Opublikowano

Próbuję medytować (jak być lepszym Kurtkiem 102)

Korytarz

Korytarz Shiro Kasamatsu na tle jednej ze Stacji drogi krzyżowej Hermanna Nitscha


(Wpis poniżej to ciąg dalszy tej noworocznej rozkminy, co zrobić żeby żyć bardziej harmonijnie)

Próbuję medytować. To miała być moja droga ku harmonii. Uwierzyłem, że krótki spacer bez słuchawek i telefonu przybliży mnie do siebie samego i pozwoli odkryć to, co naprawdę ma dla mnie wartość. Ale siedzenie w ciszy i nieustanne skakanie przez płotki pędzącym strumieniem świadomości to wcale nie medytacja. Według mojego podręcznika (który czytam sobie na raty, bo łudzę się, że uda mi się cokolwiek z tego wprowadzić w życie) powinienem liczyć oddechy do dziesięciu. Gdy będę w stanie bez pomyłek robić tak przez kwadrans, mogę awansować wyżej. Mimo prób koncentracji ostatnio doliczyłem do dwudziestu siedmiu, zanim zorientowałem się, że wyszedłem poza skalę, how about that?

Wydawało mi się, że mogę robić nudne rzeczy, dam sobie radę. Za nudne rzeczy dostaje się wypłatę, a z czegoś trzeba żyć. Chciałem to regulować po godzinach i w przerwach tym, co mnie bierze — zawsze było tego więcej niż mogłem ogarnąć. Tysiąc pomysłów na minutę. Ale chyba dopadł mnie wiek średni. Zamiast wyrażać się kreatywnie — tak żebym miał wrażenie jakiegokolwiek choćby iluzorycznego sensu, zacząłem klikać i skrolować. Konsumować całą tę papkę, która wydaje się nieszkodliwa, ejajowe słonie malujące swoje autoportrety trąbą itd., ale szczerze boję się, że już za późno, by naprawić permanentny i niewątpliwy brain damage. Nie jestem koneserem treści trudnych, obszernych i głębokich, ale potrzebuję jednak jakiejś substancji. Ślizganie się po powierzchni to iluzja odpoczynku. W głębi Kurtka piętrzy się niepokój. Jak tak dalej pójdzie, to stanę się pusty w środku. Już teraz jestem niechybnie pół-pusty. Ktoś w lepszym nastroju do żartów mógłby pewnie powiedzieć: pół-pełny.

Z jednej strony nie wiem, w co włożyć ręce, z drugiej jestem bezkreśnie znudzony. Jedno i drugie doprowadza mnie do szaleństwa. Nie śpię, bo trzymam kredens. Mentalnie. Jeden fałszywy ruch, a kredens zgniecie mnie na miazgę i będzie ze mnie kocia zupa (to z tytułu filmu, osobiście identyfikuję się jako kurczak). Jeśli w moim grafiku w dniu X jest jeszcze chociaż jedna pozycja, nie uda mi się zrobić niczego innego, choćby ową pozycję zaplanowano dopiero za sto godzin. Z drugiej strony, jeśli w dniu X nie mam już w grafiku zupełnie niczego, najpewniej położę się twarzą do dołu na dywanie i zacznę się turlać to w prawo, to w lewo z braku celu i zachęty do działania.

Obwiniam oczywiście pogodę. Dlaczego przez cały rok mamy ustawiczne przesilenie? Tylko zimno i pada, i zimno, i pada na to miejsce w środku Europy. Ale na pewno już niebawem, już za rogiem, już tuż tuż, jeszcze dzień, może dwa i wszystko na pewno się zmieni na dobre. Wreszcie będę miał w szafie porządek, będę wypoczęty i zadowolony z całokształtu swojej egzystencji. W rzeczywistości jednak, jestem zupełnie pewien, szarugę zastąpią upały nie do wytrzymania. Będziemy wietrzyć, zasłaniać się przed słońcem i umierać z gorąca. Jak w takich warunkach da się w ogóle funkcjonować?

