
konwencjonalne skale ocen zawodzą z zderzeniu z naporem setek fenomenalnych płyt nagranych w latach 70.; ostatecznie czasem o kolejności decydują czynniki zupełnie pozamuzyczne — przywiązanie i ogólne wrażenie; ważna jest też bliskość tej muzyki — co z tego, że naście lat temu zasłuchiwałem się we wczesnonowofalowych wynalazkach, skoro teraz patrzę na nie jak na preparaty w słoikach — z ciekawością, ale i poczuciem obcości; ostatecznie wszystko sprowadza się do jednostkowego doświadczenia, które każdy z nas może zrealizować inaczej; nie zawsze te najlepsze płyty są rzeczywiście najlepsze — i będzie to prawda, jakkolwiek to zdanie zrozumiemy
*
dwie rzeczy, które zrozumiałem w mozolnym procesie składania tej listy w całość: może to starość, a może radość — bardzo polubiłem się z bluesem, ale nie takim klasycznym zawodzeniem przy gitarze, ale jako komponentem jakiejś większej, bardziej progresywnej gatunkowej mieszanki — i love me some blues; drugą rzeczą, która stała się mimowolną dominantą tej listy był laidbackowy mood — i znowu pytanie: starość czy radość?

| 100. |
electronic panorama: paris, tokyo, utrecht, warszawa 1970 |
do dziś nie wiem, czy to zabawne anachroniczne plumkanie, czy ponadczasowa biblia nowej akademickiej elektroniki z czterech stron świata. nigdy nie był to album, którego próbowałem słuchać w całości, ale do dziś przetrwał we mnie we fragmentach. jemu zresztą swoją nazwę i trzon programowy zawdzięcza panorama dźwięku. odległy, ale nadal matecznik. ♪ mandara

| 99. |
gloria gaynor never can say goodbye 1975 |
tytułowy utwór od lat był dla mnie jednym ze szczytowych momentów disco i choć kontekst płyty o tym samym tytule nie zdołał tego doświadczenia apgrejdować, z powodzeniem rozszerzył je na długogrający format. strona a, zmiksowana w jeden soczysty dwudziestominutowy megamiks, to niemal perfekcyjny dyskotekowy przelot — za pomocą klasycznych środków i doskonałego wykonania osiągający rejony parkietowej transcendencji. mniej żwawą i konsekwentną stronę b możemy w tym kontekście artystce wybaczyć. ♪ „”never can say goodbye”

| 98. |
skaldowie krywań, krywań 1972 |
miałem taki etap w życiu, jeszcze przed grandą brodki, kiedy z fascynacją szukałem elementów muzyki góralskiej w polskim popie i krywań, krywań skaldów był dla mnie jak dar gór. obecnie quasitytułowy utwór jest dla mnie momentami odrobinę przyciężki, ale całościowo album nadal zachowuje rezon, a i charakteru nie można mu odmówić. progresywny rock z góralskim twistem, rzecz zupełnie unikalna. ♪ „jeszcze kocham”

| 97. |
happy end kazemachi roman 1971 |
japończycy też mieli swoje happy end — zasadniczo odmienne od naszego. prekursorzy tamtejszego folk rocka, utożsamiani z nurtem new music, z harumim hosono i eiichim ohtakim w składzie, płytą kazemachi roman ufundowali swoisty kamień węgielny dla brzmienia japońskiego soft rocka, przynajmniej do czasu citypopowej rewolucji pod koniec dekady. to rzecz o tyle specyficzna, że mieszająca rozmaite stylistyki pożyczone zza oceanu — country, bluesa, folk — budująca z tego wszystkiego świadomość jakiegoś wspólnego brzmienia. nie można natomiast odmówić jej świetnych numerów, nawet jeśli czasem lepiej słucha ich się pojedynczo. ♪ „kaze o atsumete”

| 96. |
klan mrowisko 1971 |
szamanizm po polsku. dzięki pewnej teatralnej pierwotności zawsze umiałem wybaczyć mrowisku jego progrockowość. między (zbyt) gitarowymi solówkami rozlewa się gęsta psychodeliczna zupa, której nurt łączy jakiś wyśniony pradawny las, miejsce obrzędów, ze stojącą pośrodku szarej betonowej metropolii sceną — miejscem obrzędów po wtóre. ♪ „pejzaż z pustych ram”

| 95. |
roberto cacciapaglia the ann steel album 1979 |
zanim ktokolwiek usłyszał o hannie diamond, była ann steel, którą na potrzeby tej płyty skonstruował włoski wizjoner-minimalista roberto cacciapaglia. ta płyta to definicja motoryczności w muzyce i możliwie najbliższe japońskiego techno kayō i muzyce niezrównanej miharu koshi, co znajdziemy w europejskim popie (którą to analogię odkryłem dużo później niż ann steel, ona z cacciapaglią także zresztą wówczas wyprzedziła hosono i koshi o kilka lat). ♪ „sport et divertissement”

| 94. |
ramones ramones 1976 |
to zabawne, że nawet bez phila spectora na end of the century w 1980, ramonesi brzmieli momentami jak punkrockowa odpowiedź na the ronettes. ale może właśnie dzięki temu i dynamicznym surowym gitarom, brzmienie zespołu robiło dla mnie robotę. nie sposób zaprzeczyć, że ramonesi przez większość kariery grali w zasadzie ciągle jeden i ten sam numer, z tym że na debiucie wyszło im to zdecydowanie najlepiej. ♪ „blitzkrieg bop”

| 93. |
toto toto 1978 |
wszystko to, co najlepsze zawarło w swojej muzyce toto, znajdziemy już na ich błyskotliwym debiucie. są serowe gitary, fantastyczne refreny do zdzierania gardeł na stadionach i pan-jazzowe detale, które sprawiały, że ta muzyka nie tylko nie daje się zamknąć w szufladce niesprawiedliwie opisanej jako „kuriozalna” czy „z epoki”, ale sama na własnych zasadach jest w stanie współcześnie znaleźć drogę na półki z płytami i do serc koneserów gatunku. ♪ „i’ll supply the love”

| 92. |
elvis costello and the attractions armed forces 1979 |
elvis costello nie siedzi już w smutnym angielskim pubie popijając ale, tylko zdobywa szturmem amerykę. miesza inspiracje abbą, beatlesami i philem spectorem, żeby stworzyć swój bardziej popowy sound pod banderą the attractions. rezultat jest witalny, ale wciąż zadziorny, brzmienie większe, z retro twistem, ale w końcówce dekady nadal adekwatne. ale to znów kolejna z tych płyt, których ostatnio chętniej słucham do połowy. ♪ „oliver’s army”

| 91. |
marcos valle garra 1971 |
brazylijska samba kreatywnie wymieszana z amerykańskim soulem i funkiem — w dużej mierze na gładką masę, ale gdzieniegdzie z grudkami. całościowo garra jest być może mniej doszlifowana od hołubionego previsão do tempo z 73 roku, ale aranżacyjnie i songwritersko jest bardziej prostolinijnie słoneczna, co zawsze było dla mnie kluczową właściwością samba soulu. nieliczne potknięcia rekompensują tu potężne hajlajty. ♪ „com mais de 30”

| 90. |
ergo band / grażyna łobaszewska ergo band / grażyna łobaszewska 1978 |
ciekawa to płyta, można by pomyśleć, że w jakimś sensie split, bo przy aż trzech sposobnościach zespół porzuca solistkę i rusza w jazz-funkowy szał. łobaszewska wypada jednak fantastycznie: numery są wykonane z feelingiem, są melodyjne, teksty są raczej poetyczne i zawsze o czymś. zabrakło tu trochę zmysłu, jak ten album poukładać, ale wciąż łobaszewskiej z zespołem słucha się w formacie długogrającym milej niż dużo wyżej cenionej prońko z podobnego okresu (którą też lubię, ale raczej niestety wyłącznie singlowo). ♪ „gdybyś”

| 89. |
taeko ohnuki sunshower 1977 |
dla wielu to marynarskie okienko na okładce sunshower (w którym ja zawsze widzę drzwiczki pralki) to realne drzwi do świata city popu. i faktycznie najjaśniejsze punkty tutaj (prawie cała strona a) są wspaniałym przedłużeniem wspólnej płyty ōnuki z tatsuro yamashitą pod szyldem sugar babe (nieobecnej na streamach, a więc i w wyobraźni zachodnich słuchaczy), ale całość jest niestety ciutkę deko-boko — trochę słońca, trochę chmur. sam osobiście jestem raczej miłośnikiem solowej ōnuki w syntezatorowej odsłonie z lat 80., ale nie mogę i nie umiem zignorować sunshower — ostatecznie przez drzwiczki tej pralki i do mojego świata wpadło sporo słońca. ♪ „tokai”

| 88. |
marek grechuta / anawa anawa 1970 |
są we mnie dwa wilki. jeden z premedytacją wykluczył ten album na starcie. drugi, po namyśle, zdecydował, że grechuta powinien być reprezentowany przez coś więcej niż jedynie korowód i całkiem zasadnie wyłonił ten krążek jako drugi najlepszy w jego dyskografii. problem pierwszego wilka jest taki, że ten album to w jakiejś części grechuta banalny — teatralny monodram klasowego wrażliwca. są tu też momenty wybitne i mają przewagę, ale całość wciąż jest showcase’owa. tam gdzie korowód czy szalona lokomotywa opowiadają historie, anawa prezentuje krótkie scenki rodzajowe. w aranżach i wykonawstwie słychać oczywiście niewątpliwy talent, a większość opowieści potrafi chwycić za serce. ♪ „serce”

