nigdy nie doczekały się premiery na czarnym krążku. Najsubtelniejszy z subtelnych — wokalnie, tekstowo, aranżacyjnie z każdym odegraniem odtwarzający czarującą scenę miłosną z dwójką zakochanych spacerujących po starej Warszawie dojrzałą wiosną. Klimat tamtego spotkania jest tak niezobowiązujący, niewinny i szczery jak spowita kameralną jazzową mgiełką interpretacja Ludmiły. Para to milczy, to z tego milczenia wybucha radosnym śmiechem, błądząc między kinem, kawiarnią a straganem, ofiaruje sobie tego wieczora cały przestwór czasu. To prezent od serca, bez większego znaczenia, od nich samych dla siebie nawzajem, bez analizowania sytuacji, bez ekwiwalentnej wymiany, bez spoglądania na zegarek, jakby ten wieczór, ta wiosna, ta młodość i ta miłość miały się nigdy nie skończyć. Tak śpiewała o tym Ludmiła Jakubczak, a ja tę piosenkę w tym wykonaniu znam właściwie, od kiedy pamiętam. A wszystko dlatego, że w 1997 roku po przedwczesnej śmierci Agnieszki Osieckiej, znalazła się na wydanej przez Polskie Radio piosenkowej antologii poetki Pięć oceanów.
Tamtego wieczoru jednak „Dwie szklaneczki wina” zagrało dla mnie Spotify w doskonale znanej mi od wielu lat wersji lecz ze zgoła innym nazwiskiem wpisanym w polu „Artysta”. Należało ono do innej ówczesnej pieśniarki, nieporównywalnie, jak mi się przynajmniej wydawało, mniej popularnej niż Jakubczak — Dany Lerskiej. „Słyszałem coś Lerskiej, na pewno” — pomyślałem i natychmiast zacząłem przeglądać wirtualne katalogi nagrań. „Jestem, po prostu jestem” ze słowami Młynarskiego — znalazłem. Nie zasłuchiwałem się nigdy w tym utworze, kojarzyłem tylko tytuł, ale w tamtej chwili, zbity z tropu, od razu włączyłem. „Brzmi całkiem podobnie do Jakubczak” — mimowolnie pomyślałem po pierwszym refrenie — „mniej figlarnie, ale całkiem podobnie”. Przesłuchałem więc kolejnych kilka razy, na zmianę z „Dwiema szklaneczkami wina” i sam zacząłem wątpić. Nie tylko w archiwalia Polskiego Radia, w fundament mojego muzycznego wychowania. W ciągu chwili rzecz do tej pory niepodważalna — oto „Dwie szklaneczki wina” śpiewa Ludmiła Jakubczak — stała się cokolwiek podejrzana, z każdym pogłębionym odsłuchem bardziej wątpliwa. Jakubczak śpiewała głoskę eł w charakterystyczny dla kresów i starej polskiej szkoły teatralnej sposób — z tego powodu mój przyjaciel Kuba w czasach studenckich, zawsze gdy włączyłem Jakubczak lub można było do niej nawiązać, artykułował z przekąsem „Ludmiła!”. W „Szklaneczkach” jednak tego eł nie mogłem wysłyszeć, jakby rzeczywiście to jakiś inny głos, być może należący do owej Lerskiej, miał w rzeczywistości wykonywać to nagranie.
Zajrzałem najpierw do mojego źródła, tego, które dotąd było jak skała. Tam jednak nie znalazłem żadnej szczególnej wskazówki — wykonanie: Ludmiła Jakubczak, muzyka: Jerzy Abratowski — rok miał być 1961, nie mógł być zresztą niestety dla Ludmiły ani trochę późniejszy. Zacząłem więc przeglądać pobieżnie chronologię Osieckiej i zastanawiać się, jako że wszystkie pozostałe utwory Pięciu oceanów datowano później, czy to dla niej aby jako dla poetki niezbyt wcześnie. Tak naturalnie zawsze przychodziło mi słuchanie Jakubczak, że zupełnie umknęło mi przez te wszystkie lata, że jej towarzystwo na płycie, zgodnie z deklaracją wydawcy, było co najmniej o kilka lat starsze. 1961 rok to strasznie dawno. Osiecka miała wtedy 25 lat, nadal studiowała reżyserię. Radiowe Studio Piosenki miało rozpocząć swoją działalność dopiero dwa lata później. Nie czytałem nigdy o Osieckiej, a przynajmniej nie na tyle dużo, żeby móc jednoznacznie zdecydować. Zwątpienie się pogłębiło, gdy odkryłem, że według niektórych źródeł tekst napisała nie Osiecka, a Jacek Korczakowski, który także współpracował z Jakubczak i Abratowskim — był autorem kultowego „Szeptem” coverowanego po wielekroć, także współcześnie.
