Opublikowano

80✕80:80 płyt z lat 80. — cz.2

And then one more decade in life and music

osiemdziesiąt płyt z lat osiemdziesiątych — tak sobie to wymyśliłem; lista rozpoczęła się już tutaj: 80✕80:80 płyt z lat 80. — cz.1, ale można się też bez tego jak najbardziej obejść; jak zwykle jest to trochę próba pobawienia się w dziennikarza, a trochę pamiętnik — zgodnie z podtytułem: lista krążków, które uznałem za najbliższe mi (in life) i najciekawsze (in music)


And then one more decade in life and music

40.

janet jackson rhythm nation 1814 1989

był taki moment, że uznawałem rhythm nation za najlepszą płytę r&b w historii — bardziej za sprawą sumy jego składników niż ze względu na całościowe doświadczenie, które na trackliście rozpisało 12 kawałków na 20 pozycji, przez przerywające flow muzyki krótkie interludia (których na szczęście nie ma na wersji winylowej); i choć sama końcówka krążka wydaje się nieco przeciągnięta z trzema balladami back to back, to wciąż najlepsza płyta janet, fantastyczny moodsetter pełen popowej wirtuozerii, zarówno tej wielkoformatowej, jak i nieco skromniejszego kalibru, jak w na wskroś newjackswingowym, awangardowo pociętym na kawałeczki złożone w dźwiękową mozaikę wzdłuż rytmicznego wzorca „alright”; jakby tego było mało, choć nie jest to może drugie what’s going on, janet porusza na krążku rozmaite społeczne kwestie, które do dziś pozostają adekwatne. ♪ „alright, „miss you much”


And then one more decade in life and music

39.

tokyo gakuso takemitsu: shūteika ichigu (in an autumn garden) 1980

w jesiennym ogrodzie toru takemitsu mieszka wiatr; głaszcze długie trawy, targa gałęzie, pieści spadające z nich liście; wespół z nim czasem odzywa się deszcz i bębni, bębni, bębni, ile sił w chmurze, o dachy i parapety; utwór takemitsu to rzecz zupełnie niespotykana — utwór rozpisany bez wątpienia na kanwie tendencji w muzyce współczesnej drugiej połowy xx wieku, ale instrumentarium i stylistyczne subtelności pożyczający wprost z tradycji japońskiej muzyki dworskiej gagaku; takemitsu skupia się w swoich kompozycjach na długich wybrzmieniach to harmonizujących, to dysharmonizujących ze sobą fletów hichiriki i ryūteki, które dają życie jesiennemu bogu wiatru; nie jest o jednak muzyka żadnej grupy rekonstrukcyjnej otwarzającej tradycji ery heian, ale odcień współczesności — takiej, której albo nie dane było nam poznać, albo nauczyliśmy się jej nie widzieć ♪ „in an autumn garden”, „melisma”


And then one more decade in life and music

38.

violent femmes violent femmes 1983

klimat tego krążka jest absolutnie niepodrabialny; jednocześnie punkowy i akustyczny; zawadiacko bałaganiarski, wręcz niechlujny, ale tylko pozornie, bo to wszystko pięknie trzyma się najsroższych matematycznych reguł, jeśli chodzi o receptę na przebojowe granie; z jednej strony nie da się zanegować jego rockowej energii, z drugiej zaś w ogóle i w szczególe kręgosłup tej płyty to esencja fantastycznego popu; rzadko wracam do tego krążka w całości, ale zawsze czuję wielką satysfakcję z jego towarzystwa. ♪ „kiss off”, „blister in the sun”


And then one more decade in life and music

37.

the smiths strangeways, here we come 1987

w czasie mojej największej fascynacji smithsami jakoś na początku studiów, a później jeszcze przez wiele lat, jakimś dziwnym trafem ignorowałem strangeways, here we come; może przez to niezręczne zbliżenie na twarz, jak wówczas myślałem, morrisseya, później podejrzewałem elvisa, a ostatecznie okazało się, że aktor richard davalos patrzący na jamesa deana w filmie na wschód od edenu; morrissey oczywiście pozostaje tu nonszalancko morrisseyem, jego poetyka jest na wskroś wisielcza, ale dość paradoksalnie, może nawet sarkastycznie, zestawiona zostaje z najbardziej upbeatową i słoneczną muzyką w całym katalogu smithsów; a ja lubię zarówno paradoksy, jak i upbeatową, i słoneczną muzykę; trudno strangeways zestawić i porównywać bezpośrednio z the queen is dead, które jest inną płytą pod każdym względem — ale w ostatnich latach strangeways całościowo chyba lepiej wyraża to, co wydaje mi się, że wyraża mnie w muzyce the smiths. ♪ „stop me if you think you’ve heard this one before”, „last night i dreamt somebody loved me”


And then one more decade in life and music

36.

the gun club miami 1982

po raz pierwszy włączyłem tę płytę, bo spodobała mi się paleta kolorów na okładce; ponoć debiut grupy wydany rok wcześniej odbił się szerszym echem; miami jest trochę jak garażowo-bluesowe joy division; zamiast przenikliwego zimna, jest tu przenikliwe ciepło oddawane nocą przez nagrzany w ciągu upalnego dnia asfalt; ale czy w upale nie można poetycko cierpieć? ależ można; można też frenetycznie, niemal konwulsyjnie podrygiwać, tańczyć, w rytm tego poetyckiego cierpienia; i taka to jest właśnie płyta; podoba mi się w niej bardzo estetycznie to, jak co rusz ociera się o cowpunk i gotyckie country, do tego stopnia, że gdyby nie ten znaczący niuans, pewnie zupełnie bym ją zignorował, nawet pomimo palety kolorów, którą urzekła mnie jej okładka. ♪ „mother of earth”, „the fire of love”


And then one more decade in life and music

35.

tatsuro yamashita for you 1982

chociaż w latach 80; ojciec chrzestny city popu tatsuro yamashita ustrzelił albumowy hat-trick, najpełniejszą manifestacją jego stylu (i city popu jako takiego) wciąż pozostaje for you, które doskonale równoważy soft rock spod znaku steely dan z bujającym syntezatorowym funkiem; ten krążek to w każdym calu idealna emanacja dojrzałego lata, ten sam sen o złotym wybrzeżu pacyfiku, który z drugiej strony oceanu, dwadzieścia lat wcześniej opowiedzieli nam beach boysi przy pomocy nieco innych środków, ale korzystając z tych samych atrybutów i wyrażając podobną wrażliwość. ♪ „sparkle”, „music book”


And then one more decade in life and music

34.

bill evans you must believe in spring 1981

wydany pośmiertnie krążek jednego z najwspanialszych jazzowych pianistów wszech czasów to być może najbardziej kompletna długogrająca emanacja jego muzyki; sięgnąłem po tę płytę wiele lat wcześniej w szczycie zimowej szarugi zachęcony profetycznym tytułem — chciałem, musiałem wierzyć, że wiosna nadejdzie; miałem nadzieję, że znajdę ją na płycie, ale wyobraziłem ją sobie chyba nieco inaczej niż evans; tytuł jednak został we mnie i każdej podłej zimy kiełkował we mnie bardziej, tak że co rusz mimowolnie włączałem you must believe in spring, coraz mniej oczekując, że zbliży mnie do wiosny; aż wreszcie to zbliżenie, nie wiadomo kiedy, samo z siebie, nastąpiło; nie jest to jednak wiosna ujęta prostolinijnie, stąd moja wcześniejsza konfuzja; evans chce wierzyć, ale sam wiem, że nie doczeka już wiosny, którą, wydaje mu się, że pamięta; czy ją pamięta, czy tylko ją sobie wyobraża, to drugorzędne; jego wiosna jest piękna, choć zawieszona nad przepaścią, która w każdej chwili może ją pochłonąć już na zawsze. ♪ „you must believe in spring”, „gary’s theme”


And then one more decade in life and music

33.

nasza basia kochana nasza basia kochana 1980

odkryłem tę płytę przypadkiem i bez pokładania w niej żadnej nadziei przed dwoma laty i momentalnie przepadłem — po jednym odsłuchu już jechała do mnie winylowa kopia, bo musiałem się z tą muzyką spotkać intymnie, bez komputera; cóż to jest za niewiarygodnie funkująca bossa nova znad wisły! kto to widział takie cuda na tym szarym łez padole! a w tym niecodziennym anturażu plączą się w równej mierze ścieżki jazzowe, folkowe i bluesowe, jak gdyby nigdy nic; dębski zrobił tu fantastyczną robotę w kwestii aranżacji, które naturalnie dopełniają te wypełnione życiem, splecione z codziennością utwory. ♪ „gniewna piosenka muminka o lecie”, „sen znaleziony w lesie”


And then one more decade in life and music

32.

klaus mitffoch klaus mitffoch 1985

nie wracam do tej płyty zbyt często, ale jeśli już wracam, to na pełnej, bez kompromisów — ja jestem nią, a ona jest mną; ależ oczywiście, że historia podwodna janerki też jest wspaniała, jest dużo bardziej prawowitą kontynuacją tej estetyczno-społecznej myśli niż bezjanerkowy mordoplan; natomiast ten krążek jest dla mnie całościowym doświadczeniem, wejściem w rzeczywistość pod pewnymi względami bliźniaczą tej, którą znaliśmy, ale naciągniętej jak proca i strzelającej co rusz kolejnymi pociskami; jak gdyby całe miasto zamienić w wielki betonowy cyrk, nie trzeba by nawet nic zmieniać, miasto sprawdzi się w tej roli doskonale, trzeba tylko unaocznić każdy drobny absurd, na którym je zbudowano, a kuglarska treść — małpy żonglujące płonącymi kręglami i tego typu sprawy — wypełni je sama; takie to doświadczenie; uwielbiam je; to też moje ulubiona odziedziczona płyta winylowa; któregoś dnia mój ojciec w tajemnicy przede mną pojechał do swojego rodzinnego domu, żeby wydobyć z piwnicy stosy starych polskich winyli z czasów jego młodości; niektóre nadawały się tylko na śmietnik (rip opryskany farbą nowy rozdział kombi, ale nic tam, tej płyty u mnie na pewno nie będzie), a inne, jak ten klaus, najwyraźniej nie były lubiane i grane, bo wyglądały, jakby ktoś je właśnie wyciągnął z folii; taka historia. ♪ „wiązanka cz. iv”, „nie jestem z nikim”, „klus mitroh”


And then one more decade in life and music

31.

david sylvian secrets of the beehive 1987

długo mi zajęło znalezienie w sobie potrzeby obcowania z solową muzyką sylviana, niewątpliwie kunsztownie wykoncypowaną i wykonaną, ale jakoś z początku zupełnie odległą; od zawsze byłem niezmiennie wielkim miłośnikiem jego wokalu, ale nie wiem, czy tyle wystarczyło, by secrets of the beehive rozpaliło serce; nie wiem też, czy to może virginia astley, japan, ryuichi sakamoto czy steve jansen wreszcie wskazali mi do niego drogę, ale ostatecznie ta otworzyła się przede mną szeroko; sylvian jest poetą na wielu płaszczyznach i jako poetę, cechuje go pewna niejednoznaczność; plasuje się ze swoją wizją gdzieś między scottem walkerem a talk talk, a w tle tego wszystkiego pobrzmiewają jeszcze echa sentymentalnego sakamoto; zamilkły już za to niemal zupełnie echa jego potyczek z grupą japan; mimo, że secrets of the beehive jest zaskakująco progresywne w swoich eksploracjach, a sylvian jest charyzmatycznym wokalistą, cała płyta pogrążona jest jakby w letargu — by rzeczywiście ją odnaleźć, trzeba przekroczyć granicę snu; to nie zima, ale paralelne do niej ogniowo pomiędzy jesienią a wiosną; co więc jeśli sylvian jest nie poetą, ale czarodziejem? ♪ „let the happiness in”, „september”


And then one more decade in life and music

30.

