Wariacja na temat grafiki, którą lata temu wybrałem jako szatę graficzną swojego pierwszego bloga w maju 2004 roku — od tamtej pory ta kompozycja co jakiś czas staje mi przed oczyma, ilekroć na horyzoncie pojawia się maj
28 kwietnia:
Gdy człowiek jest zajęty do tego stopnia, że kolejne sprawunki ściśle wypełniają mu dobę, marzy bezwarunkowo o chwili spokoju. Gdy konstrukcja dnia pozwala na chwilę oddechu, robi się bardziej wybredny. Chce odpoczywać rozważnie, aktywnie, chce rozwijać swoje zainteresowania, stawać się lepszym, a nie tylko skrolować smartfona. Ale czasem te chęci nie współpracują z jego nawykami czy potrzebami. I ostatecznie jest w stanie przepuścić przez palce kilka kolejnych wolnych wieczorów, na które tak się przecież cieszył.
Ja na przykład bez konkretnego planu, dzięki któremu uzmysłowię sobie, czego tak naprawdę chcę, jestem skazany na klęskę. Ostatecznie wieczór się kończy, a ja idę spać sfrustrowany — mogłem zrobić cokolwiek, a nie zrobiłem nic. Ale i sam plan czasem nie wystarczy. Trzeba jeszcze w niego wierzyć i faktycznie chcieć jego realizacji. Podobnie jak z słuchaniem muzyki — coś może lecieć w tle, ale dopóki nie włączymy czegoś, na co naprawdę mamy ochotę, odczucie może być zupełnie jałowe. Coś gra w tle, żeby uniknąć ciszy. Unikanie ciszy może wystarczyć do pewnego stopnia, ale któregoś dnia, gdy zdajemy sobie wreszcie z tego sprawę, reakcja może być brutalna. Jak nie przesmykiwać się przez własne życie i faktycznie doświadczyć poczucia sensu i sprawczości?
…
6 maja:
Podle zafiksowałem się ostatnio na analizowaniu dysharmonii w mojej własnej codzienności. Uświadomiła mi to trochę majówka, którą zmitrężyłem wprost fenomenalnie — żonglując rozmaitymi, mniej lub bardziej kreatywnymi aktywnościami, ale skutecznie unikając przebodźcowania. A trochę zapach wczorajszego wieczoru — ten specyficzny zapach mokrego gruntu wczesnym latem, prawie cały z nostalgii, ale z nutką nadziei. To on umocował mnie z powrotem w rzeczywistości, którą straciłem z oczu. Przypomniał mi — patrz, tyle na mnie czekałeś, że aż o mnie zapomniałeś, ale wreszcie jestem.
A może to maj? Od kiedy pamiętam uwielbiałem maj. Może chorobliwe ważenie siebie da się umaić tak, że wynik ważenia przestaje mieć znaczenie. Hipoalergiczna mgiełka o zapachu bzu i feelingu słonecznego wieczoru, gdy nawet w jakiś wtorek czy czwartek można mieć poczucie, że tego coś jeszcze może nam się udać.
Próbuję medytować. To miała być moja droga ku harmonii. Uwierzyłem, że krótki spacer bez słuchawek i telefonu przybliży mnie do siebie samego i pozwoli odkryć to, co naprawdę ma dla mnie wartość. Ale siedzenie w ciszy i nieustanne skakanie przez płotki pędzącym strumieniem świadomości to wcale nie medytacja. Według mojego podręcznika (który czytam sobie na raty, bo łudzę się, że uda mi się cokolwiek z tego wprowadzić w życie) powinienem liczyć oddechy do dziesięciu. Gdy będę w stanie bez pomyłek robić tak przez kwadrans, mogę awansować wyżej. Mimo prób koncentracji ostatnio doliczyłem do dwudziestu siedmiu, zanim zorientowałem się, że wyszedłem poza skalę, how about that?
