Opublikowano

Dawna stolica

Dawna stolica

Yasunari Kawabata, „Dawna stolica”, wyd. Państwowy Instytut Wydawniczy, 2024


Jak wygląda miskant? Jaka jest natura ułudy? Jak zmieniłby się świat, gdyby każdy miał swojego bliźniaka? I oczywiście — jak potoczyły się dalsze losy rodziny Sada? — z tymi pytaniami pozostawiła mnie lektura „Dawnej stolicy” Kawabaty, a było ich w międzyczasie znacznie więcej. Nie wszystkie wymagały odpowiedzi. Wiele z nich zostało zresztą udzielonych w obszernych przypisach tłumaczki.

„Dawna stolica” to prosta historia rodziny prowadzącej mały sklep z tkaninami na obrzeżach Kioto lat 50. Główną bohaterką jest wchodząca w dorosłość dwudziestoletnia Chieko, a kanwę powieści stanowią zmieniające się pory roku wyrażane nie tylko w tytułach kolejnych rozdziałów, ale przede wszystkim zauważane przez postaci w nieustannie przeobrażającej się przyrodzie. Kioto tamtych czasów umiejscowione jest gdzieś pomiędzy wielowiekową tradycją szanowaną przez jego mieszkańców a zmieniającym się podejściem do kwestii estetycznych czy obyczajowych. Tradycjom, zwłaszcza tym przypisanym do konkretnych momentów roku — świątecznym i festiwalowym, poświęca zresztą Kawabata sporo uwagi (resztę dopowiada z drugiego planu tłumaczka). Jest tu też miejsce na kilka fabularnych fałd, przedstawionych szczerze i bez sensacyjnych ozdobników, które nadają utworowi właściwy tor na tle corocznych rytuałów.

To niepozorna proza, jak zresztą większość utworów Kawabaty, przez co nie byłoby na miejscu określić jej mocnym słowem jako fascynującej czy obezwładniającej, choć na swój sposób to właśnie robi — tyle że nieco inaczej. Gdy zaczynałem czytać Kawabatę przed laty, miałem do niego więcej uwag niż pochwał, brakowało mi cierpliwości do jego narracyjnych meandrów. Może to kwestia konkretnych tytułów, a może mojej ewoluującej wrażliwości, ale od lektury „Głosu góry” przed czterema laty, mam poczucie, że stworzone przez niego światy są dla mnie czymś w rodzaju bezpiecznej przystani. Nie tylko to — jego perspektywa ubogaca moją. Niedopowiedzenia pobudzają wyobraźnię i ciekawość. „Dawna stolica” pozostawiła mnie z wieloma pytaniami, które nawet pozostawione bez odpowiedzi, mają szansę sfermentować we mnie twórczo. A taka szansa to już dużo.

Opublikowano

Obcy · W pogoni za dalekim głosem

Obcy · W pogoni za dalekim głosem

Taichi Yamada, „Obcy” · „W pogoni za dalekim głosem”, wyd. Muza 2007/2008


Krótka notka wysłana mejlem przez bibliotekę miejską głosiła — zarezerwowana książka czeka na odbiór w oddziale. Faktycznie kilka miesięcy wcześniej za sprawą głośnej ekranizacji ustawiłem się grzecznie w długiej kolejce oczekujących na „Obcych”. Tak oto Taichi Yamada wyrwał mnie z czytelniczego limbo. Choć zgodnie z prozą Yamady byłoby pewnie stosowniej napisać, że odpowiada za to jakaś moja przeszła emanacja, czuwająca, by obecny ja nie osiadł nadto na laurach (choć jej intencji nigdy nie można być pewnym).

Odrobiłem zadanie domowe — jak wspomniałem, widziałem adaptację Haigha, a ponadto, zupełnie nieświadomie, w maju przeczytałem drugą przetłumaczoną na polski powieść autora „W pogoni za dalekim głosem”, którą przed laty również wydała Muza, zapewne w nadziei, że uda się wypromować pisarza jako drugiego Murakamiego. Stan na dzisiaj jest jednak taki, że o Yamadzie mało kto słyszał, „Obcego” po premierze „Dobrych nieznajomych” nie da się absolutnie nigdzie znaleźć, poza tymi rzadkimi egzemplarzami bibliotecznymi, co do których nie spodziewano się zapewne, że będą do nich prowadzone zapisy. „Głos” z kolei jeszcze przed kilkoma miesiącami zalegał w księgarniach z tanimi książkami w cenie pięciu polskich złotych za egzemplarz. I myślę, że to całkiem nieźle zainwestowane pięć złotych, choć proza Yamady jest dość specyficzna, bardziej enigmatyczna i mniej kosmopolityczna niż Murakamiego. Jeśli kogoś po seansie filmu wiedzie ciekawość, by koniecznie dojść po nitce do kłębka, nie ma rady, trzeba sięgnąć po „Obcych”. W przeciwnym razie „Głos” wydaje się ciekawszą i nieco bardziej zniuansowaną pozycją.

Punkt wyjścia filmu jest paralelny do tego, co dzieje się w książce. Zmieniają się detale — para Haigha jest jednopłciowa, co w japońskiej prozie lat 80. byłoby cokolwiek trudne do wyobrażenia, historie postaci są nieco odmienne, inny jest chociażby powodów dla którego budynek, w którym mieszkają bohaterowie, pustoszeje. Do pewnego momentu jednak film kroczy scena po scenie po śladach książki, aż w pewnym momencie, zaczyna obierać swój własny kierunek, a książka zmierza gdzieś indziej. Haigh pięknie wykorzystał cały potencjał powieści Yamady — nie tylko nadał mu własnego (queerowego) kolorytu, ale dołożył od siebie całą dodatkową warstwę fabularną, dzięki której łatwiej było mu odejść od konwencji nomen omen horroru obyczajowego, by skupić się na sferze uczuć swojego bohatera. Yamada z kolei, choć z bohaterem sympatyzuje, podchodzi do niego z pewnym dystansem. Można by pewnie skwitować, że brakuje mu czułości Haigha, ale jego narracyjna powściągliwość ma specyficzny urok i także spełnia swoje zadanie. Nie znam się na folklorze japońskim (choć ciekawi mnie i pociąga, miewam więc z nim styczność), ale mam wrażenie, że historia Yamady w niemal każdym jej aspekcie dość mocno odzwierciedla tradycyjne wierzenia Japończyków. Bardziej niż zachodnie low fantasy (jak zazwyczaj u Murakamiego, a także we wspomnianej ekranizacji Haigha), to opowieść z rodzaju kaidan.

