Opublikowano

Music lives on. A decade in life. 1970’s

Music lives on. A decade in life.

konwencjonalne skale ocen zawodzą z zderzeniu z naporem setek fenomenalnych płyt nagranych w latach 70.; ostatecznie czasem o kolejności decydują czynniki zupełnie pozamuzyczne — przywiązanie i ogólne wrażenie; ważna jest też bliskość tej muzyki — co z tego, że naście lat temu zasłuchiwałem się we wczesnonowofalowych wynalazkach, skoro teraz patrzę na nie jak na preparaty w słoikach — z ciekawością, ale i poczuciem obcości; ostatecznie wszystko sprowadza się do jednostkowego doświadczenia, które każdy z nas może zrealizować inaczej; nie zawsze te najlepsze płyty są rzeczywiście najlepsze — i będzie to prawda, jakkolwiek to zdanie zrozumiemy

*

dwie rzeczy, które zrozumiałem w mozolnym procesie składania tej listy w całość: może to starość, a może radość — bardzo polubiłem się z bluesem, ale nie takim klasycznym zawodzeniem przy gitarze, ale jako komponentem jakiejś większej, bardziej progresywnej gatunkowej mieszanki — i love me some blues; drugą rzeczą, która stała się mimowolną dominantą tej listy był laidbackowy mood — i znowu pytanie: starość czy radość?


Music lives on. A decade in life.

100.

electronic panorama: paris, tokyo, utrecht, warszawa 1970

do dziś nie wiem, czy to zabawne anachroniczne plumkanie, czy ponadczasowa biblia nowej akademickiej elektroniki z czterech stron świata. nigdy nie był to album, którego próbowałem słuchać w całości, ale do dziś przetrwał we mnie we fragmentach. jemu zresztą swoją nazwę i trzon programowy zawdzięcza panorama dźwięku. odległy, ale nadal matecznik. mandara


Music lives on. A decade in life.

99.

gloria gaynor never can say goodbye 1975

tytułowy utwór od lat był dla mnie jednym ze szczytowych momentów disco i choć kontekst płyty o tym samym tytule nie zdołał tego doświadczenia apgrejdować, z powodzeniem rozszerzył je na długogrający format. strona a, zmiksowana w jeden soczysty dwudziestominutowy megamiks, to niemal perfekcyjny dyskotekowy przelot — za pomocą klasycznych środków i doskonałego wykonania osiągający rejony parkietowej transcendencji. mniej żwawą i konsekwentną stronę b możemy w tym kontekście artystce wybaczyć. ♪ „”never can say goodbye”


Music lives on. A decade in life.

98.

skaldowie krywań, krywań 1972

miałem taki etap w życiu, jeszcze przed grandą brodki, kiedy z fascynacją szukałem elementów muzyki góralskiej w polskim popie i krywań, krywań skaldów był dla mnie jak dar gór. obecnie quasitytułowy utwór jest dla mnie momentami odrobinę przyciężki, ale całościowo album nadal zachowuje rezon, a i charakteru nie można mu odmówić. progresywny rock z góralskim twistem, rzecz zupełnie unikalna. ♪ „jeszcze kocham”


Music lives on. A decade in life.

97.

happy end kazemachi roman 1971

japończycy też mieli swoje happy end — zasadniczo odmienne od naszego. prekursorzy tamtejszego folk rocka, utożsamiani z nurtem new music, z harumim hosono i eiichim ohtakim w składzie, płytą kazemachi roman ufundowali swoisty kamień węgielny dla brzmienia japońskiego soft rocka, przynajmniej do czasu citypopowej rewolucji pod koniec dekady. to rzecz o tyle specyficzna, że mieszająca rozmaite stylistyki pożyczone zza oceanu — country, bluesa, folk — budująca z tego wszystkiego świadomość jakiegoś wspólnego brzmienia. nie można natomiast odmówić jej świetnych numerów, nawet jeśli czasem lepiej słucha ich się pojedynczo. ♪ „kaze o atsumete”


Music lives on. A decade in life.

96.

klan mrowisko 1971

szamanizm po polsku. dzięki pewnej teatralnej pierwotności zawsze umiałem wybaczyć mrowisku jego progrockowość. między (zbyt) gitarowymi solówkami rozlewa się gęsta psychodeliczna zupa, której nurt łączy jakiś wyśniony pradawny las, miejsce obrzędów, ze stojącą pośrodku szarej betonowej metropolii sceną — miejscem obrzędów po wtóre. ♪ „pejzaż z pustych ram”


Music lives on. A decade in life.

95.

roberto cacciapaglia the ann steel album 1979

zanim ktokolwiek usłyszał o hannie diamond, była ann steel, którą na potrzeby tej płyty skonstruował włoski wizjoner-minimalista roberto cacciapaglia. ta płyta to definicja motoryczności w muzyce i możliwie najbliższe japońskiego techno kayō i muzyce niezrównanej miharu koshi, co znajdziemy w europejskim popie (którą to analogię odkryłem dużo później niż ann steel, ona z cacciapaglią także zresztą wówczas wyprzedziła hosono i koshi o kilka lat). ♪ „sport et divertissement”


Music lives on. A decade in life.

94.

ramones ramones 1976

to zabawne, że nawet bez phila spectora na end of the century w 1980, ramonesi brzmieli momentami jak punkrockowa odpowiedź na the ronettes. ale może właśnie dzięki temu i dynamicznym surowym gitarom, brzmienie zespołu robiło dla mnie robotę. nie sposób zaprzeczyć, że ramonesi przez większość kariery grali w zasadzie ciągle jeden i ten sam numer, z tym że na debiucie wyszło im to zdecydowanie najlepiej. ♪ „blitzkrieg bop”


Music lives on. A decade in life.

93.

toto toto 1978

wszystko to, co najlepsze zawarło w swojej muzyce toto, znajdziemy już na ich błyskotliwym debiucie. są serowe gitary, fantastyczne refreny do zdzierania gardeł na stadionach i pan-jazzowe detale, które sprawiały, że ta muzyka nie tylko nie daje się zamknąć w szufladce niesprawiedliwie opisanej jako „kuriozalna” czy „z epoki”, ale sama na własnych zasadach jest w stanie współcześnie znaleźć drogę na półki z płytami i do serc koneserów gatunku. ♪ „i’ll supply the love”


Music lives on. A decade in life.

92.

elvis costello and the attractions armed forces 1979

elvis costello nie siedzi już w smutnym angielskim pubie popijając ale, tylko zdobywa szturmem amerykę. miesza inspiracje abbą, beatlesami i philem spectorem, żeby stworzyć swój bardziej popowy sound pod banderą the attractions. rezultat jest witalny, ale wciąż zadziorny, brzmienie większe, z retro twistem, ale w końcówce dekady nadal adekwatne. ale to znów kolejna z tych płyt, których ostatnio chętniej słucham do połowy. ♪ „oliver’s army”


Music lives on. A decade in life.

91.

marcos valle garra 1971

brazylijska samba kreatywnie wymieszana z amerykańskim soulem i funkiem — w dużej mierze na gładką masę, ale gdzieniegdzie z grudkami. całościowo garra jest być może mniej doszlifowana od hołubionego previsão do tempo z 73 roku, ale aranżacyjnie i songwritersko jest bardziej prostolinijnie słoneczna, co zawsze było dla mnie kluczową właściwością samba soulu. nieliczne potknięcia rekompensują tu potężne hajlajty. ♪ „com mais de 30”


Music lives on. A decade in life.

90.

ergo band / grażyna łobaszewska ergo band / grażyna łobaszewska 1978

ciekawa to płyta, można by pomyśleć, że w jakimś sensie split, bo przy aż trzech sposobnościach zespół porzuca solistkę i rusza w jazz-funkowy szał. łobaszewska wypada jednak fantastycznie: numery są wykonane z feelingiem, są melodyjne, teksty są raczej poetyczne i zawsze o czymś. zabrakło tu trochę zmysłu, jak ten album poukładać, ale wciąż łobaszewskiej z zespołem słucha się w formacie długogrającym milej niż dużo wyżej cenionej prońko z podobnego okresu (którą też lubię, ale raczej niestety wyłącznie singlowo). ♪ „gdybyś”


Music lives on. A decade in life.

89.

taeko ohnuki sunshower 1977

dla wielu to marynarskie okienko na okładce sunshower (w którym ja zawsze widzę drzwiczki pralki) to realne drzwi do świata city popu. i faktycznie najjaśniejsze punkty tutaj (prawie cała strona a) są wspaniałym przedłużeniem wspólnej płyty ōnuki z tatsuro yamashitą pod szyldem sugar babe (nieobecnej na streamach, a więc i w wyobraźni zachodnich słuchaczy), ale całość jest niestety ciutkę deko-boko — trochę słońca, trochę chmur. sam osobiście jestem raczej miłośnikiem solowej ōnuki w syntezatorowej odsłonie z lat 80., ale nie mogę i nie umiem zignorować sunshower — ostatecznie przez drzwiczki tej pralki i do mojego świata wpadło sporo słońca. ♪ „tokai”


Music lives on. A decade in life.

88.

marek grechuta / anawa anawa 1970

są we mnie dwa wilki. jeden z premedytacją wykluczył ten album na starcie. drugi, po namyśle, zdecydował, że grechuta powinien być reprezentowany przez coś więcej niż jedynie korowód i całkiem zasadnie wyłonił ten krążek jako drugi najlepszy w jego dyskografii. problem pierwszego wilka jest taki, że ten album to w jakiejś części grechuta banalny — teatralny monodram klasowego wrażliwca. są tu też momenty wybitne i mają przewagę, ale całość wciąż jest showcase’owa. tam gdzie korowód czy szalona lokomotywa opowiadają historie, anawa prezentuje krótkie scenki rodzajowe. w aranżach i wykonawstwie słychać oczywiście niewątpliwy talent, a większość opowieści potrafi chwycić za serce. ♪ „serce”


Music lives on. A decade in life.

87.

townes van zandt the late great townes van zandt 1972

choć alt-countrowy wrażliwiec townes van zandt tworzył w epoce płyt długogrających, nie uważam, że to odpowiedni format do odbioru jego twórczości. w latach 70. wydał w sumie cztery płyty — dwie bardziej rhythm&bluesowe, dwie folkowe — wszystkie świetne, ale żadna z nich nie wybija się zbytnio ponad pozostałe. z perspektywy the late great townes van zandt jest być może najbliższym komercyjnego sukcesu momentem w dyskografii tego wspaniałego, choć niedocenionego wystarczająco songwritera. „poncho and lefty” scoverowane dekadę później przez williego nelsona i merle’a haggarda stało się, niebezpośrednio, jednym przebojem na koncie zandta. ale late great ma do zaoferowania znacznie więcej — to akustyczny showcase zandta niepozbawiony wielkich życiowych pytań, zupełnie codziennych opowieści i nieszczególnie zgrabnego, choć na swój sposób ujmującego humoru, którego najbardziej zewnętrznym wyrazem niech będzie forma para-nekrologu, w jakiej ten krążek wydano, zgrywająca się zresztą tematycznie z nieoczekiwanym muzycznym finałem w „heavenly houseboat blues”. ♪ „if i needed you”


Music lives on. A decade in life.

86.

jacques brel les marquises 1977

album nagrany przez brela w tajemnicy po blisko 10-letniej przerwie i niespełna rok przed jego przedwczesną śmiercią. to dość paradoksalne, choć może tym wznioślejsze, świadectwo życia terminalnie chorego artysty, który jednak nie daje po sobie poznać słabości. to wspaniałe pożegnanie z publiką , porównywalne do tego, które 40 lat później urządził david bowie. nie jest to co prawda album, po który sięgam zbyt często, ale kojarzy mi się nostalgicznie i nie mogłem go pominąć. ♪ „les remparts de varsovie”


Music lives on. A decade in life.

85.

milton nascimento & lô borges clube da esquina 1972

współcześnie śmiało można nazwać ten album biblią brazylijskiego popu lat 70. rzecz jednocześnie wspaniała i dziwaczna, stworzona wspólnie przez młodziaka lô borgesa i jego idola — miltona nascimento, ale nagrana w większości jako kolekcja utworów każdego z nich z osobna na kanwie wspólnych ideałów i progresywnej stylistyki łączącej w jedno szeroki wachlarz inspiracji. i choć duża część utworów stąd to prawdziwa ekstraklasa mpb, do dziś nie udało mi się do końca znaleźć klucza do całości, zgodnie z oryginalną wizją twórców. ♪ „cravo e canela”


Music lives on. A decade in life.

84.

dr. john, the night tripper the sun, moon & herbs 1971

debiut dra johna to jedno z najbardziej niepowtarzalnych i najintensywniejszych doświadczeń dźwiękowych zamkniętych w formie longplaya, jakich doświadczyłem, a ten album z 71 roku był zawsze w mojej opinii jego najbardziej prawowitym sequelem, jeśli chodzi o brzmienie i formę. swamprockowy nowy orlean ufundowany na wyspiarskich gusłach i solidnie doprawiony orkiestrowym bluesem. ♪ „craney crow”


Music lives on. A decade in life.

83.

exuma exuma, the obeah man 1970

gdzieś pomiędzy debiutem dr. johna a calypso mighty sparrowa jest ta płyta. pochodzący z bahamów exuma w swojej muzyce łączy rozmaite wyspiarskie tradycje muzyczne, czego efekt brzmi z jednej strony autentycznie, z drugiej zaś progresywnie i witalnie. exuma odnosi się do folkowych tradycji regionu, ale jego muzyka ma oddziaływać na wyobraźnię zachodniego odbiorcy (płytę nagrano w nowym jorku na rynek amerykański). nie jest to więc w żadnej mierze projekt dokumentalny, a raczej urzeczywistnienie jakiejś wizji artystycznej, gdzie w centrum umieszczono tak fascynujące nas tutaj plemienne obrzędy i skojarzenia z voodoo. ale nie tylko tropikalny anturaż czy tożsama z nim rytmika, ale niekwestionowana melodyka tych nagrań stanowi o ich jakości. ♪ „exuma, the obeah man”


Music lives on. A decade in life.

82.

ryo fukui mellow dream 1977

przy całym niezmierzonym bogactwie muzyki japońskiej, ichniejszy jazz nigdy szczególnie mnie nie zajmował, choć okładka innej, słynniejszej płyty fukuiego — wydanego rok wcześniej scenery to od zawsze moje pierwsze automatyczne skojarzenie z japońskim jazzem. zupełnie bez związku z tym obrazem, jakiś czas później szukałem laidbackowego jazzu na urlop i mewa z okładki mellow dream przyciągnęła moją uwagę. to album, podobnie zresztą jak scenery, zupełnie z innej epoki, jak gdyby do japonii nigdy nie doszły progresywne rockowe fuzje, choć to przecież nieprawda. klasyczne cooljazzowe trio (z fukuim na fortepianie) w połowie reinterpretujące amerykańską klasykę, w połowie grające oryginalne kompozycje tak, że tylko przez znajomość tych pierwszym można odgadnąć co jest czym. laidbackowość, tytułowy łagodny sen, kończy się jednak wraz z pierwszym utworem — to nadal przyjemna płyta, ale bardziej żywiołowa niż myślałem, choć na tyle harmonijna, że pomimo tej żywiołowości pozwala człowiekowi odetchnąć. jeszcze kilka lat temu wolałbym zamiast niej jakiegoś bezbożnie dmącego w saksofon brötzmanna, ale że moje życie nie polega na przesiadywaniu w inteligenckich klubokawiarniach w tygodniu i szukam w muzyce lekarstwa dla życia na etacie, z przyjemnością i bez wstydu wybieram fukuiego. ♪ „mellow dream”


Music lives on. A decade in life.

81.

leon redbone double time 1977

płyta z samego jądra mojej komnaty osobliwości skupiająca jak w soczewce moją niedającą się logicznie wyjaśnić słabość do muzyki starej ameryki. redbone jest potwornie manieryczny, choć całkowicie inaczej niż inny z moich ulubionych muzycznych anachronistów — van dyke parks. jest kreskówkowy, double time brzmi jak soundtrack do zaginionej komedii braci marx. redbone mruczy, charczy i sapie do akompaniamentu inspirowanego w równych proporcjach glennem millerem i bobem willsem. ale elementem, bez którego cała ta zabawa w odkrytkowość pozostałaby jedynie atrapą, a który wypełnia tę płytę do cna i ostatecznie stanowi o niepodważalnej jej szczerości jest niedająca się podrobić żywa melancholia. ♪ „my melancholy babe”


Music lives on. A decade in life.

80.

the clash london calling 1979

clashe nie byli nigdy moim zespołem i na papierze łatwo mi ich zignorować, ale gdy tylko odpalę ten album, nie umiem i nie chcę zamykać na niego uszu. to ikoniczny przelot, mimo długiego playtime’u, wyładowany znakomitymi numerami stylistycznie dalece wykraczającymi poza nowofalowy brytyjski punk, do którego można by sprowadzić grupę na papierze. idealna płyta, by symbolicznie zamknąć dekadę. ♪ „hateful”


Music lives on. A decade in life.

