
kolejny rok, kolejne muzyczne podsumowanie dekady — zastanawiałem się, czy tym razem przysługuje mi jeszcze prawo do używania podtytułu, że to jeszcze jedna dekada w muzyce i w życiu; potem pomyślałem, że nawet przecież jeśli nie chodzi o życie wtedy, w latach 80., to przecież to życie, które trwa wciąż przetwarza i korzysta z dorobku tamtego dziesięciolecia — wcale nie zawisło w próżni 35 lat temu; choćby przez to, że internet otworzył szeroko drzwi i oczy na płyty i konteksty, które nie były wcześniej w zasięgu dla takiego przeciętnego kurtka jak ja czy kogoś trochę podobnego; moja osobista historia z latami 80. jest taka, że gdy jako młody chłopak zakochałem się w muzyce beach boysów, a później szeroko pojętej rockowej i popowej psychodelii, miałem z latami 80. duży problem — syntezatory i automaty perkusyjne nie pasowały do organicznej wizji muzyki, jaką wówczas miałem; od tamtej pory wielokrotnie miałem okazję weryfikować swoje zdanie, poznając setki kapitalnych projektów i stylów w nurcie (szeroko pojętej) 80sowej nowej fali; z trudem udało mi się wybrać 80 krążków, które uznałem za najbliższe mi (in life) i najciekawsze (in music)

| 80. |
metallica master of puppets 1986 |
master of puppets dla dzieciaka, który kojarzył grupę głównie z „nothing else matters” i niefortunnego st; anger, było jak odkrycie ameryki; czy może raczej — jak odkrycie ameryki przed kolumbem; choć jak powszechnie wiadomo, metallica skończyła się na kill ’em all, swoje kroki skierowałem w pierwszej kolejności ku płycie o najbardziej kultowym statusie; na przestrzeni lat zresztą dość skrupulatnie zweryfikowałem swoje zdanie i opinię o master, które w swojej nieskruszonej dynamice rozwala w pył wszystko stojące na jej drodze; mój problem z tym bombastycznym materiałem jest natomiast taki, że nie mam do metalliki ani odrobiny sympatii, że pomimo, że doceniam ten materiał całym sobą, gdy wybrzmiewa, nie udało mi się znaleźć z nim jakiejś osobistej więzi, która pomagałaby mi za nim zatęsknić; mimo wszystko nie umiałem znaleźć bardziej adekwatnego sposobu na otwarcie tego zestawienia niż umieszczenie go na jego czele. ♪ „master of puppets”

| 79. |
eric b. & rakim paid in full 1987 |
80sowe rapsy to trudny temat — nie żebym ich nie lubił, ale to bardzo specyficzny styl, który bardziej niż rock tamtego okresu zestarzał się w stosunku do naszych współczesnych definicji gatunkowych; wróciłem do wielu kultowych hiphopowych płyt z tej dekady pod kątem tej listy — zacząłem od raising hell, przypomniałem sobie 3 feet high and rising i straight outta compton; wiem, istnieją jeszcze public enemy i beastie boysi, ale już dawno postanowiłem zostawić tę muzykę za sobą jako ciekawą, ale totalnie przebodźcowującą; gdzieś w centrum tego wszystkiego trafiłem jednak na paid in full erica b; i rakima — potężną kopalnię sampli dla kolejnych pokoleń twórców, nie tylko hiphopowych, wpadającą co prawda, nie przeczę, w pułapkę z mojego wprowadzenia, ale też może przez bardziej boombapowy charakter tego materiału (do czego zawsze miałem słabość) całościowo uchodzi mu to na sucho; no i „i know you got soul” towarzyszy mi przeszło od dekady jako fragment intra i swoisty manifest audycji soulbowl, a to już niezbywalna część mojej tożsamości. ♪ „I know you got soul”

| 78. |
tom petty full moon fever 1989 |
nigdy nie byłem wyznawcą petty’ego, co jest w sumie dość dziwaczne, jeśli się weźmie pod uwagę moją słabość to współczesnego heartland rocka; „i won’t back down” stanowi zresztą od lat jeden z filarów wielu moich ukochanych plejlist i jego wpływ na moje postrzeganie rocka jest nie do przecenienia; full moon fever w całości nie słuchałem z kolei od lat (i miałem swoje powody), ale koniecznie chciałem przy tej okazji do niego wrócić, by przekonać się, na ile moje wcześniejsze wrażenia się potwierdzą; o ile bowiem podoba mi się bardziej radiowy kierunek, jaki petty obrał na swoim solowym debiucie, a ogólny koloryt tego projektu zahaczającego momentami o folk i country, całkiem mi się widzi, to jednak album ma lepsze i gorsze momenty, i w zasadzie nie udaje mu się już dotknąć absolutu mojego „i won’t back down” (najbliżej jest pędzące rock&rollową międzystanówką „runnin’ down a dream”); mimo tego płyta zawsze będzie mi się kojarzyć dobrze i jeśli kiedyś uda mi się trafić na egzemplarz w dobrym stanie i rozsądnej cenie, to chętnie go przygarnę, bo to muzyka, która potrafi pięknie człowiekowi towarzyszyć. ♪ „I won’t back down”, „runnin’ down a dream”

| 77. |
bill fontana landscape sculpture with fog horns 1982 |
bill fontana, pionier sound artu i field recordingu, w 1981 podczas festiwalu postanowił nagrać krajobraz dźwiękowy zatoki san francisco, w centralnym punkcie, zgodnie zresztą z tytułem, umieszczając nautofony; nautofony, traktowane raczej jako urządzenia niż instrumenty, używane są na statkach do nadania sygnałów nawigacyjnych w czasie mgły; to bardzo charakterystyczny dźwięk z miejsca wywołujący określone skojarzenia i przenoszący nas przynajmniej do portu, a być może i na pełne morze; to też dźwięk, który my, szczury lądowe, znamy raczej z filmów niż z życia; i być może dlatego od czasu, gdy przed wieloma laty trafiłem na nagranie tej zrealizowanej z rozmachem instalacji, nie chcę i nie mogę o niej zapomnieć; podchodząc do tematu od nieco innej strony landscape sculpture with fog horns to coś jakby proto-drony, co więcej, uwolnione z okowów sali koncertowej czy studia, co nawet bardziej przemawia do wyobraźni. ♪ landscape sculpture with fog horns (1981 installation version)