Dużo bardziej oryginalne w kontekście i japońskiej literatury, i samej narracji jest „W pogoni za dalekim głosem”. Główny bohater, strażnik graniczny, który nie potrafi ułożyć sobie życia, zaczyna odbierać (raczej niż słyszeć) kobiecy głos, a tej telepatycznej komunikacji towarzyszą rozmaite doznania cielesne. Z czasem poznajemy jego historię, zdecydowanie mniej sztampową niż tę bohatera „Obcych”, a jednocześnie zaczyna gęstnieć jego relacja z niewiarygodną siłą. Między obiema historiami są oczywiście pewne podobieństwa, choćby to, że Yamada trzyma się na dystans od bohaterów każdej z nich, ale o ile największą siłą „Obcych” jest ich kunsztowna ekranizacja, o tyle „Głos” pozostawia po sobie więcej niedopowiedzeń, które po zakończonej lekturze jeszcze przez jakiś czas wracają do czytelnika jak zjawy w japońskich opowieściach o duchach. No, może jednak trochę inaczej.

Obcy


Opublikowano

Zaległości czytelnicze — trzykrotnie o Japonii

Inne Kioto

„Inne Kioto”, fragment okładki


Gdy postanowiłem w końcu, że w tym roku muszę wrócić do Japonii, porzuciłem wszystkie inne czytelnicze pokusy i postanowiłem duchowo i merytorycznie przygotować się do podróży. Poprzednia wizyta w Kioto pozostawiła po sobie jakiś mętlik — z odsieczą przybył mój ulubiony gaijin Alex Kerr z nietypowym przewodnikiem po mieście. Mistrz zen D.T. Suzuki pomógł zrozumieć mi podstawy filozofii, na której wyrosły niezliczone świątynie. Z japońskimi znakami, w nie do końca spodziewanym sensie, skonfrontowałem się dzięki klasycznemu esejowi Rolanda Barthesa.


Inne Kioto

Alex Kerr, „Inne Kioto”, wyd. Karakter, 2021


„Inne Kioto” to nie tylko jedna z najpiękniej wydanych książek na mojej półce, ale też bez wątpienia jedna z najbardziej treściwych. Trudno ją zresztą zaszufladkować — nie jest to z pewnością ani przewodnik turystyczny, ani opracowanie etnologiczne czy architektoniczne, ani też zbiór esejów czy tomik wspomnień i anegdotek. Można jednak w pewnych kontekstach wykorzystać każde z tych określeń, by książkę tę opisać i nie pomylić się przy tym nadto. Alex Kerr, jedyny w swoim rodzaju uchi-no-gaijin, autor fenomenalnego eseju o przemianach w dwudziestowiecznej Japonii tj. „Japonii utraconej”, tym razem całą swoją uwagę skupia na starej stolicy kraju, omawiając ją dla niejapońskich czytelników według wielu nieoczywistych kluczy.

Kerr z jednej strony z wielką uwagą nakreśla faktografię — wylicza rodzaje mat tatami, porządkuje stylistyczne rejestry, żongluje gatunkami drewna z ich odpowiednimi zastosowaniami — w każdym z tych i wielu innych przypadkach akcentuje jednak niuanse, nierzadko okraszając dość techniczne na pierwszy rzut oka fragmenty zasłyszanymi anegdotami i własnymi opiniami. To wymagająca, ale przyjemna lektura. Sam odkładałem ją na półkę na długie miesiące, by w pewnej chwili z przekonaniem graniczącym z pewnością stwierdzić, że oto w tym momencie potrzebuję właśnie tej papierowej podróży do tradycyjnego Kioto. Skrupulatnie zresztą co ciekawsze fragmenty i nazwy miejsc zaznaczałem fiszkami z nadzieją na powrót i wykorzystanie przynajmniej części z nietuzinkowych uwag Kerra jako faktycznego przewodnika po tym mieście, w którym, jak mało gdzie możemy wciąż kontemplować dawny świat zastygły w czasie (lub jego bardzo bliski odpowiednik). Gdy już uda mi się to marzenie zrealizować, obiecuję dopisać w tym miejscu adekwatny dalszy ciąg.


Wprowadzenie do buddyzmu zen

Daisetz Teitaro Suzuki, „Wprowadzenie do buddyzmu zen”, wyd. Vis-á-Vis/Etiuda, 2011


Jakkolwiek dyplomatycznie, żeby nie napisać nudno, zatytułowano tę książkę, jest to dla niej najwłaściwszy tytuł. Daisetz Teitaro Suzuki, jeden z XX-wiecznych mistrzów buddyzmu zen, przybliża w niej w formie dziewięciu tematycznie uszeregowanych esejów podstawy szeroko pojętego buddyzmu zen. Zabierając się za lekturę jakiś czas temu, pomyślałem — jak się okazało — nazbyt ambitnie, że będę robił sobie notatki z coraz to bardziej esencjonalnych fragmentów, dzięki czemu będę w stanie lepiej przyswoić sobie przedłożoną filozofię i być może przedstawić ją w bardziej syntetycznej formie w tym krótkim tekście. Pomyliłem się. Mimo tego, że dość chętnie rozprawiałem na temat zen ze znajomymi i rodziną, każda taka pogawędka tylko udowadniała mi, jak bardzo nie mam o tym pojęcia — nawet jeśli to, o czym mówiłem, wydawało się mieć sens i na pierwszy rzut ucha nie przekręcało nadto istoty rzeczy.

Podstawowy problem zen, który na każdym kroku akcentuje sam autor „Wprowadzenia” to niemożność przedstawienia jego istoty przy pomocy słów. Zen nie podlega właściwej słowom logicznej dychotomii i przez to lepiej wyraża się w działaniu niż w mowie. Mimo tego mistrz Suzuki całkiem holistycznie przedstawia to zagadnienie czytelnikowi z różnych punktów widzenia tak, że można ulec złudzeniu, że wszystko jest zrozumiałe. Skoro jednak zen wymyka się rozumowemu podejściu, rozumienie go w ciągu nawet bardziej pogłębionej lektury (niż ta zacna broszura) zdaje się nie wchodzić w grę.

Zen można bowiem jedynie doświadczyć. Suzuki opisuje system koanów (przypowieści), opowiada o dyscyplinie klasztorów zen i znaczeniu medytacji — wszystkie te działania mają przybliżyć adepta szkoły zen do doświadczenia satori, które można (nieściśle) opisać jako oświecenie — zdarzenie otwierające umysł na prawdę zen, która, jak podkreśla Suzuki, jest mistyczna tak samo jak kwitnący kwiat czy fakt, że ktoś właśnie wali w bęben — nie skrywa żadnej niedostępnej prawdy, a jedynie (albo aż) otwiera umysł na harmonijne pojmowanie świata. Suzuki wyjaśnia też konsekwentnie, jak zen różni się od swojego stereotypowego obrazu rozpowszechnionego zwłaszcza na zachodzie. Opisuje też podobieństwa i różnice między zen a innymi szkołami buddyzmu oraz chrześcijaństwem. Pisze obrazowo i bezpośrednio. Poprzedzająca właściwą część książki dość obszerna i analityczna przedmowa Carla Junga wydaje się z perspektywy niepotrzebnie zawiła. Jung pisze o zen z fascynacją, jest mniej ostrożny niż Suzuki, ale też skażony pewną zachodnią filozoficzną manierą.

