Opublikowano

Bezruch: o gasnących relacjach w dobie smartfonów i social mediów

Bezruch

Przyszłość jest dziś


Jakoś w zeszłym roku trafiłem na artykuł, chyba w New York Timesie, ale nie udało mi się teraz go odnaleźć, w którym autorka przekonywała, że dzięki smartfonizacji i tiktokizacji naszej codzienności, ludzie stali się mniej skorzy do utrzymywania ze sobą kontaktu. Jakże łatwiejsze i przyjemniejsze po całym dniu w pracy jest zanurzenie się w nieskończonym feedzie możliwości niż umawianie się gdzieś tam na spotkanie z jakimś drugim człowiekiem, a później jeszcze dodatkowo może — słuchanie, co mu tam leży na sercu! Z jednej strony przyjąłem tę perspektywę jako interesującą, z drugiej odrzuciłem jako niezgodną z moim wewnętrznym imperatywem, by pielęgnować ważne dla mnie relacje i nie postrzegać ich w kategoriach utylitarystycznych.

Ale i mnie, na sztandarze z wieczną krucjatą przeciwko zawłaszczaniu życia przez smartfony, udziela się rzeczywistość, która wygląda tak, że w tę pułapkę lenistwa połączonego z realnym uzależnieniem można wpaść nawet, gdy człowiekowi się wydaje, że jest w miarę świadomy i ma się na baczności. Wystarczy opuścić gardę na chwilę, a świat nieskończonego skrolowania wciąga za swe podwoje, a stamtąd rzeczywistość wydaje się jakby mniej realna, a już na pewno mniej ciekawa. Można wciąż deklarować, że relacje są najważniejsze, a jednocześnie nie widzieć swoich niegdyś bliskich przyjaciół od roku i mieć problem, aby wygospodarować chwilę na wiadomość czy telefon. Jutrać bez końca, bo owszem obowiązki, praca, rodzina, partner, zakupy, sprzątanie, a trzeba jeszcze kiedyś odpocząć, więc netlifx & chill, a potem jeszcze tiktok przed snem i w przerwie na kawę, i coś miałem robić, ale jakoś tak weszły mi te instastories na kanapie i zleciało. I z jednej strony widzę różnicę między autorką tego artykułu, co go nie mam jak pokazać (i musicie mi wierzyć, że go nie zmyśliłem), która pisze wprost, że woli sobie poskrolować telefon niż gdzieś się grzebać tramwajem (czy metrem w sumie w jej przypadku, bo Nowy Jork przecież), żeby się z kimś zobaczyć. A między takim mną czy takim tobą, którzy byśmy nawet i wyszli z domu, i wsiedli w ten tramwaj, ale jakoś się nie składa, żeby się do siebie odezwać, choć telefony mamy w dłoniach od zmierzchu do świtu. „Jesteśmy w kontakcie” — spuentował to pięknie Łona już dawno, dawno temu (na płycie Cztery i pół z 2013).

I teraz myśl się we mnie narodziła inna, że może to jednak nie do końca przez to skrolowanie. Może to tylko wypełniacz, jak kiedyś skakanie po kanałach w telewizorze albo kolorowe pisemka o niczym. Że jak nasi ojcowie i nasze babki nie mieli tych smartfonów, to też im się to wszystko rozłaziło. Że też im się nie chciało chwycić za telefon (jak były te tarczowe telefony, gdzie się wykręcało numery, na końcu towarzyskiej kolejki byli ponoć ci, którzy mieli w numerach za dużo dziewiątek i zer, bo zwyczajnie za dużo roboty, żeby ich wydzwonić), tylko kitłasili się w swoich m3. Z drugiej (a nawet trzeciej) jednak strony, nie da się ukryć, że kiedyś czas płynął wolniej. Czy osiem godzin w pracy 20 lat temu zabierało ludziom mniej niż osiem godzin zabiera nam? Że było tak w PRL-u, to wszyscy doskonale wiemy (choć nie wszyscy pamiętamy), bo dobrze to udokumentowali Bareja, Gruza i inni.

I myśl w temacie ostatnia, a przynajmniej ostatnia na teraz, bo ostatnio często do tego mimowolnie wracam, więc jest potencjał na kolejne refleksje. Wszystko dlatego, że tęsknię za przyjaciółmi, których dawno nie widziałem, a kiedyś widywaliśmy się codziennie. Jest to uczucie nowe i dziwne, z którym nie wiem, co mam zrobić. Zastanawiam się bowiem, jak to się dzieje, że te relacje, które kiedyś tyle dla nas znaczyły, z czasem zupełnie nikną. I nie ma w nas serdeczności i woli, żeby jednak porozmawiać — choćby o tym, co się zdarzyło tutaj między nami, kiedy nas nie było obok siebie.