shiho yabuki karada wa uchū no messēji (the body is a message of the universe) 1987

a co gdyby ten sam gęsty, skąpany w mroku i niepokoju las, który otaczał lynchowskie twins peaks istniał już gdzieś indziej, a jego tajemnice wciąż czekały na odkrycie? pierwszy krok w tym celu uczyniła w 2018 roku oficyna subliminal sounds, która po raz pierwszy reedytowała transcendentalny debiut japońskiej artystki newage’owej shiho yabuki, która ten las w 1987 roku powołała do życia; the body is a message of the universe to album nurtu kankyō ongaku w równych proporcjach łączący to mistyczne i surrealistyczne z kojącym i podnoszącym na duchu, w podobny sposób jak kilka lat później zrobili to lynch z badalamentim ♪ „samadhi”, „tomoshibi”


And then one more decade in life and music

29.

paul simon graceland 1986

moja słabość do graceland jest dość paradoksalna, bo to płyta, którą swego czasu opisywano niesławnym tagiem world music, na który zawsze byłem uczulony; myślę, że to zręczny songwriting simona i jakiś taki heartrockowy sznyt produkcyjny, którym podszyty jest album, przekonały mnie do niego; zaskakująco dobrze wyszła zresztą simonowi ta afrykańska przygoda — była, owszem, odrobinę postkolonialna, ale efektowna i niepozbawiona wcale meritum; strona b jest niestety zdecydowanie słabsza niż perfekcyjna strona a, której mogę słuchać bez końca, o ile tylko jest za oknem trochę słońca. ♪ „graceland”, „the boy in the bubble”, „i know what i know”


And then one more decade in life and music

28.

meat puppets up on the sun 1985

meat puppets to ciekawa grupa; zaczynali od punk rocka, po czym przez cowpunk przeszli w stronę alt-country (co najlepiej czuć na tej płycie), aż wreszcie w latach 90. skręcili w stronę alt-rocka przechodzącego momentami w hard rock — ot, cały wachlarz stylistyczny — kupiłem kiedyś na wyprzedaży ich składankę największych przebojów, więc mam pojęcie; próbowałem zresztą słuchać innych krążków w całości, ale nic z nich nie siadło; a up on the sun, który widziałem wyłącznie w wersji cyfrowej, jakoś tak zlał się ze mną przez lata, że gdy z pamięci zacząłem tworzyć listę płyt do rychłego odsłuchania do topu, to była jedna z pierwszych rzeczy, jakie dodałem do plejlisty; nic dziwnego — jest fantastycznie zbalansowana i przynajmniej o dekadę wyprzedza brzmieniem swoje czasy; kto tak grał w połowie lat 80.? jacyś offowi szaleńcy chyba? wszystko się zgadza; to melodyjna płyta, trochę laidbackowa, ale jednak pędząca śmiało do przodu; swimming ground to od lat moja topka utworów wszech czasów. ♪ „swimming ground”, „maiden’s milk”


And then one more decade in life and music

27.

shelleyan orphan helleborine 1987

gdzieś w niedalekim sąsiedztwie rustykalnej chatki na wzgórzu virginii astley, na trasie do kuglarskiej komuny ze skylarking xtc, za murami posępnego zamczyska dead can dance, jest zaklęta łąka obsiana kolorowymi ciemiernikami, na której trwa wieczna wiosna; to helleborine, debiut angielskiego folkowego duetu shelleyan orphan, urzeczywistniające oniryczną fantazję o barokowym folku w samym sercu pędzących lat 80; nie jest to jednak płyta zupełnie oderwana od brzmienia dekady — mimo klasycznego instrumentarium można dość łatwo odnaleźć tropy prowadzące od muzyki duetu do gwiazd wielkoformatowego popu, zarówno osobowe jak i stylistyczne, m.in. kate bush czy the cure. ♪ „midsummer pearls and plumes”, „southern bess (a field holler)”


And then one more decade in life and music

26.

tom waits rain dogs 1985

waits nigdy nie był do końca moją parą kaloszy, ale był czas, że odkrywałem go z niekrytą fascynacją; począwszy od bardziej konwencjonalnie pianobluesowych płyt z lat 70., po bardzo charakterystyczny dla waitsa (i być może dla nikogo innego) styl, który na wydanym rain dogs z 1985 był już zupełnie uformowany; przyznaję, nie poświęciłem waitsowi, poza kilkoma konkretnymi krążkami, wystarczająco dużo uwagi, by móc świadomie przedłożyć jakąkolwiek inną jego płytę nad to kultowe rain dogs; słyszałem jednak wystarczająco dużo, by mieć pewność, że w tym przypadku, tego kultowego statusu nie muszę nijak kontrować, że nie tylko go rozumiem czy doceniam, ale że za każdym razem, gdy krążek ląduje w głośnikach, przenoszę się do innej rzeczywistości i trwam w niej z satysfakcją do ostatnich taktów; nie jestem zresztą do końca pewien, czy umiem to miejsce opisać — to raczej rodzaj wyobrażenia bazującego na poczuciu niż na konkretnej wizji; pewnie też dlatego, że z każdym kolejnym numerem otoczenie ewoluuje, rain dogs jest niesamowicie różnorodne, biorąc pod uwagę, że wszystkie te kawałki składają się na jedną układankę, kreatywnie łączącą to, co romantyczne z tym, co plugawe, trochę tak, jak the pogues w „fairytale of new york” (z 1987, wybaczcie więc porównanie); co jednak ważne, a czego zbyt często brakuje współczesnym singerom-songwriterom, to to, że do poetyki i aranżu, mamy też do pary melodie i rytmikę, które tę płytę niosą, aż miło, tak że dociera nawet pod strzechy takich kurtków jak ja. ♪ „singapore”, „clap hands”


And then one more decade in life and music

25.

miharu koshi echo de miharu 1987

przeczytałem kiedyś, że ten album jest trochę jak filmy miyazakiego, które przedstawiają japońskie marzenie o starej europie, której od dawna już nie ma, ale w jakiejś fantastycznej formie żyje w wyobraźni twórców studia ghibli; to odkrycie zmieniło moje podejście zarówno do tej absolutnie dziwacznej płyty, jak i do samej europy, której przez dużą część mojego życia, delikatnie mówiąc, nie doceniałem, a tymczasem odsłuch echo de miharu, lektura podróżnego i światła księżyca i ponowny seans ruchomego zamku hauru czy opowieści z ziemiomorza sprawiły, że znalazłem magię i czar tam, gdzie dotychczas ich nie dostrzegałem; to jednak też inna opowieść; ta płyta bowiem należy do jeszcze innego świata — to kuriozalny showcase starych, głównie zachodnich melodii w bombastycznych syntezatorowych reinterpretacjach haruomiego hosono; mamy tu „la canción de marcelino” z marcelino pan y vino, „la traviati brindisi” verdiego czy „alleluja” mozarta zestawione z protorapową japońską sambą w „l’acqua sonora” czy amerykańskim hymnem marynarskim z lat 30. w „beyond the blue horizon”; o ile sama transpozycja standardów poprzednich epok na syntezatory w 1987 roku nie była już niczym szczególnie szokującym czy nowatorskim, w przypadku miharu koshi wyznaczała pewien horyzont — z jednej strony była to jej ostatnia płyta wydana oryginalnie w formacie płyty winylowej, z drugiej wszystko to, co wydarzyło się na echo rezonuje w jej twórczości na każdym kolejnym krążku aż do dzisiaj. ♪ „beyond the blue horizon”, „l’acqua sonora”


And then one more decade in life and music

24.

van dyke parks jump! 1984

jump! brzmi być może jak ścieżka do niezrealizowanego filmu disneya; w rzeczywistości podąża śladem królika z opowieści xix-wiecznego amerykańskiego pisarza joela chandlera harrisa; jak zwykle w przypadku vana dyke’a parksa jest dziwacznie i jakby nierzeczywiście; parks bywa w swoich aranżacyjnych nonszalancjach dość karkołomny i nawet te nieco kampowe, dziecięce melodie wykrzywia w jakimś psychodelicznym grymasie; jest do bólu synkretyczny — wraz z królikiem podskakują u niego teatralność, orkiestrowość, kameralność i folklor; w swoim stylu ożywia opowieści ze świata tin pan alley, który zawsze odgrywał w jego twórczości wiodącą rolę i sus za susem, ramię w ramię, wciąga w tę mityczną krainę nieskończonego blichtru niczemu niewinnego słuchacza; jeśli chodzi o potencjał piosenkowy, to być może zresztą najlepsza płyta parksa; ostatecznie można ją pokochać lub znienawidzić; ja jako samozwańczy wholesomeness ambasador oczywiście polecam uwadze. ♪ „come along”, „opportunity for two”


And then one more decade in life and music

23.

flipper’s guitar three cheers for our side 1989

niemal zapomniałem o tej płycie, chociaż nigdy się z nią nie poróżniłem; choć wydana w 1989 roku, zawsze była dla mnie emanacją brzmienia wczesnych lat 90. — zapewne przez akustyczne, słoneczne brzmienie inspirowane popem drugiej połowy lat 60. wraz z jego znakomitymi lokalnymi wariantami z brazylii (samba pop, mpb, bossa nova) czy francji (yé-yé); to, co na three cheers for our side nie ma jeszcze do końca formy, którą można by nazwać, wkrótce przekształci się w shibuya-kei, nurt, który choć nie zrewolucjonizował 90sowego j-popu, do dziś pozostaje źródłem inspiracji i punktem odniesienia dla muzyków krajowych i międzynarodowych; three cheers to dziwna płyta, zaśpiewana w całości łamanym angielskim, którego momentami niemal nie da się zrozumieć, ale jednocześnie bardzo symptomatyczna i na wskroś japońska w swojej pseudozachodniej ekspresji; ma to bardzo specyficzny urok, którego ja sam nie potrafię zanegować; mógłbym nawet pewnie użyć słowa słabość w tym kontekście, ale boję się, że można byłoby wtedy odczytać to jako skrót do jakiegoś mojego fetyszu, aniżeli właściwość tego krążka, która dla mnie jest niezmiennie tożsama z nim, nie ze mną samym; nadrzędną wartością three cheers (wydanego oryginalnie bardzo adekwatnie w drugiej połowie sierpnia) są jednak świetne melodie; to one, wraz z młodzieńczą energią grupy, niosą ten materiał i sprawiają, że chce się do niego wracać. ♪ „hello”, „coffeemilk crazy”, „happy like a honeybee”


And then one more decade in life and music

22.

magda umer magda umer 1985

ostatecznie polubiłem magdę umer w na wskroś 80sowym akompaniamencie w „na wesoło”; brzmi to jak czołówka z telenoweli, ale przewrotnej, na granicy bezczelności; cieszę się jednak, że na płycie są też aranże i jazzowe, i kameralne, choć paradoksalnie długo się nie potrafiłem do tego krążka przekonać, mając poczucie, że utwory są z różnych światów i że mają się nijak do siebie — a tego problemu nie miałem z jej pięknym o dekadę starszym debiutem; dopiero sama końcówka (cztery ostatnie utwory) tworzą coś w rodzaju cyklu, dzięki czemu jeśli płyty słucham w całości (a zdarza mi się), pozostawia jak najlepsze wrażenie; jeśli zaś słucham we fragmentach, to prawie każdy utwór jest tu hajlajtem; umer jak zawsze świadomie dobrała sobie repertuar — to w dużej mierze bardzo błyskotliwe utwory (głównie osieckiej, przybory i innych poetów) w znakomitych interpretacjach wokalnych bez zadęcia, chyba że trzeba. ♪ „szpetni czterdziestoletni”, „panienka z temperamentem”, „faux pas”


And then one more decade in life and music

21.

jun fukamachi nicole (86 spring and summer collection) 1986

zupełnie bezbronne wydały mi się te nagrania, gdy próbowałem wyciągnąć je z kontekstu tej płyty w poszukiwaniu hajlajtów; to o tyle ciekawe, że nie jest to ani album w stylu song cycle, ani płyta szczególnie konceptualna — raczej, zgodnie ze swoim podtytułem zbiór obrazków muzycznych związanych z wiosną i latem; a jednak w całości nie da się tego krążka zakwestionować — kolejne obrazki stopniowo okalają słuchacza zewsząd tak, że choćby pośród najsroższej zimy, na moment nastanie prawdziwa wiosna, a to właściwość wręcz magiczna; fukamachi tworzy synkretycznie w stylu epoki, maluje tę wiosnę przy pomocy rześkich, ale ożywczo pulsujących syntezatorów; ktoś mógłby powiedzieć erzac!, ale wiosna stoi jak żywa, a to nawet większa sztuka. ♪ „morning glow”, „early summer roses”


