
to inne słuchanie muzyki — w grudniu dla sportu, gdy otwierają się uszy i umysł, a człowiek widzi muzykę — te wszystkie głośne, skomplikowane, ewoluujące bezkreśnie struktury; a potem zawody się kończą, a człowiek wraca do swojej klitki po tygodniu tyrania na etacie i marzy nie o wielkich bezbrzeżach, ale żeby coś go kameralnie ululało; więc mówię sobie — kurtek, kurczaku, ty nie dawaj takich strasznie wielkich płyt na czołowe miejsca listy roku, bo potem je kupujesz, że niby płyty roku kupujesz, ale nigdy więcej ich nie słuchasz, bo nie masz na nie przestrzeni ani w życiu, ani w domu

| 25. |
hannah frances nested in tangles |
hannah frances wybiła się ledwie przed rokiem błyskotliwym, choć nierównym krążkiem keeper of the shepherd, który wówczas opisałem (w krzywdzącym uproszczeniu) jako histeryczną americanę; nested in tangles to sequel, gdzie frances pod kierunkiem daniela rossena z grizzly bear i kevina copelanda z lightning bug i charly bliss urzeczywistnia w pełniejszym wymiarze wszystko to, co poprzednia płyta obiecywała; to szeroko pojęty progresywny folk na mocnym kameralnym fundamencie z appalachami w tle i awangardowym twistem — frances prowadzi swoje wokale równie ekscentrycznie, co przed rokiem (i świetnie, bo to zdecydowanie jej znak rozpoznawczy) i kompozycje podobnie jak tam balansują między psychodeliczną poetyką a histeryczną gęstwiną; różnica jest w samym balansie, który tam wybijał słuchacza z tropu między kolejnymi utworami, podczas gdy nested in tangles to płyta, której słucha się jednym tchem ♪ „falling from and further”

| 24. |
silvana estrada vendrán suaves lluvias |
śledziłem pochodzącą z meksyku estradę z uczniowską pilnością od przełomowego dla jej kariery marchita z 2022 roku; słuchałem jej z uwagą i podziwem, ale nie umiałem znaleźć w tej muzyce punktu zaczepienia dla własnych emocji; to zmieniło się wraz z nadejściem słabych deszczy, czyli suaves lluvias, które wśród tegorocznych płyt roku, gdzie krytycy i publiczność zdają się faworyzować dysonanse i napięcia, stanowią być może najbardziej czuły i błogi krajobraz; to muzyczny ekwiwalent promieni słonecznych przedzierających się przez chmury (i to właśnie zrobiło dla mnie największą różnicę w porównaniu z marchita) — tym, co wypełnia tych dziesięć numerów do cna, a co ja w tym wydaniu z przyjemnością kupuję, jest nadzieja; estrada nie operuje może równie ornamentalnym wokalem co rosalía, ale za to ma serce na dłoni ♪ „como un pájaro”

| 23. |
andrea laszlo de simone una lunghissima ombra |
tego lata pierwszy raz w życiu dałem się oczarować włoskiej muzyce, z którą zawsze byłem na bakier, a potem w październiku jakby w odpowiedzi na to oczarowanie ukazała się una lunghissima ombra; to kolaż na wskroś włoskich piosenek z barokowo-ambientalnym artystowskim anturażem, niby morskimi falami, wdzierającymi się pomiędzy faktyczne utwory; to wszystko tworzy niesamowity muzyczny pejzaż, ilustrujący według moich wyobrażeń (nie znam włoskiego) koniec lata na riwierze, albo nawet zimowe, odległe wspomnienie tego końca lata; jest w tych melodiach coś bardzo klasycznego (trochę jak w melodiach benjamina biolaya i innych tuzów nowego chanson), ale cały album ma jednak raczej (pomimo tej melodyki i barokowych aranży) współczesny sznyt — końcówka płyty jest zresztą odrobinę futurystyczna, ale w granicach przyjętej konwencji; ze względu na specyficzną produkcję wokalu, nie jest to album, z którego można wyciągać nieskończone przeboje i zmieniać z łatwością ich kontekst, ale słuchana w całości płyta oddaje z nawiązką ♪ „la notte”