To ciekawa lektura dla każdego, kto kiedykolwiek zastanawiał się, o co tak naprawdę chodzi z tym światem. Nie udziela co prawda konkretnych odpowiedzi, ale otwiera umysł na alternatywy dotąd być może zupełnie niewyobrażalne. A to już dużo.


Imperium znaków

Roland Barthes, „Imperium znaków”, wyd. Altheia, 2012


Od dziecka fascynowały mnie znaki japońskie. I nie była to wyłącznie kwestia zwyczajnej ciekawości czy jakiegoś kognitywnego wyzwania — chociaż na pewno też. Była to także kwestia obietnicy, że znaki skrywają w sobie jakieś pierwotne znaczenia, których nigdy nie posiadał nasz alfabet — wynika to bezpośrednio z ich genezy, nawet pomimo wszystkich przemian, jakich doświadczyły przez wieki. I że te znaczenia mogą poszerzyć na swój sposób moje postrzeganie znajomej rzeczywistości o jakiś dodatkowy aspekt, a wszystko to jest w jakimś sensie tuż na wyciągnięcie ręki przed moimi oczami. Oczywiście koniec końców zgadzam się z Alexem Kerrem, który pisał, że dla Japończyka tabliczka nad bramą świątynną będzie ani mniej, ani bardziej mistyczna niż znak „zakaz parkowania” — ostatecznie obie wykorzystują ten sam sposób zapisu.

I tutaj dochodzimy do mojego wyobrażenia, być może niepotrzebnego, stojącego na drodze, „Imperium znaków” Barthesa. Pomyślałem, tylko i aż, że oto wreszcie ktoś z mojej zewnętrznej perspektywy być może spróbuje dojść do sedna tej mojej dziecięcej, ale wciąż tlącej się we mnie cichym płomieniem, nadziei, że znaki są w stanie powiedzieć o świecie coś więcej niż wiemy. Albo mniej. Ale Barthes w zasadzie nie czyta znaków, ma swoją szeroką definicję znaczeń (znaczonych), w którą ładuje wszystko to, co wpadnie mu w oko. Od samego początku i konsekwentnie proklamuje, że znaki są puste i jest to być może jedyna sensowna myśl, jaką warto z tej lektury wyciągnąć. Zniszczyło to może jakąś część mojego wewnętrznego dziecka, ale jestem dużym chłopcem i nawet pomimo tego, żeśmy się z Barthesem od początku nie zrozumieli, podszedłem z dojrzałą otwartością na jego wnioski.

Rzecz w tym, że nawet jeśli wnioski te były trafione, zazwyczaj były też zupełnie zbyteczne. „Imperium znaków” to emanacja intelektualizmu, który niczemu nie służy. Być może jest to efekt rzeczywistej fascynacji Barthesa innością japońskiej kultury, ale jakieś manieryzmu sprawiają, że wyraża ją w sposób niemalże mechaniczny, z jakiegoś abstrakcyjnego offu, przez co czytelnik może zacząć podawać w wątpliwość faktyczne intencje autora. Autor tymczasem niestrudzenie pręży na różne sposoby intelektualne muskuły z feerią teoretycznych efektów specjalnych z momentami dość obcesowymi i niepasującymi do całości poetyckimi ciągotami (i tak, na ile słowo ciągoty ma w sobie coś obrzydliwego, idealnie opisuje lubieżną poetyczność Barthesa — fragment o japońskiej powiece graniczy z czytelniczą traumą). Niezależnie od tego, co akurat Barthes weźmie sobie na cel, wydaje się, że główna teza jest następująca: Japończycy do perfekcji opanowali puste gesty, ale puste w inny sposób niż rozumiemy to na zachodzie.

W zależności od tematu radzi sobie lepiej albo gorzej — na przykład sprowadzenie zen do roli jakiegoś lingwistycznego szamanizmu to czyste szaleństwo, intrygujące wyłącznie swoim przekonanie o własnej słuszności (cały tekst napisany jest z poziomu kogoś, kto „wie”), ale koniec końców całkiem daremne. Mniej odklejone są jego rozważania dotyczące samego pisma czy pisania twarzy, które całkiem nieźle oddają esencję różnic między podejściem japońskim a zachodnim. Nieźle idzie też Barthesowi interpretacja formy haiku, ale trudno mi nie odnieść wrażenia, że to jedna z tych tyrad, którymi nawiedzeni profesorowie zadręczają bogu ducha winnych studentów filologii, aby udowodnić im nie wiadomo co — koniec końców wywody Barthesa mógłby podsumować jego własny cytat — nic nie pozostało, kamień słowa wyrzucono na próżno — ani fal, ani przepływu sensu.

Opublikowano

Zaległości czytelnicze — Hałastra i trzy inne książki

Hałastra

Monika Helfer, „Hałastra”, wyd. Filtry, 2023


Czytelnik z potencjałem przybrał w zeszłym roku formę prawdziwie gargantuiczną, wynaturzoną i przykrą. Ilość, jakość i przede wszystkim styl mojego czytania pogrążyły się w kryzysie cyfrowej codzienności, na który miały być odtrutką. Gorzej nawet niż z czytaniem sprawa miała się z relacjonowaniem tego tutaj. Ta wolna, zupełnie pozbawiona (z zasady przynajmniej) kompleksów, terapeutyczna, można by nawet powiedzieć, forma zaczęła niepokojąco ciążyć i frasować, czasem długimi tygodniami. Być może więc czytelnik z potencjałem, aby móc swój potencjał po raz kolejny uwolnić, będzie musiał pożegnać się ze swoimi blogowymi przyległościami. Nowy rok rozpoczął się pod tym względem wcale nie mniej chaotycznie — zbyt wieloma rozpoczętymi tytułami, które jakoś nie chcą usytuować się w zastanej rzeczywistości, a przez to zamiast z nimi płynąć, trzeba by się z nimi mierzyć. Mimo wszystko koniec zeszłego roku przyniósł mi cztery relatywnie niedawno wydane tytuły — każdy na swój sposób ciekawy, choć nie dałoby się (i nie będę próbował) zanegować dzielących wszystkie i każdy z nich przepaści. Zaczynam od tego ostatnio wydanego (i przeczytanego), a przy tym najlepszego — aby utrzymał się na powierzchni i trafił do kolejnych czytelników z potencjałem.