Ludmiła Jakubczak
I tak oto w katalogu polskich nagrań gramofonowych „Dwie szklaneczki wina” wpisano podwójnie — raz jako utwór współdzielony przez dwie wykonawczynie: Ludmiłę Jakubczak i Kalinę Jędrusik (rzeczywiście, była wersja Jędrusik, nagrana w 1966 roku, znałem ją i odnalazłem zresztą od razu), gdzie autorką tekstu miała być Osiecka; drugi — przypisany Danie Lerskiej z wspomnianym Korczakowskim w roli tekściarza. Po kilkudziesięciu minutach gorączkowego prywatnego śledztwa w tej ważnej sprawie natury jak najbardziej osobistej (podczas którego wciąż w tle na zmianę towarzyszyły mi Jakubczak i Lerska, a może tylko jedna z nich…) dokopałem się do sedna — otóż „Dwie szklaneczki wina” w wykonaniu Dany Lerskiej Polskie Nagrania wydały na siedmiocalowej epce, tzw. czwórce w 1965 roku. pod numerem katalogowym N0367. Zamarłem.
Wykonanie Jakubczak odgrzebano dopiero po latach gdzieś w archiwaliach. I być może ktoś, kto w tym archiwaliach grzebał, wypiwszy o dwie szklaneczki wina za dużo pomylił się, nieświadomie drwiąc sobie ze mnie potwornie, i zamienił Lerską na Jakubczak. Tym samym błąd poszedł w świat, rozprzestrzeniając się odtąd bez żadnej kontroli czy weryfikacji źródeł. W dobie fejk niusów to scenariusz najzupełniej prawdopodobny. Wydana w latach 60. płyta gramofonowa musiała stanowić niezbity dowód — winy pracownika archiwów Polskiego Radia — pomyślałem. Moje wstępne poszukiwania nie przyniosły oczekiwań. Na Spotify, na Youtubie, wszędzie jedną i tę samą wersję znaną mi doskonale od dziecka podpisywano to nazwiskiem Jakubczak, to Lerskiej. Ale mogła śpiewać ją tylko jedna z nich. Nie mogły nagrać obie dwóch identycznych wykonań w identycznym aranżu, a tekst napisać musiał jeden człowiek — Osiecka lub Korczakowski. Przełknąłem ślinę i kupiłem na Allegro jedyny dostępny w tej chwili egzemplarz siedmiocalowego singla, w stanie bardzo dobrym, jak na swoje lata, co znaczyło tylko tyle, że miałem niczego sobie po nim nie obiecywać. Tak zrobiłem.
W zasadzie zapomniałem o sprawie na kilka dni, ale gdy już odebrałem płytę, emocje powróciły. Zanim położyłem płytę na talerzu gramofonu, dokładnie przestudiowałem etykietę, która z grubsza potwierdzała to, co udało mi się znaleźć wcześniej w sieci. Postanowiłem jednak, zgodnie z kolejnością piosenek na krążku, przesłuchać najpierw pozostałe utwory, by jeszcze na tym obcym gruncie, upewnić się, jak się sprawy mają. I już wtedy zacząłem oddychać jakby lżej, bo choć nie mogłem jeszcze mieć pewności, to grunt okazał się obcy na wskroś. Niespodziewanie bigbitowym aranżom, ówcześnie niewątpliwie na czasie, nie udaje się przykryć pewnej staropanieńskiej maniery wokalnej Lerskiej, która pozycjonuje ją niewątpliwie bliżej Santor niż Jakubczak. To muzyka lekka, łatwa i przyjemna, w sensie w jakim nigdy nie użyłbym tego określenia do opisania tej części muzyki Jakubczak, którą rzeczywiście cenię.