Wydawało mi się, że mogę robić nudne rzeczy, dam sobie radę. Za nudne rzeczy dostaje się wypłatę, a z czegoś trzeba żyć. Chciałem to regulować po godzinach i w przerwach tym, co mnie bierze — zawsze było tego więcej niż mogłem ogarnąć. Tysiąc pomysłów na minutę. Ale chyba dopadł mnie wiek średni. Zamiast wyrażać się kreatywnie — tak żebym miał wrażenie jakiegokolwiek choćby iluzorycznego sensu, zacząłem klikać i skrolować. Konsumować całą tę papkę, która wydaje się nieszkodliwa, ejajowe słonie malujące swoje autoportrety trąbą itd., ale szczerze boję się, że już za późno, by naprawić permanentny i niewątpliwy brain damage. Nie jestem koneserem treści trudnych, obszernych i głębokich, ale potrzebuję jednak jakiejś substancji. Ślizganie się po powierzchni to iluzja odpoczynku. W głębi Kurtka piętrzy się niepokój. Jak tak dalej pójdzie, to stanę się pusty w środku. Już teraz jestem niechybnie pół-pusty. Ktoś w lepszym nastroju do żartów mógłby pewnie powiedzieć: pół-pełny.
Z jednej strony nie wiem, w co włożyć ręce, z drugiej jestem bezkreśnie znudzony. Jedno i drugie doprowadza mnie do szaleństwa. Nie śpię, bo trzymam kredens. Mentalnie. Jeden fałszywy ruch, a kredens zgniecie mnie na miazgę i będzie ze mnie kocia zupa (to z tytułu filmu, osobiście identyfikuję się jako kurczak). Jeśli w moim grafiku w dniu X jest jeszcze chociaż jedna pozycja, nie uda mi się zrobić niczego innego, choćby ową pozycję zaplanowano dopiero za sto godzin. Z drugiej strony, jeśli w dniu X nie mam już w grafiku zupełnie niczego, najpewniej położę się twarzą do dołu na dywanie i zacznę się turlać to w prawo, to w lewo z braku celu i zachęty do działania.
Obwiniam oczywiście pogodę. Dlaczego przez cały rok mamy ustawiczne przesilenie? Tylko zimno i pada, i zimno, i pada na to miejsce w środku Europy. Ale na pewno już niebawem, już za rogiem, już tuż tuż, jeszcze dzień, może dwa i wszystko na pewno się zmieni na dobre. Wreszcie będę miał w szafie porządek, będę wypoczęty i zadowolony z całokształtu swojej egzystencji. W rzeczywistości jednak, jestem zupełnie pewien, szarugę zastąpią upały nie do wytrzymania. Będziemy wietrzyć, zasłaniać się przed słońcem i umierać z gorąca. Jak w takich warunkach da się w ogóle funkcjonować?
To wszystko, na wszystkich frontach, zawsze, wszędzie, naraz. Aż nagle myśl! A co jeśli rzeczy, które uznaję za szum i chaos, są tak naprawdę esencją życia? Jeśli wszystko to, z czym próbuję walczyć jest nieodzowną częścią tego, jak powinno być, a tymczasem ja dumnie wymachuję sztandarem z jakąś uzurpowaną harmonią — w sprzeczności z porządkiem rzeczy? Embrace chaos! — krzyczy jakiś wewnętrzny głos (powołany do życia jakiś czas temu przez Panią Maję podczas nocnej przejażdżki po mieście, niezupełnie bez celu). Boję się odpowiedzieć, że po moim trupie, bo to akurat wydaje się dziwnie realne… I znowu wraca do mnie ta sama myśl co zawsze od lat, którą z jednej strony na pewnym poziomie uznaję za kompas, z drugiej, na innym, kategorycznie odmawiam się nim kierować — everything is everything. Nawias, poza który trzeba by cokolwiek wyłączyć, nie istnieje. Rzeczy muszą współistnieć ze sobą i wynikać jedna z drugiej tak, jak istnieją. I tu wracam do medytacji, którą podjąłem, żeby rzeczy w swojej faktycznej formie nie tylko współistniały, ale współistniały harmonijnie w mojej ocenie. Spróbuję jutro. Kto wie, może uda mi się doliczyć tylko do dziesięciu?
Myśliciel Hiromu Kiry na tle jednej ze Stacji drogi krzyżowej Hermanna Nitscha
Ogólnie rzecz ujmując, nie mogę nie zgodzić się z tym, że każdy dzień jest dobry, by zacząć lub postanowić coś nowego. Nie jestem też jakoś szczególnie przekonany co do symboliki początku nowego roku, choć nie mogę nie docenić pewnej zewnętrznej psychologicznej presji, która może wywierać na człowieka nie do końca zdecydowanego jakiś nacisk, choć która wcale nie musi okazać się skuteczna. Pomimo tego i dlatego co roku staram się jednak spróbować po raz kolejny stać się lepszym Kurtkiem.
