Opublikowano

Niewiedza

Niewiedza

Milan Kundera, „Niewiedza”, wyd. W.A.B., 2015


Nie wiem o Kunderze wiele więcej, niż zamieszczono by w krótkiej nocie biograficznej. Sięgnąłem po „Niewiedzę” przez podwójny przypadek albo, jak to woli, podwójne przeznaczenie. Najpierw natknąłem się na „Niewiedzę” przy wyjściu z księgarni i po krótkiej i niezbyt merytorycznej ocenie postanowiłem wziąć ją dla matki, bo wiem, że tego nie czytała, a Kunderę lubi. I pewnie zawiózłbym ją jej bez zajrzenia do środka, gdybym nie trafił na instagramową dyskusję (to kurtuazyjny eufemizm, na Instagramie nie ma przestrzeni na dyskusje), o tym czy (czy raczej że) Kundera był mizoginem i świadczy o tym jego proza. Postanowiłem zweryfikować to tak, jak w tej chwili najlepiej mogłem — lekturą.

A proza Kundery, przyznaję, nie ucieka od relacji damsko-męskich. W „Niewiedzy” zresztą autor pisze z perspektywy aż trójki bohaterów (podobnie jak w „Żarcie” — dwóch kobiet i mężczyzny) oraz zewnętrznego narratora. Dwie z tych postaci, Irena i Josef, okoliczności zmusiły do wyjazdu z Czech w okresie komunizmu, odpowiednio do Francji i Danii, a teraz po 1989 roku, wracają w rodzinne strony i mierzą się z tym, co zostało utracone. Kundera nie stroni od kontekstu społeczno-politycznego zarówno wówczas, jak i obecnie, ale w centrum pozostaje u niego indywidualne doświadczenie migracji. Podpiera się co rusz to analizą „Odysei”, wielkiej migracyjnej epopei, to historią życia austriackiego kompozytora Arnolda Schoenberga, który przed wojną uciekł do Ameryki, a w swoich ocenach przyszłości pomylił się prawie tak bardzo jak Jan Skácel (o trzysta lat) — ale w ocenach przyszłości zwykle wszyscy się mylimy, uspokaja Kundera.

To jego własne rozważania nad pamięcią (i jej władzą nad człowiekiem), tęsknotą i śmiercią oraz ich uwydatnianymi przez wielkie powroty po latach przeciwieństwami — zapomnieniem, obojętnością i, jakże by inaczej, erotyzmem. To jego własne doświadczenie emigracyjne musi być osią tej fabularyzowanej prozy uciekającej czasem w anegdoty i intrygujące czytelnika w pierwszej kolejności nakreślonym tutaj splotem zdarzeń, który jednak wcale nie byłby konieczny, bo to nie on po zakończeniu lektury pozostawia czytelnika w stanie zawieszenia. Ale Kundera nie traktuje swoich postaci przedmiotowo. Każdemu ze współnarratorów ofiaruje sporo empatii. Czy Josefowi więcej niż Irenie i Miladzie? Tego nie umiem jednoznacznie ocenić. Uważam jednak, że ani stosunek pisarza do swoich bohaterów (który ja ogólnie oceniam jako serdeczny, ale może mylę go z własnym do nich stosunkiem, nie wiem), ani ewoluujące namiętnie przez lata relacje pomiędzy nimi, nie stanowią o jakości „Niewiedzy”, ani też prozy Kundery w ogólności.

Niewiedza

Opublikowano

Księga herbaty

Księga herbaty

Kakuzo Okakura, „Księga herbaty”, wyd. Karakter, 2017


Z żądzy wrażeń jako czytelnik niecierpliwy, niezbyt wytrwały i stosunkowo powolny postanowiłem rozpocząć ten rok od książek stosunkowo najkrótszych. Niespełna stu stronicowy esej z początku XX wieku o japońskiej ceremonii herbaty wydał się do tego celu stworzony.

Nie pisałem o wcześniejszych pozycjach z przepięknie wydanej serii wydawnictwa Karakter zbierającej klasyczne japońskie eseje o sztuce — „Strukturze iki” Shūzō Kukiego ani „Pochwale cienia” Jun’ichirō Tanizakiego — obie były obietnicami, że staną się portalami do świata, którego już nie ma, a który uczciwie poznany, choćby po trosze, miałby szansę na pełniejsze poznanie mojego tu i teraz. I obie wypełniły je połowicznie, merytoryczne w swoich polach dywagacje, okrywając peleryną słusznego znużenia. Dlatego po „Księdze herbaty” Kakuzo Okakury, o której istnieniu nie miałem zresztą pojęcia aż do zeszłorocznych Targów Dobrych Książek, nie spodziewałem się więcej.

Tymczasem „Księga herbaty” poruszyła mną bez reszty zarówno formą, jak i treścią. To z jednej strony jakby mistrzowski wykład (dla, co ważne, człowieka zachodniego, niewtajemniczonego w ścieżki Dalekiego Wschodu), z drugiej zaś poetycka opowieść o ładzie i harmonii, która niczego nie narzuca, a wiele wyjaśnia. Herbata to zresztą jedynie punkt wyjścia do snucia synkretycznych rozważań o filozofii, religii, sztuce, architekturze i życiu w ogóle. To ta brama, której od dawna szukałem, i przez którą pragnąłem przejść. Drogowskaz na ścieżce (dla mnie odrobinę paradoksalnej, ale zupełnie zrozumiałej) cierpliwego i wytrwałego dążenia i stawania się.