Wreszcie, gdy przyszła kolej na „Dwie szklaneczki wina”, już pierwsze sekundy przyniosły mi ulgę. To zupełnie inna piosenka. Ta sama, ale inna. Zaaranżowana ładnie na wibrafon, też po jazzowemu, zaśpiewana lekko, ale bez tamtego chwytającego za serce uroku i zupełnie innym głosem — większym, ale tej wielkości nadużywającym. „Biedny anonimowy archiwisto Poskiego Radia oczerniony przeze mnie niesłusznie” — pomyślałem do siebie zupełnie uradowany. I zastanowiłem się, jak też nie przeszło mi przez myśl, że ktoś w Polskich Nagraniach pół wieku demu mógł nie zadecydować, by to „Dwie szklaneczki wina” w wersji Ludmiły Jakubczak trafiły na czarną płytę. Za bardzo zakochany byłem w tym wykonaniu, by móc, bez twardych dowodów dopuścić myśl, że to nie tę piosenkę znajdę na czwórce Lerskiej. Tymczasem rzeczywistość, mimo pewnej niewypowiedzianej ulgi, okazała się rozczarowująco przewidywalna. Bo fejk niusy rozsiewa współcześnie na Spotify Warner Music, obecny właściciel katalogu Polskich Nagrań, a jedynego wydania na czarnej płycie doczekała się wersja piosenki, która nieszczególnie tego wydania się domagała. I choć to nie tak, jakby się chciało, to na szczęście jedynie w jakiejś części. Tym samym tajemnica, z którą zresztą was zostawię, ogranicza się do pytania, kto napisał słowa tej piosenki — Osiecka czy Korczakowski. Niewątpliwie mamy tu więc o „Dwie szklaneczki wina” za dużo i przyznam, że od tego nadmiaru, wbrew przysłowiu, w pewnym momencie odrobinę i mnie rozbolała głowa. Ku ukojeniu polecam plejlistę ładnych piosenek Ludmiły Jakubczak.
Kiyoshi Saitō, Deszcz, Paryż (1960); niereprezentatywny wycinek świetnego drzeworytu, w pełnej krasie tutaj
Wszystko dobrze. Jestem zdrowy. Nic w zasadzie się nie dzieje. A przynajmniej nic szczególnego. Ale w tym właśnie nieszczególnym czasie nie przestaje dziać się wszystko. Nic szczególnego to w rzeczywistości powódź szczegółów. Bez większego znaczenia. Ta znaczeniowa oboczność, być może nawet oślizgłość, to tak naprawdę całe moje życie. Bez większego znaczenia. Wszystko dobrze. Jestem zdrowy. Nic się nie dzieje. A tymczasem ciągle pędzę na złamanie karku. Bywa, że bez celu, z przyzwyczajenia. Częściej niż fizycznie — metaforycznie w strefie krzesło – biurko – laptop. Bohatersko przedzieram się przez niekończącą się listę prozaicznych zadań. Pranie, obiad, toaleta, ćwiczenia, śmieci, zakupy, zamiatanie, podlewanie, płyta, serial, twitter, facebook, instagram, telefon, mejl, telefon, mejl, telefon, mejl. Maraton przez dziesiątki mejli i telefonów.
Pomiędzy nimi chaotyczne próby nadania temu choćby odrobiny poetyki. Joni Mitchell, Drake, Young Leosia, Sufjan Stevens, Sheena Ringo, Makaya McCraven. Wyciszane, podgłaszane, zatrzymywane, wznawiane. Chciałem tego posłuchać, a przeleciało — kolejkuję jeszcze raz. Szpagat, mostek, skłon do lewej nogi, wyprost, walka z cieniem. Chaos. Pal licho już ta poetyka! Na ile poszukiwanie czegoś jakby istotniejszego na oślep w tej zadaniowej brei może się jakkolwiek udać? Ale co by mogło i kiedy, skoro zamknięta całość to ten desperacki multitasking w obliczu chronicznego przebodźcowania, wywracania listy priorytetów do góry nogami, i znowu, przewracania jej z boku na bok, upraszczania, uszczegóławiania, wymazywania, dopisywania, zapominania i przypominania sobie.
A jeszcze nawet nie omiotły nas wzrokiem dzisiejsze nagłówki, jeszcze się im nie pokazaliśmy naszym kompulsywnym klikaniem w kolejne artykuły o wszystkim bez końca. O złych rzeczach, o złych rzeczach, o złych rzeczach, o próbach zmiany na lepsze, o złych rzeczach, o złych rzeczach, o złych rzeczach. O rzeczach niepotrzebnych, nieważnych, bezsensownych, absorbujących ponad miarę, pozwalających zatopić się w nich, topiących nasze poczucie czasu i obowiązku, sprawiających, że nasze w zasadzie nic staje się cokolwiek bliższe prawdy. Pęczniejmy od tej nicości. Mdli nas od planów na dzisiaj, na jutro i na pojutrze, gdzie rządzą facebook, twitter i instagram. Telefon i mejl. Pranie, obiad, toaleta, ćwiczenia, śmieci, zakupy.