Czasem postanowienia bywały proste i wówczas zwykle udawało mi się osiągać z nimi najlepsze efekty — chciałem ćwiczyć, czytać, uczyć się języków obcych i zwykle była to jedna, niekoniecznie zupełnie nowa, a zawsze na nowo opatrzona wysokim priorytetem rzecz. Ćwiczyć miałem przynajmniej dwa razy w tygodniu, czytać przynajmniej dwie książki miesięcznie, realizować konkretny zakres zagadnień gramatycznych. Zwykle też postanowienia te nie miały daty przydatności — nie były to zamknięte projekty o skończonym zakresie realizacji. Naturalnie przechodziły z roku na rok — ćwiczyłem więc, czytałem więc, uczyłem się więc języków jednocześnie. Oprócz tego pracowałem, żyłem życie i robiłem rozmaitości, jak to człowiek. Słuchałem płyt, chodziłem do kina, jak to Kurtek (to swoją drogą dość wymowne, że do słuchania muzyki nie potrzebuję postanowień, a do czytania już tak, heh!).
W zeszłym roku doszedłem do miejsca (a może raczej to miejsce doszło do mnie), gdy moje postanowienia posypały się jak domek z kart. Nie tylko nie udało mi się zrealizować nowego postanowienia (w którego powodzenie nie wierzyłem od samego początku i samo to, że było one jedyne, nie mogło uratować mnie przed porażką — miałem pisać bazę danych, nie wracajmy do tego), ale też wcześniejsze postanowienia, realizowane od lat z zapałem, nie dały się tym razem okiełznać. Z czytelnika z potencjałem nie został ani czytelnik, ani potencjał. Aktywność fizyczna, zdziesiątkowana przez mnożące się delegacje i kontuzje, spadła ilościowo o czwartą część (nie jest to jedyna miara, ale jedyna, jaką mam), a japońskie słownictwo i gramatyka w najlepszym razie odrobinę się utrwaliły, ale na pewno nie poszerzyły. I choć wiem, że nie jestem w stanie (i nie chcę) w wolnym czasie być wyłącznie produktywny — mam potrzebę zalegania, osiadania, mitrężenia, niekwapienia się — to jednak gdzieś z tyłu głowy pod koniec zeszłego roku zapaliła mi się wątła kontrolka.
Mniej więcej w połowie grudnia zamiast o podsumowaniu sukcesów i porażek, zacząłem myśleć nad nadchodzącym styczniem i tym, co chciałbym sobie w nim obiecać. Wszystko to, co do tej pory i jeszcze więcej — podpowiadał jakiś odrealniony głos z offu. Zapytałem sam siebie, kneblując głos z offu, co wymaga najwięcej uwagi i pomyślałem o nadszarpniętej równowadze codzienności, jakimś głupim wirze, w który sam się wciągam, między innymi nawarstwiającymi się postanowieniami, które mają poprawić jakość mojego życia i mnie samego, ale ostatecznie nie zawsze wychodzi tak, jak sobie założyłem, a czasem jest nawet gorzej, bo gdy rzeczy nie idą, równoważnia przechyla się ku ekstremom. Dzisiaj mija pierwszy tydzień nowego roku i jak na razie jedyną rzeczą, jaką zrobiłem w stronę realizacji nowego, mocno nienamacalnego i niemierzalnego założenia, było nierobienie zbyt wiele. Coś tam pomachałem hantlem (pod wpływem influenserów fitness, napisałem „hantlą”, ale edytor podkreślił, to poprawiłem), przeczytałem kilka stron książki, ale ogólnie raczej pozwoliłem rzeczom być takimi, jakimi były.
Mógłbym w tym miejscu odtrąbić natychmiastowy sukces, bo swoje poczucie harmonii w tym czasie oceniam możliwie najwyżej, ale muszę uczciwie przyznać, że jedna istotna rzecz, która mogła tu sporo namieszać, a mianowicie — praca, została do dzisiaj zupełnie zamrożona. Gdy zalogowałem się rano po nieprzyzwoicie (nie jest mi wstyd) długiej przerwie, zalała mnie powódź cudzych problemów, które od teraz miały być również moimi. Jakoś przetrwałem, ale będę musiał skutecznie utrzymywać się na powierzchni tego wzbierającego co rusz strumienia przez bite osiem godzin, pięć dni w tygodniu. Jak w tym nie utonąć? Chciałbym móc dopisać w tym miejscu kolejny akapit ze złotymi radami, które n a p r a w d ę pomogą, ale na razie nie mam pojęcia. Mam pomysły, owszem, ale nie wiem, czy uda mi się wprowadzić je w życie, bym w istocie stał się w tym roku lepszym Kurtkiem.