And then one more decade in life and music

20.

kate bush hounds of love 1985

strona a jest bajeczna, strona b — kryptyczna; i chociaż każda z nich jest w swojej kategorii znakomicie zrealizowana, to zawsze miałem problem, by obie strony hounds of love połączyć w jedno doświadczenie; to zresztą mój problem z kate bush w ogóle — narracja jej długogrających płyt jest bezkompromisowo autorska, a ja nie zawsze jestem wystarczająco oddany jej pomysłom; to jednak w przypadku hounds of love łatwiej niż przy innych projektach piosenkarki można obrócić w zaletę — strona a z czterema rozpoznawalnymi singlami to w dużej mierze bush piosenkowa i przebojowa, strona b z newage’owym soundtrackiem do polowania na czarownice to bush koncepcyjna i progresywna; tym samym płyty można słuchać po połowie w zależności od potrzeby i nastroju; w takim kontekście trudno już bush wyczerpać lub zbyć; jest złożona, eklektyczna i zaskakująca i nie traci żadnej z tych cech nawet po wielokrotnych odsłuchach. ♪ „cloudbusting”, „hounds of love”


And then one more decade in life and music

19.

electric light orchestra time 1981

nie słuchałem tej płyty od lat, ale słyszałem ją przez lata dziesiątki razy, bo lubi ją bardzo mój tata; kto wie, to być może najdoskonalsza postać brzmienia elo — syntezatorowa rewolucja dopełniła ukształtowanej w połowie lat 70. popowej formuły; no i nie ma co ukrywać, to jednocześnie zestaw naprawdę mocnych numerów, doskonale ze sobą zestawionych i połączonych w synth-pop-operowy cykl. ♪ „yours truly, 2095”, „twilight”


And then one more decade in life and music

18.

elvis costello get happy!! 1980

rekomendowałem już soulujące punch the clock, ale najlepszy costello to jednak ten nowofalowy przyjemniaczek z końcówki lat 70., w co wpisuje się oczywiście także get happy!! z 1980 roku; przez wiele lat costello z tego okresu pozostawał dla mnie synonimem wszystkiego, co fajne; umiarkowanie intelektualne, ale jednak przebojowe, stylowe, może trochę nieuczesane i niepokorne, ale znające swoją wartość i świadomie prące do przodu; nie wnikałem nigdy zbyt głęboko w meandry tekstów costello — oceniałem go wrażeniowo, tyle i aż tyle; i chociaż zawsze miałem poczucie, że get happy!! jest na swój sposób frankensteinem (to dwadzieścia krótkich, zwykle około dwuminutowych numerów, ciasno upchniętych po dwóch stronach pojedynczej płyty), gdy dzisiaj wróciłem do tej muzyki wszystko to, o czym piszę, a co było dla mnie kiedyś tak namacalne, stanęło mi naraz przed oczami; zresztą byłaby to niechybna klęska, gdyby utwory były niemrawe albo pokraczne — tymczasem to jest costello najwyższej próby, po swojemu, z właściwą sobie charyzmą reinterpretujący jednocześnie new wave, power pop, pub rock, mod, ska, pop soul, a nawet rock & roll; szaleństwo! ♪ „the imposter”, „new amsterdam”, „opportunity”


And then one more decade in life and music

17.

the english concert / trevor pinnock bach: 6 brandenburgische konzerte 1982

trafiłem kiedyś na ten album na wyprzedaży — pomyślałem, że bachowskie kameralne koncerty mogą ładnie dialogować z niedzielnym rosołem; wyobraziłem sobie słoneczne niedzielne popołudnie, plumkanie zręcznego klawesynisty i ten rosół; sytuacja wymknęła się jednak spod kontroli; okazało się, że moja mama go nie znosi, ja w sumie nigdy nie przepadałem za rosołem; wyszło więc tak, że się z tym bachem kryłem po kątach, jak nastolatek, któremu rodzice zabraniają słuchać rapsów, bo są tam bluzgi i sam będzie potem brzydko mówił; bach wlał się w moje życie do tego stopnia, że potem sobie te koncerty sprawiłem jeszcze na winylu i w tej formie obezwładniły mnie nawet bardziej; początkowo traktowałem je trochę jak muzykę tła, ale wielokrotnie zdarzało mi się, że wrzucałem je sobie na mieście i jakoś tak naturalnie po ich wpływem z uczuciem wpatrywałem się w zabytkowe gzymsy u szczytów odrapanych kamienic (ale gzymsy ładne); bach ma świetne wyczucie jeśli chodzi o melodykę, ale też ten barokowy przepych, którym wycieramy sobie mordę, ilekroć chcemy coś czy kogoś zbesztać, że przedobrzył; a te koncerty brandenburskie okazują się jednak dobrze wyważone — złote a skromne; można przy nich naprawdę odpocząć, ale można się też totalnie pobujać i pomyśleć, że ten bach to jednak był przekotem — jeśli ktoś nie wierzy, polecam pierwszą część czwartego koncertu, gdzie przez ostatnie cztery minuty (a zwłaszcza między 8:50 a 9:20) wspomniany już zręczny klawesynista tak wywija w swojej solówce, że nie pozostaje nic, tylko czekać, aż jakiś kumaty rapowy producent potnie to kreatywnie na sample; jsb represent ♪ „bwv 1050: i. allegro”, „bwv 1051: iii. allegro”


And then one more decade in life and music

16.

ryuichi sakamoto hidari ude no yume 1981

tak japońsko sakamoto nie brzmiał chyba nigdzie indziej; hidari ude no yume (znane też po angielskim tytułem left handed dream) to płyta trochę z peryferii kanonu mistrza, być może dlatego, że syntezatorowe brzmienie kojarzone z yellow magic orchestra zamienił tu na plemienne bębny — nie zrezygnował oczywiście z elektroniki zupełnie, raczej potraktował ją jako element dużo bardziej progresywnej, choć jednocześnie minimalistycznej mieszanki; ta zmiana podejścia, dość niespodziewana i być może przez to przez wielu na wejściu odtrącona, przynosi świeżą i nietuzinkową płytę — mocarną zarówno aranżacyjnie, jak i kompozycyjnie; i niewątpliwie skrywającą jakąś tajemnicę; skwapliwie łączącą w jakimś onirycznym dziwacznym sensie dziedzictwo klasycznej japonii (z bambusowymi żywopłotami i tarasami do podziwiania księżyca) z liminal spaces opustoszałych nad ranem przedmieść metropolii ze stali i szkła; to awangardowa muzyczna baśń, letargiczna opowieść klucząca być może bez celu, ale za to jak! ♪ „venezia”, „kachakucha nee”, „boku no kakera”


And then one more decade in life and music

15.

harold budd / brian eno ambient 2: the plateaux of mirror 1980

harold budd, ten sam który w 1986 nagrał the moon and the melodies wraz z cocteau twins, był w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych jednym z bliższych współpracowników briana eno i wraz z nim zainspirowany minimalistycznymi kompozycjami mortona feldmana dał początek muzyce ambientalnej; choć każda z czterech płyt w serii ambient zasługuje na uwagę, to kolaboracja z buddem na the plateaux of mirror jest być może szczytowym osiągnięciem zachodniego ambientu tamtego okresu; to eteryczna i przestrzenna muzyka, niepozbawiona jednak pewnej swoistości, którą ja jestem skłonny przypisać raczej grającemu na fortepianie buddowi niż produkującemu te dźwiękowe pejzaże eno; to z pewnością zasługa tej post-impresjonistycznej elegancji — bardziej sypialnianej, ewentualnie balkonowej, niż salonowej, choć przyznaję, że bez synergii twórczej nie byłoby tego efektu, który w ostatnim półroczu kazał mi wracać do tej płyty przynajmniej tuzin razy. ♪ „not yet remembered”, „the plateaux of mirror”


And then one more decade in life and music

14.

inoyama land danzindan-pojidan 1983

ta płyta bardziej chyba niż jakakolwiek inna z wielu udanych egzemplifikacji kankyō ongaku stoi dla mnie w centrum tego japońskiego nurtu; to soniczna podróż do morskich głębin, urokliwa syntezatorowa emulacja naturalnego krajobrazu; duet (wcześniej związany z popularną rockową grupą hikashu) zafascynowany szkołą berlińską przepisuje tu niemieckie progresywne myślenie o elektronice na coś bardziej intymnego, ciepłego, może nawet odrobinę infantylnego, by stworzyć kojący i lekki, ale trójwymiarowy i pulsujący soundscape; w przeciwieństwie do mistrzów ambientu z zachodu inoyama land pod produkcyjną pieczą haruomiego hosono w każdym z dziesięciu krótkich nagrań budują i rozwijają struktury melodyczne, a ich muzyczne wholesome ciepełko nigdy nie przekracza granicy taniej pompatyczności czy nowalijkowego efekciarstwa, za którą zbyt często imprezowali w latach 80. twórcy z europy. ♪ „apple star”, „shuffer”


And then one more decade in life and music

13.

yukihiro takahashi neuromantic 1981

moje pierwsze spotkanie z yukihiro takahashim w czasach, gdy jeszcze nie potrafiłem na jednym oddechu wypowiedzieć jego nazwiska; odkrycie, że w uniwersum yellow magic orchestra poza projektami ryuichiego sakamoto jest więcej substancji niż kiedykolwiek wcześniej mogłem przypuszczać; takahashi — samozwańczy neuro-romantyk, jest tu w równych proporcjach robotyczny co emotywny; wyrażając się w kategoriach zachodnich — gary numan spotyka roxy music; to być może najdoskonalsza muzyczna wizytówka japońskiego techno kayō; być może — tylko i aż. ♪ „drip dry eyes”, „extra-ordinary”


And then one more decade in life and music

12.

alban berg quartett debussy / ravel: quatuors à cordes 1986

debussy i ravel stopieni razem niemal w monolit od lat w tysiącach propozycji repertuarowych ensembli, wspólnie po dwóch stronach płyty w tej kameralnej odsłonie faktycznie doskonale dopełniają się wzajemnie; zawsze było mi blisko do wrażliwości francuskich impresjonistów, ale wielokrotnie miałem też wrażenie, że forma orkiestrowa, nawet w utworach skromniejszych rozmiarów, bywała zbyt obezwładniająca; tymczasem jedyne kwartety smyczkowe w dorobku obu kompozytorów w brawurowym wykonaniu kwartetu albana berga zachowują doskonałe proporcje formy i treści, która choć dość abstrakcyjna, jest tutaj jak najbardziej namacalna dzięki niekwestionowanej ilustracyjności; te utwory napisane przecież na przełomie xix i xx wieku wpisują się w szersze pojęcie poromantycznej wrażliwości, zdradzając subtelnie zmiany jakie niechybnie zajdą w muzyce poważnej już niebawem; i chyba te właśnie awangardowe subtelności okalające momenty szczerego piękna sprawiają, że sto lat później wciąż można słuchać tej muzyki, jakby opowiadała o czymś, co mamy przed oczyma tu i teraz — zakładając oczywiście, że nie przenoszą nas gdzieś daleko; jawa i sen przeplatają się tutaj nieustannie, co rusz to wybudzając słuchacza, to zatapiając go w marzeniach; gimnastyka dla zmysłów i wyobraźni, tak to widzę; nie umiem też wybrać, czy debussy, czy ravel; ten pierwszy wydaje się nieco bardziej prostolinijnie marzycielski, ale sielskość utworu burzy trochę rozchełstana końcówka; ravel wydaje się bardziej metodyczny, ale jego utwór śmielej przybiera nowe formy, ochoczo negując proste uogólnienia. ♪ „animé et très décidé”, „assez vif – très rythmé”


And then one more decade in life and music

11.