Gdybym z mniejszym wyczuciem podchodził do treści eseju, mógłbym zbudować ten wpis z samych tylko cytatów. Posłużę się jednym, który trafił gdzieś blisko:

„Dla współczesnego Chińczyka herbata to pyszny napój, ale nie ideał. Długoletnia niedola kraju obrabowała go z poczucia radości i sensu życia. Stał się człowiekiem nowoczesnym, to znaczy starym i rozczarowanym. Stracił wzniosłą wiarę w złudzenia, która stanowi o wiecznej młodości i sile poetów oraz ludzi z dawnych epok”.

Ksiega herbaty

Opublikowano

27 śmierci Toby’ego Obeda

27 śmierci Toby'ego Obeda

Joanna Gierak-Onoszko, „27 śmierci Toby’ego Obeda”, wyd. Dowody na Istnienie, 2019


Mocowałem się z tą książką, przyznaję. Nie dlatego, że była źle napisana, przeciwnie, gdyby napisano ją gorszym stylem, mniej rzeczowo, z mniejszą empatią, być może jej temat, by mnie tak nie dotknął. A tymczasem uczyniłem z tej lektury temat jednej z moich cyklicznych konwersacji językowych z mieszkającą w Kanadzie Japonką — niczego się zresztą niedomyślającą.

„27 śmierci Toby’ego Obeda” to mozaika wzajemnie przeplatających się historii nadużyć, przemocy, wykorzystywania seksualnego, dehumanizacji, pozbawienia poczucia przynależności, kultury i języka pierwszych ludów zamieszkujących tereny dzisiejszej Kanady. To historia wielopokoleniowej krzywdy mająca tysiące twarzy i nazwisk — ocalałych i oprawców. Historia, która na zawsze zmieniła dzieje Kanady i Kanadyjczyków. Od końca XIX wieku aż do lat 70. dzieci rdzennych mieszkańców Kanady były odbierane rodzicom i przymusowo umieszczane w szkołach z internatem prowadzonych zwykle przez rozmaite kościoły chrześcijańskie. W instytucjach dochodziło do nadużyć wobec dzieci na niewyobrażalną skalę, której namiastkę z bezlitosną szczerością opisuje w swoim reportażu Joanna Gierak-Onoszko.

Po „27 śmierci” warto sięgnąć nie tylko dlatego, by wiedzieć. To lekcja wrażliwości dla nas wszystkich. Lekcja, której potrzebujemy także w Polsce, by mierzyć się z trudnymi rozdziałami naszej historii. Bo Kanada, jakkolwiek w dalszym ciągu nie jest do końca zgodna, jak o sprawie mówić, jak postępować dookoła niej, podjęła trud, aby rozmawiać otwarcie, zadośćuczynić i odciąć się od oprawczego dziedzictwa, dla którego nie może być usprawiedliwienia. „Takie były czasy” — słowa, które Gierak-Onoszko przywołuje wielokrotnie w swoim tekście nie mogą służyć już za wyjaśnienie. To słowa, które wszyscy kiedyś słyszeliśmy w odpowiedzi na pytania o wyrządzone kiedyś krzywdy, a które są przecież pośrednim tłumaczeniem sprawców.

„Robimy to, co nam robiono” — przemoc zawsze rodzi przemoc, to kolejna mocna lekcja, której udziela nam lektura, nie oszczędzając brutalnych przykładów. Stres pourazowy, alkoholizm, przemoc fizyczna i seksualna, samobójstwa, poczucie pustki wywołane oderwaniem od korzeni — to problemy, z którymi do dziś zmagają się ocaleńcy, ich rodziny i potomkowie. Z czułością przedstawiając swoich bohaterów i przenikliwie analizując pokłosie narodowej zbrodni w oczach kanadyjskiej opinii publicznej, Gierak-Onoszko w „27 śmierciach” brawurowo kreśli też szeroką perspektywę społeczno-polityczną. To złożona i delikatna sprawa, o której jednak nie wolno nam zapomnieć dla naszego wspólnego dobra.

27 śmierci Toby'ego Obeda

Opublikowano

Trzy nowele

Trzy nowele

Patrick Modiano, „Trzy nowele”, wyd. Yale University Press, 2014


Gdybym naprawdę umiał czytać po francusku, to zacząłbym od tych rozlicznych powieści Patricka Modiano, których jeszcze nie przetłumaczono na polski. Tymczasem przypadkiem natrafiłem na prawdziwie amerykańskie wydanie (3w1) trzech nowel związanego z Paryżem pisarza oryginalnie wydawanych osobno między 1988 a 1993 rokiem. Wszystkie trzy są w pewnej mierze autobiograficzne, co jednocześnie fascynuje i zdumiewa, zwłaszcza gdy zestawiono je tu obok siebie, że mogą odnosić się do życia jednej i tej samej osoby.

Patrick Modiano słynie z brodzenia w przeszłości, przechadzania się po paryskich ulicach, skrupulatnego wyliczania adresów tych przechadzech i nazwisk towarzyszy, o ile jeszcze nie zostały zapomniane. W centrum jego twórczości zawsze skrywa się niepopularna współcześnie sztuka odpominania. Te trzy nowele są, każda na swój sposób, jednymi z wielu w jego dorobku próbami, by nie zapomnieć. I choć Modiano, posiłkujący się zapewne artefaktami z dawnych czasów, własnymi skrupulatnymi notatkami i metodami dziennikarza śledczego, pamięta po kilkudziesięciu latach zaskakująco dużo — wciąż są to próby, impresje na temat życia ludzi skazanych na zapomnienie.

