Opublikowano

2016: albumy

2016

od lat powstrzymuję się od uogólnień, czy dany rok był lepszy czy gorszy; każdego dnia ukazuje się tyle co najmniej intrygującej muzyki, że nie da się w szerszym kontekście usprawiedliwić sprowadzania jej całej do dwóch przygnębiających zawodów czy tego jednego największego — braku jednoznacznie ulubionego albumu, nieznalezienie krążka, który niczym flagę można by wciągnąć wysoko na maszt z hashtagiem #ja2016; nie ma powodu do rozpaczy, jest jedynie zbyt wiele dobrej muzyki do przesłuchania

2016

40. omar s the best!

tytuł nie kłamie — omar najlepszy (♪ „take ya pik nik”)

2016

39. hamilton leithauser + rostam i had a dream that you were mine

spiritus movens vampire weekend reanimuje wokalistę the walkmen i razem nagrywają pierwszorzędną folkpopową płytę pomiędzy bobem dylanem a sufjanem stevensem (♪ „a 1000 times”)

2016

38. clara iannotta a failed entertainment: works 2009-2014

wbrew tytułowi ianottta potrafi zaintrygować słuchacza bez uciekania się do efekciarstwa (♪ „intent on resurrection — spring or some such thing”)

2016

37. pc music volume 2

pc music potwierdza swój status najbardziej kreatywnego popowego teamu na świecie (♪ „a new family”)

2016

36. ゲスの極み乙女。両成敗

gesu no kiwami otome. potrafi niezręczny dla europejczyków intensywnie gitarowy j-popowy splot gatunkowo-melodyczny przekuć na naprawdę kunsztowne i nieprzytłaczające piosenki; mathrockowy background, zabawy progresywnym jazzem i liczne zawirowania rytmiczno-melodyczne w jakiś magiczny sposób udaje im się zamknąć w przebojowym krążku (♪ 「両成敗でいいじゃない」)

2016

35. wacław zimpel lines

nie mieliśmy nigdy w polsce tradycji post-minimalistycznej, a tymczasem za sprawą wacława zimpela i wydawanych przez instant classic zaprzyjaźnionych projektów lam i lotto w ciągu chwili zyskaliśmy całą scenę — scenę, która niby nie wywraca zastanego porządku zachodniego świata do góry nogami, ale po swojemu go interpretuje, wpisującąc w przejrzyste, świetliste minimalistycznie zapętlone struktury srogą dozę nadwiślańskiej awangardy; yass 2.0, czyżby? (♪ „alupa-pappa”)

2016

34. bwana capsule’s pride

klasyczne cyberpunkowe anime „akira” czy „ghost in the shell” zyskują nowe życie na zatopionym w japońskim retrofuturyzmie lat 90. debiutanckim longplayu bwany pędzącym po trasie tokio-berlin-londyn, myląc sample shakuhachi, trapowe cykady, progresywne synthowe motywy à la ymo i techniczne bity (♪ „the capsule’s pride (bikes)”)

2016

33. weezer white album

przeżywający od połowy lat 90. kryzys twórczy za kryzysem twórczym altrockmeni z weezer chwytają za rogi kryzys wieku średniego, nagrywając płytę może i odrobinę infantylną, ale wypełnioną niezobowiązującymi słonecznymi melodiami, za które pokochaliśmy ich w 94 (♪ „(girl we got a) good thing”)

2016

32. cobalt slow forever

po siedmiu latach przerwy i zmianie wokalisty blackmetalowy duet dorzuca do definiującej ich mieszanki znacznie więcej świdrującego atmosferycznego sludge’u w stylu neurosis i odrobinę melodyjnego hardcore’owego punku, co nie tylko redefiniuje brzmienie grupy, ale wpisuje ją w ramy szeroko rozumianego post-hardcore’u (♪ „elephant graveyard”)

2016

31. bigbang made

edm-owy k-pop z obozu big bang poza trudnym do zakwestionowania solidnie wyprodukowanym „tu i teraz” kryje w sobie także nieodpartą dozę ponadpokoleniowej melancholii charakteryzującej największe osiągnięcia muzyki popularnej (♪ 《우리 사랑하지 말아요》)

2016

30. maren morris hero

maren morris jest bezczelna i błyskotliwa, ale na hero na wyważa żadnych drzwi — wchodzi przez niedomknięte okno i nagrywa bezsprzecznie najprzyjemniejszy w tym roku miks mejstrimowego country popu i szeroko pojętego aor (♪ „rich”)

2016

29. jefre cantu-ledesma in summer

podobnie jak lata temu u fennesza, tak i u cantu-ledesmy lato przybiera postać zniekształconego, nieco wyblakłego, ale wciąż momentami migoczącego wielobarwnie wspomnienia; korzysta tylko z innych środków, jako trzon obierając ambientowy szum okalający mniej lub bardziej sielskie wizje świata, który nie tyle jest żywy w naszych wspomnieniach, co na naszych oczach, chwila po chwili bardziej i bardziej kurczy się i płowieje; in summer to odarty z wyobrażonej ornamentacji obraz utęsknionego odległego świata (♪ „blue nudes (i-iv)”)

2016

28. weyes blood front row seat to earth

gdzieś między klasycznym indie popem, oniryczną psychodelią a tradycjami kameralnego folku jest jeszcze miejsce na klasycznie zaaranżowany na głos, gitarę akustyczną i smyczki szczery prostolinijny songwriting; płyta, której w tym roku nie nagrała julia holter, a którą zawsze chciała nagrać enya (♪ „do you need my love”)

2016

27. benjamin biolay palermo hollywood

po kilku potknięciach biolay wraca do pierwszej ligi nouvelle chanson française; palermo hollywood to wyraz jego wieloletniej fascynacji kulturą latynoską, płyta-pociąg relacji paryż-madryt-lizbona-rzym, zręczne połączenie melancholijnego kameralnego popu z alternatywnym zacięciem, wielości śródziemnomorskich inspiracji (choć bardziej w sferze brzmienia niż melodyki) z charakterystyczną melorecytacją w duchu serge’a gainsbourga; tym samym biolay nagrywa swoje najlepsze piosenki od lat, intrygując i zajmując słuchacza po raz pierwszy od czasu niezapomnianego la superbe sprzed siedmiu lat (♪ „miss miss”)

2016

26. charli xcx vroom vroom

charli xcx ze swoją wizją trashypopu doskonale wpisuje się w wizję większą, ale równie ordynarną i bezpardonową — bubblegum bass; nic więc dziwnego, że po rewelacyjnym zeszłorocznym remiksie „doing it” a. g. cooka w tym roku z piosenkarką zaprzyjaźnił się sophie; na vroom vroom nie ma miejsca na subtelność i dobry smak; jest 12-minutowy spektakularny pokaz fajerwerków ze strukturami melodyczno-rytmicznymi wyciągniętymi z najpodlejszych k-popowych maksisingli (♪ „secret (shh)”)

2016

25. niechęć niechęć

niechęć nie tylko rozpoczęła od końca, ale pokazała, że można z powodzeniem zmienić go w znakomity nowy początek; przy trwających niemal trzy kwadranse ośmiu premierowych kompozycjach nie ma miejsca na zwodzenie, lanie wody czy owijanie w bawełnę — choć muzycy grupy mylenie tropów mają opanowane do perfekcji, dawno w polskim jazzie nie mieliśmy tak wyrazistych, a jednocześnie nietuzinkowo i pieczołowicie zaaranżowanych tematów; i nawet jeśli na nowym krążku da się bez trudu odnaleźć wspólny mianownik z debiutancką śmiercią w miękkim futerku sprzed czterech lat, to przez ten czas usunięto z niego znaczną niewymierność. nową niechęć ktoś niechętny nazwać mógłby kompromisową, ale słowami dużo lepiej podsumowującymi zaistniałą sytuację są: wyważona, harmonijna, klimatyczna i dojrzała (♪ „krew”)

2016

24. henry threadgill’s ensemble double up old locks and irregular verbs

zeszłoroczny laureat muzycznego pulitzera, słusznego już wieku jazzowy kompozytor (a także saksofonista i flecista) henry threadgill nabiera wiatru w żagle i pisze jazzowe epitafium dla zmarłego przyjaciela; zbiera septet doborowych instrumentalistów (w tym dwóch pianistów — jasona morana i davida virellesa), tym razem sam nie gra i nie tyle dyryguje, co odmienia jazz przez wszystkie czasy i przypadki, sprawuje artystyczną pieczę nad swoim jazzowym dziedzictwem, jest mistrzem ceremonii; pogrążone w dążącej do wolnych improwizacji awangardzie czteroczęściowe old locks and irregular verbs może płoszyć poplątaną formą, ale ujmuje detalami (♪ „part 4”)

2016

23. solange a seat at the table

solange nagrywa longplay z krwi i kości dbający jednakowo o szczegół i ogół — wszystko dzięki przemyślanej wizji i zmaterializowanemu dopiero teraz, ale wypracowywanemu latami brzmieniu plasującemu się pomiędzy sophistipopowym anturażem king, jazzującym ekscentryzmem wczesnych płyt eryki badu a delikatną aurą niezapomnianej minnie ripperton; to płyta nagrana w tradycji neo-soulu, ale jednocześnie wyraźnie korespondująca z charakterystycznym synthfunkowym brzmieniem, które solange wypracowała przed czterema laty z devem hynesem na kultowym już true; tym razem nad całością czuwał weteran soulu raphael saadiq i być może to właśnie jego zasługą jest klasyczny vibe bijący od a seat at the table, dzięki któremu krążek już w chwili premiery można było uczciwie położyć na półce w towarzystwie neo-soulowej klasyki (♪ „cranes in the sky”)

2016

22. equiknoxx bird sound power

w 2016 duet equiknoxx przywrócił do życia digital dancehall, który w ich ujęciu zyskał dziwaczną minimalistyczną ghettohouse’ową oprawę wpisaną w ramy dojmujących, ale luźno rozstawionych bitów wygradzanych ptasimi samplami (♪ „the link”)

2016

21. idris ackamoor ☥ the pyramids we be all africans

krótka historia afrykańskiego jazzu łącząca stricte amerykański, ale wywodzący się z afrykańskich tradycji spiritual jazz, elementy fusion, subtelne, ale nieskrępowanie wykorzystanie elektroniki i elementy szeroko rozumianych folkowych zaśpiewów; choć na płycie prym wiedzie przede wszystkim plemienna rytmika, nie brakuje prostych, ale pieczołowicie zaaranżowanych i rozwijanych instrumentalnie tematów i melodii; to radosny, wielobarwny, niezobowiązujący, a jednocześnie błyskotliwy hołd dla czarnego lądu, z którego, zgodnie zresztą z tytułem płyty, wszyscy przecież się wywodzimy (♪ „silent days”)

2016

20. masayoshi fujita & jan jelinek schaum

aktywny chillout dla znerwicowanych natręctwami codzienności; muzyka, która żyje, mówi, komunikuje, opowiada przeróżne historie — świergocze, brzęczy, bulgocze, kipi, pryska, szczęka, mruczy, świszczy, charczy, miauczy, a jednocześnie można się przy niej zwinąć w kłębek (♪ „parades”)

2016

19. young thug jeffery

wizjoner trap rapu decyduje się wreszcie na wypuszczenie bliższej oficjalnemu longplayowi formy; wywołując z nazwiska szereg swoich idoli, z mlasków, okrzyków i porwanych półrefrenów buduje fantastyczny krążek w tradycji post-minimalistycznego hip hopu (♪ „kanye west”)

2016

18. king we are king

zręcznie i kreatywnie wykorzystuje potencjał klasycznego quiet stormu i brzmi zupełnie tak, jak gdyby zebrać najlepsze pościelówy z całej kariery janet jackson — od „funny how time flies” po „no sleeep” — i z fenomenalnym wyczuciem zrobić z nich koncepcyjną płytę; uwodzicielskie wokale dziewcząt znakomicie spleciono tu w całość z kojącymi, syntezatorowymi, ale jednak organicznie brzmiącymi aranżami pod inkrustowaną srebrzyście tlącymi się gwiazdami niebieską kopułą nieśpiesznej i na wpół wyśnionej przeprawy po nieboskłonie o czwartej nad ranem — przeprawy, która nieuchronnie ciągnie słuchacza w kierunku sypialni; mimo wszechobecnego oniryzmu niewątpliwie wiodącego tutaj prym, trudno zmrużyć oko, gdy za wielowarstwowymi wokalami i artystycznie przymgloną produkcją ukryte są perfekcyjnie przebojowe popowe melodie (♪ „carry on”)