Hałastra

Monika Helfer, „Hałastra”, wyd. Filtry, 2023


Moje najlepsze doświadczenie czytelnicze zeszłego roku przyszło wraz z ostatnią jego lekturą. Żałuję najbardziej, że nie zapisałem swoich myśli na gorąco, wtedy kiedy powinno się je zapisywać. Nie zanotowałem nawet słowa. Opowiadałem o tej książce dookoła, ale w mojej korespondencji nie przetrwało więc niż tytuł i obietnica opowieści. Zwlekałem zbyt długo trochę dlatego, że uznałem, że nie jestem w stanie zrobić tego choćby w jakimś jednym aspekcie bardziej wnikliwie niż tłumacz Arkadiusz Żychliński w posłowiu „Hałastry”. A jednak wiedziałem, że nie mogę tej książki przemilczeć. Za bardzo mnie dotknęła. Mimo tego nie potrafiłbym też odnieść się do prozy Hefner przy pomocy jakiejś osobistej analogii czy nawet anegdoty — myślałem — choć niewątpliwie ożyło we mnie podczas lektury coś, czego istnienia może nawet nie podejrzewałem. Obudziło się jakieś niezrealizowane pragnienie, by z podobną wrażliwością i swadą opowiedzieć historię swoich. Obudziło się i naraz zgasło, bo nawet jeśli równie kolorowe historie istniały gdzieś w mojej rodzinie, nawet jeśli udałoby mi się jakoś ożywić je w wyobraźni, zostały raz na zawsze pogrzebane w ziemi wraz z tymi, którzy byli ich świadkami. I tu przyszedł jakiś ból, ale nie taki, jakiego zdarzało mi się doświadczać wcześniej — jakiejś tęsknoty za utraconą pamięcią. Raczej pewien żal, że rzadko kiedy rozmawiało się u nas tak swobodnie, by tych kolorów móc dotknąć. Tych kolorów, czy podobnych im, które są właśnie źródłem animuszu historii Hefner — to nie jest w gruncie rzeczy żadna ważna opowieść, nie ma co jej przytaczać, metodycznie coś wyliczać, jakby chcieć referować lekturę szkolną na ocenę — ale są w niej żywe uczucia, szczerość i poetyka codzienności. Może też ta poetyka Hefner, jej prozatorskie uległości, których nie śmiałbym nazwać manieryzmami, potęgują ten mój żal. Bo oto rozglądam się dookoła siebie i myślę, że jeśli nawet nie będzie mi dane odpomnieć tego, co przepadło, to chciałbym chociaż tu i teraz zacząć żyć tak, aby ten koloryt odkrywać dookoła siebie i gdy za wiele lat przyjdzie mi ochota, sfabularyzować, choćby nieudolnie, dla własnego kaprysu, to, co choć pozornie umarło, we mnie nadal jeszcze żywe. To trudne. Łatwo dać się przygnieść codzienności. Trzeba jakiegoś marzenia większego niż późnojesienna czytanka. Teraz zostały mi już tylko wrażenia — wśród nich przekonanie, że wspaniała to rzecz, ta „Hałastra”.


Nikt nie odpisuje

Eun-jin Jang, „Nikt nie odpisuje”, wyd. Tajfuny, 2022


Byłem pełen nadziei, gdy rozpoczynałem lekturę. „Ukochane równanie profesora” wydane przed kilkoma laty nakładem Tajfunów wspominam jako jedną z najbardziej kunsztownych powieści pokrzepiających serce, z jakimi miałem do czynienia i wierzyłem, że ich koreański wybór, w ojczystym kraju obsypany nagrodami od góry do dołu, ujmie mnie tak samo. I faktycznie z początku poczułem się zaintrygowany, kanwa opowieści była nieco dziwaczna, ale to dla mnie żadne novum — trzydziestoletni bohater rzuca pracę i wraz z psem podróżuje po Korei, gdzie go nogi poniosą, nawiązując w podróży rozmaite relacje z napotkanymi osobami — często pozostawionymi gdzieś na marginesie społeczeństwa lub borykającymi się z poważnymi problemami. Nasz bohater zbiera ich adresy i każdego wieczoru pisze list do którejś z nich. Powieść rozpoczyna się w trzecim roku tej podróży i większość tych postaci poznajmy w formie retrospekcji.

Jak się okazuje, jest to jedynie punkt wyjścia do faktycznej fabuły, na którą składa się rozwinięcie z początku dość enigmatycznie szkicowanej sytuacji życiowej bohatera oraz spotkanie z niefrasobliwą nieznajomą. Niestety narracja chwieje się, gdy w grę zaczynają wchodzić interakcje między postaciami. Te relacjonowane znajomości bronią przez pełną skrótowość i brak zbyt często zbyt niezręcznych dialogów. Z jednej strony jestem w stanie dostrzec, dlaczego książka stała się w Korei bestselerem — otwarcie pisze o emocjach i uczuciach w społeczeństwie, które samo ma wiele do przepracowania. To niezaprzeczalna wartość tej pozycji, kierowanej bądź co bądź raczej do szerokiego odbiorcy niż do miłośników literatury pięknej.

To, co mnie jednak coraz bardziej odstręczało od dalszej lektury, to pewna niezborność, sztywność, nierzeczywistość przedstawionych tu relacji. Brak naturalnych niedopowiedzeń, nawet między osobami, które muszą mieć obopólną świadomość kontekstu wzajemnej relacji i trudna do przełknięcia dosłowność rażą zwłaszcza z listach, które bardziej niż do ich książkowych adresatów wydają się pisane pod czytelnika nierozeznanego w sytuacji. Tym samym fabuła i sam bohater jawią mi się jako coraz bardziej infantylne. Zwykle nie przeszkadzają mi treści z kategorii wholesome feel good (razowego pokrzepienia, jeśli pozwolicie), nie jestem sarkastycznym elitystą bez serca, ale niestety „Nikt nie odpisuje” wielokrotnie przekroczyło moje wewnętrzne maksymalne stężenie tejże razowości. Nie chcę psuć zakończenia, ale to jedna z tych książek, która domyka idealnie zamkniętego kręgu swojej własnej historii. Czytelnik, który ponad wszystko lubi być zaskakiwany i potrzebuje definitywnego zamknięcia narracji ze strony autora, być może uzna, że to świetna książka, o ile tylko będzie w stanie w tę opowieść uwierzyć.