eiichi ohtaki a long vacation 1981

pamiętam, gdy pierwszy raz usłyszałem rozpoczynające tę płytę „kimi wa ten’nenshoku” i pomyślałem, że tak właśnie powinni byli brzmieć beach boysi w tych trudnych dla nich latach 80.; sam ohtaki, który dekadę wcześniej współtworzył kultową grupę happy end, na wyjątkowo słonecznym solowym krążku a long vacation łączy oldschoolowy surfpopowy dancing z syntezatorowym city popem, balansując na granicy plażowego banału z niezwykłą zręcznością; to jedna z najwdzięczniejszych i najbardziej słonecznych płyt lat 80. w ogóle, a był to czas, gdy wdzięczono się do słuchacza dużo i bez skrupułów; na dokładkę polecam niewiele gorsze each time z 1984 roku, stylistycznego spadkobiercę vacation. ♪ „kimi wa tennenshoku”, „kanariya shotō ni te”


And then one more decade in life and music

10.

new order substance 1987

to piękny dokument dźwiękowy tego, jak z cienia monochromatycznego joy division new order ewoluowało w kolorowego ptaka brytyjskiej sceny — mainstreamowej i alternatywnej; jak ich formy ekspresji wielokrotnie wyprzedziły wszystko to, czym joy division nie mogłoby się stać za życia iana curtisa (rest in peace, beautiful soul); co więcej, gdyby new order z taką konsekwencją nie unikali wstawiania swoich najbardziej chwytliwych numerów na albumy studyjne, być może w ich substance nie zawierałoby się aż tyle faktycznej substancji; byłaby to kolejna składanka już słyszanego i już posiadanego, a nie święty graal tanecznej nowej fali lat 80.; 12-calowe rozszerzone miksy to czyste złoto, a bonusowy krążek z bisajdami to prawowite upside down 80sowego popu. ♪ „the perfect kiss”, „sub-culture”, „bizarre love triangle”


And then one more decade in life and music

9.

the blue nile hats 1989

ta niepozorna, choć zupełnie słusznie absolutnie kultowa, płyta jest w stanie zmienić najpospolitszy wieczór po nudnym i męczącym dniu w coś na kształt filmowego doświadczenia; to z jednej strony rzecz niesamowicie kunsztownie i drobiazgowo zaaranżowana w klimacie naprawdę szeroko pojętego sophistipopu; z drugiej zaś stonowany, naznaczony biegiem czasu wokal paula buchanana, mnie osobiście kojarzący się raczej z markiem knopflerem z dire strais i pozornie do tej żywej (choć niekoniecznie szczególnie energetycznej) muzyki niepasujący, umiejscawia go mocno w rzeczywistości i otwiera tę płytę na wpół śpiącego mnie opartego o szybę w zatłoczonym autobusie wracającym na przedmieścia zdecydowanie zbyt późno; codzienne i romantyczne splecione razem. ♪ „the downtown lights”, „headlights on the parade”


And then one more decade in life and music

8.

taeko ohnuki aventure 1981

moja pierwsza taeko ohnuki do dzisiaj pozostaje moją ulubioną, choć to jej inkarnacja z końcówki lat 70. zwykle darzona jest przez wielbicieli city popu największą estymą; tamto słoneczne organiczne brzmienie przekłada się też pięknie na aventure, choć wszechobecne tu syntezatory, na których co rusz wygrywane są maleńkie solówki w stylu cokolwiek klawesynowych, sprawiają, że w porównaniu z (niebezpośrednio wspomnianym) sunshower, to doświadczenie dużo bardziej odrealnione; najlepszym przykładem może być „samba de mar”, która z jakimś krzywym, imitującym akordeon syntezatorem i refrenem zaśpiewanym chóralnie po portugalsku nie przynależy zupełnie nigdzie, nad żadnym znanym morzem ani europejskim, ani japońskim, ani amerykańskim, co tylko potwierdza się bezwzględnie, gdy w końcówce czterokrotnie przyśpiesza rytm i zmienia się w obłąkańczą batucadę; i właśnie absolutnie mój ulubiony mood taeko ohnuki to ta surrealistyczność zestawiona z dość tradycyjną popową melodyką i prostolinijną emocjonalnością podkradzioną jakiejś bohaterce z oldschoolowego zapomnianego anime. ♪ „aventurier”, samba de mar”, „ai no ikikata”


And then one more decade in life and music

7.

virginia astley hope in a darkened heart 1986

musiałem szukać barokowego popu w stylu pet sounds, gdy dawno temu trafiłem na virginię astley, która przez te lata wrosła we mnie i stała się najbardziej naturalną rzeczą pod słońcem; to oczywiście złudzenie, może nawet omam, bo astley pozostaje najbardziej na skraju muzyki lat 80., jak się tylko da; hope in a darkened heart było zresztą obietnicą bez pokrycia, bo mogła wykiełkować z niego potężna kariera, a tymczasem artystkę zmarginalizowano, a dostęp do jej muzyki de facto wygaszono aż do nastania ery cyfrowej (nie znam tej historii, nie wiem, jak to się stało); ja zresztą przy pierwszym spotkaniu z astley nie znalazłem zupełnie tego, czego szukałem; kameralnej astley było bliżej do cocteau twins niż do beach boysów i przez kilka lat zupełnie o niej zapomniałem, aż nie trafiłem przypadkiem na tę płytę w jednym ze sklepów płytowych w dziale z produkcjami ryuichiego sakamoto; gdy uzbrojono mnie w ten nowy kontekst, tym razem udało mi się usłyszeć hope in a darkened heart inaczej; to płyta-pastorałka, ujmująca prostolinijnością równoważoną tu i tam pewną ornamentyką, której jednak absolutnie nie nazwałbym barokową; mimo pewnej sielankowości tego materiału, syntezatory sakamoto wnoszą doń wyczuwalne napięcie, przez co jest to zdecydowanie album wieczorowy, może nawet jesiennie wieczorowy; jest w tym na pewno coś nierzeczywistego, nadprzyrodzonego nawet; wszystko to jest baśnią albo wizją, albo snem. ♪ „some small hope”, „a summer long since passed”, „a father”


And then one more decade in life and music

6.

the sound from the lions mouth 1981

lubiłem tę płytę na studiach, później trochę o niej zapomniałem, ale teraz czuję, że włączyłem ją w dobrym momencie; the sound zawsze jawiło mi się trochę jak brytyjski ekwiwalent naszej zimnofalowej siekiery — to oczywiście uproszczenie — ten syntezatorowy chłód nie jest tak przenikliwy jak nasz rodzimy, ale jednak from the lions mouth podszyte jest jakąś wariacją na temat tego samego zimna; krajobraz, mniej dojmujący, ale również przepełniony poetycką pustką, odpowiada wewnątrz mnie na te same potrzeby, które w pełni zaspokaja nowa aleksandria; the sound są bardziej melodyjni niż ich koledzy po fachu z joy division i może dlatego daję im priorytet przed kolejnym odsłuchem closer. ♪ „winning”, „the fire”, „skeletons”


And then one more decade in life and music

5.

xtc skylarking 1986

był taki moment, że oskarżałem 80sowe syntezatory o zabicie organicznego brzmienia lat 60. i 70. i nie bardzo się lubiliśmy; oczywiście z czasem zrozumiałem, że nowe środki wyrazu to nowe możliwości, ale zanim to się stało, pokrzepiła mnie ta płyta; skylarking to wyspa klasycznego kameralnego popu na nowofalowym morzu — klasycznego, ale nie tradycyjnego, bo xtc, o czym miałem przekonać się później, są wpisani w definicję muzycznych 80sów i to wyrażają też ich kompozycje, mimo odbiegających od standardowych dla epoki aranży; strona b jest niestety nieco słabsza, ale całości słucha się jak marzenie. ♪ „ballet for a rainy day”, „1000 umbrellas”, „summer’s cauldron”


And then one more decade in life and music

4.

donald fagen the nightfly 1982

wyciągnąłem tego solowego fagena nie wiadomo skąd, zanim jeszcze po raz pierwszy usłyszałem o steely dan; nie znałem ani jednego numeru z tego krążka i wchłonąłem go w całości całym sobą; to z jednej strony lekka (czyt. chilloutowa) popowa płyta, z drugiej zaaranżowana z niezrównanym smakiem i elegancją, zrealizowana z mnóstwem melodycznych i stylistycznych niuansów, które wynoszą ją wysoko ponad zwykłe radiowe granie z epoki; do dzisiaj w ciemno dorzucam tego fagena do moich wakacyjnych plejlist, bo to muzyka, przy której odpocznę, ale nie będę się nudził. ♪ „i.g.y.”, „the goodbye look”, „the nightfly”


And then one more decade in life and music

3.

yukihiro takahashi tomorrow’s just another day 1983

z takahashim miałem może najtrudniej, bo każda z jego siedmiu solowych płyt wydanych między 1980 a 1985 dawała mi powody, by włączyć ją do zestawu; nieodżałowany wspaniały wokalista yellow magic orchestra stworzył jako kompozytor i producent swój własny muzyczno-emocjonalny świat, gdzie w dźwiękach chłodnych syntezatorów neurotyczne spotykało romantyczne; tomorrow’s just another day to chyba najbardziej fascynująca mnie płyta w jego dorobku, pozostająca gdzieś na drugim planie i najbardziej złożona strukturalnie; bardziej jednak niż o struktury chodzi tu o pewien niedający się podrobić słodkogorzki feeling, coś co było dla takahashiego immanentne, a tu zostało możliwie najpełniej uzewnętrznione. można to wyczytać z tytułu – w tomorrow’s just another day są i smutek, i nadzieja; można to dostrzec na okładce – ten szczeniaczek lada chwila miał zmienić się w dorosłe psisko, a dekadę później mieliśmy zakopać go pod dębem w ogrodzie; ale takahashiemu nie są potrzebne tytuły i zdjęcia, czasem nawet słowa — doskonale wyraża to wszystko dźwiękiem. ♪ „my bright tomorrow”, „maebure”, „rokugatsu no tenshi”


And then one more decade in life and music

2.

miharu koshi parallelisme 1984

miharu koshi, kojarzona w rodzimej japonii głównie jako propagatorka francuskiego chanson, w latach 80. trafiła pod skrzydła haruomiego hosono, czego efektem była seria płyt jednorako futurystycznych co anachronicznych; koshi, podobnie jak twórcy studia ghibli, choć w innym wymiarze, miała słabość do motywów z przedwojennej europy, które już wkrótce miała zacząć obficie w swojej twórczości eksploatować i nadawać im nowe, groteskowe, ale niewątpliwie na wskroś artystyczne życie; na paralellisme z 1984 roku w jej twórczości dominował jednak wciąż krajobraz wywodzący się stylistycznie z klasycznej japońskiej piosenki kayōkyoku w syntezatorowym, robotycznym anturażu znanym jako techno-kayō, w którym specjalizował się hosono; aksamitny wokal koshi doskonale oplótł zresztą te pulsujące metronomicznie kompozycje, które czasem futurystyczne okazywały się jedynie w kwestii aranżu i rytmiki, melodycznie często przyjmując formy zgoła romantyczne; parallelisme jest uosobieniem estetyki, którą pod przewodnictwem prekursorów z yellow magic orchestra japończycy opanowali w latach 80. do perfekcji — równie chłodnej i robotycznej, co melancholijnej i angażującej słuchacza emocjonalnie. ♪ „ryūgūjō no koibito”, „decadence 120”, „image”


And then one more decade in life and music

1.

siekiera nowa aleksandria 1986

niewiele jest w moim życiu takich krążków; to zupełnie wyjątkowa płyta zarówno w kontekście polskim, jak i światowym; siekiera zupełnie niezależnie od swojej jarocińskiej garażowej przeszłości, ale też od zimnofalowych kolegów z francji, łączy w tych dziesięciu utworach uliczną poezję, punkową ekspresję i przestrzenne lodowe syntezatorowe pejzaże; to płyta wyrosła z niezgody na to, co dookoła, a jednocześnie zbudowana z tego właśnie — z czarnego smogu zalegającego nad szarymi brudnymi blokowiskami i czerwonej poświaty, która to wszystko spowija; płyta totalna. ♪ „nowa aleksandria”, „czerwony pejzaż”, „bez końca”