| 87. |
townes van zandt the late great townes van zandt 1972 |
choć alt-countrowy wrażliwiec townes van zandt tworzył w epoce płyt długogrających, nie uważam, że to odpowiedni format do odbioru jego twórczości. w latach 70. wydał w sumie cztery płyty — dwie bardziej rhythm&bluesowe, dwie folkowe — wszystkie świetne, ale żadna z nich nie wybija się zbytnio ponad pozostałe. z perspektywy the late great townes van zandt jest być może najbliższym komercyjnego sukcesu momentem w dyskografii tego wspaniałego, choć niedocenionego wystarczająco songwritera. „poncho and lefty” scoverowane dekadę później przez williego nelsona i merle’a haggarda stało się, niebezpośrednio, jednym przebojem na koncie zandta. ale late great ma do zaoferowania znacznie więcej — to akustyczny showcase zandta niepozbawiony wielkich życiowych pytań, zupełnie codziennych opowieści i nieszczególnie zgrabnego, choć na swój sposób ujmującego humoru, którego najbardziej zewnętrznym wyrazem niech będzie forma para-nekrologu, w jakiej ten krążek wydano, zgrywająca się zresztą tematycznie z nieoczekiwanym muzycznym finałem w „heavenly houseboat blues”. ♪ „if i needed you”

| 86. |
jacques brel les marquises 1977 |
album nagrany przez brela w tajemnicy po blisko 10-letniej przerwie i niespełna rok przed jego przedwczesną śmiercią. to dość paradoksalne, choć może tym wznioślejsze, świadectwo życia terminalnie chorego artysty, który jednak nie daje po sobie poznać słabości. to wspaniałe pożegnanie z publiką , porównywalne do tego, które 40 lat później urządził david bowie. nie jest to co prawda album, po który sięgam zbyt często, ale kojarzy mi się nostalgicznie i nie mogłem go pominąć. ♪ „les remparts de varsovie”

| 85. |
milton nascimento & lô borges clube da esquina 1972 |
współcześnie śmiało można nazwać ten album biblią brazylijskiego popu lat 70. rzecz jednocześnie wspaniała i dziwaczna, stworzona wspólnie przez młodziaka lô borgesa i jego idola — miltona nascimento, ale nagrana w większości jako kolekcja utworów każdego z nich z osobna na kanwie wspólnych ideałów i progresywnej stylistyki łączącej w jedno szeroki wachlarz inspiracji. i choć duża część utworów stąd to prawdziwa ekstraklasa mpb, do dziś nie udało mi się do końca znaleźć klucza do całości, zgodnie z oryginalną wizją twórców. ♪ „cravo e canela”

| 84. |
dr. john, the night tripper the sun, moon & herbs 1971 |
debiut dra johna to jedno z najbardziej niepowtarzalnych i najintensywniejszych doświadczeń dźwiękowych zamkniętych w formie longplaya, jakich doświadczyłem, a ten album z 71 roku był zawsze w mojej opinii jego najbardziej prawowitym sequelem, jeśli chodzi o brzmienie i formę. swamprockowy nowy orlean ufundowany na wyspiarskich gusłach i solidnie doprawiony orkiestrowym bluesem. ♪ „craney crow”

| 83. |
exuma exuma, the obeah man 1970 |
gdzieś pomiędzy debiutem dr. johna a calypso mighty sparrowa jest ta płyta. pochodzący z bahamów exuma w swojej muzyce łączy rozmaite wyspiarskie tradycje muzyczne, czego efekt brzmi z jednej strony autentycznie, z drugiej zaś progresywnie i witalnie. exuma odnosi się do folkowych tradycji regionu, ale jego muzyka ma oddziaływać na wyobraźnię zachodniego odbiorcy (płytę nagrano w nowym jorku na rynek amerykański). nie jest to więc w żadnej mierze projekt dokumentalny, a raczej urzeczywistnienie jakiejś wizji artystycznej, gdzie w centrum umieszczono tak fascynujące nas tutaj plemienne obrzędy i skojarzenia z voodoo. ale nie tylko tropikalny anturaż czy tożsama z nim rytmika, ale niekwestionowana melodyka tych nagrań stanowi o ich jakości. ♪ „exuma, the obeah man”

| 82. |
ryo fukui mellow dream 1977 |
przy całym niezmierzonym bogactwie muzyki japońskiej, ichniejszy jazz nigdy szczególnie mnie nie zajmował, choć okładka innej, słynniejszej płyty fukuiego — wydanego rok wcześniej scenery to od zawsze moje pierwsze automatyczne skojarzenie z japońskim jazzem. zupełnie bez związku z tym obrazem, jakiś czas później szukałem laidbackowego jazzu na urlop i mewa z okładki mellow dream przyciągnęła moją uwagę. to album, podobnie zresztą jak scenery, zupełnie z innej epoki, jak gdyby do japonii nigdy nie doszły progresywne rockowe fuzje, choć to przecież nieprawda. klasyczne cooljazzowe trio (z fukuim na fortepianie) w połowie reinterpretujące amerykańską klasykę, w połowie grające oryginalne kompozycje tak, że tylko przez znajomość tych pierwszym można odgadnąć co jest czym. laidbackowość, tytułowy łagodny sen, kończy się jednak wraz z pierwszym utworem — to nadal przyjemna płyta, ale bardziej żywiołowa niż myślałem, choć na tyle harmonijna, że pomimo tej żywiołowości pozwala człowiekowi odetchnąć. jeszcze kilka lat temu wolałbym zamiast niej jakiegoś bezbożnie dmącego w saksofon brötzmanna, ale że moje życie nie polega na przesiadywaniu w inteligenckich klubokawiarniach w tygodniu i szukam w muzyce lekarstwa dla życia na etacie, z przyjemnością i bez wstydu wybieram fukuiego. ♪ „mellow dream”

| 81. |
leon redbone double time 1977 |
płyta z samego jądra mojej komnaty osobliwości skupiająca jak w soczewce moją niedającą się logicznie wyjaśnić słabość do muzyki starej ameryki. redbone jest potwornie manieryczny, choć całkowicie inaczej niż inny z moich ulubionych muzycznych anachronistów — van dyke parks. jest kreskówkowy, double time brzmi jak soundtrack do zaginionej komedii braci marx. redbone mruczy, charczy i sapie do akompaniamentu inspirowanego w równych proporcjach glennem millerem i bobem willsem. ale elementem, bez którego cała ta zabawa w odkrytkowość pozostałaby jedynie atrapą, a który wypełnia tę płytę do cna i ostatecznie stanowi o niepodważalnej jej szczerości jest niedająca się podrobić żywa melancholia. ♪ „my melancholy babe”

| 80. |
the clash london calling 1979 |
clashe nie byli nigdy moim zespołem i na papierze łatwo mi ich zignorować, ale gdy tylko odpalę ten album, nie umiem i nie chcę zamykać na niego uszu. to ikoniczny przelot, mimo długiego playtime’u, wyładowany znakomitymi numerami stylistycznie dalece wykraczającymi poza nowofalowy brytyjski punk, do którego można by sprowadzić grupę na papierze. idealna płyta, by symbolicznie zamknąć dekadę. ♪ „hateful”

| 79. |
joni mitchell ladies of the canyon 1970 |
to chyba brzmieniowo moja ulubiona płyta mitchell, a sięgnąłem po nią zaraz gdy tylko odkryłem jej istnienie ze względu na „big yellow taxi”, które od dziecka zachwycało mnie swoją energią. z początku ladies było więc zawodem, bo tej energii nic na płycie nie dorównuje. z czasem jednak doceniłem cały wachlarz emocji i nastrojów joni w tym sielskim pan-folkowym wydaniu. ♪ „rainy night house”

| 78. |
ohio players gold 1976 |
straciłem rozum na kilka tygodni, gdy pierwszy raz usłyszałem „love rollercoaster”. w efekcie zacząłem szukać w dyskografii ohio players przedłużenia tego psychodelicznego orkiestrowego funku, ale album honey okazał się atrapą. ratunek pojawił się w dyskografii grupy ledwie rok później, gdy ukazało się gold — być może jedyny zbiór utworów grupy, którego należy posłuchać. definicja brzmienia funkującego soulu z ohio, o którym współcześnie trochę już zapomniano, a nadal buja aż miło. ♪ „love rollecoaster”

| 77. |
maryla rodowicz wsiąść do pociągu 1978 |
ta płyta to w zasadzie same zabawki osieckiej i mikuły, a maryla też jakby lżejsza niż zwykle. efektem jest najbardziej koherentny, jeśli chodzi o treść i brzmienie krążek rodowiczki. i to krążek witalny, świetlisty, cały skąpany jeśli nie w bossanowie, to przynajmniej w naszym polskim słońcu. ten pociąg to tylko pretekst, żeby ucieć od peerelowskiej szarugi, dać się ponieść chwili i poczuć to, co czyni to wszystko czegokolwiek wartym. ♪ „bossa nova do poduszki”