To wszystko, na wszystkich frontach, zawsze, wszędzie, naraz. Aż nagle myśl! A co jeśli rzeczy, które uznaję za szum i chaos, są tak naprawdę esencją życia? Jeśli wszystko to, z czym próbuję walczyć jest nieodzowną częścią tego, jak powinno być, a tymczasem ja dumnie wymachuję sztandarem z jakąś uzurpowaną harmonią — w sprzeczności z porządkiem rzeczy? Embrace chaos! — krzyczy jakiś wewnętrzny głos (powołany do życia jakiś czas temu przez Panią Maję podczas nocnej przejażdżki po mieście, niezupełnie bez celu). Boję się odpowiedzieć, że po moim trupie, bo to akurat wydaje się dziwnie realne… I znowu wraca do mnie ta sama myśl co zawsze od lat, którą z jednej strony na pewnym poziomie uznaję za kompas, z drugiej, na innym, kategorycznie odmawiam się nim kierować — everything is everything. Nawias, poza który trzeba by cokolwiek wyłączyć, nie istnieje. Rzeczy muszą współistnieć ze sobą i wynikać jedna z drugiej tak, jak istnieją. I tu wracam do medytacji, którą podjąłem, żeby rzeczy w swojej faktycznej formie nie tylko współistniały, ale współistniały harmonijnie w mojej ocenie. Spróbuję jutro. Kto wie, może uda mi się doliczyć tylko do dziesięciu?

Opublikowano

pusta skorupa

Serigraf

Cuadrado serigraf Luisa Scaliotto


głupi czarny robal
kolorowe parasolki
kolorowe zdjęcia, czarno-białe zdjęcia
siedem tysięcy lajków, trzydzieści osiem tysięcy lajków, dwa lajki
pusta skorupa

nadgryziona mandarynka
za wysoka wieża
demoniczny kot syczy na burzę
sześćdziesiąt trzy lajki, dwadzieścia jeden tysięcy lajków, zero lajków
pusta skorupa

koń na biegunach (jak żywy)
zdjęcia umarłych (daty urodzenia, śmierci)
ryby, ptaki, chmury i księżyc
cztery lajki, czterysta trzydzieści dwa lajki, trzydzieści sześć lajków
pusta skorupa

Opublikowano

Jak być lepszym Kurtkiem 101

Myśliciel

Myśliciel Hiromu Kiry na tle jednej ze Stacji drogi krzyżowej Hermanna Nitscha


Ogólnie rzecz ujmując, nie mogę nie zgodzić się z tym, że każdy dzień jest dobry, by zacząć lub postanowić coś nowego. Nie jestem też jakoś szczególnie przekonany co do symboliki początku nowego roku, choć nie mogę nie docenić pewnej zewnętrznej psychologicznej presji, która może wywierać na człowieka nie do końca zdecydowanego jakiś nacisk, choć która wcale nie musi okazać się skuteczna. Pomimo tego i dlatego co roku staram się jednak spróbować po raz kolejny stać się lepszym Kurtkiem.

Czasem postanowienia bywały proste i wówczas zwykle udawało mi się osiągać z nimi najlepsze efekty — chciałem ćwiczyć, czytać, uczyć się języków obcych i zwykle była to jedna, niekoniecznie zupełnie nowa, a zawsze na nowo opatrzona wysokim priorytetem rzecz. Ćwiczyć miałem przynajmniej dwa razy w tygodniu, czytać przynajmniej dwie książki miesięcznie, realizować konkretny zakres zagadnień gramatycznych. Zwykle też postanowienia te nie miały daty przydatności — nie były to zamknięte projekty o skończonym zakresie realizacji. Naturalnie przechodziły z roku na rok — ćwiczyłem więc, czytałem więc, uczyłem się więc języków jednocześnie. Oprócz tego pracowałem, żyłem życie i robiłem rozmaitości, jak to człowiek. Słuchałem płyt, chodziłem do kina, jak to Kurtek (to swoją drogą dość wymowne, że do słuchania muzyki nie potrzebuję postanowień, a do czytania już tak, heh!).

W zeszłym roku doszedłem do miejsca (a może raczej to miejsce doszło do mnie), gdy moje postanowienia posypały się jak domek z kart. Nie tylko nie udało mi się zrealizować nowego postanowienia (w którego powodzenie nie wierzyłem od samego początku i samo to, że było one jedyne, nie mogło uratować mnie przed porażką — miałem pisać bazę danych, nie wracajmy do tego), ale też wcześniejsze postanowienia, realizowane od lat z zapałem, nie dały się tym razem okiełznać. Z czytelnika z potencjałem nie został ani czytelnik, ani potencjał. Aktywność fizyczna, zdziesiątkowana przez mnożące się delegacje i kontuzje, spadła ilościowo o czwartą część (nie jest to jedyna miara, ale jedyna, jaką mam), a japońskie słownictwo i gramatyka w najlepszym razie odrobinę się utrwaliły, ale na pewno nie poszerzyły. I choć wiem, że nie jestem w stanie (i nie chcę) w wolnym czasie być wyłącznie produktywny — mam potrzebę zalegania, osiadania, mitrężenia, niekwapienia się — to jednak gdzieś z tyłu głowy pod koniec zeszłego roku zapaliła mi się wątła kontrolka.

