Opublikowano

Otogizōshi. Księga japońskich opowieści

Otogizōshi. Księga japońskich opowieści

Dazai Osamu, „Otogizōshi. Księga japońskich opowieści”, wyd. Dialog, 2019


Nie miałem świadomości istnienia tych opowiadań i tego wydania do momentu, gdy przypadkiem nie trafiłem na nie w księgarni. Nie mogłem tego przegapić — oto Dazai Osamu, enfant terrible japońskiej literatury pierwszej połowy XX wieku, parafrazuje cztery klasyczne baśnie japońskie. Miałem wcześniej styczność ze zbiorem wydawnictwa Kirin, wydanym ładnie, ale napisanym bardzo infantylnie. Reinterpretacje Dazai miały być odtrutką na tamto rozczarowujące doświadczenie. I myślę, że w jakimś sensie były. Dazai jako artysta kompetentnie i twórczo przydał charakteru i niuansów wszędzie tam, gdzie prostym ludowym historiom musiało ich brakować. Tradycyjną szkicowość baśni Dazai dopełnił jednak nie tylko detalami fabuły, ale także próbami interpretacyjnymi, które w trzech ostatnich opowiadaniach coraz śmielej zastępowały obszerniejsze fragmenty oryginalnych historii. To sprawiło, że „Otogizōshi” przybrało raczej formę szkicowych zapisków pisarza, aniżeli zbioru japońskich opowieści. Kontekst II wojny światowej, który skłonił Dazai do zajęcia się baśniami, musiał być wówczas dla niego przytłaczający. Nie da się go zignorować. Z mojej perspektywy, współczesnego czytelnika, ostatecznie forma książki wydała mi się niezwykle chaotyczna. Fabuła historii przerywana co rusz przez wtrącenia z offu pozbawiła je ich oryginalnej magii na rzecz współczesnego dydaktyzmu. Z całym szacunkiem dla Dazai i jego zamierzeń względem tych historii, stoję na stanowisku, że racjonalizacja baśni powinna zostać pozostawiona czytelnikowi. Zmieszanie kunsztownie sparafrazowanych tradycyjnych opowieści z ich interpretacjami pozostawiło we mnie sprzeczne odczucia. To, co udało się Dazaiowi odtruć, zatruł on sam w zgoła inny sposób.

Otogizōshi. Księga japońskich opowieści

Opublikowano

Malarz świata ułudy

Malarz świata ułudy

Kazuo Ishiguro, „Malarz świata ułudy”, wyd. Albatros, 2022


Pamiętam, że gdy wręczano Kazuo Ishiguro literackiego Nobla kilka lat temu, media wytrwale podkreślały, że autor jest Brytyjczykiem, skutkiem czego ja sam podświadomie zakwestionowałem jego japońskość — kulturową, literacką, narodową. Pogłębiały to wrażenie głośne zachodnie adaptacje jego równie zachodnio prezentujących się powieści „Okruchy dnia” i „Nie opuszczaj mnie”. Mimo tego gdy wreszcie wybrałem z jego dorobku pozycję do przeczytania, instynktownie sięgnąłem po „Malarza świata ułudy”, którego akcja dzieje się w powojennej Japonii.

Jak poinformowała mnie nota na obwolucie pisarz w istocie urodził się w Nagasaki, ale w wieku zaledwie kilku lat wyjechał z rodziną do Wielkiej Brytanii, gdzie żyje i pracuje do dziś. Jego związki z kulturą własnej ojczyzny nie zostały zresztą zerwane, jak wcześniej sobie wyobrażałem i „Malarz” jest tego doskonałą emanacją. Ishiguro wraca do czasów, na krótko przed swoim narodzeniem, odtwarzając za pomocą pierwszoosobowego strumienia świadomości rozmaite wątki z życia poważanego emerytowanego już tytułowego malarza. Fabuła kluczy wokół kilku głównych wątków — próbami znalezienia męża dla młodszej córki (której wojna ukradła jej najlepsze lata), nawiązywania relacji z kilkuletnim wnukiem, ewolucji własnego stylu malarskiego i redefinicji pojęcia patriotyzmu z czasów wojny już po jej zakończeniu.

Wszystko splata się, trochę jak w filmie Ozu, w bardzo naturalnie płynącą opowieść, skrzącą się żywymi szczegółami, ale meandrującą, trochę jak w prozie Kawabaty, między tematami i co rusz powracającą do wcześniejszej myśli z jakimś nowo ukazanym kontekstem. Mimo niezbyt uporządkowanej chronologii i anegdotyczności przedstawionej tu historii, trochę jak na obrazach ukiyōe (do których nawiązuje zresztą tytuł książki), cechują ją prostota i przejrzystość. Pod tym względem jest w istocie do szpiku japońska, co na początku szczerze mnie zdumiało. Opowieść malarskiego mistrza charakteryzuje też jednak zbyt daleko idący w moim odczuciu dydaktyzm. Jest to oczywiście perspektywa narratora, ten jednak zbyt często dzieli się z czytelnikiem swoją wizją świata tam, gdzie można było zostawić go ze szlachetniejszym niedopowiedzeniem.

