Opublikowano

2023

2023

czy to był dobry rok w muzyce? myślę, że nie powinno się już tego pytania zadawać, ani tym bardziej na nie odpowiadać — wydaje się obecnie tyle muzyki każdego rodzaju, że tylko od indywidualnych wyborów i potrzeb każdego słuchacza zależy, jak dobrze ten niemal bezkresny potencjał wykorzysta

gdy zaczynałem bawić się podsumowania roczne, trochę wciąż nie wiedziałem, co lubię i co jest czym — była to okazja do przyjrzenia się wyborom innych i pokusa do jakiejś konsolidacji trendów w oparciu o własną wrażliwość; teraz, owszem, pewne prawidłowości w rozmaitych podsumowaniach dużych redakcji tworzą intrygujący kontekst, ale nie są już dla mnie wyznacznikiem jakości; miałem wobec tego niedające się zrealizować w grudniowej wrzawie marzenie, żeby symbolicznie zdążyć ze swoją listą przed świętami; podsumowanie, po raz kolejny wspólne dla płyt, epek, singli i wszystkiego co pomiędzy, łączy muzykę, dla której znalazłem w tym roku przestrzeń i której potrzebowałem, z tą, którą uznałem za nieszablonową, adekwatną popkulturowo lub stylistycznie


40.

dj vitinho beat e dj roca „montagem faz macete 3.0”

najbardziej chory bit tego roku bezlitośnie obezwładniający wszystko, co napotyka na swojej drodze, włączając w to dwóch charyzmatycznych didżejów; bezkompromisowy akt klubowego nieposłuszeństwa czy bezrozumnie krzykliwy (czego-to-nie-wymyślą) muzyczny mem?


2023

39.

amor muere a time to love, a time to die

między titanikiem a amor meure, dwoma tegorocznymi projektami rozchwytywanej od kilku lat elektroakustyczki z meksyku — mabe fratti, moje serce zatrzymało się przy tym drugim — umocowanym w estetyce akustycznego folku z nieodmiennie awangardowym zacięciem; w kameralnym instrumentarium i na wpół improwizowanym charakterze znalazłem poniekąd odpowiedź na moje ukochane hontatedori sprzed równo dekady; a time to love, a time to die jest nieporównywalnie mroczniejsze, ale w jakiś sposób odpowiada na podobne potrzeby estetyczne; i być może, to bardziej o mnie niż o płycie, ale pomyślałem ostatnio, to najwyższe stężenie awangardy, z jakim mam ochotę ostatnio obcować ♪ „love dies”


2023

38.

la baracande la baracande

czwarta płyta francuskiego kwartetu la baracande to chyba najbardziej fascynujący z tegorocznych dźwiękowych portali — wyobraźcie sobie, że w dalekiej i pogrążonej w wiecznej zimie krainie stworzonej przez natural snow buildings, pełnej avantfolkowych zagajników i wysokich gór całych z posępnych burdonów, żyje i występuje owernijski bard, który niesie swą wartką pieśń przez tę posępną krainę, a akompaniują mu i zagajniki, i góry; mimo że krążek jest zbiorem tradycyjnych piosenek z repertuaru folkowej pieśniarki i koronczarki virginie granouillet (zmarłej w 1962, nagrywanej od 1958 roku przez profesora uniwersyteckiego, a nazywanej właśnie la baracande), to rzecz jednak niezbyt piosenkowa — a może inaczej, nie da się tych dawnych melodii i ich wagi zanegować, ale to anturaż stanowi o niezwykłym charakterze tego materiału ♪ „qui veut entendre l’histoire”


2023

37.

lil yachty let’s start here.

odejściem od trapowej bazy let’s start here podzieliło dotychczasowych słuchaczy yachty’ego, jednocześnie przyciągając nowych i ich także dzieląc na dwa obozy; niezależnie od raczej ciążącego tej płycie kontekstu wydawniczego, psychodeliczna wycieczka ex-rapera w gitarowe rejony to, mimo regularnych prób z mojej strony, najbliższe rapowi, co jakkolwiek ujęło mnie formalnie i emocjonalnie; yachty’emu udało się w jakimś sensie to, co niezbornie próbował zrobić lil wayne w 2010 roku, nie do końca wyszło z kolei to, co igorem pokazał tyler, the creator, ale oba te krążki, a także the love below andré 3000 i 808 & heartbreak kanyego westa pozostają w jakimś niedającym się bezpośrednio uchwycić związku z tym, co zaprezentował tutaj yachty; let’s start here jest w swoim neo-psych-rockowym animuszu gęstsze i bardziej powtarzalne niż którakolwiek z tamtych płyt; cechują je wewnętrzne sprzeczności, post-ironia miesza się tu z nieukrywaną wrażliwością — nie może być inaczej, yachty nie udźwignąłby tym post-rapowym, post-kanyewestowym autotune’owanym wokalem ani grama prostolinijności — mimo wszystko próbuje i zaskakująco, na jakimś poziomie udaje mu się sprzedać też dziwaczny produkt nie tylko post-rapowy, ale chyba nawet przede wszystkim post-popowy; to jednocześnie papierek lakmusowy i odtrutka na formy, jakie coraz bardziej zuchwale przybiera współczesny pop ♪ „running out of time”


2023

36.

iris dement workin’ on a world

w zależności od piosenki opowieści dement różnią się siłą rażenia, ale dzięki wciąż niedającemu się porównać z żadnym innym wszystkie epatują niepodlegającą upływowi czasu witalnością napędzaną odwagą cywilną i przekonaniem, że tylko mówienie otwarcie o rzeczach trudnych może sprawić, że staną się chociaż odrobinę mniej trudne; świat oczami iris nie jest ani trochę mniej popaprany niż ten, który widzimy wszyscy, ale spowija go nadzieja, której czasem wszystkim nam brakuje ♪ „workin’ on a world”


35.

olivia rodrigo „vampire”

gdyby taylor swift poprosiła arcade fire o wyprodukowanie jej singla, efektem w najlepszym razie byłoby właśnie „vampire” — tak się jednak jak dotąd nie stało i tym samym to olivii rodrigo udało się nagrać numer lepszy od pięciu tuzinów, które w ostatnim czasie wypuściła swift; to też moim zdaniem artystycznie absolutny tegoroczny szczyt wielkoformatowego radiowego popu — rodrigo rozpoczyna klasycznie rzewną, odrobinę prześpiewaną balladą, by w ciągu trzech kolejnych minut wskoczyć do upstrzonego kolorowymi lampkami post-dyskotekowego wagonu odjeżdżającego w stronę 70sowego piano rocka i wywrócić wspomnianą balladę na lewą stronę; to być może po raz kolejny ta sama historia, wampirze odniesienia można uznać za mało wyszukane, ale bardzo klasyczna melodyka i progresywne rozwinięcie sprzedają tę historię doskonale; efekt jest dość melancholijny i można ten numer z powodzeniem dorzucić do plejlisty na smutną dyskotekę


34.

the beths „watching the credits”

zeszłoroczne expert in a dying field dojrzało we mnie dopiero w styczniu już po opublikowaniu listy ulubionych płyt 2022, a okazało się, że to muzyka, która niespodziewanie obudziła we mnie w środku zimy jakąś wiosenną witalność; niekoniecznie prostolinijna, ale też absolutnie bezpretensjonalna, trochę znikąd, bo beths znałem tylko z nazwy, ale jednak niezupełnie; wydane w marcu „watching the credits” przedłużyło ten stan aż do nadejścia faktycznej wiosny — to żaden odrzut, ale doskonale singlowe przedłużenie esencji krążka i stylu grupy w ogóle w formie pojedynczego strzału; autorefleksyjnie, słodko-gorzko, z nutką optymizmu; hip hip hurra, wesołe gitarki!


2023

33.

blk odyssy diamonds & freaks

przyznaję, że przed dwoma laty nie poświęciłem wystarczająco dużo uwagi debiutowi blk odyssy, ale widzę, że od tamtego czasu dostał całkiem sporo miłości w sieci; tym razem role się odwróciły — diamonds & freaks zelektryzowało mnie, ale jego wydanie przeszło trochę bez echa; tymczasem ten rapowy jednak w dużej mierze krążek krążek wypełnia istotną tematyczną niszę klasycznego okołopościelowego neo-soulu; jest jednoznacznie bitowy, ale adekwatnie podszyty jazzem i niestroniący od wokali, które w zależności od utworu można stopniować od natchnionych, przez czułe, aż po sensualne; to płyta bardzo pomiędzy na wielu płaszczyznach, ale jednak nie nazwałbym jej kompromisową — wręcz przeciwnie, dzięki temu melanżowi stylów nie wydaje się anachroniczna; blk odyssy nie wymyśla koła na nowo, ale jego diamonds & freaks to zdrowa odmiana dla wymęczonego let’s get it on, a na innej płaszczyźnie kontynuacja tego samego vibe’u, który poniósł debiut dinner party przed kilkoma laty ♪ „you gotta man”


2023

32.

molly tuttle & golden highway city of gold

molly tuttle jest nie do zatrzymania; zwykle podchodzę dość sceptycznie do umieszczania tego samego artysty w podsumowaniu roku dwa lata z rzędu — mam z tyłu głowy, że to ogranicza przekrojowość zestawienia, która zawsze stanowiła jego ważny element, ale molly tuttle jest nie do zatrzymania; city of gold rozpoczyna się tam, gdzie skończyło się zeszłoroczne crooked tree — aranżacyjnie jest wierne bogatej tradycji progresywnego bluegrassu, ale songwritersko i produkcyjnie wciąż przynależy do wielkiej muzycznej rodziny współczesnej americany — tuttle potrafi opowiadać zajmujące historie i zręcznie ilustrować je dźwiękiem — w tym kontekście to, że city of gold zdaje się bardziej zbiorem opowieści niż jakimkolwiek innym rodzajem albumu, musi być więc największym komplementem ♪ „alice in the bluegrass”


31.

atarashii gakkō „tokyo calling”

co to byłaby za lista, gdyby nie pojawił się choćby jeden numer poznany na tiktoku; „tokyo calling” jest na swój sposób memiczne, tiktok mu służy; gdyby netflix miał w swojej bibliotece teledyski, ten opisaliby tagiem „udawana powaga”; jest coś absolutnie fenomenalnego i absurdalnego zarazem w epickim połączeniu japońskiego idol rapu z mechaniczną marszowością jakby podkradzioną pradziadowi megachadów susumu hirasawie; ten hardy, pełen plot twistów numer mistrzowsko puentuje zresztą pewna klasyczna subtelność — stopniowo podszywająca i obezwładniająca wszystko


2023

30.

enny we go again

wszyscy ci, którym podobnie jak mi nie udało się odnaleźć własnej wrażliwości w cokolwiek krzykliwym krążku noname, być może znajdą bezpieczną przystań na epce brytyjskiej raperki enny; we go again to osobisty, kameralnie zaaranżowany kobiecy rap umiejętnie podszyty neo-soulem — enny ma nieco bardziej żywiołowe flow, co doskonale koresponduje z niedającym się przeoczyć ulicznym pierwiastkiem równoważącym tylko pozornie zdającą się dominować chilloutową stronę wydawnictwa; w ciągu kwadransa można tą epkę zarówno dać utulić się do snu, jak i rozkręcić domowy before — a mówią, że dwie sroki za ogon niepodobna ♪ „charge it”


2023

29.

cécile mclorin salvant mélusine

pierwsza francuskojęzyczna płyta salvant jest niewątpliwie najbardziej pikantną w jej dorobku; piosenkarka wychodzi od klasycznego chanson, by stopniowo zacząć dekonstruować je w kolejnych coraz śmielej zaaranżowanych utworach, jak zwykle w części autorskich, w części pożyczonych, tym razem sięgających aż xii wieku i czerpiących z tradycji muzyki haitańskiej — w ten sposób cécile opowiada historię tytułowej średniowiecznej czarodziejki meluzyny w ramach swoiście pojmowanej polifonii nie tylko intertekstualnej, ale polistylistycznej; artystka odważnie realizuje swoje artystyczne ambicje, meandrując między gatunkami i epokami, a efekt, choć na papierze zuchwały, wcale nie brzmi nieprzystępnie; pod wieloma względami to frankofońska siostra-bliźniaczka zeszłorocznego ghost song, równie ekspresyjna, być może odrobinę swobodniejsza w ogólnej wymowie ♪ „d’un feu secret”


2023

28.

pabllo vittar after

kariera muzyczna pabllo vittar to dla mnie żadne novum, ale przyznam, że nie brałem jej do końca na poważnie aż do momentu, kiedy włączyłem tę płytę; after jest klubowym reworkiem wydanej nieco wcześniej noitady, którą sprawdziłem we fragmentach dopiero o wiele później; wszystkie te momenty, w których vittar wydawała się ociężała czy niezbyt natchniona rozwalcowano tu bez litości, tworząc klubowego potwora, dla którego nic nie jest tabu i nie ma czegoś takiego jak zły gust — taneczny sam w sobie brazylijski funk zostaje tu ogłuszony i nafaszerowany niewybrednym house’m, ballroomowymi pasażami i najsroższą z brazylijskich bangersztuk — beat bruxaria; to dekonstrukcja totalna ocierająca się wręcz o pastisz, bezkompromisowa, głośna i wulgarna — połączenie wszystkiego tego, czym powinny być: dobry album z remixami i dobry drag ♪ „descontrolada (cyberkills remix)”


2023

27.

willie nelson bluegrass

willie nelson po latach wraca do tuzina swoich własnych numerów i nagrywa je ponownie z zespołem bluegrassowym; wiele mogło tutaj pójść nie tak, a okazało się, że że w wieku 90 lat willie wciąż jest wyłącznie niesamowity; i taka też jest ta płyta, można z powodzeniem od dnia premiery określić ją mianem klasycznego showcase’u songwriterskiego i storytellingowego talentu nelsona; willie brzmi zadziwiająco witalnie, a co podkreślają na wpół akustyczne bluegrassowe aranże — pozwalają też wyeksponować atuty samych numerów, które wszystkie bez wyjątku należycie tutaj oddychają; podczas swojej trwającej ponad 60 lat kariery nelson podjął (albo podjęto za niego) wiele złych decyzji produkcyjno-aranżacyjnych — bluegrass nie nie da się w tym względzie nic zarzucić (w przeciwieństwie do wyjątkowo okropnej okładki) ♪ „you left me a long, long time ago”


26.

boygenius „cool about it”

choć folkowa supergrupa w wydaniu długogrającym przekonała mnie do siebie połowicznie, w intymnym niby-singlu „cool about it” niesionym bliskimi harmoniami czarującego unisonu baker, bridgers i dacus, wokalistki obudziły zimowe duchy kameralnego folku z appalachów; słodko-gorzkie doświadczenia przepisały z niecodzienną czułością i empatią, nagrywając najpiękniejszą kompozycję laury marling, która nigdy nie wyszła spod jej pióra


2023

25.

slaughter beach, dog crying, laughing, waving, smiling

zawsze lubiłem wilco, lubię też ich tegoroczną płytę, ale zawsze miałem też z nimi dość wstydliwy problem — chociaż przez lata obcowałem z jakimś tuzinem ich albumów i były to zwykle przyjemne spotkania, żaden z nich nie zajął mnie tak, jakbym chciał, żeby mnie zajął — ile to miałem podejść do yankee hotel foxtrot — nigdy nam nie wyszło; pomimo tego są oczywiście momenty w ich dyskografii, które naprawdę odpowiadają jakimś moim realnym potrzebom — potrzebuję jakichś punktów zaczepienia, by nadal wytrwale próbować; tymczasem tegoroczna płyta średnio przeze mnie znanej wcześniej grupy o nieprzyjaznej nazwie slaughter beach, dog — robi to, czego nie udało się dotąd żadnej z tuzina płyt wilco, a mianowicie całościowo rezonuje ze mną, zajmuje mnie od pierwszej do ostatniej piosenki przez bite 40 minut; crying, laughing, waving, smiling uszlachetnia wcześniejsze surowsze brzmienie grupy z klasycznie indiefolkrockowym rodowodem o elementy kameralnej americany, takiej jak u wilco wlaśnie czy nawet bliższych mi the jayhawks na subtelnym countrysoulowym podbiciu; prawdą jest, że potrzebowałem odpowiedniej chwili na tę płytę, ale ta szczęśliwie nadeszła przed końcem roku — okazało się, że to idealna ścieżka dźwiękowa dla małomiasteczkowego zimowego letargu, w który bezwiednie przyszło mi wpaść pod koniec roku; potrzebowałem tej płyty na tę przykrą zimę, która zastygła w późnej jesieni, podczas gdy my i tak nosimy wysokie buty ♪ „engine”


2023

24.

isaiah collier parallel universe

niby nie trzeba już nikogo przekonywać, że jazz nie jest jakąś post-intelektualną mrzonką dla grupki kolesi w swetrach na dusznym poddaszu, ale w dalszym ciągu zbyt rzadko trafiają się płyty, które jednocześnie wypływają bezpośrednio z jego istoty, niczego nie zafałszowując czy nie upraszczając, i brzmią na tyle swobodnie, że przyjemnie obcować z nimi bez konieczności ich studiowania; zaledwie 25-letni saksofonista i bandleader isaiah collier na drugim krążku firmowanym własnym nazwiskiem czerpie z historii soulu, by używając jazzowych środków nagrać płytę doskonale harmonijną, która jednak nie zadowala się półśrodkami; to mój najprzyjemniejszy jazzowy listen ostatniego roku, którego jednak nie dałbym sobie nazwać guilty pleasure ♪ „eggun”


2023

23.

gia margaret romantic piano

dużo słuchałem w tym roku tej płyty — w pierwszej kolejności dlatego, że ujęła mnie od progu sielskim zestawieniem odgłosów natury i tego samego intymnego impresjonistycznego pianina, które pod palcami haruki nakamury pozwoliło mi przetrwać przy zdrowych zmysłach pierwszy rok pandemii; w pewnym momencie jednak zacząłem się zastanawiać, czy nie daję się nabrać po raz kolejny na tę samą sztuczkę, u podłoża której stoi moja niedająca się zafałszować słabość do muzyki erika satie i jego pogrobowców; nie chciałem bez przyczyny potknąć się o tkliwość lub sentymentalizm, być może robiąc z siebie głupca (przed każdym z trójki moich czytelników — pozdrawiam, jeśli to czytacie) — niemniej ilekroć wracałem do tego pejzażyku, wciągał mnie przed swój widnokrąg, malował trudne do rozpędzenia obrazy, czarował subtelnością i finezją; postanowiłem więc się poddać i zaakceptować ryzyko potencjalnego upadku po potknięciu o tkliwość lub sentymentalizm — niczego nie żałuję, gia margaret pany ♪ „cinnamon”


22.

sheena ringo „watashi wa neko no me”

sheena ringo, ikona japońskiego art rocka, świętuje w tym roku ćwierć dekady na scenie i na tę okoliczność postanowiono nagrać i zaaranżować na nowo „watashi wa neko no me” — niewydaną kompozycję z sesji nagraniowych do pierwszej płyty artystki „muzai moratorium” z 1999 roku; aranżem nawiązano co prawda bezsprzecznie do ringo gitarowej, jakby w hołdzie surowemu brzmieniu jej debiutu, ale są w tym wszystkim też jednak niezaprzeczalnie: metapopowa progresywność i sterylność charakterystyczne dla jej późniejszej dyskografii; wszystko to, pożenione z połamaną japońską melodyką i rytmiką refrenu pożyczoną z francuskiego yé-yé (czego nie było w dyskografii ringo w tak ewidentny sposób chyba od czasu „tōkyō no hito” z 2000 roku), sprawia, że kawałek można w istocie potraktować jako pomost między dwoma krańcami jej dotychczasowej kariery


21.

aespa „welcome to my world”

to ten majestatyczny popowy hymn roku, którego nie nagrała ariana grande; dziewczyny z aespa wypuściły w tym roku dwie udane epki, a pierwszą z nich rozpoczyna „welcome to my world” zręcznie spajający w jedno alt-popową ramę, trapową rytmikę i dozowany z wyczuciem kinematograficzny koloryt; za efekt wow odpowiadają jednak w dużej mierze klasyczna melodyka post-britney w refrenie i precyzyjnie zsynchronizowana ewoluująca w czasie oprawa aranżacyjna


2023

20.

nourished by time erotic probiotic 2

debiut nourished by time brzmi jakby ktoś próbował w piwnicy odtworzyć brzmienie blood orange — jest swojsko lo-fi’owy, w naturalny sposób przekracza granice gatunkowe, a jednocześnie śmiało eksploruje melodykę klasycznego r&b lat 80. i 90. z elementami freestyle’u; dzięki temu można uplasować go (z pewną nieśmiałością) gdzieś pomiędzy 90sowym sealem a szalonymi reedycjami afrykańskiego andergrandu awesome tapes from africa; nie jest to żadne zupełnie nieprawdopodobne połączenie, ale wnosi do zastanej stylistyki alt r&b melodyczno-rytmiczną witalność i szczerość ekspresji, której cholernie było jej potrzeba ♪ „daddy”


2023

19.

grouptherapy. i was mature for my age, but i was still a child

wyobraźcie sobie imprezę, gdzie na zmianę grają numery brockhampton z ery saturation i popowe przeboje taylor swift, raz na jakiś czas ukradkiem przemycając coś louisa cole’a albo jakiś banger destiny’s child, o którym już dawno zapomniano, ale nadal buja, jak należy; ta impreza to tegoroczny przełomowy krążek trójki dziecięcych aktorów ze spalonego teatru, którzy w ramach grupowej terapii postanowili opowiedzieć o swoich doświadczeniach w formie longplaya; rzecz jest odrobinę chaotyczna, ale już od pierwszego odsłuchu absolutnie hipnotyzująca; angażuje nie tylko przebojowymi refrenami doskonale wpisanymi w nieco nostalgicznie brzmiące, zdrowo smagające słuchacza bity, ale także osobistą perspektywą w paraterapetycznym kontekście nie tylko na papierze; koniec końców jest w tym sporo artystycznej i życiowej samoświadomości, nawet jeśli całości brakuje momentami jakiejś koncepcyjnej ogłady ♪ „american psycho”


2023

18.

janelle monáe the age of pleasure

umieszczenie tu the age of pleasure jest dość paradoksalne — z jednej strony od samego początku przeszkadzała mi ta zredukowana aranżacyjnie i wokalnie odsłona monáe, z drugiej przez lata, choć zasłuchiwałem się w jej kolejnych krążkach, żaden z nich nie zabrzmiał mi wystarczająco dobrze jako całość — zawsze były fragmenty, które odstawały brzmieniowo lub koncepcyjnie; tymczasem choć the age of pleasure to niewątpliwie monáe w wersji light (albo hard, zależy jak na to spojrzeć), jest to absolutnie najbardziej koherentna płyta w jej dorobku; nie kibicuję tej inkarnacji monáe, bo wiem, że jest w stanie robić rzeczy mniej powierzchowne tematycznie, ale był to album, do którego z przyjemnością wracałem przez całe lato, także ze względu na to, jak gładko za każdym razem mijał mi ten półgodzinny trip solidnie inspirowany dancehallem i afrobeatsami — to w dużej mierze zasługa naprawdę pierwszorzędnej roboty produkcyjnej — wrażliwej na niuanse i zręcznie realizującej podjęte ryzyko formalne ♪ „only have eyes 42”


17.

troye sivan „rush”

troye sivan zdecydował się na wejście na pełnej i efektem jest najpewniej najlepszy numer w jego dotychczasowej dyskografii; w doskonałym momencie i bez wikłania się w półśrodki zaadaptował 90sowy euro house, kreatywną choreografię i fantazję o sportowych (ew. wojskowych) przyśpiewkach, by stworzyć taneczny hymn minionego lata i dorzucić swoje trzy grosze do spuścizny kulturowej lgbt; sivanowi wciąż udaje się zachować urok i delikatność, co doskonale równoważy dość ryzykowną w przeciwnym razie oprawę


2023

16.

geese 3d country

to jest reinkarnacja tej niezdarnej nonszalanckiej energii, za którą pokochaliśmy becka, a której staruszek od jakiegoś czasu żałuje sobie i nam; geese nie wymyślają koła na nowo, ale całkiem ładnie idzie im łączenie ze sobą tego, co niezależne, gitarowe i punkowe z elementami jakiejś kowbojskiej fantastyki i podskórnie (albo raczej incognito) funkującym tętnem; są dziwaczni, trochę oldschoolowi, trochę połamani melodycznie i aranżacyjnie, gdzieś w sąsiedztwie neo-progowej tradycji spod znaku black country, new road, ale jednak po swojemu; pewnie bym tę płytę zignorował po wstępnym odsłuchu, gdyby chodziło mi tylko o gitarki, to pewnie bym ten album zignorował, ale wiecie, pierwiastek kowbojski, funk incognito i pozornie poskromiona, ale bardzo pozytywna energia, przyciągnęły mnie jak lasso — żeby raz! ♪ „cowboy nudes”


15.

chris stapleton „white horse”

chris stapleton od swojego błyskotliwego przełomu przed ośmioma laty pozostaje niedoścignionym fenomenem — konsekwentnie realizuje własną wizję artystyczną, jednocześnie pozostając jednym z najpopularniejszych piosenkarzy country w ameryce; tym samym jest w stanie wprowadzać na listy przebojów (zdominowane przez radiowy pop, bełkotliwy pop rap i bezbarwne pop country) takie klasycznie rockowe wariactwa jak „white horse”; stapleton w swojej gitarowej wizji spaja w jedno country, blues i soul, jakby była to najbardziej naturalna rzecz na świecie; powracający kilkakrotnie post-springstreenowski gitarowy riff wprowadza hardrockowym przejściem, a jego wokal w ekspresyjnym refrenie to kwintesencja spuścizny sierściuchowego rocka minionych dekad; mimo tego, także dzięki fenomenalnemu songwritingowi, ani na chwilę nie jest serowy — pozostaje wrażliwy i szczery


2023

14.

leon thomas electric dusk

choć dzięki tiktokowej odkrytce miguel miał w tym roku swoje pięć minut, lepszym remedium na tęsknotę za klasycznym r&b stojącym w rozkroku pomiędzy radiowym powabem a artystycznymi aspiracjami okazał się tegoroczny longplay leona thomasa; wspominaliśmy o tym w audycji chyba bez mała tuzin razy, ale to typ, który przed laty zrobił numer zatytułowany „favorite” (który stał się swoistym archetypem dobrego r&b), a potem rozpłynął się w powietrzu; w sierpniu wreszcie wrócił z electric dusk i chociaż zupełnie nie miałem względem tego krążka żadnych oczekiwań, okazało się, że to jedna z najsolidniej skrojonych, najprzyjemniej płynących i najbardziej koherentnych stylistycznie rzeczy w tym roku; nie ma mowy o wywracaniu stolika, odkrywaniu ameryki, ale thomas cholernie kompetentnie nadaje swoim dość radiowym numerom lekko psychodelicznego twistu, tak jak robił to miguel dekadę temu; i niezależnie od tego, czy ma dla nas podbitego gitarowym samplem bangera-miniaturkę, czy pościelowy walczyk, robi to zajmująco, ma substancję, podejście i styl ♪ „breaking point”


2023

13.

ana frango elétrico me chama de gato que eu sou sua

na swojej poprzedniej płycie (osoba imieniem) ana próbowała zrobić z bossa novą i mpb do samo, co dekadę wcześniej alternatywne r&b zrobiło z contemporary r&b — kreatywnie odcedzić, rozwodnić i doprawić na nowo w sypialnianej umywalce — rezultat był ciekawy, ale trochę bezbarwny; tymczasem jej popandemiczny album me chama de gato que eu sou sua to definicja muzycznego kolorytu — te same klasyczne inspiracje bogato omaszczone funkiem i wystawione na brazylijskie słońce to najbardziej wdzięcznie promieniejący vibe w tegorocznej muzyce; dla przełamania podawany z pół-wytrawnymi sophisti-popowymi cudeńkami współczesnego mpb, jakich nie powstydziliby się rogério duprat czy caetano veloso ♪ „boy of stranger things”


2023

12.

joanna sternberg i’ve got me

w roku gdy wielkoformatowi popowi idole bardziej nachalnie niż dotąd na każdym kroku próbowali przekonywać fanów o osobistym charakterze swoich piosenek, górą jest (przynajmniej moralnie i estetycznie) na szczęście szlachetna prostota; joanna sternberg na swoją drugą płytę, którą wydała jej oficyna sufjana stevensa, nagrała dwanaście prostych utworów-historii o emocjach na kanwie (naprawdę) klasycznie pojmowanej stylistyki singer/songwriter; akustyczne brzmienie, domowy diy-owy sznyt i odrobinę skrzekliwy wokal sternberg plasują ją niepodważalnie gdzieś pomiędzy joanną newsom a danielem johnstonem, ale nie umiem też oprzeć się skojarzeniu z karen dalton; jest jednak w jej aranżach i refrenach jakieś niepodważalne ciepełko — tu czy tam skrzą się soulowe tony, pobrzmiewa swojsko pianino, a sama sternberg wydaje się w swoich rozterkach bardzo daleka od rozmyślnych artystowskich kreacji ♪ „i’ve got me”


11.

knower „nightmare”

nightmare to absolutna esencja knowera i wszystkiego tego, co wychodzi im najlepiej (w opozycji do tego, co nie wychodzi im najlepiej, a na co w jakiejś części znalazło się miejsce na ich tegorocznej płytcie); nie jest to żadne nowe otwarcie, przekraczanie granicy dotąd nieprzekraczanej czy nawet niewyznaczonej, ale jest w tym numerze coś absolutnie obezwładniającego — począwszy od wysoce energetycznego synth-funkowego bitu, przez targające nim raz po raz szaleńcze zmiany tempa zręcznie pożenione z elokwentnymi solówkami jazzowej proweniencji, aż po niedający się zakwestionować melodyjny refren; tym samym knower dokładają do swojej dyskografii kolejny perfekcyjny prog-popowy banger


2023

10.

model/actriz dogsbody

potrzebowałem kilku odsłuchów, żeby zdać sobie sprawę, co przyciąga mnie i intryguje w tym dysonantycznym bałaganie na skraju hałasu (o tym za chwilę, najpierw o tym, że bałagan jest pozorny); jest w tym bałaganie niechybnie jakaś równowaga — utwory różnią się od siebie stylistycznie i w większości mają w sobie popowy pierwiastek, wszystko jest doskonale zaplanowane, nawet jeśli funkcjonuje na skraju rozpadu czy ginie w jakichś industrialnych pasażach; na pewnym poziomie dogsbody brzmi trochę jakby arca chciała nagrać gitarową płytę z corey’m taylorem ze slipknot na wokalu (przeciwko czemu nie miałbym nic przeciwko, ale trudno ocenić, czy oni by się dogadali, nie wnikam) — i to podobieństwo wokalu hadena do taylora, zarówno w barwie, jak i w artykulacji, zwłaszcza w spokojniejszych fragmentach, jest tym elementem, który mnie w tę płytę wciągnął; bo widzicie, za dzieciaka miałem wielką słabość do wokalisty slipknota, był nawet czas, że uznawałem go za mojego ulubionego w muzyce gitarowej i z czasem zacząłem coraz to bardziej żałować, że nie udało mu się zafunkcjonować w nieco innym muzycznym anturażu (do tego stopnia, że sprawdziłem jego tegoroczny solowy krążek, więc to żaden zamknięty rozdział); model/actriz nie tylko okazało się alternatywną odpowiedzią na jakąś moją przedwieczną niezaspokojoną potrzebę, ale dało mi o wiele więcej, bo haden ma w sobie całe mnóstwo wrażliwości, która rezonuje ze mną na innym poziomie; to jedna z najbardziej fascynujących płyt 2023 roku i być może jedna z tych, które zostaną ze mną na dłużej ♪ „crossing guard”


9.

peggy gou „(it goes like) nanana”

może się wydawać, że współczesnemu radiowemu popowi często brakuje polotu i dystansu, ale sukces tegoroczny pogrobowca „bailando” i „my heart goes boom” — „(it goes like) nanana” peggy gou pokazuje, że to przedwczesna diagnoza; i chociaż można pewnie uznać go za kolejną emanację 90sowego revivalu, w 2023 roku myślenie kategoriami klasycznego stylistycznego recyklingu wydaje się nieadekwatne; gou bardzo świadomie łączy klasyczny ibizahouse’owy riff a la atb z lekko ospałymi zwrotkami pożyczonymi melodycznie z „day n nite” kida cudiego i powtarzanym bez końca tytułowym „nanana”, refrenem jak za dawnych lat (heh), na tanecznym eurodance’owym bicie, by stworzyć z dużym prawdopodobieństwem najbardziej wirusowy numer roku, który jest w stanie zjednoczyć na parkiecie niejedną julkę z niejednym sebkiem


2023

8.

sofia kourtesis madres

gdyby kourtesis wydała tę płytę przed pięcioma laty przywitałbym ją od progu jak spełnione proroctwo, ale choć tym razem potrzebowałem dać sobie z nią więcej czasu, proroctwa się nie przedawniają — madres z końcem roku dowiozło spóźnione zakończenie lata, a może lato, które nigdy się nie kończy, albo nawet lato, które kończy się nieustannie i bezsprzecznie, ale ów koniec wcale nie nastaje; to jedna chwila zatrzymana w czasie, romantycznie rozciągnięta na trzy kwadranse płyty, to ten słodko-gorzki moment, kiedy zdajemy sprawę, że być może właśnie przeżywamy jeden z najszczęśliwszych momentów swojego życia, a jednocześnie, że on już zaraz bezpowrotnie się skończy; kourtesis pięknie doprawia deephouse’owe kompozycje własnym temperamentem, ale nigdy nie jest nachalna, podnosi na duchu, pomaga naprawdę czuć ♪ „si te portas bonito”


2023

7.

meshell ndegeocello the omnichord real book

buntownicza twarz neosoulowej rewolucji lat 90., w trzydziestą rocznicę swojego przełomowego debiutu i po pięcioletniej przerwie, gdy wydawało się, że jej kariera dobiegła końca, nagrała płytę kompletną, najpewniej najlepszą w dorobku ostatnich dwudziestu lat, a być może w ogóle; the omnichord real book wypełniają emocjonalne i artystyczne poszukiwania na kanwie autorskiej mieszanki natchnionego nu-jazzu i artystycznego soulu; to płyta-przygoda, ale nie jedna z tych, które rzucają słuchacza bez wyczucia w strumień świadomości twórcy; meshell porusza się tu klasycznym neo-soulowym kodem i według niego porządkuje krążek; do współpracy zaprasza tuzin pierwszoligowych jazzowych instrumentalistów, dzięki którym wizja ndegeocello ujmuje autentycznością brzmienia i charakterem stylistycznego mariażu, o konsekwentność którego zadbała już sama artystka; ich wkład równoważy także piosenkowy charakter większości kompozycji i w przeciwnym razie być może dość przewidywalny artpopowy anturaż ♪ „virgo”


2023

6.

cleo sol gold

gdy cleo sol w połowie września wypuściła heaven, poczułem się lekko rozczarowany, a gdy dwa tygodnie później wydała gold, a ja zatopiłem się w tę muzykę jak zahipnotyzowany, początkowo nie do końca potrafiłem uchwycić różnicę; oba krążki można opisać jako smoothsoulowe i inspirowane gospel, różnica jest taka, że podczas gdy heaven jest przede wszystkim smooth w kojący, choć dość zachowawczy sposób, gold jest od pierwszego do ostatniego taktu jedną z najbardziej natchnionych płyt w dotychczasowej historii neo-soulu; choć aranże są raczej kameralne, sol nie rezygnuje wcale z całkiem współczesnej rytmicznej oprawy — jej wizja gospel polega na przełożeniu własnych duchowych inspiracji na brzmienie, w którym sama czuje się swobodnie i podkreślenie ich z wyczuciem raczej skromnym gospelowym chórkiem; skromność to zresztą jedno z słów kluczy do zrozumienia, jak i dlaczego ta płyta wyszła sol tak znakomicie; i autentyczność — bo choć można się z sol nie zgadzać co do sposobu widzenia świata, trudno zanegować siłę i namacalność wizji nakreślonej tak słodko na gold ♪ „life will be”


2023

5.

lankum false lankum

musiała nadejść zima, żebym dał się obezwładnić lankum, choć miałem ich na plejlistach od wiosny — intensywność i posępność tego materiału wymagały odpowiedniego katalizatora; w dużym uproszczeniu nowy album działającej już od przeszło dwóch dekad formacji można opisać jako irlandzką wariację na temat avant-folku spod znaku richarda dawsona i gotyckiego country; jestem przekonany, że da się tę muzykę osadzić w bardziej lokalnym kontekście, nie sięgając za ocean, ale dla mnie lankum robią na tej płycie to, co przed piętnastoma laty zrobiło fleet foxes, tylko w przeciwnym kierunku, tzn. posiłkują się elementami szeroko pojętej americany (obejmującej i wspomniane gotyckie country, i folk z appalachów), żeby nadać własnym tradycjom muzycznym z jednej strony świeżej perspektywy, z drugiej — ponadczasowej głębi; to z dużym prawdopodobieństwem najbardziej kunsztownie zaaranżowany album tego roku, a przy tym, choć niezupełnie piosenkowy, niezwykle zajmujący melodycznie i poruszający emocjonalnie; piękny soundtrack na jesienno-zimowe górskie, leśne i polne wędrówki, choćby tylko w wyobraźni ♪ „clear away in the morning”


2023

4.

steve lehman & orchestre national de jazz ex machina

wśród rozmaitych cytatów i powiedzonek, których ludzie nadużywają jest też takie, że pisanie o muzyce jest jak tańczenie o architekturze; i chociaż nie mam mocnych, ani tym bardziej logicznych argumentów na obronę śmiałej interpolacji tamtej kontrowersyjnej tezy, im więcej obcuję z ex machina, tym bardziej wzrasta we mnie przekonanie, że to jest właśnie płyta do tańczenia o architekturze; nie jestem co prawda pewien, czy można adekwatnie przetańczyć całą tę płytę o każdym budynku, ale z pewnością znajdą się tu fragmenty, które można odpowiednio wykorzystać w szerokim zakresie ruchów; co nawet jednak ważniejsze, to jest odpowiednia płyta, aby tańczyć o detalach budynków — gzymsach, wykuszach, krużgankach, co niejako uprawomocnia tę dziwaczną paralelę z nadużywanego cytatu; chcę chyba tym wszystkim powiedzieć tyle, że ex machina jest fascynująca — to nieszablonowy, bardzo współczesny post-jazz działający na wyobraźnię; rzecz wyjątkowo dobrze namacalna, być może ze względu na jej ekspresyjność i wyrazisty koloryt, ale ze wszech miar abstrakcyjna; nie chcę analizować jej zresztą pod jakimkolwiek innym kątem — czuję się spełniony, gdy daję jej wybrzmieć i pozwalam sobie na słodko intuicyjny dryf ♪ „speed-freeze, pt. 2”


2023

3.