79.

joni mitchell ladies of the canyon 1970

to chyba brzmieniowo moja ulubiona płyta mitchell, a sięgnąłem po nią zaraz gdy tylko odkryłem jej istnienie ze względu na „big yellow taxi”, które od dziecka zachwycało mnie swoją energią. z początku ladies było więc zawodem, bo tej energii nic na płycie nie dorównuje. z czasem jednak doceniłem cały wachlarz emocji i nastrojów joni w tym sielskim pan-folkowym wydaniu. ♪ „rainy night house”


Music lives on. A decade in life.

78.

ohio players gold 1976

straciłem rozum na kilka tygodni, gdy pierwszy raz usłyszałem „love rollercoaster”. w efekcie zacząłem szukać w dyskografii ohio players przedłużenia tego psychodelicznego orkiestrowego funku, ale album honey okazał się atrapą. ratunek pojawił się w dyskografii grupy ledwie rok później, gdy ukazało się gold — być może jedyny zbiór utworów grupy, którego należy posłuchać. definicja brzmienia funkującego soulu z ohio, o którym współcześnie trochę już zapomniano, a nadal buja aż miło. ♪ „love rollecoaster”


Music lives on. A decade in life.

77.

maryla rodowicz wsiąść do pociągu 1978

ta płyta to w zasadzie same zabawki osieckiej i mikuły, a maryla też jakby lżejsza niż zwykle. efektem jest najbardziej koherentny, jeśli chodzi o treść i brzmienie krążek rodowiczki. i to krążek witalny, świetlisty, cały skąpany jeśli nie w bossanowie, to przynajmniej w naszym polskim słońcu. ten pociąg to tylko pretekst, żeby ucieć od peerelowskiej szarugi, dać się ponieść chwili i poczuć to, co czyni to wszystko czegokolwiek wartym. ♪ „bossa nova do poduszki”


Music lives on. A decade in life.

76.

paul simon still crazy after all these years 1975

to lowkey płyta wszech czasów, przynajmniej w tej konkretnej chwili, gdy obraca się na talerzu. później o niej zapominam, ale to cudowny niezobowiązujący moodsetter lśniący za każdym razem, gdy przyjdzie jego moment. lowkey rozumiem też tytuł, choć wydawałoby się, że album powinien być dziki i upbeatowy. jest w nim coś przewrotnego z nutką goryczy. i taka, pomimo całej jej przytulności, jest też ta muzyka. lowkey tego właśnie mi potrzeba. ♪ „have a good time”


Music lives on. A decade in life.

75.

curtis mayfield superfly 1972

wolę mayfielda w wydaniu bardziej smooth, a superfly jest albumem na wskroś funkowym, muzycznym uosobieniem seksu, spluw i kokainy, którym ociekało kino blaxploitation lat 70. i wokół tego kręci się zresztą cała narracja na płycie, co czyni ją zdecydowanie bardziej specyficzną niż bardziej osobisty debiut i społecznie zaangażowane roots. mimo wszystko udało mi się z czasem znaleźć na ten gangsterski funk jakąś przestrzeń w sobie, bardziej za sprawą doskonałego songwritingu niż samego brzmienia. ♪ „no thing on me (cocaine song)”


Music lives on. A decade in life.

74.

david bowie low 1977

przez lata nie rozumiałem fenomenu low, ale któregoś jesiennego wieczora i na mnie przyszła pora. wszystko przez „warszawę” stanowiącą idealny pre-twinpeaksowy klucz do tego zimnego, choć niewątpliwie poetycznego krajobrazu ze strony b. gdyby rozciągnąć go także kreatywnie na stronę a i stworzyć dzieło nieco bardziej monolityczne w wymowie, raczej niż korzystające z przywileju rewersu i awersu, może i ja mógłbym się bardziej entuzjastycznie włączyć w toczące się wśród fanów i krytyków w kontekście tej płyty dyskusje o magnum opus bowiego. ♪ „warszawa”


Music lives on. A decade in life.

73.

the beach boys holland 1973

holland to beach boysi jesienni, beach boysi po przejściach. gdy zaczynałem zagłębiać się w ich dyskografię, nie mogłem uwierzyć, że album tak znakomity jak ten potraktowały po macoszemu nie tylko bezmyślne hordy ex-fanów ich potupajek o surfowaniu, ale także krytycy. to zaskakujący pomost pomiędzy sielską holenderską wsią (gdzie płytę nagrano) a wspomnieniem, może nawet wyobrażeniem o słonecznej kalifornii. i ten dystans, który dzieli jedno i drugie, odbywa się w dużej mierze w sferze snów — i taka właśnie jest ta muzyka. ♪ „the trader”


Music lives on. A decade in life.

72.

czesław niemen enigmatic 1970

ulotny punkt idealnej równowagi w dyskografii niemena — między piosenkowością a artystycznymi aspiracjami. enigmatic ze swoimi pompatycznymi progresywnymi aranżami może wydawać się pretensjonalne, ale w rzeczywistości wychodzi z serca, co niemenowi udało się tu doskonale wyrazić. ♪ „kwiaty ojczyste”


Music lives on. A decade in life.

71.

michel polnareff „polnareff’s” 1971

kolejna dziwna, ale satysfakcjonująca płyta z lat 70. polnareff ma tu pomysłów na więcej niż jeden album i decyduje się na mocny clash — wielkich post-chansonowych ballad w barokowych aranżach i espresyjnej orkiestrowej ściany dźwięku epoki psychodelicznego soulu. wszystko to nagrane w bitelsowskim duchu z dbałością o aranżacyjnego detale i wyczuciem ponadczasowych melodii. to stylistyczny i energetyczny rollercoaster, ale zrealizowany na kształt cyklu piosenek bez twardych lądowań między kolejnymi utworami. ♪ „nos mots d’amour”


Music lives on. A decade in life.

70.

stevie wonder innervisions 1973

gdy jako młody chłopak odkryłem nagrania wondera z lat 70., długo innervisions pozostawało dla mnie płytą między talking booksongs in the key of life — oczywiście niesłusznie, ale potrzebowałem czasu i własnego kontekstu, żeby odkryć tę muzykę po swojemu. wciąż nie jest to abum, którego słucham z przejęciem od deski do deski, choć poszczególne numery to absolutna ekstraklasa w dyskografii steviego. to przebojowy progresywnie wyprodukowany soul o wielu obliczach — wrażliwy, słoneczny, ale też dziarski i polityczny. największym problemem tej płyty jest to, że dwa lata później wonder wydał songs in the key of life, które zmiotło wszystko z planszy. ♪ „living for the city”


Music lives on. A decade in life.

69.

suicide suicide 1977

zderzenie z tą płytą w 77 musiało być szokujące, zakładając oczywiście, że dało się w ogóle na nią wówczas trafić, bo musiały minąć lata, żeby zainteresowali się nią krytycy i słuchacze. minimalistyczny syntezatorowy punk w mocno industrialnej tonacji z wokalami wychodzącymi z pozycji jakiejś intymności, ale zawsze ewoluującymi w kierunku lubieżności lub paranoi. cały ten projekt był zresztą szalenie prowokacyjny, włączając w to surowy, ale jednocześnie awangardowy elektroniczny krajobraz, który te utwory ilustruje — stanowiący znakomite uzupełnienie i kontrbalans dla jęków alana vegi. ostatecznie to jeden z najbardziej unikalnych brzmieniowo krążków lat 70. ♪ „ghost rider”


Music lives on. A decade in life.

68.

lou reed metal machine music: the amine β ring 1975

jeśli electronic panorama była założeniem programowym panoramy dźwięku, to metal machine music było jej emanacją. uwielbiam ten album na wielu poziomach: środkowego palca dla dużej wytwórni i fanów kosztem własnej kariery, odwagi i świadomości artystycznej reeda, ale też tego, jak ostatecznie ten śmiały pomysł zrealizowano. jeśli ktoś oczekuje melodii i refrenów, może poczuć się oszukany, ale to naprawdę fantazyjny kakofoniczny pejzaż dźwiękowy zbudowany na gitarowych przesterach i zabawie taśmą — na swój sposób niemy duchowy następca wielkiego „sister ray”. pewnie bez całego tego kontekstu by się nie obronił, ale przecież to właśnie cały ten kontekst jest wszystkim. ♪ „part 1”


Music lives on. A decade in life.

67.

marvin gaye i want you 1976

wielu pewnie za najbardziej sensualny krążek w repertuarze gaye’a uzna sławniejsze let’s get it on, ale mnie zawsze bardziej brało późniejsze o trzy lata i want you. z perspektywy wydaje mi się, że chodzi o strukturę, gdzie te same motywy melodyczne wracają po obu stronach płyty, spinając ją niczym klamra. ♪ „feel all my love inside”


Music lives on. A decade in life.

66.

the b-52’s the b-52’s 1979

na okładce napisano „play loud” i to była dobra rada. był moment, że dałem się ponieść temu absurdalnemu kosmicznemu queerowemu szaleństwu bez reszty i niczego nie żałuję. to nowofalowy dancing z surferskim rodowodem, jakby piotra szczepanika porwali obcy i zrobili go na skraju lat 80. frontmenem republiki — coś takiego. ♪ „planet claire”


Music lives on. A decade in life.

65.

aretha franklin amazing grace 1972

nie szukałem co prawda żadnych nowych płyt pod kątem tej listy, ale przysłuchałem się uważniej dyskografii arethy franklin z pierwszej połowy dekady — to mój ulubiony okres w jej karierze, wspaniale zebrany w całość hajlajtami na drugim dysku 30 greatest hits z 86 roku. i choć zarówno spirit in the dark, young, gifted and black/ oraz let me in your life to wspaniałe soulowe płyty, żadna z nich ostatecznie nie wytrzymuje bezpośredniego porównania z gospelowym amazing grace. franklin naprawdę błyszczy wokalnie w tym repertuarze w towarzystwie chóru i naprawdę daje się podnieść atmosferze, a ja razem z nią. przykładowo — nigdy nie przepadałem za tytułowym „amazing grace”, ale tutaj aretha nawet to potrafiła mi sprzedać. inspirujące na wielu poziomach. ♪ „how i got over”


Music lives on. A decade in life.

64.

eno here come the warm jets 1974

naprawdę doceniam ambientowe początki eno, ale nijak mnie nie biorą. another green worldmusic for airports słuchałem po raz pierwszy, na długo zanim oswoiłem się z naturą tej muzyki i znalazłem w niej coś dla siebie, ale rewizyta po latach nie przybliżyła mnie emocjonalnie do wizji eno. z kolei here come the warm jets było dla mnie zawsze płytą bez progu wejścia — szaloną eksperymentalną wariacją na temat glam rocka, w równej mierze piosenkową co awangardową, wciąż osadzoną wśród bliskich mi psychodelicznych tropów końca lat 60., ale jednak z bowiem, reedem i popem jako potencjalnymi punktami odniesienia. motywem, który zawsze mnie fascynował, a który odróżnia here comes the warm jets od swoich rówieśników, są dość klasyczne piosenkowe melodie stopniowo zatapiające się w hałasie. to też ciekawy debiut gwiazdy rocka, gdzie w roli głównej mamy człowieka, który przez większość swojej długiej i owocnej kariery krył się za bezimiennymi syntezatorowymi pejzażami. wszystko to oczywiście jest odpowiednio krzywe i niepokojące, jakby eno od samego początku traktował tę płytę jako rodzaj eksperymentu, może nawet żartu. i wcale mi to nie przeszkadza. ♪ „some of them are old”


Music lives on. A decade in life.

63.

moondog moondog 2 1971

wypatruję reedycji tej płyty od prawie 17 lat, gdy pewnej zimowej nocy pierwszy raz usłyszałem moondoga. wtedy, owszem, większe wrażenie robiły na mnie jego orkiestrowe kompozycje. zebrane na jego drugiej wielkoformatowej (wydanej nakładem columbii) płycie pastorałki-miniaturki stanowiły wówczas specyficzną przystawkę, które dopiero dużo później dojrzały we mnie jako osobny mood. grane na przeszkadzajkach mikrokompozycje rozpisane polifonicznie na głosy podług jakiejś średniowiecznej tradycji, choć stworzone według wszelkich koncepcji post-minimalistycznych, to osobliwy portal to jakieś zupełnie odrębnej nie-rzeczywistości. wspaniałego wewnętrznego świata wikinga z szóstej alei. ♪ „all is loneliness”


Music lives on. A decade in life.

62.

randy newman sail away 1972

choć od lat jestem miłośnikiem muzycznego sposobu bycia randy’ego newmana — z jego ochrypłym wokalem, podszytym wodewidelem piano rockiem, zabawnymi punchline’ami i wokalnym przestępowaniem z nogi na nogę. tam gdzie ja bym się pośpieszył, randy jest wyczilowany i tak przez wiele lat i płyt. sail away jest chyba najbardziej kompetentnym zbiorem jego piosenek z lat 70., ale nie jestem wcale szczególnie pewien, czy na pewno. potraktujcie go więc jako punkt wyjścia do większego zbioru tematycznego, którego ta lista nie mogła oddać sprawiedliwości w całej jego rozciągłości. ♪ „simon smith and the amazing dancing bear”


Music lives on. A decade in life.

61.

orchestre national de france / leonard bernstein milhaud: la création du monde 1978

pamiętacie amerykanina w paryżu gershwina? w takim razie może wam się spodobać francuz w brazylii! gdy po raz pierwszy usłyszałem nazwisko milhauda, obiecywano mi właśnie gershwina z elementami samby. i obietnica absolutnie została dotrzymana. ta zrealizowana przez francuską orkiestrę pod dowodzeniem leonarda bernsteina (który z gershwinem też przecież świetnie sobie radził) płyta to trzy kompozycje inspirowane podróżami milhauda do ameryki, brazylii i afryki. moja ulubiona — kończące album le boeuf sur le toit to melanż rozmaitych motywów melodycznych zgrabnie połączonych powracającym refrenem, który jean cocteau zamienił w osobliwy balet. i tu pomyślałem o strawińskim, którego echa też na swój sposób pobrzmiewają w tej muzyce. tym samym darius milhaud na tej jednej płycie dostarczył mi wszystko to, czego spodziewałem się po narodowym kompozytorze brazylii — hectorze villa-lobosie, a którego twórczość okazała się potwornie akademicka i sztywna. le boeuf sur le toit


Music lives on. A decade in life.

60.

billy joel 52nd street 1978

był moment, że zatonąłem bez reszty w muzyce billy’go joela. później uznałem ją za zbyt komercyjną, a ostatecznie na nowo dostrzegłem wartość w tej prostolinijnej przebojowości niesionej niezwykłą sceniczną i wokalną charyzmą joela. i to w zasadzie tyle — joel jest charyzmatyczny i umie pisać melodie, płytę produkuje phil ramone, a żeby 52nd street oddzielić jakoś od przełomowego the stranger wydanego rok wcześniej, joel zaprasza sekcję jazzową. to znakomity krążek na niezobowiązujący wieczór, gdy człowiek ma ochotę chwilę poudawać, że jest w nowym jorku, bez konieczności tłuczenia się dziewięciu godzin samolotem. strona a to poprockowa perfekcja, strona b robiłaby całkiem niezły followup, gdybym w międzyczasie nie zmienił płyty na inną. ♪ „zanzibar”


Music lives on. A decade in life.

59.

earth, wind & fire all 'n all 1977

earth, wind & fire można z całą pewnością słuchać z wielką przyjemnością bez zwracania uwagi na takie detale jak to, z jakich albumów pochodzą które utwory. przy bardziej klasycznym podejściu centralnym punktem ich kariery wydaje się z pewnością singlowe „september” z 78 roku i wydany równo rok wcześniej longplay all 'n all, na którym grupa wreszcie zmaterializowała pełen potencjał. to jedna z tych płyt, która przy pierwszym odsłuchu sprawia wrażenie, że znało się ją od lat, bo hip hop i r&b kolejnych dekad wydobyły z niej dziesiątki klasycznych sampli i refrenów. to także początek romansu grupy z afrofuturyzmem, który nakreślił dominantę ich stylistycznych zainteresowań na kolejnych kilka lat i jeden z tych idealnie gładko płynących funkowych krążków, gdzie nie sposób wyskipować choćby jeden numer ze względu na kosmiczną synergię całości. ♪ „runnin'”


Music lives on. A decade in life.

58.

george harrison all things must pass 1970

wszystko co najlepsze ocalało rozpad beatlesów trafiło na tę płytę — są wielkie popowe refreny podbite kontrolowaną melancholią, podawane charyzmatycznie, ale z pewną intymnością; jest progresywna produkcja na skraju psychodeli, która jednak już nie dominuje (phil spector pięknie wyciągnął wszystko to, co harrison miał w sobie na wyższy poziom) i wreszcie jest synergia — ostatecznie album ewoluuje w stronę rockendrollowego jamu, traktowanego przez słuchaczy raczej po macoszemu, ale ja to kupuję. tematyka tej płyty — duchowa, refleksyjna, szczera, ale niekoniecznie ewangelizująca w bezpośredni sposób, też mi odpowiada. jest w niej życiowego, co sprawia, że łatwo do niej wrócić w całości lub we fragmencie, zanurzyć się w niej na chwilę i poczuć się lepiej. ♪ „what it life”


Music lives on. A decade in life.

