Opublikowano

Problem pierwszego wilka

Problem pierwszego wilka

Bardzo stara mozaika z wilczycą


Niezmiennie jestem pod wrażeniem tego, z jaką samoświadomością człowiek potrafi opisywać rzeczy, które mu się przytrafiają i inne rzeczy, jakie w związku z tamtymi dzieją się w nim samym. Z jaką wnikliwością i czułością potrafi wewnętrznym nienamacalnym sprawom nadać kształtu, który może przekazać drugiej osobie.

Niezmiennie jestem przerażony i znudzony jednocześnie przewidywalnością bezrozumnych impulsów i reakcji tłumów. Pluciem jadem czy mieszaniem z błotem płynnie przechodzącym w histeryczne uwielbienie i bezbrzeżne oddanie na wieki wieków, albo i na odwrót, wszystko jedno.

Czuję się gdzieś pomiędzy. Wystarczający i niewystarczający. Niezupełnie ślepy, ale zdecydowanie nie w pełni widzący. Nie do końca zdatny, ale z całą pewnością nie niezdatny. Nie bezkształtny, ale kto miałby pewność co do tego kszałtu. O, tak sobie.

Od kiedy jestem człowiekiem, zastanawiam się co rusz, czy jestem zdolny więcej poczuć i znaleźć. Czy moje obecne starania, jakiekolwiek są, nie są aby zupełnie jałowe. Czy coś z mi z nich przyjdzie i czy będzie z tego coś, przy czym zatrzymam się i pomyślę, o, jednak znowu przekroczyłem siebie i nawet łatwo mi to przyszło, chociaż niemal straciłem nadzieję.

Mówi się, wiecie, że są dwa wilki.

Opublikowano

Bezruchu ciąg dalszy

Bezruch

Rutyna zjada własne dzieci


Bezruch, pomyślałem, a potem pomyślałem znowu i dotarło do mnie, że to już było. I to nie kiedyś, gdzieś, żadna to kartka z przeszłości, a jedynie proste zapętlenie. Z jednej strony jestem dumny z siebie, że porządkuję swoje życie w ramach jakiejś rutyny, pielęgnuję rytuały. Potem złoszczę się, że ta rutyna nie jest z gumy i nie jestem w stanie zmieścić w niej wszystkiego tego, co uznaję gdzieś w didaskaliach własnego życia za wartościowe. Ale też przyłapuję się na tym, że owa rutyna niczym walec spłaszcza kolejne doświadczenia, sprawiając że dni, tygodnie, miesiące, lata coraz bardziej zlewają się ze sobą. I w końcu sam nie wiem już, co było wczoraj, co jest teraz, a co chciałbym, żeby było jutro. Sens? Może jakiś, ale bez przekonania. Fatalnie.

A wszystko to pomimo rzeczy, które się dzieją. Moją największą tragedią (w olbrzymim cudzysłowie, rzecz jasna) jest być może to, że przestałem skutecznie umieć dobierać adekwatne tło muzyczne do rzeczy, które się dzieją. I to pomimo tego, że mam w kieszeni tysiąc plejlist na dwa kliknięcia. Muzyka jest wybierana, wybrzmiewa, ale jeśli zapytacie mnie za trzy lata. jaki był mój soundtrack lata 26, nie będę umiał odpowiedzieć. A pamiętam dokładnie, co stanowiło dominantę mojego muzycznego krajobrazu, gdy byłem w liceum, szedłem na studia, miałem doła wtedy a wtedy, włóczyłem się bez celu w sierpniowe wieczory, itd., itp. I co rusz próbuję wracać do różnych momentów z tamtego życia, które mam wgrane w mózgu jak zrzuty ekranu, i szukać w nich siebie. To też nie wychodzi. Ale przede wszystkim zastanawiam się, czy dorosłe życie i dorosła praca pozbawiły mnie pewnej szczególnej percepcji, która stanowiła, gdzieś wewnątrz mnie przed samym sobą, o mojej tożsamości. I czy to oznacza, że moje życie będzie odtąd kleić się coraz bardziej? Wszelką celowość zastąpi machinalność na skraju banału, a ja sam będę wyłącznie oglądał się wstecz, by choć trochę zmiarkować, o co chodzi i kim jestem? Fatalnie.

Jak na rok, który miałem poświęcić poszukiwaniu harmonii, czego ostatecznie wciąż nie udało mi się wpisać w codzienną rutynę, to dość rewolucyjny wniosek. Ale może niezbędny? Może rzucenie tego wszystkiego, cieplutkiej stabilności na etacie, i wyjechanie w mentalne Bieszczady, to warunek konieczny, żeby odzyskać poczucie sensu? A może to tylko majaczenie zmęczonego pracownika biurowego, któremu wydawało się, że pogodzenie się z porzuceniem szczeniackich marzeń o świetlanej przyszłości to jedyna cena, jaką przyjdzie mu zapłacić za dorosłość, a tymczasem rzeczywistość wyciąga rękę po więcej. To niezbyt pocieszająca konkluzja, ale przynajmniej powoli dochodzę do jakichś wniosków. Kolejne pytanie brzmi następująco — czy rutyna nie tylko stoi na straży porządku, ale też pogłębia kryzys poczucia sensu, a przez to rodzi frustrację i pogłębia dysharmonię? Czy to, co uznawałem za filar zdrowia, może w rzeczywistości prowadzić do niedającego się opanować kryzysu tożsamości (think: Michael Douglas stojący dziarsko z giwerą na tle swojego dotychczasowego życia na plakacie filmu Upadek)? Jeśli tak, to w rzeczy samej — fatalnie.