Q soul,present

soul,present to być może najbardziej zręczna i kreatywna próba przetworzenia spuścizny prince’a i michaela jacksona na współczesny soul w tej dekadzie; krążek jest dość jednoznacznie duchologiczny, ale wyprodukowany ze współczesną swadą; wszystko to, czemu mógłby patronować tutaj wspomniany już prince, zostało przez Q kreatywnie przetworzone, ułożone i podane na nowo; w centrum tej muzyki, choć wychodzącej otwarcie do popowej publiki stoi bowiem syntezatorowy funk, manifestujący się zupełnie otwarcie lub stanowiący podwaliny do kompozycji bardziej klasycznie soulowych; Q doskonale rozumie stylistykę 80sowego r&b na poziomie i melodyki, i brzmienia, a przy tym jest samoświadomym i dojrzałym artystą, dzięki czemu wielokrotnie udaje mu się tutaj osiągnąć rejon popowej transcendencji ♪ „presence”


2023

2.

le cri du caire le cri du caire

po tym jak mimo prób i mimo wiosny nie udało mi się zakochać w love in exile arooj aftab z vijayem iyerem i shahzadem ismaily’m, połączenie arabskiego folku z kameralnym jazzem ostatecznie ścisnęło mnie za serce przy okazji le cri du caire — płyty, która ukazała się wcześniej, ale trafiłem na nią dopiero jesienią; zestawienie tych dwóch krążków ma zresztą sens wyłącznie na papierze, bo już pierwsze odsłuchy odkrywają, że różnic jest więcej niż podobieństw, ale też być może ta pozorna bliskość obu wydawnictw sprawiła, że trio złożone z saudyjskiego wokalisty, francuskiego saksofonisty i niemieckiego wiolonczelisty tak mną wstrząsnęło od pierwszych minut; z jakiegoś powodu ten post-ecm-owy jazz (z bardzo filmowym twistem i tendencją do rozwijania instrumentalizacji w post-minimalistycznych pasażach) doskonale współgra z arabską melodyką głosu miniawiego — tak samo podróż z kairu do paryża czy stuttgartu wydaje się dzisiaj najbardziej naturalną rzeczą na świecie; nie zawsze jednak nawet pomimo wielkiej ostrożności, gdy elementy składowe kolażu pozostają autentyczne, ich połączenie też takie będzie — mając gdzieś z tyłu głowy, że to wciąż pewna estetyzacja dla zachodniego słuchacza, paryż musiał jednak tę artystyczną wizję uprawomocnić; le cri du caire jest dla mnie w jakiejś części muzyką ilustracyjną — to co ilustruje staje mi przed oczyma, ilekroć jej słucham; w tym kontekście nie muszę wiedzieć ani rozumieć więcej, wystarczy mi ten album ♪ „jarda al wadi”


2023

1.

takashi kokubo & andrea esperti music for a cosmic garden

pisałem już niejednokrotnie, że wydana przed czterema laty przez light in the attic biblia japońskiego ambientu i new age’u lat 80. kankyō ongaku otworzyła przede mną pewną stylistyczną i emocjonalną przestrzeń, której wcześniej zupełnie nie znałem, a która zmieniła moje życie bezpowrotnie i na lepsze; na rozszerzonej winylowej wersji tamtego wydawnictwa znalazł się także takashi kokubo, cichy mistrz japońskiej muzyki relaksacyjnej i, zupełnie szczerze, chyba jedna z najmniej ekscytujących mnie postaci z uniwersum kankyō ongaku, zbyt często pozbawiona artystycznego zmysłu niezbędnego, by oddzielić tło w salonie masażu od sztuki (choćby użytkowej); tymczasem dość nieoczekiwanie to on stoi za płytą, której wśród wydawnictw ostatnich kilku lat jest możliwie najbliżej do ideałów kankyō ongaku; music for a cosmic garden całkowicie spełnia obietnicę zawartą w tytule — kokubo łączy tu siły z włoskim multiinstrumentalistą andreą esperti (i dwiema wokalistkami), by zabrać słuchaczy w międzygwiezdną podróż zrealizowaną wyłącznie przy pomocy dźwięku; być może w synergii obu twórców tkwi nieodparcie artystyczne centrum tego projektu, niezbyt abstrakcyjnego w swoich audialnych kreacjach, a jednak wielowymiarowo stymulującego emocje i wyobraźnię; dokąd kokubo i esperti zabiorą swoich pasażerów — to już kwestia indywidualna; w tym sensie to malowniczy newage’owy sequel magnetyzującego stasis sounds for long-distance space travel 36 & zakè z 2020 roku (na marginesie: w 2022 36 & zakè wydali zresztą faktyczny sequel — udany, choć niezbyt zajmujący) ♪ „melting clocks”


Opublikowano

Yet another decade in life and music: 1990s

Yet another decade in life and music

miałem kilka lat, gdy w sercu lat 90. zacząłem nabierać jakiejś pierwszej świadomości muzycznej; chciałem napisać wrażliwości, ale ta ukształtowała się dużo wcześniej — repertuar piosenki dziecięcej miałem w małym palcu, gdy zacząłem odkrywać muzykę dorosłych; najpierw przez teledyski, które swego czasu zamiast reklam między programami wyświetlała telewizja, później przez kasety rodziców i dziadków, coweekendowe emisje 30 ton, wreszcie płyty z targowiska i (od święta!) z empiku oraz plejlisty telewizji muzycznych i stacji radiowych — to już w okolicach przełomu milenialnego; to nic nadzwyczajnego, wiem, ot doświadczenie pokoleniowe; chodzi mi raczej o to, że pomimo tego nigdy nie uważałem lat 90. w muzyce za moją dekadę; owszem, bywało, że jakieś wczesne wspomnienia wracały z nową siłą pod wpływem niesłyszanych dawno utworów, ale nie miałem potrzeby, by spróbować te lata 90. uczynić moimi własnymi; zmiana następowała we mnie powoli, aż wreszcie przed pięcioma miesiącami zebrałem na jednej plejliście wszystkie płyty z lat 90., jakie kiedykolwiek otagowałem sobie do odsłuchu, a także wróciłem do wielu znanych mi, by skonfrontować się z nimi na nowo; z tych odsłuchiwanych po raz pierwszy w maju tylko dwie znalazły miejsce w poniższym zestawieniu, pozostałe posłużyły za kontekst; jako że moją tylną furtkę do poznania lat 90. na nowo stanowiła muzyka japońska, to ona po anglosaskiej stanowi tutaj drugą siłę; wreszcie — jak zawsze u mnie — bywa, że piszę wprost o płytach i muzyce na nich, a czasem bardziej o sobie przez jej pryzmat; to raczej emocjonalna mapa dekady niż cokolwiek innego; być może wskaże komuś jakąś ścieżkę, ale w sumie nic pewnego


Yet another decade in life and music

50.

aqua aquarium 1997

mógłbym udawać, że to nigdy nie miało miejsca, ale byłoby to tuszowanie faktów; otóż aqua w okresie przełomu milenialnego stała się siłą rozpędu moją pierwszą ulubioną grupą muzyczną; nie ma się co czarować — w tamtym czasie dla ośmiolatka, który ten bajkowy świat, gdzie akcję swoich piosenek osadził zespół, traktował bardzo poważnie, musiało być to pierwsze istotne przymierze z popkulturą; i choć już wtedy dużo bardziej ceniłem sobie ich drugi krążek aquarius, który nie tracił nic z plastyczności debiutu, a orkiestrowe aranżacje dodawały mu disneyowskiego splendoru, do dziś żywe pozostają we mnie emocje jakie budziło we mnie aquarium; paradoksalnie jednak nigdy nie chodziło mi o „barbie girl”, które niewątpliwie wycisnęło do cna na rozmaitych frontach swój nowalijkowy urok — zarówno dzięki szalonej intertekstualności, jak i absurdalnym środkom ekspresji — hi-pitchowym wokalom w refrenie i eurodance’owej aranżacji; ja jednak w tamtym czasie jak objawienie traktowałem odsłuchy całej płyty i piosenka o barbie nie była wcale moim highlightem; pamiętam jak „doctor jones” w osadzonym w dziewiczej dżungli teledyskiem rezonowało we mnie w kontekście ulubionych zestawów lego i jakim dziwacznym doświadczeniem były odsłuchy „roses are red” zaaranżowanego bardzo prostolinijnie (żeby nie napisać — tanio), ale z wyraźnym psychodelicznym twistem; dziś raczej nie wracam do tej płyty, chociaż wciąż dumnie pręży się na półce; to raczej artefakt mojej własnej drogi przez meandry muzyki popowej i niepopowej, którą przed laty rozpocząłem jako dzieciak właśnie od tej zabawnej płyty ♪ „my oh my”


Yet another decade in life and music

49.

vanessa paradis vanessa paradis 1992

zanim pomyślicie o vanessie paradis, być może w kontekście prześladującego ją do dziś „joe le taxi”, pomyślcie o „it’s not over ’til it’s over” lenny’ego kravitza, bo to właśnie kravitz zrobił paradis tę płytę i zrobił ją w stylu być może największego kilera swojej własnej dyskografii; pomyślcie o skąpanym w słońcu pomoście między kolorowym optymizmem początku lat 90. a żywymi aranżami popu o artystowskim zacięciu drugiej połowy lat 60. — baroque popie, sunshine popie, popie psychodelicznym; tego pomostu naturalnie nie wybudowali zresztą kravitz z paradis — to był w owym czasie jeden z muzycznych trendów i chyba mój pierwszy punkt zaczepienia w muzyce lat 90., gdy byłem już dorosły; nic dziwnego, że debiut paradis tak ujął mnie przed laty; było w nim coś beztroskiego i szczerego, ale produkcyjnie całość cechowała konsekwencja stylistyczna, a większość utworów — pierwszorzędna melodyka; kravitz zresztą przyprawił tę mieszankę po swojemu bossa novą i funkiem, a młodziutka paradis z dojrzałym umiarem zaczarowała słuchaczy wokalnie, nawet w ryzykownym coverze „i’m waiting for the man” lou reeda, który tylko na pierwszy rzut oka wydaje się przypadkowy — w rzeczywistości doskonale dopełnia album, a może nawet definiuje stylistycznie jego kierunek ♪ „be my baby”


Yet another decade in life and music

48.

beck odelay 1996

becka poznałem w kolejnej dekadzie, a dopiero w jeszcze kolejnej poczułem imperatyw, żeby zanurkować w jego dyskografii i tam znalazłem odelay, które odstręczyło mnie i zafascynowało jednocześnie; na tle orkiestrowych refleksji sea change i tanecznych pląsów midnite vultures, jego szalona poćwiartowana stylistycznie i zupełnie dosłownie struktura (mieszająca brudną alternatywę, psychodeliczny vibe, hiphopowe bity, rapowane wstawki, elektroniczne riffy, folkowo-countrujące laidoutowe aranże) była czymś, co wydawało mi się odważne i szczere; z tej samej przyczyny musiałem jednak tę płytę na jakimś poziomie odrzucić; te estetyczne wolty były całkowicie nie do przyjęcia, a jednocześnie niosły ten krążek w nieprzewidywalny, ale konsekwentnie wysoko-energetyczny sposób; słuchanie go jest trochę jak bujanie się na gałęzi, która w każdej chwili może runąć na ziemię; ale może też być fajnie; albo fajnie do czasu; nie zawsze jestem w nastroju by spędzić niemal godzinę bujając się z beckiem po tych jego stylistycznych wertepach, ale jeśli akurat jestem, rzutem na taśmę wpuszczam go do mojego zestawienia ulubionych płyt lat 90., chociaż nie mogłem rozważać tego na poważnie, kreśląc luźną listę propozycji ♪ „the new pollution”


Yet another decade in life and music

47.

chris isaak forever blue 1995

mam ten album na kasecie, którą kupiłem kompulsywnie zaraz gdy ten album usłyszałem po raz pierwszy długo po tym, jak lata 90. definitywnie dobiegły końca; odkopałem akurat w tamtym momencie pacholęcego walkmana, a że kaseta była dziesięciokrotnie tańsza niż winyl, sprawa rozstrzygnęła się sama; na tym zresztą mój kasetowy revival w zasadzie się skończył — wziąłem ze sobą isaaka raz czy drugi na przechadzkę po parku, ale czułem się nie do końca komfortowo z tym miarowo szumiącym pudełkiem za pasem; ale płyta została mi w głowie; zanim na nią trafiłem, moim jedynym tropem było wyświechtane „wicked game”, kunsztowne niesamowicie w swojej śmiałej reinterpretacji klasycznej ballady; nie potrafiłem jednak wtedy nijak wyobrazić sobie jakie mogłoby być muzyczne tło tego nagrania — taki był z niego oryginał; forever blue przeszło moje najśmielsze oczekiwania — nie tylko nagle chris isaak nabrał sensu jako wykonawca i twórca, ale udało mi się odkryć muzykę zatrzymaną w czasie i pomiędzy stylistykami; forever blue to bowiem przykład rasowej americany z lat 90. zanurzonej głęboko (ale nie na tyle, by stać się pastiszem lub wpisać się w szufladkę odtwórczego retropopu) w swoich klasycznych inspiracjach przekrojem muzyki amerykańskiej lat 50. i 60. isaak jest w tym bardzo konsekwentny, a że jest niesamowitym wokalistą, niezłym songwriterem i ma w sobie masę uroku, forever blue to naprawdę znakomity krążek do słuchania na co dzień albo od święta ♪ „go walking down there”


Yet another decade in life and music

46.

grzegorz turnau to tu, to tam 1995

jednym z moich najwcześniejszych związanych z muzyką wspomnień jest teledysk do „cichosza” turnaua, który namiętnie w połowie lat 90. zamiast reklam emitowano swego czasu w telewizji polskiej; to też być może była jedna z pierwszych dorosłych piosenek w moim dziecięcym repertuarze piosenek do nucenia pokątnie i wyśpiewywania całkiem otwarcie; to jednak nie przełożyło się w kolejnych latach na moje turnauem zainteresowanie; uważałem go w najlepszym razie za sztywniaka śpiewającego dla starych bufonów; miałem poczucie, że słowne szarady są dla niego ważniejsze niż forma i treść; teraz gdy sam jestem stary, a kontekst dla muzyki turnaua mam szerszy, sprawy zdają mieć się inaczej; od pewnego czasu mimochodem zaprzyjaźniałem się tête-à-tête z kolejnymi turnaua utworami, a wszystkie tropy prowadziły do to tu, to tam, które choć miało być upiornie monotonne ze względu na prymat tekstu nad muzyką i fortepianowe aranże, a okazało się zaskakująco zręcznie zrównoważone, kipiące od intrygujących interpretacji nawet ciekawszych tekstów; piszę o tym tak, jak gdybym po raz pierwszy się właśnie teraz z nimi mierzył, w rzeczywistości spotkań przez lata było wiele, tylko ja nie zawsze byłem tak uważny ♪ „pompa”, „natężenie świadomości”


Yet another decade in life and music

45.

stereolab emperor tomato ketchup 1996

z jednej strony dyskografia stereolab wydaje się, ze względu na specyficzną melodykę i zajmujący charakter, dość monolityczna, z drugiej zawsze miałem poczucie, że jej najjaśniejszym punktem w rozumieniu ogółu jest właśnie emperor tomato ketchup z 1996; z jakiegoś powodu tę właśnie płytę wybrałem sobie do przesłuchania lata temu, a później wracała do mnie albo ja do niej w tej czy innej formie; zdziwiło mnie zatem dość mocno, że zarówno komercyjnie, jak i krytycznie lepiej przyjęto kolejne dots and loops, którego słuchałem po raz pierwszy dopiero niedawno i też jest super; jednak moim głównym skojarzeniem ze stereolab na zawsze pozostanie ketchup, ketchup lejący się, o wręcz podejrzanej konsystencji, ale bardzo smaczny; taka też jest ta płyta; to płyta o podejrzanej konsystencji i to jest jednocześnie nietypowy komplement i mój największy zarzut względem i tego krążka, i muzyki stereolab ogólnie; to świetnie zrealizowana hipnotyzująca mieszanka stylów retro i futuro pod flagą indie rocka z francuskim twistem (czy raczej — avec une touche française), który cholernie dodaje jej animuszu; słucha się tego całościowo genialnie — to muzyka stworzona dla formatu płyty długogrającej — ale trudno się jej zaczepić; ja jestem prostym słuchaczem — potrzebuję singla; nie przeczę, że u stereolab nie ma kompozycji quasisinglowych, ale jednak tutaj wszystko płynie; gdyby jednak nie stereolab, być może ani arcade fire, ani sufjan stevens nie zrealizowaliby swoich najlepszych nagrań w sposób, w jaki to zrobili ♪ „metronomic underground”


Yet another decade in life and music

44.

depeche mode violator 1990

niewątpliwa kulminacja kariery depeche mode i płyta, którą można podzielić ich dyskografię na pół; to raczej symboliczne niż faktycznie przejście od synth popu do alt rocka, dzięki czemu wszystkie te dotychczas jednak dość chaotyczne, ale dojrzewające do swoich faktycznych form pomysły melodyczno-brzmieniowe doczekały się swojej najbardziej wyrafinowanej formy; daleko mi do miłośnika depeszy, a na violatorze nie ma moich ulubionych piosenek grupy, ale jest coś obezwładniająco pociągającego w sterylnym i na wpół mechanicznym, ale jednocześnie pełnym bardzo organicznego, cielesnego wręcz napięcia brzmieniu tego albumu; nawet radiowe „enjoy the silence”, które normalnie nie miałoby prawa mnie uwieść, włączone w ciąg krążka odsłania produkcyjną wirtuozerię; violator, za każdym razem, gdy poświęcę mu trochę uwagi, zabiera mnie do bardzo namacalnego dystopijnego świata, który, chociaż na co dzień nie jest moim światem, w tym wydaniu cholernie mnie bierze ♪ „world in my eyes”


Yet another decade in life and music

43.

d’angelo brown sugar 1995

słuchanie voodoo w liceum uważam za jedno z formatywnych dla mnie muzycznych doświadczeń, takie po którym nie ma już powrotu do tego, co było wcześniej; w tym kontekście brown sugar zawsze było dla mnie rozczarowujące, chociaż chyba wcale nie musiało; na swoim naprawdę zręcznie i ponadczasowo wykrojonym debiucie d’angelo na zawsze zredefiniował to, czym i jaki mógł być neo-soul — czerpał przy tym oczywiście z soulowej klasyki, nie pozostawał dłużny produkcyjnym trendom epoki, ale jednak to właśnie on (m.in; wraz z alim shaheedem muhammadem z atcq i ich stałym współpracownikiem bobem powerem czy raphaelem saadiqiem) urzeczywistnił to na tym krążku; mimo tego dość oczywistego osiągnięcia, długi cień voodoo całkowicie zakrył dla mnie jakąkolwiek możliwość postrzegania brown sugar w jego własnym kontekście; stąd zawsze, mimo jego niezaprzeczalnego kunsztu wokalno-produkcyjnego brown sugar wydawało mi się niewypełnioną do końca przestrzenią; słuchając, szukałem trąbki roya hargrove’a, charakterystycznych bębnów questlove’a, kolejnych wokalnych i dźwiękowych warstw, które uczyniłyby strukturę kolejnych numerów mniej przejrzystą; brown sugar zupełnie błędnie brałem za oczywistość, wydawało mi się zbyt proste; dopiero gdy wróciłem do płyty teraz, pozostawiając voodoo poza zasięgiem, w nowym milenium, brown sugar udało się zaintrygować mnie na własnych zasadach; doceniłem niezrównane połączenie quiet stormu z hiphopowymi bitami, jazzujący laidbackowy vibe, przeprosiłem się z tytułowym utworem, który dotąd nie mógł wybrzmieć w pełni swojego potencjału — blokowała go klątwa voodoo ♪ „cruisin’”, „when we get by”


Yet another decade in life and music

42.

tatsurō yamashita cozy 1998

jeśli myślicie, że estetyka city popu wyczerpała się w latach 70. i 80., ta płyta skutecznie podważy to jakże błędne przekonanie; tatsurō yamashita, żywa legenda japońskiego popu i jedna z sił napędowych gatunku, do dziś z powodzeniem kultywuje swój niepowtarzalny styl, a wydane w szczycie lat 90. cozy to późny w kontekście szczytu jego scenicznej kariery, ale bynajmniej nie spóźniony klasyk; yamashita z powodzeniem korzysta z dobrodziejstw objętości płyty kompaktowej, zbierając wydawane w ciągu poprzednich pięciu lat single i dopełniając je nowymi nagraniami do 72 minut; efekt jest, zgodnie z tytułem, przytulny i nostalgiczny, bo metody produkcyjne yamashity szczęśliwie oparły się wszelkim trendom epoki; to wielka słoneczna autostrada począwszy od połowy lat 60. i ukochanych przez yamashitę (i przeze mnie) beach boysów, przez organiczny progresywny, ale lekki w odbiorze pop lat 70. aż do lat 90., do której słowem kluczem jest hohoemi, czyli uśmiech; to muzyka, która w pewnym sensie nie zestarzała się ani o dzień, bo ze względu na swój charakter od samego początku była naturalnie ponadczasowa ♪ „fragile”, „donuts song”


Yet another decade in life and music

41.

étienne daho singles 1998

mój największy problem z dyskografią daho jest taki, że choć uwielbiam do niego wracać, nie potrafię wybrać jednej ulubionej płyty; w formie długogrającej daho zawsze wydaje mi się nierówny; wydane pod koniec dekady singles zbiera strony a singli z lat 80. i 90., co w dużej mierze rozwiązuje wspomniany wcześniej dylemat; to znakomita selekcja francuskiego popu, trochę jedynie egzaltowanego ♪ „comme un igloo”


Yet another decade in life and music

40.

dixie chicks wide open spaces 1998

jeśli kiedykolwiek skrytykowałem czyjąś ulubioną popową płytę za jej generyczny radiowy vibe czy archaiczną produkcję, tutaj możecie się odegrać; wide open spaces trafiła na mnie lata temu w jakimś koszu wyprzedażowym, a ja bezwiednie wyciągnąłem do niej pomocną dłoń — chicks miały u mnie fory za świetną płytę, którą dekadę później zrobił im rick rubin; nie byłem jednak absolutnie gotów na tę muzykę i przez długi czas płyta leżała na półce; gdy jednak trio wróciło z gaslighterem, a ja zacząłem odświeżać sobie ich repertuar, zabrałem całą ich dyskografię do samochodu i w ten sposób swojskie (wtedy jeszcze nie dla mnie, ale to koniec końców dobre słowo, by ten krążek opisać) wide open spaces stało się być może jedną z najczęściej przeze mnie słuchanych płyt w ogóle, a przynajmniej w ostatnich latach, kiedy w muzycznej galerii handlowej uprawia się niestrudzony window shopping, a z rozlicznych ulubionych płyt raczej tworzy się artefakty niż znajduje się w nich towarzyszy dnia codziennego; a to jest właśnie taka płyta na co dzień, utrzymana gdzieś pomiędzy organicznym country popem a country neo-tradycyjnym; jest też kilka bardziej ckliwych balladowych momentów, ale jest tym jednak całkiem sporo charakteru, a numery, nawet jeśli pozornie dość banalne, przy bliższym poznaniu bronią się jakościowym songwritingiem ♪ „tonight the heartache’s on me”


Yet another decade in life and music

39.

yoshiaki ochi natural sonic 1990

natural sonic yoshiakiego ochi to płyta, którą z całym przekonaniem można określić jako odkrytkę — zagubioną w czasie i przestrzeni przez prawie dwie dekady aż do premiery skarbnicy japońskiego ambientu i new age’u — składanki kankyō ongaku wydawnictwa light in the attic; to muzyczny świat, z którego istnienia do tamtej pory nie zdawałem sobie sprawy; gdyby nie przypadek nigdy nie przypuszczałbym też, że to estetyka, której potrzebowałem w swoim życiu; bardzo szybko stało się to jednak dla mnie absolutnie jasne i niebawem zacząłem chwytać za kolejne nitki i docierać do oryginalnych kontekstów umieszczonych na płycie utworów; wśród tych kontekstów natural sonic ochiego stał się nawet jeśli nie moim ulubionym odkryciem, to jednym z tych, które najlepiej wpisały się w moją codzienność; to dziesięć opartych głównie o perkusjonalia, ale zaaranżowanych w duchu ambientalno-new-age’owym instrumentalnych kompozycji, rozmyślnie ułożonych w hipnotyzujący cykl; muzyka, która harmonizuje i wycisza, ale jednocześnie pobudza i zajmuje; osobliwy dźwiękowy pejzaż jakiejś odległej krainy, pomysł na niezobowiązującą ucieczkę w wyobraźni po długim dniu w pracy ♪ „ear dreamin’”, „dawning”


Yet another decade in life and music

38.

księżyc księżyc 1996

absolutnie niezwykła płyta w kontekście polskiej muzyki i muzyki lat 90. w ogóle; czerpiąca garściami z folkloru, ale przetwarzająca go kreatywnie surrealistyczna dźwiękowa baśń, która przez długi czas z każdym kolejnym odsłuchem daje się odkrywać na nowo; z początku wyobrażałem ją sobie bardziej pastoralnie i być może dlatego potrzebowałem więcej czasu, aby się z tą piękną muzyką oswoić na jej zasadach; księżyc bowiem meandruje pomiędzy rozmaitymi nastrojami, nie stroniąc przy tym od awangardowych zrywów, które pewną pozorną harmonię rozbijają nieco zbyt definitywnie; jest w tym coś z horroru i być może dlatego, choć obcowanie z księżycem sprawia mi olbrzymią przyjemność, nigdy pewna bariera między nami nie zostanie przekroczona ♪ „zakopana”


Yet another decade in life and music

37.

nick cave and the bad seeds let love in 1994

w dyskografii cave’a, którego raczej cenię niż przeżywam, zawsze byłem wielkim orędownikiem „murder ballads”; plugawe historie z folkowym rodowodem w formie słowno-muzycznej absolutnie im odpowiadającej — na swój sposób mnie to uwodzi, choć zawsze gdy do tej płyty wracam, okazuje się, że działa na mnie bardziej koncepcja płyty niż sama zawartość; są tam momenty znakomite, ale całość wydaje się niezbalansowana; inaczej jest w przypadku chyba najbardziej kultowej z kultowych w dyskografii cave’a płyt — „let love in” eksploruje ten sam gotycki nastrój, który szczodrze z rozbiegu przypisuję „balladom”, ale robi to w sposób bardziej koherentny; jego jądro jest gęste, posępne, zapalne i rozlewa się, wypełniając kolejne utwory; dzięki temu dotychczas pozbawiony życia październik przybiera formy obsesyjne, popędliwe i twórcze; trzymam tego cave’a na podorędziu w otoczeniu mu właściwym: timber timbre, pj harvey, toma waitsa czy schyłkowego leonarda cohena, na czarną godzinę, by ją rozjątrzyć, rozczerwienić, zabielić nawet ♪ „do you love me?”


Yet another decade in life and music

36.

aaliyah one in a million 1996

istnieją też płyty-duchy, które są obecne w naszym życiu w sposób niebezpośredni, ale jednak nie da się podważyć ich wpływu na nas i nasze inne muzyczne wybory; dla mnie takim krążkiem od zawsze było one in a million — stadium pośrednie między niedojrzałym debiutem a katartycznym finałem, w dodatku wykoncypowane tak, by zająć całą możliwą powierzchnię płyty kompaktowej; z tych dwóch powodów one in a million towarzyszyło mi, przez lata i regularnie, ale raczej we fragmentach; i chociaż dzisiaj też zupełnie naturalnie wolę podzielić sobie odsłuch na części — być może to nigdy nie będzie album, który połykam w całości — ujmują mnie wielowarstwowe wokale aaliyah, subtelne i dynamiczne zarazem, które jak się okazało po latach, skutecznie wyznaczyły nowy kierunek wokalny w kobiecym r&b, oraz niuanse produkcyjne timbalanda w tym odległym 1996 roku, dzięki którym pozornie schematyczne numery mid-tempo nabierają nieoczekiwanego wyrazu, jak wtedy, gdy w połowie zdającego się płynąć bez końca „choosey lover” następuje przeskok na nowy bit, co przyjemnie konfunduje, hipnotyzuje wręcz odbiorcę aż samego końca ♪ „everything’s gonna be alright”, „choosey lover”


Yet another decade in life and music

35.

denki groove orange 1996

z jednej strony krytykuję tanie poczucie humoru świetlickiego, z drugiej sam odbieram sobie prawo moralne do takich osądów, wynosząc na piedestał denki groove, u których humor podobnego rodzaju stanowi trzon działalności; orange to najgorszy rodzaj płyty — definicja hardej wixy, która jest jednocześnie pastiszem i zupełnie na poważnie; jakby horda znerwicowanych kaishainów w piątkowy wieczór wyległa do barów karaoke i sytuacja wymknęła się spod kontroli; kac vegas po japońsku, tylko w formie stricte muzycznej; jest w tym wszystkim jednak jeden detal, który nie tylko ratuje sytuację, ale odwraca jej odbiór o sto osiemdziesiąt stopni — wyobraźnia; porównajmy kac vegas z druhnami kristen wiig, a potem jeszcze druhny z barbie grety gerwig — wyobraźnia jako umiejętność operowania absurdem, przeważa szalę; a trzeba dodać, że gdy denki groove bawili się sprowadzonym z europy i ameryki techno, wciąż była to w japonii rzecz względnie nowa ♪ „dare da!”


Yet another decade in life and music

34.

primal scream screamadelica 1991

screamandelica primal scream była dla mnie zawsze, czy raczej od kiedy ją poznałem lata temu, czymś całkiem oczywistym; kreatywnie zacierającym granice pomiędzy muzyką gitarową a taneczną, owszem, ale mnie zawsze tego rodzaju odważne połączenia interesowały, raczej niż odstręczały; nie było dla mnie oczywiście zaskoczeniem, że w owym 1991 roku screamandelica zburzyła pewien niewidzialny, ale namacalny mur między odizolowanymi do tej pory muzycznymi światami; z pewną ekscytacją odkryłem jednak, że trzydzieści lat później wciąż wielu uznaje ten krążek za kontrowersyjny, niewystarczająco gitarowy lub nadmiernie taneczny, co wbrew pozorom nie musi wcale sprowadzać się do tego samego zarzutu; i jakkolwiek rozumiem, że nie każdemu hasło w tytule jednego z numerów „don’t fight it, feel it” może sprzedać mindset na ten słoneczny trip, dla mnie od zawsze to był klucz do tego krążka; rzecz nie jest wybitna, klasyczny status zawdzięcza w dużej mierze pomysłowi na siebie, niektóre numery wyciągnięte z kontekstu płyty wydają się zmierzającymi donikąd szkicami, ale jako całości współdzielącej pieczołowicie wyważoną dynamikę i psychodeliczny vibe, płyty naprawdę słucha się pięknie; to wycieczka do jakiegoś lepszego miejsca, gdzie niebo jest bardziej niebieskie, a trawa bardziej zielona ♪ „movin’ on up”


Yet another decade in life and music

33.

świetliki o.gród k.oncentracyjny 1995

napisać, że gdy pierwszy raz usłyszałem debiut świetlików, czułem się zbity z tropu, to mało; nie miałem pojęcia, co z tym zrobić; do niczego mi to nie pasowało — świetlicki, zupełnie zresztą zasadnie, wydał mi się antypatyczny, utworom opartym na jego deklamacjach brakowało melodii, a kontekst był całkowicie surrealistyczny; teraz myślę, że mogłem w sumie wyjrzeć przez okno z otwartą głową i uznać, zasadnie, że wszystko to co słyszę, pozostaje w zupełnie naturalnej symbiozie z tym, co piętrzy się dookoła mnie — nawet nie tylko w wietrzne jesienne popołudnia, ale w ogóle; ale wciąż było wtedy we mnie za dużo jakiejś jasnej idei zakłamującej przeszłość, teraźniejszość i przyszłość; nie potrafiłem tego przyjąć; myślę, że wrota w kierunku świetlickiego otwarły się dla mnie jakoś w okolicy premiery zabij to i wyjedź z tego miasta wilczyńskiego, który co prawda umuzyczniono nalepą, ale równie dobrze można byłoby wykorzystać świetlickiego; film zresztą nie stanowił dla mnie jakiegoś estetycznego przełomu, był raczej punktem, który uzmysłowił mi, że jestem już gotowy na przyjęcie tej wewnętrznej pluchy, która dała podwaliny mizantropicznemu, sarkastycznemu, dosadnemu, ale też jakże przecież poetycznemu światu świetlickiego; i wtedy w o.grodzie k.oncentracyjnym rzeczy zaczęły dla mnie znajdować swoje miejsca, a i ja sam odnalazłem w sobie miejsce dla niego — zupełnie naturalnie; w końcu zaakceptowałem, że też jestem częścią tej paskudnej poetyki, że ja nie jestem pełen bez niej, a ona może i jakoś do mnie wyciąga swoje chude długie palce; jedyne, co w dalszym ciągu mnie odstręcza to jakieś takie poczucie w polsce lat 90., że nie można było takiej płyty zrobić na poważnie, bez doprawienia jej tu i tam dozą jakiegoś dziadowskiego gówno kabaretu; mam jednak ten przywilej, że mogę te elementy z plejlisty usunąć na wieki, co zresztą nie bez satysfakcji uczyniłem ♪ „opluty (44)”, „nieprzysiadalność”


Yet another decade in life and music

32.

ride going blank again 1992

po raz kolejny płyta, której fundamentem są brudne shoegaze’ujące gitary, i po raz kolejny w innym ujęciu; going blank again to doskonała fuzja poprockowych melodii i alternatywnego psychodelicznego brzmienia w zaskakująco słonecznym ujęciu; o ile jednak na loveless (także łączącym shoegaze i pop w mistrzowski sposób) melodie są głęboko zakopane pod trudną do przeniknięcia dźwiękową tkanką, ride wychodzi prostolinijnie naprzeciw słuchacza, pożyczając inspiracje od the stone roses, wczesnego r.e.m., może nawet prefab sprout, i dokładając brzmieniową cegiełkę do rodzącego się właśnie britpopu; niezależnie jednak od tego, z której strony do tego krążka się zbliżymy, czy poświęcimy mu więcej zainteresowania, czy pozwolimy wtopić się w tło, trudno będzie zanegować jego ładunek energetyczny ♪ „twisterella”


Yet another decade in life and music

31.

the roots things fall apart 1999

chociaż z całą pewnością nie można nazwać things fall apart płytą soulową, dla mnie zawsze będzie to swoisty prequel do wydanego rok później voodoo d’angelo — jeden z tych albumów, które nieodwracalnie zmieniły moją percepcję muzyki, a przez to i moje życie w ogóle; obie, podobnie jak mama’s gun badu i like water for chocolate commona (które jednak pozostały stylistycznie nieco obok), były zresztą nagrywane w tym samym czasie w electric lady studios przez nieformalny wówczas kolektyw twórczy soulquarians pod wodzą questlove’a i nieodżałowanego j dilli; wkładu questlove’a w oba projekty nie da się zresztą przecenić i analogia między obiema płytami, która od zawsze była dla mnie oczywista, wynika właśnie z charakterystycznej oprawy rytmicznej questa; produkcyjnie zresztą grupa bardzo naturalnie inkorporuje elementy jazzowe, co nie jest w żaden sposób wyjątkowe w kontekście ich dyskografii, ale daje mi, jako słuchaczowi średnio wkręconemu w amerykański społeczno-polityczny rap, naturalny element zaczepienia, co czyni każdorazowy przelot przez things fall apart niesamowicie satysfakcjonującym ♪ „the next movement”, „dynamite!”


Yet another decade in life and music

30.

the flaming lips the soft bulletin 1999

zacząłem słuchać flaming lips dekadę po tym, jak ukazał się the soft bulletin, w okresie premiery embryonic; w krótkim czasie zachwyciłem się wówczas yoshimi’m, zaintrygowałem at war with the mystics, które ukazało się także na dvd-audio w 5.1, na temat którego ktoś gdzieś w internecie zapiał, że jest zjawiskowe i na tym wyobrażeniu, jak ta zjawiskowa edycja mogłaby wybrzmieć i dla mnie, gdybym miał tę płytę i odtwarzacz do niej, zbudowałem sobie wyobrażenie o flaming lips; prawda jest taka, że nigdy więcej w życiu nie słuchałem tyle flaming lips, co wtedy; czwartym i ostatnim elementem mojej ówczesnej zajawki było wydane u schyłku lat 90-tych the soft bulletin, które zdeklasowało dla mnie ich kolejne krążki od pierwszego odsłuchu — tyle pamiętam; wracałem później do tej płyty, ale bez odpowiedniej higieny odsłuchu i gdy stanąłem przed nią teraz, choć brzmiała znajomo, musiałem dokonać pewnej rekonstrukcji, która udała mi się całkiem nieźle — każdy kolejny odsłuch, a było ich ostatnio kilka utwierdził mnie w przekonaniu, że to jest to, cokolwiek miałoby tym być; myślę, że może całkiem zrównoważona proporcja pomiędzy tym, jak normalna jest to muzyka, a jej psychodelicznym, spacerockowym szytem; to album, słuchając którego, można odnieść wrażenie, że człowiek powoli, całkiem naturalnie zaczyna unosić się w powietrzu — nie ma w tym zresztą nic dziwnego; w kontekście tej muzyki to zupełnie adekwatny stan; jednocześnie flaming lips są w tym wszystkim mocno pogrążeni w jakiejś melancholii, która nie jest jednak dojmująca; jest naturalna, podobnie jak naturalna jest melodyka tej płyty — znowu nie nadzwyczajna, ale nienachalnie przyjemna, niebanalna na tyle, że nie da się tej płyty zbyt szybko wyczerpać, no i licująca z warstwowymi aranżami, które z kolei doskonale oddają wszystko inne; w tamtym okresie, gdy poznałem i zachwyciłem się the flaming lips, to właśnie ich produkcyjna wirtuozeria ujęła mnie najbardziej; i teraz z przyjemnością odkryłem to na nowo ♪ „what is the light?”, „waitin’ for a superman”


Yet another decade in life and music

29.

willie nelson spirit 1996

był czas, że nie rozumiałem fenomenu williego nelsona; moi ulubieni muzycy śpiewali jego piosenki i mówili o nim czule, a ja sięgałem po jego utwory i odkładałem je obojętny; potrzebowałem czasu, żeby zrozumieć, że potrzebuję w swoim życiu muzyki williego być może bardziej niż jakiejkolwiek innej; gdy śpiewa, czuję się dobrze i bezpiecznie, nawet gdy są to rzeczy melancholijne, a może właśnie szczególnie wtedy; melancholijny willie sprawia bowiem, że rzeczy niełatwe wydają się proste — ich natura jest zupełnie ludzka, a pewna harmonijność w (z braku lepszego słowa) konfrontacji z człowieczeństwem, która jest immanentną częścią jego sposobu bycia i twórczości, daje mi oparcie, gdy sam kluczę; spirit to jedno z takich sekretnych przejść, za którym znajduje się prawdziwy i szczery willie, w kameralnym anturażu opowiadający swoje historie w formie klasycznych ballad country; jest w tym wiele goryczy, ale zmiękczonej oddaniem i przełamanej zrozumieniem ♪ „she is gone”, „your memory won’t die in my grave”


Yet another decade in life and music

28.

the jayhawks hollywood town hall 1992

jest takie miejsce gdzieś pomiędzy sierpniowym zachodem słońca na przedmieściu a lutowym mroźnym porankiem na przysypanej śniegiem wsi, jakaś abstrakcyjna przestrzeń we mnie, którą w pełni realizują nagrania the jayhawks; w ich aż do kości amerykańskim alternatywnym folk-roots-country-rockowym sosie zawiera się cała wielka historia amerykańskiej americany — od the band po steve’a earle’a; mają też talent songwriterski i wykonawczy, choć nie jestem pewien, czy tego typu muzyka zrodzona z jakiejś międzypokoleniowej, pozostawionej poza czasem synergii nadaje się do tego, żeby komplementować ją na tym poziomie; chodzi bardziej o to, jakie emocje przekazuje i wywołuje; tego ja szukam na tym krążku, ilekroć mam taką potrzebę; nie jestem przy tym absolutnie przekonany, że hollywood town hall to najlepszy album the jayhawks; zwykle słucham mozaiki ich nagrań zebranych z rozmaitych krążków, dopóki wołanie we mnie nie ucichnie; wybrałem ją, ale polecam też uwadze kolejne dwie tomorrow the green grass i sound of lies — pięknie dopełnią ten słodko-gorzki pan-amerykański tryptyk ♪ „take me with you (when you go)”


Yet another decade in life and music

27.

dr. octagon dr. octagon 1996

wiem, że kool keith to jeden z tych raperów, którzy do dziś mają mocny cult following, ale ja nigdy nie byłem fanbojem; doceniam specyficzną mieszankę błazeństwa i inteligencji, która stanowi trzon jego scenicznej persony, niewątpliwie ma też rapowe kwalifikacje i naprawdę nienaganne flow i to wszystko procentuje także na tej płycie; ale nigdy mnie tym nie porwał jak chociażby del the funky homosapien, którego, ilekroć usłyszę, morda mi się cieszy; mimo tego dr. octagon jest płytą zupełnie niesamowitą — kool keith oczywiście dostarcza treści, prowadzi tę historię przez jakieś niewyobrażalne wertepy, kosmiczne odziały szpitalne, itd., ale sedno tej płyty stanowią dźwiękowe kolaże dana the automatora, który tę płytę wyprodukował na skraju hiphopowego twardogłowia i hiphopowej awangardy, z boombapowym fundamentem, turntablistyczną przerwotnością i horrorcore’owym kosmicznym i hypnotyzującym posmakiem; nie bez kozery wspomniałem dela, wraz z nim doprowadzi temat do perfekcji cztery lata później na krążku projektu deltron 3030, ale dr. octagon nie pełni tu wyłącznie roli preludium — to inna historia, mniej epicka, a bardziej garażowa, niewiarygodnie zajmująca ♪ „blue flowers”


Yet another decade in life and music

26.

mishio ogawa 4 to 3 1991

zastanawiałem się nad tym przy okazji tego zestawienia, jak zmienia się kryterium anachroniczności brzmienia; problem zawieszenia brzmienia w czasie względem aktualnych trendów, coś co niewątpliwie ciąży większości płyt, których dotyczy w momencie ich premiery, po 30 latach w zasadzie traci jakiekolwiek znaczenie; pojawia się za to niechybnie kontekst tych 30 lat, po których możemy próbować ocenić, czy muzyka zestarzała się dobrze czy źle, czy jest w niej coś ponadczasowego, co sprawia, że kwestia upływu czasu staje się problemem wtórnym; 4 to 3 mishio ogawy jest doskonałym studium tego zagadnienia; wydany w 1991 roku krążek produkcyjnie wydaje się przynależeć jeszcze do lat 80., jest przy tym na tyle różnorodny instrumentalnie, że choć można wpisywać go w rozmaite konteksty, sam jest dla siebie najlepszym kontekstem; z jednej strony można uznać go za schyłkowy przykład syntezatorowego kayōkyoku, z drugiej jego słoneczna natura i progresywne spektrum wpływów przybliżają go nawet do spadkobierców city popu, jego artystowska natura, post-new-age’owy vibe i korzenie tkwiące w nowej fali są nie do podważenia, ale koniec końców trudno znaleźć dla niego bezpośrednią analogię; to przy tym rzecz jak najbardziej popowa, bogato i różnorodnie zaaranżowana, kładąca nacisk jednocześnie na rytmikę i na melodykę, niedająca nazwać się prostolinijną, ale też nie przekombinowana; baśniowa okładka dobrze oddaje charakter tych kompozycji związanych z szeroko rozumianą rzeczywistością jedynie do pewnego stopnia; to muzyka, która niechybnie należy do przeszłości, ale czyni z tej przynależności swój atrybut — nie znajdując swojego odpowiednika w teraźniejszości, nie podlega konwencjom o anachroniczności brzmienia, nawet jeśli mogło się tak wydawać, gdy ukazała się w 1991 roku ♪ „okashi na gogo”, „nobara”


Yet another decade in life and music

25.

electric wizard come my fanatics… 1997

mimo mojego przywiązania do dopethrone i sentymentu do black masses, od którego zacząłem de facto słuchanie electric wizard, to come my fanatics zdaje się najpełniej oddawać to, co w muzyce grupy lubię najbardziej; otępiający głębią gitarowy groove, świdrujące elektryczne riffy przyprawiające o dreszcze, rozlewające się niemal bezładnie kompozycje, ale jednak jakoś zakulisowo okiełznywane; wszystko to ma oczywiście akompaniować jakimś mrocznym nocnym rytuałom, które ja pozostawiam w sferze wyobraźni; to, co odróżnia jednak ten krążek od swojego niemożliwie bardziej sławnego następny, to namacalna formatywność konwencji, która tam była już właściwie potwierdzana; i ten kreatywny proces uwzględniał odstępstwa od ortodoksji, ponieważ nie istniało jeszcze do końca brzmienie zespołu i nie zgromadziła się wokół horda słuchaczy o zamkniętych głowach, którzy mogliby na nią rzucać klątwy (finansowe); dzięki temu chociażby mamy tutaj fantastyczny eksperymentalny numer „ivixor b/phase inducer”, absolutnie poza kanonem dorobku zespołu ze względu na niezrozumienie zakutego fandomu ♪ „doom mantia”, „ivixor b/phase inducer”


Yet another decade in life and music

24.

sheena ringo muzai moratorium 1999

ciekawa sprawa, ta płyta; wydana na przełomie milienialnym, w czasie, gdy na całym świecie sprzedawano więcej fizycznych kopii albumów długogrających niż kiedykolwiek wcześniej i później, to jedna z tych wielkich płyt-pomników japońskiego rocka, wymieniana jednym tchem z kolejnym shōso strip, które kontynuowało gitarowy schemat debiutu; gdy w połowie roku wreszcie reedytowano na winylach dyskografię sheeny, nie płakałem, gdy spóźniłem się z zamówieniem tego albumu — nigdy nie był mi szczególnie bliski — zacząłem słuchanie sheeny od jej bardziej współczesnych rzeczy, gdzie gitary ustąpiły miejsca elektronice i orkiestrowemu jazzowi wokalnemu; ale od tego czasu zacząłem nerwowo przeglądać oferty sprzedaży muzai moratorium i ten brak, który nie miał mi wcale przeszkadzać, stał się impulsem, by zacząć tej płyty słuchać na poważnie; wielu japońskich słuchaczy uważa ten album za opus magnum dyskografii artystki, ja będę bardziej ostrożny w ocenach — niewąpliwie gitarowa odsłona ringo, z jej mocno 90sowym produkcyjnym sznytem, ale też melodiami wybuchającymi popowymi refrenami, które śmiało można by zestawiać z tymi późniejszymi, jest dla mnie odrobinę zbyt prostolinijna, o ile sama sheena ringo kiedykolwiek była prostolinijna; ta oczywista sprzeczność pchnęła ten krążek wysoko na mojej liście ♪ „tadashii machi”, „sido to hakuchūmu”


Yet another decade in life and music

23.

