Opublikowano

Porażki obnażone

Pet Sounds

Beach Boysi podczas sesji zdjęciowej do Pet Sounds


Nie poprosiłem AI o napisanie, rozwinięcie czy zredagowanie notki na bloga. Ani z lenistwa, ani z braku czasu, ani z ciekawości. I myślę, że nie poproszę. Ale za to pomyślałem, nie raz zresztą w ciągu ostatniego roku, o zasadności pisania w dobie sztucznej inteligencji. Już wcześniej miałem wątpliwości. Wszyscy generują kontent. Ja, z natury próżny elitysta, lata temu postanowiłem się z tego obiegu samozadowolenia wyłączyć. Trochę dlatego, że bałem się jednocześnie (choć osobno) porażki i obnażenia, a najbardziej pewnie razem: obnażenia porażki. Trochę dlatego, że obieg kulturowy, w którym wszyscy tylko generujemy treści, a mało kto cokolwiek przyjmuje (ze zrozumieniem, ale też nie bezkrytycznie), wydaje się zasadniczo zachwiany. Można więc powiedzieć, że w swoim elityzmie, zostałem filantropem dla z góry przegranej sprawy, co w sposób wyjątkowo przejrzysty obnaża moją porażkę i na tym poziomie.

*

Słuchałem ostatnio sporo starych płyt Rodowicz. Odkryłem, że za pośrednictwem tych nagrań, pięknych piosenek-zabawek, w dużej mierze pióra ulubionej poetki Polaków, nawiedza mnie duch babci. Nie wiem, czy ona sama chciałaby materializować się akurat w formie nagrań Rodowiczki, która jest tupeciarą, ale trzeba jej oddać, że ma głos. Obawiam się, że na tym etapie żadne z nas nie ma już do końca wyboru. W refrenie utworu kończącego moją ulubioną płytę Rodowicz Cyrk nocą z 79 roku (z którym miałem zresztą długo problem, bo aranżacyjnie odbiega od reszty krążka), śpiewa, że cokolwiek robi, nie żałuje. Słyszałem to dziesiątki razy, ale dopiero ostatnio uderzyły mnie te słowa. Uwierzyłem zresztą tupeciarze, pomyślałem, że do twarzy jej tak i na pewno ogólnie zdrowiej nie żałować, niż się nieustannie drzaźnić. Niż się borykać. Niż się potykać o własne sumienie. O własne i cudze wątpliwości. Niż liczyć co rusz źle wydane i źle niewydane pieniądze.

**

Majowa nostalgia jest, po wrześniowej, najbardziej dla mnie dojmująca. Gdy tylko zrobi się cieplej, nie mogę w drodze do pracy przestać marzyć o wagarach. O bezkresie czasu do zmarnowania, dniach wypełnionych zupełnie niczym i zupełnie niczym nieobciążonych, z nieśmiało majaczącą gdzieś na horyzoncie zdarzeń nutką nadziei na nowy początek, powrót porządku i konstrukcji, ale też tylko na jakiś czas — nowego roku szkolnego. Idę więc do pracy jak kiedyś do szkoły. Włączam Pet Sounds, które w zeszły weekend skończyło 60 lat, a i mnie nigdy nie przestanie kojarzyć się z majem, bo zupełnym przypadkiem sam też odkryłem je wiosną — 18 lat temu. Gdy mrużę oczy, widzę tamten maj, jak gdyby był to ten sam, który właśnie trwa. Stałem wtedy przed masą strasznie poważnych i dorosłych decyzji, które, mam wrażenie do dziś, podjęły się gdzieś poza mną. I to gdzie teraz jestem, choć niekoniecznie jaki jestem (tu wierzę w siebie i sobie, ależ paradoks!), też jest poza mną. A ja wracam ze szkoły w tym bezbrzeżnym maju i udaję, że te dwa krótkie weekendowe dni przede mną to dwa długie miesiące wakacji.

Opublikowano

Ważenie siebie

Maj

Wariacja na temat grafiki, którą lata temu wybrałem jako szatę graficzną swojego pierwszego bloga w maju 2004 roku — od tamtej pory ta kompozycja co jakiś czas staje mi przed oczyma, ilekroć na horyzoncie pojawia się maj


28 kwietnia:

Gdy człowiek jest zajęty do tego stopnia, że kolejne sprawunki ściśle wypełniają mu dobę, marzy bezwarunkowo o chwili spokoju. Gdy konstrukcja dnia pozwala na chwilę oddechu, robi się bardziej wybredny. Chce odpoczywać rozważnie, aktywnie, chce rozwijać swoje zainteresowania, stawać się lepszym, a nie tylko skrolować smartfona. Ale czasem te chęci nie współpracują z jego nawykami czy potrzebami. I ostatecznie jest w stanie przepuścić przez palce kilka kolejnych wolnych wieczorów, na które tak się przecież cieszył.

Ja na przykład bez konkretnego planu, dzięki któremu uzmysłowię sobie, czego tak naprawdę chcę, jestem skazany na klęskę. Ostatecznie wieczór się kończy, a ja idę spać sfrustrowany — mogłem zrobić cokolwiek, a nie zrobiłem nic. Ale i sam plan czasem nie wystarczy. Trzeba jeszcze w niego wierzyć i faktycznie chcieć jego realizacji. Podobnie jak z słuchaniem muzyki — coś może lecieć w tle, ale dopóki nie włączymy czegoś, na co naprawdę mamy ochotę, odczucie może być zupełnie jałowe. Coś gra w tle, żeby uniknąć ciszy. Unikanie ciszy może wystarczyć do pewnego stopnia, ale któregoś dnia, gdy zdajemy sobie wreszcie z tego sprawę, reakcja może być brutalna. Jak nie przesmykiwać się przez własne życie i faktycznie doświadczyć poczucia sensu i sprawczości?

6 maja:

Podle zafiksowałem się ostatnio na analizowaniu dysharmonii w mojej własnej codzienności. Uświadomiła mi to trochę majówka, którą zmitrężyłem wprost fenomenalnie — żonglując rozmaitymi, mniej lub bardziej kreatywnymi aktywnościami, ale skutecznie unikając przebodźcowania. A trochę zapach wczorajszego wieczoru — ten specyficzny zapach mokrego gruntu wczesnym latem, prawie cały z nostalgii, ale z nutką nadziei. To on umocował mnie z powrotem w rzeczywistości, którą straciłem z oczu. Przypomniał mi — patrz, tyle na mnie czekałeś, że aż o mnie zapomniałeś, ale wreszcie jestem.

A może to maj? Od kiedy pamiętam uwielbiałem maj. Może chorobliwe ważenie siebie da się umaić tak, że wynik ważenia przestaje mieć znaczenie. Hipoalergiczna mgiełka o zapachu bzu i feelingu słonecznego wieczoru, gdy nawet w jakiś wtorek czy czwartek można mieć poczucie, że tego coś jeszcze może nam się udać.