Czasem ludzie nie są do końca kompatybilni — po prostu znajdują się razem w danym miejscu i czasie, a kiedy te okoliczności się zmieniają, ich relacje zanikają i okazuje się, że tak naprawdę poza tą wspólną materią, zwykle pracą albo szkołą, może wspólnym znajomym, nie łączyło ich w zasadzie nic innego. Ten mechanizm rozumiem. Takie spotkania potrafią być wyjątkowo niezręczne, a rzucone odruchowo „co tam”, na które nie potrafimy lub nie chcemy odpowiedzieć, może wybudzić nas nagle w środku nocy wiele lat po tym, jak faktycznie padło. Nauczyłem się nie próbować reanimować tych relacji.

Chodzi mi raczej o relacje, w których w danym momencie wydaje nam się, że naprawdę się rozumiemy. Nie musi stać się zresztą nic nagłego. Nie musimy się poróżnić o politykę czy religię i poprzysiąc lucyferowi, że nigdy więcej nie odezwiemy się słowem do naszego niegdyś przyjaciela, teraz zdrajcy i idioty. Czy możemy po prostu, zajęci własnym życiem, marnowaniem go zresztą na skrolowaniu AI slopów, na tyle przestać się odzywać do siebie nawzajem, że dawne porozumienie przestanie obowiązywać. Obustronnie zamieni się w nicość. A może jeszcze inaczej — czy pozwolimy małemu niedopowiedzeniu, delikatnej rysie na świętym monolicie relacji urosnąć w milczeniu do statusu dealbreakera, który gdzieś w tle bez naszego aktywnego udziału zakończy to, co zaczęło nam ciążyć i przeszkadzać. Będziemy mieli wówczas poczucie, że postąpiliśmy słusznie, że to zbyt daleko zaszło, a my nie mamy siły i ochoty, żeby to roztrząsać, wyjaśniać. Najlepiej będzie uznać to za niewyjaśnialne i grubą kreską oddzielić przeszłość.

Dziwny ze mnie gość. Z jednej strony mi zależy, zapisuję sobie nawet, że miałem się odezwać do tego czy tamtego, z drugiej akurat — w danej chwili mogę być w nastroju zupełnie samotniczym albo przegapić własne przypomnienie i ocknąć się dwa miesiące później z wielkim „ożeż ty!”. Zdarza mi się, że telefon przypomina mi o urodzinach kogoś, kogo nie widziałem od lat. Czasem akceptuję tę sytuację bez mrugnięcia, czasem jeszcze trochę żałuję. Z tej perspektywy to może łatwiejsze. Boję się, że stopniowo, w miarę upływu lat, zaczną znikać z mojego życia kolejne osoby, a ja nie będę rozumiał dlaczego. Boję się, że ten proces już gdzieś trwa, a ja go biernie obserwuje, skrolując smartfona. Być może to bezzasadne, ale jednak czuję, że stoi to wespół w zespół obok dziwnej, nieznanej mi kiedyś tęsknoty w samym sercu tego wpisu i musiałem to wyrazić, choćbym nawet miał narazić się na śmieszność. To ostatecznie mój jedyny pamiętnik: wszystko co zostało tutaj przemilczane, zostało przemilczane w ogóle, a wszystko to co zostało wyrażone, zostało wyrażone tutaj (przynajmniej na papierze).

Żeby jednak nie kończyć tak patetycznie — rozumiem, że wiele wciąż zależy od nas. Mamy te smartfony i tiktok robi nam zupę z mózgu, ale ostatecznie może wcale nie będzie tak źle. Czasem wystarczy zebrać się na jeden mały akt nieposłuszeństwa względem własnej rutyny i to może zrobić większą różnicę, niż się wydaje. Nawet jeśli za jakiś czas trzeba będzie to powtórzyć. W każdym razie jesteśmy w kontakcie!

Opublikowano

Porażki obnażone

Pet Sounds

Beach Boysi podczas sesji zdjęciowej do Pet Sounds


Nie poprosiłem AI o napisanie, rozwinięcie czy zredagowanie notki na bloga. Ani z lenistwa, ani z braku czasu, ani z ciekawości. I myślę, że nie poproszę. Ale za to pomyślałem, nie raz zresztą w ciągu ostatniego roku, o zasadności pisania w dobie sztucznej inteligencji. Już wcześniej miałem wątpliwości. Wszyscy generują kontent. Ja, z natury próżny elitysta, lata temu postanowiłem się z tego obiegu samozadowolenia wyłączyć. Trochę dlatego, że bałem się jednocześnie (choć osobno) porażki i obnażenia, a najbardziej pewnie razem: obnażenia porażki. Trochę dlatego, że obieg kulturowy, w którym wszyscy tylko generujemy treści, a mało kto cokolwiek przyjmuje (ze zrozumieniem, ale też nie bezkrytycznie), wydaje się zasadniczo zachwiany. Można więc powiedzieć, że w swoim elityzmie, zostałem filantropem dla z góry przegranej sprawy, co w sposób wyjątkowo przejrzysty obnaża moją porażkę i na tym poziomie.

