Opublikowano

(najlepiej w 2025): 50ー26

2025

śledziłem muzyczkę jak szalony z tygodnia na tydzień w tym roku; owszem, mój osąd i moje wybory różniły się od z-agregowanego wzdłuż i wszerz vox populi — trochę kamień schroedingera (albo nie, ale już się napisało i jakoś tam mi się to podoba), raczej coś jakby obserwować wszystko wokoło, a jednocześnie brać wielki ciężki kamień i z własnej woli się nim przykrywać; nie wiem, na ile to był dobry rok, ale nie mam potrzeby za wszelką cenę się wypowiadać; rapsy były w odwrocie, w mainstreamie aż do jesieni nie było prawie żadnych nowych przebojów i kolejny rok z rzędu megagwiazdy popu i ich producenci doszli do niezrozumiałego wniosku, że po raz kolejny muszą koniecznie grzać disco, a my to jakoś mamy wytrzymać; ale najciekawszy był status rocka i muzyki gitarowej ogólnie, która zniknęła nawet z rockowego radia w usa (zamiast tego grają jakieś sombr i billie eilish, heh), za to krytycy rozpływali się nad nowym geese, a windmill scene w jakiś dziwny sposób wciąż wydaje się wiodącym ze świeżych nurtów estetycznych w muzyce w ogóle

zapraszam na pierwszą połowę moich subiektywnych muzycznych wyborów anno domini 2025


jako że pisać zacząłem w grudniu, dla uspójnienia, jeśli piszę o tym lub obecnym roku, zawsze chodzi o 2025 — w obrębie tego tekstu nie jestem jeszcze z nim pożegnany


2025

50.

djrum under tangled silence

synonim dźwiękowej dwubiegunówki — delikatne fortepianowe pasaże mieszają się tu z momentami dość hardkorowymi breakami w naprawdę fascynujący sposób; nie będzie to moja ulubiona płyta tego roku, bo nie sposób naprawdę wczuć się w ten dwutorowy mood, ale trzeba oddać twórcy, że jest to naprawdę kunsztownie zrealizowany i zajmujący słuchacza krążek — ryzykowny, ale ciekawy ♪ „galaxy in silence”


2025

49.

36 & zakè stasis sounds for long-distance space travel III

trzeci space ambientowy przelot duetu 36 & zakè nie wciąga tak jak pierwsza część w pandemicznym roku 2020, ale jest niewątpliwym apgrejdem wobec zachowawczej dwójki z 2022; to po raz kolejny medytacyjny progresywny ambient na motywach międzygwiezdnych podróży, tym razem być może bez odkrywania żadnego zupełnie nowego świata, ale to wciąż niesamowicie satysfakcjonująca wyprawa, której nie mógłbym nie polecić wszystkim amatorom lotnictwa — na sofie lub w wannie ♪ „final approach 2”


2025

48.

richard dawson end of the middle

nie jest to wielka płyta richarda dawsona, choć od kiedy poznałem go przed dekadą, mam wrażenie, że każda płyta richarda dawsona jest wielka — nawet jeśli na swój własny kameralny sposób; end of the middle to kolejny rozdział w opowieści folkowego mistrza — jak zwykle na swój sposób prostolinijny i cholernie pokręcony jednocześnie; przyziemne i transcendentne splecione ze sobą bez reszty ♪ „knot”


2025

47.

yumiko morioka & takashi kokubo gaiaphilia

przez lata unikałem sequeli w swoich podsumowaniach — w tym roku stawiam czoło pewnej obawie stojącej u podstaw takich decyzji — gaiaphilia to kieszonkowy sequel kapitalnego comebacku mistrza kankyō ongaku takashiego kokubo music for a cosmic garden z 2023 roku; w obu przypadkach w centrum mamy ogród, ale zmieniły się okoliczności — gaiaphilia jest z założenia ziemiocentryczna i być może ten właśnie element odrobinę tej płycie ciąży w bezpośrednim porównaniu ♪ „elegant spiral”


2025

46.