| 22. |
preservation & gabe 'nandez sortilège |
sortilège znaczy z francuskego urok albo klątwa i ta płyta ma w sobie coś z czarnej magii; zarówno produkcje preservation jak i flow nandeza można opisać jako hardkorowy hip hop robiony przez absolutnych stoików; i ten raczej złowieszczy i mistyczny niż uliczny vibe dość klasycznego krążka opartego na oldschoolowych samplach jest zdecydowanie jego wyróżnikiem; to bardzo konsekwentny, surowy, ale niezwykle przyjemny album, którego mocną stroną jest nie tylko czysty vibe; wsamplowana na końcu „nom de guerre” kwestia „i’m proud of the words, not necessarily the deeds, but i’m proud of the words” pozostanie we mnie na długo ♪ „war”

| 21. |
mary halvorson about ghosts |
jazz mary halvorson, awangardowej gitarzystki z bostonu, do tej pory był dla mnie zwykle zbyt intelektualny — interesujący, ale zbyt techniczny i dysonantyczny, bym był w stanie z przyjemnością obcować z nim dłużej; to uległo zmianie na about ghosts, które jednocześnie nie wyzbywa się wcale esencji muzyki halvorson, ale jednocześnie wpuszcza przez szeroko otwarte okna duchy dawnych mistrzów post-bopu — shortera, mingusa, późnego ellingtona; jest w tym coś bardziej harmonijnego niż wcześniej, duch kina noir ze starego hollywood przyjemnie okalający te połamane struktury; a dodatkowo ten dość klasyczny ensemble oparty głównie o dęciaki z wibrafonem, kontrabasem i perkusją ma w samym centrum gitarę ♪ „carved from”

| 20. |
rochelle jordan through the wall |
od kiedy tylko r&b po raz pierwszy spotkało się w house’m gdzieś w odmętach późnych lat 80. płyta taka jak through the wall — w całej swojej rozciągłości urzeczywistniająca ideę mariażu klubowych bitów i sensualnego soulowego wokalu przez wiele lat pozostawała wyłącznie w sferze marzeń; tymczasem rochelle jordan, swego czasu twarz pierwszej fali alternatywnego r&b, często wówczas porównywana do aaliyah, śmiało rozszerzyła koncept połączenia elektroniki i r&b, który doskonale urzeczywistniła już przed czterema laty na play with the changes i dowiozła godzinny piosenkowy set, który niemalże bez skipów, można w całości zaserwować w klubie; owszem, w międzyczasie podobne terytoria eksplorowały już jessie ware czy beyoncé na renaissance, ale nawet w bezpośrednim porównaniu through the wall wydaje się z nich najgładsze — bez koncepcyjnego jabadaba i awangardowych dobudówek nowy album jordan co do zasady jest absolutnie klasyczny; jego siła tkwi w wyrafinowanej produkcji, mocnych refrenach, znakomitej ekspresji wokalnej i przede wszystkim żelaznej konsekwencji ♪ „the boy”