Mniej więcej w połowie grudnia zamiast o podsumowaniu sukcesów i porażek, zacząłem myśleć nad nadchodzącym styczniem i tym, co chciałbym sobie w nim obiecać. Wszystko to, co do tej pory i jeszcze więcej — podpowiadał jakiś odrealniony głos z offu. Zapytałem sam siebie, kneblując głos z offu, co wymaga najwięcej uwagi i pomyślałem o nadszarpniętej równowadze codzienności, jakimś głupim wirze, w który sam się wciągam, między innymi nawarstwiającymi się postanowieniami, które mają poprawić jakość mojego życia i mnie samego, ale ostatecznie nie zawsze wychodzi tak, jak sobie założyłem, a czasem jest nawet gorzej, bo gdy rzeczy nie idą, równoważnia przechyla się ku ekstremom. Dzisiaj mija pierwszy tydzień nowego roku i jak na razie jedyną rzeczą, jaką zrobiłem w stronę realizacji nowego, mocno nienamacalnego i niemierzalnego założenia, było nierobienie zbyt wiele. Coś tam pomachałem hantlem (pod wpływem influenserów fitness, napisałem „hantlą”, ale edytor podkreślił, to poprawiłem), przeczytałem kilka stron książki, ale ogólnie raczej pozwoliłem rzeczom być takimi, jakimi były.

Mógłbym w tym miejscu odtrąbić natychmiastowy sukces, bo swoje poczucie harmonii w tym czasie oceniam możliwie najwyżej, ale muszę uczciwie przyznać, że jedna istotna rzecz, która mogła tu sporo namieszać, a mianowicie — praca, została do dzisiaj zupełnie zamrożona. Gdy zalogowałem się rano po nieprzyzwoicie (nie jest mi wstyd) długiej przerwie, zalała mnie powódź cudzych problemów, które od teraz miały być również moimi. Jakoś przetrwałem, ale będę musiał skutecznie utrzymywać się na powierzchni tego wzbierającego co rusz strumienia przez bite osiem godzin, pięć dni w tygodniu. Jak w tym nie utonąć? Chciałbym móc dopisać w tym miejscu kolejny akapit ze złotymi radami, które n a p r a w d ę pomogą, ale na razie nie mam pojęcia. Mam pomysły, owszem, ale nie wiem, czy uda mi się wprowadzić je w życie, bym w istocie stał się w tym roku lepszym Kurtkiem.

Przed dwoma laty przywiozłem z Japonii białego darumę. Dopiero na jesieni odważyłem się namalować mu pierwsze oko, z tą samą niejasną intencją szeroko pojętej równowagi. To był ten symboliczny moment, mój własny początek nowego roku, który jednak jak dotąd nie zdołał umocnić się w moim myśleniu i działaniu. Czy uda mi się odzyskać emocjonalną kontrolę nad własnym życiem? O tym w kolejnym odcinku blogonoweli.

Opublikowano

Przeprosiny

Przeprosiny

Hybrid Theory Linkin Park


Jeszcze zanim Linkin Park wrócili na listy przebojów i do masowej świadomości dzięki nowej wokalistce, zdarzyło mi się po wielu latach trafić na ich profil na Rateyourmusic. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu nie wyglądał jednak tak, jak go zapamiętałem — na przestrzeni kilkunastu ostatnich lat status grupy ewoluował od traktowanego z pobłażaniem metalopodobnego paździerza w stronę obiektu nostalgii i kultu. I to w bańce muzycznych nerdów, którzy w kwestii wszelkiej muzycznej materii kreują swoje opinie z wyższościowym znawstwem. Wtedy nie byłem w stanie tego zrozumieć — po co reanimować trupa (no pun intended), miejsce Linkin Park jest w odległej przeszłości, gdzieś na stronach magazynów dla nastolatków w stylu Bravo, dla których ta pstrokata nu-metalowa kreacja wyłącznie cynicznie stanowi emanację prawdziwego buntu. Kilka miesięcy później jednak nowe otwarcie zespołu z Emily Armstrong w roli wokalistki sprawiło, że coś we mnie drgnęło — jakiś od dawna wypierany element mojej muzycznej historii wrócił na swoje miejsce — przestałem wstydzić się Linkin Park. Podczas ostatniego weekendu u rodziców wygrzebałem swoją kopię Reanimation, którą za dzieciaka dostałem na Gwiazdkę, i przez całą drogę powrotną w aucie katowałem ją zdecydowanie za głośno, jakbym znowu miał dwanaście lat.

