Opublikowano

Lata

Lata

Annie Ernaux, „Lata”, wyd. Czarne, 2022


Aż odświeżyłem sobie listę literackich noblistów z ostatnich lat, żeby móc z przekonaniem stwierdzić, że to nie jest tak, że gdy jakiś pisarz dostanie tę nagrodę, ja zaraz rzucam się na jego dostępny akurat w danej chwili wycinek dorobku, żeby tylko móc jakkolwiek się wypowiedzieć. To był przypadek, że w moje ręce trafiły „Lata” Annie Ernaux. Przypadek, któremu nie umiałem i nie chciałem się opierać. Pisarka podobnie jak poprzedni francuski noblista, skądinąd jeden z moich ulubionych autorów w ogóle, Patrick Modiano, porusza tutaj temat pamięci tak zbiorowej, jak i indywidualnej. Robi to jednak nieporównywalnie inaczej.

„Lata” to oparta na kanwie życia Ernaux powieść-kronika, którą, jak szczerze stwierdza na jej kartach sama autorka, napisała, aby „uratować okoliczności swojego życia” przed zapomnieniem. To hołd złożony rzeczom ważnym i zupełnie przypadkowym, które jednak nie uległy jeszcze zapomnieniu. To zarazem bardzo intymna historia jednostki i doświadczenie pokoleniowe wielu splecione w naturalnym i nieodzownym uścisku upływających lat i przewracanych kartek. Ernaux nie tylko rezygnuje tu jednak z pierwszoosobowej narracji, ale otwiera się na kontekst swojego życia nawet bardziej używając naprzemiennie formy bezosobowej (że się było, czytało, kupowało, etc.) i mnogiej w dwóch wariantach — „byliśmy” i „byłyśmy”. Przyjemnie próbowało mi się odgadywać, w którym fragmencie Ernaux pisze raczej o sobie, w której jest głosem tego, co w danej chwili myśleli Francuzi, a w której staje się rzeczniczką swojego środowiska (którego otwarcie nie precyzuje, ale przez jej ocenę kolejnych wydarzeń czy postaci, można je sobie dowyobrazić). Jest szczera, nie sili się w swojej kronice na obiektywizację. Otwarcie kibicuje socjalistom, wyznaje wartości feministyczne i wydarzenia oraz idee związane z emancypacją kobiet są ważnym elementem tej historii, z niezwykłą zręcznością opisuje kolejne stadia ewolucyjne niepodzielnie rządzącego światem zachodu konsumpcjonizmu, udaje jej się uchwycić dający się łatwo w swojej oczywistości przegapić proces laicyzacji Francji, relacjonuje kolejne niepokoje społeczne i krucjaty polityczne przeciw rosnącej imigracji. Stara się opisywać rzeczy tak, jak w danej chwili sama je widziała lub ogólnie je widziano. Głosy wciąż się mieszają. Zupełnie jak w życiu.

Ten dość niezwykły sposób narracji z początku bez reszty mnie zafascynował, choć, jak się potem przekonałem, był drugorzędny w stosunku do tego, o czym Ernaux pisała. Mimo tego w trakcie lektury w pewnym momencie ogarnęło mnie (mylne) przeświadczenie, że to formuła się wyczerpała. Było to, gdy pisarka odnosiła się do kolejnych wydarzeń upolitycznionych lat siedemdziesiątych, pełnych obcych a przynajmniej obco brzmiących nazw i nazwisk (choć obszerne przypisy tłumaczy naprawdę pomogły mi w rozszyfrowaniu niejasnych kodów kulturowych), niezliczonych meandrów niekończącej się opowieści o walce o władzę (i prawa). Ożywałem za to zawsze, gdy tylko robiło się bardziej intymnie. Ernaux odnosiła się w tych fragmentach najpierw do swoich rodziców, rówieśników, później partnerów, dzieci, wnuków — relacje z ludźmi, tymi dookoła i tymi (wcale nie jednostronnymi!) ukrytymi za książkami, filmami, płytami, musiały stać się osią tej niezwykłej kroniki. W każdym przypadku Ernaux stara się zresztą szczerze odwzorować to, co w danej chwili myślała i czuła, przy czym (co stanowi dla mnie w dużej mierze o wartości tej książki) — uczucia i emocje są dla autorki równie ważne, co wydarzenia, których dotyczą. Dzięki temu nawet jeśli sam jako czytelnik, zupełnie od pisarki różny, widziałem rzeczy opisywane przez Ernaux nieco inaczej, jej perspektywa przez cały czas pozostawała dla mnie prawdziwa i bliska. Zastanawiałem się przy tym, jak na tę książkę zareagowaliby ludzie z mojego otoczenia — czy tak jak mnie ujęłaby ich czułość Ernaux w opisywaniu artefaktów swojej przeszłości? Czy mógłbym włączyć ich do własnej kroniki zdaniem „rozczulaliśmy się, gdy Annie Ernaux prowadziła nas przez okoliczności swojego życia” (a jakiś tłumacz być może dopisałby życzliwie w przypisie, że chodzi o „Lata”, które czytało się z przejęciem na jesieni 2022, gdy Ernaux dostała literackiego Nobla)?