| 19. |
gen hoshino gen |
czternaście lat czekałem na płytę gena hoshino, którą bez żadnych wątpliwości mógłbym umieścić w swoim rocznym podsumowaniu najlepszych; hoshino jest w japonii powszechnie znany — od jakiegoś czasu prawie każdy jego singiel jest tematem do jakieś dramy lub anime; zachodni słuchacze kojarzą go przede wszystkim z „kigeki” w czołówce spy family, które zresztą trafiło na tę płytę; brzmienie hoshino jest zresztą dość specyficzne — wypracowane półtorej dekady temu łączy zwykle optymistyczne wokale, melodyjny (na japońską modłę) refren i retro klawiszowy lub smyczkowy motyw (posłuchajcie „koi” — to podsumowuje lwią część tego, co hoshino nagrywa); tegoroczna płyta i zwiastujące ją single (wydawane od kilku dobrych lat) zerwały jednak z tą przyjemną w odbiorze do pewnego czasu, ale bardzo przewidywalną recepturą; hoshino stał się zdecydowanie bardziej bitowy (nie śmiem nazwać tego new jack swingiem, chociaż pierwszy odsłuch całej płyty wzbudził we mnie takie skojarzenia) — smyczkowo-klawiszowe motywy nadal tu są, ale przełamują je zaskakująco śmiała zabawa elektroniką (wkraczającą momentami na terytorium drum & bassu) i inspiracje jazzem i funkiem; to jak na japońską płytę rzecz brzmiąca zaskakująco amerykańsko — podobny koncept także w tym roku próbował urzeczywistnić także fujii kaze, ale album hoshino jest dużo spójniejszy, ciekawszy aranżacyjnie i melodycznie; udało się to, co sztampowe i mogące uwierać bardziej wytrawnego słuchacza (mnie, hehe) doskonale zamaskować ♪ „sēmētai”
| 18. |
sheena ringo „susuki ni tsuki” |
przyznaję się do winy — od kiedy po raz pierwszy doceniłem sheenę ringo w swoim podsumowaniu 19 roku, nie było chyba takiego zestawienia, gdzie miałbym okazję wyróżnić jej utwór lub album, ale tego nie zrobiłem; jestem oficjalnie stracony i choć staram się ze wszystkich sił unaocznić wszystkim powody swojego obłędu, świat wciąż nie rozumie; trochę dlatego, że sheena konsekwentnie od lat zmierza w coraz mniej zrozumiałym dla szerszej publiki kierunku, który jest swego rodzaju pułapką na wszystkich kurtków tego świata, którzy ulegną słabości do wielkoskalowego jazzu z histerycznym wokalem i połamanego hałaśliwego j-rocka wymieszanych w wielkim kotle; tym razem ringo na bazie cudzego tekstu i cudzej kompozycji (to wstęp do mającej ukazać się w marcu płyty kinjite, gdzie ringo będzie coverować — to w tym wypadku umowne określenie — utwory innych) stworzyła majestatyczny bigbandowy numer, który z początku brzmi jak kompletny chaos, ale gdy już jego nielinearna struktura zostanie przez słuchacza przetworzona, ma szansę zamienić się w niezwykle satysfakcjonującą obsesję, a niemal każdy kolejny wokalny pasaż zabrzmieć jak nowy, prawowity refren; w pierwszej połowie numeru ringo wraca tu do pulsujących, głośnych, orkiestrowych aranży z ery sanmon gossip, by w połowie złamać go symfonicznym mostkiem i przejść do triumfalnego gitarowego finału, który później jeszcze dwukrotnie ewoluuje, nim ostatecznie utwór kończy się ragtime’owym stepowaniem w kimonie i drewnianych geta; o dziwo jednak ma się wrażenie, że pewne motywy melodyczne, choć nie mają odzwierciedlenia w tekście jak typowe refreny, trzymają ten, w przeciwnym razie monstrualny, numer w ryzach; wszystko jest oczywiście niesamowicie teatralne i koncepcyjne jednocześnie na awangardową i klasyczną nutę, i też pewnie stąd wynika szerszy brak zainteresowania współczesną twórczością sheeny ringo, która, jak udowadnia tu po raz kolejny, wciąż jest absolutnie nie do zatrzymania

| 17. |
ciśnienie [angry noises] |
wspaniała wściekła awangardowa ściana dźwięku, raczej do doznania raz a dobrze niż do słuchania raz po raz przy okazji; mimo tego, bez radykalizmu tego przedsięwzięcia, nie dałoby się o nim napisać, że zapiera dech, że wbija w fotel, że ściera na drzazgi, a to właśnie napisać trzeba; ciśnienie łączy tu na post-rockowej kanwie (powiedzmy, że w stylu godspeedów!, chociaż oni nigdy nie zrobili czegoś równie niesamowitego) rozmaite odcienie hałaśliwego rocka, dysonantycznego jazzu, burdonowego metalu, a nawet pokrzywionego klezmerskiego punku w czteroczęściowej formie — przy mocno chaotycznym charakterze tego przedsięwzięcia dość jednak ustrukturyzowanej na wzór niemalże klasyczny; peter brötzmann lubiłby to ♪ „gilotyna”

