Przydarzył mi się dziś dziwaczny sen. W ramach makabrycznego eksperymentu moje życie z całym dobrodziejstwem doświadczeń, upodobań, powiązań podzielono na dwa arbitralną kreską, a następnie każdą z części zupełnie osobno nakarmiono sztuczną inteligencję, która w oparciu o własne konteksty zaczęła je po swojemu wypełniać i rearanżować. Następnie te dwie połowy, zupełnie już na tym etapie do siebie nieprzystające, próbowano zmusić do dialogu. Efekt był telenowelowy, sensacyjny, ale też w miarę rozwoju sytuacji coraz bardziej pozbawiony sensu i oryginalnych kontekstów, którymi nakarmiono pierwotnie ejaj. A ja, czy raczej resztki mnie rozrzucone coraz bardziej bezwolnie w tym wszystkim, nie potrafiłem się z niego uwolnić. W międzyczasie zadzwonił budzik, później kolejny i kolejny, a ja wciąż nie potrafiłem przerwać — to wroga agenda — mruczało podprogowo ejaj, a ja chciałem/musiałem mu wierzyć, coraz bardziej jednocześnie stapiając się w burą breję, trochę jak w „Wymiarze dialogu” Švankmajera. Bura breja ostatecznie zlała się w jedno, i jak na telenowelę przystało, wypełniła sobą coś na kształt ekranu. W jej trzewiach zachodziły jednak wciąż sensacyjne wydarzenia z „moim” „udziałem” — trochę jakby przelewały się soki trawienne, albo jak wybuchy na słońcu, ale cała struktura, choć wydawała się rzeczywista i namacalna, wcale taka nie była. Niby istniała, ale nie dało się jej ująć, jakby wyświetlano ją rzutnikiem, co nie przeszkadzało jej wyglądać coraz bardziej paskudnie. Ostatecznie cały pozatykany tym mentalnym błotem, ale jednak się obudziłem.
Wiadomość o śmierci Briana Wilsona nie zaskoczyła mnie, ani nie przygniotła, przynajmniej nie w dramatyczny sposób, w jaki miałyby przygniatać nas nagłe wiadomości. Jednocześnie jednak poczułem jej ciężar. Świat, który poznałem jako dzieciak i brałem odtąd za pewnik, zmienił się nieodwołalnie. Pozornie oczywiście nie zmienił się wcale, ale towarzyszące mu uczucia jakby pozamieniały się miejscami. Nie byłem naocznym świadkiem tej zamiany, nie przyglądałem się im zbyt dokładnie wcześniej, a jednak to oczywiste, że coś jest teraz inaczej. Odwołany po cichu warszawski występ zespołu koncertującego jako The Beach Boys mógłby być okazją, by poukładać je na nowo, ale najwyraźniej nawet pół wieku po prajmtajmie grupy, Polska wciąż nie jest gotowa ani na Pet Sounds, ani na „Kokomo”.
To w zasadzie wariacja na temat grupy pod wodzą niezmordowanego Mike’a Love’a — okrytego w kręgach fanów nie najlepszą sławą pierwszego hamulcowego artystycznych zapędów braci Wilson. Wciąż jednak w oficjalnych barwach i z towarzyszeniem innego wieloletniego członka zespołu — Bruce’a Johnstona, oraz kilku bezimiennych randomów, co wcale nie musiałoby być tak złe, jak na pierwszy rzut oka mogło się wydawać. To grupa rekonstrukcyjna. Grupa pod egidą. Grupa pod wezwaniem. Przeżycie być może nie duchowe, ale na pewno duchologiczne. I to odwołanie koncertu też w tę duchologiczną tradycję kontestowania Beach Boysów nad Wisłą można wpisać. Kiedyś zostałem zapytany przez stryja, na imprezie rodzinnej, w dość dziwacznym anturażu (acz także duchologicznym, zwłaszcza jeśli do tej sytuacji wracamy dzisiaj, naście lat później) — Beatlesi czy Stonesi? Zdębiałem. Skąd nagle obok Beatlesów Stonesi? Ale pokazało mi to dominantę. Od tej pory Stonesi już nigdy mnie nie zaskoczyli, a ja zawsze w obliczu braku Beach Boysów w puli, odpowiadałem, że Beatlesi. W obliczu braku Beach Boysów w puli.
Pamiętam któreś długie lato, gdy dwudziestoletni ja odkrywałem dla siebie skompilowane na niezliczonych bootlegach nieoszlifowane nagrania z sesji do Smile, wówczas wciąż oficjalnie niewydane. Jeździłem na rowerze między polami porów i chłonąłem każdy takt w promieniach bezlitosnego popołudniowego słońca. Over and over the crow cries uncover the cornfield. Albo któreś inne lato, gdy niezbyt trzeźwy, leżąc na plaży, przepłakałem całe Pet Sounds w towarzystwie karmazynowego nieba i chłodnego morza. I wszystkie te końce lata, które zawsze były za krótkie i potwornie zmarnowane nie wiadomo na co, ale dzięki Surf’s Up udawało się tę nadchodzącą jesień zromantyzować i już nie była mimowolnym pożegnaniem, a czymś upragnionym i wyczekanym. Teraz być może znów przyjdzie mi układać te lata i jesienie na nowo. I chociaż Thomas Wolfe wciąż ma rację i nie ma powrotu, jakoś trzeba te poprzewracane na boki i na wznak uczucia pozbierać. Takie moje wakacje z duchami.
TinEye searched over 73.9 billion images but didn’t find any matches for your search image
Brzmi to złowrogo i profetycznie, ale tylko pozornie. W rzeczywistości często jesteśmy w stanie przewidzieć przyszłość, jeśli mamy jakiś podstawowy ogląd przeszłości. Żeby nie budować sztucznego suspensu — nie żebym umiał w te sprawy — ofiara porządku to ja. To skrót myślowy — nie sądzę wcale, żeby miał zabić mnie porządek jako taki. Zwłaszcza że w życiu dominuje jednak bałagan — porządek jest wyjątkiem, rzadkim i pożądanym. Oczywiście są tacy, których mniej lub bardziej metaforycznie zabiło umiłowanie porządku. Mówimy o nich pieszczotliwie w takich słowach jak np., że to chichot losu. A gdy ktoś ma jeszcze coś od siebie do dodania, może powiedzieć, że to znamienne, a następnie wypluć, co ma do wyplucia i zapomnieć na wieki. Ciekawostka.
Ten mój porządek to raczej wrodzona skłonność do porządkowania rzeczywistości — niekoniecznie tej materialnej, choć czasem oczywiście też. Dzięki temu wydaje mi się, że mam rzeczy pod kontrolą. Nigdy nie ufałem swojej pamięci. Są ludzie, którzy to robią. Mówią — tutaj nic nie ginie — i wskazują na swoje głowy. Przyglądamy im się z aprobatą — my, którzy nie ufamy swoim głowom i którzy myślimy wręcz, że tam właśnie wszystko ginie. Obija się o puste ściany czaszki — pjon pjon — i ginie w czeluści. Ale te porządki, prowadzone skrupulatnie zapiski na ważne tematy — głównie dotyczące ocen utworów muzycznych i filmowych, choć przecież notuję też wszystkie nowe japońskie, francuskie i angielskie (w tej kolejności) słowa i zwroty, na jakie trafię, a także przez kilka lat zapisywałem, co sądzę o przeczytanych książkach — no więc porządki, okradają mnie z doświadczeń. Ludzie, którzy mają gdzieś porządek, tak sobie to wyobrażam, rzucają się w wir przygody, doznają płyt, a nie przyznają im cyferki. Ja z kolei — najpierw łaknę doświadczeń, a później je sabotuję cyferkami. Być może moja potrzeba doświadczeń jest fałszywa — wcale by jej nie było, gdybym nie miał arkusza, w którym mógłbym dodać datę i cyferkę, żeby za dwanaście lat móc ją wygrzebać i powiedzieć — nie pamiętam już zupełnie tego filmu, ale dnia tego i tego napisałem w nie najgorszym stylu takie oto zdanie. Następnie odczytałbym zdanie — zdanie jak zdanie, a ja nadal nic bym z tego filmu nie pamiętał.
Wczoraj dowiedziałem się, że jako ludzie jesteśmy w zasadzie skazani na porażkę w stawaniu się lepszymi ludźmi. Że spędzamy długie godziny na psychoterapiach, żeby wypracować nowe lepsze wzorce postępowania, a później jak przychodzi co do czego, ostatecznie z dużym prawdopodobieństwem i tak wybieramy te stare sparciałe wzorce, przez które trafiliśmy na terapię. Najpierw pomyślałem, że to nic nowego — ktokolwiek, kto coś tam przeżył, ma chyba jakiś ogląd tego, jak krnąbrna to materia — własna głowa. Potem zrobiło mi się trochę smutno, ale tylko trochę. A potem pomyślałem, że te moje niby poszukiwania doświadczeń (za wielkie te słowa, ale niech już sobie będą) to w zasadzie próby odtworzenia kilku pięknych wspomnień, które wgrały mi się same z siebie na dysk twardy w tej sekcji, której nie da się sformatować, i teraz kompulsywnie próbuję je znowu przywołać do życia, choć na chwilę, co prawie nigdy się nie udaje. A tymczasem „You Are the Sunshine of My Life” można usłyszeć po raz pierwszy tylko raz — czego się spodziewałem? Z dużym prawdopodobieństwem można spędzić cały wielki piątek, łapiąc pokemony z ziomkami, mając dziesięć czy tam jedenaście lat, bo po tej wolcie gniew matki sprowadzi na was szlaban, który popamiętacie do końca życia. Nie mam już dziesięciu lat, mama nie może dać mi szlabanu, niemal nieustannie czuję się przebodźcowany i znudzony jednocześnie. Mimo tego sam szukam co rusz jakichś nowych wrażeń, ale mając setki, tysiące możliwości, zazwyczaj wybieram nie to, czego potrzebuję. Przydałaby mi się instrukcja obsługi do samego siebie. Może wtedy ogarnąłbym nie tylko stawanie się, ale też jako takie bycie. Kosiński pisał, że wystarczy być, ale czasem samo to jest strasznie trudne.
Ostatnia dygresja w tym strumieniu, zanim przejdę do lichej puenty — patrzyłem ostatnio na swoje płyty — jest ich całkiem dużo — więcej niż mógłby mieć ktoś, kogo można by określić jako przyzwoitego człowieka, takiego, wiecie, bez nałogów, ale z pewnością mniej niż tysiąc. Zdarza mi się czasem stawać przed regałem, na którym sobie są, i wpatrywać się w nie przez kilka minut. Dzieją się we mnie wtedy straszne rzeczy — próbuję wniknąć do wnętrza siebie, żeby odnaleźć tę jedną, która idealnie dopełni tej chwili, która akurat się przytrafiła. Zwykle rozpoznanie kończy się porażką. Oczywiście bywa też tak, że od razu wiem, czego potrzebuję. Nie zawsze udaje mi się to zrealizować, nim potrzeba się przeterminuje, ale to też nie tak, że moje życie to zawsze splot niedających się uniknąć porażek. W takich momentach myślę czasem, że może wszystko byłoby łatwiejsze, gdybym miał dziesięć płyt. Mógłbym wówczas wybrać jedną z dziesięciu. Ale bywa też, że jest zupełnie odwrotnie — wtedy myślę o tych płytach, których nadal nie mam, a których z jakiegoś powodu czuję, że potrzebuję. Wówczas, w oderwaniu od tej beznadziejnej chwili walki z samym sobą przed pełnym regałem, mam przekonanie, że z tą nową płytą, którą już dodałem do koszyka, będę o krok bliżej spełnienia — cokolwiek to znaczy. Czy spełnienie to tysiąc płyt? Czy gdy przypadkiem przekroczę tę liczbę, dodam na półkę tysiąc pierwszą, nieodwracalnie stanę się zboczeńcem i odludkiem skazanym na te swoje płyty, które jednak (choć do tej pory wyłącznie sekretnie) nie dają mu tego, czego tak pragnął (przypomnę, chodziło o to, by znów po raz pierwszy usłyszeć „You Are the Sunshine of My Life” — przynajmniej figuratywnie)? Nie odpowiadajcie.