Ale to czy Linkin Park w nowej formule działa, czy ta reaktywacja była potrzebna i komu, jak oceniać jej efekty — to wszystko jest drugorzędne w stosunku do tego, że był to przede wszystkim impuls, żeby w ogóle do zespołu wrócić i przemyśleć go z perspektywy, której brakowało i dwunastoletniemu mnie, i dwudziestoparoletniemu mnie dla zasady odrzucającemu swoje szczenięce zajawki jako nieadekwatne i krindżowe. Tymczasem teraz — czego mam się wstydzić i przed kim? Albo inaczej — przed kim i dlaczego mam się kreować na kogoś (tylko pozornie) lepszego niż jestem — miłośnika i orędownika rzeczy niszowych i ambitnych? Po co pozować na pozbawionego emocji i gardzącego nostalgią eksperta, skoro mogę na pełnej pochwycić esencję życia — dać się ponieść tej muzyce, jeśli tylko mam ochotę, choćby stanowiła w powszechnym przekonaniu w najlepszym razie emanację niezbyt wyszukanego efekciarstwa. Perspektywa jako wolność od osądu innych, ale też perspektywa czasowa z wszystkim tym, co wydarzyło się pomiędzy rokiem 2000 a dziś, ze wszystkimi płytami poznanymi w międzyczasie, z dwiema dekadami zwrotów, odwrotów i powrotów stylistycznych, sprawia, że mimo woli słucha się tego dzisiaj inaczej. Czasem z uśmieszkiem politowania, a czasem z niedającym się ukryć poczuciem satysfakcji.

Przeprosiny

Aquarium Aqua


Bo jakie dwunastolatek może mieć kryteria rzeczowej oceny jakości materiału? Rzuca się na coś, co wydaje mu się fajne, bo słuchają tego kumple, albo wręcz odwrotnie — nie słuchają — nawet lepiej. Kryteria społeczne górują nad osądem estetycznym. Linkin Park to zresztą tylko wierzchołek góry lodowej. W ostatnim czasie modne zrobiły się powroty do stylistyki eurodensowej. Peggy Gou, Confidence Man czy Bodysync (Ryan Hemsworth x Giraffage) wchodzą w tę estetykę zupełnie na czysto, bez zasłony pastiszu czy dekonstrukcyjnych aspiracji. W poprzedniej dekadzie twórcy związani z bubblegumbassową oficyną PC Music kreatywnie reinterpretowali 90sowe i post-milenijne radiowe przeboje — zgrane do tego stopnia, że nieniosące już ze sobą żadnej treści — Spinee zepsuł „Bring Me to Life” Evanescence, A. G. Cook — „Better Off Alone” Alice Deejay, a GFOTY zrobiła półgodzinny set składający się wyłącznie z remiksów „Cotton Eye Joe”. Wszystko to było oczywiście w części ironiczne, a bubblegum bass stał się cudzysłowem lub nawiasem, w który ujmowano te numery, by nadać im nowe znaczenia. To, co na swoich tegorocznych płytach robią wspomniani Peggy Gou czy Confidence Man, to stanowcze opuszczenie nawiasu, a tym samym także gardy, jako która funkcjonował nawias.

W latach 90. bawiliśmy się do eurodensu lub nie, później bawiliśmy się coraz mniej albo wcale, aż w końcu dzięki nowym formom wyrazu zaczęliśmy bawić się na nowo, tym razem ironicznie, aż w końcu staliśmy się gotowi, by odrzucić tę ironię i (tylko pozornie) wróciliśmy do punktu wyjścia. Pozornie, bo bogatsi o niemal trzy dekady doświadczeń wiemy wreszcie, dlaczego chcemy tę muzykę przyjąć lub odrzucić. Oryginalny dyskurs robił to bezdyskusyjne i zawsze całościowo — w pakiecie. Od tego czasu dyskurs sfermentował w nas jednak na tyle, że jesteśmy w stanie ocenić, czy te proste duchologiczne bangerki niosą ze sobą jakieś meritum czy nie. Kiedy przed ośmioma laty odważnie postulowałem rekuperację „Bailando”, wciąż nie byliśmy na to gotowi, ale już teraz widać, że nie zmarnowaliśmy tego czasu jako post-społeczeństwo. Dziesięcioletni ja, gdy padał termin eurodance, nie był w stanie świadomie wartościować holenderskiego Vengaboys od duńskiej grupy Aqua, choć oczywiście instynktownie czuł różnicę. Nie było środków i czasu, by sprawę przemyśleć. Muzyki słuchało się zresztą inaczej — problemem był raczej jej niedostatek niż nadmiar. Gdy dekadę później nadszedł moment re-ewaluacji, szkoda było czasu, by dokonać jej należycie. Wraz z internetem i rozwojem forów internetowych uchyliło się na raz tyle drzwi nęcących obietnicą nowej jakości — nie było rady. Dopiero teraz na fali powszechnej nostalgii za brzmieniem przełomu milenijnego nadarzyła się okazja, by sprawę przemyśleć — czego wyrazem jest ten tekst i towarzyszące mu, mniej lub bardziej pokątne, odsłuchy będącej jego tematem muzyki. Ta re-ewaluacja ma zresztą charakter coraz bardziej powszechny — wystarczy spojrzeć na wzrostową tendencję ocen tych wydawnictw na Rateyourmusic. To nie tylko nostalgia, ale też kolejne pokolenie, które po nitce dociera do kłębka, a nie słuchając polskiego radia Hot AC, nie ma poczucia, że wszystko, co tam usłyszy, musi być dziełem szatana.