| 16. |
john michel & anthony james egotrip |
w kategorii: jazz rap na gospelowych/deepsoulowych bitach egotrip zdobywa w tym roku główną nagrodę; duet: anthony james (dj) i john michel (raper) pojawił się w zasadzie znikąd i wskrzesił tę samą chipmunk-soulową magię, na której połowę (tę pierwszą, lepszą) swojej kariery zbudował przed laty kanye west; i mimo raczej kompaktowych rozmiarów, to naprawdę imponujący album, od którego biją nadzieja i pewność siebie, a gospelowa podwalina nie ogranicza się tylko do szałowych sampli ♪ „oneway”

| 15. |
fly anakin (the) forever dream |
fly anakin znany szerzej głównie z jego licznych wspólnych projektów z pink siifu (który oczywiście też pojawia i tutaj) wydał album, który w mojej posiwiałej (nieco) główce obudził odległe wspomnienie o boy meets world fashawna z 2009 roku — wtedy już wiedziałem, że będę do tego krążka wracał wielokrotnie i tak w istocie się stało; jeśli ktoś nie ma (tak jak ja) rapu na czarującym jazzowo-soulowym fundamencie w stylu nowej szkoły chicagowskiej (noname, smino, saba) albo rapu doprawionego prostolinijnym ciepełkiem chipmunk soulu w stylu debiutu kanyego westa, to (the) forever dream jest płytą, która idealnie wpisze się w oba te wzorce; to trochę rewers tegorocznego ghaisa guevary, bo tam gdzie guevara jest hardkorowy i głośny, anakin robi to inaczej; wciąż jest na tym krążku coś ulicznego, ale część numerów zrobiono w zasadzie zupełnie drumless i na poziomie produkcji te ostre krawędzie nie tyle się tu piłuje, co okrasza post-jazzową omastą a la atcq; no i anakin jest niezłym raperem o przyjemnym flow, któremu nadal jeszcze się chce robić fajne rzeczy po swojemu ♪ „forever dream”
| 14. |
lexie liu x danny l harle „deeper & deeper” |
wielki danny znów jest wielki dzięki chińskiej księżniczce electropopu ery internetu lexie liu, która zaprosiła go do współpracy na jej tegorocznej epce; efektem jest electro-house’owo-transowy labirynt elektryzujący na wielu poziomach (produkcyjnych) i dzięki bezkompromisowemu basowemu riffowi zgodnie z obietnicą z tytułu schodzący do najgłębszych z głębin; mood

| 13. |
friendship caveman wakes up |
jeśli miałbym opisać tę płytę jednym słowem, to bez chwili zawahania wybrałbym „zamułę” — bliżej „muddiness” niż „mellowness”, ale jednak gdzieś pomiędzy, co jest tym drobnym niuansem, który wszystko zmienia, przynajmniej w przypadku caveman wakes up alt-indie-slowcore-country-rockowej grupy z filadelfii o wholesome nazwie friendship; trafiłem na ten album w grudniu chyba przy okazji rankingu roku w stereogum i wtedy też okazało się, że miałem go zapisanego do odsłuchu od majowej premiery; i doskonale się stało, że ten maj się nie udał, bo to jest doskonały album na zimę — śnieg zalega za oknem, a ja na kanapie, a w słuchawkach zalega friendship; w jakimś alternatywnym świecie geese nie wydało w tym roku get killed, ale właśnie caveman wakes up — albo inaczej, wszystko to, co geese odrzucili między panamerykańskim 3d country a nowym krążkiem, mogłoby dać początek caveman wakes up; nawet sposób tworzenia narracji jest jakoś pokrewny, ale jednak stylistycznie friendship w 25 roku bliżej do mj-a lendermana, a ideologicznie do steely dan, bo mimo tytułu to jednak wszystko muzyka dla zmęczonego dniówką starzejącego się człowieka, który niby pamięta, że na gitarze można grać inaczej, ale jednak wystarczą mu te letargiczne pomruki, które całkiem poetycznie zapakowało dla niego friendship; to chyba mój największy tegoroczny rel między tym, jak się czuję a czego słucham ♪ „tree of heaven”