Pierwsza historia „Chien de printemps” (ang. „Afterimage”) to przedziwny portret ekscentrycznego fotografa Francisa Jansena, podopiecznego tego Roberta Capy, który po latach unikania ludzi, pewnego dnia pakuje swoje walizki i wyjeżdża do Meksyku, gdzie kontakt z nim na zawsze się urywa. Modiano pracujący w owym czasie jako jego asystent-archiwista, po latach próbuje połączyć porozrywane końce tej historii, poszukując pozostawionych śladów i wspólnych znajomych. Nieco groteskowego charakteru tej historii dopełniają nachodząca Jansena w tamtym czasie dziewczyna i jej kipiący z zazdrości mąż mim.

Druga opowieść „Remise de peine” (ang. „Supended Sentences”) to kolejny osobliwy obraz, tym razem wczesnoszkolnego dzieciństwa małego Modiano, gdy wraz z bratem przez ponad rok pod nieobecność matki aktorki i ojca wagabundy wychowywani byli w osobliwym domu prowadzonym przez cztery kobiety (spośród których jedna była byłą akrobatką cyrkową, a dwie były matką i córką), w którym w różnych okolicznościach, bez baczenia na panujące konwenanse, przyjmowano wiele postaci tyleż szykownych, co podejrzanych. Modiano przedstawia całą sytuację z właściwą dziecku naiwnością i prostotą, co w połączeniu z jego enigmatycznie poetycznym sposobem pisania przydaje historii tajemniczości i charakteru.

Trzecia nowela „Fleurs de ruine” (ang. „Flowers of Ruin”) to powrót do czasów, gdy Modiano jako dwudziestolatek stawiał swoje pierwsze kroki jako pisarz i po 30 latach postanowił przeprowadzić osobliwe śledztwo, by spróbować zrozumieć, co mogło zdarzyć się 24 kwietnia 1933, gdy w jednym z paryskich mieszkań młoda para popełniła samobójstwo. Tak jak we wszystkich umieszczonych w zbiorze historiach, i tutaj Modiano błyskotliwie miesza rozmaite płaszczyzny czasowe, błądząc po śladach swoich bohaterów ulicami Paryża i próbując na tej podstawie odtworzyć to, czego odtworzyć się nie da.

Miałem pewne wątpliwości, czy Modiano po angielsku zachowa liryczną prostotę, która cechuje polskie wydania jego książek, ale tłumaczenie Marka Polizzottiego oddaje zgoła ten sam charakter, za którym, przeczytawszy już dostępne na polskim rynku pozycje, nader się stęskniłem. Być może jedynie, amerykańskie 3w1 w przypadku prozy Modiano, to odrobinę zbyt wiele, by móc zanurzać się w jego historie i wynurzać się z nich raz za razem. To lektury, które potrzebują, by zaczerpnąć po nich świeżego powietrza, być może podczas spaceru śladem jakiejś własnej historii, której nie da się już w zupełności odpomnieć.

Trzy nowele

Opublikowano

Śmierć komandora

Śmierć komandora

Haruki Murakami, „Śmierć komandora”, wyd. Muza, 2018


Powieści Murakamiego zazwyczaj towarzyszą mi podczas urlopów albo dalekich podróży, kiedy potrzebuję czegoś jednocześnie lekkiego, angażującego i nieco szalonego. W tym kontekście twórczość pisarza sprawdza się znakomicie. Także dlatego, że odtwarza pewien znany mi i oczekiwany przeze mnie schemat. Tak samo było w przypadku obu części „Śmierci komandora”.

Choć zarówno oryginalne, jak i polskie wydanie powieści rozbito na dwa tomy, po lekturze całości trudno chyba przyznać, że jest to dylogia z prawdziwego znaczenia. Raczej powieść technicznie rozbita na dwie, żeby nie obciążać nadto głów i kręgosłupów podróżujących czytelników. Dzięki temu zabiegowi i mnie naturalnie przyszło rozłożenie lektury na dwa wyjazdy.

„Śmierć komandora” to kolejna zawiła fabularnie, ale napisana w sterylny sposób powieść low fantasy, w której losy głównych bohaterów splatają się w przedziwnych, niewytłumaczalnych okolicznościach po to, by wszystko w ich życiu jednocześnie zmieniło się i pozostało takie samo.

Tym razem głównym bohaterem jest pozostawiony przez żonę bez uprzedzenia malarz-portrecista, który dzięki pomocy jedynego przyjaciela znajduje sobie nowe miejsce do życia na japońskiej prowincji w domu zamieszkiwanym wcześniej przez ojca tamtego — słynnego malarza obrazów w stylu japońskim. Nasz bohater odnajduje w tym miejscu nową energię twórczą, odkrywając wspólnie z nowymi sąsiadami — ekscentrycznym milionerem oraz uczennicą szkoły średniej i jej ciotką — kolejne z jego nieprzeniknionych sekretów. To oczywiście prowadzi do rzeczy zupełnie nieoczekiwanych i niesamowitych, które dzieją się zgodnie z ich naturą, czego z kolei oczywiście nie rozumiemy z początku ani my, ani nasi bohaterowie.

To kolejna odsłona tego samego schematu, którego opracowanie i rozwinięcie Murakami opanował do perfekcji na przestrzeni ostatnich 30 lat, ale trzeba przyznać, że zgodnie z obietnicą (jaką sam sobie złożyłem, wynosząc spontanicznie z księgarni oba tomy w przededniu letniego wyjazdu) wystarczająco angażująca. Pierwszy tom, jak można się domyślić, jest jak rozłożenie puzzli na podłożu i próba dopasowania do siebie elementów tak, by stworzyły ramkę. Gdzieniegdzie autor odkrywa kilka większych pasujących do siebie elementów, ale za właściwe wypełnianie układanki zabierze się oczywiście dopiero w drugiej książce.