Przed dwoma laty przywiozłem z Japonii białego darumę. Dopiero na jesieni odważyłem się namalować mu pierwsze oko, z tą samą niejasną intencją szeroko pojętej równowagi. To był ten symboliczny moment, mój własny początek nowego roku, który jednak jak dotąd nie zdołał umocnić się w moim myśleniu i działaniu. Czy uda mi się odzyskać emocjonalną kontrolę nad własnym życiem? O tym w kolejnym odcinku blogonoweli.
Yasunari Kawabata, „Głos góry”, wyd. Państwowy Instytut Wydawniczy, 1982
Zupełnie przypadkiem moja lektura „Głosu góry” Kawabaty zbiegła się z zapowiedzią przez PIW wznowienia powieści po blisko czterdziestu latach od oryginalnego wydania, które to właśnie znalazłem przed rokiem w antykwariacie. Lektura w dużej mierze kojąca, ale niepozbawiona realnych moralnych problemów i frapującej perspektywy — trochę jak filmy Yasujirō Ozu.
To opowieść pisana z perspektywy ojca rodziny, Shingo Ogaty, który zbliża się do emerytury i jego życie w ostatnim czasie zaczyna przynosić zmiany, które zauważa. Bywa, że nie potrafi sobie przypomnieć nazwiska czy twarzy znanej mu osoby albo tego, jak zawiązać krawat, choć robił to codziennie rano od czterdziestu lat, jego przyjaciele i znajomi umierają jeden po drugim na rozmaite choroby, a on sam zaczyna słyszeć tytułowy głos góry. Zgodnie z tradycją wzywa go tamten świat. Tymczasem na tym świecie jego myśli zaprzątają głównie nieudane małżeństwa obojga dzieci. Często też wraca wspomnieniami do czasów swojej młodości i niespełnionej miłości życia. W centrum powieści pozostaje też niezwykła więź Shingo ze swoją młodą synową, z którą rozumieją się bez słów.
Podobnie jak u Ozu to powieść pozornie pozbawiona zrywów akcji, choć nierzadko całkiem dramatycznie posuwająca się do przodu. Zawieszona w statecznych ramach powtarzalnej codzienności narracja — dramatów, jeśli już się wydarzą, nigdy nie akcentuje w sposób jakkolwiek sensacyjny. To wraz z częstymi wzmiankami o sezonowo zmieniającej się przyrodzie daje poczucie harmonii i naturalności, nawet jeśli Kawabata porusza tematy cokolwiek trudne. Trauma wojenna, zdrady, aborcje i samobójstwa to społeczny krajobraz księżycowy powojennej Japonii. Kawabata jednak jest dla swoich bohaterów łaskawy — oni zaś owszem, jak to w Japonii, nierzadko dywagują, jak ich działania ocenią inni — nie wahając się przy tym, by głośno wyrażać własne — im starszy bohater, tym bardziej niewybredne — osądy.
Sam Kawabata, któremu zarzucałem wcześniej (choć chyba nigdy publicznie), że powtarza te same myśli wielokrotnie różnymi słowami w różnych kontekstach, jest tu bardzo zdyscyplinowany. Kolejne podrozdziały czasem przyjmują formę przyjemnych impresji na temat codzienności, co jakiś czas skrupulatnie poprzetykanych analitycznym strumieniem świadomości głównego bohatera. Formalnie to doskonale nakreślona powieść, tematycznie pobudzające do refleksji ciekawą perspektywą wołanego przez górę bohatera slice of life, czy może raczej jinsei no hitokoma.
Maria Czubaszek napisała kiedyś dla Alibabek małą zabawną piosenkę zatytułowaną „Odkładana miłość”. W tekście zastanawiała się nad koncepcją, według której można by odkładać małe flirty na konto oszczędnościowe, z którego można by za wiele lat podjąć wielką miłość. Pomysł szalony, choć ubrany w strój sentymentalnej bossa novy, przystrojony dodatkowo dramatycznymi smyczkami, jawi się jako zupełnie zrozumiały wyraz romantycznej tęsknoty. Tęsknoty, która sama jednak prędko otrząsa się z własnych mrzonek i ostatnią zwrotką piosenki przywołuje się do porządku — „A gdy uzbieramy już tę wielką miłość, tę, o jakiej nam się tylko śniło, podejmiemy ją lub nie, bo okazać może się, że za późno na nią trochę jest”.