57.

pastor t.l. barrett and the youth for christ choir like a ship… (without a sail) 1971

zanim light in the attic reedytowało ten krążek w 2010 roku, w zasadzie nie istniał na jakiejkolwiek większej mapie kulturowej. a to być może jedna z najbardziej kompetentnych gospelowych realizacji płytowych. być może — bo ilekroć wracam do tego albumu, zastanawiam się, ile jeszcze takich zagubionych krążków przyjdzie nam odkryć. największe dwie zalety like a ship to jego autentyczność i nieszablonowość. pastor barrett wyszedł tu dalece poza kościelne standardy, nawet czarnych zgromadzeń protestanckich, realizując album jednak w ramach jego struktur. ale to nie dokumentalny rys, a nieskrępowana energia i czysta radość stojące u podłoża tej muzyki, sprawiają, że ponad pół wieku później nie słucha się go wyłącznie jako ciekawostki. ♪ „nobody knows”


Music lives on. A decade in life.

56.

steely dan can’t buy a thrill 1972

steely dan 101. kryzys wieku średniego, wersja wcale nie spektakularna: kolejny ciężki dzień w pracy, topniejąca wiara w sens życia i własne możliwości. z odsieczą przychodzi can’t buy a thrill, które nienarzucającą się przesadnie. harmonijną, bogatą aranżacyjnie oprawą sprawia, że wszystko to wydaje się odrobinę bardziej znośne. jest mi teraz strasznie głupio, ale zdaje mi się, że doskonale wszystko to rozumiem. ♪ „only a fool would say that”


Music lives on. A decade in life.

55.

devo q: are we not men? a: we are devo! 1978

czy w tym szaleństwie jest metoda? na pewno w tej metodzie jest szaleństwo. albo nawet: ta metoda to szaleństwo. nie wiem, czy dzisiaj dałbym się devo tak łatwo, ale wzięło mnie bez reszty, gdy pierwszy raz trafiłem na ten dziwaczny krążek lata temu — surowy i punkowy z jednej strony, z drugiej zupełnie surrealistyczny — trochę kosmiczny, trochę humorystyczny i na pewno trochę niepokojący. bo to płyta kwestionująca zdrowie psychiczne zarówno artysty, jak i słuchacza. można by ją nazwać głupią i byłoby to stwierdzenie faktu, nie obelga, gdyby nie to, że te numery są naprawdę chwytliwe, solidnie wyprodukowane i ostatecznie mimo wszystko mają jakieś meritum. ♪ „jocko homo”


Music lives on. A decade in life.

54.

yumi arai misslim 1974

gdy wziąłem ten album do ręki po raz pierwszy w paryskim sklepiku, właściciel powiedział żebym włączył sobie pierwszy numer na stronie b i wsłuchał się w bas. naturalnie kupiłem ten egzemplarz, a od tego czasu za każdym razem, gdy przewracam go na stronę b, wsłuchuję się w bas. druga płyta japońskiej maryli jest mniej ckliwa niż jej pianinowy debiut i bliższa funkowych ideałów city popu niż folkowego sznytu new music. długo nie byłem pewien, który album yumi powinien trafić na listę, ale odsłuchy rozwiały wszelkie wątpliwości. ♪ „anata dake no mono”


Music lives on. A decade in life.

53.

colin blunstone one year 1971

odessey & oracle, drugi album the zombies, swego czasu naprawdę rozświetlił moje życie, a najpoważniejszym kandydatem do roli jego adekwatnej kontynuacji po rozpadzie grupy, okazał się solowy debiut ich wokalisty colina bluntone’a. to, co u zombies było barokowo-rockowe, tu uszczuplono o bębny i gitary, i zrobiono kameralnie czy może nawet post-barokowo, głównie przy pomocy sekcji smyczkowej i aksamitnego wokalu blunstone’a. sentymentalne to mocno, ale mnie bierze. ♪ „caroline goodbye”


Music lives on. A decade in life.

52.

eric clapton 461 ocean boulevard 1974

dość dziwaczny soft spot między rockiem, bluesem, country a reggae, który zupełnie naturalnie lata temu doskonale odnalazł się w roli jednego z moich głównych feel good albumów. nie byłem nigdy fanem claptona, ale jego „i shot the sheriff” zakorzeniło się w mojej świadomości na tyle, że zdarzyło mi się podczas dyskusji o muzyce zapomnieć zupełnie o oryginale marleya. kolejny mocny punkt na mojej mapie laidbackowych płyt z lat 70. ♪ „mainline florida”


Music lives on. A decade in life.

51.

giorgio from here to eternity 1977

moroder ma w swojej dyskografii wiele dobrego, ale from here to eternity to jego najlepsza wizytówka. to kosmiczny przelot z twojego salonu wprost do gwiazd. album, który obudził moją wiarę w europejską elektronikę, gdy nie miałem jej w sobie ani trochę. ♪ „from here to eternity”


Music lives on. A decade in life.

50.

steve reich and musicians music for 18 musicians 1978

reich w swoim najbardziej ikonicznym wydaniu na pierwszy rzut ucha może pasować bardziej do galerii sztuki, ale jego muzykę wypełnia faktyczne życie. pulse


Music lives on. A decade in life.

49.

the nitty gritty dirt band will the circle be unbroken 1972

w swoim czasie szokujące spotkanie rockowych hipisów z weteranami bluegrassu zaowocowało albumem, który przeszedł do historii jako biblia gatunku z do dziś niedoścignionymi wykonaniami klasyki bluegrassu z lat 40. i 50. chciałem napisać, że to sól tej ziemi, ale bardziej adekwatnym określeniem byłoby sól tego piachu, a może po prostu piach. ♪ „tennessee stud”


Music lives on. A decade in life.

48.

david bowie „heroes” 1977

bowie z eno rozciągają swoje berlińskie ambientowe inspiracje na rockendrollową tkankę, tworząc surrealistyczny nocny krajobraz metropolii. całość zawsze wydawała mi się dużo bardziej zrównoważona niż hołubione low, mimo bardzo podobnego podziału materiału piosenkowego i środowiskowego między dwie strony płyty. ♪ „sons of the silent age”


Music lives on. A decade in life.

47.

anawa anawa 1973

anawa pokazuje, że bez grechuty wciąż ma meritum. aranże pawluśkiewicza ani trochę nie odbiegają tu poziomem od tych na korowodzie, choć mimo poetyckiej formy, zaucha w roli wokalisty raczej ugruntowuje ten projekt w jakiejś rzeczywistości, aniżeli go uskrzydla — co nie jest zarzutem. jest po prostu inaczej. tematem przewodnim są tu wielkie pytania, ale, co ważne, bez uzurpowania sobie prawa do udzielania jakichkolwiek odpowiedzi. ♪ „abyś czuł”


Music lives on. A decade in life.

46.

novos baianos acabou chorare 1972

swego czasu numer jeden na liście najlepszych brazylijskich albumów wszech czasów tamtejszej edycji rolling stone’a. ale nie wcale dlatego go wybrałem. w zasadzie to on wybrał mnie. nie da się zanegować witalności i energii płynących z tego kunsztownego samba-popu i gwarantuję, że żeby nie negować, wystarczy tylko jeden odsłuch. zdarza, że się, że brazylijskie płyty tamtego okresu mają wspaniały klimat, bogate aranże i doskonałe wykonawstwo, ale brakuje im melodii, co absolutnie nie jest problemem tutaj. ♪ „swing fo campo grande”


Music lives on. A decade in life.

45.

led zeppelin led zeppelin [iv] 1971

okazuje się, że w kontekście płyt lat 70. mam słabość do bluesa w różnych mieszankach gatunkowych i gdy wróciłem do tej płyty, to w połączeniu z klasycznym rockiem i folkiem ujął mnie szczególnie. nie jestem fanem „stairwaya”, ale też wszystko inne tutaj (poza „four sticks” naturalnie) przemawia do mnie nieprawdopodobnie bardziej na różnych poziomach. to klasyczny rock najlepszej możliwej próby. ♪ „going to california”


Music lives on. A decade in life.

44.

the beach boys love you 1977

to raczej cult classic fandomu beach boysów, niż powszechnie uznany majstersztyk. i być może byłbym wśród tych, którzy przysłuchują mu się z niedowierzaniem, gdyby nie wypadki pewnej sylwestrowej nocy, kiedy przedzierałem się przez zaspy w totalnej śnieżycy w jego akompaniamencie. psychodeliczne syntezatory okazały się trafioną (choć nie komercyjnie) odtrutką na disco i tchnęły nowe życie w grupę będącą w owym czasie na skraju wypalenia. można też słuchać love you ironicznie, pozwalam. ♪ „let us go on this way”


Music lives on. A decade in life.

43.

brigitte fontaine, areski belkacem & art ensemble of chicago comme à la radio 1970

brigitte fontaine jest szalona, co doskonale współgra z avant-jazzowym akompaniamentem panów z art ensemble of chicago. fontaine wynosi tu poetykę chanson na wyższy, dość surrealistyczny poziom. to jak podróż do innego świata. niezbyt przyjazne miejsce do zamieszkania, ale takie, które zdecydowanie ciekawie czasem odwiedzić. ♪ „comme à la radio”


Music lives on. A decade in life.

42.

tomaž pengov odpotovanja 1973

klasyk słoweńskiego andergrandowego folku, który aż do zeszłego roku był zupełnie poza obiegiem streamingowym, a dla mnie był trochę jak płyta-duch, dźwięcząca mi gdzieś z tyłu głowy, ale niedająca szansy na spotkanie. nie rozumiem ani słowa po słoweńsku, ale to piękny, szczery, akustyczny folk, któremu trudno nie dać się zahipnotyzować. ♪ „cesta”


Music lives on. A decade in life.

41.

magda umer magda umer 1973

najpierw zakochałem się w barokowych aranżach, których tak brakowało mi w polskim popie tamtego okresu, później zasłuchałem się w miękkim, ale jakże plastycznym wokalu umer, a wreszcie odkryłem poetyczne teksty, które zostaną ze mną na zawsze. zacząłem od „koncertu” i „stroju”, a teraz nie mogę żyć bez „kasztanów”, „jeżeli nie myślisz” czy „faz”. to już nie tylko płyta, to recepta na dobre życie. ♪ „fazy”


Music lives on. A decade in life.

40.

steely dan aja 1977

w mojej pierwotnej notce sprzed pół roku napisałem, prosząc nie wprost o wybaczenie, że nie aspiruję do miana miłośnika steely dan, czego dowodem jest brak aji w zestawieniu. widzicie jednak, że od tego czasu wydarzyły się rzeczy i najwyraźniej oficjalnie wszedłem w wiek średni. od teraz moją główną wieczorną rozrywką będzie słuchanie tej płyty na drogim sprzęcie stereo złożonym m.in. z bardzo wielu kabli ze złotymi stykami i popijanie whisky. obecnie pracuję nad częścią tyczącą się kabli, nadal nieszczególnie lubię whisky, ale płytę, co mam nadzieję widać, już mam. ♪ „peg”


Music lives on. A decade in life.

39.

yellow magic orchestra solid state survivor 1979

mamy kraftwerk w domu, edycja kurtkowa. niemiecka myśl techniczna niewątpliwie dała japończykom wiatr w żagle, ale rozwinęli ją w stronę popu i emocji w sposób absolutnie niedostępny żadnemu niemcowi. to moment, gdy w japonii defacto rozpoczęły się lata 80., a yellow magic orchestra zrewolucjonizowali tamtejszy pop, nadając mu nie tylko brzmienie i kształt, ale także rozszerzając pole jego zainteresowań. ♪ „solid state survivor”


Music lives on. A decade in life.

38.

maryla rodowicz cyrk nocą 1979

ultimate maryla. cyrk nocą to low-key jej best of, jeśli jako kryterium przyjmiemy ponadczasowość i jakościowość kompozycji, a nie jedynie ich popularność. „konie” to 11-minutowe transcendentalne progresywne smutne post-disco i jeden z najlepszych momentów w historii polskiej muzyki, ale ten mood rozciąga się tu właściwie na cały krążek (z wyjątkiem jazzującego epilogu — wciąż adekwatnego w kontekście cyrkowego motywu). to łaskawe porachunki z samą sobą na półmetku życia w wykonaniu genialnego duetu osiecka-rodowicz. ♪ „gdzie są ci chłopcy”


Music lives on. A decade in life.

37.

mighty sparrow hot and sweet 1974

mighty sparrow, prawowity król calypso, wyrósł w ostatnich latach na jednego z moich ulubionych artystów w ogóle. a poznaliśmy się przed laty właśnie dzięki hot and sweet, przez vana dyke’a parksa, który produkował ten okrzyknięty międzynarodowym debiutem sparrowa krążek (co nie było do końca prawdą, ale kto powiedział, że nie można debiutować międzynarodowo kilkakrotnie). sparrow dla trynidadu i tobago oraz muzyki calypso był kimś pomiędzy bobem marleyem a frankiem sinatrą. to świetny showcase jego stylu i charyzmy, z zastrzeżeniem, że tutaj przygoda ze sparrowem dopiero się zaczyna, nie kończy. ♪ „memories”


Music lives on. A decade in life.

36.

zbigniew wodecki zbigniew wodecki 1976

cieszę się, że mogłem przeżyć drugą młodość tego krążka, towarzyszyć wodeckiemu i mitchom na premierowym koncercie na offie, a rok później nawet osobiście zamienić z nim kilka zdań. i może dlatego wciąż mam poczucie, że choć te piosenki poznała już cała polska, to one wciąż gdzieś w głębi mnie są tylko moje. cudowna polska diy bossa nova. ♪ „wieczór już”


Music lives on. A decade in life.

35.

jorge ben áfrica brasil 1976

jorge ben za sprawą mitchów łączy się z wodeckim nicią międzykontynentalnego porozumienia. ben to szara eminencja mojej miłości do muzyki brazylijskiej, a áfrica brasil zapisało się w mojej pamięci jako moje pierwsze spotkanie z jego muzyką i choć według wielu nie jest to wcale najlepszy krążek bena z lat 70., dla mnie, może ze względu na inną ponadkontynentalną nić prowadzącą z brazylii do afryki, zawsze będzie centrum jego dyskografii. wspaniała definicja samba-funku i moja ulubiona odsłona brazylijskiego trubadura. ♪ „taj mahal”


Music lives on. A decade in life.

34.

yukihiro takahashi saravah! 1978

zanim takahashi, wokalista yellow magic orchestra, stał sę pierwszorzędnym technopopowym producentem, w latach 70. pozował w smokingu przed wieżą eiffela i nagrywał cudownie pokraczne pre-synthpopowe covery amerykańskich i europejskich standardów, na czele z „volare”, „c’est si bon” i „mood indigo”. to pozycja dla koneserów trzymania dystansu do własnego poczucia estetyki i szeroko pojętej laidbackowości w piosenkach w ogóle. ♪ „moon indigo”


Music lives on. A decade in life.

33.

bob dylan & the band the basement tapes 1975

w drugim peaku artystycznym dylana w środku lat 70., idealnie między blood on the tracksdesire ukazał się ten zapis na wpół archiwalnych faktycznie piwniczych sesji dylana i grupy the band. to trochę takie szanty dla ludzi, którzy nigdy nie byli na morzu, bo nie wychodzili z piwnicy. dylan brzmi rozkosznie nosowo, a całość jest surowa, nieśpiesznie rozciągnięta i bardzo swojska w countrująco-bluesowym tonie. w sam raz dla mnie. ♪ „goin’ to acapulco”


Music lives on. A decade in life.

32.

caetano veloso transa 1972

surowy, bębniący, frenetyczny, wciąż tropikalny, ale gorzkawy. jakże inny od tropikalnego debiutu caetano, ale jakże fascynujący. nie wracam do transy zbyt często, ale gdy już wracam, słucham od deski do deski, jak zahipnotyzowany. ♪ „nine out of ten”


Music lives on. A decade in life.

31.

john fahey fare forward voyagers (soldier’s choice) 1973

fahey zawsze będzie dla mnie absolutnym mistrzem gitary, a fare forward voyagers to jego magnum opus. na kanwie amerykańskiego prymitywizmu wyrastającego z bluesowego folku przelewa na trzy retrogresywne suity swoją fascynację klasyczną muzyką hindustańską. poezja. ♪ „fare forward voyagers”


Music lives on. A decade in life.

30.

halina frąckowiak i sbb geira 1977

funk i blues spotykają się tutaj w totalnie niespodziewanym kosmicznym anturażu na kanwie bezkompromisowo progresywnego popu z fantastycznymi melodiami. jedyny mankament to niestety mało przestrzenna realizacja nagrania, którą na szczęście trochę wyciągnięto w zremasterowanej wersji. frąckowiak miała w swojej dyskografii sporo piosenkowych hajlajtów, ale albumowo geira nie miała poważnej konkurencji. album, który jest odrobinę za bardzo pośrodku zarówno dla słuchaczy rocka, jak i miłośników polskiej estrady, stąd wciąż trochę zmarginalizowany. ♪ „śnij tylo szczęście”


Music lives on. A decade in life.

29.

elvis costello my aim is true 1977

patrz ↓↓↓ ♪ „less than zero”


Music lives on. A decade in life.

