
Ilustracja Iwana Bilibina do bajki o dzielnej Oleńce i jej braciszku
Widziałem ostatnio mem, oczywiście nie pamiętam punchline’a, ale ogólnie chodziło o to, że oto koniec kolejnego lata, które zmarnowałem. Co roku, od kiedy zyskałem jako taką świadomość upływającego bezpowrotnie czasu, wiązałem z latem wielkie plany, które już na wstępie porzucałem na rzecz może nie tyle próżniactwa, co braku aktywności. A właśnie aktywność — zwłaszcza taka letnia — w słońcu i nad wodą, miała być miarą sukcesu mojego lata. Patykowaty, biały jak ściana, z długą listą alergii na pyłki kwitnących roślin i awersją do wody nie miałem najlepszych rokowań na powodzenie i rzeczywiście zwykle lato w naturalny sposób spędzałem przed komputerem. Z rozrzewnieniem wspominam wycieczki rowerowe, które mimo wszystko równie naturalnie równoważyły czas spędzony przed ekranem.
Dzisiaj niby niczego specjalnego nie obiecuję sobie wraz z początkiem lata — nie mam warunków — jestem skazany na ślęczenie przed komputerem od poniedziałku do piątku, rozwiązując cudze problemy. Dzięki temu przynajmniej moje alergie nie są wystawiane na ciężkie próby, a moja skóra na poparzenie. Ilekroć idę do dermatologa, ostatnio na szczęście z rzadka, ten raczy mnie coraz bardziej makabrycznymi historiami. A wie pan, że żeby krem z filtrem działał tak, jak deklaruje producent, powinien pan teoretycznie zużyć pół tubki na jedno smarowanie? To najwyraźniej strategia polegająca na zastraszeniu mnie prewencyjnie, jakbym od najmłodszych lat nie był przerażony tym nieprzewidywalnym, mimowolnie otaczającym mnie coraz większym bałaganem (zwanym życiem). Moja mama — w twoim wieku człowiek nie myśli o takich rzeczach jak umieranie. Ja — czy coś ze mną nie tak, jeśli co rusz od dziecka czuję dojmująco wiszące gdzieś nieopodal, może na poziomie chmur, może niżej — drzew, piętno śmierci. Nie wiem dlaczego, ale piętno zawsze bardziej przybierało dla mnie rodzaj czarnej złowrogiej chmury aniżeli znamienia.
Niby czekam na koniec lata, niby nie znoszę upałów, a jednak w te ostatnie sierpniowe dni, gdy zrobiło się już znacznie chłodniej, zauważalnie posmutniałem. Czemu odchodzące lato, skłaniające tym odchodzeniem do refleksji, o którą trudno byłoby mi w palącym słońcu, jednocześnie cieszy mnie i smuci? W czym tkwi rzeczywista esencja lata, jeśli narty wodne mogą jedynie napytać człowiekowi biedy? Jeśli wie, że nawet aktywnie wykorzystując swój rachityczny urlop, nie ma realnej szansy na realizację planów, które uchroniłyby to lato przed zmarnowaniem. Może naturą lata jest właśnie to, że daje mu się w taki czy inny sposób przelecieć przez palce, opowieści o spędzonym jakoś lecie należy odłożyć tam, skąd je wzięliśmy — do literatury i kinematografii młodzieżowej, a jakiekolwiek racjonalne próby konstruktywnego wykorzystania lata z góry skreślić jako, paradoksalnie, pozbawione racji bytu?
Dni są coraz krótsze, noc powinna rozdzielić je już, wyodrębnić każdy jeden, a i tak wciąż sklejają się ze sobą. Rutyna co prawda pomaga nam jakoś egzystować, ale jednocześnie gubi nas i gubi nasze lato bezpowrotnie przechodzące w jesienną szarugę.