Sam jednak przez lata żyłem tym tęsknym marzeniem. Nie chodziło mi jednak o miłość romantyczną jako taką, ale o szczęśliwe i zrównoważone życie w ogóle. Żyłem romantyczną wizją dalekiego jutra, które wszystko zmieni, rozsupła stare węzły, wyrówna dawne bruzdy, na niebie domaluje tęczę, a wokół zakwitnie kwiatami. A ja — zrobię jedyne, co będzie do mnie należało, skulę się w tym kojcu szczęśliwości i tak, jak Bóg da, już pozostanę. Jakże to absurdalne marzenie! Jak w tej przestrodze, byś był ostrożny, czego sobie życzysz. Ale raz postawiony w wyobraźni obraz, jeśli damy mu się zakorzenić i rozpanoszyć w uniwersum naszych dążeń, może nie dać się skutecznie wyrugować już nigdy. Możemy umrzeć, śniąc o naszym kojcu szczęśliwości, nie zdając sobie sprawy ani z tego, że szczęścia nie da się zaprojektować, ani z własnego tragizmu, bo to marzenie można było już przecież dawno urzeczywistnić. Dużo o tych projekcjach zanotował w swoich „Rozmyślaniach” Marek Aureliusz, jeden z nielicznych zachowanych do naszych czasów klasycznych stoickich filozofów. „Wszystko jest mniemaniem” — pisał z przekonaniem i nie bez słuszności. W innym miejscu — „Każdy żyje tylko tą oto teraźniejszością, chwilką. Wszystko zaś inne alboś przeżył, albo niepewne”. I może w tej wyobrażonej niepewności właśnie tkwi jakaś szczególna słodycz, daleki promień realnie oświetlający i oślepiający, a przez to odbierający zdolność trzeźwego osądu.
Tymczasem już w samym założeniu, że szczęście może dać nam tylko osiągnięcie konkretnego rezultatu np. kupno mieszkania, powołanie na świat potomka, zasadzenie ogrodu, tkwi pewna tragiczna przekora. Im bardziej odsuwamy szczęście od siebie, im bardziej wizualizujemy sobie je w związku z czymś, co ma nas dopiero spotkać, wszystko jedno, czy poprzez cudowny traf, czy własną metodyczną pracę, tym bardziej prawdopodobne, że ta chwila, gdy nadejdzie, przyniesie nam rozczarowanie. Nic nie będzie takie, jak w naszym marzeniu, projektowana doskonałość nie ma prawa się ziścić — spontanicznie lub nie. Rzeczywistość nigdy nie dorówna wyśnionemu ideałowi. Projekcja szczęścia jest niemożliwa, bo nie jesteśmy w stanie wyreżyserować swojego życia jak filmu. Ale wyidealizowane wyobrażenia to nie jedyna przeszkoda w pełnym odczuwaniu tego, co dobre. Zbyt wysokie oczekiwania względem teraźniejszości, skupianie się na tych detalach, które nie pasują, zamiast na tych, które grają, także jest w stanie skutecznie obrzydzić nam samym i wszystkim wkoło najlepszy nawet moment. Wiem coś o tym. Takie widzenie świata zdarzało mi się (i czasem wciąż zdarza) na tyle często, że mógłbym napisać na ten temat doktorat i habilitację. Myślę, że z powodzeniem można by zresztą mówić współcześnie o pewnej instagramizacji szczęścia, tzn. sytuacji, w której forma rzeczywistości nieprzystająca do standardów znanych z mediów społecznościowych, staje na drodze do odczuwania satysfakcji. Decydujący jest zwykle oczywiście aspekt stricte wizualny, co z kolei prowadzi do bardziej powierzchownego odbioru i bardziej arbitralnej oceny rzeczywistości. Ale szukanie dziury w całym jest, a przynajmniej tak mi się wydaje, w pierwszej kolejności właśnie pokłosiem błędnych wyobrażeń, podobnie jak okładanie swojego szczęścia na potem w ogóle.