2016

17. valerio tricoli clonic earth

chaos, kosmos, ulotność, dyspersja — valerio tricoli we wspaniałym stylu kontynuuje dobitnie zaakcentowany przed dwoma laty na miseri lares rozbiór logiczny świata przy pomocy upiornych elektroakustycznych pejzaży; w rolach głównych znów taśma, analogowe sample, fragmenty przetworzonego głosu ludzkiego; tricoli hołduje nieznanemu, obchodzi je ostrożnie dookoła, stawia szereg dźwiękowych znaków zapytania, błyskawicznie przechodząc dalej, którymś z nieskończoności kanałów percepcji łączących składowe wszechrzeczy do kolejnej nie mniej abstrakcyjnej zagadki (♪ „stromkirche or terminale”)

2016

16. mark ernestus’ ndagga rhythm force yermande

w pół drogi między dakarem a berlinem; klasyczny mbalax wpisany w dubową rytmikę pod okiem marka ernestusa; organiczne bębny z jednej strony przywodzą na myśl plemienne ceremoniały, z drugiej w połączeniu afro-house’owym podejściem do brzmienia doskonale wpisują się w pejzaż współczesnego techno (♪ „jigeen”)

2016

15. d.r.a.m. big baby d.r.a.m.

według eryki badu gdyby george clinton, ol’ dirty bastard i d’angelo mieli dziecko, to nazywałoby się d.r.a.m.; trudno zaprzeczyć — koleś z naturalną lekkością tworzy pierwszorzędny neo-soul na trapowych bitach czy też trap rap z neo-soulowymi zwrotkami — zwał jak zwał; łączenie nowoczesnego hip hopu ze śpiewanymi refrenami przychodzi mu łatwiej niż westowi, chance’owi the rapperowi i fetty’emu wapowi razem wziętym; bez pomocy autotune’a syntezuje od lat dążące do połączenia totalnego rap i r&b (♪ „cash machine”)

2016

14. palmistry pagan

palmistry ma na siebie pomysł, jakiego nie ma w branży nikt inny i potrafi skutecznie wprowadzić go w życie; z wyczuciem i lekkością przepisuje tropikalne wspomnienia lata 2005 (gdy na wakacyjnych playlistach królowały dancehall i reggaeton) na współczesny język minimalistycznego alternatywnego r&b; charakterystyczna południowa rytmika przepuszczona przez bubblegumbassowy filtr i subtelnie przeciągnięta noworomantycznymi syntezatorami wraz z pozostającym w centralnym punkcie kojącym wokalem uderza intymnością i kameralnością; gdzieś między słonecznym kingston, onirycznym toronto, basowym londynem, na skraju lat 80. (♪ „lifted”)

2016

13. charles barabé cicatrices

figlarne dziecko muzyki konkretnej spędzające wesołe dni swego dzieciństwa między szeroko rozpostartą na starym poddaszu siecią dawnej tajemnicy a wysoko zawieszoną gałęzią pobliskiej wierzby; tym razem barabé usiłuje pojmać i wpleść w bieg swojej długogrającej kasety całą historię muzyki; chwyta ją oczywiście za rogi, z typową dla siebie finezją składając odległe od siebie światy i stylistyki w fantazyjny kolaż dźwiękowy; to bardziej muzyczne odkrytki, psychodeliczna przejażdżka przez czasy, stany i style, nieporównywalnie mniej autorska niż podobna koncepcyjnie karuzela corneliusa z 1998 roku, choć równie angażująca i kompletna (♪ „cicatrices a”)

2016

12. sturgill simpson a sailor’s guide to earth

sturgill simpson wyprowadza współczesne country ze ślepego zaułka do cna odsączonej z kolorytu prostolinijności służącej przez lata za gwarant sukcesu, włączając w spektrum gatunkowe progresywne instrumentarium rezolutnie ochrzczone nutką psychodelii; tworzy koherentną tematycznie i brzmieniowo narrację, swoisty przewodnik dla marynarza-żółtodzioba na życiową przeprawę przez targane rozmaitymi sztormami wody (♪ „breakers roar”)

2016

11. marie davidson adieux au dancefloor

liryczne pożegnanie z parkietem; wśród wykorzystanych środków: zjawiskowe połączenie melodyjnego minimalistycznego synthpopu z najprawdziwszym techno, tym samym, o którym nasze dzieci będą uczyć się na lekcjach muzyki (♪ „adieu au dancefloor”)

2016

10. nik bärtsch’s mobile continuum

elegancki, odrobinę powściągliwy, ale nie zachowawczy czy mechaniczny — mobile, kwartet jazzowy szwajcarskiego pianisty nika bärtscha zespojony z klasycznym kwartetem smyczkowym, z powodzeniem łączy kameralny jazz z duchem muzyki mortona feldmana (w ujęciu, należy zastrzec, maksymalistycznym) i europejską tradycją awangardową (♪ „modul 29_14”)

2016

9. graham lambkin community

pierwsza solowa płyta brytyjskiego elektroakustyka od czasu znakomitego amateur doubles z 2011 roku rozszerza kocept karaoke concrète w hondzie civic o tytułową społeczność — ludzi i ich przeplatające się tu i teraz życiorysy; graham eksploruje codzienność, wyławiając na wierzch drzemiącą w niej metafizykę (♪ „spectrums”)

2016

8. powell sport

na wypatrywanym od dawna debiutanckim longplayu powell miesza punk i elektronikę sposób w równie surrealistyczny, ale i równie elokwentny, jak przed laty robiło to devo; industrialne techno i syntezatorowy punk nie układają się ze sobą naturalnie, oba powell musiał plastycznie odkształcić, zwłaszcza jeśli z tyłu głowy nowave’owym gitarowym samplom, noise’owym przesterom i 8-bitowym balonowym blipom ma towarzyszyć formuła popowej piosenki; rezultat angażuje i onieśmiela syntetycznym podejściem do muzyki sensu largo (♪ „frankie”)

2016

7. bombino azel

jeśli blues rock ma jeszcze jakąkolwiek przyszłość to już chyba tylko w ujęciu nigeryjskiego gitarzysty — bombino, który dopisuje kolejny współczesny klasyk do kanonu północnoafrykańskiego pustynnego bluesa tishoumaren (spopularyzowanego m.in. przez tinariwen); jego melodie są przy tym niespotykanie ożywcze i radosne, a riffy — jednocześnie niebanalne, prostolinijne i nieprzyzwoicie przebojowe (♪ „akhar zaman”)

2016

6. beyoncé lemonade

najciekawszy jak dotąd longplay beyoncé, gdzie piosenkarka wreszcie w pełni wychodzi poza ramy, w które oprawili ją połowicznie słuchacze i media, a w drugiej części ona sama; dominantą wciąż pozostaje pierwszoligowy pop — bez diane warren na pokładzie, ale z gamechangerami — jackiem white’em i kendrickiem lamarem, którzy stymulują jedne z najbardziej organicznie zaaranżowanych kompozycji w karierze piosenkarki; niezależnie od przyjętej konwencji beyoncé wypada nie tylko wyraziście, ale i wiarygodnie — jest strojna, ale nie przebrana; główną siłą lemonade jest jednak doskonałe zrozumienie i opanowanie odwiecznych rock & rollowowych praw — umiejętności przełożenia własnych doświadczeń na muzykę i współdzielenia ich z słuchaczami, metodycznego operowania elementem zaskoczenia czy wreszcie muzycznej i tematycznej adekwatności; to efekt świadomej, koherentnej i jak najbardziej konsekwentnej autokreacji — wielowymiarowy fenomen, nieoczekiwane magnum opus królowej współczesnego r&b (♪ „hold up”)

2016

5. matmos ultimate care ii

niewiele było w muzyce w tym roku rzeczy i koncepcyjnie, i wrażeniowo fajniejszych niż matmosowa elektronika grana na nadgryzionej pralce; duet w procesie produkcyjnym swojego tegorocznego krążka użył wyłącznie samplowanych odgłosów własnej maszyny piorącej i wyszedł na tym bardziej składnie niż po raz kolejny łamiące sobie zęby na glitchowym idm-ie autechre; ultimate care ii jest z kolei urzeczywistnieniem włosko-radzieckiej idei futuryzmu w muzyce, który nareszcie wypełzł z muzealnych sal, by rzucić się w wir budowy lepszego, czystego brzmienia (♪ „excerpt nine”)

2016

4. frank ocean blonde

na blonde frank ocean napisał się zupełnie od nowa, serwując słuchaczom nieprzewidywalną godzinną podróż z nurtem własnego strumienia świadomości — nawet bardziej intymną i kameralną niż channel orange — trochę na wzór płyt elliotta smitha, choć rzecz jasna przy wykorzystaniu zupełnie innych środków; tym samym ocean po raz kolejny wprowadza r&b na inny poziom — z wielu pozornie chaotycznych półpiosenek i interludiów buduje wstrząsający psychotyczny trip; ocean mógłby co prawda pisać piękne klasyczne, bezpośrednie r&b, ale z jakiegoś powodu nie chce lub nie potrafi. w tym nagięciu schematu, groteskowym wykrzywieniu subtelnie przecież zaaranżowanych melodii, upstrzeniu ich rozlicznymi ozdobnikami, odtworzeniu kreatywnego i życiowego sztormu tkwi największa siła blonde — paradoksalna, to prawda, ale ujmująca skrytą w głębi niewinnością, może nawet bezradnością wobec nawet nie tyle przytłaczającego świata zewnętrznego, co siebie samego (♪ „ivy”)

2016

3. karl blau introducing karl blau

ex-indierockowiec po kilku latach przerwy wraca w kowbojskim kapeluszu otulony tradycyjnym country’owym anturażem, czerpiąc jednako z najlepszych tradycji kojącego nashville sound przełomu lat 60. i 70. — nagrań takich artystów jak glen campbell czy charlie rich, jak i alternatywnej odsłony gatunku wyrosłej z dojrzałego podejścia do południowego rocka w latach 90.; znakomity songwriting słusznie pożycza od tuzów country, czyniąc cudze piosenki swoimi własnymi (klasyczna ballada linka wraya „fallin’ rain” z 1971 przeobrażona została w niemal 10-minutowego giganta country soulu zaaranżowanego kameralnie na wzór klasycznych kompozycji lambchop, a kanoniczne „if i needed you” townesa van zandta zachowało sielską melancholię oryginału bez popadania w martyrologiczną imitację); całość przenikliwie wyprodukowana przez tucker martine’a odpowiedzialnego też za tegoroczny projekt case/lang/veirs (♪ „fallin’ rain”)

2016

2. danny brown atrocity exhibition

trudno to ująć lepiej niż kamillo w swojej doskonałej recenzji, więc wybaczcie, nie będę próbował, zacytuję: „[brown] zaprojektował nowy wymiar hiphopowego eksperymentu pchniętego w nieznane gitarową energią i elektronicznym kwasem (…) takiej płyty po prostu jeszcze nie było” (♪ „dance in the water”)

2016

1. noname telefone

noname zaskakuje, hipnotyzuje i porywa, korzystając w dużej mierze z rozwiązań, które nowoczesny hip hop zdawał się zupełnie już spisać na straty; szczerość, elokwencja, ale i pewna pozwalająca na oddech prostolinijność ze slamowym rodowodem to przymioty zarówno samej raperki, jak i towarzyszącej jej zatopionej w pierwszorzędnym, ale nigdy nie nachalnym jazzie i neo-soulu produkcji; niesamowicie ożywcza, wrażliwa i uduchowiona, ale z gruntu jednak hiphopowa płyta — trochę jakby erykah badu 15 lat temu chwyciła za mikrofon i postanowiła w przypływie chwili nagrać klasyczny rapowy krążek (♪ „reality check”)

całość do odsłuchu na spotify z wyjątkiem niedostępnych w serwisie pozycji (6, 9, 10, 13, 22, 24, 34, 36, 38 i 40) do odsłuchania na własną rękę

Opublikowano

2016: piosenki

2016

zupełnie jak w poprzednich latach, tak i teraz dzielę się listą kilku lepszych numerów mijającego roku; z góry przepraszam za brak polotu; ten w ostatnim czasie (a może i w ogóle) okazuje się w moim ekosystemie dobrem co najmniej deficytowym