Przeprosiny

Soulja Boy


Nie tylko nu-metal i eurodance doczekali się rehabilitacji. Już Brockhampton położyło podwaliny pod renesans rozbuchanych południowych bangerów, ale dostatnio w ostatnich latach odbyła się rewolucja. Zeszłoroczny mixtape młodego rapera z Houston — TisaKorean, z humorem, ale jednak dość prostolinijnie wyciągający z szafy niegdysiejsze potworki — Soulja Boya czy Chingy’ego, trafił do podsumowań najlepszych płyt roku i zwrócił uwagę samozwańczej internetowej loży szyderców. W lutym za niesławny przebój nastoletniego rapera J-Kwona sprzed 20 lat „Tipsy” zabrało się alt-rapowe trio Clipping, zbierając pochwały za w sumie dość wierny cover w odrobinę przewrotnej oprawie, bo okraszony elementami muzyki noise. To co dwie dekady temu w dobrym tonie było wyśmiać, obnosząc się jednocześnie adoracją dla dyskografii Radiohead (tak było, nie zmyślam), teraz można śmiało postawić obok tego samego Radiohead w takim czy innym podsumowaniu i mało kogo to zdziwi. Jest to zresztą bliskie temu, od czego wyszedłem — pozwalaniu na to, by muzyka nas poniosła, poharatała jeśli trzeba. Tym samym niegdyś ukochanym, a na długo odrzuconym nu-metalowym szkaradztwom, eurodensowym badziewiom i pop-rapowym kaszanom należą się z głębi Kurtkowego serca szczere przeprosiny.

Opublikowano

życie po życiu

fragment

shiobara hataori, hasui kawase (fragment)


żyjemy inaczej niż nasi dziadowie
a umieramy tak samo
chociaż może
żyjemy tak samo
a inaczej umieramy
. . . . . . . . . . . . . .
czy wierzymy
że oni potrafili spojrzeć poza
dno szklanki
skraj talerza
ścianę mieszkania
koniec dniówki
czy umarli spełnieni
czy wcześniej coś w nich
. . . . . . . . . . . . . .
a w nas
a my
. . . . . . . . . . . . . ?

Opublikowano

z kronik towarzysko-kryminalnych

śliwki na gazecie eleny klienko

śliwki na gazecie eleny klienko


krępa łopata zamieszka zaraz od metra mierząc i od metra myśląc
odnajdzie przy tym zamożne żebro i zamszem żebro zaprawi
niezbożnie wyręczy przy tym kustosza, choćby i kustosz ręczył
zarżnie kustosza żebrem i żebro kustoszem, miarową kręplą łopocząc

*

srogi szpadel napotka przychylnie zezowatą rozkosz
przeniesie przepych pośród fałd zwalistych
a gdy już przepych przepchnie, faliście z wału
zwali tę rozkosz szpachlą srożąc brochę

*

plenna konewka rozniesie rzęsiście rozrosły wyprost zarostu
zadławi zrosłe rzęsy ustrojstwa i wpełznie w szmaragdy szronu
ustroi grona, wyniośle się szroniąc; zarostem mierząc przybranie
zaleje przepaść ustronną rzęsą a plonem żwacz zakotwiczy

*

wykwintna witka rozdziawi palce walcem wybrzmiałej radości
zawita w progu prędkiego rotora, by rotor prędko zawitał
palczaście wzrośnie wiotkim wykwitem i wzniesie wole bez woli
wolno i prędko wijąc, zrąbie rotora witkowym walcem