*

Słuchałem ostatnio sporo starych płyt Rodowicz. Odkryłem, że za pośrednictwem tych nagrań, pięknych piosenek-zabawek, w dużej mierze pióra ulubionej poetki Polaków, nawiedza mnie duch babci. Nie wiem, czy ona sama chciałaby materializować się akurat w formie nagrań Rodowiczki, która jest tupeciarą, ale trzeba jej oddać, że ma głos. Obawiam się, że na tym etapie żadne z nas nie ma już do końca wyboru. W refrenie utworu kończącego moją ulubioną płytę Rodowicz Cyrk nocą z 79 roku (z którym miałem zresztą długo problem, bo aranżacyjnie odbiega od reszty krążka), śpiewa, że cokolwiek robi, nie żałuje. Słyszałem to dziesiątki razy, ale dopiero ostatnio uderzyły mnie te słowa. Uwierzyłem zresztą tupeciarze, pomyślałem, że do twarzy jej tak i na pewno ogólnie zdrowiej nie żałować, niż się nieustannie drzaźnić. Niż się borykać. Niż się potykać o własne sumienie. O własne i cudze wątpliwości. Niż liczyć co rusz źle wydane i źle niewydane pieniądze.

**

Majowa nostalgia jest, po wrześniowej, najbardziej dla mnie dojmująca. Gdy tylko zrobi się cieplej, nie mogę w drodze do pracy przestać marzyć o wagarach. O bezkresie czasu do zmarnowania, dniach wypełnionych zupełnie niczym i zupełnie niczym nieobciążonych, z nieśmiało majaczącą gdzieś na horyzoncie zdarzeń nutką nadziei na nowy początek, powrót porządku i konstrukcji, ale też tylko na jakiś czas — nowego roku szkolnego. Idę więc do pracy jak kiedyś do szkoły. Włączam Pet Sounds, które w zeszły weekend skończyło 60 lat, a i mnie nigdy nie przestanie kojarzyć się z majem, bo zupełnym przypadkiem sam też odkryłem je wiosną — 18 lat temu. Gdy mrużę oczy, widzę tamten maj, jak gdyby był to ten sam, który właśnie trwa. Stałem wtedy przed masą strasznie poważnych i dorosłych decyzji, które, mam wrażenie do dziś, podjęły się gdzieś poza mną. I to gdzie teraz jestem, choć niekoniecznie jaki jestem (tu wierzę w siebie i sobie, ależ paradoks!), też jest poza mną. A ja wracam ze szkoły w tym bezbrzeżnym maju i udaję, że te dwa krótkie weekendowe dni przede mną to dwa długie miesiące wakacji.

Opublikowano

Ważenie siebie

Maj

Wariacja na temat grafiki, którą lata temu wybrałem jako szatę graficzną swojego pierwszego bloga w maju 2004 roku — od tamtej pory ta kompozycja co jakiś czas staje mi przed oczyma, ilekroć na horyzoncie pojawia się maj


28 kwietnia:

Gdy człowiek jest zajęty do tego stopnia, że kolejne sprawunki ściśle wypełniają mu dobę, marzy bezwarunkowo o chwili spokoju. Gdy konstrukcja dnia pozwala na chwilę oddechu, robi się bardziej wybredny. Chce odpoczywać rozważnie, aktywnie, chce rozwijać swoje zainteresowania, stawać się lepszym, a nie tylko skrolować smartfona. Ale czasem te chęci nie współpracują z jego nawykami czy potrzebami. I ostatecznie jest w stanie przepuścić przez palce kilka kolejnych wolnych wieczorów, na które tak się przecież cieszył.

Ja na przykład bez konkretnego planu, dzięki któremu uzmysłowię sobie, czego tak naprawdę chcę, jestem skazany na klęskę. Ostatecznie wieczór się kończy, a ja idę spać sfrustrowany — mogłem zrobić cokolwiek, a nie zrobiłem nic. Ale i sam plan czasem nie wystarczy. Trzeba jeszcze w niego wierzyć i faktycznie chcieć jego realizacji. Podobnie jak z słuchaniem muzyki — coś może lecieć w tle, ale dopóki nie włączymy czegoś, na co naprawdę mamy ochotę, odczucie może być zupełnie jałowe. Coś gra w tle, żeby uniknąć ciszy. Unikanie ciszy może wystarczyć do pewnego stopnia, ale któregoś dnia, gdy zdajemy sobie wreszcie z tego sprawę, reakcja może być brutalna. Jak nie przesmykiwać się przez własne życie i faktycznie doświadczyć poczucia sensu i sprawczości?

6 maja:

Podle zafiksowałem się ostatnio na analizowaniu dysharmonii w mojej własnej codzienności. Uświadomiła mi to trochę majówka, którą zmitrężyłem wprost fenomenalnie — żonglując rozmaitymi, mniej lub bardziej kreatywnymi aktywnościami, ale skutecznie unikając przebodźcowania. A trochę zapach wczorajszego wieczoru — ten specyficzny zapach mokrego gruntu wczesnym latem, prawie cały z nostalgii, ale z nutką nadziei. To on umocował mnie z powrotem w rzeczywistości, którą straciłem z oczu. Przypomniał mi — patrz, tyle na mnie czekałeś, że aż o mnie zapomniałeś, ale wreszcie jestem.