Ishiguro żywo maluje w powieści powojenny pejzaż nie tylko będących w odbudowie miast, ale przede wszystkim japońskiej obyczajowości i politycznych meandrów w kontekście życia artysty we wciąż dalece hierarchicznym społeczeństwie. To całkiem interesująca i kunsztownie napisana historia, która jednak, jestem przekonany, podobnie jak tytułowy „świat ułudy”, skazana jest na to, by wkrótce ulotnić się z pamięci nawet najuważniejszego z czytelników.

Malarz świata ułudy

Opublikowano

Lata

Lata

Annie Ernaux, „Lata”, wyd. Czarne, 2022


Aż odświeżyłem sobie listę literackich noblistów z ostatnich lat, żeby móc z przekonaniem stwierdzić, że to nie jest tak, że gdy jakiś pisarz dostanie tę nagrodę, ja zaraz rzucam się na jego dostępny akurat w danej chwili wycinek dorobku, żeby tylko móc jakkolwiek się wypowiedzieć. To był przypadek, że w moje ręce trafiły „Lata” Annie Ernaux. Przypadek, któremu nie umiałem i nie chciałem się opierać. Pisarka podobnie jak poprzedni francuski noblista, skądinąd jeden z moich ulubionych autorów w ogóle, Patrick Modiano, porusza tutaj temat pamięci tak zbiorowej, jak i indywidualnej. Robi to jednak nieporównywalnie inaczej.

„Lata” to oparta na kanwie życia Ernaux powieść-kronika, którą, jak szczerze stwierdza na jej kartach sama autorka, napisała, aby „uratować okoliczności swojego życia” przed zapomnieniem. To hołd złożony rzeczom ważnym i zupełnie przypadkowym, które jednak nie uległy jeszcze zapomnieniu. To zarazem bardzo intymna historia jednostki i doświadczenie pokoleniowe wielu splecione w naturalnym i nieodzownym uścisku upływających lat i przewracanych kartek. Ernaux nie tylko rezygnuje tu jednak z pierwszoosobowej narracji, ale otwiera się na kontekst swojego życia nawet bardziej używając naprzemiennie formy bezosobowej (że się było, czytało, kupowało, etc.) i mnogiej w dwóch wariantach — „byliśmy” i „byłyśmy”. Przyjemnie próbowało mi się odgadywać, w którym fragmencie Ernaux pisze raczej o sobie, w której jest głosem tego, co w danej chwili myśleli Francuzi, a w której staje się rzeczniczką swojego środowiska (którego otwarcie nie precyzuje, ale przez jej ocenę kolejnych wydarzeń czy postaci, można je sobie dowyobrazić). Jest szczera, nie sili się w swojej kronice na obiektywizację. Otwarcie kibicuje socjalistom, wyznaje wartości feministyczne i wydarzenia oraz idee związane z emancypacją kobiet są ważnym elementem tej historii, z niezwykłą zręcznością opisuje kolejne stadia ewolucyjne niepodzielnie rządzącego światem zachodu konsumpcjonizmu, udaje jej się uchwycić dający się łatwo w swojej oczywistości przegapić proces laicyzacji Francji, relacjonuje kolejne niepokoje społeczne i krucjaty polityczne przeciw rosnącej imigracji. Stara się opisywać rzeczy tak, jak w danej chwili sama je widziała lub ogólnie je widziano. Głosy wciąż się mieszają. Zupełnie jak w życiu.