gas zauberberg / königsforst 1998

do klasycznego gasa z lat 90. dotarłem dopiero po narkopopach i rauschach, gdy już wiedziałem, które odcienie techno mogę uznać choć trochę za moje; do płyt zauberberg i königsforst, obu wydanych na przestrzeni 1998 roku i z tego powodu śmiało zaprezentowanych przeze mnie w dwupaku, usiadłem więc już jako tako wyedukowany i mający pojęcie o tym, czego się spodziewać; gas komponuje nocne pejzaże, chociaż pożycza wiele z ambientu, nie sposób uznać, że jest oniryczny; jest w jakiś sposób szorstki i w jakiś sposób organiczny, ale nie są to sposoby bycia z tych oczywistych; specjalizuje się w hipnozie, w koncepcyjnych wędrówkach, wprowadzany przez niego trans ma w sobie coś z rave’u, ale tylko częściowo; bywa surrealistyczny lub kojący; zauberberg i königsforst to dwa kolory tego zmysłowego spektrum, niezupełnie przeciwstawne, raczej ujmujące niuansami; to muzyka-plastelina, może dlatego tyle potrafię z niej czerpać, bo układa się do mnie tak, jak akurat tego potrzebuję ♪ „zauberberg 3”, „königsforst 5”


Yet another decade in life and music

22.

sequentia canticles of ecstasy 1994

nie jest to być może brzmienie lat 90., a ze mnie żaden znawca średniowiecznej muzyki chóralnej, ale canticles of ecstasy niemieckiej grupy sequentia z utworami mistyczki i kompozytorki hildegardy z bingen żyjącej przed 900 laty, zajmuje szczególnie miejsce w moim życiu; nie jest to muzyka, której słucham nieprzerwanie, ale gdy jej potrzebuje, nic nie jest w stanie jej zastąpić; uczucia, które tej muzyce towarzyszą, są trudne do rozplątania; pradawne hymny w tym kunsztownym wykonaniu mają w sobie coś podniosłego i tajemniczego, a jednocześnie medytacyjnego i kojącego; są w nich miłość, tęsknota i trudna do opisania głębia; wreszcie poczucie jakiegoś ponadczasowego przymierza, którego nie da się sfingować ♪ „ave maria, o auctrix vite”


Yet another decade in life and music

21.

sheryl crow sheryl crow 1996

w latach 90. kategoria muzyczna „singerka/songwriterka z gitarą” pękała w szwach; moją dziewczyną z gitarą z wyboru została sheryl crow, choć wyboru dokonałem niezbyt świadomie i już w kolejnej dekadzie, kiedy zafascynowany ameryką miałem poczucie, że crow jest trochę country, a to był wtedy świat zupełnie niedostępny tutaj w europie — nie grano tej muzyki w radiu, nazwiska wielkich gwiazd były zupełnie anonimowe, płyty trzeba by w ciemno sprowadzać zza oceanu; crow natomiast była międzynarodową gwiazdą popu, była przy tym mniej sterylna niż pozbawiona gitary shania twain, mniej dramatyczna i balladowa niż (również bez gitary) faith hill, ale bardziej country niż gitarowa alanis morrissette; jej druga płyta nie była moim pierwszym wyborem, ale gdy kilka lat później na fali masowych przecen płyt cd postanowiłem zostać kompletystą dyskografii moich wówczas ulubionych wykonawców, trafiła w moje ręce w podobnym czasie co pozostałe; z początku wolałem crow bardziej współczesną i mniej rockową (bo country w jej muzyce było jednak mniej niż mi się wydawało), ale przez lata rozproszonych bardziej towarzyszących niż uważnych odsłuchów, przekonałem się o bezsprzecznej wyższości tego krążka nad pozostałymi; po intrygującym, ale nierównym debiucie zrealizowanym pod okiem billa bottrella, to tutaj crow dojrzała jako songwriterka i zyskała pełną kreatywną kontrolę jako producentka; historie, które opowiada crow i towarzysząca im forma, są w większości zajmujące, fabularnie, aranżacyjnie i melodycznie; można tę płytę pewnie ocenić powierzchownie jako jedną z wielu rockowych płyt lat 90. z kobiecym wokalem i spoko; ja nie żałuję ani trochę, że poznałem ją na wylot ♪ „home”, „if it makes you happy”


Yet another decade in life and music

20.

elliott smith either / or 1997

elliotta smitha poznałem już po tym, jak ślubowałem wierność sufjanowi stevensowi i z początku byłem nieufny; smith wydawał mi się wtedy kimś w rodzaju emo-sufjana i choć minęło wiele lat, za każdym razem, gdy słyszę „pictures of me”, ta myśl wraca do mnie natrętnie; nie słuchałem nigdy smitha wyczynowo, może dlatego, że w całej swojej melodyjności i pozornym wyciszeniu, był dla mnie zbyt mroczny; mimo tego either / or z miejsca mnie zachwyciło; było buntownicze w sposób, jakiego nie znałem; naturalnie wraz z elliottem pogrążałem się w jego melancholii, chłonąłem jego uczucia jakby były moimi własnymi; wiem, że to nic nadzwyczajnego — ale z perspektywy czasu coraz trudniej mi jednak o przymierze z płytą tego rodzaju; tymczasem lata mijają, a muzyka elliotta smitha wciąż wydobywa za mnie tego emo dzieciaka, którym przecież nigdy naprawdę nie byłem; czy aby na pewno? ♪ „angeles”


Yet another decade in life and music

19.

yo la tengo i can hear the heart beating as one 1997

ten album to była miłość od pierwszego odsłuchu; od tamtej pory znajduje się gdzieś w centrum mojego muzycznego uniwersum, jednocześnie pozostając na uboczu; ile bym bowiem tej płyty nie słuchał, mam poczucie, że najlepsze między mną a nią dopiero ma się wydarzyć; gdy trafiłem na nią po raz pierwszy nie wiedziałem, dlaczego, ale czułem, że trafiła, zgodnie w tytułem, w samo serce; teraz gdy poznaliśmy się lepiej nie mam wątpliwości, że to wszystko przez lou reeda; yo la tengo są pogrobowcami brzmienia i podejścia the velvet underground — „spec bebop” niemal bezpośrednio dialoguje z „sister ray”; yo la tengo nie uprawiają jednak prostej imitacji, nie ignorują tego, co wydarzyło się w muzyce gitarowej w ciągu minionych 25 lat; gitary są tu surowo garażowe jak u velvetów, ale można się w nimi otulić na sposób shoegaze’owy; proste interpretacje wokalne na skraju fałszu, jak u velvetów, zyskują tu oniryczne rozmycie; piosenek jest milion, ale nie ma się poczucia, że milion to za dużo; wszystko płynie; ale najważniejsze jest chyba jednak to kreatywne zespolenie surowości z subtelnym popowym podbiciem; wszystko to pasuje do wszystkiego ♪ „moby octopad”, „sugarcube”


Yet another decade in life and music

18.

xtc apple venus volume 1 1999

xtc ze swoim nowofalowym tłem, które wyewoluowało w melodyjny kameralny art pop, są w równej mierze zespołem moim i niemoim; są w ich dyskografii płyty i utwory, które mogłyby dla mnie nie istnieć, ale są też takie, które mnie usiedliły i sponiewierały; pierwsza część apple venus wydanego w dwóch odsłonach na przełomie milenialnym to zaraz po kultowym skylarking najbardziej wyjątkowa dla mnie płyta grupy; rezonują ze mną i orkiestrowe aranżacje śmiało wykorzystujące smyczkowe pasaże, i nawiązujące do natury i dawnych obrzędów motywy, wokół których album oscyluje tematycznie; to muzyka, którą ze względu na bogate instrumentarium i psychodeliczny wajb można błędnie zaszufladkować jako stylistyczne nawiązanie do końcówki lat 60., ale w rzeczywistości trudno tę płytę jakkolwiek czasowo przyporządkować — równie dobrze z dzisiejszej perspektywy można by uznać ją jako protoplastę niezależnego chamber popu, którego słyszeliśmy tyle dekadę później; to bardzo autorska i kunsztownie (choć nie bez potknięć i poświęceń) zrealizowana wizja przede wszystkim partidge’a, który żeby ją urzeczywistnić właściwie rozmontował xtc; czy było warto? ♪ „i’d like that”, „eastern theatre”


Yet another decade in life and music

17.

miharu koshi & harry hosono jr. swing slow 1996

lata 90. były umiarkowanie łaskawe dla muzyków zgromadzonych na dworze yellow magic orchestra, ale nie znaczy to wcale, że były całkiem bezowocne; hosono wciąż blisko współpracował z miharu koshi, która stopniowo odchodziła od wymyślonego dla niej techno kayō w stronę osobliwej mieszanki wokalnego jazzu i francuskiego chanson; zwieńczeniem ich trwającego ponad dekadę twórczego przymierza było wydane w 1996 roku swing slow, jedyny album sygnowany nazwiskami obojga artystów, gdzie zresztą śpiewają kilka utworów w formacie klasycznego jazzowego duetu; i sam album, zgodnie z tytułem i zainteresowaniami muzycznymi hosono i koshi, jest emanacją koktajlowego, swingującego, ale w dużej mierze popowego jazzu, przełamywanego raz po raz retrofuturystycznymi elementami prosto ze space age popowej operetki; to płyta w równym stopniu chilloutowa co surrealistyczna; rzecz, którą ze względu na dość nietypowy anturaż łatwo zignorować, a którą po bliższym poznaniu można postawić w towarzystwie najbardziej klasycznych produkcji ze stajni yellow magic orchestra; ja sam pewnie bym do tego krążka nie wrócił, gdyby nie wypuszczony przed dwoma laty na winylu zremasterowany miks, który na nowo obudził we mnie zainteresowanie tym duetem ♪ „western bolero”


Yet another decade in life and music

16.

switłana nianio kytytsi 1999

istnienie tej niesamowitej plyty to najpewniej moje największe muzyczne odkrycie tego roku; switłana nianio, ukraińska wokalistka mieszająca w swojej muzyce folk i awangardę, swój kameralny debiut zarejestrowała w warszawie w 1998 roku, a w roku następnym rzecz została wydana nakładem polskiej oficyny koka records; pomimo prostonijnego anturażu ludowej urody kytytsi nie jest płytą prostlinijnie folkową — jest płytą magiczną, operującą swobodnie doskonale znanymi sobie środkami, by wyczarować świat, który istnieć może tylko w bajkach; to jedna z tych płyt, podczas odsłuchu których malują się słuchającemu przed oczami całe krajobrazy — zbożowe pola, zielone pagórki, polne drogi, pasące się krowy, smagane wiatrem maki i chabry, zbierające się do odlotu jaskółki; to świat w którym nawet wiosenne roztopy mają poetyckie konotacje, a zima nigdy nie jest naga i szara; nianio jest na tej płycie gdzieś wpół drogi między vashti bunyan a księżycem, w doskonałej równowadze operując naturalną, ponadczasową melodyką i aranżami lgnącymi podskórnie w stronę formalnych niepokojów cechujących xx-wieczną muzykę współczesną ♪ „bez nazwy”, „obereżni”


Yet another decade in life and music

15.

alain bashung fantaisie militaire 1998

być może nigdy nie zacząłbym słuchać bashunga, gdyby nie ta okładka, która w połączeniu z tytułem wkradła się do mojej wyobraźni, przygotowując grunt pod zawartość muzyczną, która do dziś potrafi powierzchownie mnie odstręczyć, by ostatecznie jednak wciągnąć mnie w swój bieg bez reszty; ekspresja wokalna bashunga jest dość surowa, a jego altrockowe muzyczne tło, które dopiero z czasem przybrało formy nieco bardziej tożsame z nowym chanson, to nie do końca muzyczne terytorium, na którym czuję się swobodnie; ale fantaisie militaire sięga w istocie po fantastyczne połączenia gatunkowe i rozwiązania produkcyjne — z powodzeniem meandruje między gitarowym anturażem, przebijającymi się co rusz smyczkowymi aranżami a eksperymentalnym podejściem do materii wyrażonym najdobitniej w „samuel hall” śmiało żeniącym intertekstualny kontekst, drum-and-bassowy beat i podążającą za swoją własną melodyką recytacją bashunga; innym razem, w „2043” bashung buduje swoją narrację na elektrycznie rozstrojonej sambie, w „au pavillon des lauriers” sięga po motywy arabskie, które obudowuje adekwatnym downtempo; mimo wszystko wyjątkowo poetycko nastrojona całość działa na wyobraźnię, do dziś odkrywając przede mną kolejne konteksty, choćby tylko w mojej głowie ♪ „fantaisie militaire”, „mes prisons”


Yet another decade in life and music

14.

the high llamas gideon gaye 1994

ta płyta jest jak plaster na depresję, gdy po wieloletnim uzależnieniu od pet sounds, przesłuchaniu wszelkich dodatkowych nagrań z sesji nagraniowych i bootlegów, człowiek zastanawia się, czy po doświadczeniu tej płyty, istnieje jeszcze jakaś forma życia; tą formą może być gideon gaye, które jest kontynuatorem tamtej barokowopopoej myśli w sposób możliwie najczystszy — jest to oczywiście przeobrażenie zrealizowane w kreatywnym duchu, ale wierne myśli przewodniej nawet nie tyle tamtej bardzo piosenkowej płyty, co jej brzmieniu i uczuciom, które obcowanie z nim wywołuje w słuchaczu; the high llamas chcieli przedłużyć te wszystkie idealnie melancholijne zachody wiosennego słońca, które nie mogłyby zajść tak, jak udało im się zajść, gdyby nie akompaniament beach boysów; dzięki gideon gaye mogą zachodzić jak dotąd, idealnie melancholijnie, ale jednak na nowo; to oczywiście marna synekdocha, ale im częściej obcuję z gideon gaye, tym bardziej utwierdzam się w słuszności takiego rozumowania jego istnienia, które w przeciwnym razie można by pewnie odrzucić jako odtwórcze i ja sam być może w jakimś kontekście mógłbym oburzyć się na jego ikonoklastyczną śmiałość; the high llamas tworzą jednak na bazie instrumentalno-aranżacyjnej tkanki pet sounds coś swojego — piosenkowość tego materiału jest dość ulotna i zwykle ustępuje pierwszeństwa melodyce samej muzyki; z początku słuchałem tej płyty jako ciekawostki, ale wrosła we mnie przez lata i nie wybrażam sobie bez niej życia po pet sounds ♪ „giddy and gay”, „the goat looks on”


Yet another decade in life and music

13.

susumu hirasawa kyūsai no gihō 1998

nie pamiętam już dokładnie, czy przez susumu hirasawę odkryłem satoshiego kona, czy odwrotnie; w każdym razie to odkrycie łączy się w moich wspomnieniach ściśle ze sceną z surrealistycznej parady w paprice, którą w sobie jedynie właściwy sposób udźwiękowił hirasawa; bramą do jego całej twórczości pozostaje jednak dla mnie kyūsai no gihō z 1998 — ukoronowanie dekady artystycznej ewolucji i twórczych poszukiwań własnych środków ekspresji; hirasawa łączy tutaj niemożliwe przeciwieństwa — wszechobecną elektronikę z rozbuchaną orkiestrowością, new age’owe motywy i ambientalne pasaże z upodobaniem do klasycznej marszowej rytmiki — wszystko to pod jak najbardziej popowym sztandarem w stricte piosenkowej formule; hirasawa jest mistrzem eklektycznej maksymalistycznej produkcji łączącej style i konteksty w nierozerwalne sploty; jest w tym wszystkim coś mechanicznego i dystopijnego, ale jednocześnie podniosłego, czy nawet duchowego; enigmatyczny tytuł, który można przetłumaczyć jako techniki zbawienia, może lecz nie musi stanowić klucz do rozumienia pan-muzycznej i trans-humanistycznej wizji hirasawy ♪ „town-0 phase-5”, „niwashi king”


Yet another decade in life and music

12.

gillian welch revival 1996

gillian welch nie miała wcale szczególnie z górki w drodze do kariery muzycznej; choć dorastała się w umuzykalnionym domu, wychowana w los angeles przez parę artystów scenicznych z hollywood, krytycy długo kwestionowali w swoich recenzjach prawdziwość jej folkowego anturażu ze względu na jej nieprzystające korzenie; ona sama jednak wielokrotnie podkreślała, że już na studiach, gdy pierwszy raz usłyszała muzykę bluegrass, było to dla niej jak objawienie; w 1996 artystka wydała swój debiutancki album revival wyprodukowany przez legendarnego t-bone burnetta (odpowiadającego między innymi za brzmienie rising sand duetu krauss-plant), który odkrył ją podczas wieczoru talentów w barze w nashville; krążek stylistycznie przywodził na myśl czasy wielkiej depresji — z tematyką oscylującą wokół uczuć rezygnacji, nieszczęścia i zamętu, podpartą surowym brzmieniem folku z appalachów; krążek, podobnie jak wszystkie kolejne, welch zrealizowała w bliskiej współpracy ze swoim życiowym partnerem davidem rawlingsem, z którym dzieli pasję do klasycznego country i szeroko pojętej prostoty; synergia duetu ma niewątpliwy wpływ na realizm songwritersko-wykonawczy, który cechuje wszystkie wypuszczone przez nich nagrania; revival pozostaje do dziś najlepszą bramą do twórczego mikrokosmosu muzyków; bieg kolejnych utworów składających się na krążek jest pod każdym względem niedościgniony ♪ „orphan girl”, „annabelle”


Yet another decade in life and music

11.

uc berkeley chamber chorus / the california ear unit feldman: rothko chapel / why patterns? 1991

lata 90. kojarzą mi się szczególnie z kilkoma kompozytorami współczesnymi; jednym z nich jest wywodzący się z nowojorskiej szkoły morton feldman, zmarły w 1987 roku; w latach 90. zainteresowanie jego twórczością wzrosło i doczekaliśmy się szeregu kultowych wykonań jego prominentnych kompozycji; jeszcze przed dekadą sam zachwycałem się majestatycznym for philip guston, utworem, który niczym żywy organizm ewoluuje przez ponad cztery godziny, wprowadzając słuchacza w rodzaj medytacyjnego transu; feldman, którego fascynowały dźwięki na skraju ciszy i kompozycje oparte na powoli przenikających się wybrzmieniach, wykształcił swój niepowtarzalny styl już w latach 70. i realizował swoje ewoluujące pejzaże także w bardziej kameralnym spektrum — jak w rothko chapel z 1971 roku, niemal statycznym, niby pogrążonym we mgle lub na skraju nocy krajobrazem cichej kaplicy; medytacyjny nastrój na płycie przechodzi w bardziej abstrakcyjne why patterns? na flet, fortepian i perkusjonalia, które łaskocze słuchacza pulsującą strukturą wyłaniającą się zza tej samej mgły, która przed chwilą otulała milczącą kaplicę; często wracam także do innej płyty z kompozycjami feldmana — wydanego przez oficynę cpo durations i-v / coptic light, które stanowi doskonały dwutorowy sequel do rothko chapel ♪ rothko chapel


Yet another decade in life and music

10.

ryuichi sakamoto 1996 1996

uwielbiam tria fortepianowe — także te jazzowe, choć tym razem akurat nie o nich; mam poczucie doskonałej równowagi pomiędzy fortepianem a skrzypcami i wiolonczelą, jeśli chodzi o swobodę ekspresji i jej strojność; duże ensemble często popadają w estetyczną egzaltację, co odciąga słuchacza od sedna utworu; z kolei soliści bywają zbyt surowi; jedną z muzycznych emanacji tego przepięknego kompromisu jest płyta, która trochę pozostaje na bocznej orbicie dyskografii mistrza sakamoto, choć w istocie stanowi jej najbardziej rzeczywiste centrum; 1996 zbiera rozmaite kompozycje artysty — te filmowe i płytowe, odkrywając je na nowo w kameralnych aranżacjach; efektem jest najpiękniejsza płyta, jaką nagrał sakamoto; wyselekcjonowane melodie i motywy to jedne z tych, które domagają się od słuchacza, aby do nich wracał, a skromniejsze interpretacje wydobywają emocje na samą powierzchnię; 1996 jest melancholijne, ale nie ckliwe; jak spotkanie z dobrym przyjacielem niewidzianym od lat, kiedy, by opowiedzieć wszystko co zaszło od ostatniego spotkania, nie potrzeba żadnych słów; na swój sposób to także miejsce przecięcia się rozmaitych muzycznych zainteresowań sakamoto, punkt w którym bierze się oddech po raz kolejny zataczając koło ♪ „merry christmas mr; lawrence”, „rain”


Yet another decade in life and music

9.

dominique a la fossette 1992

dwie dekady zanim pojawił się termin asmr francuski szansonista nowej fali dominique a wydał swój debiutancki album, który jest dla mnie epitomem muzycznej emanacji tego zjawiska; la fossette to płyta jak żadna inna w bogatej dyskografii artysty, który później nagrywał rzeczy wyprodukowane w duchu nieco bardziej radiowym; lo-fi’owa oprawa oparta o automaty perkusyjne, minimalistyczne syntezatory midi, ale i przesterowane garażowe gitary i kojący, wycofany momentami na granicę szeptu wokal a, tworzą na kanwie jak najbardziej piosenkowej synkretyczną przestrzeń elektroakustyczną, ewoluującą w rozmaitych kierunkach, uwodzącą słuchacza nietuzinkową poetyką, i swój charakter wywołującą niesamowite odczucia sensoryczne; w równych częściach awangarda miesza się z melodramatem, chanson z rockiem alternatywnym, ale w centrum niezmiennie pozostają prawdziwe emocje; la fossette to płyta jak żadna inna ♪ „vivement dimanche”, „le courage des oiseaux”, „va t’en”


Yet another decade in life and music

8.

starflyer 59 starflyer 59 1995

to moja biblia gitarowych 90sów, które przecież gitarami stały, a wielu do dziś identyfikuje tamtą dekadę wyłącznie przez gitary; tymczasem ja ten największy z największych komplementów kieruję bałwochwalczo nie pod adresem katartycznej dla milionów nastolatków czterech kolejnych pokoleń nirvany, ale ku starflyerowi 59, którym przed kilkoma laty podszyłem swoje życie na tyle enigmatycznie, że nie byłbym w stanie sprzedać tu i teraz nawet jednej ciekawostki okołomuzycznej o grupie; zespół zresztą gra do dziś i od 1994 roku wydał niezliczoną liczbę płyt, spośród których mnie dotychczas zainteresowały trzy pierwsze z okładkami w kolorach kolejno srebra, złota i brązu; zmierzam jednak do tego, że liczy się przede wszystkim to, co i jak grają, a wychodzą ze szkoły rocka post-mbv, to jest z shoegaze’owego paradygmatu, ale zrównoważonego z jednej strony z metalowym brzmieniem gitar, z drugiej — psychodeliczną americaną; to dźwiękowy odpowiednik fatamorgany — oniryczne świdrujące gitary, wycofane wokale, slowcore’owy mood, ale bez brania jeńców; lato palące do gołej ziemi, roztopiony asfalt mieniący się tęczą — złowieszczo i cudownie zarazem; a całość emocjonalnie głęboka jak studnia, oczywiście wyschnięta, do której wpada się, nie by utonąć, ale złamać obie nogi i umrzeć z głodu i pragnienia; nie na to liczyliśmy, ale gdy już godzimy się z tym, że to i tak najlepsze, co miało nas spotkać, jakby we śnie majaczy coś, jakby światełko w tunelu, ale wieszczące, że to jednak wcale nie koniec ♪ „messed up over you, „when you feel miserable”


Yet another decade in life and music

7.

a tribe called quest midnight marauders 1993

do dzisiaj nie jestem pewien, czy to że ten krążek a tribe called quest przetrwał i urósł we mnie jako jedna z moich ulubionych płyt hiphopowych to przypadek czy przeznaczenie; byłem już oswojony z atcq, gdy trafiłem na cedeka za psie pieniądze i wziąłem; to był chyba ostatni raz, gdy urządziłem sobie prawdziwie nabożną sesję z odsłuchem płyty kompaktowej i to wspomnienie zostało ze mną do teraz; próbowałem porównywać midnight marauders bezpośrednio z the low end theory, ale to nierówna walka — moje serce jest tam, gdzie jest; wciąż uwodzą mnie te lounge’owe sample i trzeszczące winylowo bity muhammada i porywa mnie retrofilski jazzujący vibe, który jednak nadal ma w sobie coś pulsującego i świeżego; wiele rapowych krążków z tamtego okresu zestarzało się potwornie, ale midnight marauders pod wieloma względami zdaje się otwierać jakiś rozdział w organicznym hip hopie, który nadal trwa i jeszcze długo się nie wyczerpie; chociaż, może tak jest tylko we mnie? nie umiem i nie chcę tego na chłodno ocenić ♪ „award tour”, „steve biko (stir it up)”, „electric relaxation”


Yet another decade in life and music

6.

cornelius fantasma 1997

jest upalny środowy poranek 3 września 1997 roku; jeszcze przed ósmą rano termometry przeskoczyły pułap 30 stopni i teraz ma być tylko cieplej; ludzie w pośpiechu szykują się do pracy, zawsze ruchliwe skrzyżowanie w dzielnicy shibuya właśnie przeżywa pierwszą tego dnia kulminację pieszych tłumnie wylegających z pociągu linii yamanote najpierw na perony, a następnie na i tak zatłoczone już ulice; niebo powoli zachodzi chmurami, już od kilku dni zbiera się na burzę; kilkaset metrów dalej w otwartym dwa lata wcześniej salonie tower records można kupić już najnowszy album corneliusa — fantasma, po którym japońska muzyka pop nigdy nie będzie taka sama; wydana wówczas trzecia solowa płyta artysty to nie tylko bezdyskusyjne magnum opus w jego dyskografii i szczytowe osiągnięcie współtworzonego przez niego nurtu alternatywnego popu spod znaku shibuya-kei; fantasma jest szaleńczym muzycznym strumieniem świadomości, w którym pop i awangarda mieszają się w ścisłym splocie, a melodie i refreny odgrywają równie ważną rolę, co eksperymenty dźwiękowe; to płyta totalna, na której nie ma miejsca na kompromisy, jednocześnie jednak na tyle przestronna, że mieści w sobie wszystko; podsumowuje muzykę w ogóle, zamykając drum & bass, idm, hip hop, neo-psychodelię, plądrofonię, noise rock, bossa novę, country, chiptune, yé-yé, shoegaze, muzykę konkretną i barokową w z sekundy na sekundę ewoluującym w coraz to nowych kierunkach koncepcyjnym cyklu piosenek ♪ „the micro disneycal world tour”, „thank you for the music”


Yet another decade in life and music

5.

my bloody valentine loveless 1991

ze szczerym entuzjazmem włączyłem kiedyś loveless niczego niespodziewającemu się znajomemu, nie żadnemu muzycznemu normikowi zresztą, słuchaj i doznawaj — zachęciłem, a gdy już uznał, że doznał wystarczająco, skwitował tylko krótko, że nie dało się tego słuchać; nie widziałem przestrzeni na polemikę i od tego czasu zachowuję tę płytę dla siebie; tym samym loveless stało się dla mnie intymnym i bliskim doświadczeniem; w żadnym innym kontekście sam zresztą nie potrafię tej muzyki słuchać; nie wspominam miło występu grupy na off festivalu i nie zagrałbym jej już w radiu; jakkolwiek nie jest to rzecz w żaden sposób niszowa, nie chcę się nią z nikim dzielić; gdybym napisał, że to album, który zdefiniował dla mnie shoegaze, w dużej mierze nie przekazałbym żadnej istotnej informacji, bo shoegaze jako styl sam w sobie nigdy nie zajmował mnie zbyt mocno; raczej otworzył mi głowę na to jak zniuansowana i subtelna potrafi być ściana gitar i na wszystko to, co może skrywać się tuż za nią; to bowiem idealnie przebojowy krążek nakryty półprzezroczystą zasłoną misternie utkaną z gitarowych szumów i przesterów; płyta na miarę naszych czasów, w którą przy pomocy współczesnych środków wkradają się jednak szmery wieczności; doskonałość pełna pozornych niedoskonałości, czyli zupełnie jak w życiu ♪ „when you sleep”, „i only said”


Yet another decade in life and music

4.

the tale quartet schnittke: string quartets nos. 1-3 1990

melodie w fazie rozkładu – jedna przerywa drugiej, kolejna niecierpliwie wyrywa się spod nich, a jeszcze następna skrępowana wplata się w bieg pozostałych, by wybuchnąć i rozlać się obficie w przestrzeni w najmniej spodziewanym momencie; nie da się słowami oddać geniuszu kwartetów smyczkowych sznitkego, ani kunsztu wykonania the tale quartet; żadna inna muzyka nie penetruje zakamarków ludzkiego umysłu z podobną precyzją, ani też nie kreśli kształtu ludzkiej duszy z równym autentyzmem ♪ string quartet no; 3: iii pesante


Yet another decade in life and music

3.

fishmans long season 1996

art popowa wariacja klasycznej formy, space-psych-popowe jam session, oniryczna prog-popowa suita — long season to mająca wiele twarzy nietuzinkowa płyta-piosenka, którą jesienią 1996 roku wydała jedna z najbardziej kultowych japońskich grup lat 90. — fishmans; i choć zespół nagrał na przestrzeni dekady aż siedem płyt studyjnych, spośród których ponad połowa to absolutna magia, ta jedna jest w tym zestawie szczególnie wyjątkowa; nie tylko zresztą dla mnie; to dźwiękowa podróż do wnętrza snu, koncepcyjnie poukładana, ale niepozbawiona szaleństwa i wykonawczej wirtuozerii, synkretyczna metagatunkowa przygoda, gdzie poszczególne elementy zdają się pochodzić z różnych światów, ale w tym kreatywnym malakserze odnajdują się na nowo; fishmansi korzystają ze współczesnych ich środków wyrazu budując tę rozmarzoną dźwiękową historię na podwalinach dubowej rytmiki w sposób jednocześnie post-minimalityczny i rock & rollowy; fishmansi przez ponad pół godziny kreatywnie remiksują samych samych w granicach stworzonego przez siebie świata w oparciu o coraz to nowe zestawienia tworzących go elementów; jest w tym przestrzeń, wyobraźnia i radość z muzyki i życia w ogóle; moment, w którym wracają do głównego motywu melodycznego po progresywnej instrumentalnej przerwie na początku czwartej części to być może jedna z najwspanialszych chwil w historii muzyki popularnej ♪ long season


Yet another decade in life and music

2.

lauryn hill the miseducation of lauryn hill 1998

the miseducation of lauryn hill to płyta, która nauczyła mnie czuć muzykę; pokazała mi, że muzyka może przeszywać na wskroś, penetrować i wypełniać psyche i zostawiać po sobie ślad; wykształciła we mnie pewien zdrowy zmysł, że oto w centrum dobrego życia musi być miejsce i na radość, i na smutek; ta słodko-gorzka, bardzo życiowa mieszanka stojąca w jej centrum; lekcja, na którą sama lauryn hill zaspała, była przysposobieniem dla mnie; to pierwsza płyta, którą miałem na winylu, pierwsza, przy której płakałem, pierwsza, której słowa traktowałem osobiście niczym moje własne, pierwsza, która wrosła bezbrzeżnie w mój świat, stając się naturalną ścieżką dźwiękową mojej codzienności; nie potrafię myśleć o nastoletnim sobie w oderwaniu od miseducation, ani o miseducation, nie traktując jej jako części mojej własnej drogi; samo miseducation wielokrotnie odkrywane, studiowane z namaszczeniem w rozmaitych kontekstach i perspektywach musiało być dla mnie także bramą do wielkiego klasycznego soulu; dzięki hill odkryłem nie tylko steviego wondera, ale też nieodżałowaną arethę, wspaniałego curtisa, magnetyzującego sama cooke’a czy natchnionego boba marleya; wybaczcie, nie potrafię już pisać o tej płycie w oderwaniu od siebie; ta muzyka stała się mną lata temu, a ja do dziś wciąż jestem nią ♪ „everything is everything”, „lost ones”, „deep in my heart”


Yet another decade in life and music

1.

flipper’s guitar doctor head’s world tower 1991

doctor head’s world tower, trzeci i ostatni album w dorobku duetu flipper’s guitar, to samo serce muzyki lat 90. umiejscowione nietypowo gdzieś na jej peryferiach, ale wciąż żywo pulsujące i dające się bez trudu wyczuć trzy dekady później w zgoła już innym świecie; to jednocześnie szczytowe osiągnięcie rozwijającej się dopiero wówczas w japonii sceny alternatywnego popu shibuya-kei łączącego retrofascynacje muzyką z całego świata: brazylijską sambę, francuskie yé-yé czy amerykański lounge z produkcyjnymi tendencjami pożyczonymi od kolegów z wielkiej brytanii — baggy, dream popem czy shoegaze’m, ale przetworzonymi po swojemu; oyamada i ozawa wynoszą to wszystko tylnymi drzwiami czy w postaci inspiracji czy — po hiphopowemu — samplując zachód na potęgę; i zlepiając ten pulsujący amalgamat razem, budują swoje własne arcydzieło; doctor head’s world tower mimo bezliku przenikających się w duchu plądrofonii konwencji i stylów nie jest bowiem albumem pod patronatem doktora frankensteina — panowie na tej kanwie prezentują swoje własne melodie — na wskroś letnie, ale podszyte słoneczną psychodelią; w tym aspekcie doctor head jest pomostem pomiędzy końcówką lat 60. a początkiem lat 90., co znajduje tutaj zupełnie bezpośrednie odbicie od pierwszych sekund dolphin song rozpoczynającego się bezczelnie od riffu z uświęconego god only knows beach boysów; nawet mimo takich oczywistych pożyczek jak ta czy „loaded” primal screm w „the quizmaster”, flipper’s guitar nigdy nie są prostolinijni; muzyczny świat, który przedstawiają, to ich autorska pokopana wizja — żywiołowa, bezkompromisowa, ewoluująca nieprzewidywalnie, ale harmonijnie; celebracja jakiegoś mikrokosmosu tej ulotnej chwili, gdy lada chwila skończy się kolejne lato, jeszcze tylko przez chwilę beztroskie i słodkie ♪ „groove tube”, „the quizmaster”, „blue shinin’ quick star”


Opublikowano

2022 ✕ filmy

2022
tradycyjnie zamknąłem swoją listę przed oscarowymi rozstrzygnięciami, nie zdążyłem tylko z publikacją, łudząc się, że w weekend uda mi się zobaczyć jeszcze coś, co mnie oczaruje i zwali z nóg (patrzę na ciebie, „inu-oh”, ech), ale tego nie da się zaplanować; postanowiłem nie narzekać drugi rok z rzędu, że kino mniej mnie cieszy, a ja zmieniam się w grzyba, bo to chyba wcale jednak nie prawda; widziałem w minionym roku całkiem wiele dobrych filmów, które może nie zmieniły mojego życia, ale ujęły na różne sposoby i z przyjemnością wybrałem najciekawszą dwudziestkę poniżej; trochę mi głupio, że nie jestem w tym roku w awangardzie, a raczej płynę na jednej łódce z akademią i rzeszą domorosłych krytyków, no ale nie jestem i już; note to self na najbliższy rok — oglądać więcej kina nieanglojęzycznego


filmy x 2022

20.

navalny reż. daniel roher

było o tym dokumencie głośno i dobrze, bo odsłania kulisy bulwersującej historii, którą ogląda się jak niezły thriller, z tym, że inaczej niż w kinie fabularnym w epilogu to źli goście pozostają górą


filmy x 2022

19.

bodies bodies bodies reż. halina reijn

whodunit na miarę generacji post-millenialsów; zarówno intryga, kto zabił, jak i wynurzenia bohaterów są naprawdę zajmujące; prezentuje ciekawe podejście do kina gatunkowego na wielu poziomach


filmy x 2022

18.

the humans reż. stephen karam

metafizyczny rodzinny dramat kameralny, który błyskotliwie dekonstruuje sprawdzony format; zdezorientował mnie i zafascynował jednocześnie, otwierając tę z początku przyziemną historię na zupełnie nieprzewidywalne interpretacje


filmy x 2022

17.

she said reż. maria schrader

to kolejna kopia „wszystkich ludzi prezydenta”, prawda, zrealizowana dość bezpiecznie, ale z animuszem i doskonałymi rolami głównymi, poruszająca okoliczności wielkiego hollywoodzkiego skandalu, którego pokłosie rozpoczęło nowy rozdział w historii zachodnich społeczeństw; mimo tego, a może właśnie dlatego jako kino śledcze trzyma w napięciu do samego końca


filmy x 2022

16.

living reż. oliver hermanus

adaptacja hermanusa nie dorównuje tej kurosawy, ale też nie rywalizuje z nią bezpośrednio; nighy i wood niosą tę klasyczną feel good historię swoimi rolami, a dbałość o detale i bardzo wysmakowane zdjęcia dopełniają to filmowe doświadczenie


filmy x 2022

15.

women talking reż. sarah polley

nieoczekiwany przez nikogo teatr telewizji w stodole z mocnymi rolami kobiecymi, wymagający uwagi, ale dający wiele w zamian; uwiódł mnie tym, jak cierpliwie i dobitnie stawia pytania i szuka na nie odpowiedzi; okoliczności historii są całkiem nietypowe, ale dający jej podwaliny manifest zupełnie uniwersalny


filmy x 2022

14.

rimini reż. ulrich seidl

tęskniłem za takim seidlem — zabawnym i tragicznym, wprawiającym w osłupienie, testującym granice widza i wpędzający go w melancholię po seansie


filmy x 2022

13.

heeojil gyeolsim reż. park chan-wook

odurza zabawami perspektywą i imponuje drobiazgowością; równie dobrze mógłby się skończyć się w połowie, ale po koreańsku dodaje kolejną warstwę do tej kryminalnej telenoweli; świetny emocjonalny i stylistyczny rollercoaster, choć nie zdziwię się, jeśli ktoś uzna go za przedobrzony


filmy x 2022

12.

everything everywhere all at once reż. dan kwan / daniel scheinert

na początku mnie przytłoczył, ale od pewnego momentu już wyłącznie fascynował; absolutnie szalony w swojej spektakularności, ale w tym szaleństwie jest metoda; rozkoszne meta-bizancjum meta-kina


filmy x 2022

11.

good luck to you, leo grande reż. sophie hyde

kameralny komediodramat o seksie i relacjach ogólnie błyskotliwie rozpisany pomiędzy dwie zasadniczo różne perspektywy i znakomicie odegrany przez thompson i mccormacka


filmy x 2022

10.

hanabata mitai na koi o shita reż. nobuhiro doi

mój ulubiony zeszłoroczny rom-kom to rozczulająca historia pewnej nieoczekiwanej miłości i opowieść o przemijającej młodości przedstawiona z lekkością na tle popkulturowej mozaiki współczesnej japonii


filmy x 2022

9.

kurak günler reż. emir alper

prowadzony po wertepach i nie bez potknięć thriller społeczno-polityczny, który sprawił, że klimatyzowaną salę kinową wypełnił doskwierający skwar; uniwersalna historia o idealizmie stłamszonym przez system, z nieco nieoczekiwanym rozwinięciem i kilkoma elementami puzzli pozostawionymi do ułożenia widzowi


filmy x 2022

8.

the whale reż. darren aronofsky

kameralne dramaty o złożonej problematyce moralnej to chyba moje ulubione kino; nawet aronofsky wyszedł z tego cało, choć jak zwykle kilkakrotnie przeszarżował, wyciskając ze mnie łzy chwytami poniżej pasa; mimo tych mankamentów to być może najbardziej czuła odsłona jego kinematografii; znakomite role chau i frasera


filmy x 2022

7.

holy spider reż. ali abbasi

szczerze mnie zaskoczyło, gdy w pewnym momencie to morderca stał się głównym bohaterem tej historii, ale pomimo tego napięcie nie opadło do samego końca, zmieniając zgoła charakter filmu z dreszczowca w społecznie wrażliwy dramat sądowy; to złożone i stymulujące intelektualnie kino


filmy x 2022

6.

kūhaku reż. keisuke yoshida

emocjonalna dekonstrukcja pokłosia przypadkowej tragedii, gdy pod kołami ciężarówki ginie uczennica; realistycznie przedstawia i konfrontuje różne postawy, nie wartościując ich nadto i pozwalając widzowi na własny osąd sytuacji; mocny dramat społeczny


filmy x 2022

5.

triangle of sadness reż. ruben östlund

był bardziej dosłowny, niż sobie życzyłem, ale też być może dlatego wrył mi się w pamięć bardziej niż jakikolwiek inny zeszłoroczny film; można go nazwać europejską odpowiedzią na „parasite”, bo porusza ten sam temat klasowych nierówności we współczesnych społeczeństwach, a by je widzom unaocznić korzysta z podobnych narzędzi, odwracając zależności między bohaterami; to niewątpliwie dobre i wyraziste kino, nawet jeśli niepozbawione pewnych mankamentów


filmy x 2022

4.

broker reż. hirokazu horeeda

koreańska reżyserska przygoda koreedy jest jednocześnie zwykła i niezwykła; podobnie jak w „złodziejaszkach” wciąż z czułością pochyla się nad wykluczonymi społecznie, oddając im głos i przywracając, przynajmniej symbolicznie, na kliszy filmowej poczucie sprawczości; taką historię handlarzy dziećmi trudno sobie wyobrazić i po to właśnie mamy kino!


filmy x 2022

3.

tár reż. todd field

pomimo dość hermetycznego anturażu doskonale opowiada uniwersalną historię nadużyć władzy w zachodnich postspołeczeństwach, nie oceniając wprost swojej bohaterki, za to kreśląc zniuansowany kontekst jej historii


filmy x 2022

2.

the fabelmans reż. steven spielberg

chociaż spielberg był prawdopodobnie pierwszym reżyserem, którego umiałem nazwać jako dziecko, nigdy nie poczułem, że jego kino jest naprawdę dla mnie, aż do przypadkowego seansu „fabelmanów” na początku roku, gdy oczarował mnie tym bardzo klasycznym dramatem rodzinnym — bliskim, ciepłym, świadomym siebie, nieuciekającym od hollywoodzkich banałów, ale potrafiącym obrócić je na swoją korzyść; oglądałem go z zapartym tchem, być może ze względu na osobisty quasi-biograficzny charakter, ten mityczny składnik „x”, coś, czego zwyczajnie nie da się sfingować


filmy x 2022

1.

marcel the shell with shoes on reż. dean fleischer-camp

to kuriozalny wybór na ulubiony film roku, wiem, ale emocje wzięły górę i chociaż nie przemyślałem tego najlepiej, absolutnie się nie wstydzę; mam bowiem poczucie, że cholernie potrzebujemy w całym naszym (często nieuświadomionym) codziennym cynizmie właśnie marcela muszelki liczącego upływ czasu w opadających liściach i kiełkujących pączkach; marcel pozowlił mi przez chwilę spojrzeć na własne życie z innej perspektywy i naprawdę chciałbym, żeby został w nim na dłużej

Opublikowano

2022

2022

to był bardzo płaski rok — nie znaczy to bynajmniej tyle, że ubogi — doświadczyłem mnóstwa naprawdę dobrej muzyki, ale jednocześnie w całym tym bogactwie niewiele było płyt lub utworów, które wbiłyby mnie w fotel, przy których pomyślałbym, że to jest właśnie to! lubię te podsumowania, bo zmieniają trochę mój sposób myślenia — początkowo lista miała 65 pozycji i nie wyobrażałem sobie odjąć którejkolwiek, ale w miarę słuchania, prób konstruktywnego zidentyfikowania ich słabych i mocnych stron, sprowadziłem się na ziemię; i w drugą stronę, upewniłem się, że kolejność (zmieniająca się co rusz przez ostatni miesiąc) odpowiada w miarę temu, co chciałbym w tym roku postawić na piedestale i z jakim priorytetem; jak co roku płyty, epki i utwory mieszkają na wspólnej liście

2022

50.

agnes magic still exists

dopiero na ostatniej prostej zorientowałem się, że magic still exists to w istocie album z poprzedniego roku; z przyjemnością będę dla niego, najwierniejszego towarzysza moich zeszłorocznych treningów, kontynuował tradycję uzupełniania podsumowań końcoworocznych o płyty przegapione; przyznam, że z początku nie byłem przekonany jak ten album odebrać, ale nie pozwolił o sobie zapomnieć — to z jednej strony zbiór naprawdę przebojowych numerów uwięzionych gdzieś między retrodisco w stylu donny summer a współczesnym electropopem, z drugiej strony koncepcyjny krążek składający się na queerowe nabożeństwo celebrujące odmienność; nawet jeśli nieszczególnie kreatywne, to znakomicie zrealizowane ♪ „selfmade”


2022

49.

harry styles „as it was”

harry’s house zwiodło wielu swoją przyjemną zachowawczością, ale pierwszy singiel z płyty stał się niepodważalnym pomostem pomiędzy tym, co w popie 2022 było dobre a tym, co było szeroko słuchane


2022

48.

whitney „real love”

wydane w połowie roku „real love” whitney śmiało połączyło post-hiphopowy bit z empatycznymi soulującymi wokalami formacji wywodzącej się przecież ze sceny szeroko pojętej americany; ten nieoczekiwany i (wciąż) niezrozumiany twist podzielił fanów i krytyków, niesłusznie klasyfikując whitney jako projekt letni i bezbarwny; wydany później krążek spark nie dorównuje co prawda dwóm pierwszym pod kątem melodyczno-kompozytorskim, ale największa w oczach słuchaczy przewina grupy — zmiana brzmienia, stała się paradoksalnie ich największym atutem


2022

47.

carmen villain only love from now on

zawieszony zupełnie pomiędzy oldschoolowym japońskim new age’m yoshiakiego ochiego; europejskim jazzem — tyleż poszukującym, co szkicowym; drapieżnym post-minimalizmem spod znaku colina stetsona a lo-fi’owym dub techno, wyraźnie rozciągnięty pomiędzy kontynentami czwarty krążek amerykańskiej artystki dźwiękowej jest chyba przede wszystkim (przed jakimkolwiek innym określeniem, którego moża by użyć) fascynujący; to muzyka, która daje wytchnienie, ale też sama oddycha i która podejmuje na tyle konkretne (momentami dość ryzykowne zresztą w kontekśćie wymowy całości) decyzje artystystyczne, by nie pozwolić sklasyfikować jej jako muzyki tła ♪ „gestures”


2022

46.

julianna riolino all blue

być może najbardziej konwencjonalna z pozycji na tegorocznej liście julianna riolino śpiewa solidne alt-country, mocno osadzone w stylistyce gatunku późnych lat 90.; pewnie nigdy bym po nią nie sięgnął, gdyby na okładce nie cytowała judee sill, a dopiero później okazało się, że w tym roku ze śpiewających pań z gitarami przypadła mi do gustu najbardziej — może to z tęsknoty za dawnymi kawałkami sheryl crow, która przez wiele lat bała się iść bardziej w country, czego zawsze żałowałem, a co teraz znakomicie wychodzi riolino ♪ „hark!”