A może to maj? Od kiedy pamiętam uwielbiałem maj. Może chorobliwe ważenie siebie da się umaić tak, że wynik ważenia przestaje mieć znaczenie. Hipoalergiczna mgiełka o zapachu bzu i feelingu słonecznego wieczoru, gdy nawet w jakiś wtorek czy czwartek można mieć poczucie, że tego coś jeszcze może nam się udać.

Opublikowano

Próbuję medytować (jak być lepszym Kurtkiem 102)

Korytarz

Korytarz Shiro Kasamatsu na tle jednej ze Stacji drogi krzyżowej Hermanna Nitscha


(Wpis poniżej to ciąg dalszy tej noworocznej rozkminy, co zrobić żeby żyć bardziej harmonijnie)

Próbuję medytować. To miała być moja droga ku harmonii. Uwierzyłem, że krótki spacer bez słuchawek i telefonu przybliży mnie do siebie samego i pozwoli odkryć to, co naprawdę ma dla mnie wartość. Ale siedzenie w ciszy i nieustanne skakanie przez płotki pędzącym strumieniem świadomości to wcale nie medytacja. Według mojego podręcznika (który czytam sobie na raty, bo łudzę się, że uda mi się cokolwiek z tego wprowadzić w życie) powinienem liczyć oddechy do dziesięciu. Gdy będę w stanie bez pomyłek robić tak przez kwadrans, mogę awansować wyżej. Mimo prób koncentracji ostatnio doliczyłem do dwudziestu siedmiu, zanim zorientowałem się, że wyszedłem poza skalę, how about that?

Wydawało mi się, że mogę robić nudne rzeczy, dam sobie radę. Za nudne rzeczy dostaje się wypłatę, a z czegoś trzeba żyć. Chciałem to regulować po godzinach i w przerwach tym, co mnie bierze — zawsze było tego więcej niż mogłem ogarnąć. Tysiąc pomysłów na minutę. Ale chyba dopadł mnie wiek średni. Zamiast wyrażać się kreatywnie — tak żebym miał wrażenie jakiegokolwiek choćby iluzorycznego sensu, zacząłem klikać i skrolować. Konsumować całą tę papkę, która wydaje się nieszkodliwa, ejajowe słonie malujące swoje autoportrety trąbą itd., ale szczerze boję się, że już za późno, by naprawić permanentny i niewątpliwy brain damage. Nie jestem koneserem treści trudnych, obszernych i głębokich, ale potrzebuję jednak jakiejś substancji. Ślizganie się po powierzchni to iluzja odpoczynku. W głębi Kurtka piętrzy się niepokój. Jak tak dalej pójdzie, to stanę się pusty w środku. Już teraz jestem niechybnie pół-pusty. Ktoś w lepszym nastroju do żartów mógłby pewnie powiedzieć: pół-pełny.

Z jednej strony nie wiem, w co włożyć ręce, z drugiej jestem bezkreśnie znudzony. Jedno i drugie doprowadza mnie do szaleństwa. Nie śpię, bo trzymam kredens. Mentalnie. Jeden fałszywy ruch, a kredens zgniecie mnie na miazgę i będzie ze mnie kocia zupa (to z tytułu filmu, osobiście identyfikuję się jako kurczak). Jeśli w moim grafiku w dniu X jest jeszcze chociaż jedna pozycja, nie uda mi się zrobić niczego innego, choćby ową pozycję zaplanowano dopiero za sto godzin. Z drugiej strony, jeśli w dniu X nie mam już w grafiku zupełnie niczego, najpewniej położę się twarzą do dołu na dywanie i zacznę się turlać to w prawo, to w lewo z braku celu i zachęty do działania.

Obwiniam oczywiście pogodę. Dlaczego przez cały rok mamy ustawiczne przesilenie? Tylko zimno i pada, i zimno, i pada na to miejsce w środku Europy. Ale na pewno już niebawem, już za rogiem, już tuż tuż, jeszcze dzień, może dwa i wszystko na pewno się zmieni na dobre. Wreszcie będę miał w szafie porządek, będę wypoczęty i zadowolony z całokształtu swojej egzystencji. W rzeczywistości jednak, jestem zupełnie pewien, szarugę zastąpią upały nie do wytrzymania. Będziemy wietrzyć, zasłaniać się przed słońcem i umierać z gorąca. Jak w takich warunkach da się w ogóle funkcjonować?

To wszystko, na wszystkich frontach, zawsze, wszędzie, naraz. Aż nagle myśl! A co jeśli rzeczy, które uznaję za szum i chaos, są tak naprawdę esencją życia? Jeśli wszystko to, z czym próbuję walczyć jest nieodzowną częścią tego, jak powinno być, a tymczasem ja dumnie wymachuję sztandarem z jakąś uzurpowaną harmonią — w sprzeczności z porządkiem rzeczy? Embrace chaos! — krzyczy jakiś wewnętrzny głos (powołany do życia jakiś czas temu przez Panią Maję podczas nocnej przejażdżki po mieście, niezupełnie bez celu). Boję się odpowiedzieć, że po moim trupie, bo to akurat wydaje się dziwnie realne… I znowu wraca do mnie ta sama myśl co zawsze od lat, którą z jednej strony na pewnym poziomie uznaję za kompas, z drugiej, na innym, kategorycznie odmawiam się nim kierować — everything is everything. Nawias, poza który trzeba by cokolwiek wyłączyć, nie istnieje. Rzeczy muszą współistnieć ze sobą i wynikać jedna z drugiej tak, jak istnieją. I tu wracam do medytacji, którą podjąłem, żeby rzeczy w swojej faktycznej formie nie tylko współistniały, ale współistniały harmonijnie w mojej ocenie. Spróbuję jutro. Kto wie, może uda mi się doliczyć tylko do dziesięciu?