Ten dość niezwykły sposób narracji z początku bez reszty mnie zafascynował, choć, jak się potem przekonałem, był drugorzędny w stosunku do tego, o czym Ernaux pisała. Mimo tego w trakcie lektury w pewnym momencie ogarnęło mnie (mylne) przeświadczenie, że to formuła się wyczerpała. Było to, gdy pisarka odnosiła się do kolejnych wydarzeń upolitycznionych lat siedemdziesiątych, pełnych obcych a przynajmniej obco brzmiących nazw i nazwisk (choć obszerne przypisy tłumaczy naprawdę pomogły mi w rozszyfrowaniu niejasnych kodów kulturowych), niezliczonych meandrów niekończącej się opowieści o walce o władzę (i prawa). Ożywałem za to zawsze, gdy tylko robiło się bardziej intymnie. Ernaux odnosiła się w tych fragmentach najpierw do swoich rodziców, rówieśników, później partnerów, dzieci, wnuków — relacje z ludźmi, tymi dookoła i tymi (wcale nie jednostronnymi!) ukrytymi za książkami, filmami, płytami, musiały stać się osią tej niezwykłej kroniki. W każdym przypadku Ernaux stara się zresztą szczerze odwzorować to, co w danej chwili myślała i czuła, przy czym (co stanowi dla mnie w dużej mierze o wartości tej książki) — uczucia i emocje są dla autorki równie ważne, co wydarzenia, których dotyczą. Dzięki temu nawet jeśli sam jako czytelnik, zupełnie od pisarki różny, widziałem rzeczy opisywane przez Ernaux nieco inaczej, jej perspektywa przez cały czas pozostawała dla mnie prawdziwa i bliska. Zastanawiałem się przy tym, jak na tę książkę zareagowaliby ludzie z mojego otoczenia — czy tak jak mnie ujęłaby ich czułość Ernaux w opisywaniu artefaktów swojej przeszłości? Czy mógłbym włączyć ich do własnej kroniki zdaniem „rozczulaliśmy się, gdy Annie Ernaux prowadziła nas przez okoliczności swojego życia” (a jakiś tłumacz być może dopisałby życzliwie w przypisie, że chodzi o „Lata”, które czytało się z przejęciem na jesieni 2022, gdy Ernaux dostała literackiego Nobla)?

Lata

Opublikowano

Nieznośna lekkość bytu

Nieznośna lekkość bytu

Milan Kundera, „Nieznośna lekkość bytu”, wyd. W.A.B. 2013


Są takie książki, po których przeczytaniu, ma się poczucie, że można się o nich wypowiedzieć jedynie w sposób pełny i konstruktywny, bo inaczej byłaby to ujma dla autora, który wspiął się dla nas na wyżyny elokwencji i nie sposób mu się nie odwdzięczyć. Nie sądziłem, że „Nieznośna lekkość bytu” Kundery może być dla mnie tego typu książką. Prawdę mówiąc, ta myśl opętała mnie dopiero po skończonej lekturze. Zacząłem dość lekceważąco. Może dlatego, że Kundera w ostatnim czasie kojarzył mi się głównie ze studentkami bohemistyki czy romanistyki (a bywa pewnie, że i jednego, i drugiego), które najpierw bez opamiętania zaczytują się w książkach autora, żeby kilka lat później oskarżać jego samego o mizoginię na forach czytelniczych i zaklinając się, że dopiero teraz wiedzą lepiej.

Nie chciałem być częścią tej grupy, postanowiłem być ponad to. Swojego poprzedniego Kunderę czytałem z ołówkiem w ręku, zakreślając każdy fragment, który miał wyrażać instrumentalne podejście autora wobec kobiet, zakładając oczywiście, że jego męscy bohaterowie mogą być traktowani jako bezpośrednie przedłużenie pisarza (co samo w sobie jest tezą śmiałą). Wszystko to było zupełnie daremne, podobnie jak ja sam próbujący zdystansować się do pisarza, którego lubię. W „Lekkości”, która jest chyba jego najszerzej znanym utworem, także za sprawą hollywoodzkiej adaptacji filmowej, Kundera nie ukrywa się za swoimi postaciami. Występuje otwarcie jako pisarz, narrator opowieści, którą sam wymyślił i odnosi się zresztą bezpośrednio do tego, jak i dlaczego tworzy swoje postaci, jak przy ich pomocy może przekraczać pewne granice, których nie ośmieliłby się przekroczyć w swoim własnym życiu.

Tym samym w kolejnych częściach (bardziej niż rozdziałach) poznajemy czwórkę głównych bohaterów zaplątanych nawet nie tyle w miłosny czworokąt, co w figurę o zmiennej i niełatwej do określenia liczbie wierzchołków. Jest Tomasz, zdolny i ambitny chirurg-erotoman; jest pisana mu w gwiazdach Teresa, miłośniczka książek, epizodyczna fotografka uciekająca ze wsi od przytłaczającej matki; jest Sabina, zbuntowana malarka, którą z Tomaszem łączy całkiem regularny romans i wreszcie Franz, genewski akademik, który potrzebuje bodźców, ale jest beznadziejnie wierny własnym zasadom. Kundera snuje opowieści, które dotyczą czasem tylko jeden ze swoich postaci, czasem mniej lub bardziej każdej z nich, plącze ich nici, a w ich umysłach sieje wątpliwość, czy to co ich połączyło to przypadek czy przeznaczenie. Każde z nich jest na swój sposób dla czytelnika intrygujące, ma swoje własne motywacje i każde z nich szuka: celu, szczęścia, spełnienia, jakkolwiek to nazwać.