| 12. |
model/actriz pirouette |
dogsbody grupy model/actriz było moim wielkim odkryciem 23 roku, ich tegoroczny krążek więc musiał być jednym z najbardziej przeze mnie oczekiwanych i choć zdarza się to stosunkowo nieczęsto — dowiózł bezbłędnie; pisałem już wtedy, że cole haden brzmi mi trochę momentami jak corey taylor ze slipknot, co tworzy dla mnie dziwaczny most pomiędzy współczesnością a latami mojej nastoletniości, gdy wypalałem na cedekach empetrójki nu-metalowych kapel; ta nu-metalowość tutaj oczywiście nie ma zastosowania, bo pirouette posługuje się szlachetniejszą i trudniejszą do zdefiniowania mieszanką środków — jest gitarowo, industrialnie, tanecznie, punkowo, czasem teatralnie, na swój sposób przebojowo, ale i dysonantycznie (pewnie nine inch nails byłoby lepszym punktem odniesienia, ale może dla kogoś innego); nawet gdyby bardzo się chciało zredukować pirouette do emanacji po-nastoletniego buntu, model/actriz wielokrotnie w kolejnych numerach dostarczają dowodów, że byłoby to krzywdzące uproszczenie — na poziomie rytmiki chociażby część numerów to szaleńczy post-hardcorowy gamelan — rzecz, można powiedzieć z dużą dozą pewności, poza-nastoletnia; mimo wszystko pirouette znakomicie sprawdza się jako wyrażenie dorosłej rebelii — niekoniecznie jakkolwiek konkretnie ukierunkowanej w przypadku słuchacza, choć cole haden mierzy się tu nawet bardziej otwarcie niż na debiucie z własnymi emocjami — konfliktem między ekspresją własnej tożsamości a zewnętrznymi oczekiwaniami ♪ „cinderella”

| 11. |
turnpike troubadours the price of admission |
w kontraście to wielkich artystycznych manifestów, które często zdobywają od krytyków i publiczności o krytycznym zmyśle owacje na stojąco, stoją takie płyty jak ta; the price of admission turnpike troubadours to znakomity album country — czerpiący garściami z muzycznych tradycji oklahomy spod znaku red dirt i łączący je z rockową ekspresją i folkową wrażliwością bardzo po amerykańsku; nie jest to jednak wielka płyta, raczej album towarzyszący pozwalający na wiele satysfakcjonujących odsłuchów przez wiele lat, niż taki, który za pierwszym razem zwali słuchacza na kolana tak, że ten słuchacz (tym słuchaczem jestem ja) postanowi sobie te silne emocje odłożyć na stronę, może właśnie na wiele lat, zanim będzie gotów znów paść na kolana; i myślę sobie, że to turnpike troubadours dużo lepiej wyraża ostatnio moje mente — pragnienie jakiejś stabilności, nawet poczciwej (można by użyć tego słowa do opisania tej płyty, choć nie byłoby najbardziej fair) w czasach, gdy świat jest wystarczająco popieprzony, by móc słuchać wyłącznie równie popieprzonej jak on muzyki; a the price of admission to fantastyczny grower, pełen kunsztownie zaaranżowanych kompozycji z niepozornymi refrenami — takimi, które nie paraliżują mnie od razu, ale gdy tylko do nich wracam, wiem dlaczego to robię; zastanawiam się dlaczego turnpike troubadours, nagrywającym od dwóch dekad, nie udaje się wyjść poza bazę stałych słuchaczy — z powodzeniem widzę dla nich miejsce gdzieś na obrzeżu głównego nurtu country obok chrisa stapletona czy mirandy lambert ♪ „on the red river”
| 10. |
lady gaga „abracadabra” |
abracadabra to czary i magia (…); ten numer to wehikuł czasu katapultujący słuchaczy na złotej ery gagi gdzieś pomiędzy „bad romance” a „judas”, gdzie istotnie działa się magia w sensie radiowo-popowej perfekcji; ale o dziwo nie zabrzmiało to wcale ani jak odcinanie kuponów, ani żerowanie na nostalgii — zwłaszcza że „abracadabra” w kontekście późniejszej premiery albumu okazała się w dużej mierze eksponatem odrębnym; „abracadabra” ma nie tylko bez wątpienia najbardziej przebojowy refren w dyskografii gagi od wielu lat, ale sam numer, wspomagany electrohouse’owym mostkiem, jest absolutnym radiowym i dancefloorowym taranem; w zalewie bezbarwnego disco (myślę też o tobie, „the dead dance”) „abracadabra” to armia zbawienia