Opublikowano

Jak być lepszym Kurtkiem 101

Myśliciel

Myśliciel Hiromu Kiry na tle jednej ze Stacji drogi krzyżowej Hermanna Nitscha


Ogólnie rzecz ujmując, nie mogę nie zgodzić się z tym, że każdy dzień jest dobry, by zacząć lub postanowić coś nowego. Nie jestem też jakoś szczególnie przekonany co do symboliki początku nowego roku, choć nie mogę nie docenić pewnej zewnętrznej psychologicznej presji, która może wywierać na człowieka nie do końca zdecydowanego jakiś nacisk, choć która wcale nie musi okazać się skuteczna. Pomimo tego i dlatego co roku staram się jednak spróbować po raz kolejny stać się lepszym Kurtkiem.

Czasem postanowienia bywały proste i wówczas zwykle udawało mi się osiągać z nimi najlepsze efekty — chciałem ćwiczyć, czytać, uczyć się języków obcych i zwykle była to jedna, niekoniecznie zupełnie nowa, a zawsze na nowo opatrzona wysokim priorytetem rzecz. Ćwiczyć miałem przynajmniej dwa razy w tygodniu, czytać przynajmniej dwie książki miesięcznie, realizować konkretny zakres zagadnień gramatycznych. Zwykle też postanowienia te nie miały daty przydatności — nie były to zamknięte projekty o skończonym zakresie realizacji. Naturalnie przechodziły z roku na rok — ćwiczyłem więc, czytałem więc, uczyłem się więc języków jednocześnie. Oprócz tego pracowałem, żyłem życie i robiłem rozmaitości, jak to człowiek. Słuchałem płyt, chodziłem do kina, jak to Kurtek (to swoją drogą dość wymowne, że do słuchania muzyki nie potrzebuję postanowień, a do czytania już tak, heh!).

W zeszłym roku doszedłem do miejsca (a może raczej to miejsce doszło do mnie), gdy moje postanowienia posypały się jak domek z kart. Nie tylko nie udało mi się zrealizować nowego postanowienia (w którego powodzenie nie wierzyłem od samego początku i samo to, że było one jedyne, nie mogło uratować mnie przed porażką — miałem pisać bazę danych, nie wracajmy do tego), ale też wcześniejsze postanowienia, realizowane od lat z zapałem, nie dały się tym razem okiełznać. Z czytelnika z potencjałem nie został ani czytelnik, ani potencjał. Aktywność fizyczna, zdziesiątkowana przez mnożące się delegacje i kontuzje, spadła ilościowo o czwartą część (nie jest to jedyna miara, ale jedyna, jaką mam), a japońskie słownictwo i gramatyka w najlepszym razie odrobinę się utrwaliły, ale na pewno nie poszerzyły. I choć wiem, że nie jestem w stanie (i nie chcę) w wolnym czasie być wyłącznie produktywny — mam potrzebę zalegania, osiadania, mitrężenia, niekwapienia się — to jednak gdzieś z tyłu głowy pod koniec zeszłego roku zapaliła mi się wątła kontrolka.

Mniej więcej w połowie grudnia zamiast o podsumowaniu sukcesów i porażek, zacząłem myśleć nad nadchodzącym styczniem i tym, co chciałbym sobie w nim obiecać. Wszystko to, co do tej pory i jeszcze więcej — podpowiadał jakiś odrealniony głos z offu. Zapytałem sam siebie, kneblując głos z offu, co wymaga najwięcej uwagi i pomyślałem o nadszarpniętej równowadze codzienności, jakimś głupim wirze, w który sam się wciągam, między innymi nawarstwiającymi się postanowieniami, które mają poprawić jakość mojego życia i mnie samego, ale ostatecznie nie zawsze wychodzi tak, jak sobie założyłem, a czasem jest nawet gorzej, bo gdy rzeczy nie idą, równoważnia przechyla się ku ekstremom. Dzisiaj mija pierwszy tydzień nowego roku i jak na razie jedyną rzeczą, jaką zrobiłem w stronę realizacji nowego, mocno nienamacalnego i niemierzalnego założenia, było nierobienie zbyt wiele. Coś tam pomachałem hantlem (pod wpływem influenserów fitness, napisałem „hantlą”, ale edytor podkreślił, to poprawiłem), przeczytałem kilka stron książki, ale ogólnie raczej pozwoliłem rzeczom być takimi, jakimi były.