Ta zresztą też nie jest szaloną jazdą bez trzymanki — Murakami jest (przesadnie) skrupulatny, każdą rzecz, którą da się wyjaśnić musi (w ramach jakiejś własnej neurozy) rozłożyć na czynniki pierwsze. Dla przeciwwagi zawsze też zostawia czytelnika z wieloma takimi, których wyjaśniać nie zamierza — zwykle tymi, które najbardziej tego wyjaśnienia się domagają. Lubi też powtarzać te same, odkryte przed czytelnikiem już fakty, jak gdyby bał się, że ten się pogubi (bo w sumie jest w czym), ale bardziej przemawia przez niego próba uporządkowania nieporządnej rzeczywistości, czy raczej tej jej części, którą uporządkować się da. Ta dwoistość jest w sumie dla czytelnika przyjemna. Podobnie jak maniera przeplatania wątków tak, żeby jeden hamował drugi, jeśli tamten zbytnio się rozpędzi. Dzięki temu wszystkiemu historia jest silniej osadzona w rzeczywistości, co paradoksalnie pomaga w oswojeniu elementów fantastycznych. A tych jest tu całkiem sporo. Trudno jednak po raz kolejny nie dostrzec w zachowawczym, uważnym i odrobinę ekscentrycznym zachowaniu wszystkich głównych bohaterów kolejnych twarzy pisarza, którego największym odstępstwem od własnej normy w tym względzie jest najwyraźniej decyzja, by jedna postać słuchała wyłącznie synth popu z lat 80. z kaset, a druga opery i jazzu na gramofonie.

Koniec końców, mimo braku fajerwerków, „Śmierć komandora” jest całkiem udaną powieścią Murakamiego — lekturą być może w jego bibliografii drugorzędną, ale jednak ogólnie ponadprzeciętnie przyjemną, przynajmniej w kontekście, który przedstawiłem wyżej. Opisany schemat, z którego autor uczynił swój znak rozpoznawczy, wciąż lepiej realizują jednak inne jego książki — „Kafka nad morzem” (z rozczarowującą kulminacją, ale niezapomnianymi, dużo bardziej żywymi i rozwojowymi postaciami) oraz trzytomowe „198Q” (nieco nazbyt rozwlekłe, ale totalnie odklejone i wciągające).

Śmierć komandora

Opublikowano

Nie ma powrotu

Nie ma powrotu

Thomas Wolfe, „Nie ma powrotu”, wyd. Czytelnik, 1959


Thomasa Wolfe’a poznałem przez Damiena Jurado, który przyznał mu rację w jednym z pierwszych wersów dedykowanej mu piosenki „Dear Thomas Wolfe”. Od tego czasu nazwisko to wracało do mnie mimochodem i niezobowiązująco, odczuwalnie jednak zaznaczając swoją obecność gdzieś nieopodal. Mimo braku dostępności literatury Wolfe’a w Polsce (jedyne wydania jego utworów ukazały się na przełomie lat 50. i 60.), wreszcie zdecydowałem się na wielkogabarytowy zakup antykwaryczny i w sam raz na nowy rok listonosz przytaszczył mi podarunek w postaci kopii „Nie ma powrotu”. Musiało jednak nastać lato, abym uczciwie mógł pogrążyć się w lekturze, i jesień, abym mógł tę lekturę zakończyć. W międzyczasie potrzebowałem miesiąca przerwy, która sfermentowała resztki mojej kruszejącej wówczas irytacji w zrozumienie i doznanie.

Mówi się, że początki bywają trudne, ale ten konkretny początek rzucił cień na swój przedmiot na tyle ciemny i długi, że niemalże lekturę przerwałem. Miałem poczucie, że Thomas Wolfe mnie wołał, skoro więc tego głosu posłuchałem, dlaczego miałby nie oczarować mnie od pierwszej strony — myślałem butnie. Byłem w swoim usposobieniu trochę jak główny bohater Wolfe’a na początku powieści, który rozgorączkowany zdążaniem do własnego celu, traci z oczu szerszy kontekst. Owy bohater, George Webber, jest przynajmniej w znacznej części wzorowanym na samym Wolfie początkującym pisarzem, który spędziwszy lata swojego dzieciństwa i dojrzewania w Libya Hill, niewielkim miasteczku na południu Stanów Zjednoczonych, popędzany intelektualną i społeczną ambicją wyjeżdża do Nowego Jorku, by zostać pisarzem. Poznajemy go na etapie, gdy jego pierwsza powieść jest już niemal ukończona, a on sam świeżo powrócił z Europy i próbuje na nowo odnaleźć się w Ameryce, dając wyraz swojej niezaspokojonej ambicji. Wolfe opisuje codzienność młodego pisarza, poświęcając wiele uwagi jego otoczeniu i rozmaitym czynnikom, które mogły (ale wcale nie musiały, bo powiązania te nie są zaznaczone wyraźnie) kształtować jego światopogląd.

Niestety proza Wolfe’a z początku wydała mi się staroświecka, niewspółmiernie rozwlekła, irytująco mało koherentna. Wolfe przedstawiał swoich bohaterów nieśpiesznie, z lubością poświęcając kolejne strony detalom, które ku rozpaczy czytelnika bardzo często były jedynie wyrazem swoistego fetyszu autora. Pod tym względem można nazwać „Nie ma powrotu” antykryminałem, bo jeśli Wolfe wprowadziłby w akcję utworu rewolwer, zrobiłby to obszernie na kilku stronach, opisując najpierw jego zdobną rękojeść, dalej osobę jego właściciela, a skończyłby ogólną refleksją na temat broni palnej w Ameryce z punktu widzenia tamtejszego społeczeństwa, mieszając w to oczywiście swojego głównego bohatera. Jeśli jednak jakimś cudem rewolwer ten wystrzeliłby, to z pewnością nie w tej powieści. Długie opisy Wolfe dzielił w sposób niezbyt spójny z fabularną stroną tekstu swoimi własnymi spostrzeżeniami — w dużej mierze niezbyt subtelnymi moralitetami wynikającymi z postępującego rozczarowania pisarza amerykańskim kapitalizmem pogłębionego świeżym wciąż w jego pamięci wielkim kryzysem, który w niespotykanej dotąd skali dotknął cały kraj — od Nowego Jorku po Libya Hill.