Opublikowano

80✕80:80 płyt z lat 80. — cz.1

And then one more decade in life and music

kolejny rok, kolejne muzyczne podsumowanie dekady — zastanawiałem się, czy tym razem przysługuje mi jeszcze prawo do używania podtytułu, że to jeszcze jedna dekada w muzyce i w życiu; potem pomyślałem, że nawet przecież jeśli nie chodzi o życie wtedy, w latach 80., to przecież to życie, które trwa wciąż przetwarza i korzysta z dorobku tamtego dziesięciolecia — wcale nie zawisło w próżni 35 lat temu; choćby przez to, że internet otworzył szeroko drzwi i oczy na płyty i konteksty, które nie były wcześniej w zasięgu dla takiego przeciętnego kurtka jak ja czy kogoś trochę podobnego; moja osobista historia z latami 80. jest taka, że gdy jako młody chłopak zakochałem się w muzyce beach boysów, a później szeroko pojętej rockowej i popowej psychodelii, miałem z latami 80. duży problem — syntezatory i automaty perkusyjne nie pasowały do organicznej wizji muzyki, jaką wówczas miałem; od tamtej pory wielokrotnie miałem okazję weryfikować swoje zdanie, poznając setki kapitalnych projektów i stylów w nurcie (szeroko pojętej) 80sowej nowej fali; z trudem udało mi się wybrać 80 krążków, które uznałem za najbliższe mi (in life) i najciekawsze (in music)


And then one more decade in life and music

80.

metallica master of puppets 1986

master of puppets dla dzieciaka, który kojarzył grupę głównie z „nothing else matters” i niefortunnego st; anger, było jak odkrycie ameryki; czy może raczej — jak odkrycie ameryki przed kolumbem; choć jak powszechnie wiadomo, metallica skończyła się na kill ’em all, swoje kroki skierowałem w pierwszej kolejności ku płycie o najbardziej kultowym statusie; na przestrzeni lat zresztą dość skrupulatnie zweryfikowałem swoje zdanie i opinię o master, które w swojej nieskruszonej dynamice rozwala w pył wszystko stojące na jej drodze; mój problem z tym bombastycznym materiałem jest natomiast taki, że nie mam do metalliki ani odrobiny sympatii, że pomimo, że doceniam ten materiał całym sobą, gdy wybrzmiewa, nie udało mi się znaleźć z nim jakiejś osobistej więzi, która pomagałaby mi za nim zatęsknić; mimo wszystko nie umiałem znaleźć bardziej adekwatnego sposobu na otwarcie tego zestawienia niż umieszczenie go na jego czele. ♪ „master of puppets”


And then one more decade in life and music

79.

eric b. & rakim paid in full 1987

80sowe rapsy to trudny temat — nie żebym ich nie lubił, ale to bardzo specyficzny styl, który bardziej niż rock tamtego okresu zestarzał się w stosunku do naszych współczesnych definicji gatunkowych; wróciłem do wielu kultowych hiphopowych płyt z tej dekady pod kątem tej listy — zacząłem od raising hell, przypomniałem sobie 3 feet high and risingstraight outta compton; wiem, istnieją jeszcze public enemy i beastie boysi, ale już dawno postanowiłem zostawić tę muzykę za sobą jako ciekawą, ale totalnie przebodźcowującą; gdzieś w centrum tego wszystkiego trafiłem jednak na paid in full erica b; i rakima — potężną kopalnię sampli dla kolejnych pokoleń twórców, nie tylko hiphopowych, wpadającą co prawda, nie przeczę, w pułapkę z mojego wprowadzenia, ale też może przez bardziej boombapowy charakter tego materiału (do czego zawsze miałem słabość) całościowo uchodzi mu to na sucho; no i „i know you got soul” towarzyszy mi przeszło od dekady jako fragment intra i swoisty manifest audycji soulbowl, a to już niezbywalna część mojej tożsamości. ♪ „I know you got soul”


And then one more decade in life and music

78.

tom petty full moon fever 1989

nigdy nie byłem wyznawcą petty’ego, co jest w sumie dość dziwaczne, jeśli się weźmie pod uwagę moją słabość to współczesnego heartland rocka; „i won’t back down” stanowi zresztą od lat jeden z filarów wielu moich ukochanych plejlist i jego wpływ na moje postrzeganie rocka jest nie do przecenienia; full moon fever w całości nie słuchałem z kolei od lat (i miałem swoje powody), ale koniecznie chciałem przy tej okazji do niego wrócić, by przekonać się, na ile moje wcześniejsze wrażenia się potwierdzą; o ile bowiem podoba mi się bardziej radiowy kierunek, jaki petty obrał na swoim solowym debiucie, a ogólny koloryt tego projektu zahaczającego momentami o folk i country, całkiem mi się widzi, to jednak album ma lepsze i gorsze momenty, i w zasadzie nie udaje mu się już dotknąć absolutu mojego „i won’t back down” (najbliżej jest pędzące rock&rollową międzystanówką „runnin’ down a dream”); mimo tego płyta zawsze będzie mi się kojarzyć dobrze i jeśli kiedyś uda mi się trafić na egzemplarz w dobrym stanie i rozsądnej cenie, to chętnie go przygarnę, bo to muzyka, która potrafi pięknie człowiekowi towarzyszyć. ♪ „I won’t back down”, „runnin’ down a dream”


And then one more decade in life and music

77.

bill fontana landscape sculpture with fog horns 1982

bill fontana, pionier sound artu i field recordingu, w 1981 podczas festiwalu postanowił nagrać krajobraz dźwiękowy zatoki san francisco, w centralnym punkcie, zgodnie zresztą z tytułem, umieszczając nautofony; nautofony, traktowane raczej jako urządzenia niż instrumenty, używane są na statkach do nadania sygnałów nawigacyjnych w czasie mgły; to bardzo charakterystyczny dźwięk z miejsca wywołujący określone skojarzenia i przenoszący nas przynajmniej do portu, a być może i na pełne morze; to też dźwięk, który my, szczury lądowe, znamy raczej z filmów niż z życia; i być może dlatego od czasu, gdy przed wieloma laty trafiłem na nagranie tej zrealizowanej z rozmachem instalacji, nie chcę i nie mogę o niej zapomnieć; podchodząc do tematu od nieco innej strony landscape sculpture with fog horns to coś jakby proto-drony, co więcej, uwolnione z okowów sali koncertowej czy studia, co nawet bardziej przemawia do wyobraźni. landscape sculpture with fog horns (1981 installation version)


And then one more decade in life and music

76.

zespół reprezentacyjny śmierć za idee 1986

nigdy bym nie sięgnął pewnie po oryginalnego brassensa z przyjemnością, gdyby nie ta nie tyle nawet płyta, co kaseta wydana przez grupę studentów-iberystów z filipem łobodzińskim i jarosławem gugałą na pokładzie, którzy muzykę francuskiego barda ze swadą przetłumaczyli i wykonali po naszemu; siedem lat później materiał nagrano ponownie pod nowym tytułem, ze zmianami w tekstach i samej selekcji utworów, ale tamtej wersji, zaaranżowanej mniej kameralnie i zaśpiewanej nieco bardziej po aktorsku, dalej do ducha muzyki brassensa i stąd, przez te wszystkie lata trzymam się swojego empetrójkowego ripu, w jakości, siłą rzeczy takiej sobie, co tłumaczy też dlaczego zamiast reedycji zdecydowano się na rerecording; to coś jakby po części antybiblia, po części bibelot. ♪ „zła opinia”, „dzielna margot”


And then one more decade in life and music

75.

francis bebey akwaaba: music for sanza 1985

psychodeliczne afrykańskie bębny z kamerunu; na zachodzie ometkowalibyśmy je jako tribal ambient, ale źródła tego brzmienia tkwią w odmianie muzyki folkowej z afryki środkowej — bikutsi; to totalnie odjechana rzecz przenosząca europejczyków w zupełnie inne miejsce; nagrania są z lat 80., ale to w tym kontekście zupełnie bezużyteczny timestamp, bo ich miejsce jest poza czasem, w rzeczywistości rytuałów ludowych; duża część krążka akwaaba wchodzi w skład francuskiej kompilacji psychedelic sansa 1982-1984, która zadaje się stanowić bardziej kompleksowe doświadczenie tej stylistyki ♪ „bissau”


And then one more decade in life and music

74.

the hilliard ensemble tallis: the lamentations of jeremiah 1986

hilliard ensemble jest chyba najbardziej kojarzone z muzyką garbarka i pärta, choć w repertuarze mają cały przekrój chóralnej muzyki dawnej; nie będę próbował kreować się na eksperta, nie mam o niej pojęcia, nie sięgnam też po nią zbyt często, choć, mam wrażenie, bywają takie momenty, kiedy to ona dosięga mnie; nie potrafię jej się wtedy oprzeć; jedną z płyt, które jako pierwsze przychodzą wtedy do mnie jest the lamentations of jeremiah z muzyką thomasa tallisa (o którym słyszałem na lekcjach muzyki, ale dopiero dzięki hilliard przestał być na mnie nazwiskiem w książce i stał się bardziej zmysłowy); jestem przekonany, że zanim zaczęła działać na mnie ta muzyka, zadziałał na mnie tytuł — kryptyczny, biblijny i nawet w oderwaniu od oryginalnego kontekstu epatujący jakąś przedwieczną mistyką unieśmiertelnioną dla potomnych w nowej kunsztownej formie przez renesansowego kompozytora; muzyka oddaje charakter tekstu — przez ból i cierpienie, ostatecznie przebija się nadzieja; tak myślę o tej muzyce i tak ją czuję. lamentations of jeremiah i


And then one more decade in life and music

73.

yellow magic orchestra technodelic 1981

nie ma lat 80. bez yellow magic orchestra; i choć technodelic nie dorównuje pod kątem przebojowości solid state survivor z 1979, eksploruje obszary muzyki elektronicznej, które śmiało można by określić jako proto-techno, skupiając się podobnie jak solowy krążek sakamoto z tego samego roku, left handed dream, na rytmice; na szczęście technodelic nie pozbawiono zupełnie refrenów takahashiego, które zawsze dodawały muzyce ymo emocjonalnej głębi, ale pełnią tutaj rolę raczej pomocniczą; miąższem tej płyty jest jej struktura ukryta w dynamice bębnów z syntezatorowymi refrenami; rzecz jest gęsta i pomimo tego, że kolejne kompozycje odznaczają się jedna od drugiej, w klasyczny sposób, technodelic stworzono, by raczyć się nim w całości i w takiej formie zawsze wypada doskonale. ♪ „epilogue”


And then one more decade in life and music

72.

aya rl aya rl 1986

gdy zacząłem odsłuchy do tego podsumowania, sprawiłem sobie wreszcie tę płytę, ostatecznie rozwiązując niedającą się wcześniej rozwiązać zagadkę, czy ten album ostatecznie bierze mnie, czy nie; zawsze patrzyłem na ayę rl jako łącznik pomiędzy stanowiącą ostateczny cel wędrówki betonową antyutopią nowej aleksandrii, a rzeczywistością, nie dość betonową i nie dość zimną; to z jednej strony stanowiło dla mnie argument przeciwko (w kontraście do krążka siekiery), z drugiej uzasadniało egzystencję tego projektu na tyle, że nie dało się z tym dyskutować; zdecydowanie najbardziej lubię te fragmenty, gdy grupa pozwala wybrzmieć syntezatorowym riffom jak w „księżycowym kroku”, transcendentnym otwarciu czegoś całkiem jednak plugawego; zajmujące są też minimalistyczne awangardowe aranże, które to szepczą, to krzyczą, wikłając słuchacza w surrealistyczny bieg tej fascynującej, choć wciąż na jakimś poziomie nieco obcej dla mnie płyty. ♪ „księżycowy krok”


And then one more decade in life and music

71.

prefab sprout steve mcqueen 1985

jangle pop bez teatralności smithsów czy szorstkości r.e.m; w bardziej wysmakowanym aranżacyjnie sophistipopowym wydaniu, ale z naciskiem na melodykę; nie umiem do końca opisać wszystkiego tego, co słyszę — to złożony krajobraz, w równej części popowy i rockowy, ale nie w formie prostolinijnego pop rocka; raczej umiem bardziej go sobie wyobrazić niż opisać; strona a, co zdaje się potwierdzać konsensus recenzencki, to czysta magia, strona b pozostaje gdzieś nieco w tyle, wciąż trzymając pion i poziom ♪ „when love breaks down”, „faron young”