| 76. |
paul simon still crazy after all these years 1975 |
to lowkey płyta wszech czasów, przynajmniej w tej konkretnej chwili, gdy obraca się na talerzu. później o niej zapominam, ale to cudowny niezobowiązujący moodsetter lśniący za każdym razem, gdy przyjdzie jego moment. lowkey rozumiem też tytuł, choć wydawałoby się, że album powinien być dziki i upbeatowy. jest w nim coś przewrotnego z nutką goryczy. i taka, pomimo całej jej przytulności, jest też ta muzyka. lowkey tego właśnie mi potrzeba. ♪ „have a good time”

| 75. |
curtis mayfield superfly 1972 |
wolę mayfielda w wydaniu bardziej smooth, a superfly jest albumem na wskroś funkowym, muzycznym uosobieniem seksu, spluw i kokainy, którym ociekało kino blaxploitation lat 70. i wokół tego kręci się zresztą cała narracja na płycie, co czyni ją zdecydowanie bardziej specyficzną niż bardziej osobisty debiut i społecznie zaangażowane roots. mimo wszystko udało mi się z czasem znaleźć na ten gangsterski funk jakąś przestrzeń w sobie, bardziej za sprawą doskonałego songwritingu niż samego brzmienia. ♪ „no thing on me (cocaine song)”

| 74. |
david bowie low 1977 |
przez lata nie rozumiałem fenomenu low, ale któregoś jesiennego wieczora i na mnie przyszła pora. wszystko przez „warszawę” stanowiącą idealny pre-twinpeaksowy klucz do tego zimnego, choć niewątpliwie poetycznego krajobrazu ze strony b. gdyby rozciągnąć go także kreatywnie na stronę a i stworzyć dzieło nieco bardziej monolityczne w wymowie, raczej niż korzystające z przywileju rewersu i awersu, może i ja mógłbym się bardziej entuzjastycznie włączyć w toczące się wśród fanów i krytyków w kontekście tej płyty dyskusje o magnum opus bowiego. ♪ „warszawa”

| 73. |
the beach boys holland 1973 |
holland to beach boysi jesienni, beach boysi po przejściach. gdy zaczynałem zagłębiać się w ich dyskografię, nie mogłem uwierzyć, że album tak znakomity jak ten potraktowały po macoszemu nie tylko bezmyślne hordy ex-fanów ich potupajek o surfowaniu, ale także krytycy. to zaskakujący pomost pomiędzy sielską holenderską wsią (gdzie płytę nagrano) a wspomnieniem, może nawet wyobrażeniem o słonecznej kalifornii. i ten dystans, który dzieli jedno i drugie, odbywa się w dużej mierze w sferze snów — i taka właśnie jest ta muzyka. ♪ „the trader”

| 72. |
czesław niemen enigmatic 1970 |
ulotny punkt idealnej równowagi w dyskografii niemena — między piosenkowością a artystycznymi aspiracjami. enigmatic ze swoimi pompatycznymi progresywnymi aranżami może wydawać się pretensjonalne, ale w rzeczywistości wychodzi z serca, co niemenowi udało się tu doskonale wyrazić. ♪ „kwiaty ojczyste”

| 71. |
michel polnareff „polnareff’s” 1971 |
kolejna dziwna, ale satysfakcjonująca płyta z lat 70. polnareff ma tu pomysłów na więcej niż jeden album i decyduje się na mocny clash — wielkich post-chansonowych ballad w barokowych aranżach i espresyjnej orkiestrowej ściany dźwięku epoki psychodelicznego soulu. wszystko to nagrane w bitelsowskim duchu z dbałością o aranżacyjnego detale i wyczuciem ponadczasowych melodii. to stylistyczny i energetyczny rollercoaster, ale zrealizowany na kształt cyklu piosenek bez twardych lądowań między kolejnymi utworami. ♪ „nos mots d’amour”

| 70. |
stevie wonder innervisions 1973 |
gdy jako młody chłopak odkryłem nagrania wondera z lat 70., długo innervisions pozostawało dla mnie płytą między talking book a songs in the key of life — oczywiście niesłusznie, ale potrzebowałem czasu i własnego kontekstu, żeby odkryć tę muzykę po swojemu. wciąż nie jest to abum, którego słucham z przejęciem od deski do deski, choć poszczególne numery to absolutna ekstraklasa w dyskografii steviego. to przebojowy progresywnie wyprodukowany soul o wielu obliczach — wrażliwy, słoneczny, ale też dziarski i polityczny. największym problemem tej płyty jest to, że dwa lata później wonder wydał songs in the key of life, które zmiotło wszystko z planszy. ♪ „living for the city”

| 69. |
suicide suicide 1977 |
zderzenie z tą płytą w 77 musiało być szokujące, zakładając oczywiście, że dało się w ogóle na nią wówczas trafić, bo musiały minąć lata, żeby zainteresowali się nią krytycy i słuchacze. minimalistyczny syntezatorowy punk w mocno industrialnej tonacji z wokalami wychodzącymi z pozycji jakiejś intymności, ale zawsze ewoluującymi w kierunku lubieżności lub paranoi. cały ten projekt był zresztą szalenie prowokacyjny, włączając w to surowy, ale jednocześnie awangardowy elektroniczny krajobraz, który te utwory ilustruje — stanowiący znakomite uzupełnienie i kontrbalans dla jęków alana vegi. ostatecznie to jeden z najbardziej unikalnych brzmieniowo krążków lat 70. ♪ „ghost rider”

| 68. |
lou reed metal machine music: the amine β ring 1975 |
jeśli electronic panorama była założeniem programowym panoramy dźwięku, to metal machine music było jej emanacją. uwielbiam ten album na wielu poziomach: środkowego palca dla dużej wytwórni i fanów kosztem własnej kariery, odwagi i świadomości artystycznej reeda, ale też tego, jak ostatecznie ten śmiały pomysł zrealizowano. jeśli ktoś oczekuje melodii i refrenów, może poczuć się oszukany, ale to naprawdę fantazyjny kakofoniczny pejzaż dźwiękowy zbudowany na gitarowych przesterach i zabawie taśmą — na swój sposób niemy duchowy następca wielkiego „sister ray”. pewnie bez całego tego kontekstu by się nie obronił, ale przecież to właśnie cały ten kontekst jest wszystkim. ♪ „part 1”

| 67. |
marvin gaye i want you 1976 |
wielu pewnie za najbardziej sensualny krążek w repertuarze gaye’a uzna sławniejsze let’s get it on, ale mnie zawsze bardziej brało późniejsze o trzy lata i want you. z perspektywy wydaje mi się, że chodzi o strukturę, gdzie te same motywy melodyczne wracają po obu stronach płyty, spinając ją niczym klamra. ♪ „feel all my love inside”

| 66. |
the b-52’s the b-52’s 1979 |
na okładce napisano „play loud” i to była dobra rada. był moment, że dałem się ponieść temu absurdalnemu kosmicznemu queerowemu szaleństwu bez reszty i niczego nie żałuję. to nowofalowy dancing z surferskim rodowodem, jakby piotra szczepanika porwali obcy i zrobili go na skraju lat 80. frontmenem republiki — coś takiego. ♪ „planet claire”

| 65. |
aretha franklin amazing grace 1972 |
nie szukałem co prawda żadnych nowych płyt pod kątem tej listy, ale przysłuchałem się uważniej dyskografii arethy franklin z pierwszej połowy dekady — to mój ulubiony okres w jej karierze, wspaniale zebrany w całość hajlajtami na drugim dysku 30 greatest hits z 86 roku. i choć zarówno spirit in the dark, young, gifted and black/ oraz let me in your life to wspaniałe soulowe płyty, żadna z nich ostatecznie nie wytrzymuje bezpośredniego porównania z gospelowym amazing grace. franklin naprawdę błyszczy wokalnie w tym repertuarze w towarzystwie chóru i naprawdę daje się podnieść atmosferze, a ja razem z nią. przykładowo — nigdy nie przepadałem za tytułowym „amazing grace”, ale tutaj aretha nawet to potrafiła mi sprzedać. inspirujące na wielu poziomach. ♪ „how i got over”

| 64. |
eno here come the warm jets 1974 |
naprawdę doceniam ambientowe początki eno, ale nijak mnie nie biorą. another green world i music for airports słuchałem po raz pierwszy, na długo zanim oswoiłem się z naturą tej muzyki i znalazłem w niej coś dla siebie, ale rewizyta po latach nie przybliżyła mnie emocjonalnie do wizji eno. z kolei here come the warm jets było dla mnie zawsze płytą bez progu wejścia — szaloną eksperymentalną wariacją na temat glam rocka, w równej mierze piosenkową co awangardową, wciąż osadzoną wśród bliskich mi psychodelicznych tropów końca lat 60., ale jednak z bowiem, reedem i popem jako potencjalnymi punktami odniesienia. motywem, który zawsze mnie fascynował, a który odróżnia here comes the warm jets od swoich rówieśników, są dość klasyczne piosenkowe melodie stopniowo zatapiające się w hałasie. to też ciekawy debiut gwiazdy rocka, gdzie w roli głównej mamy człowieka, który przez większość swojej długiej i owocnej kariery krył się za bezimiennymi syntezatorowymi pejzażami. wszystko to oczywiście jest odpowiednio krzywe i niepokojące, jakby eno od samego początku traktował tę płytę jako rodzaj eksperymentu, może nawet żartu. i wcale mi to nie przeszkadza. ♪ „some of them are old”