28.

elvis costello & the attractions this year’s model 1978

zrobiłem kiedyś taką listę, która wykorzystując już wówczas zupełnie anachroniczne środki niemalże nie-multimedialne, miała być wyrazem jakiegoś dorosłego influensingu, zanim jeszcze świat opanowali profesjonalni influenserzy — 99 najfajniejszych rzeczy. dwiema centralnymi postaciami tam byli buddy holly i właśnie elvis costello, który na skraju liceum i studiów wkradł się do mojego życia szturmem i co tu dużo kryć — chciałem być taki jak on. uwielbiałem jego post-rockendrollowy charakter w epoce narodzin nowej fali (która wtedy zupełnie mi nie leżała) i jego counterkulturowość przy zachowaniu jakiejś pozycji w mainstreamie. teraz jeśli już go słucham, otwieram oczy i uszy szerzej i ta rockendrollowość jest jedynie jakimś akcentem, który doceniam, ale sytuacja jest bardziej złożona. pomaga na pewno to, że mogę już nostalgicznie wspominać okres, gdy costello był dla mnie ikoną, jak gdybym w tym 78 miał 18 lat (chociaż cieszę się, że tak nie było). niezależnie od tego mogę z całą pewnością napisać, że elvis to był gość. a dwa jego pierwsze albumy, this year’s modelmy aim is true (z niewielką, ale jednak pewnością, że w tej kolejności), to po latach wytężonych odsłuchów, odpoczynku od odsłuchów i powrotów do odsłuchów, jego najlepsza wizytówka i pierwszorzędny dowód implikowanej fajności. ♪ „pump it up”


Music lives on. A decade in life.

27.

curtis mayfield curtis 1970

debiut mayfielda pokazuje jego dwie strony — psychodeliczno-funkową i pre-quietstormową — ale słuchając go, nie ma się poczucia dysonansu. to fantastyczny orkiestrowy soul zrealizowany w duchu epoki, który uwypukla niezwykłą wrażliwość i kreatywność mayfielda, którego można w zupełności postawić w jednym szeregu z wonderem, gaye’m czy hathawaye’m, jeśli chodzi o tuzów soulu lat 70. ♪ „give it up”


Music lives on. A decade in life.

26.

the beach boys surf’s up 1971

wokół niewykorzystanego odrzutu z sesji do porzuconego smile kilka lat później beach boysi zbudowali cały album — być może najmroczniejszy i najbardziej nostalgiczny zarazem w dyskografii grupy, przedstawiający wszystko to, cokolwiek stworzyło i zgubiło smile w perspektywie. to też jedna z pierwszych płyt grupy, na które trafiłem ze względu na słowo „surf” w tytule — do teraz pamiętam swoje zdziwienie graniczące z niezgodą na to, co usłyszałem. tak też pomyślało zapewne wielu niegotowych na ten bagaż emocjonalny wtedy, w 71 roku. a ta płyta jest w dużej mierze o godzeniu się na to, że rzeczy zmieniają się i z czasem dobiegają końca. w tym kontekście jako epilog pewnej przeprawy dość abstrakcyjne wcześniej tytułowe „surf’s up” nabiera dopiero właściwego sensu. ♪ „disney girls (1957)”


Music lives on. A decade in life.

25.

makoto kubota & the sunset gang hawaii champroo 1975

japońska odkrytka współcześnie spopularyzowana na zachodzie chyba przede wszystkim dzięki temu, że w grupie kuboty grał na bębnach młody haruomi hosono. to od dłuższego czasu numer jeden na mojej laidbackowej plejliście. to folk, pop i rock jednocześnie (czy inaczej: nyū myūjikku), gdzieś pomiędzy okinawą a hawajami z domieszką tropikalnego country. któż tak jeszcze kiedykolwiek grał? ♪ „haisai ojisan”


Music lives on. A decade in life.

24.

billy joel the stranger 1977

stranger był moim wprowadzeniem do joela i chyba dlatego zawsze będzie zajmował w moim sercu szczególne miejsce, nawet jeśli z perspektywy czasu jest tu kilka numerów, które nazwać można naiwnymi czy normickimi. mimo wszystko ten album wyraża jakieś sentymenty, które wciąż są w mnie żywe — to święto buńczucznej i pulsującej młodości, stawiającej na szczerość i rock & roll. ♪ „scenes from an italian restaurant”


Music lives on. A decade in life.

23.

juilliard streichquartett schoenberg: die streichquartette 1977

ten straszny schoenberg, nie tylko zaciekły dodekafonista, zapewne też platfus! zniszczył życie milionom melomanów i wciąż zasadza się po więcej. to wydawnictwo to historia jego ewoluującego stylu i filozofii zilustrowana na gruncie kwartetów smyczkowych w pierwszorzędnym wykonaniu muzyków z juilliard — od powagnerowskiego poromantyzmu po pełne urzeczywistnienie muzyki atonalnej, mającej zupełnie zmienić oblicze sztuki, którą zwykliśmy nazywać współczesną. nie sposób traktować go jednak jako wydawnictwa przede wszystkim historycznego (choć wytwórnia zrobiła wiele, by tak właśnie było) — to przede wszystkim piękne kompozycje, złożone w formie, dramatyczne z natury. gdy schoenberg miał już wszystko rozpracowane i kończył swój ostatni kwartet w 36, już na obcej amerykańskiej ziemi, do samego końca w głębi serca pozostał romantykiem. i lubię o tej muzyce myśleć właśnie jako o dekonstrukcji romantyzmu — pełnej pasji intelektualnej analizie porywów serca i zrywów historii. string quartet no. 3, op. 30: 4. rondo. molto moderato


Music lives on. A decade in life.

22.

hank williams 40 greatest hits 1978

historia hanka williamsa zakończyła się tragicznie w 53 roku, ale dla mnie zaczęła się dopiero w 78 wraz z tą płytą, a w zasadzie wiele lat później gdy wygrzebałem ją przypadkiem z kosza „wszystko za 20 złotych”. od tego czasu wrosła we mnie, stając się nie tyle jedną z płyt, co płytą zupełnie domyślną. to nie muzyka, której się słucha lub nie, to życie, którym się żyje. wszystko, co tu zapisano, jest prawdą i nie istnieje nic więcej, co należałoby dodać. taka to jest płyta. ♪ „i’ll never get out of this world alive”


Music lives on. A decade in life.

21.

alibabki zagrajmy w kości jeszcze raz 1977

liczę, że któregoś dnia zagrajmy w kości uda się wypromować wśród narodu w podobny sposób, co zapomniany jeszcze nie tak dawno debiut wodeckiego. alibabki podobnie jak on sięgnęły tu po bossa novę, która ożywiła te dość tradycyjne w przeciwnym razie na wskroś estradowe piosenki. oczywiście nie śpiewały tu byle czego — to dziesięć cudownie uroczych utworów-zabaweczek napisanych m.in. przez osiecką, czubaszek, kleynego czy młynarskiego do muzyki ptaszyna, mikuły czy karolaka. ♪ „zagrajmy w kości jeszcze raz”


Music lives on. A decade in life.

20.

joy division unknown pleasures 1979

absolutny mood, którego doświadczyłem całym sobą podczas gwałtownego odkrycia istnienia joy division wiele lat temu. nie jest to moja macierzysta tkanka, ale duch tego grania wniknął we mnie do głębi i nie wyobrażam sobie swojej wrażliwości bez tej betonowej materii — szarej, szorstkiej i przydymionej czarnym smogiem. ♪ „day of the lords”


Music lives on. A decade in life.

19.

ryuichi sakamoto thousand knives of ryuichi sakamoto 1978

przez lata twierdziłem, że strona b tego krążka to byłby mój wybór do audycji „pół perfekcyjnej płyty”, ale jakoś w międzyczasie oswoiłem się z dwoma bardziej elektroakustycznymi numerami ze strony a. retrosyntezatory sakamoto nie przystają może do współczesnego świata, ale za każdym razem pięknie ożywają w mojej wyobraźni. pomyślcie: „ucieczka do tropiku” bilińskiego, ale po japońsku. ♪ „the end of asia”


Music lives on. A decade in life.

18.

stevie wonder talking book 1972

gdy po raz pierwszy na spontanicznej nocnej posiadówce u znajomego usłyszałem „you are the sunshine of my life” prosto z winyla, moje życie zmieniło się na zawsze. zakochałem się w analogach i odkryłem, że stevie wonder to nie tylko „i just called to say i love you”. obiektywnie — to chyba najbardziej nierówna stylistycznie z czterech złotych płyt wondera z lat 70., ale była przedmiotem mojej fascynacji przez tyle czasu i tyle jej zawdzięczam, że nie byłem w stanie jej pominąć. wracam do niej zresztą wciąż często i często też słucham jej w całości, a moje ulubione momenty z czasem ewoluują, co świadczy niewątpliwie o sile tego natchnionego materiału. ♪ „maybe your baby”


Music lives on. A decade in life.

17.

paul & linda mccartney ram 1971

najbardziej beachboysowa płyta beatlesa musiała rzecz jasna trafić w mój gust i ostatecznie także na tę listę. mccartney jest obłąkany, słoneczny, w równej mierze post-rockendrollowy co post-psychodeliczny, żongluje pomysłami, ma fenomenalne melodie i całkiem progpopowe aranże. któregoś razu przeszła mi przez głowę bluźniercza myśl, że być może ram jest właściwym sequelem beachboysowskiego smile i do dziś nie potrafię się jej pozbyć (choć dzielę się nią nieśmiało po raz pierwszy). to być może ogólnie moja ulubiona płyta z całego beatlesowskiego uniwersum, choć piszę to z pewnym zawahaniem. ♪ „monkberry moon delight”


Music lives on. A decade in life.

16.

david bowie aladdin sane 1973

ziggy stardust leci to ameryki i rozszerza swoją kosmiczną wizję połamanego soulującego rockendrolla na kolejną perfekcyjną płytę. brakuje mu może tutaj definitywnego przeboju, ale całościowo melodycznie i aranżacyjnie jest nawet bardziej wyszczekany. potrzebowałem tego sequela, a on nie tylko na tę potrzebę odpowiedział — dał mi znacznie więcej. posłuchajcie „time” — makabrycznego tańca — nie bezpośrednio ze śmiercią, a z czasem — jej najwyższym namiestnikiem, gdzie w jednym utworze kotłują się awangardowy jazz-rock i duch kurta weilla. ♪ „time”


Music lives on. A decade in life.

15.

nara leão dez anos depois 1971

patrz ↓↓↓ ♪ „garota de ipanema”


Music lives on. A decade in life.

14.

françoise hardy la question 1971

obie te płyty to jakby dwie połowy jednej całości. obie ukazały się w 71 roku, obie zostały nagrane w paryżu i obie akustycznie zaaranżowała gitarzystka bossa novy tuca. obie śpiewane są przez eteryczne piękności i można je przedstawić jako definicję muzycznej wyrafinowanej subtelności. różnią się głównie przedmiotem — nara dziesięć lat po swoim debiucie (stąd tytuł płyty) wraca do repertuaru klasycznej bossa novy, od którego w międzyczasie odeszła, i reinterpretuje je w kameralnym anturażu. repertuar hardy jest nawet bardziej intymny, w równej mierze podszyty melancholią i erotyką. ♪ „même sous la pluie”


Music lives on. A decade in life.

13.

fleetwood mac rumours 1977

to z dużym prawdopodobieństwem najlepsza poprockowa płyta w historii muzyki, perfekcyjnie przebojowa, doskonale równoważąca zarówno temperamenty członków zespołu, jak i wykonywany repertuar. dość paradoksalnie moje hajlajty na krążku to raczej te mniej popularne numery jak „never going back again”, „second hand news” czy „i don’t want to know”, ale całości wciąż słucha się wyśmienicie, bez żadnych skipów. ♪ „never going back again”


Music lives on. A decade in life.

12.

marek grechuta / anawa korowód 1971

dzięki tej płycie na pierwszym roku studiów rozbudziła się moja miłość do polskiej piosenki. niby słyszałem wcześniej setki razy „dni, których nie znamy”, ale wszystko co dzieje się na korowodzie wokoło tego numeru absolutnie wbiło mnie w fotel. nie spodziewałem się wówczas po grechucie takiej charyzmy (czy wręcz zaciętości interpretacyjnej), a po anawie takiego bogactwa aranżacyjnego. to wyniesienie piosenki estradowej i poetyckiej na zupełnie nowy poziom i wczesne arcydzieło z annałów polskiego rocka jednocześnie. ♪ „niebieski młyn”


Music lives on. A decade in life.

11.

simon and garfunkel bridge over troubled water 1970

ostatni wspólny album simona i garfunkela jest zdecydowanie ich najlepszym. kiedyś zupełnie przypadkiem usłyszałem w radiu tytułowy numer, który znałem wówczas z reinterpretacji arethy franklin, i doznałem go na jakimś transcendentalnym poziomie, do tego stopnia, że błyskawicznie kupiłem płytę, nie mając jeszcze nawet gramofonu. i tu znowu paradoks — zwykle nie oceniam albumów utwór po utworze — liczy się przede wszystkim ogólne wrażenie, ale gdybym to robił, średnia ocen byłaby minimalnie wyższa, niż ocena wrażeniowa całości (co w zasadzie mi się nie zdarza) — to raczej zbiór świetnych utworów niż świetny zbiór i chyba tylko dlatego znalazł się poza pierwszą dziesiątką. ♪ „so long, frank lloyd wright”


Music lives on. A decade in life.

10.

sugar babe songs 1975

w ostatnich latach, odkąd mamy internet i streaming, w zasadzie nie zdarza mi się kupować płyt w ciemno. wolę jednak najpierw upewnić się, że jakiś album ze mną rezonuje i że jest szansa, że będę do niego wracał naturalnie. songs sugar babe to jedyna płyta w mojej pięćdziesiątce, którą kupiłem w zasadzie w ciemno. trafiłem na nią w sklepie i kojarzyłem, że to wczesny klasyk city popu, grupy, w której swoje kariery rozpoczęli tatsuro yamashita i taeko ohnuki. być może znałem już wtedy „down town”, ale cała resztę musiałem sobie wyobrazić. a tymczasem okazało się, że to jedna z najlepszych popowych selekcji w całej mojej płytotece, a do tego doskonale zaaranżowana w nurcie bardziej akustycznego city popu, czerpiącego już z jazzu, funku i soulu, ale zamiast syntezatorów doprawiającego je folk rockiem. to dość prostolinijny krążek, podszyty jakąś melancholią, ale jednocześnie upbeatowy i przebojowy. ♪ „itsumodoori”


Music lives on. A decade in life.

9.

chico buarque construção 1971

tytułowy utwór to arcydzieło artystycznego koncepcyjnego popu, a zbudowany wokół niego krążek doskonale uzupełnia jego misterną, progresywnie ewoluującą w kierunku hitchcockowskiego thrillera historię. to bossa nova z suspensem, nie tyle złowroga, co życiowa — pozbawiona różowych chmurek i bukietów róż, stworzona w kraju, w którym opozycjonistów torturuje się w więzieniach i nawet jeśli żadne tortury czy więzienia nie są tu wspomniane explicite, wiemy, że tak jest, całe construção o tym krzyczy, choć nie przy pomocy słów. to wspaniale wymyślona, angażująco napisana i kunsztownie wykonana płyta. nieoczekiwany rewers czterech beztroskich wcieleń buarque z lat 66-70. ♪ „construção”


Music lives on. A decade in life.

8.

david bowie the rise and fall of ziggy stardust and the spiders from mars 1972

bowie był dla mnie enigmatyczną figurą z zamierzchłej przeszłości, z którą nic mnie nie łączyło. stało się to zupełnie znienacka. któregoś wieczora w pubie usłyszałem i doznałem ziggy’ego stardusta. wtedy jeszcze nie wiedziałem — poszedłem do baru, żeby zapytać, co to za album. i ten krótki moment sprawił, że nie tylko poznałem bowiego, ale zakochałem się w jego muzyce. wkrótce przez pewien czas nie słuchałem prawie niczego innego — ziggy stardust zawładnął moim życiem. koncepcyjna wersja kosmicznego glamowego rock & rolla z soulowym podbiciem okazała się czymś, czego bardzo potrzebowałem. co dość paradoksalne, ten album od samego początku działał na mnie także dzięki synergii poszczególnych numerów i ostatecznie wiele lat później wciąż nie jestem w stanie z przekonaniem wskazać konkretnych hajlajtów. hajlajtem jest cała ta płyta, cały ziggy stardust. ♪ „moonage daydream”


Music lives on. A decade in life.

7.

the beach boys sunflower 1970

chociaż beach boysi w latach 60. śpiewali sporo o plaży, dziewczynach i surfowaniu — ogólnie rzecz ujmując — beztrosce, ich najbardziej słoneczną całościowo płytą pozostaje sunflower nagrany w zgoła innych okolicznościach, niesprzyjających aż tak zabawie. charakter tego krążka jest też znacząco odmienny — plażowi chłopcy stali się mężczyznami, zaczęli mierzyć się z innymi tematami i emocjami i sunflower poniekąd to oddaje. jednocześnie to płyta-przeciąg w upalny dzień, raczej kojąca niż rozgrzewająca, ze stroną a wypełnioną upbeatowymi numerami na idealne rozpoczęcie słonecznego dnia i balladową stroną b, by ten dzień zakończyć, patrząc z tarasu na zachodzące słońce. totalny mood. ♪ „this whole world”


Music lives on. A decade in life.