| 76. |
zespół reprezentacyjny śmierć za idee 1986 |
nigdy bym nie sięgnął pewnie po oryginalnego brassensa z przyjemnością, gdyby nie ta nie tyle nawet płyta, co kaseta wydana przez grupę studentów-iberystów z filipem łobodzińskim i jarosławem gugałą na pokładzie, którzy muzykę francuskiego barda ze swadą przetłumaczyli i wykonali po naszemu; siedem lat później materiał nagrano ponownie pod nowym tytułem, ze zmianami w tekstach i samej selekcji utworów, ale tamtej wersji, zaaranżowanej mniej kameralnie i zaśpiewanej nieco bardziej po aktorsku, dalej do ducha muzyki brassensa i stąd, przez te wszystkie lata trzymam się swojego empetrójkowego ripu, w jakości, siłą rzeczy takiej sobie, co tłumaczy też dlaczego zamiast reedycji zdecydowano się na rerecording; to coś jakby po części antybiblia, po części bibelot. ♪ „zła opinia”, „dzielna margot”

| 75. |
francis bebey akwaaba: music for sanza 1985 |
psychodeliczne afrykańskie bębny z kamerunu; na zachodzie ometkowalibyśmy je jako tribal ambient, ale źródła tego brzmienia tkwią w odmianie muzyki folkowej z afryki środkowej — bikutsi; to totalnie odjechana rzecz przenosząca europejczyków w zupełnie inne miejsce; nagrania są z lat 80., ale to w tym kontekście zupełnie bezużyteczny timestamp, bo ich miejsce jest poza czasem, w rzeczywistości rytuałów ludowych; duża część krążka akwaaba wchodzi w skład francuskiej kompilacji psychedelic sansa 1982-1984, która zadaje się stanowić bardziej kompleksowe doświadczenie tej stylistyki ♪ „bissau”

| 74. |
the hilliard ensemble tallis: the lamentations of jeremiah 1986 |
hilliard ensemble jest chyba najbardziej kojarzone z muzyką garbarka i pärta, choć w repertuarze mają cały przekrój chóralnej muzyki dawnej; nie będę próbował kreować się na eksperta, nie mam o niej pojęcia, nie sięgnam też po nią zbyt często, choć, mam wrażenie, bywają takie momenty, kiedy to ona dosięga mnie; nie potrafię jej się wtedy oprzeć; jedną z płyt, które jako pierwsze przychodzą wtedy do mnie jest the lamentations of jeremiah z muzyką thomasa tallisa (o którym słyszałem na lekcjach muzyki, ale dopiero dzięki hilliard przestał być na mnie nazwiskiem w książce i stał się bardziej zmysłowy); jestem przekonany, że zanim zaczęła działać na mnie ta muzyka, zadziałał na mnie tytuł — kryptyczny, biblijny i nawet w oderwaniu od oryginalnego kontekstu epatujący jakąś przedwieczną mistyką unieśmiertelnioną dla potomnych w nowej kunsztownej formie przez renesansowego kompozytora; muzyka oddaje charakter tekstu — przez ból i cierpienie, ostatecznie przebija się nadzieja; tak myślę o tej muzyce i tak ją czuję. ♪ lamentations of jeremiah i

| 73. |
yellow magic orchestra technodelic 1981 |
nie ma lat 80. bez yellow magic orchestra; i choć technodelic nie dorównuje pod kątem przebojowości solid state survivor z 1979, eksploruje obszary muzyki elektronicznej, które śmiało można by określić jako proto-techno, skupiając się podobnie jak solowy krążek sakamoto z tego samego roku, left handed dream, na rytmice; na szczęście technodelic nie pozbawiono zupełnie refrenów takahashiego, które zawsze dodawały muzyce ymo emocjonalnej głębi, ale pełnią tutaj rolę raczej pomocniczą; miąższem tej płyty jest jej struktura ukryta w dynamice bębnów z syntezatorowymi refrenami; rzecz jest gęsta i pomimo tego, że kolejne kompozycje odznaczają się jedna od drugiej, w klasyczny sposób, technodelic stworzono, by raczyć się nim w całości i w takiej formie zawsze wypada doskonale. ♪ „epilogue”

| 72. |
aya rl aya rl 1986 |
gdy zacząłem odsłuchy do tego podsumowania, sprawiłem sobie wreszcie tę płytę, ostatecznie rozwiązując niedającą się wcześniej rozwiązać zagadkę, czy ten album ostatecznie bierze mnie, czy nie; zawsze patrzyłem na ayę rl jako łącznik pomiędzy stanowiącą ostateczny cel wędrówki betonową antyutopią nowej aleksandrii, a rzeczywistością, nie dość betonową i nie dość zimną; to z jednej strony stanowiło dla mnie argument przeciwko (w kontraście do krążka siekiery), z drugiej uzasadniało egzystencję tego projektu na tyle, że nie dało się z tym dyskutować; zdecydowanie najbardziej lubię te fragmenty, gdy grupa pozwala wybrzmieć syntezatorowym riffom jak w „księżycowym kroku”, transcendentnym otwarciu czegoś całkiem jednak plugawego; zajmujące są też minimalistyczne awangardowe aranże, które to szepczą, to krzyczą, wikłając słuchacza w surrealistyczny bieg tej fascynującej, choć wciąż na jakimś poziomie nieco obcej dla mnie płyty. ♪ „księżycowy krok”