| 63. |
moondog moondog 2 1971 |
wypatruję reedycji tej płyty od prawie 17 lat, gdy pewnej zimowej nocy pierwszy raz usłyszałem moondoga. wtedy, owszem, większe wrażenie robiły na mnie jego orkiestrowe kompozycje. zebrane na jego drugiej wielkoformatowej (wydanej nakładem columbii) płycie pastorałki-miniaturki stanowiły wówczas specyficzną przystawkę, które dopiero dużo później dojrzały we mnie jako osobny mood. grane na przeszkadzajkach mikrokompozycje rozpisane polifonicznie na głosy podług jakiejś średniowiecznej tradycji, choć stworzone według wszelkich koncepcji post-minimalistycznych, to osobliwy portal to jakieś zupełnie odrębnej nie-rzeczywistości. wspaniałego wewnętrznego świata wikinga z szóstej alei. ♪ „all is loneliness”

| 62. |
randy newman sail away 1972 |
choć od lat jestem miłośnikiem muzycznego sposobu bycia randy’ego newmana — z jego ochrypłym wokalem, podszytym wodewidelem piano rockiem, zabawnymi punchline’ami i wokalnym przestępowaniem z nogi na nogę. tam gdzie ja bym się pośpieszył, randy jest wyczilowany i tak przez wiele lat i płyt. sail away jest chyba najbardziej kompetentnym zbiorem jego piosenek z lat 70., ale nie jestem wcale szczególnie pewien, czy na pewno. potraktujcie go więc jako punkt wyjścia do większego zbioru tematycznego, którego ta lista nie mogła oddać sprawiedliwości w całej jego rozciągłości. ♪ „simon smith and the amazing dancing bear”

| 61. |
orchestre national de france / leonard bernstein milhaud: la création du monde 1978 |
pamiętacie amerykanina w paryżu gershwina? w takim razie może wam się spodobać francuz w brazylii! gdy po raz pierwszy usłyszałem nazwisko milhauda, obiecywano mi właśnie gershwina z elementami samby. i obietnica absolutnie została dotrzymana. ta zrealizowana przez francuską orkiestrę pod dowodzeniem leonarda bernsteina (który z gershwinem też przecież świetnie sobie radził) płyta to trzy kompozycje inspirowane podróżami milhauda do ameryki, brazylii i afryki. moja ulubiona — kończące album le boeuf sur le toit to melanż rozmaitych motywów melodycznych zgrabnie połączonych powracającym refrenem, który jean cocteau zamienił w osobliwy balet. i tu pomyślałem o strawińskim, którego echa też na swój sposób pobrzmiewają w tej muzyce. tym samym darius milhaud na tej jednej płycie dostarczył mi wszystko to, czego spodziewałem się po narodowym kompozytorze brazylii — hectorze villa-lobosie, a którego twórczość okazała się potwornie akademicka i sztywna. ♪ le boeuf sur le toit

| 60. |
billy joel 52nd street 1978 |
był moment, że zatonąłem bez reszty w muzyce billy’go joela. później uznałem ją za zbyt komercyjną, a ostatecznie na nowo dostrzegłem wartość w tej prostolinijnej przebojowości niesionej niezwykłą sceniczną i wokalną charyzmą joela. i to w zasadzie tyle — joel jest charyzmatyczny i umie pisać melodie, płytę produkuje phil ramone, a żeby 52nd street oddzielić jakoś od przełomowego the stranger wydanego rok wcześniej, joel zaprasza sekcję jazzową. to znakomity krążek na niezobowiązujący wieczór, gdy człowiek ma ochotę chwilę poudawać, że jest w nowym jorku, bez konieczności tłuczenia się dziewięciu godzin samolotem. strona a to poprockowa perfekcja, strona b robiłaby całkiem niezły followup, gdybym w międzyczasie nie zmienił płyty na inną. ♪ „zanzibar”

| 59. |
earth, wind & fire all 'n all 1977 |
earth, wind & fire można z całą pewnością słuchać z wielką przyjemnością bez zwracania uwagi na takie detale jak to, z jakich albumów pochodzą które utwory. przy bardziej klasycznym podejściu centralnym punktem ich kariery wydaje się z pewnością singlowe „september” z 78 roku i wydany równo rok wcześniej longplay all 'n all, na którym grupa wreszcie zmaterializowała pełen potencjał. to jedna z tych płyt, która przy pierwszym odsłuchu sprawia wrażenie, że znało się ją od lat, bo hip hop i r&b kolejnych dekad wydobyły z niej dziesiątki klasycznych sampli i refrenów. to także początek romansu grupy z afrofuturyzmem, który nakreślił dominantę ich stylistycznych zainteresowań na kolejnych kilka lat i jeden z tych idealnie gładko płynących funkowych krążków, gdzie nie sposób wyskipować choćby jeden numer ze względu na kosmiczną synergię całości. ♪ „runnin'”

| 58. |
george harrison all things must pass 1970 |
wszystko co najlepsze ocalało rozpad beatlesów trafiło na tę płytę — są wielkie popowe refreny podbite kontrolowaną melancholią, podawane charyzmatycznie, ale z pewną intymnością; jest progresywna produkcja na skraju psychodeli, która jednak już nie dominuje (phil spector pięknie wyciągnął wszystko to, co harrison miał w sobie na wyższy poziom) i wreszcie jest synergia — ostatecznie album ewoluuje w stronę rockendrollowego jamu, traktowanego przez słuchaczy raczej po macoszemu, ale ja to kupuję. tematyka tej płyty — duchowa, refleksyjna, szczera, ale niekoniecznie ewangelizująca w bezpośredni sposób, też mi odpowiada. jest w niej życiowego, co sprawia, że łatwo do niej wrócić w całości lub we fragmencie, zanurzyć się w niej na chwilę i poczuć się lepiej. ♪ „what it life”

| 57. |
pastor t.l. barrett and the youth for christ choir like a ship… (without a sail) 1971 |
zanim light in the attic reedytowało ten krążek w 2010 roku, w zasadzie nie istniał na jakiejkolwiek większej mapie kulturowej. a to być może jedna z najbardziej kompetentnych gospelowych realizacji płytowych. być może — bo ilekroć wracam do tego albumu, zastanawiam się, ile jeszcze takich zagubionych krążków przyjdzie nam odkryć. największe dwie zalety like a ship to jego autentyczność i nieszablonowość. pastor barrett wyszedł tu dalece poza kościelne standardy, nawet czarnych zgromadzeń protestanckich, realizując album jednak w ramach jego struktur. ale to nie dokumentalny rys, a nieskrępowana energia i czysta radość stojące u podłoża tej muzyki, sprawiają, że ponad pół wieku później nie słucha się go wyłącznie jako ciekawostki. ♪ „nobody knows”

| 56. |
steely dan can’t buy a thrill 1972 |
steely dan 101. kryzys wieku średniego, wersja wcale nie spektakularna: kolejny ciężki dzień w pracy, topniejąca wiara w sens życia i własne możliwości. z odsieczą przychodzi can’t buy a thrill, które nienarzucającą się przesadnie. harmonijną, bogatą aranżacyjnie oprawą sprawia, że wszystko to wydaje się odrobinę bardziej znośne. jest mi teraz strasznie głupio, ale zdaje mi się, że doskonale wszystko to rozumiem. ♪ „only a fool would say that”

| 55. |
devo q: are we not men? a: we are devo! 1978 |
czy w tym szaleństwie jest metoda? na pewno w tej metodzie jest szaleństwo. albo nawet: ta metoda to szaleństwo. nie wiem, czy dzisiaj dałbym się devo tak łatwo, ale wzięło mnie bez reszty, gdy pierwszy raz trafiłem na ten dziwaczny krążek lata temu — surowy i punkowy z jednej strony, z drugiej zupełnie surrealistyczny — trochę kosmiczny, trochę humorystyczny i na pewno trochę niepokojący. bo to płyta kwestionująca zdrowie psychiczne zarówno artysty, jak i słuchacza. można by ją nazwać głupią i byłoby to stwierdzenie faktu, nie obelga, gdyby nie to, że te numery są naprawdę chwytliwe, solidnie wyprodukowane i ostatecznie mimo wszystko mają jakieś meritum. ♪ „jocko homo”

| 54. |
yumi arai misslim 1974 |
gdy wziąłem ten album do ręki po raz pierwszy w paryskim sklepiku, właściciel powiedział żebym włączył sobie pierwszy numer na stronie b i wsłuchał się w bas. naturalnie kupiłem ten egzemplarz, a od tego czasu za każdym razem, gdy przewracam go na stronę b, wsłuchuję się w bas. druga płyta japońskiej maryli jest mniej ckliwa niż jej pianinowy debiut i bliższa funkowych ideałów city popu niż folkowego sznytu new music. długo nie byłem pewien, który album yumi powinien trafić na listę, ale odsłuchy rozwiały wszelkie wątpliwości. ♪ „anata dake no mono”

