Opublikowano

Jak być lepszym Kurtkiem 101

Myśliciel

Myśliciel Hiromu Kiry na tle jednej ze Stacji drogi krzyżowej Hermanna Nitscha


Ogólnie rzecz ujmując, nie mogę nie zgodzić się z tym, że każdy dzień jest dobry, by zacząć lub postanowić coś nowego. Nie jestem też jakoś szczególnie przekonany co do symboliki początku nowego roku, choć nie mogę nie docenić pewnej zewnętrznej psychologicznej presji, która może wywierać na człowieka nie do końca zdecydowanego jakiś nacisk, choć która wcale nie musi okazać się skuteczna. Pomimo tego i dlatego co roku staram się jednak spróbować po raz kolejny stać się lepszym Kurtkiem.

Czasem postanowienia bywały proste i wówczas zwykle udawało mi się osiągać z nimi najlepsze efekty — chciałem ćwiczyć, czytać, uczyć się języków obcych i zwykle była to jedna, niekoniecznie zupełnie nowa, a zawsze na nowo opatrzona wysokim priorytetem rzecz. Ćwiczyć miałem przynajmniej dwa razy w tygodniu, czytać przynajmniej dwie książki miesięcznie, realizować konkretny zakres zagadnień gramatycznych. Zwykle też postanowienia te nie miały daty przydatności — nie były to zamknięte projekty o skończonym zakresie realizacji. Naturalnie przechodziły z roku na rok — ćwiczyłem więc, czytałem więc, uczyłem się więc języków jednocześnie. Oprócz tego pracowałem, żyłem życie i robiłem rozmaitości, jak to człowiek. Słuchałem płyt, chodziłem do kina, jak to Kurtek (to swoją drogą dość wymowne, że do słuchania muzyki nie potrzebuję postanowień, a do czytania już tak, heh!).

W zeszłym roku doszedłem do miejsca (a może raczej to miejsce doszło do mnie), gdy moje postanowienia posypały się jak domek z kart. Nie tylko nie udało mi się zrealizować nowego postanowienia (w którego powodzenie nie wierzyłem od samego początku i samo to, że było one jedyne, nie mogło uratować mnie przed porażką — miałem pisać bazę danych, nie wracajmy do tego), ale też wcześniejsze postanowienia, realizowane od lat z zapałem, nie dały się tym razem okiełznać. Z czytelnika z potencjałem nie został ani czytelnik, ani potencjał. Aktywność fizyczna, zdziesiątkowana przez mnożące się delegacje i kontuzje, spadła ilościowo o czwartą część (nie jest to jedyna miara, ale jedyna, jaką mam), a japońskie słownictwo i gramatyka w najlepszym razie odrobinę się utrwaliły, ale na pewno nie poszerzyły. I choć wiem, że nie jestem w stanie (i nie chcę) w wolnym czasie być wyłącznie produktywny — mam potrzebę zalegania, osiadania, mitrężenia, niekwapienia się — to jednak gdzieś z tyłu głowy pod koniec zeszłego roku zapaliła mi się wątła kontrolka.

Mniej więcej w połowie grudnia zamiast o podsumowaniu sukcesów i porażek, zacząłem myśleć nad nadchodzącym styczniem i tym, co chciałbym sobie w nim obiecać. Wszystko to, co do tej pory i jeszcze więcej — podpowiadał jakiś odrealniony głos z offu. Zapytałem sam siebie, kneblując głos z offu, co wymaga najwięcej uwagi i pomyślałem o nadszarpniętej równowadze codzienności, jakimś głupim wirze, w który sam się wciągam, między innymi nawarstwiającymi się postanowieniami, które mają poprawić jakość mojego życia i mnie samego, ale ostatecznie nie zawsze wychodzi tak, jak sobie założyłem, a czasem jest nawet gorzej, bo gdy rzeczy nie idą, równoważnia przechyla się ku ekstremom. Dzisiaj mija pierwszy tydzień nowego roku i jak na razie jedyną rzeczą, jaką zrobiłem w stronę realizacji nowego, mocno nienamacalnego i niemierzalnego założenia, było nierobienie zbyt wiele. Coś tam pomachałem hantlem (pod wpływem influenserów fitness, napisałem „hantlą”, ale edytor podkreślił, to poprawiłem), przeczytałem kilka stron książki, ale ogólnie raczej pozwoliłem rzeczom być takimi, jakimi były.

Mógłbym w tym miejscu odtrąbić natychmiastowy sukces, bo swoje poczucie harmonii w tym czasie oceniam możliwie najwyżej, ale muszę uczciwie przyznać, że jedna istotna rzecz, która mogła tu sporo namieszać, a mianowicie — praca, została do dzisiaj zupełnie zamrożona. Gdy zalogowałem się rano po nieprzyzwoicie (nie jest mi wstyd) długiej przerwie, zalała mnie powódź cudzych problemów, które od teraz miały być również moimi. Jakoś przetrwałem, ale będę musiał skutecznie utrzymywać się na powierzchni tego wzbierającego co rusz strumienia przez bite osiem godzin, pięć dni w tygodniu. Jak w tym nie utonąć? Chciałbym móc dopisać w tym miejscu kolejny akapit ze złotymi radami, które n a p r a w d ę pomogą, ale na razie nie mam pojęcia. Mam pomysły, owszem, ale nie wiem, czy uda mi się wprowadzić je w życie, bym w istocie stał się w tym roku lepszym Kurtkiem.

Przed dwoma laty przywiozłem z Japonii białego darumę. Dopiero na jesieni odważyłem się namalować mu pierwsze oko, z tą samą niejasną intencją szeroko pojętej równowagi. To był ten symboliczny moment, mój własny początek nowego roku, który jednak jak dotąd nie zdołał umocnić się w moim myśleniu i działaniu. Czy uda mi się odzyskać emocjonalną kontrolę nad własnym życiem? O tym w kolejnym odcinku blogonoweli.

Dodaj komentarz