Nie są to postaci skazane na ciężką fizyczną harówkę, która definiowałaby ich życie. Przeciwnie — na pierwszy rzut oka drzwi możliwości otwierają się dla każdego z nich, jeśli nie szeroko, to przynajmniej wystarczająco, by z tych szans skorzystać. A jednak mierzą się wciąż z jakimś niedającym się podrapać niepokojem, dylematem, może brakiem. Tak przynajmniej ja odczytuję przez pryzmat tych historii tytułową nieznośną lekkość bytu, rzecz wcale nieobcą i mnie, i, jestem przekonany, większości myślących i czujących Europejczyków. Dlatego to tak rezonuje. Postaci są opisane z niesamowitą precyzją i nawet jeśli Kunderze zdarza się stwierdzić coś banalnego, głupio próbować liczyć przypadki, które stanęły na drodze spotkania Tomasza i Teresy, uderzyć w melodramatyczną nutę, potrafi tę chwilę pisarskiej słabości ograć na swoją korzyść. Kanwą opowieści zmuszającą bohaterów do podejmowania dramatycznych decyzji jest oczywiście ówczesna sytuacja polityczna z punktem zwrotnym w postaci inwazji państw Układu Warszawskiego na Pragę w sierpniu 1968 roku, która rozpoczęła w Czechach okres politycznych represji. Bezlitosny system nadaje tu oczywiście bieg losom bohaterów, ale nie jest już, jak w „Żarcie”, w samym centrum zainteresowania pisarza, mimo że poświęca mu stosunkowo dużo uwagi.

Kundera pozwala sobie zresztą na wiele. Jest pewny tego, co i jak chce przekazać. Przed samym finałem powieści, wplata w jej bieg imponujący esej o kiczu jako zaprzeczeniu istnienia gówna, odkrywając jednocześnie jedno z narzędzi propagandowych znienawidzonego systemu opresji i motywację życiową jednej ze swoich postaci. Samo zakończenie książki wymykające się klasycznym formom zamkniętych historii, z jednej strony pozostawia czytelnika z przestrzenią na własne dopowiedzenie, z drugiej jasno przedstawia to, co on sam przeznaczył swoim bohaterom. Ten trudny do zrealizowania dualizm po raz kolejny akcentuje warsztat Kundery jako znakomitego pisarza. Na ostatniej prostej, gdy wreszcie ma wpaść w pułapkę melodramatycznego banału, którą, jak myślałem wówczas ja, sam na siebie przecież zastawił (sam się prosił!), robi zręczny unik: sam znika, a swoich bohaterów zostawia tête-à-tête z czytelnikiem.

Nieznośna lekkość bytu

Opublikowano

Serotonina

Serotonina

Michel Houellebecq, „Serotonina”, wyd. W.A.B. 2019


To całkiem zabawne, ale na zakończenie liceum moja szkoła podarowała mi „Cząstki elementarne” Houellebecqa. I to wcale nie tak, że ktoś docenił lub przecenił moją dojrzałość i wrażliwość — sam sobie ją wybrałem na chybił trafił. Spodobały mi się: nazwisko autora, wówczas absolutnie nieodczytywalne, okładka — od tamtej pory W.A.B wymyśliło chyba z dziesięć nowych szat graficznych przy okazji kolejnych książek Francuza; i oczywiście opis na tylnej obwolucie. Pamiętam jak obśmialiśmy z kumplami z klasy sformułowanie „rozpasanie seksualne”. Jako przeciętny polski licealista po humanie i rozszerzonej maturze z polskiego nie miałem oczywiście pojęcia o literaturze, ale tym razem byłem naprawdę zaintrygowany. Miałem poczucie sprawczości — oto będę czytał dorosłą książkę, którą sam sobie wybrałem, a za którą zapłaciła moja placówka oświatowa. Wtedy tego nie widziałem, ale było w tej wyprawce na świat coś symbolicznego. Wtedy też czytałem tego Houellebecqa jak słowo objawione. Nie było dla niego tabu — pisał, jak jest — nie miałem wątpliwości. Zwłaszcza że już wtedy mówili, że podobno nie ma już Francji i to się wszystko składało co do joty w jeden obraz.

