Opublikowano

A decade in life and music (²⁄₂)

A decade in life and music

A decade in life and music: pozycje 100-51.

*

obiecałem sobie, że przed końcem września zamknę wiszący nade mną przez niemal rok temat osobistego płytowego podsumowania dekady, którym ostatecznie odfiltruję to, co miało znaczenie największe od tego, co tylko wydawało się je mieć, ale jeszcze przed sfinalizowaniem listy zdążyłem poróżnić się sam ze sobą — to naiwne sądzić, że cokolwiek jest definitywne; „boją się ludzie przemiany? a co może dziać się bez przemiany?” — pyta retorycznie marek aureliusz; te same prawidła, które odnoszą się do całości rzeczy, doskonale opisują też to, jak zachowują się dzieła muzyczne i nasze mniemanie o nich; koniec końców ważniejszy niż wartościowanie ich jest pretekst, by móc z nimi jak najpełniej obcować i to jest bezsprzecznie największym moim pożytkiem z tworzenia tej listy; koniec końców, cytując po wtóre aureliusza, „to co chwalimy, nie staje się przez to ani gorsze, ani lepsze”; a że wydaje nam się inaczej?

oddaję zatem do waszej dyspozycji drugą część mojej muzycznej listy wspomnień, wrażeń i wyobrażeń z lat 2010-2019; bon appétit et bon voyage!


A decade in life and music

50.

rosalía el mal querer 2018

rosalía po wydaniu el mal querer stała się jednoosobową hiszpańską instytucją muzyczną; zanim jednak się to stało, zachwyciła świat kreacją, której wcześniej nie było; wspólnie z el guincho śmiało przekroczyła granice flamenco, popu i r&b; świadomie sięgnęła po auto tune, wykorzystała odgłosy otoczenia i fragmenty utworu justina timberlake’a; wszystko to wplotła we własną ikonografię na granicy bluźnierstwa, w której religijne symbole przypisuje bardzo ludzkim doświadczeniom, na czele z tytułową złą miłością — miłością, która prowadzi do zguby; to tutaj wybrzmiał nieznany od dziesięcioleci u anglosasów wokalny kunszt diwy flamenco, bez wahania wpisany tu w szeroko pojęty tropikalny pop; i w tej sferze poniekąd zmieszało się sacrum i profanum, ale przede wszystkim jednak zgodnie z duchem oryginalnego flamenco rosalía stworzyła muzykę, która dociera do ludzi, momentami sięgając też absolutu ♪ „malamente”, „de aquí no sales”


A decade in life and music

49.

charli xcx number 1 angel / pop 2 2017

muzyka pop ma zwykle dwa oblicza — to prawdziwie popularne, bijące rekordy sprzedaży i rozpoznawalności oraz to, które świadomie wykorzystuje popularne patenty, aby tworzyć nową jakość; w tej drugiej kategorii już od kilku lat brylują tuzi bubblegum bassu a.g cook i sophie, którzy w 2015 zmaterializowali się na muzycznym horyzoncie charli xcx i pop zamigotał tysiącem barw; charli nie tylko odnalazła na tym podwójnym mikstejpie swoje brzmienie, ale apgrejdowała pop do wersji 2.0; na tym samym fundamencie (choć nieco bardziej zachowawczo) ufundowała dwa swoje kolejne krążki, które mimo braku ostentacyjnych przebojów okazały się triumfem jakościowego popu; charli jest tu przebojowa, ale nie prostolinijna, czerpiąca z jednej strony Z elektronicznego hip hopu, z drugiej z klasycznej piosenkowej melodyki, niegrzeczna i ironiczna, ale nie na tyle, by grać na kontrowersje ♪ „track10”, „emotional”


A decade in life and music

48.

luzmila carpio yuyay jap’ina tapes 2014

kiedyś zacząłem spisywać listę płyt, które moim zdaniem są jedyne w swoim rodzaju, tzn. nic innego mi znanego nie jest w stanie pod kątem brzmienia, charakteru, klimatu stworzyć z nimi w prostym zestawieniu w miarę tożsamościowego zbioru; gdyby nadal gdzieś tę listę miał, z pewnością dopisałbym do niej muzykę luzmily carpio — trochę dlatego, że nie znam się na muzyce wysokich andów, a trochę dlatego, że gdy próbowałem, pod wpływem carpio, się poznać, nic z tego, do czego dotarłem nie było w stanie w jakimkolwiek stopniu równać się z nagraniami na tej płycie; yuyay jap’ina tapes to kwintesencja muzycznych odkrytek — na krążku wraz z obszernymi komentarzami (których nie miałem jeszcze okazji zgłębić) i tłumaczeniami tekstów znalazło się siedemnaście utworów nagranych na początku lat 90. w ramach realizowanego pod okiem unicefu projektu promocji liternictwa wśród ludności quechua; efekt przechodzi najśmielsze oczekiwania i wyobrażenia o tradycyjnej muzyce andyjskiej; słuchanie tych barwnych, plastycznych, w dużej mierze podnoszących na duchu utworów to jak oglądanie galaktyk przez teleskop hubble’a — fascynujące i jedyne w swoim rodzaju doświadczenie, którego nie da się ani niczym zastąpić, ani właściwie opisać ♪ „riqsiqa kasunchik”, „warmip kawsaynin”


A decade in life and music

47.

tzusing dōngfāng bùbài 2017

jedna z tych płyt, które nawiedzają mnie jak duchy, nie tylko ze względu na wspólną stylistykę z upiornym kwaidanem kobayashiego, ale przede wszystkim dlatego, że fizyczna kopia po premierze wyślizgnęła mi się z ręki o włos; to azjatyckie techno inspirowane tradycyjną chińską melodyką; dzięki temu musiało wypłynąć i wypłynęło na wierzch w morzu bezkształtnej motoryki, choćby finezyjnej, podobnie jak wypłynęło to zespolone z brazylijską batucadą u ninos du brasil; tzusing jest wybredny, świadomy i konkretny — doskonale wie, jak skonstruować kompletny i samowystarczalny industrialny pejzaż z amalgamatu miniaturowych, w pełni przetworzonych replik elementów chińskiej muzyki dworskiej ♪ „rì chū dōngfāng wéi wǒ bùbài”


A decade in life and music

46.

ryuichi sakamoto async 2017

po latach moczenia stóp w ambiencie na async sakamoto wreszcie powinął nogawki i przemyślał swoje stopy; znalazł równowagę między ambientową wodą od wieloletniego moczenia stóp, urzekającym fortepianowym obliczem, echem dawnego popowego mistrzostwa a żyłką awangardzisty; async to sakamoto pulsujący, sprzeniewierzający się zastanemu porządkowi, puszczający oko w stronę akademickiej współczechy, ale zachowujący bezpieczny dystans, w zakresie dźwięków słyszalnych ♪ „andata”, „stakra”


A decade in life and music

45.

john maus we must become the pitiless censors of ourselves 2011

to z jednej strony idealna muzyka do prześladowania kogoś (jako soundtrack — do podążania za kimś ciemnymi krętymi uliczkami z gazetą z wyciętymi otworami na oczy), z drugiej zaś idealna płyta do prześladowania tego, kto jej słucha (jako płyta-prześladowca); maus jest kompletnym kosmitą — te piosenki są niemożliwie wręcz przebojowe, niemożliwie prostolinijnie czerpią z 80sowego synthpopu, uosabiając coś w rodzaju pastiszowego wcielenia depeche mode, ale teatralne wykonanie i dziwaczna produkcja, brudna i odległa zarazem, sprawiają, że twórczość mausa staje się sama dla siebie najlepszym kontekstem ♪ „keep pushing on”, „quantum leap”


A decade in life and music

44.

uncle acid & the deadbeats blood lust 2011

na grobie electric wizard zatańczył w 2011 roku uncle acid, który wykradł ze skansenu wszystko to, co najlepsze w muzyce black sabbath i tchnął w to, przy pomocy jakichś czarnoksięskich rytuałów, nową energię; psychodeliczne, świdrujące, brudne granie wyrosłe na fascynacji tak latami 60. jak i okultyzmem — to musi działać na wyobraźnię i działa; dzięki blood lust doom metal w 2011 nabrał jakiegoś dziwnego nowego kształtu wyrosłego z kształtów doskonale przecież znanych; słuchałem tego wówczas w niemałą ekscytacją i wciąż z ekscytacją wspominam to dziś ♪ „i’ll cut you down”


A decade in life and music

43.

gil scott-heron i’m new here 2010

i’m new here to jedna z tych płyt, które przeszły do historii w momencie premiery; po szesnastu latach milczenia ojciec chrzestny rapu wrócił z krążkiem produkcji richarda russella — retrospektywnym i introspektywnym, ale brzmieniem śmiało spoglądającym w przyszłość — łączącym blues z klaustrofobiczną elektroniką, a kanyego westa z folkowymi i jazzowymi tradycjami spoken word; to także płyta trzech wymownych coverów — elektryzującej reinterpretacji klasycznego bluesa delty roberta johnsona w „me and the devil”, ekstatycznego remiksu napisanej przez brooka bentona dla bobby’ego blanda soulowej ballady „i’ll take care of you” i akuratnej reimaginacji tytułowego „i’m new here” uszytego dla herona jakby na miarę przez folkowego oryginała billa callahana; to płyta, o której nie udało mi się zapomnieć, choć wcale nie stała się z miejsca moją ulubioną — nieokiełznany magnetyzm tych nagrań, profetyzm ich brzmienia sprawił, że gdzieś zupełnie poza tą płytą zacząłem gila scotta-herona postrzegać jako część mnie, ducha może, co bezwiednie za mną krąży ♪ „new york is killing me”, „where did the night go”


A decade in life and music

42.

owen pallett heartland 2010

mój związek z owenem pallettem (piszę „mój”, bo biedaczek nic o tym nie wie) to opowieść o pozornym odtrąceniu i odtrąceniu faktycznym; gdy pallett bitą dekadę temu wypuścił swój heartland nic nie wiedziałem o jego przeszłości jako final fantasy — prędko się to zmieniło, co prawda, ale nie zaimponował mi zupełnie; i heartlandem, tak się sam przynajmniej zapewniałem, nie zaimponował mi też; aż do czasu kolejnego krążka in conflict, który gdy okazał się prawdziwym rozczarowaniem, otworzył mi oczy na moją nieustającą miłość do heartland; ta objawiła się raz jeszcze, gdzieś w zeszłym roku, gdy ni stąd, ni zowąd wróciłem do tej fantastycznej muzycznej historii zilustrowanej kosmicznie pulsującym kameralnym folkiem — stworzyłem nawet w przypływie chwili mikroplejlistę, gdzie zestawiłem palletta z the age of adz sufjana stevensa; tak go też kładę na półce z płytami; mam nadzieję, że jest im razem dobrze ♪ „keep the dog quiet”, „lewis takes off his shirt”


A decade in life and music

41.

joanna newsom divers 2015

spotify od jakiegoś czasu odmawia mi prawa do odtworzenia choćby jednego krótkiego fragmentu tej płyty — nie ma jej oczywiście na streamach, ale mam ją zapisaną w lokalnej bibliotece; ta przeszkoda zrodziła przygodę, wlała sens w album, który, choć piękny, był dla mnie do tej pory mimo wszystko jednak pustym kształtem; dopiero pięć lat po premierze, gdy ekscytacja już dawno opadła, a znużenie ekscytacją minęło, jestem w stanie usłyszeć divers tak, jak chciałem słuchać go od samego początku; to, co wcześniej opisywałem strojnymi epitetami, teraz nie potrzebuje opisu — newsom wyczarowała tu świat zupełnie odrębny od jej poprzednich światów, choć przy pomocy pozornie podobnych środków — harfy, melotronu i klawesynu, prostych melodii i zawiłych tekstów, umiejętnym operowaniu tajemnicą, tradycji folku z appalachów ♪ „waltz of the 101st lightborne”, „you will not take my heart alive”


A decade in life and music

40.

women public strain 2010

to moja ulubiona okładka tych dziesięciu lat i główny powód, dla którego w ogóle po tę płytę sięgnąłem; dziatki brudnego noise’owego post-punku, wnuki rockowych koncepcji the velvet underground i my bloody valentine w jednym, ojcowie założyciele viet cong, później przezwanego preoccupations, bo wiadomo — polityka; pamiętam doskonale, że dopiero gdy tamten skład stał się kultowy, tej płycie oddano należne honory, a tymczasem od samego początku trafiała w sam środek mojego brudnego noise’owego serduszka; tak jest i dziś ♪ „narrow with the hall”


A decade in life and music

39.

mighty sparrow sparromania! wit, wisdom and soul from the king of calypso, 1962-1974 2012

nie było na odkrywanie dziedzictwa króla calypso lepszego momentu niż premiera tej przekrojowej kompilacji od czasu ukazania się wyprodukowanego przez vana dyke’a parksa hot and sweet w 1974 roku; zanim londyńska oficyna strut wzięła pod lupę najbardziej płodny okres karaibskiego pieśniarza punkt zaczepienia do wejścia w obszerną dyskografię sparrowa zwyczajnie nie istniał; skoro tylko wagonik podjechał, siłą rzeczy i ja postanowiłem wskoczyć i powiem wprost — moje życie przez sparrowem było znacznie gorsze: źle spałem, łamało mnie w krzyżu, nie dojadałem; i tylko porcja zremasterowanego dansingowego calypso z jego tropikalnym kolorytem i gorącą krwią, ale pod krawatem i w cekinowej marynarce, mogła postawić i postawiła mnie na nogi! sparrow nadal czeka, by zostać odkrytym przez zachodnie masy i być może nigdy się nie doczeka, ale tym samym nadal będziemy nie dojadać i źle sypiać ♪ „shango man”, „ah diggin’ horrors”


A decade in life and music

38.

dram big baby dram 2016

według eryki badu gdyby george clinton, ol’ dirty bastard i d’angelo mieli dziecko, to nazywałoby się dram; trudno zaprzeczyć — dram to największy słodziak trapu, który zadebiutował płytą doskonale równoważącą to co poważne i zupełnie bzdurne, to co wesołe i urocze i konkretny uliczny swag; koleś z naturalną lekkością tworzy pierwszorzędny neo-soul na trapowych bitach czy też trap rap z neo-soulowymi refrenami — to zupełnie bez znaczenia; łączenie nowoczesnego hip hopu ze śpiewanymi refrenami przychodzi mu łatwiej niż westowi, chance’owi the rapperowi i drake’owi razem wziętym; bez pomocy autotune’a znakomicie syntezuje od lat dążące do połączenia totalnego rap i r&b ♪ „cash machine”, „outta sight”


A decade in life and music

37.

the-dream love king 2010

the-dream w 2010 roku naprawdę wciąż był królem r&b — jego kariera miała posypać się chwilę później; po love vs money, w mojej opinii najbardziej finezyjnym krążku r&b w długiej historii gatunku, zamknięcie jego miłosnej trylogii nie mogło okazać się rozczarowaniem; love king zbudowany na tym samym produkcyjnym i melodycznym fundamencie jest hołdem dla prince’owskiej energii, staranności i seksualności; słychać to najlepiej w syntezatorowym sercu krążka „yamaha”, ale ten etos w mniej lub bardziej swagowej formie jest obecny we wszystkich nagraniach na krążku; jak zwykle dream funduje słuchaczom emocjonalny i brzmieniowy rollercoaster — jego refreny mogą nie być idealne, ale jego produkcje nigdy nie zawodzą; fenomenalny przykład rhythm&bluesowego pietyzmu ♪ „february love”, „yamaha”


A decade in life and music

36.

timber timbre sincerely, future pollution 2017

choć fani i krytycy kręcili nosem wokół konwersji organicznego brzmienia timber timbre na syntezatory, ich dyskografia zyskała na tym niebanalny fabularny twist — wciąż dogłębnie noirowy, wciąż na swój sposób anachroniczny i freakowy, ale uderzający raczej w klimat neo-noir niż secesyjnego antywesternu; nie spodziewałem się, że zatopię się w ten świat i przepadnę, ale któregoś dnia, zobaczyłem nad miastem wieczorne niebo tak piękne, że aż przystanąłem; i na tę chwilę, zupełnie niespodzianie, musiałem usłyszeć „floating catherdral” — choć minęło już wiele miesięcy od mojego ostatniego spotkania z timber timbre; to objawienie ujęło mnie nie tyle swoją akuratnością, co tanim melodramatyzmem, którym od tej chwili podszyta jest dla mnie ta wspaniała płyta ♪ „floating catherdral”, „sewer blues”


A decade in life and music

35.

natalia lafourcade musas vol. 1 + 2 2017-2018

kiedy już prawie miałem natalię lafourcade za kogoś w rodzaju meksykańskiej brodki, na złość moim marnym skojarzeniom nie nagrała zachowawczej inspirowanej rockiem z artystycznymi zapędami płyty, ale wprowadziła mnie w magiczny świat spuścizny piosenki latynoamerykańskiej; z niespotykaną dzisiaj dbałością o aranżacyjne niuanse, niekłamanym przejęciem i autentyczną bandą (w tej roli los macorinos) odkurzyła całą paletę barw tradycyjnego sudamerykańskiego folku od meksyku i kubę po szczyty andów ♪ „tu sí sabes quererme”, „danza de gardenias”


A decade in life and music

34.

pc music volume 1 + volume 2 2015-2016

tak powinna brzmieć muzyka pop — z wyobraźnią i bez stylistycznych kompromisów; istota pc music leży w świadomości artystycznej — akcie przetworzenia wielu inspiracji, od eurodance’u po glitch hop, na perfekcyjnie przebojową muzykę taneczną; i choć robili to przez lata w wielu rozmaitych odsłonach, ta podwójna kompilacja jest z jednej strony zapisem rodzącego się, nie bez potknięć i wątpliwości, bubblegum bassu, z drugiej perfekcyjnym zapisem pewnego lata, którego już nigdy nie będzie ♪ „don’t wanna / let’s do it”, „only you”


A decade in life and music

33.

perfume level3 2014

łabędzi świat ulubionego technopopowego tria z hiroszimy; na level3, w całości wyprodukowanym, napisanym i skomponowanym przez yasutakę nakatę, producent odleciał z krainy japońskiego post-electro-disco w stronę europejskiego edm-u i cięższego house’u; level3 to trochę album-poligon, na którym, zgodnie z tym, które porównanie bardziej do was trafia, albo udaje mu się bezpiecznie ominąć wszystkie potencjalne miny, albo wręcz przeciwnie wszystko wybucha często i gęsto; oba twierdzenia są zresztą na swój sposób prawdziwe; nakata balansuje na krawędzi, odważnie wplatając w struktury popowych piosenek hardą elektronikę rozdzierającą doskonale radiowe single „spending all my time” czy „spring of life”; bardziej niż wcześniej stawia na doświadczenie wynikające z obcowania z całym krążkiem; fenomenalna popowa produkcja ♪ „spending all my time”, „1mm”


A decade in life and music

32.

arnaud rebotini someone gave me religion 2011

someone gave me religion to płyta, na której uczyłem się, o co chodzi w progresywnej elektronice; to z jednej strony zupełnie sprośny kolaż gatunkowy mieszający techno z elektro house’m, a szkołę berlińską z paryskim funkiem, z drugiej zaś wszystko to ma ręce i nogi — od trzynastu pierwszych minut miłości po chór martwych kochanków; to chłodna i kanciasta płyta, efekciarska, a jakże, ale wcale nie mniej efektowna i efektywna ♪ „extreme conditions demand extreme responses”


A decade in life and music

31.

mono no aware 2017

podróż w nieznane; czyjeś ulotne spojrzenie wyczute na własnym barku; niepokój stopniowo przechodzący w podniecenie; kryształowa róża; napięcie narastające powoli, ale sukcesywnie od urodzenia do śmierci; glitch; rozbity ekran telefonu zaklejony półprzezroczystą tasiemką; zmarszczona, zmęczona twarz odbijająca się w szybie pustego wagoniku metra; głęboki oddech; zaparowane szkła okularów; patos rzeczy i melancholia przemijania ♪ „second mistake”


A decade in life and music

30.

andy stott passed me by + we stay together 2011

podwójny debiut andy’ego stotta, już wówczas opiewany przez wszystkie modne technomordki w moim otoczeniu, sprawił, że sam uwierzyłem, że mam czego szukać w techno i że jest w tej muzyce brzmienie i styl, które mogę uznać za bliskie; jeszcze przed premierą bardziej kultowego jednak luxury problems stott przyjechał do katowic na off festival i na zakończenie któregoś z lineupów zagrał w festiwalowym namiocie wyborny dubowy set, który dosłownie dał słaniającemu się ze zmęczenia na nogach mnie nowe taneczne życie — obudził się we mnie, jak przypuszczam nigdy wcześniej i nigdy później, duch dzikiego rejwera i na tej trawie, we własnym zakątku zatłoczonego całkiem namiotu poznałem życie, o jakim w ogóle nie wiedziałem, że jest; od tamtej pory bywa, że w moich żyłach w piątkowe wieczory płynie hipnotyczne dub techno ♪ „intermittent”, „stitch house”


A decade in life and music

29.

gas narkopop 2017

kiedyś na open’erze zagospodarowywano na sety didżejskie taką półokrągłą betonową tubę — czy też dziwaczny cyberpunkowy hangar na małe śmieszne samolociki — wydrążoną w zielonym pagórku — choć pewnie po prostu przysypaną ziemią z krzakami; gdyby to ode mnie zależało, to podczas tegorocznej edycji wynająłbym tę tubę i na ripicie przez całe cztery dni grał tam narkopop gasa ♪ „narkopop 10”


A decade in life and music

28.

whitney forever turned around 2019

forever turned around to, w kontekście raczej chłodnego przyjęcia drugiej płyty whitney, tytuł podwójnie adekwatny, by nie napisać — niemalże proroczy; panowie wypuścili płytę, której nie spodziewał się ich własny fanbejs — leniwie podbijającą kameralną americanę soulowym poszyciem i dalece wykraczającą poza zwyczajowe kategorie estetyczne indie folku; to prostolinijne, wyciszone granie zbierające w jedną całość kilka sposobów myślenia o muzyce — wychodzące z indiefolkowego korzenia, ale zaaranżowane i wykonane w konwencji blue-eyed-soulu, posiłkujące się gitarami, niestroniące od kameralnych aranży, ale w centrum stawiające specyficzny miejski groove — podobnie jak czynili to wcześniej natalie prass czy sufjan stevens, ale jednak inaczej; whitney w niemal każdej z nowych piosenek lirycznie trafiają na emocjonalne przepaści, ale ogrywają je tak kojącym, ciepłym i empatycznym wokalno-instrumentalnym anturażem, pieczołowicie utkanym z wielości organicznych muzycznych nici, że nie sposób postrzegać forever w kategoriach traumy i zgryzoty; przeciwnie, to podnoszący na duchu, ujmujący szczerością i prostotą perfekcyjny jesienny krążek — dla mnie jesieniarza, i dla ciebie, jesieniaro! ♪ „giving up”, „forever turned around”


A decade in life and music

27.

sufjan stevens the age of adz 2010

the age of adz bez wątpienia wprowadziło nową jakość nie tylko do twórczości sufjana stevensa, już wówczas bogatej, żywej, różnorodnej, ale także do kanonu nowego popu w ogóle; rolling stone być może nie dostrzegł tego przy okazji swojej rewizji zestawienia najlepszych płyt wszech czasów, ale to się stało — sufjan stevens nagrał krążek potężny, bogaty i eklektyczny, zarówno jeśli chodzi o feerię zaadaptowanych brzmień, jak i bezlik kontekstów i małych adaptacji, z których ulepił swój nowy świat — futurystycznie utopijny, stapiający ze sobą orkiestrę symfoniczną i glitchową elektronikę, jakby od zawsze były sobie pisane (a nie były); taki album larger than life, a to wcale nie jego pierwszy, bo przecież wszyscy zwiedziliśmy z nim stan illinois; kto tak jak on potrafi w xxi wieku łączyć nowatorskie autorskie muzyczne formaty z przeszywającą emocjonalną otwartością? ♪ „impossible soul”, „all for myself”


A decade in life and music

26.

frank ocean channel orange 2012

channel orange to pierwszy świadomy album nowej fali r&b i jeden z nielicznych w soulu od czasów świetności marvina gaye’a czy curtisa mayfielda; ocean, z mijających się wzajemnie historii, przy pomocy słonecznego klasycznego soulu spod znaku steviego wondera i minimalistycznych funkujących syntezatorów, w bezliku najdrobniejszych detali zaprojektował zupełnie odrębny świat — wyrazisty i prawdziwy; zręcznie zademonstrował, że we współczesnym r&b było i wciąż jest jeszcze bardzo wiele do osiągnięcia, jeśli chodzi o formę i treść; do zdominowanego przez puste teksty i generyczne bity gatunku, z naturalną lekkością wprowadził nową świeżość — natchnienie i substancję, jakich brakowało tam od lat; to szczery i zaangażowany album — skrupulatny zapis myśli współczesnego człowieka czującego i poszukującego — pełen świadomie postawionych pytań, na które nie ma łatwych i jednoznacznych odpowiedzi ♪ „thinkin bout you”, „pink matter”


A decade in life and music

25.

nightingale string quartet langgaard: the string quartets 2012-2014

przez trzy lata z rzędu na początku minionej dekady duński kwartet nightingale w częściach wydobywał na światło dzienne esencję jednego ze najbardziej niedocenionych narodowych kompozytorów danii rueda langgaarda — magicznie zawieszonego między duchowością późnego romantyzmu a modernistyczną nieoczywistością; jest w tej muzyce ta sama przejmująca siła, która oczarowała europę utworami george’a enescu, ale wciąż, pomimo fantastycznej serii wydawniczej oficyny dacapo, na granicy anonimowości; kiedyś w dyskusji ze znajomym o problemach z muzyką współczesną padł argument, który wówczas strywializowałem, ale dźwięczy mi on nadal w głowie, a własne doświadczenie potwierdziło mi niejako zawartą w nim rację — muzyka romantyczna swoją harmonią jest znacznie bliżej emocjonalności słuchacza — koniec końców langgaard, romantyk zagubiony w czasie, nieuleczony porwał mnie za rękę właśnie w imię tej zasady ♪ „bortdragende stormskyer”, „sommerdage: scherzoso”


A decade in life and music

24.

friedrich cerha und du… 2011

w swoim czasie bałem się napisać choć słowo o friedrichu cerze; zdarzyło mi się opowiadać o nim w radiu, ale odważyłem się na choćby drobny komentarz pisany — chłonąłem natomiast jak gąbka nieliczne opinie innych i przyswajałem jako swoje własne — cóż bowiem sam mogłem wiedzieć o trzeciej szkole wiedeńskiej? słuchałem owszem schoenberga, berga, weberna, ale minęło tyle lat, serializm stał się festiwalowym monstrum wdzierającym się w życie nielicznych, głównie skupionych wokół tychże festiwali; piszący dla jakiegoś glissanda, mogli kompozytora pochwalić za nowatorską myśl i pieczołowitą realizację albo wyśmiać i obsmarować, ale koniec końców nie miało to znaczenia — publiczność festiwalowa z lęku przed monstrum zawsze oklaskiwała, nierzadko na stojąco; piszę o tym dlatego, że inaczej było dla mnie z tą płytą i stąd, zwijając pozostałości po dodekafonicznej karawanie, z tym jednym artefaktem muzyki nowej poczułem rzadką więź; tytułowy utwór „und du…” to w zasadzie słuchowisko traktujące o zrzuceniu bomby atomowej na hiroszimę — temat w muzyce współczesnej podejmowany niejednokrotnie, choćby w najsłynniejszym utworze naszego pendereckiego — ale jednak tutaj, a rzecz odbieram wyłącznie wrażeniowo, bo niemieckiego nie znam, nieuciekający się wyłącznie do abstrakcyjnej formy, rezonujący z słuchaczem na wielu poziomach, przeszywający i fascynujący — pomimo okowów serialistycznego monstrum ♪ „verzeichnis”


A decade in life and music

23.

bill callahan apocalypse 2011

sometimes i wish we were an eagle było płytą do tego stopnia trafioną — i jeśli chodzi o timing, i treść, i brzmienie, że musiało minąć kilka długich lat, zanim zdołałem wydobyć apocalypse z jego cienia; musiało ukazać się kolejne dream river wraz z jego dubową inkarnacją, żebym zaczął szukać callahana prawdziwszego, którego ku własnemu zdziwieniu znalazłem m.in. na apocalypse; to nie jest płyta, którą mogę sprzedać one-linerem; callahan niczego nie dowodzi, niczego nie odkrywa, niczego nie robi najlepiej czy bez precedensu; po prostu zręcznie robi siebie, billa callahana kontestującego rzeczywistość do tego stopnia, że decydującego się na kolejny podły landschaft w ramach okładki, ale nie na tyle, żeby przestać trafiać w sedno, ujmować i kąsać — tak aranżacyjnie (w spektrum post-progresywnego alt-country), jak tekstowo — niechybnie nadciąga apokalipsa; żaden to falstart, tylko rozbieg dłuższy ♪ „riding for the feeling”, „america”


A decade in life and music

22.

my bloody valentine m b v 2013

przynajmniej formalnie — 22 lata dzielą wydanie m b v i beznadziejnie przełomowego loveless; nie dało się po raz kolejny wymyślić prochu, toteż wielu, zarówno przygodnych jak i natchnionych miłośników shoegaze’owania szczękało zębami i wiło się w gniewie — rozczarowaniu samym sobą, bym powiedział; m b v to jeden z pierwszych przykładów pękającej hajpowej bańki ery internetu, popmowanej bez ograniczeń na obskurnych forach muzycznych przeglądanych w adekwatnie zatęchłych piwnicach i na zakurzonych poddaszach; tymczasem tych dziewięć kompozycji rozpoczyna się dokładnie tam, gdzie grupa skończyła w 1991 roku; album stopniowo ewoluuje w kierunku, jaki niewielu sobie chyba wyobrażało, przekształcając do tej pory senne brzmienie w elektroniczne, upbeatowe szaleństwo; definitywne tchnienie życia w dawny kanon przywracające choć na chwilę światu — my bloody valentine, a statycznej scenie — echa dawnej dynamiki ♪ „new you”, „in another way”