Puenta sama się nawinęła — że nawet mimo tego, że zdaję sobie sprawę z daremności tej gonitwy, nie umiem z niej zrezygnować. Jakoś mnie to cieszy. To zresztą druga rzecz, którą wczoraj usłyszałem. Że to w sumie dobry powód, żeby nadal się w to bawić — jeśli raz na jakiś czas, coś faktycznie nas zajawi i przez chwilę sobie popłyniemy, zamiast czołgać się jak co dzień. I nigdy w sumie nie wiadomo, co to będzie — warto więc próbować. Nawet jeśli ostatecznie ofiara tego porządku…
Jeszcze zanim Linkin Park wrócili na listy przebojów i do masowej świadomości dzięki nowej wokalistce, zdarzyło mi się po wielu latach trafić na ich profil na Rateyourmusic. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu nie wyglądał jednak tak, jak go zapamiętałem — na przestrzeni kilkunastu ostatnich lat status grupy ewoluował od traktowanego z pobłażaniem metalopodobnego paździerza w stronę obiektu nostalgii i kultu. I to w bańce muzycznych nerdów, którzy w kwestii wszelkiej muzycznej materii kreują swoje opinie z wyższościowym znawstwem. Wtedy nie byłem w stanie tego zrozumieć — po co reanimować trupa (no pun intended), miejsce Linkin Park jest w odległej przeszłości, gdzieś na stronach magazynów dla nastolatków w stylu Bravo, dla których ta pstrokata nu-metalowa kreacja wyłącznie cynicznie stanowi emanację prawdziwego buntu. Kilka miesięcy później jednak nowe otwarcie zespołu z Emily Armstrong w roli wokalistki sprawiło, że coś we mnie drgnęło — jakiś od dawna wypierany element mojej muzycznej historii wrócił na swoje miejsce — przestałem wstydzić się Linkin Park. Podczas ostatniego weekendu u rodziców wygrzebałem swoją kopię Reanimation, którą za dzieciaka dostałem na Gwiazdkę, i przez całą drogę powrotną w aucie katowałem ją zdecydowanie za głośno, jakbym znowu miał dwanaście lat.
Ale to czy Linkin Park w nowej formule działa, czy ta reaktywacja była potrzebna i komu, jak oceniać jej efekty — to wszystko jest drugorzędne w stosunku do tego, że był to przede wszystkim impuls, żeby w ogóle do zespołu wrócić i przemyśleć go z perspektywy, której brakowało i dwunastoletniemu mnie, i dwudziestoparoletniemu mnie dla zasady odrzucającemu swoje szczenięce zajawki jako nieadekwatne i krindżowe. Tymczasem teraz — czego mam się wstydzić i przed kim? Albo inaczej — przed kim i dlaczego mam się kreować na kogoś (tylko pozornie) lepszego niż jestem — miłośnika i orędownika rzeczy niszowych i ambitnych? Po co pozować na pozbawionego emocji i gardzącego nostalgią eksperta, skoro mogę na pełnej pochwycić esencję życia — dać się ponieść tej muzyce, jeśli tylko mam ochotę, choćby stanowiła w powszechnym przekonaniu w najlepszym razie emanację niezbyt wyszukanego efekciarstwa. Perspektywa jako wolność od osądu innych, ale też perspektywa czasowa z wszystkim tym, co wydarzyło się pomiędzy rokiem 2000 a dziś, ze wszystkimi płytami poznanymi w międzyczasie, z dwiema dekadami zwrotów, odwrotów i powrotów stylistycznych, sprawia, że mimo woli słucha się tego dzisiaj inaczej. Czasem z uśmieszkiem politowania, a czasem z niedającym się ukryć poczuciem satysfakcji.
Aquarium Aqua
Bo jakie dwunastolatek może mieć kryteria rzeczowej oceny jakości materiału? Rzuca się na coś, co wydaje mu się fajne, bo słuchają tego kumple, albo wręcz odwrotnie — nie słuchają — nawet lepiej. Kryteria społeczne górują nad osądem estetycznym. Linkin Park to zresztą tylko wierzchołek góry lodowej. W ostatnim czasie modne zrobiły się powroty do stylistyki eurodensowej. Peggy Gou, Confidence Man czy Bodysync (Ryan Hemsworth x Giraffage) wchodzą w tę estetykę zupełnie na czysto, bez zasłony pastiszu czy dekonstrukcyjnych aspiracji. W poprzedniej dekadzie twórcy związani z bubblegumbassową oficyną PC Music kreatywnie reinterpretowali 90sowe i post-milenijne radiowe przeboje — zgrane do tego stopnia, że nieniosące już ze sobą żadnej treści — Spinee zepsuł „Bring Me to Life” Evanescence, A. G. Cook — „Better Off Alone” Alice Deejay, a GFOTY zrobiła półgodzinny set składający się wyłącznie z remiksów „Cotton Eye Joe”. Wszystko to było oczywiście w części ironiczne, a bubblegum bass stał się cudzysłowem lub nawiasem, w który ujmowano te numery, by nadać im nowe znaczenia. To, co na swoich tegorocznych płytach robią wspomniani Peggy Gou czy Confidence Man, to stanowcze opuszczenie nawiasu, a tym samym także gardy, jako która funkcjonował nawias.
W latach 90. bawiliśmy się do eurodensu lub nie, później bawiliśmy się coraz mniej albo wcale, aż w końcu dzięki nowym formom wyrazu zaczęliśmy bawić się na nowo, tym razem ironicznie, aż w końcu staliśmy się gotowi, by odrzucić tę ironię i (tylko pozornie) wróciliśmy do punktu wyjścia. Pozornie, bo bogatsi o niemal trzy dekady doświadczeń wiemy wreszcie, dlaczego chcemy tę muzykę przyjąć lub odrzucić. Oryginalny dyskurs robił to bezdyskusyjne i zawsze całościowo — w pakiecie. Od tego czasu dyskurs sfermentował w nas jednak na tyle, że jesteśmy w stanie ocenić, czy te proste duchologiczne bangerki niosą ze sobą jakieś meritum czy nie. Kiedy przed ośmioma laty odważnie postulowałem rekuperację „Bailando”, wciąż nie byliśmy na to gotowi, ale już teraz widać, że nie zmarnowaliśmy tego czasu jako post-społeczeństwo. Dziesięcioletni ja, gdy padał termin eurodance, nie był w stanie świadomie wartościować holenderskiego Vengaboys od duńskiej grupy Aqua, choć oczywiście instynktownie czuł różnicę. Nie było środków i czasu, by sprawę przemyśleć. Muzyki słuchało się zresztą inaczej — problemem był raczej jej niedostatek niż nadmiar. Gdy dekadę później nadszedł moment re-ewaluacji, szkoda było czasu, by dokonać jej należycie. Wraz z internetem i rozwojem forów internetowych uchyliło się na raz tyle drzwi nęcących obietnicą nowej jakości — nie było rady. Dopiero teraz na fali powszechnej nostalgii za brzmieniem przełomu milenijnego nadarzyła się okazja, by sprawę przemyśleć — czego wyrazem jest ten tekst i towarzyszące mu, mniej lub bardziej pokątne, odsłuchy będącej jego tematem muzyki. Ta re-ewaluacja ma zresztą charakter coraz bardziej powszechny — wystarczy spojrzeć na wzrostową tendencję ocen tych wydawnictw na Rateyourmusic. To nie tylko nostalgia, ale też kolejne pokolenie, które po nitce dociera do kłębka, a nie słuchając polskiego radia Hot AC, nie ma poczucia, że wszystko, co tam usłyszy, musi być dziełem szatana.
Soulja Boy
Nie tylko nu-metal i eurodance doczekali się rehabilitacji. Już Brockhampton położyło podwaliny pod renesans rozbuchanych południowych bangerów, ale dostatnio w ostatnich latach odbyła się rewolucja. Zeszłoroczny mixtape młodego rapera z Houston — TisaKorean, z humorem, ale jednak dość prostolinijnie wyciągający z szafy niegdysiejsze potworki — Soulja Boya czy Chingy’ego, trafił do podsumowań najlepszych płyt roku i zwrócił uwagę samozwańczej internetowej loży szyderców. W lutym za niesławny przebój nastoletniego rapera J-Kwona sprzed 20 lat „Tipsy” zabrało się alt-rapowe trio Clipping, zbierając pochwały za w sumie dość wierny cover w odrobinę przewrotnej oprawie, bo okraszony elementami muzyki noise. To co dwie dekady temu w dobrym tonie było wyśmiać, obnosząc się jednocześnie adoracją dla dyskografii Radiohead (tak było, nie zmyślam), teraz można śmiało postawić obok tego samego Radiohead w takim czy innym podsumowaniu i mało kogo to zdziwi. Jest to zresztą bliskie temu, od czego wyszedłem — pozwalaniu na to, by muzyka nas poniosła, poharatała jeśli trzeba. Tym samym niegdyś ukochanym, a na długo odrzuconym nu-metalowym szkaradztwom, eurodensowym badziewiom i pop-rapowym kaszanom należą się z głębi Kurtkowego serca szczere przeprosiny.
Jeśli będziemy mieli szczęście, na wstępie dowiemy się, że zakaz robienia zdjęć jest bezwzględny i surowo egzekwowany. To pomoże nam usłyszeć ogród. I zobaczyć go panoramicznie i w trójwymiarze, a nie przez pryzmat zewnętrznego szumu kadru i filtra. Zawsze jednak będzie to sytuacja przynajmniej odrobinę tragiczna. Ten dany nam ledwie moment piękna, na który jesteśmy zupełnie nieprzygotowani estetycznie i duchowo, zacznie nas uwierać, gdy tylko zdamy sobie sprawę, że za pół godziny musimy być i będziemy zupełnie gdzieś indziej.
„Chodzi o jedzenie”
Niezapisane uczucia i myśli muszą przepaść na zawsze w ich oryginalnym kształcie. Wszystko to, co pojawia się później, w dogodnym by je uporządkować momencie, to rekonstrukcje. Wrażenia na temat wrażeń. Impresje pozbawione krawędzi — czyniące wydarzenia, postaci, miejsca i okoliczności innymi. To nic takiego, tak wygląda życie. Gorzej, gdy po trzech tygodniach pieczołowicie zaplanowanego i zrealizowanego wyjazdu, na pytanie, jak było, jedyną rzeczą jaka ciśnie się na usta i dominuje dyskurs, jest odwołany lot powrotny i będące jego konsekwencją czterdziestogodzinne opóźnienie wypełnione w dużej części lotniskową wegetacją.
Skąd mam nagle wiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi? Co mnie tam ciągnie i dlaczego? Wszystkim wkoło mówię, że to inny świat, a gdy nie rozumieją, wtrącam naprędce, że chodzi o jedzenie.