| 53. |
colin blunstone one year 1971 |
odessey & oracle, drugi album the zombies, swego czasu naprawdę rozświetlił moje życie, a najpoważniejszym kandydatem do roli jego adekwatnej kontynuacji po rozpadzie grupy, okazał się solowy debiut ich wokalisty colina bluntone’a. to, co u zombies było barokowo-rockowe, tu uszczuplono o bębny i gitary, i zrobiono kameralnie czy może nawet post-barokowo, głównie przy pomocy sekcji smyczkowej i aksamitnego wokalu blunstone’a. sentymentalne to mocno, ale mnie bierze. ♪ „caroline goodbye”

| 52. |
eric clapton 461 ocean boulevard 1974 |
dość dziwaczny soft spot między rockiem, bluesem, country a reggae, który zupełnie naturalnie lata temu doskonale odnalazł się w roli jednego z moich głównych feel good albumów. nie byłem nigdy fanem claptona, ale jego „i shot the sheriff” zakorzeniło się w mojej świadomości na tyle, że zdarzyło mi się podczas dyskusji o muzyce zapomnieć zupełnie o oryginale marleya. kolejny mocny punkt na mojej mapie laidbackowych płyt z lat 70. ♪ „mainline florida”

| 51. |
giorgio from here to eternity 1977 |
moroder ma w swojej dyskografii wiele dobrego, ale from here to eternity to jego najlepsza wizytówka. to kosmiczny przelot z twojego salonu wprost do gwiazd. album, który obudził moją wiarę w europejską elektronikę, gdy nie miałem jej w sobie ani trochę. ♪ „from here to eternity”

| 50. |
steve reich and musicians music for 18 musicians 1978 |
reich w swoim najbardziej ikonicznym wydaniu na pierwszy rzut ucha może pasować bardziej do galerii sztuki, ale jego muzykę wypełnia faktyczne życie. ♪ pulse

| 49. |
the nitty gritty dirt band will the circle be unbroken 1972 |
w swoim czasie szokujące spotkanie rockowych hipisów z weteranami bluegrassu zaowocowało albumem, który przeszedł do historii jako biblia gatunku z do dziś niedoścignionymi wykonaniami klasyki bluegrassu z lat 40. i 50. chciałem napisać, że to sól tej ziemi, ale bardziej adekwatnym określeniem byłoby sól tego piachu, a może po prostu piach. ♪ „tennessee stud”

| 48. |
david bowie „heroes” 1977 |
bowie z eno rozciągają swoje berlińskie ambientowe inspiracje na rockendrollową tkankę, tworząc surrealistyczny nocny krajobraz metropolii. całość zawsze wydawała mi się dużo bardziej zrównoważona niż hołubione low, mimo bardzo podobnego podziału materiału piosenkowego i środowiskowego między dwie strony płyty. ♪ „sons of the silent age”

| 47. |
anawa anawa 1973 |
anawa pokazuje, że bez grechuty wciąż ma meritum. aranże pawluśkiewicza ani trochę nie odbiegają tu poziomem od tych na korowodzie, choć mimo poetyckiej formy, zaucha w roli wokalisty raczej ugruntowuje ten projekt w jakiejś rzeczywistości, aniżeli go uskrzydla — co nie jest zarzutem. jest po prostu inaczej. tematem przewodnim są tu wielkie pytania, ale, co ważne, bez uzurpowania sobie prawa do udzielania jakichkolwiek odpowiedzi. ♪ „abyś czuł”

| 46. |
novos baianos acabou chorare 1972 |
swego czasu numer jeden na liście najlepszych brazylijskich albumów wszech czasów tamtejszej edycji rolling stone’a. ale nie wcale dlatego go wybrałem. w zasadzie to on wybrał mnie. nie da się zanegować witalności i energii płynących z tego kunsztownego samba-popu i gwarantuję, że żeby nie negować, wystarczy tylko jeden odsłuch. zdarza, że się, że brazylijskie płyty tamtego okresu mają wspaniały klimat, bogate aranże i doskonałe wykonawstwo, ale brakuje im melodii, co absolutnie nie jest problemem tutaj. ♪ „swing fo campo grande”

| 45. |
led zeppelin led zeppelin [iv] 1971 |
okazuje się, że w kontekście płyt lat 70. mam słabość do bluesa w różnych mieszankach gatunkowych i gdy wróciłem do tej płyty, to w połączeniu z klasycznym rockiem i folkiem ujął mnie szczególnie. nie jestem fanem „stairwaya”, ale też wszystko inne tutaj (poza „four sticks” naturalnie) przemawia do mnie nieprawdopodobnie bardziej na różnych poziomach. to klasyczny rock najlepszej możliwej próby. ♪ „going to california”

| 44. |
the beach boys love you 1977 |
to raczej cult classic fandomu beach boysów, niż powszechnie uznany majstersztyk. i być może byłbym wśród tych, którzy przysłuchują mu się z niedowierzaniem, gdyby nie wypadki pewnej sylwestrowej nocy, kiedy przedzierałem się przez zaspy w totalnej śnieżycy w jego akompaniamencie. psychodeliczne syntezatory okazały się trafioną (choć nie komercyjnie) odtrutką na disco i tchnęły nowe życie w grupę będącą w owym czasie na skraju wypalenia. można też słuchać love you ironicznie, pozwalam. ♪ „let us go on this way”

| 43. |
brigitte fontaine, areski belkacem & art ensemble of chicago comme à la radio 1970 |
brigitte fontaine jest szalona, co doskonale współgra z avant-jazzowym akompaniamentem panów z art ensemble of chicago. fontaine wynosi tu poetykę chanson na wyższy, dość surrealistyczny poziom. to jak podróż do innego świata. niezbyt przyjazne miejsce do zamieszkania, ale takie, które zdecydowanie ciekawie czasem odwiedzić. ♪ „comme à la radio”

| 42. |
tomaž pengov odpotovanja 1973 |
klasyk słoweńskiego andergrandowego folku, który aż do zeszłego roku był zupełnie poza obiegiem streamingowym, a dla mnie był trochę jak płyta-duch, dźwięcząca mi gdzieś z tyłu głowy, ale niedająca szansy na spotkanie. nie rozumiem ani słowa po słoweńsku, ale to piękny, szczery, akustyczny folk, któremu trudno nie dać się zahipnotyzować. ♪ „cesta”

| 41. |
magda umer magda umer 1973 |
najpierw zakochałem się w barokowych aranżach, których tak brakowało mi w polskim popie tamtego okresu, później zasłuchałem się w miękkim, ale jakże plastycznym wokalu umer, a wreszcie odkryłem poetyczne teksty, które zostaną ze mną na zawsze. zacząłem od „koncertu” i „stroju”, a teraz nie mogę żyć bez „kasztanów”, „jeżeli nie myślisz” czy „faz”. to już nie tylko płyta, to recepta na dobre życie. ♪ „fazy”

| 40. |
steely dan aja 1977 |
w mojej pierwotnej notce sprzed pół roku napisałem, prosząc nie wprost o wybaczenie, że nie aspiruję do miana miłośnika steely dan, czego dowodem jest brak aji w zestawieniu. widzicie jednak, że od tego czasu wydarzyły się rzeczy i najwyraźniej oficjalnie wszedłem w wiek średni. od teraz moją główną wieczorną rozrywką będzie słuchanie tej płyty na drogim sprzęcie stereo złożonym m.in. z bardzo wielu kabli ze złotymi stykami i popijanie whisky. obecnie pracuję nad częścią tyczącą się kabli, nadal nieszczególnie lubię whisky, ale płytę, co mam nadzieję widać, już mam. ♪ „peg”

| 39. |
yellow magic orchestra solid state survivor 1979 |
mamy kraftwerk w domu, edycja kurtkowa. niemiecka myśl techniczna niewątpliwie dała japończykom wiatr w żagle, ale rozwinęli ją w stronę popu i emocji w sposób absolutnie niedostępny żadnemu niemcowi. to moment, gdy w japonii defacto rozpoczęły się lata 80., a yellow magic orchestra zrewolucjonizowali tamtejszy pop, nadając mu nie tylko brzmienie i kształt, ale także rozszerzając pole jego zainteresowań. ♪ „solid state survivor”

| 38. |
maryla rodowicz cyrk nocą 1979 |
ultimate maryla. cyrk nocą to low-key jej best of, jeśli jako kryterium przyjmiemy ponadczasowość i jakościowość kompozycji, a nie jedynie ich popularność. „konie” to 11-minutowe transcendentalne progresywne smutne post-disco i jeden z najlepszych momentów w historii polskiej muzyki, ale ten mood rozciąga się tu właściwie na cały krążek (z wyjątkiem jazzującego epilogu — wciąż adekwatnego w kontekście cyrkowego motywu). to łaskawe porachunki z samą sobą na półmetku życia w wykonaniu genialnego duetu osiecka-rodowicz. ♪ „gdzie są ci chłopcy”

| 37. |
mighty sparrow hot and sweet 1974 |
mighty sparrow, prawowity król calypso, wyrósł w ostatnich latach na jednego z moich ulubionych artystów w ogóle. a poznaliśmy się przed laty właśnie dzięki hot and sweet, przez vana dyke’a parksa, który produkował ten okrzyknięty międzynarodowym debiutem sparrowa krążek (co nie było do końca prawdą, ale kto powiedział, że nie można debiutować międzynarodowo kilkakrotnie). sparrow dla trynidadu i tobago oraz muzyki calypso był kimś pomiędzy bobem marleyem a frankiem sinatrą. to świetny showcase jego stylu i charyzmy, z zastrzeżeniem, że tutaj przygoda ze sparrowem dopiero się zaczyna, nie kończy. ♪ „memories”