2022

45.

lancey foux life in hell

włączyłem life in hell bo spodobała mi się kolorystyka okładki i nie sądziłem wtedy, że będzie to cokolwiek, do czego będę jeszcze wracać; tymczasem coś w tę psychodelicznie hedonistyczną matnię mnie pchnęło; mój były redakcyjny kolega, wojtek siwik, ujął sedno sprawy, pisząc, że ta płyta być może dla estetyki rage’u będzie tym, czym rodeo travisa scotta było dla kwasowego trapu; nawet jeśli tak by się nie stało, to naprawdę fascynujący muzyczny trip ♪ „all night long”


2022

44.

weyes blood „it’s not just me, it’s everybody”

kilkakrotnie próbowałem odnaleźć się w zeszłorocznej muzycznej przestrzeni weyes blood, ale za każdym razem zatrzymywałem się na progu — przy pierwszym zwiastunie projektu „it’s not just me, it’s everybody”, który do pewnego momentu frustrował mnie swoją enigmatycznie płynącą strukturą, by w końcu pozwolić mi w tym nieśpiesznym intymnym wyznaniu odnaleźć nie tylko piękno głosu artystki i drobiazgowego post-kinematograficznego aranżu, ale przede wszystkim siebie samego; być może jeszcze nam się uda z weyes blood w przyszłym roku, granica stycznia jest jedynie pozorna


2022

43.

uwalmassa malar

nie zdawałem sobie nawet sprawy, jak bardzo tęskniłem za muzyką z pogranicza gamelanów i to indonezyjskie elektroakustyczne proto-techno z właściwą energią wypełniło tę lukę; to hipnotyczna, plemienna, metaliczna muzyka doskonale żeniąca ze sobą dwa światy — tradycyjnej wyspiarskiej obrzędowości i miejskiej klubowej eskapady ♪ „majuh”


2022

42.

richard dawson the ruby cord

richard dawson to jedna z tych współczesnych folkowych indywidualności, które nagrywają tylko rzeczy jakieś; nawet więc jeśli jego kolejna płyta, odważnie zbudowana wokół 41-minutowego giganta, zdaje się momentami słaniać pod ciężarem własnej ambicji, wciąż jest to rzecz ekscytująca i frapująca; niby nie zostałem uwiedziony w równym stopniu, co w przypadku poprzednich krążków, a jednak nie mogę przestać do niej wracać; to nadal dla mnie otwarta księga ♪ „the tip of an arrow”


2022

41.

sofie birch & antonina nowacka languoria

duńska ambientowczyni na swoim drugim projekcie tego roku połączyła siły z polską wokalistką eksperymentalną i razem dzięki znakomitej synergii własnych instrumentów oraz nagrań terenowych uchyliły słuchaczom bramę do dźwiękowego ogrodu — intymnej przestrzeni, w której liczą się detale, a harmonijność znaczy tyle co naturalność; być może kojące tło po długim dniu pracy, być może pełnoprawna angażująca podróż do zupełnie innej przestrzeni zmysłowej — to zależy tylko od nas ♪ „pripugale”


2022

40.

lake street dive „you’re still the one”

obsesja współczesnych dotycząca tworzenia utworów autorskich (przynajmniej pozornie) to absolutne szaleństwo, coveruje się zazwyczaj na stronie i zwykle powierzchownie i odtwórczo; na zeszłorocznej swojej epce lake street dive, jedna z moich ulubionych grup z pogranicza soulu i americany, pokazała, jak to się robi — w swojej reinterpretacji „you’re still the one”, zachowawczego radiowego singla shanii twain z lat 90., zmieniła go w temperamentny i uduchowiony soulowy sztos z krwi i kości; tak to się robi


2022

39.

hitkidd & glorilla „f.n.f. (let’s go)”

gorący one hit wonder zeszłego roku, pikantne hiphopowe novelty, które można popełnić tylko raz; gdy pierwszy raz trafiłem na „f.n.f. (let’s go)” oniemiałem — było kuriozalnie przebojowe i nieoszlifowane zarazem, biła od niego bardzo prawdziwa uliczna energia, której nie byłaby w stanie wykorzystać i oddać żadna raperka ze stabilną pozycją na scenie; wymowy dopełniły bezpośredni tekst o byciu szczęśliwą singielką (parafrazując określenia bardziej dosadne) i emanujący girl power klip


2022

38.

ralph kaminski „bal u rafała”

mniejsza już o ten wołging na sali gimnastycznej w teledysku, „bal u rafała” to zupełnie nowe nieoczekiwane otwarcie w dyskografii kaminskiego, którego piosenki jawiły mi się wcześniej w najlepszym razie jako nijakie; tymczasem tutaj rafał wciela się w rolę duchologicznej diwy na elektrobicie ukradzionym jak nic donnie summer, albo lepiej, annie jantar z „nic nie może wiecznie trwać”; w refrenie odprawia się tu zresztą w formie dziwacznych, na potęgę prześpiewanych wokaliz jakieś artpopowe nabożeństwo na cześć björk czy innej kate bush; ale w tym szaleństwie jest wreszcie metoda, zwłaszcza że tekst, choć abstrakcyjny, wydaje się introspektywny i autoironiczny; tym samym całość raczej niż na kiermasz osobliwości, składa się tu wreszcie na odważny i wyrazisty manifest artystyczny, niesamowicie, nawiasem mówiąc, przebojowy!


2022

37.

leikeli47 shape up

na swoim czwartym longplayu nowojorska raperka leikeli47 z powodzeniem wykorzystała słabości swojej wciąż sławniejszej konkurencji — złamany pazur bree runway, kreatywną chrypkę tierry whack, popowe uniesienie lizzo, zupę z kota azealii banks; jej shape up to trzy kwadranse naprawdę soczystych bangerów, zarapowanych ulicznie i zawadiacko, zwieńczonych nierzadko przebojowymi wyliczankami w refrenie, co jakiś czas przełamywanymi śpiewanymi elementami; aż trudno uwierzyć, że do shape up swoich trzech groszy nie dorzucili duchologiczni the neptunes, przeniesieni wehikułem czasu z 2002 roku do teraźniejszości; albo, że missy elliott nie pożyczyła leikeli swojego niepublikowanego bitu z epoki under construction; jak niegdyś ona, leikeli47 potrafiła nagrać rapową płytę, która jednocześnie jest szczera, charyzmatyczna i przebojowa ♪ „secret service”


2022

36.

danish string quartet prism iv

lubię tę popową niemal formułę serii płyt prism danish string quartet, lubię gdy premierę poprzedzają single i jak na każdej z płyt konstruują swój repertuar według tego samego klucza; stałymi elementami są miniaturka bacha i jeden kwartet smyczkowy beethovena — tym samym przy wcześniejszych odsłonach moją uwagę przyciągał w pierwszej kolejności element gościnny (tutaj drugi kwartet mendelssohna); prism iv stał się jednak dla mnie bramą przede wszystkim do obcowania z beethovenem, którego lubię zwłaszcza właśnie w kameralnej odsłonie, a jego repertuar jest nieprzebrany — na tym krążku znalazła się fantastyczna interpretacja jego 15. kwartetu, doskonale zestawiona zresztą z dość klasycznym w wymowie utworem mendelssohna; danish string quartet doskonale oddał dynamikę i złożoną emocjonalnie naturę tych kompozycji, ponadczasowo dramatycznych i delikatnych jednocześnie ♪ „beethoven’s string quartet no. 15: v. allegro appassionato”


2022

35.

tatsuro yamashita softly

nie spodziewałem się, że tatsuro yamashita wyda jeszcze płytę — nie myślałem o nim chyba już w kategoriach teraźniejszości czy tym bardziej przyszłości muzyki, nawet mimo tego, że co jakiś czas nagrywał piosenki do filmów; te zresztą zostały skrzętnie zebrane na tym krążku-zapisie ostatnich kilku lat procesu twórczego jednego z ojców city popu; softly nie jest pozbawione mankamentów, bywa nieznośnie ckliwe, ale w swoich najlepszych momentach dorównuje przebojowością i laidbackowym vibe’m klasycznym nagraniom z katalogu mistrza; tym samym jest to nie tylko pierwsza od dekady, ale przede wszystkim pierwsza od lat 90. udana płyta tatsa; żaden to zresztą pozbawiony merytoryki żer na nostalgii (zakropiony niedawnym sukcesem „plastic love”), ale garść zupełnie uprawnionych, dość słodko-gorzkich w wymowie refleksji odzianych w brzmienie jedynego w swoim rodzaju soundtracku do życia i kariery tatsuro yamashity ♪ „mirai no tēma”


2022

34.

bonny light horseman rolling golden holy

nigdy nie byłem miłośnikiem solowej twórczości anaïs mitchell, wokalistki tria bonny light horseman, wydawało mi się zresztą nawet, że to ze względu na brzmienie jej głosu, ale tegoroczna płyta grupy, której debiut przed dwoma laty zupełnie przegapiłem, przekonała mnie, że wcale nie; bo mitchell słucha się z dużą przyjemnością w tych dziesięciu bardzo klasycznych folkowych numerach podkręconych pastoralną poetyką z appalachów; dzięki niej właśnie rolling golden holy od pierwszego odsłuchu trafiło u mnie do tej samej kategorii płyt co debiut the little willies (z norą jones na wokalu) i pierwsza wspólna płyta planta i krauss; uwiodło mnie bogactwo aranżacyjno-harmonijne tego krążka przy zachowaniu pewnej prostolinijności — naturalnego biegu tego materiału; nie mam wątpliwości, że stoi za tym znakomita synergia mitchell z erikiem johnsonem z fruit bats (dla których też od kilku lat odsłaniam miękkie podbrzusze) i producentem joshem kaufmanem (aż dziw, że nie zrobił im tej płyty t-bone burnett!) ♪ „california”


2022

33.

kaelin ellis the funk will prevail

kosmiczna jazz-funkowa albumo-epka złożona z kilkunastu niesamowicie bujających miniaturek, którą trudno wrzucić do jakiejkolwiek konkretnej szufladki, ale nie da się odmówić jej magnetyzującego wajbu; trafiłem na nią przypadkiem latem, już kilka miesięcy po jej premierze, i nie mogłem przestać jej zapętlać aż do końca roku ♪ „cats food”


2022

32.

jim mcneely & frankfurt radio big band ft chris potter rituals

moje pierwsze odczucie względem rituals było takie, że płyta absolutnie odstaje od wszystkiego, co współcześnie się wydaje; najpierw patrząc na okładkę, pomyślałem o amerykańskim egzotycznie wystylizowanym easy listeningu z lat 50., a sama muzyka i ogólny anturaż krążka wcale mnie od tego nie odwiodły; dalej jednak zaczęło się gmatwać — tytułowy utwór podzielony na sześć części ma w gruncie rzeczy dość filmowy charakter — frankfurcki big band pobrzmiewa gershwinem, bernsteinem, herrmannem nawet, ale idzie o krok dalej mieszając żywiołowy, obrazowy third stream z elementami subtelnego, ale rasowego avant-jazzu; rzecz robi robotę, niekoniecznie w kontekście wydawnictw a.d. 2022, ale w kontekście xx-wiecznej muzyki bigbandowej w ogóle ♪ „rituals: sacrifice i”


2022

31.

lynn avery & cole pulice to live & die in space & time

chyba najciekawsza zeszłoroczna płyta próbująca łączyć ambient z kameralnym jazzem, a to całkiem konkretny komplement, bo było takich wydawnictw więcej; może to przez ten duchologiczny newage’owy płaszcz odznaczający się tu bardzo wyraźnie i utrzymujący pozostałe elementy w stałym pulsującym porządku; to muzyka do swobodnego dryfowania, dająca słuchaczowi przestrzeń do obcowania z nią lub, jak na dobry new age przystało, wysycająca naturę innych rzeczy, z którymi akurat słuchacz obcuje ♪ „plantwood (day)”


2022

30.

black midi hellfire

zjawisko roku, bez dwóch zdań, przynajmniej w społecznościach muzycznych nerdów, to jak pewna grupa słuchaczy jeszcze przede odsłuchem postawiła ten krążek na piedestale jako pomnik pokolenia, znak, że dzieje się jednak coś epokowego w smutnych czasach ich życia, a w kontrze znalazła się rzesza podważająca do samego rdzenia zasadność jakiegokolwiek zainteresowania tym projektem; ale jest też sama płyta, która, niezależnie od powyższego, najciekawiej wykorzystała gitary w tym kolejnym z nieżyczliwych muzyce gitarowej lat; jest to owszem rzecz intensywna, momentami kakofoniczna, ale umiejętnie operująca wentylami, znająca swoje ograniczenia i mimo wszystko traktującego swojego słuchacza łaskawie; byłem nawet bliski zamówienia sobie egzemplarza, ale uznałem, że docenienie formalnego kunsztu i faktyczna potrzeba obcowania z płytą to jednak dwie różny rzeczy ♪ „welcome to hell”


2022

29.

molly tuttle & golden highway crooked tree

zanim przejdę dalej, ustalmy jedną rzecz — istnieje osobny krąg w piekle dla osób, które z jakiegokolwiek powodu (z pewnością wyssanego z palca) wyśmiewają progresywny bluegrass; trzeba zresztą tę zasadę rozszerzyć o progresywny bluegrass w 2022 roku, nawet jeśli tylko ze względu na fenomenalny krążek molly tuttle i jej grupy golden highway; na crooked tree znajdziemy przekrój wszystkiego tego, co najlepsze z klasycznej odsłonie gatunku zrealizowane z najwyższym produkcyjnym wyczuciem — rzecz z jednej strony brzmi świeżo i współcześnie, z drugiej nie ma się poczucia, by ta współczesność odbierała muzyce ducha; tuttle zresztą ma wyczucie nie tylko w tej kwestii — na krążku pojawia się gościnnie szereg znaczących na scenie współczesnej americany artystów od margo price po gillian welch, ale żadne z nich nie przyćmiewa lub nie redefiniuje swoim udziałem biegu płyty ♪ „the river knows”


2022

28.

dawes misadventures of doomscroller

czasem mam wrażenie, że choć w wielu sferach otaczają mnie entuzjaści muzyki, ludzie, którzy świadomie poszukują czegoś, co ich zajmie emocjonalnie i estetycznie, jestem jedyną osobą w pomieszczeniu, która w ogóle kojarzy dawes; śledzę ich już od ponad dekady i choć w pewnym momencie wyczekiwałem stosownej okazji, by zaprezentować ich w mojej bańce, naturalnie doszedłem do wniosku, że chyba ich najlepsze nagrania już powstały i taki moment nie nadejdzie; nie mogłem bardziej się mylić; wydane w zeszłym roku misadventures of doomscroller to z dużym prawdopodobieństwem najlepszy album w ich obfitej ośmiopłytowej dyskografii; grupa, która jest dla mnie synonimem muzycznego bezpieczeństwa, bo bazuje w dużej mierze na klasycznej americanie, do tej pory ujmowała mnie przede wszystkim szczerą autorefleksyjnością; ich najlepsze piosenki to historie, które zmyślnie zaaranżowane i zaśpiewane głosem jedynego w swoim rodzaju taylora goldsmitha (w dużej mierze odpowiedzialnego, jestem tego pewien, za brzmienie ostatniego materiału jego żony — mandy moore) materializują się w głowie w postaci obrazów, do których powroty stają się po jakimś czasie synonimem powrotów do domu; tymczasem misadventures, wbrew tytułowi, to najbardziej śmiały artystyczny zwrot w ich dotychczasowym brzmieniu — to z jednej strony post-yachtrockowy anturaż aranżacyjny, z drugiej progresywne podejście do kompozycji z jam-bandowym zacięciem; co więcej dawes nie stracili nic ze swojej rozkosznej introspektywności, a jedynie poeksperymentowali z formułą, nadając całości bardziej naturalnego, dynamicznego i zaskakującego słuchacza biegu ♪ „ghost in the machine”


2022

27.

flo the lead

gdy pierwszy raz usłyszałem zeszłoroczną debiutancką epkę tria r&b flo the lead i ugięły się pode mną kolana, nie miałem wątpliwości; w głowie zaświecił mi się na czerwono wielki boomer alert, a przed oczyma stanęły mi te wszystkie rozkoszne nagrania początku lat 2000-nych brandy, christiny milian czy innej myi, za którymi niewątpliwie się stęskniłem; próbowałem zamieść rzecz po dywan, ale nie udało się; flo zrobiło na tej epce zbyt dobrą robotę; nie samo zresztą, bo za dziewczynami producencko i songwritersko stoi mnek, który kojarzy się z bardziej prostolinijnym popem, ale produkował już podobne rzeczy dla little mix czy k-popowego girlsbandu twice; całość nadzorowała zresztą wielka wytwórnia i choć sukcesu komercyjnego nie było, z pewnością białe kołnierzyki liczyły, że nostalgia za przełomem milenialnym, która napędza w tym momencie wiele z decyzji zakupowych obecnych 30- czy 40-latków wygeneruje odpowiednie zainteresowanie; fair enough! kolejne odsłuchy doprowadziły mnie zresztą po nitce do kłębka — mnek celował wyżej, cytując nie żadne płotki r&b, ale samego timbalanda w jego kreatywnym szczycie i nagrania, które zrobił dla aaliyah; flo co prawda nie miało prawa uchwycić tej transcendencji, którą słychać u nieodżałowanej baby girl, ale mnek-owi produkcyjnie udało się oddać ducha tamtych nagrań w zupełnie nowej odsłonie; no i super ♪ „not my job”


2022

26.

beach house once twice melody

nigdy nie byłem team beach house, słuchałem oczywiście ich płyt, ale jakoś do tej pory nie udało się tej muzyce dotrzeć do mnie emocjonalnie, aż do teraz; może to ja wyszedłem nieświadomie beach house na spotkanie, może to oni na tyle ewoluowali w swoim brzmieniu, a może otworzył się między nami obopólny worteks — w każdym razie wbrew przesłankom (wydawanie albumu na raty zawsze jest złym pomysłem) udało nam się wreszcie spotkać tam, gdzie wcześniej nie było nam dane tzn. na poziomie magicznym; to słowo chyba zresztą najlepiej tę płytę opisuje w takim sensie, że trudno uchwycić i nazwać to bardzo szczególne połączenie stylistyczno-produkcyjne, które na tę płytę się złożyło, a jednocześnie nie da się nie odnieść wrażenie, że jakkolwiek to złożono, działa; i to nie byle jak, utrzymuje się przez większość tych ponad 80 minut w znakomitej równowadze; być może to dzięki temu, że sygnaturowy podszyty shoegaze’m psychodeliczny dream pop beach house dopełniono tutaj melancholijnym synth popem, którego dotychczas w ich muzyce było mniej, ale sam wolę wierzyć, że to jednak magia ♪ „runaway”


2022

25.

aldous harding warm chris

zacznę od coming outu — przed tą płytą nie miałem za bardzo pojęcia kim aldous harding w ogóle jest — być może przez to przegapiłem formatywny dla niej krążek, ale ten zaintrygował mnie wiosną zeszłego roku na tyle, że do teraz nie pozostawił zbyt wiele przestrzeni, bym zainteresował się poprzednimi (co uświadomiłem sobie teraz i na pewno niebawem nadrobię) — zaczarował mnie swoją minimalistyczną kameralną aurą, niepozostającą jednak czymś jednostkowym, ale wykorzystaną, by pięknie zaaranżować i tchnąć w życie w naprawdę melodyjne i ciekawe folkowe piosenki; to trochę nowozelandzka odsłona ichiko aoby, ale dużo bardziej charyzmatyczna i różnorodna stylistycznie, meandrująca między przebojowym indie popem a wariacjami na dziedzictwie vashti bunyan; może dlatego wśród naprawdę niezliczonych zeszłorocznych singer/songwriterek aldous harding przemówiła do mnie najbardziej ♪ „she’ll be coming round the mountain”


2022

24.

group listening clarinet & piano: selected works, vol. 2

wszystko jest w tytule: fortepian i klarnet; może nie jest to najbardziej wirtuozerska z płyt kameralnych, ale to takie ciepłe, domowe pejzaże, które budują człowieka wewnętrznie, odcinając go od zgiełku codzienności co najmniej jakimś postawnym gęsto porośniętym groszkiem cukrowym wiejskim parkanem; to płyta, która idealnie odpowiedziała na moje podstawowe potrzeby nie tylko estetyczne, ale też życiowe ♪ „blue crystal fire”


2022

23.

louis cole quality over opinion

louis cole wykiełkował wreszcie z tego buzującego przez kilka sezonów coraz śmielej nasionka i w swojej finalnej formie jest w swoim brzmieniu i formie totalnie post-thundercatowy; to taki album-strumień świadomości, gdzie ciągle coś się dzieje, jeden pomysł wybucha w drugi, i tę szalonę strukturę trzeba albo lubić, albo mu ją wybaczyć, przyznając uczciwie, że przy 70 minutach i 20 numerach trudno by cole’owi było chociaż trochę nie pobłądzić; to zresztą, co ważne, zawsze jest błądzenie kreatywne; ja po kilku odsłuchach wreszcie absolutnie znalazłem z cole’m twórczą sztamę i zupełnie stoję murem za tą nieco ryzykowną koncepcją na płytę — mocno zresztą satyryczną na pewnym poziomie, trochę na szczęście pomaga znaleźć dla tego krążka słuchaczowi odpowiednią metodę ♪ „let it happen”


2022

22.

pva blush

debiut brytyjskiego tria pva to wypadkowa tr/st, ladytron i crystal castles, być może z pierwiastkiem the knife i niewątpliwą punkową inklinacją; to wszystko podane w zintensyfikowanej, ale nie łopatologicznej czy odtwórczej formie z dwójką wokalistów dialogujących, harmonizujących i zamieniających się rolami; to płyta na wskroś alternatywna, której nieobce są jednak atrybuty rasowego electropopu; muzyka ewoluuje, grupa ewidentnie dobrze bawi się, realizując kolejne pomysły na numery, ale koniec końców całość bez problemu znajduje wspólny mianownik ♪ „the individual”


2022

21.

perfume plasma

wydane jeszcze w 2020 roku „time warp” zdawało się sygnalizować długo oczekiwaną zmianę w brzmieniu perfume, które od 2014 coraz bardziej kręciły się w kółko mainstreamowego elektropopu na zachodnią modłę; był to być może najbardziej retrofuturystycznie brzmiący numer w dyskografii, która od samego początku parła silnie ku nowemu; wydana wreszcie w lipcu zeszłego roku plasma ma jednak wydźwięk znacznie bardziej synkretyczny, łącząc nowo odkrytką fascynację yasutaki nakaty łączeniem techno kayō z własnej roboty technopopem (czemu dał wyraźniejszy upust na grudniowym krążku capsule) ze wszystkim tym, co przez lata stanowiło fundament brzmienie perfume; pod tym względem plasma jest na swój sposób krążkiem-bliźniakiem jpn sprzed dekady, ale w tym kontekście jest to zwrot najzupełniej pożądany, zwłaszcza że trzon płyty stanowią nie aranżacyjne zabawy nakaty, ale naprawdę udane popowe piosenki, których perfume brakowało tak bardzo od lat ♪ „drive’n the rain”


2022

20.

brennen leigh & asleep at the wheel obsessed with the west

brennen leigh, którą kojarzyłem wcześniej z bardziej zachowawczym country podszytym gdzieniegdzie bluegrassem, zaskoczyła i zafascynowała mnie bez reszty, odważnie eksplorując western swing u boku wyjadaczy z asleep at the wheel; to jedna z tych płyt, co do których człowiek nie ma pojęcia, że ich potrzebował, dopóki ich nie usłyszy; nie przeczę, nie zaszkodziło to, że niewiele wcześniej zacząłem intensywnie eksplorować tiffany transcriptions boba willsa; i tak samo jak tam, tam i na obsessed with the west wszystko naturalnie składa się w całość, jak puzzle, które na naszych oczach same się układają; wszystko to jest szalenie urokliwe, odrobinę figlarne i okraszone niewielką dawką humoru ♪ „in texas with a band”


2022

19.

cave in heavy pendulum

gdyby nie to, że cave in zaangażowało się w trzecią część projektu z coverami townesa vana zandta w kurateli my proud mountain, pewnie nie sięgnąłbym po ich tegoroczny album; zwłaszcza biorąc pod uwagę ich rodowód sięgający połowy lat 90. i metalcore’owych korzeni, nie wyobrażałem sobie, że heavy pendulum może mnie zainteresować; z takim też nastawieniem rozpocząłem pierwszy (i w zamyśle jedyny) odsłuch, ale po dłużej chwili (płyta ma w sumie 70 minut) zorientowałem się, że to, co słyszę, podoba mi się bardziej niż powinno; gdy wróciłem do płyty pod koniec roku, by tym razem finalnie się z nią rozprawić, po raz kolejny mnie zaczarowała; słuchałem co prawda jako małolat jakichś soadów i ratmów, ale szeroko pojęty alt-metal nigdy nie był moją stylistyką; heavy pendulum ma jednak dwa przymioty, które znakomicie mi pasują — synergię między wokalistami oraz sludge’owo-stonerowe gitarowe riffy, które swego czasu pokochałem za sprawą mastodona i w jakiś dziwaczny sposób ten krążek jest najbliższy ich klasycznemu okresowi (od leviathana do crack the skye), jeśli przymknąć oko na brak progresywnych zapędów, co mnie osobiście nie przeszkadza; można by pewnie obciąć ten krążek o kilka numerów, ale nawet w takiej formie udało mu się przypomnieć mi, czego tak bardzo ostatnio brakowało mi w gitarowych płytach ♪ „floating skulls”


2022

18.

denzel curry „walkin”

truskulowy denzel curry to mój ulubiony denzel curry, a w „walkin” zrealizował ten koncept na 150%; nawet bardziej niż jego bezkompromisowy rant na opresyjny system podoba mi się sposób w jaki klei wersy i sunie po tym srogim, ale jednak podszytym bardzo lekkim wokalnym samplem kreatywnie wygrzebanym w dyskografii keitha mansfielda; to wystarcza, żeby zrównoważyć wkurw denzela płonną, ale jednak realnie obecną między wierszami tego numeru nadzieją na zmianę; gdybym był raperem, chciałbym robić właśnie takie numery jak ten


2022

17.

beyoncé renaissance

nie chcę się ścigać na analizy ostatniego krążka beyoncé, bo nie słuchałem go pod tym kątem; jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak piosenkarka zrobiła największą stylistyczną przewrotkę swojej kariery, wciąż pozostając absolutnie charakterystyczną; ryzyko w zupełności się opłaciło — krążek był w zeszłym roku na ustach wszystkich, okazał się sukcesem komercyjnym i krytycznym, no i przede wszystkim siadł jako płyta, broniąc się i w całości, i we fragmentach; beyoncé emanuje seksualną energią, na której buduje koncept absolutnie w zgodzie z paradygmatem 2022 roku; to cholernie jakościowy album, po raz kolejny podnoszący poprzeczkę dla całej sceny popowej i samej beyoncé ♪ „church girl”


2022

16.

capsule metro pulse

gdyby mi ktoś powiedział, że w 2022 roku yasutaka nakata wyprodukuje nie jeden, ale dwa świetne krążki, kolejno dla tria perfume i własnego projektu capsule, nie uwierzyłbym mu; ten najbardziej wyrazisty ze współczesnych japońskich producentów nie miał dobrej ręki od niemal dekady; tymczasem w trakcie pandemii postanowił powrócić do korzeni, tzn. kreatywnego łączenia tego, co futurystyczne z tym co retro, dzięki czemu wydostał spisane dawno na straty capsule z electro-house’owej ślepej uliczki; metro pulse to wielopłaszczyznowy progresywny synthwave’owy krążek, którego mocną stroną są zarówno złożone produkcyjnie syntezatorowe pejzaże, jak i bezkompromisowe popowe refreny; wszystko to osnute zostało zresztą zupełnie namacalnie dziedzictwem japońskiego technopopu — czerpiąc po kolei ze złotej ery ymo, przez elektroniczny odłam shibuya-kei, przez bitpopowe fascynacje po klasyczneg nagrania samego nakaty zrealizowane dla capsule, perfume czy kyary pamyu pamyu; metro pulse brzmi jak synteza wszystkiego tego, co w dorobku mistrza najlepsze w kompaktowej niespełna trzykwadransowej odsłonie ♪ „future wave”


2022

15.

angel olsen big time

zwrot angel olsen w stronę tradycyjnego country to coś, co na swój sposób przeczuwałem od pewnego czasu, ale nie potrafiłbym tego świadomie przewidzieć; jedna z najciekawszych singer-songwriterek zeszłej dekady potrafiła soczyste, rozmarzone, na wskroś amerykańskie aranże podpatrzone u mistrzów nashville sound wykorzystać, by podkreślić melancholię swojego obecnego ja znacznie lepiej niż próbował zrobić to father john misty na chloë and the next 20th century; jednocześnie melodycznie i tematycznie (w kontemplacji osobistej straty) bliżej jej do townesa vana zandta niż do mainstreamowej odsłony country, co dopełnia autorskiego charakteru i wielowarstwowości big time; to, że nie udało się go zmieścić po dwóch stronach jednej płyty winylowej to jego jedyny poważny mankament ♪ „through the fires”


2022

14.

zguba znój

dałem się złapać i to na dobre; znój to naprawdę fascynujący krążek polepiony po basinskiemu z zapętlonej taśmy, ale mający w sobie coś niesamowicie romantycznego, czy kinematycznego, być może dzięki wykorzystaniu fragmentów muzyki liturgicznej, ale także w samych harmoniach przenikających się post-kakofonicznie płaszczyznach syntezatora; z jednej strony to dość tanie, z drugiej efekt jest tak niesamowity, że nie da się pokazać tej płycie środkowego palca; przeciwnie, to jedno moich z najprzyjemniejszych, najbardziej beztroskich okołoambientalnych doświadczeń muzycznych minionego roku; piękna płyta ♪ „łaska”


2022

13.

bill callahan reality

stary wyjadacz bill callahan najpierw po dream river kazał mi czekać sześć lat na kolejną płytę, a później wrócił niby swój, ale zupełnie nieswój; dopiero prawie dekadę później na reality udało mi się wejść z jego muzyką w jakiś dialog; wcześniej śpiewał obok mnie, nareszcie śpiewa do mnie, a ja go rozumiem — takie były moje pierwsze refleksje po odsłuchu krążka w któryś raczej chłodny październikowy wieczór; cieszę się, że znowu mu się nie śpieszy, bierze długie oddechy między kolejnymi wierszami, a kolejne utwory snują się kreatywnie w tradycji jego klasycznego repertuaru; przyjaciółka, z którą dzielimy się callahanem, stwierdziła, że są tu też momenty, w których bill przeobraża się na powrót w smoga i faktycznie coś w tym jest; ta dwoistość dodaje płycie charakteru, w przeciwnym razie callahan jest ostrożniejszy niż dziesięć lat temu, nadal rzutki, ale już nie tak zwinnie żonglujący formą, jak wtedy; ale to wciąż piękna płyta przewidziana, by wracać do niej co rusz w całości lub we fragmentach przez długie lata, a takie właśnie płyty sam lubię najbardziej ♪ „last one at the party”


2022

12.

j.i.d the forever story

nie jestem fascynatem hiphopowego storytellingu, owszem, lubię dobre historie w piosenkach, ale kto nie lubi; oczywiście ta sentymentalna podróż do czasów dorastania robi robotę także w tym kontekście, ale j.i.d, wcześniej może nie tyle anonimowy, co nieulubiony, a może nawet nierozpoznany, przekonał mnie mnie do siebie inaczej — the forever story jako krążek otwarcie mainstreamowy potrafił jednocześnie wykorzystać dość organiczne elementy, na czele z neo-soulowymi refrenami i jazzującymi aranżami, co nie tylko zabrzmiało dosyć nostalgicznie, jak wehikuł do conscious rapowej końcówki lat 90., ale przede wszystkim stało się znakomitym nośnikiem emocji; wszystko to znakomicie zresztą zrealizowano, z nie tylko błyskotliwie, ale też imponująco sunącym po swoich bitach j.i.d ♪ „surround sound”


2022

11.

conan evidence of immortality

nie słuchałem conana od lat i nie sądziłem, że cokolwiek mnie w ich ostatniej płycie zachwyci — przyzwyczaiłem się, że ostatnio doommetalowe wydawnictwa głównie mnie rozczarowują — albo gitarowym riffom brakuje im miąższości, albo z niezrozumiałych względów dryfują w stronę folku; evidence of immortality nie jest co prawda kamieniem milowym gatunku, ale nie popełnia żadnego z tych błędów; potrafi dorzucić do pieca, kiedy trzeba, ale z umiarem, by w stosownym momencie wywołać fale psychodelicznych gitarowych burdonów; zbacza z tego toru w kończącym grief sequence eksperymentującym z organowym motywem, co stanowi ciekawe postscriptum w przeciwnym razie bardzo intensywnego i ciężko osadzonego gitarowo krążka; obowiązkowa pozycja dla fanów dopethrone electric wizard ♪ „levitation hoax”


2022

10.

elvis costello & the imposters „what if i can’t give you anything but love?”

po znakomitym look now z 2018 elvis costello i jego the imposters wydali kolejną szalenie witalną i przebojową płytę, jakby czas zatrzymał się tych czterdzieści lat temu (tylko produkcja poszła naprzód, bo choć aranże i melodie są podobne, brzmienie absolutnie nie odstaje od dzisiejszych standardów); i pewnie umieściłbym tę płytę gdzieś w tym zestawieniu w całości, gdyby nie to, że znalazło się na niej „what if i can’t give you anything but love?” — utwór, który nieśmiało zanotowałem sobie, by wrócić do niego później, przy jednym z pierwszych odsłuchów; a gdy wreszcie odkopałem tę notatkę i wróciłem, przepadłem; upijałem się tą krzywą, kopniętą, pijaną melodyką bardziej i bardziej dzień w dzień przez kilka tygodni; mam słabość do walczyków (także tych gitarowych), ale kopnięte garażowe walczyki to poziom, nie, dwa poziomy wyżej! uszyma wyobraźni słyszę akompaniujące kameralnej wersji smyczki zaaranżowane przez vana dyke’a parksa; szczerość i bezpośredniość costello to jedno, facet jest z formie, nie ma z czym dyskutować, ale jednak to w popapranej melodyce, poprzestawianych akcentach dodatkowo podbitych szalonymi akordami w refrenie drzemie sedno tej kompozycji, tak zwyczajnej i tak nadzwyczajnej zarazem


2022

9.

naked flames miracle in transit

to najbardziej satysfakcjonujący elektroniczny przelot 2022 roku; intensywne dźwiękowo-emocjonalne doświadczenie wywołane przez nieoczywisty splot rozmaitych odcieni house’u, trance’u, techno, dubu i ambientu; wszystko splecione ze sobą w sposób nadzwyczaj ścisły i nadzwyczaj konsekwentny — zupełnie jak w tytule (i na okładce) miracle in transit to aktywna kontemplacja miejsca (i momentu) styku, który sprawia, że powstaje coś nowego — w tym przypadku brzmiącego zarówno znajomo, jak i świeżo; wszystko podbite jest bardzo świetlistą i optymistyczną energią, dzięki czemu nie ma tutaj przestrzeni na żadne bad tripy ♪ „miles of conkers”


2022

8.

joel ross the parable of the poet

joel ross nie próżnuje; zdolny wibrafonista w kwietniu nagrał dla blue note kolejną ujmującą płytę the parable of the poet, która łączy w sobie rozmaite odcienie klasycznej post-bopowej estetyki; nie uświadczycie tutaj szalonych wyskoków w stylu rozlicznych projektów shabaki hutchingsa, to raczej harmonijna, może nawet trochę refleksyjna płyta, niewątpliwie wyważona i wysmakowana, co nie znaczy wcale, że niewiele się na niej dzieje; także za sprawą tego, że jako wprawny bandleader ross pozostawia grupie swoich instrumentalistów sporo przestrzeni, którą oni z kolei dzielą się z słuchaczem; dlatego krążka słucha się tak dobrze, bo gdy ma angażować, angażuje, ale potrafi też odpuścić i pozwolić słuchaczowi nacieszyć się tym, co właśnie słyszy; a słychać rewelacyjną synergię między muzykami i pomimo tego, że odważniejsze momenty dzielą tutaj miejsce z fragmentami o dość stonowanej naturze, nie ma wątpliwości, że wszystkie one współtworzą jedną całość; wszyscy ci, którzy swego czasu zatracili się w the epic kamasiego washingtona z pewnością także na nowej płycie rossa znajdą coś interesującego dla siebie; ja sam szukałem tej płyty wytrwale całą jesień i w końcu znalazłem ♪ „benediction”


2022

7.

ghais guevara there will be no super-slave

ghais guevara, wcześniej znany jako jaja00, to bez wątpienia jeden z najbardziej ekscytujących raperów minionego roku; bezkompromisowy, zaangażowany politycznie, obdarzony ponadprzeciętnym flow 22-letni raper na swoim przełomowym krążku there will be no super-slave śmiało połączył boom bap z trapem, z zaangażowanymi tekstami zestawiając popwe sample przełomu milenialnego pożyczone od brandy, *nsync, keyshii cole; i zadziwiająco wszystko to wybrzmiało nie tylko wyraziście i ciekawie, ale wręcz ekscytująco i świeżo; guevara znalazł trzecią drogą w hip hopie dotychczas zbyt często skazanym na wybór między nowym a starym, prawdziwym a pozowanym, niezależnym a przebojowym ♪ „sir douglas mawson”


2022

6.

red velvet „feel my rhythm”

red velvet sięgnęły po sampel z bacha, który wcześniej zabiło dla nas radio wraz z „everything’s gonna be alright” sweetbox i skutecznie go wskrzesiły; dwie wydane w tym roku epki miały swoje słabsze i lepsze momenty — „feel my rhythym” to był moment triumfu przede wszystkim metapopowej synergii, która w takim kolorowym mainstreamowym wydaniu kwitnie już chyba tylko w azji; bach dodatkowo ożywił i uprawomocnił duchowo całkiem przestrzenną i fikuśną, ale jednak na swój sposób powtarzalną produkcję i stanowił znakomity (hehe) kontrapunkt dla bardzo aegyo energii grupy; brzmi to wszystko jakby ktoś wrzucił w jeden numer bacha, k-popowy girlsband, timbalanda i skrillexa, a wszystko nie tyle zmiksował, co poszatkował precyzyjnie i posklejał kreatywnie nie w jakiegoś stylistycznego frankensteina, ale w tętniącą życiem, błyskotliwą całość; takie rzeczy tylko w korei


2022

5.