Opublikowano

Gorzej

Kurtek w przejściu

Kurtek w przejściu, fot. Emiko


Od kiedy pamiętam miałem mnóstwo rzeczy do powiedzenia. Chciałem się dzielić tym, co sam uważałem za ważne, a jeśli się nie udawało, tym, czego inni chcieli słuchać. Stanąłem dzisiaj przed lustrem i w głowie zadźwięczało mi pytanie — dlaczego tego nie robię, teraz, kiedy wreszcie mogę. W gruncie rzeczy doskonale znam odpowiedź, ale pytanie wraca raz po raz z nową siłą i trzeba utwierdzać się w przekonaniu i utwardzać betonową podstawę, aby czasem umocowany u niej balon przy silniejszym podmuchu fantazji nie odfrunął gdzieś daleko ze mną na pokładzie.

Otóż moje zęby są zbyt żółte i zbyt krzywe, a moja cera nadto naznaczona młodzieńczym trądzikiem, żeby pchać mnie do telewizji. Sam z siebie zaś, jak się okazuje, potrafię opowiadać wyłącznie o sobie. To strasznie źle brzmi, ale w istocie wcale nie musi takie być. Jestem w takim wieku, że coraz więcej znajomych wkoło doczekało się już potomstwa i wśród nich zawsze znajdzie się ktoś, kto, jeśli już wygrzebie się z pieluch, śliniaczków, kaszelków i katarków, doczłapie się półżywy na swoje wychodne, potrafi mówić tylko o pieluchach, śliniaczkach, kaszelkach i katarkach. Podobnie zrobi ktoś, kto nie potrafi ograniczyć swojej pracy do rozpiętości swojego etatu — raporty, kole i dedlajny tak go ekscytują, że entuzjastycznie na sobotnie niezobowiązujące piwo przynosi stos korpohistoryjek bez puenty. Wszyscy poniekąd to robimy — różnica polega na tym, jak się opowiada i czym się żyje. Są ludzie, którzy w czasie panowania nowych mediów, są w stanie ze swojej niszowej pasji, dajmy na to, ichtiologii, zrobić najciekawszą sprawę na świecie i nagle pół Polski zakochuje się w anatomii okonia albo koreańskiej kuchni.

Gorzej jeśli ta jedna rzecz nie istnieje. Jeśli jest się więźniem mozaiki, w której co prawda, dobrze człowiek się odnajduje, ale nie na tyle, by opowiadać o niej innym. Gdybym na przykład chciał przedstawić zawiłości japońszczyzny. Może nawet dla kogoś, kto nigdy sam nie próbował zgłębiać temu ani nie czytał Babel. W dwadzieścia języków dookoła świata, a lingwistyka trochę go interesuje, mój niezborny wywód o tym, jak znak 風 oznaczający wiatr czasem przeczytamy kaze, a czasem okazałby się nawet ciekawy, ale prędzej czy później albo ja sam doszedłbym do wniosku, że to do niczego nie zaprowadzi, albo znalazłby się ktoś po studiach lingwistycznych, kto zacząłby prostować moje niewątpliwe niedociągnięcia. Można oczywiście robić stand-up, opowiadając anegdotki o nieudanych związkach, swoich i cudzych, ale do tego trzeba być mieć analityczne poczucie humoru, które można ładnie sprzedać.

Jeśli to wszystko zaczyna brzmieć jak strumień jakiegoś nagłego, niepohamowanego żalu, bez obawy! Całe to drzewo przykrych konkluzji wyrosło w ciągu tych kilku chwil spędzonych dzisiaj przed lustrem na porannej toalecie, a potem zostało spisane przy dźwiękach uzależniająco skocznych The Tiffany Transcriptions grupy Boba Willsa, na którego winylowe wydanie w rozsądnej cenie swego czasu urządziłem bezowocne, jak dotąd, polowanie. I to gruncie rzeczy martwi mnie nieco bardziej niż mój brak zapału i konsekwencji w opowiadaniu historii. Wczoraj wieczorem zabrałem się za wiosenne porządki. Wcześniej jeszcze tylko chciałem upewnić się, że mam odpowiedni soundtrack. Ale nie umiałem nijak go wykrzesać. Czy porządki nie zasługują na soundtrack? Czy wiosna nie powinna chcieć krzyczeć, tańczyć i żyć? Na litość boską, nie można przez całe życie tłumaczyć wszystkiego alergią.

Przyznaję, nie mam puenty. Jestem tym gościem od korpohistoryjek bez puenty, ale gorzej, bo jemu płacą za entuzjazm nie tylko w tygodniu, ale i w weekendy, i za ten brak puenty naturalnie też.