6.

joni mitchell blue 1971

ludzie doktoryzowali się na tej płycie, ja jej tylko słucham z potrzeby serca. joni miała wspaniałą passę w latach 70. i wiele płyt, o których wypadałoby wspomnieć. i jedną taką, o której wspomnieć należy. blue to nie jest muzyka, którą wypada definiować, ale muzyka, która definiuje. dziesięć bliskich serca emocjonalnych akustycznych kompozycji napisanych z ponadprzeciętnym wyczuciem melodyki — ale nie takiej na przeboje do radia czy na stadiony; takiej, która wnika głęboko do wnętrza wrażliwców i od tej pory istnieje jako przedłużenie, niezawodna emanacja ich własnej wrażliwości. słucham blue, żeby posłuchać, co chce mi przekazać joni w równej mierze, jak i dlatego, by pozwolić tej płycie wyrazić mnie samego, nawet jeśli nie słowo w słowo. ♪ „my old man”


Music lives on. A decade in life.

5.

marvin gaye what’s going on  1971

to znamienne, że krążek będący w tamtym czasie kunsztownym formalnie, choć dziwacznym tematycznie odstępstwem od zwyczajowej soulowej tematyki, stał się płytą, która kilka pokoleń później nie tylko zdefiniowała karierę marvina gaye’a, ale soul tamtego okresu ogólnie. ja sam nie pamiętam już swojego pierwszego spotkania z tym krążkiem — z dzisiejszej perspektywy jego obecność w moim życiu wydaje się równie naturalna jak to, że oddychamy powietrzem. wspaniały koncepcyjny cykl łączący nas, ludzi, z naszymi korzeniami, o których zbyt często zapominamy, a na poziomie ekspresji: sensualny soul z progresywnym podejściem do aranżacji i kompozycji. płyta-maska gazowa, przez którą wreszcie można zacząć oddychać w skażonym otoczeniu. ♪ „save the children”


Music lives on. A decade in life.

4.

van dyke parks discover america 1972

na okładce są dwa autobusy: jeden jedzie do hollywood, a drugi (płynie) do trinidadu. i ta ilustracja w zasadzie idealnie podsumowuje ten krążek. parks swoim zwyczajem pożycza motywy w muzyce i tekstach z ameryki sprzed ery rock & rolla. jednocześnie natomiast pożycza melodie i instrumenty z uniwersum calypso z nieodległych, ale jednak będących częścią tej drugiej ameryki — trinidadu i tobago. calypso było już wówczas w ameryce nieźle znane dzięki przyjemnym, choć dość odtwórczym płytom harry’ego belafonte z przełomu lat 50. i 60., ale parks robi tu coś zupełnie innego — autorskiego. cykl szesnastu miniaturek żonglujących niezliczonymi motywami — wikłających klasycznych croonerów, byłych prezydentów i śmietankę ówczesnego calypso. efekt jest zupełnie nietuzinkowy — zestawienie wyspiarskiej laidbackowej melodyki i groteskowo pokrzywionych orkiestracji parksa robi niesamowite wrażenie. ♪ „be careful”


Music lives on. A decade in life.

3.

stevie wonder songs in the key of life 1976

gdy pierwszy raz usłyszałem songs in the key of life, na kilka tygodni porzuciłem całą inną muzykę, jakiej wtedy słuchałem, by całym sobą chłonąć to soulowe objawienie. wcześniej stevie był dla mnie gościem od „i just called to say i love you” — nie miałem pojęcia, co skrywała jego wcześniejsza dyskografia. a songs to z jednej strony odbicie życia, ale jakby jakiegoś lepszego. smutek jest tu smutniejszy, życzenia na pewno się spełniają, a radość… radości nie ma końca. wszystko to dzięki niepodrabialnej ekspresji wokalnej, songwriterskiej i producenckiej wondera i tym lekkim jak piórka melodiom, niby popowym, ale zawsze podszytych soulem i funkiem najwyższej próby. co ciekawe, nie umiem i nie chcę zostawiać songs ani jakiegokolwiek innego wondera z what’s going on, ani jakimkolwiek innym gaye’m. to jednak coś zupełnie innego — tak daleko, tak blisko. ♪ „if it’s magic”


Music lives on. A decade in life.

2.

vashti bunyan just another diamond day 1970

trafiłem na vashti, gdy joanna newsom wymieniła ją jako jedną z własnych inspiracji. pomyślałem wówczas, że to ładna muzyka, ale mało wyrafinowana. i jeśli miałaby to być prawda, to zgadzam się na to, by samemu też być jak ona — ładny, ale mało wyrafinowany. just another diamond day to moje marzenie. było nim zresztą także wtedy u progu lat 70., gdy vashti udała się w objazdówkę po angielskiej wsi, by ostatecznie nagrać tę płytę jako swoisty pamiętnik z podróży. marzenie, które wówczas musiało być zupełnie zwyczajne, a dziś wydaje się prawie niemożliwe do zrealizowania — o spokojniejszym, bardziej harmonijnym życiu. o obserwowaniu odlatujących gęsi, wstawianiu o wschodzie słońca, oknie z widokiem bez końca. nie sądzę, żebym kiedyś się odważył i może dlatego tak droga jest mi vashti, która nuci mi wieczorem swoje ładne, mało wyrafinowane kołysanki, a ja śnię o życiu, które nigdy nie będzie moje. ♪ „where i like to stand”


Music lives on. A decade in life.

1.

dennis wilson pacific ocean blue 1977

pacific ocean blue to najlepsza rzecz, jaka wyszła z obozu beach boysów od czasu pet sounds. czarny koń grupy, przez lata schowany na siedzeniu perkusisty dennis wilson łączy tutaj zupełnie po swojemu (choć ślady tego krążka można znaleźć na różnych albumach grupy z lat 70.) piano rock, blues, soul, a nawet funk w bardzo post-beachboysowym splocie — nadal z oceanem w tle, ale niebo jest całkowicie zachmurzone, zrywa się wiatr i zaraz będzie padać. dennis już od dłuższego czasu dźwigał pokaźny bagaż emocji i doświadczeń, ale dopiero na tej płycie był w stanie spróbować go rozładować na swoich zasadach. nie przypominam sobie, żeby ten album wywołał w moim życiu jakąkolwiek rewolucję, ale wrósł w nie na tyle, że stał się sam jako taki absolutnym samoistnym moodem, którego nie umiem już (albo jeszcze) poza nim wyrazić inaczej. ♪ „moonshine”


Opublikowano

Bezruchu ciąg dalszy

Bezruch

Rutyna zjada własne dzieci


Bezruch, pomyślałem, a potem pomyślałem znowu i dotarło do mnie, że to już było. I to nie kiedyś, gdzieś, żadna to kartka z przeszłości, a jedynie proste zapętlenie. Z jednej strony jestem dumny z siebie, że porządkuję swoje życie w ramach jakiejś rutyny, pielęgnuję rytuały. Potem złoszczę się, że ta rutyna nie jest z gumy i nie jestem w stanie zmieścić w niej wszystkiego tego, co uznaję gdzieś w didaskaliach własnego życia za wartościowe. Ale też przyłapuję się na tym, że owa rutyna niczym walec spłaszcza kolejne doświadczenia, sprawiając że dni, tygodnie, miesiące, lata coraz bardziej zlewają się ze sobą. I w końcu sam nie wiem już, co było wczoraj, co jest teraz, a co chciałbym, żeby było jutro. Sens? Może jakiś, ale bez przekonania. Fatalnie.

A wszystko to pomimo rzeczy, które się dzieją. Moją największą tragedią (w olbrzymim cudzysłowie, rzecz jasna) jest być może to, że przestałem skutecznie umieć dobierać adekwatne tło muzyczne do rzeczy, które się dzieją. I to pomimo tego, że mam w kieszeni tysiąc plejlist na dwa kliknięcia. Muzyka jest wybierana, wybrzmiewa, ale jeśli zapytacie mnie za trzy lata. jaki był mój soundtrack lata 26, nie będę umiał odpowiedzieć. A pamiętam dokładnie, co stanowiło dominantę mojego muzycznego krajobrazu, gdy byłem w liceum, szedłem na studia, miałem doła wtedy a wtedy, włóczyłem się bez celu w sierpniowe wieczory, itd., itp. I co rusz próbuję wracać do różnych momentów z tamtego życia, które mam wgrane w mózgu jak zrzuty ekranu, i szukać w nich siebie. To też nie wychodzi. Ale przede wszystkim zastanawiam się, czy dorosłe życie i dorosła praca pozbawiły mnie pewnej szczególnej percepcji, która stanowiła, gdzieś wewnątrz mnie przed samym sobą, o mojej tożsamości. I czy to oznacza, że moje życie będzie odtąd kleić się coraz bardziej? Wszelką celowość zastąpi machinalność na skraju banału, a ja sam będę wyłącznie oglądał się wstecz, by choć trochę zmiarkować, o co chodzi i kim jestem? Fatalnie.

Jak na rok, który miałem poświęcić poszukiwaniu harmonii, czego ostatecznie wciąż nie udało mi się wpisać w codzienną rutynę, to dość rewolucyjny wniosek. Ale może niezbędny? Może rzucenie tego wszystkiego, cieplutkiej stabilności na etacie, i wyjechanie w mentalne Bieszczady, to warunek konieczny, żeby odzyskać poczucie sensu? A może to tylko majaczenie zmęczonego pracownika biurowego, któremu wydawało się, że pogodzenie się z porzuceniem szczeniackich marzeń o świetlanej przyszłości to jedyna cena, jaką przyjdzie mu zapłacić za dorosłość, a tymczasem rzeczywistość wyciąga rękę po więcej. To niezbyt pocieszająca konkluzja, ale przynajmniej powoli dochodzę do jakichś wniosków. Kolejne pytanie brzmi następująco — czy rutyna nie tylko stoi na straży porządku, ale też pogłębia kryzys poczucia sensu, a przez to rodzi frustrację i pogłębia dysharmonię? Czy to, co uznawałem za filar zdrowia, może w rzeczywistości prowadzić do niedającego się opanować kryzysu tożsamości (think: Michael Douglas stojący dziarsko z giwerą na tle swojego dotychczasowego życia na plakacie filmu Upadek)? Jeśli tak, to w rzeczy samej — fatalnie.

Opublikowano

wsad znad pnia

fragment

piesok; źródło nieznane


zakrystia kry rys wie wre ryś kier żre ryk
w i ę c
siekiery rapiery od biedy ordery
przetopim w potopie potocznej atopii
wenerom raperom mendom menadżerom
wyklęknie nadżerka z zmiętego papierka
zawezwie i przezwie rozdwoi i wrednie
się szczerząc zaszczuje utopi opluje
przypuści roszady na mdłe balustrady
połamie kulasy w rytm rynien rób basy
mielonka melinka jelonka rodzinka
zaprawi wikt w nawie dłużej nie zabawię
zapieprza muzyka a pieprzny pelikan
zarywa w tył wyrwy nerwy ma jak zły wnyk
odpuszczę nie usnę zasłonię mych ust pęk
zastanę niestałe tubylców zwyczaje
i tak w kręgu byka trwa wciąż dynamika
za szalet zna zalet ze sto stosów walet
i kipi przejrzyście że sam już nie wnikam
ktoś ciągle i ciągle i ciągle coś klika
zaprzestań zawezwę zastraszę i przezwę
lecz ryk żre kier ryś wre
wie rys kry z a k r y s t i i
i ciągle i ciągle i ciągle i ciągle
wsad znad pnia do dna dnia
mniam mniam zja da mnie c z a s

Opublikowano

Bezruch: o gasnących relacjach w dobie smartfonów i social mediów

Bezruch

Przyszłość jest dziś


Jakoś w zeszłym roku trafiłem na artykuł, chyba w New York Timesie, ale nie udało mi się teraz go odnaleźć, w którym autorka przekonywała, że dzięki smartfonizacji i tiktokizacji naszej codzienności, ludzie stali się mniej skorzy do utrzymywania ze sobą kontaktu. Jakże łatwiejsze i przyjemniejsze po całym dniu w pracy jest zanurzenie się w nieskończonym feedzie możliwości niż umawianie się gdzieś tam na spotkanie z jakimś drugim człowiekiem, a później jeszcze dodatkowo może — słuchanie, co mu tam leży na sercu! Z jednej strony przyjąłem tę perspektywę jako interesującą, z drugiej odrzuciłem jako niezgodną z moim wewnętrznym imperatywem, by pielęgnować ważne dla mnie relacje i nie postrzegać ich w kategoriach utylitarystycznych.

Ale i mnie, na sztandarze z wieczną krucjatą przeciwko zawłaszczaniu życia przez smartfony, udziela się rzeczywistość, która wygląda tak, że w tę pułapkę lenistwa połączonego z realnym uzależnieniem można wpaść nawet, gdy człowiekowi się wydaje, że jest w miarę świadomy i ma się na baczności. Wystarczy opuścić gardę na chwilę, a świat nieskończonego skrolowania wciąga za swe podwoje, a stamtąd rzeczywistość wydaje się jakby mniej realna, a już na pewno mniej ciekawa. Można wciąż deklarować, że relacje są najważniejsze, a jednocześnie nie widzieć swoich niegdyś bliskich przyjaciół od roku i mieć problem, aby wygospodarować chwilę na wiadomość czy telefon. Jutrać bez końca, bo owszem obowiązki, praca, rodzina, partner, zakupy, sprzątanie, a trzeba jeszcze kiedyś odpocząć, więc netlifx & chill, a potem jeszcze tiktok przed snem i w przerwie na kawę, i coś miałem robić, ale jakoś tak weszły mi te instastories na kanapie i zleciało. I z jednej strony widzę różnicę między autorką tego artykułu, co go nie mam jak pokazać (i musicie mi wierzyć, że go nie zmyśliłem), która pisze wprost, że woli sobie poskrolować telefon niż gdzieś się grzebać tramwajem (czy metrem w sumie w jej przypadku, bo Nowy Jork przecież), żeby się z kimś zobaczyć. A między takim mną czy takim tobą, którzy byśmy nawet i wyszli z domu, i wsiedli w ten tramwaj, ale jakoś się nie składa, żeby się do siebie odezwać, choć telefony mamy w dłoniach od zmierzchu do świtu. „Jesteśmy w kontakcie” — spuentował to pięknie Łona już dawno, dawno temu (na płycie Cztery i pół z 2013).

I teraz myśl się we mnie narodziła inna, że może to jednak nie do końca przez to skrolowanie. Może to tylko wypełniacz, jak kiedyś skakanie po kanałach w telewizorze albo kolorowe pisemka o niczym. Że jak nasi ojcowie i nasze babki nie mieli tych smartfonów, to też im się to wszystko rozłaziło. Że też im się nie chciało chwycić za telefon (jak były te tarczowe telefony, gdzie się wykręcało numery, na końcu towarzyskiej kolejki byli ponoć ci, którzy mieli w numerach za dużo dziewiątek i zer, bo zwyczajnie za dużo roboty, żeby ich wydzwonić), tylko kitłasili się w swoich m3. Z drugiej (a nawet trzeciej) jednak strony, nie da się ukryć, że kiedyś czas płynął wolniej. Czy osiem godzin w pracy 20 lat temu zabierało ludziom mniej niż osiem godzin zabiera nam? Że było tak w PRL-u, to wszyscy doskonale wiemy (choć nie wszyscy pamiętamy), bo dobrze to udokumentowali Bareja, Gruza i inni.

I myśl w temacie ostatnia, a przynajmniej ostatnia na teraz, bo ostatnio często do tego mimowolnie wracam, więc jest potencjał na kolejne refleksje. Wszystko dlatego, że tęsknię za przyjaciółmi, których dawno nie widziałem, a kiedyś widywaliśmy się codziennie. Jest to uczucie nowe i dziwne, z którym nie wiem, co mam zrobić. Zastanawiam się bowiem, jak to się dzieje, że te relacje, które kiedyś tyle dla nas znaczyły, z czasem zupełnie nikną. I nie ma w nas serdeczności i woli, żeby jednak porozmawiać — choćby o tym, co się zdarzyło tutaj między nami, kiedy nas nie było obok siebie.

Czasem ludzie nie są do końca kompatybilni — po prostu znajdują się razem w danym miejscu i czasie, a kiedy te okoliczności się zmieniają, ich relacje zanikają i okazuje się, że tak naprawdę poza tą wspólną materią, zwykle pracą albo szkołą, może wspólnym znajomym, nie łączyło ich w zasadzie nic innego. Ten mechanizm rozumiem. Takie spotkania potrafią być wyjątkowo niezręczne, a rzucone odruchowo „co tam”, na które nie potrafimy lub nie chcemy odpowiedzieć, może wybudzić nas nagle w środku nocy wiele lat po tym, jak faktycznie padło. Nauczyłem się nie próbować reanimować tych relacji.