Pomyślałem naiwnie, że w jakiejś z całą pewnością czekającej na mniej bezpiecznej przestrzeni — zawieszonej poza czasem i poza moim zmęczeniem — będę w stanie wrócić do wszystkiego tego, co wydarzyło się na wyjeździe, spojrzeć na to z bliska i daleka jednocześnie, uchwycić szczegóły: kolory, nazwy, zapachy, smaki, którymi każdego wieczora pulsowała moja skroń, gdy z trudem układałem się do snu. A przy tym odpowiedzieć na pozostające każdego z tych wieczorów bez rozwiązania, nadrzędne w stosunku do wszystkiego tego pytanie: co właściwie z tego wynika? Bez ogródek zapytała mnie zresztą o to po przyjeździe matka — mruknąłem coś wymijająco. Skąd mam nagle wiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi? Co mnie tam ciągnie i dlaczego? Wszystkim wkoło mówię, że to inny świat, a gdy nie rozumieją, wtrącam naprędce, że chodzi o jedzenie. Turystyka kulinarna to jednocześnie główny fetysz (uznawany przy tym za niegroźny i powszechnie akceptowalny) i motor napędowy funkcji życiowych post-społeczeństw z krajów rozwiniętych. To jedyne, co jest w stanie wypełnić egzystencjalną pustkę, gdy ma się już zbyt dużego suva i zbyt drogi telewizor. Ale nie, nie chodzi tylko o jedzenie. Notowałem co prawda skrupulatnie każdego dnia potrawy i miejsca — główny posiłek musi stać w centrum każdego dnia i przy odrobinie szczęścia jest w stanie poodklejać sprasowane razem ściśle wspomnienia w sposób, który można by nazwać oszałamiającym. To jest, gdyby jeszcze cokolwiek miało moc, by nas oszołomić.
Scenka rodzajowa (nieinscenizowana)
Mamy „Między słowami” w domu
Jestem trochę zgaszony. Tydzień po sześciesięciogodzinnym locie mówię wszystkim, że nie było żadnego jetlagu, a jednocześnie jedyną aktywnością życiową, która nie sprawia mi bólu jest dziesięciogodzinny sen. Do ostatnich minut przed wyjazdem na lotnisko w Osace knułem skrycie, co jeszcze mógłbym zobaczyć, zjeść, kupić — musiałem się obstawić na zapas, przywieźć plecak pełen Japonii do ojczyzny tak niejapońskiej, że życie w niej z pewnej odległości (z Osaki) wydaje się niemal niemożliwe. Nie przygotowałem się zupełnie na to, co będzie, gdy już wylądujemy. Pranie i odkurzanie. Porządkowanie nowej rzeczywistości z Japonią niedbale poupychaną po kieszeniach. Wszystko to, co przywiezione, zadrukowane bezrozumnie obcym alfabetem, należy adekwatnie rozmieścić fizycznie w nowej rzeczywistości. Świat bez treści. Estetycznie i intelektualnie obojętny. Kosmos. A ja kosmita włóczący się po drogeriach i piekarniach z ustami pełnymi konnichiwa, arigatō, su’imasen wybieram milczenie. Tydzień później umiem już co prawda powiedzieć dzień dobry w Żabce, ale gdy wracam z niej bez kanapki ryżowej w ręce, znowu czuję się jakoś przesunięty. I nie chodzi o to, że tęsknię, czy że nagle w trzy tygodnie postanowiłem przechrzcić się na nipponjina i teraz na każdym kroku będę udowadniał wszystkim wokoło, jak tam jest wspaniale, a tu strasznie. To raczej wywrócona do góry nogami impresja na „Między słowami” — wspomagany jetlagiem i brakiem pomysłu na siebie po planowanym od pół roku urlopie marazm. Jakaś część mnie odetchnęła z ulgą, że wróciłem, ale pozostały ja — nieprzygotowany do powrotu do rzeczywistości wciąż skutecznie sabotuje jakikolwiek przejaw entuzjazmu czy energii.
Szukałem piękna i znalazłem je, ale nie potrafiłem dostatecznie go doświadczyć. Być może dlatego, że tylko oczekiwanie na coś i dążenie do tego daje mi poczucie sensu.
Wyobraziłem sobie właśnie, że sfabularyzowałem tę wycieczkę i próbuję sprzedać ją jako opowiadanie. Dorzucam jakieś elementy low fantasy, zagadkową postać o imieniu, które jest jej nazwiskiem czytanym wspak, tajemnicze zniknięcie, żeby tylko dało się jako tako przez to przebrnąć. Koniec końców, mimo starań, nic z tego nie wynika. Całe moje hipotetyczne pisanie (którego potwornie się boję) tak właśnie wygląda. Ostateczną konkluzją jest brak konkluzji i to jedyne akceptowalne dla mnie naturalne rozwiązanie. Ale nawet pomimo tej dziwnej pewności, czuję się bez choćby jednej górnolotnej puenty porzucony i zrezygnowany. Szukałem piękna i znalazłem je, ale nie potrafiłem dostatecznie go doświadczyć. Przez całe życie niezdarnie i bezrozumnie uciekam od właściwych doświadczeń, widząc je jako coś tymczasowego, prowizorycznego, jako przygotowanie na coś właściwego, co dopiero ma nastąpić kiedyś. Być może dlatego, że oczekiwanie na coś i dążenie do tego daje mi poczucie sensu, a faktyczne domknięcie to jedynie jakaś pozorna harmonia, z której w rzeczywistości wyziera pustka.
Podróże małe i duże — autobusem po Kioto i pola ryżowe gdzieś między Kanazawą a Nagoyą
Oświecenie w pół godziny
By tę niedoskonałą rzeczywistość nie tylko zaakceptować, ale nauczyć się dostrzegać w niej jedyną możliwą, a zatem najlepszą z opcji, zacząłem czytać o zen. To niedorzeczne, żeby zen doświadczyć przez pryzmat wyłącznie lektury, ale też nie robiłem sobie wielkich nadziei. Pomyślałem za to, że może dzięki temu te nieprzeniknione kamienne ogrody z równo zagrabionym cylindrycznie piaskiem, staną mi się odrobinę bliższe. Ale wcale tak nie było. Ich siła rażenia polega przede wszystkim na abstrakcyjnej estetyce. Samo zen nie służy interpretacji, przynajmniej nie przy pomocy słów.
Być może najbardziej zen w tym przesadnie i od zbyt dawna wystylizowanym ogrodzie Daisen-in byli ganiający się po drewnianej werandzie uczniowie podstawówki.
Interpretacja leży więc gdzie indziej. Na prawdziwą refleksję — zmysłową, nie intelektualną, nie było ani czasu, ani przestrzeni. Być może najbardziej zen w tym przesadnie i od zbyt dawna wystylizowanym ogrodzie Daisen-in byli ganiający się po drewnianej werandzie uczniowie podstawówki, których przymusem zaciągnięto tam w ramach szkolnej wycieczki. Z pewnością nie ja próbujący przy pomocy niezrozumiałej mapy i własnych rachitycznych notatek zrobionych jeszcze w Polsce dojść do tego, jak rozumieć który kamień. Latami będę mógł teraz opowiadać wszystkim wokoło o mistycznym doświadczeniu duchowym, jedynym w swoim rodzaju, jakie skołatanej duszy zapracowanego zachodu przynieść może wyłącznie wizyta w ogrodzie zen.
Swoją drogą moje pierwsze japońskie spotkanie z zen, na jakiś tydzień przed wizytą w kamiennym ogrodzie, było jego absolutnym zaprzeczeniem (ale też afirmacją, to w końcu zen, dychotomie logiczne go nienawidzą). Na godzinę przed zamknięciem muzeum mistrza zen D.T. Suzukiego w jego rodzinnej Kanazawie, postanowiłem (nieświadomie, ale jednak tak właśnie się stało) skłócić ze sobą całą grupę wycieczkową, wybiegając na łeb, na szyję do muzeum i tym samym porzucając wcześniejsze ustalenia i resztki jakiejkolwiek wewnętrznej harmonii. Ledwie łapiąc oddech, ekspresowo przebiegłem przez kunsztownie przemyślaną przestrzeń medytacyjną budynku, w stronę muzealnego sklepiku, by, swoim zwyczajem, odłożyć medytację na później przy pomocy nabytych pośpiesznie materiałów. To zabawna metafora całego mojego życia. A będzie jeszcze zabawniej, jeśli, dajmy na to, za pięć lat okaże się, że wszystkie te dużym kosztem społecznym zdobyte pomoce naukowe pozostaną nienapoczęte tak, jak je przywiozłem.
Śmiało, przechodź, masz niebieskie
Inne Kioto
Kioto ma do zaoferowania miejsca niezrównanie piękne, co więcej, pozbawione jednoznacznie gwaru zachodnich turystów i wycieczek szkolnych. Tylko my nie mamy dla niego wystarczająco czasu i uwagi.
Paradoksalnie jednym z największych problemów Kioto jest jego bogactwo — jakkolwiek by stawać na rzęsach, dotarcie do esencji miasta w trzy dni jest absolutnie niemożliwe. Niezależnie od tego, czy przygotujemy sobie skrupulatnie listę miejsc do odwiedzenia wraz z napiętym, ale realistycznym planem wymagającym robienia dzień w dzień 40 tysięcy kroków, czy też przez cały ten czas będzie bezustannie lało i jedynym, co w tych warunkach będzie można zobaczyć, są złote komnaty wewnętrznego pałacu Zamku Nijō. Kioto ma do zaoferowania miejsca niezrównanie piękne, co więcej, pozbawione jednoznacznie gwaru zachodnich turystów i wycieczek szkolnych, o ile tylko dopisze nam szczęście. Tylko my, odwiedzający je przejazdem na kilka dni, nie mamy mu do zaoferowania czasu i naszej uwagi. Zbyt wiele wciąż nie zostało zobaczone, zdobyte, skonsumowane, odhaczone! Nawet jeśli nasze nogi odmawiają nam posłuszeństwa i postanawiamy przez dłuższą chwilę wczuć się w ich sytuację i rozsiąść się na macie tatami z widokiem na przecudnej natury ogród, w którym mieszka żywa czapla, nasz umysł nie przestanie wędrować. Nasze palce nie przestaną bawić się telefonem. Jesteśmy zobligowani wyszarpnąć z tej chwili na później, ile tylko się da — jeśli trzeba tak, by z samej chwili w niej samej nie zostało nam już nic. Kioto było moim największym marzeniem i moim największym wyzwaniem. W organizacyjnym ferworze nie pomyślałem, że tym, którym okradnie mnie z tego doświadczenia będę ja sam, wciąż niepotrafiący odnaleźć się w tej przeklętej chwili, która trwa. Wiecznie spiskujący przeciw niej wraz z projekcjami urojonej przyszłości i wspomnieniami innych nienależycie przeżytych minionych już momentów, romantyzowanych na potrzeby spisku.
Czasem wydaje mi się, że być może byłbym w stanie być bardziej obecny w samotności. Wtedy uciekam w głąb siebie, szukam pośpiesznie w telefonie idealnego utworu, który odda jednocześnie naturę tego, co we mnie i wokoło mnie, fizycznie oddalam się na chwilę, nikomu nic nie mówiąc, może mrucząc coś nieśmiało. Jakie znaczenie ma to, że wydaje mi się, że jestem już trochę bliżej, gdy wciąż jestem tak daleko? Niezliczoną ilość razy udowodniłem sobie, że to nie tak, ale jakoś wciąż uciekam z nadzieją na satori, które nie nadchodzi. To zabawne, że na dwa tygodnie przed wyjazdem spędziłem kilkanaście godzin na ponownej lekturze „Innego Kioto”, by zrobić sobie z niego notatki w nadziei na świadome doznanie miasta tam na miejscu, a gdy już przyszedł ten czas, mój mózg uznał, że to wciąż jedynie próba generalna. Wiem już przynajmniej tyle, że do Kioto muszę wrócić. Wykorzystać wszystko to, co choć poszło zgodnie z planem, było z gruntu źle zaplanowane, aby poznać to miasto naprawdę, a nie tylko omieść wzrokiem.
