
nie bywałem w zeszłym roku w kinie ani szczególnie częściej, ani rzadziej niż w latach ubiegłych; kino szczególnie mnie nie zajęło, ani nie rozczarowało — pozostało w miarę regularnym elementem mojej codzienności; mimo tego ograniczyłem swoją selekcję do dziesięciu tytułów, pierwszy raz od wielu lat, może trochę dlatego, że nie uznałem jej za szczególnie odkrywczą

| 10. |
the phoenician scheme reż. wes anderson |
jeden rabin powie: andersonowi wciąż brakuje duszy, jego filmy to maszyny, dobrze naoliwione, ale cel ich działania pozostaje nieznany; ja powiem: znalazłem w układzie starego andersona, za którym tęskniłem, historia poruszyła mnie estetycznie i intelektualnie, sporo się śmiałem; czekałem na ten moment

| 9. |
sirāt reż. óliver laxe |
pustynny rave jako forma terapii, a dla bohaterów być może punkt wyjścia do rozpoczęcia faktycznej terapii; trzyma widza w kleszczach do samego końca; mocny film koniecznie do zobaczenia na sali kinowej

| 8. |
train dreams reż. clint bentley |
rewers brutalisty; historia widziana z perspektywy życia zwykłego, choć nie bezimiennego człowieka; bardzo poetycki i szczery obraz, mimo netflixa

| 7. |
one battle after another reż. paul thomas anderson |
pta w formie; to jak zwykle jazda bez trzymanki z całą masą niebanalnych zwrotów akcji i być może jednym z najbardziej bezzębnych emerytowanych rewolucjonistów w historii kina; nie zapomnę nigdy tego pościgu po pustynnych pagórkach, od którego dostałem choroby lokomocyjnej w sali kinowej

| 6. |
o agente secreto reż. kleber mendonça filho |
podejmuje podobny temat co zeszłoroczne ainda estou aqui, ale jakże inaczej do niego podchodzi! z wyobraźnią portretuje brutalną rzeczywistość brazylii lat 70., jednocześnie ze swadą opowiadając historię, może wymyśloną, ale bardzo żywą! doskonały dramat polityczny, który poruszy odpowiednie struny wrażliwości widza bez potęgowania jego własnych traum

| 5. |
weapons reż. zach cregger |
nie przepadam za horrorami, ale ten ogląda się z zapartym tchem, bo wyjaśnienie tej zagadki jest dość pokręcone i podawane widzom na raty z kilku różnych perspektyw; dzięki temu historia zaczyna się i osiąga punkt kulminacyjny kilkakrotnie, a że ma całkiem ciekawy vibe, to jeszcze po seansie człowiek rozkminia z przyjemnością jej składowe; barwna postać ciotki gladys z pewnością przejdzie do historii kina

| 4. |
marty supreme reż. joshua safdie |
historia wielkiego marty’ego to, jak zawsze u braci safdie, absolutna jazda bez trzymanki, gdzie prawo murphy’ego pączkuje wykładniczo, a ugaszenie małej draki to gwarancja czyhającej tuż za rogiem katastrofy; chalamet jest znakomity, a jego postać ani myśli poddać się przed osiągnięciem celu; fantastycznie nakręcony, zrealizowany z wielkim wyczuciem i z miłością do kina; z dodatkowych plusów: kinowa reprezentacja nienastoletnich osób z trądzikiem i nieoczekiwane wyznanie wampira-milionera, że urodził się w 1601 roku

| 3. |
resurrection reż. bi gan |
czy ostatecznie chodzi o kino, czy o życie? a co jeśli kino to życie albo na odwrót? bi gan tworzy swoją własną antologię snów, po mistrzowsku czerpiąc z bogatej historii ruszających się obrazków; to największy zeszłoroczny film i najwspanialsze kinowe doświadczenie minionego roku, po którym jednak z perspektywy czasu zostają w głowie głównie impresje

| 2. |
sterben reż. matthias glasner |
dużo wracałem do symfonii o umieraniu po seansie, może najwięcej z tegorocznej selekcji; być może dlatego, że jest w nim coś przewrotnego, co uruchomiając całe moje spektrum emocjonalne, pomogło mi przetrwać trzygodzinny seans seans mocno osadzony w codzienności w szarej codzienności współczesnych niemiec

| 1. |
sorry, baby reż. eva victor |
instynktownie wrzuciłem sorry, baby do tego samego koszyka co the holdovers przed dwoma laty, bo to też jednocześnie elokwentne i czułe kino, ale myślę, że sorry, baby ma szanse spodobać się także miłośnikom dawnej grety gerwig; za tą historią stoi jednak eva victor, która przepracowuje na ekranie własne traumy, z wyczuciem równoważąc je humorem