And then one more decade in life and music

70.

juicy fruits drink! 1980

nic mnie nie łączyło z tą muzyką, zanim wygrzebałem tę płytę z kosza wszystko za pięćset jenów w tokijskim hmv; a wygrzebałem ją w pierwszej kolejności dlatego, że to tutaj znalazła się oryginalna wersja kultowego „jenny wa gokigen naname”, które później wykonywali hi-posi i perfume, a z którym połączyła mnie już wcześniej jakaś cokolwiek niezdrowa relacja; dopiero po wielu odsłuchach okazało się, że na tym krążku w zasadzie nie ma złych momentów; są jedynie trochę dziwne — cały album jest czymś pomiędzy zachodnim rockiem nowej fali, japońskim idol bandem a nabierającym z początkiem syntezatorowych lat 80. rozpędu techno kayō — rearanżacją klasycznej melodyki kayōkyoku w nowej formule; drink! jest dzięki temu dość nietuzinkowe — w zasadzie nie ma tutaj progu wejścia, to kwestia akceptacji tej pojebanej (to najlepsze słowo, uwierzcie) stylistyki — jednocześnie ostrej na krawędziach i słodkiej do bólu; na poziomie filozofii juicy fruits mają coś z kyary pamyu pamyu — kawaii miesza się z kowai, a rezultat jest okashii; strona a jest okejkowa, ale to na stronie b jest prawdziwy szał — z kulminacją w postaci urokliwego coveru serowego „the night has a thousand eyes” i post-dancingowym rockabilly w „rhythm kimareba”. ♪ „rhythm kimareba”, „otome no count down”


And then one more decade in life and music

69.

talking heads stop making sense 1984

dopiero zeszłego lata doświadczyłem stop making sense tak, jak należy tzn; na wielkim ekranie; wcześniej widziałem tylko fragmenty, a odsłuch płyty bez obrazu początkowo nieszczególnie mnie przekonał; i nadal nie jestem pewien, czy to jest definitywna formuła dla talking heads — cholernie kreatywnej grupy, która jednak na każdej płycie miała lepsze i gorsze momenty; stop zbiera w dużej mierze te lepsze i ożywia jest funkową energią, której headsom zawsze brakowało trochę w nagraniach studyjnych; to na pewno absolutne doświadczenie koncertowe, nie jestem jednak wciąż pewien, na ile także w formie bez obrazu. ♪ „found a job”, „take me to the river”


And then one more decade in life and music

68.

elvis costello punch the clock 1983

był taki moment, że aspirowałem do bycia kompletystą w kwestii fizycznych dyskografii moich ulubieńców, do ulubieńców należał wówczas także costello (nadal się lubimy, ale trochę rzadziej mamy ze sobą kontakt) i tam punch the clock — ta prawie że sophistipopowa odsłona króla nowofalowego rock & rolla, wtedy wydawała mi się zupełnym kuriozum, ale teraz spośród jego 80sowego repertuaru jest mi do niej całkiem blisko; jest tu wiele ładnych melodii, charyzmatyczna sekcja dęta i soulujący feeling — to duża dawka pozytywnej energii i wykwintnego popu najwyższej próby (może nie wszystkie numery dowożą, ale stoję w opozycji do wyborów rym-owiczów pod tym kątem). ♪ „love went mad”, „let them all talk”


And then one more decade in life and music

67.

akina nakamori crimson 1986

akinę nakamori łatwo zbagatelizować — zaczynała jako idolka nastolatek, wydając każdego roku po dwie-trzy płyty, i dopiero w połowie lat 80. dojrzała do czegoś poważniejszego; w 1986 roku najpierw w sierpniu wydała hipnotyczny koncepcyjny krążek post-apo fushigi, a później w wigilię bożego narodzenia — crimson, gdzie we wciąż mocno newwave’owym anturażu zbliżyła się jak najbardziej mogła do citypopowej wrażliwości, czy operując kryteriami zachodnimi — r&b; ogólnie nie jestem miłośnikiem wokalu akiny, która potrafi prześpiewywać utwory na modłę klasycznego kayōkyoku, ale jednocześnie mógłbym podać crimson za wzór wokalnej subtelności — ktoś, kto akinę wymyślił na potrzeby tego krążka, zrobił to perfekcyjnie; nakamori jest niewątpliwie w centrum tego albumu, ale stapia się w jedno z tematem miejskiej melancholii, który zdominował ten materiał. ♪ „aka no enamel”, „oh no, oh yes!”


And then one more decade in life and music

66.

randy travis always & forever 1987

country lat 80. było, ogólnie rzeczy biorąc, w nadzwyczaj nędznej kondycji; w drugiej połowie dekady m.in; właśnie randy travis przyczynił się do odbudowy klasycznego brzmienia gatunku; od lat zamierzałem pochylić się nad jego dyskografią z większą uwagą, ale dopiero to zestawienie dało mi niezbędną motywację; pierwsze trzy płyty były nie tylko wielkimi komercyjnymi przebojami w amerykańskim radiu, ale zostały też przyjęte entuzjastycznie przez krytykę; mnie z tej trójki od samego początku najbardziej uwiodła środkowa — always & forever, i to pomimo serowej okładki i quasitytułowego utworu „forever and ever, amen”, który do dzisiaj pozostaje największym hitem travisa, a mnie osobiście trochę żenuje swoją naiwnością; dość prostolinijny songwriting pozostaje jednak mocną stroną krążka (i wczesnej dyskografii travisa ogólnie), w dużej mierze dzięki temu, że artysta potrafi przekonująco je zinterpretować; mimo tego, że to muzyka kierowana do szerokiej publiczności i wydawana przez ogromną wytwórnię, nie przypominam sobie bardziej jakościowego country z lat 80. ♪ „too gone, too long”


And then one more decade in life and music

65.

the waterboys this is the sea 1985

gdy słuchałem tej płyty po raz pierwszy lata temu w kontekście, który już zupełnie zapomniałem, nie sądziłem, że przyjdzie mi do niej wrócić i zrewidować swoje odczucia zupełnie diametralnie; może podobnie jak przy tango in the night fleetwood mac dojrzewałem do tej muzyki, nie słuchając jej, a wszystko nagle stało się jasne, gdy nasze drogi znów się przecięły? gdybym nie odkrył, że to stąd wzięło się „the whole of the moon”, które urosło we mnie w ostatnich latach nie wiadomo skąd jako jeden z tych transcendentnych momentów w muzyce popularnej, być może do tego pojednania by nie doszło; a jednak — to niesamowicie autorskie, ściśle splecione połączenie jangle popu, post-punku, folku i heartland rocka pożenione z jakąś trudną do opisania, ale zawartą w sercu tego materiału wspaniałością chwili; pędem, który jest możliwy do uchwycenia tylko w konkretnym punkcie, który daje nadzieję zmian, wolę walki i chęć życia; to płyta, która intryguje mnie na wielu poziomach i jestem przekonany, że od teraz będzie między nami tylko lepiej. ♪ „the whole of the moon”, „old england”


And then one more decade in life and music

64.

satoshi ashikawa wave notation 2: still way 1982

w równych proporcjach łączy klasycznie japońską melodykę, post-minimalistyczną pejzażowość, ducha kankyō ongaku i zuchwałość współczesnej kompozycji; rzecz, której bezskutecznie szukałem od lat, gdzie dysonanse i harmonie mieszają się w quasi-tanecznym ujęciu; to muzyka tyleż odprężająca co frapująca, zawsze jednak bliska w jakimś zaskakująco post-romantycznym (choć nie dosłownie) ujęciu emocjonalności; dla mnie, który naturalnie chłonę muzykę wrażeniowo, to istny raj; proste i złożone to część tej samej formy, zawsze niestrudzenie szczerej i bliskiej. ♪ „still park – piano solo”


And then one more decade in life and music

63.

hiroshi yoshimura wave notation 1: music for nine post cards 1982

od kilku lat trwa na zachodzie festiwal hiroshiego yoshimury — co rusz jakaś oficyna oficjalnie reedytuje jakieś z jego dawnych nagrań; wszystko zaczęło się w 2017 roku od music for nine post cards, pierwszej części enigmatycznej trylogii wave notation, które najpierw wypuściło empire of signs, a później przechwyciło light in the attic; z jednej strony można ten album potraktować jako wizytówkę japońskiego ambientu nurtu kankyō ongaku, czyli pożenionego w równych proporcjach z new age’m, impresjonizmem i awangardą; z drugiej zaś — jest to rzecz mimo wszystko dość odrębna — bardziej niż większość kankyō ongaku wycofana i minimalistyczna; bliższa sztuce wystawowej niż przestrzeni codzienności, co nie jest zarzutem, ale dystansuje mnie od niej skutecznie; gdy kilka lat temu nabyłem egzemplarz, wydawało mi się, że będę po ten krążek sięgał na co dzień, a tymczasem zachowuję go na chwilę szczególnej potrzeby i wzmożonej uważności; taka to muzyka. ♪ „blink”, „soto wa ame”


And then one more decade in life and music

62.

the pussywillows spring fever! 1988

przez wiele lat, najpierw jako dzieciak, potem student i młody dorosły, miałem problem z latami 80. chłodna produkcja, syntezatory i automaty perkusyjne to nie było coś, co mnie brało; w tamtym czasie najbardziej brało mnie organiczne i dość surowe brzmienie lat 60. i ten dość kompaktowy (choć niewydany nigdy na cd) krążek jest pamiątką tamtej epoki; dziewczyńskie trio the pussywillows nie było nawet one hit wonder, nagrało tę niepozorną epkę wypełnioną bardzo trueschoolowo brzmiącym surfrockiem jakoś na fali stylistycznych powrotów do lat 60. w drugiej połowie lat 80. i faktycznie można by ten krążek umieścić gdzieś pomiędzy the ronettes a surfin’ usa beach boysów i nie byłoby zgrzytu; materiał jest tu w dużej mierze pożyczony, ale tak, żeby nie dało się łatwo poznać, a dziewczyny dowożą — mają charyzmę wokalną, gitary i sekcję rytmiczną zupełnie jak trzeba; spring fever! pędzi przed siebie z zadziwiającą siłą i pewnością siebie, pomimo świata, który był wtedy już zupełnie gdzie indziej i niewątpliwie wątłego budżetu; to jedna z tych pozycji, które definiują dla mnie beztroskę; i może dlatego wciąż nie potrafię jej się oprzeć. ♪ „don’t say he’s gone”, „hold my hand”


And then one more decade in life and music

61.

the jesus and mary chain psychocandy 1985

psychocandy, hałaśliwy proto-shoegaze ze słabością do popu lat 60. spod znaku phila spectora, gdy tylko został uważniej przeze mnie odsłuchany, ujawnił moją słabość do tej jakże oryginalnej, na wskroś awangardowej wówczas i odważniej mieszanki stylistycznej; nawet jeśli jesus and mary chain nie dowożą tu melodyki na miarę my bloody valentine, z dumą można położyć ten krążek na półce zaraz obok mistrzów shoegaze’u, co już niedługo mam nadzieję przedsięwziąć zupełnie fizycznie. ♪ „just like honey”


And then one more decade in life and music

60.

steve monite only you 1984

to jeden z tych fascynujących przypadków krążka odkrytego przez szerszą zachodnią publikę dopiero po wielu latach; steve monite to nigeryjski piosenkarz boogie i disco, a only you, wydane oryginalnie w 1984 roku, to jego jedyny longplay; dopiero po premierze składanki doing it in lagos: boogie, pop & disco in 1980s nigeria w 2016 roku nakładem brytyjskiego soundway records zachodni słuchacze dostrzegli tytułowe „only you” — 6 lat później, by popular demand, reedytowano więc cały krążek monite’a o tym samym tytule; rzecz z jednej strony wykorzystuje najbardziej kiczowe syntezatory jakie można sobie wyobrazić, z drugiej — ma w sobie jakiś nieodparty urok, charyzmę i oczywiście melodie; brzmi to trochę tak, jakby monite wraz z zespołem śpiewał teraz na żywo zaraz obok nas — jakby materiał był tylko w cżęści wyreżyserowany, a cała reszta była wynikiem charyzmatycznej improwizacji. ♪ „only you”


And then one more decade in life and music

59.