| 71. |
prefab sprout steve mcqueen 1985 |
jangle pop bez teatralności smithsów czy szorstkości r.e.m; w bardziej wysmakowanym aranżacyjnie sophistipopowym wydaniu, ale z naciskiem na melodykę; nie umiem do końca opisać wszystkiego tego, co słyszę — to złożony krajobraz, w równej części popowy i rockowy, ale nie w formie prostolinijnego pop rocka; raczej umiem bardziej go sobie wyobrazić niż opisać; strona a, co zdaje się potwierdzać konsensus recenzencki, to czysta magia, strona b pozostaje gdzieś nieco w tyle, wciąż trzymając pion i poziom ♪ „when love breaks down”, „faron young”

| 70. |
juicy fruits drink! 1980 |
nic mnie nie łączyło z tą muzyką, zanim wygrzebałem tę płytę z kosza wszystko za pięćset jenów w tokijskim hmv; a wygrzebałem ją w pierwszej kolejności dlatego, że to tutaj znalazła się oryginalna wersja kultowego „jenny wa gokigen naname”, które później wykonywali hi-posi i perfume, a z którym połączyła mnie już wcześniej jakaś cokolwiek niezdrowa relacja; dopiero po wielu odsłuchach okazało się, że na tym krążku w zasadzie nie ma złych momentów; są jedynie trochę dziwne — cały album jest czymś pomiędzy zachodnim rockiem nowej fali, japońskim idol bandem a nabierającym z początkiem syntezatorowych lat 80. rozpędu techno kayō — rearanżacją klasycznej melodyki kayōkyoku w nowej formule; drink! jest dzięki temu dość nietuzinkowe — w zasadzie nie ma tutaj progu wejścia, to kwestia akceptacji tej pojebanej (to najlepsze słowo, uwierzcie) stylistyki — jednocześnie ostrej na krawędziach i słodkiej do bólu; na poziomie filozofii juicy fruits mają coś z kyary pamyu pamyu — kawaii miesza się z kowai, a rezultat jest okashii; strona a jest okejkowa, ale to na stronie b jest prawdziwy szał — z kulminacją w postaci urokliwego coveru serowego „the night has a thousand eyes” i post-dancingowym rockabilly w „rhythm kimareba”. ♪ „rhythm kimareba”, „otome no count down”

| 69. |
talking heads stop making sense 1984 |
dopiero zeszłego lata doświadczyłem stop making sense tak, jak należy tzn; na wielkim ekranie; wcześniej widziałem tylko fragmenty, a odsłuch płyty bez obrazu początkowo nieszczególnie mnie przekonał; i nadal nie jestem pewien, czy to jest definitywna formuła dla talking heads — cholernie kreatywnej grupy, która jednak na każdej płycie miała lepsze i gorsze momenty; stop zbiera w dużej mierze te lepsze i ożywia jest funkową energią, której headsom zawsze brakowało trochę w nagraniach studyjnych; to na pewno absolutne doświadczenie koncertowe, nie jestem jednak wciąż pewien, na ile także w formie bez obrazu. ♪ „found a job”, „take me to the river”

| 68. |
elvis costello punch the clock 1983 |
był taki moment, że aspirowałem do bycia kompletystą w kwestii fizycznych dyskografii moich ulubieńców, do ulubieńców należał wówczas także costello (nadal się lubimy, ale trochę rzadziej mamy ze sobą kontakt) i tam punch the clock — ta prawie że sophistipopowa odsłona króla nowofalowego rock & rolla, wtedy wydawała mi się zupełnym kuriozum, ale teraz spośród jego 80sowego repertuaru jest mi do niej całkiem blisko; jest tu wiele ładnych melodii, charyzmatyczna sekcja dęta i soulujący feeling — to duża dawka pozytywnej energii i wykwintnego popu najwyższej próby (może nie wszystkie numery dowożą, ale stoję w opozycji do wyborów rym-owiczów pod tym kątem). ♪ „love went mad”, „let them all talk”

| 67. |
akina nakamori crimson 1986 |
akinę nakamori łatwo zbagatelizować — zaczynała jako idolka nastolatek, wydając każdego roku po dwie-trzy płyty, i dopiero w połowie lat 80. dojrzała do czegoś poważniejszego; w 1986 roku najpierw w sierpniu wydała hipnotyczny koncepcyjny krążek post-apo fushigi, a później w wigilię bożego narodzenia — crimson, gdzie we wciąż mocno newwave’owym anturażu zbliżyła się jak najbardziej mogła do citypopowej wrażliwości, czy operując kryteriami zachodnimi — r&b; ogólnie nie jestem miłośnikiem wokalu akiny, która potrafi prześpiewywać utwory na modłę klasycznego kayōkyoku, ale jednocześnie mógłbym podać crimson za wzór wokalnej subtelności — ktoś, kto akinę wymyślił na potrzeby tego krążka, zrobił to perfekcyjnie; nakamori jest niewątpliwie w centrum tego albumu, ale stapia się w jedno z tematem miejskiej melancholii, który zdominował ten materiał. ♪ „aka no enamel”, „oh no, oh yes!”

| 66. |
randy travis always & forever 1987 |
country lat 80. było, ogólnie rzeczy biorąc, w nadzwyczaj nędznej kondycji; w drugiej połowie dekady m.in; właśnie randy travis przyczynił się do odbudowy klasycznego brzmienia gatunku; od lat zamierzałem pochylić się nad jego dyskografią z większą uwagą, ale dopiero to zestawienie dało mi niezbędną motywację; pierwsze trzy płyty były nie tylko wielkimi komercyjnymi przebojami w amerykańskim radiu, ale zostały też przyjęte entuzjastycznie przez krytykę; mnie z tej trójki od samego początku najbardziej uwiodła środkowa — always & forever, i to pomimo serowej okładki i quasitytułowego utworu „forever and ever, amen”, który do dzisiaj pozostaje największym hitem travisa, a mnie osobiście trochę żenuje swoją naiwnością; dość prostolinijny songwriting pozostaje jednak mocną stroną krążka (i wczesnej dyskografii travisa ogólnie), w dużej mierze dzięki temu, że artysta potrafi przekonująco je zinterpretować; mimo tego, że to muzyka kierowana do szerokiej publiczności i wydawana przez ogromną wytwórnię, nie przypominam sobie bardziej jakościowego country z lat 80. ♪ „too gone, too long”