Lata

Opublikowano

Niewiedza

Niewiedza

Milan Kundera, „Niewiedza”, wyd. W.A.B., 2015


Nie wiem o Kunderze wiele więcej, niż zamieszczono by w krótkiej nocie biograficznej. Sięgnąłem po „Niewiedzę” przez podwójny przypadek albo, jak to woli, podwójne przeznaczenie. Najpierw natknąłem się na „Niewiedzę” przy wyjściu z księgarni i po krótkiej i niezbyt merytorycznej ocenie postanowiłem wziąć ją dla matki, bo wiem, że tego nie czytała, a Kunderę lubi. I pewnie zawiózłbym ją jej bez zajrzenia do środka, gdybym nie trafił na instagramową dyskusję (to kurtuazyjny eufemizm, na Instagramie nie ma przestrzeni na dyskusje), o tym czy (czy raczej że) Kundera był mizoginem i świadczy o tym jego proza. Postanowiłem zweryfikować to tak, jak w tej chwili najlepiej mogłem — lekturą.

A proza Kundery, przyznaję, nie ucieka od relacji damsko-męskich. W „Niewiedzy” zresztą autor pisze z perspektywy aż trójki bohaterów (podobnie jak w „Żarcie” — dwóch kobiet i mężczyzny) oraz zewnętrznego narratora. Dwie z tych postaci, Irena i Josef, okoliczności zmusiły do wyjazdu z Czech w okresie komunizmu, odpowiednio do Francji i Danii, a teraz po 1989 roku, wracają w rodzinne strony i mierzą się z tym, co zostało utracone. Kundera nie stroni od kontekstu społeczno-politycznego zarówno wówczas, jak i obecnie, ale w centrum pozostaje u niego indywidualne doświadczenie migracji. Podpiera się co rusz to analizą „Odysei”, wielkiej migracyjnej epopei, to historią życia austriackiego kompozytora Arnolda Schoenberga, który przed wojną uciekł do Ameryki, a w swoich ocenach przyszłości pomylił się prawie tak bardzo jak Jan Skácel (o trzysta lat) — ale w ocenach przyszłości zwykle wszyscy się mylimy, uspokaja Kundera.

To jego własne rozważania nad pamięcią (i jej władzą nad człowiekiem), tęsknotą i śmiercią oraz ich uwydatnianymi przez wielkie powroty po latach przeciwieństwami — zapomnieniem, obojętnością i, jakże by inaczej, erotyzmem. To jego własne doświadczenie emigracyjne musi być osią tej fabularyzowanej prozy uciekającej czasem w anegdoty i intrygujące czytelnika w pierwszej kolejności nakreślonym tutaj splotem zdarzeń, który jednak wcale nie byłby konieczny, bo to nie on po zakończeniu lektury pozostawia czytelnika w stanie zawieszenia. Ale Kundera nie traktuje swoich postaci przedmiotowo. Każdemu ze współnarratorów ofiaruje sporo empatii. Czy Josefowi więcej niż Irenie i Miladzie? Tego nie umiem jednoznacznie ocenić. Uważam jednak, że ani stosunek pisarza do swoich bohaterów (który ja ogólnie oceniam jako serdeczny, ale może mylę go z własnym do nich stosunkiem, nie wiem), ani ewoluujące namiętnie przez lata relacje pomiędzy nimi, nie stanowią o jakości „Niewiedzy”, ani też prozy Kundery w ogólności.

