
Przyszłość jest dziś
Jakoś w zeszłym roku trafiłem na artykuł, chyba w New York Timesie, ale nie udało mi się teraz go odnaleźć, w którym autorka przekonywała, że dzięki smartfonizacji i tiktokizacji naszej codzienności, ludzie stali się mniej skorzy do utrzymywania ze sobą kontaktu. Jakże łatwiejsze i przyjemniejsze po całym dniu w pracy jest zanurzenie się w nieskończonym feedzie możliwości niż umawianie się gdzieś tam na spotkanie z jakimś drugim człowiekiem, a później jeszcze dodatkowo może — słuchanie, co mu tam leży na sercu! Z jednej strony przyjąłem tę perspektywę jako interesującą, z drugiej odrzuciłem jako niezgodną z moim wewnętrznym imperatywem, by pielęgnować ważne dla mnie relacje i nie postrzegać ich w kategoriach utylitarystycznych.
Ale i mnie, na sztandarze z wieczną krucjatą przeciwko zawłaszczaniu życia przez smartfony, udziela się rzeczywistość, która wygląda tak, że w tę pułapkę lenistwa połączonego z realnym uzależnieniem można wpaść nawet, gdy człowiekowi się wydaje, że jest w miarę świadomy i ma się na baczności. Wystarczy opuścić gardę na chwilę, a świat nieskończonego skrolowania wciąga za swe podwoje, a stamtąd rzeczywistość wydaje się jakby mniej realna, a już na pewno mniej ciekawa. Można wciąż deklarować, że relacje są najważniejsze, a jednocześnie nie widzieć swoich niegdyś bliskich przyjaciół od roku i mieć problem, aby wygospodarować chwilę na wiadomość czy telefon. Jutrać bez końca, bo owszem obowiązki, praca, rodzina, partner, zakupy, sprzątanie, a trzeba jeszcze kiedyś odpocząć, więc netlifx & chill, a potem jeszcze tiktok przed snem i w przerwie na kawę, i coś miałem robić, ale jakoś tak weszły mi te instastories na kanapie i zleciało. I z jednej strony widzę różnicę między autorką tego artykułu, co go nie mam jak pokazać (i musicie mi wierzyć, że go nie zmyśliłem), która pisze wprost, że woli sobie poskrolować telefon niż gdzieś się grzebać tramwajem (czy metrem w sumie w jej przypadku, bo Nowy Jork przecież), żeby się z kimś zobaczyć. A między takim mną czy takim tobą, którzy byśmy nawet i wyszli z domu, i wsiedli w ten tramwaj, ale jakoś się nie składa, żeby się do siebie odezwać, choć telefony mamy w dłoniach od zmierzchu do świtu. „Jesteśmy w kontakcie” — spuentował to pięknie Łona już dawno, dawno temu (na płycie Cztery i pół z 2013).
I teraz myśl się we mnie narodziła inna, że może to jednak nie do końca przez to skrolowanie. Może to tylko wypełniacz, jak kiedyś skakanie po kanałach w telewizorze albo kolorowe pisemka o niczym. Że jak nasi ojcowie i nasze babki nie mieli tych smartfonów, to też im się to wszystko rozłaziło. Że też im się nie chciało chwycić za telefon (jak były te tarczowe telefony, gdzie się wykręcało numery, na końcu towarzyskiej kolejki byli ponoć ci, którzy mieli w numerach za dużo dziewiątek i zer, bo zwyczajnie za dużo roboty, żeby ich wydzwonić), tylko kitłasili się w swoich m3. Z drugiej (a nawet trzeciej) jednak strony, nie da się ukryć, że kiedyś czas płynął wolniej. Czy osiem godzin w pracy 20 lat temu zabierało ludziom mniej niż osiem godzin zabiera nam? Że było tak w PRL-u, to wszyscy doskonale wiemy (choć nie wszyscy pamiętamy), bo dobrze to udokumentowali Bareja, Gruza i inni.