| 65. |
the waterboys this is the sea 1985 |
gdy słuchałem tej płyty po raz pierwszy lata temu w kontekście, który już zupełnie zapomniałem, nie sądziłem, że przyjdzie mi do niej wrócić i zrewidować swoje odczucia zupełnie diametralnie; może podobnie jak przy tango in the night fleetwood mac dojrzewałem do tej muzyki, nie słuchając jej, a wszystko nagle stało się jasne, gdy nasze drogi znów się przecięły? gdybym nie odkrył, że to stąd wzięło się „the whole of the moon”, które urosło we mnie w ostatnich latach nie wiadomo skąd jako jeden z tych transcendentnych momentów w muzyce popularnej, być może do tego pojednania by nie doszło; a jednak — to niesamowicie autorskie, ściśle splecione połączenie jangle popu, post-punku, folku i heartland rocka pożenione z jakąś trudną do opisania, ale zawartą w sercu tego materiału wspaniałością chwili; pędem, który jest możliwy do uchwycenia tylko w konkretnym punkcie, który daje nadzieję zmian, wolę walki i chęć życia; to płyta, która intryguje mnie na wielu poziomach i jestem przekonany, że od teraz będzie między nami tylko lepiej. ♪ „the whole of the moon”, „old england”

| 64. |
satoshi ashikawa wave notation 2: still way 1982 |
w równych proporcjach łączy klasycznie japońską melodykę, post-minimalistyczną pejzażowość, ducha kankyō ongaku i zuchwałość współczesnej kompozycji; rzecz, której bezskutecznie szukałem od lat, gdzie dysonanse i harmonie mieszają się w quasi-tanecznym ujęciu; to muzyka tyleż odprężająca co frapująca, zawsze jednak bliska w jakimś zaskakująco post-romantycznym (choć nie dosłownie) ujęciu emocjonalności; dla mnie, który naturalnie chłonę muzykę wrażeniowo, to istny raj; proste i złożone to część tej samej formy, zawsze niestrudzenie szczerej i bliskiej. ♪ „still park – piano solo”

| 63. |
hiroshi yoshimura wave notation 1: music for nine post cards 1982 |
od kilku lat trwa na zachodzie festiwal hiroshiego yoshimury — co rusz jakaś oficyna oficjalnie reedytuje jakieś z jego dawnych nagrań; wszystko zaczęło się w 2017 roku od music for nine post cards, pierwszej części enigmatycznej trylogii wave notation, które najpierw wypuściło empire of signs, a później przechwyciło light in the attic; z jednej strony można ten album potraktować jako wizytówkę japońskiego ambientu nurtu kankyō ongaku, czyli pożenionego w równych proporcjach z new age’m, impresjonizmem i awangardą; z drugiej zaś — jest to rzecz mimo wszystko dość odrębna — bardziej niż większość kankyō ongaku wycofana i minimalistyczna; bliższa sztuce wystawowej niż przestrzeni codzienności, co nie jest zarzutem, ale dystansuje mnie od niej skutecznie; gdy kilka lat temu nabyłem egzemplarz, wydawało mi się, że będę po ten krążek sięgał na co dzień, a tymczasem zachowuję go na chwilę szczególnej potrzeby i wzmożonej uważności; taka to muzyka. ♪ „blink”, „soto wa ame”

| 62. |
the pussywillows spring fever! 1988 |
przez wiele lat, najpierw jako dzieciak, potem student i młody dorosły, miałem problem z latami 80. chłodna produkcja, syntezatory i automaty perkusyjne to nie było coś, co mnie brało; w tamtym czasie najbardziej brało mnie organiczne i dość surowe brzmienie lat 60. i ten dość kompaktowy (choć niewydany nigdy na cd) krążek jest pamiątką tamtej epoki; dziewczyńskie trio the pussywillows nie było nawet one hit wonder, nagrało tę niepozorną epkę wypełnioną bardzo trueschoolowo brzmiącym surfrockiem jakoś na fali stylistycznych powrotów do lat 60. w drugiej połowie lat 80. i faktycznie można by ten krążek umieścić gdzieś pomiędzy the ronettes a surfin’ usa beach boysów i nie byłoby zgrzytu; materiał jest tu w dużej mierze pożyczony, ale tak, żeby nie dało się łatwo poznać, a dziewczyny dowożą — mają charyzmę wokalną, gitary i sekcję rytmiczną zupełnie jak trzeba; spring fever! pędzi przed siebie z zadziwiającą siłą i pewnością siebie, pomimo świata, który był wtedy już zupełnie gdzie indziej i niewątpliwie wątłego budżetu; to jedna z tych pozycji, które definiują dla mnie beztroskę; i może dlatego wciąż nie potrafię jej się oprzeć. ♪ „don’t say he’s gone”, „hold my hand”

| 61. |
the jesus and mary chain psychocandy 1985 |
psychocandy, hałaśliwy proto-shoegaze ze słabością do popu lat 60. spod znaku phila spectora, gdy tylko został uważniej przeze mnie odsłuchany, ujawnił moją słabość do tej jakże oryginalnej, na wskroś awangardowej wówczas i odważniej mieszanki stylistycznej; nawet jeśli jesus and mary chain nie dowożą tu melodyki na miarę my bloody valentine, z dumą można położyć ten krążek na półce zaraz obok mistrzów shoegaze’u, co już niedługo mam nadzieję przedsięwziąć zupełnie fizycznie. ♪ „just like honey”