A decade in life and music

21.

william ryan fritch birkitshi: eagle hunters in a new world 2017

gopro o ścieżce dźwiękowej fritcha do własnego filmu napisało, że jeden człowiek brzmi tu jak 40-osobowa orkiestra i chociaż to fragment tekstu promującego projekt przez wydawcę, więc trzeba podzielić jego zawartość przez 3, w dalszym ciągu na samego fritcha przypadnie wówczas 13 i ¼ osoby, a to i tak nie lada wyczyn; fritch zebrał folkowe nagrania tradycyjnej mongolskiej społeczności birkitshi i zrobił z nich piękny przestrzenny dźwiękowy pejzaż z pogranicza plemiennego ambientu i urokliwego post-minimalu; rzecz jest prosta, może nawet momentami ckliwa, od czasu do czasu nawet odrobinę miałka, ale niesamowicie zręczna, a przy tym całkiem efektowna, przez co koniec końców chwyta za serce i rozpieszcza tych wrażliwców, którzy mają ochotę na odrobinę światła w swojej płytotece ♪ „qusbegi”


A decade in life and music

20.

heinz holliger / anita leuzinger / anton kernjak schumann: aschenmusik 2014

nie będę udawał, że uważnie śledzę nowości wydawnicze z kręgu muzyki klasycznej — musiałbym poświęcić się im bez reszty, ale bywa, że któraś zwróci z jakiegoś powodu moją uwagę i czasem zostanie ze mną na dłużej; tak było w tym przypadku — nazwisko holligera, logo ecm new series, forma tria fortepianowego i okładka, która od pierwszej spojrzenia wciągnęła mnie w ten świat, którego muzycznie jeszcze nie poznałem — schumanna zresztą także wyłącznie powierzchownie z kinderszenen; tu tymczasem zrodziło się we mnie wrażenie, że obcuję, z czymś nie do końca wyeksploatowanym, pieczołowicie przechowanym i na nowo wydobytym — sam dobór utworów i zatytułowanie tej małej kolekcji aschenmusik, zestawienie jej z tym osnutym tajemnicą ascetycznym pejzażem stworzyło pewne wrażenie, któremu nie mogłem się oprzeć; a być może to nie aschenmusik mnie zjednało, ale od samego początku (gdziekolwiek on jest) miałem prędzej czy później odkryć piękno romantycznej muzyki kameralnej i traf chciał, że akurat zaczęło się od aschenmusik; niezależnie od przyczyny — od tamtej pory rozkochałem się w romantycznych triach fortepianowych bez reszty i mniemam, że tak pozostanie ♪ „sechs stücke in kanonischer form. i”, „sonate nr. 1 für pianoforte und violine in a-moll. i”


A decade in life and music

19.

sufjan stevens carrie & lowell 2015

gdy pierwotnie polecałem carrie & lowell, zrobiłem to przy pomocy suchego jednozdaniowego opisu wyrażającego moje powierzchowne zrozumienie dla materiału, ale i brak emocjonalnego przywiązania: stevens nagrywa zaginiony krążek elliotta smitha — tworzy wyciszoną, kameralną płytę przywołującą duchy przeszłości, po raz kolejny łącząc osobiste historie z artystyczną fikcją; musiały minąć bite dwa lata, ja musiałem znaleźć się na rozdrożu, żeby w pełni docenić siłę intymności tej płyty z kojącym wokalem sufjana, z wyciszonymi aranżami, z pełnymi tęsknoty i smutku historiami; musiałem tę płytę przeżyć na serio — w innym wypadku mogłem ją jedynie na chłodno, zaocznie docenić; choć wycofane brzmienie mogłoby sugerować inaczej — to kolejna po age of adz i illinoise totalna płyta stevensa ♪ „fourth of july”, „all of me wants all of you”


A decade in life and music

18.

arca arca 2017

„quítame la piel de ayer” — niepewnie rozpoczyna łamiącym falsetem arca w „piel” otwierającym jej przełomowy album — intymną opowieść o rozpaczliwym pragnieniu miłości mającej wypełnić wewnętrzną otchłań dojmującej samotności; arca rozbiera się przed słuchaczem — dosłownie i w przenośni — swoje uczucia, doznania i myśli wyrażając emocjami, zarówno na poziomie brzmienia, tekstów, jak i — w znaczącej mierze — nieoszlifowanego, na wpół amatorskiego paraoperowego wokalu; dzięki temu arca jest w stanie przenieść swój mroczny, do tamtej pory zazwyczaj dość chaotyczny i surrealistyczny sznyt producencki w nową sferę, gdzie tkanka muzyczna musi stanowić dopełnienie pozamuzycznej substancji — całkiem już realnej i namacalnej ♪ „desafío”, „piel”


A decade in life and music

17.

kacey musgraves golden hour 2018

czasem, jeśli nie spisze się myśli na gorąco, człowiek na tyle oswaja się z płytą, że staje się częścią jego codzienności, trudną do uchwycenia jako coś autonomicznego; wtedy pozostaje mu pisać o sobie i w ten sposób może mieć poczucie, że w jakiś pośredni sposób pisze też o muzyce, która się z nim zespoliła; był moment, że miałem w garści istotę golden hour, potrafiłem przekonująco rozprawiać o tym, jak przecedzenie countrypopowej tkanki i błyskotliwego, ale nienachalnego songwritingu musgraves (wywodzącego się z nashville, ale od samego początku jej kariery wykraczającego poza jego mury) przez 90sową softrockowo-dreampopową produkcję sprawiło, że oddałem się tej muzyce bez reszty; wyłuskiwałem ze spójnej międzygatunkowej tkanki kolejne składowe i nierzadko szeroko otwierałem oczy ze zdumienia; ale nie było rady — prędzej czy później musiałem zatopić się w tej ciepłej, bezpretensjonalnej, ale zrobionej z wyobraźnią płycie; często mówi się, że to negatywne doświadczenia są tymi bardziej pobudzającymi kreatywnie; tym bardziej cieszę się, że musgraves potrafiła tak adekwatnie przekuć na swoją muzykę te pozytywne ♪ „golden hour”, „butterflies”


A decade in life and music

16.

tyler, the creator scum fuck flower boy 2017

na scum fuck flower boy tyler, the creator ze wszystkimi kreatywnymi przymiotami i konsekwencjami własnej persony, na poczet kolejnej artystycznej kreacji, wychylił wreszcie własną twarz zza maski goblina. to jednocześnie jego najbardziej koherentny tematycznie i brzmieniowo album w karierze, oparty w dużej mierze na przytulnych neo-soulowych hookach, ale nierozwadniający zawartości tylera w tylerze — nieszukający kompromisów, ale świadomie poświęcający część istoty goblina, by zrobić miejsce dla części tylera; nie ma tu jednak miejsca na stylistyczną i przedmiotową schizofrenię — potencjalne luki skutecznie wypełniają fantazja i absurd, ale przesłanie, i w tym sensie flower boy można uznać za bardzo swoisty manifest, pozostaje czytelne; w jego centrum znajdziemy istotę wszelkiego humanizmu — odwieczną udrękę człowieka wynikającą z nieustannego mierzenia się samotnością, którą zupełnie naturalnie zazwyczaj próbuje się zagłuszyć poprzez wpisanie własnej egzystencji w ramy społeczne, odnalezienie siebie pośród ludzi przez upodobnienie się do nich; ale tyler idzie o krok dalej — nie tyle, a może nie tylko, zdaje się mówić „koniec końców jestem taki jak wy”, ale ten nieoczekiwany przypływ szczerości równoważy własnym ego; to, że nie ukrywa się już za maską, w żaden sposób nie czyni go nagim, bezbronnym; potwierdza to zresztą jednoznacznie, nie szykując się do pojedynku na gołe pięści; nie rezygnuje z siebie — wyraża siebie; i robi to, świadomie burząc resztki gatunkowych murów, które kiedyś od popowej metropolii oddzielały hiphopowe ghetto ♪ „garden shed”, „glitter”, „boredom”


A decade in life and music

15.

josh t. pearson last of the country gentlemen 2011

josh t. pearson — jeden z tych ludzi-kameleonów rocka bryluje w swojej najbardziej awangardowej kreacji; zanim skończyłem się zastanawiać na ile last of the country gentlemen — 60-minutowy zbiór siedmiu zaledwie ascentycznych singer-songwriterskich wyziewów przesuwających do granic absurdu rozumienie słowa „kontemplacyjny” — jest pozerską prowokacją, a na ile szczerym wyrazem myśli twórczej, zostałem w ten świat wciągnięty; nikt tak pięknie nie łączył w historii współczesnego folku i americany pastoralnej prostoty brzmienia, post-dylanowskiej piosenkowości i faheyowskiego amerykańskiego prymitywizmu, nikt! to jedna z tych płyt, które są jedyne w swoim rodzaju — i żadne inne nie mogą w pełni im akompaniować, bo zawsze gubią któryś element-klucz; pearson wykorzystuje tę przedziwną formę, by zmierzyć się z własnymi demonami; całości towarzyszy poczucie rozdzierającego żalu; to bez wątpienia płyta żałobna i tak też jej słucham ♪ „country dumb”, „sorry with a song”


A decade in life and music

14.

hontatedori hontatedori 2013

taku unami, moe kamura i tetuzi akiyama, na co dzień związani z japońską sceną onkyo-kei, grają ze sobą już od kilku dobrych lat i wreszcie postanowili zwieńczyć tę współpracę krążkiem; cały projekt nazwali hontatedori (co w tłumaczeniu na polski znaczy tyle, co podpórki do książek, ale to nieważne) — ważna jest muzyka, która wynosi onkyo na zupełnie nowy poziom, a w zasadzie trochę mu daje, a trochę zabiera; ciche, eksperymentalne, zazwyczaj improwizowane kompozycje tracą tu swoją ulotną strukturę jedynie połowicznie, w drugiej części zamieniając się w regularne piosenki; śpiewa, a w zasadzie szepcze, oczywiście kamura, która odpowiedzialna jest też za teksty; płyta jest przemyślana i pieczołowicie zamknięta w sensownej formie, w żadnym razie nie jest dziełem przypadku, co czasem bywa przy onkyo problematyczne; przede wszystkim jednak brzmi niesamowicie bajkowo, eksponując zadziwiające pokłady niedzisiejszej wrażliwości ♪ „sail and step”


A decade in life and music

13.

kanye west my beautiful dark twisted fantasy 2010

pamiętam, że pierwszy raz my beautiful dark twisted fantasy usłyszałem w drodze do budapesztu, gdzie odwiedzałem znajomą na weekend; od tego czasu, zawsze gdy wybrzmiewa „dark fantasy”, „gorgeous” lub „all of the lights” mimo woli widzę kręte czeskie drogi, jesienne pola i siebie na tylnym siedzeniu bmw 5, a wraz z tym obrazem wraca wrażenie, które wówczas ten krążek zrobił — nie było wtedy wcale pewne, że west dowiezie, zwłaszcza że jego ego zaczęło dawać się już wtedy we znaki, a poprzednie 808s & heartbreak (z którym wspomnienia także mam motoryzacyjno-podróżnicze) pozostawiło po sobie mieszane wrażenie; i w zasadzie wrażenie, jest to słowem-kluczem, bo w przypadku tego krążka nigdy nie potrafiłem do końca dowieść jego doskonałości w sposób zupełnie logiczny; nie imponowały mi związki popkultury i okultyzmu, ale popowe hooki i rozbuchana, wypieszczona produkcja; west nie brzmiał jak dupek, bo jego słynnego ego równoważyła tutaj dbałość o detale i progresywny sznyt; słowem — za słowami szły czyny, przechwałki poparto muzyką; spoglądając teraz wstecz na dyskografię westa, jestem przekonany, że artystą był od samego początku, ale dopiero po premierze fantasy stało się to oczywiste ♪ „runaway”, „hell of a life”


A decade in life and music

12.

kankyō ongaku: japanese ambient, environmental & new age music 1980–1990 2019

zeszły rok był dla mnie czasem kankyō ongaku, czy też muzyki otoczenia, środowiska — tak podobnej muzyce do windy czy biblioteki, a zarazem tak różnej; pieczołowita kompilacja light in the attic z japońską muzyką ambientową i new age’ową z lat 80. otworzyła mi oczy i uszy na obszar muzyki, który zaniedbywałem od lat; udawałem, że słucham, słuchałem, ale nigdy nie słyszałem — tym większy był to dla mnie impuls, by na dobre zanurzyć się w archiwaliach — na szali, miałem wrażenie, jest nie tylko moje odbierane kolejnych generacji ambientowych i elektronicznych twórców, ale także moje rozumienie znaczenia dźwięku i moje przekonanie o komplementarności wszechrzeczy; kankyō ongaku stało się na długi czas moją dźwiękową codziennością — namacalnym instrumentem w poszukiwaniach doczesnej harmonii z otoczeniem; przez pryzmat utworów ojimy, yoshimury, miyashity czy inoyamaland byłem w stanie inaczej niż dotąd odbierać znane mi miejsca, przedmioty i sytuacje — stać się niejako zewnętrznym obserwatorem świata, zafascynowanym jego niezgłębioną różnorodnością — zupełnie jak widz filmu dokumentalnego o rzeczach czy czasach, których nigdy wcześniej nie doświadczył; to trwający eksperyment międzyzmysłowy o żywym organizmie ♪ „still space”, „see the light”, „original bgm”


A decade in life and music

11.

ninos du brasil novos mistérios 2014

gdy poznałem nino du brasil i ich błyskotliwy debiut novos mistérios cały winylowy nakład płyty był już wyprzedany, a ja zaklęty pomiędzy dojmującą frustracją i pulsującą fascynacją zapętlałem krążek na youtubie i spotify z nadzieją na reedycję; tak jak andy stott stworzył dla mnie dub techno, tak ten włoski duet objawił mi się jako brakujące ogniowo między berlinem a rio de janeiro; zanim jeszcze latynoska elektronika zawojowała parkiety ninos du brasil z wielką wprawą oprawili swojsko brzmiącą mi brazylijską batucadę w przymioty nowoczesnego techno, efektem czego jest ten niepowtarzalny i wysmakowany krążek ♪ „sombra da lua”


A decade in life and music

10.

idles joy as an act of resistance 2018

joy as an act of resistance to nie tylko piekielnie dobra punkowa płyta pełna znakomitych refrenów i niesamowitej energii potrafiącej jednoczyć ludzi, przekraczać granice, obalać mury, skrojona zarówno pod względem brzmienia, jak i poruszanej tematyki pod słuchacza z krwi i kości w drugiej dekadzie xxi wieku z obecnymi problemami i wrażliwością — nie żaden idealistyczny historiofilski bełt puszczony z tęsknoty za tym, że kiedyś to młodzi walczyli, umieli się postawić, a dziś marnują wieczory na play station, zamiast nadstawiać karku w imię ideałów swoich ojców; joy as an act of resistance to przede wszystkim piekielnie dobra punkowa płyta zespołu, któremu na mnie zależy, który nie jest obcy i daleki, który nie występuje z pozycji wielkiego artysty, który wie lepiej; to płyta, której słuchając, czuję się częścią idles, czuję, że to ja sam śpiewam o sobie i dla siebie, ale i o was i dla was, o nas i dla nas ♪ „samaritans”, „colossus”


A decade in life and music

9.

fiona apple the idler wheel… 2012

moje spotkanie z tym krążkiem miało rozpocząć moją wieloletnią fascynację twórczością apple, ale nie wyszło; pomimo tego, że to mocna płyta, która jak żadna inna łączy musicalową melodykę z szeroko pojętym alt popem i nie brzmi w tym ani infantylnie, ani anachronicznie; i faktycznie po premierze przez kilka miesięcy ze mną rozkwitała, a ja przy niej, ale wkrótce potem porzuciłem fionę, by przypadkiem potknąć się o nią na ostatniej prostej składania tej listy w zeszłym roku; wessało mnie na dobre, na kilka miesięcy zatraciłem się w muzyce fiony apple wszelkich odmian, a zwieńczeniem tego wywoływania duchów był powrót samej apple z nowym krążkiem; the idler wheel wciąż pozostaje dla mnie jej magnum opus, ale na tym piedestale nie jest już odosobniony ♪ „hot knife”, „valentine”


A decade in life and music

8.

kadhja bonet childqueen 2018

powab minnie riperton, artyzm kate bush i gatunkowa żonglerka godna esperanzy spalding — oto kadhja bonet w krzywdzącym jej indywidualizm, wirtuozerię i talent uproszczeniu; jej wydana w połowie 2018 roku druga studyjna płyta childqueen jest bowiem podróżą do zupełnie innego wymiaru muzyki soul — inspirowanej na różnych poziomach mistyczną kosmogonią i psychodelicznym popem późnych lat 60; songwritersko bywa odrobinę ekscentryczna, ale jest jej znacznie bliżej do artpopowych kanonów przebojowości niż większości wydawnictw z nurtu alternatywnego r&b, którym tę łatkę doczepiono; to uniwersalna płyta osadzona poza czasem, w dużej mierze sama kreująca swój kontekst i dająca się różnorako czytać — z jednej strony wciągająca słuchacza głęboko w swoje meandry, z drugiej — współistniejąca z nim, jego tęsknotami, potrzebami i refleksjami i dająca mu się do pewnego stopnia modelować; childqueen kadhji bonet to wielowarstwowy, harmonijnie zaaranżowany, autonomiczny artystyczny byt ♪ „mother maybe”, „joy”


A decade in life and music

7.

the war on drugs lost in the dream 2014

znacie to uczucie, gdy na jedną krótką chwilę przez niewiarygodny splot pozornie nieistotnych detali przenosicie się, gdzieś pomiędzy snem a jawą, w zupełnie inny czas i miejsce? w taki stan niejednokrotnie wprowadzało mnie właśnie lost in the dream; the war on drugs pod kierunkiem adama granduciela w wielowarstwowo oniryczne indie popowe aranże wpisało archetypowe brzmienie heartland rocka, mocno osadzone w stylistyce amerykańskiej prowincji połowy lat 80; jednocześnie udało im się osiągnąć budujący kompromis między współczesnymi środkami a klasycznym podejściem do rocka, co zaowocowało niesamowicie satysfakcjonującą płytą, która z jednej strony jako całość kompetentnie wyraża ideę muzyki pop jako sztuki, a z drugiej momentami cechuje się nieskrępowaną przebojowością, co znalazło odzwierciedlenie między innymi w brzmieniu pierwszego singla „red eyes” czy w na wskroś springsteenowskim „burning” ♪ „red eyes”, „burning”, „disappearing”


A decade in life and music

6.

d’angelo and the vanguard black messiah 2014

w 2014 roku po 14-letniej przerwie d’angelo pokazał, że nadal ma pomysł na swoją muzykę i jednoznacznie udowodnił niedowiarkom, że warto było na niego czekać; black messiah niewątpliwie opiera się w dużej mierze na stylu, który artysta wypracował z kolektywem soulquarians dwie dekady temu — nie ma jednak mowy o próbie odtworzenia koncepcji voodoo, które, choć podobne brzmieniowo, było albumem zdecydowanie odmiennym charakterologicznie — raczej funkrockowa aniżeli hip-hopowa energia, aranże podszyte psychodelią i niepokojem oraz zauważalne raz po raz zamiłowanie do szeroko pojętego eksperymentatorstwa plasują album gdzieś pomiędzy new amerykah part one (4th world war) eryki badu a in the jungle groove jamesa browna; rzeczą niewątpliwie charakterystyczną dla black messiah jest z jednej strony zbudowanie przestrzennego brzmienia skrzącego się wielością żywych instrumentów, nakładających się na siebie wokali i psychodelicznych efektów, a z drugiej — zachowania surowego, momentami wręcz pierwotnego, a przez to naturalnego i paradoksalnie na swój sposób harmonijnego, charakteru materiału; to jambandowy, osadzony głęboko w funkrockowych i neo-soulowych fundamentach komentarz społeczno-politycznej kondycji dzisiejszego świata i długo wyczekiwany revival świadomego soulu ♪ „ain’t that easy”, „1000 deaths”, „another life”


A decade in life and music

5.

travis scott rodeo 2015

debiut travisa scotta to kosmos — niedościgniony wzór, jak tworzyć płyty kompletne i świeże; kamień milowy trapowego uniwersum, na który nie zasłużyliśmy; za kilka lat okaże się pewnie na bazie tej konkretnej opinii, że jestem trapowym trueschoolem, niech się dzieje! dzieje się bowiem i tutaj, na tym pojebanym, progresywnym, psychodelicznym i psychotycznym, imprezowo-badtripowym, surrealistycznym rodeo; nawet jeśli to podróż po wertepach, to warto ją odbyć, bo w każdym zakątku tego krążka jest szafa, w której znajdziemy jakiegoś trupa — sen zamienia się w koszmar, ale impreza nadal trwa, scott ma więcej asów w rękawie niż kart w talii; nawet jeśli jego bad trip nie jest tak ekstatycznie niezrównoważony jak atrocity exhibition danny’ego browna, potrafi rozłożyć na łopatki, choćby 8-minitowym prog-trapowym opisem „3500” wykorzystującym w ramach bitu mocarny świdrujący burdon, albo upiornym autotune’owym midtempo r&b „90210”, które sprawia, że wszystkie śpiewane refreny kanyego westa zaczynają brzmieć jak żarty ♪ „3500”, „90210”, „nightcrawler”


A decade in life and music

4.

the beach boys the smile sessions 2011

legenda, która ciałem się stała; nim to jednak smile beach boysów, przez 45 lat, od niesfinalizowanego nigdy nagrania w 1967 roku aż do wydania najbardziej możliwej kompletnej wersji projektu w listopadzie 2011 roku, był powszechnie uznawany za najsłynniejszy niewydany album w historii rock & rolla; ja sam przez kilka dobrych lat chłonąłem fanowskie rekonstrukcje i karmiłem się marzeniami o tej muzyce; ale po kolei — po wydaniu pet sounds w 1966 roku brian wilson podjął się niemożliwego — postanowił stworzyć wielotematyczną koncepcyjną płytę w równych proporcjach łączącą pop i awangardę, stosując przy nagraniach złożone, czasochłonne i kosztowne metody inżynieryjne; pierwsze owoce nieukończonego nigdy projektu — wydane na singlach good vibrations i heroes and villans demonstrowały ambicje twórcze i kierunek kreatywnych poszukiwań wilsona; wydanie krążka realizowanego przez wilsona właściwie bez udziału kolegów z zespołu we współpracy z abstrakcyjnym tekściarzem vanem dyke’m parksem ostatecznie zostało zawieszone, a złożyło się na wiele czynników; perfekcjonizm wilsona został wystawiony na ciężką próbę w zderzeniu z niedoskonałą rzeczywistością — problemy prawne z wytwórnią, postępujące uzależnienie od środków odurzających i brak aprobaty pozostałych beach boysów dokonały brutalnej rewizji ambitnych planów briana; smile określany także jako „nastoletnia symfonia do boga” przez lata krążył w nieoficjalnym obiegu; w w 2004 roku wilson postanowił nagrać krążek od zera, a siedem lat później na bazie nowej wersji ze starych nagrań zrekonstruowano the smile sessions w wersji możliwej najbliższej pierwotnym założeniom; to muzyka, która wciąż żyje, nie tylko dzięki produkcyjnemu kunsztowi, ale przede wszystkim jeśli chodzi o koncepcję, wielowymiarowe teksty, bogactwo aranżacyjne i najważniejsze — umiejętność stworzenia prawdziwego doznania, projekcji całkowicie nowego stanu świadomości wyłącznie przy pomocy dźwięku; ta „nastoletnia symfonia do boga” dobitnie akcentuje wszystkie najpiękniejsze emocje, uczucia i stany ludzkie ♪ „surf’s up”, „cabin essence”, „wind chimes”


A decade in life and music

3.

frank ocean blonde 2016

gdy recenzowałem blonde po premierze w 2016 roku, nie mogłem spodziewać się, że szkicowa, intymna forma krążka stanie się dla mnie czymś w rodzaju kojca wymoszczonego empatią i troską, że nałożę ją jak ciepłe kapcie i przez kolejnych kilka lat zatopię się w niej na dobre; nie mogłem też przewidzieć, że moje doświadczenie, czy raczej doświadczenie blonde stanie się na swój sposób doświadczeniem pokoleniowym, indywidualnym, ale jednak zbiorowym; to jak ta płyta przemknęła przez mainstream, jak otarła się o wielki pop, a jednocześnie pozostała w andergrandzie pod każdym możliwym względem jest fenomenem samo w sobie; na blonde frank ocean napisał się zupełnie od nowa, serwując słuchaczom nieprzewidywalną godzinną podróż z nurtem własnego strumienia świadomości — nawet bardziej intymną i kameralną niż channel orange — trochę na wzór płyt elliotta smitha, choć rzecz jasna przy wykorzystaniu zupełnie innych środków; tym samym ocean po raz kolejny wprowadził r&b na inny poziom — z wielu pozornie chaotycznych półpiosenek i interludiów zbuduował wstrząsający psychotyczny trip; ocean mógłby co prawda pisać piękne klasyczne, bezpośrednie r&b, ale z jakiegoś powodu nie chce lub nie potrafi; w tym nagięciu schematu, groteskowym wykrzywieniu subtelnie przecież zaaranżowanych melodii, upstrzeniu ich rozlicznymi ozdobnikami, odtworzeniu kreatywnego i życiowego sztormu tkwi największa siła blonde — paradoksalna, to prawda, ale ujmująca skrytą w głębi niewinnością, może nawet bezradnością wobec nawet nie tyle przytłaczającego świata zewnętrznego, co siebie samego ♪ „ivy”, „self control”, „nights”


A decade in life and music

2.

noname telefone 2016

to jest w gruncie rzeczy zupełnie zwykła, ale wciąż niesamowita dla mnie historia i muszę opowiedzieć ją raz jeszcze; pamiętam, że gdy przed czterema laty podczas rutynowego przesłuchiwania polecanych premier płytowych rutynowo sięgnąłem po telefone (było na liście hajpowanych krążków roku) i od samego początku poczułem od tej płyty magnetyczny vibe, który, możecie mi nie wierzyć, w tej czy innej formie towarzyszy mi do dziś na co dzień; a stało się to w momencie, kiedy pod wrażeniem pewnej świadomości swoich gustów i tego, co aktualnie dzieje się w muzyce, oddzielałem hip hop od soulu coraz grubszą kreską; była to zresztą pewna kalkulacja — wydawało mi się bowiem wówczas, że już nic w muzyce nie jest w stanie mnie nawet nie tyle zaskoczyć, co zająć i zafascynować tak, jak za szczenięcych lat; ale wtedy właśnie, jeszcze zupełnie nieświadomy co czynię, włączyłem telefone i z czasem całe to moje błędne postrzeganie własnej dojrzałości w kategoriach romantycznego wyczerpania rozeszło się po kościach; telefone nienachalną mieszanką miejskiej poezji i soulowej wrażliwości, którą podszyty jest cały album, uratowało mnie przed znieczulicą; noname pod skrzydłami phoelixa i cam o’biego wraz z sabą i smino w rolach sekundantów zupełnie mimochodem, naturalnie, bez presji i pretensji tchnęła nową jakość w kobiecy rap i rap w ogóle, a przy okazji w moje życie, które wcale nie stało kobiecym rapem czy rapem w ogóle; pamiętam, jak na początku 2017 roku przyszedłem do radia wrocław, by zaprezentować co najlepsze zdarzyło się w soulu minionych 12 miesięcy i opowiedziałem maćkowi przestalskiemu tę moją historię nowoodkrytej naprędce last minute miłości do noname, ale miłości, jak zapewniałem, prawdziwej, na wieki wieków amen, a zapewniałem niemal w amoku tak, że miał prawo zupełnie w to nie uwierzyć, uznać, że to przejściowa sprawa, zajawka niemal do zignorowania, bo skąd taka noname, tak znikąd miałaby takiego franka oceana wziąć za bary i zepchnąć z należnej mu przecież słusznie pozycji lidera — cóż, cztery lata później rzecz wygląa zupełnie tak samo; telefone to płyta, gdzie wszystko jest na swoim miejscu — więcej, zdaje się, że każdy z elementów trafił na swoje miejsce ot tak, bez wysiłku, spięć, falstartów, nieudanych prób, konfliktów czy przepychanek; dzięki temu, ot tak, mimochodem, telefone stało się moją bezpieczną przystanią, ku której zwracam się, ilekroć nie potrafię znaleźć sobie miejsca — trochę podobnie jak z blonde, ale jednak inaczej ♪ „yesterday”, „diddy bop”, „forever”


A decade in life and music

1.