A gdy wreszcie się widzimy za pół pandemii (o wpół pandemii), nie mamy sobie w gruncie rzeczy nic do powiedzenia. Mówimy: a nic. Wszystko dobrze. Jestem zdrowy. Nic w zasadzie się nie dzieje. A przynajmniej nic szczególnego. Tacy jesteśmy wiecznie zajęci, a jak przychodzi co do czego, nie do końca wiemy czym. Dni mijają jeden za drugim. Mniej lub bardziej skrupulatnie realizujemy zadania z wiecznie niezadowolonej z nas listy, która nigdy się nie kończy. Nic szczególnego nas postarza. Nic szczególnego to całe nasze życie. Jestem zdrowy, czyli mam jeszcze czas, żeby spróbować odnaleźć jakiś sens. Wszystko dobrze to eufemizm.
Czy gdybym wyszedł po prostu — bez pośpiechu i bez celu, mimochodem dotknął, przechodząc, starego kamiennego muru porośniętego mchem, a po powrocie wyjął z kaptura liść, o którym nie wiedziałbym, jak i dlaczego się tam znalazł. Czy to przybliżyłoby mnie do jakiegoś sensu? Czy sprawiłoby, że uznałbym, że wreszcie zdarzyło się coś, co warto oddzielić w pamięci od codziennej smoły? Czy naraziłbym się na śmieszność? Czy to tylko ta smoła trzyma nas w ryzach? Czy ten rozsądek, który nas prowadzi, pozycjonuje nas w oczach współpracowników, rodziny, znajomych na godnych miejscach w hierarchii społecznej, czy on nas jednocześnie nie krępuje, nie ogłupia, czy nie uczymy się przez niego, jak przestać czuć i żyć, jeszcze zanim faktycznie umrzemy? Czy ten liść rzeczywiście nic nie znaczył?
Ze „Smiley Smile” zawsze najbardziej lubiłem okładkę i tu pożyczam ją jako całkiem adekwatnie jesienne tło
Gdy zacząłem pracę w radiu, szybko dostałem komentarz zwrotny, żeby nie mówić „Beach Boysów”, zostać przy nieodmiennej wersji „The Beach Boys”, bo ta pierwsza brzmi dziwnie, niechlujnie, nawet wulgarnie. Trzymałem się więc tej zasady dopóty, dopóki musiałem, a do teraz przezimowała ona w czeluściach mnie i co jakiś czas usiłuje związać mi ręce albo usta. Gdy jednak myślę dziś o tej estetyzacji anturażu grupy, procesie oderwanej od sedna sprawy pocztówkofikacji, widzę pewną paralelę między pocztówkową niewyczerpywalną franczyzą a literkami układającymi się w idealnie pałające plażową energią logo The Beach Boys®. Nie powiem, jako nastolatek lubiłem ten doskonale wyglazurowany produkt. Ale myślę, że prawdziwi Beach Boysi, choć dystrybuowani przez tę samą niemającą ani wyrzutów, ani dosyć franczyzę, to jednak te niekompletne fragmenty z sesji nagraniowych, odrzuty rozpoczynające się od komendy faceta z reżyserki, że już można, przerwane wpół pozbawione masteringu wokalne pasaże.
W piątek przymuszony zmienionym prawem autorskim w USA Capitol Records opublikował kolejny boksset-klucz do antologii grupy. Tym razem upubliczniono 133 utworów z sesji nagraniowych z lat 1969-1971 do płyt „Sunflower” i „Surf’s Up”, które wówczas sprzedały się bardzo tak sobie, a single nie trafiły na listy przebojów, ale dzisiaj dla odmiany uznaje się je za drugi złoty okres działalności zespołu (po pierwszym przypadającym na 1966-1967, czyli „Pet Sounds” i „Smile”). Na płytach umieszczono nowe remastery oryginalnych krążków (które, jak narzekają fani, za bardzo syczą, a nawet ponoć sprawiają fizyczny ból), nagrania na żywo z tego okresu, bebechy, czyli wersje instrumentalne, a cappella, alternatywne miksy, wersje demo, fragmenty sesji nagraniowych oraz garść niepublikowanych oficjalnie nowych utworów na tyle pokaźną, że wypełnić mogłaby swoją własną składankę — może odrobinę uczciwszą, jeśli chodzi o dobór utworów niż chociażby sprzedawane po sto euro limitowane wydanie winylowe tego wydawnictwa (którego nie kupię, bo trzeba się jakkolwiek szanować, nawet jeśli uprawia się daleko idące beachboysowanie — jak ja).