25. Benjamin Biolay, „Miss Miss”
24. Angel Olsen, „Shut Up Kiss Me”
23. Usher, „Bump”
22. Nao, „Fool to Love”
21. Boys Noize x Health x Empress Of, „Stonefist RMX”

20. Karl Blau, „Fallin’ Rain”
19. PJ Morton, „Sticking to My Guns”
18. Sleaford Mods, „I Can Tell”
17. 4Minute, „No Love”
16. Powell feat. Frankie, „Frankie”

15. Kanye West feat. Chance the Rapper, Kirk Franklin, Kelly Price & The-Dream, „Ultralight Beam”
14. Weyes Blood, „Do You Need My Love”
13. Palmistry, „Club Aso”
12. The Jayhawks, „Quiet Corners & Empty Spaces”
11. Rihanna, „Kiss It Better”

2016

10. Lambchop, „The Hustle”

lambchop odstawiają smyczki i gitary, by w konwencję kameralnego popu wpleść minimalistyczne syntezatory, które pewnie zaintrygowałyby philipa glassa; na pierwszy singiel z tegorocznej płyty wybierają przewrotnie 18-minutowe „the hustle”, które w zupełności broni swojego ponadplanowego rozmiaru dzięki błyskotliwemu zestawieniu enigmatycznego wokalu kurta wagnera z żywą, ale mechanicznie ewoluującą muzyczną materią złożoną z wielu pozornie nieprzystających do siebie elementów

2016

9. GFOTY, „Poison”

po niezapomnianym „i don’t wanna do it”/”let’s do it” sprzed dwóch lat gfoty kontynuuje zabawę w zniekształcanie brzmienia i rytmiki; tym razem odważniej sięga po gitary, mieszając je z glitchowymi wokalami i szalonym electroclashowym bitem; całość brzmi, jakby sophie produkował atari teenage riot

2016

8. Justice, „Randy”

justice pożyczają nieskrępowanej przebojowości od daft punk i chemical brothers, by przy użyciu kilku sygnaturowych trików i z pomocą rocknrollowego falsetu morgana phalena z diamond nights wykroić jeden z najbardziej chwytliwych refrenów tego roku i własnej dyskografii

2016

7. Dirty Projectors, „Keep Your Name”

wielu próbuje, ale jak dotą niewielu poza dirty projectors udało się z powodzeniem opleść postpopową stylizacją prawdziwie szczery ładunek emocjonalny; w „keep your name” serwują porządną dawkę pierwszorzędnej melodramy, używając niezwykle kreatywnej palety pitchowo-glitchowych efektów pożyczonych od franka oceana

2016

6. Brandy Clark, „Big Day in a Small Town”

clark od lat jest w ścisłej czołówce songwriterów z nashville; w „big day in a small town” robi to, co wychodzi jej najlepiej — w niespełna czterominutowej piosence zamyka kompletny storytelling spuentowany przebojową kulminacją w postaci elokwentnego refrenu; jak zwykle w najlepszych piosenkach clark i tu towarzyszy jej dawka przewrotnego humoru

2016

5. Beyoncé, „Formation”

nie ma „crazy in love” — nadmierne przywiązanie do melodyjnej beyoncé śpiewającej popowe refreny może wywoływać nagłe ataki paniki, a nawet poważne załamanie osobowości; queen bee jest od teraz królową trapowej melorecytacji, z kijem bejsbolowym w dłoni, grillem na ustach, w sukience givenchy, w tonącym cadillacu, w jej najlepszym singlu od lat

2016

4. Danny Brown, „Ain’t It Funny”

uważajcie na tego typa; nie tylko nawija jak opętany na motorycznie pędzącym, schizofrenicznie pulsującym bicie, ale jest patologicznym śmieszkiem — bardziej w stylu jokera niż jimmy’ego fallona; nie rozstawia innych raperów po kątach, nie musi — znają swoje miejsce

2016

3. Perfume, „Cosmic Explorer”

tytułowe nagranie z tegorocznego krążka perfume to prawdziwy zawodnik wagi ciężkiej — nakacie udało się wyczarować jeden z najlepszych numerów w dyskografii tria, wart wielokrotnie więcej niż pozostałe nagrania na płycie razem wzięte; to subtelne wokalnie, przesiąknięte duchem robotycznego technopopu lat 80. gęste synthwave’owe midtempo spod znaku kraftwerka i yellow magic orchestra o sile rasowego popowego przeboju

2016

2. Beyoncé, „Hold Up”

miłosny manifest i definicja muzyki pop a.d. 2016 — beyoncé reinterpretuje klasyczne „can’t get used to loving you” andy’ego williamsa, nadając najbardziej niezobowiązującemu bitowi lat 60. zupełnie nową twarz; łączy szyk klasycznego popu z trapowym zacięciem i południowym vibe’m w idealnej proporcji; jest jednocześnie ettą james i gucci’m mane’m — ponadczasowa i piekielnie adekwatna zarazem

2016

1. Young Thug & Travis Scott feat. Quavo, „Pick Up the Phone”

serenada ery internetu zbudowana na opartym na chillującym steelbandowym motywie bicie z zadziwiająco zręcznymi wielowarstwowymi vocoderowymi chórkami; narkotyczna spowiedź wyłuskująca spod samczej skorupy prawdziwe uczucia i intencje zwieńczona hipnotyzującym podwójnym refrenem, który z bezpardonową lekkością zawstydza cały mainstreamowy pop a.d. 2016

poniżej rozszerzona wersja zestawienia w wersji co by było, gdyby nie beyoncé via spotify

Opublikowano

Upiorny twist

twist-600x400

Nie wybieram się dzisiaj co prawda w tournee po okolicy, by dręczyć niczemu winnych ludzi prośbami o cukierki, ale myślę, że nie pogardzę seansem jakiegoś prawdziwie upiornego filmu. By jednak wcześniej wprawić się w nastrój, na łamach Soulbowl.pl przygotowałem odpowiednio upiorną muzyczną selekcję w kształcie 10 hajlatów i 30 wcale nie gorszych niehajlajtów.


10. G-Eazy featuring Jeremih, „Saw It Coming”

„Ghostbusters” Raya Parkera Jra nie da się niczym zastąpić, więc nazywanie „Saw It Coming” promującego tegoroczny remake Pogromców duchów następcą legendarnego motywu byłoby srogim nadużyciem. Nie zmienia to jednak faktu, że „Saw It Coming” to kawałek solidnego radiowego popu z obłędnym refrenem Jeremiha mocno nawiązującym do R&B w stylu późnego Michaela Jacksona. Na pytanie „Who you gonna call?” G-Eazy i Jermih odpowiadają „I bet you never saw it coming” — i rzeczywiście mają rację.

*

9. Gnarls Barkley, „The Boogie Monster”

Aloe Blacc ma dolara w kieszeni, a Cee Lo Green — potwora w szafie, przynajmniej jeśli wierzyć deklaracjom z refrenów ich piosenek. Danger Mouse od zawsze lubował się w serwowaniu mrocznych motywów w gęstych aranżach — z jednej strony mocno osadzonych na hip-hopowych fundamentach, z drugiej zaś bezsprzecznie czerpiących z upiornego twistu lat 60. Jednym z kulminacyjnych momentów tego chwytliwego stylu był wydany w 2006 roku krążek St. Elsewhere, na którym wespół z Cee Lo z retrosoulu i oldschoolowego funku wyczarowali prawdziwie diaboliczne muzyczne przedstawienie.

*

8. Gorillaz featuring Del the Funky Homosapien, „Clint Eastwood”

Czy tylko ja nigdy nie wierzyłem Damonowi Albarnowi śpiewającemu w „Clint Eastwood” apatycznym głosem, że jest szczęśliwy i ma torbę pełną promieni słonecznych? Moją niepewność potęgował przeraźliwy syntezatorowy motyw wybijający się raz po raz ponad klasyczny triphopowy bit. Sytuacji nie poprawiał też Del the Funky Homosapien, który charyzmatycznymi (czyt. demonicznymi w nieco kreskówkowy sposób) zwrotkami doskonale dopełnia hipnotyczny refren Albarna.

*

7. Nosowska, „Puk puk”

Jeśli sądziliście, że w polskiej muzyce nie mieliśmy swoich własnych upiornych momentów, to najwyższy czas zweryfikować ten pogląd. Tytułowy utwór z wydanego przed 20-ma laty triphopowego debiutu Kasi Nosowskiej mógłby służyć za model, jak zręcznie budować grozę w muzyce pop. Mamy plemiennie pulsujący bit, wiatr wygwizdujący na skraju fałszu straszliwą melodię i opartą na na pomyśle z filmu Dzieco Rosemary porażającą kołysankę. Atmosfery horroru dopełniają szczere wyznania Nosowskiej, która nie ukrywa tego, że jest przerażona i nie zawaha się wciągnąć słuchacza do swego pogrążonego w mroku świata.

*

6. OutKast featuring Killer Mike, „Bust”

W dyskografii OutKast można by co prawda znaleźć kilka utworów bardziej bezpośrednio tekstowo nawiązujących do Halloween — z humorystycznie traktującym o problemach matrymonialnych najsłynniejszego wampira w historii „Dracula’s Wedding” na czele. Ze świecą szukać natomiast piosenki dorównującej „Bust” z wydanego w 2003 roku Speakerboxxx/The Love Below szeroko pojętą upiornością na poziomie aranżacji. Zanim na dobre zrywa się potworna nawałnica Big Boi ostrzega, że siódma pieczęć właśnie została zerwana, a duchy i gobliny błądzą wolno po Ziemi. Część z nich zaangażował zresztą najpewniej do majakowego chóru przyprawiającego żywych o dreszcze przez cały burzliwy przebieg utworu.

*

5. Screamin’ Jay Hawkins, „I Put a Spell on You”

VooDoo D’Angelo może i czarowało słuchaczy, ale z prawdziwym voodoo miało niewątpliwie niewiele wspólnego. W tym kontekście dużo większą moc mają zaklęcia rzucane przez Jaya Hawkinsa w klasycznym „I Put a Spell on You”, które doczekało się bezliku coverów i do dziś pozostaje adekwatnym elementem zachodniej popkultury. Żadna z reinterpretacji nie dorównywała jednak ekspresją wydanemu w listopadzie 1956 roku oryginałowi. Ta niesławna bluesowa ballada zapewniła nieznanemu wcześniej szerszej publiczności Hawkinsowi nieśmiertelność i dołożyła swoje trzy grosze do mojej upiornej plejlisty.

*

4. Nick Cave & The Bad Seeds, „Red Right Hand”

Także Nick Cave zbudował jeden ze swoich gotyckich przebojów na bazie upiornego twistu i złowrogo dmiącego w tle wiatru. Pierwotnie wydane w 1994 roku na płycie Let Love In „Red Right Hand” dwa lata później nie bez powodu zostało wybrane jako temat sagi filmowej Krzyk. Cave jednak nie krzyczy — jako narrator oszczędnie dozuje emocje w historii, która bierze swój tytuł z poematu łączonego niegdyś z satanizmem Johna Miltona, ale rozwija się co najmniej jak opowiadanie Stephena Kinga.

*

3. The Weeknd, „House of Balloons”/”Glass Table Girls”

„House of Balloons”/”Glass Table Girls” podwójny hajlajt z debiutanckiego mikstejpu The Weeknd brzmi może bardziej jak bliskie spotkanie trzeciego stopnia z istotami pozaziemskimi, aniżeli z wesołym diabłem, ale bardzo trudno odmówić mu przepełnionego ciemną materią gęstego klimatu, kóry można by ciąć nożem. Po części dlatego, że muzyk pożyczył potwornie przebojowy refren od Siouxsie & The Banshees, ale także dzięki wkładowi własnemu — okalającym melodię mrocznym syntezatorom i zdumiewająco przestrzennej produkcji.

*

2. Run the Jewels, „Oh My Darling Don’t Meow (Just Blaze Remix)”

Po zeszłorocznej premierze kociego arcydzieła nic nie będzie już takie samo. Nie duchy, wampiry czy zombie, a koty stoją za mrocznym i psychotycznym brzmieniem Meow the Jewels. Kocia paranoja jest zresztą ewidentnym lajtmotiwem hitowego „Oh My Darling Don’t Meow” w znakomitym remiksie Just Blaze’a, który dzięki zaprzęgnięciu w bit hipnotycznych kocich sampli wykreował klimat grozy niczym nieustępujący „Thrillerowi” Michaela Jacksona.