Udawana kontemplacja (prawdziwe życie jest gdzie indziej)
Plastic love
Nawet jeśli ogrody świątyń zen nie potrafiły przynieść nam ukojenia, istnieją w Japonii miejsca, które to potrafią. Nie, że są zupełnie niezawodne, ale w większości sytuacji sprawdzają się jak trzeba. Konbini. Można tam nie tylko zaopatrzyć się w prowiant, ale niejednokrotnie także usiąść, by odpocząć i nabyty prowiant skonsumować. W większości sklepów — w razie potrzeby kupić bieliznę na zmianę, w niektórych — skorzystać z toalety, by zmiany tej dokonać. Wybór (w dużej mierze) zdrowej, taniej i pysznej garmażerki nie jest już co prawda zasługą konbini, ale raczej połączeniem japońskiej tradycji kulinarnej i współczesnej kultury pracy od świtu do nocy. Mimo tego to właśnie w zaciszu (no powiedzmy) konbini może zachwycić nas aromatyczna melonowa bułeczka albo nigiri burger, gdzie w ryż zawinięty w nori wciśnięto kawał kurczaka z głębokiego oleju w majonezie (w dużej mierze zdrowej — napisałem). Czasem można znaleźć także piwo w puszce (w Japonii piwo sprzedaje się niemal wyłącznie w puszkach), które po pociągnięciu zawleczki otwiera całe górne denko i zmienia się w coś w rodzaju szklanki. Można by też pewnie skonsumować je na miejscu (Japończycy nie mają restrykcji odnośnie do spożywania alkoholu w miejscach publicznych), ale żeby uniknąć niezręcznych sytuacji (piwo pieni się niemiłosiernie i z pewnością zalejemy nim podłogę), zabieramy je ze sobą na później. W konbini możemy też opróżnić kieszenie i torby z noszonych ze sobą plastikowych butelek i opakowań, których zwykle nie da się wyrzucić na ulicy, bo kosze na śmieci zniknęły z japońskiej przestrzeni publicznej po ataku sekty religijnej gazem sarin w połowie lat 90.
A jest co ze sobą nosić, bo Japonia ma obsesję na punkcie pakowania wszystkiego w plastik. Gdy kupujemy duże zbiorcze opakowanie krakersów, ciasteczek, wafelków, jest niemal pewne, że każda maluteńka porcja jest wewnątrz zafoliowana raz jeszcze. Dział z warzywami i owocami to zwykle plastikowe tacki, miseczki, worki, a w nich policzone i odmierzone skrupulatnie, nierzadko pokrojone już produkty — pół korzenia lotosu, dwie papryki, trzy jabłka, jeden banan. Japoński recykling w związku z tym często odnosi się wyłącznie do różnych rodzajów plastiku — butelki pet wrzucamy osobno, a całą resztę okalającej wszystko i wszędzie folii osobno — do spalenia. Poza jedzeniem zafoliowane kupowałem także książki, pocztówki (każda we własnej koszulce), a już po powrocie okazało się, z czym wcześniej się nie spotkałem, że niektóre z przywiezionych przeze mnie płyt winylowych zapakowane zostały w podwójne foliowe koszulki. Jedną z nich, ponieważ jak już wiemy plastiku nigdy dość, opakowano aż trzykrotnie! Więcej plastiku, więcej! Japonia wytrzyma…
Arcydzieła sztuki japońskiej: kremowe piwo w blaszanej szklance i nigiri burger
Małe, maleńkie
Zdarza się, że zdjęcie nie oddaje natury fotografowanej rzeczy. Choćby japońskie pagody, które zazwyczaj okazywały się na żywo znacznie większe niż można było przypuszczać. To doświadczenie porównywalne z tym, gdy po raz pierwszy człowiek staje naprzeciw paryskiego Łuku Triumfalnego, który na zdjęciach w podręczniku historii czy geografii był jakąś tam bramą, a w rzeczywistości okazuje się wyższy niż 11-kondygnacyjny blok z wielkiej płyty (trudno to sobie wyobrazić, przyznaję, sprawdziłem na stronie dla specjalistów). W innej skali, ale pozostawiając po sobie podobne wrażenie, pręży się potężna wielka brama południowa chramu Tō-ji, a rozmachem ani trochę nie ustępują jej kiotyjskie Tōfukuji czy przesławna brama Ōtemmon kramu Heian Jingu i położona zaraz obok ogromna brama Torii — jedne z żywych symboli starej stolicy. Skalą przytłacza także Sanjūsangendō — długa na 120 metrów świątynna sala, w której 900 lat temu ustawiono 1001 naturalnej wielkości podobizn tysiącramiennej bogini Kannon (tak naprawdę czterdziestoramiennej, ale każde ramię reprezentuje 25 kolejnych — to buddyzm ezoteryczny, nie pytajcie).
Ledwie dostrzegalna była przesławna brama torii na jeziorze Ashi. Większa od samej bramy była z pewnością towarzysząca jej legenda i oczywiście otoczka turystyczna.
W Japonii jednaką, a czasem nawet i większą uwagę przywiązuje się do tego, co małe. Mikroskopijnie małe były żurawie z papieru, które po zakończonej (i opłaconej) kolacji w geście polsko-japońskiego przymierza (w ramach którego zaznaczyliśmy też swój kraj na wielkiej zwijanej mapie świata) kazała nam sobie wybrać ze słoika wypełnionego mnóstwem miniaturowych żurawi z papieru prowadząca na parterze swojego tradycyjnego japońskiego domu (minka) staruszka-gospodyni (ōbā-chan). Malutkie były też figurki maneki-neko (kotka z wyciągniętą łapką, symbolu pomyślności) ustawiane dziesiątkami w okolicy automatów z kulkami w nadmorskim okręgu Ise. Każda plastikowa kulka zawierała taką figurkę, a figurka zawierała w sobie perłę — perłę zabierano, a kotka zostawiano na miejscu — na szczęście. Proporcjonalnie zupełnie niewielka, wręcz ledwie dostrzegalna, wyróżniająca się za to żywo pomarańczową barwą była przesławna brama torii na jeziorze Ashi niedaleko góry Fuji. Większa od samej bramy była z pewnością legenda o mnichu, który zbudował to torii by rozprawić się ze złośliwym potworem żyjącym w jeziorze. I oczywiście otoczka turystyczna, dzięki której, by zobaczyć to przesławne torii wybraliśmy się właśnie do Hakone, zamiast nad pobliskie Yamanakako (nawet bliżej Fuji, ale bez torii na wodzie). Japonia to doskonałe miejsce, by nauczyć się, że nie zawsze to, co wydaje nam się jakieś, jest tym w istocie. Przykład bramy na jeziorze jest bardzo dosłowny, ale Japonia na każdym kroku udowadnia nam, że konwenanse i współdzielone, przekazywane sobie nabożnie wyobrażenia są ważniejsze niż uboższa i bardziej brutalna rzeczywistość. Nie jest to może pierwsze doświadczenie przelatującego przez Japonię turysty, ale warto mieć z tyłu głowy, że dychotomia honne (to, co naprawdę się myśli, ale czego przed kurtuazję nie należy zdradzić) i tatemae (to, co należy zrobić lub powiedzieć, choćby zasygnalizować gestem) jest po dziś dzień immanentną cechą tej kultury. Wtedy nasze doświadczenie turystyczne nastręczy Japończykom możliwie najmniej utrapień.
Na kilka dni niczego nie podejrzewający z początku turyści zamieniają się w bohaterów komediodramatu Yasujirō Ozu, w którym wszyscy nieuchronnie wiedzą o sobie wszystko.
Maleńka bywa w Japonii także przestrzeń osobista. I to doświadczenie akurat nas jako turystów z całą pewnością nie ominie, niezależnie od tego, czy zdecydujemy się na nocleg hotelowy, couchsurfingowy czy wynajmiemy grupą mieszkanie lub domek na wyłączność. W każdym z tych przypadków przyjdzie nam się zmierzyć z kreatywnym zagospodarowaniem przestrzeni z racji jej daleko posuniętych ograniczeń. Tym samym czekają na nas umywalki wkomponowane w biurka w pokojach hotelowych, łóżka wypełniające dostępną przestrzeń tak szczelnie, że niemal nie da się ich rozsunąć — choćby symbolicznie, mleczne szyby w oknach niewpuszczające zbyt ochoczo światła dziennego — wychodzące najpewniej na ścianę budynku obok i oczywiście kartonowe ścianki działowe, liche przepierzenia, wątłe stropy we wspomnianym już tradycyjnym japońskim budownictwie typu minka. W takim domu, w którym przestrzeń dzieli się dość prowizorycznie, przesuwanymi drzwiami fusuma, a który wyściełają w dużym stopniu bambusowe maty tatami, z dużym prawdopodobieństwem, przy odpowiednim tylko ułożeniu, wysłyszeć można na piętrze, co szeptane jest na parterze. Na kilka dni niczego nie podejrzewający z początku turyści zamieniają się więc w bohaterów komediodramatu Yasujirō Ozu, w którym wszyscy nieuchronnie wiedzą o sobie wszystko. Cienkie ściany i stropy budują i rujnują jednocześnie relacje międzyludzkie — wzmacniają za to jednoznacznie społeczne mechanizmy kontroli. Japonia sama, na ochotnika, czeka w tym samym szeregu, w którym także z własnej woli (skrzętnie ukrywając objawy depresji) ustawiła się już Norwegia, a niewiele dalej trochę z braku laku zameldowały się Czechy.
Ledwie omiecione wzrokiem Kioto: wieża chramu Tō-ji i las bambusowy
Wyobrażenia a rzeczywistość
Od dziecka myślę sobie (całkiem słusznie), że jeśli będę zbyt wiele wysiłku wkładał w wyobrażenie sobie czegoś, na czym mi zależy, to z pewnością skończę zawiedziony. Później przez długie lata będę jeszcze ten zawód oczywiście rewidował, ale emocje towarzyszące mi w tej konkretnej chwili, gdy wyobrażenia zgniata rzeczywistość, będę mógł przewartościować w najlepszym wypadku w relacji honne — tatemae. Nie da się oczywiście, przez pół roku planując każdy dzień trzytygodniowej eskapady, wyobrażeń zupełnie zaniechać. Są jednak rzeczy, które, przynajmniej w moim przypadku, skutecznie im umykają — zapachy i tekstury. I to właśnie one sprawiają, że nawet gdy mózg próbuje sabotować to, co nowe, inne i wyjątkowe, udaje się mimo tego człowiekowi wyszarpnąć to nietuzinkowe odczucie realności w aurze dojmującego odrealnienia. W domu gościnnym minka to zapach słomy i nieoczekiwanie przyjemna faktura świeżych wciąż mat tatami pod stopami sprawiły mi największą, zupełnie niespodziewaną przyjemność. Dopełniła go niecodzienna miękkość wypełnionej pierzem pościeli — rzecz, przed którą mnie, chorobliwego alergika, od dziecka próbowała niemal skutecznie, aż dotąd, ustrzec własna matka. Zapach bambusowej słomy, ujarzmiony w formie wyplecionej skrupulatnie maty, jednocześnie przywoływał słodko-gorzkie wspomnienia dziecięcych wędrówek przez zbożowe pola, przypłacanych bolesnymi epizodami ataków podrażnień, łzawień i katarów — to co niegdyś zakazane, teraz, przy antyhistaminowym wsparciu podręcznych pigułek i sprejów, w bezpiecznej przestrzeni dalekiej Kanazawy uwolniło jakąś rozkoszną część własnej tożsamości pozostającą do tej pory w zupełnej wręcz izolacji od mojej jaźni. To być może moje najżywsze i najprawdziwsze doznanie przywiezione w z tej krótkiej podróży.
Zapach oceanu, morski i rześki, wynagrodził mi wszystkie trudy podróży.