Piszę o tym, bo chociaż lubiłem Houellebecqa i w kolejnych latach przeczytałem jeszcze kilka jego powieści (polecam zwłaszcza „Mapę i terytorium”, bo jest przewrotna, przełamując zwyczajową dekadencję autora wątkiem kryminalnym), od lat nie miałem ochoty do niego wracać. „Serotoninę” kupiłem zaraz po premierze i na trzy lata odłożyłem na półkę. Teraz sięgnąłem po nią, bo potrzebowałem czegoś znajomego, co mnie nie oszuka. I rzeczywiście od pierwszych stron wiedziałem, że na Houellebecqu można polegać. To kolejny tom w jego gorzkiej serii o upadku zachodniego człowieka. Tym razem bardziej otwarcie diagnozuje swojego bohatera już od samego początku — gość w średnim wieku ma depresję, czuje się przegrany, niekochany, wszystko jest bez sensu. Oczywiście jest inteligentny i ma pieniądze. Może więc rzucić wszystko z dnia na dzień i pogrążyć się w roztrząsaniu swojego upadku. Ktoś na obwolucie, jakaś mądra głowa, nie pomnę nazwiska, zasugerowała mocno, że to opowieść o narcyzie, czy nawet pokoleniu narcyzów. Może poniekąd, ale na pewno nie głównie. Nie jestem specjalistą od psychologii, ale to przede wszystkim obraz człowieka, który nie widzi dalszego sensu by żyć, a po dokonaniu drobiazgowej wiwisekcji piórem defetysty Houellebecqa (współczuję bohaterowi takiego autora), coraz bardziej utwierdza się w przekonaniu, że nic dobrego już go nie czeka.

I to jest dobrze opisana historia. Houellebecq co prawda zaznajomionego z nim czytelnika (czyli nie osiemnastoletniego mnie) niczym nie zaskoczy, ale czyta się go dobrze. Oczywiście upraszcza relacje damsko-męskie do aktów kopulacji, ale są też momenty, że sam podgryza i kwestionuje swoje własne teorie, co zawsze jest miłym ludzkim akcentem, gdy ma się przed sobą opowieść sterylnie napisaną przez wszechwiedzącego (czy przynajmniej — nieznoszącego sprzeciwu) autora. Podoba mi się też w „Serotoninie”, że trudniej niż w poprzednich książkach Houellebecqa, przychodzi czytelnikowi przeniesienie osobniczej perspektywy bohatera na ogół społeczeństw zachodu. Z jednej strony to na tej posępnej profetyce pisarz zyskał międzynarodowy rozgłos, z drugiej, z perspektywy, był to jednak chwyt dość tani. Mniej widowiskowa, ale uczciwsza jest taka intymna historia bez wielkiej moralizującej puenty, którą to historię czytelnik może sobie odnieść do czego i jak chce. Dzięki temu, mimo minorowego tonu tej powieści, muszę przyznać (z zaskoczeniem), że żaden inny Houellebecq mnie tak nie podbudował i nie zachęcił do działania jak „Serotonina”. Nie dlatego, że inni mają gorzej. Dlatego, że wiem, że jednak da się inaczej. A przynajmniej warto spróbować.

Serotonina

Opublikowano

Trzech panów w łódce (nie licząc psa)

Trzech panów w łódce (nie licząc psa)

Jerome K. Jerome, „Trzech panów w łódce (nie licząc psa)”, wyd. Zysk i S-ka, 2020


To niby nic odkrywczego, że komedie starzeją się gorzej niż dramaty, nawet jeśli w danej chwili cieszą się większym powodzeniem. Nie powinienem więc dziwić się, że późno dziewiętnastowieczne opowiadanie o wyprawie łódką opisywane jako zabawne, w istocie zabawne nie jest. A przynajmniej nie dzisiaj i nie dla mnie. Mimo wszystko jestem trochę zawiedziony, bo gdy odkryłem całkiem niedawno istnienie tego utworu, zapaliłem się do niego bardzo. Zetknąłem się z opinią (teraz już nie pamiętam gdzie i jak, ale wziąłem sobie ją do serca), że to rzecz nie tylko przystępna, ale też elokwentna, a przede wszystkim to „boki zrywać”. Następnego dnia miałem ją w ręce i zacząłem lekturę — obiecująco. Rys jest taki: mamy trzech angielskich dżentelmenów, którzy decydują się na wspólny rejs Tamizą. Jeden z nich jest hipochondrykiem, towarzyszy im pies, a po drodze czekają ich rozmaite perypetie. Bez szaleństw, ale może się udać.

Początek jest niezbyt lekki, ale niesiony swadą narratora, robi dobre wrażenie. Niestety kolejne rozdziały podobnie cierpią na deficyt akcji, a nadmiar piętrowo budowanych dygresji o wszystkim i niczym. Strumień świadomości napędzany niekończącymi się anegdotami, a akcja, trochę jak w telenoweli, poza kadrem. Bohaterowie przemieszczają się po rzece niemalże tylko dzięki temu, że książkę podzielono na rozdziały. Można więc przyjąć w kolejnym, że są już w nowym miejscu i stąd zacząć nowy łańcuszek anegdotek. Akcja, jeśli jest, to w postaci opisowego slapsticku — ktoś wpadł w rzeki, ktoś zrobił komiczną minę, ktoś się przewrócił. Śmiechu co nie miara. Zapamiętałem dwa momenty, kiedy uśmiechnąłem się do siebie, ale może były trzy, na pewno nie więcej. A czytało się koszmarnie — autor jest człowiekiem inteligentnym, ale pisze kompletnie o niczym w sposób przesadnie zawiły. Styl ma nie najgorszy, tłumaczowi mogę też uścisnąć rękę, gdy będę składał kondolencje — tego czasu, który spędził z tym tekstem, nie odzyska nigdy. Ja koniec końców sam bym się poddał w połowie (próbowałem), ale akurat na urlopie zdążyłem przeczytać już wszystko inne, co ze sobą miałem i nie było wyjścia.