edyta geppert och, życie kocham cię nad życie 1987

to jedna z muzycznych pocztówek mojego wczesnego dzieciństwa; babcia miała ten album na kasecie i siłą rzeczy często go słyszałem; dla babci i mamy geppert uchodziła wtedy za wzorzec scenicznej klasy i elegancji — myślę, że zresztą w tym względzie po stronie artystki wiele się nie zmieniło, poza może tym, że wypadła z obiegu medialnego; zostały piosenki — zaśpiewane dość tradycyjnie w inspiracji chanson, zaaranżowane dość kosmicznie w stylu epoki; paradoksalnie moje ulubione momenty tutaj to te najmniej znane — „nocny dyżur”, „mój człowiek”, „poésie” — jest w nich jakaś ponadczasowa tęsknota mieszająca z rozmysłem słodycz z goryczą. ♪ „nocny dyżur”, „mój człowiek”


And then one more decade in life and music

58.

anri timely!! 1983

śmiałem się ostatnio, że anri w latach 80. wydała chyba z dziesięć płyt; touché! wydała jedenaście; słuchałem kilku kultowych z okresu 1982-1984, ale tylko timely!!, słusznie zresztą stawiana na citypopowym piedestale, zaczarowała mnie w całości i bez konieczności zawierania z muzyką na krążku jakichkolwiek kompromisów (prawie spełnia ten warunek także heaven beach z 82) — może dlatego, że w niemal w całości (poza dyskotekowym openerem) trzyma się konsekwentnie tematu letniej beztroski zwieńczonej jakimś słodko-gorzkim finałem, gdy trzeba już pożegnać słońce; anri jest świetną piosenkarką, której trochę brakuje charakteru, co timely!! pięknie nadrabia spójnym brzmieniem i dobrymi melodiami. ♪ „windy summer”


And then one more decade in life and music

57.

miharu koshi boy soprano 1985

rok po kultowym parallelisme miharu koshi zjednoczyła siły z haruomim hosono po raz kolejny, ale tym razem nawet bardziej na własnych regułach — na pierwszy plan wysunęły się inspiracje koshi europejską muzyką klasyczną, a hosono po swojemu zaaranżował to wszystko na syntezatory; są tu więc dwie reinterpretacje utworów schuberta, w tym jedna wyjątkowo dziwaczna — kosmiczna synthpopowa wersja tego „ave maria”; jest proto-glitchpopowy rap okraszony niemieckojęzycznym tytułem „lip shütz”, a kilka pozostałych numerów w taki czy inny sposób, mimo technopopowej powierzchowności, melodycznie śmiało nawiązuje do muzycznych tradycji starej europy; to płyta, która przy pierwszym kontakcie raczej odstręcza niż fascynuje, co jednak łatwo daje się odwrócić, bo w tym szaleństwie jest metoda, a miharu koshi to jedna z najciekawszych piosenkarek swojej generacji, z łatwością dająca radę niejednej anri czy akinie, niezależnie od repertuaru; jest w tej muzyce historia na wielu poziomach i nie potrafię już o niej zapomnieć. ♪ „hashire usagi”


And then one more decade in life and music

56.

james brown in the jungle groove 1986

nie szukajcie dalej, to jest ten james brown, którego chcecie i potrzebujecie! to dość paradoksalne, bo w 86 brown był już absolutnie poza soulowym czy funkowym nawiasem i ten quasi-album-quasi-składak został przyjęty jako ciekawostka dla muzycznych geeków; na płytę złożyła się selekcja tanecznych numerów browna z lat 1969-71, w tym jeden wcześniej niepublikowany i kilka remiksów (wiernych naturze i oryginalnemu brzmieniu browna), a klucz do krążka stanowił beat; w połowie lat 80. brown stał się kopalnią sampli dla rodzącej się sceny hip-hopowej i in the jungle groove było odpowiedzią na rosnące zainteresowanie oryginalnymi nagraniami funkowego mistrza w tym nowym kontekście; moje wcześniejsze doświadczenia z brownem były raczej mieszane — podziwiałem jego energię, która przepełniała poszczególne numery, ale w kontekście płytowym, brown rzadko kiedy potrafił to dowieźć; udało się to dopiero w retrospekcji na in the jungle groove, którego centralnymi punktami są groove i energia; to bardziej doświadczenie niż płyta sensu stricto, kolejne numery układają się w coś na kształt funkowego jam session, gdzie motywy i refreny są tylko punktem wyjścia do synergetycznej improwizacji — w tym przypadku pod dyktando pulsującego bitu i pod przewodnictwem najbardziej charyzmatycznego soulowego wodzireja. ♪ „funky drummer – pt. 1 & 2”


And then one more decade in life and music

55.

steve reich octet · music for large ensemble · violin phase 1980

w cieniu przesławnego music for 18 musicians, tak długim i gęstym, że nie sposób dojrzeć niczego innego, jest wydana dwa lata później płyta z trzema mniejszymi kompozycjami: octet, music for a large ensembleviolin phase; każda z nich jest na swój sposób znakomita i ma własną tożsamość, choćby ze względu na odmienne instrumentarium; to główna przewaga tej płyty nad słynniejszym poprzednikiem — każdy z trzech utworów trwa mniej więcej ćwierć długości music for 18 musicians — wystarczająco, by zainstalować się wygodnie w dźwiękowej przestrzeni, ale nie tyle, by stracić nią zainteresowanie i bezwiednie zająć głowę czym innym; choć to octet służy tu za danie główne, moim ulubionym momentem zawsze było rozpoczynające music for a large ensemble — pozornie bezpośrednia kontynuacja wcześniejszego projektu, jednak różniąca się diametralnie energią i wymową; to naturalnie bardzo jasne i medytacyjne granie utkane w formie dźwiękowych sieci, których rozplątywanie daje przejmującą satysfakcję. ♪ „music for large ensemble”


And then one more decade in life and music

54.

saeko suzuki the law of the green 1985

lata 80. to był ten czas, gdy twórcy chętnie ścigali się przez płotki na to, kto nagra płytę dziwniejszą — nawet w głównym nurcie; nie ukrywajmy, ja lubię dziwne płyty; novelty ponad rzemiosłem to moje sekretne motto; i tu właśnie do akcji wkracza saeko suzuki, cała na zielono, ze swoim zielonym ładem — dźwiękowym kodeksem rozpisanym na dzwonki od rowerów, synetezatorowe marimby i żaby; suzuki w niezbornym rozkroku między popowymi refrenami, musicalowym sznytem, energią zolo a medytacyjnym kankyō ongaku tworzy album równie absurdalny, co rozkoszny; to czysta fantasmagoria, podróż do jakiejś odległej dziwacznej bajkowej krainy, do której worteks znajduje się w samym sercu lat 80. ♪ „good morning”, „mon biclo”


And then one more decade in life and music

53.

the smiths the queen is dead 1986

the smiths to styl życia, czy może raczej percepcji życia, a przynajmniej myślenia o życiu; poetyka morrisseya tańczącego na grobie oscara wilde’a z lekką manieryczną, ale fascynującą narracją, która podczas słuchania manifestuje się słuchaczowi w sposób niemal fizyczny; to trochę tak jakby ktoś bardzo samotny delikatnie przytulił kogoś drugiego, równie samotnego, a po wszystkim rozeszliby się — każdy z powrotem w swoją samotność; jest w tym miejsce na czułość, ale jest też przewrotność, którą można rozumieć jako poetycką zawadiackość, ale też ostentacyjne przewracanie oczami; tacy właśnie są the smiths, a the queen is dead wyraża ich charakter najpełniej ze wszystkich czterech studyjnych krążków zespołu; są i tacy, owszem, którym się wydaje, że to debiut, ale tam większość kompozycji była melodycznie nijaka, a tutaj mamy więcej muzycznej substancji (transcendencji nawet) niż na części kompilacji z singlami grupy; są, owszem, potknięcia; na szczęście album można (czyt; należy) zakończyć po „there is a light” i udawać, że ma tylko 9 utworów. ♪ „the boy with the thorn in his side”


And then one more decade in life and music

52.

pixies doolittle 1989

to zabawne — kupiłem tę płytę sto lat temu, przede wszystkim chyba ze względu na rozpoczynającego debasera, ale nie pamiętam, żebym kiedykolwiek jej w tym czasie słuchał; powodem, tyleż prozaicznym co znamiennym, starość; zbyt hałaśliwi zrobili się dla mnie starzy dobrzy pixies, choć może po prostu na wierzch wyszła cecha, którą tylko pozornie miałem kiedyś za zaletę, a w rzeczywistości zawsze był to znak jakiejś granicy; inaczej nie pożegnałbym się z nimi ot tak; ale właśnie to połączenie hałaśliwych gitar i niemal popowego songwritingu, który nigdy nie zaistniał na listach przebojów, robi robotę tak bardzo; bez pixies nie byłoby tych wszystkich weezerów, wavvesów, japandroidsów i setek innych grup, które mi zrobiły studiowanie i przez które sięgnąłem po pixies i zakochałem się w ich dwóch pierwszych płytach (pozdrawiam stąd surfer rosa z 1988, które też kupiłem i też go nie słucham); z drugiej strony słychać tu też jakąś zadziorność ramonesów, surferski vibe beach boysów, garażowość velvetów; doolittle jest w ten sposób zupełnie niezbędne. ♪ „wave of mutilation”, „debaser”


And then one more decade in life and music

51.

lech janerka historia podwodna 1986

ależ ten janerka był znakomity! chociaż mam silniejszą więź z debiutanckim klausem, muszę przyznać, że historia podwodna zachowała większość jego zalet (bezkompromisowy i niewiarygodnie przebojowy songwriting janerki oraz nieustającą skłonność do formalnych eksperymentów na punkowej kanwie), a pozbyła się największego mankamentu — jarmarcznej fragmentaryczności; janerka jest tu dużo bardziej skoncentrowany i wyraża siebie pełniej; i nawet jestem skłonny uwierzyć, że historia jest podwodna, pulsuje, klekoce, świdruje, brzęczy jak łódź podwodna między wiolonczelowymi falami i prądami, i w jej ramach też cały ten społeczny galimatias janerka musiał pomieścić; może tego nie jestem sobie w stanie do końca wyobrazić — debiut klausów zawsze był dla mnie jasną wizją, wszystkie składowe stawały mi tam przed oczyma, ilekroć usłyszałem fragment; w historii, choć niczego jej nie brakuje, a nawet ma więcej, niż by można było oczekiwać, to się jakoś nigdy nie składało; i to jest mój jedyny, największy i najmniejszy zarzut; poza tym świetna płyta. ♪ „lola (chce zmieniać świat”


And then one more decade in life and music

50.

hiroshi yoshimura green 1986

inaczej niż w przypadku music for nine post cards wydane cztery lata później (w dwóch wersjach) green to harmonijna podróż ku naturze i kanoniczny przykład medytacyjnego new age’u — zaskakująco melodyjnego i wcale nie serowego; kolejne utwory są poukładane post-minimalistycznie, tak żeby kolejne motywy intrygowały słuchacza, ale nie wybijały go z transu; organiczność tej muzyki jest celowo upozorowana — green nie próbuje zastąpić obcowania z naturą, raczej poszerzyć to doświadczenie, do czego, co zrozumiałe, wykorzystuje własne środki; technikalia tej muzyki są jednak drugorzędne, liczy się właśnie doświadczenie. ♪ „green”


And then one more decade in life and music

49.

japan gentlemen take polaroids 1980

david sylvian był dla mnie nieuchwytny całymi latami, a jednocześnie dokoła niego gromadziły się kolejne impulsy zwracające mnie co rusz w jego stronę; nie mam pewności, czy gentlemen take polaroids to definicja brzmienia japan — wciąż nie zgłębiłem należycie inspirowanego chińskim folklorem tin drum, ale na tę chwilę to chyba takie japan, do którego potrafię dosięgnąć; tajemnicze, zaskakująco poetyczne, ale wciąż melodyjne i popowe, choć nie bez aranżacyjnych twistów, gdzie noworomantyczną materię powykręcano hipnotycznie tak, że utwory, choć namacalne, są jednocześnie nierzeczywiste; gentlemen take polaroids to wykwintny muzyczny teatr, w równej mierze czerpiący z reguł zachodnich i wschodnich — nie tylko na papierze — muzyczny pomost między faktyczną japonią a europą, czego dowodem niech będzie być może najbardziej intrygujący, inspirowany fortepianowymi miniaturkami erika satie, numer na krążku — napisane przez ryuichiego sakamoto „nightporter”. ♪ „gentlemen take polaroids”, „nightporter”