širom utekočinjeni prestol preprostih

z początku przekonała mnie psychotyczna uśmiechnięta ryba, pomyślałem, że kto jak kto, ale ona nie może się mylić; to enigmatyczne (i nieznane mi zresztą wcześniej wcale) trio ze słowenii brzmi jakby domorośli folkowcy gdzieś z kaukaskiego pogranicza próbowali coverować godspeed you black emperor! to oczywiście duże uproszczenie, ale szybko zacząłem się zastanawiać dlaczego w dość podobnym anturażu godspeed brzmiało dla mnie technicznie i zimno, a tu mi się poliki rumienią i coś w głowie mi szaleje tak przyjemnie -- bo to, co tam było monolitycznie apokaliptyczne tutaj jest plemienne i szczebiotliwe; pomimo wydumanej formuły, w które funkcjonują głównie długie, kilkunastominutowe kompozycje, jest w tym wszystkim lekkość i szczerość; a rzecz mimo tego, że intensywna szalenie, dzięki post-minimalistycznym perkusjonaliom ma w sobie coś pogodnego; cudowna płyta zupełnie spoza jakiejkolwiek szufladki ♪ „prods the fire with a bone, rolls over with a snake”


2022

4.

daniel rossen you belong there

to jedna z tych wspaniałych ponadczasowych płyt, które robiąc krok w tył, idą w istocie krok naprzód; na swoim pełnoprawnym solowym debiucie wokalista będącego w stanie rozkładu grizzly bear przemierza przynajmniej półtorej dekady do trudnego do uchwycenia jednoznacznie momentu między yellow house z 2006 a veckatimest z 2009 roku, aby wykorzystać charakterystyczną dla zespołu kanwę połamanego psychodelicznego folku i w kreatywnym anturażu podążyć swoją odrębną drogą — bardziej kameralną i progresywną; nie jest może tak popowy w swoich kompozycjach, ale udaje mu się zachować poetykę klasycznego okresu swojej macierzystej formacji, kreatywnie rozszerzając ją w stronę psychodelicznej awangardy; to najpiękniejsza odsłona tego charakterystycznego brzmienia od kilkunastu lat, wspaniały czarny koń muzycznego podsumowania zeszłego roku ♪ „i’ll wait for your visit”


2022

3.

official hige dandism „mixed nuts”

official hige dandism to jedna z bardziej popularnych pop rockowych japońskich grup ostatnich lat, którą z pewną przyjemnością, ale także dość krytycznie obserwuję od 2018 roku; dotąd nie traktowałem ich zbyt poważnie, ale przy okazji singla „mixed nuts” pokazali mi, jak bardzo ich nie doceniłem; zwłaszcza biorąc pod uwagę, że numer trafił na szczyt japońskiego hot 100, melodycznie i aranżacyjnie rzecz jest absolutnie nie do przyjęcia gdziekolwiek indziej; owszem kawałek jest z gruntu popowy, chłopaki robią w drugiej zwrotce to, co tak fantastycznie wyszło cero w „nemesis” przed rokiem (inkorporują trapowy bit do numeru ze z gruntu innej bajki), ale całość wykorzystanego przez nich anturażu jest porażająca — zaczynają od avant-fusion-jazzowego intra, która na tej stylistycznej podbudówce, jak na fali szczytowej, pędząc z ogromną pewnością siebie, dobijają do refrenu, gdzie wybuchają w stylu tokyo jihen jazz-rockową feerią, oczywiście wciąż trzymając się popowej konwencji; nawet jeśli melodycznie przegryzionej przez japońską wrażliwość, wciąż jednak dość uniwersalnej; taka to orzechowa mieszanka, bynajmniej nie studencka


2022

2.

cécile mclorin salvant ghost song

cécile mclorin salvant to jeden z najbardziej fascynujących głosów nie tylko współczesnej sceny jazzowej, ale wokalnego jazzu w ogóle; jej zeszłoroczna płyta ghost song to najbardziej autorski zwrot w jej dotychczasowej karierze — w dużej mierze odejście od klasycznie pojmowanego jazzu w stronę własnej synkretycznej koncepcji muzyki — parasolem na tyle pojemnym, na ile rozległe są zainteresowania samej artystki; to showcase w zupełności godny jej talentu — wielowątkowy, żywy, niepozbawiony emocji; żaden tam koncepcyjny cykl piosenek, ale wyrazisty zestaw ze swadą konfrontujących się wzajemnie utworów rozmaitych maści; niezależnie od tego czy śpiewa stinga czy kate bush, salvant wszystko, co interpretuje, czyni swoim własnym; doskonale potrafi zresztą te wcale nie nieliczne covery wpleść w bieg płyty tak, że mniej wnikliwy słuchacz stwierdzi z przekonaniem, że to przecież śpiewa cécile mclorin salvant! nie inaczej! ♪ „thunderclouds”


2022

1.

jeremiah chiu & marta sofia honer recordings from the åland islands

bałtyk jest naprawdę moim morzem i wcale nie dlatego, że zmuszony byłem spędzać nad nim kolejne letnie urlopy jako dzieciak, choć to z pewnością miało też swój udział; lubię tę jego kapryśność względem oczekiwań naszych turystów, to jak nie daje im zapomnieć, że nie jest ciepłym morzem, o którym oni marzą; i że urlop nad bałtykiem to wiatr i deszcz; chciałbym kiedyś go objechać wzdłuż linii brzegowej, a po zagłębieniu się w dźwiękowe krajobrazy recordings from the åland islands odwiedzić także należące do finlandii wyspy alandzkie, na których jeremiah chiu i marta sofia honer spędzili kilka tygodni najpierw w 2017, później w 2019 roku, początkowo wcale nie z zamiarem nagrania tej płyty; specyficzny urok raczej odludnego, surowego miejsca zrobił jednak swoje i wkrótce muzyka zaczęła tworzyć się sama — w dużej mierze z improwizowanych sesji i nagrań terenowych, zmiksowanych później razem, ale bez dogrywania czegokolwiek — to nie pozostałoby wierne aurze wysp, dałoby się te fałszywe dźwięki wychwycić; a tak, jest to jedna z najbardziej szczerych płyt, jakich doświadczyłem w ogóle, także dlatego, że nie jest to wyreżyserowany monolit, ale raczej dokument, na który składają się różne pejzaże i towarzyszące im odczucia; ilekroć, włączam ten płytę, mimowolnie przenoszę się na zimną bałtycką wyspę, staję poza czasem i poza światem; wszystko zostało oczywiście pieczołowicie zorganizowane, żeby te odczucia przekazać, muzycy wykazali się w tej kwestii olbrzymim wyczuciem, bo z jednej strony nie próbowali swojej obecności na płycie zakamuflować, z drugiej nie chcieli zaburzyć naturalnego biegu muzyki, którą wraz z nimi napisało tamto miejsce ♪ „under the midnight sun”


Opublikowano

Melanż: 40 utworów — mojego życia, jak dotąd, być może

2021

Melanż

Gdy dawno temu odkryłem w internecie serwisy do katalogowania, oceniania i opiniowania płyt, filmów, książek, czułem, że od tamtej chwili moje życie stanie się lepsze. Nie myślałem wówczas o nich jako o potencjalnych źródłach rekomendacji, skupiłem się na pierwotnej funkcjonalności porządkowania własnej rzeczywistości. A że ta wymagała uporządkowania, nie miałem wątpliwości. Robię to do dzisiaj, bo pomaga mi to zbudować jakiś namacalny szkielet tego, co nienamacalne — system pomocy wizualnych dla otchłani własnych myśli. Ten wpis to na swój sposób odnoga tego podejścia — bezustannego katalogowania wszystkiego. Ale pomimo tego, że katalogowanie pozwala mi odpocząć (bo nie muszę o wszystkim pamiętać), nie jestem zwolennikiem zamkniętych i przesadnie standaryzowanych systemów wyrażania opinii. Sprowadzanie zniuansowanych, czasem ambiwalentnych odczuć, emocji, uczuć, przemyśleń do 3/5 to zwykłe barbarzyństwo. Zakładając oczywiście, że mamy coś sensownego do powiedzenia albo przynajmniej, że czujemy się z tym jakoś, nawet jeśli nie umiemy w pełni tego oddać. W przeciwnym razie to zaledwie przesunięcie środka ciężkości w stronę jakiejś gry pozorów, w której barbarzyństwo stanowi kamuflaż.

Dlatego od czasu do czasu staram się uchylić maski, spojrzeć w lustro i wypowiedzieć pełnym zdaniem, co uważam za jakie i dlaczego. Najtrudniej zawsze idzie mi opisywanie rzeczy, do których mam stosunek emocjonalny, choćby piosenek, które zdążyły zmienić się w obrazy. Postanowiłem więc w ramach ćwiczeń opisać pokrótce czterdzieści obrazów towarzyszących moim być może czterdziestu ulubionym piosenkom. A jak to się stało, że to akurat te piosenki i w takiej kolejności? Barbarzyńskimi metodami sumowania i mnożenia wyników kilkunastu list sporządzanych metodycznie rokrocznie w okolicy czerwca sierpień zeszłego roku wypluł taką listę. Odrobinę z nią polemizowałem, nadal widzę do tej polemiki przestrzeń. Może się więc okazać, że rzeczywistość, którą opisuję, nie jest już wcale tą, którą jestem w stanie wymacać wokoło. Musimy się jednak wszyscy bezapelacyjnie na to zgodzić z tego tylko prostego powodu, że życie jest pracą w toku z góry skazaną na brak satysfakcjonującego zakończenia. Te zostawmy zatem sztuce.

Opisy obrazów, które widzę lub czuję bywają abstrakcyjne, ale bywa też, że łopatologicznie kroczą po śladach oryginalnych tekściarzy. Może niektóre mogłyby stać się zalążkiem większych historii, może nie. Faktyczne obrazy, które im tu towarzyszą, a na których dodatek zdecydowałem się na długo po tym, gdy skończyłem już układać same historie, to kolejny poziom abstrakcyjnego melanżu, przetwarzający idee i uczucia jeszcze inaczej. Wybrałem je nie bez powodu, to często obrazy moich ulubionych artystów, ale ich związek z muzyką i historiami jest kompletnie wrażeniowy. Ale właśnie o tę wrażeniowość tutaj chodzi. Nie zniosę kolejnych opisów muzyki, gdzie recenzent udaje chiruga, robiąc wiwisekcję tego, co sam wysłyszał. To odtrutka, podszyta przeklętą matematyką, owszem, ale tylko dlatego, że nie chciałem spartolić tego bardziej niż musiałem. A może musiałem bardziej niż chciałem?


Melanż

Hester Cox, Szemranie

40.

Bill Callahan „Too Many Birds” 2009 [♪]

Stary dąb na skraju pola obsiadły czarne ptaki, może wrony i siedzą. I te ptaki przelatujące z gałęzi na gałąź, tłoczące się na rozłożystej koronie opowiadają historię, jakiej nie opowiedział żaden człowiek. Próbujesz ją zintepretować. Wtem znikąd pojawia się dzieciak i rzuca w ptaki kamieniem, na co wszystkie zrywają się do lotu. Niebo czernieje w oczach.


Melanż

Francis Bacon, Autoportret, 1970

39.

The Smiths „The Boy With a Thorn in His Side” 1985 [♪]

Jedna z finałowych scen „Lata ’85” Ozona, gdy główny bohater tańczy na grobie swojego zmarłego chłopaka. Tamten wcześniej kazał mu przysiąc, że to zrobi, ale nie dlatego tańczy. To był jedynie asumpt. Tańczy, by wyrazić ten krzyk, którego nie da się już wyrazić krzykiem. Tym chłopakiem jest młody Morrissey, a jego zmarłym kochankiem Oscar Wilde, którego będzie cytował każdym słowem i gestem już do końca życia. Gdy chłopak wraca przez miasto z cmentarza, jego prochowiec faluje nieznośnie na wietrze, a on całym sobą nie przestaje krzyczeć, choć ani na chwilę nie otwiera ust. Nie pozostało mu już nic do powiedzenia.


Melanż

Pocztówka z Poznania lat 80.

38.

Alibabki „Zagrajmy w kości jeszcze raz” 1976 [♪]

O nieprzyzwoicie późnej porze, możliwie przy akompaniamencie gwieździstego nieba i ośmielającej samotności odbywa się uliczny taniec w pojedynkę. Z pas de bourrée wzdłuż krawężnika, a może nawet jazzowym zakończeniem przed opuszczoną budką na wózki sklepowe na parkingu przy supermarkecie. W głowie wciąż szumi wino, a gardło drapie od papierosów. Latarnie to rozświetlają się, to gasną jedna po drugiej, zanim na horyzoncie zacznie majaczyć świt.


Melanż

Oscar Kokoschka, Śpiąca kobieta, 1917

37.

Stevie Wonder „You Are the Sunshine of My Life” 1972 [♪]

Jest letnia noc tak upalna, że masa bitumiczna na ulicach topi się od ciepła, które sama oddaje niczym miejskie morze. Pewne i czarne, poruszające się ze stałą dynamiką, nieśmiało tylko falujące, gdy spod gramofonowej igły dochodzą uszu ciche dźwięki pierwszej tej nocy piosenki, która ma zostać uwieczniona na tym obrazie już na całe życie.


Melanż

Willem de Kooning, Weekend u państwa Krisherów, 1970

36.

Chet Baker „I Fall in Love Too Easily” 1954 [♪]

Szary wczesnomarcowy poranek jest zatopiony w mlecznej mgle, a jegomość w płaszczu sunie energicznym krokiem, pokonując w lekkim podskoku kolejne betonowe krawężniki. Podniesiony kołnierz skutecznie chroni go przed zimnym wiatrem i skwaszonym spojrzeniem mijanej pod drodze staruszki. Mimo utrzymującego się wciąż lekkiego mrozu dla niego już znów zaczęła się wiosna.


Melanż

Rene Magritte, Prace Alexandra, 1950

35.

Lauryn Hill „Everything Is Everything” 1998 [♪]

Znowu coś remontują. W upalny sierpniowy poranek obudził go odgłos młota pneumatycznego, a może piły łańcuchowej. Wygląda przez okno i nie może uwierzyć, że grupa robotników w żółtych kaskach i odblaskowych kamizelkach wycina ogromne drzewo rosnące na podwórku jego bloku — jedyne, które jeszcze uchowało się w tym miejscu. W ciągu kilku następnych dni zaleją to wszystko bezrefleksyjnie betonem i nigdy więcej tu nie wrócą. Nie dowiedzą się więc, że wkrótce ten beton popęka, a przez szczeliny przebiją się młode pędy.


Melanż

Joaquín Sorolla, Falochron, San Sebastian, 1918

34.

Van Dyke Parks „The All Golden” 1968 [♪]

Nim wszystek zaszło, wielkie czerwone słońce pokolorowało sąsiadujący z nim skrawek nieba różem, fioletem i pomarańczem. W powietrzu czuć już typowy dla tej pory jesienny chłód. Tymczasem w pobliskim porcie, świadku tego słonecznego pożegnania i wielu innych — ludzkich, olbrzymi statek daje znać załodze i pasażerom, że za kilka krótkich chwil wybije z portu, by przez wiele dni kołysać się na falach bezkresnego oceanu.


Melanż

Saito Kiyoshi, Deszcz, Paryż, 1955

33.

Étienne Daho „Des heures hindoues” 1988 [♪]

Miasto wreszcie oddycha. Gęste szare chmury kłębiące się nad dachami szeregowców, kamienic i bloków z wielkiej płyty od kilku godzin przed wieczorem wreszcie odważyły się spoufalić z tym betonowym, nadzwyczaj ruchliwym kawałkiem świata. Ulewny deszcz na dobre zakończył wielotygodniowe upały, na które zaczęli narzekać już wszyscy, nawet najwięksi lokalni miłośnicy tropików. Woda zmyła kurz ulic, zakończyła wietrzny żywot topolowych puszków, posprzątała ślady kocich harców w dziecięcych piaskownicach. Miasto wreszcie oddycha.


Melanż

Joan Miró, Czerwony dysk, 1960

32.

Grizzly Bear „Two Weeks” 2009 [♪]

Gdy dni stają się tak krótkie, że okalające je noce bez trudu wpadają sobie w objęcia, zajmuję się śnieniem. Nawet gdy nie morzy mnie sen, w ciemnym pokoju tworzę senny bastion — z poduszek formuję mury, których nie jest w stanie sforsować żadna realna mara, żaden rzeczywisty koszmar. Tak obudowany szczelnie przykrywam głowę kocem i otwieram szeroko oczy, by ujrzeć dalekie światy, do których droga prowadzi przeze mnie, a których nigdy indziej nie mógłbym zobaczyć.


Melanż

M.C. Escher, Trzy światy, 1955

31.

Tamao Koike „Kagami no naka no jūgatsu” 1983 [♪]

Październik zdewastował oblicze uroczego parku, w którym jeszcze chwilę temu popołudniami zwykłem czytać. Ogołocił drzewa z liści i przykrył niby kołdrą nieprzejednaną warstwą chmur smutnych, groźnych, może zupełnie nijakich. Alejki najpierw zasypał zwiędłymi liśćmi, a wkrótce potem zalał mlecznobiałą mgłą tak, żeby doszczętnie skołować błądzącego mnie. Żebym uwierzył, że jedyne wyjście z październikowej matnii jest jednocześnie wejściem głębiej w nią. Jak bezdomny umierający na mrozie z zimna odczuwający nagłą pulsującą błogość, tak i mnie październikowy krajobraz miał uwięzić po drugiej stronie lustra.


Melanż

Georgia O’Keeffe, Nowy Jork nocą, 1929

30.

David Bowie „Heroes” 1977 [♪]

To miasto dziś nie zaśnie. Ja nie zasnę, a dziś ja jestem tym miastem. Jestem światłem ulicznych latarni migających przed oczyma pasażerom sportowego coupe sunącego drogą donikąd. Jestem niekończącą się linią poprzecznie ułożonych podłużnych betonowych kostek, krawężnikiem, o który potknęła się laska w szpilkach i rozdarła z jednej strony kusą cekinową kieckę. Jestem hydrantem, o który opierał się porobiony koleś, gdy po raz trzeci po drodze na przystanek pozbywał się w wielkich męczarniach soków żołądkowych. Jestem gęstym dymem trawy unoszącym się na ledwie podświetlonych klatkach schodowych i za obskurnymi drzwiami z dykty tysiąca i jednego mieszkań. Jestem snem o śnie w jeszcze innym śnie. Spełniam się, pozostając niespełniony.


Melanż

Henri de Toulouse-Lautrec, Wiejska przejażdżka, 1897

29.

Vashti Bunyan „Swallow Song” 1970 [♪]

Wczesny wrześniowy poranek. Na polnej drodze w objęciach rzednącej mgły i bulgoczącego pod kołami błota zjawia się wóz konny. Woźnicą jest młoda kobieta ciepło otulona wielobarwną chustą w kwieciste wzory. Obok niej spokojnie leży mały biały pies ze sterczącymi zawadiacko uszami w brązowe łaty, trochę jeszcze śpiący, ale czujnie obserwujący przelatujące w oddali jaskółki. To będzie ładny, choć chłodny dzień. Lada chwila znowu przyjdzie zima. Gdzie podzieją się wtedy jaskółki?


Melanż

L.S Lowry, W drodze do pracy, 1943

28.

Harry Nilsson „Gotta Get Up” 1971 [♪]

Gdzieś na przedmieściu dużego amerykańskiego miasta naszkicowano czarną kreską typowy dom z przedmieścia dużego amerykańskiego miasta. Obrys wypełniono farbami plakatowymi — trawnik na zielono, niebo na niebiesko, słońce na żółto. Gdy wrysowano w środek ludzi, ci najpierw głównie tańczyli, jedli i pili. Zapraszali innych ludzi, z którymi tańczyli, jedli i pili, ale któregoś dnia znudzeni być może tańcem, jedzeniem i piciem, sami dorysowali sobie szare garsonki i garnitury, i rozeszli się gdzieś poza szkic, wracając do rysunkowego domu coraz rzadziej, a w końcu już wcale.


Melanż

Edvard Munch, Stary kościół Aker, 1881

27.

Virginia Astley „A Summer Long Since Passed” 1983 [♪]

Akcja utworu rozgrywa się dawno temu, albo najlepiej gdzieś poza czasem, w małej miejscowości gdzieś na angielskiej albo francuskiej prowincji, z porośniętymi szacownym bluszczem kamiennymi murami i zadbanymi ukwieconymi gankami. Jest późna jesień, wczesna wiosna albo Boże Narodzenie, a z dużym prawdopodobieństwem wszystkie one jednocześnie. Miejscowość pogrążona jest w nadal porannej mgle, dlatego nie można tego ocenić. Panuje cokolwiek uroczysta atmosfera. Mieszkańcy gwarno wylegają na ulice, by wspólnie udać się na poranne nabożeństwo do niewielkiego białego kościółka nieznanego wyznania górującego nad mieściną z niewielkiego wzniesienia. Kobiety, dzieci i starcy zmierzają we wspólnym kierunku przy akompaniamencie kościelnych dzwonów. W tej miejscowości nie ma mężczyzn, którzy wyjechali, by polec na darmo na cudzej wojnie. Kadr przepełnia nieprzenikniona mieszanka smutku i radości. Wkrótce przez mgłę przedziera się słońce i obraz przykrywa biel światła.


Melanż

Bracia Stenberg, plakat do filmu Berlin: Symfonia wielkkiego miasta, 1927

26.

Sufjan Stevens „Come On! Feel the Illinoise!” 2005 [♪]

Symfonia wielkiego miasta, które żyje i daje życie. Amerykańska fantasmagoria, sen na jawie. Niemy film, dynamiczne zdjęcia ruchu ulicznego kręcone to z perspektywy przechodnia, to z lotu ptaka, czarno-białe jedynie na pierwszy rzut oka, a gdy się w nie wpatrzeć, kolorujące same siebie w barwach żywych, optymistycznych, nowoczesnych, przyszłościowych. Pośród tego gąszczu spaceruje poeta — Carl Sandburg. Wkrótce wszystko to, co widział, spisze z miłością na papierze i zatraci się w tym love story cała Ameryka. Będzie pisał, siedząc przy swoim przepastnym dębowym biurku na osiemnastym piętrze imponującego wieżowca z widokiem na panoramę miasta, wieżowca zrodzonego ze zrozumienia dla rytmu miasta i transcendencji tej niezwykłej więzi. Sto lat później jego duch będzie nawiedzał kolejne pokolenia poetów, którzy rozumieją miasta.


Melanż

Odilon Redon, Święty Sebastian, przed 1910

25.

Ryuichi Sakamoto & David Sylvain „Forbidden Colours” 1983 [♪]

To młodość pragnąca żyć, ale spleciona ze śmiercią. Witalna cielesność mająca nigdy się nie spełnić. Skręcona w wewnętrznej sprzeczności. Urzeczywistniona jedynie podniesieniem ręki na siebie samą. To bezkresna otchłań krzycząca o wypełnienie jej, niezdolna jednak by wyszeptać choćby słowo. Leworęczny sen o różach. Ostatnie tchnienie świętego Sebastiana. Wolność i więzienie. Zbrodnia i kara. Miłość i śmierć.


Melanż

Yayoi Kusama, Galaktyka, 1991

24.

10cc „I’m Not in Love” 1975 [♪]

Na jasnym rozmazanym tle, jakby mikrofragmentu monochromatycznego kalejdoskopu oglądanego pod mikroskopem, istnieje pewne życie. Życie całkiem poważne, a przynajmniej biorące siebie zupełnie na poważnie, tak samo jak my tutaj. Świetliste drobinki tańczą tam ze sobą jedne z drugimi. Łączą się pary, by chwilę później się rozdzielić, wirując beztrosko w kierunku innych drobinek równie wirujących. Potem skupiają się w grupach, migocząc przyjaźnie, do siebie nawzajem i oglądającego je ludzkiego oka, którego nie są świadome. Ta formacja nie trwa jednak długo, kolejne manewry powtarzają się, układając w coś na kształt pulsujących, mieniących się wzorów. To życie całkiem poważne, tak samo jak my tutaj.


Melanż

David Hockney, Większa fala, 1989

23.

Dennis Wilson „Pacific Ocean Blues” 1977 [♪]

W majowy, a może w sierpniowy dzień, zupełnie pochmurny tak, że szarość nieba spotyka się z granatem niespokojnego oceanu, nad krajobrazem góruje zielony klif, gdzie długie trawy wybrzeża falują na wietrze. Niestrudzenie falują pośrodku niczego w sąsiedztwie samego tylko kłębiastego nieba, niepokornego wiatru i wzburzonego morza. Gdy wiatr się wzmaga, niby w synchronicznym układzie tanecznym kłaniają się falą rzędy żółtych i zielonych liści. Jedne zaraz po drugich. Skłon i wyprost, skłon i wyprost, trwa nieme odliczanie. Niebo tymczasem powoli zalewa się granatem, na horyzoncie gromadzą się już burzowe chmury, a powietrze z pewnością byłoby ciężkie, gdyby nie dmący ile sił sztormowy wiatr. Między falami gdzieś w oddali kołysze się rybacka łódź. Czy to spóźnieni widzowie na ten trwający już dłuższą chwilę spektakl? A może to właśnie główny bohater wkracza na scenę, by walczyć o życie wśród fal przy spektakularnym aplauzie szalejących nieopodal traw.


Melanż

Michaił Wrubel, Bzy, 1900

22.

Bob Dylan „Don’t Think Twice, It’s All Right” 1963 [♪]

Kiedy obezwładniające poczucie tęsknoty za tym, czego nie da się odbudować, łamie nam nogi w kolanach, bywa, że w plecy wieje nam wtedy ciepły, przyjazny wiatr wskazujący kierunek marszu. Czasem niewielka, z początku niezauważalna różnica zmienia wewnętrzną pluchę w kojący balsam. To „Nie ma powrotu” Thomasa Wolfe’a albo przyjaciel czekający na nas na stacji, gdy wysiadamy zapłakani z dalekobieżnego autobusu nie dłużej jak dzień po tym, jak nasze dotychczasowe życie legło w gruzach.


Melanż

Jean-Michel Basquiat, Jeżdżąc ze Śmiercią, 1988

21.

Can „Vitamin C” 1972 [♪]

Jeśli w Europie wschodniej kiedykolwiek jeździły cadillaki na resorach, to właśnie wtedy. W analogowej dystopijnej przyszłości, w której mieszały się epoki i kierunki. Tam gdzie w szarych obdrapanych blokach z wielkiej płyty mieszkała somalijska arystokracja w wysokich perukach i podartych jeansach. Gdzie w na wpół opuszczonych miastach gniazdowały flamingi, a Hoffman ze Skórzewskim chcieli kręcić „Prawo i pięść”. Gdzie wszystko musiało zacząć nieodwracalnie wirować i z tego wiru nie było żadnej ucieczki, ale po co uciekać — w tym wirze, nigdzie indziej, spełnia się nasze życie. Ten wir jest naszym życiem. Po co uciekać. Po co.


Melanż

Georgia O’Keeffe, Miejska noc, 1926

20.

Brigitte Fontaine & Art Ensemble of Chicago „Comme à la radio” 1970 [♪]

W mieście drapiących chmury kamiennych wież i czarnych kotów skaczących z najwyższych balkonów zapanowała zima. Zapanowała niepodzielnie i przed wieloma laty tak, że niejednokrotnie wyskakujący z okna kot, jeszcze nim uderzył o zmarzniętą ziemię, sam zdążył zamarznąć na kość — w zależności od piętra. Nie roztrzaskiwał się jednak z hukiem. Spadał miękko na wielometrową śnieżną poduchę, która rosła każdej nocy wraz z kolejną śnieżycą. A wspólnie z nią rosły i kamienne wieże, sięgając powoli już nawet nie chmur, ale gwiazd. A ludzie zamknięci w wieżach słuchali starego radia, w którym nieprzerwanie rozbrzmiewał arktyczny jazz. Jeśli kiedyś przyjdzie odwilż, myśleli, co będzie z odmarzniętymi ciałkami wypadniętych z okien kotów. Ale nikt nie wierzył, że odwilż przyjdzie i faktycznie jak dotąd nie przyszła.


Melanż

Theodor Kittelsen, Sorgen, 1894-95

19.

Joy Division „Love Will Tear Us Apart” 1980 [♪]

Prawdziwa śnieżyca, taka, która zasypuje drogi w miastach i między miastami, prawdziwa grypa, taka, która kładzie człowieka do łóżka w bólach, jakich nie pamięta, prawdziwa rezygnacja, taka, która zrównuje z ziemią wieloletnie przyjaźnie i związane przysięgami miłości. Prawdziwa śnieżyca może przydać pewnej transcendencji szaremu zimnemu dniu, jednemu z wielu takich samych, które nie mogą niczego zmienić. I wtedy, gdy człowiek przesuwa się mimowolnie zupełnie na skraj, sam, brodząc w wysokim śniegu, z gorączką, w ciemności, wtedy ta transcendencja zyskuje namacalny wymiar. Z bajki o padającym śniegu staje się doświadczeniem, które wyprowadza z matni i otwiera oczy.


Melanż

Ferdinand Hodler, Widok na Fromberg z Reichenbachu, 1903

18.

The Beach Boys „Cabin Essence” 1967 [♪]

Bezwietrzne popołudnie upalnego letniego dnia, bezchmurne nienaturalnie niebieskie niebo odcina od złotych kłosów dojrzałego pola pszenicy ostra krawędź horyzontu; dwóch chłopców nieskażonych jeszcze wojną, dojrzewaniem ani technologią włóczy się beztrosko dla zabicia czasu. To gonią się, to płoszą wrony obsiadujące pobliskiego stracha na wróble. Wtem ustają w niemym podziwie — na horyzoncie widać zbliżającą się lokomotywę; wielkie żeliwne cielsko sapie i gwiżdże w mechanicznym tętencie, budząc szacunek i marzenia, o wielkim świecie, który jest gdzieś tam hen, za horyzontem, za którym za chwilę bezpowrotnie zniknie.


Melanż

Diego Rivera, Banan, 1927

17.

Mighty Sparrow „Shango Man” 1967 [♪]

Nowe nie wyrosło na starym samo z siebie, nie zastąpiło go bezczelnie, choćby bezczelnie mu się przeciwstawiało, wyrosło z niego. To wstęp do historii, która dzieje się jednocześnie w trzech różnych światach, które jednak stanowią jedną wspólnotę. Oto Szango, potężny orisza burzy i sprawiedliwości, w okresie handlu niewolnikami przybywa z odległego Kongo na wyspy Trinidad i Tobago w postaci drewnianej figurki ze swoją podobizną. Złupił go i pochwycił jeden z pomagierów na statku w ramach egzotycznego podarunku dla narzeczonej. Ta jednak nie podzieliła zachwytu posążkiem, który wkrótce miał na blisko sto lat spocząć w kącie zagraconej komórki gospodarczej. Dopiero w 1949 roku, gdy budynek rozbierano, zainteresował się figurką bosy chłopak z małej wioski na Grendzie, który wygrzebał ją nielegalnie, błądząc po rumowisku pod osłoną nocy w poszukiwaniu czegoś wartościowego. Wizerunek dawnego bóstwa zafascynował go i postanowił ukryć go w swojej izbie pod posłaniem. Wkrótce duch Szango wstąpił w ciało chłopca i w ciągu zaledwie kilku lat, dzięki sprytowi, urokowi, charyzmie oraz ponadprzeciętnemu talentowi wokalnemu i tanecznemu uczynił z niego Króla muzyki Calypso całego archipelagu. Dzięki temu otworzył pradawnym duchom ludu Joruba drogę do całego Zachodniego Świata. Nie da się ocenić ich wpływu na kształt dzisiejszej polityki większości europejskich mocarstw. Niech o ich sile zaświadczy następująca historia. W 1966 roku podczas jednego z występów Króla Calypso w hotelu Hilton na wyspie Barbados, duch Szango dzięki słowom zaklęcia wplecionego w refren jednego z wykonywanych utworów i frenetycznemu odtworzeniu świętego tańca Oba Koso, wprowadził publiczność w absolutny trans. Zupełnym przypadkiem świadkiem recitalu stał się dziesięcioletni Michel Houellebecq przebywający akurat na wyspie wraz z ojcem. Wkrótce chłopiec zaczął wykazywać się niezwykłą przenikliwością i stawiać swoje pierwsze kroki w karierze literata.


Melanż

Piero Fornasetti, Wazon z twarzą Liny Cavalieri, c. 1952

16.

Nara Leão „Lindonéia” 1968 [♪]

Pewnego zupełnie zwyczajnego wtorkowego popołudnia zupełnie zwyczajna panna zniknęła bez śladu. Zupełnie. Wyszła, jak zwykle na targ po warzywa, ale nigdy nie wróciła. Zostało po niej jedynie jedno małe czarno-białe zdjęcie, na którym wyglądała zupełnie przeciętnie — ani ładnie, ani brzydko. Szukali jej krewni, u których mieszkała. Bezowocnie. Szukali sąsiedzi. Bez skutku. Wywdzwoniono więc policję. Daremnie. Gdy śledztwo wreszcie zamknięto, jeden z komisarzy rzucił żartobliwie, że przepadła gdzieś po drugiej stronie lustra. Nie spodziewałby się. Nie uwierzyłby, gdyby mu powiedziano, że tak właśnie było.


Melanż

Wilhelmina Barns-Graham, Morze i łódź, 1988

15.

Caetano Veloso „Os Argonautas” 1969 [♪]

Mgła przydaje tajemnicy, tworzy klimat historii, nawet jeśli ostatecznie do niczego nie dochodzi, a tym samym nic się nie wyjaśnia. Ale czy mgła jako taka potrzebuje wyjaśnienia? Czy trzeba ją motywować meteorologicznie? Jest więc mgła. I morze. Może być z tych ciepłych, choć nie wiadomo, czy wówczas poszukujący geografowie nie zakwestionują naszej mgły. Dzień i tak jest szary, zupełnie żaden, a morze spokojne, lekko ledwie falujące. Na morzu wśród mgły tratwa. Niewielka, ale solidna. Robota kogoś kto wie, jak buduje się tratwę. Nie chcielibyśmy bowiem naszego bohatera, poety, zatopić przedwcześnie. Bo na tratwie jest poeta. Ubrany, jak to poeci, w byle co, choć z pewną ekstrawagancją. Nie ma jeszcze wioseł, ani żagla, płynie na swej tratwie zgodnie z ruchami morskimi. Ale już niedługo spróbuje im się sprzeniewieżyć, zawalczyć o swoje, pokierować jakoś losem, choćby pozornie, nawet jeśli niekoniecznie swoim. W końcu jest przecież poetą!


Melanż

Nieznany artysta, Autoportret Otto Dixa po 1912 roku

14.

Colin Blunstone „Say You Don’t Mind” 1971 [♪]

To historia starej parkowej karuzeli przez pryzmat jej wszystkich zębatek, trybików i mechanizmów. Karuzelę dawno temu wymyślił stary majster jako emanację natury żywota, który wcale nie jest, jak chcą byśmy myśleli, naprzód, naprzód, ale karuzela, karuzela! Wychodząc z opresji, potykając się i podnosząc, wychodząc na prostą po kolejnym ponurym zakręcie, wciąż skazani jesteśmy na tę samą ścieżkę. Jak inaczej można tę filozofię wyrazić, zwłaszcza jeśli jest się majstrem, jeśli nie konstruując mechaniczną karuzelę z konikami to podnoszonymi, to opuszczanymi niestrudzoną siłą mechanizmu. By to unaocznić lądujemy w samym jego sercu — widzimy jedną nieśmiałą obracającą się w sobie tylko znanym kierunku zębatkę, napędzaną przez metalicznie połyskujący układ, coraz bardziej i bardziej skomplikowany. Podążamy za kolejnymi elementami — tłokami i przekładniami wpisanymi w stalową ramę aż docieramy do olbrzymiego koła stanowiącego podstawę misternej konstrukcji.


Melanż

Egon Schiele, Stare domy w Krumau, 1914

13.

Joanna Newsom „Does Not Suffice” 2010 [♪]

Kiedyś te mury wypełniała miłość. Śmiech dzieci? Niekoniecznie. Ale żyło tu dwoje ludzi, którzy w pewnej chwili naprawdę bez siebie nie mogli. Ile to trwało? Trudno ocenić, czas zatarł już ślady ich wspólnego losu, nie mówiąc nawet o szczęściu. Epizodycznie szczęśliwi — mógłby skwitować rzeczoznawca, patrząc na całokształt, gdyby tylko tym właśnie się zajmował. Ale nawet przyzwyczajenie, które zastąpiło głód, ekstazę, ciekawość, nawet humor, nie oparło się najstarszemu ze wszystkich nadzorców. W tej jasnej sypialni z balkonem widzimy przepastne łoże małżeńskie, tam jest szafa, ruch przesuwanych drzwi czasem sprawia, że drewniane wieszaki na ubrania uderzają o siebie, lekko stukając. Za tymi drzwiami jest łazienka, a tędy, kawałek dalej w korytarzu, do salonu. Tu musiała być kiedyś bogata biblioteczka — całą wschodnią ścianę zaaranżowano w drewnie na półki. Dawno nikt nie zaglądał do ogrodu, a o tej porze roku opadły już prawie wszystkie liście. Może kolejni właściciele uprzątną to wiosną.


Melanż

Katsushika Hokusai, Duch Oiwa, 1831-1832

12.

Brian Eno „Some of Them Are Old” 1974 [♪]

W pewnym starym domu na poddaszu mieszkał zaklęty w dawno zapomniane, kiepsko podrobione Jajko Fabergé duch harmonijnego wypoczynku okazjonalnie przybierający formę fioletowej żaby. Duch ten ponad wszystko nienawidził górnego światła i przez wiele lat szczęśliwie nie musiał mieć z nim do czynienia, aż do czasu gdy po wojnie nie zelektryzowano wsi, a w każdej z izb chaty przy suficie zawisła żarówka. Nie oszczędzono i poddasza, które jednak wciąż spełniało wyłącznie rolę gospodarczą i z rzadka ktokolwiek na nie zaglądał. Duch jednak, choć znajdował się we wnętrzu drewnianej komody, nie potrafił drzemać w swoim jajku, ilekroć któryś z domowników zaświecił górne światło w którejkolwiek z izb. Przeistaczał się wtedy pradawnym zwyczajem w fioletową żabę, której niezwykły rechot był w stanie sprawić, że żarówki w całym domu momentalnie pękały. Za pierwszym razem gospodarze stali się lękliwi wobec nowego wynalazku, zawsze jednak po jakimś czasie wybierali się do miasta i instalowali nowe.


Melanż

Diego Rivera, Nago z liliami Calla, 1944

11.

Dinah Washington „Mad About the Boy” 1961 [♪]

Wiedziała, co ją czeka, gdy zostanie przyłapana. Nie stracą jej na gilotynie. Gorzej. Upokorzą przed całym miasteczkiem tak, aby już nigdy żaden poczciwy mężczyzna nie ucałował jej dłoni, żadna dobra kobieta nie wymieniła z nią serdeczności w drodze na targ. Wywloką ją w nocy w samej bieliźnie na plac centralny, podniosą wrzawę, psy zaczną ujadać, zaraz rozświetlą się wszystkie okna, wyjrzą przez nie niezliczone ciekawskie twarze, na których mieszać się będzie w niejasnych proporcjach podniecenie i oburzenie. Jemu nic nie zrobią, jeszcze razem z nimi będzie ją opluwał, że go — młodego męża i ojca zwiodła z prostej drogi. Może będzie miał tyle godności, że odejdzie pod osłoną nocy, może porwie ją ze sobą, zanim to się stanie. Za każdym razem, gdy opierała nocą głowę na jego piersi, niby do snu, w rzeczywistości wyobrażała sobie nieuchronny moment, kiedy przyjdzie im się rozstać. Nie umiała oddychać inaczej niż przez niego, nie wiedziała, co pocznie, gdy ta skrywana przed światem idylla dobiegnie wreszcie końca. Wiedziała za to, że to nastąpi. Być może jeszcze tej nocy.


Melanż

Pierwszy obraz zarejestrowany przez Kosmiczny Teleskop Webba, 2022

10.

Isaac Hayes „Walk On By” 1968 [♪]

Czasem częściej, czasem rzadziej, ale zwykle raz w życiu zdarza się taki wieczór, kiedy człowiek, zmęczony, przytłoczony codziennością, niezdolny już spojrzeć w niebo, wychodzi zupełnie prozaicznie do pracy na nocną zmianę, do delikatesów całodobowych po mleko, na szybki spacer z psem, a nad jego głową rozlewa się droga mleczna w całym swoim majestacie. Setki, tysiące, miliony gwiazd tworzą niezwykłe układy kolorowych mgławic, planety prężą pierścienie i pulsują, jakby na znak, że im zależy, dziesiątki komet wirują w niepojętym podniebnym tańcu. Ale człowiek, dla którego całe to melodramatyczne i skalą niewspółmierne do sedna rzeczy widowisko się odbywa, nie zauważa nic z tego spod opuszczonego kaptura. Pogrążony w wewnętrznej rozterce, zrezygnowany zamyka za sobą drzwi budynku. Niebieski lament cichnie.


Melanż

José Guadalupe Posada, Artystyczny czyściec, 1904

9.

Duke Ellington „Caravan” 1963 [♪]

Wyobraź sobie, że gonisz kogoś przez miasto wieczorową porą. Tajemniczego jegomościa ubranego jakby odświętnie w coś na kształt czarnego garnituru, ale zakrywającego twarz czymś podobnym do kaptura, ekspresyjnie ewoluującego w stronę peleryny, by chwilę później złudnie zredukować się znów do klasycznej marynarki. Ten jegomość, którego twarzy ani tożsamości nie znasz, sunie przez miasto tanecznym krokiem — zrywnym, pewnym siebie, nastrajającym twoje własne kroki do jednakiej ekspresji, jakby post-musicalowej, ale jednak skoncentrowanej nie tylko na formie, lecz i na celu. On wie, że za nim zdążasz. Musi wiedzieć. Robi to celowo. To przyśpiesza, to zwalnia, a wraz z nim ty, jakby przyciągany i odpychany jakimś zaklętym magnesem. Światła nocnego miasta wirują jak w filmach dadaistów, mrok zakłócają neonowe szyldy, migające z rzadka niecierpliwe latarnie i semafory skrzyżowań. Nie zauważasz, że coraz śmielej pęcznieją czerwienią niekończących się świateł stopu uwięzionych w gęstym ulicznym korku limuzyn. W środku nocy? Co też mogło się wydarzyć? Jakie licho zatrzymało tych biednych ludzi w takim miejscu o tej późnej porze? Tymczasem sam suniesz dziarsko między zderzakami zatrzymanych nagle, wciąż przyjemnie ciepłych pośród chłodu nocy samochodów. Nie zważasz ani trochę na dziwnie jednakowy kształt mijanych aut. Na lśniącą czerń ich karoserii, na wydatne kufry ich bagażników. Na trupio blade twarze kierowców niezliczonych karawanów tkwiących w nocnym korku u bram piekieł.


Melanż

Andy Warhol, Po przyjęciu, 1979

8.

The Velvet Underground „Sister Ray” 1969 [♪]

Tylko dym, brud, tłok i hałas. Po co wy w ogóle tam chodzicie? Jak to, czy to nie oczywiste? Dla dymu, brudu, tłoku i hałasu. Podłoga klubowej piwnicy lepi się wzdłuż i wszerz od niefortunnie niedopitego piwa, a zbyt niski sufit czerni się śladami niedopałków. Powietrze jest gęste od dymu i parującego potu. Tłum jest tak zwarty, że nie sposób przedrzeć się suchą stopą w stronę sceny obudowanej zresztą trudną do przeniknięcia ścianą gitar. Tam na zapleczu jak co sobotę rozkraczona drag queen obrabia fiuta jakiemuś zalanemu w sztok dupkowi, któremu nadal wydaje się, że ktoś uwierzy, że jest hetero. To doskonałe miejsce na najgorszy zjazd narkotykowy twojego życia, nie sądzisz? Doskonałe miejsce, by któregoś razu już nigdy z niego nie wyjść. Do zobaczenia za tydzień, szmato, krzyczysz beztrosko do przyjaciółki ledwie żywa, gdy jej starszy brat podwozi cię pod drzwi rodzinnego bliźniaka z ogródkiem o czwartej nad ranem. Matka rano przy śniadaniu uda, że nie czuje, jak zioniesz szlugami i wódą. Co chcesz na śniadanie, kochanie, zapyta. Pół suchego tosta zapijesz nonszalancko kubkiem czarnej kawy, ogłaszając, że nie jesteś głodna. To doskonałe miejsce, nie sądzisz?