| 60. |
steve monite only you 1984 |
to jeden z tych fascynujących przypadków krążka odkrytego przez szerszą zachodnią publikę dopiero po wielu latach; steve monite to nigeryjski piosenkarz boogie i disco, a only you, wydane oryginalnie w 1984 roku, to jego jedyny longplay; dopiero po premierze składanki doing it in lagos: boogie, pop & disco in 1980s nigeria w 2016 roku nakładem brytyjskiego soundway records zachodni słuchacze dostrzegli tytułowe „only you” — 6 lat później, by popular demand, reedytowano więc cały krążek monite’a o tym samym tytule; rzecz z jednej strony wykorzystuje najbardziej kiczowe syntezatory jakie można sobie wyobrazić, z drugiej — ma w sobie jakiś nieodparty urok, charyzmę i oczywiście melodie; brzmi to trochę tak, jakby monite wraz z zespołem śpiewał teraz na żywo zaraz obok nas — jakby materiał był tylko w cżęści wyreżyserowany, a cała reszta była wynikiem charyzmatycznej improwizacji. ♪ „only you”

| 59. |
edyta geppert och, życie kocham cię nad życie 1987 |
to jedna z muzycznych pocztówek mojego wczesnego dzieciństwa; babcia miała ten album na kasecie i siłą rzeczy często go słyszałem; dla babci i mamy geppert uchodziła wtedy za wzorzec scenicznej klasy i elegancji — myślę, że zresztą w tym względzie po stronie artystki wiele się nie zmieniło, poza może tym, że wypadła z obiegu medialnego; zostały piosenki — zaśpiewane dość tradycyjnie w inspiracji chanson, zaaranżowane dość kosmicznie w stylu epoki; paradoksalnie moje ulubione momenty tutaj to te najmniej znane — „nocny dyżur”, „mój człowiek”, „poésie” — jest w nich jakaś ponadczasowa tęsknota mieszająca z rozmysłem słodycz z goryczą. ♪ „nocny dyżur”, „mój człowiek”

| 58. |
anri timely!! 1983 |
śmiałem się ostatnio, że anri w latach 80. wydała chyba z dziesięć płyt; touché! wydała jedenaście; słuchałem kilku kultowych z okresu 1982-1984, ale tylko timely!!, słusznie zresztą stawiana na citypopowym piedestale, zaczarowała mnie w całości i bez konieczności zawierania z muzyką na krążku jakichkolwiek kompromisów (prawie spełnia ten warunek także heaven beach z 82) — może dlatego, że w niemal w całości (poza dyskotekowym openerem) trzyma się konsekwentnie tematu letniej beztroski zwieńczonej jakimś słodko-gorzkim finałem, gdy trzeba już pożegnać słońce; anri jest świetną piosenkarką, której trochę brakuje charakteru, co timely!! pięknie nadrabia spójnym brzmieniem i dobrymi melodiami. ♪ „windy summer”

| 57. |
miharu koshi boy soprano 1985 |
rok po kultowym parallelisme miharu koshi zjednoczyła siły z haruomim hosono po raz kolejny, ale tym razem nawet bardziej na własnych regułach — na pierwszy plan wysunęły się inspiracje koshi europejską muzyką klasyczną, a hosono po swojemu zaaranżował to wszystko na syntezatory; są tu więc dwie reinterpretacje utworów schuberta, w tym jedna wyjątkowo dziwaczna — kosmiczna synthpopowa wersja tego „ave maria”; jest proto-glitchpopowy rap okraszony niemieckojęzycznym tytułem „lip shütz”, a kilka pozostałych numerów w taki czy inny sposób, mimo technopopowej powierzchowności, melodycznie śmiało nawiązuje do muzycznych tradycji starej europy; to płyta, która przy pierwszym kontakcie raczej odstręcza niż fascynuje, co jednak łatwo daje się odwrócić, bo w tym szaleństwie jest metoda, a miharu koshi to jedna z najciekawszych piosenkarek swojej generacji, z łatwością dająca radę niejednej anri czy akinie, niezależnie od repertuaru; jest w tej muzyce historia na wielu poziomach i nie potrafię już o niej zapomnieć. ♪ „hashire usagi”

| 56. |
james brown in the jungle groove 1986 |
nie szukajcie dalej, to jest ten james brown, którego chcecie i potrzebujecie! to dość paradoksalne, bo w 86 brown był już absolutnie poza soulowym czy funkowym nawiasem i ten quasi-album-quasi-składak został przyjęty jako ciekawostka dla muzycznych geeków; na płytę złożyła się selekcja tanecznych numerów browna z lat 1969-71, w tym jeden wcześniej niepublikowany i kilka remiksów (wiernych naturze i oryginalnemu brzmieniu browna), a klucz do krążka stanowił beat; w połowie lat 80. brown stał się kopalnią sampli dla rodzącej się sceny hip-hopowej i in the jungle groove było odpowiedzią na rosnące zainteresowanie oryginalnymi nagraniami funkowego mistrza w tym nowym kontekście; moje wcześniejsze doświadczenia z brownem były raczej mieszane — podziwiałem jego energię, która przepełniała poszczególne numery, ale w kontekście płytowym, brown rzadko kiedy potrafił to dowieźć; udało się to dopiero w retrospekcji na in the jungle groove, którego centralnymi punktami są groove i energia; to bardziej doświadczenie niż płyta sensu stricto, kolejne numery układają się w coś na kształt funkowego jam session, gdzie motywy i refreny są tylko punktem wyjścia do synergetycznej improwizacji — w tym przypadku pod dyktando pulsującego bitu i pod przewodnictwem najbardziej charyzmatycznego soulowego wodzireja. ♪ „funky drummer – pt. 1 & 2”

| 55. |
steve reich octet · music for large ensemble · violin phase 1980 |
w cieniu przesławnego music for 18 musicians, tak długim i gęstym, że nie sposób dojrzeć niczego innego, jest wydana dwa lata później płyta z trzema mniejszymi kompozycjami: octet, music for a large ensemble i violin phase; każda z nich jest na swój sposób znakomita i ma własną tożsamość, choćby ze względu na odmienne instrumentarium; to główna przewaga tej płyty nad słynniejszym poprzednikiem — każdy z trzech utworów trwa mniej więcej ćwierć długości music for 18 musicians — wystarczająco, by zainstalować się wygodnie w dźwiękowej przestrzeni, ale nie tyle, by stracić nią zainteresowanie i bezwiednie zająć głowę czym innym; choć to octet służy tu za danie główne, moim ulubionym momentem zawsze było rozpoczynające music for a large ensemble — pozornie bezpośrednia kontynuacja wcześniejszego projektu, jednak różniąca się diametralnie energią i wymową; to naturalnie bardzo jasne i medytacyjne granie utkane w formie dźwiękowych sieci, których rozplątywanie daje przejmującą satysfakcję. ♪ „music for large ensemble”

