
Korytarz Shiro Kasamatsu na tle jednej ze Stacji drogi krzyżowej Hermanna Nitscha
(Wpis poniżej to ciąg dalszy tej noworocznej rozkminy, co zrobić żeby żyć bardziej harmonijnie)
Próbuję medytować. To miała być moja droga ku harmonii. Uwierzyłem, że krótki spacer bez słuchawek i telefonu przybliży mnie do siebie samego i pozwoli odkryć to, co naprawdę ma dla mnie wartość. Ale siedzenie w ciszy i nieustanne skakanie przez płotki pędzącym strumieniem świadomości to wcale nie medytacja. Według mojego podręcznika (który czytam sobie na raty, bo łudzę się, że uda mi się cokolwiek z tego wprowadzić w życie) powinienem liczyć oddechy do dziesięciu. Gdy będę w stanie bez pomyłek robić tak przez kwadrans, mogę awansować wyżej. Mimo prób koncentracji ostatnio doliczyłem do dwudziestu siedmiu, zanim zorientowałem się, że wyszedłem poza skalę, how about that?
Wydawało mi się, że mogę robić nudne rzeczy, dam sobie radę. Za nudne rzeczy dostaje się wypłatę, a z czegoś trzeba żyć. Chciałem to regulować po godzinach i w przerwach tym, co mnie bierze — zawsze było tego więcej niż mogłem ogarnąć. Tysiąc pomysłów na minutę. Ale chyba dopadł mnie wiek średni. Zamiast wyrażać się kreatywnie — tak żebym miał wrażenie jakiegokolwiek choćby iluzorycznego sensu, zacząłem klikać i skrolować. Konsumować całą tę papkę, która wydaje się nieszkodliwa, ejajowe słonie malujące swoje autoportrety trąbą itd., ale szczerze boję się, że już za późno, by naprawić permanentny i niewątpliwy brain damage. Nie jestem koneserem treści trudnych, obszernych i głębokich, ale potrzebuję jednak jakiejś substancji. Ślizganie się po powierzchni to iluzja odpoczynku. W głębi Kurtka piętrzy się niepokój. Jak tak dalej pójdzie, to stanę się pusty w środku. Już teraz jestem niechybnie pół-pusty. Ktoś w lepszym nastroju do żartów mógłby pewnie powiedzieć: pół-pełny.
Z jednej strony nie wiem, w co włożyć ręce, z drugiej jestem bezkreśnie znudzony. Jedno i drugie doprowadza mnie do szaleństwa. Nie śpię, bo trzymam kredens. Mentalnie. Jeden fałszywy ruch, a kredens zgniecie mnie na miazgę i będzie ze mnie kocia zupa (to z tytułu filmu, osobiście identyfikuję się jako kurczak). Jeśli w moim grafiku w dniu X jest jeszcze chociaż jedna pozycja, nie uda mi się zrobić niczego innego, choćby ową pozycję zaplanowano dopiero za sto godzin. Z drugiej strony, jeśli w dniu X nie mam już w grafiku zupełnie niczego, najpewniej położę się twarzą do dołu na dywanie i zacznę się turlać to w prawo, to w lewo z braku celu i zachęty do działania.
Obwiniam oczywiście pogodę. Dlaczego przez cały rok mamy ustawiczne przesilenie? Tylko zimno i pada, i zimno, i pada na to miejsce w środku Europy. Ale na pewno już niebawem, już za rogiem, już tuż tuż, jeszcze dzień, może dwa i wszystko na pewno się zmieni na dobre. Wreszcie będę miał w szafie porządek, będę wypoczęty i zadowolony z całokształtu swojej egzystencji. W rzeczywistości jednak, jestem zupełnie pewien, szarugę zastąpią upały nie do wytrzymania. Będziemy wietrzyć, zasłaniać się przed słońcem i umierać z gorąca. Jak w takich warunkach da się w ogóle funkcjonować?
To wszystko, na wszystkich frontach, zawsze, wszędzie, naraz. Aż nagle myśl! A co jeśli rzeczy, które uznaję za szum i chaos, są tak naprawdę esencją życia? Jeśli wszystko to, z czym próbuję walczyć jest nieodzowną częścią tego, jak powinno być, a tymczasem ja dumnie wymachuję sztandarem z jakąś uzurpowaną harmonią — w sprzeczności z porządkiem rzeczy? Embrace chaos! — krzyczy jakiś wewnętrzny głos (powołany do życia jakiś czas temu przez Panią Maję podczas nocnej przejażdżki po mieście, niezupełnie bez celu). Boję się odpowiedzieć, że po moim trupie, bo to akurat wydaje się dziwnie realne… I znowu wraca do mnie ta sama myśl co zawsze od lat, którą z jednej strony na pewnym poziomie uznaję za kompas, z drugiej, na innym, kategorycznie odmawiam się nim kierować — everything is everything. Nawias, poza który trzeba by cokolwiek wyłączyć, nie istnieje. Rzeczy muszą współistnieć ze sobą i wynikać jedna z drugiej tak, jak istnieją. I tu wracam do medytacji, którą podjąłem, żeby rzeczy w swojej faktycznej formie nie tylko współistniały, ale współistniały harmonijnie w mojej ocenie. Spróbuję jutro. Kto wie, może uda mi się doliczyć tylko do dziesięciu?






















