Opublikowano

Ofiara porządku umrze, próbując

Ofiara porządku

TinEye searched over 73.9 billion images but didn’t find any matches for your search image


Brzmi to złowrogo i profetycznie, ale tylko pozornie. W rzeczywistości często jesteśmy w stanie przewidzieć przyszłość, jeśli mamy jakiś podstawowy ogląd przeszłości. Żeby nie budować sztucznego suspensu — nie żebym umiał w te sprawy — ofiara porządku to ja. To skrót myślowy — nie sądzę wcale, żeby miał zabić mnie porządek jako taki. Zwłaszcza że w życiu dominuje jednak bałagan — porządek jest wyjątkiem, rzadkim i pożądanym. Oczywiście są tacy, których mniej lub bardziej metaforycznie zabiło umiłowanie porządku. Mówimy o nich pieszczotliwie w takich słowach jak np., że to chichot losu. A gdy ktoś ma jeszcze coś od siebie do dodania, może powiedzieć, że to znamienne, a następnie wypluć, co ma do wyplucia i zapomnieć na wieki. Ciekawostka.

Ten mój porządek to raczej wrodzona skłonność do porządkowania rzeczywistości — niekoniecznie tej materialnej, choć czasem oczywiście też. Dzięki temu wydaje mi się, że mam rzeczy pod kontrolą. Nigdy nie ufałem swojej pamięci. Są ludzie, którzy to robią. Mówią — tutaj nic nie ginie — i wskazują na swoje głowy. Przyglądamy im się z aprobatą — my, którzy nie ufamy swoim głowom i którzy myślimy wręcz, że tam właśnie wszystko ginie. Obija się o puste ściany czaszki — pjon pjon — i ginie w czeluści. Ale te porządki, prowadzone skrupulatnie zapiski na ważne tematy — głównie dotyczące ocen utworów muzycznych i filmowych, choć przecież notuję też wszystkie nowe japońskie, francuskie i angielskie (w tej kolejności) słowa i zwroty, na jakie trafię, a także przez kilka lat zapisywałem, co sądzę o przeczytanych książkach — no więc porządki, okradają mnie z doświadczeń. Ludzie, którzy mają gdzieś porządek, tak sobie to wyobrażam, rzucają się w wir przygody, doznają płyt, a nie przyznają im cyferki. Ja z kolei — najpierw łaknę doświadczeń, a później je sabotuję cyferkami. Być może moja potrzeba doświadczeń jest fałszywa — wcale by jej nie było, gdybym nie miał arkusza, w którym mógłbym dodać datę i cyferkę, żeby za dwanaście lat móc ją wygrzebać i powiedzieć — nie pamiętam już zupełnie tego filmu, ale dnia tego i tego napisałem w nie najgorszym stylu takie oto zdanie. Następnie odczytałbym zdanie — zdanie jak zdanie, a ja nadal nic bym z tego filmu nie pamiętał.

Wczoraj dowiedziałem się, że jako ludzie jesteśmy w zasadzie skazani na porażkę w stawaniu się lepszymi ludźmi. Że spędzamy długie godziny na psychoterapiach, żeby wypracować nowe lepsze wzorce postępowania, a później jak przychodzi co do czego, ostatecznie z dużym prawdopodobieństwem i tak wybieramy te stare sparciałe wzorce, przez które trafiliśmy na terapię. Najpierw pomyślałem, że to nic nowego — ktokolwiek, kto coś tam przeżył, ma chyba jakiś ogląd tego, jak krnąbrna to materia — własna głowa. Potem zrobiło mi się trochę smutno, ale tylko trochę. A potem pomyślałem, że te moje niby poszukiwania doświadczeń (za wielkie te słowa, ale niech już sobie będą) to w zasadzie próby odtworzenia kilku pięknych wspomnień, które wgrały mi się same z siebie na dysk twardy w tej sekcji, której nie da się sformatować, i teraz kompulsywnie próbuję je znowu przywołać do życia, choć na chwilę, co prawie nigdy się nie udaje. A tymczasem „You Are the Sunshine of My Life” można usłyszeć po raz pierwszy tylko raz — czego się spodziewałem? Z dużym prawdopodobieństwem można spędzić cały wielki piątek, łapiąc pokemony z ziomkami, mając dziesięć czy tam jedenaście lat, bo po tej wolcie gniew matki sprowadzi na was szlaban, który popamiętacie do końca życia. Nie mam już dziesięciu lat, mama nie może dać mi szlabanu, niemal nieustannie czuję się przebodźcowany i znudzony jednocześnie. Mimo tego sam szukam co rusz jakichś nowych wrażeń, ale mając setki, tysiące możliwości, zazwyczaj wybieram nie to, czego potrzebuję. Przydałaby mi się instrukcja obsługi do samego siebie. Może wtedy ogarnąłbym nie tylko stawanie się, ale też jako takie bycie. Kosiński pisał, że wystarczy być, ale czasem samo to jest strasznie trudne.