I myśl w temacie ostatnia, a przynajmniej ostatnia na teraz, bo ostatnio często do tego mimowolnie wracam, więc jest potencjał na kolejne refleksje. Wszystko dlatego, że tęsknię za przyjaciółmi, których dawno nie widziałem, a kiedyś widywaliśmy się codziennie. Jest to uczucie nowe i dziwne, z którym nie wiem, co mam zrobić. Zastanawiam się bowiem, jak to się dzieje, że te relacje, które kiedyś tyle dla nas znaczyły, z czasem zupełnie nikną. I nie ma w nas serdeczności i woli, żeby jednak porozmawiać — choćby o tym, co się zdarzyło tutaj między nami, kiedy nas nie było obok siebie.
Czasem ludzie nie są do końca kompatybilni — po prostu znajdują się razem w danym miejscu i czasie, a kiedy te okoliczności się zmieniają, ich relacje zanikają i okazuje się, że tak naprawdę poza tą wspólną materią, zwykle pracą albo szkołą, może wspólnym znajomym, nie łączyło ich w zasadzie nic innego. Ten mechanizm rozumiem. Takie spotkania potrafią być wyjątkowo niezręczne, a rzucone odruchowo „co tam”, na które nie potrafimy lub nie chcemy odpowiedzieć, może wybudzić nas nagle w środku nocy wiele lat po tym, jak faktycznie padło. Nauczyłem się nie próbować reanimować tych relacji.
Chodzi mi raczej o relacje, w których w danym momencie wydaje nam się, że naprawdę się rozumiemy. Nie musi stać się zresztą nic nagłego. Nie musimy się poróżnić o politykę czy religię i poprzysiąc lucyferowi, że nigdy więcej nie odezwiemy się słowem do naszego niegdyś przyjaciela, teraz zdrajcy i idioty. Czy możemy po prostu, zajęci własnym życiem, marnowaniem go zresztą na skrolowaniu AI slopów, na tyle przestać się odzywać do siebie nawzajem, że dawne porozumienie przestanie obowiązywać. Obustronnie zamieni się w nicość. A może jeszcze inaczej — czy pozwolimy małemu niedopowiedzeniu, delikatnej rysie na świętym monolicie relacji urosnąć w milczeniu do statusu dealbreakera, który gdzieś w tle bez naszego aktywnego udziału zakończy to, co zaczęło nam ciążyć i przeszkadzać. Będziemy mieli wówczas poczucie, że postąpiliśmy słusznie, że to zbyt daleko zaszło, a my nie mamy siły i ochoty, żeby to roztrząsać, wyjaśniać. Najlepiej będzie uznać to za niewyjaśnialne i grubą kreską oddzielić przeszłość.
Dziwny ze mnie gość. Z jednej strony mi zależy, zapisuję sobie nawet, że miałem się odezwać do tego czy tamtego, z drugiej akurat — w danej chwili mogę być w nastroju zupełnie samotniczym albo przegapić własne przypomnienie i ocknąć się dwa miesiące później z wielkim „ożeż ty!”. Zdarza mi się, że telefon przypomina mi o urodzinach kogoś, kogo nie widziałem od lat. Czasem akceptuję tę sytuację bez mrugnięcia, czasem jeszcze trochę żałuję. Z tej perspektywy to może łatwiejsze. Boję się, że stopniowo, w miarę upływu lat, zaczną znikać z mojego życia kolejne osoby, a ja nie będę rozumiał dlaczego. Boję się, że ten proces już gdzieś trwa, a ja go biernie obserwuje, skrolując smartfona. Być może to bezzasadne, ale jednak czuję, że stoi to wespół w zespół obok dziwnej, nieznanej mi kiedyś tęsknoty w samym sercu tego wpisu i musiałem to wyrazić, choćbym nawet miał narazić się na śmieszność. To ostatecznie mój jedyny pamiętnik: wszystko co zostało tutaj przemilczane, zostało przemilczane w ogóle, a wszystko to co zostało wyrażone, zostało wyrażone tutaj (przynajmniej na papierze).
Żeby jednak nie kończyć tak patetycznie — rozumiem, że wiele wciąż zależy od nas. Mamy te smartfony i tiktok robi nam zupę z mózgu, ale ostatecznie może wcale nie będzie tak źle. Czasem wystarczy zebrać się na jeden mały akt nieposłuszeństwa względem własnej rutyny i to może zrobić większą różnicę, niż się wydaje. Nawet jeśli za jakiś czas trzeba będzie to powtórzyć. W każdym razie jesteśmy w kontakcie!






