Opublikowano

Ostatni list profesora

Ostatni list profesora

Bez tytułu Helen Frankenthaler, 1973


Monodram w dwóch aktach na własną kartkę papieru i sen kogoś drugiego

Dziękuję za życzenia świąteczne
To bardzo miło z twojej strony, że pamiętasz o profesorze staruszku po tych wszystkich latach
Zeszły rok był dla mnie raczej trudny, ale nie myśl, że się żalę
Mam raka płuc, lekarz przekazał mi wyrok — czas mi powoli pakować walizki — tak to ujął

Ale co u ciebie, chłopcze?
Miarkuję, że nieźle sobie poczynasz — zazdroszczę ci trochę tej energii, nie powiem
Chwytaj życie, to wspaniałe życie! Chwytaj, dopóki jest twój czas
No, cieszę się, że chociaż wygląda na to, że próbujesz — oby tak dalej

Poza tym jakoś w zeszłym roku przyszła też kartka od niej
Wygląda na to, że tym razem wybrała się do Meksyku
Pomyślałem, że może chciałeś wiedzieć

Na razie jakoś sobie radzę — zupełnie dosłownie wyciągnąłem duży kufer spod łóżka, sam nie wiem po co, bo mój pociąg wcale jeszcze nie odjeżdża, bądź spokojny
Jeśli miałbyś kiedyś okazję być gdzieś w okolicy, koniecznie do mnie zajrzyj
Jak zawsze mam ci do przekazania znacznie więcej, niż zmieściło się na tej lichej kartce
Bądź zdrów!

*

Nie odezwałeś się więcej, ale pomyślałem, że może tym razem to ja cię odwiedzę, skoro nadarzyła się okazja

To chyba szpital, prawda? Albo przynajmniej kiedyś mógł nim być, tak to wygląda
Ogromny budynek, setki schodów, ale to nic — ostatnio jakby ze mną lepiej
Kufer zostawiłem na dole, chyba nikt go nie ukradnie

Ale teraz już nie rozmawiajmy, to przecież niczego nie zmieni
Chodźmy lepiej na dach, znam już drogę, a zaraz będzie świtać — obejrzymy sobie nowy wschód

Opublikowano

Opuszczony parking w śniegu

Tahiti

Blacha falista i szron


Kiedyś tu toczyło się życie. Od czasu, gdy skończyłem siedem, może osiem lat, do całkiem niedawna na ten parking zjeżdżali się ludzie z całego miasta. Parkowali wygodnie przed supersamem, wypożyczali wózek zakupowy z budki, wypełniali go produktami, a następnie, gdy już wystali swoje w kolejce, wracali do samochodów obładowani siatami. Po drodze mogli jeszcze skusić się na okazałe opalone truchło kurczaka z rożna albo pizzę na grubym cieście według, jak sugerował szyld, nowojorskiej receptury. Mogli odebrać pranie albo pocztę, kupić karmę dla zwierzaka albo zwierzaka, a może jedno i drugie. Buty czy telewizor. Wszystko w promocji za pół darmo, w najlepszej jakości, słowo daję. W sąsiedztwie wyrastały kolejne duże sklepy — budowlane, wielobranżowe, nie dla idiotów. Między nimi tłoczyły się myjnie, stacje benzynowe i szybkie restauracje z opcją odbioru jedzenia bez wysiadania z samochodu.

A potem na innym polu, gdzieś po drugiej stronie miasta położono inny parking, obstawiając go pawilonami. W piątkowe wieczory i sobotnie poranki rodziny z dziećmi ochoczo przemierzały teraz inną trasę. Dziś po moim supersamie został pokaźny plac, na którym wciąż zaobserwować można formy życia, ale jednak nieco inne. Wszystko się zmieniło, a jednocześnie pozostało takie samo.

1

Falista faktura budynku wciąż niewątpliwie uwodzi praktycznym, nowoczesnym i schludnym wyglądem.


2

Formy życia. Na dawnym parkingu, dziś lodowej pustyni z niepomyślaną niegdyś śmiałością piętrzą się wiechlinowate.


3

Po dawnych szyldach zostały jedynie plamy na elewacji. Za to zamarznięty parking z powodzeniem służy miłośnikom podmiejskiego driftingu.


4

Centrum życia dawnego sklepu tym samym — za sprawą zarówno driftujących jak i wiechlinowatych — przeniosło się z opuszczonego już gmachu w sąsiedztwo tej doświadczonej trwaniem latarni.