Chodzi mi raczej o relacje, w których w danym momencie wydaje nam się, że naprawdę się rozumiemy. Nie musi stać się zresztą nic nagłego. Nie musimy się poróżnić o politykę czy religię i poprzysiąc lucyferowi, że nigdy więcej nie odezwiemy się słowem do naszego niegdyś przyjaciela, teraz zdrajcy i idioty. Czy możemy po prostu, zajęci własnym życiem, marnowaniem go zresztą na skrolowaniu AI slopów, na tyle przestać się odzywać do siebie nawzajem, że dawne porozumienie przestanie obowiązywać. Obustronnie zamieni się w nicość. A może jeszcze inaczej — czy pozwolimy małemu niedopowiedzeniu, delikatnej rysie na świętym monolicie relacji urosnąć w milczeniu do statusu dealbreakera, który gdzieś w tle bez naszego aktywnego udziału zakończy to, co zaczęło nam ciążyć i przeszkadzać. Będziemy mieli wówczas poczucie, że postąpiliśmy słusznie, że to zbyt daleko zaszło, a my nie mamy siły i ochoty, żeby to roztrząsać, wyjaśniać. Najlepiej będzie uznać to za niewyjaśnialne i grubą kreską oddzielić przeszłość.

Dziwny ze mnie gość. Z jednej strony mi zależy, zapisuję sobie nawet, że miałem się odezwać do tego czy tamtego, z drugiej akurat — w danej chwili mogę być w nastroju zupełnie samotniczym albo przegapić własne przypomnienie i ocknąć się dwa miesiące później z wielkim „ożeż ty!”. Zdarza mi się, że telefon przypomina mi o urodzinach kogoś, kogo nie widziałem od lat. Czasem akceptuję tę sytuację bez mrugnięcia, czasem jeszcze trochę żałuję. Z tej perspektywy to może łatwiejsze. Boję się, że stopniowo, w miarę upływu lat, zaczną znikać z mojego życia kolejne osoby, a ja nie będę rozumiał dlaczego. Boję się, że ten proces już gdzieś trwa, a ja go biernie obserwuje, skrolując smartfona. Być może to bezzasadne, ale jednak czuję, że stoi to wespół w zespół obok dziwnej, nieznanej mi kiedyś tęsknoty w samym sercu tego wpisu i musiałem to wyrazić, choćbym nawet miał narazić się na śmieszność. To ostatecznie mój jedyny pamiętnik: wszystko co zostało tutaj przemilczane, zostało przemilczane w ogóle, a wszystko to co zostało wyrażone, zostało wyrażone tutaj (przynajmniej na papierze).

Żeby jednak nie kończyć tak patetycznie — rozumiem, że wiele wciąż zależy od nas. Mamy te smartfony i tiktok robi nam zupę z mózgu, ale ostatecznie może wcale nie będzie tak źle. Czasem wystarczy zebrać się na jeden mały akt nieposłuszeństwa względem własnej rutyny i to może zrobić większą różnicę, niż się wydaje. Nawet jeśli za jakiś czas trzeba będzie to powtórzyć. W każdym razie jesteśmy w kontakcie!

Opublikowano

Porażki obnażone

Pet Sounds

Beach Boysi podczas sesji zdjęciowej do Pet Sounds


Nie poprosiłem AI o napisanie, rozwinięcie czy zredagowanie notki na bloga. Ani z lenistwa, ani z braku czasu, ani z ciekawości. I myślę, że nie poproszę. Ale za to pomyślałem, nie raz zresztą w ciągu ostatniego roku, o zasadności pisania w dobie sztucznej inteligencji. Już wcześniej miałem wątpliwości. Wszyscy generują kontent. Ja, z natury próżny elitysta, lata temu postanowiłem się z tego obiegu samozadowolenia wyłączyć. Trochę dlatego, że bałem się jednocześnie (choć osobno) porażki i obnażenia, a najbardziej pewnie razem: obnażenia porażki. Trochę dlatego, że obieg kulturowy, w którym wszyscy tylko generujemy treści, a mało kto cokolwiek przyjmuje (ze zrozumieniem, ale też nie bezkrytycznie), wydaje się zasadniczo zachwiany. Można więc powiedzieć, że w swoim elityzmie, zostałem filantropem dla z góry przegranej sprawy, co w sposób wyjątkowo przejrzysty obnaża moją porażkę i na tym poziomie.

*

Słuchałem ostatnio sporo starych płyt Rodowicz. Odkryłem, że za pośrednictwem tych nagrań, pięknych piosenek-zabawek, w dużej mierze pióra ulubionej poetki Polaków, nawiedza mnie duch babci. Nie wiem, czy ona sama chciałaby materializować się akurat w formie nagrań Rodowiczki, która jest tupeciarą, ale trzeba jej oddać, że ma głos. Obawiam się, że na tym etapie żadne z nas nie ma już do końca wyboru. W refrenie utworu kończącego moją ulubioną płytę Rodowicz Cyrk nocą z 79 roku (z którym miałem zresztą długo problem, bo aranżacyjnie odbiega od reszty krążka), śpiewa, że cokolwiek robi, nie żałuje. Słyszałem to dziesiątki razy, ale dopiero ostatnio uderzyły mnie te słowa. Uwierzyłem zresztą tupeciarze, pomyślałem, że do twarzy jej tak i na pewno ogólnie zdrowiej nie żałować, niż się nieustannie drzaźnić. Niż się borykać. Niż się potykać o własne sumienie. O własne i cudze wątpliwości. Niż liczyć co rusz źle wydane i źle niewydane pieniądze.

**

Majowa nostalgia jest, po wrześniowej, najbardziej dla mnie dojmująca. Gdy tylko zrobi się cieplej, nie mogę w drodze do pracy przestać marzyć o wagarach. O bezkresie czasu do zmarnowania, dniach wypełnionych zupełnie niczym i zupełnie niczym nieobciążonych, z nieśmiało majaczącą gdzieś na horyzoncie zdarzeń nutką nadziei na nowy początek, powrót porządku i konstrukcji, ale też tylko na jakiś czas — nowego roku szkolnego. Idę więc do pracy jak kiedyś do szkoły. Włączam Pet Sounds, które w zeszły weekend skończyło 60 lat, a i mnie nigdy nie przestanie kojarzyć się z majem, bo zupełnym przypadkiem sam też odkryłem je wiosną — 18 lat temu. Gdy mrużę oczy, widzę tamten maj, jak gdyby był to ten sam, który właśnie trwa. Stałem wtedy przed masą strasznie poważnych i dorosłych decyzji, które, mam wrażenie do dziś, podjęły się gdzieś poza mną. I to gdzie teraz jestem, choć niekoniecznie jaki jestem (tu wierzę w siebie i sobie, ależ paradoks!), też jest poza mną. A ja wracam ze szkoły w tym bezbrzeżnym maju i udaję, że te dwa krótkie weekendowe dni przede mną to dwa długie miesiące wakacji.

Opublikowano

Ważenie siebie

Maj

Wariacja na temat grafiki, którą lata temu wybrałem jako szatę graficzną swojego pierwszego bloga w maju 2004 roku — od tamtej pory ta kompozycja co jakiś czas staje mi przed oczyma, ilekroć na horyzoncie pojawia się maj


28 kwietnia:

Gdy człowiek jest zajęty do tego stopnia, że kolejne sprawunki ściśle wypełniają mu dobę, marzy bezwarunkowo o chwili spokoju. Gdy konstrukcja dnia pozwala na chwilę oddechu, robi się bardziej wybredny. Chce odpoczywać rozważnie, aktywnie, chce rozwijać swoje zainteresowania, stawać się lepszym, a nie tylko skrolować smartfona. Ale czasem te chęci nie współpracują z jego nawykami czy potrzebami. I ostatecznie jest w stanie przepuścić przez palce kilka kolejnych wolnych wieczorów, na które tak się przecież cieszył.

Ja na przykład bez konkretnego planu, dzięki któremu uzmysłowię sobie, czego tak naprawdę chcę, jestem skazany na klęskę. Ostatecznie wieczór się kończy, a ja idę spać sfrustrowany — mogłem zrobić cokolwiek, a nie zrobiłem nic. Ale i sam plan czasem nie wystarczy. Trzeba jeszcze w niego wierzyć i faktycznie chcieć jego realizacji. Podobnie jak z słuchaniem muzyki — coś może lecieć w tle, ale dopóki nie włączymy czegoś, na co naprawdę mamy ochotę, odczucie może być zupełnie jałowe. Coś gra w tle, żeby uniknąć ciszy. Unikanie ciszy może wystarczyć do pewnego stopnia, ale któregoś dnia, gdy zdajemy sobie wreszcie z tego sprawę, reakcja może być brutalna. Jak nie przesmykiwać się przez własne życie i faktycznie doświadczyć poczucia sensu i sprawczości?

6 maja:

Podle zafiksowałem się ostatnio na analizowaniu dysharmonii w mojej własnej codzienności. Uświadomiła mi to trochę majówka, którą zmitrężyłem wprost fenomenalnie — żonglując rozmaitymi, mniej lub bardziej kreatywnymi aktywnościami, ale skutecznie unikając przebodźcowania. A trochę zapach wczorajszego wieczoru — ten specyficzny zapach mokrego gruntu wczesnym latem, prawie cały z nostalgii, ale z nutką nadziei. To on umocował mnie z powrotem w rzeczywistości, którą straciłem z oczu. Przypomniał mi — patrz, tyle na mnie czekałeś, że aż o mnie zapomniałeś, ale wreszcie jestem.

A może to maj? Od kiedy pamiętam uwielbiałem maj. Może chorobliwe ważenie siebie da się umaić tak, że wynik ważenia przestaje mieć znaczenie. Hipoalergiczna mgiełka o zapachu bzu i feelingu słonecznego wieczoru, gdy nawet w jakiś wtorek czy czwartek można mieć poczucie, że tego coś jeszcze może nam się udać.

Opublikowano

Próbuję medytować (jak być lepszym Kurtkiem 102)

Korytarz

Korytarz Shiro Kasamatsu na tle jednej ze Stacji drogi krzyżowej Hermanna Nitscha


(Wpis poniżej to ciąg dalszy tej noworocznej rozkminy, co zrobić żeby żyć bardziej harmonijnie)

Próbuję medytować. To miała być moja droga ku harmonii. Uwierzyłem, że krótki spacer bez słuchawek i telefonu przybliży mnie do siebie samego i pozwoli odkryć to, co naprawdę ma dla mnie wartość. Ale siedzenie w ciszy i nieustanne skakanie przez płotki pędzącym strumieniem świadomości to wcale nie medytacja. Według mojego podręcznika (który czytam sobie na raty, bo łudzę się, że uda mi się cokolwiek z tego wprowadzić w życie) powinienem liczyć oddechy do dziesięciu. Gdy będę w stanie bez pomyłek robić tak przez kwadrans, mogę awansować wyżej. Mimo prób koncentracji ostatnio doliczyłem do dwudziestu siedmiu, zanim zorientowałem się, że wyszedłem poza skalę, how about that?

Wydawało mi się, że mogę robić nudne rzeczy, dam sobie radę. Za nudne rzeczy dostaje się wypłatę, a z czegoś trzeba żyć. Chciałem to regulować po godzinach i w przerwach tym, co mnie bierze — zawsze było tego więcej niż mogłem ogarnąć. Tysiąc pomysłów na minutę. Ale chyba dopadł mnie wiek średni. Zamiast wyrażać się kreatywnie — tak żebym miał wrażenie jakiegokolwiek choćby iluzorycznego sensu, zacząłem klikać i skrolować. Konsumować całą tę papkę, która wydaje się nieszkodliwa, ejajowe słonie malujące swoje autoportrety trąbą itd., ale szczerze boję się, że już za późno, by naprawić permanentny i niewątpliwy brain damage. Nie jestem koneserem treści trudnych, obszernych i głębokich, ale potrzebuję jednak jakiejś substancji. Ślizganie się po powierzchni to iluzja odpoczynku. W głębi Kurtka piętrzy się niepokój. Jak tak dalej pójdzie, to stanę się pusty w środku. Już teraz jestem niechybnie pół-pusty. Ktoś w lepszym nastroju do żartów mógłby pewnie powiedzieć: pół-pełny.

Z jednej strony nie wiem, w co włożyć ręce, z drugiej jestem bezkreśnie znudzony. Jedno i drugie doprowadza mnie do szaleństwa. Nie śpię, bo trzymam kredens. Mentalnie. Jeden fałszywy ruch, a kredens zgniecie mnie na miazgę i będzie ze mnie kocia zupa (to z tytułu filmu, osobiście identyfikuję się jako kurczak). Jeśli w moim grafiku w dniu X jest jeszcze chociaż jedna pozycja, nie uda mi się zrobić niczego innego, choćby ową pozycję zaplanowano dopiero za sto godzin. Z drugiej strony, jeśli w dniu X nie mam już w grafiku zupełnie niczego, najpewniej położę się twarzą do dołu na dywanie i zacznę się turlać to w prawo, to w lewo z braku celu i zachęty do działania.

Obwiniam oczywiście pogodę. Dlaczego przez cały rok mamy ustawiczne przesilenie? Tylko zimno i pada, i zimno, i pada na to miejsce w środku Europy. Ale na pewno już niebawem, już za rogiem, już tuż tuż, jeszcze dzień, może dwa i wszystko na pewno się zmieni na dobre. Wreszcie będę miał w szafie porządek, będę wypoczęty i zadowolony z całokształtu swojej egzystencji. W rzeczywistości jednak, jestem zupełnie pewien, szarugę zastąpią upały nie do wytrzymania. Będziemy wietrzyć, zasłaniać się przed słońcem i umierać z gorąca. Jak w takich warunkach da się w ogóle funkcjonować?

To wszystko, na wszystkich frontach, zawsze, wszędzie, naraz. Aż nagle myśl! A co jeśli rzeczy, które uznaję za szum i chaos, są tak naprawdę esencją życia? Jeśli wszystko to, z czym próbuję walczyć jest nieodzowną częścią tego, jak powinno być, a tymczasem ja dumnie wymachuję sztandarem z jakąś uzurpowaną harmonią — w sprzeczności z porządkiem rzeczy? Embrace chaos! — krzyczy jakiś wewnętrzny głos (powołany do życia jakiś czas temu przez Panią Maję podczas nocnej przejażdżki po mieście, niezupełnie bez celu). Boję się odpowiedzieć, że po moim trupie, bo to akurat wydaje się dziwnie realne… I znowu wraca do mnie ta sama myśl co zawsze od lat, którą z jednej strony na pewnym poziomie uznaję za kompas, z drugiej, na innym, kategorycznie odmawiam się nim kierować — everything is everything. Nawias, poza który trzeba by cokolwiek wyłączyć, nie istnieje. Rzeczy muszą współistnieć ze sobą i wynikać jedna z drugiej tak, jak istnieją. I tu wracam do medytacji, którą podjąłem, żeby rzeczy w swojej faktycznej formie nie tylko współistniały, ale współistniały harmonijnie w mojej ocenie. Spróbuję jutro. Kto wie, może uda mi się doliczyć tylko do dziesięciu?