joanna newsom have one on me 2010

ależ oczywiście — tutaj też mam historię, taką kompletnie bez puenty, jaka nie spodobałaby się szymborskiej, gdyby akurat tak się złożyło, że miałbym ją okazję poetce opowiedzieć; bez puenty jednak połowicznie, bo historia ta niejako nadal trwa i być może, że puenta sama przypałęta się po drodze — jest to bowiem ni mniej, ni więcej — historia mojego życia; have one on me ukazało się dokładnie w dniu moich dwudziestych pierwszych urodzin — wówczas nie była to wielka sprawa, bo i joanna newsom nie była dla mnie nikim ważnym; owszem, jej ys zrobiło na mnie pozytywne wrażenie, ale raczej powierzchownie, bo i na tyle tylko mu pozwoliłem — to zresztą nie uległo do dziś zasadniczej zmianie; pozwoliłem jej natomiast pod wpływem pewnej emocji spędzić ze mną te urodziny, choć jest zupełnie możliwe, że był to czas je poprzedzający — w czasach przedstreamingowych premiery płyt przychodziły bowiem nie wtedy, gdy je zaplanowano, a wtedy, gdy słuchacz potrafił na własną rękę do nich dotrzeć — w każdym razie pierwsze moje doświadczenie z have one on me miało miejsce w leciwym już i przeraźliwie głośnym pociągu osobowym relacji wrocław-kalisz, który, ze względu na przedłużający się remont torowiska i pokrętną trasę planowaną chyba przez samego diabła w siódmym kręgu piekła, pokonywał odcinek nieco ponad stu kilometrów w czasie dobijającym śmiało do czterech godzin; nie udało mi sie jednak przesłuchać na tym odcinku have one on me dwukrotnie; poddałem się gdzieś w połowie drugiego krążka — a tego, czego próbowałem słuchać i tak nie udało mi się usłyszeć; były to czasy, gdy w lutym na polach obficie zwykł leżeć śnieg i to jest właśnie krajobraz, wbrew wymownej okładkowej sugestii, który have one on me przede mną rozpościera, ilekroć dam się mu zwieść; a daję się regularnie od dekady i za każdym razem wynoszę z tego spotkania coś wartościowego; to jakiś znak, że nie jest ze mną jeszcze zupełnie tak najgorzej, skoro dwie bezpieczne przystani zaległy za krążkiem, który stwarza jednak pewne wyzwania, a przynajmniej perspektywy intelektualne; to moja opowieść bez puenty, bo nawet gdyby próbować połączyć taki traf, że premiera w istocie miała miejsce w moje urodziny i oto namaściłem tę potrójną płytę na mój ulubiony album (minionej dekady, ale zakulisowo zdradzę, że nie tylko), wyszedłby z tego banał, który można by przezwać intelektualnym wyzwaniem co najwyżej sarkastycznie; związałem się z tą płytą na dobre i złe — inspirowała moje próby poetyckie, tragedie i sukcesy życiowe, urągające godności człowieka koncerty samochodowe bez publiczności, słowem — samo życie; newsom odchudziła co prawda tutaj kompozycje z aranżacyjnego poloru vana dyke’a parksa (który patronował wszystkiemu temu, co we mnie pretensjonalne na długo, zanim związałem się z newsom), ale projekt w dalszym ciągu był bardzo ambitny; według niektórych aż za bardzo, zwłaszcza że tuż przed nagraniami piosenkarka w wyniku choroby krtani straciła głos na dwa miesiące; płytę, czy raczej płyty, bo są one aż trzy, udało się jednak szczęśliwie nagrać i zmiksować jeszcze przed końcem 2009 roku; oba procesy miały miejsce w tokio, co być może zainspirowało lub było inspirowane orientalnym, wyciszonym brzmieniem części aranży nie forma jedynie, ale także treść jest jednak kluczem do zrozumienia wizji artystycznej newsom, która z biegiem czasu skierowała się w stronę otwartej poetyckiej narracji, jednocześnie uciekając od refrenów, których pisanie tak dobrze wychodziło jej jeszcze kilka lat wcześniej; have one on me z racji monumentalnej formy upstrzonej rozmaitymi zawiłościami zostało stworzone z myślą o wielokrotnych i pogłębionych odsłuchach; jestem przekonany, że właśnie to spoiło nas razem na dobre ♪ „does not suffice”, „have one on me”, „baby birch”


Opublikowano

A decade in life and music (½)

A decade in life and music

mody się zmieniają, świeże brzmienie czerstwieje; czasem kontekst wydaje się wszystkim, a faktyczne wszystko cynicznie redukuje — w najlepszym wypadku pozytywną oceną jakości imitacji; tymczasem szukanie prawdziwej oryginalności to czerwony śledź, skupia uwagę, odwracając ją od meritum, i znika; czasem te fałszywe tropy doprowadzają nas okrężną drogą w nowe miejsce do odkrycia nowego meritum; o ile rok jest wystarczająco krótki, by dać się zwieść — jest wystarczająco krótki, by nie dać się nie zwieść! — o tyle dziesięć lat to czas, kiedy mimowolnie dopadają nas rozmaite refleksje, również te, których sobie wcale nie życzymy

wyróżniłem, często przez pryzmat aspiracji i wyobrażeń konstruktywnej krytyki, przez tę dekadę dziesiątki płyt, do których nigdy później nie wróciłem, które pamiętam jak przez mgłę; ale są też takie, które zupełnie zmieniły moje postrzeganie muzyki albo stały się niegasnącym soundtrackiem mojej codzienności — niezależnie od wszelkich wcześniejszych klasyfikacji; zawsze marzyłem o muzycznym podsumowaniu dekady, w którym nie pójdę skrótem; musiałem jednak uczciwie porzucić dawne aspiracje; postanowiłem tym razem kierować się przede wszystkim kontekstem emocjonalnym, w jakim umieściłem tę muzykę przez tych dziesięć lat, pierwszą pełną dekadę w moim życiu, gdy niestrudzenie rok po roku śledziłem świadomie bieg wydawniczy; to była świetna zabawa i świetna dekada; a ta lista poniżej to mój osobliwy pamiętnik, jakkolwiek lamersko to brzmi

jako że dłubałem przy tej liście w wolnym czasie od listopada i już zacząłem tracić nadzieję, że kiedykolwiek ją skończę, postanowiłem podzielić ją na dwa; to jest pierwsza część, a druga połowa z umownymi pozycjami 51-100


A decade in life and music

100.

vashti bunyan heartleap 2014

just another diamond day, wycofany debiut odkrytkowej angielskiej pieśniarki vashti bunyan, który przeżył swój renesans, gdy po latach wydiggowali go ludzie z new weird america, zmienił się dla mnie na przełomie minionego dziesięciolecia z osobliwości w życiową konieczność, dreamland, bezpieczną przystań, wspomnienie dzieciństwa widzianego przez pryzmat kwiecistych łąk i starych drzew, wyobrażenie starości z dala od pogoni za doczesnością; heartleap, płyta pożegnanie, to jednak nieco inna opowieść, nawet niż wydany dekadę wcześniej comeback lookaftering — baśniowość i beztroska tamtych płyt zastąpiła senna melancholia; hearleap to dźwięki jesieni; będzie jeszcze na to czas, prawda? ♪ „heartleap”, „across the water”


A decade in life and music

99.

brockhampton saturation boxset 2017

chociaż brockhampton jak dotąd nie udało w pełni odnaleźć się artystycznie w wielkolabelowym formacie, na głośnej trylogii saturation nie tylko nie bali się konfrontować własnych lęków, ale na ekscentrycznie outsiderskich post-dirty-southowych bitach zamieniali odmienność i wyobcowanie w atut, który uczynił ich brockhampton — pierwszym hiphopowym boysbandem ameryki; zreformowali tu hip-hop po swojemu — z jednej strony w pośpiechu i bez spójnej, jednoznacznej wizji, z drugiej — w sposób, który nie zna podziału na brudne południe, wschodnie czy zachodnie wybrzeże, pop rap, trap czy gangsta rap, hip-hop świadomy, polityczny czy eksperymentalny; nowa i stara szkoła to zatem w kontekście brockhampton poruszającego się momentami na skraju buntowniczego queerhopu pojęcia zupełnie bezużyteczne; wydane w 2017 roku trzyczęściowe saturation to zupełnie nowa mitologia; nawet z tym nie handlujcie ♪ „summer”, „lamb (extended)”


A decade in life and music

98.

antoha mc ot vsej duši 2011

hip house z moskiewskich blokowisk, wychillowana, uśmiechnięta pocztówka z kraju, którego synonimami są szarość, smutek i beton; ledwie 21-letni antoha całkiem świadomie postawił tu podwaliny pod swoje sygnaturowe brzmienie, łączące laidbackowy rap, acid jazz i outsiderski house, z którego w dalszym ciągu robi doskonały użytek ♪ „o muzyka”


A decade in life and music

97.

gillian welch the harrow & the harvest 2017

jeśli gillian welch wydaje płytę po ośmioletniej przerwie, musi stać się wydarzeniem; jeśli na kolejny krążek każe czekać kolejnych dziewięć, tamta chwila musi trwać; the harrow & the harvest było dla mnie preludium do dyskografii amerykanki, która w przeciągu ostatnich kilku lat wyznaczyła klimat moich wieczornych lektur i podróży za miasto ♪ „the way it goes”


A decade in life and music

96.

matt martians the drum chord theory 2017

debiutancki longplay matta martiansa spotkał się w najlepszym razie z umiarkowanie entuzjastycznym przyjęciem — w dużej mierze nie spotkał się bowiem z jakimkolwiek przyjęciem w ogóle; oczywiście w internecie zdominowanym plagą efektu owczego pędu eufemizowanego jako hajp takie przeoczenia to codzienność; the drum chord theory to klasyczny bitowy neo-soulowy album, bardziej chyba w klimacie produkcji thundercata aniżeli soulquarians złotego okresu, choć bez jazzowych inklinacji; bardziej szkicownik niż skończona płyta, co w erze coraz dalej posuniętej losowości w hip hopie i r&b, może być (i jest) wartością; showcase słodkich refrenów i szorstkich bitów; dość pokrętne, w żadnym wypadku koncepcyjne, ale nadrabiające spontanicznością, synergią i mieszczącą się w oznaczonych ramach nieprzewidywalnością jam session; wreszcie jeden z najprzyjemniejszych okołosoulowych albumów ostatnich lat ♪ „what love is”


A decade in life and music

95.

janelle monáe the archandroid 2010

że janelle monáe jako cindi mayweather zapoczątkowała w r&b koncepcyjną i progresywną rewolucję nie trzeba nikogo już przekonywać — jej nazwisko zapisało się na kartach najnowszej historii soulu; jej saga metropolis to, nawet mimo lepszych i gorszych momentów, kawałek ponadczasowo dobrej muzyki, której nawet pełniej można doświadczyć po (wcale nie niespodziewanym) coming oucie piosenkarki na dirty computer; na debiutancki longplay monáe czekałem jak dzieciak od czterech lat, do tej pory pamiętam dzień, gdy włączyłem go po raz pierwszy, jak po obfitej majowej ulewie krążyłem po nierzeczywiście zielonym osiedlu z „mushrooms & roses” w słuchawkach; nie wracam już do tej płyty w całości, ale to pierwsze wspomnienie zrobiło ją moją na zawsze ♪ „mushrooms & roses”, „dance or die”


A decade in life and music

94.

sheena ringo newton no ringo 2019

sheena ringo za sam tytuł kompilacji podsumowującej jej sceniczne dwudziestolecie („jabłko newtona”) powinna dostać pulitzera (gdyby przyznawano go w takiej kategorii); ringo to zjawisko, które od kilku dobrych lat z wielką przyjemnością próbuję okiełznać i ująć, ale wciąż mi umyka: wciąż jest jej więcj, wciąż jest inna; pewnie dlatego obcowanie z na wpół nieodgadnioną sceniczną superbohaterką ukrywającą się gdzieś pomiędzy jazzowym musicalem, połamanym po japońsku art rockiem a autotune’owym ekscentryzmem wciąż jest dla mnie tak atrakcyjne; gdy byłem dzieciakiem fani anime, których spotykałem, chórem twierdzili, że królową japońskiego popu jest ayumi hamasaki, gdy lata później odkryłem wikipedię, dane sprzedażowe podpowiadały utadę hikaru, ale teraz wreszcie nie mam wątpliwości, że musi chodzić o sheenę ringo ♪ „marunouchi sadistic (neetskills remix)”


A decade in life and music

93.

matmos ultimate care ii 2016

niewiele było w muzyce w ostatnich latach rzeczy koncepcyjnie i wrażeniowo fajniejszych niż matmosowa elektronika grana na nadgryzionej pralce; duet w procesie produkcyjnym ultimate care ii użył wyłącznie samplowanych odgłosów własnej maszyny piorącej i wyszedł z tego starcia z urzeczywistnieniem włosko-radzieckiej idei futuryzmu w muzyce, który nareszcie wypełzł z muzealnych sal, by rzucić się w wir budowy lepszego, czystego brzmienia ♪ „excerpt nine”


A decade in life and music

92.

sophie product 2016

zanim sophie wzięła się za dekonstrukcję muzyki klubowej, skutecznie zdekonstruowała pop, wraz z a. g. cookiem i danny’m l harle’m, wskrzeszając na mainstreamowym marginesie eurodance’owe maksymalistyczne przegięcie w nowej post-minimalistycznej formie dostosowanej do nowych cyfrowych czasów ♪ „bipp”


A decade in life and music

91.

benjamin biolay palermo hollywood 2016

późna rehabilitacja najdostojniejszego z głosów piosenki francuskiej pierwszej dekady xxi wieku; nawet jeśli palermo hollywood jest jedynie echem la superbe i trash yéyé, jest to echo wybrzmiewające pewnie, dźwięcznie i długo; czekałem na ten krążek długich siedem lat, a gdy już we mnie wsiąkł, zaszczepiłem się przekonaniem, że na kolejny taki być może przyjdzie mi czekać kolejnych siedem ♪ „ressources humaines”


A decade in life and music

90.

the limiñanas costa blanca 2013

the limiñanas grają trochę wszystko na jedno kopyto, ale nie miałem tej świadomości, gdy po raz pierwszy usłyszałem costa blanca, chronologicznie ich trzecią płytę, taki trochę, jak się okazało sequel sequela; urzeczony fuzją brudnych garażowych gitar, hipnotycznej retro psychodelii i post-gainsbourgowskiego francuskiego yéyé (rzeczy, które wówczas brały mnie mocniej niż powinny, ale byłem wtedy trochę ojcem swego ojca czy też matką swojej matki, z zapałem chłonąłem truffaut i słuchałem the velvet underground na zmianę z françoise hardy) zatraciłem się w tej doskonale uważonej metagatunkowej miksturze; i koniec końców tej sequel sequela nadal na mnie działa — to jest płyta-jam session spoza czasu, w przeciwnym razie można by napisać, że trochę spóźniona, ale jednak spoza czasu ♪ „my black sabbath”


A decade in life and music

89.

kendrick lamar to pimp a butterfly 2015

rok 2015 należał jeśli nie do samego kendricka lamara, to z pewnością do skupionej wokół niego grupy muzyków z thundercatem, flying lotusem czy kamasi washingtonem w rolach głównych, która niczym soulquarians przed dwudziestoma laty stworzyła oryginalny i przemyślany splot hip-hopu, soulu i jazzu; ten z kolei leży u podstaw zrealizowanej z rozmachem, przemyślanej, szalenie intertekstualnej wizji kendricka lamara; dzięki temu mamy do czynienia nie tylko z albumem, którego słucha się z zapartym tchem od deski do deski, ale wciąż adekwatnym i brzmieniowo, i tematycznie ♪ „the blacker the berry”


A decade in life and music

88.

taku unami / takahiro kawaguchi teatro assente 2011

czasem fetyszyzujemy rzeczy i ta płyta z perspektywy czasu jest moim fetyszem; barierą wejścia do nieznanego wcześniej a wciąż niedostępnego świata, którą wziąłem zbyt dosłownie; bardziej symbolem muzyki niż muzyką jako taką; slow cinema dźwięku, doświadczenie teatru wyobraźni; być może przypadkowa płyta, której poświęciłem swego czasu zbyt wiele uwagi, być może ważne dźwiękowe przeżycie, które na zawsze zmieniło moje myślenie o muzyce — nie potrafię uczciwie ocenić ♪ „clockwork society transformed into tropical rainforest, however, nothing was changed”


A decade in life and music

87.

julianna barwick nepenthe 2013

juliannie barwick udało się swego czasu coś, co wcześniej nie wyszło jeszcze nikomu — szczerze zainteresowała mnie ambientem; musiały co prawda upłynąć lata, zanim powziąłem ten trop, ale może do tej pory by się to nie udało, gdyby nie ten fundament; już wtedy słusznie podejrzewałem, że to przez moją słabość do średniowiecznych kompozycji hildegardy z bingen, które nepenthe wydaje się momentami imitować przez zręczną grę zwielokrotnionymi wokalami i pogłosem; ale poza tym gdzieś w tę atmosferę harmonijnego wyciszenia wdzierają się bardziej konwencjonalne i wyraziste z popowego punktu widzenia fragmenty, których wówczas szukałem bezskutecznie u julii holter ♪ „labyrinthine”


A decade in life and music

86.

fleet foxes helplessness blues 2011

debiut fleet foxes to jedna z tych płyt, które na zawsze zredefiniowały moje muzyczne poszukiwania — skondensował americanę z niedoścignionym gawędziarskim sznytem i kameralny folk z barokową ornamentyką w sposób w tamtym czasie bezprecedensowy; wydane trzy lata później helplessness blues to trochę more of the same, a trochę rzecz zupełnie inna — bardziej kunsztowna formalnie, progresywna instrumentalnie, ale jednak niedająca się jednoznacznie sklasyfikować jako lepsza lub gorsza; nie mogę tego albumu nie docenić, ale też nie umiem odpowiednio go docenić; po tych wszystkich latach jestem jednocześnie nim urzeczony i skonsternowany; to chyba dobrze ♪ „blue spotted tail”


A decade in life and music

85.

solange a seat at the table 2016

a seat at the table to album, o którym zaraz po premierze pisałem w samych superlatywach, ale koniec końców potrzebowałem dużo więcej czasu, by dotarł do mnie emocjonalnie; brzmieniu (plasującym się pomiędzy sophistipopowym anturażem king, jazzującym ekscentryzmem wczesnych płyt eryki badu a delikatną aurą niezapomnianej minnie ripperton) nie można nic zarzucić — solange zredefiniowała się po raz kolejny — jako dojrzała artystka z pierwszej ligi świadomego soulu; dzięki produkcyjnej pieczy raphaela saadiqa (być może to właśnie jego zasługą jest klasyczny vibe płyty) krążek już w chwili premiery można było uczciwie położyć na półce w towarzystwie klasycznych neo-soulowych albumów; mimo tej świadomości, długo nie byłem w stanie położyć go na swojej półce, choć to opuszczenia występu solange na open’erze z materiałem z seat żałuję najbardziej w życiu ♪ „cranes in the sky”


A decade in life and music

84.

beyoncé lemonade 2016

najciekawszy w karierze beyoncé longplay, gdzie piosenkarka wreszcie w pełni wychodzi poza ramy, w które oprawili ją połowicznie słuchacze i media, a w drugiej części ona sama; dominantą wciąż pozostaje pierwszoligowy pop — bez diane warren na pokładzie, ale z gamechangerami — jackiem white’em i kendrickiem lamarem, którzy stymulują jedne z najbardziej organicznie zaaranżowanych kompozycji w karierze piosenkarki; niezależnie od przyjętej konwencji beyoncé wypada nie tylko wyraziście, ale i wiarygodnie — jest strojna, ale nie przebrana; główną siłą lemonade jest jednak doskonałe zrozumienie i opanowanie odwiecznych rock & rollowowych praw — umiejętności przełożenia własnych doświadczeń na muzykę i współdzielenia ich z słuchaczami, metodycznego operowania elementem zaskoczenia czy wreszcie muzycznej i tematycznej adekwatności; to efekt świadomej, koherentnej i jak najbardziej konsekwentnej autokreacji — wielowymiarowy fenomen, nieoczekiwane magnum opus królowej współczesnego r&b ♪ „formation”, „hold up”


A decade in life and music

83.

palmistry pagan 2016

marta malinowska powiedziała mi kiedyś, że moja recenzja pagan palmistry jest być może jedyną pozytywną opinią o tym krążku w polskojęzycznym internecie; a tymczasem wciąż uważam, że chłopak miał na siebie pomysł, jakiego nie miał (i nie ma) w branży nikt inny i potrafił skutecznie wprowadzić go w życie; z wyczuciem i lekkością przepisuje tu tropikalne wspomnienia lata 2005 (gdy na wakacyjnych playlistach królowały dancehall i reggaeton) na współczesny język minimalistycznego alternatywnego r&b; charakterystyczna południowa rytmika przepuszczona przez bubblegumbassowy filtr i subtelnie przeciągnięta noworomantycznymi syntezatorami wraz z pozostającym w centralnym punkcie kojącym wokalem uderza intymnością i kameralnością; gdzieś między słonecznym kingston, onirycznym toronto, basowym londynem, na skraju lat 80. ♪ „club aso”, „lifted”


A decade in life and music

82.

james blake james blake 2011

niby drugi krążek jamesa blake’a jawił mi się wówczas jako lepszy, ale o tamtym zapomniałem w przeciągu roku, a ten wciąż w jakiejś postaci nawiedza moje plejlisty; chyba nawet bardziej mam dzisiaj poczucie, słuchając tego materiału, że 23-letni wtedy blake, wiedział doskonale, czego chce i jak to osiągnąć; to nie tylko krążek, który polożył pomost między czymś, co nazywaliśmy wówczas post-dubstepem a r&b, co swoją drogą stało się fundamentem dla dzisiejszego popu; to przede wszystkim wyrazisty stylistyczny i emocjonalny manifest stworzony z potrzeby tworzenia i potrzeby serca ♪ „i never learnt to share”


A decade in life and music

81.

electric wizard black masses 2010

choć wcześniejsze płyty electric wizard są mocniejsze, a tę można z perspektywy czasu czytać jako początek końca fenomenalnego zespołu, nie mogę zignorować ani tego, że właśnie black masses było moim pierwszym spotkaniem z wizardami i ich koncepcją doom metalu, ani tego, że mnie to spotkanie wówczas rozerwało na drobne kawałki i długo nie mogłem się poskładać, ani tego, że do kilku momentów tej płyty wracam w miarę regularnie i ze sporą przyjemnością ♪ „black mass”


A decade in life and music

80.

waka flocka flame flockaveli 2010

czasem jestem gangsterem i wtedy włączam tę płytę ♪ „hard in da paint”


A decade in life and music

79.

marie möör / jack belsen / jac berrocal / joachim montessuis / gaspar claus / olivier mellano / laurent chambert les vers de la mort 2014

w dekadzie masowej fetyszyzacji śmierci ze wszystkich utworów billie eilish wybieram les vers de la mort marie möör melorecytującej wersety średniowiecznego poety i kronikarza helinanda z froidmont; to krańcowe, intensywne, ekstatyczne doświadczenie pieczołowicie udźwiękowione dla möör przez zaprzyjaźnionych instrumentalistów związanych z francuską sceną muzyki eksperymentalnej; płyta, do której wraca się pod wpływem pewnej perwersyjnej rządzy, by bez odrywania którejkolwiek ze stóp przez chwilę kroczyć po krawędzi


A decade in life and music

78.

graham lambkin amateur doubles 2011

kosmos, ale taki w którym się kaszle i oddycha, gdzie słychać odgłosy silnika i ludzkie kroki, czyli nie prawdziwa przestrzeń kosmiczna, a co najwyżej przerwa na lunch na ziemskiej stacji kosmicznej albo, niech będzie, marsjańskiej; ale to nie mars z wysokobudżetowego minimalistycznego parapsychologicznego sci-fi, a mars, na którego naprawdę dolecieliśmy, który zdążyliśmy zaśmiecić i zapierdzieć; to skutki uboczne człowieczeństwa, musimy z tym żyć, czasem możemy udawać, że tak nie jest, ale koniec końców rzeczywistość nas dopadnie; lambkin stworzył niezwykle przestrzenny i przede wszystkim niezwykle przyjemny kolaż dźwiękowy o niepodważalnej wartości kontempacyjnej; idealną muzykę tła, która z jednej strony nam towarzyszy, a z drugiej potrafi nas zająć; to muzyka, która oswaja słuchacza; a to tylko część faktycznego kosmosu lambkina; tuz muzyki konkretnej całość materiału na amateur doubles nagrał bowiem w samochodzie podczas podróży po ameryce — na tę okoliczność tiny mixtapes określiło gatunek muzyki zawartej na płycie jako the great american road trip; i tym samym wracamy w kosmos, po podłodze naszego pontiaca walają się co prawda resztki fast foodów, ale oto jesteśmy w drodze ku wielkiej kosmicznej przygodzie naszego życia przez bezkres amerykańskiej prerii; nie pytajcie mnie, jak ta przygoda się rozwija, bo tutaj płyta się kończy


A decade in life and music

77.

noname room 25 2018

room 25 to piękne przedłużenie debiutanckiego mikstejpu noname — tamtych myśli i tamtej stylistyki; o ile jednak telefone stanowiło zamknięty i uporządkowany zapis okresu wyrastania z młodzieńczości, o tyle drugi album noname jest dojrzalszy i bardziej otwarty, i formalnie, i tematycznie; w centrum w dalszym ciągu stoi sama noname i jej życie; punkt ciężkości płynnie przeniesiono jednak na room 25, tytułem jasno nawiązującym do kryzysu wieku młodego, z wyrastania z młodzieńczości na wchodzenie w dorosłość i poszukiwanie własnej tożsamości; najwyraźniejszą zmianą jest jednak okołohiphopowy produkcyjny anturaż — tam gdzie telefone rozpływało się w neo-soulu, room 25 zanurza się w jazzie; i czyni to równie wielowymiarowo; nie chodzi nawet o dobór odcieni jazzu, które stały się budulcem krążka, choć niewątpliwie też, ale o samą strukturę płyty zrealizowaną w zgodzie z regularnie przewijającym się w tekstach mottem artystki — „everything is everything”; ta muzyka żyje na wielu poziomach, wychodzi poza proste hiphopowe patenty, umyka linearnej narracji i pomimo tego, że bierze na warsztat sprawdzone, niekiedy wręcz klasyczne środki, zestawia je adekwatnie w świeżych konfiguracjach; nie ucieka od konwencji, ale nie popada w odtwórczość czy twórczy marazm; inspiruje się, by inspirować, czerpie z wielu konwencji, by naturalnie stworzyć własną ♪ „self”, „don’t forget about me”


A decade in life and music

76.

brad mehldau highway rider 2010

choć mehldau’owi zdarzyło się mnie zawieść raz czy drugi, lubię jego charkterystyczny styl gry na tyle, że przez minioną dekadę przesłuchałem każdą jedną sygnowaną jego nazwiskiem płytę; miałem szczęście, że highway rider, dostrzeżony bodaj w dziale z recenzjami polityki, był moim pierwszym kontaktem z muzyką pianisty, bo jak się miało później okazać, to obok kultowego largo z 2002 roku jego najbardziej wyrazisty i kompletny projekt; mehldau obezwładnił mnie tą (trwającą przeszło 100 minut) płytą — był progresywny i niepokorny z jednej strony, a z drugiej czuć było tu ducha gershwina (a ja wówczas wynosiłem third stream na ołtarze!) i tę nieskalaną europejską (ecm-ową!) elegancję; trochę jakby wyjść w pełnym garniturze, co prawda z parasolem, ale w największą zawieruchę i zostać przez tę burzę przetarganym, a jednocześnie dotrzeć na miejsce punktualnie i z fasonem; jeśli kiedyś was taka historia dopadnie, pamiętajcie o tej płycie ♪ „now you must climb alone”, „walking the peak”


A decade in life and music

75.

charles barabé cicatrice, scar, éclair 2015

pochodzący z quebecu charles barabé stał się w 2015 roku moją prywatną sensacją; barabé specjalizuje się w gęstych, psychodelicznych plądrofonicznych pejzażach dźwiękowych łączących w sobie szereg rozmaitości (od ośmiobitowej elektroniki po elementy spoken word) na wzór książkowego frankensteinowskiego monstrum; a ja takie nieskrępowane muzyczne kolaże uwielbiam i zatonąłem w tym kasetowym wydawnictwie (czy jego cyfrowym odpowiedniku, bo kaseta była już wtedy poza zasięgiem) bez reszty; mój zachwyt trwał rok z hakiem, pod koniec 2016 roku zdążyłem jeszcze opisać go jako „figlarne dziecko muzyki konkretnej spędzające wesołe dni swego dzieciństwa między szeroko rozpostartą na starym poddaszu siecią dawnej tajemnicy a wysoko zawieszoną gałęzią pobliskiej wierzby”, ale później urwał nam się kontakt, a ja zostałem z legendą o cicatrice, scar, éclair


A decade in life and music

74.

kieran hebden / steve reid / mats gustafsson live at the south bank 2011

dziwaczna to płyta i zupełnie przegapiona; prawdziwy fusion jazz na miarę drugiej dekady xxi wieku, nie jakieś festiwalowe eksperymenty z „nowymi brzmieniami”, ale projekt pełnokrwisty, ukierunkowany i satysfakcjonujący; oto steve reid, legenda amerykańskiego jazzu na pół roku przed jego śmiercią, spotyka się w londyńskim studiu ze szwedzkim wirtuozem free jazzowego saksofonu matsem gustafssonem i tuzem współczesnej elektroniki kieranem hebdenem, lepiej znanym jako four tet; i kurtyna w tym momencie nie opada — dopiero się podnosi, bo każdy z panów oddał projektowi coś własnego, ale wspólnie stworzyli płytę zupełnie wymykającą się dyskografii każdego z nich — awangardowy jazz został tu minimalistycznie uporządkowany loopami four teta; całość jest zupełnie synergetyczna i z gruntu jazzowa, ale na tyle żywa i niepokorna, że skutecznie nie daje się zamknąć w utartych schematach; wirtuozeria i przestrzeń — to dominanta tego niezwykłego krążka ♪ „the sun never sets”, „morning prayer”


A decade in life and music

73.

caribou swim 2010

gdy ukazało się swim, andorra była już kultowa, a ja nie miałem o tym pojęcia — zerkałem więc to na ten album, to na tamten i kiwałem głową; trudno nie kiwać — caribou doprowadził do perfekcji swój własny styl mieszający psychodeliczny indie pop z garażową gęstą od minimalistycznych pętelek elektroniką; to muzyka, która żyje i daje życie; nie jakieś tam indie, bo każdy takt wskazuje wiolinowym paluchem na dana snaitha; po latach odkurzam ten krążek i widzę, że jednak dziś to swim jest punktem odniesienia dla andorry; wyszło na moje; i co z tego? ♪ „odessa”


A decade in life and music

72.