Melanż

Henri Matisse, Bluszcz w kwiatach, 1953

7.

Flipper’s Guitar „Groove Tube” 1993 [♪]

Wir. Wielobarwny, świetlisty, zdający obracać się szybciej i szybciej, i szybciej. Jak księżyc na bezchmurnym niebie, który tym bardziej wydaje się przybliżać, im bardziej się w niego wpatrujesz. W rzeczywistości wir obraca się w swoim własnym tempie, nie zwalnia, ani nie przyśpiesza. Mami oczy wpatrujących kalejdoskopem barwnych wzorów, ustawicznie ewoluujących, jakby w każdej chwili mogły eksplodować, naruszając przestrzeń między wirem a widzem. Nie dzieje się tak jednak. Wir tworzy kolejne iluzje samym swoim istnieniem w umysłach patrzących. Dopiero tam abstrakcyjne świetlne barwy przybierają konkretne kształty, zmieniają się w przedmioty, w postaci, zawiązuje się akcja, pojawiają się emocje i oczekiwania, to tam wir wymyka się spod kontroli, by faktycznie eksplodować.


Melanż

Wassily Kandinsky, Krajobraz zimowy, 1909

6.

Curtis Mayfield „The Makings of You” 1970 [♪]

Jest mroźny dzień. Podmiejska połać opuszczonego parkingu wzdłuż nasypu kolejowego, całkiem zasypana stwardniałym przedwczorajszym śniegiem. Na powierzchni odcisnęły się ślady opon i ptasich stóp. Pordzewiałą siatkę ochronną z wielką dziurą, przez którą w letnie wieczory przechodzą grupy dzieciaków, by swobodnie pić i palić, pokrywa imponująco gruba warstwa szronu. Podobnie jak łodygi rosnących po jej obu stronach długich łąkowych traw. Jakby na tę chwilę przyroda unieważniła ludzkie przeznaczenie tego miejsca. Gdy przyjdzie lato, sytuacja się powtórzy, siatkę obrośnie gęsty bluszcz, którego suche pozostałości można by dostrzec i dziś, gdyby nie szron. Jest po piętnastej, zaraz zajdzie słońce i wszystko na kilkanaście godzin spowije ciemność i cisza. Ale teraz nad horyzontem tkwi wciąż wielka czerwona kula, soczysty grejpfrut zimowego nieba, otulająca je troskliwie odcieniami pomarańczu, różu i fioletu, niby ciepłym płaszczem.


Melanż

Benny Andrews, Nadciąga wiatr, 1980

5.

Townes Van Zandt „Fare Thee Well, Miss Carousel” 1969 [♪]

Każdego dnia przyglądam ci się, gdy myjesz rano twarz, łapczywie połykasz kolejne kęsy skromnego śniadania, zaczepiasz obcych ludzi, którzy nie chcą spojrzeć ci w oczy, czy co tam wypełnia ci dzień, wreszcie upijasz się po cichutku w tanim pubie, szukając odrobiny zainteresowania, które nie przychodzi, aż w końcu niechybnie zasypiasz. Tam gdzie akurat cię zmorzy. A ja czekam. Czekając, łapię się tych małych chwil, kiedy krztusisz się suchym chlebem, pijany upadasz na śnieg, z trudem wstajesz, ale jednak idziesz dalej. One przypominają mi, że kiedyś sam do mnie przyjdziesz, ale inaczej niż kiedyś, gdy z podniesioną głową wykrzykiwałeś, bym cię wziął. Wtedy nie mogłem, wiedziałeś o tym doskonale. Inaczej nie zrobiłbyś tego, co zrobiłeś. Ale teraz? Wystarczająco zrujnowałeś siebie i wszystko wkoło. To już niedługo, przecież wiesz.


Melanż

Otto Dix, Matka z dzieckiem, 1921

4.

Chico Buarque „Construção” 1971 [♪]

To historia, która nie wydarzyła się tak po prostu. Nie przytrafiła się komuś gdzieś. Działa się setki, tysiące, miliony razy, zawsze inaczej i zawsze tak samo. On — zwykły robotnik, wielki poeta, prowincjonalny kochanek, zmęczony ojciec trójki dzieci, murarz i magik, pijaczek i erudyta, mający dwie ręce i dwie nogi, stworzony do wyższych celów i zupełnie do niczego — dokonał żywota, próbując uczciwie związać koniec z końcem. Któregoś upalnego sierpniowego dnia wprowadzając auto do garażu, upadł i już nigdy nie wstał. Przygniótł go betonowy blok na budowie, gdzie pracował na czarno. Nie udało się wydobyć go żywego. Wyskoczył tylko po papierosy, przebiegł jak zawsze przez ruchliwą czteropasmówkę. Na nielegalu, nie miał czasu, stać na światłach. W ostatniej chwili zauważył wielkie cielsko cysterny. Za późno. Rano wypił jeszcze łyk czarnej kawy, ucałował żonę przed wyjściem i rozpłynął się na zawsze.


Melanż

Wayne Thiebaud, Grzbiet ulicy Ripley, 1976

3.

Joni Mitchell „California” 1971 [♪]

To historia bezchmurnego nieba, które zamyka sceny małe i duże, dobre i złe. Towarzyszy Joni Mitchell tęskniącej za domem w wakacyjnej podróży wzdłuż europejskiego wybrzeża Morza Śródziemnego. Ale towarzyszy też kryzysom, wojnom, ponad wszystko katastrofie klimatycznej. To historia beztroskiej ludzkiej tęsknoty podszytej zupełnie realnym lękiem. To historia kolorów. Wielkiego błękitu, głębokiego granatu, kłębiącej, łopoczącej na wietrze bieli, promiennego złota, piaszczystego beżu, nieśmiało pulsującej, gdzieniegdzie wybuchającej zieleni.


Melanż

Mikalojus Konstantinas Čiurlionis, Morze nocą, 1906

2.

The Beach Boys „Surf’s Up” 1971 [♪]

Morze krzyczy. Przez całą noc nie było słychać nic, tylko te fale! Z nieba, zasnutego ciężkimi ciemnymi chmurami jeszcze przez zmierzchem, wciąż nie spadła jednak ani kropla. Gdyby nie wiatr, to byłaby kolejna upalna noc. Już prawie świta, ale to nie będzie jeden z tych namiętnie świetlistych wschodów słońca, którymi reklamują to wybrzeże na pocztówkach. Turyści przyjeżdżają tu i przeklinają to miejsce. Nie śpią po nocach w obawie, że całą wioskę pochłonie wielka fala, jak w legendzie, a na klifach, ale i na dole pod nimi gromadzą się hipisi. Starsi mówią, że to jakiś kult, ale ja myślę, że są po prostu żądni wrażeń. Poza tymi falami niczego tu przecież nie ma.


Melanż

Hurvin Anderson, Scena na plaży, 2003

1.

The Beach Boys „God Only Knows” 1966 [♪]

To ja, wreszcie ja, wracam do domu dziarskim krokiem w słoneczny wiosenny dzień. Na nosie mam okulary w czarnych oprawkach z żółtymi szybkami, jakby pożyczone dwa pokolenia wstecz. Lubię je, nie są różowe, ale przez nie świat wygląda lepiej — trochę jakby nałożyć na niego efekt ze starych zżłókniętych zdjęć, ale tu i teraz. W ręce trzymam swój egzemplarz „Pet Sounds”, niepodobny na pierwszy rzut oka do oryginalnej płyty, w gładkiej zamszowej obwolucie. To specjalna edycja na czterdziestolecie z dodatkowym materiałem wideo, który jeszcze tego wieczoru obejrzę. To moment, który symbolicznie został mi w pamięci w tym melanżu wątpliwych wyborów i niezręcznych sytuacji okresu dorastania jako początek jakiejś nowo odkrytej wrażliwości, która dopiero wtedy zaczęła dochodzić do głosu, a otworzyła dla mnie coś niespotykanie pięknego, a jednocześnie zupełnie prostego, nieco sentymentalnego i naiwnego — talizman niezbędny do przetrwania wśród cyników, którzy zawsze wiedzą lepiej. Niedługo później w melanżu pojawi się kolejny motyw — to znów ja, całkiem spalony leżę błogo na plaży przy akompaniamencie zachodzącego słońca, morskich fal i tej muzyki. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że dotykam absolutu. Ani że, za nic mając wiedzę o naturze rzeczy, wielokrotnie będę próbował do tego wieczoru wrócić choć na chwilę przez kolejne lata. Bezskutecznie.


Opublikowano

2021 ✕ filmy

2021

czy to ja próchnieję, czy to poziom zeszłorocznych filmów w dużej ogólności spadł z pieca na łeb? mam wrażenie, że chętniej i częściej oglądałem nowe produkcje niż w roku obiegłym, a jednocześnie więcej było rozczarowań i rzeczy zupełnie średnich — no, powiedzmy, przyzwoitych; okroiłem więc zeszłoroczną dwudziestkę do kryzysowej piętnastki, ku przestrodze nadchodzącym produkcjom; wyszła mi mimo wszystko całkiem ładna lista od andersona do andersona


filmy x 2021

15.

the french dispatch of the liberty, kansas evening sun reż. wes anderson

stęskniłem się za wesem andersonem, za jego pastelową plastycznością i humorem, a to jest trochę honorable mention, bo opowiadania zawarte w tym filmie są trochę nierówne; były jednak przynajmniej dwa (te kolorowe, a jakże), które zapamiętam na długie lata; sama koncepcja, realizacja i dowcip wyborne


filmy x 2021

14.

subarashiki sekai reż. miwa nishikawa

realia resocjalizacji w silnie ostracyzującym japońskim społeczeństwie z uroczym bohaterem i optymistycznym rozwinięciem, ale bez popadania w odrealnioną ekstazę, czyli jak dobrze zrobić film, który mówi nam coś o nas samych przez pryzmat, którego nie znamy, zamiast kroić kolejny feel good bajcik, bo była okazja


filmy x 2021

13.

c’mon c’mon reż. mike mills

ciepełko! phoenix i norman stworzyli fantastyczny ekranowy duet i omówili przy współudziale widzów wspólne traumy i nadzieje, niewątpliwie budując nas na nowo; feel good, ale nie bajcik


filmy x 2021

12.

the lost daughter reż. maggie gyllenhaal

postać coleman w całym jej nagłym dramatycznym rozdarciu jest cudownie frapująca; doceniam to, jak budowano akcje i przed jakimi dylematami nas postawiono — jest w tej obyczajówce coś z thrillera, co podsycało zainteresowanie do samego końca; sam skończyłem ten seans z gonitwą myśli, które niełatwo byłoby mi to zebrać, ale czuję się ubogacony


filmy x 2021

11.

apenas el sol reż. arami ullón

słońce to ostatnie, czego biali nie uważają za swoją własność — poruszająca historia współczesnej kolonizacji ayoreo w paragwaju opowiedziana przez nich samych


filmy x 2021

10.

drive my car reż. ryūsuke hamaguchi

murakami wreszcie doczekał się adaptacji adekwatnie tłumaczącej jego wrażliwość na język filmu; to osobliwe studium żałoby, któremu warto dać szansę — bynajmniej nie dlatego, że zachodni krytycy gwarnie rzucili się na ekranizację hamaguchiego


filmy x 2021

9.

dune: part one reż. denis villeneuve

malkontenci mówią, że diunę odarto z filozoficznej otoczki, która była fundamentem powieści; mógłbym rzucić się na sagę herberta i dołączyć do tego chóru, ale wolę po linii najmniejszego oporu cieszyć się ujmującą estetyką i wciągającą fabułą tej najlepszej w tym wieku części „gwiezdnych wojen”


filmy x 2021

8.

honki no shirushi reż. kōji fukada

me-ro-do-ra-ma! 4 godziny telenoweli o podporządkowaniu życia niewyjaśnionej fascynacji wcale się nie dłużą, bo fukada zabiera nas na turbo-emo-roller-coaster; to jedno z moich najprzyjemniejszych kinowych przeżyć minionego roku, nawet pomimo ostatecznej jałowości całego tego seansu — bawiłem się wyśmienicie


filmy x 2021

7.

a thousand cuts reż. ramona s. diaz

zanim jeszcze maria ressa odebrała w zeszłym roku pokojowego nobla, zrealizowano ten dokument otwierający oczy na to, jak rozwój mediów cyfrowych przez postępującą dezinformację sprzyja rozpadowi demokracji; na filipinach czy w polsce, to ta sama historia; warto wyjrzeć poza lokalną bańkę, notując różnice i podobieństwa


filmy x 2021

6.

the tragedy of macbeth reż. joel coen

najpiękniejszy wizualnie film, jak widziałem od lat; adaptacja klasycznego dramatu zrealizowana z rozmachem i kameralnie zarazem, z szacunkiem do tekstu i widowni oddaje szekspirowi to, co szekspira; mało jest historii bliższych człowieczeństwu niż ta, a ta interpretacja coena i mcdormand znakomicie to podkreśla, nawet mimo pewnych mankamentów na drugim planie


filmy x 2021

5.

verdens verste menneske reż. joachim trier

pięknie ogląda się kino, które wie, że jest kinem i umie to wykorzystać, a jednocześnie przedstawia tak lekko i urokliwie zupełnie życiową historię; rel i wtf tańczą tu nóżka w nóżkę aż miło, ale przecież o to chodzi właśnie w kinie, takie filmy pamiętamy, z nimi sympatyzujemy najbardziej


filmy x 2021

4.

gūzen to sōzō reż. ryūsuke hamaguchi

trzy średnie metraże, których punktem wyjścia są szczerość oraz emocje, które wywołuje i ich konsekwencje; hamaguchi w bardzo kameralnym, post-teatralnym anturażu fantastycznie buduje historie, którym nie brakuje meritum i katharsis; zwłaszcza ostatnia opowieść uderza mocno; jeśli z zeszłym roku płakałem na jakimś filmie, to na pewno na tym


filmy x 2021

3.

flugt reż. jonas poher rasmussen

odważnie przełamuje medialną narrację o ludzkich masach, w intymnej rozmowie unaoczniając widzowi koszmar doświadczenia uchodźstwa; animowana forma nie tylko mu nie ciąży, ale potrafi w dokumentalnym duchu pokazać, to, co zazwyczaj pozostaje niewidziane; jednocześnie wciągający i terapeutyczny


filmy x 2021

2.

ghahreman reż. asghar farhadi

najwyraźniej farhadi wyczerpał już zainteresowanie zachodu swoim kinem, zupełnie niesłusznie, bo to jego najlepszy film; dynamicznie opowiedziana historia uderzająca złożonością problematyki moralnej; o tym, że prawda i człowiek to zbyt często jedynie dodatek do społecznej gry pozorów


filmy x 2021

1.

licorice pizza reż. paul thomas anderson

oto kino! i moja nowa ulubiona historia miłosna! zrealizowana z humorem i fantazją, ale bez retuszu szalona karuzela, z której przykro było mi schodzić; oczyszczające metatekstualne doświadczenie filmowe, którego najwyraźniej potrzebowalem jak powietrza

Opublikowano

Another decade in life and music: 2000s

Another decade in life and music

to historia coming of age, bez scenariusza i chronologii, ale za to z pokaźnym soundtrackiem; opowieść o dzieciaku, który odkrył kablówkę w ’99, a przez całą swoją nastoletniość wszystkie zaoszczędzone pieniądze wydawał na płyty, nawet wtedy, gdy era internetu odebrała jego fizycznym nabytkom charakterystyczny dreszcz pierwszego odsłuchu; ale ile dała w zamian! dzięki temu dzieciak (dzisiaj już mężczyzna — choć sam rzadko myśli o sobie przez pryzmat znaczenia tego właśnie słowa) dokonał stosownej korekty ścieżki dźwiękowej — nie cenzury, korekty; i nie po to, by poczuć się fajniej (idiotyczna, choć konieczna faza muzycznego elityzmu musiała zakończyć się wraz z nabyciem jako takiej wrażliwości), z pewnością nie po to, by poczuć się młodziej — ta lista to konfesjonał z dziadkowej kości; nie muzyczny pamiętnik (a przynajmniej nie tylko), ale całkiem ruchawa opowieść o życiu, które dwanaście lat po zamknięciu tej pierwszej przeżytej w całości z muzyką w uszach dekady, wciąż sobie płynie i pięknie fermentuje to, co zostało ze wspomnień i znaczeń na niechlujnie opisanej własnoręcznie zgranej z radia kasecie (tak było)


Another decade in life and music

50.

aaron dilloway modern jester 2008

ta płyta to czysta rozkosz dla amatora glitchowych pętelek i przetworzonego kreatywnie hałasu; nie żaden noise dla ludzi z lasu; nie jakiś tam post-industrialny bełkot, ale solidna dekonstrukcja; to zresztą esencja tego, co zwykłem określać panoramą dźwięku, rzecz totalnie bliska mojej filozofii ekologii i recyklingu dźwiękowego ♪ „eight cut scars (for robert turman)”


Another decade in life and music

49.

brad mehldau largo 2002

brada mehldau poznałem już w kolejnej dekadzie, ale jego przejrzysty styl gry, lekko sentymentalny, ale wciąż bardzo współczesny, poniósł mnie w rozmaite zakątki jego dyskografii; largo przylgnęło najbliżej jako most między tym co jazzowe, a tym co popowe zrealizowany w nieszablonowy i zajmujący sposób ♪ „when it rains”


Another decade in life and music

48.

amy winehouse back to black 2006

pamiętam jedno takie lato, gdy włóczyłem się po nocy po osiedlu, a back to black grało back to back na mojej empetrójce, a ja doznawałem i tego lata, i wszystkiego tego, o czym i jak śpiewała mi amy; przyznaję, od kiedy kupiłem przed kilkoma laty okazyjnie tę płytę na winylu, nie zdarzyło mi się włączyć jej z wypiekami na twarzy, ale to jedna z najlepszych okołosoulowych płyt naszych czasów — zrealizowana w oparciu o soulowy kanon, ale na własnych zasadach, z niedającymi się zakwestionować charakterem i melodyką; no i rzeczywisty kawałek moich muzycznych fascynacji w tamtym czasie ♪ „love is a losing game”


Another decade in life and music

47.

perfume game 2008

przez lata nie traktowałem tej płyty poważnie — to zawsze był ten poprzedni album; a tymczasem do dzisiaj wracam do niego regularnie we fragmentach obejmujących większość tracklisty — wtedy w 2008 roku to była totalnie nowa jakość światowego popu zarówno dla perfume, jak i dla ich producenta yasutaki nakaty; co mnie jednak do tych utworów do dzisiaj przyciąga to nie jedynie perfekcyjna popowa produkcja, ale totalnie nieszablonowy sposób, w jaki tę muzykę przepełnia duch czasu — mieszająca się z tęsknotą nadzieja, może nawet młodzieńcza naiwność ♪ „macaroni”, „game”


Another decade in life and music

46.

loretta lynn van lear rose 2004

jakoś w okolicy premiery van lear rose trafiłem w telewizji na film o życiu loretty lynn z sissy spacek w roli piosenkarki i zaprzyjaźniłem się z jej dyskografią; wyprodukowany przez jacka white’a krążek z 2004 roku to było jednak totalnie nowe otwarcie, absolutnie nowa jakość; i white, i lynn mają w sobie taką organiczną szorstkość, którą tutaj bezkompromisowo wyeksponowali; są w tej muzyce emocje, prawda o czasach i ludziach, ale jest też sporo funu z muzykowania ♪ „high on a mountain top”


Another decade in life and music

45.

sibylle baier colour green 2006

ta płyta to wielkie cudowne oszustwo; piosenki nagrano na początku lat 70. i dzięki splotowi wydarzeń skompilowano i wydano po raz pierwszy jako colour green w 2006 roku; to prosty akustyczny folk, taki, jakiego najwyraźniej nie dało się już nagrywać w 2006 roku, bo odkrycie baier wzbudziło sensację, co jest słowem najmniej odpowiednim do opisania czegokolwiek związanego z tym subtelnym zbiorem ♪ „wim”


Another decade in life and music

44.

sufjan stevens seven swans 2004

ta płyta jest jak ocean — jednocześnie fascynuje mnie i boję się jej; sufjan jest tu kimś w rodzaju proroka przepisującego biblijne historie na swoje życie i nasze własne; jest przy tym niesamowicie natchniony, jak postać z opowiadania flannery o’connor; nie da się nie ulec jego niezgłębionemu urokowi, ale trudno się później otrząsnąć ♪ „seven swans”


Another decade in life and music

43.

beck modern guilt 2008

znałem becka wcześniej, ale dopiero, gdy usłyszałem w 2008 roku modern guilt postanowiłem, że chcę być jak on — zblazowany i fajny, trochę retro, ale w sumie modern, w wytartych dżinsach i pijanym krokiem lekko wskakujący na krawężnik; beck nigdy nie wydawał najrówniejszych płyt (może poza tymi smutnymi, ale to akurat nie mój beck, sorry sea change), ta też taka nie jest, nie jest nawet w kontekście jego wcześniejszej dyskografii niczym szczególnym, ale już na zawsze pozostanie moją ulubioną ♪ „gamma ray”, „modern guilt”


Another decade in life and music

42.

brian wilson that lucky old sun 2008

brian wilson był geniuszem popu, ale naodcinał się też kuponów; that lucky old sun to jeden z nielicznych późnych przebłysków tego pierwszego — projekt, który z jednej strony czerpie ze słonecznej kalifornii i dziedzictwa beach boysów, a z drugiej na swój kampowy, uroczy sposób opowiada historię zupełnie odrębną; to jak spin-off ulubionego serialu, który nie tylko jakimś cudem się udał, ale w dodatku mimo upływu czasu wraca się do niego z nie mniejszym rozrzewnieniem ♪ „midnight’s another day”


Another decade in life and music

41.

susumu hirasawa paprika 2006

satoshi kon (reżyser „papriki”) i susumu hirasawa (kompozytor ścieżki dźwiękowej) to jedno z najwspanialszych połączeń kreatywnych w historii popkultury; nikt inny nie dopełniłby wizji psychodelicznej mechadystopii w sposób równie zniuansowany co hirasawa; poza kontekstem filmowym to także kolejny fascynujący krążek w jego wyjątkowej dyskografii, łączącej orkiestrowe marsze z syntezatorowymi aranżami i hymnicznymi wokalami ♪ „parade”


Another decade in life and music

40.

kelis tasty 2003

był rok 2003, a ja, dzieciak bez internetu, jakimś cudem usłyszałem „milkshake” kelis; skończyło się tak, że za ponad 70 złotych (wszystkie posiadane na własność pieniądze w tamtej chwili mojego życia) wyłożyłem, żeby w jednym sklepie muzycznym w moim mieście sprowadzono mi ją na zamówienie; czekałem zresztą kilka tygodni, ale nigdy nie zapomnę dnia, w którym poszedłem ją odebrać i momentu, kiedy pierwszy raz ją włączyłem; bywało, że kupowałem lub dostawałem w tamtym czasie płyty nijakie lub złe, ale ta okazała się ekstraklasą r&b — łączącą koktajlowy soul produkcji raphaela saadiqa i zniuansowany przebojowy rhythm & blues spod ręki the neptunes; znam każdą nutę tego krążka i gdy do niego wracam, zawsze mi mało ♪ „sugar honey iced tea”, „protect my heart”


Another decade in life and music

39.

grm persepolis + remixes edition 1 2002

kolejna płyta-doznanie, ale też płyta-pomnik i płyta-requiem; xenakis, ojciec muzyki stochastycznej, zmarł w 2001 roku, a ten album to hołd dla jego spuścizny i wkładu w muzykę elektroakustyczną; połowa to nowe wykonanie mitycznego „persepolis” skomponowanego w latach 70. na zlecenie szacha ówczesnego iraku z okazji 2500-lecia scalenia perskiego imperium; to nie jest mój ulubiony xenakis; uwielbiam natomiast to, co stało się z tym utworem na drugiej płycie, a mianowicie został pocięty, a z jego sampli rozmaici współcześni twórcy m.in. merzbow, ryoji ikeda, otomo yoshihide, zbiegniew karkowski, ulf langheinrich czy francisco lópez zrobili swoje własne utwory; to jest kultura remiksu w najlepszym wydaniu i panorama dźwięku w pełnej krasie; na zawsze już te numery będą mi przywodziły na myśl epokę końca audycji; już do nich nie wracam, ale był czas, że sam chętnie wykorzystywałem je we fragmentach w rozmaitych nieszablonowych radiowych miksach ♪ „untitled” (yoshihide)


Another decade in life and music

38.

common be 2005

jestem szczęśliwy zawsze, ilekroć usłyszę pierwsze takty „be”; gdyby common nie nauczył mnie kochać hip-hopu tym afirmacyjnym, korzennym krążkiem, czy na mojej mapie emocjonalno-estetycznej znalazłoby się miejsce dla noname? pod okiem kanyego westa, j dilli, jamesa poysera i karriema rigginsa common zrobił płytę ciepłą, intymną i kameralną, która ujęła mnie jak nic innego w jego dyskografii i otworzyła przede mną zupełnie nowy korytarz ♪ „be (intro)”


Another decade in life and music

37.

fiona apple extraordinary machine 2005

zdążyłem się już przekonać, że nie jest to niczyja ulubiona fiona apple, a tymczasem ja, choć owszem przyciąłbym ją o trzy piosenki, nie jestem w stanie przejść obojętnie obok tego, jak fiona tu brzmi i o czym śpiewa; jej szczerość w jazzującym post-kabaretowym anturażu za każdym razem maluje mi w głowie ruchome obrazy, całe sceny — nie każda płyta to potrafi, nawet spośród moich ulubionych ♪ „waltz (better than fine)”, „extraordinary machine”


Another decade in life and music

36.

jamey johnson that lonesome song 2008

jamey johnson to jeden z tych współczesnych piosenkarzy country, którym udało się osiągnąć sukces i zachować twarz; więcej, to fantastyczny songwriter i pierwszorzędny wykonawca, który nawet śpiewając cudzesy, czyni je swoimi własnymi; that lonesome song to płyta-historia, która towarzyszyła mi pewnej pamiętnej śnieżnej zimy w styczniu 2009, gdy stawiałem pierwsze kroki w świecie, którego nie znałem; było wtedy tej muzyki ze mną więcej, pamiętam ją całą, ale nie było wśród niej krążka tak jakościowego jak ten; gdy myślę o dobrym country, równie dobrze mogę myśleć o that lonesome song ♪ „dreaming my dreams with you”


Another decade in life and music

35.

mastodon crack the skye 2009

od kiedy zakochałem się w crack the skye w 2009 roku, wszystkie kolejne i poprzednie płyty mastodona były dla mnie mniejszym lub większym rozczarowaniem; może przez lata dokonałem małej fetyszyzacji początku naszej znajomości, bo nie byłem przecież wtedy nawet targetem tej muzyki — jakieś koncepcyjne historie fantasy, lochy i smoki; ale nie sama historia, a sposób w jaki ją odpowiedziano — melodie, artykulacja i oczywiście riffy — psychodelicznie poskręcane; mam słabość do muzyki, której słuchając, czuję jakbym wpadał do matni i ta płyta zapewnia mi takie wrażenia, ilekroć ją włączę ♪ „crack the skye”


Another decade in life and music

34.

aaliyah aaliyah 2001

na kilka miesięcy przed swoją tragiczną śmiercią aaliyah wydała płytę, która stała się wzorem dla sceny r&b jeśli chodzi o brzmienie i koherencję; to ponadczasowa wizytówka gatunku w jednym z jego najlepszych momentów w historii z fenomenalną produkcją timbalanda i anielskimi wokalami aaliyah; dla mnie to też płyta legenda, bo musiało minąć kilka dobrych lat, zanim miałem możliwość usłyszeć ją w pełnej krasie i płyta historia, bo piosenki i śmierć aaliyah odcisnęły na mnie wtedy swój ślad ♪ „read between the lines”, „more than a woman”


Another decade in life and music

33.

electric wizard dopethrone 2000

lordowie doom metalu w ich najbardziej mocarnej odsłonie; psychodelicznie świdrujące gitary, hipnotyzujący bas, posępne zabawy w okultyzm; to jak black sabbath do sześcianu, na kwasie; riffy tak gęste, że człowiek w nich brodzi, tak głośne, że gdy zacznie się w nich topić, pomoc nie nadejdzie znikąd ♪ „funeralopolis”


Another decade in life and music

32.

erykah badu worldwide underground 2003

ta najmniej lubiana pozycja w dyskografii badu była jednocześnie moją wprawką w twórczość królowej neo-soulu — lekko surrealistyczną progresywną karuzelą bawiącą się funkiem, hip-hopem, rockiem czy jazzem; było w tym wszystkim sporo artystycznego zadęcia, które jednak dało się oswoić świetnymi aranżami i dominującym odczuciem, że badu i jej świta doskonale się przy tym bawią; to też jedna z tych płyt, które kupiłem zupełnie w ciemno zanim nastała w moim życiu era internetu; i chyba jedna po którą szedłem do empiku przez pół miasta po kolana w śniegu ♪ „danger”, „i want you”


Another decade in life and music

31.

outkast speakerboxxx / the love below 2003

gdybym wpisał ten krążek na moją własną listę spod znaku pół perfekcyjnej płyty, tak naprawdę byłby to cały album the love below andré 3000; ale byłoby to nieporozumienie, bo po stronie big boia na speakerboxxxie też w dalszym ciągu doznaję przynajmniej kilku mocarnych bangerów; i tak jak wtedy w 2003 zachwycały mnie wielkie bity big boia, teraz to andré bierze mnie emocjonalnie z swoim post-jazzowym neo-soulem, w każdym calu doskonale wykonanym i przyprawionym całkiem urokliwym humorem ♪ „spread”, „ghettomusick”


Another decade in life and music

30.

timber timbre timber timbre 2009

definicja posępnej americany; gitara akustyczna jako atrybut żałoby; jedna z najpełniejszych współczesnych (coraz mniej w sumie, bo jednak 2009 rok był już chwilę temu) inkarnacji konceptu murder ballads; nie znałem tej płyty w 2009 roku, usłyszałem ją pierwszy raz już po tym, jak timber timbre wreszcie przekonało mnie swoim podejściem do synthpopu na sincerely, future pollution — wyminąłem wtedy instynktownie dwa krążki, które w dyskografii grupy dzieliły 2007 i 2009 i sięgnąłem po ten; prędko okazało się, że zawiera wszystko, czego na niej szukałem ♪ „i get low”


Another decade in life and music

29.

lauryn hill mtv unplugged no. 2.0 2002

to kontrowersyjna płyta nawet dla mnie, ale nie byłem w stanie zupełnie jej pominąć, bo w pewnych momentach mojego życia rozrzuconych na przestrzeni lat to była dla mnie rzecz totalnie niezbędna; nie potrafię do dzisiaj ocenić szaleństwa hill, którego dokumentem jest bezsprzecznie ten krążek — z jednej strony obłęd miesza się tu z fałszywymi proroctwami, z drugiej to niedający się podrobić i zastąpić emocjonalny reset, instrukcja, jak mimo wszystko nie zwariować w świecie, który sposób zupełnie bezpośredni prowadzi nas wszystkich ku szaleństwu i śmierci; niezależnie od tego, co kto ma do powiedzenia na temat muzyki tu zawartej i stanu umysłu hill, to mocna rzecz, która, choć wiele rzeczy się zmieniło we mnie i poza mną, wciąż pozostaje ważną częścią mojej higieny umysłu i mnie w ogóle ♪ „mystery of iniquity”, „so much things to say”


Another decade in life and music

28.

dixie chicks taking the long way 2006

na taking the long way dixie chicks pod skrzydłami ricka rubina mierzą się ze skandalem, który niemal zakończył ich karierę; to krążek pełen słodko-gorzkich historii, które na błędy przeszłości patrzą raczej ze zrozumieniem niż z żalem; ja odkryłem tę płytę wraz z całym jej kontekstem w połowie 2008 roku, gdy przypadkiem trafiłem na nią na wyprzedaży w supermarkecie i zwróciła moją uwagę okładką; dzisiaj znam ją na pamięć — bardziej niż lekcją metastylistycznej ogłady stała się dla mnie mimowolnym przewodnikiem akceptacji i empatii; i myślę, że to nawet bardziej niż na wskroś amerykańskie brzmienie krążka (które swego czasu było dla mnie wyznacznikiem muzycznej jakości) sprawiło, że krążek przetrwał dla mnie próbę czasu, choć o jego oryginalnym kontekście wszyscy zdążyli już dawno zapomnieć ♪ „bitter end”, „the long way around”


Another decade in life and music

27.

erykah badu new amerykah part one: 4th world war 2008

pierwsza część nowej ameryki badu to psychodeliczny neo-soul zbudowany na fundamencie świadomego hip-hopu; badu jest profetyczna, polityczna, uduchowiona i filozoficzna, a za sprzymierzeńców ma ekstraklasę hip-hopu: madliba, shafiqa husayna, karriema rigginsa, 9th wondera i oczywiście ducha j dilli; przez ciężar emocjonalno-brzmieniowy dawno nie słuchałem tego krążka w całości, ale we fragmentach co rusza ożywa w mnie, gdy wyglądam za okno, włączam telewizję, scrolluję twittera ♪ „the healer”


Another decade in life and music

26.

sheena ringo kalk samen kuri no hana 2003

sheena ringo miała na koncie już dwa znakomite krążki, ale dopiero na tym rozwinęła w pełni swoje kreatywne skrzydła; ja sam, żeby naprawdę dać się tej muzyce oczarować potrzebowałem przeszło dekady, bo moje pierwsze spotkania z ringo kończyły się raczej dysonansem poznawczym niż czymkolwiek innym; ringo jest na swój sposób cholernie ekspresyjna i jeśli się tej ekspresji nie oswoi, trudno poradzić sobie z resztą — powykręcanymi, progpopowymi aranżami niejednokrotnie zwieńczonymi jawnie hałaśliwymi elementami oraz melodyką, czasem tylko niedaleką tego, do czego przyzwyczaili nas amerykanie ♪ „kuki”, „shūkyō”


Another decade in life and music

25.

pj harvey white chalk 2007

to płyta, która zawiązała nic porozumienia między mną a pj harvey, która pozbyła się rocka alternatywnego, a ja pozbyłem się uprzedzeń względem jej słuchania; w tym nowym kameralnym folkowym anturażu wreszcie miałem szansę wsłuchać się w jej głos, nowe kolory naprawdę się jej przysłużyły; to dość smutna płyta, ale raczej posępna i mroczna niż trudna do przetrawienia; folkowa oprawa i lekko patetyczne zacięcie sprawiają, że to raczej udane wejście w konwencję, aniżeli zapis epizodu depresyjnego; u mnie na półce z murder ballads obok cave’a i timber timbre ♪ „dear darkness”


Another decade in life and music

24.

the dirtbombs ultraglide in black 2001

poznałem tę płytę srogo po jej premierze jako jedną z wielu, a jako jedna z niewielu zaczęła mnie prześladować; to garażowy punk w najlepszym wydaniu, surowy, organiczny, energetyczny, z urokiem akcentujący międzygatunkowe niuanse, co zresztą, żeby rzecz mogła się udać, musiało zostać wpisane w jego istotę, bo to krążek niemal w większości coverujący klasykę soulu i funku; collins śpiewa więc sly’a stone’a, marvina gaye’a, steviego wondera czy the o’jays, z przekonaniem dając wcale nie zawsze hitowym numerom nowe życie; uzależniająco dobre ♪ „livin’ for the city”, „livin’ for the weekend”


Another decade in life and music

23.

sleep dopesmoker 2003

święta góra miłośników zarówno stoner, jak i doom metalu; obiekt kultu i miejsce pielgrzymek na haju; gitarowy monolit; album-doświadczenie, płyta potwór; ekstaza i agonia; żar i trans; nieustająca fatamorgana; a pośród tego wszystkiego taki mały ja błąkający się w odmętach tego sonicznego uniwersum, tyleż rozkosznego, ile okrutnego ♪ „dopesmoker”


Another decade in life and music

22.

joanna newsom ys 2006

jakie wspaniałe historie opowiada nam joanna przy akompaniamencie swojej harfy i sekcji smyczkowej pod wodzą niezrównanego vana dyke’a parksa; a do tego pokrętna melodyka, nielinearna struktura pięciu niekrótkich utworów, 29-cioosobowa orkiestra, w pełni analogowe nagranie i miks jima o’rourke’a; podsumowując, ys to ulubiona gimnastyka dla mojego mózgu, przynajmniej spośród płyt z popowego korzenia ♪ „monkey & bear”


Another decade in life and music

21.

kapela brodów kolędy i inne pieśni 2002

adam strug i jego kapela dokonali dzieła, o którym sam ukradkiem marzyłem, odkąd zacząłem na poważnie marzyć o muzyce — nieraz zresztą, bo cała dyskografia kapeli brodów to wytrawna etnomuzykologiczna uczta w totalnie nieakademickim sensie, ale to ich płyta z kolędami, dlatego, że pojawiła się w moim życiu realna potrzeba tej muzyki zajęła stałe miejsce podczas moich zimowych spacerów i naszych świątecznych kolacji; te piosenki, także za sprawą zmyślnych, minimalistycznych aranży, opowiadają więcej niż historie w nich zawarte, opowiadają historie tych, którzy przez lata przekazywali je ustnie kolejnym pokoleniom; mistyczne doznanie ♪ „stała nam się nowina miła”


Another decade in life and music

20.

vashti bunyan lookaftering 2005

pomiędzy efemerycznym debiutem vashti w 1970 a wydaniem jej drugiej płyty minęło aż 35 lat; stało się to na fali zainteresowania twórczością i osobą piosenkarki w internecie, dzięki grupie związanej z nurtem new weird america pod wodzą devendry banharta; ale producentem i aranżerem lookafterning został max richter, który nie tyle odtworzył brzmienie debiutu, co przeniósł je na inny poziom kameralnej subtelności; sama vashti natomiast pomimo upływu lat zaczęła dokładnie tam, gdzie skończyła na just another diamond day może w nawet odrobinę bardziej kołysankowym anturażu; żadna z tych płyt zresztą nie przystaje do świata krytyki muzycznej — profesjonalnej i amatorskiej; to płyta do słuchania i obcowania z nią — na wsi i w mieście, w dni pogodne i zupełnie szare, gdy jesteśmy zestresowani i gdy morzy nas błogi sen; dzięki niej wszystko to staje się odrobinę lepsze ♪ „lately”, „feet of clay”


Another decade in life and music

19.

benjamin biolay la superbe 2009

nie spodziewałem się, że ta płyta przetrwa ze mną tę dekadę; to było moje pierwsze spotkanie z biolayem, dzięki któremu wkrótce stał się jednym z moich ulubionych głosów piosenki francuskiej; słyszałem w nim wtedy prawowitego dziedzica artystycznej spuścizny gainsbourga i ten nostalgiczny anturaż totalnie mnie wtedy ujął — wreszcie wałęsając się po mieście, mogłem się czuć jak w filmach truffaut, ale bez poczucia, że dokonuję jakiegoś emocjonalnego wykopaliska; dziś już tego nie potrzebuję, ale la superbe kupuję nadal w trwającej ponad siedem kwadransów całości; biolay żongluje pomysłami i aranżami, wspierając je każdorazowo znakomitymi piosenkami ♪ „lyon prequ’île”, „buenos aires”


Another decade in life and music

18.

the white stripes elephant 2003

the white stripes stało się przypadkiem moim oknem do świat muzyki, o której istnieniu nie miałem wcześniej pojęcia; moją pierwszą kopię elephant za cenę pięciu złotych ściągnął mi z internetu i wypalił na cedeku (który ja opatrzyłem pieczołowicie rozpisaną tracklistą) kolega z ławki; było tych transakcji więcej, ale tylko ten krążek został ze mną do dziś; gdyby nie ci stripesi, jak mógłbym pokochać the velvet underground? to bezsprzecznie płyta, która nauczyła mnie milości do gitarowego brudu, rzecz dla moich nastoletnich uszu wówczas totalnie niezwykła, ale od samego początku absolutnie naturalna i na swoim miejscu ♪ „littles acorns”, „well it’s true that we love one another”


Another decade in life and music

17.

junior boys begone dull care 2009

junior boys mieli wcześniej dwie lepiej przyjęte płyty i lubię do nich wracać, ale to begone dull care zabarwiło kiedyś moje lato i to te, a nie tamte piosenki przywołują we mnie obrazy — głównie kolorów nieba; perfekcyjnie niebieskiego w „hazel” i różowego zachodzącego słońca w „dull to pause” ♪ „dull to pause”, „bits and pieces”


Another decade in life and music

16.

glen hansard & marketa irglova the swell season 2006

pamiętam moment, kiedy zobaczyłem okładkę the swell season z przeszywającym na wskroś wzrokiem hansarda; nie miałem pojęcia o głośnym filmie, a przynajmniej połączyłem kropki dopiero sporo później; to była wyjątkowo ciemna i zimna jesień i ten krążek, oparty przecież na zupełnie oczywistych folkowych patentach aranżacyjnych, dał mi odrobinę ciepełka; aranże choć proste, są świetnie zrealizowane, ale to doskonałe bliskie harmonie hansarda i irglovej oraz napisane i wykonane od serca numery stanowią o prawdziwej sile tego krążka — stąd też, mimo minorowej wymowy części kompozycji, do dziś płynie do mnie to samo ciepełko; wydałem zresztą wtedy na niego ostatnie pieniądze — najwyraźniej potrzebowałem go w moim życiu zupełnie namacalnie ♪ „lies”, „leave”


Another decade in life and music

15.

the little willies the little willies 2006

to wina nory jones, że zasłuchuję się w starym hanku williamsie, lirycznym townesie van zandcie i znalazłem serce dla williego nelsona; choć w 2006 roku przeżyłem małe zauroczenie muzyką jones, to pewnie jej wspólny krążek z coverami zakurzonych nieco klasyków country z grupą the little willies, umknąłby mi zupełnie, gdybym nie trafił na niego w koszu wyprzedażowym; co myśmy przeszli wspólnie od tego czasu! nie twierdzę, że aranże czy interpretacje jones i spółki są wyjątkowe, kunsztowne, że zrewolucjonizowały myślenie o country, ale otworzyły mi głowę na zupełnie inny świat; przez lata dotarłem do sedna każdego z dwunastu coverów na krążku, to nie tak, że znam je na pamięć; one są mną, a ja nimi — gdy tylko wybrzmią pierwsze takty, wskakuję na stół i wyję ♪ „it’s not you, it’s me”, „night life”


Another decade in life and music

14.

animal collective merriweather post pavilion 2009

ta płyta to dokument mojej autoterapii konwersyjnej na indie muzyczkę; ja abnegat, miłośnik radiowego r&b dosłownie stanąłem wówczas z wizją popu animal collective w szranki; wtedy nie słyszałem jak ten neopsychodeliczny post-minimalizm może się łączyć z kalifornijskim sunshine popem beach boysów; nie potrafiłem też wyobrazić sobie pomostu pomiędzy tym krążkiem a resztą muzyki; i słusznie, bo takowy nie istnieje — trzeba wsiąść w bańkę-kapsułę, która zabierze nas na wyspę-planetę, gdzie wybrzmiewa żywa magia ♪ „in the flowers”, „also frightened”