Trudno mi jednoznacznie ocenić, na ile to ja przekonałem się z czasem do sposobu, w jaki Wolfe traktuje materię swoich rozważań, a na ile to on jako autor w trakcie tworzenia „Nie ma powrotu” ewoluował wraz ze swoim bohaterem — mam wrażenie, że oba te zjawiska zaistniały w jakiejś proporcji. Zanim jeszcze przerwałem lekturę na miesiąc (dosłownie, lżejszymi, pozycjami urlopowymi), akcja zagęściła się. Bohater Wolfe’a wydał swoją książkę, w której szeroko rozpisywał się o obyczajach w Libya Hill, co nie spodobało się jego mieszkańcom (a prywatnie znajomym pisarza), a Amerykę dotknął, wspomniany już, wielki kryzys. Wolfe w swoich obserwacjach stał się bardziej przenikliwy i uniwersalny — coraz śmielej i częściej dotykał natury człowieka, i coraz bardziej przeplatał swoje własne stanowiska (jako narratora) z tym, co czuł i myślał jego bohater. Wszystko coraz bardziej składało się w całość. George Webber uczył się na własnych błędach, podejmował odważne decyzje osobiste i zawodowe, podążał za swoim wewnętrznym głosem, dążył do realizacji swoich ambicji i wkrótce zaczął pracować nad drugą książką. Wolfe wysłał go nawet do nazistowskich Niemiec w przededniu drugiej wojny światowej, co stało się jednym z formujących go doświadczeń.

I zarówno ta odarta z beztroski i złudzeń wizyta w Niemczech, jak i pokłosie wydanej przez niego powieści, ale tak naprawdę wszystkie te codzienne rzeczy, które z taką pasją opisywał Wolfe można z powodzeniem odnieść do tytułu powieści. Wszystko to, rzeczy czasem w danej chwili śmiertelnie ważne, czasem zupełnie trywialne, musiało przeminąć i nie ma powrotu. Dochodzenie do własnej zgody na to jest często procesem żałobnym rozłożonym na długie lata. Historia George’a to wciągająca kanwa dla uniwersalnych rozważań Wolfe’a — bardziej chyba z pogranicza socjologii i psychologii, aniżeli filozofii, ale właśnie to poszukiwanie jednostkowego zrozumienia dla natury rzeczy wydaje się sercem „Nie ma powrotu”.

Nie ma powrotu

Opublikowano

Podróżny i światło księżyca

Podróżny i światło księżyca

Antal Szerb, „Podróżny i światło księżyca”, wyd. Państwowy Instytut Wydawniczy, 2017


Ta książka nadała mojemu tegorocznemu latu głębię, której nie spodziewałem się dosięgnąć. Nasyciła nią kolejne upalne dni i nastroiła na podróż, na którą, nie sądziłem, że kiedykolwiek będę miał ochotę. A stało się to dlatego, że jako czytelnik jestem trochę jak dziecko we mgle. Wybieram swoje książki impulsywnie i rzadko kiedy rozpoczynając lekturę, mam jakiekolwiek pojęcie o fabule, czy nawet o samym autorze. Tak było i tym razem.

Okazało się, że akcja powieści węgierskiego klasyka Antala Szerba, dzieje się podczas letnich wakacji we Włoszech w trakcie podróży poślubnej głównego bohatera i jego nowej żony. Podróż ta wiąże się jednak z pewnym ryzykiem, bo Włochy to dla tytułowego podróżnego kraina duchów przeszłości nie do końca jeszcze zamkniętej. Nasz bohater ma bowiem nieznośną praktycznemu mieszczańskiemu życiu cechę romantycznych zrywów ku temu, co minione, a być może, nieutracone jeszcze na zawsze. To komplikuje sytuację młodej pary w sposób, którego nie chcę przedwcześnie zdradzać. Akcja powieści dzieje się jednak, dzięki tym lunatycznym zapędom niemłodego już inżyniera, nie tylko na ziemi włoskiej, ale też w Paryżu i oczywiście w Budapeszcie.

Szerb doskonale równoważy zresztą tych kilka planów czasu i miejsca, podobnie jak doskonale udaje mu się przeplatać wewnętrzne doświadczenia bohaterów z rzeczywistą akcją. Zręcznie tasuje i rozdaje czytelnikowi także kolejne myśli przewodnie rozpostarte szeroko między chęcią ucieczki od mieszczańskiego życia a naturą człowieka w ogóle, historią religii i sztuki a ponadczasową potrzebą oswojenia śmierci, tym co materialne a tym co duchowe. Dzięki tej narracyjnej zwinności, miałem wrażenie, że jedna tylko przedstawiona tu historia zawiera w sobie kilka różnych powieści. Nie miałem jednak poczucia rozdźwięku — wręcz przeciwnie, była to przyjemna fuzja, której granice zacierała cechująca autora szlachetna erudycja, zawsze pozostająca w granicy rozsądku.