Trzech panów w łódce (nie licząc psa)

Opublikowano

Dół

Sedno rzeczy

Andriej Płatonow, „Dół”, wyd. Czarne, 2017


Wpadłem do tego dołu wykopanego przez Płatonowa i nie mogłem się wydostać. Utknąłem. Zupełnie na serio. Fascynuje mnie czytanie o tej książce — przed rozpoczęciem lektury naczytałem się za wszelkie czasy, co uosabia, jak Płatonow z pisarza zakazanego wyrósł w ostatnim trzydziestoleciu na klasyka nad klasykami, etc. Rozpłynąłem się w metafizycznym, ale i merytorycznym wstępie Stasiuka, poczułem się dopieszczony posłowiem tłumacza Adama Pomorskiego. Sam tekst natomiast okazał się matnią. Może miał nią być. Miałem jako czytelnik poczuć ciężar uspołeczniania i odkułaczania. Miała mnie ta porażka nowego socjalistycznego raju wbić w ziemię.

Zakochałem się w stylu Płatonowa od pierwszych zdań. Był niezwykle poetyczny, ale sympatyzował z opisywanymi bohaterami — współtworzącymi rewolucję robotnikami. Była w nim pewna naturalna prostota wyrażająca rzeczy zupełnie abstrakcyjne — czasem dalece intelektualne, filozoficzne, próbujące bez skrupułów zdefiniować to, co było i to, co będzie. Płatonow był przewrotny, tekst był zupełnie niepozorny i całkowicie wywrotowy, pożeniony z narracją — analogicznie równie prostą i abstrakcyjną zarazem. To tylko pozornie opowieść o robotniku, który zwolniony z pracy, wyrusza w podróż w poszukiwaniu sensu życia i staje się trybikiem wielkiej machiny budującej kolektywnie socjalistyczną potęgę. W rzeczywistości to dojmujący portret całej tej potęgi i stojącej za nią machiny. Jest jedno takie zdanie, wypowiedziane przez Nastię, osieroconą dziewczynkę przygarniętą przez robotników, która z czasem staje się dla nich symbolem rewolucji, świetlanej uspołecznionej przyszłości narodu. „Wcale nie chciałam się urodzić, bałam się, że będę miała matkę burżujkę. Kiedy [Stalina] nie było, a żyli sami burżuje, to się nie rodziła, bo nie chciałam! A teraz, jak stał się Stalin, ja też się stałam!”

Szybko jednak styl ten, z początku tak ujmujący, zaczął mnie obezwładniać i przytłaczać, podobnie jak kręcąca się dookoła siebie samej opowieść, wprowadzająca kolejnych bohaterów, kolejne specyficzne wynalazki epoki, przez to stając się dla mnie coraz bardziej nieprzenikniona. Czytając, wyobrażałem sobie „Dół” jako film Tarkowskiego, w którym zbyt wiele męskich postaci zbyt podobnych do siebie, by móc je rozróżnić, prowadzi intelektualne dysputy gdzieś w rogu długiego czarno-białego ujęcia akcentującego księżycowy krajobraz radzieckiej wsi przytłoczonej zimową szarugą. Było w tej opowieści coś bezkompromisowo antyludzkiego, formalnego, oschłego, zdystansowanego — z pewnością celowo — co nie tylko kreśliło sytuację bohaterów wyjątkowo posępnie, ale odbierało szansę czytelnikowi na nawiązanie z nimi jakiegokolwiek kontaktu. Dlatego wpadłem w dół i utknąłem. Straciłem wszelki napęd, by doprowadzić lekturę do końca, aż zebrałem się znowu w sobie i jednym haustem połknąłem resztę, jak połyka się truciznę. Taka to była książka.

Sedno rzeczy

Opublikowano

Sedno rzeczy

Sedno rzeczy

Natsume Sōseki, „Sedno rzeczy”, wyd. Państwowy Instytut Wydawniczy, 1973


Kilka dobrych lat siłowałem się ze sobą nad „Sednem rzeczy” Natsume Sōsekiego. To ponoć najlepiej sprzedająca się powieść w Japonii i absolutnie klasyczna rzecz. Sōseki jest zresztą tuzem wczesno-XX-wiecznej literatury japońskiej, postacią o statusie porównywalnym do naszego Sienkiewicza, który podczas swojej krótkiej, trwającej ledwie dekadę kariery literackiej, stworzył wiele utworów uznawanych za kanoniczne, na czele z „Sednem rzeczy” właśnie. Jedyne fizyczne polskie wydanie ukazało się w latach 70. i książkę tę może nie tyle trudno zdobyć, co trzeba albo zapłacić odpowiednio wysoką cenę, albo znaleźć bibliotekę, która miałaby ją na stanie, co zdecydowałem się zrobić ja. W dystrybucji cyfrowej bez trudu można za to dostać ebook i audiobook.