Głęboki sen

Raymond Chandler, „Głęboki sen”, wyd. Karakter, 2022


Moje pierwsze spotkanie z serią Chandlera o przygodach kultowego łapsa nazwiskiem Marlowe szczęśliwie zadało kłam trzem problemom, które potencjalnie mogłyby mnie od tej lektury odstręczyć. Po pierwsze, szata graficzna serii z powodzeniem stroni od sztampy cechującą zbyt często okładki powieści kryminalnych (gdyby jeszcze tylko dostępne było wydanie w twardej oprawie, choć może byłaby to zbytnia ekstrawagancja dla tego typu powieści). Dalej, Chandler, opisywany, być może słusznie, przez wydawcę jako najwybitniejszego pisarza kryminału noir, unika tu gry z czytelnikiem w kotka i myszkę. Nie przeciąga wątków, które mogą rozstrzygnąć się już teraz do granicy wytrzymałości, nie stara się za wszelką cenę mylić tropów, rzeczy dzieją się naturalnie i odkrywają w swoim tempie — jestem mu niezwykle wdzięczny za to miarowo rozpisane tempo, trzymające w ryzach nie tylko akcję tej historii, ale i moją uwagę.

Wreszcie, tłumaczenie Bartosza Czartoryskiego jest znakomite. Z powieściami amerykańskimi jest zbyt często taki problem, że ich polskie tłumaczenia bywają robione na kolanie przez byle kogo, przez co cały kunszt oryginalnej narracji szlag trafia i z powieści na poziomie robi się podrzędne czytadło. Nie tym razem, Czartoryski dba, żeby język był jednocześnie sprawny komunikacyjnie dla dzisiejszego odbiorcy, ale też aby nie zatracił swojego archaicznego powabu, absolutnie niezbędnego dla estetyki noir, jeśli chce się ją w pełni oddać na papierze. Sam Chandler, ma się rozumieć, umie pisać — jest precyzyjny, wręcz szorstki w swoich opisach, ale przy tym zwykle czarujący i dowcipny. Interpretacja Czartoryskiego doskonale to oddaje. Swoją drogą, oglądałem tenże „Głęboki sen” w klasycznej hollywoodzkiej adaptacji sto lat temu i dość szczęśliwie zlała mi się w głowie w jakąś niedającą się rozróżnić masę z setką podobnych obrazów z Bogartem w roli głównej — słowem, miałem z tej lektury radochę. Myślę też, że nie ma co opisywać fabuły — ona tutaj jest wbrew pozorom drugorzędna — jest intryga do rozwiązania i prywatny detektyw z problemem alkoholowym, który może jej podołać. To wespół z zapewnieniem, że autor nie zamierza czytelnika oszukiwać, a tłumacz zrobił dobrą robotę, powinno wystarczyć każdemu, kto potencjalnie zainteresowany jest lekturą.


Schronisko, które przestało istnieć

Sławek Gortych, „Schronisko, które przestało istnieć”, wyd. Dolnośląskie, 2022


Byłem absolutnie zafascynowany początkiem tej historii. Pomyślałem, że to na pewno będzie dobra książka. Gortych rzeczowo, ale z wyobraźnią zarysował kanwę tej intrygi, trochę bazującej na faktach, trochę wymyślonej, ale w tamtej chwili bardzo rzeczywistej i namacalnej. Niestety przejście do współczesności, czy raczej historii najnowszej, bo właściwa akcja powieści osadzona została przed kilkunastoma laty, stopniowo zaczęło odsłaniać kolejne braki — o ile faktycznie Gortych zrobił znakomity risercz na temat Karkonoszy i nawet całkiem zgrabnie wykoncypował stojącą w centrum powieści intrygę kryminalną, o tyle bohaterowie (i relacje pomiędzy nimi) pozostali papierowi do samego końca, a rozwinięcia narracyjne pozostawiały logicznie sporo do życzenia. Poza tym Gortych co rusz odpływał to w stronę referatu na temat historii gór, to w stronę romansidła dla nastolatek. Jego język był często niezręczny, zwłaszcza dialogi między parą głównych bohaterów dawały mi solidnie w kość — tak, że aż zgrzytałem zębami. Rozgrzeszenia nie przyniosło autorowi zakończenie — choć przyznaję, sam poczułem jakąś ulgę. Była w tym wszystkim niewątpliwa ambicja, w jakiejś części pewnie nawet zrealizowana, ale przykryła ją całkiem dojmująca warsztatowa amatorszczyzna.

Opublikowano

Koniec Świata i Hard-boiled Wonderland

Koniec Świata i Hard-boiled Wonderland

Haruki Murakami, „Koniec Świata i Hard-boiled Wonderland”, wyd. Muza, 2003


Po lekturze długo zastanawiałem się, co właściwie przeczytałem, o czym była ta książka, jaki wniosek mogę wyciągnąć z lektury. Ilekroć jednak wydawało mi się, że jestem bliski rozwiązania łamigłówki Murakamiego, znajdowałem kontrargumenty dla własnej tezy. Podobnie jednak jak sama fabuła powieści i potencjalne płynące z lektury wnioski cechuje niedająca się rozstrzygnąć ambiwalencja, nie umiem też stwierdzić, czy to dobrze, czy źle, że nie umiem uporządkować tego, z czym przez kilka tygodni dość ochoczo obcowałem. Istnieje ryzyko, że czas jedynie tę niejednoznaczność pogłębi, ale jest też nadzieja, że będę raz po raz wracał do tej dziwacznej historii w poszukiwaniu wyjaśnienia. Niezależnie od tego, mam silne poczucie, że to jedna z najlepszych pozycji w dorobku Murakamiego. Akcja toczy się w ramach dwóch równoległych opowieści, ściśle, choć dość pokrętnie, ze sobą związanych. W pierwszej bohater snuje plan ucieczki z tajemniczego fantazyjnego miasta otoczonego wysokim murem, którego być może nie da się sforsować. W drugiej ten sam lub inny bohater pracuje jako specjalista od szyfrowania danych w analogowych latach 80. Nie zdradzę chyba zbyt wiele, gdy napiszę, że z czasem oba światy zaczynają przenikać się w osobliwy sposób. To coś, co Murakami robił później niejednokrotnie, najbardziej prominentnie chyba w trylogii „1Q84”, z różnym skutkiem. Narracja pisarza jest rzeczowa i przejrzysta, wygładzając niejako dziwactwa i zawiłości fabularne, co od zawsze odpowiadało mi w jego książkach. Jednocześnie jednak „Koniec świata i hard-boiled wonderland” nie powiela jednego z moich największych zarzutów względem większości jego powieści (z chlubnym wyjątkiem wspomnianego „1Q84”), a mianowicie kończy się w ramach tej samej delikatnej równowagi fabularno-estetycznej. Wielokrotnie miałem wrażenie, że Murakami nie umie kończyć swoich powieści — ucieka się do absurdalnych rozwiązań, wyciąga z rękawa kolejną kartę deus ex machina, na tym etapie zupełnie zbędną, aby dodatkowo zszokować czytelnika. Ja sam nie fetyszyzuję zakończeń, czasem lepiej gdy wcale ich nie ma, wielkie kulminacje średnio mnie biorą, tak uważam. W „Końcu świata” Murakamiemu udaje się podtrzymać rosnące napięcie i obejść bez sztuczek, które rozbijałyby to funkcjonalne decorum, które tak u niego cenię. No i pozostawia też czytelnikowi kwestię interpretacji samej historii, w której, mam silne poczucie, nie może chodzić przecież wyłącznie o wyjaśnienie samej intrygi. Czy może jednak?