dj babatr root echoes

nie jest to najbardziej wykwintny z moich wyborów, ale na swój sposób idealnie dowozi coś, czego nie wiedziałem nawet, że mi potrzeba — pochodzący z wenezueli dj babatr miesza niewybredne techno z latynoskim house’m, pożyczając inspiracje od tuzów elektroniki z lat 90.; jednocześnie nie boi się kampu, przez co root echoes nie tylko łoi aż miło, ale jest zaskakująco przebojowe jak na tego typu album ♪ „1234 ladys on the floor”


2025

45.

juana molina doga

z dużym prawdopodobieństwem najbardziej kuriozalna z dobrych płyt wydanych w tym roku — multigatunkowy stop, w równych częściach popowy, co awangardowy, gdzie wokal bywa jednym z instrumentów, a melodie osadzone są w rytmice i minimalistycznych aranżach do tego stopnia, że trudno wyodrębnić tu refreny w klasycznym rozumieniu; naprawdę ciekawa rzecz ♪ „la paradoja”


2025

44.

old saw the wringing cloth

coś, co zawsze w jakiś sposób mnie fascynowało, to to, że choć od lat jestem wiernym miłośnikiem amerykańskiego folku, a w ostatnim czasie muzyka ambientowa odgrywa w moim życiu ważną rolę, nigdy, przynajmniej do teraz, nie udało mi się trafić na krążek z nurtu tzw. ambient americany, który jakkolwiek by mnie poruszył; zawsze były to w jakimś sensie półprodukty i odsłuch znakomitego the wringing cloth uświadomił mi dlaczego — zwykle elementy folkowe były jedynie dodatkiem dla elektroakustyczych pejzaży; tu proporcja jest zgoła odwrotna, old saw sięgają po szereg prawilnych środków wyrazu rodem z tradycyjnych nagrań smithsonian folkways, dbając na tym samym poziomie o letargiczno-oniryczny charakter kompozycji ♪ „song for paloma”


2025

43.

ryan davis & the roadhouse band new threats from the soul

gdyby bill callahan chciał nagrać countrysoulową płytę inspirowaną nashville skyline boba dylana i august and everything after counting crows, a wyprodukowałby ją sufjan stevens, to jest szansa, że brzmiałoby to trochę jak new threats from the soul ryana davisa & the roadhouse band; jest to jednocześnie całkiem quirky i trochę wholesome — na początku byłem trochę zdezorientowany, ale zatrzymałem się przy tym krążku na dłuższą chwilę i teraz już myślę, że rozumiem ♪ „new threats from the soul”


42.

raye „where is my husband!”

okazuje się, że brzmienie postmilenialnego r&b na motownowych samplach na tyle weszło do świadomości słuchaczy, że raye tym numerem — popowym outtake’m niby z katalogu wielkiego swego czasu richa harrisona — dotarła pod strzechy tak szeroko, że nawet w polsce, ojczyźnie smutnych gitar, disco polo i raperów rymujących się z się, wypełniła sobą airplay najbardziej komercyjnych i alternatywnych anten; jest w tym w numerze trochę szaleństwa i sporo humoru, nie zapominając o nienagannej dykcji, dzięki której raye szuka swojego męża z prędkością karabinu maszynowego, nie gubiąc się w kunsztownym, wielopoziomowym refrenie


2025

41.

geese getting killed

trochę żałuję, że geese pozbyło się ze swojej progresywnego miksu gatunkowego kowbojskiego funku, dzięki któremu ich poprzedniego krążka 3d country słuchałem jak kontynuacji przegrywiej energii becka; getting killed odpowiada bowiem na inne wołanie, czemu zawdzięcza zresztą swój olbrzymi sukces — to amerykańska odpowiedź na brytyjską scenę windmill; geese po swojemu rekonstruują nie tyle tamto brzmienie, co ideę tamtego brzmienia, a że są naturalnie quirky as fuck, wypadają w tym niesamowicie przekonywająco; no i getting killed, jako najbardziej utytułowana przed krytyków płyta 2025 roku to na jakimś poziomie jednak triumf muzyki gitarowej w czasie, gdy alternatywne radio w usa gra przede wszystkim sombra i billie eilish (zamiast jakichkolwiek gitar); jeśli by wskrzesić staruszka rocka potrzeba tego, co zrobili tutaj geese, to count me in ♪ „cobra”