Mógłbym w tym miejscu odtrąbić natychmiastowy sukces, bo swoje poczucie harmonii w tym czasie oceniam możliwie najwyżej, ale muszę uczciwie przyznać, że jedna istotna rzecz, która mogła tu sporo namieszać, a mianowicie — praca, została do dzisiaj zupełnie zamrożona. Gdy zalogowałem się rano po nieprzyzwoicie (nie jest mi wstyd) długiej przerwie, zalała mnie powódź cudzych problemów, które od teraz miały być również moimi. Jakoś przetrwałem, ale będę musiał skutecznie utrzymywać się na powierzchni tego wzbierającego co rusz strumienia przez bite osiem godzin, pięć dni w tygodniu. Jak w tym nie utonąć? Chciałbym móc dopisać w tym miejscu kolejny akapit ze złotymi radami, które n a p r a w d ę pomogą, ale na razie nie mam pojęcia. Mam pomysły, owszem, ale nie wiem, czy uda mi się wprowadzić je w życie, bym w istocie stał się w tym roku lepszym Kurtkiem.

Przed dwoma laty przywiozłem z Japonii białego darumę. Dopiero na jesieni odważyłem się namalować mu pierwsze oko, z tą samą niejasną intencją szeroko pojętej równowagi. To był ten symboliczny moment, mój własny początek nowego roku, który jednak jak dotąd nie zdołał umocnić się w moim myśleniu i działaniu. Czy uda mi się odzyskać emocjonalną kontrolę nad własnym życiem? O tym w kolejnym odcinku blogonoweli.

Opublikowano

Mimo wszystko pozwól mi wejść

Koguty pod palmami

Koguty pod palmami Itō Jakuchū (lata 60-te XVIII wieku)


Napisałem kiedyś dość wyczerpująco o życiu okładanym na później. Miałem nadzieję, że jeśli wyrzucę to z siebie, to uda mi się pozbyć tego poczucia, uporządkować teraźniejszość tak, by zrobić w niej miejsce na to, co ważne. Na quality time z bliskimi. Na ćwiczenia i medytację. Na nieśpieszne spacery w słońcu i w deszczu, gdy nie muszę zaraz nigdzie koniecznie być, a jedynie jestem tam, w tej chwili. I oczywiście na zalegające na półkach płyty kupione z nadzieją, że znajdę na nie idealny moment, ale lata mijają, a ten uporczywie nie chce nadejść — albo już był, został wykorzystany, chciałoby się go powtórzyć, ale tego też się nie da.

I nie mówię, że poniosłem fiasko, a jedynie, że jest jak jest. Wczoraj wieczorem próbowałem znaleźć idealną płytę z poczuciem, że tym razem mi się uda, ale znowu nie wyszło. The Gun Club okazał się zbyt krzykliwy po całym dniu za biurkiem — zbyt krzykliwy, by słuchać go ciszej, zbyt krzykliwy by znosić go głośniej. Lada chwila skończy się kolejny rok — w zasadzie już jesteśmy na przedmurzu Bożego Narodzenia. Coraz bardziej uporczywie myślę o wszystkich tych, do których dzwoniłem przed rokiem i zapewniałem ich, że zadbam o to, żeby tym razem udało się spotkać, a jedynie znów oddaliliśmy się od siebie o kolejny rok. Czy skrolowanie ich social mediów wystarczy, żeby nie wymknęli się z mojego życia na dobre? Czy te relacje, które kiedyś tyle nam dawały, są warte tego, żeby nadal o nie walczyć, jeśli codzienność zagmatwała sprawę? A może z czasem wszyscy jesteśmy skazani na samotne scrolowanie social mediów na swoich kanapach w piątkowe wieczory i sobotnie popołudnia?

Opublikowano

Wszystkie przegapione rocznice premier płyt

Wszystkie przegapione rocznice premier płyt

Orange Crate Art


W piątek 30-lecie obchodziło Orange Crate Art — spóźniona i w jakiejś mierze daremna próba odtworzenia przez Briana Wilsona i Vana Dyke’a Parksa magii niedoścignionego Smile podjęta w połowie lat 90. Rzecz w pewnych kręgach kultowa, mająca zarówno fantastyczne, i gorsze momenty, ale ogólnie warta uwagi. Rzutem na taśmę w piątkowy wieczór udało mi się włączyć sobie kilka numerów z tej płyty, w tym ponoć ulubione kawałki Wilsona — „Summer in Monterey” i „San Francisco” — które aż nieprawdopodobnie pokryły się już dawno i bezwiednie z moimi własnymi hajlajtami. Ten rzut na taśmę był zresztą dziełem przypadku.

Od zawsze mam problem z obsługą kalendarza i z byciem w odpowiedniej chwili w odpowiednim miejscu — co posiada także swój wydatny cyfrowy ekwiwalent. Nie skroluję tego, co trzeba, kiedy trzeba. A nawet jeśli, najpewniej nie mam ochoty rzucać wszystkiego i włączać jakiejś dawnej ulubionej płyty, bo stuknęła jej okrągła rocznica. Pamiętam tylko o 25 sierpnia — tego dnia w 2001 roku tragicznie zginęła Aaliyah, a trzy lata wcześniej solowy debiut wydała w Stanach Lauryn Hill. Poza tym codziennie coś mnie omija.