Koniec Świata i Hard-boiled Wonderland

Opublikowano

Zniewolony umysł i Rok 1984

Zniewolony umysł i Rok 1984

Czesław Miłosz, „Zniewolony umysł”, wyd. Krajowa Agencja Wydawnicza, 1989 / George Orwell, „Rok 1984”, wyd. Muza, 2014


„Zniewolony umysł” Miłosza od zawsze był u moich rodziców na półce, a przez lata mojej edukacji tytuł ten co rusz wypływał wplątany w rozmaite dyskursy, nie zawsze w pełni dla mnie zrozumiałe. Po którejś z takich wzmianek pożyczyłem sobie tę książkę na długie lata, zanim wzrósł we mnie rzeczywisty impuls, aby się z nią zmierzyć. Mierzenie się właśnie wydało mi się określeniem odpowiednim, bo książka jest w dużej mierze esejem z pogranicza filozofii, choć sam Miłosz od pierwszych stron odżegnuje się od tego. To mierzenie się okazało się jednak o tyle na wyrost, że „Umysł” jest po części także opowieścią — subiektywną relacją rzeczywistych wydarzeń napisaną w sposób jak najbardziej literacki. Cztery takie opowieści o czterech polskich literatach okresu powojennego stanowią zresztą tę najbardziej mięsistą część książki, choć są one zaledwie potwierdzeniem tego, o czym Miłosz bardziej teoretycznie pisze w rozległym wstępie i wyczerpującym posłowiu.

Miesiąc po lekturze nie czuję się władny przybliżać tutaj klasyfikacji, których Miłosz dokonuje (nazywanych przez niego ketmanami), ani sowieckiej dialektyki, którą rozkłada na czynniki pierwsze. Najogólniej rzecz ujmując, opisuje niezbędne przeobrażenia, do jakich system totalitarny, a konkretnie sowiecki socjalizm, zmuszał swoich obywateli, zwłaszcza inteligencję literackiego półświatka. Opisuje procesy, taktyki, zabiegi polityczne wprowadzające w życie opisane w roku „1984” Orwella poddanie obywateli partii i niezbędne do tego celu dwójmyślenie. O ile fikcja Orwella prezentowała jednak dystopijny świat totalnej kontroli z wykorzystaniem do tego celu technologii, której siłą rzeczy Sojuz w latach powojennych nie posiadał, o tyle mechanizmy zupełnie analogiczne, choć na znacznie wcześniejszym etapie wcielania ich w życie, równolegle wskazuje u siebie Miłosz na przykładzie zupełnie rzeczywistym. Wyróżnia różne postawy i motywacje, posiłkując się niezbędnymi w tym wypadku historiami z życia znajomych mu osób, by dotrzeć do czytelnika z większą siłą. To kluczowe o tyle, że temat był trudny, a czytelnik obcy. Miłosz pisał „Zniewolony umysł” na emigracji dla odbiorcy zagranicznego, któremu nie tylko polska rzeczywistość powojenna musiała być bliżej nieznana, ale też mimo tych braków poznawczych niejednokrotnie zdarzało się, że zachodni komuniści opisywali Związek Sowiecki implicite jako urzeczywistnioną wizję ziemskiego raju. Teraz, siedemdziesiąt lat później, sam poczułem się zresztą takim właśnie odbiorcą z zewnątrz. Kimś, komu tę rzeczywistość, nie tak wcale przecież odległą, trzeba opisać od podstaw, skleić strzępki opowieści dziadków i rodziców, niepogłębionych tematów z nieodrobionych sumiennie lekcji i własnych wyobrażeń, w ramach czegoś bardziej konkretnego.

Nie chodzi tutaj nawet o samą relację Miłosza, która jest oczywiście naznaczona osobistymi wyobrażeniami i sympatiami. Nie chodzi także o tych czterech literatów-nieboszczyków, którzy przeżyli swoje życia, jak przeżyli, niech spoczywają w pokoju; ile o główną myśl — moralny sprzeciw wobec totalitarnego terroru krępującego ciała i umysły obywateli w imię doktryny politycznej. Tę opresję możemy oczywiście dowolnie rozszerzyć we współczesnym dyskursie o jego konteksty. Miłosza trzeba czytać ku przestrodze, ale jego wymowa dzisiaj wydaje się bardziej uniwersalna — nie da się zamknąć jej w ramach przeszłości definitywnie zakończonej. Podobnie z portretami czterech pisarzy — Miłosz, choć momentami wydaje się dość kategoryczny w swoich wnioskach, będących jednak w jakieś mierze domniemaniami, nie jest wcale w swoich ocenach jednoznaczny. Domniemywa nie tylko dlatego, że zna opresyjny system — jako człowiek myślący wie i zwraca na otwarcie uwagę — jego emigracja, choć oczywiście wynikała z silnego imperatywu wewnętrznego, nie była wcale rzeczą zupełnie pewną, nawet w jego własnych oczach. Zaistniały pewne okoliczności, które ją umożliwiły. Podoba mi się empatia, z którą Miłosz tę książkę napisał. Nie dla bezlitosnego systemu, ale dla jego ofiar, w tym ludzi w niego uwikłanych, którzy z rozmaitych powodów podjęli takie, a nie inne decyzje życiowe. Warto po tę książkę sięgnąć choćby po to, żeby zderzyć się z tą autorefleksyjnością Miłosza, której nam wszystkim współcześnie tak bardzo brakuje przy ferowaniu natychmiastowych wyroków na podstawie strzępków informacji w tematach, o którym często nie mamy w zasadzie pojęcia. Polska byłaby o wiele lepszym krajem, gdyby każdy jej obywatel potrafił przeczytać „Zniewolony umysł” z uwagą i zrozumieniem.