Wreszcie — to książka, która w ożywczy sposób pobudziła moją wyobraźnię, która pomimo rozległej materii, którą próbowała objąć, spełniła pierwszy i podstawowy warunek doskonałej letniej lektury — wykreowała fascynującą historię pełną wyrazistych postaci, a wraz z nimi żywe obrazy i uczucia. W moim spektrum literackim najbliżej chyba gawędziarzowi-erudycie Szerbowi do gawędziarza-erudyty Kundery, ale to tylko nieśmiały trop. Resztę moich obrazków, muzycznych, filmowych, czasem dalekich, może irracjonalnych, zatrzymam jednak dla siebie. Sięgnijcie sami po „Podróżnego i światło księżyca” — z pewnością odnajdziecie wiele własnych, tym zresztą cenniejszych!

Podróżny i światło księżyca

Opublikowano

Śmierć w Wenecji

Cukry

Thomas Mann, „Śmierć w Wenecji”, wyd. Wydawnictwo Dolnośląskie, 1996


Kiedy zacząłem przedzierać się przez kwieciste opisy sytuacji (głównie wewnętrznej) bohatera „Śmierci w Wenecji”, pomyślałem, że nienawidziłbym tej książki, chociaż jest względnie niezbyt obszerna, gdyby mi ją dano na lekturę w liceum czy na studiach. Pomyślałem też, że pewnie są takie osoby, które po klasyczek Manna sięgnęły z jakiegoś bardzo konkretnego, pragmatycznego powodu. Mój egzemplarz biblioteczny był zresztą konsekwentnie od pierwszych do ostatnich stron pozakreślany ołówkiem. Nie były to jednak w żadnym wypadku fragmenty z mojej perspektywy warte zakreślenia — zakreślaniu towarzyszył plan, którego w pełni nie udało mi się rozpoznać. Zawierały się w nim jednak te najbardziej kwieciste z bardzo wielu bardzo kwiecistych opisów. Jak gdyby zakreślający musiał ze szczegółami zreferować strukturę języka Manna. Ucieszyłem się, że nie jestem zakreślającym i postanowiłem do „Śmierci w Wenecji” podejść w sposób możliwie najbardziej beztroski.

I to chyba okazała się słuszna strategia, bo „Śmierć” mogła łatwo zacząć mi się dłużyć. Akcję utworu można opisać prosto jednym zdaniem — oto powszechnie szanowany austriacki pisarz nobliwego już wieku postanawia udać się na letni wypoczynek do Wenecji, gdzie spotyka polskiego młodzieńca, dla którego traci głowę. Biorąc pod uwagę, że główne postaci tej historii miłosnej nie zamieniają ze sobą nawet jednego słowa, nie można się więc dziwić, że strony książki wypełniają głównie opisy sytuacji zewnętrznej dusznej Wenecji i towarzyszących im przeżyć wewnętrznych literata. Te meandrują od spraw związanych z literaturą i podejścia do życia, przez obserwacje otoczenia, aż po, jakże by inaczej, uczucia względem poznanego młodzieńca. Biorąc pod uwagę, że chłopak opisywany jest jako wkraczający w okres dojrzewania czternastolatek, jest w tym wszystkim coś, co musi niepokoić, ale poza dość zręcznie i naokoło nakreślonym przez Manna kontekstem erotycznym tej znajomości, historia ma wymiar bardziej uniwersalny. Sam wyjazd pisarza do Wenecji był bowiem próbą wydostania się ze swojej coraz bardziej uświadamianej sobie starości i zachwyt nad tym, co niemożliwe, bliskie i dalekie zarazem — doskonałością młodości był tamtego zewu naturalną konsekwencją. Pisarz, co też istotne, sam nie chce się sztucznie odmładzać, a jego relacja z chłopcem ma charakter czysto platoniczny.

Do tego miejsca mój opis fabuły jest właściwie co do joty także wiernym odzwierciedleniem „Zakazanych kolorów” Yukio Mishimy, który cztery dekady później śmiało rozszerzył opowiadanie Manna do pełno-formatowej powieści wypełnionej intrygami i szczegółami gejowskiego życia nocnego w ówczesnej Japonii. W momencie, gdy opisywałem tamtą książkę jako mariaż „Niebezpiecznych związków” i „Śmierci w Wenecji” nie byłem świadom, jak wiele oba utwory mają ze sobą wspólnego. Łączy je nie tylko motyw umiłowania piękna młodzieńca przez uznanego literata, ale też słuszne przeczucie zbliżającej się nieuchronnie śmierci. I u Mishimy, i u Manna śmierć stanowi naturalną przeciwwagę dla piękna. Mann wieńczy zresztą swój utwór kilkustronicowym opisem sennej majaki — pogańskiego obrzędu, w którym miłość i śmierć mieszają się ze sobą. To dość zabawne o tyle, że dosłownie rok po premierze książki, w 1913 roku zadebiutował balet Igora Strawińskiego „Święto wiosny”, który w swojej wymowie zdaje się uderzać w tę samą ekspresję, którą wyraził w swym opisie Mann. Przynajmniej w mojej głowie oba obrazy naturalnie nałożyły się na siebie. Co ciekawe postać pisarza Mann wzorował ponoć na sylwetce innego kompozytora — Gustava Mahlera. Opowieść Manna miała zresztą wątek autobiograficzny oparty na wakacjach pisarza w Lido latem 1911 roku.

Dodam jeszcze tylko, że kunsztu poetycznych opisów Manna dopilnował w polskim tłumaczeniu Leopold Staff, co wplata w ten i tak fascynujący intertekstualny splot kolejne włókienko.