Myślę teraz o tych wszystkich przegapionych przeze mnie rocznicach premier płyt, o których być może pamiętali inni, ale na pewno nie ja. Wydawało mi się, że była w tym jeszcze chwilę temu jakaś myśl przewodnia, ale ostatecznie ją też musiałem najwyraźniej przegapić. Pozostaje mi zatem jedynie życzyć wszystkim tym lepszym i gorszym płytom — wszystkiego najlepszego.

Opublikowano

Na szarość naszych nocy

Dzielna Oleńka i jej braciszek

Ilustracja Iwana Bilibina do bajki o dzielnej Oleńce i jej braciszku


Widziałem ostatnio mem, oczywiście nie pamiętam punchline’a, ale ogólnie chodziło o to, że oto koniec kolejnego lata, które zmarnowałem. Co roku, od kiedy zyskałem jako taką świadomość upływającego bezpowrotnie czasu, wiązałem z latem wielkie plany, które już na wstępie porzucałem na rzecz może nie tyle próżniactwa, co braku aktywności. A właśnie aktywność — zwłaszcza taka letnia — w słońcu i nad wodą, miała być miarą sukcesu mojego lata. Patykowaty, biały jak ściana, z długą listą alergii na pyłki kwitnących roślin i awersją do wody nie miałem najlepszych rokowań na powodzenie i rzeczywiście zwykle lato w naturalny sposób spędzałem przed komputerem. Z rozrzewnieniem wspominam wycieczki rowerowe, które mimo wszystko równie naturalnie równoważyły czas spędzony przed ekranem.

Dzisiaj niby niczego specjalnego nie obiecuję sobie wraz z początkiem lata — nie mam warunków — jestem skazany na ślęczenie przed komputerem od poniedziałku do piątku, rozwiązując cudze problemy. Dzięki temu przynajmniej moje alergie nie są wystawiane na ciężkie próby, a moja skóra na poparzenie. Ilekroć idę do dermatologa, ostatnio na szczęście z rzadka, ten raczy mnie coraz bardziej makabrycznymi historiami. A wie pan, że żeby krem z filtrem działał tak, jak deklaruje producent, powinien pan teoretycznie zużyć pół tubki na jedno smarowanie? To najwyraźniej strategia polegająca na zastraszeniu mnie prewencyjnie, jakbym od najmłodszych lat nie był przerażony tym nieprzewidywalnym, mimowolnie otaczającym mnie coraz większym bałaganem (zwanym życiem). Moja mama — w twoim wieku człowiek nie myśli o takich rzeczach jak umieranie. Ja — czy coś ze mną nie tak, jeśli co rusz od dziecka czuję dojmująco wiszące gdzieś nieopodal, może na poziomie chmur, może niżej — drzew, piętno śmierci. Nie wiem dlaczego, ale piętno zawsze bardziej przybierało dla mnie rodzaj czarnej złowrogiej chmury aniżeli znamienia.

Niby czekam na koniec lata, niby nie znoszę upałów, a jednak w te ostatnie sierpniowe dni, gdy zrobiło się już znacznie chłodniej, zauważalnie posmutniałem. Czemu odchodzące lato, skłaniające tym odchodzeniem do refleksji, o którą trudno byłoby mi w palącym słońcu, jednocześnie cieszy mnie i smuci? W czym tkwi rzeczywista esencja lata, jeśli narty wodne mogą jedynie napytać człowiekowi biedy? Jeśli wie, że nawet aktywnie wykorzystując swój rachityczny urlop, nie ma realnej szansy na realizację planów, które uchroniłyby to lato przed zmarnowaniem. Może naturą lata jest właśnie to, że daje mu się w taki czy inny sposób przelecieć przez palce, opowieści o spędzonym jakoś lecie należy odłożyć tam, skąd je wzięliśmy — do literatury i kinematografii młodzieżowej, a jakiekolwiek racjonalne próby konstruktywnego wykorzystania lata z góry skreślić jako, paradoksalnie, pozbawione racji bytu?

Dni są coraz krótsze, noc powinna rozdzielić je już, wyodrębnić każdy jeden, a i tak wciąż sklejają się ze sobą. Rutyna co prawda pomaga nam jakoś egzystować, ale jednocześnie gubi nas i gubi nasze lato bezpowrotnie przechodzące w jesienną szarugę.