| 36. |
zbigniew wodecki zbigniew wodecki 1976 |
cieszę się, że mogłem przeżyć drugą młodość tego krążka, towarzyszyć wodeckiemu i mitchom na premierowym koncercie na offie, a rok później nawet osobiście zamienić z nim kilka zdań. i może dlatego wciąż mam poczucie, że choć te piosenki poznała już cała polska, to one wciąż gdzieś w głębi mnie są tylko moje. cudowna polska diy bossa nova. ♪ „wieczór już”

| 35. |
jorge ben áfrica brasil 1976 |
jorge ben za sprawą mitchów łączy się z wodeckim nicią międzykontynentalnego porozumienia. ben to szara eminencja mojej miłości do muzyki brazylijskiej, a áfrica brasil zapisało się w mojej pamięci jako moje pierwsze spotkanie z jego muzyką i choć według wielu nie jest to wcale najlepszy krążek bena z lat 70., dla mnie, może ze względu na inną ponadkontynentalną nić prowadzącą z brazylii do afryki, zawsze będzie centrum jego dyskografii. wspaniała definicja samba-funku i moja ulubiona odsłona brazylijskiego trubadura. ♪ „taj mahal”

| 34. |
yukihiro takahashi saravah! 1978 |
zanim takahashi, wokalista yellow magic orchestra, stał sę pierwszorzędnym technopopowym producentem, w latach 70. pozował w smokingu przed wieżą eiffela i nagrywał cudownie pokraczne pre-synthpopowe covery amerykańskich i europejskich standardów, na czele z „volare”, „c’est si bon” i „mood indigo”. to pozycja dla koneserów trzymania dystansu do własnego poczucia estetyki i szeroko pojętej laidbackowości w piosenkach w ogóle. ♪ „moon indigo”

| 33. |
bob dylan & the band the basement tapes 1975 |
w drugim peaku artystycznym dylana w środku lat 70., idealnie między blood on the tracks a desire ukazał się ten zapis na wpół archiwalnych faktycznie piwniczych sesji dylana i grupy the band. to trochę takie szanty dla ludzi, którzy nigdy nie byli na morzu, bo nie wychodzili z piwnicy. dylan brzmi rozkosznie nosowo, a całość jest surowa, nieśpiesznie rozciągnięta i bardzo swojska w countrująco-bluesowym tonie. w sam raz dla mnie. ♪ „goin’ to acapulco”

| 32. |
caetano veloso transa 1972 |
surowy, bębniący, frenetyczny, wciąż tropikalny, ale gorzkawy. jakże inny od tropikalnego debiutu caetano, ale jakże fascynujący. nie wracam do transy zbyt często, ale gdy już wracam, słucham od deski do deski, jak zahipnotyzowany. ♪ „nine out of ten”

| 31. |
john fahey fare forward voyagers (soldier’s choice) 1973 |
fahey zawsze będzie dla mnie absolutnym mistrzem gitary, a fare forward voyagers to jego magnum opus. na kanwie amerykańskiego prymitywizmu wyrastającego z bluesowego folku przelewa na trzy retrogresywne suity swoją fascynację klasyczną muzyką hindustańską. poezja. ♪ „fare forward voyagers”

| 30. |
halina frąckowiak i sbb geira 1977 |
funk i blues spotykają się tutaj w totalnie niespodziewanym kosmicznym anturażu na kanwie bezkompromisowo progresywnego popu z fantastycznymi melodiami. jedyny mankament to niestety mało przestrzenna realizacja nagrania, którą na szczęście trochę wyciągnięto w zremasterowanej wersji. frąckowiak miała w swojej dyskografii sporo piosenkowych hajlajtów, ale albumowo geira nie miała poważnej konkurencji. album, który jest odrobinę za bardzo pośrodku zarówno dla słuchaczy rocka, jak i miłośników polskiej estrady, stąd wciąż trochę zmarginalizowany. ♪ „śnij tylo szczęście”

| 29. |
elvis costello my aim is true 1977 |
patrz ↓↓↓ ♪ „less than zero”

| 28. |
elvis costello & the attractions this year’s model 1978 |
zrobiłem kiedyś taką listę, która wykorzystując już wówczas zupełnie anachroniczne środki niemalże nie-multimedialne, miała być wyrazem jakiegoś dorosłego influensingu, zanim jeszcze świat opanowali profesjonalni influenserzy — 99 najfajniejszych rzeczy. dwiema centralnymi postaciami tam byli buddy holly i właśnie elvis costello, który na skraju liceum i studiów wkradł się do mojego życia szturmem i co tu dużo kryć — chciałem być taki jak on. uwielbiałem jego post-rockendrollowy charakter w epoce narodzin nowej fali (która wtedy zupełnie mi nie leżała) i jego counterkulturowość przy zachowaniu jakiejś pozycji w mainstreamie. teraz jeśli już go słucham, otwieram oczy i uszy szerzej i ta rockendrollowość jest jedynie jakimś akcentem, który doceniam, ale sytuacja jest bardziej złożona. pomaga na pewno to, że mogę już nostalgicznie wspominać okres, gdy costello był dla mnie ikoną, jak gdybym w tym 78 miał 18 lat (chociaż cieszę się, że tak nie było). niezależnie od tego mogę z całą pewnością napisać, że elvis to był gość. a dwa jego pierwsze albumy, this year’s model i my aim is true (z niewielką, ale jednak pewnością, że w tej kolejności), to po latach wytężonych odsłuchów, odpoczynku od odsłuchów i powrotów do odsłuchów, jego najlepsza wizytówka i pierwszorzędny dowód implikowanej fajności. ♪ „pump it up”

| 27. |
curtis mayfield curtis 1970 |
debiut mayfielda pokazuje jego dwie strony — psychodeliczno-funkową i pre-quietstormową — ale słuchając go, nie ma się poczucia dysonansu. to fantastyczny orkiestrowy soul zrealizowany w duchu epoki, który uwypukla niezwykłą wrażliwość i kreatywność mayfielda, którego można w zupełności postawić w jednym szeregu z wonderem, gaye’m czy hathawaye’m, jeśli chodzi o tuzów soulu lat 70. ♪ „give it up”

| 26. |
the beach boys surf’s up 1971 |
wokół niewykorzystanego odrzutu z sesji do porzuconego smile kilka lat później beach boysi zbudowali cały album — być może najmroczniejszy i najbardziej nostalgiczny zarazem w dyskografii grupy, przedstawiający wszystko to, cokolwiek stworzyło i zgubiło smile w perspektywie. to też jedna z pierwszych płyt grupy, na które trafiłem ze względu na słowo „surf” w tytule — do teraz pamiętam swoje zdziwienie graniczące z niezgodą na to, co usłyszałem. tak też pomyślało zapewne wielu niegotowych na ten bagaż emocjonalny wtedy, w 71 roku. a ta płyta jest w dużej mierze o godzeniu się na to, że rzeczy zmieniają się i z czasem dobiegają końca. w tym kontekście jako epilog pewnej przeprawy dość abstrakcyjne wcześniej tytułowe „surf’s up” nabiera dopiero właściwego sensu. ♪ „disney girls (1957)”

| 25. |
makoto kubota & the sunset gang hawaii champroo 1975 |
japońska odkrytka współcześnie spopularyzowana na zachodzie chyba przede wszystkim dzięki temu, że w grupie kuboty grał na bębnach młody haruomi hosono. to od dłuższego czasu numer jeden na mojej laidbackowej plejliście. to folk, pop i rock jednocześnie (czy inaczej: nyū myūjikku), gdzieś pomiędzy okinawą a hawajami z domieszką tropikalnego country. któż tak jeszcze kiedykolwiek grał? ♪ „haisai ojisan”

| 24. |
billy joel the stranger 1977 |
stranger był moim wprowadzeniem do joela i chyba dlatego zawsze będzie zajmował w moim sercu szczególne miejsce, nawet jeśli z perspektywy czasu jest tu kilka numerów, które nazwać można naiwnymi czy normickimi. mimo wszystko ten album wyraża jakieś sentymenty, które wciąż są w mnie żywe — to święto buńczucznej i pulsującej młodości, stawiającej na szczerość i rock & roll. ♪ „scenes from an italian restaurant”

| 23. |
juilliard streichquartett schoenberg: die streichquartette 1977 |
ten straszny schoenberg, nie tylko zaciekły dodekafonista, zapewne też platfus! zniszczył życie milionom melomanów i wciąż zasadza się po więcej. to wydawnictwo to historia jego ewoluującego stylu i filozofii zilustrowana na gruncie kwartetów smyczkowych w pierwszorzędnym wykonaniu muzyków z juilliard — od powagnerowskiego poromantyzmu po pełne urzeczywistnienie muzyki atonalnej, mającej zupełnie zmienić oblicze sztuki, którą zwykliśmy nazywać współczesną. nie sposób traktować go jednak jako wydawnictwa przede wszystkim historycznego (choć wytwórnia zrobiła wiele, by tak właśnie było) — to przede wszystkim piękne kompozycje, złożone w formie, dramatyczne z natury. gdy schoenberg miał już wszystko rozpracowane i kończył swój ostatni kwartet w 36, już na obcej amerykańskiej ziemi, do samego końca w głębi serca pozostał romantykiem. i lubię o tej muzyce myśleć właśnie jako o dekonstrukcji romantyzmu — pełnej pasji intelektualnej analizie porywów serca i zrywów historii. ♪ string quartet no. 3, op. 30: 4. rondo. molto moderato