Cukry

Opublikowano

Cukry

Cukry

Dorota Kotas, „Cukry”, wyd. Cyranka, 2021


To nie jest blog literacki, chociaż czasem lubię trochę poudawać, że jest. Chociaż na ćwierć etatu. Wtedy zyskuje jakieś jasne przeznaczenie i można na niego zajrzeć po coś. Mimo wszystko, Doroto Kotas, jeśli tu zabłądzisz, wiedz, że sekretnie się z Tobą zaprzyjaźniłem przez te „Cukry” i postaram się napisać same miłe rzeczy, żeby dać temu wyraz. Dobrze się zresztą składa, bo po lekturze sam mam taką potrzebę — wysłania dobrej energii i rozumienia wszystkiego, o czym dotychczas nie miałem pojęcia, a co jest ważne dla innych ludzi.

Nigdy nie myślałem o sobie jako o potencjalnej osobie w spektrum, choć od dzieciństwa zauważałem, że nie jestem może do końca typowy. Moja matka wiele z tych cech zresztą wyciągała na wierzch, czasem z dumą, że ona też tak ma, czasem z grymasem, że to po ojcu mojego ojca, o którym zawsze mówiła eufemistycznie, że był dziwny. I że mój ojciec też bywa dziwny po nim i że ona z tym walczy. I żebym ja taki nie był. I tak wychowywałem się w przekonaniu, że to jaki jestem, jest wynikiem jakiejś genetycznej loterii. Że bardziej jestem z kogoś niż sam sobie. W tym wszystkie te małe dziwactwa. Że nie przepadam za ludźmi w dużym natężeniu, ale nie mogę bez nich żyć. Albo że lubię małe codzienne przygody, ale paraliżują mnie sytuacje, na które jestem nieprzygotowany psychicznie, czyli faktyczne przygody — zmiany, przeprowadzki, nowe początki. Że niby lubię chodzić na koncerty, ale po kilkunastu minutach, niezależnie od tego, co dzieje się na scenie, wyczekuję momentu, kiedy to się skończy i jest to zawsze myśl uporczywa, dojmująca i niedająca się niemal niczym przysłonić. I wreszcie, tak samo jak Dorota Kotas, mam swoje ulubione sztućce i najbardziej w perspektywie zamieszkania samemu cieszę się na to, że zabiorę ze sobą tylko te i nie będę musiał się przejmować, że znowu leżą porzucone brudne w zlewie przez kogoś, kto nie ma pojęcia, że tak się nie traktuje czyichś ulubionych sztućców — a wierzcie, nie ma na to rady, żeby dało się to wytłumaczyć. I może to za mało na spektrum, może w sam raz, może jest jeszcze masa innych rzeczy, z których nie zdaję sobie sprawy, a może wcale nie — diagnostyka jest nieoczywista. Może to wina mojej matki i ojca mojego ojca, że to wszystko składa się na moją codzienność. Ja w każdym razie nie muszę wiedzieć na pewno.

Autorka rozdział po rozdziale skrupulatnie opisuje swoje życie, dzieląc je kategoriami bardziej emocjonalnymi niż funkcjonalnymi, choć mogłoby się z początku zdawać inaczej. Jest więc rozdział o zwierzętach, jest o książkach, jest o jednym domu, i drugim, i jeszcze kolejnym, o telewizji i o podróżach pekaesem, a wszystko to opisane z wielką wrażliwością i dbałością o szczegóły, które sprawią, że czytelnik odtworzy sobie zaraz w głowie wszystkie te sytuacje bardzo wyraźnie, tak jakby to on sam to przeżył. Kotas ma wielką wprawę w posługiwaniu się piórem i potrafi używać słów, które wszyscy znamy i nie są wcale dziwne, w sposób, na który jednak mało kto by wpadł. To totalnie imponujące, że można z taką lekkością stworzyć lekturę jednocześnie bliską czytelnika, jak i bardzo intelektualną. Trochę jak Szymborska, zupełnie nie jak Tokarczuk. Może jeszcze trochę jak Bronka Nowicka, która wydłubywała w dzieciństwie patykiem śnienie z czereśni (i to zdanie już zawsze zostanie mi w głowie). Jak ktoś napisał w internecie, a ja teraz to ukradnę, to lektura łatwa do czytania, ale trudniejsza przy późniejszym przemyśleniu. I jeszcze moja przyjaciółka napisała (i tym razem zacytuję), że Kotas „składa literki z taką swadą, że neurony imprezują w głowie”, co zręcznie zilustrowała mi zresztą gifem z tańczącym batmanem. Czytelnik neurotypowy czy nieneurotypowy, wierzę — że każdego, kto chce poznać doświadczenie drugiej osoby, proza Kotas ujmie pod rękę i zaprowadzi wprost na to neuroparty z tańczącym batmanem, na którym jest miejsce dla wszystkich i nikt nie siedzi w kącie, a literki wywijają na parkiecie, układając się w różne nieoczywiste znaczenia, czym tylko jeszcze bardziej ekscytują batmana.

Wreszcie, „Cukry” to książka, którą się dopada, a następnie pochłania bez reszty, nawet jeśli pierwotnie nie ma się na to szczególnej ochoty. I która zostaje w głowie na kolejne dni i dźwięczy zwłaszcza tymi fragmentami, które dotykają czułych miejsc albo takich, o których wcześniej się nie myślało, a teraz odkryło się, że można o nich myśleć. Ja zwłaszcza zastanawiam się nad czytaniem między wierszami, które jest trochę myślą przewodnią książki, pulsującą w kolejnych rozdziałach w zupełnie nowych kontekstach jako wymóg społeczny często niemożliwy do spełnienia dla osób nieneurotypowych. I nad rozmawianiem naprawdę, zwłaszcza z rodziną, bo z nią zawsze jest najtrudniej. Rodzina ma bowiem (a przynajmniej tak się jej wydaje) niezbywalne prawo, żeby mniej lub bardziej wprost zamykać swoich w niewidzialnych klatkach swoich oczekiwań i przeświadczeń, że wie lepiej. Ileż to rozmów trzeba było odbyć tak, żeby nie powiedzieć nic, co miałoby jakiekolwiek znaczenie. Ale wracają też do mnie z „Cukrów” konkretne obrazy. Migawki z licznych wytworów mojej wyobraźni, które naprodukowałem podczas lektury. Obiecuję, pani Doroto, że będę dla nich łaskawy.