„Sedno rzeczy” to w gruncie rzeczy dość uniwersalna historia, osadzona w realiach dawnej Japonii końca ery Meiji, o relacji ucznia i mistrza. Formalnie autor podzielił ją na trzy części, ale ja od początku czytałem ją jako dwie komplementarne ze sobą historie. Pierwsza (zajmująca dwa rozdziały) opowiedziana jest z perspektywy ucznia, odkrywającego życie studenta w Tokio, mierzącego się z oczekiwaniami pozostawionej w Kamakurze rodziny. Druga stanowi wyznanie mistrza, człowieka w średnim wieku — posępnego, tajemniczego i samotnego, którego młodość była w pewien sposób paralelna obecnej sytuacji studenta i być może dlatego sensei w pewnym momencie decyduje, by opowiedzieć mu szczerze o sobie. W tle tych wydarzeń, nie bez wpływu na nie, wraz ze śmiercią cesarza Meiji dokonuje się koniec epoki, a rozpoczyna okres mimowolnych podsumowań, przygotowujący na widomie nadchodzące nowe. To podwójna powieść psychologiczna — pokazująca obie postaci z dwóch pierwszoosobowych perspektyw, odkrywająca ich sposoby myślenia o życiu: w szczególności sobie w relacji z innymi i innych w relacji ze sobą. W pierwszej kolejności widzę „Sedno rzeczy” jednak jako powieść o złożonej problematyce moralnej, wnikliwie analizowanej zwłaszcza w trzecim rozdziale z perspektywy senseia na kanwie jego własnej opowieści.

Nie mam narzędzi filozoficznych, żeby jego wnioskowanie czy postępowanie ocenić, ale bez reszty mnie ten wywód zafascynował — także na poziomie stricte fabularnym, bo historia wraz z niewątpliwym twistem w połowie powieści nabiera i rumieńców, i rozpędu. Pomimo dość powściągliwego sposobu opisywania rzeczywistości, akcja toczy się nadzwyczaj wartko, a Sōseki zdaje się nie mieć w zwyczaju wracać do już wcześniej opisywanych wątków, by wprost nadać im nowego znaczenia, co jest dość charakterystyczne dla wielu japońskich autorów. Wyciągnięcie wniosków zostawia na wzór anglosaski samemu czytelnikowi. Jest temu zresztą wierny aż do samego końca powieści, która być może dlatego fascynuje i obezwładnia czytelników od ponad stu lat. „Sedno rzeczy”, w oryginale „Kokoro”, mogące oznaczać zarówno serce, ducha, jak i umysł, to znakomita gimnastyka tak umysłowa, jak i uczuciowa. Kompetentna próba zdefiniowania istoty człowieczeństwa przy pomocy opowieści.

Sedno rzeczy

Opublikowano

Niewidzialne potwory

Niewidzialne potwory

Chuck Palahniuk, „Niewidzialne potwory”, wyd. Niebieska Studnia, 2010


Gdyby „Niewidzialne potwory” miały zostać przeniesione na ekran kinowy, adaptacją powinni zająć się wespół Pedro Almodóvar i Quentin Tarantino. Ten pierwszy otoczyłby opieką queerowych bohaterów, a ten drugi nadał pokręconej akcji pełnej cynicznego humoru odpowiedniej barwy i dynamiki. Mimo wszystko „Niewidzialne potwory” pozostałyby telenowelą, nawet gdyby twórcy zdecydowali się pozbyć się uderzającego czytelnika obuchem zakończenia.