chris watson el tren fantasma 2011

chris watson, fenomenalny field-recorder, w 2011 roku zainspirowany dźwiękami pędzącego pociągu, postanowił zainscenizować własną historię podróżną; el tren fantasma to opowieść dźwiękowa, której słucha się trochę tak, jak ogląda się film dokumentalny bez zewnętrznego komentarza; watson zorganizował rozmaite odgłosy otoczenia w fascynujący kolaż dźwiękowy — faktyczną podróż tytułowym pociągiem-duchem; dokąd? daleko stąd


A decade in life and music

71.

crystal castles ii 2010

okładka to jedynie wstęp do brzmienia tej płyty, faktyczna akcja krążka zaczyna się w miejscu, gdzie zrobiono tę kultową fotografię, zaczyna robić się ciemno; jedną z rzeczy, które lubię w elektropopie najbardziej, jest niełatwa do osiągnięcia równowaga między mrocznym, posępnym klimatem a popową przebojowością; łatwo bowiem sprawdzić, że albo to melodyka stanie się jednym z atrybutów klimatu, albo odwrotnie mrok wsiąknie w pop i całość będzie balansować na granicy kiczu (co samo w sobie nie jest niczym złym); crystal castles natomiast nie tylko są od tego dalecy, ale przede wszystkim rezonują (ze mną) emocjonalnie; to nie tylko muzyka do, ale faktyczny mood; kwintesencja pojęcia smutnej dyskoteki ♪ „not in love”, „intimate”


A decade in life and music

70.

swans to be kind 2014

nie jestem swansowy; powinienem być, ale koniec końców podskórna post-rockowość ich twórczości zawsze mimowolnie mnie odstręczała; z to be kind jest inaczej w dużej mierze dlatego, że wpisuje się w fascynującą dla mnie koncepcję płyty jako żywego organizmu i to na wielu płaszczyznach — samo, że muzyczno-kulturowy kontekst, którym na stałe zdążyli się okryć, można odbierać tutaj wyłącznie rozszerzająco, czyni z to be kind idealnego kandydata do tej roli; ale decydującą rolę ma jednak nie tyle ewolucja pojęcia muzyki w czasie, co to, jak gira i spółka z różności małych elementów budują w czasie dźwiękowy organizm — jak współistnieją w wewnętrznej przestrzeni w post-minimalistycznym rytmie, jak dialogują, łamią tę konwencję i wracają do niej; to prawdziwe doznanie, wobec którego użyte środki muszą pozostać drugorzędne ♪ „a little god in my hands”, „some things we do”


A decade in life and music

69.

leon vynehall music for the uninvited 2014

znacie leona? każdy go zna! on zawsze fajne pomysły ma! choć leon vynehall zazwyczaj buduje swoje na ewoluujących zamkniętych loopach, nie boi się też żywych instrumentów, które, otwierając jego długogrający debiut, stały się kluczem do zrozumienia zawartej tu muzycznej wizji; z niesamowitą lekkością i naturalnością przyszło vynehallowi skrzyżowanie rozmaitych muzycznych ścieżek pod banderą zaskakująco opływowego house’u; wszyscy wy, którzy nie spędzacie sobót na bibkach, czujcie się zaproszeni na domówkę u leona ♪ „goodthing”


A decade in life and music

68.

perfume jpn 2011

lata mijają, a ja w dalszym ciągu nie nadrukowałem sobie na koszulkę okładki jpn, choć skrzętnie planowałem to od lat; to chyba najlżejszy, najbardziej beztroski krążek perfume — fantasmagoria na przetworzonym przez autotune’owy picopop feelingu post-shibuya-kei; i choć popowe piosenki przychodzą i odchodzą, gdy przychodzą, przywołują ukryte głęboko pod faktycznymi tekstami znaczenia, kształty i uczucia ♪ „natural ni koishite”, „have a stroll”


A decade in life and music

67.

gesu no kiwami otome. ryōseibai 2016

u la la! gesu no kiwami otome. potrafią niezręczny dla europejczyków intensywnie gitarowy j-popowy splot gatunkowo-melodyczny przekuć na naprawdę kunsztowne i nieprzytłaczające piosenki; mathrockowy background, zabawy progresywnym jazzem i liczne zawirowania rytmiczno-melodyczne w jakiś magiczny sposób udaje im się zamknąć w fantastycznie przebojowym krążku; co prawda grupa konsekwentnie podąża tą drogą od ośmiu lat, czemu dała wyraz na aż pięciu wydanych od 2014 roku longplayach, ale nie sposób, po wielu godzinach (które można liczyć też w latach) obcowania z ich muzyką nie zauważyć brzmieniowo-koncepcyjnej wyższości ryōseibai nad resztą dyskografii, która albo do ryōseibai zmierza, albo próbuje je powtórzyć ♪ „watashi igai watashi janai no”, „ryōseibai de ii janai”


A decade in life and music

66.

sd laika that’s harakiri 2014

ach, słodkie glitche! to jedna z tych płyt, które naturalnie weszły mi w głowę jako synonimy, a przynajmniej składowe mojej koncepcji panoramy dźwięku; to zdekonstruowana elektronika z czasów, gdy jeszcze nie mówiło się o dekonstrukcji w kategoriach gatunkowych definicji; nigdy nie wiem, który numer jest który, ale rozpoznaję je po jednej nutce ♪ „meshes”, „gutter vibrations”


A decade in life and music

65.

oneohtrix point never garden of delete 2015

to nie tylko najpewniej najmocniejszy krążek w dotychczasowej dyskografii lopatina, ale także kompetentny głos w mimowolnej dyskusji o przyszłości muzyki pop; pomimo szeroko zakrojonego operowania glitchową elektroniką i ogólnego eksperymentalnego charakteru kompozycji lopatin w każdej z nich umieszcza melodie, a nawet refreny, co na swój wywrotowy sposób, czyni z nich pełnoprawne piosenki pop ♪ „mutant standard”, „i bite through it”


A decade in life and music

64.

girls’ generation the best 2014

mój wstępniak do k-popu był po japońsku — trochę dlatego, że akurat w 2011 roku, kiedy poznałem girls’ generation, na fali były japońskie wersje ich wcześniejszych koreańskich singli, a trochę dlatego, że była to mimo wszystko mniejsza bariera kulturowo-językowa; nie żeby język i kultura były barierą, by docenić walory dziewięciu prześlicznych dziewcząt tańczących perfekcyjnie synchroniczne układy do niesamowicie przebojowych refrenów — po prostu tak wyszło; później zresztą dziewczyny zaczęły wydawać na rynek japoński jakby lepsze piosenki niż te, które śpiewały w korei i mój kanon ich dyskografii zawarty jest w zasadzie w dwunastu pierwszych nagrań na wydanym w 2014 roku składaku podsumowującym zaledwie cztery lata ich japońskiej kariery, ale tak naprawdę wyczerpującym formułę ich trwającej w sumie dekadę scenicznej bytności; k-pop oczywiście poszedł do przodu i jeśli chodzi o brzmienie i zasięg, a to co nie udało się swego czasu girls’ generation — podbój ameryki — zrealizowało z nawiązką blackpink, ale nic by z tego nie wyszło, gdyby nie tamte znakomicie wyprodukowane i zrealizowane numery czerpiące bez kompleksów i baczenia na trendy i konwencje z całego wachlarza zachodniego popu od lat 70. aż do 00.; uczcijmy więc dyskografię girls’ generation minutą ciszy albo trzema minutami „gee” ♪ „gee”, „mr. taxi”, „the boys”


A decade in life and music

63.

mbongwana star from kinshasa 2015

z kinszasy prosto na księżyc — jedyny longplay mbongwana star to pierwszorzędna żonglerka kontekstami, remiks rozmaitych europejskich, amerykańskich i afrykańskich motywów; odpowiedź na pytanie, jak skonstruować krążek, który pod lupą będzie bardzo chaotyczny, a w szerszym kontekście zabrzmi na tyle konsekwentnie, że rzeczywiście okaże się rakietą, którą można na księżyc polecieć ♪ „suzanna”, „masobélé”


A decade in life and music

62.

justin hurwitz la la land: original motion picture soundtrack 2016

hurtwitz, na którą chwilę wskrzesił ducha wielkiego hollywoodzkiego musicalu; to ważne o tyle, że jestem przekonany, że życie byłoby lepsze, gdyby ludzie oglądali więcej musicali; można by choć na chwilę zamienić cynizm w banał, a na szarym niebie kredką świecową namalować sztuczne słonko; nie zdziwcie się, gdy spotkacie mnie tańczącego na mrożonkach w tesco; wam też polecam ♪ „another day of sun”


A decade in life and music

61.

mid-air thief crumbling 2018

k-pop trochę dla mnie umarł — amerykański sukces bts to jedynie potwierdzenie tego, że mainstream przejmuje niezalowe trendy w rozwodnionej formie i z ogromnym opóźnieniem; odsiecz przyszła niespodziewanie ze strony enigmatycznej jednoosobowej grupy co płytę zmieniającej aliasy — szybko okazało się, że pod innym płaszczem już w 2015 roku skroiła (wówczas zupełnie przegapiony) metafolkowy krążek; crumbling, które zapewniło artyście dotarcie do szerszej międzynarodowej publiczności to kontynuacja tamtych motywów i stylów, psychodeliczny folk najwyższej próby na miarę najlepszego okresu twórczości grizzly bear, ze względu na azjatyckie korzenie szeroko porównywany do kultowych fishmansów, przez równie rozmyte połączenia gatunkowe wymykające się utartym klasyfikacjom; aktualne, ale czerpiące swoją siłę rażenia z ponadczasowych wzorców estetycznych, złożone, ale nienachalne, mimo bariery językowej szczere i emocjonalne; wreszcie, wielokrotnie lepsze niż jakakolwiek k-popowa płyta, jakiej miałem okazję słuchać ♪ „gameun deut”


A decade in life and music

60.

bonnie 'prince’ billy / bryce dessner / eighth blackbird when we are inhuman 2019

when we are inhuman spadło na mnie niespodziewanie, jak grom z jasnego nieba — zakrzyknąłby przysłowiarz; trzy podmioty twórcze: samotny jeździec alternatywnego country — bonnie „prince” billy, kompozytor i multiinstrumentalista znany głównie z the national — bryce dessner oraz zespół specjalizujący się w wykonaniach muzyki steve’a reicha — eighth blackbird — zebrały się, by tchnąć w piosenki tego pierwszego nowe życie; efekt jest zupełnie niedzisiejszy, choć raczej pozostawiony poza czasem aniżeli anachroniczny — oto rozmyślne post-minimalistyczne aranże dessnera i kunsztowne wykonawstwo eighth blackbird wraz z intymnym, ale nie przygaszonym, billy’m na pierwszym froncie w akcie nieoczywistej wędrówki po archiwaliach songwriterskich płodnego twórcy otworzyły zupełnie nowe drzwi do jego dyskografii; ładne, proste piosenki w harmonijnej, swojskiej, kameralnej oprawie z eksperymentalnym finiszem, u których podłoża leży folk, ale których estetyczne macki sięgają hen, hen, hen ♪ „one with the birds”


A decade in life and music

59.

justin townes earle harlem river blues 2010

uwielbiam justina townesa earle’a i ta płyta jest pretekstem do tego, by dać temu wyraz; uwielbiam justina townesa earle’a, nie ze względu na to, że jego ojcem jest steve, a jego duchowym przewodnikiem — townes; uwielbiam justina townesa earle’a, bo choć zdarza się, że nagrywa słabsze rzeczy, zawsze wie gdzie stoi i co gra, a ja nawet jeśli stoję gdzieś indziej, drepczę gdzieś wokoło, doceniam jego konsekwencję, upajam się jego brzmieniem; uwielbiam justina townesa earle’a za jeden z moich ulubionych storytellingów w tytułowym utworze, testamencie topielca, który przegrał życie i pisana mu śmierć ♪ „harlem river blues”


A decade in life and music

58.

natalia lafourcade hasta la raíz 2015

płyta, której wypatrywałem przez lata, która urosła i dojrzała we mnie na długo, zanim jeszcze powstała; lafourcade jest znakomitą songwriterką i równie utalentowaną tekściarką — z prostych słów i melodii potrafi zbudować dojrzałe kompozycje dalece wykraczające poza etykietki współczesnego indie, ale niedające się jednoznacznie zaklasyfikować w szufladce z adult contemporary i doskonale potrafi tę wizję sprzedać słuchaczowi; chociaż lafourcade oczarowała mnie swoją rekonstrukcją meksykańskiej folkloru na kolejnych krążkach, nadal znam te piosenki na pamięć i grają we mnie, ilekroć o nich pomyślę ♪ „ya no te puedo querer”, „lo que construimos”


A decade in life and music

57.

she & him volume two 2010

to niby nie jest ponadprzeciętny indie pop, raptem trzynaście ładnych piosenek o wzlotach i upadkach; to też płyta, którą uczyniłem swoją codziennością przez przeszło dwa lata, bo jej motywy stanowiły doskonały soundtrack do wskakiwania na krawężnik, wsiadania na rower, nalewania herbaty do kubka; she & him mieli wtedy zresztą niesamowity magnetyzm — m. ward był świetnym producentem i instrumentalistą, a zooey deschanel miała jedyne w swoim rodzaju: urok i charyzmę, które objawiały się w jej śpiewie, tekstach, scenicznej i pozascenicznej prezencji; to wszystko grało doskonale na volume two zanim jeszcze zamienili twee pop i alt-country na bezkształtną retrofilię; to płyta pełna prostolinijnych linijek, w których można odnaleźć ukojenie, gdy powinie nam się noga ♪ „brand new shoes”, „me and you”


A decade in life and music

56.

kacey musgraves pageant material 2015

śledziłem kacey musgraves od początku jej kariery, ale aż do golden hour nie słuchałem jej uważnie; a to właśnie uwaga zamieniła dla mnie pageant material ze zrealizowanej bez produkcyjnych uproszczeń country popowej płyty krążek pełen trafnych puent i happy endów mimo wszystko; musgraves nie tylko udało się wyczuć doskonale klimat klasycznego countrowego songwritingu, ale udało się jej zawrzeć w nim substancję, której chronicznie na tej scenie brak; to bez wątpienia najbardziej empatyczny z albumów zawsze przecież empatycznej musgraves ♪ „fine”, „late to the party”


A decade in life and music

55.

richard dawson peasant 2017

mając w pamięci wspólną historię joanny newsom i billa callahana, byłoby niedelikatne z mojej strony, gdybym wtrącił pomiędzy nich richarda dawsona; a jednak peasant, na którym żongluje przyjmowanymi rolami i punktami widzenia, leży właśnie gdzieś wpół drogi między ornamentami newsom a (wciąż intelektualną oczywiście) prostotą callahana — zarówno aranżacyjnie, melodycznie, jak i storytellingowo; dawson lubi swoją prostą americanę w tym samym stopniu, co niekoniecznie idealnie linearną budowę swoich piosenek wieńczonych jednak raz po raz czymś w rodzaju średniowiecznej hymniczności; tym samym peasant jest dla mnie jednocześnie fascynująco nieodgadniony, jak i fascynująco znajomy ♪ „beggar”, „ogre”


A decade in life and music

54.

chris stapleton traveller 2015

nie kupiłbym nigdy tej płyty, gdyby nie to, że akurat była solidnie przeceniona, a tam, gdzie byłem, mogłem równie dobrze wydać dokładnie tyle na piwo w barze; ale gdyby się to nie stało, być może zawsze miałbym stapletona z tyłu głowy, tak jak mam z tyłu główy jameya johnsona; chris stapleton to jedna z tych postaci współczesnego country, która wyciągnęła radiową odmianę gatunku za uszy z okowów banalnych tekstów, melodii i aranżacji; traveller jest oczywiście na swój sposób jedną z tych płyt, których łatwo się słucha, ale nigdy za łatwo; to 14 organicznie zaaranżowanych prostych piosenek podszytych żalem i rezygnacją w emocjonalnej, ale wyważonej interpretacji stapletona ♪ „tennessee whiskey”


A decade in life and music

53.

deafheaven sunbather 2013

my bloody valentine zrzucili kamień, ale lawina spadła dopiero wraz z tym krążkiem; deafheaven eksplorują gitarowe ekstrema, łącząc dwie głośne stylistyki — black metal i shoegaze, a jednocześnie jest w tej hałaśliwej, mocnej mieszance pewna niekłamana subtelność; sunbather jest ekstatyczny i wzniosły, ale nie popada przy tym w banał; przez całą godzinę, gdzieś pomiędzy wierszami mieni się muzyczną doskonałością ♪ „dream house”


A decade in life and music

52.

étienne daho les chansons de l’innocence retrouvée 2013

étienne, ty playboyu, królowo czarnej dyskoteki, przestań mnie podrywać, przecież masz żonę! daho od początku lat 80. konsekwentnie łączy w swojej muzyce elementy klasycznego francuskiego chanson z wpływami muzyki nowofalowej i konsekwentnie jest w tym znakomity; les chansons to być może jego najlepszy krążek od czasu paris ailleurs z 1991 roku (być może, bo znam tę część jego dyskografii raczej przekrojowo niż na pamięć); nie słychać po nim upływu czasu — jego głos brzmi równie ekspresyjnie i witalnie, co dwadzieścia lat wcześniej, a on sam bez trudu żongluje stylami, mieszając disco i orkiestrowe aranżacje — niby nic nowego, ale zachowuje przy tym nienaganną elegancję i, co nawet ważniejsze, znakomite wyczucie melodii — wracam do tych piosenek do dziś ♪ „en surface”, „les chansons de l’innocence”


A decade in life and music

51.

deepchord presents echospace liumin 2010

fascynujący krajobraz nocnego miasta, niezrównane arcydzieło dubowego techno; czasem udaję, że umiem pisać o elektronice, ale każdy kto mnie zna, wie, że to ściema i że nie umiem; ale odbieram tę płytę całym sobą, żyje we mnie swoim pulsującym rytmem, ilekroć ją włączę ♪ „summer haze”


Opublikowano

2019 ✕ filmy

2019

rzutem na taśmę kończę ubiegłoroczny sezon filmowy przed ceremonią nagród akademii — sporo było w nim pozytywnych doświadczeń kinowych, szczerych emocji, urzekających interpretacji, zachwycających detali; zdarzały się i rozczarowania, ale jak zwykle skupiam się na tym, co dobre i prezentuję własną listę filmowych polecajek

2019

15. luce

reż. julius onah

nieco zdystansowany, z pozoru sztampowy, ale wyjątkowo gęsty fabularnie dramat; przede wszystkim angażujący moralnie i intelektualnie; efekt podbija ben salisbury’ego i geoffa barrowa z portishead

2019

14. knives out

reż. rian johnson

bałem się, że rian johnson poleci tu guyem ritchie’m, ale na szczęście udźwignął ciężar gatunkowy whodunit, tworząc najlepszy film tego typu ostatnich 20 lat — barwny na wzór klasycznego „clue”, zabawny w całkiem błyskotliwy sposób i wciągający w niesztampową intrygę licznymi twistami fabularnymi

2019

13. il traditore

reż. marco bellocchio

udany dramat sądowy o bezprecedensowym procesie cosy nostry na przełomie lat 80./90.; zrobiony z rozmachem, ale bez efekciarstwa; czuć oddech mafii na plecach

2019

12. les misérables

reż. ladj ly

świeże spojrzenie na uniwersalną historię przemocy pokazaną z dokumentalistycznym zacięciem na paryskich przedmieściach przez analogię do victora hugo; mocny polifoniczny głos w dyskusji o wielokulturowości

2019

11. a beautiful day in the neighborhood

reż. marielle heller

choć vogel został tu trochę uproszczony psychologicznie, hanks portretuje pana rodgersa doskonale; no i przede wszystkim to taki czarujący i ciepły film, jakich chronicznie brakuje w na wskroś cynicznym świecie; wraz z dokumentalnym won’t you be my neighbor to wspaniałe podsumowanie dziedzictwa pana rodgersa

2019

10. matthias et maxime

reż. xavier dolan

slice of life, którego osią jest niefortunne zauroczenie skutkujące napięciem w życiu grupy przyjaciół; dolan opowiada o rzeczach ważnych, ważniejszych i zupełnie nieistotnych; zdecydowany powrót reżysera do znakomitej formy; jak zwykle robotę robią klimatyczne zdjęcia i fenomenalny soundtrack

2019

9. midsommar

reż. ari aster

dziwaczny, poetycki, chory, tajemniczy, abstrakcyjny, zabawny, przerażający, amerykański i europejski; the wicker man doczekał się godnego następcy; kolejny nieszablonowy film arego astera

2019

8. the report

reż. scott z. burns

koniec końców mimo wszystko „lubimy” amerykę właśnie za to, że takimi raportami i filmami próbuje rozliczać się sama ze sobą; na pograniczu dramatu śledczego i politycznego; choć kładzie nacisk na słowo, do samego końca trzyma w napięciu; kolejna znakomita rola adama drivera

2019

7. marriage story

reż. noah baumbach

gęsty i emocjonalny, oparty na niezłym scenariuszu i świetnej aktorskiej synergii drivera i johansson z doskonałymi kreacjami drugoplanowymi; kompetentne współczesne przedłużenie kramer vs. kramer, ale mniej intymne, niż miałem nadzieję, po wcześniejszych filmach baumbacha

2019

6. bacurau

reż. juliano dornelles, kleber mendonça filho

przywołuje duchy brazylijskiej tropicalii, przechodząc od naturalistycznej codzienności odludnego miasteczka do krwawej batalii lokalsów z najeźdźcami w tradycji kwaśnego westernu; wielowymiarowe, kolorowe, szalone kino!

2019

5. little women

reż. greta gerwig

pełna uroku i wigoru, choć pokaźnie przyprawiona nostalgią, świeża adaptacja najbardziej klasycznej spośród amerykańskich powieści; gerwig czuje alcott bardziej niż ktokolwiek we współczesnym hollywood — mimochodem wpisuje w tę doskonale znaną historię swoją własną; no i saoirse ronan to najlepsza możliwa jo!

2019

4. toy story 4

reż. josh cooley

prawie zapomniałem, jak kocham toy story, ale ten seans na szczęście odświeżył mi pamięć! śmiałem się i płakałem jak dziecko — cieszę się, że seria dorasta ze mną!

2019

3. boże ciało

reż. jan komasa

najlepszy polski film przynajmniej od czasu „idy”; moralnie i emocjonalnie złożony, grający symbolami, ale nienachalnie, szukający faktycznego sacrum w świecie profanum

2019

2. dolor y gloria

reż. pedro almodóvar

introspektywny, osobisty, wzruszający, wielowątkowy, poszukujący (i odnajdujący niby przypadkiem) powiązania między przeszłością, teraźniejszością i przyszłością na wzór końca długiego dnia; najlepszy almodovar od volver, a może i w ogóle

2019

1. parasite

reż. bong joon-ho

prawdziwe pankinowe doświadczenie, z którym ostatecznie nie był w stanie rywalizować żaden inny obraz; pędzący emocjonalny rollercoaster; uniwersalna historia z nieprzewidywalną fabułą i niejednoznacznymi postaciami; współcześni nędznicy; cała przewrotna natura współczesnego kina koreańskiego w jednym filmie

Opublikowano

2019

2019

miałem przez kilkoma tygodniami rzadką okazję, by przyjrzeć się swoim wyborom muzycznym na przestrzeni minionego dziesięciolecia i muszę szczerze przyznać, że im bardziej starałem się oddać w nich to, co wydawało mi się popkulturowym sosem wcześniejszych dwunastu miesięcy, tym dalsze są mi tamte wybory teraz; rozumiem je oczywiście, ale nie dokonałbym ich dziś; jako nawet bardziej kuriozalne postrzegam próby wyjścia poza siebie — w wariancie budującym, by poszerzyć własny horyzont, stać się słuchaczem bardziej świadomym i zaakcentować symbolicznie, nawet jeśli tylko samemu przed sobą, te zmiany; w wariancie pospolitym, bardziej zresztą prawdopodobnym — zaimponowania jakoś komuś czymś; nie znaczy to oczywiście, że moje dawne podsumowania były pustą pozerką, im bliżej dziś, tym mniej losowych i koniec końców nieinteresujących typów; wiedząc to wszystko, w tym roku ułomne postrzeganie kulturowej adekwatności wymieniłem na emocje i uczucia; tym samym zapraszam na przegląd tego, co najlepszego wyłuskałem z własnej muzycznej bańki w przeciągu ubiegłego roku

2019

— alfabetycznie

„bmo”, ari lennox
„dalla dalla”, itzy
„doble tic azul”, putochinomaricón
„karma”, lucky daye
„manifest”, andrew bird
„missing you”, ingrid michaelson
„only child”, tierra whack
„receipts”, serpentwithfeet, ty dolla $ign
„solo de mi”, bad bunny
„sympathy”, vampire weekend
„the lay down”, dram, h.e.r., watt
„there will be blood”, kim petras
„una vida”, natalia lafourcade
„when a cowboy trades his spurs for wings”, gillian welch, david rawlings
„when i wasn’t watching”, mandy moore

2019

2019

25. sakanaction 834.194

niemal straciłem nadzieję, że jeszcze kiedykolwiek usłyszę coś od sakanaction po tym, gdy niedługo po premierze fenomenalnego singla „shintakarajima” w 2015 roku rozpłynęła się w powietrzu; aż sześć lat zajęło czołowej japońskiej elektropopowej formacji wypuszczenie kolejnego krążka; w kontraście do światowych trendów grupa zebrała na tę okoliczność swoje najlepsze singlowe momenty z ostatnich kilku lat (w tym wspomniane „shintakarajima”), wydając masywny dwupłytowy album 834.194 mieszający nowe numery z remiksami i bisajdami — dwutorowo z neodyskotekowym dyskiem pierwszym i melancholijno-odkrytkowym drugim; to bardzo klasyczny krążek, wdzięcznie nieodkrywający ameryki, doskonalący formułę piosenkowego j-popu wychodzącą ze słonecznego city popu lat 70., a jednak przyjęty z otwartymi ramionami, dzięki witalności, melodyjności i swoistej niezatapialności alternatywnego popu w dobie artystycznego trapu (♪ „shintakarajima”)

2019

24. dorian electra flamboyant

ci, którzy czekali na debiutancki longplay hanny diamond, prawdopodobnie zapętlają go od listopada; ci, którzy pokładali nadzieje w charli xcx albo szukali suplementu do zeszłorocznego krążka sophie, powinni dać szanse dorianowi electrze, którego kwiecisty debiut ugrzązł co prawda w stylistycznym rozkroku między pozorowaną awangardą a onieśmielająco przebojowym popem podobnie jak gfoty przed kilkoma laty, ale najbardziej kompetentnie syntezuje stylistyczno-ideowey post-bubblegumbassowy paradygmat, swoim nieskruszonym kolorytem zręcznie krusząc normy płciowe i toksyczną męskość (♪ „career boy”)

2019

23. madison mcferrin you + i

przyznam szczerze, że nie do końca wierzyłem w pierwszą epkę madison mcferrin niezarejestrowaną w formie a cappella; jak sama twierdzi, zaczęła nagrywać muzykę w takiej formie, ponieważ nie potrafiła jej wyprodukować; dzięki temu znalazła własną niszę, którą pięknie nawiązała do dziedzictwa swojego ojca; tym razem jednak za produkcję odpowiada jej brat taylor i pod jego skrzydłami dotychczas kameralna madison stała się roztańczona i eklektyczna — jak w singlowym „try”, w którym samoświadomy tekst zestawiono z pulsującym klubowym bitem; osią jej muzyki wciąż jednak są osobiste teksty i neo-soulowa melodyka; mcferrin jest fenomenalną wokalistką pozbawioną manieryzmów i skłonności do prześpiewywania, dzięki czemu doskonale akcentuje treść piosenek; słychać to we wieńczącym epkę stonowanym „fallin’”, gdzie lekka melodycznie, miłosna mgiełka unosi się nad progresywnym downtempo; madison mcFerrin z muzyką brzmi równie zjawiskowo co a cappella! (♪ „fallin'”)

2019

22. 33emybw arthropods

arca na kwasie, fatima al qadiri na sterydach, pan records na przypale; dekonstrukcja idm-u, footworku i drum and bassu, która poszła zbyt daleko, krzyżując świnię ze szczurem, a ośmiornicę z pająkiem; bezpardonowo drwi ze swoich orientalnych korzeni, bezlitośnie siekając tradycyjne sample i mechaniczne perkusyjne salwy w chaotycznej rytmicznej jatce (♪ „induce”)

2019

21. o terno atrás/além

o terno uprawia tropikalistyczną duchologię; atrás/além to pod każdym względem hołd dla muzycznego dziedzictwa caetano veloso; subtelnie zaaranżowany introspektywny pop czerpiący garściami z kulturalnego dorobku mpb od ponad półwiecza przetwarzającego sambę, choro i bossa novę na język amerykańskiego folku, czy w tym wypadku, soft rocka; nie żyję na co dzień współczesną muzyką brazylijską, ale staram się nie spuszczać z oczu jakichkolwiek potencjalnie interesujących fuzji tradycji z nowymi środkami wyrazu; atrás/além to obok tegorocznego krążka any frango elétrico (śmielej żonglującego muzycznymi mariażami, ale przez instrumentalne kreacje odleglejszego emocjonalnie) najbardziej autentycznie brzmiący album mpb i na swój sposób spełnienie drzemiącego we mnie samozwańczego brazylisty o odrodzeniu ukochanego mpb w formie i kształcie adekwatnym do xxi wieku (♪ „volta e meia”)

2019

20. rf shannon rain on dust

rf shannon przychodzi z odsieczą wszędzie tam, gdzie w tym roku zawiódł beck; owszem, jest znacznie głębiej zatopiony w klasycznej americanie niż beck kiedykolwiek był, ale w jego wizji onirycznej gitarowej psychodelii nie próbuje forsować śmieciowego songwritingu, ale ukrywa piękne ponadczasowe melodie; rok temu w recenzji jego trickster blues uznałem krążek za „stosowny soundtrack do czynienia odprężających ucieczek w głąb siebie niż przełomowy gatunkowy mariaż”; sekunduję tę opinię przy rain on dust (♪ „wild rose pose”)