Nie chodzi tu jednak o żadną walkę prawdy z nieprawdą, uczuć z kapitalizmem czy sztuki z popkulturą. Ludzie lubią to tak przedstawiać przy rozmaitych okazjach i dramatycznie antagonizować — wtedy wydaje im się, że bardziej gdzieś stoją, a przez to są bardziej jacyś, ale rzeczywistość jest nieco bardziej zniuansowana. I pomiędzy Beach Boysami a The Beach Boys® jest jakieś zupełnie namacalne doświadczenie, które w opozycji do kiczowatego summer dreama, którego The Beach Boys® próbują nam od ponad pół wieku sprzedać (i czasem im się udaje, no bo hej), nazwałem tyle roboczo, co swojsko jesiennym beachboysowaniem. A to dlatego, że późne lato budzi we mnie uczucia, które w innych okolicznościach przyrody pozostają uśpione. Gdy dni stają się chłodniejsze i krótsze, zachody słońca haratają serca, we mnie rodzi się poczucie straty, którego szkoda byłoby nie wykorzystać. To zupełnie znany schemat, mam tak od dziecka. Nie żebym, gdyby mi się to lato znowu przytrafiło, zebrał się w sobie i zrobił z niego lepszy użytek. Alergie i upały w lipcowe dni robią ze mnie wrak człowieka niezdolny do opuszczenia klimatyzowanej klitki. Mimo tego ochoczo opłakuję to lato, które na moich oczach umiera, przemija, odchodzi w niebyt i więcej go nie będzie. Wtedy nawiedzają mnie wielkie patetyczne perwersje, że wiosna nigdy nie nadejdzie, że wczorajszy dzień był ostatnim słonecznym dniem w ogóle, i tym podobne brednie. W oswojeniu i przeżyciu tego stanu pozwala mi coroczne beachboysowanie, a tym razem będzie ono tym bardziej upojne, że Capitol Records zrobili mi prezent najlepszy od 2011 roku, kiedy oficjalnie po 44 latach od premiery wydano cały ten wielki boks z sesjami nagraniowymi do „Smile”.
Mój stały zestaw do beachboysowania zacząłem oczywiście zbierać od „Pet Sounds” i był taki moment, że w zupełności skupiało moją uwagę na sobie. Wkrótce odkryłem, że jesienne barwy na okładce „Holland” przekładają się na dziwacznie wczesnojesienną wymowę całości. Że cała druga strona „Surf’s Up” to rodzaj pokrętnej surferskiej elegii. Że „Carl and the Passions” tkwiące w jakimś dziwacznym country-soulowym uścisku, który nijak się ma do barokowych aranży „Pet Sounds”, jest wytrawną ucztą jesieniary. I tak każdego roku odkrywam kolejny utwór, w którym wokale brzmią jak w najlepsze dmący za oknem wiatr albo pędzący pociąg, albo odkopują jakieś nieznane sentymenty, a ja, uzależniony od dramatyzmu wczesnojesiennej żałoby, wszystko przyjmuję i w małej, ale bardzo wydajnej fabryce, gdzieś wewnątrz Kurtka przerabiam na stany emocjonalne we wszystkich barwach jesieni — od słonecznego babiego lata po październikowy zjazd w mroczne czeluści, w otoczeniu drzew nagich jak je Pan Bóg stworzył.
I tak jakoś z tego całego beachboysowania zebrałem się w sobie i stworzyłem na Spotify coś w rodzaju antologii utworów, które nie znalazły się na albumach studyjnych — pojedynczych singli, odrzutów, czasem demówek, które nie doczekały się finalnych wersji, czasem nagrań na żywo, których nie zarejestrowano w studiu, zwykle wydawanych wiele lat później. Z pewnością projekt upubliczniania archiwów grupy będzie kontynuowany i w kolejnych latach światło dzienne ujrzy sporo bootlegowanych przez fanów nagrań w oficjalnych, nierzadko zremasterowanych wersjach. Na tę chwilę wyszło mi tego ponad 130 numerów i naturalnie nie uważam, że lista jest kompletna. Jest tu sporo złota, trochę chłamu, kilka absolutnie perfekcyjnych momentów i dość dużo brudu. Słowem — gdzieś pomiędzy Beach Boysami a The Beach Boys®. Bo puenta należy do was, wiecie?
