Opublikowano

Opuszczony parking w śniegu

Tahiti

Blacha falista i szron


Kiedyś tu toczyło się życie. Od czasu, gdy skończyłem siedem, może osiem lat, do całkiem niedawna na ten parking zjeżdżali się ludzie z całego miasta. Parkowali wygodnie przed supersamem, wypożyczali wózek zakupowy z budki, wypełniali go produktami, a następnie, gdy już wystali swoje w kolejce, wracali do samochodów obładowani siatami. Po drodze mogli jeszcze skusić się na okazałe opalone truchło kurczaka z rożna albo pizzę na grubym cieście według, jak sugerował szyld, nowojorskiej receptury. Mogli odebrać pranie albo pocztę, kupić karmę dla zwierzaka albo zwierzaka, a może jedno i drugie. Buty czy telewizor. Wszystko w promocji za pół darmo, w najlepszej jakości, słowo daję. W sąsiedztwie wyrastały kolejne duże sklepy — budowlane, wielobranżowe, nie dla idiotów. Między nimi tłoczyły się myjnie, stacje benzynowe i szybkie restauracje z opcją odbioru jedzenia bez wysiadania z samochodu.

A potem na innym polu, gdzieś po drugiej stronie miasta położono inny parking, obstawiając go pawilonami. W piątkowe wieczory i sobotnie poranki rodziny z dziećmi ochoczo przemierzały teraz inną trasę. Dziś po moim supersamie został pokaźny plac, na którym wciąż zaobserwować można formy życia, ale jednak nieco inne. Wszystko się zmieniło, a jednocześnie pozostało takie samo.

1

Falista faktura budynku wciąż niewątpliwie uwodzi praktycznym, nowoczesnym i schludnym wyglądem.


2

Formy życia. Na dawnym parkingu, dziś lodowej pustyni z niepomyślaną niegdyś śmiałością piętrzą się wiechlinowate.


3

Po dawnych szyldach zostały jedynie plamy na elewacji. Za to zamarznięty parking z powodzeniem służy miłośnikom podmiejskiego driftingu.


4

Centrum życia dawnego sklepu tym samym — za sprawą zarówno driftujących jak i wiechlinowatych — przeniosło się z opuszczonego już gmachu w sąsiedztwo tej doświadczonej trwaniem latarni.


5

Nawierzchnia niewątpliwie zachęca do wspólnej zabawy.


6

Sklep zamknięty xD


7

Lao-cy twierdził, że istotę rzeczy stanowi jedynie pustka. Pokłoniłem się zatem obu widocznym istotom — rzeczy i wiechlinowatym.


8

Na lodowej pustyni niesprzedane choinki można z powodzeniem przechować do przyszłego roku w stanie swoistej hibernacji (pokrewnej tej, w której znalazł się i cały supersam).


9

Punkt spotkań.


10

Na tyłach gmachu można natknąć się na rój kolorowych węży.


11

Ostatnie spojrzenie przed odejściem. Głęboki wdech.


12

I wydech.

Opublikowano

Nie wiem, cóżem uczynił, ale zacząłem zmieniać się w demona

Nie wiem, cóżem uczynił

Pieter Bruegel (starszy), Myśliwi na śniegu, 1565

Lubię wracać do zimy 2008 roku z kilku powodów. Ten najbardziej prozaiczny jest taki, że była to ostatnia (do tego roku) archetypowa zima, która zachowała się w mojej pamięci. Chrzęst grubo leżącego śniegu po stopami. Sinorude wieczorne nieba skrzące się nad miejską panoramą milionem spadających z gracją drobinek. Z pewnym rozrzewnieniem, choć niepozbawionym rzecz jasna ironii, wspominam wielogodzinne opóźnienia kolejowe i sparaliżowany ruch miejski. Ta nieśmiała reminiscencja, to nieśmiałe déjà vu zatrzymało nas zresztą wszystkich choć na chwilę przed tygodniem, gdy po dziesięciu latach musieliśmy odpomnieć niespotykany już przecież fakt, że śnieg może przetrwać w przestrzeni miejskiej więcej niż dobę, że może się gromadzić i że trudno cokolwiek naprędce na to zaradzić.

Rok 2008 był też jednak dla mnie rokiem nowego. Przyjechałem na studia do wielkiego miasta i byłem w tym tak rozkosznie zielony. Nie miałem pojęcia ani o tym mieście, ani o sobie, ani o mieście, z którego przyjechałem, ani o tym, dlaczego to zrobiłem. Ale ta symboliczna zmiana wdarła się w moje życie jak burza, rozsierdzona i złowroga, a w kącie ja wciąż niemający pojęcia dlaczego. Wiem jedno — dzięki niej moja zima 2008/09 brzmiała zgoła inaczej niż wszystkie poprzednie. Już wtedy rozumiałem zmianę, która we mnie zaszła, która przynajmniej na tym jednym polu kazała mi zerwać dotychczasowy jałowy ścieg i pognać za nowym, świeżym, nieznanym! Moodog, Fleet Foxes, T-Bone Burnett i Beck otoczyli mnie tamtej zimy i wędrowałem, nie mając za przyjaciół nikogo innego przez ośnieżone pola na skraju miasta, jakbym właśnie przeżywał największą w życiu przygodę, choć tak naprawdę nie spotkało mnie przecież nic nadzwyczajnego. To we mnie się działo, we mnie była przygoda, a dźwięki, które mnie spętały, były ich akuratną emanacją! Samotne wieczorne wędrówki były częścią tego przymierza, zawartego jakby poza mną, ale bezsprzecznie ze mną i przeze mnie. Nowy wszechświat otworzył przede mną swe wrota, mnie samemu szeroko otwierając oczy i uszy.

Zima 2008 roku zaklęła mnie, przeklęła może nawet. Nigdy już nie miałem wrócić do swej pierwotnej formy, jak Nago, knurze bóstwo zmienione mimowolnie w demona po postrzale z łuku w Mononoke-hime. „I don’t know what I have done but I’m turning myself into a demon” — śpiewał mi do ucha Robin Pecknold w bezwarunkowo zimowo-górskiej morderczej folkowej balladzie „Tiger Mountain Peasant Song”. Nawet nie wiedziałem, że to o mnie. W piosence Pecknold opowiada historię przyjaciela (lub kochanka), który napadnięty w lesie przez zbójców przedwcześnie traci życie. Narrator przybiera żałobę i pod wpływem bólu i braku, które jej towarzyszą zmienia się w demona. To akurat niezupełnie o mnie, a przynajmniej wszystko, co sam wiem o żałobie z własnego życia, wskazuje na jej nieodzowność w ludzkim cyklu oswajania śmierci. Sama historia jest jednak fascynująca i na tyle enigmatyczna, że można interpretacyjnie poukładać ją sobie zgoła inaczej. Trochę jak w prozie japońskiej — na pierwszym planie: zmiany zachodzące w człowieku i zmiany zachodzące w naturze. Bo czyż to nie jedno i to samo? Czy ten śnieg nie jest wystarczającym uzasadnieniem i jednocześnie wystarczającym dowodem istnienia we mnie tego demona, którego po dwunastu latach wybudził z letargu?

Rekonstrukcji demona drzemiącego we wspomnianej myśli, w tej nieświadomości, którą się pożywił, w tym śniegu, który zasypał drogi i pola, w tej muzyce, która wyważyła drzwi, w tej burzy, która dotąd grzmi, spróbowałem dokonać w najbardziej adekwatnej formie plejlisty.