| 22. |
hank williams 40 greatest hits 1978 |
historia hanka williamsa zakończyła się tragicznie w 53 roku, ale dla mnie zaczęła się dopiero w 78 wraz z tą płytą, a w zasadzie wiele lat później gdy wygrzebałem ją przypadkiem z kosza „wszystko za 20 złotych”. od tego czasu wrosła we mnie, stając się nie tyle jedną z płyt, co płytą zupełnie domyślną. to nie muzyka, której się słucha lub nie, to życie, którym się żyje. wszystko, co tu zapisano, jest prawdą i nie istnieje nic więcej, co należałoby dodać. taka to jest płyta. ♪ „i’ll never get out of this world alive”

| 21. |
alibabki zagrajmy w kości jeszcze raz 1977 |
liczę, że któregoś dnia zagrajmy w kości uda się wypromować wśród narodu w podobny sposób, co zapomniany jeszcze nie tak dawno debiut wodeckiego. alibabki podobnie jak on sięgnęły tu po bossa novę, która ożywiła te dość tradycyjne w przeciwnym razie na wskroś estradowe piosenki. oczywiście nie śpiewały tu byle czego — to dziesięć cudownie uroczych utworów-zabaweczek napisanych m.in. przez osiecką, czubaszek, kleynego czy młynarskiego do muzyki ptaszyna, mikuły czy karolaka. ♪ „zagrajmy w kości jeszcze raz”

| 20. |
joy division unknown pleasures 1979 |
absolutny mood, którego doświadczyłem całym sobą podczas gwałtownego odkrycia istnienia joy division wiele lat temu. nie jest to moja macierzysta tkanka, ale duch tego grania wniknął we mnie do głębi i nie wyobrażam sobie swojej wrażliwości bez tej betonowej materii — szarej, szorstkiej i przydymionej czarnym smogiem. ♪ „day of the lords”

| 19. |
ryuichi sakamoto thousand knives of ryuichi sakamoto 1978 |
przez lata twierdziłem, że strona b tego krążka to byłby mój wybór do audycji „pół perfekcyjnej płyty”, ale jakoś w międzyczasie oswoiłem się z dwoma bardziej elektroakustycznymi numerami ze strony a. retrosyntezatory sakamoto nie przystają może do współczesnego świata, ale za każdym razem pięknie ożywają w mojej wyobraźni. pomyślcie: „ucieczka do tropiku” bilińskiego, ale po japońsku. ♪ „the end of asia”

| 18. |
stevie wonder talking book 1972 |
gdy po raz pierwszy na spontanicznej nocnej posiadówce u znajomego usłyszałem „you are the sunshine of my life” prosto z winyla, moje życie zmieniło się na zawsze. zakochałem się w analogach i odkryłem, że stevie wonder to nie tylko „i just called to say i love you”. obiektywnie — to chyba najbardziej nierówna stylistycznie z czterech złotych płyt wondera z lat 70., ale była przedmiotem mojej fascynacji przez tyle czasu i tyle jej zawdzięczam, że nie byłem w stanie jej pominąć. wracam do niej zresztą wciąż często i często też słucham jej w całości, a moje ulubione momenty z czasem ewoluują, co świadczy niewątpliwie o sile tego natchnionego materiału. ♪ „maybe your baby”

| 17. |
paul & linda mccartney ram 1971 |
najbardziej beachboysowa płyta beatlesa musiała rzecz jasna trafić w mój gust i ostatecznie także na tę listę. mccartney jest obłąkany, słoneczny, w równej mierze post-rockendrollowy co post-psychodeliczny, żongluje pomysłami, ma fenomenalne melodie i całkiem progpopowe aranże. któregoś razu przeszła mi przez głowę bluźniercza myśl, że być może ram jest właściwym sequelem beachboysowskiego smile i do dziś nie potrafię się jej pozbyć (choć dzielę się nią nieśmiało po raz pierwszy). to być może ogólnie moja ulubiona płyta z całego beatlesowskiego uniwersum, choć piszę to z pewnym zawahaniem. ♪ „monkberry moon delight”

| 16. |
david bowie aladdin sane 1973 |
ziggy stardust leci to ameryki i rozszerza swoją kosmiczną wizję połamanego soulującego rockendrolla na kolejną perfekcyjną płytę. brakuje mu może tutaj definitywnego przeboju, ale całościowo melodycznie i aranżacyjnie jest nawet bardziej wyszczekany. potrzebowałem tego sequela, a on nie tylko na tę potrzebę odpowiedział — dał mi znacznie więcej. posłuchajcie „time” — makabrycznego tańca — nie bezpośrednio ze śmiercią, a z czasem — jej najwyższym namiestnikiem, gdzie w jednym utworze kotłują się awangardowy jazz-rock i duch kurta weilla. ♪ „time”

| 15. |
nara leão dez anos depois 1971 |
patrz ↓↓↓ ♪ „garota de ipanema”

| 14. |
françoise hardy la question 1971 |
obie te płyty to jakby dwie połowy jednej całości. obie ukazały się w 71 roku, obie zostały nagrane w paryżu i obie akustycznie zaaranżowała gitarzystka bossa novy tuca. obie śpiewane są przez eteryczne piękności i można je przedstawić jako definicję muzycznej wyrafinowanej subtelności. różnią się głównie przedmiotem — nara dziesięć lat po swoim debiucie (stąd tytuł płyty) wraca do repertuaru klasycznej bossa novy, od którego w międzyczasie odeszła, i reinterpretuje je w kameralnym anturażu. repertuar hardy jest nawet bardziej intymny, w równej mierze podszyty melancholią i erotyką. ♪ „même sous la pluie”

| 13. |
fleetwood mac rumours 1977 |
to z dużym prawdopodobieństwem najlepsza poprockowa płyta w historii muzyki, perfekcyjnie przebojowa, doskonale równoważąca zarówno temperamenty członków zespołu, jak i wykonywany repertuar. dość paradoksalnie moje hajlajty na krążku to raczej te mniej popularne numery jak „never going back again”, „second hand news” czy „i don’t want to know”, ale całości wciąż słucha się wyśmienicie, bez żadnych skipów. ♪ „never going back again”

| 12. |
marek grechuta / anawa korowód 1971 |
dzięki tej płycie na pierwszym roku studiów rozbudziła się moja miłość do polskiej piosenki. niby słyszałem wcześniej setki razy „dni, których nie znamy”, ale wszystko co dzieje się na korowodzie wokoło tego numeru absolutnie wbiło mnie w fotel. nie spodziewałem się wówczas po grechucie takiej charyzmy (czy wręcz zaciętości interpretacyjnej), a po anawie takiego bogactwa aranżacyjnego. to wyniesienie piosenki estradowej i poetyckiej na zupełnie nowy poziom i wczesne arcydzieło z annałów polskiego rocka jednocześnie. ♪ „niebieski młyn”

| 11. |
simon and garfunkel bridge over troubled water 1970 |
ostatni wspólny album simona i garfunkela jest zdecydowanie ich najlepszym. kiedyś zupełnie przypadkiem usłyszałem w radiu tytułowy numer, który znałem wówczas z reinterpretacji arethy franklin, i doznałem go na jakimś transcendentalnym poziomie, do tego stopnia, że błyskawicznie kupiłem płytę, nie mając jeszcze nawet gramofonu. i tu znowu paradoks — zwykle nie oceniam albumów utwór po utworze — liczy się przede wszystkim ogólne wrażenie, ale gdybym to robił, średnia ocen byłaby minimalnie wyższa, niż ocena wrażeniowa całości (co w zasadzie mi się nie zdarza) — to raczej zbiór świetnych utworów niż świetny zbiór i chyba tylko dlatego znalazł się poza pierwszą dziesiątką. ♪ „so long, frank lloyd wright”

| 10. |
sugar babe songs 1975 |
w ostatnich latach, odkąd mamy internet i streaming, w zasadzie nie zdarza mi się kupować płyt w ciemno. wolę jednak najpierw upewnić się, że jakiś album ze mną rezonuje i że jest szansa, że będę do niego wracał naturalnie. songs sugar babe to jedyna płyta w mojej pięćdziesiątce, którą kupiłem w zasadzie w ciemno. trafiłem na nią w sklepie i kojarzyłem, że to wczesny klasyk city popu, grupy, w której swoje kariery rozpoczęli tatsuro yamashita i taeko ohnuki. być może znałem już wtedy „down town”, ale cała resztę musiałem sobie wyobrazić. a tymczasem okazało się, że to jedna z najlepszych popowych selekcji w całej mojej płytotece, a do tego doskonale zaaranżowana w nurcie bardziej akustycznego city popu, czerpiącego już z jazzu, funku i soulu, ale zamiast syntezatorów doprawiającego je folk rockiem. to dość prostolinijny krążek, podszyty jakąś melancholią, ale jednocześnie upbeatowy i przebojowy. ♪ „itsumodoori”