Another decade in life and music

13.

frances-marie uitti, münchener kammerorchester, christoph poppen natura renovatur 2006

scelsi to definicja ekscentryczności, fascynująca historia szaleństwa, która doczekałby się już z pewnością nagradzanej na festiwalach adaptacji filmowej, gdyby tylko jego muzyka nie stawała okoniem; ta płyta to dla mnie trochę totem, trochę mem, a trochę filozofia życia; na płycie ecm inaczej niż na wcześniejszym wydawnictwie kairos pożeniono tytułową kompozycję nie tylko z innymi kompozycjami na orkiestrę kameralną, ale także na wiolonczelę solo, co potęguje doświadczenia obcowania z minimalistyczną, dysonantyczną i złowrogą muzyką, której miejsce nie jest jednak w tle filmowego kadru, ale w tle naszej codzienności ♪ „natura renovatur”


Another decade in life and music

12.

david thomas broughton the complete guide to insufficiency 2005

zagapiłem się trochę z muzyką broughtona — poznałem go przy okazji odsłuchów do podsumowania roku w 2014, ale potrzebowałem jeszcze kilku lat, żeby podejść jakkolwiek do jego wcześniejszej twórczości; to awangardowy autorski folk silnie skoncentrowany wokół uczuć i przeżyć, i sposobu ich wyrażenia; w swojej własnej kategorii muzycznej to na wskroś przeszywające estetyczno-emocjonalne doświadczenie, które trudno rozbić na mniejsze fragmenty lub precyzyjnie opisać ♪ „ever rotating sky”, „unmarked grave”


Another decade in life and music

11.

bill callahan sometimes i wish we were an eagle 2009

to był mój pierwszy callahan; pojechał ze mną wtedy na weekend do babci na wieś i totalnie mną wstrząsnął w sposób wcześniej mi nieznany; zaklął tamten moment w siebie i do teraz, już pewnie na zawsze ta płyta i tamte chwile będą dla mnie zupełnie tożsame; na poziomie muzycznym już sama wokalna artykulacja callahana mnie onieśmielała, a artykułował przecież pięknie rozpisane na głos męski i wyobraźnię słuchacza historie; całości dopełniał sielski anturaż z pogranicza amerykańskiego folku i muzyki kameralnej ♪ „too many birds”, „all thoughts are prey to some beast”


Another decade in life and music

10.

perfume ⊿ 2009

nie jestem pewien, czy na pewno to technopopowe, post-dyskotekowe triangle perfume najpełniej oddaje producencko-kompozytorski geniusz yasutaki nakaty, ale to bezsprzecznie jego najlepiej zbilansowana, a być może także ponadczasowa płyta; pomiędzy syntezatorowymi riffami, bitpopowymi pasażami i sprasowanymi w unisonie wokalami tli się w głosach dziewcząt coś bardzo organicznego, szczerego, optymistycznego, co stanowi serce tej muzyki i sprawia, że choć kolejne wielkie popowe single pojawiają się i znikają, te piosenki wciąż wracają do mnie z nową siłą ♪ „i still love u”, „edge”


Another decade in life and music

9.

robert plant | alison krauss rasing sand 2007

robert plant i alison krauss pod skrzydłami t bone’a burnetta, mistrza w swoim fachu, nagrali płytę, która wyciągnęła oboje przed nawias ich dotychczasowych karier; zrealizowana w duchu bliskich harmonii i post-rockandrollowej kameralnej americany płyta złożona wyłącznie z reinterpretacji zapomnianych klasyków spoza amerykańskich śpiewników odkryła zupełnie nową jakość; wszystko za sprawą niebywałej synergii na poziomie dalece wykraczającym poza wokalną kompatybilność; to dbałość o niuanse na każdym etapie powstawania krążka i szczególna artystyczna wrażliwość sprawiły, że jak wpadłem w ten krążek niczym w studnię przed piętnastoma laty, tak wciąż się w tej studni z rozkoszą zanurzam ♪ „sister rosetta goes before us”, „gone, gone, gone (done moved on)”


Another decade in life and music

8.

kremerata baltica, gidon kremer octet / quintet 2002

mam słabość do muzyki kameralnej późnych romantyków — jest w niej coś rozdzierająco bliskiego duszy, pochodzące z miejsca w równej mierze pomiędzy tym co dawne i wielkie, a tym, co tu i teraz, w danej chwili rzadko kiedy jakkolwiek zauważalnym; wszystkie te niepokoje burzliwej pierwszej połowy xx wieku osadziły się w porywczości enescu balansującego nieustannie na granicy sielanki i zawieruchy, które w znajomym splocie współzależnej egzystencji oddają się tańcu życia i śmierci; gidon kremer i jego zespół oddają nagraniom enescu sprawiedliwość być może bardziej niż ktokolwiek wcześniej ♪ „string octet”


Another decade in life and music

7.

grizzly bear veckatimest 2009

beach boysi byli już w samym środku mojego muzycznego uniwersum, gdy trafiłem na veckatimest grizzly bear, które wówczas zabrzmiało mi jak indiefolkowy hołd dla pet sounds; to płyta, której rzeczywiście wtedy doznałem w ten sam sposób, w który doznawałem beach boysów; grizzly bear korzystali z podobnych środków, śmielej nawet odpływając w kierunku organicznej psychodelii, która wówczas jawiła mi się jako święty graal wszelkiego popu; dziś veckatimest to dla mnie bardziej wehikuł czasu do tamtej chwili aniżeli jakikolwiek pomost do lat 60.; to przepięknie napisana, zaaranżowana i wykonana ponadczasowa płyta, swoja własna muzyczna kraina, której nie trzeba do niczego już odnosić ♪ „two weeks”, „while you wait for the others”, „southern point”


Another decade in life and music

6.

fleet foxes fleet foxes 2008

to fleet foxes głosem robina pecknolda ogłosiło mi, że skończyło się moje dzieciństwo; tak to pamiętam, jako wejście w dorosłość, przejście przez bramę do innego wymiaru pod każdym możliwym względem; debiut fleet foxes to była muzyka osadzona do tego stopnia poza współczesnym światem, że gdy tylko po nią sięgałem, malowała w mojej głowie obrazy z dawnych baśni i legend; w równej mierze rozsmakowana w tradycji amerykańskiego folku z appalachów, barokowym songwriterstwie angielskiej prowincji porośniętej wysokimi trawami i opowieściami z serca dawnej europy nieznającej jeszcze ani baroku, ani appalachów; nie traktuję tego niezwykłego splotu wydarzeń jako przeznaczenia, które musiało wypełnić się akurat w taki i nie żaden inny sposób — ale rozkosznie się złożyło, sam to przed sobą przyznaję ♪ „tiger mountain peasant song”, „your protector”


Another decade in life and music

5.

the-dream love v/s money 2009

produkcje the-dreama z lat 2008-2010 to absolutna ekstraklasa r&b, gatunku, który wkrótce miał dopiero eksplodować artystycznie; cała miłosna trylogia dreama to istota jego muzycznego dziedzictwa, ale środkową część love v/s money wyróżnia dodatkowo tytułowy dylemat moralny, motyw przewodni całego krążka, wirtuozersko rozpisanego na intensywne, progresywnie ewoluujące syntezatorowe riffy i męski falset; dream, podobnie jak jego rówieśnicy, żyje chwilą, ubierając swoją drugą płytę w szaty wystawnej hedonistycznej uczty, ale gdzieś w między wierszami intensywnie szuka tego, co nieuchwytne i ponadczasowe, a jego neo-barokowy dźwiękowy anturaż doskonale to uwypukla ♪ „love vs. money: parts 1+2”, „right side of my brain”


Another decade in life and music

4.

sufjan stevens invites you to come of feel the illinoise 2005

nie jestem chyba jednym naiwnym, który gdzieś tam w głębi swojego złamanego na pięćdziesiąt części serduszka liczy, że sufjan stevens przyzna jednak, że tak naprawdę w sekrecie od lat pracował nad brakującymi 48-mioma częściami the 50 states project; po illinois, historii tak żywej, złożonej, kompletnej, nie ma czemu się dziwić; lata mijają, a ja, gdy tylko wiosenne słońca przygrzeje wystarczająco, a trawy wyrosną wystarczająco, by delikatnie kiwać się na wietrze, zawsze uciekam do tego świata, przynajmniej na krótką chwilę, i już nie jestem we wrocławiu czy w bydgoszczy, lecz w dalekim chicago; te minimalistyczne pasaże ukradzione glassowi i reichowi wykorzystane jako budulec pierwszorzędnych pełnowartościowych folkowych piosenek idealnie oddają ducha wielkiego amerykańskiego miasta ze wszystkimi jego problemami, nadziejami i marzeniami ♪ „come on! feel the illinoise!”, „casimir pulaski day”


Another decade in life and music

3.

d’angelo voodoo 2000

gdy wiele lat temu jako dzieciak zakładałem konto na rateyourmusic, to była jedna z dwóch ocenionych przeze mnie na maksymalną notę płyt, a w pewnym momencie mojego życia najpełniejsze estetyczno-duchowe doznanie; ale zanim spiłem z d’angelo brudzia, musiałem tę płytę ogarnąć — pierwsze spotkanie było wyjściem poza strefę komfortu nowoczesnego (w ówczesnym rozumieniu) r&b i słonecznego rytmicznego soulu lat 70. w gęsty mikroklimat ciemnego, zadymionego klubu z grubo naszkicowanymi, mistrzowsko rozmytymi wokalami, uwielbieniem dla bezkompromisowo hiphopowych bitów i ekspozycją jazzowej sekcji dętnej; był czas, że ta płyta była tylko moja, tak myślałem, później niemal wyślizgnęła mi się z rąk ♪ „africa”, „feel like makin’ love”, „spanish joint”


Another decade in life and music

2.

gillian welch time (the revelator) 2001

nie chcę pisać o tej muzyce tak, jakby mnie nie dotyczyła — musi mnie dotyczyć albo przynajmniej dotykać i to chcę uwydatnić; trudno jednak zupełnie bezpośrednio odnieść mi się do płyty eksplorującej tematykę amerykańskiej żałoby — zabójstwa lincolna, śmierci elvisa, zatonięcia titanica — wydanego w przededniu 9/11; a mimo tego to fragment twórczości welch, który rezonuje ze mną najsilniej; może ze względu na doszczętnie dojmujący sposób, w jaki welch połączyła przeszłość z teraźniejszością, niczym dawni prowincjonalni pastorzy, szukając dosłownej paraleli między przypowieściami z wersetów pisma i wydarzeniami z wczorajszego dziennika; to emanacja prozy flannery o’connor z całą jej surową i mroczną poetyką zaklęta w niezwykle zręczny folkowy album ♪ „revelator”, „dear someone”, „elvis presley blues”


Another decade in life and music

1.

sheena ringo x neko satō heisei fūzoku 2007

w przeciągu ostatniego roku moją największą muzyczną radością były te fragmenty piosenek sheeny ringo, w których piosenkarka wpadała w niewielką ekstazę, lekką histerię — jej głos drżał, wykraczał poza ramy i tak rozpisanej już niezbyt konwencjonalnie piosenki; syntezą i emanacją tej mojej małej radości, kolejnych prób uchwycenia tego stanu umiejscowionego nieco ponad właściwą piosenką jest w dyskografii sheeny zrealizowany wespół z maestro neko saitō krążek heisei fūzoku — zaprzeczenie wszystkiego tego, o czym myślimy, gdy myślimy o płytach z autocoverami z towarzyszeniem orkiestry; bo sheena te piosenki w większości przypadków dopiero tutaj zabiła — zaciukała nożem, topiąc w morzu krwi, potu i łez — przy współudziale saitō i jego ludzi, ma się rozumieć; to dla mnie (niedającego się nawrócić pararomantyka, który bez wahania zamieniłby jakiekolwiek prawdziwe życie na jakikolwiek musical, byle by akompaniowała mu dobra orkiestra), ostateczna synteza i emanacja popowej wirutozerii w ogóle, którą sheena swoim ponadpiosenkowym rejestrem dodatkowo akcentuje; kurtyna! ♪ „meisai”, „sakuran”, „ishiki”


Opublikowano

2021

2021

czasem chciałbym coś wyjaśnić; innym razem przemilczeć — muzyka sama się przedstawi, a to, jak to zrobi i co zrobi z tym inny ktoś, jest przecież zupełnie poza mną; ale jak co roku — spróbowałem; a był to dla muzyki dobry rok, z czterdziestu założonych pozycji wykiełkowało mi wkrótce pięćdziesiąt tytułów, zbiorczo, jak przed rokiem — albumów, utworów, wszystkiego co pomiędzy i ponad to

2021

50.

giveon when it’s all said and done… take time

suplement do 2020 roku, bo wszystkie piosenki poza jedną zostały wydane wówczas, ale dopiero w kolejnym roku giveon należycie wybrzmiał; to raczej reprezentacja potencjału wykonawczo-repertuarowego aniżeli uczciwy longplay; zapowiedź tej faktycznej wielkiej debiutanckiej płyty, która nigdy nie nadejdzie ♪ „world we created”


2021

49.

haim women in music pt iii

mój wyrzut sumienia z 2020 roku — nieopublikowana 41. pozycja zeszłorocznej listy, która słusznie nawiedziła mnie następnego lata, by wytknąć opieszałość; haim były ujmujące jeszcze zanim zagrały u paula thomasa andersona, ale ich trzecia płyta, totalnie bezpretensjonalna, przebojowa, lekko tylko autoironiczna, udała im się jak dotąd najlepiej ♪ „the steps”


2021

48.

jerz igor wyspa

rzutem na taśmę wychyla się zza winkla 2020 jerz igor; autentycznie przykro mi się żyje w świecie, w którym dzieci mogłyby słuchać tych czułych, zabawnych, inteligentnych, pieczołowicie zaaranżowanych i cudownie wydanych piosenek z wyspy igora, a ich zmęczeni rodzice włączają im generyczną mózgotrzepną papkę z 4fun kids na tablecie; wiwat jerz igor po wsze czasy ♪ „smutek”


2021

47.

the staves good woman

nie chciałem powtarzać za rok sytuacji z haim, a inne trzy muzykalne siostry, odkryte przeze mnie przypadkiem w lutym the staves, uderzają w te same struny; może są odrobinę bliżej americany niż heartland popu, ale cudownie słuchało mi się ich, włócząc się ośnieżonym po raz pierwszy od sześciu lat wówczas poboczem i mógłbym to powtórzyć pędząc cadillakiem gdzieś na prowincji nebraski czy minnesoty ♪ „failure”


2021

46.

c. diab in love & fracture

spojrzałem krytycznie na to wydawnictwo pod koniec roku i znów mu uległem; to chyba wykorzystanie w tym kolażu elementów klasycznej muzyki japońskiej sprawia, że mimo progresywnego, na wskroś współczesnego charakteru, jest w tej mieszance coś przyjemnie drażniącego ucho; to aktywny ambient zresztą, taki do robienia brzuszków ♪ „love”


2021

45.

emily scott robinson american siren

organiczna i melancholijna płyta-wachlarz zręcznie mieszająca rozmaite tradycje americany z elementami całkiem współczesnymi, bez poczucia, że coś mogłoby być nie na miejscu; urokliwy, raczej akustyczny, odrobinę tylko melodramatyczny krążek idealny na piesze wycieczki przez ośnieżone pastwiska ♪ „old gods”


2021

44.

louis-jean cormier le ciel est au plancher

słyszałem kilka ładnych płyt romansujących z tradycją nowego chanson, ale najbardziej ujął mnie progresywny cormier, który swój zwyczajowy post-gawędziarski songwriting umieścił w muzycznym kosmosie, rezonującym wielorako z jazzem, syntezatorowym popem czy ambientem; fantastyczny powrót ♪ „l’ironie du sort”


2021

43.

low hey what

nie jestem lowfaniakiem, a początkowy hajp sprawił, że bałem się słuchać tej płyty, ale nie mogłem przejść obok niej obojętnie, bo to jest prawdziwe dźwiękowe doznanie z rockowym songwritingiem zawieszonym idealnie na granicy ciszy i hałasu; chirurgiczna robota — awangardowa poza wszelkim popowym schematem ♪ „white horses”


2021

42.

charlie marie ramble on

długogrający debiut charlie marie wypełnia w zupełności swoją obietnicę z okładki o pełnokrwistym, bezpretensjonalnym, solidnie napisanym, wykonanym i zaaranżowanym country od dziewczyny z pick-upa w kapeluszu i skórzanej kurtce; może robię się sentymentalny ♪ „heard it through the red wine”


2021

41.

the armed ultrapop

poprzednie the armed było bardziej wyraziste, przyznaję, ale ultrapop doskonale uzupełnia tamten koncept, który pozostawił jeszcze sporo przestrzeni na takie granie: pozornie chaotyczne, ale przecież zupełnie przebojowe i, co najważniejsze, totalnie gęste; słuchajcie, bo jest w czym utopić uszy ♪ „all futures”


2021

40.

aaron dilloway & lucrecia dalt lucy & aaron

jeśli ktoś we współczesnej muzyce wymyka się skutecznie wszelkim schematom, to jest to aaron dilloway, który razem z zaprzyjaźnioną kolumbijską wokalistką lucrecią dalt postanowił nagrać płytę z piosenkami w najlepszym znaczeniu muzycznych tradycji panoramy dźwięku, tzn. zupełnie krzywą, rozstrojoną, świdrującą, trollującą (daj bóg taką szansę!) wychowanych na trójce i ich zwierzęta domowe ♪ „the blob”


2021

39.

fbc & vhoor baile

nie sądziłem, że da się zrobić super płytę na jednym tylko schemacie: odgrzewamy miami bass na fawelach, ale wyszło przekozacko; oczywiście vhoor (he’s the dj) i fbc (i’m the rapper) przyprawili całość lokalnymi przyprawami i adekwatnie uwspółcześnili brzmienie, a charyzma fbc i jego współtowarzyszy na mikrofonach sprawiła, że wcale nie wyszło monotonnie, choć w zupełności przecież mogło (young leosia, anyone?) ♪ „polícia covarde”


2021

38.

irena & vojtěch havlovi melodies in the sand

co by było gdyby julia holter wyprodukowała debiut the swell season — być może melodies in the sand — psychodeliczny kameralny folk o niepodważalnie słowiańskiej duszy, soundtrack do samotnej włóczęgi nocą po lesie; co jakkolwiek brzmi obiecująco, zawsze jest złym pomysłem, ale płyta jest dobra; koi i hipnotyzuje ♪ „she is dissolving”


2021

37.

raheem devaughn & apollo brown „honey”

zapomnijcie o tej płycie, jeśli chcecie, ale wcześniej posłuchajcie „honey”; to minimalistyczne, post-quietstormowe R&B prowadzone na ambientowym, niemal drumlessowym bicie; napięcie tworzą tutaj drobiazgi produkcyjne i wielościeżkowo prowadzony natchniony wokal devaughna; jest jak w najlepszych momentach z dyskografii ushera i najsubtelniejszych produkcjach the-dreama


2021

36.

dj manny signals in my head

u manny’ego w zeszłym roku znalazłem wszystko to, czego nigdy nie dał mi (a zwłaszcza ostatnio) rp boo: doskonały balans między footworkowymi bitami a popową melodyjnością i koherencja stylistyczna przy zachowaniu różnorodności; to wyciąg z jednej dobrej bibki, a nie tournée po kilku różnych; do przyjemnego pogibania ♪ „club gta”


2021

35.

black country, new road for the first time

kolejny hajp-trejn, który niemal odjechał beze mnie, ale w ostatniej chwili chwyciłem się solidnego (przyznaję) uchwytu i oto jestem; bo to w gruncie rzeczy dość świeże post-rockowe złożenie bawiące się przede wszystkim emocjami, ale totalnie wymykające się w stronę to muzyki żydowskiej, to punka, to awangardy; to raczej płyta-przeżycie, niż płyta na co dzień; skoro zatem przeżyłem ♪ „science fair”


2021

34.

rauw alejandro „todo de ti”

mój ulubiony radiowy przebój zeszłego lata; neo-dyskotekowy hiszpańskojęzyczny pop mocno przyprawiony nostalgią, nie tylko ze względu na brzmienie, ale przede wszystkim jakąś tęsknotę wyzierającą się z kolejnych refrenów i mostów; niczego nie żałuję


2021

33.

golden boy i never meant for this to happen

nie wiem, czy wiecie, ale moje motto to od zawsze „dobry gabber nie jest zły”, a ta płyta rozszerza je o zupełnie nowy poziom; golden boy inkorporowałx w swoje breakcore’owe bity cały wszechświat kreatywnych sampli, tworząc kontrolowany chaos, którego manifestację doskonale oddaje także okładka ♪ „my type of girl”


2021

32.

kings of convenience „rocky trail”

trzy i pół minuty bezpiecznej przestrzeni, kojącej opowieści szlakiem prowadzącym poza codzienne trudy i obowiązki; ale też fałszywa obietnica rozciągnięcia tej bezwarunkowej czułości do formy długogrającej; niezależnie od tego to absolutnie rozczulające nagranie


2021

31.

yuta orisaka shinri

jest coś nieznośnie znajomego w głosie i melodiach orisaki, a jednocześnie ze względu na śmiałe jazzujące brzmienie to niewątpliwie płyta-przygoda; to wyjątkowo dobrze sprawdzające się połączenie — z jednej strony ogniskujące klimat współczesnego japońskiego singer/songwritingu, z drugiej dzięki kunsztownym aranżom nadające mu ponadczasowego artystycznego sznytu ♪ „bakuhatsu”


2021

30.

guedra guedra vexillology

hipnotyzująca mieszanka chicagowskiego post-house’u na pełnym obrotach, tradycyjnej północnoafrykańskiej rytmiki i ornamentyki prosto z maroka; to nie mój pierwszy raz, a nadal miękną mi kolana ♪ „archetype”


2021

29.

mach-hommy pray for haiti

nawet ja, pogrobowiec mos defa i tribe’ów calledów questów, wreszcie prawdziwie uległem potędze griseldy; ostatecznie wypełnia mnie ten sam jazzowy dym, który wyziera spomiędzy haitańskich opowieści mach-hommy’ego; to prawdziwie doskonała udawana gangsterka, ale nie ta rapowa, film noir w multikolorze, humphrey bogart na kwasie chodzący po ścianie w krwiście czerwonym prochowcu — takie rzeczy ♪ „the stellar ray theory”


2021

28.

c. tangana el madrileño

c. tangana, prawomocnie skazany za obrazoburcze i skazane na klęskę próby pożenienia bogatej muzycznej tradycji starej hiszpanii i sudameryki ze współczesnym latynoskim r&b nie tylko właśnie wyszedł za kaucją, ale ma u stóp cały madryt; a oto ilustracja — tętniąca życiem; wyprowadzająca z ponadczasowych akustycznych melodii pulsujące syntezatorowe motywy tak jakby te zawsze czekały gdzieś w głębi na maga, którego produkcyjne sztuczki odkryją ich prawdziwe oblicze ♪ „tú me dejaste de querer”


2021

27.

zdechły osa „adhdlgbthwdp”

sprzedałem dupe było w całości dość nierówne, ale w tym numerze samym już tylko tytułem zdechły wyraża stan umysłu zwany polską a.d. 2021, a jest do tego tytułu jeszcze cały traczek — łobuzersko mętny, napierdalający sobie w najlepsze na syntezatorowych gitarkach, z poetycką puentą „jebać wszystkich”, od której nie da się uciec w naszym smutnym kraju


2021

26.

midland „cowgirl blues”

to nie ten midland, o którym myślicie, a the sonic ranch nie było prawdziwą płytą, raczej próbą nagrania płyty zrealizowaną przed 10 laty jeszcze zanim grupa z teksasu wspięła się na listy przebojów; swoją drogą to midland to w istocie jedna z najlepszych rzeczy, jakie przydarzyły się amerykańskiemu radiu country w ostatnich kilku latach; z wyobraźnią przetwarzając gatunkowe tradycje, operują na skraju niemal yachtrockowego anturażu; „cowgirl blues” to natychmiastowy klasyk, na wyobrażonym countrypopowym siodle dzielnie pędzący aż do dawnego hanka williamsa; pure joy


2021

25.

dominik strycharski core | orkiestra dęta ursus symfornia fabryki ursus

jest taka płyta, która przez lata była dla mnie uosobieniem gęstej i brudnej, ale wciąż intelektualnej atmosfery w big bandowym jazzie — intents and purposes billa dixona; to co zrobił ze swoją orkiestrą w zeszłym roku dominik strycharski pod szyldem ursus jawi mi się jako kreatywne przedłużenie tamtego niedoścignionego dziedzictwa; o ile jednak dixona ciągnęło w stronę subtelnego free jazzu, tak grupa strycharskiego eksperymentuje z post-minimalizmem i rozbuchanym post-futurystycznym industrialem, co pozycjonuje ją jednak zgoła inaczej ♪ „core”


2021

24.

irreversible entanglements open the gates

miałem przed oddaniem tej listy na spokojnie przysiąść i porównać open the gates z dwiema wcześniejszymi płytami irreversible entanglements, by sprawdzić, czy to rzeczywiście oni wypuścili w tym roku swój najbardziej jakościowy projekt, czy to ja jakoś szczególnie otworzyłem się na tę muzykę, mimo że obcowałem z nią i przed rokiem, i przed czterema laty; ostatecznie tego nie zrobiłem — co by to zmieniło? jestem bez reszty urzeczony tą mieszanką miejskiej poezji moor mother przenikającą się w jedno z wielotorowo rozwijającymi się freejazzowymi wątkami i zachwycony intensywnością tego doznania; to mi wystarczy ♪ „lágrimas del mar”


2021

23.

robert plant | alison krauss raise the roof

wspólny projekt planta i krauss pod okiem niezrównanego t bone’a burnetta otworzył w moim muzycznym świecie nowe drzwi; i choć jego zeszłoroczna kontynuacja nie jest urzeczywistnieniem moich wszystkich marzeń, odpowiada doskonale koncepcji połowy perfekcyjnej płyty (drugiej połowy, żeby było jasne), co, jak się miało okazać, w zupełności mi wystarcza; plant i krauss wciąż rozkosznie razem harmonizują wokalnie, repertuar wciąż jest nieoczywisty, a burnett wciąż w większości numerów potrafi zaaranżować czystą magię ♪ „last kind words blues”


2021

22.

youha „abittipsy”

miałem w tym roku kilka k-popowych piosenkowych miłostek, ale żadna z nich nie obezwładniła mnie tak jak ta; to przez tę synthwave’owy pasaż w refrenie, przelot szlakiem neonowej arterii nocnej metropolii; feerie kolorowych świateł wirują coraz szybciej, przez chwilę wszystko jest nagłe i proste; w mostku spływa melancholią, by wybuchnąć euforycznie raz jeszcze; tak się to robi


2021

21.

makaya mccraven deciphering the message

absolutnie odkodowałem twoją wiadomość, makaya! to w zasadzie w równych proporcjach płyta z opartym na jazzowych samplach instrumentalnym hip hopem co bebop, rozczulająco dryfujące po oceanie post-jazzu remiksy drugoligowych klasyków z dograną na nowo i z nową kreatywną energią instrumentarium; rezultat jest rozbrajający, a mccraven producent przebił być może tym samym nawet makayę bandleadera ♪ „autumn in new york”


2021

20.

doran doran

jako domorosły entuzjasta wszelkiego folku z appalachów już po pierwszym odsłuchu ochoczo położyłem tę płytę na półce między davidem thomasem broughtonem a the other years; bardzo blisko mnie płynie ta muzyka, może dlatego, że znaczna część jest śpiewana a cappella w bliskich harmoniach tak, by nawet jeśli by przysiąść przy jej dźwiękach na polanie, można było wciąż usłyszeć szum liści czy szmer pobliskiego strumyka; taka to jest płyta ♪ „down the road”


2021

19.

mary lattimore collected pieces: 2015-2020

rok po roku wytrwale wyróżniam mary lattimore, jednocześnie dzielnie poruszając się ledwie po obrzeżach jej faktycznej dyskografii; po duetach z makiem maccaughanem, ta kolekcja to druga z krawędzi; to płyta w połowie już wydana (od tamtej połowy w 2017 roku rozpoczęło się zresztą moje słuchanie lattimore), lekko sfermentowana historią — mary i moją własną, nieświadomie wyczekiwana; bez żadnego zbędnego konceptu harfistka tworzy tu nieco surrealistyczną (choć w żadnym razie nie ironiczną) dźwiękową przestrzeń, w której można się zapomnieć ♪ „mary, you were young”


2021

18.

sheena ringo „let’s go!”

to był dla mnie rok sheeny ringo — z nią go rozpocząłem i to ona towarzyszyła mi w swoich kolejnych odsłonach przez kolejne miesiące; „let’s go!”, jazzujący cover 90sowego klasyka japońskiej funkującej ekipy original love, tylko potwierdził to, co już wiedziałem, że doskonale zainwestowałem swoje emocje; ringo w jazzowym anturażu zawsze prezentuje się zjawiskowo — jest plastyczna, charyzmatyczna i nadzwyczaj zwinna wokalnie tak, że staje się jednym z elementów orkiestry; to doskonały popowy numer, którego prawdziwy potencjał ringo uwolniła niemal trzy dekady później


2021

17.

juçara marçal delta estácio blues

tyle już słuchałem marçal, na początku z wielkim napięciem, lekkim przerażeniem nawet, teraz z żywą fascynacją; jej zeszłoroczna płyta to jeden z tych mistycznych wielkich powrotów, które powinno się celebrować billboardami w metrze i zwiastunami w wieczornej telewizji; tylko przedmiot nie przystaje, bo blues, jak cała twórczość marçal, jest trudne do przeniknięcia — poskręcane, surowe, dysonantyczne, flirtujące z awangardą; a jednocześnie jest ten korzeń brazylijskości tkwiący głęboko w samym środku tej mieszanki, dzięki któremu wszystkie te groźne epitety zostają momentalnie rozbrojone immanentną tamtejszej muzyce rytmiką ♪ „iyalode mbé mbé”


2021

16.

lulo the restless: rued langgaard reimagined

o tej płycie nie słyszał nikt poza hardkorowymi fanbojami późnoromantycznego duńskiego kompozytora rueda langgaarda (w tej roli akurat niespodziewanie ja); oto dwójka muzyków z kopenhagi rozpisała na wiolonczelę i kontrabas rozmaitości z katalogu kompozytora i zrobiła z tego kameralną płytę (której zresztą nie wydała fizycznie, bo wolała opublikować książkę z dramatycznymi opowieściami z życia langgaarda); ujęła mnie oczywiście ta surowa oprawa (także aranżacyjna), bo czuć tę muzykę blisko; na tyle blisko, że dotyka; a że jest w tej płycie masa ciepła, działa to tym bardziej ♪ „third string quartet”


2021

15.

cassandra jenkins „hard drive”

był taki moment, kiedy usłyszałem „hard drive” (po raz któryś, kiedy mój mózg umiał już z nim obcować, ale wciąż z ciekawością szukał kolejnych detali), że poczułem transcendecję; niedługo potem włączyłem płytę jenkins, kilkakrotnie z nią pobłądziłem, ale wciąż instynktownie wracałem do „hard drive”; czy to ten specyficzny rodzaj melancholii, która sprawia, że niezależnie od tego, co mamy za oknem po chwili bez reszty wypełnia nas jesień? a może jakiś rodzaj medytacyjnego triku, którego nie udało mi się przejrzeć?


2021

14.

san salvador la grande folie

na krótką chwilę oszalałem, gdy usłyszałem tę płytę pierwszy raz; poliwokalny folk z oksytanii, spontaniczna jazda starą deskorolką krętymi dróżkami starych miasteczek gdzieś w pirenejach; le mystère des voix bulgares po lsd; rzecz totalnie abstrakcyjna i totalnie namacalna jednocześnie; wielkie szaleństwo zaiste ♪ „la grande folie”


2021

13.

mdou moctar afrique victime

pamiętam jak dekadę temu zachwycano się powszechnie group bombino, a ja siedziałem sam z boku na ławce, spoglądając na to z niedowierzaniem; wreszcie i ja poczułem pustynnego bluesa, dzięki ostatniej (dość głośnej zresztą) płycie moctara; mam podejrzenia, że owszem, coś pewnie we mnie sfermentowało i ułożyło się, ale to przede wszystkim zasługa tej szalenie ekspresyjnej muzyki zbudowanej na hipnotyzującej powtarzalności gitarowych riffów; w tym stanie hipnozy słuchacz naprawdę ląduje gdzieś w sercu afryki, szczęśliwie mając serdecznego moctara za przewodnika ♪ „afrique victime”


2021

12.

genesis owusu „centrefold”

to chyba pierwszy tak znakomicie poskręcany glitch-soulowy numer, jaki słyszałem; lepiszczem jest tu naturalnie funk i dlatego te wyśpiewane od tyłu refrenowe puzzle udaje się owusu tak zręcznie złożyć z syntezatorowo pulsującym opartym na głębokim basie bitem, rapowym dziedzictwem gila scotta-herona w melorecytowanej zwrotce i oczywiście soulową obudową całości; jeśli ten numer nie jest obłędny, to nie wiem, co jest!


2021

11.

silk sonic an evening with silk sonic

filadelfijski soul i funk to nadal uniwersalny język muzyczny, którym można z powodzeniem podbić świat; tym samym nasze spotifajowo-instagramowe bańki połączyły się na krótką chwilę, dzięki tej płycie w coś na kształt wspólnego doświadczenia; bo to z jednej strony świetnie napisany i wyprodukowany z dbałością o aranżacyjne niuanse album, a z drugiej zapis wieczoru pełnego dobrej zabawy; to muzyka, która miała niebagatelną szansę, by sama przedstawić się słuchaczom; można co prawda polemizować, czy siła jej oddziaływania byłaby tak duża, gdyby nie nazwisko bruno marsa, ale nie da się sprowadzić jej energii, charyzmy, talentu, czaru i flow do celebryckiego szumu ♪ „blast off”


2021

10.

ashley monroe rosegold

w roku, który dla kacey musgraves miał być największym w jej karierze, to ashley monroe gdzieś w cieniu nagrała swoje golden hour; i choć krytyków i słuchaczy monroe podzieliło jej odejście od bardziej organicznego brzmienia w stronę niestroniącej od syntezatorów i drum machines mozaiki, wciąż, co ważne, delikatnej i zniuansowanej; to jednak płyta, która swoją prawdziwą barwę ujawnia dojrzałym latem w słoneczne popołudnia, kiedy kwiaty, szeroko otwarte, pachną już jesienną melancholią; jest w tym wszystkim tęsknota, wrażliwość i kolor ♪ „siren”


2021

9.

emma-jean thackray yellow

okołosoulowa szara eminencja zeszłego roku; debiut, na który się czekało, który błysnął gdzieś w połowie roku i przepadł; a to jest płyta-radość, płyta-vibe, płyta-życie! to zupełnie jak współczesna londyńska scena nu-jazzowa, z której thackray wyrosła, ale jednak inaczej — mniej abstrakcyjnie, a bardziej społecznie; mimo tego thackray nie poświęca złożoności swojej muzyki na ołtarzu prostoty, ale raczej odważa się spróbować fuzji jazzu ze stylistyczną inkluzywnością, oldschoolową imprezowością, brzmieniową figlarnością; no, płyta-życie, pisałem ♪ „our people”


2021

8.

fujii kaze „kirari”

japońskie r&b, jeśli tylko zbudowano je na citypopowym fundamencie, wciąż czaruje i uzależnia; tak było ze mną i z „kirari”; jeśli tańczyłem przy czymś w tym roku na ulicy (kiedy myślałem, że nikt nie widzi), to z dużym prawdopodobieństwem było to „kirari”, które śmiało biegnie radosnym synthfunkowym ściegiem, gładko sunie beztroskim neodyskotekowym torem, aż do poskręcanego finału z daftpunkowym twistem; ōzoku!


2021

7.

wild up julius eastman vol. 1: femenine

czcigodni bogowie minimalizmu, miejcie litość nad nami maluczkimi, którzy nie chcemy już słuchać tych przeklętych pętelek, ale nie potrafimy przestać; wzniosłe i precyzyjne femenine niedocenionego za życia juliusa eastmana powstało prawie pół wieku temu, ale na afisze trafiło dopiero ostatnio z co najmniej czterema mniej lub bardziej głośnymi wykonaniami; nie porównywałem ich; po nagranie grupy wild up z los angeles sięgnąłem niemal odruchowo i mój wewnętrzny mamoń po siedemdziesięciominutowej sesji obcowania z powtarzaną zapalczywie w coraz to nowych konfiguracjach sekwencją eastmana teraz nie potrafi bez tego żyć; ale utwór nie wybrzmiałby tak, gdyby nie doskonała instrumentacja i pełne energii wykonanie; czcigodni bogowie minimalizmu, chcemy tego więcej! ♪ „femenine: no. 7, eb”


2021

6.

jack ingram, miranda lambert & jon randall the marfa tapes

trójka topowych postaci amerykańskiego country pojechała na pustynię, by w jej przestrzeni nagrać wspólnie płytę — wyciszoną, kameralną, surową, wypełnioną ponadczasowymi historiami i melodiami, jakby w opozycji do współczesnego nashville; jest coś szalenie ujmującego w wietrze beztrosko szeleszczącym w mikrofonach; niewiarygodnie wręcz kojąca i ludzka płyta ♪ „two-step down to texas”


2021

5.

cero „nemesis”

po tym jak przed kilkoma laty cero objawili się światu jako pogrobowcy fishmansów i shibuya-kei, uważnie śledzę ich każdy krok, a ten w minionym roku zrobili w sumie tylko jeden — oto on; „nemesis” to przewrotnie progresywny popowy numer napisany bardzo po japońsku, jakby na skraju dwóch zupełnie odrębnych numerów — trapowych zwrotek i harmonizującego psychodelicznego refrenu, które ostatecznie scala w całość spacerockowa gitarowa solówka przejmująca kontrolę nad całością; drugoplanowym bohaterem jest jednak bas, wymownie podkreślający kolejne takty


2021

4.

hélène vogelsinger reminiscence

muzyka jako portal; minimalistyczny progesywny ambient vogelsinger to substancja i przewodnik; subtancja gęsta, galaretowata, wypełniająca dostępne przestrzenie; przewodnik wspomnień, myśli, uczuć, emocji; aktywny ambient, który może skatalizować to, co tylko pozwolimy mu skatalizować; piszę o sobie, a to przecież nie płyta bez właściwości; trudno mi jednak rozerwać pewną symbiozę, która między nami zaszła — musicie mi wybaczyć — najwyraźniej pożarł mnie monolit ♪ „ceremony”


2021

3.

fuubutsushi shiki

fuubutsushi znaczy tyle, co wiersz o danej porze roku lub rzecz z nią się kojarząca, a czteropłytowe okołojazzowe wydawnictwo shiki (cztery pory), konsekwentnie wydawane w częściach w odpowiednich momentach od września do sierpnia, to przepastny zbiór właśnie takich wierszy (rzeczy); posiłkując się japońską poetyką amerykański kwartet w składzie chris jusell, chaz prymek, matthew sage i patrick shiroishi stworzył coś w rodzaju dźwiękowego kalendarza, a przynajmniej ja tak słuchałem tych płyt, w miarę jak się ukazywały, pozwalałem im sobie towarzyszyć, naturalnie otwierając i zamykając cykl; to zupełnie adekwatna w tym kontekście dźwiękowa mieszanka, w której kameralny jazz szkoły europejskiej przyprawiono ambientem, new age’m, post-rockiem, folkiem i nagraniami natury; emanacja świata, który kochamy, w postaci, w której chcielibyśmy zawsze umieć go odbierać ♪ „suzushii kaze”


2021

2.

amaro freitas sankofa

przed wszystkim koloryt! nie samo jednak brzmienie fortepianu freitasa, ale i to co i jak gra, dało życie możliwie najbardziej kolorystycznemu, soczystemu połączeniu elegancji i ekspresji; językiem jest jazz, który znamy w starej post-bopowej tradycji, ale treść jest kwintesencją witalności, nie tylko jazzowej, witalności w ogóle; freitas jest cool, kiedy trzeba, ale potrafi solidnie łoić, też przy zachowaniu wszelkiej odpowiedniości; no i nie jest to jazz wyłącznie importowany ze stanów czy europy, bo brazylia freitasa także tego kolorytu przydaje, odzywając się czasem między wierszami, innym razem zupełnie wprost ♪ „malakoff”


2021

1.

mckinley dixon for my mama and anyone who look like her

tegoroczny wakat po noname nie pozostał zupełnie niewypełniony, czy raczej, jej rodzaj wrażliwości — zarówno tej stylistyczno-brzmieniowej, jak i tej emocjonalno-społecznej — nie pozostał bez odpowiedzi; choć tak naprawdę for my mama and anyone who look like her to rzecz, którą można by też porównać inaczej albo nie porównywać jej wcale, ale trudno, by to skojarzenie nie przeszło przez myśl, gdy wchodzi „mama’s home” oparte na wygrywanych na harfie motywach i delikatnym przepełnionym empatią refrenie; mckinley dixon i jego artystyczna panhiphopowa mozaika wykracza jednak poza ten schemat, zaczepiając to o blackalicious, to o quelle chrisa, to o kendricka lamara, ale tak naprawdę niedająca się opisać poprzez opis stylu innego artysty; to rzecz zupełnie swoista, biegnąca przez neo-soulowe, jazzowe, funkowe, rhythm&bluesowe płotki; osobista przeprawa przez traumę i smutek, po rzeczywistą afirmację na kanwie miejskiej poezji ♪ „brown shoulders”


sekka

tegoroczny przepływ zainspirował „księżyc nad musashino” kamisaki sekki (1904)

Opublikowano

2020 ✕ filmy

2020

już myślałem, że w tym roku żadnych wyborów filmowych z mojej strony nie będzie, bo zeszły rok był bezprecedensowym kryzysem kinowym, za którym jakoś naturalnie przyszło znużenie formą filmu jako taką; znużenie, którego nie potrafię wyjaśnić — może kino było dla mnie bardziej formą socjalizacji aniżeli ucieczki? a może właśnie było formą ucieczki i z tej roli wygryzła je bez skrupułów sama pandemia? potrafiłem natomiast je odczuć, bo wiem, że oglądałem mniej; ale była to też sinusoida, z tygodniami jakichś szczeniackich wypieków na policzkach, że można już obejrzeć to czy tamto; rozdanie oscarów zawsze motywuje mnie, by ostatecznie rok filmowo zamknąć, a to prymitywne zestawienie to jedyny sposób, by jakoś symbolicznie tego dokonać

„no to dokonuję”, pomyślałem rano w przededniu rozdania nagród amerykańskiej akademii (to ostatni dzwonek), a teraz siadając do komputera, by jakoś uczciwie to zebrać (a filmy na tej liście to przedział między 2019 a 2021 rokiem), sam bardzo się zdziwiłem, że aż tyle widziałem od poprzedniego zestawienia względnie świeżych rzeczy, które jakoś ze mną nadal rezonują i z jakiegoś powodu chcę je polecić i zapisać tutaj — bo to jest moje główne kryterium wyboru i cel tego podsumowania zarazem; z racji że minęło prawie pięć kwartałów (a nie jak zazwyczaj cztery) wybrałem aż dwadzieścia tytułów ze świadomością, że to, co mi umknęło, być może znajdzie tu swoje miejsce za rok


2020

20.