5

Nawierzchnia niewątpliwie zachęca do wspólnej zabawy.


6

Sklep zamknięty xD


7

Lao-cy twierdził, że istotę rzeczy stanowi jedynie pustka. Pokłoniłem się zatem obu widocznym istotom — rzeczy i wiechlinowatym.


8

Na lodowej pustyni niesprzedane choinki można z powodzeniem przechować do przyszłego roku w stanie swoistej hibernacji (pokrewnej tej, w której znalazł się i cały supersam).


9

Punkt spotkań.


10

Na tyłach gmachu można natknąć się na rój kolorowych węży.


11

Ostatnie spojrzenie przed odejściem. Głęboki wdech.


12

I wydech.

Opublikowano

gdy odwracam się za siebie

upior

klatka z možnosti dialogu švankmajera, 1982

gdy odwracam się za siebie
(tak samo, jak odwracałbym się, gdyby pozostała mi faktyczna postać
faktyczna twarz, nie kształtne pętelki, nikłe szparki, jakieś paskudne gryzmoły
wyciągniętą nieprawdopodobnie rękopodobną kończyną po omacku szkicowane z najgłębszych dołów, najciemniejszych studni
takich, z których czeluści nie widać ani sygnalizującego wyjście światełka nadziei, a przynajmniej tak się wtedy wydaje, nawet jeśli to zazwyczaj bujda)

gdy odwracam się za siebie
przyglądam tym wszystkim pokiereszowanym portretom, które denat portrecista,
mając do dyspozycji w zupełności dostatnie ciało, sporządzał jakby w transie
opętany myślami, że jego zewnętrzna forma jest emanacją innego ducha
prawdziwa zaś postać musi urzeczywistnić się z całego tego bagna, syfu, łupieżu
sercowo-żołądkowo-mentalnej pluchy, którą czuł w sobie jak żywą nie tylko przy roztopach
choć wtedy też

gdy odwracam się za siebie
zastanawiam się, dlaczego ta plucha pęcznieje patosem,
czy nie może sobie skromnie chlipać, tylko zaraz napada na dzwonnice i rabuje orkiestry dęte
do rytmu wygrywanych przez nie marszy żałobnych

denat portecista nie umarł z przepracowania
(dopadł go jego własny portret, szkaradnie przy tym masakrując)

denat portecista nie umarł z przepracowania
portetował wyłącznie w posępnie rozmazane poranki lub zaraz przed świtem, gdy noc jest najgęstsza
o sobie wyobrażenia brzydkie, dojmujące, w najlepszym razie wyblakłe i szare
czy w dni słoneczne czym innym się parał
był dekarzem albo pielęgniarzem, wolontariuszem w schronisku
tego nie wiadomo

gdy odwracam się za siebie
myślę o wszystkich tych obliczach, których nie sportretował:

portret jesienny z dojrzałych owoców i żółtych liści
jak u švankmajera, ale delikatniej
z podkreśleniem wszelkich walorów — atrybutów jesieniary
i wymownie lakoniczną refleksją nad następstwem pór roku i tym, że każde lato ma kiedyś swój kres

portet beztroski, gdzieś daleko od trosk w cieniu dobrego drzewa z książką na hamaku
może z niewielką alergią wziewną w tle, tego czasem nie da się uniknąć
czerwony nosek można by zresztą filuternie zaakcentować
— apsik! — na zdrowie, kochany, na zdrowie!
— to odpowiadają źdźbła trawy, prowokatorzy alergiczni
bez ironii z ich strony, ironia po stronie portrecisty

portret wrażliwy na sztukę, ale bez przesady
ja uśmiechający się do carla sandburga, carl sandburg odpowiadający uśmiechem
ja nucący joni mitchell, joni mitchell nucąca ze mną
ja trochę zdziwiony, trochę urzeczony marią prymachenko rysującą mi niebieskiego woła z fallicznym ogonem
ja usiłujący dostrzec w czwartkowym poranku ślady harmonijnej codzienności yasujiro ozu
i ten švankmajer, zakończony jatką, ale jakże ujmującą

portret nadziejny
zupełnie ogólnie wyrosły z doświadczenia, że nie ma dołu tak głębokiego,
że do jego dna nie sięgłaby jakaś drabinka sznurowa
że co poza mną, to poza mną
gapcie się do woli, przyjechał cyrk, podano do stołu, ale nie dla psa kiełbasa

może dlatego zdechł
ten skurwysyn portrecista
że go nie było tam, gdzie powinien
i wyglądam teraz przez niego w oczach moich licznych czytelników
jak zmokła kura co najmniej