| 54. |
saeko suzuki the law of the green 1985 |
lata 80. to był ten czas, gdy twórcy chętnie ścigali się przez płotki na to, kto nagra płytę dziwniejszą — nawet w głównym nurcie; nie ukrywajmy, ja lubię dziwne płyty; novelty ponad rzemiosłem to moje sekretne motto; i tu właśnie do akcji wkracza saeko suzuki, cała na zielono, ze swoim zielonym ładem — dźwiękowym kodeksem rozpisanym na dzwonki od rowerów, synetezatorowe marimby i żaby; suzuki w niezbornym rozkroku między popowymi refrenami, musicalowym sznytem, energią zolo a medytacyjnym kankyō ongaku tworzy album równie absurdalny, co rozkoszny; to czysta fantasmagoria, podróż do jakiejś odległej dziwacznej bajkowej krainy, do której worteks znajduje się w samym sercu lat 80. ♪ „good morning”, „mon biclo”

| 53. |
the smiths the queen is dead 1986 |
the smiths to styl życia, czy może raczej percepcji życia, a przynajmniej myślenia o życiu; poetyka morrisseya tańczącego na grobie oscara wilde’a z lekką manieryczną, ale fascynującą narracją, która podczas słuchania manifestuje się słuchaczowi w sposób niemal fizyczny; to trochę tak jakby ktoś bardzo samotny delikatnie przytulił kogoś drugiego, równie samotnego, a po wszystkim rozeszliby się — każdy z powrotem w swoją samotność; jest w tym miejsce na czułość, ale jest też przewrotność, którą można rozumieć jako poetycką zawadiackość, ale też ostentacyjne przewracanie oczami; tacy właśnie są the smiths, a the queen is dead wyraża ich charakter najpełniej ze wszystkich czterech studyjnych krążków zespołu; są i tacy, owszem, którym się wydaje, że to debiut, ale tam większość kompozycji była melodycznie nijaka, a tutaj mamy więcej muzycznej substancji (transcendencji nawet) niż na części kompilacji z singlami grupy; są, owszem, potknięcia; na szczęście album można (czyt; należy) zakończyć po „there is a light” i udawać, że ma tylko 9 utworów. ♪ „the boy with the thorn in his side”

| 52. |
pixies doolittle 1989 |
to zabawne — kupiłem tę płytę sto lat temu, przede wszystkim chyba ze względu na rozpoczynającego debasera, ale nie pamiętam, żebym kiedykolwiek jej w tym czasie słuchał; powodem, tyleż prozaicznym co znamiennym, starość; zbyt hałaśliwi zrobili się dla mnie starzy dobrzy pixies, choć może po prostu na wierzch wyszła cecha, którą tylko pozornie miałem kiedyś za zaletę, a w rzeczywistości zawsze był to znak jakiejś granicy; inaczej nie pożegnałbym się z nimi ot tak; ale właśnie to połączenie hałaśliwych gitar i niemal popowego songwritingu, który nigdy nie zaistniał na listach przebojów, robi robotę tak bardzo; bez pixies nie byłoby tych wszystkich weezerów, wavvesów, japandroidsów i setek innych grup, które mi zrobiły studiowanie i przez które sięgnąłem po pixies i zakochałem się w ich dwóch pierwszych płytach (pozdrawiam stąd surfer rosa z 1988, które też kupiłem i też go nie słucham); z drugiej strony słychać tu też jakąś zadziorność ramonesów, surferski vibe beach boysów, garażowość velvetów; doolittle jest w ten sposób zupełnie niezbędne. ♪ „wave of mutilation”, „debaser”

| 51. |
lech janerka historia podwodna 1986 |
ależ ten janerka był znakomity! chociaż mam silniejszą więź z debiutanckim klausem, muszę przyznać, że historia podwodna zachowała większość jego zalet (bezkompromisowy i niewiarygodnie przebojowy songwriting janerki oraz nieustającą skłonność do formalnych eksperymentów na punkowej kanwie), a pozbyła się największego mankamentu — jarmarcznej fragmentaryczności; janerka jest tu dużo bardziej skoncentrowany i wyraża siebie pełniej; i nawet jestem skłonny uwierzyć, że historia jest podwodna, pulsuje, klekoce, świdruje, brzęczy jak łódź podwodna między wiolonczelowymi falami i prądami, i w jej ramach też cały ten społeczny galimatias janerka musiał pomieścić; może tego nie jestem sobie w stanie do końca wyobrazić — debiut klausów zawsze był dla mnie jasną wizją, wszystkie składowe stawały mi tam przed oczyma, ilekroć usłyszałem fragment; w historii, choć niczego jej nie brakuje, a nawet ma więcej, niż by można było oczekiwać, to się jakoś nigdy nie składało; i to jest mój jedyny, największy i najmniejszy zarzut; poza tym świetna płyta. ♪ „lola (chce zmieniać świat”

| 50. |
hiroshi yoshimura green 1986 |
inaczej niż w przypadku music for nine post cards wydane cztery lata później (w dwóch wersjach) green to harmonijna podróż ku naturze i kanoniczny przykład medytacyjnego new age’u — zaskakująco melodyjnego i wcale nie serowego; kolejne utwory są poukładane post-minimalistycznie, tak żeby kolejne motywy intrygowały słuchacza, ale nie wybijały go z transu; organiczność tej muzyki jest celowo upozorowana — green nie próbuje zastąpić obcowania z naturą, raczej poszerzyć to doświadczenie, do czego, co zrozumiałe, wykorzystuje własne środki; technikalia tej muzyki są jednak drugorzędne, liczy się właśnie doświadczenie. ♪ „green”