Zniewolony umysł

Po rok „1984” Orwella sięgnąłem bezpośrednio za sprawą Miłosza po lekturze „Umysłu”, gdzie Orwell zostaje wspomniany jako autor w bloku wschodnim bezwzględnie zakazany. To przemówiło mi do wyobraźni i choć political fiction bywa dla mnie przytłaczające, połknąłem Orwella w ciągu kilku dni. Z początku bełkotliwy, wprowadzający od pierwszych stron jeden neologizm za drugim, szybko wciąga czytelnika w życie głównego bohatera, szeregowego pracownika ministerstwa w totalitarnym społeczeństwie przyszłości poddawanym nieustannej kontroli. Bohater ten przeczuwa, że jest przez system oszukiwany, ale jednocześnie ma świadomość, że z obawy o własne życie, nie wolno mu tych wątpliwości w żaden sposób wyrazić. Ostatecznie jednak małymi krokami na swój własny nieznaczący nic i nieznaczny w obliczu potęgi partii sposób pozwala sobie na łamanie kolejnych reguł. To opowieść, która, tak samo jak „Umysł” Miłosza, w owym czasie miała być przestrogą dla zachodnich społeczeństw przed sowieckim socjalizmem. W szerszym kontekście zaś to wciąż adekwatny portret bezradności dążącej do realizacji osobistej wolności jednostki w starciu z bezdusznym wszechmocnym systemem. Orwella czyta się nieporównywalnie łatwiej, ale jest to też lektura proporcjonalnie mniej satysfakcjonująca, o ile oczywiście można którąkolwiek z obu książek rozpatrywać w takich kategoriach.

Rok 1984

Opublikowano

Puchar od Pana Boga

Puchar od Pana Boga

Ota Pavel, „Puchar od Pana Boga”, wyd. Stara Szkoła, 2021


Jestem niezmiennie urzeczony pisarstwem Oty Pavla. Gdyby mi ktoś tę książkę zarekomendował tak, jak czyni to wydawca na obwolucie, a mianowicie, że to zbiór czeskich opowiadań i reportaży sportowych z drugiej połowy zeszłego stulecia, pokręciłbym jednoznacznie głową, że to nie dla mnie, że może kiedyś, ale raczej tego nie widzę. Miałem już na szczęście za sobą lekturę wstrząsającego zbioru „Śmierć pięknych saren”, a znajoma, od której dostałem ten, zapewniła mnie, że to zupełnie nie to, czym się być wydaje. I w zupełności miała rację. Ota Pavel jest nie tyle reportażystą po takiej czy innej szkole prasowej, jest bacznym obserwatorem, nietuzinkowym poetą i przede wszystkim w pierwszej kolejności człowiekiem. To, co go interesuje najbardziej, to właśnie człowiek. Niech on i będzie olimpijskim mistrzem, ale może być sprzątaczem w szatni z wielkim sercem dla futbolu albo dobrze zapowiadającym się kolarzem, któremu jednak nie udaje się zdobyć zwycięstwa w kluczowym wyścigu. Nie chodzi o zwycięstwo ani o przegraną.

Ota jest tak blisko swoich bohaterów jak tylko się da, a zaraz obok niego z zapartym tchem kolejne strony przewraca czytelnik. Nie ma żadnej literackiej żonglerki, żadnego piedestału, na którym ustawia się pisarz i wskazuje miejsce gdzieś w dole sali, żadnej kreacji większej niż historie, które są przedmiotem opowiadań. Są postaci z krwi i kości, ich emocje, emocje Oty, nasze emocje. No i Ota, który pisze to wszystko z sercem, w tonie, któremu właściwa jest pewna naturalna poetyka — niezupełnie wyszukana, ale też wcale nie uliczna. Historie są przejmujące właśnie dzięki temu, jak zostały napisane i co, czy raczej kogo, pisarz ustawił w ich centrum. Bardzo podoba mi się też to, że puenty, które Ota czyni, mogą, ale nie muszą decydować o wartości jego opowiadań.

Nie będę ich teraz niezbornie przytaczał czy streszczał, ale zapewnię, że każde z nich miało w sobie coś, co zasługuje na to, żeby po nie sięgnąć. To literatura dialogująca, bezpretensjonalna, niepopadająca w samozachwyt, ale też daleka od banału, o refleksyjnym wydźwięku z ziarnem optymizmu. Nie są to zresztą historie zbyt zobowiązujące, można zainteresować się nimi w dowolnej chwili bez konieczności jakichkolwiek przygotowań formalnych, psychicznych czy nadrabiania braków w zakresie historii czeskiego sportu.

Puchar od Pana Boga

Opublikowano

Śmierć pięknych saren

Śmierć pięknych saren

Ota Pavel, „Śmierć pięknych saren”, wyd. Stara Szkoła, 2021


Moje pierwsze spotkanie z Otą Pavlem rozpoczęło się od zbiegu okoliczności, który impulsywnie przeszedł w fascynację. Przez trzydzieści lat nie było mi dane o Pavlu usłyszeć, a pewnego razu w ciągu kilku ledwie dni trafiałem na rekomendacje jego twórczości aż trzykrotnie. Może też po prostu po pierwszej wzmiance z większą uwagą potraktowałem kolejne i żadne z tego okoliczności? W każdym razie chwilę później książkę miałem nie tylko otwartą na biurku, ale już zupełnie napoczętą, z nadzieją na rychłe połknięcie. A to wyczyn który czytelnikowi, takiemu jak ja — z jakimś tam czytelniczym potencjałem ale co rusz napotykającym na problemy z urzeczywistnieniem się — nie zdarza się zbyt często. To święte chwile.

Zaczęło się zresztą i u Pavla niezwykle dynamicznie od pełnych humoru i animuszu opowieści o przedsiębiorczym ojcu i niedowierzającej mu matce w międzywojennych Czechach, kiedy nic nie wydawało się niemożliwe. Wszystko to opisywane z perspektywy małego chłopca z rozbrajającą czytelnika dziecięcą szczerością, z ziarnkiem naiwności, które z miejsca, może z braku lepszego odniesienia, przywiodły mi na myśl przygody „Mikołajka” Goscinnego (po którego oczywiście sięgnąłem znów we wszelkich postaciach zaraz po lekturze Pavla), a także co bardziej fantastyczne pasaże „Tanga śmierci” Wynnyczuka, które okazało się tropem dużo bardziej trafionym. Saga rodzinna Pavla stopniowo bowiem odchodzi od sielskiej atmosfery międzywojnia, by czytelnikowi unaocznić zmagania żydowskiej rodziny w czasie hitlerowskiej okupacji, a tym samym koniec pewnej epoki — brutalną kradzież dzieciństwa, młodości, niewinności, wiary w życie i samego życia.

Pavel nie jest w tym wszystkim pompatyczny, ani nie szafuje makabreskami, pisze z serca, z poczuciem humoru, zachowując do pewnego stopnia tę dziecięcą perspektywę, którą powinien był przecież utracić. Miesza ludowe mądrości, lekkie anegdotki i historie zupełnie poważne, czasem obudowując to wszystko monumentalną narracją jakiejś legendarnej draki. Nie jest w tym wszystkim śmieszny, choć bywa zabawny. Ma znakomity, jak najbardziej literacki styl z pogranicza gawędziarza i poety, który, co kluczowe, jest w tym wszystkim bardzo ludzki. Jego emocje, jakiekolwiek by były, z łatwością wypełniają czytelnika. To wielki dar. Ze „Śmiercią pięknych saren” poszło mi tym samym fantastycznie.