Nieprzystające do rzeczywistości wyobrażenia swojego szczęścia mogą mieć jednak głębszą przyczynę. A są nią próby usprawiedliwienia nieumiejętności życia tu i teraz, przynajmniej po części uświadomionej. Tak, wydaje mi się, było w moim przypadku. Od zawsze żyłem jedną nogą w świecie marzeń — banalnych, z perspektywy czasu całe szczęście, że niespełnionych — o światowym życiu w blasku reflektorów. Ale też w świecie marzeń, które trudno nazwać, a które w jakiś sposób same w sobie były własną realizacją. Bo jak określić inaczej niż marzeniem zaspokajaną w coraz większym jednak stopniu potrzebę obcowania z muzyką, objawiającą się w szeregu wariacji, choćby tak oczywistych jak pisanie recenzji płyt. Nie zrobiłem kariery ani na tym, ani z tego, ale od zawsze miałem świadomość, że te i tamte marzenia nie mogły iść ze sobą w parze. Moment, kiedy uświadomiłem sobie w jakimś stopniu, że życie mija mi na marzeniu, a ja sam rzadko kiedy jestem naprawdę obecny, był jeden i bardzo konkretny. W liceum, jakoś pod koniec którychś wakacji, wraz z wieloletnim przyjacielem, z którym wspólnie chodziliśmy do jednej klasy jeszcze w podstawówce, udaliśmy się na boisko naszej byłej szkoły — tak po prostu — posiedzieć, pogadać, popatrzeć na znajome mury. Ja już wtedy westchnąłem romantycznie za dawnymi czasami, które w mojej głowie zdążyły już stracić dawne krawędzie i osnuła je mgiełka nierzeczywistej idylli. Dałem się ponieść i wyraziłem moje sentymenty, ale ku mojemu zdziwieniu trafiłem na chłodny opór znajomego. Wtedy zdałem sobie sprawę, że to co czuję i robię, jest w jakiś sposób próbą ucieczki od teraźniejszości. Kilka kolejnych lat zajęło mi odfetyszyzowanie przeszłości, spojrzenie na nią krytycznie i z pozycji jakiegoś naturalnego przecież przywileju, że co było, już nie wróci, ja dzisiejszy natomiast mam władzę, choćby ograniczoną, iluzoryczną nawet, ale jednak władzę nad tym momentem tu i teraz. Szala jednak wkrótce przechyliła się nadto i fetyszyzować zacząłem przyszłość. Wbrew wszelkim przesłankom.
Bo nie chodzi tu o przyszłość, która wynika z mojej obecnej czy przeszłej przenikliwości, która rośnie na moich oczach, już teraz wydaje plony, które mogą wyłącznie rosnąć. To przyszłość najpewniej równoległa do tej, która ma się wkrótce ziścić. Równoległa jak w teorii równoległych wszechświatów. Któryś z niemożliwych ja z pewnością osiągnie to, co roi się w głowie faktycznego mnie. Ale cóż to za pocieszenie. Faktyczny ja znów ucieka. I czasem, owszem, ma ku temu powód, bardzo często — niekoniecznie. Ucieka z przyzwyczajenia, z wygody, ucieka do wewnątrz siebie (co paradoksalnie radził też wspomniany Aureliusz), ale już tam wewnątrz — hen, hen daleko, do świata niemożliwego mnie. Ucieka niejednokrotnie w stresie — przytłoczony tym, co dzieje się wokół i poza nim, ale wcale nie rzadziej, gdy przychodzi do zmierzenia się z konsekwencjami własnych zaniedbań. Zbyt często cierpię na brak równowagi. Uprawiam niezręczną ekwilibrystykę, cyrkowe rzemiosło bez asekuracji, ale i bez widowni. Gdy się wyłożę i połamię, być może nikt nie zauważy, ale czy będzie bolało mniej? W model współczesności wpisana jest bezwzględna i ustawiczna wielozadaniowość — tak w pracy, jak i poza nią, każdy wieczór jest wyborem, wokół bezlik możliwości i powinności, tyle terminów, które już minęły, ale może jeszcze nie jest za późno, by im zadośćuczynić. Tysiące rzeczy, których nie widać. Odkładając jednak na bok codzienne FOMO, pranie samo się nie rozwiesi, a podłoga nie umyje. Ale czy szczęściem jest akurat koniecznie nierozwieszanie prania i niemycie podłogi? Bynajmniej. Tylko gdy robi się to na szczudłach, po czasie, bez przekonania i w pośpiechu, trudno się na tym nie wyłożyć. Stan idealnej harmonii, który jako jedyny jest w stanie zapewnić warunki do szczęśliwego wzrastania ku świadomości, należy niestety w tej przeładowanej bodźcami rzeczywistości włożyć między bajki. Kto nie przespał do cna (dosłownie) swojego momentu egzystencjalnej równowagi, albo nie zajadł go chipsami z colą, oglądając maraton „Przyjaciół” po raz dziesiąty, niech pierwszy rzuci kamieniem.