| 9. |
dijon baby |
przyznaję, że bywam sceptyczny w kwestii internetowych fenomenów, ale dijon to nie quadeca, a baby to album, o który powinniśmy wszyscy zrobić nawet więcej hałasu; nie ma co owijać w bawełnę czy pukać w niemalowane — to samo gęste; przy pierwszym odsłuchu — totalny chaos, ale zdradzający od samego początku spory potencjał rozwojowy; to gęste to progresywny pan-soulowy splot z mocnym prince factor rozlewającym się między kolejnymi numerami psychodelicznymi ścieżkami; wszystko to zestawione razem trochę na słowo honoru, bo dijon nie umie w minimalizm, a przy tym jest mistrzem d.i.y.; ale jednocześnie to absolutny grower, a w tym szaleństwie jest metoda — trzeba dać sobie chwilę, żeby mózg nauczył się rozplątywać te numery, a wtedy, zaprawdę powiadam, doznamy! ♪ „another baby!”

| 8. |
ninajirachi i love my computer |
jedna z najbardziej swawolnych płyt tego roku i absolutne zaskoczenie na wszystkich frontach — oparta na nostalgii za początkiem internetu electrohouse’owa wiksiarsko-spermiarska epopeja; co więcej (żeby podbić podniecenie piwnicznego fandomu) za i love my computer stoi 26-latka z melbourne — bezsprzeczna królowa geekosfery z uniwersalnego cyfrowego nadania; ale sama nostalgia to nie wszystko — nina nie boi się zabawy dźwiękiem i konwencją — na fundamencie glitchowego electro buduje solidny pomost między mistrzem yasutaką nakatą a założycielami pc music; i love my computer jest wszystkim tym, czym mógłby być tegoroczny bezzębny krążek oklou (okrzyknięty, stąd go przywołuję, przez równie bezzębnych krytyków jedną z płyt roku) ♪ „all I am”

| 7. |
walt mcclements on a painted ocean |
wyobraźcie sobie kankyō ongaku na akordeonie! trudne? to posłuchajcie on a painted ocean, które odmaluje wam ten na papierze niedorzeczny soundscape w trójwymiarze; mcclements, multiinstrumentalista, członek hurray for the riff raff, współpracownik mary lattimore i weyes blood, debiutuje tu niejako ze swoją autorską wizją, którą trudno ubrać w tagi oddające jej sprawiedliwość; jest to niewątpliwie płyta pejzażowa z akordeonem w dość klasycznej, ale (co ważne) nie współczesnej odsłonie, na pierwszym planie, który daje się jednak, mimo pewnego programowego ciężaru jego brzmienia, wkomponować w minimalistycznie ewoluujące prądy (czyt. riffy); i rzeczywiście ocean wydaje się dobrą analogią dla tej muzyki, która potrafi ująć harmonicznością, by chwilę później wyewoluować wielotorowo w coś nieprzejednanego i dysonantycznego, a ostatecznie (i taka jest końcówka tej płyty) dać się wypełnić jakąś triumfalną świetlistością, jakby z filmu przyrodniczego o waleniach, ale bez nadmiernego zadęcia — jak wieloryb wynurzający się z toni i wypuszczający strumień wody przez nozdrza, który po prostu tak robi bez żadnej teatralności; jedynie my obserwujemy w oddali z podziwem ♪ „clattering”