| 49. |
japan gentlemen take polaroids 1980 |
david sylvian był dla mnie nieuchwytny całymi latami, a jednocześnie dokoła niego gromadziły się kolejne impulsy zwracające mnie co rusz w jego stronę; nie mam pewności, czy gentlemen take polaroids to definicja brzmienia japan — wciąż nie zgłębiłem należycie inspirowanego chińskim folklorem tin drum, ale na tę chwilę to chyba takie japan, do którego potrafię dosięgnąć; tajemnicze, zaskakująco poetyczne, ale wciąż melodyjne i popowe, choć nie bez aranżacyjnych twistów, gdzie noworomantyczną materię powykręcano hipnotycznie tak, że utwory, choć namacalne, są jednocześnie nierzeczywiste; gentlemen take polaroids to wykwintny muzyczny teatr, w równej mierze czerpiący z reguł zachodnich i wschodnich — nie tylko na papierze — muzyczny pomost między faktyczną japonią a europą, czego dowodem niech będzie być może najbardziej intrygujący, inspirowany fortepianowymi miniaturkami erika satie, numer na krążku — napisane przez ryuichiego sakamoto „nightporter”. ♪ „gentlemen take polaroids”, „nightporter”

| 48. |
fleetwood mac tango in the night 1985 |
czy można pokochać jakiś album, nie słuchając go? gdy świadomie poznałem fleetwood mac w ich późno70sowej odsłonie z lindseyem buckhinghamem i stevie nicks w rolach głównych, absolutnie zatraciłem się w ich idealnej mieszance popu i rocka — do dziś pamiętam, jak całym sobą chłonąłem rumours — jakże witalne było to doznanie; jednocześnie jednak dla zasady zacząłem kontestować ich najbardziej ograny radiowo krążek tango in the night, po który naturalnie sięgnąłem zaraz potem; nie spodobał mi się zwrot w stronę syntezatorów pozbawiający ich wcześniejsze brzmienie organiczności; lata mijały, a ja omijałem tango; jednocześnie jednak te znane mi przecież dobrze numery zaczęły dojrzewać wraz ze mną, dawne antagonizmy same zniknęły nie wiem kiedy, i gdy po latach wróciłem do tanga, okazało się, że to na swój własny sposób także znakomita płyta pokazująca inną stronę tego samego brzmienia, które przed laty tak mnie poruszyło. ♪ „you and i, pt. ii”

| 47. |
toshifumi hinata hitotsubu no umi (reality in love) 1986 |
to jedno z moich niedawnych odkryć, wydane zresztą w sercu lat 80. przez tę samą kultową oficynę alfa, którą znam z płyt yellow magic orchestra; i byłaby to może i rzecz zupełnie serowa, gdyby nie soundtracki do filmów studia ghibli joe hisaishiego, które niewątpliwie dzielą z tym wydawnictwem upodobanie do łączenia new age’owego ambientu z motywami impresjonistycznej muzyki kameralnej; różnica jest oczywiście zasadnicza, bo album hinaty nie jest ścieżką dźwiękową do filmu (choć mógłby być!), przez co jest to doświadczenie mniej nieobliczalne (bo soundtracki zwykle są niestety nieobliczalne); na osi czasu album hinaty zgrywa się zresztą niemal idealnie z początkami studia; sam hinata natomiast jest twórcą znacznie bardziej eklektycznym, a ta płyta nie jest najbardziej reprezentatywna dla jego stylu; angielski dziwaczny tytuł reality in love nijak ma się do oryginalnego hitotsubu no umi, które przetłumaczyć można jako morze w jednej kropli z niewydrukowanym na okładce (a jedynie na pasku obi) podtytułem krajobraz serca, które kiedyś odwiedziłem; hinata balansuje tu na granicy czegoś bardzo prawdziwego w post-romantycznym sensie i czegoś, co może zostać rozpoznane jako imitacja; gdy jednak pewne uproszczenia zaakceptujemy i damy tej muzyce wybrzmieć, może zrobić dla nas dużo dobrego; i tę opcję sam wybrałem. ♪ „reflections”, „hikari to mizu”

| 46. |
the stone roses the stone roses 1989 |
pamiętam, że gdy pierwszy raz sięgnąłem po stone roses jakoś na studiach skuszony kultowym statusem tego krążka (i śmiałą kompozycją z okładki, która zawsze wyglądała dla mnie trochę jak wiejski krajobraz widziany z lotu ptaka), była to zdecydowanie jedna z tych płyt, które początkowo stawiały mi opór; cóż wtedy wiedziałem o madchesterze — słonecznym, ale nieco chłodnym w ekspresji — mówimy jednak o ekspresji angielskiej; słuchałem jej wówczas całkiem sporo — zwłaszcza singlowego „i wanna be adored”, które z perspektywy, choć najbardziej ikoniczne tutaj, nie byłoby dzisiaj moim pierwszym wyborem na plejlistę, a później na wiele lat kontakt zupełnie się urwał; gdy wróciłem do płyty teraz, przesłuchałem ją czterokrotnie w ciągu dwóch dni, z poczuciem, że tego właśnie potrzebuję; może to skraj jesieni, wyjątkowo ekstremalny, gdy go porównać z tym, co znamy, ale jest też duże prawdopodobieństwo, że stęskniłem się za tą muzyką — tym jak nienachalnie, ale melodyjnie płynie i składa się w całość; to zresztą obok miami the gun club kolejna płyta, która w niesamowicie adekwatny sposób łączy to co przeszłe (psych-pop z lat 60. à la the kinks) z tym, co dopiero miało nastąpić później (blur); nie śmiałbym włączyć the stone roses w słoneczny dzień, ale jeśli deszczowego dnia potrzebuję odrobiny słońca, które jednocześnie nie wydaje się nie na miejscu — the stone roses sprawdzą się w tej roli najlepiej na świecie. ♪ „this is the one”, „i wanna be adored”