Nie jest co prawda tak, że dopóki kobyła jakoś dycha, można jej dokładać. Ale zdrowa klacz musi nieść jakiś tobołek — jeden, drugi, trzeci, żeby poczuć swoją egzystencję, nadać jej sensu i zdobyć charakter. Mnie jednak nie chodziło wcale o szukanie szczęścia w bezkresnym nieróbstwie. Wręcz przeciwnie — przekonałem się swego czasu, jak nadmiar wolnego w parze z niepewnością jutra i brakiem konkretnego pomysłu na siebie są w stanie dać w kość. Jak Alibabki wypracowałem sobie raczej metodę skrupulatnego odkładania szczęścia na potem. Zbierałem z zapałem artefakty, które miały mnie kiedyś srodze uszczęśliwić. Kupowałem płyty, wyobrażając sobie dzień, gdy wreszcie rozłożę się beztrosko na sofie przy gramofonie i będę chłonął każdy dźwięk. Należało to bezsprzecznie odłożyć na później — nie posiadałem wszak sofy, ani przestrzeni, by ją wygodnie umiejscowić. Zapełniałem półki książkami, z nadzieją, że może kiedyś nadarzy się sposobność, bardziej fortunna niż niesatysfakcjonujące i zagonione tu i teraz. Szukałem meritum naprędce i bez szacunku dla dzisiaj, by w moich wyobrażeniach jutra czerpać z niego jak lord. Dziś trochę spuściłem z tonu. Staram się, o ile mogę, nie obudowywać się na przyszłość, nie odkładać ważnych lektur poza horyzontem, ale wciąż kupuję płyty, wyobrażając sobie sytuacje, w jakich mogłyby mi przynieść szczęście. Staram się jednak wybierać tak, by tej chwili, przez sam tylko przedmiot wyboru, nie odsuwać na dzień, który nie nadejdzie. Przez lata kupiłem np. co najmniej kilka tanecznych płyt na retro prywatkę, której nigdy nie zrobiłem — poza tym kontekstem jakoś nie wyobrażam sobie ich słuchać. Ostatnio z kolei zauważyłem u siebie większą inklinację do płyt folkowych, które dobrze skomponowałyby się z tym ogrodem, z którym w swojej wyobraźni powiązałem wszelką szczęśliwość. Równoważę to albumami, które dobrze współgrają z czytaniem — ambient, kameralny jazz, ewentualnie trio fortepianowe — nic szalonego.
Wszystkie te projekcje, których konsekwencją było koniec końców nie tyle odkładanie szczęścia na potem, co odsuwanie go na nigdy, sprawiły, że koniec końców w pewnym momencie przestałem zupełnie myśleć o sobie teraźniejszym w kategoriach jakiejkolwiek szczęśliwości. Szczęście lub nieszczęście nie mogło mnie dotknąć na etapie przygotowań do bycia szczęśliwym. Nie nabyłem jeszcze stosownej licencji, by taki traf mógł się mnie imać. Szczęście miało przecież dopiero nadejść. Dopiero wtedy miało się liczyć — jak gdybym miał u jakiejś wróżki, zaciągać w tym szczęściu długi. Znów Alibabki! Z matni, w którą sam wpadłem w ramach jakiegoś sposobu na życie, wydostałem się niełatwo. W pewnym momencie życie marzeniem zaprowadziło mnie w kozi róg. Sytuacja zupełnie obiektywna zmusiła mnie do rewizji kolejno wszystkich moich wyobrażeń o sobie i swojej przyszłości. I tak dotarłem też do tego domku z ogrodem na skraju lasu, którego jeszcze nie przepracowałem, ale wiem, że być może będę musiał go rozebrać w głowie cegła po cegle, przynajmniej na razie, by być szczęśliwym tu i teraz. A może kiedyś będzie mi dane zbudować go na nowo, tym razem na jawie.