2025

40.

benjamin biolay le disque bleu

po fenomenalnym la superbe z 2009 roku benjamin biolay siłą rzeczy stał się dla mnie centrum szeroko pojętej muzyki frankofońskiej — od tego czasu zdołał wydać aż 10(!) lepszych lub gorszych płyt, z których z perspektywy czasu najbardziej zajęło mnie inspirowane południem palermo hollywood i właśnie tegoroczne le disque bleu; obie te płyty są na swój sposób niebieskie, choć na palermo, było więcej słońca, a na bleu częściej pada — biolay znowu wyrusza na południe, włączając do swojego autorskiego miksu klasycznego chanson z post-bitelsowskim brytyjskim rockiem gitarę akustyczną rodem z bossa novy; to trochę mood, trochę zabawa piosenką, a jest z czego wybierać, bo to w zasadzie dwa krążki, po 12 numerów każdy, podzielone trochę jak na dez anos depois nary leão — jedna płyta jest bardziej akustyczna, druga bardziej synkretyczna ♪ „adieu paris”


39.

d’leesa „higher”

„higher” to kolejny triumf sypialnianego d.i,y.-owego r&b, które przed dwoma laty (i w mniejszym stopniu w tym roku) godnie reprezentował nourished by time; wydany własym sumptem debiut bezkompromisowo i samozwańczo safijskiej d’leesy czerpie całymi garściami z balladowego popu lat 90. i byłoby w tym coś nieznośnie przypominającego amatorskie karaoke, gdyby nie to, że piosenkarka po mistrzowsku operuje eterycznym wokalem i potrafi zawrzeć w swoich wykonaniach całą masę emocji, których nie da się zignorować; „higher” jest najszlachetniejszą emancją muzyki spod znaku smutnej dyskoteki a.d. 2025, jaką udało mi się znaleźć


2025

38.

yunis ninety nine eyes

egipski kompozytor i producent na swoim debiutanckim ninety nine eyes reinterpretuje ideę klasycznej arabskiej piosenki mogącej liczyć bez przerw nawet 30 minut (wyguglujcie inta omri); yunis nie śpiewa, ale tworzy instrumentalny pejzaż na motywach pożyczonych z tradycyjnego egipskiego popu; efektem jest psychodeliczna dubowa raga osadzona w krainie baśni tysiąca i jednej nocy; wybaczcie wyświechtany punkt odniesienia — oceniam ninety nine eyes jedynie wrażeniowo i za każdym razem jestem pod wrażeniem ♪ „part i”


2025

37.

gorycz zasypia

black metal z olsztyna, moi drodzy; nie jestem fanem blackowych wokali, ale wszystko inne dookoła nich gra mi na zasypia — od koncepcji prowadzącej słuchacza przez rozmaite stany ludzkiej egzystencji, przez zaskakująco progresywnie rozwinięte brzmienie, po pewną hipnotyzującą rytmiczność, ale bez frenetyczności często typowej dla black metalu ♪ „wybacza”


2025

36.

mckinley dixon magic, alive!

mckinley dixon znowu to zrobił! magic, alive! to jak dotąd być może jego najlepszy całościowo krążek — magia jest tu nie tylko obecna, jest silna i żywa! kreatywnego połączenia rapu, (big bandowego!) jazzu i soulu słucha się tak, jak musiało się słuchać klasycznych krążków de la soul czy a tribe called quest przed 30-ma laty; i pewnie zachłysnąłbym się tą płytą w tym roku bez reszty, gdyby nie to, że pierwsze zauroczenie dixonem mam za sobą od czterech lat (for my mama nadal pany!) ♪ „could’ve been different”


2025

35.