Kolejna wycieczka w głąb popowych rozkoszy muzyki japońskiej
Mam cały folder na Spotify poświęcony tylko muzyce japońskiej i już od dawna nosiłem się, żeby dołączyć do niego wakacyjną selekcję city popowych singielków z lat 80. Kiedyś bardziej sympatyzowałem z 90sowym Shibuya-kei, później zakochałem się w motorycznym techno kayō (tu nie ma linka, bo ostatecznie nigdy nie wrzuciłem swojej trzygodzinnej bardzo pieczołowicie wyselekcjonowanej składanki na żadne streamy, a biblioteka Spotify w tym kontekście okazała się kpiną), ale ostatecznie uległem magii słonecznego j-popu na funkowo-soulowo-jazzowo-aorowym (w zależności od wykonawcy i nagrania) fundamencie. City pop musiał mnie zdobyć, to była wyłącznie kwestia czasu.
Wiecie, dla mnie odkrywanie nowych muzycznych bytów, całych muzycznych rzeczywistości to jedna z najlepszych rzeczy w życiu! W szczególności te momenty, gdy słucha się z wypiekami na twarzy kolejnych nieznanych wcześniej nagrań i płyt, gdy drzwi dopiero się uchylają, nie są już zamknięte, ale jeszcze nie otwarte na oścież. Ten ulotny moment pierwszej fascynacji, który musi w końcu ustąpić spowszednieniu i zatopić się w codzienności i rutynie. Dlatego najbardziej lubię te ze swoich plejlist, które także i dla mnie są na wpół uchylonymi drzwiami — rzeczy znane zestawiam kreatywnie z zupełnie dla mnie nowymi o podobnym potencjale. Wtedy mam poczucie, że mam teraz czego słuchać. Choć akurat ta citypopowa selekcja jest totalnie uniwersalna. To taki kawałek nieco oldschoolowego słoneczka z japońskim twistem.
Przespacerowałem się wczoraj wieczorową porą po pustych wrocławskich ulicach, korzystając z tego wiosennego falstartu, kolejnej widomej oznaki klimatycznych szaleństw. Ależ mi tego brakowało! Ostatnio nawet jeśli przemieszczam się, to między home officem a home officem, między potrzebą zrobienia zakupów a kasą samoobsługową, między skrzynką pocztową a paczkomatem. Zawsze towarzyszy temu jakaś niedająca się uniknąć pośpieszna celowość. Móc prawdziwie poczuć, prawdziwie zobaczyć, prawdziwie doświadczyć świata, nawet jeśli pod pojęciem świata kryją się dwie ulice obok czy pusty kampus uniwersytecki! Nawet wtedy bowiem między jedną odrapaną kamienicą a drugą można zawsze spojrzeć w górę — dostrzec gałęzie kołyszące się lekko na wietrze, wyżej — pyzate chmurki bądź szary nieprzenikniony monolit, za nimi wielkie słońce ogłaszające wszem wobec porę dnia, a nocą przy dobrych wiatrach (które rozgonią chmury) — srebrny księżyc i choćby garstkę gwiazd rozsypanych przedwiecznie. I ja tak wczoraj spacerowałem wpatrzony w lekko nadgryzioną tarczę księżyca z słuchawkami na uszach, a w nich muzyką, która sama do mnie przyszła. „Chcę przenikliwie poczuć”, a dalej „chcę naprawdę doświadczyć” — śpiewała mi lekko histerycznie, ale z niedającym się zafałszować entuzjazmem Sheena Ringo w utworze, który jeszcze w grudniu potraktowałem jako klucz do pandemicznego 2021 roku — „Jinsei wa yume darake” („Życie jest pełne snów”).