2019

19. andrew bird my finest work yet

tytuł zeszłorocznego krążka andrew birda (my finest work yet) wydał mi się początkowo ostentacyjnie buńczuczny; postanawiając sprawdzić jego zgodność z prawdą wpadłem jednak po uszy w sidła zastawione przez autora, który od lat cierpiał na przewlekły syndrom rozmieniania się na drobne; do tego stopnia, że od kilku lat wyrokowałem, że najlepsze, co mogłoby przydarzyć się jego muzyce to sensowna kompilacja najlepszych momentów, którą swego czasu zastąpiłem sobie zresztą plejlistą własnego autorstwa; tymczasem bird, choć zwyczajnie robi swoje, w swoim własnym bardzo charakterystycznym stylu z dramatycznym wokalem, folkowymi skrzypkami, słabością do rewiwalu popowych patentów przełomu lat 60. i 70. i mnóstwem staromodnego pogwizdywania, zebrał wreszcie solidny zestaw piosenek; bez wykrętów stawił czoła formie pełnoprawnego longplaya pełnoprawnym zestawem pełnoprawnych piosenek autorskich; jest liryczny i defetystyczny; don’t pretend you can’t hear — wykrzykuje w swoim „manifeście”; nie obracam więc głowy w drugą stronę, zamieniam się w słuch (♪ „sisyphus”)

2019

18. little simz grey area

podskórnie czuję, że ta płyta nie pasuje ani do mnie, ani do mojej listy, ale jest tak obezwładniająco dobra, że jebać to; simz jest wyszczekana, ma świetne flow i sporo do przekazania; grey area bywa mroczne i gęste, ale od czasu do czas rozładowuje napięcie, zręcznie flirtując z klasycznym neo-soulem; to kompaktowa, melodyjna i imponująco drobiazgowo wyprodukowana (przez inflo) płyta, do której nie da się nie wracać; czarny koń tego roku (♪ „wounds”)

2019

17. sheena ringo sandokushi

ringo, świętująca właśnie dwie dekady na scenie, zbierała się do wypuszczenia sandokushi od pięciu lat; rezultat okazał się przedziwny, ale w magnetyzujący sposób; piosenkarka ucieleśniająca swoją dyskografią japońskie rozumienie eklektyzmu po raz kolejny przeszła sama siebie, tworząc płytę totalną, na której zestawia gitary elektryczne z autotune’m, kościelne wokale z akordeonem, orkiestrowe aranże z post-gabberową rytmiką i to wszystko zlepione umiłowaniem do musicalowych melodii doskonale razem gra; no bo w końcu jak daleko pada ringo od jabłoni? (♪ „tokyo”)

2019

16. miranda lambert wildcard

nie było mnie u boku mirandy, gdy przed trzema laty dwupłytowym the weight of these wings rozstawała się z blake’m sheltonem — minęliśmy się, choć obiecałem sobie, że wrócę jeszcze z odpowiednią uważnością do tamtej mirandy; lambert od ponad dekady jest jednym z moich ulubionych głosów współczesnego radiowego country, z którym zaprzyjaźniłem się pewnego lata jako młokos; wildcard to jej powrót do melodyjnych refrenów, ciętych puent i zawadiackich gitarowych aranży; niezobowiązująca, niegłupia płyta na beztroskie lato, która ukazała się jesienią; wyróżniam z podziwu, ale i z tęsknoty (♪ „mess with my head”)

2019

15. joan shelley like the river loves the sea

joan shelley, folkowa pieśniarka z appalachów, nagrywa już od prawie dekady, ale ja usłyszałem ją dopiero w zeszłym roku; może dlatego nie odniosłem wrażenia, że jej ostatnia płyta jest kolejną porcją czegoś znanego, na co się czeka, wobec czego ma się oczekiwania, których niezaspokojenie można ostentacyjnie wyrażać, grzmiąc i ciskając; tymczasem bez oczekiwań u shelley poczułem się jak u siebie — sielskie piosenki, które nadal we mnie dojrzewają, choć album znam od listopada, proste, ale z nutą songwriterskiej niezależności w stylu laury marling, pobrzmiewają the everly brothers, vashti bunyan, dawnymi górskimi głosami kentucky (♪ „the fading”)

2019

14. sunn o))) life metal

po koncertowym rozczarowaniu sunn o))) przed kilkoma laty nie sądziłem, że będę jeszcze kiedyś słuchał ich muzyki z przyjemnością; ale że life metal okazało się ucieleśniać moje wyobrażenia o modelowym drone doom metalu, postanowiłem przyjąć przeprosiny; w centrum tej muzyki jak zwykle stoją medytacyjność i powtarzalność; nieśpieszna rytmika burdonowych riffów ma w sobie gęstość jakiej łaknie doom i posępną mistykę, której trzeba drone’om; zwłaszcza że sunn o))) kradną zeitkratzerowi anturaż i u kresu apokaliptycznego rytuału zastępują gitary wiolonczelą (♪ „between sleipnir’s breaths”)

2019

13. hermann nitsch / koehne quartet albertina quartett: 2 streichquartett in 6 sätzen für 2 violinen, viola und violoncello

hermann nitsch, jeden z akcjonistów wiedeńskich, znany raczej jako performer i malarz szokujący austriaków swoim teatrem orgii i misteriów w przededniu rewolucji seksualnej, to dziś 80-letni staruszek, powszechnie uznawany stateczny artysta pokazywany w centrach kulturalnych europy; gdy pierwszy raz usłyszałem jego drugi kwartet smyczkowy, z ciekawością, choć pobieżnie prześledziłem jego wcześniejszą dyskografię; imponującą jak na malarza; mimo wszystko nie słuchałem — to nasze pierwsze spotkanie; zdumiało mnie, że nie ma w tej muzyce nic z teatralności, której można by oczekiwać; nie jest co prawda skromna, ale nie przytłacza, zaskakująco — wabi przystępną dysonantycznością; doskonale udaje schnittkego i scelsiego jednocześnie; przyznaję, nie da się jej słuchać jako przygniatającego półtoragodzinnego monolitu, ale doskonale robi robotę podzielona na części czy, jak twierdzi nitsch, na zdania; wyraża się wówczas łagodniej i mniej dojmująco; i w taki sposób zalecam dawkować (♪ „2. streichquartett: i.”)

2019

12. men i trust oncle jazz

sophisti-pop inspirowany my bloody valentine, w kontekście mojej wieloletniej pasji do udręczania się muzyką, która nie pozwala mi odpocząć, ale stwarza takie pozory, nie mógł nie zwrócić mojej uwagi; oncle jazz to jedna z wielu zeszłorocznych płyt, które rodziły się latami, a finalnie ujrzały światło dzienne przed końcem dekady, jakby ze strachu, by nie oddzielić się od własnych korzeni, choć wcześniej prace nad nimi postępowały nieśpiesznie; nie doświadczymy tu jednak muzycznie niczego, co mogłoby na taki pośpiech wskazywać — to muzyka, która ze względu na bogactwo inspiracji i mnogość stylistycznych i kulturowych wątków musi być odniesieniem sama dla siebie; to płyta, przy której teoretycznie, po oględnym odsłuchu jej sophisti-indie-dream-hypnagogic-popowej tkanki, można odpocząć, ale faktycznie okazuje się pokrętnie stymulująca; nieznośny zestaw zbyt wielu zbyt krótkich piosenek, które zbyt często okazują się zbyt przyjemne, by móc przestać aktywnie ich słuchać; płyta roku w kategorii muzyka do windy, przez którą przegapisz własne piętro (♪ „show me how”)

2019

11. dj nigga fox cartas na manga

pochodzący z angoli dj nigga fox od zawsze jawił mi się jako wzorowy reprezentant muzyki ery internetu, śmieszek, memiarz i rozbójnik, który za nic ma przyjęte konwenanse, podąża własnym bocznym torem, by uderzać we własnym tempie z drugiego planu i zazwyczaj trafiać w sedno; jego długogrający debiut cartas na manga musi być więc wybitnym eksponatem muzyki memicznej; afro-house’owe bangery łączy z post-tradycyjną portugalską rytmiką podobnie jak robią to ninos du brasil, choć korzystając z zupełnie innych środków; fox jest królem przepastnego randomu, orędownikiem tropikalnego bubblegumu, strażnikiem nachalnej polistylistyki plądrującej głowy osłupiałych klubowiczów (♪ „nhama”)

2019

10. solange when i get home

na when i get home solange obrała sobie za cel wyrażenie uczuć i emocji przy pomocy dźwięku. formalnie to krążek z natury post-minimalistyczny, na ile tylko soul, czy raczej inkrustowany trapem artystyczny mariaż nowego soulu i r&b, może być post-minimalistyczny. treść z kolei powinna być tu rozumiana bardziej jako materia dźwiękowo-werbalna. wszystko to pieczołowicie, i bezkompromisowo wyprodukowane na skraju thundercatowskiej progresywnej wizji neo-soulu i inspiracji brzmieniem klasycznego rapu brudnego południa lat 90. nie bez znaczenia dla modułowego uszeregowania materii i produkcyjnej precyzji osiąganej tu na odrębnych zasadach w każdej kolejnej części jest zaplecze kreatywne solange. to artystyczna kolaboracja w najpełniejszym tego słowa znaczeniu — z kontrolą w rękach piosenkarki, która z pomocą swojej doborowej świty realizuje swój własny artystyczny projekt — sentymentalną podróż do matecznika — rodzinnego houston lat 90. nie jest to jednak ani faktyczna podróż, ani dosłowna retrospekcja — brzmienie i emocje when i get home to efekt podróży, która już się dokonała, i retrospekcji, która w swojej pierwotnej formie musiała już mieć miejsce. i choć kolejne refleksje dają się czytać na rozmaite sposoby, w czystym ujęciu nowy album solange jawi się przede wszystkim jako osobista przeprawa piosenkarki — szczera i melancholijna, ale też abstrakcyjna i różnorodna jak materia, z której się wywodzi (♪ „almeda”)

2019

9. quelle chris guns

choć tytuł najbardziej uduchowionego rapera roku powędrował do ybn cordae’a (sorry, kanye), guns quelle chrisa na swój sposób stanęło w tym pojedynku w szranki, bo pomimo za produkcję nie odpowiadał tu ani cam o’bi, ani matt martians, nowojorski raper wraz bitmejkerem chrisem keys wyczarowali tutaj podobnie plumkająco-stukający post-soulowy świat; nawet w bardziej hardych momentach (a jest ich tu trochę) guns jest albumem, który się do słuchacza łasi, otacza go, zataczając coraz mniejsze kręgi, raczej niż przytłacza, powala na ziemię z klamką przy skroni; tematycznie to oczywiście album zaangażowany społecznie politycznie, w którym tytułowe spluwy są i punktem wyjścia do poruszania rozmaitych wątków, w dużej mierze mocno amerykańskich, i powracającym co rusz motywem przewodnim; co ja jednak wiem o politycznym hip hopie? w jaki sposób rezonuje ze mną? rezonuje, jeśli jednocześnie harmonizują ze mną gdzieś na drugim planie między nieśpiesznie płynącym bitem a główną ścieżką wokalu uduchowione chórki, rezonuje, jeśli charyzmatyczny inteligentny raper zręcznie porusza się na pulsującym podkładzie, jeśli vibe całości przy kolejnym odsłuchu niespodziewanie zgrywa się z vibe’m mojego wieczoru; quelle chris po dekadzie w podziemiu wreszcie zabłysnął płytą skrojoną na miarę jego raperskiego talentu (♪ „straight shot”)

2019

8. black midi schlagenheim

niby rock umarł, co roku się o tym trąbi, a później grupy takie jak black midi debiutują krążkami takimi jak schlagenheim i całą tę pogadankę należy zaczynać od nowa, z nowego punktu; nie jest to co prawda płyta na miarę oczekiwań głosujących na trójkowy top wszech czasów, ale już bywalcy offa powinni być ukontentowani; nigdy nie byłem mathrockowcem, ale słuchałem spiderlandu wystarczająco, by po latach docenić jego post-jazz-rockową polyrytmię, zwłaszcza, gdy to tylko element towarzyszący doskonałemu gitarowemu hałasowi, a wszystko koniec końców kokieteryjnie i przewrotnie, bo zgodnie z bardzo ściśle ustalonym porządkiem, zmierza ku entropii; to muzyka momentami dziwnie znajoma, a zaraz potem niepokojąco nowa, zawsze jednak ekscytująca, frapująca, dowodząca tego, że owszem, umarł, nibyrock (♪ „953”)

2019

7. jaimie branch fly or die ii: bird dogs of paradise

niewiele tworzy się ostatnio jazzu tak barwnego i ilustracyjnego jak tegoroczny krążek nowojorskiej trębaczki jazzowej i kompozytorki jaimie branch, druga część jej projektu fly or die; słychać to dobitnie w centralnym punkcie płyty — dwuczęściowym „prayer for amerikkka” inspirowanym muzyką mariachi i nowoorleańskim bluesem; muzyka branch bywa taneczna i przystępna, ale nierzadko eksperymentuje, co (dzięki bigbandowemu instrumentarium) nie przytłacza, miewa narratorkę, ale stroni od klasycznych wokalnych refrenów, często ucieka w tropiki, ale nadal brzmi bardzo amerykańsko; ten najbardziej witalny, pozytywny i eklektyczny jazzowy album roku, dzięki wielości inspiracji nie przestaje słuchacza stymulować i zaskakiwać; nie uświadczymy tu jednak na szczęście momentów, gdy ugina się pod ciężarem własnych ambicji — doskonale mierzy siły na zamiary (♪ „love song”)

2019

6. kokoko! fongola

był w wielkim pięknie sorrentino taki fragment, w którym jedna z bohaterek z egzaltowaną wyższością oznajmia, że w jazzie poza etiopskim ethio jazzem nie dzieje się już nic interesującego; ta wypowiedź mieszająca w równym stopniu snobistyczne znawstwo wykreowane na potrzeby towarzyskiego ping ponga i post-kolonialistyczną selektywność dźwięczy mi w głowie, ilekroć tylko odkryję afrykańską płytę czy label, które powierzchownie zawrócą mi w głowie; tak było w 2015, kiedy z kinszasy na księżyc wyleciała mbongwana star, w 2017, gdy w ugandzie eksplodowało nyege nyege tapes i ich tanzańska kompilacja sounds of sisso, tak jest i teraz, gdy do kinszasy po raz kolejny zaprowadził mnie afro-house’owy projekt kokoko! wydawany przez angielską oficynę transgressive; moja wiedza o kiszasie ogranicza się do ogólnikowego pojęcia o tradi-modern przybliżonego dopiero w poprzedniej dekadzie zachodnim słuchaczom przez konono n°1 i prognoz, które mówią, że za sto lat będzie to jedno z najludniejszych miast na świecie z populacją równą dwóm współczesnym polskom; ale nie jestem w stanie zignorować fongoli — jeśli mbongwana star łączyło plemienną rytmikę z techno, electro i funk-rockiem w taneczny miks, kokoko! intensyfikuje znacząco taneczny charakter kongijskich fuzji stylistycznych; lokalność materiału wyraża się w języku, sposobie śpiewania i rytmice, ale wykorzystane środki stylistyczne to import z zachodu; i super! to nowoczesne granie zachowujące przy tym lokalną tożsamość; historia zatoczyła koło — tak jak the talking heads 40 lat temu inspirowali się afryką, tak kokoko! bierze na warsztat post-talkingheadsowy amerykański dance-punk i robi z niego kreatywny użytek (♪ „azo toke”)

2019

5. shafiq husayn the loop

nie steve lacy, nie anderson .paak, nie thundercat, ale shafiq husayn jest prawowitym spadkobiercą myśli klasycznego neo-soulu; wydane po dziesięcioletniej przerwie the loop uprawomocnia panowanie pogrobowca mistycznego tria sa-ra na nieprawdopodobnym tronie; husayn po wieloletnim rozpędzie kontynuuje z tego samego punktu, w którym zakończył na psychodelicznym shafiq en’ a-free-ka dekadę temu, podobnie jak przed kilkoma laty black messiah sekundowało voodoo d’angelo; to album złożony, pulsujący, klimatyczny, witalny, melodyjny, post-hiphopowy, progresywny, zręcznie wykorzystujący zdobycze awangardystów do żonglowania nastrojem i klasyczną soulową melodyką; w żadnym razie muzyka z nagłówków gazet przełamująca schematy i ujmująca krytykę, ale ponadczasowo dobra płyta pozostająca blisko słuchaczy, wnosząca w ich codzienność pierwszorzędny neo-soulowy groove (♪ „between us 2”)

2019

4. tyler, the creator igor

był kiedyś taki brytyjski komediodramat niefortunnie zatytułowany przez polskiego dystrybutora dumni i wściekli, w którym w jednej ze scen doświadczony aktywista tłumaczy świeżakowi, że środowisko lgbt ma długą tradycję przejmowania obelg rzucanych pod ich adresem i czynienia z nich swoich własnych auto-epitetów; po odważnym scum fuck flower boy z 2017 zastanawiałem się, jaką ścieżkę na kolejnym krążku obierze tyler i w zasadzie, choć oczywiście nie dosłownie, wpisał się w tę cytowaną wyżej tradycję; igor byłby najbardziej gejowską płytą w historii hip hopu głównego nurtu, gdyby nie to, że w zasadzie nie jest płytą hiphopową — co najwyżej hiphopującą; tyler od dawna miotał się pomiędzy hardymi rapsami a progresywnym soulem — flower boy był nim bez reszty podszyty, a igor, koncepcyjna opowieść o nieszczęśliwej miłości w 12 aktach, sprowadza hip hop do środka wyrazu pan-soulowej ekspresji twórczej; to niezwykle kompetentny muzycznie, żonglujący nawiązaniami do psychodelicznych klasyków gatunku, przepełniony empatią, otwartością i emocjonalnością krążek; kojące i dramatyczne, szczere i odważne studium humanizmu (♪ „gone, gone”)

2019

3. mary lattimore & mac mccaughan new rain duets

śledzę mary lattimore od kilku lat, ale dopiero teraz, choć to jej dwie wcześniejsze płyty (collected pieces z 2017 i hundred of days z 2018 roku) można było określić jako przełomowe) obudził się we mnie bakcyl wyniesienia na osobisty ołtarzyk, pod nieobecność joanny newsom, kolejnej utalentowanej harfistki; może to przez rozkoszne utwory na harfę pera nørgårda, którymi zasłuchiwałem się rok wcześniej, a z całą pewnością dzięki wydanej miesiąc przed new rain duets kompilacji japońskiego ambientu z lat 80-tych kankyō ongaku wydanej przez light in the attic, dla której straciłem rozum; istota new rain duets — czterech błyskotliwych elektroakustycznych dialogów lattimore z gitarzystą superchunk makiem mccaughanem zdaje się zawierać gdzieś pomiędzy; to piękne dźwiękowe obrazki progresywne na tyle, by nie tracić uwagi słuchacza, wystarczająco zaś eteryczne, by medytować, czytać, odpoczywać; harfa lattimore często pełni tu tę samą funkcję, którą w tradycyjnej muzyce okresu edo sōkyoku sprawowało japońskie koto — harmonizowało z otoczeniem, oszczędnie i elegancko uwypuklało każdy krok, powiew wiatru, spadający z drzewa liść; syntezatorowe tło mccaughana szaleńczo zapętlające kolejne fluktuacje pędzącego świata pozostając w kontrapunkcie, twórczo dialoguje z harfą lattimore (♪ „ii”)

2019

2. bonnie „prince” billy, bryce dessner & eighth blackbird when we are inhuman

when we are inhuman spadło na mnie niespodziewanie, jak grom z jasnego nieba — zakrzyknąłby przysłowiarz; trzy podmioty twórcze: samotny jeździec alternatywnego country — bonnie „prince” billy, kompozytor i multiinstrumentalista znany głównie z the national — bryce dessner oraz zespół specjalizujący się w wykonaniach muzyki steve’a reicha — eighth blackbird — zebrały się, by tchnąć w piosenki tego pierwszego nowe życie; efekt jest zupełnie niedzisiejszy, choć raczej pozostawiony poza czasem aniżeli anachroniczny — oto rozmyślne post-minimalistyczne aranże dessnera i kunsztowne wykonawstwo eighth blackbird wraz z intymnym, ale nie przygaszonym, billy’m na pierwszym froncie w akcie nieoczywistej wędrówki po archiwaliach songwriterskich płodnego twórcy otworzyły zupełnie nowe drzwi do jego dyskografii; ładne, proste piosenki w harmonijnej, swojskiej, kameralnej oprawie z eksperymentalnym finiszem, u których podłoża leży folk, ale których estetyczne macki sięgają hen, hen, hen (♪ „one with the birds”)

2019

1. whitney forever turned around

forever turned around to, w kontekście raczej chłodnego przyjęcia drugiej płyty whitney, tytuł podwójnie adekwatny, by nie napisać — niemalże proroczy; panowie wypuścili płytę, której nie spodziewał się ich własny fanbejs — leniwie podbijającą kameralną americanę soulowym poszyciem i dalece wykraczającą poza zwyczajowe kategorie estetyczne indie folku; to prostolinijne, wyciszone granie zbierające w jedną całość kilka sposobów myślenia o muzyce — wychodzące z indiefolkowego korzenia, ale zaaranżowane i wykonane w konwencji blue-eyed-soulu, posiłkujące się gitarami, niestroniące od kameralnych aranży, ale w centrum stawiające specyficzny miejski groove — podobnie jak czynili to wcześniej natalie prass czy sufjan stevens, ale jednak inaczej; whitney w niemal każdej z nowych piosenek lirycznie trafiają na emocjonalne przepaści, ale ogrywają je tak kojącym, ciepłym i empatycznym wokalno-instrumentalnym anturażem, pieczołowicie utkanym z wielości organicznych muzycznych nici, że nie sposób postrzegać forever w kategoriach traumy i zgryzoty; przeciwnie, to podnoszący na duchu, ujmujący szczerością i prostotą perfekcyjny jesienny krążek — dla mnie jesieniarza, i dla ciebie, jesieniaro! (♪ „giving up”)

Opublikowano

2018 ✕ filmy

2018

jak co roku przed rozdaniem oscarów dzielę się swoim luźnym podsumowaniem tego, co najciekawszego udało mi się zobaczyć w ciągu minionych dwunastu miesięcy; nie mam przemyśleń dotyczących ani kondycji kina, ani publiki, ani kierunku, w jakim zmierzają lub nie; wierzę, że jako widz, w natłoku premier, jestem w stanie mniej lub bardziej świadomie dotrzeć do wartościowych dla mnie tytułów, których kolaż stworzy satysfakcjonujący mnie obraz — zarys tego, jak wyglądał w zeszłym roku poniżej; note to self: wciąż niewybaczalnie nieobejrzane z mojej ścisłej watchlisty pozostają: foxtrot maoza i loro sorrentino ~ do pilnego nadrobienia

2018

20. under the silver lake

tajemnice silver lake reż. david robert mitchell

nieco go przeciągnięto, przez co nie trafił do widza, który miał go zobaczyć, a szkoda, bo z humorem i wprawą bawi się popkulturową żonglerką, traktując komiksową historię z pietyzmem klasycznego kina noir.

2018

19. eighth grade

reż. bo burnham

studium niezręczności, pozbawiony hollywoodzkiego makijażu, pokrzepiający i bardzo życiowy film o dorastaniu jako przekraczaniu własnych barier przy jednoczestnym nabieraniu dystansu do świata

2018

18. hereditary

dziedzictwo reż. ari aster

horror jak należy — pojebany jak lato z radiem; zaczyna się jak poprawny dramat psychologiczny, ale im dalej w las, tym wszystko bardziej staje na głowie, psując ją od wewnątrz

2018

17. searching

reż. aneesh chaganty

znakomity thriller, któreo akcję ryzykownie zamknięto na ekranie komputera, co, ze względu na doświadczenia pokolenia mediów społecznościowych, o dziwo nie tylko nie męczy widza, ale pogłębia dramaturgię i mocniej wciąga go w historię

2018

16. the miseducation of cameron post

złe wychowanie cameron post reż. desiree akhavan

mniej bajkowy niż love, simon, bardziej emocjonalnie angażujący od wykalkulowanego boy erased; mimo dość ryzykownego tematu pozostaje wyważony i raczej skłania widza do własnych przemyśleń niż podaje cokolwiek na tacy; zrealizowany w duchu najlepszego kina coming-of-age

2018

15. instant dreams

polaroid reż. willem baptist

fascynujący dokuesej o zaprzepaszczonym dziedzictwie zapomnianego wizjonera, rozwoju popkultury, roli sztuki i poszukiwaniu analogowej magii w cyfrowym świecie

2018

14. 「未来のミライ」

mirai reż. mamoru hosoda

fantazyjne rozwinięcie idei, że wszystko jest wszystkim — świat nie kończy się na nas samych, ale to się świetnie składa, bo możemy korzystać z doświadczeń innych i pomagać im własnymi; dydaktyzm i powtarzalność równoważą pierwszorzędna realizacja, dbałość o najdrobniejsze detale i znakomite piosenki tatsuro yamashity

2018

13. лето

lato reż. kiriłł sieriebriennikow

sieriebriennikow doskonale uchwycił istotę młodości, przedstawiając początki grupy kino w formie radzieckiego musicalu, czerpiącego garściami z tkanki kulturowej zachodu, ale zgoła inaczej niż hollywood

2018

12. the favourite

faworyta reż. jorgos lantimos

lanthimos zakłada kinu kostiumowemu własną maskę — kunsztownej realizacji i błyskotliwej intrygi; miłośnicy „amadeusza” i „lyndona” będą zachwyceni, a ja ściskam kciuki za oscary, bo w tym kontekście byłby to najgodniejszy wybór

2018

11. girl

reż. lukas dhont

wstrząsa wymagającą determinacji przeprawą głównej bohaterki, wycieńcza namacalnością bezwzględnej fizyczności, a na koniec miesza wszystkie tropy jedną sceną

2018

10. 버닝

płomienie reż. chang-dong lee

przeciągnięte wprowadzenie rekompensuje z nawiązką trzymającym w napięciu rozwinięciem, zwłaszcza że urzeczywistnia nim nakreśloną intrygę, do samego końca, nie dając się wytrącić z rytmu; stawia więcej pytań, niż podaje odpowiedzi, czym prowokuje i fascynuje

2018

9. won’t you be my neighbor?

reż. morgan neville

półtoragodzinna dawka uderzeniowa dobra instant; już samo obcowanie z fredem rogersem sprawia, że człowiek staje się bardziej empatyczny; laurka, ale zasłużona

2018

8. dogman

reż. matteo garrone

jeden z najbardziej fascynujących i najczęściej dyskutowanych filmów roku; dobre serce bohatera ewoluuje tu w oczach widza kolejno w naiwność, bezradność, głupotę, ale na tym nie poprzestaje, przechodząc w perwersyjne studium bezsensu.

2018

7. den skyldige

winni reż. gustav möller

pierwszorzędny thriller osadzony na wielu połączonych ze sobą planach, angażujący wyobraźnię widza dzięki fantastycznej pracy dźwiękowców i brawurowej roli jednego aktora.

2018

6. blackkklansman

czarne bractwo reż. spike lee

spike’a lee nieoczekiwany powrót do formy; umiejętnie łączy niełatwy temat dyskryminacji rasowej z absolutnie odjechaną fabułą pełną mięsistego humoru i jakże potrzebną dzisiaj nam wszystkim refleksją

2018

5. private life

życie prywatne reż. tamara jenkins

intymny, ale życiowy temat przedstawiony z wyczuciem, zrozumieniem, inteligencją, humorem; w bezpiecznej odległości i od kina niezależnego, i mainstreamu

2018

4. vice

reż. adam mckay

jest w tym wszystkim rozkoszna satyra żonglująca formatami i przerażający dokument o wielkiej polityce naszych czasów; i bale wyglądający jak chevy chase!

2018

3. 「万引き家族」

złodziejaszki reż. hirokazu koreeda

człowiek vs. państwo; koreeda z typowymi dla siebie empatią i ciepłem odpowiada na pytanie, czym jest rodzina — bez wahania i na przekór bezlitosnym biurokratom

2018

2. l’atelier

letnia szkoła życia reż. laurent cantet

w centrum stawia pewną nieokreśloną pustkę, którą trudno wypełnić, lecz ona sama bywa obezwładniająca, i niewysłowiony gniew, który dusi dialog w zarodku.

2018

1. climax

reż. gaspar noé

noé znów elektryzuje; zjada własny ogon, prawda, ale w znakomitym stylu — pełnokrwistym półtoragodzinnym zbiorowym bad tripem doprawionym hipnotyzującym bitem; kino totalne!