| 45. |
wojciech młynarski młynarski w ateneum: recital ’86 1987 |
kupiłem tę płytę kiedyś od ulicznego handlarza i chociaż w tamtym czasie nieszczególnie było mi po drodze z młynarskim jako wykonawcą własnych utworów (głównie na bazie jego repertuaru z lat 60.), ten recital z 86 okazał się szalenie zajmujący — młynarski jest charyzmatyczny, elokwentny i dowcipy, zarówno gdy wykonuje kolejne utwory, jak i gdy opowiada między nimi rozmaite anegdotki; program jest doskonale wyselekcjonowany, a formuła kameralnego recitalu znakomicie mu służy. ♪ „róbmy swoje”, „po co babcię denerwować”

| 44. |
akiko yano tadaima. 1981 |
akiko yano przy okazji reedycji jej dyskografii w poprzedniej dekadzie przez paryską oficynę wewantsounds okrzyknięto japońską kate bush; to oczywiście marketingowo-recenzenckie uproszczenie, ale wcale nie krzywdzące, choć obie panie tworzyły paralelne rzeczy w podobnym okresie, z dużym prawdopodobieństwem w oderwaniu, choć być może wcale nie zupełnym, od wzajemnych wpływów i powiązań; yano, przynajmniej na błyskotliwym tadaima., związana z kreatywną stajnią yellow magic orchestra w nurcie techno kayō, jest uosobieniem muzycznego oryginała; to, jak w przypadku bush, bardzo autorska mieszanka mieszająca w równych proporcjach dość szalony, ale jednak melodyjny pop z szeroko pojmowaną awangardą; płyta jest zresztą dość specyficznie ułożona, inaczej niż np. the hounds of love, gdzie na jedną stronę wciśnięto wszystkie przeboje, a drugą spowito eksperymentami — u yano pierwsze dwa i ostatnie dwa utwory złożyłyby się na absolutnie perfekcyjną prog-techno-popową epkę, z kolei materia pomiędzy nimi, to rzecz innej gęstości, artystowski głąb, który jednak nie przekracza pewnej dość istotnej granicy, za którą słuchacz mógłby poczuć dyskomfort i zacząć zadawać te same tendencyjne pytania o zasadność sztuki współczesnej. ♪ „harusaki kobe”, „tadaima.”, „rose garden”

| 43. |
prince dirty mind 1980 |
nie byłoby lat 80. bez purpurowego księcia; choć niewątpliwie centrum jego kariery już na zawsze w percepcji ogółu pozostanie purple rain, ja dość szybko przelałem swoje uczucia względem tego, co uznawałem za esencję prince’a, czyli syntezatorowego funku, na płytę, od której wszystko de facto się zaczęło — dirty mind z 1980 roku; formalnie był to trzeci album artysty, ale pierwszy, na którym naprawdę poszedł na całość — począwszy od przegiętej majtkowo-apaszkowej okładki, przez obezwładniający, naładowany seksualnie klimat funkowego minneapolis — w szczycie ery disco wyszarpujący szalejącą na parkietach publikę w zgoła innym kierunku; lubię tę płytę nie tylko dzięki niesamowitemu wyczuciu melodyjno-produkcyjnemu księcia, ale też dlatego, że od początku do końca opowiada mi historię; no i uwodzi mnie ta buzująca po stokroć na wielu poziomach synthfunkowa stylistyka — kolejne płyty też opowiadały historie, ale albo robiły to niekonsekwentnie (1999, around the world in a day), albo nie była to do końca historia, która przypadła mi gustu estetycznie (purple rain), albo nie byłem w stanie wczuć się w nią od a do z (parade); tak czy inaczej, podtrzymuję opinię, że lata 80. bez prince’a się nie liczą. ♪ „dirty mind”

| 42. |
van dyke parks tokyo rose 1989 |
w biednych istotach z emmą stone sceny jej podróży statkiem zrealizowano w jednocześnie surrealistyczny, kiczowaty i majestatyczny sposób; słuchając tego krążka, wizualizuję go sobie w takim właśnie stylu; niebezpodstawnie zresztą, bo przecież żeby niegdyś dostać się z usa do japonii, trzeba było przepłynąć pacyfik; tokyo rose z początku drażniło mnie swoją staromodnie zawadiacką amerykańskością próbującą połknąć japońskie subtelności, niewiele z nich rozumiejąc; wiele lat później, gdy udało mi się wreszcie polubić ameryką i europę, zrobiłem to japońskimi oczami, a to otworzyło mi drzwi także do tej płyty, którą traktowałem wcześniej raczej jako kuriozum; van dyke parks ma do zaoferowania połamaną melodykę, kunsztowne aranże (miejscami przedobrzone dla efektu dramatycznego — tak ma być, to forma quasi-teatralna) i dziwaczne teksty opisujące zawiłe relacje osobiste, polityczne i handlowe; tokyo rose jest reliktem, na który nie było miejsca ani w codzienności lat 80., ani tym bardziej dziś; z tego też powodu jest to mój album podróżny — zabieram go ze sobą, niekoniecznie płynąc przez pacyfik, gdy mam chęć podróżować w jeszcze innym wymiarze — między epokami i rzeczywistościami; pod tym względem tokyo rose jest trochę bardziej jak książka albo jak film. ♪ „trade war”, „yankee go home”

| 41. |
duran duran rio 1982 |
nie jestem duranowcem, jeszcze nie tak dawno rio było jedyną płytą zespołu, której słuchałem w całości; trochę to dziwne, biorąc pod uwagę, że to jedna z tych wielkich perfekcyjnych popowych płyt lat 80., gdzie wszystko jest na swoim miejscu, a każdy kolejny numer dorównuje poprzedniemu jakością i chociaż zmienia się ich ogólny wajb, to wszystko zgrywa się w całość; swoją drogą to chyba najbardziej emblematycznie 80sowa płyta w tym zestawie, czerpiąca bez skrępowania z całego wachlarza stylistycznych atrybutów ♪ „hold back the rain”