| 6. |
gwenifer raymond last night i heard the dog star bark |
miałem taki moment kilkanaście lat temu, gdy dość obsesyjnie szukałem następców muzycznej myśli niedoścignionego mistrza amerykańskiego prymitywizmu johna faheya; ale spuściłem gardę i na last night i heard the dog star bark, i muzykę gwenifer raymond trafiłem zupełnie przypadkiem; po pierwszym odsłuchu nie mogłem oprzeć się rozważaniom, dlaczego dwie dekady temu nie zrobił tego james blackshaw, inna ważna figura stylu, z którego muzyką (także z tego powodu) miałem skomplikowaną relację; myślę, że dzięki raymond lepiej zrozumiałem blackshawa, ale przede wszystkim odkryłem coś, za czym tęskniłem, a co zupełnie straciłem z oczu; raymond jest naprawdę fenomenalną gitarzystką — jej kompozycje wcale nie odbiegają jakością od żelaznej klasyki fingerpickingu z appalachów; nawet jeśli ostatecznie za kilka lat miałaby się okazać jedynie sezonową ciekawostką, raczej niż filarem nowego kanonu, muszę jej oddać to, że od dawien dawna nie otworzyłem tak szeroko oczu podczas pierwszego odsłuchu jakiejkolwiek płyty; absolutna ekstraklasa ♪ „champion ivy”

| 5. |
natural information society perseverance flow |
joshuę abramsa i jego post-minimalistyczny chicagowski jazz poznałem równo dekadę temu przy okazji magnetoception, które wówczas otworzyło w mojej głowie jakąś szufladkę i zaświeciła w niej żarówka; tych dziesięć lat spędziłem najwyraźniej w półmroku, bo chociaż śledziłem i abramsa i jego grupę natural information society, wszystkie nasze spotkania były bardzo przelotne, aż do momentu gdy w październiku tego roku trafiłem na perseverance flow, które dosłownie mnie zahipnotyzowało; być może tego właśnie potrzebowałem — awangardowego post-minimalistycznego dubu robotycznie pulsującego nieśpiesznie wokół mnie przez bite pół godziny z jakimś orgiastycznym jam bandem wychodzącym co rusz za linię, ale nie na tyle, by pulsowanie całości przestało choć na chwilę brzmieć jak soczysty rave na afterze u andy’go stotta; to jest mój mood, kochani, czy chcę tego, czy nie chcę — zostałem rozpracowany i opętany, ale wciąż nie wiem, czy ostatecznie perseverance flow ma doprowadzić mnie do szału czy do orgazmu ♪ „perseverance flow (slo-mo edit)”

| 4. |
colter wall memories and empties |
colter wall był na moich plejlistach od lat — ale dopiero gdy poszedł mocniej w tradycyjny honky tonk przed dwoma laty na little songs znalazł drogę do mojego serca; nowy krążek memories and empties jest zresztą stylistyczną i formalną kontynuacją poprzedniego; to kameralna i kompaktowa płyta w starym stylu, bez karkołomnych stopów gatunkowych i wymyślania koła na nowo; podoba mi się, że mogę ją sobie wsadzić do kieszeni i zupełnie na spokojnie zatopić się w codzienności; wall jest fantastycznym wokalistą, ale to historie, które opowiada sprawiają, że nie tyle ja wracam do niego, co on do mnie ♪ „memories and empties”
| 3. |
chappell roan „the subway” |
choć doceniam debiut chappell roan the rise and fall of a midwest princess z 23 roku i wszystko co w ostatnich dwóch latach wydarzyło się w popkulturze wokół niego, dopiero kolejnymi singlami piosenkarka sprawiła, że naprawdę poczułem jej wizję popu — najpierw post-katebushowskim „good luck, babe!”, które szturmem wzięło listy przebojów na całym świecie, a teraz fantastycznie wyważonym „the subway”, które wzięło mnie zupełnie z zaskoczenia (listy przebojów też, choć niestety nie szturmem); to hommage dla gitarowego popu lat 90. w najlepszym możliwym wydaniu, całościowo spowity soft-cranberriesową aurą, ale jednak jak najbardziej tożsamy dla wszystkiego tego, co do tej pory pokazała nam roan; jego głównym atutem jest równowaga — między lekko melancholijnym i duchologicznym aranżem, emocjonalnym wokalem absolutnie sprzedającym każde słowo tego break-up story a klasyczną melodyką, bez problemu penetrującą ścieżki neuronów bardziej wymagających słuchaczy; na każdym z tych poziomów „the subway” ma w sobie jakąś ponadczasową tęsknotę, którą trudno wyrazić czy uzasadnić słowami, ale bardzo prosto poczuć, gdy roan porzuca pierwszy refren i przechodzi w lamentacyjne „she got away” / „she’s got a way” — to najbardziej transcendentny moment w całym tegorocznym popie