And then one more decade in life and music

48.

fleetwood mac tango in the night 1985

czy można pokochać jakiś album, nie słuchając go? gdy świadomie poznałem fleetwood mac w ich późno70sowej odsłonie z lindseyem buckhinghamem i stevie nicks w rolach głównych, absolutnie zatraciłem się w ich idealnej mieszance popu i rocka — do dziś pamiętam, jak całym sobą chłonąłem rumours — jakże witalne było to doznanie; jednocześnie jednak dla zasady zacząłem kontestować ich najbardziej ograny radiowo krążek tango in the night, po który naturalnie sięgnąłem zaraz potem; nie spodobał mi się zwrot w stronę syntezatorów pozbawiający ich wcześniejsze brzmienie organiczności; lata mijały, a ja omijałem tango; jednocześnie jednak te znane mi przecież dobrze numery zaczęły dojrzewać wraz ze mną, dawne antagonizmy same zniknęły nie wiem kiedy, i gdy po latach wróciłem do tanga, okazało się, że to na swój własny sposób także znakomita płyta pokazująca inną stronę tego samego brzmienia, które przed laty tak mnie poruszyło. ♪ „you and i, pt. ii”


And then one more decade in life and music

47.

toshifumi hinata hitotsubu no umi (reality in love) 1986

to jedno z moich niedawnych odkryć, wydane zresztą w sercu lat 80. przez tę samą kultową oficynę alfa, którą znam z płyt yellow magic orchestra; i byłaby to może i rzecz zupełnie serowa, gdyby nie soundtracki do filmów studia ghibli joe hisaishiego, które niewątpliwie dzielą z tym wydawnictwem upodobanie do łączenia new age’owego ambientu z motywami impresjonistycznej muzyki kameralnej; różnica jest oczywiście zasadnicza, bo album hinaty nie jest ścieżką dźwiękową do filmu (choć mógłby być!), przez co jest to doświadczenie mniej nieobliczalne (bo soundtracki zwykle są niestety nieobliczalne); na osi czasu album hinaty zgrywa się zresztą niemal idealnie z początkami studia; sam hinata natomiast jest twórcą znacznie bardziej eklektycznym, a ta płyta nie jest najbardziej reprezentatywna dla jego stylu; angielski dziwaczny tytuł reality in love nijak ma się do oryginalnego hitotsubu no umi, które przetłumaczyć można jako morze w jednej kropli z niewydrukowanym na okładce (a jedynie na pasku obi) podtytułem krajobraz serca, które kiedyś odwiedziłem; hinata balansuje tu na granicy czegoś bardzo prawdziwego w post-romantycznym sensie i czegoś, co może zostać rozpoznane jako imitacja; gdy jednak pewne uproszczenia zaakceptujemy i damy tej muzyce wybrzmieć, może zrobić dla nas dużo dobrego; i tę opcję sam wybrałem. ♪ „reflections”, „hikari to mizu”


And then one more decade in life and music

46.

the stone roses the stone roses 1989

pamiętam, że gdy pierwszy raz sięgnąłem po stone roses jakoś na studiach skuszony kultowym statusem tego krążka (i śmiałą kompozycją z okładki, która zawsze wyglądała dla mnie trochę jak wiejski krajobraz widziany z lotu ptaka), była to zdecydowanie jedna z tych płyt, które początkowo stawiały mi opór; cóż wtedy wiedziałem o madchesterze — słonecznym, ale nieco chłodnym w ekspresji — mówimy jednak o ekspresji angielskiej; słuchałem jej wówczas całkiem sporo — zwłaszcza singlowego „i wanna be adored”, które z perspektywy, choć najbardziej ikoniczne tutaj, nie byłoby dzisiaj moim pierwszym wyborem na plejlistę, a później na wiele lat kontakt zupełnie się urwał; gdy wróciłem do płyty teraz, przesłuchałem ją czterokrotnie w ciągu dwóch dni, z poczuciem, że tego właśnie potrzebuję; może to skraj jesieni, wyjątkowo ekstremalny, gdy go porównać z tym, co znamy, ale jest też duże prawdopodobieństwo, że stęskniłem się za tą muzyką — tym jak nienachalnie, ale melodyjnie płynie i składa się w całość; to zresztą obok miami the gun club kolejna płyta, która w niesamowicie adekwatny sposób łączy to co przeszłe (psych-pop z lat 60. à la the kinks) z tym, co dopiero miało nastąpić później (blur); nie śmiałbym włączyć the stone roses w słoneczny dzień, ale jeśli deszczowego dnia potrzebuję odrobiny słońca, które jednocześnie nie wydaje się nie na miejscu — the stone roses sprawdzą się w tej roli najlepiej na świecie. ♪ „this is the one”, „i wanna be adored”


And then one more decade in life and music

45.

wojciech młynarski młynarski w ateneum: recital ’86 1987

kupiłem tę płytę kiedyś od ulicznego handlarza i chociaż w tamtym czasie nieszczególnie było mi po drodze z młynarskim jako wykonawcą własnych utworów (głównie na bazie jego repertuaru z lat 60.), ten recital z 86 okazał się szalenie zajmujący — młynarski jest charyzmatyczny, elokwentny i dowcipy, zarówno gdy wykonuje kolejne utwory, jak i gdy opowiada między nimi rozmaite anegdotki; program jest doskonale wyselekcjonowany, a formuła kameralnego recitalu znakomicie mu służy. ♪ „róbmy swoje”, „po co babcię denerwować”


And then one more decade in life and music

44.

akiko yano tadaima. 1981

akiko yano przy okazji reedycji jej dyskografii w poprzedniej dekadzie przez paryską oficynę wewantsounds okrzyknięto japońską kate bush; to oczywiście marketingowo-recenzenckie uproszczenie, ale wcale nie krzywdzące, choć obie panie tworzyły paralelne rzeczy w podobnym okresie, z dużym prawdopodobieństwem w oderwaniu, choć być może wcale nie zupełnym, od wzajemnych wpływów i powiązań; yano, przynajmniej na błyskotliwym tadaima., związana z kreatywną stajnią yellow magic orchestra w nurcie techno kayō, jest uosobieniem muzycznego oryginała; to, jak w przypadku bush, bardzo autorska mieszanka mieszająca w równych proporcjach dość szalony, ale jednak melodyjny pop z szeroko pojmowaną awangardą; płyta jest zresztą dość specyficznie ułożona, inaczej niż np. the hounds of love, gdzie na jedną stronę wciśnięto wszystkie przeboje, a drugą spowito eksperymentami — u yano pierwsze dwa i ostatnie dwa utwory złożyłyby się na absolutnie perfekcyjną prog-techno-popową epkę, z kolei materia pomiędzy nimi, to rzecz innej gęstości, artystowski głąb, który jednak nie przekracza pewnej dość istotnej granicy, za którą słuchacz mógłby poczuć dyskomfort i zacząć zadawać te same tendencyjne pytania o zasadność sztuki współczesnej. ♪ „harusaki kobe”, „tadaima.”, „rose garden”


And then one more decade in life and music

43.

prince dirty mind 1980

nie byłoby lat 80. bez purpurowego księcia; choć niewątpliwie centrum jego kariery już na zawsze w percepcji ogółu pozostanie purple rain, ja dość szybko przelałem swoje uczucia względem tego, co uznawałem za esencję prince’a, czyli syntezatorowego funku, na płytę, od której wszystko de facto się zaczęło — dirty mind z 1980 roku; formalnie był to trzeci album artysty, ale pierwszy, na którym naprawdę poszedł na całość — począwszy od przegiętej majtkowo-apaszkowej okładki, przez obezwładniający, naładowany seksualnie klimat funkowego minneapolis — w szczycie ery disco wyszarpujący szalejącą na parkietach publikę w zgoła innym kierunku; lubię tę płytę nie tylko dzięki niesamowitemu wyczuciu melodyjno-produkcyjnemu księcia, ale też dlatego, że od początku do końca opowiada mi historię; no i uwodzi mnie ta buzująca po stokroć na wielu poziomach synthfunkowa stylistyka — kolejne płyty też opowiadały historie, ale albo robiły to niekonsekwentnie (1999, around the world in a day), albo nie była to do końca historia, która przypadła mi gustu estetycznie (purple rain), albo nie byłem w stanie wczuć się w nią od a do z (parade); tak czy inaczej, podtrzymuję opinię, że lata 80. bez prince’a się nie liczą. ♪ „dirty mind”


And then one more decade in life and music

42.

van dyke parks tokyo rose 1989

biednych istotach z emmą stone sceny jej podróży statkiem zrealizowano w jednocześnie surrealistyczny, kiczowaty i majestatyczny sposób; słuchając tego krążka, wizualizuję go sobie w takim właśnie stylu; niebezpodstawnie zresztą, bo przecież żeby niegdyś dostać się z usa do japonii, trzeba było przepłynąć pacyfik; tokyo rose z początku drażniło mnie swoją staromodnie zawadiacką amerykańskością próbującą połknąć japońskie subtelności, niewiele z nich rozumiejąc; wiele lat później, gdy udało mi się wreszcie polubić ameryką i europę, zrobiłem to japońskimi oczami, a to otworzyło mi drzwi także do tej płyty, którą traktowałem wcześniej raczej jako kuriozum; van dyke parks ma do zaoferowania połamaną melodykę, kunsztowne aranże (miejscami przedobrzone dla efektu dramatycznego — tak ma być, to forma quasi-teatralna) i dziwaczne teksty opisujące zawiłe relacje osobiste, polityczne i handlowe; tokyo rose jest reliktem, na który nie było miejsca ani w codzienności lat 80., ani tym bardziej dziś; z tego też powodu jest to mój album podróżny — zabieram go ze sobą, niekoniecznie płynąc przez pacyfik, gdy mam chęć podróżować w jeszcze innym wymiarze — między epokami i rzeczywistościami; pod tym względem tokyo rose jest trochę bardziej jak książka albo jak film. ♪ „trade war”, „yankee go home”


And then one more decade in life and music

41.

duran duran rio 1982

nie jestem duranowcem, jeszcze nie tak dawno rio było jedyną płytą zespołu, której słuchałem w całości; trochę to dziwne, biorąc pod uwagę, że to jedna z tych wielkich perfekcyjnych popowych płyt lat 80., gdzie wszystko jest na swoim miejscu, a każdy kolejny numer dorównuje poprzedniemu jakością i chociaż zmienia się ich ogólny wajb, to wszystko zgrywa się w całość; swoją drogą to chyba najbardziej emblematycznie 80sowa płyta w tym zestawie, czerpiąca bez skrępowania z całego wachlarza stylistycznych atrybutów ♪ „hold back the rain”


Opublikowano

Soulful 80’s

80s

Soulful 80’s

Bywa, że o muzyce trzeba opowiadać, bywa, że opowiadać się chce, ale często najlepiej o sobie opowiada ona sama. W minioną środę w audycji Radia LUZ próbowałem co prawda moją ostatnią plejlistę trochę zaanimować, ale głównie odnosiłem się do faktów, choć oczywiście sama selekcja była bardzo subiektywna — prawo słuchacza, czy w tym wypadku, prezentera. Ale soul lat 80-tych wychodzący od disco i funku, odważnie zajmujący pozycje boogie i electro, by ostatecznie dać pierwszy kształt temu, co współcześnie rozumiemy jako R&B (w Jacksonowskim znaczeniu — chodzi tu zarówno o Michaela, jak i Janet) w formie oldscholowego new jack swingu — ten soul najlepiej opowiada sam o sobie, zwłaszcza że doskonale słychać jak style przenikają jeden w drugi, jak flirtują i romansują ze sobą, rozstają się i wiążą inaczej w kolejnych numerach. Pięciogodzinna podróż przez znajome refreny i zapomniane hity soulu lat 80. ułożona mniej więcej chronologicznie czeka na was poniżej.