Poślizgnąłem się dopiero na rybach, bo drugą część książki wypełniają opowiadania ze zbioru „Jak spotkałem się z rybami”, którego charakter jest zgoła podobny, też autobiograficzny, też chronologiczny, ale bardzo wędkarsko-centryczny. Poczułem się dotknięty tą nagłą zmianą, nie tylko tematyczną, ale i formalną, bo zwłaszcza początkowe opowieści to lapidarne anegdotki pozostawiające dużo do życzenia w gestii zmierzającej dokądkolwiek narracji, a czasem narracji w ogóle. Trochę tak jakby pomiędzy mną a Otą Pavlem ktoś nagle wykopał głęboki staw, przez który miałem się wpław przeprawić, a pływam niezbyt dobrze, żeby nie powiedzieć — wcale, zwłaszcza w akwenach krajowych: naturalnie mętnych i bezkompromisowo chłodnych. Minęło kilka miesięcy nim się odważyłem do tych ryb wrócić i skubałem je po troszku, co jakiś czas wypluwając jakąś ość. Ostatecznie dłuższe z opowiadań całkiem mnie ukontentowały, rozmarzyłem nawet przez chwilę się nad światem, który pewnie gdzieś tam wciąż istnieje, a dla mnie pozostaje niedostępny, gdzie można obcować sam na sam z naturą, a telefon wyłączyć, bo i tak nie ma zasięgu — i to nawet pomimo tych ryb.

Śmierć pięknych saren

Opublikowano

Zanim wystygnie kawa

Zanim wystygnie kawa

Toshikazu Kawaguchi, „Zanim wystygnie kawa”, wyd. Relacja, 2022


Być może Murakami zbyt często bywa dla mnie punktem odniesienia, ale tym razem nic na to nie poradzę. To próba odtworzenia tego samego ujmującego anturażu low fantasy, który Murakami opanował do perfekcji, tylko w zdecydowanie bardziej prostolinijnej odsłonie. Zmianie uległa formuła, bo choć historii w żaden sposób nie można nazwać obszerną, każdy z wielu bohaterów, których losy przeplatają się w sposób równie dramatyczny, co niewiarygodny, dostaje egalitarnie swój prawowity wątek i kilka stron na to, aby czytelnikowi wyjaśnić do cna, co i jak. Tego akurat Murakami, choć ma swoje za uszami, nie robi.

Kawaguchi próbuje przedstawiać swoich bohaterów z pewną wyuczoną dokładnością, ale brakuje im głębi. Ich historie powstały tylko po to, aby doprowadzić ich do jedynego punktu w ich życiu wartego opisania — momentu, gdy zasiądą w zawsze tajemniczo pustej i równie tajemniczo zarabiającej na siebie przez lata kawiarni w centrum Tokio, na magicznym krześle, które przeniesie ich w czasie. I wtedy zrozumieją swoje błędy, na nowo odkryją swój sens życia, nawrócą się na to, co naprawdę ważne, a wtedy będzie można na kolanie dopisać resztę ich historii (lub nie), bo wszystko to, co stanie się dalej, jest zupełnie drugorzędne. To jedna z tych historii, w których wszystko boleśnie się ze sobą zgadza i składa w myśl jakiegoś monstrualnie kiczowatego poczucia harmonii w jedną kompletną całość. To błąd, na który nie pozwala sobie nawet wspominany przeze mnie zbyt często Murakami, u którego zwykle, pomimo pedantycznych zwyczajów narracyjnych, zwycięża to, co niepoznane, jakiś dziki traf. Inną kwestią, o której trudno nie wspomnieć, jest infantylny język — być może pokłosie nie najlepszego tłumaczenia, być może emanacja nieporadnego stylu autora — tego nie umiem ocenić.

Nie jest to jednak książka zupełnie pozbawiona zalet — w kategorii aspirującego wakacyjnego czytadła sprawdzi się doskonale. Bo historia, choć absolutnie niewiarygodna tam, gdzie powinna uwiarygadniać to, co miało być w niej niewiarygodne (tzn. w budowie postaci, ich historii i relacji między nimi), jest całkiem wciągająca i absolutnie feel good (w sam raz na urlop, kiedy przecież ma być miło). Owszem, będą tacy, których zirytuje, ale przy odrobinie dobrej woli, można stracić przy niej chwilę albo dwie, nawet jeśli ostatecznie niewiele z tego wynika.

Zanim wystygnie kawa

Opublikowano

Złota pagoda

Złota pagoda

Yukio Mishima, „Złota pagoda”, wyd. Państwowy Instytut Wydawniczy, 2017


Ta bez wątpienia najambitniejsza powieść Mishimy, z którą miałem do czynienia, kolejno mnie zaintrygowała, olśniła, znużyła, aż wreszcie przyniosła mi ulgę. I być może moje zmieniające się odczucia były poniekąd paralelne temu, co było udziałem głównego bohatera powieści — młodego mnicha zen z japońskiej prowincji, który za wstawiennictwem zmarłego ojca, trafia do kompleksu świątynnego tytułowej złotej pagody. To historia, w której w równych proporcjach mieszają się rozczarowanie sobą i przekonanie o własnej wyjątkowości, gdzie narastający konflikt wewnętrzny przybiera formę nietypowej obsesji, urojonej miłości do pawilonu Kinkaku-ji. Ambicja Mishimy zawiera się gdzieś pomiędzy tym, że powieść luźno adaptuje prawdziwą historię, która w 1950 roku wstrząsnęła Japonią, a tym, że na gruncie psychologii i filozofii, także filozofii zen, dokonuje próby rekonstrukcji świata wewnętrznego tragicznego bohatera.

Wszystko to w doskonałym tłumaczeniu Anny Zielińskiej-Elliott i formie błyskotliwego solilokwium mnicha Mishimy w pierwszej tercji nabiera rumieńców i sprawia, że rumieni się czytelnik — tak przynajmniej było ze mną. Aż w pewnym momencie Mishima, jak na japońskiego pisarza prawie-noblistę przystało, zaczął się gubić w swoich dygresjach, analizować po raz drugi i trzeci to, co już zdążył wyczerpać chwilę wcześniej, brnąć w teoretyczne rozważania tam, gdy potrzeba było pchnąć tę historię choć trochę do przodu. Mogę tu życzliwie założyć, że w zamyśle autora było stopniowe przenoszenie akcji rzeczywistej do świata wewnętrznego bohatera, czego emanacją mogą być raczej lakoniczne opisy tego, co faktycznie się wydarzyło, co rusz przeplatane obszernymi tych skrawków analizami bohatera. Całości niewątpliwie nie brak charakteru czy meritum. Mimo trudniejszych momentów „Złota pagoda” jest intelektualnie, emocjonalnie, moralnie i literacko stymulującą lekturą.

Złota pagoda