Opublikowano

2018

2018

jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz — każde kolejne muzyczne podsumowanie roku utwierdza mnie w tym przekonaniu; niby to oczywiste, ale nazbyt często odpowiedzialnością za to, że muzyka nie sprawiała słuchaczowi w danej chwili przyjemności, jakiej oczekiwał, ten obarcza twórców; nie własne braki: umiejętności dokonywania satysfakcjonujących wyborów (a to, jak wszyscy wiemy, rzeczywiście w ostatnich latach trochę się skomplikowało), chęci wyjścia poza strefę komfortu (która paradoksalnie przez zasiedzenie może zmienić się w strefę dyskomfortu), wyostrzonej krytycznej percepcji, wreszcie empatii i inteligencji emocjonalnej; winna jest muzyka, która kiedyś ekscytowała, angażowała, pobudzała z niezrównaną siłą; winne były najpierw: syntezatory, które zabiły żywe instrumenty, później autotune, który zdusił emocje, a ostatnio jeszcze trap, który zniszczył rytmikę

mnie jednak w tych mimowolnie i trochę bezrefleksyjnie wyrzucanych z siebie tyradach frapuje nie brak samoświadomości, ale moja własna świadomość — na temat ewolucji nie tyle stylów i brzmień, co gustów i podejść; wartości w recenzji szukam raczej między wierszami — w osobistych doświadczeniach samoczynnie narzucających kolejne skojarzenia, inspirujących wtrącenia, prowadzących myśli, wyzwalających ciągi przyczynowo-skutkowe, pozwalających przewidywać i wyciągnąć wnioski; w tej fascynującej, a marginalizowanej na co dzień zależności drzemie przecież istota popkultury — wcale nie mniej niż w samym akcie tworzenia dzieła; ale nie chodzi mi w tym wszystkim o nobilitację recenzji — bardziej o transpozycję istoty własnych przymiarek do pisania i mówienia o muzyce; przejrzałem ostatnio pobieżnie własne podsumowania minionych lat, z których pierwsze powstało przed dziesięcioma laty; wcale nie zdziwiło mnie to, że do części wyróżnionych pozycji właściwie już nie wracam — z każdym kolejnym rokiem liczyłem się z tym coraz bardziej, nie to jest bowiem istotą tego typu zestawień; zafrasowało mnie natomiast to, że wiele z tamtych wyborów nie przetrwało próby czasu, a sama kolejność (element niewątpliwie nastręczający rokrocznie największych problemów) wydała się cokolwiek chaotyczna

ale jakkolwiek trudno mi teraz przywołać i poddać ocenie moje ówczesne motywacje, jestem w stanie w miarę na trzeźwo oszacować moje tegoroczne przemyślenia i wątpliwości; wiem zatem, że childqueen kadhji bonet jest już dziś rzeczą w kontekście historii muzyki soul unikalną i ponadczasową, której brzmieniu i statusowi nie jest w stanie zagrozić żadna przyszła wolta stylistyczna; nie jestem pewien natomiast, jak próbę czasu przetrwa najświeższy tegoroczny mariaż gatunkowy — r&b-popu i nuevo flamenco na el mal querer rosalíi; czy jego esencja — kreacja wynikająca w dużej mierze jednak z estetyki chwili — nie zostanie utrwalona jedynie w rozkawałkowanej na potrzeby plejlist formie (podobnie jak stało się to z płytami cytowanego przez nią justina timberlake’a) — to już ocenić trudno; ale czy zadawanie tego typu pytań jest w ogóle zasadne w kontekście kondycji muzyki w 2019 roku?

koniec końców wybrałem 40 najciekawszych moim zdaniem płyt 2018 roku — zgodnie z własnym poczuciem estetyki, kontekstem wydawniczym minionych przynajmniej 11 lat i naczelną morriseyowską zasadą, że muzyka, której słucham, powinna mówić mi coś o mnie samym; dodatkowo w ramach suplementu wyróżniłem 35 utworów, w dużej mierze z płyt, które nie trafiły do podsumowania (ale są od tego odstępstwa), spośród których pierwszą dziesiątkę całkiem swobodnie udało mi się uszeregować i pokrótce uzasadnić

2018

— suplement (alfabetycznie)

„always remember us this way”, lady gaga
„anna wintour”, azealia banks
„beat quest”, thee oh sees
„bless ur heart”, serpentwithfeet
„despite repeated warnings”, paul mccartney
„dvd”, mlodyskiny x schafter
„dzisiaj jeszcze tańczę”, wczasy
„favorite”, leon thomas, buddy
„hobby horse”, gazelle twin
„make me feel”, janelle monáe
„malamente”, rosalía
„natural skin deep”, neneh cherry
„new light”, john mayer
„nice for what”, drake
„nobody”, mitski
„one step ahead”, cécile mclorin salvant
„rain”, ty segall
„reach hi”, tirzah
„romana”, clau aniz, renan ramos
„rumba y bomba de dolores flores”, niño de elche
„tenderheaded”, cam o’bi, smino
„teu popô”, hodari
„thank u, next”, ariana grande
„throwback”, jim james
„touch in mine”, esperanza spalding

2018

10. „i woke up in a fucked-up america”, lonnie holley

najmocniejszy muzyczny piosenkowy manifest roku, ku przestrodze marzycielom

2018

9. „inkhenmet’s journey to the city of harmony”, diggs duke

duke zamyka jazzowe dęciaki i mroczną elektronikę w spektrum produkcyjnym instrumentalnego hip hopu, by przy pomocy dźwięku opowiedzieć staroegipską przypowieść

2018

8. „insane”, madison mcferrin

bose szaleństwo, słoneczna oda do buzujących zmysłów i obezwładniającego pożądania i kameralny showcase czystego talentu zarazem

2018

7. „is he strange”, john grant

grant pokazuje prawdziwy potencjał na kanwie syntezatorowej post-eltonowskiej ballady o odmienności

2018

6. „samaritans”, idles

zaangażowany punk przeciwko kultowi toksycznej męskości w intensywnym i emocjonalnym protest songu

2018

5. „this is america”, childish gambino

zuchwale pożycza refren od prince’a ze społecznie zaangażowanymi melorecytowanymi zwrotkami w stylu scotta herona na trapowym bicie, by przy pomocy popowych środków przedstawić kondycję współczesnej ameryki

2018

4. „haha no one can hear you!”, gallant

instant classic; definicja jakościowego ponadczasowego r&b — gallant nie ucieka się do sampli i sam tworzy oba splatające się ze sobą plany melodyczne

2018

3. „sticky”, ravyn lenae

na oldschoolowym bicie lacy’ego lenae miesza triki wokalne aaliyah, kate bush i eryki badu, by stworzyć najbardziej bujający numer roku zwieńczony refrenem równie powabnym co groteskowym

2018

2. „de aquí no sales”, rosalía

flamenco nuevo spotyka „gasolinę” daddy’ego yankee w wydaniu glitchowego field recordingu

2018

1. „don’t judge me”, janelle monáe

najszczersze piosenkowe wyznanie roku osadzone na solidnym soulowym fundamencie na zgliszczach metropolis z duchem syntezatorowego prince’a i wonderowską wrażliwością jako budulcem

2018

2018

40. ambrose akinmusire origami harvest

akinmusire zawraca ze ścieżki klasycznego amerykańskiego post-bopu ku bardziej europejskiej muzyce kameralnej, w czym pomagają mu muzycy z mivos quartet; w roli narratora obsadza rapowego outsidera kool a.d., który jest jednocześnie głosem z offu i głosem z wnętrza, narratorem i bohaterem, jest obecny, ale iluzorycznie, mówi, ale niedopowiedzeniami; to w połączeniu z wykonawczą i kompozycyjną wirtuozerią, politycznym przesłaniem, niecodzienną wrażliwością i nieoczywistą rapową narracją, kreśli kompetentny jazzowy portret współczesnej ameryki (♪ „a blooming bloodfruit in a hoodie”)

2018

39. lonnie holley mith

holley z właściwą sobie ekspresją, w formie gdzieś między waitsowską quasimelodyjnością a heronowską deklamacją, miesza słoniowaty parasol odcieni freakowego soulu z eksperymentalnym jazzem, który raz szuka źródła natchnienia w afroamerykańskiej muzyce ludowej i początkach gospel, innym uderza w te same post-minimalistyczne rejestry, które zbudowały uniwersum muzyczne colina stetsona, jeszcze później wije się wraz z psychodeliczną elektroniką, koniec końców wymykając się klasyfikacjom gatunkowym, ale uwodząc charyzmą i bezkompromisowością (♪ „i woke up in a fucked-up america”)

2018

38. imaabs discretización

po zeszłorocznym flircie z popową kali mutsą imaabs kroczy pewnie po śladach arki; brakuje mu przejmującego wymiaru osobistego, który zdehumanizowaną elektronikę uczynił bardzo człowieczą, ale na polu dźwiękowych pejzaży jego wizja fuzji muzyki latynoskiej i klubowej dekonstrukcji nie ustępuje arce miejsca (♪ „border”)

2018

37. marlon williams make way for love

marlon williams pojawia się tu z tęsknoty po tym, jak nie urzeczywistnił się nam na tegorocznym offie przez komunikacyjny paraliż związany z tour de pologne; tymczasem nieślubny nowozelandzki syn roya orbisona i chrisa isaaka wykroił fantastyczne countrujące epitafium dla miłości, która według tego przesiąkniętego czernią zarówno na poziomie brzmienia, jak i warstwy fabularnej krążka jest z założenia fatalnym pomysłem (♪ „what’s chasing you”)

2018

36. c418 excursions

c418 znacząco oddala się od hołubionych impresjonistycznych minecraftowych soundtracków, ale i tak zostaje moim tegorocznym zwycięzcą w kategorii muzyka do oddychania — z wyczuciem łączy ambientowe pejzaże z nieco oldschoolowym, ale witalnie i naturalnie rozwijającym się progresywnym house’m (♪ „figure 8”)

2018

35. rf shannon trickster blues

drugie podejście shannona do onirycznej slowcore’owej americany to konsekwentny stylistycznie powrót do 90sowej psychodelii spod znaku mazzy star; raczej stosowny soundtrack do czynienia odprężających ucieczek w głąb siebie niż przełomowy gatunkowy mariaż (♪ „tooth ache”)

2018

34. kelman duran 13th month

świadomego rozkładu reggaetonu ciąg dalszy — tym razem duran idzie o krok dalej i swój tegoroczny krążek buduje nie wokół osnutych mumblecore’m chwytliwych sampli, ale progresywnie rozwijających się kilkunastominutowych kompozycji wybiegających dalece poza klubowo-seksualny kontekst gatunku (♪ „club 664b”)

2018

33. sega bodega self*care

stylistyczny pomost pomiędzy zdekonstruowanym bubblegum bassem a zrekonstruowanym arcą (♪ „cowgirl”)

2018

32. troye sivan bloom

sivan pożycza pomysły na siebie od franka oceana i z 1989 taylor swift — kiedy trzeba jest niezobowiązujący i chwytliwy, ale pod maską gwiazdy wielkoformatowego popu potrafi być refleksyjny i intymny; pokrzepiający dowód na to, że nie trzeba było ani kopiować biebera, ani uciekać w trappop, żeby być w 2018 roku adekwatnym komercyjnie (♪ „animal”)

2018

31. brad mehldau after bach

najciekawszy projekt mehldau’a od niemal dekady to oryginalne studium bachowskie zestawiające preludia i fugi barokowego mistrza z autorskimi impresjami współczesnego pianisty na ich temat; mehldau od popularnego paradygmatu muzyki post-bachowskiej skrupulatnie dochodzi do własnego sygnaturowego stylu grania, który w bezpośrednim zestawieniu z bachem zyskuje nieco frahmowski wymiar; koniec końców fortepianowe technikalia ustępują miejsca odczuciom ciepła i harmonii (♪ „after bach: rondo”)

2018

30. dominique a toute latitude

dominique a z powodzeniem na nowo odkrywa stylistykę minimalistycznie plumkającego la fossette sprzed ponad ćwierć wieku; tradycyjny anturaż szansonisty zastępuje ponownie zimnymi syntezatorami, które paradoksalnie nadają jego utworom nawet większej emocjonalnej głębi (♪ „la clairière”)

2018

29. lindi ortega liberty

klasyczny koncept kowbojskich opowieści zamkniętych w postaci albumu country zaliczył w tym roku znakomity feministyczny twist — liberty lindi ortegi miesza gotyckie inklinacje gatunku z melodramatycznym klimatem spaghetti westernów spod ręki ennio morricone; rezultat jest równie ambitny, co efektowny (♪ „the comeback kid”)

2018

28. elvis costello & the imposters look now

nie przypuszczałem, że zjednoczenie po 10-ciu latach wiekowego już przecież costello z jego ostatnim składem the imposters będzie w stanie obudzić w nim młodzieńczego ducha, a tymczasem na look now ten uaktywnił się nie tylko w ekspresji wokalnej, ale i płomiennym songwritingu; to tradycyjnie napisany, zaaranżowany i wykonany poprockowy krążek, ale costello zmartwychwstał i z niedowierzaniem donoszę, że brzmi zupełnie tak, jak w najlepszych momentach jego opasłej dyskografii (♪ „the unwanted number”)

2018

27. caitlyn smith starfire

powrót do klasycznego gwiazdorskiego country z wystawnie zaaranżowanymi powerballadami i inkrustowanymi cekinami kostiumami, który nie udał się w zeszłym roku miley cyrus, kilka miesięcy później stał się udziałem utalentowanej piosenkarki i songwriterki caitlyn smith; stało się to co prawda zupełnie poza głównym nurtem, ale starfire jest pierwszorzędną romantyczną celebracją karier elvisa presleya, dolly parton czy dixie chicks — podobną tej z nowej wersji filmu narodziny gwiazdy z nawet lepszymi piosenkami (♪ „this town is killing me”)

2018

26. richard devine sort\lave

idm-owy edgar varèse (♪ „microscopium recurse”)

2018

25. makaya mccraven universal beings

mccraven idzie pod prąd współczesnym tendencjom do wykorzystywania jazzu jako języka; tym samym universal beings to płyta, która po prostu jest jazzem — na wiele różnych sposobów i w rozmaitych odsłonach — w czterech różnych przestrzeniach z czterema różnymi składami na czterech stronach płyty; samozwańczy beatowy naukowiec, perkusista i mózg całego projektu skroił tę płytę bezbłędnie pod nasz czas — nie tylko można podzielić ją na mniejsze, kieszonkowe części, ale rzecz cechuje lekki, sunący groove — wynik przemyślanej inspiracji hip hopem — tym większym niż religia, czy większym niż jazz? (♪ „atlantic black”)

2018

24. lucky daye i

debiutancka epka lucky’ego daye’a daje nadzieję na rychłe duże nowe otwarcie na scenie r&b; na małym krążku zręcznie przetwarza inspiracje klasycznym soulem na prawidła alt r&b, skutecznie unikając paradygmatu ocean-weeknd-mars (♪ „roll some mo”)

2018

23. let’s eat grandma i’m all ears

tak brzmiałby popowy album knowera i julii holter; let’s eat grandma pijane syntezatorowymi latami 80., k-popowymi teledyskami i mikstejpami charli xcx buńczucznie forsują swoją wizję współczesnego popu jako whiteboardu pomazanego z pasją wszystkimi kolorami tęczy; tak powinno było grać radio w 2018 roku (♪ „hot pink”)

2018

22. 青葉市子 qp

na kolejnej płycie z konsekwentnie pastelową okładką aoba znów robi to, co robi najlepiej, i znów robi to najlepiej; z akompaniamentem gitary akustycznej śpiewa piękne proste piosenki; jest kojąca, eteryczna, oniryczna, ciepła, melancholijna i melodyjna, bo jej songwriting jest ponadczasowy, ponadkulturowy i zwykle najwyższej próby (♪ 「水辺の妖精」)

2018

21. jpegmafia veteran

najbardziej plastyczny hiphopowy krążek roku; z deathgripsowym zacięciem i trapowym anturażem (♪ „baby i’m bleeding”)

2018

20. danish string quartet prism i 

muzyki klasycznej słucha się w nieco innym kontekście czasowym nieprzystającym do końca do rocznego cyklu wydawniczego — zwłaszcza nowe wykonania dzieł dawnych mistrzów nie dają się w prosty sposób zestawić z obecnymi trendami w muzyce popularnej; stoją do niej w opozycji w każdym niemal wymiarze, ale właśnie dzięki temu mogą stanowić też nań odtrutkę albo przynajmniej pełnić rolę swoistej kontrolki w uniwersum „tu i teraz” wskazującej jako realną alternatywę uniwersalizm i ponadczasowość; na tej zasadzie, ja, niedzielny słuchacz muzyki klasycznej o holistycznym podejściu do muzyki w ogóle wracam do fantastycznie zestawione przez duński zespół kwartety smyczkowe ulubionego szostakowicza i odkrywanego dopiero, powoli, ale ze szczerą gorliwością, kameralnego beethovena; prism i ma swój własny kontekst zamknięty między świeżym pomysłem na linię dyskograficzną a owacjami krytyki nad kunsztem wykonawczym grupy; beethoven, szostakowicz, bach mają swoje własne konteksty; współczesny rynek muzyczny ma, to zestawienie i w końcu moje własne nawyki muzyczne też; i niezależnie od tego wszystkiego, prism zupełnie naturalnie wpisało się w moje widzenie tego, czego warto słuchać na początku 2019, a także znakomity punkt zaczepienia dla naszkicowanych we wstępie rozważań

2018

19. ben lamar gay downtown castles can never block the sun

szaleństwo może być i na tej płycie jest metodą; lamar nie uznaje gatunkowych tabu i świetnie się przy tym bawi, podobnie jak przed trzema laty charles barabé (♪ „music for 18 hairdressers: braids & fractals”)

2018

18. george clanton slide

w czasie, kiedy indie nie jest już znakiem czasu, a wykonawcy, którzy jeszcze kilka lat temu samą swoją obecnością napędzali scenę, dziś po raz kolejny przetwarzają swoje stare pomysły, clanton zbiera do kupy hypnagogiczny popik ariela, chillout toro, onirykę beach house, gejzy mbv i psychodelię pandy i nagrywa witalną, świeżą i przebojową płytę, którą, gdyby nie singer-songwriterskie ciągoty, chciałby zrobić mac demarco; clanton nie ma recepty na sukces dla umierającej sceny, slide nie jest żadnym nowym otwarciem, a jedynie z wyczuciem zbiera w całość wszystko to, co najlepsze przytrafiło jej się w ostatniej dekadzie (♪ „dumb”)

2018

17. cero poly life multi soul

bez wątpienia najlepsza inkarnacja ducha popu w stylu shibuya-kei tej dekady; cero wychodzi co prawda z innego stylistycznego paradygmatu, bo u ich podstaw leży klasyczny japoński city pop z soulowo-jazzowo-rockowymi inklinacjami, ale na poly life multi soul dzięki progresywnemu podejściu z powodzeniem poszerzyli wachlarz muzycznych inspiracji o nieskrępowaną, choć subtelnie akcentowaną retromanię, na swój własny sposób wypełniając tym samym lukę stylistyczną pomiędzy flipper’s guitar a fishmans (♪ „レテの子”)

2018

16. the innocence mission sun on the square

urokliwe piosenki w pełnym tych słów znaczeniu — proste w staroświecki sposób, nigdy nie prostackie, kunsztownie zaaranżowane z wyczuciem i uczuciem przy pomocy kameralnych środków; trochę tak, jak gdyby joannę newsom odarto z jej misternie wykoncypowanych konstrukcji formalnych, usadzono bosą na środku skromnej izby gdzieś na francuskiej prowincji i kazano śpiewać z serca do akompaniamentu lokalnych muzyków; jest w tym sporo naiwnej szczerości, ale jest i smutek, i mrok — wszystko to prostolinijnie wyraża głos wokalistki, ale też aranżacje i same piosenki; grupa istnieje dłużej, niż ja żyję, ale to moje pierwsze z nimi spotkanie — równie naiwne i szczere (♪ „green bus”)

2018

15. gas rausch

słyszałem, że to już ten moment, że za miłość do nowej inkarnacji gasa należy przepraszać fanatyków jego klasycznego materiału; nic na to nie poradzę i nadal nie rozgryzłem do końca dlaczego, ale ten typ niezmiennie robi mi najlepiej — i niech to będzie moje oficjalne stanowisko w tej debacie (♪ „rausch 3”)

2018

14. melody’s echo chamber bon voyage

żywiołowa fuzja archetypowego francuskiego popu z bujną neo-psychodelią; pełna przygód przeprawa przez czarowne krainy mieszające w konwencji low fantasy nasz świat z innymi, które być może istnieją tylko w naszych wizjach czy snach; jest w tym coś bardzo anachronicznego, ale na tyle żywego, że potrafi z powodzeniem przejąć kontrolę nad naszym tu i teraz, by nadać mu odcień pulsującej fantazyjnie magenty (♪ „visions of someone special, on a wall of reflections”)

2018

13. daughters you won’t get what you want

nie jestem miłośnikiem daughters i z dużą rezerwą podszedłem do owczego pędu, który wystąpił w sieci wkrótce po premierze you won’t get what you want — a jednak to jedna z tych płyt, których nie da się zbyć, przy których posturze głosy protestu więdną pokornie — szybko zwiądł więc i mój; daughters mają tu niewątpliwie coś ze swansów, co musiało zahipnotyzować rzesze (w tym i mnie), ale podłoże tego dysonantycznego i gniewnego krążka sięga arcydzieła eksperymentalnego punku w postaci debiutu the pop group z 1979 roku (♪ „satan in the wait”)

2018

12. armand hammer paraffin

jeśli daughters na swój sposób wypełnili w tym roku lukę wydawniczą po swans, to armand hammer uplasowali się w tym samym miejscu, które od 2013 roku regularnie zajmowali run the jewels; to oczywiście uproszczenie na skraju nadużycia, bo choć billy woods na mrocznych, eksperymentalnych bitach elucida brzmi równie bezkompromisowo, jak gniewny killer mike z produkcyjnym zapleczem el-p, woods zawsze miał w sobie coś nieporównywalnie bardziej złożonego, mrocznego i tajemniczego niż mike (który jakkolwiek jest rewelacyjnym raperem, zawsze będzie miał tę cechę zabawnego wujka z pokręconych wersów u outkast); ale tak jak mike potrzebował el-p, żeby móc uwolnić swój potencjał, tak woods potrzebował elucida; a ich synergia, która jeszcze nie do końca związała się rok wcześniej na rome, na paraffin uderzyła z niesamowitą siłą; błyskotliwy, gęsty, bezkompromisowy hip hop (♪ „hunter”)

2018

11. leon vynehall nothing is still

jest część mnie, która nadal tęskni za plastycznym i elokwentnym vynehallem z tanecznego music for the uninvited, ale w opozycji do tej tęsknoty stoi jego nowa odsłona, która osiąga zupełnie inne cele przy pomocy zupełnie innych środków, a okazała się równie ujmująca i zajmująca; u źródła nothing is still mamy już nie house, a ambient, który plącze się swobodnie gdzieś pomiędzy odcieniami muzyki elektronicznej, klasycznej i jazzu; o ile uninvited było przepisem na domówkę, jeśli akurat nikt nas nie wyciągnął na dobre balety, o tyle nothing jest przepisem na wieczór, kiedy ostatnim na co mamy ochotę, są dobre balety; vynehall niekoniecznie utuli kogokolwiek do snu, bo stałym elementem jego pejzaży, choćby najbardziej eterycznych i powściągliwych, jest pierwiastek niepokoju; beztroskę rozbija refleksja (♪ „english oak”)

2018

10. eli keszler stadium

muzyka elektroakustyczna w komforcie kompromisowego, chilloutowego wręcz mariażu z tkanką okołojazzową — nigdy nie byłem ortodoksyjnym słuchaczem muzyki improwizowanej czy eksperymentalnej, miałem kiedyś takie zakusy, ale na szczęście ustąpiły przed zdrowym rozsądkiem nim stałem się jednym z tych chłopców w rurkach deklarujących z przekonaniem, że słuchają tylko onkyo (z przypowieści o chłopcach w rurkach deklarujących z przekonaniem, że słuchają tylko onkyo, którą lata temu ktoś mi sprzedał na przystanku autobusowym); ale to do mnie wróciło już przy pierwszym pobieżnych spotkaniu ze stadium, które realizuje zupełnie inne założenia estetyczne niż wszystkie te konceptualnie plumkające płyty; nowy keszler to muzyka, która gdzieś tam czaiła się już w tle ostatniej laurel halo, rzecz na swój sposób kojąca i stymulująca zarazem, zadziwiająca jednocześnie prostotą i złożonością, medytacyjną ambientowość przeciwstawiająca niespokojnie pędzącym perkusjonaliom; kolejne odsłuchy utwierdziły mnie i w tym, że to wcale nie muzyczna meblościanka, i że dobrze, że nie zostałem chłopcem od onkyo, bo wtedy mógłbym mimowolnie tak uznać (♪ „we live in pathetic temporal urgency”)

2018

9. the armed only love

tę katorżniczą cechę rozpościerającą się od rytmiki po ekspresję, która zwykle cechuje regularne mathcore’owe płyty, only love nie tyle wygładza, co porządkuje niespotykanym jak na te obszary stylistyczne groove’m; ściany hałasu potrafi umiejętnie równoważyć adekwatną melodyką; rezultat jest nietuzinkowy i magnetyzujący (♪ „on jupiter”)

2018

8. robyn honey

choć jestem miłośnikiem przebojowej lekkości, którą robyn konsekwentnie wprowadza do muzyki pop od czasu jej wielkiego nowego elektropopowego otwarcia w 2005 roku, przyznam, że przy okazji pierwszych zapowiedzi nieszczególnie wierzyłem w ten krążek; robyn potrafi robić świetne rzeczy, ale w ostatniej dekadzie sama uciekała od formatu płyty długogrającej, z jednej strony niepotrzebnie rozmieniając się na drobne, z drugiej skłaniając do zastanowienia się nad powodami takiego stanu rzeczy; tymczasem tam, skąd po cichu jakiś czas temu wycofała się annie, robyn nadal króluje; nie tylko wciąż z wyczuciem miesza pierwszorzędny pop z deephouse’owym sznytem, ale jej tegoroczny krążek demonstruje jednocześnie osobistą ewolucję i ponadczasowe brzmienie; jak zawsze u robyn robotyka miesza się ściśle z emocjami i nigdy nie wiadomo, czy pod koniec utworu będziemy tańczyć, czy płakać — najpewniej płakać, tańcząc (♪ „human being”)

2018

7. idles joy as an act of resistance

joy as an act of resistance to nie tylko piekielnie dobra punkowa płyta pełna znakomitych refrenów i niesamowitej energii potrafiącej jednoczyć ludzi, przekraczać granice, obalać mury, skrojona zarówno pod względem brzmienia, jak i poruszanej tematyki pod słuchacza z krwi i kości w 2018 roku z problemami 2018 roku i wrażliwością 2018 roku — nie żaden idealistyczny historiofilski bełt puszczony z tęsknoty za tym, że kiedyś to młodzi walczyli, umieli się postawić, a dziś marnują wieczory na play station, zamiast nadstawiać karku w imię ideałów swoich ojców; joy as an act of resistance to przede wszystkim piekielnie dobra punkowa płyta zespołu, któremu na mnie zależy, który nie jest obcy i daleki, który nie występuje z pozycji wielkiego artysty, który wie lepiej; to płyta, której słuchając, czuję się częścią idles, czuję, że to ja sam śpiewam o sobie i dla siebie, ale i o was i dla was, o nas i dla nas (♪ „television”)

2018

6. sophie oil of every pearl’s un-insides

jako fanboj poprzedniej odsłony sophie z początku nie byłem przekonany, jak czytać tę nową, ale przełożyła tu swoje własne doświadczenia na transformację muzyczną tak ściśle, że choćby ze względu na bagaż emocjonalny, nie dało się tej płyty zignorować; i love every person’s insides nie tylko wyciąga odrealnioną z założenia konstrukcję bubblegum bassu z jego cyfrowej strefy komfortu do prawdziwego świata, który musi nie tylko stać z nim w sprzeczności, ale stawiać mu oczywisty opór; to przede wszystkim zapis osobistej metamorfozy, rytuału przejścia, przepoczwarzenia, w centrum którego znajdziemy wielowymiarową dekonstrukcję plastiku zobrazowaną zestawieniem klasycznego bubblegum bassu z glitchowym, industrialnym wonky; sophie stapia się ze swoimi elektronicznymi kolażami z nie mniejszą wirtuozerią niż w zeszłym roku uczynił to arca; to esencja nowego popu, odrębny fascynujący dźwiękowy świat, transdźwiękowa odyseja kosmiczna, ale i jedno z tych dzieł sztuki, które przez osobistą perspektywę i artystyczne meritum są w stanie zmieniać percepcję spraw ważnych w wymiarze społecznym (♪ „whole new world/pretend world”)

2018

5. noname room 25

room 25 to piękne przedłużenie debiutanckiego mikstejpu noname — tamtych myśli i tamtej stylistyki; o ile jednak telefone stanowiło zamknięty i uporządkowany zapis okresu wyrastania z młodzieńczości, o tyle drugi album noname jest dojrzalszy i bardziej otwarty, i formalnie, i tematycznie; w centrum dalszym ciągu stoi sama noname i jej życie; punkt ciężkości płynnie przeniesiono jednak na room 25, tytułem jasno nawiązującym do kryzysu wieku młodego, z wyrastania z młodzieńczości na wchodzenie w dorosłość i poszukiwanie własnej tożsamości; najwyraźniejszą zmianą jest jednak okołohiphopowy produkcyjny anturaż — tam gdzie telefone rozpływało się w neo-soulu, room 25 zanurza się w jazzie; i czyni to równie wielowymiarowo; nie chodzi nawet o dobór odcieni jazzu, które stały się budulcem krążka, choć niewątpliwie też, ale o samą strukturę płyty zrealizowaną w zgodzie z regularnie przewijającym się w tekstach mottem artystki — „everything is everything”; ta muzyka żyje na wielu poziomach, wychodzi poza proste hiphopowe patenty, umyka linearnej narracji i pomimo tego, że bierze na warsztat sprawdzone, niekiedy wręcz klasyczne środki, zestawia je adekwatnie w świeżych konfiguracjach; nie ucieka od konwencji, ale nie popada w odtwórczość czy twórczy marazm; inspiruje się, by inspirować, czerpie z wielu konwencji, by naturalnie stworzyć własną (♪ „self”)

2018

4. 공중도둑 무너지기

k-pop trochę dla mnie umarł — amerykański sukces bts to jedynie potwierdzenie tego, że mainstream przejmuje niezalowe trendy w rozwodnionej formie i z ogromnym opóźnieniem; odsiecz przyszła niespodziewanie ze strony enigmatycznej jednoosobowej grupy co płytę zmieniającej aliasy — szybko okazało się, że pod innym płaszczem już przed trzema laty skroiła (wówczas zupełnie przegapiony) metafolkowy krążek; crumbling, które zapewniło artyście dotarcie do szerszej międzynarodowej publiczności to kontynuacja tamtych motywów i stylów, psychodeliczny folk najwyższej próby na miarę najlepszego okresu twórczości grizzly bear, ze względu na azjatyckie korzenie szeroko porównywany do kultowych fishmansów, przez równie rozmyte połączenia gatunkowe wymykające się utartym klasyfikacjom; aktualne, ale czerpiące swoją siłę rażenia z ponadczasowych wzorców estetycznych, złożone, ale nienachalne, mimo bariery językowej szczere i emocjonalne; wreszcie, wielokrotnie lepsze niż jakakolwiek k-popowa płyta, jakiej miałem okazję słuchać (♪ „gameun deut”)

2018

3. kacey musgraves golden hour

czasem, jeśli nie spisze się myśli na gorąco, człowiek na tyle oswaja się z płytą, że staje się częścią jego codzienności, trudną do uchwycenia jako coś autonomicznego; wtedy pozostaje mu pisać o sobie i w ten sposób może mieć poczucie, że w jakiś pośredni sposób pisze też o muzyce, która się z nim zespoliła; był moment, że miałem w garści istotę golden hour, potrafiłem przekonująco rozprawiać o tym, jak przecedzenie countrypopowej tkanki i błyskotliwego, ale nienachalnego songwritingu musgraves (wywodzącego się z nashville, ale od samego początku jej kariery wykraczającego poza jego mury) przez 90sową softrockowo-dreampopową produkcję sprawiło, że oddałem się tej muzyce bez reszty; wyłuskiwałem ze spójnej międzygatunkowej tkanki kolejne składowe i nierzadko szeroko otwierałem oczy ze zdumienia; ale nie było rady — prędzej czy później musiałem zatopić się w tej ciepłej, bezpretensjonalnej, ale zrobionej z wyobraźnią płycie; często mówi się, że to negatywne doświadczenia są tymi bardziej pobudzającymi kreatywnie; tym bardziej cieszę się, że musgraves potrafiła tak adekwatnie przekuć na swoją muzykę te pozytywne (♪ „golden hour”)

2018

2. rosalía el mal querer

rosalía wspólnie z el guincho śmiało przekracza granice flamenco, popu i r&b; świadomie sięga po auto tune, wykorzystuje odgłosy otoczenia i fragmenty utworu justina timberlake’a; wszystko to wplata we własną ikonografię na granicy bluźnierstwa, w której religijne symbole przypisuje bardzo ludzkim doświadczeniom, na czele z tytułową złą miłością — miłością, która prowadzi do zguby; prezentuje nieznany od dziesięcioleci u anglosasów wokalny kunszt diwy flamenco i bez wahania wpisuje go w szeroko pojęty tropikalny pop; i w tej sferze poniekąd miesza sacrum i profanum, ale przede wszystkim jednak zgodnie z duchem oryginalnego flamenco tworzy muzykę, która dociera do ludzi, momentami sięgając też absolutu; el mal querer to formalnie najbardziej innowacyjna, przemyślana i najlepiej skrojona płyta minionego roku (♪ „bagdad”)

2018

1. kadhja bonet childqueen

powab minnie riperton, artyzm kate bush i gatunkowa żonglerka godna esperanzy spalding — oto kadhja bonet w krzywdzącym jej indywidualizm, wirtuozerię i talent uproszczeniu; jej wydana w połowie tego roku druga studyjna płyta childqueen jest bowiem podróżą do zupełnie innego wymiaru muzyki soul — inspirowanej na różnych poziomach mistyczną kosmogonią i psychodelicznym popem późnych lat 60; songwritersko bywa odrobinę ekscentryczna, ale jest jej znacznie bliżej do artpopowych kanonów przebojowości niż większości wydawnictw z nurtu alternatywnego r&b, którym tę łatkę doczepiono; to uniwersalna płyta osadzona poza czasem, w dużej mierze sama kreująca swój kontekst i dająca się różnorako czytać — z jednej strony wciągająca słuchacza głęboko w swoje meandry, z drugiej — współistniejąca z nim, jego tęsknotami, potrzebami i refleksjami i dająca mu się do pewnego stopnia modelować; childqueen kadhji bonet to wielowarstwowy, harmonijnie zaaranżowany, autonomiczny artystyczny byt (♪ „mother maybe”)

Opublikowano

2017: filmy

2017

Skoro uplotłem nikczemną tradycję z obnażania mojego plebejskiego gustu filmowego, po raz kolejny zobowiązany jestem siać zgorszenie wśród pasjonatów prawdziwego kina. Nie wiem, co to mówi o mnie, a co o kinie, ale miałem nie lada problem, aby zamknąć najlepiej wspominane przeze mnie filmy minionego roku (czyli między poprzednim a tym podsumowaniem) w cokolwiek domkniętą dziesiątkę.