*

1. Michael Jackson, „Thriller”

Nastoletnie uwielbienie klasycznego kina grozy, fascynacja nieprzeniknionymi, strasznymi, tajemniczymi historiami to punkt wyjścia do koncepcyjnego przeboju Michaela Jacksona — być może najbardziej utytułowanej okołohalloweenowej piosenki w historii muzyki popularnej. Jackson z Rodem Tempertonem zawarli w niej bowiem typową dla amerykańskich slasherów naiwność, a ejtisowe syntezatory połączone z galerią klasycznych dźwiękowych efektów — od wyjącego psa po skrzypiące drzwi — dodały do utworu odrobinę nieodzownego w tym wypadku kiczu. Całości dopełnił niezastąpiony mistrz horroru Vincent Price w roli narratora, którego głos przyprawiać może o ciarki. Panie, panowie, prawdziwy thriller!


Opublikowano

Koniec lata

Koniec lata

Joaquín Sorolla y Bastida, Południe na plaży Walencji

Myślę, że to zupełnie naturalne, że ludzie nie lubią, gdy kończy się lato. Oto znowu, czasem bez żadnego uprzedzenia, wydziera im się kwiaty z jaśniejących od słońca włosów i odbicie bezchmurnego nieba z przyciemnianych szkieł okularów. Inna sprawa, że sam to rabowanie lata — swoiste poczucie powolnego nieuchronnego nastawania chłodnego świtu po upalnej wyciśniętej do ostatniej kropli soczystej nocy — uwielbiam ponad wszystko. Słodki zapach zbieranej w promieniach porannego słońca kapusty, cebuli i dyni, klucz dzikich gęsi przecinających pomazane jakby naprędce przez pierzaste chmury niebo, moczące korzenie w przydrożnym rowie rosnące nieopodal wciąż jeszcze zielone wierzby, cienka nić pajęcza oplatająca gałęzie jałowca kołyszące się pod podmuchem chłodnego jesiennego wiatru i górujące nad całym tym krajobrazem ogrzewające skórę słońce — być może w tym roku już po raz ostatni. Do drzwi pukają powoli szaruga i słota, na horyzoncie gromadzą się chłód i ciemność tak dojmujące, że za kilka tygodni nikt już nie uwierzy, że wiosna może jeszcze kiedykolwiek nadejść.

Ale cykl nieubłaganie się powtarza, nie zważając na życzenia i przekonania żyjących w nim ludzi. Za rok będziemy o rok starsi, lato — mniej beztroskie, a zima ubierze nas pragmatycznie w za grube kalesony. Mimo wszystko co roku wyczekuję końca lata, by przez tę krótką chwilę, zręcznie wciśniętą między letnim skowronkiem a jesienną melancholią, zapomnieć się na chwilę, otworzyć szerzej oczy i z dziecięcą wręcz fascynacją pochylić nad ulotnością misternej konstrukcji otaczającego nas świata. Jest w tym wszystkim iskierka mistycyzmu, odrobina poezji i słuszna część codziennej prozy. Warto jednak po tę iskierkę zanurkować.

W zamianie prozy w poezję nieodmiennie pomaga muzyka — niekoniecznie dobitnie akcentująca samo fin d’été; raczej podkreślająca ulotność chwili, taka przez którą promienie słońca będą w stanie porozumieć się z wiatrem szalejącym już na podwórzu w tanecznym uścisku ze spadającymi liśćmi. Co roku układam na tę szczególną chwilę specjalną plejlistę — wahającą się w zależności od aury od hałaśliwego The Gun Club, przez smutniejsze momenty sunshine popu, akustyczny folk, aż po Umer śpiewającą Szymborską i cygańskie szanty Caetano Veloso. Poniżej kilka selekcji z obszernej szuflady późne lato / wczesna jesień.

Koniec lata

Vincent van Gogh, Zachód słońca: pola pszenicy w pobliżu Arles

・ Big Star, „September Girls” (1974)

Słodko-gorzkie pożegnanie lata, gdy promienie słońca jeszcze wciąż oślepiają, ale nie potrafią już wysuszyć spływających mimowolnie łez. Niezobowiązujący poprockowy soundtrack zachodzącego po raz kolejny słońca — z butelką piwa w dłoni, do połowy pustą paczką papierosów w kieszeni, niechlujnie wpuszczoną w spodnie koszulą i bezwiednie rozwiązanymi sznurowadłami.

Koniec lata

Gustave Caillebotte, Równina Gennevilliers

・ The Cure, „Boys Don’t Cry” (1979)

Kolejny epizod niekończącej się sagi lato bez happyendu tym razem w roli głównej z Robertem Plantem, który nawet w najbardziej słonecznym numerze w dyskografii The Cure potrafił znaleźć powód do płaczu. I znów słońce powoli ma się ku zachodowi, sznurowadła jedynie cudem nie wkręcają się w łańcuch napędzanego nastoletnim dramatem roweru.

Koniec lata

Henry Moret, Krajobraz z myśliwym i jego psem

・ Taylor Swift, „State of Grace” (2012)

Pokłosie letniej miłości, utrata niewinności, nowy początek — to Taylor Swift w wersji fin de siècle, która wreszcie brzmi tak, jak powinna była zawsze. Zamyka U2 i Katy Perry w lekkim powerpopowym numerze z nutką melancholii i oddechem na refleksję.

Koniec lata

Henri de Toulouse-Lautrec, Młody robotnik

・ The Beach Boys, „All I Wanna Do” (1970)

Chłodna bryza w leniwy upalny dzień, przeglądanie czarno-białych starych zdjęć z wakacji na kolorowym leżaku. Sunshine pop przepuszczony przez taflę psychodelicznego rocka, ostudzony i skondensowany tak, by zawarł się wpół drogi między chillwave’m a czymś w rodzaju proto-shoegaze’u. Nostalgicznie zabrudzona odbitka pamiątkowej fotografii na rewersie opatrzona odręcznym dopiskiem „lato ’69”.

Koniec lata

Vincent van Gogh, Wierzby o zachodzie słońca

・ The Walker Brothers, „The Sun Ain’t Gonna Shine Anymore” (1966)

Dziś jest ostatni słoneczny dzień przed końcem świata. Za rogiem czai się już wieczna zima w każdej chwili gotowa pożreć wszystko, co stanie jej na drodze. Ostatni promień słońca głaszcze twoją skroń. Uśmiechasz się przez łzy.

Koniec lata

Gustave Courbet, Brzeg morski w Palavas

・ Joni Mitchell, „California” (1971)

Muzyczna pocztówka z wakacji od Joni Mitchell, u której gdzieś między urlopem na Lazurowym Wybrzeżu a modelową tęsknotą za domem w słonecznej Kalifornii kryje się widmo wojny i nie mniej archetypiczny w kontekście niekończącego się lata strach przed zimą.

Koniec lata

Vincent van Gogh, Siewca

・ The Jayhawks, „Take Me With You (When You Go)” (1992)

„Day is done, night is returning” — koniec sierpnia, kilkugodzinna podróż powrotna do rzeczywistości po dwóch tygodniach spędzonych na wybrzeżu, snopy siana poukładane równo na mijanych nieświadomie polach, zdające się nie mieć właściwego początku i końca zachodzące słońce na horyzoncie, ostatecznie zalane atramentem nocy, światła wielkich miast.

Koniec lata

Emil Nolde, Niebo i słoneczniki

・ Milton Nascimento & Lô Borges, „Um Girassol da Cor de Seu Cabelo” (1972)

Słoneczny wiatr, rozgwiazdy i słonecznik w kolorze twoich włosów widziane kątem oka przez na wpół nagą koronę stojącego na skraju cmentarzu starego dębu jakby wyznaczającego granicę między światem żywych i umarłych. Milton Nascimento i Lô Borges wyczarowali być może najzręczniejsze połączenie kunsztownego popu z pasażem muzyki współczesnej w historii. Poetyckie, wymowne, nienachalne, zupełnie jak nasz koniec lata.

Koniec lata

Paul Cézanne, Dom wisielca w Auvers

・ Vashti Bunyan, „Which Will” (2013)

Wiosenna Vashti śpiewa jesiennego Nicka Drake’a. Spotykają się wpół drogi — gdzieś między szemrzącym radośnie strumieniem a szkarłatem porwanych przez wiatr klonowych liści. Nie znają się, ale mimo wszystko przez krótką chwilę ich spojrzenia spotykają się, a kąciki ust mimowolnie wznoszą w półuśmiechu.

Koniec lata

Claude Monet, Odbicie chmur w liliowym stawie

・ Fryderyk Chopin, Etiuda fortepianowa „Eolska harfa”

Motyw przewodni — initium i conclusia, prolog i epilog późnego lata. Protoimpresjonistyczna miniatura chwytająca między dotknięcia kolejnych klawiszy fortepianu ostatnie promienie słońca i pierwsze krople deszczu.

Bardziej obszerny szkic mojej plejlisty na koniec lata, w kształcie na jaki pozwoliło Spotify, poniżej.

Opublikowano

Kurtkowo — filmowo

Skoro już zabrałem się za układanie swojego życia (hehe) według porządku arytmetycznego (vide doklejanie tytułów do numerków), postanowiłem iść za ciosem i wybrać kilka filmów, które w jakiś sposób targnęły się na moje życie (hehe²). Kilka z tych obrazów na tę okoliczność obejrzałem ponownie, ale w większości pozwoliłem mej pamięci, z niekłamaną zresztą przyjemnością, nadpsuć na swój własny sposób ich faktyczny wydźwięk i przebieg. Znaleźć tu można i takie przypadki, którym dopiero po czasie, gdy już trochę okrzepło wspomnienie o nich, doprawiłem rozmaite walory. Ja tylko numeruję, mnożenie i dzielenie pozostawiam wam.

40. Suspiria

Odgłosy reż. Dario Argento (Włochy, 1977)
Nie potrafię oprzeć się połączeniu psychodelii, tajemnicy i estetyki z pogranicza kiczu. Chaotyczne przedstawienie i realizacja tej historii jedynie dodają jej blasku!

39. There Will Be Blood

Aż poleje się krew reż. Paul Thomas Anderson (USA, 2007)
Wampiryczna reinterpretacja Obywatela Kane’a zrobiona z kubrickowskim rozmachem. Rewelacyjne role Lewisa i Dano, genialny kompozytorski debiut Greenwooda.

38. The Breakfast Club

Klub winowajców reż. John Hughes (USA, 1985)
Kino dla nastolatków wcale nie musi być stracone. Arcydzieło w swojej kategorii i jeden z najfajniejszych filmów, jakie kiedykolwiek powstały. No i wspaniała Molly Ringwald w jednej z głównych ról.

37. Un condamné à mort s’est échappé ou Le vent souffle où il veut

Ucieczka skazańca reż. Robert Bresson (Francja, 1956)
Skonstruowany z chirurgiczną precyzją, skrupulatny, wręcz medytacyjny, ale niesamowicie realistyczny i gęsty.

36. 山椒大夫

Zarządca Sanshô reż. Kenji Mizoguchi (Japonia, 1954)
Być może najbardziej wzruszający w swojej rozbrajającej prostolinijności film, jaki kiedykolwiek widziałem. Jednocześnie zrobiony jednak z właściwym okolicznościom artyzmem i realizmem.

35. What Ever Happened to Baby Jane?

Co się zdarzyło Baby Jane? reż. Robert Aldrich (USA, 1962)
Hollywood zaczyna rozliczać się ze swoich ofiar. Maniakalny pojedynek prawdziwych rywalek — Bette Davis i Joan Crawford.

34. Siekierezada

reż. Witold Leszczyński (Polska, 1985)
Obejrzany zupełnie przypadkiem, niemal mimochodem, zawartym w sobie ładunkiem emocjonalnym odcisnął na mnie ogromne piętno. Wielowymiarowe doświadczenie emocjonalne.

33. La notte

Noc reż. Michelangelo Antonioni (Francja, Włochy, 1961)
Antonioni po raz kolejny na tropie ludzkiej natury — tym razem w objęciach przesyconej zapachem deszczu mediolańskiej nocy. Poezja wtrącona między prozę.

32. A Charlie Brown Christmas

Święta Charliego Browna reż. Bill Melendez (USA, 1965)
Najpiękniejsza bożonarodzeniowa historia, najczęściej oglądany przeze mnie film. Charlie Brown w poszukiwaniu prawdziwego sensu świąt opatulony ponurym humorem Charlesa M. Schultza i impresjonistycznym jazzem Vince’a Guaraldiego.