Opublikowano

2025 ✕ filmy

2025
nie bywałem w zeszłym roku w kinie ani szczególnie częściej, ani rzadziej niż w latach ubiegłych; kino szczególnie mnie nie zajęło, ani nie rozczarowało — pozostało w miarę regularnym elementem mojej codzienności; mimo tego ograniczyłem swoją selekcję do dziesięciu tytułów, pierwszy raz od wielu lat, może trochę dlatego, że nie uznałem jej za szczególnie odkrywczą


filmy x 2025

10.

the phoenician scheme reż. wes anderson

jeden rabin powie: andersonowi wciąż brakuje duszy, jego filmy to maszyny, dobrze naoliwione, ale cel ich działania pozostaje nieznany; ja powiem: znalazłem w układzie starego andersona, za którym tęskniłem, historia poruszyła mnie estetycznie i intelektualnie, sporo się śmiałem; czekałem na ten moment


filmy x 2025

9.

sirāt reż. óliver laxe

pustynny rave jako forma terapii, a dla bohaterów być może punkt wyjścia do rozpoczęcia faktycznej terapii; trzyma widza w kleszczach do samego końca; mocny film koniecznie do zobaczenia na sali kinowej


filmy x 2025

8.

train dreams reż. clint bentley

rewers brutalisty; historia widziana z perspektywy życia zwykłego, choć nie bezimiennego człowieka; bardzo poetycki i szczery obraz, mimo netflixa


filmy x 2025

7.

one battle after another reż. paul thomas anderson

pta w formie; to jak zwykle jazda bez trzymanki z całą masą niebanalnych zwrotów akcji i być może jednym z najbardziej bezzębnych emerytowanych rewolucjonistów w historii kina; nie zapomnę nigdy tego pościgu po pustynnych pagórkach, od którego dostałem choroby lokomocyjnej w sali kinowej


filmy x 2025

6.

o agente secreto reż. kleber mendonça filho

podejmuje podobny temat co zeszłoroczne ainda estou aqui, ale jakże inaczej do niego podchodzi! z wyobraźnią portretuje brutalną rzeczywistość brazylii lat 70., jednocześnie ze swadą opowiadając historię, może wymyśloną, ale bardzo żywą! doskonały dramat polityczny, który poruszy odpowiednie struny wrażliwości widza bez potęgowania jego własnych traum


filmy x 2025

5.

weapons reż. zach cregger

nie przepadam za horrorami, ale ten ogląda się z zapartym tchem, bo wyjaśnienie tej zagadki jest dość pokręcone i podawane widzom na raty z kilku różnych perspektyw; dzięki temu historia zaczyna się i osiąga punkt kulminacyjny kilkakrotnie, a że ma całkiem ciekawy vibe, to jeszcze po seansie człowiek rozkminia z przyjemnością jej składowe; barwna postać ciotki gladys z pewnością przejdzie do historii kina


filmy x 2025

4.

marty supreme reż. joshua safdie

historia wielkiego marty’ego to, jak zawsze u braci safdie, absolutna jazda bez trzymanki, gdzie prawo murphy’ego pączkuje wykładniczo, a ugaszenie małej draki to gwarancja czyhającej tuż za rogiem katastrofy; chalamet jest znakomity, a jego postać ani myśli poddać się przed osiągnięciem celu; fantastycznie nakręcony, zrealizowany z wielkim wyczuciem i z miłością do kina; z dodatkowych plusów: kinowa reprezentacja nienastoletnich osób z trądzikiem i nieoczekiwane wyznanie wampira-milionera, że urodził się w 1601 roku


filmy x 2025

3.

resurrection reż. bi gan

czy ostatecznie chodzi o kino, czy o życie? a co jeśli kino to życie albo na odwrót? bi gan tworzy swoją własną antologię snów, po mistrzowsku czerpiąc z bogatej historii ruszających się obrazków; to największy zeszłoroczny film i najwspanialsze kinowe doświadczenie minionego roku, po którym jednak z perspektywy czasu zostają w głowie głównie impresje


filmy x 2025

2.

sterben reż. matthias glasner

dużo wracałem do symfonii o umieraniu po seansie, może najwięcej z tegorocznej selekcji; być może dlatego, że jest w nim coś przewrotnego, co uruchomiając całe moje spektrum emocjonalne, pomogło mi przetrwać trzygodzinny seans seans mocno osadzony w codzienności w szarej codzienności współczesnych niemiec


filmy x 2025

1.

sorry, baby reż. eva victor

instynktownie wrzuciłem sorry, baby do tego samego koszyka co the holdovers przed dwoma laty, bo to też jednocześnie elokwentne i czułe kino, ale myślę, że sorry, baby ma szanse spodobać się także miłośnikom dawnej grety gerwig; za tą historią stoi jednak eva victor, która przepracowuje na ekranie własne traumy, z wyczuciem równoważąc je humorem

Opublikowano

pusta skorupa

Serigraf

Cuadrado serigraf Luisa Scaliotto


głupi czarny robal
kolorowe parasolki
kolorowe zdjęcia, czarno-białe zdjęcia
siedem tysięcy lajków, trzydzieści osiem tysięcy lajków, dwa lajki
pusta skorupa

nadgryziona mandarynka
za wysoka wieża
demoniczny kot syczy na burzę
sześćdziesiąt trzy lajki, dwadzieścia jeden tysięcy lajków, zero lajków
pusta skorupa

koń na biegunach (jak żywy)
zdjęcia umarłych (daty urodzenia, śmierci)
ryby, ptaki, chmury i księżyc
cztery lajki, czterysta trzydzieści dwa lajki, trzydzieści sześć lajków
pusta skorupa

Opublikowano

(najlepiej w 2025): 25ー1

2025
to inne słuchanie muzyki — w grudniu dla sportu, gdy otwierają się uszy i umysł, a człowiek widzi muzykę — te wszystkie głośne, skomplikowane, ewoluujące bezkreśnie struktury; a potem zawody się kończą, a człowiek wraca do swojej klitki po tygodniu tyrania na etacie i marzy nie o wielkich bezbrzeżach, ale żeby coś go kameralnie ululało; więc mówię sobie — kurtek, kurczaku, ty nie dawaj takich strasznie wielkich płyt na czołowe miejsca listy roku, bo potem je kupujesz, że niby płyty roku kupujesz, ale nigdy więcej ich nie słuchasz, bo nie masz na nie przestrzeni ani w życiu, ani w domu


pozycje 50ー26 tędy ⟶ (klik!)


2025

25.

hannah frances nested in tangles

hannah frances wybiła się ledwie przed rokiem błyskotliwym, choć nierównym krążkiem keeper of the shepherd, który wówczas opisałem (w krzywdzącym uproszczeniu) jako histeryczną americanę; nested in tangles to sequel, gdzie frances pod kierunkiem daniela rossena z grizzly bear i kevina copelanda z lightning bug i charly bliss urzeczywistnia w pełniejszym wymiarze wszystko to, co poprzednia płyta obiecywała; to szeroko pojęty progresywny folk na mocnym kameralnym fundamencie z appalachami w tle i awangardowym twistem — frances prowadzi swoje wokale równie ekscentrycznie, co przed rokiem (i świetnie, bo to zdecydowanie jej znak rozpoznawczy) i kompozycje podobnie jak tam balansują między psychodeliczną poetyką a histeryczną gęstwiną; różnica jest w samym balansie, który tam wybijał słuchacza z tropu między kolejnymi utworami, podczas gdy nested in tangles to płyta, której słucha się jednym tchem ♪ „falling from and further”


2025

24.

silvana estrada vendrán suaves lluvias

śledziłem pochodzącą z meksyku estradę z uczniowską pilnością od przełomowego dla jej kariery marchita z 2022 roku; słuchałem jej z uwagą i podziwem, ale nie umiałem znaleźć w tej muzyce punktu zaczepienia dla własnych emocji; to zmieniło się wraz z nadejściem słabych deszczy, czyli suaves lluvias, które wśród tegorocznych płyt roku, gdzie krytycy i publiczność zdają się faworyzować dysonanse i napięcia, stanowią być może najbardziej czuły i błogi krajobraz; to muzyczny ekwiwalent promieni słonecznych przedzierających się przez chmury (i to właśnie zrobiło dla mnie największą różnicę w porównaniu z marchita) — tym, co wypełnia tych dziesięć numerów do cna, a co ja w tym wydaniu z przyjemnością kupuję, jest nadzieja; estrada nie operuje może równie ornamentalnym wokalem co rosalía, ale za to ma serce na dłoni ♪ „como un pájaro”


2025

23.

andrea laszlo de simone una lunghissima ombra

tego lata pierwszy raz w życiu dałem się oczarować włoskiej muzyce, z którą zawsze byłem na bakier, a potem w październiku jakby w odpowiedzi na to oczarowanie ukazała się una lunghissima ombra; to kolaż na wskroś włoskich piosenek z barokowo-ambientalnym artystowskim anturażem, niby morskimi falami, wdzierającymi się pomiędzy faktyczne utwory; to wszystko tworzy niesamowity muzyczny pejzaż, ilustrujący według moich wyobrażeń (nie znam włoskiego) koniec lata na riwierze, albo nawet zimowe, odległe wspomnienie tego końca lata; jest w tych melodiach coś bardzo klasycznego (trochę jak w melodiach benjamina biolaya i innych tuzów nowego chanson), ale cały album ma jednak raczej (pomimo tej melodyki i barokowych aranży) współczesny sznyt — końcówka płyty jest zresztą odrobinę futurystyczna, ale w granicach przyjętej konwencji; ze względu na specyficzną produkcję wokalu, nie jest to album, z którego można wyciągać nieskończone przeboje i zmieniać z łatwością ich kontekst, ale słuchana w całości płyta oddaje z nawiązką ♪ „la notte”


2025

22.

preservation & gabe 'nandez sortilège

sortilège znaczy z francuskego urok albo klątwa i ta płyta ma w sobie coś z czarnej magii; zarówno produkcje preservation jak i flow nandeza można opisać jako hardkorowy hip hop robiony przez absolutnych stoików; i ten raczej złowieszczy i mistyczny niż uliczny vibe dość klasycznego krążka opartego na oldschoolowych samplach jest zdecydowanie jego wyróżnikiem; to bardzo konsekwentny, surowy, ale niezwykle przyjemny album, którego mocną stroną jest nie tylko czysty vibe; wsamplowana na końcu „nom de guerre” kwestia „i’m proud of the words, not necessarily the deeds, but i’m proud of the words” pozostanie we mnie na długo ♪ „war”


2025

21.

mary halvorson about ghosts

jazz mary halvorson, awangardowej gitarzystki z bostonu, do tej pory był dla mnie zwykle zbyt intelektualny — interesujący, ale zbyt techniczny i dysonantyczny, bym był w stanie z przyjemnością obcować z nim dłużej; to uległo zmianie na about ghosts, które jednocześnie nie wyzbywa się wcale esencji muzyki halvorson, ale jednocześnie wpuszcza przez szeroko otwarte okna duchy dawnych mistrzów post-bopu — shortera, mingusa, późnego ellingtona; jest w tym coś bardziej harmonijnego niż wcześniej, duch kina noir ze starego hollywood przyjemnie okalający te połamane struktury; a dodatkowo ten dość klasyczny ensemble oparty głównie o dęciaki z wibrafonem, kontrabasem i perkusją ma w samym centrum gitarę ♪ „carved from”


2025

20.

rochelle jordan through the wall

od kiedy tylko r&b po raz pierwszy spotkało się w house’m gdzieś w odmętach późnych lat 80. płyta taka jak through the wall — w całej swojej rozciągłości urzeczywistniająca ideę mariażu klubowych bitów i sensualnego soulowego wokalu przez wiele lat pozostawała wyłącznie w sferze marzeń; tymczasem rochelle jordan, swego czasu twarz pierwszej fali alternatywnego r&b, często wówczas porównywana do aaliyah, śmiało rozszerzyła koncept połączenia elektroniki i r&b, który doskonale urzeczywistniła już przed czterema laty na play with the changes i dowiozła godzinny piosenkowy set, który niemalże bez skipów, można w całości zaserwować w klubie; owszem, w międzyczasie podobne terytoria eksplorowały już jessie ware czy beyoncé na renaissance, ale nawet w bezpośrednim porównaniu through the wall wydaje się z nich najgładsze — bez koncepcyjnego jabadaba i awangardowych dobudówek nowy album jordan co do zasady jest absolutnie klasyczny; jego siła tkwi w wyrafinowanej produkcji, mocnych refrenach, znakomitej ekspresji wokalnej i przede wszystkim żelaznej konsekwencji ♪ „the boy”


2025

19.

gen hoshino gen

czternaście lat czekałem na płytę gena hoshino, którą bez żadnych wątpliwości mógłbym umieścić w swoim rocznym podsumowaniu najlepszych; hoshino jest w japonii powszechnie znany — od jakiegoś czasu prawie każdy jego singiel jest tematem do jakieś dramy lub anime; zachodni słuchacze kojarzą go przede wszystkim z „kigeki” w czołówce spy family, które zresztą trafiło na tę płytę; brzmienie hoshino jest zresztą dość specyficzne — wypracowane półtorej dekady temu łączy zwykle optymistyczne wokale, melodyjny (na japońską modłę) refren i retro klawiszowy lub smyczkowy motyw (posłuchajcie „koi” — to podsumowuje lwią część tego, co hoshino nagrywa); tegoroczna płyta i zwiastujące ją single (wydawane od kilku dobrych lat) zerwały jednak z tą przyjemną w odbiorze do pewnego czasu, ale bardzo przewidywalną recepturą; hoshino stał się zdecydowanie bardziej bitowy (nie śmiem nazwać tego new jack swingiem, chociaż pierwszy odsłuch całej płyty wzbudził we mnie takie skojarzenia) — smyczkowo-klawiszowe motywy nadal tu są, ale przełamują je zaskakująco śmiała zabawa elektroniką (wkraczającą momentami na terytorium drum & bassu) i inspiracje jazzem i funkiem; to jak na japońską płytę rzecz brzmiąca zaskakująco amerykańsko — podobny koncept także w tym roku próbował urzeczywistnić także fujii kaze, ale album hoshino jest dużo spójniejszy, ciekawszy aranżacyjnie i melodycznie; udało się to, co sztampowe i mogące uwierać bardziej wytrawnego słuchacza (mnie, hehe) doskonale zamaskować ♪ „sēmētai”


18.

sheena ringo „susuki ni tsuki”

przyznaję się do winy — od kiedy po raz pierwszy doceniłem sheenę ringo w swoim podsumowaniu 19 roku, nie było chyba takiego zestawienia, gdzie miałbym okazję wyróżnić jej utwór lub album, ale tego nie zrobiłem; jestem oficjalnie stracony i choć staram się ze wszystkich sił unaocznić wszystkim powody swojego obłędu, świat wciąż nie rozumie; trochę dlatego, że sheena konsekwentnie od lat zmierza w coraz mniej zrozumiałym dla szerszej publiki kierunku, który jest swego rodzaju pułapką na wszystkich kurtków tego świata, którzy ulegną słabości do wielkoskalowego jazzu z histerycznym wokalem i połamanego hałaśliwego j-rocka wymieszanych w wielkim kotle; tym razem ringo na bazie cudzego tekstu i cudzej kompozycji (to wstęp do mającej ukazać się w marcu płyty kinjite, gdzie ringo będzie coverować — to w tym wypadku umowne określenie — utwory innych) stworzyła majestatyczny bigbandowy numer, który z początku brzmi jak kompletny chaos, ale gdy już jego nielinearna struktura zostanie przez słuchacza przetworzona, ma szansę zamienić się w niezwykle satysfakcjonującą obsesję, a niemal każdy kolejny wokalny pasaż zabrzmieć jak nowy, prawowity refren; w pierwszej połowie numeru ringo wraca tu do pulsujących, głośnych, orkiestrowych aranży z ery sanmon gossip, by w połowie złamać go symfonicznym mostkiem i przejść do triumfalnego gitarowego finału, który później jeszcze dwukrotnie ewoluuje, nim ostatecznie utwór kończy się ragtime’owym stepowaniem w kimonie i drewnianych geta; o dziwo jednak ma się wrażenie, że pewne motywy melodyczne, choć nie mają odzwierciedlenia w tekście jak typowe refreny, trzymają ten, w przeciwnym razie monstrualny, numer w ryzach; wszystko jest oczywiście niesamowicie teatralne i koncepcyjne jednocześnie na awangardową i klasyczną nutę, i też pewnie stąd wynika szerszy brak zainteresowania współczesną twórczością sheeny ringo, która, jak udowadnia tu po raz kolejny, wciąż jest absolutnie nie do zatrzymania


2025

17.

ciśnienie [angry noises]

wspaniała wściekła awangardowa ściana dźwięku, raczej do doznania raz a dobrze niż do słuchania raz po raz przy okazji; mimo tego, bez radykalizmu tego przedsięwzięcia, nie dałoby się o nim napisać, że zapiera dech, że wbija w fotel, że ściera na drzazgi, a to właśnie napisać trzeba; ciśnienie łączy tu na post-rockowej kanwie (powiedzmy, że w stylu godspeedów!, chociaż oni nigdy nie zrobili czegoś równie niesamowitego) rozmaite odcienie hałaśliwego rocka, dysonantycznego jazzu, burdonowego metalu, a nawet pokrzywionego klezmerskiego punku w czteroczęściowej formie — przy mocno chaotycznym charakterze tego przedsięwzięcia dość jednak ustrukturyzowanej na wzór niemalże klasyczny; peter brötzmann lubiłby to ♪ „gilotyna”


2025

16.

john michel & anthony james egotrip

w kategorii: jazz rap na gospelowych/deepsoulowych bitach egotrip zdobywa w tym roku główną nagrodę; duet: anthony james (dj) i john michel (raper) pojawił się w zasadzie znikąd i wskrzesił tę samą chipmunk-soulową magię, na której połowę (tę pierwszą, lepszą) swojej kariery zbudował przed laty kanye west; i mimo raczej kompaktowych rozmiarów, to naprawdę imponujący album, od którego biją nadzieja i pewność siebie, a gospelowa podwalina nie ogranicza się tylko do szałowych sampli ♪ „oneway”


2025

15.

fly anakin (the) forever dream

fly anakin znany szerzej głównie z jego licznych wspólnych projektów z pink siifu (który oczywiście też pojawia i tutaj) wydał album, który w mojej posiwiałej (nieco) główce obudził odległe wspomnienie o boy meets world fashawna z 2009 roku — wtedy już wiedziałem, że będę do tego krążka wracał wielokrotnie i tak w istocie się stało; jeśli ktoś nie ma (tak jak ja) rapu na czarującym jazzowo-soulowym fundamencie w stylu nowej szkoły chicagowskiej (noname, smino, saba) albo rapu doprawionego prostolinijnym ciepełkiem chipmunk soulu w stylu debiutu kanyego westa, to (the) forever dream jest płytą, która idealnie wpisze się w oba te wzorce; to trochę rewers tegorocznego ghaisa guevary, bo tam gdzie guevara jest hardkorowy i głośny, anakin robi to inaczej; wciąż jest na tym krążku coś ulicznego, ale część numerów zrobiono w zasadzie zupełnie drumless i na poziomie produkcji te ostre krawędzie nie tyle się tu piłuje, co okrasza post-jazzową omastą a la atcq; no i anakin jest niezłym raperem o przyjemnym flow, któremu nadal jeszcze się chce robić fajne rzeczy po swojemu ♪ „forever dream”


14.