Nie ma w tym zakończeniu zresztą niczego złego, bo Palahniuk wykroił je z tej samej tkaniny, co całą książkę. Sięgnąłem po nią, bo potrzebowałem czegoś niespodziewanego, nieszablonowego, niesłychanego. Niesłychanego czytadła, jak się okazało. Post-popkulturowego harlekina, który z jednej strony rozkosznie ironizuje wszystko, z drugiej na płaszczyźnie samej historii jest zupełnie tym, co sam wyśmiewa. Oto historia supermodelki, która w wyniku wypadku traci pół twarzy. Zrezygnowana poznaje transkrólową i postanawia uciec z nią w nieznane. Tym samym to w sumie powieść drogi, ale poszatkowana narracja, oparta od pierwszych do ostatnich stron na tym samym tricku fotograficznych przeskoków, skutecznie zaciera to wrażenie. Historia jest dziwaczna, nieźle opisana, nieobiecująca niczego, ale w sumie angażująca. Bywa, że Palahniuk uwodzi czytelnika jakimś porównaniem czy metaforą, chociaż jego głębsze obserwacje na temat plastikowej Ameryki i szeregu jej produktów, przemycane co rusz, niezbyt subtelnymi małymi dawkami, nie odkrywają, nomen omen, Ameryki. Niemal wszystkie postaci poza główną bohaterką są w jakiś sposób LGBT, a ich podejście do własnego ciała i seksu koresponduje z podejściem bohaterów Tarantino do przemocy. Tym samym sceny seksu są rachityczne i cyniczne, ale niczym sieć oplatają całą tę historię.

Koniec końców, chociaż główna bohaterka zdaje się przeżywać jakieś katharsis, ja odczułem zgoła co innego. Oto zamknąłem tę książkę na zawsze, mogę o niej uczciwie zapomnieć. To była wcale nie najgorsza przygoda, ale już wystarczy.

Niewidzialne potwory

Opublikowano

Dziewczyna z konbini

Dziewczyna z konbini

Sayaka Murata, „Dziewczyna z konbini”, wyd. Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2018


Na początku nie wierzyłem w narrację tej opowieści. Brnąłem dalej, bo była łatwa, a tej łatwości było mi potrzeba. Oto dziewczyna w spektrum autyzmu (co nie jest napisane wprost, ale diagnozę odczytać można między wierszami od pierwszych stron) z powodu problemów z dopasowaniem się do społeczeństwa, od 18 lat pracuje dorywczo w konbini (japońskim sklepie całodobowym w stylu naszych Żabek) i z pierwszoosobowej perspektywy opisuje rzeczy, które zauważa, ale ich nie rozumie. Jest w tym wszystkim naiwność na co najmniej dwóch poziomach — autorki rozumiejącej bardziej okoliczności życiowe swojej bohaterki niż ją samą, i tej bohaterki właśnie. To pierwsze odstręcza, to drugie intryguje, angażując empatię i emocje.

W miarę jak fabuła posuwa się naprzód, bohaterka konfrontuje się po raz kolejny i kolejny z oczekiwaniami mocno poukładanego w swoim przedwiecznym skostnieniu japońskiego społeczeństwa, którym nie potrafi sprostać. Nie wiem, czy to przyznanie konwencji prawa do bycia konwencją, ewolucja samej narracji, czy rosnące zainteresowanie bohaterką (być może wszystkie na raz), ale ostatecznie „Dziewczyna z konbini” zaczyna stawać się bardziej i bardziej wiarygodna. Nie podważam absolutnie motywów nieneurotypowej bohaterki — konsekwentnie z nią sympatyzuję. Pojawiło się też zresztą pewne wrażenie, z którego nie jestem dumny, ale muszę się do niego przyznać. A mianowicie te dość nierzeczywiste i dalekie zmartwienia głównej bohaterki połączone z jej kognitywną niewprawnością i prostą narracją autorki utworzyły dla mnie coś w rodzaju bezpiecznej przestrzeni, gdzie mogłem na tych kilka godzin schronić się przed moimi własnymi problemami. Zdaję sobie sprawę, że może to zabrzmieć protekcjonalnie, ale ostatecznie ja jako czytelnik sam chyba też wykazałem się tu pewną naiwnością.

Koniec końców choć jest to rzecz raczej niezbyt subtelnie wymyślona i napisana (choć może to kwestia tłumaczenia, tego nie sprawdzałem, ale zdziwiło mnie, że anglosaskich recenzentów cytowanych na obwolucie zachwyca poetyka języka Muraty), jest w tym wszystkim meritum, do którego warto dotrzeć. Nie chcę wyciągać teraz jakichś wielkich wniosków, że to my jesteśmy chorzy jako społeczeństwo, które wszystkich chce równać do swojego stereotypowego wzorca (chociaż to totalnie prawda) — bardziej skupiłbym się raczej na zaakcentowaniu bardzo realnych przecież zmagań z rzeczywistością (przede wszystkim w jej społecznym sensie) osób w spektrum, o których łatwo nam na co dzień zapomnieć, które łatwo odrzucić i ocenić pochopnie, niekoniecznie mając przy tym złe intencje. To może bardziej odezwa do Japończyków i Japonek, chociaż w Polsce można spotkać te same przekonania — że człowiek, który nie wypełnia swojej roli społecznej (realizowanej przez przydatną ogółowi pracę i potomstwo), jest jałowy. Otóż, to te przekonania są jałowe. I tu przybijam autorce piątkę.

Dziewczyna z konbini