31. La maman et la putain

Mama i dziwka reż. Jean Eustache (Francja, 1973)
Jean-Luc Godard skropiony Woody’m Allenem — paryskie życie początku lat 70. z wszelkimi jego przyległościami.

30. To Speak or Not to Speak

Mówić albo nie mówić reż. Raoul Servais (Belgia, 1970)
Dziesięciominutowa animacja w doskonały sposób objaśniająca sposoby funkcjonowania systemu — bez nuty fałszu czy chwili zawahania. Przez 45 lat nie stracił niczego ze swojej aktualności.

29. Rope

Sznur reż. Alfred Hitchcock (USA, 1948)
Bezpośrednio po seansie wzbudził we mnie pewne oburzenie, a nawet odrazę, ale do dziś nie mogę o nim zapomnieć. Hitchcock był nie tylko mistrzem suspensu, ale i retoryki, dzięki czemu w konwencji prostego dramatu teatralnego potrafił wyczarować prawdziwe arcydzieło.

28. ハウス

Dom reż. Nobuhiko Ôbayashi (Japonia, 1977)
Tak się robi kino rozrywkowe! Z rozmachem! Surrealistyczne, kolorowe, kiczowate — jak widać granica między rewelacyjnym a bardzo złym jest niesamowicie cienka.

27. Il deserto dei Tartari

Pustynia Tatarów reż. Valerio Zurlini (Francja, Włochy, RFN, 1976)
Film totalny. Wojna bez ani jednego wystrzału. Gęsta psychologicznie wojna dziejąca się być może naprawdę, a być może w głowach głównych bohaterów.

26. 切腹

Harakiri reż. Masaki Kobayashi (Japonia, 1962)
Perfekcyjnie skalibrowana i przeprowadzona samurajska opowieść skrywająca gorzką odwieczną prawdę o zachowaniach ludzkich. Leje się wino i są igrzyska, ale w co najmniej przewrotny sposób.

25. The Shining

Lśnienie reż. Stanley Kubrick (Wielka Brytania, USA, 1980)
Przez długi czas miałem w zwyczaju powtarzać, że kino skończyło się w 1980, mając w głowie ten film jako ostatnie wielkie dzieło kinematografii. W swoim maniakalnym bezsensie jeden z najbardziej przerażających obrazów, jakie kiedykolwiek oglądałem.

24. La passion de Jeanne d’Arc

Męczeństwo Joanny d’Arc reż. Carl Theodor Dreyer (Francja, 1928)
Trudno znaleźć film bardziej realistyczny i surrealistyczny zarazem. Twarz Falconetti po mistrzowsku wyraża wszystkie niuanse tej pełnej poświęcenia i cierpienia historii, sprawiając, że widz staje się naocznym świadkiem tych wydarzeń. Z kolei reżyseria artystyczna Dreyera rzuca na obraz pewien nierzeczywisty cień, który dodaje całości charakteru i blasku. Arcydzieło kina niemego.

23. 寄生虫の一夜

Nocne pasożyty reż. Yoji Kuri (Japonia, 1972)
Jeden z najbardziej intrygujących i hipnotyzujących filmów, jakie widziałem — surrealistyczny horror senny odstręczający i zachwycający swoją machinalną powierzchownością, pozwalający widzowi zgubić się w przedstawionym świecie, który z każdą minutą staje się coraz bardziej podobny do otaczającej nas rzeczywistości.

22. Սայաթ-Նովա

Barwy granatu reż. Siergiej Paradżanow (ZSRR, 1968)
Życie poety. Film-zagadka — jeden z najpiękniejszych wizualnie obrazów w historii kina, wielobarwny kordonek, którego rozwinięcie to nie lada sztuka. Wizualne i koncepcyjne arcydzieło.

21. They Shoot Horses, Don’t They?

Czyż nie dobija się koni? reż. Sydney Pollack (USA, 1969)
I znów rolach głównych ludzka natura, wino i igrzyska, koło czasów i taniec — tylko życia czy śmierci?

20. Sunset Blvd.

Bulwar Zachodzącego Słońca reż. Billy Wilder (USA, 1950)
Być może nie bez znaczenia były okoliczności, w jakich ten film widziałem — by go obejrzeć w telewizji specjalnie wstałem w środku nocy, a wraz z dramatycznym finałem, przywitał mnie świt. Może także dzięki temu (choć bezsprzecznie dzięki wirtuozerii Wildera i obłędnej próbie aktorskiej Glorii Swanson grającej przecież poniekąd samą siebie) doświadczyłem wówczas kina noir w jego pełnym wymiarze.

19. El ángel exterminador

Anioł zagłady reż. Luis Buñuel (Meksyk, 1962)
Buñuel błyskotliwie i brutalnie rozprawia się z konwenansami. Dochodzi przy tym do sedna ludzkiej natury, wobec której także nie pozostaje dłużny, wykorzystując do tego cały arsenał, jaki daje mu kino.

18. The Last Picture Show

Ostatni seans filmowy reż. Peter Bogdanovitch (USA, 1971)
Obezwładniająca melancholia z Hankiem Williamsem w tle. Generacja nic skazana przez czas i miejsce na beznamiętne dożywocie w samym sercu pustkowia.

17. 12 Angry Men

Dwunastu gniewnych ludzi reż. Sidney Lumet (USA, 1957)
Sześćdziesiąt lat później jest równie mocny i aktualny co w chwili premiery. Kameralne kino zbudowane wokół znakomitej koncepcji i jej pieczołowitej realizacji, działające na wyobraźnię, silnie włączając widza w bieg historii.

16. Kárhozat

Potępienie reż. Béla Tarr (Węgry, 1988)
Tarr jak zwykle wydobywa z prozy codzienności magiczny pierwiastek dzięki niezwykle żywym, choć w istocie ponurym, noirowym zdjęciom i wieloznacznej fabule.

15. 怪談

Kwaidan, czyli opowieści niesamowite reż. Masako Kobayashi (Japonia, 1964)
Niezwykle plastyczna i artystycznie skrojona antologia filmowa — cztery tradycyjne japońskie opowieści o duchach na duży ekran zostały przeniesione przez Kobayashiego po mistrzowsku.

14. Det sjunde inseglet

Siódma pieczęć reż. Ingmar Bergman (Szwecja, 1957)
Bergman przy pomocy prostej, ale jakże trafionej metafory pojedynku szachowego porusza szereg fundamentalnych dla życia ludzkiego zagadnień. Fenomenalny film!

13. Popiół i diament

reż. Andrzej Wajda (Polska, 1958)
Polska szkoła filmowa w najlepszym wydaniu! Wajda ekranizuje prozę Andrzejewskiego, ale zupełnie inaczej rozkłada akcenty. Scena, w której biesiadnicy tańczą niby w transie do kakofonicznego Poloneza As-dur Chopina to być może moja ulubiona scena filmowa w historii kina.

12. La grande bellezza

Wielkie piękno reż. Paolo Sorrentino (Francja, Włochy, 2013)
Czy gdyby Fellini tworzył obecnie, użyłby elektro jako środka artystycznego? Współczesność, jak pokazuje Sorrentino, jest szalenie fascynująca. Prawda o ludziach, życiu i sztuce. Wysokiej i niskiej na równych prawach w nieuniknionych objęciach post-modernizmu.

11. Rear Window

Okno na podwórze reż. Alfred Hitchcock (USA, 1954)
Modelowy przykład magii Hollywood — Okno na podwórze ma wszystko, co powinien mieć doskonały amerykański film — napięcie, zagadkę, humor i wątek miłosny. Hitchcock po raz kolejny robi coś z niczego, a na deser w jednej z głównych ról zjawiskowa Grace Kelly. Tak się robi kino!

10. Ordet

Słowo reż. Carl Theodor Dreyer (Dania, 1955)
Najbardziej budujący i obezwładniający film zarazem. Dreyer mierzy się z przekonaniem, że współcześnie Bóg opuścił ludzi, a życie obecnie niewiele ma wspólnego z tym z czasów biblijnych. Wyczekany finał jest być może najwspanialszym zakończeniem w historii kina.

9. Metropolis

reż. Fritz Lang (Niemcy, 1927)
Myślę „ulubiony film niemy” — mówię Metropolis. Środki artystyczne niemieckiego ekspresjonizmu mieszają się tu w spektakularnej oprawie z czystej krwi dystopijnym retrofuturyzmem. Trudno przecenić wpływ Metropolis na popkulturę ostatniego stulecia, a co za tym idzie — na nas samych.

8. Who’s Afraid of Virginia Woolf?

Kto się boi Virginii Woolf? reż. Mike Nichols (USA, 1966)
Kameralny dramat najwyższej próby. Nichols przy pomocy zaledwie czwórki bohaterów buduje intensywną i emocjonującą fabułę pełną zwrotów akcji w klimacie New Hollywood. Przeszywa na wskroś obusiecznym mieczem, gdzie jednym ostrzem jest atmosfera zbyt długo przeciągniętej libacji alkoholowej, a drugą szczerość i realizm znakomitych kreacji aktorskich.

7. Annie Hall

Annie Hall reż. Woody Allen (USA, 1977)
Swego czasu mój ulubiony film w ogóle, od czasu gdy przypadkiem zobaczyłem go któregoś wieczoru nieświadomy zresztą, co oglądam, na TCM. Później obejrzałem go po raz kolejny i kolejny, kolejny, a dyskurs Woody’ego Allena stał się dla mnie w pewnym sensie wyznacznikiem intelektualnej fajności. Annie Hall jest tego dyskursu kwintesencją.

6. Иди и смотри

Idź i patrz reż. Elem Klimow (ZSRR, 1985)
Wojna świadomie, ale nie zuchwale odarta z — dopisywanych do niej zbyt często — poetyki i filozofii.

5. 2001: A Space Odyssey

2001: Odyseja kosmiczna reż. Stanley Kubrick (Wielka Brytania, USA, 1968)
Najlepszy kolorowy film, jaki kiedykolwiek powstał. Świadome operowanie kolorem w kinie jest trudniejsze niż mogłoby się nam, dzieciom kolorowej telewizji, wydawać. Ale właśnie dzięki barwom konstytuującym wizję Kubricka, udało mu się stworzyć arcydzieło nie tylko koncepcyjne, ale i wizualne.

4. Citizen Kane

Obywatel Kane reż. Orson Welles (USA, 1941)
O tym filmie powiedziano i napisano już tyle, że kolejna (blada zresztą) opinia utopiłaby się w oceanie. Historia życia człowieka od urodzenia do śmierci — po amerykańsku — z rozmachem! Dwie godziny Hollywood w najlepszym wydaniu i szczypta prawdy o każdym z nas. Najlepsze, co dało światu amerykańskie kino!

3. La dolce vita

Słodkie życie reż. Federico Fellini (Francja, Włochy, 1960)
Przez wiele lat nieoglądania La dolce vita irracjonalnie nie wierzyłem, że Fellini mógłby mnie w jakikolwiek sposób zainteresować, a tym czasem w dużej mierze dzięki temu filmowi pozbyłem się wszystkich swoich uprzedzeń względem kultury i języka włoskiego. Słodkie życie jest w zasadzie słodko-gorzkie i właśnie dlatego tak nęcące — ani przez chwilę nie jest bez smaku.

2. L’année dernière à Marienbad

Zeszłego roku w Marienbadzie reż. Alain Resnais (Włochy, Francja, 1961)
Historia jest sprawą drugorzędną, ba!, nie wiadomo, czy w ogóle się wydarzyła, kiedy, po między kim i w jakich okolicznościach. Marienbad jest na tyle ulotny, na ile ulotny są sny, a jednak, kiedy trwa, jawi się przed nami, nie może być bardziej rzeczywisty. Film Alaina Resnais ma w sobie coś z kina detektywistycznego, ale na zupełnie innej płaszczyźnie — detektywem jest tu jedynie widz, którego zadaniem jest dopasowanie do siebie elementów logicznej, ale zawiłej i rządzącej się własnymi prawami onirycznej układanki. Esencja kina.