lexie liu x danny l harle „deeper & deeper”

wielki danny znów jest wielki dzięki chińskiej księżniczce electropopu ery internetu lexie liu, która zaprosiła go do współpracy na jej tegorocznej epce; efektem jest electro-house’owo-transowy labirynt elektryzujący na wielu poziomach (produkcyjnych) i dzięki bezkompromisowemu basowemu riffowi zgodnie z obietnicą z tytułu schodzący do najgłębszych z głębin; mood


2025

13.

friendship caveman wakes up

jeśli miałbym opisać tę płytę jednym słowem, to bez chwili zawahania wybrałbym „zamułę” — bliżej „muddiness” niż „mellowness”, ale jednak gdzieś pomiędzy, co jest tym drobnym niuansem, który wszystko zmienia, przynajmniej w przypadku caveman wakes up alt-indie-slowcore-country-rockowej grupy z filadelfii o wholesome nazwie friendship; trafiłem na ten album w grudniu chyba przy okazji rankingu roku w stereogum i wtedy też okazało się, że miałem go zapisanego do odsłuchu od majowej premiery; i doskonale się stało, że ten maj się nie udał, bo to jest doskonały album na zimę — śnieg zalega za oknem, a ja na kanapie, a w słuchawkach zalega friendship; w jakimś alternatywnym świecie geese nie wydało w tym roku get killed, ale właśnie caveman wakes up — albo inaczej, wszystko to, co geese odrzucili między panamerykańskim 3d country a nowym krążkiem, mogłoby dać początek caveman wakes up; nawet sposób tworzenia narracji jest jakoś pokrewny, ale jednak stylistycznie friendship w 25 roku bliżej do mj-a lendermana, a ideologicznie do steely dan, bo mimo tytułu to jednak wszystko muzyka dla zmęczonego dniówką starzejącego się człowieka, który niby pamięta, że na gitarze można grać inaczej, ale jednak wystarczą mu te letargiczne pomruki, które całkiem poetycznie zapakowało dla niego friendship; to chyba mój największy tegoroczny rel między tym, jak się czuję a czego słucham ♪ „tree of heaven”


2025

12.

model/actriz pirouette

dogsbody grupy model/actriz było moim wielkim odkryciem 23 roku, ich tegoroczny krążek więc musiał być jednym z najbardziej przeze mnie oczekiwanych i choć zdarza się to stosunkowo nieczęsto — dowiózł bezbłędnie; pisałem już wtedy, że cole haden brzmi mi trochę momentami jak corey taylor ze slipknot, co tworzy dla mnie dziwaczny most pomiędzy współczesnością a latami mojej nastoletniości, gdy wypalałem na cedekach empetrójki nu-metalowych kapel; ta nu-metalowość tutaj oczywiście nie ma zastosowania, bo pirouette posługuje się szlachetniejszą i trudniejszą do zdefiniowania mieszanką środków — jest gitarowo, industrialnie, tanecznie, punkowo, czasem teatralnie, na swój sposób przebojowo, ale i dysonantycznie (pewnie nine inch nails byłoby lepszym punktem odniesienia, ale może dla kogoś innego); nawet gdyby bardzo się chciało zredukować pirouette do emanacji po-nastoletniego buntu, model/actriz wielokrotnie w kolejnych numerach dostarczają dowodów, że byłoby to krzywdzące uproszczenie — na poziomie rytmiki chociażby część numerów to szaleńczy post-hardcorowy gamelan — rzecz, można powiedzieć z dużą dozą pewności, poza-nastoletnia; mimo wszystko pirouette znakomicie sprawdza się jako wyrażenie dorosłej rebelii — niekoniecznie jakkolwiek konkretnie ukierunkowanej w przypadku słuchacza, choć cole haden mierzy się tu nawet bardziej otwarcie niż na debiucie z własnymi emocjami — konfliktem między ekspresją własnej tożsamości a zewnętrznymi oczekiwaniami ♪ „cinderella”


2025

11.

turnpike troubadours the price of admission

w kontraście to wielkich artystycznych manifestów, które często zdobywają od krytyków i publiczności o krytycznym zmyśle owacje na stojąco, stoją takie płyty jak ta; the price of admission turnpike troubadours to znakomity album country — czerpiący garściami z muzycznych tradycji oklahomy spod znaku red dirt i łączący je z rockową ekspresją i folkową wrażliwością bardzo po amerykańsku; nie jest to jednak wielka płyta, raczej album towarzyszący pozwalający na wiele satysfakcjonujących odsłuchów przez wiele lat, niż taki, który za pierwszym razem zwali słuchacza na kolana tak, że ten słuchacz (tym słuchaczem jestem ja) postanowi sobie te silne emocje odłożyć na stronę, może właśnie na wiele lat, zanim będzie gotów znów paść na kolana; i myślę sobie, że to turnpike troubadours dużo lepiej wyraża ostatnio moje mente — pragnienie jakiejś stabilności, nawet poczciwej (można by użyć tego słowa do opisania tej płyty, choć nie byłoby najbardziej fair) w czasach, gdy świat jest wystarczająco popieprzony, by móc słuchać wyłącznie równie popieprzonej jak on muzyki; a the price of admission to fantastyczny grower, pełen kunsztownie zaaranżowanych kompozycji z niepozornymi refrenami — takimi, które nie paraliżują mnie od razu, ale gdy tylko do nich wracam, wiem dlaczego to robię; zastanawiam się dlaczego turnpike troubadours, nagrywającym od dwóch dekad, nie udaje się wyjść poza bazę stałych słuchaczy — z powodzeniem widzę dla nich miejsce gdzieś na obrzeżu głównego nurtu country obok chrisa stapletona czy mirandy lambert ♪ „on the red river”


10.

lady gaga „abracadabra”

abracadabra to czary i magia (…); ten numer to wehikuł czasu katapultujący słuchaczy na złotej ery gagi gdzieś pomiędzy „bad romance” a „judas”, gdzie istotnie działa się magia w sensie radiowo-popowej perfekcji; ale o dziwo nie zabrzmiało to wcale ani jak odcinanie kuponów, ani żerowanie na nostalgii — zwłaszcza że „abracadabra” w kontekście późniejszej premiery albumu okazała się w dużej mierze eksponatem odrębnym; „abracadabra” ma nie tylko bez wątpienia najbardziej przebojowy refren w dyskografii gagi od wielu lat, ale sam numer, wspomagany electrohouse’owym mostkiem, jest absolutnym radiowym i dancefloorowym taranem; w zalewie bezbarwnego disco (myślę też o tobie, „the dead dance”) „abracadabra” to armia zbawienia


2025

9.

dijon baby

przyznaję, że bywam sceptyczny w kwestii internetowych fenomenów, ale dijon to nie quadeca, a baby to album, o który powinniśmy wszyscy zrobić nawet więcej hałasu; nie ma co owijać w bawełnę czy pukać w niemalowane — to samo gęste; przy pierwszym odsłuchu — totalny chaos, ale zdradzający od samego początku spory potencjał rozwojowy; to gęste to progresywny pan-soulowy splot z mocnym prince factor rozlewającym się między kolejnymi numerami psychodelicznymi ścieżkami; wszystko to zestawione razem trochę na słowo honoru, bo dijon nie umie w minimalizm, a przy tym jest mistrzem d.i.y.; ale jednocześnie to absolutny grower, a w tym szaleństwie jest metoda — trzeba dać sobie chwilę, żeby mózg nauczył się rozplątywać te numery, a wtedy, zaprawdę powiadam, doznamy! ♪ „another baby!”


2025

8.

ninajirachi i love my computer

jedna z najbardziej swawolnych płyt tego roku i absolutne zaskoczenie na wszystkich frontach — oparta na nostalgii za początkiem internetu electrohouse’owa wiksiarsko-spermiarska epopeja; co więcej (żeby podbić podniecenie piwnicznego fandomu) za i love my computer stoi 26-latka z melbourne — bezsprzeczna królowa geekosfery z uniwersalnego cyfrowego nadania; ale sama nostalgia to nie wszystko — nina nie boi się zabawy dźwiękiem i konwencją — na fundamencie glitchowego electro buduje solidny pomost między mistrzem yasutaką nakatą a założycielami pc music; i love my computer jest wszystkim tym, czym mógłby być tegoroczny bezzębny krążek oklou (okrzyknięty, stąd go przywołuję, przez równie bezzębnych krytyków jedną z płyt roku) ♪ „all I am”


2025

7.

walt mcclements on a painted ocean

wyobraźcie sobie kankyō ongaku na akordeonie! trudne? to posłuchajcie on a painted ocean, które odmaluje wam ten na papierze niedorzeczny soundscape w trójwymiarze; mcclements, multiinstrumentalista, członek hurray for the riff raff, współpracownik mary lattimore i weyes blood, debiutuje tu niejako ze swoją autorską wizją, którą trudno ubrać w tagi oddające jej sprawiedliwość; jest to niewątpliwie płyta pejzażowa z akordeonem w dość klasycznej, ale (co ważne) nie współczesnej odsłonie, na pierwszym planie, który daje się jednak, mimo pewnego programowego ciężaru jego brzmienia, wkomponować w minimalistycznie ewoluujące prądy (czyt. riffy); i rzeczywiście ocean wydaje się dobrą analogią dla tej muzyki, która potrafi ująć harmonicznością, by chwilę później wyewoluować wielotorowo w coś nieprzejednanego i dysonantycznego, a ostatecznie (i taka jest końcówka tej płyty) dać się wypełnić jakąś triumfalną świetlistością, jakby z filmu przyrodniczego o waleniach, ale bez nadmiernego zadęcia — jak wieloryb wynurzający się z toni i wypuszczający strumień wody przez nozdrza, który po prostu tak robi bez żadnej teatralności; jedynie my obserwujemy w oddali z podziwem ♪ „clattering”


2025

6.

gwenifer raymond last night i heard the dog star bark

miałem taki moment kilkanaście lat temu, gdy dość obsesyjnie szukałem następców muzycznej myśli niedoścignionego mistrza amerykańskiego prymitywizmu johna faheya; ale spuściłem gardę i na last night i heard the dog star bark, i muzykę gwenifer raymond trafiłem zupełnie przypadkiem; po pierwszym odsłuchu nie mogłem oprzeć się rozważaniom, dlaczego dwie dekady temu nie zrobił tego james blackshaw, inna ważna figura stylu, z którego muzyką (także z tego powodu) miałem skomplikowaną relację; myślę, że dzięki raymond lepiej zrozumiałem blackshawa, ale przede wszystkim odkryłem coś, za czym tęskniłem, a co zupełnie straciłem z oczu; raymond jest naprawdę fenomenalną gitarzystką — jej kompozycje wcale nie odbiegają jakością od żelaznej klasyki fingerpickingu z appalachów; nawet jeśli ostatecznie za kilka lat miałaby się okazać jedynie sezonową ciekawostką, raczej niż filarem nowego kanonu, muszę jej oddać to, że od dawien dawna nie otworzyłem tak szeroko oczu podczas pierwszego odsłuchu jakiejkolwiek płyty; absolutna ekstraklasa ♪ „champion ivy”


2025

5.

natural information society perseverance flow

joshuę abramsa i jego post-minimalistyczny chicagowski jazz poznałem równo dekadę temu przy okazji magnetoception, które wówczas otworzyło w mojej głowie jakąś szufladkę i zaświeciła w niej żarówka; tych dziesięć lat spędziłem najwyraźniej w półmroku, bo chociaż śledziłem i abramsa i jego grupę natural information society, wszystkie nasze spotkania były bardzo przelotne, aż do momentu gdy w październiku tego roku trafiłem na perseverance flow, które dosłownie mnie zahipnotyzowało; być może tego właśnie potrzebowałem — awangardowego post-minimalistycznego dubu robotycznie pulsującego nieśpiesznie wokół mnie przez bite pół godziny z jakimś orgiastycznym jam bandem wychodzącym co rusz za linię, ale nie na tyle, by pulsowanie całości przestało choć na chwilę brzmieć jak soczysty rave na afterze u andy’go stotta; to jest mój mood, kochani, czy chcę tego, czy nie chcę — zostałem rozpracowany i opętany, ale wciąż nie wiem, czy ostatecznie perseverance flow ma doprowadzić mnie do szału czy do orgazmu ♪ „perseverance flow (slo-mo edit)”


2025

4.

colter wall memories and empties

colter wall był na moich plejlistach od lat — ale dopiero gdy poszedł mocniej w tradycyjny honky tonk przed dwoma laty na little songs znalazł drogę do mojego serca; nowy krążek memories and empties jest zresztą stylistyczną i formalną kontynuacją poprzedniego; to kameralna i kompaktowa płyta w starym stylu, bez karkołomnych stopów gatunkowych i wymyślania koła na nowo; podoba mi się, że mogę ją sobie wsadzić do kieszeni i zupełnie na spokojnie zatopić się w codzienności; wall jest fantastycznym wokalistą, ale to historie, które opowiada sprawiają, że nie tyle ja wracam do niego, co on do mnie ♪ „memories and empties”


3.

chappell roan „the subway”

choć doceniam debiut chappell roan the rise and fall of a midwest princess z 23 roku i wszystko co w ostatnich dwóch latach wydarzyło się w popkulturze wokół niego, dopiero kolejnymi singlami piosenkarka sprawiła, że naprawdę poczułem jej wizję popu — najpierw post-katebushowskim „good luck, babe!”, które szturmem wzięło listy przebojów na całym świecie, a teraz fantastycznie wyważonym „the subway”, które wzięło mnie zupełnie z zaskoczenia (listy przebojów też, choć niestety nie szturmem); to hommage dla gitarowego popu lat 90. w najlepszym możliwym wydaniu, całościowo spowity soft-cranberriesową aurą, ale jednak jak najbardziej tożsamy dla wszystkiego tego, co do tej pory pokazała nam roan; jego głównym atutem jest równowaga — między lekko melancholijnym i duchologicznym aranżem, emocjonalnym wokalem absolutnie sprzedającym każde słowo tego break-up story a klasyczną melodyką, bez problemu penetrującą ścieżki neuronów bardziej wymagających słuchaczy; na każdym z tych poziomów „the subway” ma w sobie jakąś ponadczasową tęsknotę, którą trudno wyrazić czy uzasadnić słowami, ale bardzo prosto poczuć, gdy roan porzuca pierwszy refren i przechodzi w lamentacyjne „she got away” / „she’s got a way” — to najbardziej transcendentny moment w całym tegorocznym popie


2025

2.

saba & no id from the private collection of saba and no id

przez ostatnią dekadę saba wyrósł na czołowego rapera niezależnej chicagowskiej sceny i trudno mówić o nim jak o debiutancie. w porównaniu z no id, który produkował przecież pierwsze płyty commona w połowie lat 90., trudno jednak nie zwrócić uwagi na tę dysproporcję w scenicznym stażu, która na ich wspólnym krążku from the private collection of saba and no id zdaje się stanowić nie lada atut; no id wciąż jest w doskonałej producenckiej formie i w spowite neo-soulem i jazzem okołoboombapowe bity potrafi jak mało kto; saba z kolei wciąż ma świeże flow i wiele do przekazania bez zjadania własnego ogona; świeżość i lekkość to zresztą słowa-klucze przy opisywaniu tego projektu, który w przeciwnym razie mógłby wydać się cokolwiek anachroniczny, a jednak panowie i ich liczni goście niosą go bez najmniejszych oznak zadyszki od początku do końca; to hip-hop, który oddycha soulem; energetycznie i aranżacyjnie być może jak dotąd najbardziej prawowity następca niedoścignionego debiutu noname ♪ „a few songs”


2025

1.

cécile mclorin salvant oh snap

w obcowaniu z kolejnymi płytami cécile mcLorin salvant zaraz od premiery najbardziej lubię ten moment, gdy któregoś razu po kilku wstępnych odsłuchach nagle bieg utworów rozrzuconych zwykle (a na oh snap szczególnie) w myśl jej strumienia świadomości zaczyna układać się w coś na kształt mojego własnego strumienia świadomości; kolejne puzzle, które na początku wydawały się zbędne lub nie do końca zrozumiałe, zaczynają pasować i naturalnie zajmują swoje miejsca; można to pewnie powiedzieć o wielu płytach, ale w przypadku cécile działa to na mnie szczególnie mocno — efekt jest spektakularny; oh snap to osobiste skrawki z szuflady, które w przypływie szaleństwa wyrzucono zamaszystym ruchem ku sufitowi, by zebrać je razem tak, jak wylądowały — nie tyle zresztą formalnie (choć formalnie to najbardziej synkretyczny album artystki mieszający jej sztandarowy wokalny jazz z artystycznym popem, a nawet psychodeliczną muzyką taneczną — jak w tytułowym „oh snap”, obiecajcie, że posłuchacie!), co tematycznie, bo salvant otwiera się tu światło na słuchacza ze swoimi intymnymi refleksjami i lękami w nieneurotypowym wachlarzu; ma serce na dłoni, a jej zmysł kreatywny pozbawiony gatunkowych szlabanów eksploduje jak nigdy wcześniej; jeśli ktoś chciałby wam wmówić, że współcześnie nie da się tworzyć muzyki odkrywczej i niepozbawionej wyobraźni, a jednocześnie rezonującej z emocjami słuchaczy — zapodajcie im oh snap, niech im buty pospadają! ♪ „oh snap”