Innym momentem, który zapamiętam, będzie spacer niemal pustą, piaszczystą plażą wzdłuż Pacyfiku na półwyspie Ise w wietrzny i pochmurny dzień. Czułem się wtedy tak, jakbym cały świat miał na wyciągnięcie ręki — zapach oceanu, morski i rześki, wynagrodził mi wszystkie trudy podróży i rozczarowania, które przygotował mi własny mózg. Na plaży poza nami, losową grupką polskich turystów, byli tylko lokalni surferzy, wszyscy, jak na komendę, ubrani adekwatnie do temperatury wody, szczelnie, w czarne piankowe kostiumy. I kraby. Setki, tysiące malutkich krabów, na najmniejszy niemal człowieczy ruch reagujących ucieczką do setek, tysięcy malutkich piaskowych przerębli — miniaturowych norek, z których mogły swobodnie wyruszać na żer. Poza białym piaskiem pod stopami zgnieceniu ulegały tysiące, miliony nawet mniejszych kopczyków z mokrego piasku — efektów skrupulatnych krabich poszukiwań pożywienia. Z dala od plaż, w licznych świątyniach pod stopami chrzęściły też kamienie, którymi tradycyjnie wysypuje się sandō — drogę łączącą to, co codzienne i zwykłe, z tym co święte w świątyniach zarówno buddyjskich, jak i sintoistycznych. Ten chrzęst, przypominający trochę rodzime pomysły na parki i ogrody, wybrzmiewał jednak wówczas inaczej. Choć inaczej niż w przypadku mat tatami, podczas takiej wędrówki nie zdejmowało się butów, melodia wygrywana przez miarowe kroki czasem pielgrzymów, choć częściej tylko turystów, ma w tym konkretnym kontekście zupełnie swoistą poetykę.
W domu ze słomy i papieru
Pamiętajmy o ogrodach
Czego będąc w Japonii pod żadnym pozorem nie ignorować? Tak jak w nagłówku — ogrodów. I parków, które często można potraktować jako wariant ogrodów — lub odwrotnie japońskie ogrody mogą stanowić rodzaj parku, w zależności od tego, czy przez ogród można przejść, czy ogląda się go z tarasu. Większość z nich jest co prawda za paywallem, ale są to dość śmieszne pieniądze (zwykle 300-500 jenów — na tę chwilę: 7,50-12,50 w złotówkach) i wydane w szczytnym celu, bo zasilają fundusze świątyń lub instytucji, które tymi ogrodami się zajmują. Co prawda coraz więcej mówi się o specjalnych cennikach dla turystów pochłaniających japońskie frykasy i zadeptujących miasta, ale wbrew temu, co twierdzą media, to wcale nie jest nowy wątek. Dla turysty-laika ogród będzie stanowił pulsujące serce świątyni — estetyczny i, szeroko rozumując, także duchowy punkt odniesienia. Można studiować karahafu (charakterystyczny chiński łuk dachowy spotykany w budynkach świątynnych buddyjskich kramów) lub chylące się do wewnątrz zamkowe czy świątynne mury o przekroju trapezu, można omieść wzrokiem wiszące w tokonomach zwoje lub też pozwolić im rozgnieść sobie mózg, bezskutecznie próbując odszyfrować kaligrafię w stylu sō. A tymczasem to ogród przemówi do nas samemu.
Zrobi to oczywiście bezgłośnie. Nawet jeśli zaprosi do pomocy powściągliwą czaplę (po Kioto spaceruje wiele czapli, tak po prostu), w akompaniamencie pomogą mu wiatr lub deszcz. Nawet jeśli będzie koncepcyjny (jak kamienne ogrody zen — szczególnie ten przy świątyni Daisen-in w kompleksie Daitoku-ji), a personel zaprosi nas, byśmy studiowali jego symbolikę, albo przeprowadzi nas przez niego bez dodatkowej opłaty emerytowana przewodniczka, objaśniając w szczegółach kolejne elementy (jak nas w Isui-en w Narze), w pewnym momencie ogród nas uciszy. Jeśli będziemy mieli szczęście, na wstępie dowiemy się, że zakaz robienia zdjęć jest bezwzględny i surowo egzekwowany. To pomoże nam usłyszeć ogród. I zobaczyć go panoramicznie i w trójwymiarze, a nie przez pryzmat zewnętrznego szumu kadru i filtra. Zawsze jednak będzie to sytuacja przynajmniej odrobinę tragiczna. Ten dany nam ledwie moment piękna, na który jesteśmy zupełnie nieprzygotowani estetycznie i duchowo, zacznie nas uwierać, gdy tylko zdamy sobie sprawę, że za pół godziny musimy być i zupełnie gdzieś indziej. Wizyta w Kenroku-en w Kanazawie (i główny powód odwiedzenia tego miasta), powszechnie uznawanego za jeden z najpiękniejszych ogrodów w całej Japonii, od początku do końca była dla mnie słodko-gorzka.
Otaczająca mnie zewsząd zjawiskowa przyroda musi niechybnie stanowić tło i przedmiot moich bezwartościowych zdjęć. Nie ma w tym niczego metafizycznego.
Gorzkie było poczucie, że oto jestem tu w okolicznościach bezsprzecznie i wyłącznie turystycznych, otaczająca mnie zewsząd zjawiskowa przyroda, której być może już nigdy nie będzie dane mi doświadczyć, musi niechybnie stanowić tło i przedmiot moich bezwartościowych zdjęć — jednym z milionów kopii przedstawiających tę samą scenerię, te same sztuczne uśmiechy i turystyczne pozy. Nie było w tej wizycie niczego metafizycznego. Niczego, co byłoby krokiem ku pięknu lub celem kolejnego etapu jakiegoś estetycznego dojrzewania — tak przynajmniej widziałem to w tamtej chwili — przestraszony i bezsilny. Pośpieszne przejście od codziennego profanum do estetycznego sacrum (swoją drogą — celem ogrodów zen może być, bo przecież nie musi — to zen!, właśnie wzrastanie, kształcenie się poprzez obcowanie z pięknem) było dla mnie doświadczeniem dezorientującym. Ale była w tym też niewątpliwie pewna słodycz i to zupełnie dosłowna — w cały Kenroku-en czuć było intensywny słodki kwiatowy zapach jednego z gęsto rosnących tam drzew, którego nie udało mi się nazwać. Po raz kolejny tam, gdzie umysł zawodzi, przychodzą mu z pomocą zmysły, których zwykle nie bierze pod uwagę. Słodkie kwiaty w Kenroku-en, morski wiatr na plaży w Ise i świeża słoma mat tatami podczas noclegu w minka uratowały mnie przed samym sobą.
Bezrozumna estetyzacja konsumpcjonizmu
Prawdziwe życie jest gdzie indziej
Miałem na studiach wykładowcę, który jednocześnie był poetą. Nie pamiętam już, co wykładał, ale pamiętam, że raz przyszedł na zajęcia w koszulce z, jak się później okazało, cytatem z Rimbauda — la vraie vie est absente, co w jakimś polskim tłumaczeniu, do którego zainspirowany dotarłem, przełożono jako prawdziwe życie jest gdzie indziej. Do dziś dręczy mnie luka stworzona przez tłumacza pomiędzy czymś nieobecnym (absente) w oryginale a polskim gdzie indziej. Zastanawiam się z różnych perspektyw, czy to, że coś jest nieobecne, zawsze implikuje logicznie to, że jest gdzieś indziej. Być może tak. Rimbaud miał oczywiście na myśli coś innego, ale te ledwie intertekstualne gry prowadzą czasem do najciekawszych wniosków. Tak też jest z moją Japonią. Bo widzicie, inaczej przemawia świątynny ogród w bezpośrednim kontakcie, a inaczej z czarno-białej, nieco abstrakcyjnej ryciny w książce. Zwłaszcza jeśli otoczenie nie sprzyja medytacji — turyści ustawiają się w kolejce, kupują bilety, ocierają się o siebie, układając buty na ustawionym przed wejściem regale. Łatwo jest dopełnić abstrakcyjną rycinę wyimaginowaną esencją, wyplutą przez umysł w odpowiedzi na teoretyczny czy poetycki tekst. Trudniej jest z dala od tego tekstu w rzeczywistym kontekście miejsca odnaleźć faktyczną esencję.
Inaczej przemawia świątynny ogród w bezpośrednim kontakcie, a inaczej z czarno-białej, nieco abstrakcyjnej ryciny w książce. Łatwo jest dopełnić abstrakcyjną rycinę wyimaginowaną esencją niż odnaleźć faktyczną treść w rzeczywistym kontekście miejsca z dala od tekstu.
Analogicznie, wszędzie tam, gdzie tłoczyliśmy się, gdzie staliśmy w kolejce, gdzie liczono nas za bilety, nie umiałem powstrzymać myśli, że prawdziwe życie jest gdzie indziej. I nasze — bardzo konkretnie zorganizowanych, obiektywnie patrząc, turystów, czujących się jednak w tej turystycznej wymianie bardzo różnie. I przede wszystkim samej Japonii, której nie da się poszatkować, ometkować i obiletować tak, by każdy gaijin mógł sobie jej skubnąć tak, jak należy. To wcale nie kwestia możliwości — Japończycy potrafią przedziwne rzeczy. Gaijin po prostu nie byłby taką Japonią zainteresowany. Pod gaijina wstawcie losową osobę udostępniającą turystyczną relację na Instagramie, albo mnie, który dużo bardziej ukontentowany jestem, gdy mogę wypełnić abstrakcyjną rycinę własnym wkładem, niż gdy ożywa przede mną i muszę ją przyjąć taką, jaka jest.
Mimo wszystko, żeby spróbować, uciekliśmy na chwilę poza miasto. Wzięliśmy auto i prawie bez planu przemierzyliśmy kawałek półwyspu Ise, raczej turystycznie, bo nie było powodów, byśmy sami przed sobą kamuflowali cel swojej podróży. To było, mówiliśmy między sobą z przekąsem, doświadczenie. Miesiąc później przekąs ustąpił miejsca pewnej fascynacji i poczuciu spełnienia — to było doświadczenie! Od lat słyszałem, że są w Japonii miejsca, gdzie nie da się dotrzeć bez japońskiego. Wypożyczenie auta było pretekstem, by butnie, z japońskim na granicy komunikatywności, spróbować to zweryfikować. I faktycznie, rozmawiając z ludźmi, udało nam się i więcej zobaczyć, i inaczej zjeść. W mieście cierpiącym na chroniczny nadmiar bodźców tego rodzaju small talk byłby formą ekstrawagancji, może nawet impertynencji.
Prawdziwe życie jest być może właśnie tutaj
Nie umiem robić zdjęć obcym ludziom jak Vivian Maier. Zresztą w żaden sposób nie usprawiedliwia tego mój aparat w telefonie — nie wyglądam jak artysta czy reporter, któremu więcej można by wybaczyć. Nie robiłbym zresztą takich zdjęć z intencją, żeby te wizerunki upubliczniać. Raczej by unaocznić sobie samemu kiedyś tam później pewien jednocześnie turystyczny i nieturystyczny aspekt danej chwili i miejsca — zależy jak na to spojrzeć. Zachować tę jego cząstkę, której nie są w stanie wyrazić landshafty, martwe natury, dzikie tłumy czy kamienne bóstwa z połyskliwie bursztynowymi oczyma. Ale właśnie zaraz obok być może najbardziej zatłoczonego miejsca na mapie Kioto, przesławnego i majestatycznego Fushimi Inari Taisha, gdzie akurat na drewnianej podłodze (na tę okoliczność zmienionej w scenę) jednego ze świątynnych pawilonów odbywał się ceremonialny taniec kapłanki miko, poczułem mimowolnie kolejny z sensów tego, że prawdziwe życie naprawdę musi być gdzie indziej.
Jeśli prawdziwe życie jest gdzie indziej, może na tej scenie z tańczącą kapłanką? Przecież nie w moim gwałtownym tłumie — myślałem. I wtedy dostrzegłem strażnika.