1. 人間の條件

Dola człowiecza reż. Masaki Kobayashi (Japonia, 1958-1961)
„Nie można wyrzec się panowania ani przestać pragnąć, by mu służono. Każdemu trzeba niewolników jak powietrza (…) Siła rozstrzyga wszystko”. — Albert Camus

Niezrównana trylogia antywojenna. Wojna jako samonapędzający się organizm. Z góry przegrana walka z potężną machiną zmieniającą ludzi, gaszącą ich ideały, a ostatecznie doprowadzającą do upadku człowieczeństwa.

Opublikowano

2015: filmy

Zazwyczaj aż tak nie oszukuję — nawet jeśli publikuję rzeczy z datą wsteczną to zwykle dlatego, że to data ich oryginalnej publikacji. Z filmami jest inaczej o tyle, że jak dotąd ich w cyklu rocznym nie układałem, a rok później, czyli w styczniu 2017, postanowiłem, że jednak chciałbym zacząć. By nie zaczynać od zera, bo to zawsze trudne, przykre, obarczone błędem nowicjusza, podjąłem decyzję o fabrykacji kontekstu poprzednich lat. Oto pierwsze jej owoce.

10. The Peanuts Movie

Fistaszki: wersja kinowa reż. Steve Martino

Mimo zmiany kreski zachowano oryginalny ponury humor Schultza, kunsztownie sklejając stare i nowe gagi w całość. Szkoda tylko muzyki Guaraldiego.

9. The Big Short

Big Short reż. Adam McKay

Dekamuflaż patologii. Dość chaotycznie, choć metodycznie zrobiony film o kulisach krachu na rynku kredytów hipotecznych w USA 9 lat temu.

8. El botón de nácar

Perłowy guzik reż. Patricio Guzmán

Woda, kosmos, Chile, kultura, Indianie, wielka polityka, okrucieństwo, ludobójstwo, perłowy guzik, a to wszystko w konsekwentnym ścisłym splocie myśli autora.

7. あん

Kwiat wiśni i czerwona fasola reż. Naomi Kawase

Ujmuje szczerością i naturalnym darem odnajdowania poetyki w drobiazgach codzienności.

6. Youth

Młodość reż. Paolo Sorrentino

Monumentalność intelektualną zastępuje wizualną. Sorrentino pożycza od Seidla, nieźle sobie radząc. By powtórzyć ekstazę Wielkiego piękna abrakło mi tylko wyrazistej osi fabularnej.

5. Spotlight

reż. Tom McCarthy

Dobrze skrojone kino o dziennikarstwie śledczym pozbawiony sensacyjnej otoczki. Wszyscy ludzie prezydenta A.D. 2015.

4. Body/Ciało

reż. Małgośka Szumowska

Szumowska wreszcie przestała krzyczeć: „Patrzcie, jestem kontrowersyjna!” i zaczęła robić kino. I to całkiem niezłe — zabawne, nieoczywiste, zręcznie obsadzone pomiędzy światami.

3. Room

Pokój reż. Lenny Abrahamson

Znakomite aktorstwo, świetne zdjęcia, przemyślana i złożona historia. Przyjęta perspektywa poszerza spojrzenie o dodatkowe elementy. Mocne kino.

2. 海街diary

Nasza młodsza siostra reż. Hirokazu Koreeda

Studio Ghibli w wersji live action z wyłączeniem low fantasy. Wyważone, ciepłe, rodzinne kino o codzienności wypełnionej nie dramatem, a uśmiechem.

1. The Lobster

Lobster reż. Yorgos Lanthimos

Pierwszy anglojęzyczny obraz Lanthimosa jest plastyczny, nieszablonowy i niesamowicie zabawny, zupełnie jak „Grand Budapest Hotel” w zeszłym roku.

Opublikowano

2015

40 najlepszych płyt 2015 roku.

40. Fetty Wap Fetty Wap

fetty wap, wyprowadzający swój charakterystyczny plastyczny wokal bezpośrednio z prób kanyego westa i lil wayne’a, wyrósł na jeden z filarów postrapu i niewątpliwy fenomen 2015 roku; jego prawdziwą siłą są jednak mocne refreny — rozpływające się między zwrotkami nieoczywiste melodyjne wyspy

39. Carly Rae Jepsen E•MO•TION

jepsen, pozostając w konwencji współczesnego popu, bawi się brzmieniem lat 80. i jest przy tym zaskakująco plastyczna i przebojowa

38. Mgła Exercises in Futility

świdrujące riffy mgły mają w sobie coś naprawdę przebojowego, ale przy tym, w dużej mierze m.in. dzięki technicznej biegłości, nie pozbawia ich to blackowej prawilności

37. Jacek Sienkiewicz Drifting

sienkiewicz udowadnia, że nie bez powodu jest ulubionym pisarzem polaków; po zabawach z wagnerem wraca nad wisłę, by wysmarować kolejną już na starcie klasyczną pozycję

36. Ryley Walker Primrose Green

zręczny gitarzysta i wokalista kompetentnie wskrzesza ideę progresywnego folku, wrzucając do koszyka fusion jazz, baroque pop, psychodeliczny blues rock i amerykański prymitywizm

35. Tory Lanez Cruel Intentions

tory lanez wpisuje się w popularny ostatnio schemat rapera/wokalisty, ale znakomite wyczucie stylu, to samo, które wyniosło na szczyt jeremih’a, czyni go największą nadzieją trap&b 2016 roku i realną konkurencją dla drake’a

34. Gill Landry Gill Landry

landry doskonale wie, który mamy rok — potrafi zręcznie połączyć współczesne brzmienie, klasyczne wzorce melodyczne i pokłady żywego, ale nie rozbuchanego ponad granice, sentymentalizmu, który przecież, jak świat stary, jest niezbędną składową pierwszorzędnego country

33. Ricercar Consort Musikalisches Opfer

siłą musikalisches opfer są kunszt i tajemnica, ale bach jest rozkoszny niezależnie od okoliczności

32. Daniel Bachman River

bachman kłania się faheyowi, bullowi i kottkemu, demonstrując, że awangardowy fingerpicking jest ponadczasową i wyrafinowaną formą wyrażania emocji i opowiadania pełnych napięcia historii; river to być może najlepsza płyta nurtu ostatnich lat, krążek, którego pozazdrościć mógłby bachmanowi sam james blackshaw

31. Sufjan Stevens Carrie & Lowell

stevens nagrywa zaginiony krążek elliotta smitha — tworzy wyciszoną, kameralną płytę przywołującą duchy przeszłości, po raz kolejny łącząc osobiste historie z artystyczną fikcją

30. Courtney Barnett Sometimes I Sit and Think, and Sometimes I Just Sit

australijska sheryl crow, z okresu, gdy jeszcze nie poszła na kompromisy z top 40

29. Songhoy Blues Music in Exile

świeże spojrzenie na znany temat — przebojowa, nietuzinkowa mieszanka bluesa, rocka, funku i punku prosto z dalekiego mali skrojona pod produkcyjnym supervisingiem nicka zinnera z yeah yeah yeahs

28. Michel Banabila / Oene van Geel Music for Viola and Electronics II

kompetentna i nowoczesna muzyka kameralna zawieszona między post-minimalem, dronem i noisem, na tyle oddalona od akademizmu, że przeciętny kowalski znajdzie tu coś dla siebie

27. Shye Ben Tzur, Jonny Greenwood & The Rajasthan Express Junun

greenwood pod banderą nonesuch wraz z zafascynowanym klasyczną muzyką hindustańską izraelskim kompozytorem shye ben tzurem piętnastoosobową indyjską orkiestrą z prawdziwego zdarzenia docierają do serca hinduskiej muzyki religijnej — eksplorują tamtejszą rytmikę, akcentują kulturową złożoność, prezentują instrumentalną wirtuozerię, zbierając słuchacza-turystę na fascynującą wyprawę

26. Nathaniel Rateliff & The Night Sweats Nathaniel Rateliff & The Night Sweats

oto, co by było, gdyby the black keys, nick waterhouse i the dap-kings postanowili nagrać wspólnią płytę. rateliff trąca jednocześnie wiele strun amerykańskiej muzyki, tworząc głęboko osadzoną w korzennym południowym brzmieniu mieszankę, która, pozornie na wyciągnięcie ręki, nigdy nie daje się poznać do końca

25. f(x) 4 Walls

kto by się spodziewał jeszcze kilka lat temu, że to dziewczyny z after school i f(x) na swoich kolejnych płytach będą pielęgnować tradycję niezobowiązującego przebojowego k-popu spod znaku „gee” girls’ generation? koherentność aranżacyjna i melodyczna sprawia, że w przeciwieństwie to większości k-popowych longplayów 4 walls słucha się jednym tchem

24. Satanique Samba Trio Mó Bad

niesatanistyczne nietrio z satanique samba trio wciąż tworzy eksperymentalną sambę najwyższej próby — groteskowy nibyjazz z dysfunkcyjnej krainy bad tripów, gdzie koła są kwadratowe, a linie proste cechują wyjątkowo gwałtowne zakręty

23. Joshua Abrams Magnetoception

jazzowa post-minimalistyczna raga amerykańskiego basisty joshuy abramsa to jedna z tych płyt, które zachowują się jak żywe organizmy, gdzie jeden utwór harmonijnie wynika z poprzedniego; muzycy w oparciu o plemienną rytmikę i powtarzalne struktury melodyczne budują kunsztowne medytacyjne pejzaże

22. PC Music Volume 1

tak powinna brzmieć muzyka pop — z wyobraźnią i bez stylistycznych kompromisów; istota pc music leży w świadomości artystycznej — akcie przetworzenia wielu inspiracji, od eurodance’u po glitch hop, na perfekcyjnie przebojową muzykę taneczną

21. Serto Mercurio Recuerdos de cuando aprendí a nadar

co by było gdyby beck zdecydował się na nagranie hiszpańskojęzycznej płyty inspirowanej jednocześnie beach boysami i my bloody valentine? można by było przy tej muzyce medytować, robiąc grilla na plaży w limie — wątpliwości rozwiewa debiutancki longplay peruwiańskiej grupy serto mercurio

20. Louis-Jean Cormier Les grandes artères

cormiera można bez trudu zamknąć w stylistyce indie, ale kanadyjski songwriter przy tworzeniu i aranżowaniu swoich kompozycji nie ucieka też od nowej fali francuskiego chanson, dzięki czemu zestaw trzynastu stworzonych przez niego piosenek jest nie tylko melodyjny i pieczołowicie opracowany, ale ma w sobie pewien ponadczasowy pierwiastek, swoisty błysk w oku

19. Thundercat The Beyond / Where the Giants Roam

thundercat korzystając z dorobku psychodelicznego fusion lat 70., stworzył harmonijną neo-soulową suitę zawieszoną między eterycznym pejzażem dźwiękowym a pierwszorzędnym popowym songwritingiem; eksperymentalne zacięcie usunęło się na drugi plan, ustępując miejsca wielokształtnej płynności i finezyjnej elegancji

18. Neon Indian VEGA INTL. Night School

hipnotyczny 50-ciominutowy wehikuł w głąb elektrodyskotekowych europejskich parkietów połowy lat 80.; znakomite rozwinięcie chillwave’owej oldschoolowej lekkości neon indian z kiełkującą w ostatnich latach nu-disco-synth-funkowo-revivalową myślą

17. Fabiano do Nascimento Dança dos Tempos

w morzu płyt spod szyldu odrodzonej vanguardy paulisty fabiano do nascimento pokazuje, że można inaczej — jest w pierwszej kolejności gitarzystą, a jego fingerpicking brzmi odrobinę europejsko, ale dança dos tempos wyraźnie konfrontuje go z bogatym folkowym dziedzictwem jego rodzinnej brazylii — bawi się choro, forro, sambą i bossa novą, ale zawsze z rozwagą i elegancją, dzięki czemu nie wpada w pułapkę naśladownictwa pokoleń znakomitych poprzedników; akcja dança dos tempos rozgrywa się tu i teraz

16. Jlin Dark Energy

footwork, jakiego nie znacie; impulsywnie cięte sample uszeregowane w kształtne, ewoluujące w czasie post-minimalistyczne rytmiczne kolaże. przyszłość nadeszła — na imię jej jlin

15. Natalia Lafourcade Hasta la raíz

płyta, której wypatrywałem przez lata, która urosła i dojrzała we mnie na długo, zanim jeszcze powstała; lafourcade jest znakomitą songwriterką i równie utalentowaną tekściarką — z prostych słów i melodii potrafi zbudować dojrzałe kompozycje dalece wykraczające poza etykietki współczesnego indie, ale niedające się jednoznacznie zaklasyfikować w szufladce z adult contemporary; idzie swoją drogą i doskonale potrafi tę wizję sprzedać słuchaczowi