Muzyczny anturaż królowej japońskiego art popu Sheeny Ringo, można dla nakreślenia jakiejś kanwy przyrównać stylistycznie do twórczości Fiony Apple. Obie panie dzielą między sobą nie tylko słabość do musicalowych zaśpiewów i aranżacji oraz skłonność do naturalnego wykraczania poza ramy gatunkowe, ale też część pseudonimu artystycznego oznaczającą jabłko (po angielsku apple, po japońsku — ringo). Podążając tym tropem, swoje dwudziestolecie na scenie w 2019 roku Sheena Ringo świętowała nieustraszoną kompilacją zatytułowaną Newton no ringo (Jabłko Newtona). Nieustraszoną, bo Ringo nie boi się niczego. Zaczynała jako niepokorna dziewczyna z gitarą, ale od umiłowania hałasu wkrótce, bo w 2003 roku na kultowym krążku Kalk Samen Kuri no Hana przeszła w stronę wysmakowanego progresywnego popu skręcającego to w stronę muzyki kameralnej, to w big bandowy jazz, czasem w robotyczny technopop, jeszcze innym razem w noise. Dzieła dopełnił wydany cztery lata później we współpracy z dyrygentem i skrzypkiem Neko Saitō album Heisei Fūzoku („Obyczaje ery Heisei”) zawierający na nowo wykonane i zaaranżowane z fantazją wcześniejsze kompozycje Ringo (niektóre wykonywane przez nią na koncertach, inne zarejestrowane na dwóch poprzednich krążkach). (Żeby przeciągnąć kolejne nitki, tak zupełnie na marginesie — album Kalk Samen Kuri no Hana, od wtorku pełnoletni, oraz cesarz Japonii Naruhito, którego intronizacja w 2019 roku oficjalnie zakończyła wspomnianą erę Heisei, dzielą ze mną dzień urodzin).
W międzyczasie artystka stanęła na czele jazz-rockowej formacji Tokyo Jihen, z którą między 2004 a 2011 rokiem wydała w sumie aż pięć płyt. Utwory Ringo, które choć osadzone w specyficznej japońskiej melodyce, mają w sobie coś uniwersalnie przebojowego. Jednocześnie jej ekspresja wokalna i aranżacyjne eksperymenty sprawiają, przynajmniej mi, niesamowitą frajdę z samego obcowania z nimi, a to, odkładając na bok cały kontekst, szalenie ważne dla mnie, słuchacza. Dzięki temu fascynujący świat muzyki Sheeny Ringo nadał dla mnie koloru minionemu styczniowi i trwającemu przy nim (i wciąż przy nas) lutemu — dwóm jedynym miesiącom w roku, które zwykle na samą moją myśl o nich, wywołują we mnie zniechęcenie (a bywało, że i rozpacz). Tymczasem, gdy naprawdę się usłyszy, naprawdę zobaczy, naprawdę poczuje, można nawet w szarym styczniu i ponurym lutym unieść się gdzieś w sobie, nie odrywając stopy od chodnika. To motywacyjne truizmy, wiem, i pewnie bym od nich stronił, gdyby nie to, że wczoraj jako żywo, zupełnie bez przygotowania, bez planów i oczekiwań, sam tego doświadczyłem. Dzięki księżycowi i Sheenie Ringo, tak myślę.
Lubię wracać do zimy 2008 roku z kilku powodów. Ten najbardziej prozaiczny jest taki, że była to ostatnia (do tego roku) archetypowa zima, która zachowała się w mojej pamięci. Chrzęst grubo leżącego śniegu po stopami. Sinorude wieczorne nieba skrzące się nad miejską panoramą milionem spadających z gracją drobinek. Z pewnym rozrzewnieniem, choć niepozbawionym rzecz jasna ironii, wspominam wielogodzinne opóźnienia kolejowe i sparaliżowany ruch miejski. Ta nieśmiała reminiscencja, to nieśmiałe déjà vu zatrzymało nas zresztą wszystkich choć na chwilę przed tygodniem, gdy po dziesięciu latach musieliśmy odpomnieć niespotykany już przecież fakt, że śnieg może przetrwać w przestrzeni miejskiej więcej niż dobę, że może się gromadzić i że trudno cokolwiek naprędce na to zaradzić.