W odległości kilku metrów od pawilonu zaraz przy niskim kamiennym płocie w cieniu starej śliwy stał nieruchomo strażnik. Kolorowa i nazbyt głośna (w stosunku do akompaniamentu ceremonii — na koto i flecie shakuhachi) masa turystów głównie fotografująca i nagrywająca bez zrozumienia to niecodzienne przedstawienie, a w samym jej środku ja — to przyglądający się tańczącej miko, to rzucający okiem na strażnika. Na oko był po sześćdziesiątce, ubrany w beżowy mundur, spod którego w nie do końca jakby przemyślany sposób wylewał się za szeroki biały kołnierz wizytowej niewątpliwie koszuli, o lekko hippisowskim kroju. Uwagę zwracały jednak przede wszystkim — poważna, obojętna twarz, wbity w abstrakcyjny odległy punkt nieruchomy wzrok i wyprostowana, dość enigmatyczna sylwetka ze splecionymi praktycznie z przodu na wysokości bioder rękoma.
Tańcząca miko w strojnym biało-czerwonym kimonie z ozdobnym wachlarzem w dłoni. Bezrozumny tłum zagranicznych turystów filmujący to wszystko wyłącznie dlatego, że mógł. I ten wyrwany jakby z innego porządku nieruchomy strażnik wpatrzony gdzieś w dal. Trzy sfery niemal zupełnym przypadkiem rzucone jedna obok drugiej, bez żadnej ciągłości znaczeń, wchodzące sobie w drogę, cudem niemalże unikające kolizji. Jeśli prawdziwe życie jest gdzie indziej, może na tej scenie z tańczącą kapłanką? Przecież nie w moim gwałtownym tłumie — myślałem. I wtedy dostrzegłem strażnika. Nawet gdyby jakimś cudem nasze spojrzenia spotkały się przez krótką chwilę, nie porozumielibyśmy się. Gdzie było jego prawdziwe życie? Co i jak widział wtedy przed sobą? W czym zanurzył swój wzrok tak głęboko, że zdawało się to unieważniać i taneczną ceremonię, i turystyczny zgiełk tego przedziwnego miejsca — jednako wspaniałego i przerażającego?
Amaterasu / Inari
Jakaś odpowiedź być może jednak czekała na nas na ostatniej prostej kiotyjskiego bałaganu. Po tym jak pieczołowicie rozplanowany grafik ostatniego dnia musiał ustąpić przed deszczem bezkreśnie ulewnym, zaaranżowaliśmy, by pożegnać się z miastem, jeszcze jedno krótkie przedpołudnie. Miejscem pożegnania została zlokalizowana niepozornie w małomiasteczkowej zabudowie między jednokondygnacyjnym starym pasażem handlowym, gdzie swoje punkty mieli drobni sklepikarze, a wysypanym kamieniami na wpół dzikim parkingiem, gdzie ci sklepikarze parkowali, zapomniana przez miasto i nieznana turystom świątynia — Injō-ji. W jej wnętrzu, w odpustowo zaaranżowanym kramie, na tyłach którego mieściło się coś na kształt parafialnej świetlicy wraz z niezręcznie wydłużonym, betonowym oczkiem wodnym, mieszkał sam Władca Piekieł.
Jego wizerunek ma w sobie pewną pradawną dzikość, zupełnie niewspółgrającą ani z tą niepozorną prowincjonalną świątynią, ani tym bardziej z niepodejrzewającym niczego otoczeniem.
Średniowieczna, grubo wyciosana z kamienia podobizna zatartego przez wieki w zbiorowej wyobraźni Króla Piekieł — Enma-sama, którego oczy, według legendy, wypełniono bursztynem zebranym po pożarze innej świątyni (tych w tamtych trudnych czasach zresztą nie brakowało). Jego wizerunek ma w sobie pewną pradawną dzikość, zupełnie niewspółgrającą ani z tą niepozorną prowincjonalną świątynią, ani tym bardziej z niepodejrzewającym niczego otoczeniem. Po obu jego stronach figury dwóch piekielnych urzędników, równie nieprzejednanych, skrupulatnie rozliczających zmarłych z ich dobrych i złych uczynków. Wszystko to za dwiema szczelnie zamkniętymi zagrodami ołtarza tak, że przez niewielką wnękę przedostaje się jedynie złowrogi błysk średniowiecznych bursztynowych oczu.
Bałem się tego miejsca. Nie ze względu na Króla Enmę, ale chcąc uniknąć rozczarowania lokalnym charakterem tego miejsca, które nie zostało przecież na uboczu miejskiej mapy zabytków bez powodu. Tymczasem to tam udało mi się na krótką chwilę poczuć jakiś rodzaj spełnienia. Może zadziałała swojskość anturażu, może podbudował mnie brak turystycznego sznytu, a może mój mózg, spodziewając się najgorszego, wreszcie nieświadomie, dla odmiany, uratował mnie przed samym sobą. Król Piekieł nie okazał się jednak miłościwy — jedyne omikuji, na które zdobyłem się podczas wyjazdu właśnie w jego świątyni, skazuje mnie w najlepszym razie na peryferie szczęścia. Wkrótce jednak miałem okazję przekonać się, że niezależnie od kaprysów fortuny i ich kunsztownych papierowych emanacji, w drodze powrotnej wszyscy utknęliśmy na lotnisku przecież zupełnie tak samo.
Złowrogi błysk bursztynowych oczu Króla Piekieł
Naprawdę chodzi o jedzenie
W jedynym skrupulatnie prowadzonym przeze mnie dzienniku podróży — dzienniku posiłków — poza datą dopisywałem dzień tygodnia. I było to jedyne i wyłącznie symboliczne umocowanie nas w jakiejkolwiek rzeczywistości. Całkowicie zbędne i abstrakcyjne — środa czy sobota, żadna to różnica. Gdzie indziej pewnie można byłoby dbać jeszcze o niedziele, by móc zrobić zakupy zawczasu, ale nie w Japonii. Japonia sprzyja odrealnieniu, pogrążeniu się w jakimś półśnie, czy może raczej zawieszeniu w świecie, który wydaje się realny, ale trudno mieć pewność, czy to jego obiektywna cecha czy jakieś dziwne wyobrażenie. Japonia zdaje się o tym wiedzieć i gorliwie podtrzymuje to wrażenie. Aoshingō — niebieskie światła sygnalizacyjne — faktycznie bywają niebieskie. Ale nie jesteśmy pewni, czy to one tak są wyświetlane, czy to my źle je widzimy. Ale nawet kiedy mózg na jetlagu płata człowiekowi figle, z pomocą przychodzą mu tekstury, zapachy i smaki. Tym samym ostatecznie jednak naprawdę wszystko sprowadza się do jedzenia.
Japończycy mają niezdrową obsesję na punkcie produktów z Hokkaidō (północnej wyspy). Wszystko jest tam organiczne, zdrowe i szczególnie smaczne. Hokkaidō zdobi więc produkty mleczne, patronuje mięsu, rybom, a nawet słodyczom, choć o dyni Hokkaido, o dziwo, nikt w Japonii nie słyszał (według wikipedii faktyczna nazwa tej dyni zawiera w sobie sześć chińskich znaków jeden po drugim, nie nadaje się więc ani do cytowania, ani do używania jej na co dzień). I chociaż zdrowe jedzenie na zachodzie jest od zawsze kojarzone z Japonią, jego faktyczny krajowy status jest nie mniej efemeryczny niż u nas w Europie. Bo chociaż bez problemu w każdym konbini możemy kupić niesłodzoną zieloną herbatę (w plastiku, a jakże!) na zimno lub ciepło, to już znalezienie w miarę nadającej się do picia kawy (bez cukru lub lekko słodzonej) zabierze nam wiele podejść i sprawi, że stracimy trochę wiary w naród japoński. Ta zresztą legnie w gruzach zupełnie, gdy przyjrzymy się sklepowej ofercie pieczywa — miękkie, słodkie buły, waciane chlebki niemalże lub faktycznie bez skórki, straszne rzeczy, prawie nienadające się do jedzenia, ale jednak w pewnych inkarnacjach, chociażby ze słodkim, nieco perfumowanym, ale zadziwiająco smacznym nadzieniem, uzależniające.
Największym po pieczywie zawodem jest czekolada. Japończykom nie bardzo wychodzi naśladowanie zachodniego cukiernictwa — oferta czekoladowa jest skąpa i dość rozczarowująca. Niezrównane, i zupełnie niedające się porównać z importowanymi do Polski tajwańskimi mochi, jest za to wagashi — japońskie tradycyjne słodycze, głównie na bazie mąki ryżowej, cukru i pasty z czerwonej fasoli anko. Można załamywać ręce nad wszechobecnością polerowanego ryżu, pozbawionego wszelkich wartości odżywczych, ale kanapki onigiri w sklepach konbini dosłownie ratują turystom życie. Są przepyszne, niedrogie, wypełniają brzuszek jak należy i w porównaniu z ich europejskimi odpowiednikami wydają się znacznie zdrowsze. Z ryżem doskonale łączy się też nattō — naczytałem się o nattō przed wyjazdem, a jedyna krajowa próba spróbowania go zakończyła się kapitulacją. Jeśli miałbym jednak wskazać na praktyczną naukę z tego wyjazdu — nauczyłem się to nattō jeść. To ponoć tej nieapetycznie ciągnącej się i dającej zgnilizną sfermentowanej soi Japończy zawdzięczają swoje relatywnie dobre zdrowie. Dowiedziałem się też przy okazji, że w Japonii nie ma nikogo (w cudzysłowie oczywiście), kto nie lubiłby nattō. To potrawa narodowa, która nie miała szans stać się towarem eksportowym. Mimo tego nattō można dostać i u nas, a nawet zrobić samemu w domowej jogurtownicy.
Na każdą niemożliwie zatłoczoną kiotyjską świątynię, przypada kilka umiejscowionych zaraz obok, które w tym samym czasie świecą pustkami i tylko czekają na nasze przybycie.
Była to niewątpliwie także kulinarna przygoda, nie ma co udawać. Mógłbym tu wzdychać do rāmenów nieporównywalnie bardziej esencjonalnych, a przy tym tańszych niż w polskich knajpach. Wznosić peany na cześć smażonej soby, tempury z krewetek, świeżych ryb na ryżu i owoców morza zaskakujących formą i smakiem! Trochę się chwaląc, a trochę smucąc, bo zostawiłem to wszystko gdzieś daleko. Koniec końców nie jest to jednak blog kulinarny — a całkiem sporo pojawia się w sieci bardzo konkretnych rekomendacji i dań, i miejsc. Moje doświadczenia w tej kwestii są raczej takie, że do polecanych przez influenserów knajp niemal nie sposób się dostać — nie tylko trzeba by stać w kolejkach, ale bywa czasem, że nie będąc w pojedynkę, nie ma w ogóle możliwości zjeść posiłku względnie razem, bo cały lokal sprowadza się do zdolnej pomieścić cztery osoby lady barowej. Czasem jednak zupełnie nieopodal tych głośno rekomendowanych miejsc, można całkiem przypadkiem, może pomagając sobie trochę mapą Google’a, znaleźć coś w zupełności przepysznego, nawet jeśli w jakimś sensie mniej kraftowego. Podobnie jest zresztą z kiotyjskimi świątyniami. Na każdą niemożliwie zatłoczoną, polecaną w co drugiej instagramowej relacji, przypada kilka umiejscowionych zaraz obok, z których każda ma do zaoferowania coś interesującego, a które w tym samym czasie świecą pustkami i tylko czekają na nasze przybycie.