14. Graham Lambkin / Michael Pisaro Schwarze Riesenfalter

inspirowane tekstem pierrot lunaire alberta giraud (wykorzystanym we fragmentach w kompozycji schoenberga o tym samym tytule) schwarze riesenfalter jest wielowymiarową afirmacją nocy — pozycją wyważoną, umiarkowanie gęstą, gdzie trzeba ocierającą się o makabrę, ale ostatecznie wdzięczną (a niekiedy wręcz bezpośrednio puszczającą oko do słuchacza) w szerokiej gamie zastosowanych środków

13. Tigran Hamasyan Luys i Luso

ormiański pianista jazzowy niezwykle kompetentnie łączy tradycyjne i odrobinę bardziej awangardowe formy ekspresji — ormiańska muzyka sakralna spotyka się tu z jazzem z ecm-owskiej szkoły w bezpretensjonalnym i wyważonym splocie; piękna płyta

12. Kamasi Washington The Epic

zrobiony z wyczuciem i rozmachem, hołdujący kilku pokoleniom jazzmenów, począwszy od post-bopowego sun ry przełomu lat 50. i 60., przez silne wpływy tradycji spiritual jazzu szkoły coltrane’owskiej, szeroki wachlarz inspiracji rozkwitających w jeszcze kolejnej dekadzie fuzjonistów, aż po bardziej współczesne, choć także mające długą historię, zainteresowanie jazzmenów prostą soulową harmonią

11. Jürg Frey Grizzana and Other Pieces 2009-2014

dzięki ponadprzeciętnemu wyczuciu przez freya ciszy i przestrzeni muzyka kompozytora na siedmioosobowe kameralne ensemble pozwoli na doświadczenie czasu w całej jego rozciągłości, nadając niezwykłą rangę każdej sekundzie

10. Danny L Harle Broken Flowers

danny l harle, wunderkind pc music, pokazuje na własnym przykładzie, że z bubblegum bassem jest zupełnie tak samo, jak z comic sansem w edytorstwie — pozornie wydaje się odstręczający, a nawet naganny, ale operowanie nim z wyczuciem i dystansem może nosić znamiona sztuki

9. Lil Ugly Mane Third Side of Tape

kiedyś wierzyłem, że jeśli mityczny jay electronica wydałby kiedyś album, to brzmiałby właśnie tak; dzisiaj nie wierzę, że kiedykolwiek wyda album, ale właściwie już nie musi — ubiegł go lil ugly mane, który abstrahując od tego, że jest znakomitym raperem i ma coś do przekazania, jak mało kto czuje też ducha hiphopu i potrafi go przywołać z tytułowej trzeciej strony taśmy — ponad dwie godziny niezobowiązujących eksperymentów muzyką z bitem w roli głównej

8. Viet Cong Viet Cong

na gruzach women wyrosła i rozkwitła nadzieja post-punkowej awangardy żywiącej się minimalem, krautrockiem, noisem i psychodelią

7. Grimes Art Angels

srogi k-pop; grimes pożycza przepis na sukces od koleżanek z korei i psuje go odrobinę po swojemu — miesza chore bity, piskliwe wokale i przebojowe refreny. tworzy niesamowicie barwny krążek, na którym scena niezależna i mainstream, wieloformatowy pop i awangarda spotykają się na równych prawach

6. Kendrick Lamar To Pimp a Butterfly

rok 2015 należał jeśli nie do samego kendricka lamara, to z pewnością do skupionej wokół niego grupy muzyków z thundercatem, flying lotusem czy kamasi washingtonem w rolach głównych, która niczym soulquarians przed piętnastoma laty stworzyła oryginalny i przemyślany splot hip-hopu, soulu i jazzu; ten z kolei leży u podstaw zrealizowanej z rozmachem, przemyślanej, szalenie intertekstualnej wizji kendricka lamara; dzięki temu mamy do czynienia nie tylko z albumem, którego słucha się z zapartym tchem od deski do deski, ale adekwatnym i brzmieniowo, i tematycznie

5. Charles Barabé Cicatrice, Scar, Éclair / Huh?

pochodzący z quebecu charles barabé jest bez dwóch zdań moim najciekawszym odkryciem roku; barabé specjalizuje się w gęstych, psychodelicznych plądrofonicznych pejzażach dźwiękowych łączących w sobie szereg rozmaitości (od ośmiobitowej elektroniki po elementy spoken word) na wzór książkowego frankensteinowskiego monstrum; efekt końcowy w każdym z przypadków jest jednak nie do opisania

4. Chris Stapleton Traveller

stapleton jest zręcznym songwriterem i znakomitym tekściarzem, który chociaż działa w ramach konwencji, nie powtarza banałów, która od lat są zmorą współczesnego country; traveller to 14 organicznie zaaranżowanych prostych piosenek podszytych żalem i rezygnacją w emocjonalnej, ale wyważonej interpretacji stapletona

3. Oneohtrix Point Never Garden of Delete

to nie tylko najpewniej najmocniejszy krążek w dotychczasowej dyskografii lopatina, ale także kompetentny głos w mimowolnej dyskusji o przyszłości muzyki pop; pomimo szeroko zakrojonego operowania glitchową elektroniką i ogólnego eksperymentalnego charakteru kompozycji lopatin w każdej z nich umieszcza melodie, a nawet refreny, co na swój wywrotowy sposób, czyni z nich pełnoprawne piosenki pop

2. Joanna Newsom Divers

renesansowe tańce dworskie, hip hopowe bity, melotron, klawesyn i harfa, filharmonicy prascy, proste melodie i zawiła liryka, piękno, niewinność, tajemnica, surrealizm, chaos, science fiction, solidny bagaż tradycyjnej muzyki folkowej z appalachów, awangarda, modernizm, miłość i śmierć

1. Mbongwana Star From Kinshasa

z kinszasy prosto na księżyc — pierwszorzędna żonglerka kontekstami, remiks rozmaitych europejskich, amerykańskich i afrykańskich motywów. pytanie jak można skonstruować krążek, który pod lupą będzie bardzo chaotyczny, a w szerszym kontekście zabrzmi na tyle konsekwentnie, że rzeczywiście okaże się rakietą, którą można na księżyc polecieć?

Opublikowano

2015: piosenki

25 najlepszych piosenek 2015 roku.

25. Susanne Sundfør, „Kamikaze”
24. Janet Jackson, „No Sleeep”
23. The Tallest Man on Earth, „Sagres”
22. Wolf Alice, „Fluffy”
21. Grimes, „REALiTi (Demo)”

20. Thundercat, „Them Changes”
19. Charli XCX feat. Rita Ora, „Doing It (A. G. Cook Remix)”
18. The Weeknd, „Can’t Feel My Face”
17. Kacey Musgraves, „Late to the Party”
16. Kendrick Lamar , „The Blacker the Berry”

15. Neon Indian, „Slumlord”
14. Danny L Harle, „Awake for Hours”
13. Oneohtrix Point Never, „I Bite Through It”
12. Tory Lanez, „Say It”
11. Viet Cong, „Continental Shelf”

10. Jeremih, „Oui”

tak się robi ponadczasowe r&b z wyczuciem w 2015 roku — jeremih na bicie łączącym new jack swingową prostotę, 2-stepowe przejście i trapowy vibe z nadzwyczajną zręcznością i wrodzoną elokwencją sprzedaje słuchaczom cztery różne refreny zebrane pod parasolem gry słownej z tytułu — „there’s no oui without u and i”

9. ゲスの極み乙女。, 「私以外私じゃないの」

nie doszedłem jeszcze do tego jak, ale w jakiś sposób gesu no kiwami otome. potrafi niezręczny dla europejczyków intensywnie gitarowy j-popowy splot gatunkowo-melodyczny przekuć na naprawdę kunsztowne i nieprzytłaczające piosenki; mathrockowy background, zabawy progresywnym jazzem i liczne zawirowania rytmiczno-melodyczne w jakiś magiczny sposób da się zamknąć w przebojowy numer

8. Grimes feat. Janelle Monáe, „Venus Fly”

grimes korzysta z tych samych instrumentów co rihanna czy katy perry, ale ma dystans, fantazję i niewiele do stracenia — może więc dowolnie aranżować swoje numery, dysonantycznie oniryczne wokale zestawiać z rasowymi hookami, a wszystko to zalać electro, co wraz z janelle monáe wprowadza w czyn jednym z najmocniejszych punktów krążka, „venus fly”, uprawiając przy tym srogi k-pop

7. Ciara, „I Bet”

„i bet” to być może najdojrzalszy, najbardziej elokwentny i osobisty moment dyskografii ciary, ukryty w prostej, niemal akustycznej formie R&B-popowej ballady, na tyle jednak plastycznej, że da się ją z powodzeniem przekuć na rasowego dancefloor killera, co stało się ciałem w remiksie z towarzyszeniem t.i.’a.

6. Skepta, „Shutdown”

ring ring pussy it’s shutdown! grime nie tylko nie umarł, ale w 2015 roku miał się znakomicie, także dzięki „shutdown” skepty, któremu po kilkunastu latach prób wreszcie udało się znaleźć przepis na banger doskonały; „a bunch of young men all dressed in black dancing extremely aggressively on stage… it made me feel so intimidated and it’s just not what i expect to see on prime time television”

5. Rodrigo Campos, „Velho Amarelo”

po kunsztownej, choć zdecydowanej bardziej oszczędnej odsłonie „velho amarelo” w wykonaniu juçary marçal, utwór wraca do kompozytora, który funduje mu bogatą orkiestrową oprawę nawiązującą do najlepszych momentów klasycznego mpb i dziedzictwa antonia carlosa jobima — campos wykazał się niezwykłym wyczuciem, zestawiając idylliczne tło i stanowiące kulminację kompozycji słowa: „quero morrer num dia breve / quero morrer num dia azul / quero morrer na américa do sul” („chcę umrzeć krótkiego dnia / chcę umrzeć niebieskiego dnia / chcę umrzeć w ameryce południowej”)

4. Louis-Jean Cormier, „Complot d’enfants”

cormier napisał utwór, który w warstwie muzycznej i tekstowej oddaje istotę określenia coming of age; podkradzione z americany i heartland rocka harmonie i motoryczny bit stanowią w sensie filmowym doskonały soundtrack do przemian w życiu młodego człowieka, które choć często odkładane w czasie, na dłuższą metę okazują się nie do uniknięcia; dojrzały i wyważony numer

3. Fetty Wap, „Trap Queen”

najlepsze przejście+refren 2015 roku — fetty wap udoskonalił i opanował do perfekcji to, co od lat próbowali nam sprzedać kanye i lil wayne, a co przychodziło im z takim mozołem, a mianowicie synteza rapu i śpiewu; ale siłą „trap queen” nie jest jedynie jego plastyczny wokal, ale przede wszystkim zaraźliwa przebojowość całego numeru

2. Chris Stapleton, „Tennessee Whiskey”

we współczesnym country rzadko kiedy trafia się połączenie tak fortunne — oto mamy do czynienia ze zręcznym songwriterem i znakomitym tekściarzem, który działa w ramach konwencji, ale jednak udaje mu się nie powtarzać tych samych banałów, co połowa sceny; w dodatku jest pierwszorzędnym instrumentalistą (i orędownikiem organicznego brzmienia) i nawet lepszym piosenkarzem, a cały ten kunszt jak na dłoni słychać w przełomowym „tennessee whiskey” — prostej piosence, która kreatywnie rozwija i adaptuje klasyczny dla gatunku motyw

1. Drake, „Hotline Bling”

drake’owi w charakterystyczny dla niego sposób udało się bezbłędnie zamknąć w jednym nagraniu trendy konstytuujące w ostatnim czasie brzmienie i treść czarnej muzyki — zarówno te mniej, jak i bardziej oczywiste na czele z post-minimalistycznym podejściem do hiphopowej tkanki; sukcesu tej miary jednak z pewnością by nie było, gdyby nie to, że muzyk wykazał się otwartym umysłem i co równie ważne dystansem do swojego otoczenia i siebie samego; sampel automatu perkusyjnego wystukującego pseudolatynoski rytm okazał się strzałem w dziesiątkę

Opublikowano

2014: filmy

Tak samo jak za rok i rok temu podsumowuję filmowo także w tym kontekście podejrzanie fantastyczny rok 2014. Nie biorę jeńców (czyt. dat polskiej dystrybucji kinowej pod uwagę), bo części ciekawych tytułach i tak nie doświadczymy w stałym repertuarze polskich sal.