2017

10. Zero Days

reż. Alex Gibney

Znakomity dokumentalny thriller kryminalny odkrywający kulisy wojen w cyberprzestrzeni mających wymierny wpływ na realny świat. Niczym nie ustępuje Citizenfour.

2017

9. The Florida Project

reż. Sean Baker

Wieczne wakacje amerykańskiego prekariatu. Poruszająca opowieść o dzieciństwie w purpurowym więzieniu między trapem, crackiem, seksem, przemocą a widmem bezdomności.

2017

8. The Meyerowitz Stories (New and Selected)

reż. Noah Baumbach

Ciepłe, kameralne kino rodzinne o dorastaniu w cieniu wymagającego ojca zrobione z dozą humoru i z potrzeby zrozumienia najbliższych.

2017

7. Happy End

reż. Michael Haneke

Haneke z lubością, ironią i lekkością przenika w środowisko francuskiej klasy wyższej. Na wiele sposobów bawi się przy tym współczesnością i bawi się świetnie. A ja (wbrew otaczającym mnie w sali kinowej malkontentom) bawiłem się świetnie razem z nim.

2017

6. I, Tonya

reż. Craig Gillespie

American dream gone white trash wrong — fantastycznie napisana i zagrana w konwencji czarnej komedii z mocnym wątkiem społecznym kontrowersyjna, ale warta opowiedzenia historia Tonyi Harding. Wzruszyła samego Sufjana Stevensa, który napisał dla Harding przepiękną piosenkę.

2017

5. L’amant double

reż. François Ozon

Ozon w tradycji Lyncha i Hitchcocka. Pożycza z Elle, Belle de jour i Rosemary’s Baby, tworząc swój własny estetety-makabryczny filmowy zawrót głowy.

2017

4. 「夜は短し歩けよ乙女」

reż. Masaaki Yuasa

Cały rok w ciągu jednej nocy. Fantazyjna laurka dla alkoholu w szalonym tempie mieszająca jawę i sen, przypadek i przeznaczenie, niewinność i frywolność.

2017

3. Phantom Thread

reż. Paul Thomas Anderson

Zdjęcia! Muzyka! Kostiumy! Wnętrza! Kwiaty! Aktorstwo! Ach! Mój ulubiony Anderson umiejscawia niełatwą miłość na skraju patologii w przepięknym świecie! Oglądałem w zachwycie!

2017

2. Three Billboards Outside Ebbing, Missouri

reż. Martin McDonagh

Wyborne post-rape-and-revenge, gdzie kulminacja dramatu i występku znajduje ujście w błyskotliwej czarnej komedii. Jeśli amerykańskie kino, to właśnie takie.

2017

1. Нелюбовь

reż. Andriej Zwiagincew

Zwiagincew nakręcił kolejny film totalny! Dopracowane w detalach metakino o największym problemie współczesnego człowieka — nieumiejętności kochania.

Opublikowano

2017: albumy

2017

emocjonalny, nie intelektualny — tak było; i wiecie co? bawiłem się świetnie; podczas gdy wkoło chór malkontentów po raz kolejny umartwia się nad kondycją muzyki, ja po raz pierwszy od lat nie potrafiłem zamknąć swojej rocznej listy w 40 pozycjach; wybrałem (jakże profesjonalnie!) najmniej, na ile mogłem przystać sam przed sobą, przypadkiem 44, ale mógłbym pewnie i dwa razy tyle (co dałoby 88, ostatnio dość niepopularną liczbę — jeszcze ktoś mógłby zarzucić mi symbolizm, co już samo w sobie byłoby godne pożałowania — i dla mnie, i dla zarzucającego, no bo hej) i nadal miałbym poczucie, że to zestaw solidny i ciekawy; słuchajcie muzyki, to dobrze robi

2017

44. Aaron Dilloway The Gag File

dilloway niezmiennie najbardziej uroczym ze wszystkich taśmociągów; gdy w trakcie kontrolnego odsłuchu jestem już niemal przekonany, że gag file nie dorasta do fenomenu modern jester sprzed dekady (bo nie dorasta), kolejnym utworem dilloway udowadnia, że wciąż potrafi błyskotliwie huczyć i buczeć, jest może przesadnie melancholijny i zaszumiony, ale the gag file to pierwszorzędny (i co ważne — zupełnie niezobowiązujący) dźwiękowy trip przypominający wszystko to, za co dillowaya kochamy najbardziej (♪ „switch”)

2017

43. Django Bates’ Beloved The Study of Touch

choć w zeszłym roku muzyczny świat zwrócił oczy na batesa głównie ze względu na jego udział w gwiazdorskim projekcie anouara brahema (wraz z tym davem hollandem i tym jackiem dejohnettem), jego własne eleganckie trio fortepianowe w jałowym dla mnie jazzowo roku (trochę z mojej własnej winy, heh) wydało mi się pozycją mniej obwarowaną; do batesa nie należy podchodzić z nożyczkami, trzeba pozwolić mu popłynąć, najlepiej wieczorową porą, ale sobotnim dżdżystym przedpołudniem też się sprawdzi (♪ „senza bitterness”)

2017

42. Rina Sawayama Rina

solidna metapopowa epka, która nie traci nic ze swojego powabu niezależnie od tego, czy podejdziemy do niej bezpośrednio czy ironicznie; sawayama jako trzon stylistyczny ukochała sobie ścisłą fuzję popu i r&b święcącą triumfy na listach przebojów całego świata w czasie milenijnego przełomu, dzięki przebojom britney spears, christiny aguilery czy *nsync (albo po prostu maxa martina); nie ma się jednak wrażenia, że piosenkarka spóźniła się o półtorej dekady — to raczej zwiastun kolejnego rychłego stylistycznego zwrotu w światowej popkulturze, wynikający z nostalgii za muzyką dzieciństwa obecnych 20-latków; nawet bez darkchilda czy wspomnianego martina na podorędziu, udaje się sawayamie perfekcyjnie odwzorować melodykę i charakter misternie zaprojektowanego przez nich popu — całość przefiltrowana przez vaporowe produkcje clarence’a clarity’ego i niewątpliwe inklinacje z prince’m lat 80. daje się czytać na wiele różnych sposobów, przez co niechybnie wkracza na terytorium muzyki popularnej o ambicjach artystowskich (♪ „cyber stockholm syndrome”)

2017

41. Chloe x Halle The Two of Us

gdzieś pomiędzy duchem półpiosenkowego blonde franka oceana, truchłem abstrakcyjnego r&b ze szkoły theesatisfaction a ciepłym brzmieniem klasycznego neosoulu znalazły się chloe x halle; dziewczęta przekornie, ale świadomie wybrały dla swojego pierwszego mikstejpu niemalże punkową formę, zamykając szesnaście mikroutworów w zaledwie 25 minutach muzyk; mimo tego wbrew pozorom słowem, które najlepiej opisuje the two of us nie jest szkicowość, ale przygoda, bo choć chloe x halle bez wątpienia podzielają pasję theesatisfaction do postminimalistycznie zapętlonych refrenów, z powodzeniem udało im się tę koncepcję rozciągnąć na cały krążek, co przy gęsto posianych, wykrojonych pewną ręką zmianach i tempa, i melodii, dało miejsce jeśli nie najbardziej satysfakcjonującej, to z pewnością najbardziej kreatywnie stymulującej płycie r&b tego roku (♪ „poppy flower”)

2017

40. Timber Timbre Sincerely, Future Pollution

choć fani i krytycy kręcą nosem wokół konwersji organicznego brzmienia timber timbre na syntezatory, ich dyskografia zyskała na tym niebanalny fabularny twist — wciąż dogłębnie noirowy, wciąż na swój sposób anachroniczny i freakowy, ale uderzający raczej w klimat neo-noir niż secesyjnego antywesternu (♪ „floating catherdral”)

2017

39. King Krule The Ooz

pominąć tegoroczną płytę king krule’a w podsumowaniu o inklinacjach mimo wszystko krytycznych to tak, jakby nie słyszeć niczego; można i pewnie fascynująco spędzić godziny, próbując dekonstruować urzeczywistnioną przez niego z naturalnością wizję metarocka; jestem zaintrygowany (♪ „dum surfer”)

2017

38. Kacy & Clayton The Siren’s Song

she & him w wersji polno-łąkowej z kwiatami we włosach i bez retromanieryzmu albo ktoś ogromnie rozkoszny (pokroju the everly brothers) wsiada w wehikuł czasu (tym razem przekornie do teraźniejszości) i zafascynowany płytami steve’a earle’a z lat 90. nagrywa prostolinijną, osadzoną trochę jednak poza czasem płytę (♪ „just like a summer cloud”)

2017

37. Saz’iso At Least Wave Your Handkerchief at Me: The Joys and Sorrows of Southern Albanian Song

fascynujący świat albańskiej tradycyjnej muzyki folkowej, o której nie wiem absolutnie nic, ale słucham z prawdziwym przejęciem; znakomite lekarstwo na odrobaczenie dobrego imienia królestwa albanii nad wisłą (♪ „bëje dru në përcëllime”)

2017

36. Flotation Toy Warning The Machine That Made Us

tam gdzie fleet foxes i the national zaniemogli, spod ziemi wyrosło flotation toy warning, którzy do follow-upu swojego jedynego w swoim rodzaju debiutu bluffer’s guide to the flight deck zabierali się przez 13 lat; nowy album londyńczyków to w 2017 jeden z nielicznych obronionych przyczółków starej szkoły indie popu (progresywnie przedzierającego się od kameralnego folku, przez nową psychodelią aż po alternatywny rock) z melodiami, aranżami, emocjami i pomysłem, jak sensownie zebrać w całość 60 minut muzyki, której prawdopodobnie mało kto będzie chciał jeszcze w ogóle słuchać (♪ „i quite like it when he sings”)

2017

35. Étienne Daho Blitz

daho błądzi w oparach dymu papierosowego między anachronicznym, ale progresywnym romantyzmem oscara wilde’a a planem zdjęciowym scorpio rising; jest eteryczny i zmysłowy jak przed laty i nie traci ani trochę z dawnego animuszu; blitz romansuje z rockowymi aranżami, ale jego podstawą pozostaje plastyczny psychodeliczny synthpop o chansonowskim rodowodzie, ale z bondowskimi implikacjami (♪ „les cordages de la nuit”)

2017

34. Tyler Childers Purgatory

choć jego brzmienie momentami potrafi być bardziej tradycyjne niż na wczesnych płytach johnny’ego casha, dzięki pozbawionemu maniery wokalowi i współczesnej produkcji, ani przez chwilę nie ma się wrażenia, że purgatory to wyprawa w przeszłość; childers ma wyobraźnię, zarówno tę muzyczną, jak tę i cechującą dobrego gawędziarza, dzięki czemu jego opowieści słucha się z zainteresowaniem (♪ „feathered indians”)

2017

33. K.Flay Every Where Is Some Where

ucieleśnienie wszelkich metapopowych ambicji; to niemal bezsprzecznie najlepsze od dawna połączenie alternatywnego r&b, indie rocka, art popu i świadomego hip-hopu, które nie jest ani alternatywnym r&b, ani indie rockiem, ani art popem, ani świadomym hip-hopem; k.flay ze swoim talentem do pisania chwytliwych refrenów i ciętych puent z pomocą trójki producentów robi z tego gatunkowego kalejdoskopu najlepszy możliwy użytek — mieszając wszystko w wielobarwnym, post-90sowym miksie rozmaitych wpływów i inspiracji (♪ „giver”)

2017

32. Ninos du Brasil Vida eterna

ninos du brasil kontynuują kurs na łączenie brazylijskiej batucady i minimalistycznego, plemiennego techno; tym razem zbaczają odrobinę w stronę industrialu, ale wraz z vida eterna potwierdzają, że to kurs słusznie obrany i „kto jak nie oni”; w ciasno zakreślonym rytmicznym tunelu bez odpowiedzi pozostawiają jedynie pytanie o płeć nietoperza na okładce (♪ „a magia do rei, pt. 2”)

2017

31. Marty Stuart and His Fabulous Superlatives Way Out West

przyśniło mi się, że pisałem o tej płycie, chociaż wcale nie pisałem i spędziłem kilka dobrych minut, aby ten tekścik odszukać — bezskutecznie; co mi się nie przyśniło: stuart, który honky tonk i hillbilly ma we krwi, nagrywa oniryczną płytę z neotradycyjnymi opowieściami o kowbojach, cytując obszernie ennio morricone i rocknrollowe bakersfield, gdzie każda piosenka jest jak scena z wymyślnej westernowej fantasmagorii, a wszystkie razem łączą się w pierwszoligowy koncepcyjny krążek (♪ „way out west”)

2017

30. Slowdive Slowdive

slowdive robią to, co potrafią najlepiej tzn. robią swoje; podobnie jak po my bloody valentine nie słychać po nich upływu czasu, trochę dlatego, że shoegaze osadzono poza czasem, a trochę dlatego, że wciąż mają wyczucie, talent i nie rozmieniają się na drobne; slowdive jest lżejsze od m b v i absolutnie bezpretensjonalne; nieironiczny i niepaździerzowy promień słońca na trapowym niebie dla wszystkich, którzy tęsknią za alternatywnymi 90sami (♪ „sugar for the pill”)

2017

29. Fatima Al Qadiri Shaneera

fatimie al qadiri do twarzy (choć nie stricte wizualnie) w masce złej królowej uwięzionej własnym urokiem w dark roomie gejowskiego klubu gdzieś w kuwejcie; zręcznie przełamuje kulturowe tabu i jednocześnie tworzy mroczny, bezkompromisowy, syntezatorowy pop umocowany w arabskiej tożsamości — coś, czego nie widział wcześniej ani świat zachodni, ani szeroki bliski wschód (♪ „alkahof”)

2017

28. Bell Witch Mirror Reaper

bell witch śmiało mierzą się z niemożliwą do odtworzenia formułą dopesmokera — półtorejgodzinnego doommetalowego drona (co samo w sobie czyni mirror reaper albumem, który koniecznie trzeba przesłuchać) i co więcej mają ku temu powód — to swoiste epitafium dla zmarłego w 2016 roku perkusisty adriana guerry; dzięki powtarzalnej, slowcore’owej naturze materiału i jego pokaźnym rozmiarom odsłuchiwane w całości staje się pełnowymiarowym doświadczeniem bliskości i realności śmierci (♪ mirror reaper)

2017

27. Kelly Lee Owens Kelly Lee Owens

wszyscy zastanawiający się co by było, gdyby christian löffler produkował grimes, mogą włączyć debiutancki longplay kelly lee owens (i, już poza konkursem na gaszenie wyobraźni dobrymi płytami, jej znakomity cover „more than a woman” aaliyah) (♪ „throwing lines”)

2017

26. 坂本龍一 async

po latach moczenia stóp w ambiencie sakamoto wreszcie powinął nogawki i przemyślał swoje stopy; znalazł równowagę między ambientową wodą od wieloletniego moczenia stóp, urzekającym fortepianowym obliczem, echem dawnego popowego mistrzostwa a żyłką awangardzisty; async to sakamoto pulsujący, sprzeniewierzający się zastanemu porządkowi, puszczający oko w stronę akademickiej współczechy, ale zachowujący bezpieczny dystans, w zakresie dźwięków słyszalnych (♪ „stakra”)

2017

25. Dirty Projectors Dirty Projectors

dirty projectors indiepopowy fundament na nowej płycie zastąpili alternatywnym r&b doprawionym glitchowymi loopami, w czym doskonale im do twarzy; longstreth, spiritus movens projektu, wie, jak wyjść poza schemat, jednocześnie nie wychodząc na oszołoma — traktuje r&b jako trampolinę poza klasyczną melodykę muzyki popularnej, ale nie ogranicza się do umiejętności przegryzania popowych schematów artystowskimi trickami — muzykę grupy cechuje w dalszym ciągu nietuzinkowa wrażliwość pokrewna tej, którą usłyszeć mogliśmy u solange, franka oceana, jamesa blake’a czy samphy (♪ „cool your heart”)

2017

24. Spoek Mathambo Mzansi Beat Code

spoek mathambo, południowoafrykańskiegy producent i raper, z polotem i wrodzoną lekkością miesza regionalną odmianę afrohouse’u zwaną kwaito z elektropopem i rapem, podobnie jak przed dekadą zrobiła to m.i.a. z kuduro (♪ „sifun’imali yethu”)

2017

23. Grizzly Bear Painted Ruins

sam przekląłem grizzly bear, gdy usłyszałem pierwszy singiel promujący painted ruins; później zacisnąłem zęby, ale niekoniecznie z nadzieją i choć nowojorski kwartet miał już swoje veckatimest (a może właśnie dlatego), udało im się obronić niepozbawiony gracji stylistyczny zwrot — painted ruins jest do pewnego momentu zadowalającą porcją tego, z czego ulepili swoje trzy poprzednie krążki, ale wyrasta na swój własny sposób poza tamten ekosystem; dzięki temu wentylowi grizzly bear nadal brzmią żywo; trudno powiedzieć, czy adekwatnie w czasie, gdy wszelkie indie jest w kreatywnym odwrocie; ich styl zawsze był ponadczasowy (♪ „aquarian”)

2017

22. Shinichi Atobe From the Heart, It’s a Start, a Work of Art

romantyczne dub techno (♪ „first plate 2”)

2017

21. Kelman Duran 1804 Kids

prawdopodobnie żaden gatunek muzyczny nie potrzebował rehabilitacji tak bardzo jak rozogniony przez pozbawione odrobiny ironii masy reggaeton; choć mówi się, że jedna jaskółka wiosny nie czyni, a jeden niszowy nieco ponad półgodzinny longplay można z całą pewnością potraktować jako jaskółkę, oparty na spitchowanych latynoskich samplach długogrający debiut kelmana durana w zadziwiający sposób wydobywa z reggaetonu esencję, serce tropikalnych bangerów, tu podszytą niepokojem, może nawet smutkiem, na poziomie do którego radiowy nieironiczny reggaeton nigdy nie będzie w stanie dotrzeć; jednocześnie duran nie obśmiewa swoich inspiracji, stojąc w punkcie widokowym na skraju post-muzyki (♪ „6 de la mañana”)

2017

20. Matt Martians The Drum Chord Theory

debiutancki longplay martiansa spotkał się w najlepszym razie z umiarkowanie entuzjastycznym przyjęciem — w dużej mierze nie spotkał się bowiem z jakimkolwiek przyjęciem w ogóle; oczywiście w internecie zdominowanym plagą efektu owczego pędu eufemizowanego jako hajp takie przeoczenia to codzienność; the drum chord theory to klasyczny bitowy neo-soulowy album, bardziej chyba w klimacie ostatnich produkcji thundercata aniżeli soulquarians złotego okresu, choć bez jazzowych inklinacji; bardziej szkicownik niż skończona płyta, co w erze coraz dalej posuniętej losowości w hip hopie i r&b, może być wartością; showcase słodkich refrenów i szorstkich bitów — prequel i spinoff flower boya tylera w jednym; dość pokrętne, w żadnym wypadku koncepcyjne, ale nadrabiające spontanicznością, synergią i mieszczącą się w oznaczonych ramach nieprzewidywalnością jam session; wreszcie najprzyjemniejszy (z całą prostolinijnością ukrytą w słowie przyjemność) okołosoulowy album tego roku (♪ „what love is”)

2017

19. Hiroyuki Ura, Kenichi Kanazawa, Satoko Inoue Scores

onkyo wychodzące z tradycyjnego onkyo i stojące obok; podłużne rzeźby z aluminium symetrycznie poukładane na pięciolinii i zamienione w koncepcyjną kompozycję przy pomocy fortepianu i perkusjonaliów; a wszystko to żyje, dzięki fieldrecordingowej głębi drzemiącej w performatywnym charakterze w przeciwnym razie nazbyt układnego i odpowiedniego utworu (♪ „scores 1200” (excerpts))

2017

18. Varg Nordic Flora Series Pt. 3: Gore-Tex City

gdzieś w skandynawii, między alessandro cortinim a yung leanem, ciemnoszarymi popołudniami powstaje płyta-pocisk, która w sensie społecznym być może jest dla europejskich społeczeństw tym, czym xo tour llif3 stało się dla amerykańskiego (♪ „stockholm city (drottninggatan, sergels torg)”)

2017

17. Vince Staples Big Fish Theory

dzięki big fish theory niewątpliwie utalentowany, ale zamknięty do tej pory w konwencji zachodniego wybrzeża vince staples wyrasta na jednego z naczelnych awangardystów współczesnego amerykańskiego rapu; elokwentne flow i szerokie spektrum tematyczne zyskują nowe życie, dzięki prostej stylistycznej wolcie — romansie z szeroko pojętą elektroniką objawiającą się na płycie pod różnymi postaciami od hip house’u, przez uk garage i hyphy, aż po flirty z detroit techno i bubblegum bassem (♪ „homage”)

2017

16. LCD Soundsystem American Dream

alternatywny dance nawrócony na post-punk, który nie tylko mówi ci, jak masz żyć, ale możesz do tego jeszcze sobie zatańczyć (♪ „oh baby”)

2017

15. Nicole Atkins Goodnight Rhonda Lee

jeśli przeszła ci przez głowę myśl, że organiczne granie z pogranicza country i soulu pod banderą nashville soundu nie ma współcześnie racji bytu, zeszłoroczny krążek nicole atkins goodnight rhonda lee to pozycja do przesłuchania; atkins żongluje inspiracjami duchem roya orbisona czy barokiem lee hazlewoodu, dialoguje z the dap-kings, jest szczera i emocjonalna i potrafi sensownie zamknąć towarzyszące jej uczucia w starej jak świat formule piosenki (♪ „darkness falls so quiet”)

2017

14. Nnamdi Ogbonnaya Drool

tegoroczny krążek amerykańskiego wywrotowca nnamdego ogbonnayi to charyzmatyczny zwrot w kierunku plastycznego hip hopu spod znaku outkast czy blackalicious — mocno osadzonego w soulu, ale jednak stricte rapowego; w tym duchu na drool typ rozwija swoją autorską wizję hip hopu, w stosunku do której określenie art rap nie byłoby ani trochę przesadzone; śmiało żongluje stylami, mieszając klasyczną atlantę i psychodeliczny neo-soul, trap i alternatywne R&B, jazz i wykręconą muzykę bitową; na terytorium pomiędzy rapem a śpiewem, czuje się jak ryba w wodzie (♪ „let go of my ego”)

2017

13. Richard Dawson Peasant

mając w pamięci wspólną historię joanny newsom i billa callahana, byłoby niedelikatne z mojej strony, gdybym wtrącił pomiędzy nich richarda dawsona; a jednak jego zeszłoroczny album, na którym żongluje przyjmowanymi rolami i punktami widzenia, leży właśnie gdzieś wpół drogi między ornamentami newsom a (wciąż intelektualną oczywiście) prostotą callahana — zarówno aranżacyjnie, melodycznie, jak i storytellingowo; dawson lubi swoją prostą americanę w tym samym stopniu, co niekoniecznie idealnie linearną budowę swoich piosenek wieńczonej jednak raz po raz czymś w rodzaju średniowiecznej hymniczności; tym samym peasant jest dla mnie jednocześnie fascynująco nieodgadniony, jak i fascynująco znajomy (♪ „ogre”)

2017

12. Charly Bliss Guppy

weezer gra twee pop (♪ „glitter”)

2017

11. GFOTY GFOTYBUCKS

gfoty w kompletnym przeglądzie swoich dotychczasowych (najlepszych i bardzo złych zarazem) pomysłów na post-muzykę; jeśli ktoś w 2017 roku zasługuje na status megagwiazdy popu to właśnie ona; niestety duże media znoszą post-muzykę i kreatywne ironizowanie jedynie w przypadku amerykańskiego trapu i prawdziwa post-muzyka skazana jest na drugi obieg; i gdzie ta cyberpunkowa przyszłość, którą obiecywali carpenter, gilliam i scott (♪ „don’t wanna / let’s do it (bucks mix)”)

2017

10. Sounds of Sisso

podróż w nieznane; w sercu tanzanii grupa lokalnych artystów łączy swoistą odmianę afrykańskiego hip hopu z tamtejszym wyobrażeniem szeroko pojętego electropopu inspirowanego shangaan electro i bongo flava; wyobraźcie sobie fuzję gqomu z kuduro, okraście ją archaicznymi syntezatorami i wszystkim, co tylko irytuje was w bubblegum bassie i przemnóżcie całość przez esencję muzycznego adhd — tak właśnie brzmi sisso (♪ „kimbau mbau”)

2017

9. Mono no aware

podróż w nieznane; czyjeś ulotne spojrzenie wyczute na własnym barku; niepokój stopniowo przechodzący w podniecenie; kryształowa róża; napięcie narastające powoli, ale sukcesywnie od urodzenia do śmierci; glitch; rozbity ekran telefonu zaklejony półprzezroczystą tasiemką; zmarszczona, zmęczona twarz odbijająca się w szybie pustego wagoniku metra; głęboki oddech; zaparowane szkła okularów; patos rzeczy i melancholia przemijania (♪ „second mistake”)

2017

8. William Ryan Fritch Birkitshi: Eagle Hunters in a New World

gopro o ścieżce dźwiękowej fritcha do własnego filmu napisało, że jeden człowiek brzmi tu jak 40-osobowa orkiestra i chociaż to fragment tekstu promującego projekt przez wydawcę, więc trzeba podzielić jego zawartość przez 3, w dalszym ciągu na samego fritcha przypadnie wówczas 13 i ¼ osoby, a to i tak nie lada wyczyn; fritch zebrał folkowe nagrania tradycyjnej mongolskiej społeczności birkitshi i zrobił z nich piękny przestrzenny dźwiękowy pejzaż z pogranicza plemiennego ambientu i urokliwego post-minimalu; rzecz jest prosta, może nawet momentami ckliwa, od czasu do czasu nawet odrobinę miałka, ale niesamowicie zręczna, a przy tym całkiem efektowna, przez co koniec końców chwyta za serce i rozpieszcza tych wrażliwców, którzy mają ochotę na odrobinę światła w swojej płytotece (♪ „qusbegi”)

