
Taichi Yamada, „Obcy” · „W pogoni za dalekim głosem”, wyd. Muza 2007/2008
Krótka notka wysłana mejlem przez bibliotekę miejską głosiła — zarezerwowana książka czeka na odbiór w oddziale. Faktycznie kilka miesięcy wcześniej za sprawą głośnej ekranizacji ustawiłem się grzecznie w długiej kolejce oczekujących na „Obcych”. Tak oto Taichi Yamada wyrwał mnie z czytelniczego limbo. Choć zgodnie z prozą Yamady byłoby pewnie stosowniej napisać, że odpowiada za to jakaś moja przeszła emanacja, czuwająca, by obecny ja nie osiadł nadto na laurach (choć jej intencji nigdy nie można być pewnym).
Odrobiłem zadanie domowe — jak wspomniałem, widziałem adaptację Haigha, a ponadto, zupełnie nieświadomie, w maju przeczytałem drugą przetłumaczoną na polski powieść autora „W pogoni za dalekim głosem”, którą przed laty również wydała Muza, zapewne w nadziei, że uda się wypromować pisarza jako drugiego Murakamiego. Stan na dzisiaj jest jednak taki, że o Yamadzie mało kto słyszał, „Obcego” po premierze „Dobrych nieznajomych” nie da się absolutnie nigdzie znaleźć, poza tymi rzadkimi egzemplarzami bibliotecznymi, co do których nie spodziewano się zapewne, że będą do nich prowadzone zapisy. „Głos” z kolei jeszcze przed kilkoma miesiącami zalegał w księgarniach z tanimi książkami w cenie pięciu polskich złotych za egzemplarz. I myślę, że to całkiem nieźle zainwestowane pięć złotych, choć proza Yamady jest dość specyficzna, bardziej enigmatyczna i mniej kosmopolityczna niż Murakamiego. Jeśli kogoś po seansie filmu wiedzie ciekawość, by koniecznie dojść po nitce do kłębka, nie ma rady, trzeba sięgnąć po „Obcych”. W przeciwnym razie „Głos” wydaje się ciekawszą i nieco bardziej zniuansowaną pozycją.
Punkt wyjścia filmu jest paralelny do tego, co dzieje się w książce. Zmieniają się detale — para Haigha jest jednopłciowa, co w japońskiej prozie lat 80. byłoby cokolwiek trudne do wyobrażenia, historie postaci są nieco odmienne, inny jest chociażby powodów dla którego budynek, w którym mieszkają bohaterowie, pustoszeje. Do pewnego momentu jednak film kroczy scena po scenie po śladach książki, aż w pewnym momencie, zaczyna obierać swój własny kierunek, a książka zmierza gdzieś indziej. Haigh pięknie wykorzystał cały potencjał powieści Yamady — nie tylko nadał mu własnego (queerowego) kolorytu, ale dołożył od siebie całą dodatkową warstwę fabularną, dzięki której łatwiej było mu odejść od konwencji nomen omen horroru obyczajowego, by skupić się na sferze uczuć swojego bohatera. Yamada z kolei, choć z bohaterem sympatyzuje, podchodzi do niego z pewnym dystansem. Można by pewnie skwitować, że brakuje mu czułości Haigha, ale jego narracyjna powściągliwość ma specyficzny urok i także spełnia swoje zadanie. Nie znam się na folklorze japońskim (choć ciekawi mnie i pociąga, miewam więc z nim styczność), ale mam wrażenie, że historia Yamady w niemal każdym jej aspekcie dość mocno odzwierciedla tradycyjne wierzenia Japończyków. Bardziej niż zachodnie low fantasy (jak zazwyczaj u Murakamiego, a także we wspomnianej ekranizacji Haigha), to opowieść z rodzaju kaidan.
Dużo bardziej oryginalne w kontekście i japońskiej literatury, i samej narracji jest „W pogoni za dalekim głosem”. Główny bohater, strażnik graniczny, który nie potrafi ułożyć sobie życia, zaczyna odbierać (raczej niż słyszeć) kobiecy głos, a tej telepatycznej komunikacji towarzyszą rozmaite doznania cielesne. Z czasem poznajemy jego historię, zdecydowanie mniej sztampową niż tę bohatera „Obcych”, a jednocześnie zaczyna gęstnieć jego relacja z niewiarygodną siłą. Między obiema historiami są oczywiście pewne podobieństwa, choćby to, że Yamada trzyma się na dystans od bohaterów każdej z nich, ale o ile największą siłą „Obcych” jest ich kunsztowna ekranizacja, o tyle „Głos” pozostawia po sobie więcej niedopowiedzeń, które po zakończonej lekturze jeszcze przez jakiś czas wracają do czytelnika jak zjawy w japońskich opowieściach o duchach. No, może jednak trochę inaczej.