10. Relatos salvajes

Dzikie historie reż. Damián Szifrón

Współczesna adaptacja zasady, że karma zawsze wraca. Kino skrojone na dzisiejsze czasy — efektowne, wartkie, angażujące.

9. Citizenfour

reż. Laura Poitras

Przerażający! Ogląda się go jak pierwszorzędny thriller.

8. The Duke of Burgundy

Duke of Burgundy. Reguły pożądania reż. Peter Strickland

Estetyczny, intensywny, sensualny bez epatowania nagością, mistrzowsko operuje perspektywą.

7. What We Do in the Shadows

Co robimy w ukryciu reż. Jemaine Clement i Taika Waititi

Rozkoszny! Genialna w swojej prostocie koncepcja absurdalnego mokumentu o wampirach w stylu reality TV i pierwszorzędna realizacja.

6. Magical Girl

reż. Carlos Vermut

Skoncentrowana na szczegółach i pełna niedopowiedzeń wielopoziomowa historia pewnej sukienki. Vermut nie bierze jeńców, układając puzzle z wyobraźni widzów.

5. The Grand Budapest Hotel

Grand Budapest Hotel reż. Wes Anderson

Jakże dopieszczony wizualnie, jakże podkreślony elokwentnym humorem i kreskówkową witalnością! Anderson wie jak zahipnotyzować widza.

4. Inherent Vice

Wada ukryta reż. Paul Thomas Anderson

Gdy w pierwszej scenie weszło w tle „Vitamin C”, nie miałem wątpliwości, że będzie solidnie. Humor, intryga kryminalna, radość kina w czystej postaci. もっとパンケーキ!

3. Boyhood

reż. Richard Linklater

Prosty, pozytywny, ale jednocześnie zupełnie niebanalny film o życiu, którego motorem napędowym i przekleństwem zarazem jest mimowolnie upływający czas.

2. Левиафан

Lewiatan reż. Andriej Zwiagincew

Piękny świat, który sami zniszczyliśmy. Hipokryzja albo paradoks budulcem współczesnego społeczeństwa. Uniwersalny, niebanalny.

1. L’enlèvement de Michel Houellebecq

Porwanie Michela Houellebecqa reż. Guillaume Nicloux

Houellebecq burzy mistyczny portret wielkiego literata, zastępując go mimowolnie przezabawnym antycharyzmatycznym lumpiarstwem. Najlepsza komedia dekady?

Opublikowano

2014

25 najlepszych płyt 2014 roku.

25. The Soundcarriers Entropicalia

bezpośrednia fascynacja space age popem i klasyczną egzotyką z czasów esquivela została tu kompetentnie wpisana w ramy psychodelicznego rocka przy jednoczesnym zachowaniu zaskakująco przebojowych refrenach

24. Millie & Andrea Drop the Vowels

andy stott i miles whittaker odwiedzają dubowe rejony drum & bassu i ponad dwie dekady po narodzinach jungle tworzą jedną z jego najciekawszych odsłon

23. Mac DeMarco Salad Days

leniwy syntezatorowo-gitarowy indie pop w promieniach słonecznej psychodelii

22. Kosmischer Läufer The Secret Cosmic Music of the East German Olympic Program 1972-83 — Volume Two

it’s a hoax! najprawdopodobniej nrd nigdy nie miało sekretnego soundtracku do ćwiczeń swoich olimpijczyków inspirowanego kraftwerk; ale co z tego — to idealny pretekst by w pełnej krasie przywrócić do życia muzykę protoplastów progresywnej elektroniki!

21. Matthew Halsall & The Gondwana Orchestra When the World Was One

naprawdę kompetentny powrót do brzmienia pierwszorzędnego spiritual jazzu spod znaku alice coltrane czy pharoah sandersa

20. Anne Guthrie Codiaeum variegatum

elektroakustyczna amerykańska kompozytorka kreśli intensywny dźwiękowy pejzaż osadzony w mistycznym ogrodzie, daleko od miejskiego trudu i znoju; codiaeum variegatum to z jednej strony płyta zaskakująco przystępna, od progu wciągająca słuchacza do swojego wnętrza, a z drugiej absolutnie niebanalna, momentami wręcz niebezpieczna — zupełnie jak roślina, która dała jej okładkę i tytuł

19. Ariel Pink Pom Pom

ariel pink jest odrobinę odstręczający, ale niezaprzeczalnie ma dobre ucho do popowych melodii, nawet jeśli ubiera je w aranże nie mniej dziwaczne niż on sam; być może jak dotąd najlepsza płyta w jego obszernej dyskografii

18. Todd Terje It’s Album Time

disco zmartwychwstało, a jego nowym mesjaszem todd terje!

17. FKA twigs LP1

fka twigs jest odważna i bezkompromisowa — minimalistyczna produkcja i oszczędna rytmika wraz z oniryczną atmosferą i hipnotyzującym, nieprzewidywalnie prowadzonym wokalem, budują napięcie bez trudu utrzymywane przez całe czterdzieści minut płyty; istotny krok w ewolucji brzmienia i tożsamości r&b i być może najważniejsza płyta nurtu od wydania channel orange franka oceana

16. Francis Harris Minutes of Sleep

duszny klimatyczny house sam sobie kreujący gatunkowy horyzont, kompetentny kolaż dźwiękowy wciągający w swój obieg rozmaite odcienie muzycznej awangardy

15. RSS B0YS N00W

kto by pomyślał, że nad wisłą jesteśmy w stanie tworzyć tak kompetentne industrialne techno? dwuczęściowy klaustrofobiczny liniowo ewoluujący andergrandowy taneczny set

14. Kevin Drumm & Jason Lescalleet The Abyss

najbardziej ekscytujące spotkanie 2014 roku — jason lescalleet, tuz muzyki konkretnej, i kevin drumm, uznany amerykański nojzowiec, stworzyli wspólnie the abyss — dwugodzinną droniczną przeprawę przez wszystkie odcienie współczesnej muzyki eksperymentalnej, naturalnie ze znaczącą przewagą tych mrocznych i do pewnego stopnia niezgłębionych, aż do tytułowej otchłani, po wyjściu z której nic już nie będzie takie samo

13. Nightingale String Quartet Rued Langgaard: String Quartets Vol. 3

duński kwartet nightingale już trzeci rok z rzędu wydobywa na światło dzienne esencję jednego ze swoich najbardziej niedocenionych narodowych kompozytorów — magicznie zawieszonego między duchowością późnego romantyzmu a modernistyczną nieoczywistością rueda langgaarda

12. Vijay Iyer Mutations

ewoluujący w czasie, żywy organizm; iyer miesza i celowo gubi klucze do swojej muzyki, stawiając w równej mierze na pieczołowitą organizację kompozycji, jak i na otwarcie jej ram dla wykonujących ją muzyków — dzięki temu, niezależnie od aktualnie wybrzmiewającego fragmentu, utwór zdaje się oddychać, poruszać i rozwijać się

11. Angles 9 Injuries

wielki muzyczny worek rozmaitych inspiracji — począwszy od reminiscencji złotego okresu jazzowej awangardy, przez zupełnie naturalny w tym przypadku wpływ europejskiej szkoły jazzu, aż po zapożyczenia stylistyczne od współczesnych grup afrobeatowych nade wszystko ceniących sobie prowadzenie atrakcyjnej dla słuchacza linii melodycznej

10. Leon Vynehall Music for the Uninvited

choć vynehall zazwyczaj buduje swoją na ewoluujących zamkniętych loopach, nie boi się żywych instrumentów, które, otwierając jego długogrający debiut, stają się kluczem do zrozumienia zawartej tu muzycznej wizji. z niesamowitą lekkością i naturalnością przychodzi vynehallowi krzyżowanie rozmaitych muzycznych ścieżek pod banderą zaskakująco opływowego house’u

9. Kremerata Baltica / Gidon Kremer Mieczysław Weinberg

jedna z najlepszych kameralnych orkiestr w europie, kremerata baltica, pod okiem swojego założyciela wzięła na warsztat niebanalną selekcję utworów urodzonego w polsce rosyjskiego kompozytora dwudziestowiecznego mieczysława weinberga; z utworu na utwór grupa kreśli portret twórcy coraz pewniejszymi i bardziej wyrazistymi kompozycjami — rozpoczynając od skromnej sonaty skrzypcowej, a następnie poprzez selekcje na składy coraz większe dochodząc do ekspresyjnej dziesiątej symfonii, która, jak na ucznia szostakowicza przystało, góruje nad resztą kompozycji, z rozmachem dopełniając repertuar tego dwupłytowego wydawnictwa

8. Ty Segall Manipulator

ty segall dokonał niemożliwego — nagrał album, na którym każdy z aż siedemnastu utworów mógłby stać się singlem; wierny swoim garażowym korzeniom wziął przykład z zeszłorocznego krążka kolegi po fachu mikala cronina i zamiast rozmieniać się na drobne zainwestował wszystkie swoje siły witalne w płytę, która zredefiniowała jego dotychczasową pozycję w branży

7. Luzmila Carpio Yuyay Jap’ina Tapes

siedemnaście utworów nagranych przed dwudziestoma laty w ramach realizowanego pod okiem unicefu projektu promocji liternictwa wśród ludności quechua; barwna i plastyczna muzyka w niezrównanym wykonaniu luzmily carpio; znakomite świadectwo istnienia bogatego andyjskiego dziedzictwa kulturowego

6. Run the Jewels Run the Jewels 2

killer mike i el-p to być może najlepszy hip-hopowy duet raper-producent od czasu gangstarr; podobnie jak na zeszłorocznym debiucie i pierwszej długogrającej kolaboracji r.a.p. music sprzed dwóch lat, nie ma tu miejsca na przelewki i kompromisy — z płyty na płytę rtj stają się coraz bardziej zadziorni i skłonni do ryzyka; najświeższy brzmieniowo i najbardziej adekwatny hip-hopowy krążek 2014 roku — włączając w to wszelkie postrapowe wynalazki

5. Heinz Holliger, Anita Leuzinger & Anton Kernjak Aschenmusik

poezja

4. Swans To Be Kind

gira i spółka efektywnie wykorzystali kilkunastoletnią przerwę — od tej pory każdy ich kolejny album wydaje się być lepszy od poprzedniego; i to mimo tego, a może właśnie dlatego, że muzyczno-kulturowy kontekst, którym na stałe zdążyli się okryć, można odbierać wyłącznie rozszerzająco; są niczym can przed czterema dekadami — nie porzucają formuły rockowej piosenki, ale wpisują ją w eksperymentalny dźwiękowy kolaż pełen hałaśliwych gitarowych dronów, dzięki czemu to be kind jest nie tyle rewelacyjną płytą, co pełnokrwistym muzycznym doznaniem

3. Ninos du Brasil Novos Mistérios

włoski duet występuje jako brakujące ogniowo między berlinem a rio de janeiro; z wielką wprawą oprawia brazylijską batucadę w przymioty nowoczesnego techno, efektem czego jest niepowtarzalny i wysmakowany krążek

2. The War on Drugs Lost in the Dream

w wielowarstwowo oniryczne indie popowe aranże wpisano tu archetypowe brzmienie heartland rocka, mocno osadzone w stylistyce amerykańskiej prowincji połowy lat 80.; jednocześnie udało się tu osiągnąć budujący kompromis między współczesnymi środkami a klasycznym podejściem do rocka, co zaowocowało niesamowicie satysfakcjonującą płytą, która z jednej strony jako całość kompetentnie wyraża ideę muzyki pop jako sztuki, a z drugiej momentami cechuje się nieskrępowaną przebojowością

1. D’Angelo and The Vanguard Black Messiah

płyta, z którą być może trzeba się oswoić — choć nie każda melodia od razu zapada w pamięć, przy pierwszych odsłuchach słuchaczowi w pełni rekompensują to pieczołowite aranże, a wraz z każdym kolejnym — narastające poczucie satysfakcji obcowania z pierwszorzędnym projektem muzycznym; black messiah to jambandowy, osadzony głęboko w funkrockowych i neo-soulowych fundamentach komentarz społeczno-politycznej kondycji dzisiejszego świata i długo wyczekiwany revival świadomego soulu