Katsuo-chazuke, czyli kulinarne czary-mary
Niech jednak będzie, mimo wszystko, że wielki finał tej przesadnie zawiłej i przecedzonej nadmiernie przeze mnie historii będzie kulinarny. W położonej na samym skraju półwyspu Ise miejscowości Daio uprzejma i zaskakująco gadatliwa sprzedawczyni w sklepie z perłami z trudną do ukrycia ekscytacją w ramach lokalnej rekomendacji kulinarnej zapisała mi na swojej wizytówce: かつおちゃづけ、田中料理店 — katsuo-chazuke, Tanaka Ryōriten. Zaoferowała się nawet, że chętnie zadzwoni i zrobi nam rezerwację, ale trochę niepewni własnych planów, uprzejmie podziękowaliśmy. Nie wyjaśniła, co to za jedzenie i jakie to miejsce, ale szybko znaleźliśmy je na mapie i następnego dnia podjęliśmy decyzję, że chcemy tam zjeść. Gdy przyjechaliśmy zarezerwować stolik na wieczór, na miejscu zastaliśmy niemałe zamieszanie i lokalną ekipę filmową, ale rezerwacja została przyjęta. Niepotrzebnie zresztą, bo restauracja okazała się na tyle regionalna, że poza kilkoma stałymi bywalcami przy barze, wnętrze było w zasadzie puste. Było raczej funkcjonalnie niż przytulnie, meble i kamienna lada miały już swoje lata, ale wszystko wyglądało bardzo schludnie. Szalenie skromna i uprzejma, przepraszająca, że nie mówi po angielsku (co nie było do końca prawdą) kelnerka w średnim wieku, gdy tylko zobaczyła nasze wahanie, zaproponowała, że może połączyć w dobrej cenie rekomendowane nam katsuo-chazuke (wciąż będące dla nas na tym etapie pewną niewiadomą) ze smacznie wyglądającym zestawem tempury. W efekcie każdy otrzymał tacę z ośmioma naczyniami — w nich zupa miso, parowane jajko, dwa sosy, kiszona rzodkiew, gotowana wątróbka jakiejś ryby, którą próbowałem wyguglować, ale i tak nie została mi w pamięci, tempura i oczywiście katsuo-chazuke. Katsuo, to odmiana tuńczyka popularna w Japonii, tutaj podawana w formie delikatnego tataru na ugotowanym ryżu z dodatkiem alg nori i świeżego imbiru. Myślę, że ta miseczka to mój najsmaczniejszy moment tego wyjazdu. Ale jest coś jeszcze — chazuke — gdy już nasze katsuo zostanie zjedzone w połowie, mieszamy zawartość czarki z ryżem i rybą z sosem sojowym, a następnie zalewamy wszystko zieloną herbatą z dzbanka, co daje nam dość osobliwą ryżankę. Zaskakujący to finał, przyznajcie sami.
Cała Japonia na jednym zdjęciu (starałem się najbardziej na świecie, by zrobić to zdjęcie, nawet o tym nie wiedząc)
Mniej więcej w połowie tekstu wyczuwalna jest zmiana nastroju — powoli zacząłem wracać do siebie i odnalazłem się na nowo w polskiej codzienności. Ostatecznie spisywałem te impresje wieczorami na przestrzeni miesiąca po powrocie. Tekst jest zbyt długi, a i tak nie oddaje wszystkiego tego, co chciałem wyrazić. Pierwszy raz jednak od bardzo dawna miałem poczucie, że mam coś do przekazania, że istnieje w moim życiu substancja, którą chcę i potrafię opisać słowami. I że rzeczywiście ma to jakieś znaczenie. To wspaniałe poczucie.
in pieces but still holding it together, bouke de vrie
planowo może nawet drugoplanowo
z r e d u k o w a n y
do machinalnego wykonywania działania
wcale nie matematycznego
choć po oględzinach bliższego matematyce
aniżeli działaniom ludzkim
w powtarzalnym schemacie
mimowolnie zaprogramowanym
w skończonej pętli
o niewiadomej liczbie powtórzeń
owe działania i schematy
oddziałują dwutorowo na podmiot
wcale nie taki liryczny jakby sam chciał
pozwalają na intuicyjne
w r ó ć
wyuczone odruchy
pozornie angażujące rozum i serce
wprowadzają przewidywalną rytmikę
uspokajają oddech a także
pozornie rozum i serce
które stale napięte
nie rozumieją przyczyny
jeśli zerem jest strach
a jedynką chęć
1 — 0
r e m i s u j ą
Piłsudski ukradkiem spoglądający na ogród (rekonstrukcja)
Odziedziczyłem po babci neutralizator radiestezyjny. Choć w zasadzie być może to on odziedziczył mnie — zależy jak na to spojrzeć. Dziedziczenie to zresztą duże słowo. Nie zostało ono w żaden sposób sformalizowane. Nie był to obiekt mojego ani niczyjego pożądania. Raczej powinienem napisać, że przechwyciłem neutralizator babci pod jej nieobecność. Nie było w tym zresztą żadnej skrupulatnie zaplanowanej ciągłości. Tata mój, człowiek, który uważa, że rzeczy raczej nie powinno się wyrzucać, dopóki naprawdę nie trzeba (ale ma też ten komfort, że może sobie na takie nonszalanckie niewyrzucanie czy też nieoddawanie pozwolić), przeniósł ten neutralizator razem z innymi rzeczami, które odziedziczyły nas po babci, do piwnicy. Głównie były to pożółkłe książki historyczne, które w najlepszym razie jakiś niedający się przywołać z imienia ktoś przekartkował gdzieś w drugiej połowie lat 70.; zdekompletowane sztućce; grube wełniane bieżniki na solidne rozkładane ławy z polerowanej sklejki; kryształowe kurzołapy w rozmaitych kształtach i wymiarach. Był też gipsowy Piłsudski, który odziedziczył moją mamę (i dzięki temu teraz może ukradkiem spoglądać na ogród, bo stacjonuje na parapecie) — zupełnie jak żywy, choć zupełnie blady, wielkości może w najlepszym razie siedzącego kota i w starciu z tym właśnie porównywalnej wielkości kotem z dużym prawdopodobieństwem mógłby stracić utrzymywaną od lat formę. No i ten neutralizator, który latami walał się na brzegu puchatej, pikowanej, ale ze wszech miar niewygodnej kanapy w kolorze nieumiejętnie zapiklowanej oliwki. I skoro jakoś tak on już tam był, to ja go jakoś tak wziąłem. I to nawet mimo tego, że absolutnie nie miałem odpowiednio niewygodnej kanapy, aby móc go adekwatnie umiejscowić.
Jak informuje dość szczegółowy opis przyklejony skrupulatnie do jego spodu, to neutralizator TM-015R. Jego działanie potwierdzono ponoć licznymi badaniami, atestami, nie trzeba go ładować, a jedyne wymaganie względem korzystającego jest takie, aby go co jakiś czas przetrzeć z kurzu. Piszą też tam, że jest to przedmiot, z którego działania wszyscy są zadowoleni i że o tym przekona się każdy, kogo taki neutralizator odziedziczy. Chwalą też jego podręczne wymiary, zwłaszcza w porównaniu z szerokim zakresem działania. Żebyście mogli jakoś to sobie wyobrazić — z całą pewnością jest mniejszy od kota. Więcej — w starciu z kotem, nie ma pewności w kwestii rozstrzygnięcia. Neutralizator wydaje się potulny, ale ma w sobie coś bezwzględnie nieznoszącego sprzeciwu. Kształtem przypomina trochę znacznych gabarytów guzik i nie taki od koszuli czy spodni, tylko taki do wciskania w oldschoolowym teleturnieju, w którym zamiast miliona wygrywa się roczny zapas bitej śmietany. Guzik ten za żadną cenę jednak nie daje się wcisnąć. Wręcz przeciwnie, sam może pełnić rolę przyciskającą. Nawet jako przycisk do papieru jest zresztą tak samo majestatyczny i w kwestiach związanych z przyciskaniem z tego właśnie powodu całkowicie zdaję się na niego. Nawet jednak jeśli wydaje się w danej chwili niechętny, zawsze wywiązuje się ze swojej roli. Kapitalnie pomaga mi chociażby przy pakowaniu prezentów. Rozumie, mam wrażenie, że jeśli już decyduję się zawinąć podarek w kolorowy papier lub celofan, jest to zadanie wyższej rangi. Nie jest to coś, co zdarza się zbyt często. Podobnie zresztą jak prasowanie. Analogia jest nieunikniona. Jeśli decyduję bowiem założyć coś, co wymagałoby prasowania (to znaczy nie wybieram jednej z tych przesadnie znoszonych części garderoby, których prasować nie trzeba, a które stanowią większość mojej szafy), to niewątpliwie musi mi jakoś zależeć. Podobnie jest z prezentami — te, na których owinięcie poświęciliśmy z przyciskiem czas, nabierają dla nas większego znaczenia. Bo rzeczywiście, gdyby nie mój niezawodny przycisk radiestezyjny, byłoby mi dużo trudniej. Choć gdyby nie ja, przyciskowi też byłoby trudniej. Nie miałby ani komu pakować, ani czego.
Neutralizator ma jeszcze jedną ważną funkcję, o której, zapewne przez przeoczenie, nie wspomniano w obszernym opisie jego wielu zalet. A mianowicie, ilekroć na niego patrzę, myślę o mojej kochanej babci, która z niewiadomych przyczyn przyniosła kiedyś to dziwaczne urządzenie do domu i tak już zostało. Nie mam zresztą dowodu, choć wydaje mi się to najzupełniej naturalne, że to właśnie za jej sprawą od wczesnych lat 90. niestraszne były domownikom cieki wodne i, jak przekonuje producent, promieniowanie wszelkiego rodzaju. Babcia zawsze była pełna energii i otwarta na nowe. Znakomicie funkcjonowała w czasach, gdy jeszcze telewizja kablowa nie przyniosła rewolucji telezakupów i żeby coś zdobyć, trzeba się było nachodzić i nawiązać z drugą osobą relację. Ta energia, ta życzliwość, ta ciekawość babci emanuje na mnie, ilekroć używam mojego TM-015R podczas pakowania prezentów dla wszystkich tych bliskich mi osób, których neutralizatorom radiestezyjnym szczęśliwie nie było dane mnie odziedziczyć.
New York Movie Edwarda Hoppera, być może najwspanialszego malarza wszech czasów, z 1939 roku
Nie piszę. Pod koniec kwietnia, pod wpływem impulsu (a jakże!), podjąłem próbę przełamania. Nieudaną. Pewnie można pisać o rezygnacji, znudzeniu, wypaleniu, czy jakkolwiek przyczynę tego niepisania nazwać, ale o ile łatwiej by to przyszło, gdyby akurat w danej chwili się tego nie doświadczało. Prawda jest zresztą taka, że nie wiem, jak i czego doświadczam. Być może po prostu nie piszę, a marazm, jaki przy tym odczuwam, jest efektem ubocznym tego braku. Albo też jakiś imperatyw w mojej głowie przestał wysyłać impulsy dokądkolwiek wysyłał je uprzednio i okazało się, że można i tak żyć. Albo to ja zastąpiłem stare przyzwyczajenia nowymi. Nie narzekam zresztą wcale, chociaż nie wiem, czy czuję się w tej nowej rutynie spełniony. Wiem, że coś tracę, że czegoś mi ubywa tym niepisaniem, choć nie umiem tego nazwać. Nigdy nie było to oczywiście żadne wielkie pisanie. Było to pisanie zupełnie liche, niezauważalne niemal dla świata zewnętrznego, ale odczuwalne gdzieś wewnątrz mnie. Legitymizujące moją niekoniecznie wypełnioną jakimś szczególnym sensem egzystencję. Porządkowanie fragmentów siebie na zewnątrz w formie tekstu lub jakiejkolwiek innej pracy twórczej, choćby nikt inny miał nie omieść tego wzrokiem, było jakimś samooczyszczeniem. Można by je pewnie w tym kontekście wymienić jednym tchem obok psychoterapii albo spowiedzi. Ale miało też jeden dodatkowy atut, który, jeśli oczywiście byłem ze sobą w pisaniu szczery, przeważał na jego korzyść — pozwalał mi coś sobie udowodnić — że jednak mam coś do przekazania. Nawet jeśli to jeden z miliarda głosów uważających się za równie konstruktywne, w moim pisaniu rzadko chodziło o debatę czy polemikę. Rozumiem te formy, lubię nawet, ale kontekst zewnętrzny — te wszystkie małe i duże sprawy, które akurat dzisiaj wydają się ważne, na których temat trzeba zabrać głos, żeby kogokolwiek ta opinia zainteresowała — to wszystko mnie z czasem interesuje coraz mniej. Nie mam potrzeby, żeby tydzień po wydaniu nowej płyty X, w dniu premiery filmu Y, w momencie, gdy świat wstrzymuje oddech z jakiegokolwiek powodu, podzielić się akurat opinią na ten temat. Gdybym był o połowę młodszy, robiłbym tiktoki, żeby za drugie tyle lat wstydzić się tego bałaganu, który miałem w głowie, a z którym tak ochoczo się obnosiłem.