Cukry

Opublikowano

Wymazać siebie

Wymazać siebie

Garrard Conley, „Wymazać siebie”, wyd. Poradnia K, 2019


Pamiętam, że bardzo wyczekiwałem filmu Edgertona. Że nie udało mi się zobaczyć go przedpremierowo na Nowych Horyzontach i przez kilka miesięcy czułem przez to pewien niepokój. Pamiętam też, że kiedy wreszcie udało mi się go obejrzeć, pozostawił mnie zupełnie obojętnym. Był nieźle zrealizowany — dobrze obsadzony, nakręcony z wyobraźnią, z pewnością jako kino aspirujące (mające się spodobać centrolewicowej publiczności i członkom Akademii), ale jednak na jakimś poziomie przepełnione narracyjnym chaosem, który sprawia, że widz ma poczucie, że non stop kręci się w kółko. To wrażenie, jak się okazało, jest skutkiem dość wiernego przeniesienia tekstu Conleya na ekran.

Gerrard Conley opowiada o dorastaniu na głębokim południu w religijnej rodzinie baptystów, pod okiem ojca pastora, który wspólnie ze swoim bogiem zaplanował już życie swojego jedynego syna jako własnego następcy. Gdy na jaw wychodzi homoseksualizm chłopaka, ten zostaje wysłany na terapię konwersyjną. Kanwę wspomnień Conleya stanowią mieszające się ze sobą opisy historii rodzinnej, okresu dorastania i odkrywania swojej seksualności oraz rzeczywistości i metod ośrodka „terapeutycznego” Love in Action. Książka nie jest otwarcie szokująca. Oczywiście pseudopsychoanalityczna szarlataneria na każdym kroku uciekająca się do publicznych upokorzeń pensjonariuszy, prowadząca koniec końców do wymazania części swojej tożsamości, wzbudza w empatycznym czytelniku oburzenie, ale głównym celem Conleya jest raczej opowiedzenie swojej historii, przekazania swoich emocji i doświadczeń. Jest w tym bardzo wyważony, momentami wydaje się nawet chłodny (tak też zapamiętałem rolę Hedgesa z adaptacji filmowej), choć często ucieka w osobiste dygresje.

I ta dygresyjność jest chyba dla mnie największym problemem jego prozy. Niezły styl i intelektualna kulturowa obudowa nie zrównoważyły mi tendencji Conleya do przedstawiania swojej opowieści poszatkowanej w drobne paski. Do tego stopnia, że momentami trudno było mi złożyć ją w chronologiczną. Problem mojego odbioru książki leży jednak, moim zdaniem, poza tym, że wcześniej widziałem już film na jej motywach — to powieść, której cała fabuła jest naszkicowana na tylnej obwolucie. Trzeba ją więc czytelnikowi na swój sposób (uwaga, brzydkie słowo) „sprzedać” — najprościej oczywiście krwistym mięsem (ale to, jak ustaliliśmy, nie ten rodzaj prozy), być może złożonym autoportretem psychologicznym (i to właśnie robi Conley). Mimo że czyta się go dobrze, lektura pozostawia jakiś niedosyt, pustkę, poczucie, że klocki jednak się nie poukładały. Ale nie dlatego, że się nie poukładały, co przez nazbyt lapidarny epilog. Ale może tak właśnie trzeba było to zrobić? Rozbełtać temat, bez histerii, ale z konsekwencją, i zostawić czytelnika z całym tym bałaganem sam na sam? Kto wie?

Konkluzja z 10 czerwca:
Wróciłem dzisiaj myślami do książki i stanęła mi przed oczyma bardzo jasno jej myśl przewodnia, którą przecież zrozumiałem, ale nie udało mi się jej wyrazić, a chciałbym ją jednak zaznaczyć. „Wymazać siebie” jest świadectwem (to słowo, w którym lubują się chrześcijanie, gdy mówią o swoich doświadczeniach duchowych, niejako poświadczają za Pismo), że tak jak nie da się wyekstrahować genu (czy zespołu genów) homoseksualności na płaszczyźnie biologicznej, tak nie da się tej homoseksualności oddzielić od większej całości — żyjącego, czującego, myślącego człowieka — metodami psychoanalizy. To właśnie próbowano robić w Love in Action, nie tylko nie odnosząc zamierzonych rezultatów, ale w efekcie łamiąc życia setek uczestników rzekomych terapii. Na polskim gruncie w adekwatnie biedniejszym wariancie takie działania zresztą także mają miejsce, co przed kilkoma laty opisali Anton Ambroziak i Jakub Lendzion. Brakuje w książce Conleya i filmie Edgartona jasnego postawienia tego aspektu w centrum tej historii, poboczne wątki, które są niewątpliwie częścią świadectwa, jednocześnie odwracają uwagę od myśli przewodniej. I tu chyba tkwi sedno mojego problemu z „Wymazać siebie”, co jest samo w sobie dość paradoksalne. Najwyraźniej sam próbuję porządkować sobie w głowie ten bałagan. Kto wie?

Wymazać siebie