2017

7. Natalia Lafourcade Musas

kiedy już prawie miałem natalię lafourcade za kogoś w rodzaju meksykańskiej brodki, na złość moim marnym skojarzeniom nie nagrała zachowawczej inspirowanej rockiem z artystycznymi zapędami płyty, ale wprowadziła mnie w magiczny świat spuścizny piosenki latynoamerykańskiej; z niespotykaną dzisiaj dbałością o aranżacyjne niuanse, niekłamanym przejęciem i autentyczną bandą (w tej roli los macorinos) odkurzyła całą paletę barw tradycyjnego sudamerykańskiego folku od meksyku i kubę po szczyty andów (♪ „rocío de todos los campos”)

2017

6. Arca Arca

„quítame la piel de ayer” — niepewnie rozpoczyna łamiącym falsetem wenezuelski producent arca w „piel” otwierającym jego tegoroczny album — intymną opowieść o rozpaczliwym pragnieniu miłości mającej wypełnić wewnętrzną otchłań dojmującej samotności; arca rozbiera się przed słuchaczem — dosłownie i w przenośni — swoje uczucia, doznania i myśli wyrażając emocjami, zarówno na poziomie brzmienia, tekstów, jak i — w znaczącej mierze — nieoszlifowanego, na wpół amatorskiego paraoperowego wokalu; dzięki temu arca jest w stanie przenieść swój mroczny, do tej pory dość chaotyczny i surrealistyczny sznyt producencki w nową sferę, gdzie tkanka muzyczna musi stanowić dopełnienie pozamuzycznej substancji — całkiem już realnej i namacalnej (♪ „saunter”)

2017

5. Charli XCX Number 1 Angel/Pop2

muzyka pop ma zwykle dwa oblicza — to prawdziwie popularne, bijące rekordy sprzedaży i rozpoznawalności oraz to, które świadomie wykorzystuje popularne patenty, aby tworzyć nową jakość; w tej drugiej kategorii już od kilku lat brylują tuzi bubblegum bassu a.g cook i sophie, którzy w 2015 zmaterializowali się na muzycznym horyzoncie charli xcx i pop zamigotał tysiącem barw; jej tegoroczne miksjtepy to definicja nie tego, jak brzmi muzyka pop w 2017 roku, ale jak brzmieć powinna; przebojowa, ale nie prostolinijna, budowana z jednej strony na elektronicznym hip hopie, z drugiej na klasycznej piosenkowej melodyce, niegrzeczna i ironiczna, ale nie na tyle, by grać na kontrowersje (♪ „delicious”)

2017

4. Tzusing 東方不敗

azjatyckie techno inspirowane tamtejszą tradycyjną melodyką musi wypłynąć i wypłynie na wierzch w morzu bezkształtnej motoryki, choćby finezyjnej, podobnie jak wypływa to zespolone z brazylijską batucadą; tzusing jest wybredny, świadomy i konkretny — doskonale wie, jak skonstruować kompletny i samowystarczalny industrialny pejzaż z amalgamatu miniaturowych, w pełni przetworzonych replik elementów chińskiej muzyki dworskiej (♪ 「日出東方 唯我不敗」)

2017

3. Gas Narkopop

kiedyś na open’erze zagospodarowywano na sety didżejskie taką półokrągłą betonową tubę — czy też dziwaczny cyberpunkowy hangar na małe śmieszne samolociki — wydrążoną w zielonym pagórku — choć pewnie po prostu przysypaną ziemią z krzakami; gdyby to ode mnie zależało, to podczas tegorocznej edycji wynająłbym tę tubę i na ripicie przez całe cztery dni grał tam narkopop gas (♪ „narkopop 10”)

2017

2. Brockhampton Saturation I II III

brockhampton nie tylko nie boją się konfrontować własnych lęków, ale na ekscentrycznie outsiderskich post-dirty-southowych bitach zamieniają odmienność i wyobcowanie w atut, który czyni ich brockhampton — pierwszym hiphopowym boysbandem ameryki; reformują amerykański hip-hop po swojemu — z jednej strony w pośpiechu i bez spójnej, jednoznacznej wizji, z drugiej — w sposób, który nie zna podziału na brudne południe, wschodnie czy zachodnie wybrzeże, pop rap, trap czy gangsta rap, hip-hop świadomy, polityczny czy eksperymentalny; nowa i stara szkoła to zatem w kontekście brockhampton poruszającego się momentami na skraju buntowniczego queerhopu pojęcia zupełnie bezużyteczne; wydane w 2017 roku trzyczęściowe saturation to nowa zupełnie mitologia; nawet z tym nie handlujcie (♪ „lamb” (extended))

2017

1. Tyler, the Creator Scum Fuck Flower Boy

tyler, the creator skroił w tym roku swój najbardziej koherentny tematycznie i brzmieniowo album w karierze; scum fuck flower boy oparty został w dużej mierze na przytulnych neo-soulowych hookach, ale nie rozwadnia wcale zawartości tylera w tylerze — nie szuka kompromisów, ale świadomie poświęca część istoty goblina, by zrobić miejsce dla niewyeksponowanej wcześniej części tylera; nie ma tu jednak miejsca na stylistyczną i przedmiotową schizofrenię — potencjalne luki skutecznie wypełniają fantazja i absurd, ale przesłanie pozostaje czytelne — w jego centrum znajdziemy istotę wszelkiego humanizmu — odwieczną udrękę człowieka wynikającą z nieustannego mierzenia się samotnością; to nie nowy tyler, to nie tyler uciekający od umiejętnie skrojonej dla siebie przed laty kreacji, wreszcie nie tyler pragnący rehabilitacji czy desperacko szukający akceptacji, a po prostu tyler, the creator ze wszystkimi kreatywnymi przymiotami i konsekwencjami własnej persony, tu, na poczet kolejnej artystycznej kreacji, wychylający własną twarz zza maski goblina; to jednak w żaden sposób nie czyni go nagim czy bezbronnym; nie rezygnuje z siebie — wyraża siebie; posługując się językiem gombrowiczowskim, może rzec, że tyler doprawił sobie wreszcie zupełnie ludzką gębę; niezależnie od wszystkiego to płyta, po przesłuchaniu której ma się ochotę chwycić tylera mocno za rękę i długo nie puszczać (♪ „911 / mr. lonely”)

powyżej plejlista z wyszczególnionymi hajlajtami, a tutaj całe płyty w zupełnie losowej kolejności

Opublikowano

2017: piosenki

2017

w połowie roku stwierdziłem po cichu, że nie będę już słuchał muzyki wyczynowo, nie będę jej recenzował i oceniał, nie będę na przełomie roku, gdy wszyscy wkoło odpoczywają, spędzał wieczorów przed komputerem na wybieraniu, słuchaniu, pisaniu, kadrowaniu i edytowaniu — odtąd słuchał będę wyłącznie muzyki, którą lubię; poniższy zestaw, przesadnie zresztą rozbudowany względem zeszłorocznego, to chyba najlepsze poświadczenie, że w tym cichym stwierdzeniu nie wytrwałem długo; bo i co miałbym teraz robić? wybrałem i opisałem zatem 40 piosenek, niekoniecznie najlepszych, ale na pewno wartych uwagi

2017

40. Arcade Fire, „Everything Now”

spektakularny początek końca, karnawałowy pogrzeb kanadyjskiego giganta napędzany fenomenalnym klawiszowym motywem wyciągniętym żywcem z „dancing queen”; narzućmy więc kolorowe girlandy i zatraćmy się w tańcu — nie ma już arcade fire!

2017

39. Selena Gomez, „Bad Liar”

kto by pomyślał, że w 2017 roku to akurat selena gomez, rozkosznie przekomarzając się w refrenie „bad liar”, zbliży się najbardziej to jacksonowskiego archetypu idealnej popowej piosenki

2017

38. Poppy, „Software Upgrade”

oda miłosna do komputera w formie uroczego picopopowego gabbera z najlepszym przedrefrenem roku (i turn you off, i turn you on and off and off, and on and on and off and off, and on and on and on) i psychotycznie świdrującym synthwave’owym mostkiem granym zapewne przez przybywającego z roku 2049 półklona-półcyborga willy’ego wonki

2017

37. Laurel Halo, „Moontalk”

gatunek: laurel halo samba-canção

2017

36. MC Bin Laden, „Vai Virar Puteiro”

kosmopolityczna definicja swojskiego bangera a.d. 2017

2017

35. Dirty Projectors, „Ascent Through Clouds”

david longstreth chwyta się współczesnego r&b, by wyjść poza indiepopową ramę melodyczną, a następnie, na wzór sufjana stevena i tuzów bubblegum bassu, dekonstruuje sam siebie, topiąc znaną wrażliwość i nową rytmikę w morzu glitchów i autotune’a; trochę maskarada i kreacja, ale fundamentem całości pozostają osobiste przeżycia, które rozdzierają stylistyczną skorupę, wypływając na wierzch i z miejsca stając się dominantą

2017

34. Miley Cyrus, „Younger Now”

cyrus reformuje wypuszczony spod kontroli bunt w błyskotliwie wyprodukowaną i osadzoną na pierwszorzędnym stadionowym refrenie woltę stylistyczną — psychodelicznym hołdzie dla klasyków country popu pierwszej połowy lat 70.; jednocześnie wypluwa drugi w swojej karierze (po „we can’t stop”) manifest, który pomimo zręcznej żonglerki banałem, przynosi osobiste oczyszczenie

2017

33. IU, „Jam Jam”

perfekcyjny funkowy jam wyprodukowany i wykonany z niedoścignioną gracją, najjaśniejsza z barw na tegorocznej palecie k-popowej księżniczki

2017

32. Chris Stapleton, „Either Way”

stapleton nadal w życiowej formie, zjada całe współczesne radiowe country jedną prostą akustyczną balladą o końcu nieudanego małżeństwa

2017

31. Mats Gustafsson & Joachim Nordwall, „A Map of Guilt”

na płycie wydanej przez bociana gustafsson dmie w rozmaite instrumenty i dmie rozmaicie, w związku z czym momentami trochę mija się sam ze sobą, co nie ujmuje jednak tytułowemu „a map of guilt” ani odrobiny poetyki; to psychotyczny 19-minutowy elektroakustyczny dron, który można by posadzić na plejliście między „trash tv trance” romitellego a deepchord presents echospace i siadłoby jak marzenie

2017

30. Brockhampton, „Summer”

wykradziona z uniwersum ostatniej płyty franka oceana istota być może i całej finezji brockhampton zawarta w poruszającej, ale nie pompatycznej czy desperackiej, zaśpiewanej z uczuciem i lekkością jednorefrenowej wokalizie bearface’a

2017

29. Charli XCX, „Roll With Me”

charli xcx ramię w ramię z sophie w duchu pc music odkrywają inteligenckie podwaliny klasycznego eurodensu, na bazie ogranego yeah, yeah, yeah i pulsujących transowych synthów tworząc jeden z najbardziej uzależniających popowych catchphraze’ów roku

2017

28. Grizzly Bear, „Mourning Sound”

grizzly bear z niespotykaną wcześniej w ich repertuarze charyzmą, choć nie bez kontrowersji, posuwają swoje brzmienie w nowym kierunku — neo-psychodeliczne downtempo zalewając autorską mieszanką motorycznego synthpopu i anachronicznego alt rocka spod znaku radiohead; bezprzecznie najbardziej upbeatowy moment raczej pastoralnej jak dotąd dyskografii grupy

2017

27. Tyler, the Creator feat. Rex Orange County & Anna of the North, „Boredom”

pełna słodyczy, ale chilloutowa impresja o codzienności; z pomocą rex orange county, anny of the north i corinne bailey rae tyler tworzy nową wartość z dyktowanego schematami marazmu (cause boredom got a new best friend); bez wątpienia najbardziej niezobowiązujący soulowy refren roku

2017

26. Calvin Harris feat. Frank Ocean & Migos, „Slide”

calvin harris, offset i quavo wspólnie z frankiem oceanem na lekkim 80sowym bicie mieszają zrelaksowany rap z wokoderowymi wokalizami; ocean co prawda brzmi momentami trochę jak emerytowany piosenkarz reggae, który po trzecim odwyku postanowił ostatecznie odstawić używki i zaczął śpiewać chilloutowe r&b, ale ostatecznie każdy z tych elementów sprawia, że w prostolinijnym radiowym ujęciu „slide” to bezsprzeczny triumf klasycznego wakacyjnego popu

2017

25. Slowdive, „No Longer Making Time”

25 lat albo 6 minut; kunsztowna ponadczasowa fuzja monumentalnej shoegazowej ściany gitar i popowego oniryzmu

2017

24. Yaeji, „Raingurl”

tegorocznym objawienie muzyki house w autorskim pomoście między hiphouse’ową azealią banks a amerykańską szkołą deep house’ową szkołą, z taneczną lekkością najlepszych momentów disclosure i uzależniającym minimalistycznym rymowanym refrenem („make it rain girl, make it rain”)

2017

23. Piernikowski, „Trwamy”

16-bitowa wersja nowofalowej siekiery i minimalistyczny uliczny rap; post-romantyzm z wielkiej płyty (twarde pięści i cieknące łzy/ dużo trzeba siły w domu i na ulicy)

2017

22. Baba Stiltz, „Baby”

utopiony w autotunie tropikalny microhouse jako tło dla złamanego serca i zawiedzionych oczekiwań; centerpiece każdej letniej smutnej dyskoteki

2017

21. Red Velvet, „Peek-a-Boo”

taneczny, inspirowany tropikalnym house’m numer to charyzmatyczna przeprawa przez charakterystyczny dla koreańskiego popu kalejdoskop melodyjny zawarty jednak w spójnej stylistycznej wizji — z jednej strony odkrywający na nowo oldschoolowy synth pop i r&b, z drugiej odważnie ciągnący ku przyszłości — zupełnie jak tytułowa zabawa w peek-a-boo

2017

20. Danny L Harle, „Me4U (A. G. Cook Remix)”

a.g. cook psuje najlepszy tegoroczny refren danny’ego l harle’a skandalicznie brostepowymi dropami i bezpardonowymi glitchami; tym samym balearyczny house wymienia na rasowy trance i przenosi środek ciężkości styranego już nieco bubblegum bassu w futurystyczne otoczenie, gdzie jeszcze nie kursuje śmieciarka

2017

19. Thundercat feat. Michael McDonald & Kenny Loggins, „Show You the Way”

thundercut wpisuje swoją kunsztowną reinterpretację fusion z lat 70. przez pryzmat neo-soulu lat 90. i współczesnej muzyki bitowej w adekwatną w tym przypadku formę muzycznego żartu; broni tej stylistycznej słodyczy w najlepszy możliwy sposób — otwierając możliwość odczytywania go jako pastisz; i to pastisz najrozkoszniejszy ze wszystkich, bo bazujący na nostalgii, która siłą rzeczy musi wymykać się hipsterskiej ironii w stronę bezmiaru szczerej dziecięcej radości

2017

18. LCD Soundsystem, „Tonite”

rozogniony masowy kryzys tożsamości tekturowych absolwentów pokolenia y zamieniony w post-ironiczną dyskotekę napędzaną oldschoolowymi balonowymi syntezatorami i lękami dzisiejszych 30-latków (you’re such a winner that the future’s a nightmare and there’s nothing I can do; you’re missing a party that you’ll never get over/ you hate the idea that you’re wasting your youth/ that you stood in the background until you got older)

2017

17. Natalia Lafourcade, „Tú sí sabes quererme”

lafourcade w akompaniamencie los macorinos składa najbardziej liryczny hołd piosence latinoamerykańskiej ostatnich lat; pośród kunsztownie zaaranżowanych i wykonanych coverów własną ręką kreśli ponadczasowe kubańskie bolero zaśpiewane przez artystkę z niedzisiejszym przejęciem i romantyzmem (corazón, tú sí sabes quererme como a mi me gusta/ soy la flor encendida que da color al jardín de tu vida); ani przez chwilę nie ma jednak powodu, by nie wierzyć jej wyznaniu

2017

16. Arca, „Piel”

arca rozbiera się przed słuchaczem dosłownie i w przenośni — swoje uczucia, doznania i myśli wyrażając emocjami, zarówno na poziomie brzmienia, tekstów, jak i (w znacznej mierze) nieoszlifowanego, na wpół amatorskiego paraoperowego wokalu: quítame la piel de ayer — niepewnie rozpoczyna łamiącym falsetem, przygotowując się do zrzucenia wczorajszej skóry

2017

15. Tiffany Gouché, „Dive”

tracy chapman pokolenia trap&b łączy quietstormowy sznyt z vibem współczesnego alt r&b w zmysłowym wyznaniu miłosnym

2017

14. Drake, „Teenage Fever”

drake robi drake’a w typowym dla siebie harmonijnym trap&bluesowym midtempo o kolejnej niejednoznacznej znajomości, tym razem jednak wieńczy wszystko najbardziej rozkosznym samplem minionego roku, który w nowym kontekście nabiera nowego powabu i nowego znaczenia (if you had my love and I gave you all my trust would you comfort me/ and if somehow you knew that your love would be untrue would you lie to me)

2017

13. Charli XCX, „Boys”

charli oswaja agresywny trappop na swój sposób — subtelnym, minimalistycznym anturażem przywodzącym na myśl „me & u” cassie; błyskotliwie, jednym ciętym hookiem (i’m sorry that i missed your party i wish i had a better excuse like i had to trash the hotel lobby but i was busy thinking ’bout boys) i soczystym teledyskiem wysyła mężczyzn, jeśli nie do kuchni, to przynajmniej na rozkładówki

2017

12. The Blaze, „Juvenile”

nowa elektronika nie musi wcale być klaustrofobiczna i amelodyjna; francuskiemu duetowi the blaze udało się wpisać duszną, gęstą atmosferę w rasowy klubowy przebój oparty o progresywną pracę przestrzennie pstrzących się syntezatorów; ale to zapętlony soulowy sampel (let me show you something/ you were in my own head once) buduje dramaturgię, odkrywając emocjonalny rdzeń

2017

11. Charlotte Gainsbourg, „Deadly Valentine”

jak zwykle subtelna i wysmakowana gainsbourg pod producenckimi skrzydłami sebastiana miesza poetyckie wpływy francuskiej piosenki z prężną sceną tamtejszego house’u w artystycznym, tanecznym, ale jednocześnie refleksyjnie eterycznym pierwszorzędnym splocie gatunkowym; inaczej niż w beckowskim „terrible angels” gainsbourg nie eksponuje ostrych krawędzi, ale z dreampopową manierą rozpuszcza na wskroś popową linię wokalną w neodyskotekowym groovie, czego efektem jest jeden z najbardziej zmysłowych bangerów roku

2017

10. Mondo Grosso feat. Hikari Mitsushima, 「ラビリンス」

mondo grosso z cudowną hikari na wokalu eksponuje poetykę klasycznego japońskiego popu z producenckim drygiem na miarę największych tanecznych przebojów kylie; tytułowy labirynt ustroił klasycznym nu-disco z deep house’owym zacięciem, wszystko spowijając w mgiełce osadzonej poza czasem melancholii i wizualizując być może najlepszym teledyskiem roku

2017

9. Lil Uzi Vert, „XO TOUR Llif3”

podobnie jak wczesny yung lean czy travis scott w „3005” uzi wchodzi w dostępną nielicznym sferę metatrapu i tworzy jeden z tych wyjątkowych utworów, które tekstowo i brzmieniowo nie tylko konstytuują trap jako głos pokolenia, ale przenoszą to doświadczenie na zupełnie nowy poziom; z każdym kolejnym wyprowadzonym dwuwersem (push me to the edge/ all my friends are dead) uzi rozpada się bardziej i bardziej, nadając określeniu i fall to pieces zupełnie nowe znaczenie

2017

8. Vince Staples feat. Kendrick Lamar, „Yeah Right”

w ultraprzebojowym „yeah right” bubblegum bass znalazł drogę do świata wielkoformatowego hip hopu; sophie połyka flume’a w całości, przygniatając numer w swoim sygnaturowym brzmieniem — balonowym efekciarstwem i wyrwanym z zupełnie innej stylistyki śpiewanym hooku wieńczącym ten pierwszoligowy pokopany banger

2017

7. Kali Uchis feat. Fuego, „Tirano”

choć kali uchis nie wydała długogrającego debiutu, niewątpliwie wyrosła na cichą bohaterkę minionego roku; w „tirano” (i oryginalnej angielskiej wersji „tyrant” z jorją smith) zręcznie łączący popowe oblicze latynoskiego dancehallu z inspiracjami alternatywnym r&b, gdzie na karaibskim, lekko psychodelicznym bicie zabiera słuchaczy w głąb tanecznego kalejdoskopu mieniącego się jej subtelnym wokalem, a wirującego dzięki lekko pijanej rytmice i wielokrotnie powtarzanego w jej rytm más y más y más y más y más

2017

6. Kamixlo, „Bloodless Y (Evian Christ Remix)”

otagowano jako: transcendental.happens.now.

2017

5. J Balvin feat. Willy William & Beyoncé, „Mi Gente (Remix)”

oto jak się robi remiksy, queen b przejęła kontrolę nad (nie bójmy się przyznać) obezwładniająco chwytliwym moombahtonowo-reggaetonowym riddimem, nie tylko przełamując monotonny flow oryginalnej wersji i przydając mu koniecznego swagu, ale zadziwiająco wlewając w niego substancję (if you really love me make an album about me, word up), przez co czyniąc własnym; all hail beyoncé

2017

4. Антоха МС, „Время ток”

imperialistyczny hip house jako medium dla moskiewskiej miejskiej poezji (Братья смело взяли курс на зло/ Всем нам в пору стало далеко/ Потеряли чтоб найти свое); niesamowicie plastyczne, żywe i szczere połączenie udziergane na przepastnym blokowisku, gdzie wieżowce z wielkiej płyty przesłaniają wschody słońca

2017

3. Brockhampton, „Boogie”

w dyskotekowym „boogie” przywodzącym trochę na myśl zeszłoroczne „ain’t it funny” danny’ego browna (także ze względu na bezkompromisowe połączenie trudnej tematyki ze z jednej strony lekką, z drugiej — psychotycznie motoryczną warstwą muzyczną) brockhampton manifestują rewelacyjną synergię na ostatniej prostej przed domknięciem roku i debiutanckiej trylogii; są obecnie w znakomitym kreatywnym momencie i wykorzystują to ze szczętem zamiast wahać się, ryzykując utratą pędu

2017

2. Tyler, the Creator feat. Estelle, „Garden Shed”

tyler zdobywa się na coś niewyobrażalnie trudnego — wyjście z tytułowej szopy do bujnie upstrzonego kwiatami ogrodu (garden shed, for the garden/ that is where i was hidin’/ that is what love i was in (…) garden shed for the garçons / them feelings i was guardin’/ heavy on my mind) — trochę wbrew woli wszystkich, a przynajmniej: z jednej strony — w dalszym ciągu klaustrofobicznej sceny rapowej, wciąż często traktującej nazbyt barwne postaci nieprzystające do kanonu jako ciekawostkę; z drugiej zaś — środowiska lgbtq stawiającego pewne oczekiwania wobec własnej społeczności; oczekiwania, w które yyler ze swoim wybujałym indywidualizmem na granicy bluźnierstwa jak dotąd nijak się nie wpisuje; esencją jest jednak nie to, że tyler potrafił się na takie wyznanie zdobyć, ale że sam te (wciąż) niewygodne społecznie uczucia zamknął w tak elokwentnej kompozycji; tyler rozpoczyna nieśmiało, nieporadnie, po wewnętrznym solilokwium, dotychczas wyszczekany, tym razem nie potrafi znaleźć słów; zupełnie ahiphopowy, progresywnie prowadzony, pozornie kojący, ale ciężko zakotwiczony w podskórnym goblinie syntezatorowy podkład i wreszcie jeden opasły wers-słowotok to formalny majstersztyk redefiniujący na nowo granice hip hopu

2017

1. Arca, „Desafío”

najbardziej klasycznie piosenkowy fragment w dotychczasowej dyskografii arki zbudowany na dwóch potężnych, piętrowo zaaranżowanych hookach i uderzającym ekspresją osobistym tekście o obezwładniających pragnieniach i towarzyszącym im uczuciom; w listo o no, hay un abismo dentro de mí zawiera się istota całej stylistycznej i osobistej przemiany arki

wszystko jest na spotify

Opublikowano

2016: filmy

2016

Oscary tuż za rogiem. Najwyższy czas spojrzeć krytycznie na produkcje kinowe 2016 roku. Jak zwykle oceniam to, co widziałem, więc jeśli czegoś jeszcze zobaczyć nie miałem okazji (tu w głowie siedzą mi tym razem przede wszystkim Sieranevada i Szwedzka teoria miłości), to może uwzględnię je w przyszłorocznym podsumowaniu, a może wyedytuję to.

2016

10. Deadpool

reż. Tim Miller

Oho, wreszcie jakiś superbohater, który faktycznie jest zabawny i nie próbuje wciskać dzieciakom kitu o swojej szlachetności. Przełamuje przy tym jeden z największych problemów współczesnego kina gatunkowego — infantylny idealizm. Zrealizowany z wigorem i wyobraźnią nie pozostawia miejsca na nudę, co nawet jeśli nie pozostawia również wiele do dopowiedzenia.

2016

9. Manchester by the Sea

reż. Kenneth Lonergan

Prosta życiowa historia, ale znakomicie poprowadzona, przedstawiona i zagrana, choć ze względu na realistyczne podejście twórców do amerykańskiej codzienności trudna do jednoznacznego nagrodzenia owacjami na stojąco. Wzmocniona obrazami wzburzonego zimowego morza i przejmującą muzyką Haendla.

2016

8. Elle

reż. Paul Verhoeven

Dziwna, niejednoznaczna historia życia kobiety. Drobiazgowo napisana i zrealizowana, dzięki czemu magnetyzuje, wchodzi w głowę i rodzi liczne pytania. Znakomita rola Isabelle Huppert.

2016

7. Wołyń

reż. Wojtek Smarzowski

Potężne antywojenne wezwanie w klimacie fenomenalnego Idź i patrz Klimowa. Smarzowski jednak metafizykę zastępuje bezpośredniością, która z jednej strony jest jego największym orężem, ale z drugiej przybiera też formę pewnej kotwicy, która trzyma artystyczną stronę filmu na uwięzi. To uniwersalne kino o zbrodniach nienawiści, horrorze wojny i głęboko zakorzenionej irracjonalnej niechęci do drugiego człowieka.

2016

6. The Neon Demon

reż. Nicolas Winding Refn

Nie jestem fanem filmów-teledysków ale zatopiony w synthwave’owym sosie hiperestetyczny Refn potrafi z fabularne nic przekuć na obraz, który zachwyca, szokuje i trzyma w napięciu bez poczucia straconego czasu i post-intelektualnego kreacjonizmu.

2016

5. I, Daniel Blake

Ja, Daniel Blake reż. Ken Loach

Poruszające społecznie zaangażowane kino o bezsilności zwykłego człowieka w starciu z bezdusznym systemem. Loach podchodzi do tematu z empatią, roztropnie rozkładając akcenty — momentami zabawnie, częściej wzruszająco, ale bez zadęcia i żerowania na emocjach.

2016

4. Perfetti sconosciuti

Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie reż. Paolo Genovese

Gdy zaczynałem seans, nie sądziłem, że wybaczę Genovesemu to nieco tandetne, rzemieślnicze wykonanie. Ale chwilę później zupełnie o tym zapomiałem, bo zaczęło się robić najpierw intensywnie, a później już tylko ekstremalnie. Znakomite kino, które wygrywa wszystko prostym, ale błyskotliwym pomysłem, świetnym aktorstwem i koniec końców jednak znakomitą realizacją.

2016

3. Toni Erdmann

reż. Maren Ade

Nie zrozumcie mnie źle — kibicuję reżyserkom, ale (może przez zbyt wiele godzin zmarnowanych na oglądaniu filmów Szumowskiej) zazwyczaj jestem nieufny. Tymczasem Maren Ade udało się stworzyć (na pewnej płaszczyźnie) Wielkie piękno minionego roku. Toni Erdmann idealnie łączy nieocenioną wartość komediową z niepopadającą w tanie moralizatorstwo refleksją na temat współczesnego świata — pomiędzy ojcem a córką, spokojną (nie oszukujmy się, pozornie) emeryturą a korporacyjnym wyścigiem szczurów. Ade skrupulatnie analizuje relacje swoich bohaterem i w szalonym splocie zdarzeń popycha ich ku sobie ku radości widzów.

2016

2. La La Land

reż. Damien Chazelle

Zawrotnej urody kino w stylu starego Hollywood, z przepiękną Emmą Stone i niemniej wcale czarującym Ryanem Goslingiem w rolach głównych, którzy chociaż (a może właśnie dlatego, że) nie są Rodgers i Astaire’m, dzięki pewnym niedoskonałościom i całej masie uroku bez problemu niosą cały film. Fabularnie to prosta historia w stylu american dream, która gdzieś wpół drogi spotyka się z Casablanką i przynajmniej tuzinem innych klasycznych obrazów, muzycznie zaś — eksplodujący feerią barw orkiestrowy jazz w przystępnym, ale nie rozwodnionym wydaniu skutkujący kilkoma najlepszymi musicalowymi numerami ostatniego półwiecza. Filmowe pleasure w amerykańskim wydaniu już dawno nie było mniej guilty.

2016

1. 「海よりもまだ深く」

Po burzy reż. Hirokazu Koreeda

Tym razem Koreeda na tapet bierze rozczarowanie i jak zwykle po mistrzowsku przeplata w tej prostej, bardzo życiowej rodzinnej historii w idealnej proporcji humor i autorefleksję.