| 2. |
saba & no id from the private collection of saba and no id |
przez ostatnią dekadę saba wyrósł na czołowego rapera niezależnej chicagowskiej sceny i trudno mówić o nim jak o debiutancie. w porównaniu z no id, który produkował przecież pierwsze płyty commona w połowie lat 90., trudno jednak nie zwrócić uwagi na tę dysproporcję w scenicznym stażu, która na ich wspólnym krążku from the private collection of saba and no id zdaje się stanowić nie lada atut; no id wciąż jest w doskonałej producenckiej formie i w spowite neo-soulem i jazzem okołoboombapowe bity potrafi jak mało kto; saba z kolei wciąż ma świeże flow i wiele do przekazania bez zjadania własnego ogona; świeżość i lekkość to zresztą słowa-klucze przy opisywaniu tego projektu, który w przeciwnym razie mógłby wydać się cokolwiek anachroniczny, a jednak panowie i ich liczni goście niosą go bez najmniejszych oznak zadyszki od początku do końca; to hip-hop, który oddycha soulem; energetycznie i aranżacyjnie być może jak dotąd najbardziej prawowity następca niedoścignionego debiutu noname ♪ „a few songs”

| 1. |
cécile mclorin salvant oh snap |
w obcowaniu z kolejnymi płytami cécile mcLorin salvant zaraz od premiery najbardziej lubię ten moment, gdy któregoś razu po kilku wstępnych odsłuchach nagle bieg utworów rozrzuconych zwykle (a na oh snap szczególnie) w myśl jej strumienia świadomości zaczyna układać się w coś na kształt mojego własnego strumienia świadomości; kolejne puzzle, które na początku wydawały się zbędne lub nie do końca zrozumiałe, zaczynają pasować i naturalnie zajmują swoje miejsca; można to pewnie powiedzieć o wielu płytach, ale w przypadku cécile działa to na mnie szczególnie mocno — efekt jest spektakularny; oh snap to osobiste skrawki z szuflady, które w przypływie szaleństwa wyrzucono zamaszystym ruchem ku sufitowi, by zebrać je razem tak, jak wylądowały — nie tyle zresztą formalnie (choć formalnie to najbardziej synkretyczny album artystki mieszający jej sztandarowy wokalny jazz z artystycznym popem, a nawet psychodeliczną muzyką taneczną — jak w tytułowym „oh snap”, obiecajcie, że posłuchacie!), co tematycznie, bo salvant otwiera się tu światło na słuchacza ze swoimi intymnymi refleksjami i lękami w nieneurotypowym wachlarzu; ma serce na dłoni, a jej zmysł kreatywny pozbawiony gatunkowych szlabanów eksploduje jak nigdy wcześniej; jeśli ktoś chciałby wam wmówić, że współcześnie nie da się tworzyć muzyki odkrywczej i niepozbawionej wyobraźni, a jednocześnie rezonującej z emocjami słuchaczy — zapodajcie im oh snap, niech im buty pospadają! ♪ „oh snap”




