Kilka lat temu próbowałem chodzić na terapię, ale nie udało mi się nawiązać z terapeutą żadnej sensownej relacji — stwierdził zresztą, że jego zdaniem terapia nie jest mi potrzebna, czemu ja ochoczo przytaknąłem. I tak się rozstaliśmy. To, czy jest mi potrzebna, czy nie, to temat, być może, na inny tekst kiedyś. W tamtym czasie zastanawiałem się dość gorliwie nad rzeczami, które zdarzyły się w moim życiu lub działy się bez mojego udziału obok mnie. Złożyłem sobie wówczas obietnicę bez pokrycia, o której jednak, żeby ją jakkolwiek przymierzyć do rzeczywistości, ze szczerej potrzeby serca, deklarowałem szumnie wszem wobec — że odtąd będę przede wszystkim słuchał, w dalszej kolejności zadawał pytania, wciąż słuchając odpowiedzi, a dopiero gdzieś później będę formułował własne zdanie, niekoniecznie zresztą się nim dzieląc. Napisawszy to, słyszę teraz w głowie rechot wielu znajomych mi osób — nie szyderczy, raczej obiektywnie trudny do opanowania, bo ja przecież od zawsze mówię, mówię, mówię. Rozpoczynam i kończę cudze myśli, dokonuję abstraktów, adaptacji i rozwinięć, byle tylko samemu wyrazić cokolwiek, mieć poczucie, że oto wiodę prym w dyskusji. Być może i tak bywa — nie przeczę. Okazało się jednak, że to z góry skazane na niepowodzenie postanowienie, być może dzięki ogólnemu w tamtym czasie wzruszeniu przeze mnie i we mnie przyczyn i skutków wszechrzeczy, trafiło na podatny grunt i zapuściło korzenie. Świat oczywiście co rusz przypiera mnie do muru — ktoś mi zadaje konkretne pytanie, wspomina o symetryzmie, oczekuje potwierdzenia swojej tezy albo kontry do niej. Czasem zresztą same tezy mają marginalne znaczenie, a mniejsze mają tylko ludzie, których one dotyczą — chodzi przede wszystkim o uporządkowanie rzeczywistości w miarę możliwości binarnie. Jako dzieciak byłem niesamowicie uwiedziony perspektywą takiej jasności. Nie miałem poglądów ani narzędzi, ale nie potrzebowałem ich. Obietnica jasności wydawała się wystarczająca, razem z całym pakietem niedorzeczności, o których na myśl dzisiaj zalewam się rumieńcem. W każdym razie na wielu poziomach ta idea o nieformowaniu opinii na każdy temat, o próbach słuchania kogoś drugiego, o prowadzeniu rozmowy z myślą o człowieku (lub dziele), a nie o tym, żeby koniecznie przekonać kogoś do swoich racji, rozrosła się we mnie przez tych kilka lat. Jej zupełnie nieoczekiwaną emanacją stała się powściągliwość wobec tego, co do czego świat oczekuje, aby powściągliwym nie być. Nie na przekór, nie bez wyjątków, w obrębie pewnej przewidywalnej ogólności.
Nie czytam. Dorosłość sprawia, że zaczynam mieć wyrzuty do siebie nastolatka i siebie studenta, że niewystarczająco się starał. Że miał tyle czasu, który zwyczajnie sprzeniewierzył. A teraźniejszy ja, splątany rozmaitościami, głupią pogonią za wszystkim i niczym, chciałby więcej, ale nie ma już czasu i siły. To niesprawiedliwe obarczać przeszłego siebie nowo nabytą perspektywą, zwłaszcza że teraźniejszy ja wcale nie jest mistrzem produktywności, ba!, potajemnie produktywnością gardzi. Na jakimś poziomie wewnątrz siebie chciałbym całymi dniami grabić liście, obserwować bujane wiatrem trawy, dotykać drewna i betonu. Ale obstawiłem się atrybutami, nasyciłem realizacją rozmaitych potrzeb, w dużej mierze zresztą pozornych, i cierpię na ustawiczne fomo, że coś z tego mogłoby mi przepaść. Dokładam więc bez opamiętania kolejne priorytety. Mam na półce osiemdziesiąt nieprzeczytanych książek, które bardzo, ale to bardzo chciałbym przeczytać, i na pewno zaraz jak tylko skończę tę, która zupełnie mi nie idzie, ale koniecznie muszę ją dokończyć, na pewno wtedy, sięgnę po tamtą, o której mi mówisz, że muszę. Też myślę, że muszę. Mam pięćset płyt, które każdego ranka i wieczora wołają mnie, żebym je włączył, dał im pożyć choć przez chwilę. Ale zwykle nie daję, bo gdzieś biegnę albo padam. Non stop coś mi gra w słuchawkach, głośnikach i coraz częściej zupełnie tego nie czuję. Nie przeżywam tej muzyki tak, jak powinna być przeżywana, jakbym ja chciał jej doznawać — całym sobą i bezwarunkowo. Niech nawet będzie taka sobie, nie przeszkadza mi to, sam sobie stoję na drodze. Pamiętacie jak kiedyś szło się do wypożyczalni wideo. Nieskończone możliwości brutalnie ograniczane do jednego tytułu. Teraz całą tę wypożyczalnię, nie jedną, mam o dwa kliknięcia od siebie. Nie muszę nawet wychodzić z domu. Czasem skroluję sobie te filmy, czytam opisy, oglądam fotosy, zaznaczam do obejrzenia. Chętnie obejrzę. Muszę. Nie oglądam.
Mam taką plejlistę z płytami do odsłuchu (niejedną zresztą) — takimi, które wyszperałem w lepszym czasie z nadzieją tlącą się w sercu szczerej zajawki. Zupełnie przypadkiem jako tło do tego tekstu wybrałem trzeci album grupy Scud Mountain Boys z 1996 roku. Adekwatnie, bo Spotify, niepytane, śpieszy mi donieść, że grupa w tym miesiącu miała 2991 słuchaczy. To druga fala tego samego nurtu nieśpiesznego rocka wymieszanego z alternatywnym country, której popularność przynosi na tej samej platformie zespołom typu Uncle Tupelo, The Jayhawks czy Son Volt mniej więcej sto razy więcej odbiorców miesięcznie. To zresztą całkiem smutna płyta. Taka do brodzenia w błocie w pochmurny dzień, bez ostentacyjnej lamentacji, z jakimś rodzajem zmęczenia i rozgoryczenia wypełniającego szczelnie przestrzeń pod czaszką. Cieszę się, że sam nie jestem rozgoryczony lub zmęczony. Inaczej jeszcze mogłoby zarezonować, prawda?
Georgia O’Keeffe spotyka Theodora Kittelsena, czyli jak rozgniewać duchy dwóch wspaniałych twórców jednocześnie
Odsuwam czarną zasłonę, której fałdy gęstnieją mi przed oczyma, żeby wpuścić trochę światła. Teraz już jest w porządku, tyle, ile potrzebuję. Wędrówka słońca po wrocławskim niebie lada chwila dobiegnie końca. I w tym konkretnym momencie zakończy się dzień, a rozpocznie noc. Zakończy się lato, a rozpocznie jesień. Przynajmniej tak powinno być, to znaczy pory roku powinny rozpoczynać się nocą. Tak jest bardziej mistycznie i uroczyście. A ludzie mogliby wtedy palić świeczki i biesiadować, by należycie uczcić upływ czasu, zachować tę równonoc w sobie, aby przełączyła się niewidzialna człowiecza przekładnia. Cyk. Skończyło się lato, rozpoczyna się jesień. Następnego dnia budzilibyśmy się jesienni w lekkich płaszczach, stosownych nakryciach głowy, wtuleni w swoje szale, z torbami pełnymi dorodnych kasztanów i bukietami kolorowych liści w słoikach po powidłach na stolikach nocnych.
Odsuwam czarną zasłonę, żeby nasycić oczy, czymś, co być może jest prawdziwe. A przynajmniej prawdziwsze niż kolorowe piksele synchronicznie ewoluujące na dwóch monitorach od świtu do zmierzchu. Pogodziłem się z tym, że to w ich towarzystwie upływa mi lato. Nie myślę już o lecie jako o wakacjach, ani nawet jako o lecie. Myślę o nim jako o dwóch monitorach w sąsiedztwie klimatyzatora. Pogodziłem się z tym, nie rozpaczam. Ale nie potrafię przeżyć tego, że zawłaszczają także wrzesień. A przecież tak łatwo przegapić ten niezwykły moment dojrzałego lata, pęczniejącego obfitością, które coraz śmielej spowija jesienny chłód. To proces, oczywiście, ale jakże go dostrzec, gdy jest się otoczonym ekranami i zakrytym zasłoną. Łatwo jest się pomylić, myśląc — jutro pójdę szukać śladów tego życia, które wciąż świętuje, ale instynktownie czuje już, że koniec jest bliski. Jako człowiek otoczony ekranami nie mam tego rozeznania. Jutro mogą awansem zaskoczyć mnie październikowa szaruga, listopadowa słota, grudniowy śnieg. Równonoc wisi na włosku.
Odsuwam czarną zasłonę, żeby spotkać żywego człowieka. Nawet jeśli to jedynie wylegująca się pod kocem na leżaku sylwetka nieznajomego, zdeterminowana, widać, aby schwytać jeszcze trochę słońca. Może jej pomacham? Może innym razem. Ona przypomina mi, że sam chciałem się wydostać. Inaczej pogrążam się we własnych rytuałach, w uzależnieniach przypominających rytuały, w ułudzie porządku, który ma mnie ocalić przed samym sobą, ale nigdy mu się nie udaje. Nawet to niewiele pączkuje we mnie i rośnie bez ustanku — zajmuje mi półki, głowę, szafy, głowę, blaty, głowę, miejsce pod kaloryferem i za stojakiem na buty, w losowej kolejności, a czasem zupełnie naraz. Czasem przechodzi mi przez myśl, że ten wewnętrzny gwar to być może też jakieś prawdziwe życie. Być może to i ten człowiek łapiący resztki słońca na balkonie to zupełnie to samo. To i wiewiórka uciekająca w koronę drzewa na widok dziecka w ortalionowej kurtce biegnącego z krzykiem w jej stronę.
Zaraz zajdzie słońce. Zasunę czarną zasłonę, wyłączę ekrany i pójdę świętować równonoc, bo świat dojrzewa, a wraz z nim i my. Tego wieczoru tyle w zupełności mi wystarczy. Nasze zdrowie!