Opublikowano

Sen

Bure błoto Švankmajera

Bure błoto Švankmajera


Przydarzył mi się dziś dziwaczny sen. W ramach makabrycznego eksperymentu moje życie z całym dobrodziejstwem doświadczeń, upodobań, powiązań podzielono na dwa arbitralną kreską, a następnie każdą z części zupełnie osobno nakarmiono sztuczną inteligencję, która w oparciu o własne konteksty zaczęła je po swojemu wypełniać i rearanżować. Następnie te dwie połowy, zupełnie już na tym etapie do siebie nieprzystające, próbowano zmusić do dialogu. Efekt był telenowelowy, sensacyjny, ale też w miarę rozwoju sytuacji coraz bardziej pozbawiony sensu i oryginalnych kontekstów, którymi nakarmiono pierwotnie ejaj. A ja, czy raczej resztki mnie rozrzucone coraz bardziej bezwolnie w tym wszystkim, nie potrafiłem się z niego uwolnić. W międzyczasie zadzwonił budzik, później kolejny i kolejny, a ja wciąż nie potrafiłem przerwać — to wroga agenda — mruczało podprogowo ejaj, a ja chciałem/musiałem mu wierzyć, coraz bardziej jednocześnie stapiając się w burą breję, trochę jak w „Wymiarze dialogu” Švankmajera. Bura breja ostatecznie zlała się w jedno, i jak na telenowelę przystało, wypełniła sobą coś na kształt ekranu. W jej trzewiach zachodziły jednak wciąż sensacyjne wydarzenia z „moim” „udziałem” — trochę jakby przelewały się soki trawienne, albo jak wybuchy na słońcu, ale cała struktura, choć wydawała się rzeczywista i namacalna, wcale taka nie była. Niby istniała, ale nie dało się jej ująć, jakby wyświetlano ją rzutnikiem, co nie przeszkadzało jej wyglądać coraz bardziej paskudnie. Ostatecznie cały pozatykany tym mentalnym błotem, ale jednak się obudziłem.

Opublikowano

Wakacje z duchami

Wakacje z duchami

Pożyczona okładka wyimaginowanej reedycji


Wiadomość o śmierci Briana Wilsona nie zaskoczyła mnie, ani nie przygniotła, przynajmniej nie w dramatyczny sposób, w jaki miałyby przygniatać nas nagłe wiadomości. Jednocześnie jednak poczułem jej ciężar. Świat, który poznałem jako dzieciak i brałem odtąd za pewnik, zmienił się nieodwołalnie. Pozornie oczywiście nie zmienił się wcale, ale towarzyszące mu uczucia jakby pozamieniały się miejscami. Nie byłem naocznym świadkiem tej zamiany, nie przyglądałem się im zbyt dokładnie wcześniej, a jednak to oczywiste, że coś jest teraz inaczej. Odwołany po cichu warszawski występ zespołu koncertującego jako The Beach Boys mógłby być okazją, by poukładać je na nowo, ale najwyraźniej nawet pół wieku po prajmtajmie grupy, Polska wciąż nie jest gotowa ani na Pet Sounds, ani na „Kokomo”.

To w zasadzie wariacja na temat grupy pod wodzą niezmordowanego Mike’a Love’a — okrytego w kręgach fanów nie najlepszą sławą pierwszego hamulcowego artystycznych zapędów braci Wilson. Wciąż jednak w oficjalnych barwach i z towarzyszeniem innego wieloletniego członka zespołu — Bruce’a Johnstona, oraz kilku bezimiennych randomów, co wcale nie musiałoby być tak złe, jak na pierwszy rzut oka mogło się wydawać. To grupa rekonstrukcyjna. Grupa pod egidą. Grupa pod wezwaniem. Przeżycie być może nie duchowe, ale na pewno duchologiczne. I to odwołanie koncertu też w tę duchologiczną tradycję kontestowania Beach Boysów nad Wisłą można wpisać. Kiedyś zostałem zapytany przez stryja, na imprezie rodzinnej, w dość dziwacznym anturażu (acz także duchologicznym, zwłaszcza jeśli do tej sytuacji wracamy dzisiaj, naście lat później) — Beatlesi czy Stonesi? Zdębiałem. Skąd nagle obok Beatlesów Stonesi? Ale pokazało mi to dominantę. Od tej pory Stonesi już nigdy mnie nie zaskoczyli, a ja zawsze w obliczu braku Beach Boysów w puli, odpowiadałem, że Beatlesi. W obliczu braku Beach Boysów w puli.

Pamiętam któreś długie lato, gdy dwudziestoletni ja odkrywałem dla siebie skompilowane na niezliczonych bootlegach nieoszlifowane nagrania z sesji do Smile, wówczas wciąż oficjalnie niewydane. Jeździłem na rowerze między polami porów i chłonąłem każdy takt w promieniach bezlitosnego popołudniowego słońca. Over and over the crow cries uncover the cornfield. Albo któreś inne lato, gdy niezbyt trzeźwy, leżąc na plaży, przepłakałem całe Pet Sounds w towarzystwie karmazynowego nieba i chłodnego morza. I wszystkie te końce lata, które zawsze były za krótkie i potwornie zmarnowane nie wiadomo na co, ale dzięki Surf’s Up udawało się tę nadchodzącą jesień zromantyzować i już nie była mimowolnym pożegnaniem, a czymś upragnionym i wyczekanym. Teraz być może znów przyjdzie mi układać te lata i jesienie na nowo. I chociaż Thomas Wolfe wciąż ma rację i nie ma powrotu, jakoś trzeba te poprzewracane na boki i na wznak uczucia pozbierać. Takie moje wakacje z duchami.