Niewiedza

Opublikowano

Trzy nowele

Trzy nowele

Patrick Modiano, „Trzy nowele”, wyd. Yale University Press, 2014


Gdybym naprawdę umiał czytać po francusku, to zacząłbym od tych rozlicznych powieści Patricka Modiano, których jeszcze nie przetłumaczono na polski. Tymczasem przypadkiem natrafiłem na prawdziwie amerykańskie wydanie (3w1) trzech nowel związanego z Paryżem pisarza oryginalnie wydawanych osobno między 1988 a 1993 rokiem. Wszystkie trzy są w pewnej mierze autobiograficzne, co jednocześnie fascynuje i zdumiewa, zwłaszcza gdy zestawiono je tu obok siebie, że mogą odnosić się do życia jednej i tej samej osoby.

Patrick Modiano słynie z brodzenia w przeszłości, przechadzania się po paryskich ulicach, skrupulatnego wyliczania adresów tych przechadzech i nazwisk towarzyszy, o ile jeszcze nie zostały zapomniane. W centrum jego twórczości zawsze skrywa się niepopularna współcześnie sztuka odpominania. Te trzy nowele są, każda na swój sposób, jednymi z wielu w jego dorobku próbami, by nie zapomnieć. I choć Modiano, posiłkujący się zapewne artefaktami z dawnych czasów, własnymi skrupulatnymi notatkami i metodami dziennikarza śledczego, pamięta po kilkudziesięciu latach zaskakująco dużo — wciąż są to próby, impresje na temat życia ludzi skazanych na zapomnienie.

Pierwsza historia „Chien de printemps” (ang. „Afterimage”) to przedziwny portret ekscentrycznego fotografa Francisa Jansena, podopiecznego tego Roberta Capy, który po latach unikania ludzi, pewnego dnia pakuje swoje walizki i wyjeżdża do Meksyku, gdzie kontakt z nim na zawsze się urywa. Modiano pracujący w owym czasie jako jego asystent-archiwista, po latach próbuje połączyć porozrywane końce tej historii, poszukując pozostawionych śladów i wspólnych znajomych. Nieco groteskowego charakteru tej historii dopełniają nachodząca Jansena w tamtym czasie dziewczyna i jej kipiący z zazdrości mąż mim.

Druga opowieść „Remise de peine” (ang. „Supended Sentences”) to kolejny osobliwy obraz, tym razem wczesnoszkolnego dzieciństwa małego Modiano, gdy wraz z bratem przez ponad rok pod nieobecność matki aktorki i ojca wagabundy wychowywani byli w osobliwym domu prowadzonym przez cztery kobiety (spośród których jedna była byłą akrobatką cyrkową, a dwie były matką i córką), w którym w różnych okolicznościach, bez baczenia na panujące konwenanse, przyjmowano wiele postaci tyleż szykownych, co podejrzanych. Modiano przedstawia całą sytuację z właściwą dziecku naiwnością i prostotą, co w połączeniu z jego enigmatycznie poetycznym sposobem pisania przydaje historii tajemniczości i charakteru.

Trzecia nowela „Fleurs de ruine” (ang. „Flowers of Ruin”) to powrót do czasów, gdy Modiano jako dwudziestolatek stawiał swoje pierwsze kroki jako pisarz i po 30 latach postanowił przeprowadzić osobliwe śledztwo, by spróbować zrozumieć, co mogło zdarzyć się 24 kwietnia 1933, gdy w jednym z paryskich mieszkań młoda para popełniła samobójstwo. Tak jak we wszystkich umieszczonych w zbiorze historiach, i tutaj Modiano błyskotliwie miesza rozmaite płaszczyzny czasowe, błądząc po śladach swoich bohaterów ulicami Paryża i próbując na tej podstawie odtworzyć to, czego odtworzyć się nie da.

Miałem pewne wątpliwości, czy Modiano po angielsku zachowa liryczną prostotę, która cechuje polskie wydania jego książek, ale tłumaczenie Marka Polizzottiego oddaje zgoła ten sam charakter, za którym, przeczytawszy już dostępne na polskim rynku pozycje, nader się stęskniłem. Być może jedynie, amerykańskie 3w1 w przypadku prozy Modiano, to odrobinę zbyt wiele, by móc zanurzać się w jego historie i wynurzać się z nich raz za razem. To lektury, które potrzebują, by zaczerpnąć po nich świeżego powietrza, być może podczas spaceru śladem jakiejś własnej historii, której nie da się już w zupełności odpomnieć.

Trzy nowele