| 9. |
chico buarque construção 1971 |
tytułowy utwór to arcydzieło artystycznego koncepcyjnego popu, a zbudowany wokół niego krążek doskonale uzupełnia jego misterną, progresywnie ewoluującą w kierunku hitchcockowskiego thrillera historię. to bossa nova z suspensem, nie tyle złowroga, co życiowa — pozbawiona różowych chmurek i bukietów róż, stworzona w kraju, w którym opozycjonistów torturuje się w więzieniach i nawet jeśli żadne tortury czy więzienia nie są tu wspomniane explicite, wiemy, że tak jest, całe construção o tym krzyczy, choć nie przy pomocy słów. to wspaniale wymyślona, angażująco napisana i kunsztownie wykonana płyta. nieoczekiwany rewers czterech beztroskich wcieleń buarque z lat 66-70. ♪ „construção”

| 8. |
david bowie the rise and fall of ziggy stardust and the spiders from mars 1972 |
bowie był dla mnie enigmatyczną figurą z zamierzchłej przeszłości, z którą nic mnie nie łączyło. stało się to zupełnie znienacka. któregoś wieczora w pubie usłyszałem i doznałem ziggy’ego stardusta. wtedy jeszcze nie wiedziałem — poszedłem do baru, żeby zapytać, co to za album. i ten krótki moment sprawił, że nie tylko poznałem bowiego, ale zakochałem się w jego muzyce. wkrótce przez pewien czas nie słuchałem prawie niczego innego — ziggy stardust zawładnął moim życiem. koncepcyjna wersja kosmicznego glamowego rock & rolla z soulowym podbiciem okazała się czymś, czego bardzo potrzebowałem. co dość paradoksalne, ten album od samego początku działał na mnie także dzięki synergii poszczególnych numerów i ostatecznie wiele lat później wciąż nie jestem w stanie z przekonaniem wskazać konkretnych hajlajtów. hajlajtem jest cała ta płyta, cały ziggy stardust. ♪ „moonage daydream”

| 7. |
the beach boys sunflower 1970 |
chociaż beach boysi w latach 60. śpiewali sporo o plaży, dziewczynach i surfowaniu — ogólnie rzecz ujmując — beztrosce, ich najbardziej słoneczną całościowo płytą pozostaje sunflower nagrany w zgoła innych okolicznościach, niesprzyjających aż tak zabawie. charakter tego krążka jest też znacząco odmienny — plażowi chłopcy stali się mężczyznami, zaczęli mierzyć się z innymi tematami i emocjami i sunflower poniekąd to oddaje. jednocześnie to płyta-przeciąg w upalny dzień, raczej kojąca niż rozgrzewająca, ze stroną a wypełnioną upbeatowymi numerami na idealne rozpoczęcie słonecznego dnia i balladową stroną b, by ten dzień zakończyć, patrząc z tarasu na zachodzące słońce. totalny mood. ♪ „this whole world”

| 6. |
joni mitchell blue 1971 |
ludzie doktoryzowali się na tej płycie, ja jej tylko słucham z potrzeby serca. joni miała wspaniałą passę w latach 70. i wiele płyt, o których wypadałoby wspomnieć. i jedną taką, o której wspomnieć należy. blue to nie jest muzyka, którą wypada definiować, ale muzyka, która definiuje. dziesięć bliskich serca emocjonalnych akustycznych kompozycji napisanych z ponadprzeciętnym wyczuciem melodyki — ale nie takiej na przeboje do radia czy na stadiony; takiej, która wnika głęboko do wnętrza wrażliwców i od tej pory istnieje jako przedłużenie, niezawodna emanacja ich własnej wrażliwości. słucham blue, żeby posłuchać, co chce mi przekazać joni w równej mierze, jak i dlatego, by pozwolić tej płycie wyrazić mnie samego, nawet jeśli nie słowo w słowo. ♪ „my old man”

| 5. |
marvin gaye what’s going on 1971 |
to znamienne, że krążek będący w tamtym czasie kunsztownym formalnie, choć dziwacznym tematycznie odstępstwem od zwyczajowej soulowej tematyki, stał się płytą, która kilka pokoleń później nie tylko zdefiniowała karierę marvina gaye’a, ale soul tamtego okresu ogólnie. ja sam nie pamiętam już swojego pierwszego spotkania z tym krążkiem — z dzisiejszej perspektywy jego obecność w moim życiu wydaje się równie naturalna jak to, że oddychamy powietrzem. wspaniały koncepcyjny cykl łączący nas, ludzi, z naszymi korzeniami, o których zbyt często zapominamy, a na poziomie ekspresji: sensualny soul z progresywnym podejściem do aranżacji i kompozycji. płyta-maska gazowa, przez którą wreszcie można zacząć oddychać w skażonym otoczeniu. ♪ „save the children”

| 4. |
van dyke parks discover america 1972 |
na okładce są dwa autobusy: jeden jedzie do hollywood, a drugi (płynie) do trinidadu. i ta ilustracja w zasadzie idealnie podsumowuje ten krążek. parks swoim zwyczajem pożycza motywy w muzyce i tekstach z ameryki sprzed ery rock & rolla. jednocześnie natomiast pożycza melodie i instrumenty z uniwersum calypso z nieodległych, ale jednak będących częścią tej drugiej ameryki — trinidadu i tobago. calypso było już wówczas w ameryce nieźle znane dzięki przyjemnym, choć dość odtwórczym płytom harry’ego belafonte z przełomu lat 50. i 60., ale parks robi tu coś zupełnie innego — autorskiego. cykl szesnastu miniaturek żonglujących niezliczonymi motywami — wikłających klasycznych croonerów, byłych prezydentów i śmietankę ówczesnego calypso. efekt jest zupełnie nietuzinkowy — zestawienie wyspiarskiej laidbackowej melodyki i groteskowo pokrzywionych orkiestracji parksa robi niesamowite wrażenie. ♪ „be careful”

| 3. |
stevie wonder songs in the key of life 1976 |
gdy pierwszy raz usłyszałem songs in the key of life, na kilka tygodni porzuciłem całą inną muzykę, jakiej wtedy słuchałem, by całym sobą chłonąć to soulowe objawienie. wcześniej stevie był dla mnie gościem od „i just called to say i love you” — nie miałem pojęcia, co skrywała jego wcześniejsza dyskografia. a songs to z jednej strony odbicie życia, ale jakby jakiegoś lepszego. smutek jest tu smutniejszy, życzenia na pewno się spełniają, a radość… radości nie ma końca. wszystko to dzięki niepodrabialnej ekspresji wokalnej, songwriterskiej i producenckiej wondera i tym lekkim jak piórka melodiom, niby popowym, ale zawsze podszytych soulem i funkiem najwyższej próby. co ciekawe, nie umiem i nie chcę zostawiać songs ani jakiegokolwiek innego wondera z what’s going on, ani jakimkolwiek innym gaye’m. to jednak coś zupełnie innego — tak daleko, tak blisko. ♪ „if it’s magic”

| 2. |
vashti bunyan just another diamond day 1970 |
trafiłem na vashti, gdy joanna newsom wymieniła ją jako jedną z własnych inspiracji. pomyślałem wówczas, że to ładna muzyka, ale mało wyrafinowana. i jeśli miałaby to być prawda, to zgadzam się na to, by samemu też być jak ona — ładny, ale mało wyrafinowany. just another diamond day to moje marzenie. było nim zresztą także wtedy u progu lat 70., gdy vashti udała się w objazdówkę po angielskiej wsi, by ostatecznie nagrać tę płytę jako swoisty pamiętnik z podróży. marzenie, które wówczas musiało być zupełnie zwyczajne, a dziś wydaje się prawie niemożliwe do zrealizowania — o spokojniejszym, bardziej harmonijnym życiu. o obserwowaniu odlatujących gęsi, wstawianiu o wschodzie słońca, oknie z widokiem bez końca. nie sądzę, żebym kiedyś się odważył i może dlatego tak droga jest mi vashti, która nuci mi wieczorem swoje ładne, mało wyrafinowane kołysanki, a ja śnię o życiu, które nigdy nie będzie moje. ♪ „where i like to stand”

| 1. |
dennis wilson pacific ocean blue 1977 |
pacific ocean blue to najlepsza rzecz, jaka wyszła z obozu beach boysów od czasu pet sounds. czarny koń grupy, przez lata schowany na siedzeniu perkusisty dennis wilson łączy tutaj zupełnie po swojemu (choć ślady tego krążka można znaleźć na różnych albumach grupy z lat 70.) piano rock, blues, soul, a nawet funk w bardzo post-beachboysowym splocie — nadal z oceanem w tle, ale niebo jest całkowicie zachmurzone, zrywa się wiatr i zaraz będzie padać. dennis już od dłuższego czasu dźwigał pokaźny bagaż emocji i doświadczeń, ale dopiero na tej płycie był w stanie spróbować go rozładować na swoich zasadach. nie przypominam sobie, żeby ten album wywołał w moim życiu jakąkolwiek rewolucję, ale wrósł w nie na tyle, że stał się sam jako taki absolutnym samoistnym moodem, którego nie umiem już (albo jeszcze) poza nim wyrazić inaczej. ♪ „moonshine”