bad bunny debí tirar más fotos

przejście bad bunnego od średnio natchnionego trapetonu w stronę mieszanki całego wachlarza tradycyjnych stylów muzyki z latynoskiej części karaibów z reggaetonem to jedna z tych wspaniałych rzeczy, których nie udało się zniszczyć mainstreamowi ery aplikacji streamingowych; owszem, dokonało się w jakimś sensie już na udanym un verano sin ti z 22 roku, ale dopiero tegoroczne dtmf urzeczywistniło tamtą ideę w pełni i jak należy; to pierwsza całościowo tak dobrze wyważona i angażująca płyta w dyskografii królika ♪ „dtmf”


2025

34.

agriculture the spiritual sound

przegapiłem debiut agriculture przed dwoma laty, a po ten krążek sięgnąłem z okazji piątku premier, w dużej mierze spodziewając się, że mnie zirytuje; tymczasem jednak the spiritual sounds okazało się płytą, przede wszystkim, brzmieniowo niesamowicie intrygującą — może jako placeholder tegorocznego deafheaven, którego nadal nie udało mi się przesłuchać? w centrum są tu rozkoszne brutalnie świdrujące gitary, które doskonale wkomponowano tu szersze post-noise’owe spektrum; rytmicznie i wokalnie bywa zresztą zaskakująco różnorodnie, co sprawia, że to, mimo trzech kwadransów na liczniku i obiektywnego ciężaru gatunkowego, album do połknięcia na raz ♪ „micah (5:15am)”


2025

33.

anthony naples scanners

solidny album tech-house’owy, który równie dobrze mógłby ukazać się 10 czy 15 lat temu, więc nie próbuje wymyślać koła na nowo, a którego najmocniejszą stroną są bangery — rozpięte przez ponad godzinę od pierwszej do ostatniej ścieżki; nie jest to jednak toporna bangeroza podmiejskiej dyskoteki, ale żywy puls neonowej metropolii (z akcentem na puls, nie na metropolię); sporo tego słuchałem w tym roku — głównie w ciągu dnia w dni robocze (a neony miałem tylko w głowie) ♪ „night”


32.

moliy x skillibeng x shenseea x silent addy „shake it to the max (fly) (remix)”

czasem myślę, że wychowałem się na ulicy, gdzie stała jamajska tańcbuda serwująca kolejne remiksy „dem bow” i mikstejpy beenie mana; w tym samym umyśle narodziło się zapewne „shake it to the max” serwujące rasowy dancehall inspirowany do kości riddimiką i melodyką przełomu milenialnego; ile bym dał, żeby zamiast rozwodnionych afrobeatsów w klubach i na tropikalnych plejlistach grano właśnie tak; absolutny riddim tego lata


2025

31.

luke belle the king is back

luke bell miał zapewne urodzić się w innej epoce — może nawet 100 lat temu; czy przynajmniej jego duch musiał wstąpić w naszych czasach w młodsze ciało, by z pasją i przekonaniem odtworzyć to kowbojskie boogie, tradycyjny swingujący sznyt, temperament rasowego honky tonk; the king is back jest testamentem bella, którego znaleziono martwego przed trzema laty w wieku 32 lat, po tym jak przedawkował fentanyl; 28 opowieści, których nie powstydziliby się hank, marty, merle, elvis czy bob (wills, nie dylan); śnij piękny sen o dalekiej prerii, stracony królu! ♪ „the king is back”


2025

30.

alex g headlights

alex g w zasadzie nie nagrywa słabych płyt, ale nie nagrywa też wielkich płyt; to dość kiszonkowe albumy, które, tak jak ten, przez jakiś czas po premierze stają się idealnymi towarzyszami codzienności; alex g ma na headlights coś z elliotta smitha, ale nie jest to ta cecha, którą określilibyśmy słowem „dojmujący”; ten krążek zresztą w zupełnie naturalny i bezpretensjonalny sposób wyrósł z 90sowej tkanki, estetyki i wrażliwości; od pierwszego odsłuchu brzmiał zupełnie znajomo, nie ma tu może ewidentnych przebojów, ale kolejne riffy i refreny są naprawdę uzależniające ♪ „afterlife”


2025

29.