Rok 2008 był też jednak dla mnie rokiem nowego. Przyjechałem na studia do wielkiego miasta i byłem w tym tak rozkosznie zielony. Nie miałem pojęcia ani o tym mieście, ani o sobie, ani o mieście, z którego przyjechałem, ani o tym, dlaczego to zrobiłem. Ale ta symboliczna zmiana wdarła się w moje życie jak burza, rozsierdzona i złowroga, a w kącie ja wciąż niemający pojęcia dlaczego. Wiem jedno — dzięki niej moja zima 2008/09 brzmiała zgoła inaczej niż wszystkie poprzednie. Już wtedy rozumiałem zmianę, która we mnie zaszła, która przynajmniej na tym jednym polu kazała mi zerwać dotychczasowy jałowy ścieg i pognać za nowym, świeżym, nieznanym! Moodog, Fleet Foxes, T-Bone Burnett i Beck otoczyli mnie tamtej zimy i wędrowałem, nie mając za przyjaciół nikogo innego przez ośnieżone pola na skraju miasta, jakbym właśnie przeżywał największą w życiu przygodę, choć tak naprawdę nie spotkało mnie przecież nic nadzwyczajnego. To we mnie się działo, we mnie była przygoda, a dźwięki, które mnie spętały, były ich akuratną emanacją! Samotne wieczorne wędrówki były częścią tego przymierza, zawartego jakby poza mną, ale bezsprzecznie ze mną i przeze mnie. Nowy wszechświat otworzył przede mną swe wrota, mnie samemu szeroko otwierając oczy i uszy.
Zima 2008 roku zaklęła mnie, przeklęła może nawet. Nigdy już nie miałem wrócić do swej pierwotnej formy, jak Nago, knurze bóstwo zmienione mimowolnie w demona po postrzale z łuku w Mononoke-hime. „I don’t know what I have done but I’m turning myself into a demon” — śpiewał mi do ucha Robin Pecknold w bezwarunkowo zimowo-górskiej morderczej folkowej balladzie „Tiger Mountain Peasant Song”. Nawet nie wiedziałem, że to o mnie. W piosence Pecknold opowiada historię przyjaciela (lub kochanka), który napadnięty w lesie przez zbójców przedwcześnie traci życie. Narrator przybiera żałobę i pod wpływem bólu i braku, które jej towarzyszą zmienia się w demona. To akurat niezupełnie o mnie, a przynajmniej wszystko, co sam wiem o żałobie z własnego życia, wskazuje na jej nieodzowność w ludzkim cyklu oswajania śmierci. Sama historia jest jednak fascynująca i na tyle enigmatyczna, że można interpretacyjnie poukładać ją sobie zgoła inaczej. Trochę jak w prozie japońskiej — na pierwszym planie: zmiany zachodzące w człowieku i zmiany zachodzące w naturze. Bo czyż to nie jedno i to samo? Czy ten śnieg nie jest wystarczającym uzasadnieniem i jednocześnie wystarczającym dowodem istnienia we mnie tego demona, którego po dwunastu latach wybudził z letargu?
Rekonstrukcji demona drzemiącego we wspomnianej myśli, w tej nieświadomości, którą się pożywił, w tym śniegu, który zasypał drogi i pola, w tej muzyce, która wyważyła drzwi, w tej burzy, która dotąd grzmi, spróbowałem dokonać w najbardziej adekwatnej formie plejlisty.
Mam gdzieś zapisane jeszcze archiwum nigdy niezrealizowanych pomysłów. Jednym z nich było przygotowanie internetowej anglojęzycznej monografii o Shibuya-kei, mikrogatunku tokijskiego popu, który w latach 90. łączył wpływy brytyjskiego madchesteru, francuskiego yé-yé, brazylijskiej bossa novy, chiptune’a, shoegaze’u, drum & bassu, hip-hopu, technopopu i innych mniej lub bardziej lokalnych, mniej lub bardziej niszowych, mniej lub bardziej retro stylów w formule, której nie ograniczała żadna formalna fasada — mikrogatunek jest w istocie makrogatunkiem. Jest muzyką żywą i plastyczną, lepiącą z retro, ale wyciągającą łapki ku przyszłości. Koniec końców pomysł przepadł, także dlatego, że trudno było do tej muzyki dotrzeć (i dotrzeć do źródeł — także ze względu na barierę językową). Tymczasem coraz więcej płyt, także takich, o których usłyszeniu w całości wówczas mogłem tylko pomarzyć — patrzę na was, Les 5-4-3-2-1 — trafia na międzynarodowy streaming. Zebrałem się w sobie i pozbierałem nagrania Corneliusa, Flipper’s Guitar, Pizzicato Five, Takako Minekawy, Kahimi Karie i spółki w jednym miejscu w postaci kolejnej otwartej i ewoluującej plejlisty.