Opublikowano

Wszystkie przegapione rocznice premier płyt

Wszystkie przegapione rocznice premier płyt

Orange Crate Art


W piątek 30-lecie obchodziło Orange Crate Art — spóźniona i w jakiejś mierze daremna próba odtworzenia przez Briana Wilsona i Vana Dyke’a Parksa magii niedoścignionego Smile podjęta w połowie lat 90. Rzecz w pewnych kręgach kultowa, mająca zarówno fantastyczne, i gorsze momenty, ale ogólnie warta uwagi. Rzutem na taśmę w piątkowy wieczór udało mi się włączyć sobie kilka numerów z tej płyty, w tym ponoć ulubione kawałki Wilsona — „Summer in Monterey” i „San Francisco” — które aż nieprawdopodobnie pokryły się już dawno i bezwiednie z moimi własnymi hajlajtami. Ten rzut na taśmę był zresztą dziełem przypadku.

Od zawsze mam problem z obsługą kalendarza i z byciem w odpowiedniej chwili w odpowiednim miejscu — co posiada także swój wydatny cyfrowy ekwiwalent. Nie skroluję tego, co trzeba, kiedy trzeba. A nawet jeśli, najpewniej nie mam ochoty rzucać wszystkiego i włączać jakiejś dawnej ulubionej płyty, bo stuknęła jej okrągła rocznica. Pamiętam tylko o 25 sierpnia — tego dnia w 2001 roku tragicznie zginęła Aaliyah, a trzy lata wcześniej solowy debiut wydała w Stanach Lauryn Hill. Poza tym codziennie coś mnie omija.

Myślę teraz o tych wszystkich przegapionych przeze mnie rocznicach premier płyt, o których być może pamiętali inni, ale na pewno nie ja. Wydawało mi się, że była w tym jeszcze chwilę temu jakaś myśl przewodnia, ale ostatecznie ją też musiałem najwyraźniej przegapić. Pozostaje mi zatem jedynie życzyć wszystkim tym lepszym i gorszym płytom — wszystkiego najlepszego.

Opublikowano

Wakacje z duchami

Wakacje z duchami

Pożyczona okładka wyimaginowanej reedycji


Wiadomość o śmierci Briana Wilsona nie zaskoczyła mnie, ani nie przygniotła, przynajmniej nie w dramatyczny sposób, w jaki miałyby przygniatać nas nagłe wiadomości. Jednocześnie jednak poczułem jej ciężar. Świat, który poznałem jako dzieciak i brałem odtąd za pewnik, zmienił się nieodwołalnie. Pozornie oczywiście nie zmienił się wcale, ale towarzyszące mu uczucia jakby pozamieniały się miejscami. Nie byłem naocznym świadkiem tej zamiany, nie przyglądałem się im zbyt dokładnie wcześniej, a jednak to oczywiste, że coś jest teraz inaczej. Odwołany po cichu warszawski występ zespołu koncertującego jako The Beach Boys mógłby być okazją, by poukładać je na nowo, ale najwyraźniej nawet pół wieku po prajmtajmie grupy, Polska wciąż nie jest gotowa ani na Pet Sounds, ani na „Kokomo”.

To w zasadzie wariacja na temat grupy pod wodzą niezmordowanego Mike’a Love’a — okrytego w kręgach fanów nie najlepszą sławą pierwszego hamulcowego artystycznych zapędów braci Wilson. Wciąż jednak w oficjalnych barwach i z towarzyszeniem innego wieloletniego członka zespołu — Bruce’a Johnstona, oraz kilku bezimiennych randomów, co wcale nie musiałoby być tak złe, jak na pierwszy rzut oka mogło się wydawać. To grupa rekonstrukcyjna. Grupa pod egidą. Grupa pod wezwaniem. Przeżycie być może nie duchowe, ale na pewno duchologiczne. I to odwołanie koncertu też w tę duchologiczną tradycję kontestowania Beach Boysów nad Wisłą można wpisać. Kiedyś zostałem zapytany przez stryja, na imprezie rodzinnej, w dość dziwacznym anturażu (acz także duchologicznym, zwłaszcza jeśli do tej sytuacji wracamy dzisiaj, naście lat później) — Beatlesi czy Stonesi? Zdębiałem. Skąd nagle obok Beatlesów Stonesi? Ale pokazało mi to dominantę. Od tej pory Stonesi już nigdy mnie nie zaskoczyli, a ja zawsze w obliczu braku Beach Boysów w puli, odpowiadałem, że Beatlesi. W obliczu braku Beach Boysów w puli.

Pamiętam któreś długie lato, gdy dwudziestoletni ja odkrywałem dla siebie skompilowane na niezliczonych bootlegach nieoszlifowane nagrania z sesji do Smile, wówczas wciąż oficjalnie niewydane. Jeździłem na rowerze między polami porów i chłonąłem każdy takt w promieniach bezlitosnego popołudniowego słońca. Over and over the crow cries uncover the cornfield. Albo któreś inne lato, gdy niezbyt trzeźwy, leżąc na plaży, przepłakałem całe Pet Sounds w towarzystwie karmazynowego nieba i chłodnego morza. I wszystkie te końce lata, które zawsze były za krótkie i potwornie zmarnowane nie wiadomo na co, ale dzięki Surf’s Up udawało się tę nadchodzącą jesień zromantyzować i już nie była mimowolnym pożegnaniem, a czymś upragnionym i wyczekanym. Teraz być może znów przyjdzie mi układać te lata i jesienie na nowo. I chociaż Thomas Wolfe wciąż ma rację i nie ma powrotu, jakoś trzeba te poprzewracane na boki i na wznak uczucia pozbierać. Takie moje wakacje z duchami.