carter faith cherry valley

szukałem tej płyty przez cały rok — mainstreamowego country do radia, które czerpie z tradycji w zrównoważony sposób, jednocześnie równoważąc to niestronieniem od popu jako takiego; i ten debiutancki longplay carter faith zrealizował tę potrzebę idealnie — kilka lat temu (w 18 roku) bardzo podobną płytę wydała caitlyn smith i to jest dla cherry valley mój główny punkt odniesienia; faith podobnie jak smith nie boi się wielkich ballad w starym stylu i ze smyczkami, ale może też być zupełnie zwyczajna, kameralna, w dżinsach z wysokim stanem; faith jest retro przede wszystkim na okładce, ale momentami wkracza też na terytorium cudownie prześpiewującej standardy w stylu starej patsy cline –nicole atkins; to pozycjonuje ją w doborowym gronie, nie sądzicie? a po co mi ta płyta? doskonale współgra z zachmurzonym niebem w szare zimowe popołudnie — nie jest zbyt poetycka by negować poetykę zewnętrza, a jednak dodaje odcienie niemożliwe do uzyskania bez nie ♪ „if I had never lost my mind…”


28.

eddie chacon „let the devil in”

mój ulubiony soulowy oldboy ostatnich lat eddie chacon nagrał na swoją ostatnią, dość niepozorną płytę numer, który przedarł się przez mój ogólny brak zainteresowania tym krążkiem i stworzył ponadczasowy mood, do którego, mam nadzieję, będzie mi tęskno przez wiele lat; to kompozycja jakby ze stajni nourished by time, hypnagogiczna, pulsująca, łącząca late night quiet storm z jakimś bedroomowym szamańskim rytuałem; mistyczna; na wielu poziomach transcendentna


2025

27.

wednesday bleeds

cieszy mnie ta płyta podwójnie — po pierwsze, podobnie jak getting killed geese, daje nadzieję, że gitary w roku pańskim 25 nie wszystek umarły; poza tym, stała się zupełnie mimowolnie papierkiem lakmusowym mojego wyczucia estetycznego, co do którego, mimo upływającego czasu, tysięcy przesłuchanych płyt, wciąż miewam wątpliwości; gdy bleeds ukazało się we wrześniu, w szczycie jakiejś mojej życiowej bezradności, sięgnąłem po nie bezrefleksyjnie, bo było o nim głośno i było względnie krótkie; nie miałem na nie ochoty, nijak mi ten garaż nie leżał, ale nie umiałem tego krążka zbesztać, choć trochę tego potrzebowałem; dałem więc sobie spokój i wróciłem do bleeds za jakiś czas i wtedy zabrzmiało mi doskonale — surowe, hałaśliwe gitary z mocno countrującym podszyciem; pixies i beck mają dziecko; z perspektywy to płyta w stylu rollercoaster, gdzie każdy kolejny numer z premedytacją zmienia nastrój, ale też, czy takie właśnie nie jest życie? (nie odpowiadajcie, wcale nie pytałem) ♪ „townies”


2025

26.

lyra pramuk hymnal

lyra pramuk naprawdę rozwinęła się od fountain (które zamykało moją listę muzycznych polecajek 20 roku) — może tylko poza tym, że medúlla björk nadal pozostaje dla niej zaskakująco adekwatnym punktem odniesienia; hymnal to muzyka kameralna na sterydach, rozszerzona elektronicznie, ale zupełnie inaczej niż u djruma; pramuk znów buduje swoją płytę na ewoluujących w czasie post-minimalistycznych wokalnych loopach, a efekt jest w równej mierze popowy, co awangardowy; do stworzenia płyty pramuk wykorzystała zresztą słynnego pamiętającego śluzowca physarum polycephalum, który przetworzył po swojemu część tekstów; dzięki temu, jak wyczytałem gdzieś w sieci, można ten album traktować jako ciekawy artystyczny głos we wzbierającej na sile dyskusji o roli sztucznej inteligencji w życiu ludzi ♪ „solace”


(…)

pozycje 25ー1 tędy ⟶ (klik!)

Dodaj komentarz