été 85 reż. françois ozon

ozon jak zwykle zręcznie balansuje na granicy i dostarcza na kilku poziomach; to albo kiczowaty pastisz „call me by your name” może nawet 80sowego rohmera, albo nieznośny melodramat — co kto woli; meandrując między sentymentalizmem i absurdem, prowokuje do zajęcia stanowiska zarówno względem przedstawionej historii, jak i niejednoznacznej formy


2020

19.

lekcja miłości reż. katarzyna mateja / małgorzata goliszewska

z empatią o zrywaniu kręgu przemocy, miłości do siebie i innych oraz o tym, że nigdy nie jest za późno na zmiany; wzruszający, bezpretensjonalny i pozytywny dokument oglądany już w ogniu pandemii z jakąś nadzieją na odzyskanie normalności w sercu


2020

18.

nomadland reż. chloé zhao

ludzkie studium zagubienia w żałobie przyjmującego formę nieustannej wędrówki; frances mcdormand jak zwykle fenomenalna, tło chloé zhao niemal dokumentalne, film-medytacja, w którym na drodze do pełni szczęścia stoi obrzydliwie sentymentalna muzyka


2020

17.

crip camp: a disability revolution reż. nicole newnham / jim lebrecht

to flm z tych, które pokazują, jak przełamywać słabości i postawić na swoim; historia jak w wychowankach hippisowskiego obozu dla osób z niepełnosprawnościami narodził się bunt wobec niekrytej instytucjonalnej odrazy; budujący i empatyczny


2020

16.

never rarely sometimes always reż. eliza hittman

z empatią i realizmem o traumie niechcianej nastoletniej ciąży; bohaterki spojrzeniami wyrażają tu więcej niż w innych filmach całe ścieżki dialogowe; warto niezależnie od poglądu na sprawę


2020

15.

welcome to chechnya reż. david france

ważny film, który przede wszystkim ma naświetlić proceder prześladowań gejów w czeczenii; mimo braku formalnych fajerwerków, ogląda się go jak na szpilkach; szkoda, że amerykańska akademia nie znalazła dla niego miejsca w gronie nominowanych dokumentów; świat powinien o tym usłyszeć i zareagować


2020

14.

better days reż. derek tsang

to jedna z tych nieprawdopodobnych historii, które tak kochamy w kinie; zrealizowana ze zrozumieniem opowieść maltretowanej w szkole dziewczynki, która w chińskim krzywym zwierciadle przybiera obrót zupełnie szalony; ogląda się to wszystko z zapartym tchem i narastającym w widzu poczuciem sprawiedliwości społecznej; tsang mógł co prawda skończyć go kwadrans wcześniej, ale nawet to wybaczam


2020

13.

tenki no ko reż. makoto shinkai

makoto shinkai nigdy nie zastąpi produkcji ghibli, ale po latach suszy (ze strony miyazakiego i spółki) oraz nauki na własnych błędach, potrafi zaspokoić to samo pragnienie — beztroskiej, szalonej animowanej przygody; jest przy tym trochę naiwny i oparty na dosyć podstawowych emocjach, ale przepiękna realizacja i fantastyczna dynamika chwytają za serce; do wymiany niestety pozbawiona wyczucia ścieżka dźwiękowa


2020

12.

spaceship earth reż. matt wolf

jeśli nie słyszeliście historii tego projektu, gdy w latach 90. próbowano w warunkach izolacji od świata zewnętrznego odtworzyć w miniaturze ziemskie ekosystemy, pisałem o tym dość obszernie w zeszłym roku w tekście o książce bucky’ego fullera, która całe to szaleństwo zainspirowała; temat jest fascynujący i kompetentnie to uchwycono, choć może nie do końca wyczerpano — to motyw co najmniej na serial; sam film natomiast robi wrażenie linearnością akcji przywodzącą na myśl kino fabularne; polecam wszystkim, którzy nie boją się wyjść poza schemat


2020

11.

ema reż. pablo larraín

to jeden z tych seansów, podczas których stopniowo coraz bardziej i bardziej nienawidzi się głównych bohaterów, reżysera i scenarzysty, ale które jednak swoim tempem i pokrętną ścieżką zmierzają ku czemuś, co pozwala te emocje uwolnić, a ich dotychczasowe miejsce zająć poczuciem jakiegoś spełnienia


2020

10.

palm springs reż. max barbakow

jakkolwiek uwielbiam samberga, nie sądziłem, że będzie mi jeszcze dane obejrzeć z nim film, który uznam za dobry, a palm springs jest nie tylko dobre, ale wciągające, odstresowujące i niegłupie; to trochę taki dzień świstaka dla milenialsów, z chwilą na refleksję i masą humoru; dawno nie oglądałem bardziej udanej komedii


2020

9.

sound of metal reż. darius marder

zrealizowany z realizmem i empatią, które unaoczniają widzowi osobistą tragedię bohatera, ale bez wpadania w pułapkę sentymentalizmu czy melodramy; warto tę historię poznać, poczuć ją i usłyszeć; nie oscarowy bait, raczej niespodziewany zwrot akcji w nominacjach tegorocznego rozdania


2020

8.

black bear reż. lawrence michael levine

nabrałem się, przyznaję, sam nie wiem, na co, ale mam wrażenie, że dawno nie oglądałem kina, które podeszłoby mnie w tak nieoczywisty sposób; obie części filmu uzupełniają się wzajemnie, tworząc fascynującą mapę znaczeń oddającą wybrzmiewające mi w głowie do dziś słowa bohaterki, że istnieją myśli, które można wyrazić tylko w formie filmu


2020

7.

sorry we missed you reż. ken loach

wyrzut sumienia zeszłorocznego zestawienia, wówczas z bólem odłożony na później, znalazł u mnie miejsce rok później; janerka śpiewał kiedyś, że potrzeba więcej lol (które chcą zmieniać świat), a ja muszę tę myśl przekręcić, potrzeba więcej loachów; brytyjski twórca bez hiperbolizacji, ale z empatią pokazuje twardą codzienność rodziny robotniczej, na drugim planie piętnując nadużycia bezdusznego systemu; mocne kino


2020

6.

colectiv reż. alexander nanau

pojawiło się w filmie sformułowanie „węzeł gordyjski” i ono najbardziej trafnie opisuje to, co działo się w systemie opieki zdrowotnej w rumunii w czasach pożaru klubu colectiv w 2015 (i zapewne nadal trwa) — system stworzony, by karmić sytych kosztem tych w potrzebie; fenomenalne kino śledcze i obraz bezsilności tych, którzy próbują coś zmienić; niestety nie trudno zobaczyć w nim odbicie naszego polskiego podwórka


2020

5.

portrait de la jeune fille en feu reż. céline sciamma

kolejny film przegapiony przed rokiem, przywrócił mi ochotę na kino w minione wakacje; nieśpieszny, ale gęsty, bogaty w ponadczasowe konteksty i wątki; zrealizowany z malarską gracją, ale bez posągowej dostojności; doczekał się zresztą w tym roku mniej zajmującego naśladowcy w postaci filmu amonit


2020

4.

promising young woman reż. emerald fennell

rozkosznie metapopkulturowe kino rape and revange pełną gębą, w którym dla pogłębienia efektu zarówno „rape”, jak i „revange” wykorzystano piosenkę paris hilton; moja przyjaciółka nazwała go nadzwyczaj trafnie kwaśnym cukierkiem, który w kolorowym papierku skrywa zawartość, którą nie każdy będzie w stanie przełknąć; dobre i ważne kino


2020

3.

the father reż. florian zeller

teatr telewizji z dwiema fenomenalnymi rolami głównymi; mimo pewnej przewidywalności udało się zellerowi pokazać temat, od strony której nie ujęto jeszcze tak zręcznie w filmie live action; rezonuje ze mną do dziś, może dlatego, że w gestach i słowach hopkinsa dostrzegłem rysy mojej nieżyjącej babci?


2020

2.

zabij to i wyjedź z tego miasta reż. mariusz wilczyński

afirmacja brzydoty i groteski jako ostatnia deska ratunku starzejącego się łodzianina; obrośnięty licznymi legendami jeszcze na długo przed przesuwaną w nieskończoność premierą surrealistyczny trip o przemijaniu narysowany kreską czołówki miliarda w rozumie; ktoś napisał w sieci i zebrał przy tym wielki poklask, że to definicja kina dla boomerów; jeśli tak, mogę być boomerem, bo mnie ten film z całym swoim gorzkim bełkotliwym sentymentalizmem ujął na wielu poziomach; poczułem się jednością z brudem szarych ulic i brudem za paznokciami, i wszystkim tym, co na co dzień wolelibyśmy wyprzeć, a co jednak nas mimowolnie kształtuje i bez czego nie bylibyśmy nami


2020

1.

quo vadis, aida? reż. jasmila žbanić

bezsilność w obliczu wojny i biurokracji; dobitny portret natury ludzkiej; poniewiera widza, choć ani przez chwilę nie epatuje dosłowną brutalnością; esencja kina antywojennego; kładę na jednej półce obok idź i patrz i idę, i patrzę

Opublikowano

2020

2020

kolejny styczeń już dojrzał, najwyższa pora rozliczyć pandemiczny rok 2020; tym razem podszedłem do sprawy może mniej profesjonalnie (a może właśnie bardziej?), ale uczciwiej względem samego siebie — dosłuchiwałem (i wciąż dosłuchuję) oczywiście przegapione zawczasu rekomendowane krążki, ale nie w celu, jak to mi się czasem zdarzało, domknięcia nimi własnego podsumowania — może za jakiś czas pożałuję, ale te listy nigdy tak naprawdę nie zostają ukończone — nawet po publikacji człowiek ma ochotę, coś dodać, zmienić, przestawić; przede wszystkim jednak po raz pierwszy zrobiłem jedno wspólne zestawienie dla wszelkich form muzyki godnych wyróżnienia — głównie albumów i utworów, ale także epek, kompilacji, mikstejpów; na co dzień słucham muzyki w taki sposób bez kategoryzowania i od dawna mam poczucie, że to ujęcie bardziej naturalne i holistyczne niż zwyczajowa segregacja na płyty i piosenki — zwykle z wyłączeniem całej reszty poza nawias; wydawniczo 2020 był, zgodnie ze swoją przewrotną naturą, pomimo nieurodzaju koncertowego, zaskakująco owocny; a oto, co zebrałem


2020

40.

lyra pramuk fountain

dziwaczny wokalny art pop z naciskiem na dziwaczny i wokalny; duchowe ambientowe przedłużenie medúlli björk z androgenicznymi wokalami w stylu anohni i polifonicznymi quasi-kantatami à la pérotin; wszystko to jednak przełamane post-minimalistyczną zabawą dźwiękiem z typową dla twórczości post-internetowej swobodą ♪ „gossip”


2020

39.

bad bunny ft. ñengo flow & jowell y randy „safaera”

bad bunny nie tylko użył w „safaerze” tego samego efektownego triku, na którym swoje „sicko mode” zbudowali travis scott i drake, ale poszedł o krok dalej i wraz z klasykami reggaetonu zmajstrował coś w stylu latynoskiego evolution of dance, tylko bez tańca (czy raczej to my, słuchacze, tańczymy), inkorporując duchy przeszłych bangerów — „get ur freak on” i „el tiburón”; to fantazyjna jazda bez trzymanki i prawdziwie progresywny reggaeton”


2020

38.

bree runway 2000and4eva

w brzmieniu kobiecego rapu 2020 roku wyraźnie można było wyczuć rosnącą fascynację stylistyką początku xxi wieku, na czele z wybuchowymi krążkami nieśmiertelnej missy elliott, które bezsprzecznie zainspirowały nie tylko zeszłoroczne płyty tkay maidzy i nathy peluso, ale też debiutancki mikstejp bree runway; to 20 minut barwnego i melodyjnego hip hopu, umiejętnie przyprawionego tu i ówdzie glitchowo-noise’owymi zniekształceniami; bez wypełniaczy i lania wody runway swoją sceniczną charyzmą króluje na dziewięciu podbitych brytyjskim elektropopem produkcjach wykoncypowanych dla niej przez zespół aż siedmiu różnych producentów ♪ „little nokia”


2020

37.

sarah davachi cantus, descant

kolejna odsłona intelektualnego ambientu davachi, być może najbardziej umująca z jej dotychczasowej dyskografii, w równej mierze melancholijna co dysonantyczna, między kolejnymi dronicznymi pasażami i nieśmiałymi melodiami skrywająca bez wątpienia jakąś mroczną tajemnicę; organowe podszycie plasuje tę muzykę niewątpliwie bliżej świata ludzi niż demonów ♪ „play the ghost”


2020

36.

bob dylan rough and rowdy ways

nie obiecywałem sobie już niczego po dylanie, od czasu gdy w drugiej połowie zeszłej dekady zasypał nas pięcioma krążkami z zmęczonymi krążkami z własnymi wersjami amerykańskich standardów; tymczasem stary wyga znowu nas przechytrzył — [i]rough and rowdy ways[/i], choć z początku potraktowane przeze mnie po macoszemu, okazało się najprzyjemniejszym melodyjnie i najciekawszym narracyjnie krążkiem amerykańskiego barda ostatnich kilkunastu lat; nie spodziewałem się po staruszku dylanie ani takiej bystrości umysłu, ani tak zapadających w pamięć refrenów ♪ „my own version of you”


2020

35.

jacob collier ft. rapsody „he won’t hold you”

nie było w zeszłym roku dojrzalszego aranżacyjnie i melodyjnie soulowego singla; jeszcze dwa lata temu nie spodziewałbym się, że ambitny i utalentowany, ale naiwny i prostolinijny jacob collier będzie w stanie wyczarować na tyle subtelny, a jednocześnie wyrazisty numer — nie tylko piękny hołd dla brzmienia soulquarians i debiutu jamesa blake’a, ale krok dalej — kreatywna synteza obu, post-neo-soul, jeśli pozwolicie


2020

34.

partynextdoor „savage anthem”

choć zeszłoroczny krążek partynextdoor był kompletnie płaski, w „savage anthem” typ znalazł się w szczytowym punkcie własnej gry; numer, zupełnie jak u dreama na fenomenalnym love vs. money dekadę temu, zbudowany jest na zestawieniu sakrum-profanum — paradoksalny hymn niezłomnego rapera-hedonisty umocowano na minimalistycznym bicie z czasem przechodzącym w chóralną nadbudówkę; pnd błyszczy tu wokalnie, ale dowozi też emocjonalnie


2020

33.

erlend apneseth fragmentarium

straciłem trochę z oczu erlenda apnesetha, kreatywnego skrzypka z norwegii grającego na regionalnym wariancie instrumentu zwanym hardingfele, od czasu przełomowego dla niego krążka det andre rommet nagranym z jego triem w 2016 roku; nie mogłem się więc spodziewać, jak rozkosznie zabrzmi w szerszym składzie — na fragmentarium wybrzmiewa pod jego wodzą cały ensemble, na papierze sześcioosobowy, ale uzbrojony w czujnych multiinstrumentalistów; to muzyka w duchu folkowa w bardzo klasyczny sposób, ale szalenie progresywna i pokręcona, tak że trudno czasem ją sklasyfikować — apneseth jest awangardzistą, ale nie boi się melodii — pożycza z muzyki improwizowanej i elektroakustycznej, z awangardy europejskiego jazzu i od składów kameralnych; można by tę muzykę grać w wielkich salach koncertowych z czerwonymi atłasowymi fotelami, ale zrobionoby jej tym tylko krzywdę; zdecydowanie wolałbym usłyszeć ją w starym drewnianym kościółku gdzieś na norweskim fiordzie i tam właśnie się przenoszę, ilekroć wybrzmiewa fragmentarium ♪ „omkved”


2020

32.

daoko „ocharaketayo”

daoko osiągnęła w tym skromnym nagraniu szczyt j-popowej finezji — gdy wybaczyć jej na wpół rapowane zwrotki (przywodzące zresztą na myśl bardziej nowe r&b niż japoński hip hop), zostajemy nagrodzeni aksamitnie wyśpiewanym subtelnie melodyjnym refrenem w tradycji najlepszych nagrań kahimi karie; przestrzenna futurebassowa produkcja i minimalistyczny leniwie znaczący kolejne oddechy dopełniają wysmakowanej całości


2020

31.

mata „żółte flamastry i grube katechetki”

z nieprzeciętną wrażliwością, slalomem omijając, choć czasem o włos, potencjalne niezręczności w sentymentalnej, ale nie przesadnie, rapowej rozkmince o klasę lepszej niż paralelne „bubbletea” quebo i o dwie od „domów z betonu” pro8l3mu


2020

30.

kassa overall i think i’m good

przekorne mariaże gatunkowe często odpychają forsowanymi przez siebie fuzjami, ale kassa overall, choć także bierze byka za nogi, doskonale wpatla w, wydawałoby się, już trochę przebrzmiałą tkankę alt r&b elementy jazzu, rapu i glitchu; dzięki temu forma jest świeża, trochę na pierwszy rzut oka zuchwała, ale żywa i adekwatna; czuć w tej muzyce luz i radość z zabawy dźwiękiem i brzmieniem, dzięki czemu całość brzmi autentycznie i autentycznie można się przy tej płycie rozerwać ♪ „find me”


2020

29.

olga dowbusch-lubotsky / irina schnittke / mark lubotsky / moritz schott schnittke: chamber music

wiolonczela, skrzypce, organy i fortepian; solo lub w duetach na przestrzeni siedmiu kompozycji; to topografia zeszłorocznej płyty z muzyką kameralną alfreda schnittkego wypuszczonej nakładem nieśmiertelnej miełodii; to schnittke mniej znany, choć wciąż wykonywany, doborem i kolejnością kompozycji pięknie budujący napięcie przed finałowym epilogiem do peer gynta, polistylistycznym rozszczepieniem romantycznej tkanki z wdową po genialnym kompozytorze przy fortepianie; poza nieprzeciętnym, ze wszech miar rozdzierającym finałem to muzyka dyskretnie, raczej w detalach ujawniająca muzyczny rysopis schnittkego ♪ „peer gynt: epilogue


2020

28.

ellen fullman in the sea

cztery minimalistyczne dźwiękowe płaszczyzny hipnotyzujących promieniujących statycznych burdonów; hałaśliwa medytacja; żywe, organiczne, przestrzenne trwanie ♪ work for four players and 90 strings


2020

27.

fluisteraars bloem

moje czarne serduszko przesłuchało w zeszłym roku całkiem spory zestaw doomowych albumów, ale żaden z nich nie wyrwał go z piersi; zrobił to za to blackowy krążek holenderskiej grupy fluisteraars; krążek należący zresztą do mojej ulubionej grupy płyt — srogich z ładnymi okładkami; gdyby nie ona, być może w ogóle bym po niego nie sięgnął; nie jestem specjalistą od blacku, ale lubię uraczyć się czasem dobrym blackgaze’owym pejzażem; do tego wracałem wielokrotnie i za kadym razem dowoził ♪ „nasleep”


2020

26.

tierra whack „peppers and onions”

tierra whack wróciła do gry; w jednym z trzech tegorocznych singli „peppers and onions” zaserwowała nam więcej tego, co w niej najlepsze, czyli plimplająco-blimblającej laidbackowo-mumblecore’owej trap-popowej słodyczy, po raz kolejny w przenikliwie introspektywnym wydaniu; kiedy inni raperzy napinają mięśnie i szczotkują sneakersy, whack śmiało przyznaje, że nie jest wzorem do naśladowania, ale nie dlatego, że jest „bad, bad, real real bad”, ale zupełnie przyziemnie jest „only human” i „sometimes happy, sometimes nervous” — nuci melodyjnie w refrenie; jest w tym szczerość, urok i odwaga w przekraczaniu granic w gatunku, który mimo coraz wyżej położonych artystycznych szczytów wciąż ma do wykonania sporą pracę, jeśli chodzi o akceptację nienormatywności


2020

25.

better person something to lose

jest coś magnetycznego w refrenach i aranżach better person i jego wyglądany od czterech lat długogrający debiut tę cechę z powodzeniem akcentuje; po tym, jak w 2017 roku typ nagrał rozkosznie oniryczny, ale wciąż niesamowicie melodyjny singiel „zakochany człowiek”, śledziłem jego poczynania ze znacznie większą uwagą niż zwykle przykładam do naszych krajowych produkcji (szejm on mi, ale tak już jest, trudno) i jakież było moje zdziwienie, gdy something to lose nie tylko nie okazało się rozczarowaniem, ale stało się oczarowaniem roku; i to pomimo tego, że wiodące inspiracje muzyka — 80sowe sophisti-pop i new romantic to nie do końca mój sos; diabeł tkwi w szczegółach — w ładnych melodiach, pieczołowitych rozmarzonych aranżach, w których można się zatopić i w polszczyźnie (w dwóch utworach) ♪ „dotknij mnie”


2020

24.

okkyung lee yeo​-neun

koreańska wiolonczelistka okkyung lee nie przestaje zachwycać; jej zeszłoroczna płyta to nie tylko pokaz mistrzowskich technik kompozycyjnych i wykonawczych muzyki współczesnej, ale też porcja wysmakowanej klasycznej muzyki kameralnej; lee stoi tu na czele opartego na doskonałej synergii fantazyjnego kwartetu z harfą, kontrabasem i fortepianem, który zręcznie balansuje między awangardą a klasyczną melodyką; to odsłuch, który słuchacza ani nie rozleniwia, ani nie męczy ♪ „eternally”


2020

23.

silvia tarozzi mi specchio e rifletto

nie lubię muzyki po włosku, trudno powiedzieć dlaczego, złe doświadczenia być może; dlatego w tle mojego słuchaniu tegorocznego szalenie kreatywnego drugiego krążka silvii tarozzi rozgrywała się dziwaczna walka o tę płytę; to trochę staromodny krążek, czy raczej krążek wychodzący od staromodnego psychodelicznego folku na otwarte morze awangardy — tarozzi robi tu masę rzeczy — zwielakratnia swoje wokale, gra na skrzypcach, fortepianie, gitarze, akordeonie, bawi się nagraniami terenowymi i tworzy dziwaczną oldschoolową progresywną elektronikę pełną lekko kiczowatego, ale autentycznego dramatyzmu; jak to wszystko udało jej się zamknąć w naprawdę koherentnym projekcie? nie mam pojęcia, podobnie jak nie wiem, o czym jest ta płyta, ale za każdym razem pobudza moją wyobraźnię i moją wrażliwość estetyczną na wielu poziomach, a po kilku utworach i ten włoski mi nie straszny ♪ „spazio”


2020

22.

jason isbell and the 400 unit „be afraid”

trudno powiedzieć, jak to się stało, że jeden z cieszących się największym uznaniem współczesnych piosenkarzy country napisał i wykonał najlepszy utwór u2 ostatnich dwudziestu lat; heartlandowymi gitarowymi riffami obudził przy okazji ducha the war on drugs, serwując jednak potężny refren, którego grupa gradunciela nigdy nie miała


2020

21.

fleet foxes shore

fleet foxes wrócili do folkowych piosenek, które tak pięknie im wyszły na dwóch pierwszych płytach; nie ma przy tym poczucia, że nagrywają autocovery czy odcinają kupony; brzmienie jest lżejsze, bardziej akustyczne; lżejsze są też melodie — zaklęte gdzieś pomiędzy beztroską końca lata a melancholią jesieni; pięknie udało się pecknoldowi i spółce ożywić brzmienie grupy bez pójścia na łatwiznę ♪ „maestranza”


2020

20.

the 1975 „if you’re too shy (let me know)”

mistrzowie nieudanych płyt dostarczyli w tym roku genialny singiel — „if you’re too shy” to pop w wersji deluxe — z obłędnie przebojowym refrenem, któremu kroku wcale nie ustępują nieco bardziej enigmatyczne, ale charakterystyczne rozpisane na dwa głosy zwrotki, ani tym bardziej nabierający właściwego znakomitym mostkom rozbiegu mostek; wszystko to przyprawione syntezatorowym rifem, rytmicznym nowofalowym bitem i saksofonową solówką; dzięki temu pięć minut mija jak trzy, a indie pop nie umiera nigdy; kurtyna!


2020

19.

sault untitled (black is) / untitled (rise)

dzięki sault soul odzyskał w zeszłym roku tożsamy dla niego wymiar komentarza społeczno-politycznego; enigmatyczny projekt, na czele którego stanęli producent inflo i wokalistka cleo sol; to muzyczna emanacja głosu afrykańskiej diaspory w roku masowych protestów ruchu black lives matter; jednocześnie udało się grupie ponad banderą ponadczasowego neo-soulu zebrać elementy klasycznego psychodelicznego soulu i funku, afrobeatu, gospel i miejskiej poezji, a także nowej fali r&b — to wszystko pomimo znaczących stylistycznych różnic dzięki wszechstronnej produkcji inflo, udało się z powodzeniem zamknąć w dwóch niesamowicie żywych i zajmujących krążkach zrealizowanych w konwencji cyklu piosenek i w zasadzie pozbawionych słabszych momentów; to albumy, bez których soul xxi wieku nie mógłby się obyć ♪ „sorry ain’t enough”, „fearless”


2020

18.

mary lattimore & mac mccaughan avl

tak, wiem, mary wydała w zeszłym roku właściwy solowy krążek, który zresztą widziałem tu i tam w podsumowaniach końcoworocznych, ale ilekroć do niego wracałem, miałem poczucie jakiegoś braku; tym brakiem był mccaughan, z którym w zeszłym roku zrobili fantastycznie newage’owe new rain duets; zeszłoroczny album avl, który także zarejestrowano na żywo, jest owocem niezwykłej synergii duetu — słodkim medytacyjnym owocem elektroakustycznego tu i teraz zrealizowanego zgodnie z prawidłami sztuki pradawnych japońskich mistrzów klasycznego kankyō ongaku ♪ „85 drone”


2020

17.

charli xcx „anthems”/”visions”

charli xcx udowodniła już nie raz, że jej najlepsze projekty to te wydawane bez wielkolabelowego powrozu na szyi — tak było i w przypadku tegorocznego krążka how i’m feeling now stworzonego spontanicznie na kwarantannie; na płycie charli bez skrępowania sięga po cały wachlarz popowych rozwiązań, które z powodzeniem stosowała przez ostatnie lata, ale to na ostatniej prostej krążka w podwójnym bangerze „anthems”/”visions” na produkcjach odpowiednio dylana brady’ego i a. g. cooka jest niezatrzymywalną królową elektropopowego undergroundu, która wyłania się niespodziewanie z czeluści internetowej muzycznej mazi, żeby ocalić pop przyszłości od sztampy, nudy i radiowych formatów


2020

16.

jessie ware „spotlight”

przysłowiowa jaskółka zwiastująca wiosnę, czyli w przypadku jessie ware faktyczny nowy początek kariery z upbeatowym what’s your pleasure; to nie tylko jeden z najbardziej przebojowych refrenów w karierze piosenkarki, ale też znakomity klucz do odsłuchu jej zeszłorocznej płyty syntezujący w sobie pewną tęsknotę, melancholię nawet zastygłą na moment w finezyjnej posągowej pozie (to poniekąd właśnie za tę wymagającą wszelkiej równowagi kreację pokochaliśmy ware przed laty) z neo-dyskotekowym zacięciem wprowadzającym słuchacza w świat nowych brzmień artystki; tym samym piosenkarka mocno weszła na terytorium smutnej, a przynajmniej refleksyjnej dyskoteki do tej pory okupowanego niepodzielnie przez robyn


2020

15.

roy ayers, adrian younge & ali shaheed muhammad jazz is dead 002

ileż to razy proklamowano już w historii muzyki śmierć jazzu! ale chyba nikt nie zrobił tego z tak rozkoszną przewrotnością jak adrian younge i ali shaheed muhammad, którzy z początkiem roku pod szyldem jazz is dead powołali do życia oficynę i serię wydawniczą zarazem; do współpracy zaprosili dawnych mistrzów m.in. legendarnego wibrafonistę roya ayersa; nagrana z nim druga część jazz is dead to niewątpliwy hajlajt projektu; muzycy w doskonałej synergii uchwycili tu ducha autentycznej soulowo-jazzowej fuzji bez stylistycznych uproszczeń, a osiem premierowych kompozycji stworzonych przeza artysów wspólnie na potrzeby krążka tchnęło nowe życie zarówno w przebogaty dorobek muzyczny ayersa, jak i soul/jazz 2020 roku ♪ „gravity”


2020

14.

the chicks gaslighter

gaslighter jest płytą w dużej mierze terapeutyczną — począwszy od tytułu krążka odnoszącego się do gaslightingu, formy psychologicznej manipulacji polegającej na destabilizacji psychicznej ofiary tak, by sama zaczęła kwestionować swoją poczytalność. „gaslighter, you broke me, you’re sorry, but where’s my apology?” — pyta retorycznie maines w refrenie tytułowego utworu; to czy zwraca się do byłego męża, czy do ówczesnego prezydenta usa, donalda trumpa, pozostaje kwestią interpretacji; bo choć tematyczna oś albumu oscyluje wokół nieudanej relacji, wiele piosenek można czytać szerzej; szerzej można też the chicks słuchać, bo jack antonoff minimalistyczną, choć korzystającą z organicznego instrumentarium produkcją wprowadził je w świat wielkoformatowego popu; ale upopowienie i ugładzenie brzmienia w żaden sposób nie odbierają dziewczynom poczucia sprawczości; to w dużej mierze fascynujące, ale podobnie jak na taking the long way triu udało się stworzyć płytę spod znaku rape and revenge, którą jednocześnie wypełnia empatia; nie jest to rzecz jasna żadna płyta roku, ale nie byłoby bez niej mojego roku, wpisuję ją więc do pamiętniczka, choćby z asteryskiem ♪ „march, march”


2020

13.

iman omari ft. kent jamz „the love that i’m giving”

philly soul doczekał się w zeszłym roku szalonego update’u brzmienia, na który ani nie byliśmy gotowi, ani tym bardziej nie zasługiwaliśmy; nabardziej niedoceniony z neo-soulowych wokalistów iman omari wraz z kentem jamzem pod producenckimi skrzydłami raedio na potrzeby ścieżki dźwiękowej do czwartego sezonu insecure zmajstrowali wspólnie numer, którzy krzyczy „stevie wonder” na sterydach — to nadpobudliwy młodszy brat „ghetto woman” janelle monáe i „captain stupido” thundercata, który na szalonym motorycznym synthfunkowym bicie łączy w sobie trzy rodzaje zwrotko-mostko-refrenów, spośród których każdy wydaje się równorzędny; szkicowe vocoderowe partie śpiewane wspólnie przez omariego i jamza na modłę 90sowej szkoły r&b (ale z oldschoolowym zacięciem) przechodzą zaraz w klasycznie neo-soulowy ośmiowersowy mostek, by eksplodować z tą samą energią co pędzący bit we właściwym refrenie; to wszystko zalane psychodelicznym sosem i zrealizowane w doskonałej synergii wokalistów z producentem; jedna z najciekawszych rzeczy w soulu i r&b ostatnich lat


2020

12.

fiona apple fetch the bolt cutters

w kwietniu napisałem o tej płycie więcej niż chciałem, a jednocześnie zupełnie nic; i nadal nie mam wiele do dodania — postanowiłem wstrzymać się od komentarza, by móc cieszyć się tą muzyką na własnych warunkach; cieszę się, że fiona zebrała swoje zabawki i nagrała w domowym studiu fascynujący, wielowymiarowy krążek z wykorzystaniem sprzętów kuchennych i głosów własnych zwierząt; zdekonstruowała swoją wcześniejszą twórczość i udało jej się wpisać w gusta pokolenia fomo; tak naprawdę, przyznam wam się, słyszałem tę płytę dziesiątki razy, ale nie mam poczucia, żebym naprawdę ją wysłuchał — może stąd ta ambiwalentna druga dziesiątka, że wciąż czekam na ten moment ♪ „cosmonauts”


2020

11.

idles „a hymn”

nie byłoby wartościowego roku bez konstruktywnego rozczarowania; poprzedni krążek idles pozwolił mi wyrazić i wykorzystać w miarę pozytywnie negatywną energię wynikającą z obrzydliwości polskiej rzeczywistości politycznej; chłopaki pokazali, że można być jednocześnie wkurwionym i czułym, ale by zrozumieć zajebistość tamtej płyty, potrzebowałem tej nowej ultramono, którą kupiłem, jeszcze zanim usłyszałem ją w całości, ale zabrakło jej tamtej energii i tamtej celności — koniec końców rozdrażniła mnie niekonsekwencją, ale nie mogę niedocenić jej znakomitych momentów, które wrosły dla mnie w tkankę minionego roku — jednym z nim był singlowy „a hymn” — minimalistyczna post-punkowa ballada wyśpiewana z niedoścignioną czułością i empatią enigmatycznym tonem, w którym pobrzmiewają echa nieśmiertelnego iana curtisa; jest to pewna klasyczna poza, ale zaadaptowana z sympatią i zrealizowana z wyczuciem


2020

10.

dua lipa „don’t start now (live in la remix)”

nie tylko dua lipa nawrócona na neo-dyskotekowy pop wyśpiewała jeden z najlepszych popowych refrenów tego roku, ale w lutym zeszłoroczny pierwszy singiel z jej tegorocznego krążka doczekał się zjawiskowej odsłony w pełnym trybie vegas z feerią neonów, żywymi smyczkami i funkującą linią basu; aranż dopieszczono tu w najdrobniejszym detalu, a fragmentom wokalnym dodano przestrzeni i głębi, dzięki czemu i tak fantastyczny refren stał się w tej inkarnacji numeru prawdziwym taranem; tak brzmi popowa perfekcja


2020

9.

klô pelgag notre-dame-des-sept-douleurs

spadła na mnie jak grom z jasnego nieba ta płyta — kandyjski progresywny chanson, z jednej strony poetycki i rozmarzony, z drugiej eklektycznie elektroniczny, pulsujący melodiami wielkoformatowego popu minionych dekad — klô pelgag nie wzięła się znikąd, to jej trzecia płyta, dla mnie pierwsza; to być może najlepszy album pop zeszłego roku, jeśli chodzi o melodykę; piosenki są fantastycznie napisane, zaaranżowane z wyobraźnią i bez kompleksów; cały album wręcz wymyka się z rąk — i znakomicie! ♪ „soleil”


2020

8.

36 & zakè stasis sounds for long​-distance space travel

podróże międzygalaktyczne przy pomocy muzyki stały się, chąc nie chcąc, jedną z moich ulubionych rozrywek czasu pandemii; podróżowalem z grahamem lambkinem, z japońskimi new age’owcami i oczywiście ze współczesnymi ambientowcami — nikt inny jak ten enigmatyczny angielsko-amerykański duet nie zrobił tego z takim rozmachem; ich półtoragodzinna ambientowa odyseja kosmiczna jest wszechotaczająca, wsysająca słuchacza do kosmicznego wnętrza, gdzie nie ma nic i jest wszystko; cholernie mocne dźwiękowe przeżycie ♪ „city at night”


2020

7.

dinner party dinner party

nie było chyba jeszcze tak dojmującej i totalnej afirmacji dziedzictwa legendarnego kolektywu kreatywnego soulquarians jak ta maciupka płytunia; dinner party tj. terrace martin, robert glasper, 9th wonder i enigmatycznie wszechobecny-ale-niewpisany-w-oficjalny-skład-zespołu kamasi washington, czyli świta thundercata, która zrobiła jazzowy album kendricka lamara, przetwarza nieśmiertelne brzmienie nieodżałowanego roya hargrove’a i jego the rh factor przez doświadczenia muzyczne własnego pokolenia; panowie zaprosili na pokład phoelixa (za dnia producenta, który wymyślił soulowy sound noname, nocą niestrudzonego, choć niedocenionego uduchowionego pieśniarza), żeby odtworzyć tę samą świętą synergię, która sprawiła, że voodoo d’angelo jest jedyne i niedoścignione; i choć wygładzono krawędzie, stawiając raczej na sypialnianą kameralność, sztandarowe połączenie hiphopowego bitu z jazzową trąbką i klawiszowym riffem to główny filar obu wydawnictw ♪ „sleepless nights”


2020

6.

orf vienna radio symphony orchestra / michael boder feldman: coptic light

struktura coptic light zawsze przywodzi mi na myśl falujący na wietrze koc, przy czym nie ma wiatru, jest tylko ten koc, przemieszczający się swobodnie w przestrzeni, a ja z pozycji oblatującego go dookoła drona śledzę wszystkie jego ruchy, a są one płynne i precyzyjne, nie tyle przemyślane, co naturalne, przystojne, ale nieszablonowe, działające w obrębie schematu, ale schematu bardzo swoistego, niepodlegającego wpływom innych schematów; felman był mistrzem kompozycji przypominających zamknięty obieg twórczy, sprawcą kilku niezręcznie pozornych perpetuum mobile (z drugim kwartetem smyczkowym na czele); wiedeńska orkiestra uczyniła w zeszłym roku tę kompozycję bardziej przejrzystą i wyrazistą niż najbardziej chyba kanoniczne wykonanie deutsches symphonie-orchester berlin z lat 90.


2020

5.

haruka nakamura still life

zawsze miałem słabość do fortepianowych miniaturek satiego, ravela czy debussy’ego; gdy byłem młodszy, trochę się przed tym broniłem, bo wydawało mi się, że to emanacja sentymentalizmu, ale naturalnie doszedłem do wniosku, że takie impresjonistyczne malowanie fortepianem to istne czasy — może być odbierane jako pewna estetyzacja rzeczywistości, ale mimo prostoty wyrazu, może pomóc nam okiezłanć, uporządkować, zrozumieć uczucia i wydarzenia zupełnie nieharmonijne; to w czasie pandemii zrobiło dla mnie still life nakamury — stworzone i wydane jako tło do pandemicznego dziennika artysty; to muzyka, która nie bierze udziału w wyścigu po laury, ignoruje trendy i skutecznie opiera się fomo; byłoby tego tylko i aż tyle, ale nagranie jest dalekie od sterylności, dźwięki pianina zanurzone są w sobie samych — jest w nich coś intymnego, niedoskonałego, niepokojąco dźwięcznego, co przepięknie kontrastuje proste, swojskie, ciepłe melodie na tych klawiszach wygrywane ♪ „fly”


2020

4.

gillian welch boots no. 2: the lost songs

w marcu studio nagraniowe welch i rawlingsa zniszczyło tornado; po tym jak wichura zerwała dach przez dziesięć godzin nocą bez niczyjej pomocy próbowali ocalić swój dobytek artystyczny, ratując przez ulewnym deszczem sprzęt i taśmy-matki swoich nagrań; to sprawiło, że postanowili wydać potrójny boxset z niepublikowanymi dotąd nagraniami cudem ocalonymi przed zniszczeniem; to piosenki, które artystka napisała wspólnie z rawlingsem w grudniu 2002 roku, by oswobodzić się z kontraktu wydawniczego, który podpisała dziewięć lat wcześniej jako nikomu nieznana songwriterka; wydane teraz nagrania zostały specjalnie zremasterowane ze szkiców, które zarejestrowano przed osiemnastoma laty; jest tego w sumie 48 utworów i są to rzeczy rozmaite — od prostych storytellingów, których welch nigdy nie umieściłaby na własnej płycie po bardziej osobiste numery, spośród których zresztą dwa trafiły na jej kolejną płytę soul journey w 2003 roku; to raczej materiał rozpisany na długodystansowe towarzyszenie niż projekt, który w ciągu chwili da się ogarnąć i sklasyfikować; gdyby ktoś jednak miał chęć jedynie z nim poflirtować, niech flirtuje z trzecią płytą — jest bez wątpienia najmocniejsza; to co prawda odrzuty, ale ze złotego kreatywnego okresu welch-rawlings, muzyka broni się sama ♪ „cowboy rides away”


2020

3.

laura marling song for our daughter

czy to najlepszy zestaw piosenek w karierze laury marling? być może nie; angielka jak mało która współczesna singer/songwriterka od ponad dekady wartkiemu tempu wydawniczemu dotrzymuje kroku jakością; (nie) wszystko jest w tytule — to dziesięć intymnych piosenek napisanych dla (wyobrażonej) córki — napisanych z czułością, empatią i miłością — wszystkim tym, czego, jak powietrza, potrzebowaliśmy (i wciąż potrzebujemy) na czas pandemii ♪ „held down ”


2020

2.

tyler childers long violent history

nie było w roku 2020 płyty bardziej ożywczej i prawdziwszej niż ta; tyler childers z niedającym się ukryć wiruozeryjnym sznytem wygrzebał z martwych ponadczasową formułę starodawnego folku z appalachów; osiem instrumentalnych kompozycji i tytułowa piosenka miały być pobocznym charytatywnym projektem, odskocznią od ewoluującej kariery wokalnej childersa, a wybrzmiały, jakby do wykonywania tej żywej muzyki z appalachów był od początku predestynowany; to także produkcyjny majstersztyk, pozwalający z jednej strony doświadczyć tej muzyki w nieskazitelnej jakości, z drugiej nie ujmujący tym samym ducha klasycznym z natury nagraniom ♪ „squirrel hunter”


2020

1.

iris dement „going down to sing in texas”

usłyszenie „going down to sing in texas” iris dement było dla mnie jednym z najjaśniejszych momentów zeszłego roku; a to dlatego, że ta pełna empatii i hartu ducha piosenka utrzymana w stylu klasycznego dylanowskiego protest songu okazała się dla mnie niespodziewanie nieocenionym pokrzepieniem w tym mrocznym i trudnym czasie; iris jest prostolinijnie szczera — to wartość, której tak bardzo brakuje ostatnio w scenicznej pozerce, choćby najbardziej zręcznej — wie, jakich wyborów dokonuje, jest świadoma tego, co się z nimi wiąże i nie kryje tego; jest otwarta i pełna empatii, ale nie bezkrytyczna;. jest też pełna wdzięczności dla tych, którzy w jej oczach dają dobry przykład i działają na rzecz zmiany na lepsze; i to chyba jest ta część, która ujęła mnie najbardziej; jest w tych serdecznych podziękowaniach coś nie tyle niedzisiejszego, co niezwykłego w sposób zupełnie ponadczasowy; dement odnosi się zresztą do spraw, które dzieją się na naszych oczach (dyskryminacji kobiet, muzułmanów, czarnoskórych, degeneracji kościoła katolickiego, agresji izraela wobec palestyńskich cywili, zbrodni wojennych, narastających nierówności społecznych, masowych protestów) i zwraca się do konkretnych osób (the chicks, the squad, jeffa bezosa i młodych ludzi w ogóle); gdyby taką piosenkę nagrał dzisiaj sam dylan, z pewnością zrobiłby się wokół niej niebywały szum, a tak przepadła pośród mijającego się często ze wszelkim meritum sezonowego hajpu; w każdym razie dzięki tej dziękczynnej formie, wszystkie te trudne kwestie, do których każdy mógłby dopisać jeszcze kilka innych, zyskują wymiar pozytywny — wiary w drugiego człowieka i jego sprawczość; i ja sam podbudowany tym przesłaniem i przekonany o jego słuszności chcę przekazać je dalej, ilekroć trafię na plejliście na „going down to sing in texas” iris dement