Ostatnia dygresja w tym strumieniu, zanim przejdę do lichej puenty — patrzyłem ostatnio na swoje płyty — jest ich całkiem dużo — więcej niż mógłby mieć ktoś, kogo można by określić jako przyzwoitego człowieka, takiego, wiecie, bez nałogów, ale z pewnością mniej niż tysiąc. Zdarza mi się czasem stawać przed regałem, na którym sobie są, i wpatrywać się w nie przez kilka minut. Dzieją się we mnie wtedy straszne rzeczy — próbuję wniknąć do wnętrza siebie, żeby odnaleźć tę jedną, która idealnie dopełni tej chwili, która akurat się przytrafiła. Zwykle rozpoznanie kończy się porażką. Oczywiście bywa też tak, że od razu wiem, czego potrzebuję. Nie zawsze udaje mi się to zrealizować, nim potrzeba się przeterminuje, ale to też nie tak, że moje życie to zawsze splot niedających się uniknąć porażek. W takich momentach myślę czasem, że może wszystko byłoby łatwiejsze, gdybym miał dziesięć płyt. Mógłbym wówczas wybrać jedną z dziesięciu. Ale bywa też, że jest zupełnie odwrotnie — wtedy myślę o tych płytach, których nadal nie mam, a których z jakiegoś powodu czuję, że potrzebuję. Wówczas, w oderwaniu od tej beznadziejnej chwili walki z samym sobą przed pełnym regałem, mam przekonanie, że z tą nową płytą, którą już dodałem do koszyka, będę o krok bliżej spełnienia — cokolwiek to znaczy. Czy spełnienie to tysiąc płyt? Czy gdy przypadkiem przekroczę tę liczbę, dodam na półkę tysiąc pierwszą, nieodwracalnie stanę się zboczeńcem i odludkiem skazanym na te swoje płyty, które jednak (choć do tej pory wyłącznie sekretnie) nie dają mu tego, czego tak pragnął (przypomnę, chodziło o to, by znów po raz pierwszy usłyszeć „You Are the Sunshine of My Life” — przynajmniej figuratywnie)? Nie odpowiadajcie.

Puenta sama się nawinęła — że nawet mimo tego, że zdaję sobie sprawę z daremności tej gonitwy, nie umiem z niej zrezygnować. Jakoś mnie to cieszy. To zresztą druga rzecz, którą wczoraj usłyszałem. Że to w sumie dobry powód, żeby nadal się w to bawić — jeśli raz na jakiś czas, coś faktycznie nas zajawi i przez chwilę sobie popłyniemy, zamiast czołgać się jak co dzień. I nigdy w sumie nie wiadomo, co to będzie — warto więc próbować. Nawet jeśli ostatecznie ofiara tego porządku…

Opublikowano

O tym jak trzymam swoje winyle przy kaloryferze…

…a mój komputer przeżywa kryzys wieku średniego, czyli żelazne co tam, jak tam.

uhuhu

Lata temu prowadziłem coś w rodzaju internetowego pamiętnika (nazwijmy go blogiem) — rzeczy absolutnie nie do publikacji i wcale nie chodziło o to, że moje sądy były wobec kogokolwiek krzywdzące czy używałem brzydkich słów, będąc bardziej nieopierzonym niż te słowa brzydkie. Po prostu były to czystej wody sroły. Paulo Coelho polskiego nastoletniego internetu, z tym że opamiętałem się, nim było za późno. Albo i nie do końca. Jakiś czas później obiecałem sobie w duchu, że nigdy już na taki projekt się nie porwę, chyba że będę miał coś wartościowego do przekazania. Ale że historia kołem się toczy, tak i tutaj, na ten nowy początek, kiedy w założeniu mam już pożądaną od lat substancję, którą zamierzałem wypełnić kąty tej witryny, musiałem, nie mogłem się oprzeć, zostawić sobie wentyl bezpieczeństwa w postaci kontemplacji bezsensu. Nie chodzi jednak ani o kontemplację, ani o bezsens sensu stricto, raczej kameralną przestrzeń dla cokolwiek intymnego strumienia świadomości, kiedy nie mam nic sensownego do zakomunikowania.

Jak choćby spektakularne odkrycie z gatunku teorii spiskowych (vide teleskopowa brzoza w Smoleńsku), że komputery, a przynajmniej tych kilka, z którymi miałem ostatnio do czynienia, miewają wraz z ostatnim przesileniem gorsze dni — man vs. machine 1:0? Może to kryzys wieku średniego? Może powinno się na tę okoliczność wymyślić jakiś cyfrowy odpowiednik sportowego kabrioletu, aby ten kryzys zażegnać (czy przynajmniej zapchać tę palącą pustkę)? Ale mecz ciągle trwa, nieuchronnie zbliżamy się do remisu, bo wiosna nie tylko komputerom uderzyła do głowy. Po tym jak świstak Phil przepowiedział, że zima nie wróci, ludzie masowo wymienili kurtki z zimowych na wiosenne i jak okiem sięgnąć wszyscy chorzy. Ja też trochę zachorowałem, bo wymyśliłem sobie przemeblowanie pokoju, które nie tylko położyło kres przestronnej nicości na jego środku, ale jakimś trafem sprawiło, że skrzynka z winylami wylądowała niemalże przy kaloryferze. A przecież przez lata zewsząd słyszałem, że tego się nie robi. Abecadło przykładnego kolekcjonera: „nie trzymaj swoich płyt w wilgotnej piwnicy, ani w pobliżu źródeł ciepła”. Trochę mi wyszedł falstart z tymi wiosennymi porządkami i teraz tym gorliwiej wypatruję na niebie słońca.