Opublikowano

(najlepiej w 2025): 25ー1

2025
to inne słuchanie muzyki — w grudniu dla sportu, gdy otwierają się uszy i umysł, a człowiek widzi muzykę — te wszystkie głośne, skomplikowane, ewoluujące bezkreśnie struktury; a potem zawody się kończą, a człowiek wraca do swojej klitki po tygodniu tyrania na etacie i marzy nie o wielkich bezbrzeżach, ale żeby coś go kameralnie ululało; więc mówię sobie — kurtek, kurczaku, ty nie dawaj takich strasznie wielkich płyt na czołowe miejsca listy roku, bo potem je kupujesz, że niby płyty roku kupujesz, ale nigdy więcej ich nie słuchasz, bo nie masz na nie przestrzeni ani w życiu, ani w domu


pozycje 50ー26 tędy ⟶ (klik!)


2025

25.

hannah frances nested in tangles

hannah frances wybiła się ledwie przed rokiem błyskotliwym, choć nierównym krążkiem keeper of the shepherd, który wówczas opisałem (w krzywdzącym uproszczeniu) jako histeryczną americanę; nested in tangles to sequel, gdzie frances pod kierunkiem daniela rossena z grizzly bear i kevina copelanda z lightning bug i charly bliss urzeczywistnia w pełniejszym wymiarze wszystko to, co poprzednia płyta obiecywała; to szeroko pojęty progresywny folk na mocnym kameralnym fundamencie z appalachami w tle i awangardowym twistem — frances prowadzi swoje wokale równie ekscentrycznie, co przed rokiem (i świetnie, bo to zdecydowanie jej znak rozpoznawczy) i kompozycje podobnie jak tam balansują między psychodeliczną poetyką a histeryczną gęstwiną; różnica jest w samym balansie, który tam wybijał słuchacza z tropu między kolejnymi utworami, podczas gdy nested in tangles to płyta, której słucha się jednym tchem ♪ „falling from and further”


2025

24.

silvana estrada vendrán suaves lluvias

śledziłem pochodzącą z meksyku estradę z uczniowską pilnością od przełomowego dla jej kariery marchita z 2022 roku; słuchałem jej z uwagą i podziwem, ale nie umiałem znaleźć w tej muzyce punktu zaczepienia dla własnych emocji; to zmieniło się wraz z nadejściem słabych deszczy, czyli suaves lluvias, które wśród tegorocznych płyt roku, gdzie krytycy i publiczność zdają się faworyzować dysonanse i napięcia, stanowią być może najbardziej czuły i błogi krajobraz; to muzyczny ekwiwalent promieni słonecznych przedzierających się przez chmury (i to właśnie zrobiło dla mnie największą różnicę w porównaniu z marchita) — tym, co wypełnia tych dziesięć numerów do cna, a co ja w tym wydaniu z przyjemnością kupuję, jest nadzieja; estrada nie operuje może równie ornamentalnym wokalem co rosalía, ale za to ma serce na dłoni ♪ „como un pájaro”


2025

23.

andrea laszlo de simone una lunghissima ombra

tego lata pierwszy raz w życiu dałem się oczarować włoskiej muzyce, z którą zawsze byłem na bakier, a potem w październiku jakby w odpowiedzi na to oczarowanie ukazała się una lunghissima ombra; to kolaż na wskroś włoskich piosenek z barokowo-ambientalnym artystowskim anturażem, niby morskimi falami, wdzierającymi się pomiędzy faktyczne utwory; to wszystko tworzy niesamowity muzyczny pejzaż, ilustrujący według moich wyobrażeń (nie znam włoskiego) koniec lata na riwierze, albo nawet zimowe, odległe wspomnienie tego końca lata; jest w tych melodiach coś bardzo klasycznego (trochę jak w melodiach benjamina biolaya i innych tuzów nowego chanson), ale cały album ma jednak raczej (pomimo tej melodyki i barokowych aranży) współczesny sznyt — końcówka płyty jest zresztą odrobinę futurystyczna, ale w granicach przyjętej konwencji; ze względu na specyficzną produkcję wokalu, nie jest to album, z którego można wyciągać nieskończone przeboje i zmieniać z łatwością ich kontekst, ale słuchana w całości płyta oddaje z nawiązką ♪ „la notte”


2025

22.

preservation & gabe 'nandez sortilège

sortilège znaczy z francuskego urok albo klątwa i ta płyta ma w sobie coś z czarnej magii; zarówno produkcje preservation jak i flow nandeza można opisać jako hardkorowy hip hop robiony przez absolutnych stoików; i ten raczej złowieszczy i mistyczny niż uliczny vibe dość klasycznego krążka opartego na oldschoolowych samplach jest zdecydowanie jego wyróżnikiem; to bardzo konsekwentny, surowy, ale niezwykle przyjemny album, którego mocną stroną jest nie tylko czysty vibe; wsamplowana na końcu „nom de guerre” kwestia „i’m proud of the words, not necessarily the deeds, but i’m proud of the words” pozostanie we mnie na długo ♪ „war”


2025

21.

mary halvorson about ghosts

jazz mary halvorson, awangardowej gitarzystki z bostonu, do tej pory był dla mnie zwykle zbyt intelektualny — interesujący, ale zbyt techniczny i dysonantyczny, bym był w stanie z przyjemnością obcować z nim dłużej; to uległo zmianie na about ghosts, które jednocześnie nie wyzbywa się wcale esencji muzyki halvorson, ale jednocześnie wpuszcza przez szeroko otwarte okna duchy dawnych mistrzów post-bopu — shortera, mingusa, późnego ellingtona; jest w tym coś bardziej harmonijnego niż wcześniej, duch kina noir ze starego hollywood przyjemnie okalający te połamane struktury; a dodatkowo ten dość klasyczny ensemble oparty głównie o dęciaki z wibrafonem, kontrabasem i perkusją ma w samym centrum gitarę ♪ „carved from”


2025

20.

rochelle jordan through the wall

od kiedy tylko r&b po raz pierwszy spotkało się w house’m gdzieś w odmętach późnych lat 80. płyta taka jak through the wall — w całej swojej rozciągłości urzeczywistniająca ideę mariażu klubowych bitów i sensualnego soulowego wokalu przez wiele lat pozostawała wyłącznie w sferze marzeń; tymczasem rochelle jordan, swego czasu twarz pierwszej fali alternatywnego r&b, często wówczas porównywana do aaliyah, śmiało rozszerzyła koncept połączenia elektroniki i r&b, który doskonale urzeczywistniła już przed czterema laty na play with the changes i dowiozła godzinny piosenkowy set, który niemalże bez skipów, można w całości zaserwować w klubie; owszem, w międzyczasie podobne terytoria eksplorowały już jessie ware czy beyoncé na renaissance, ale nawet w bezpośrednim porównaniu through the wall wydaje się z nich najgładsze — bez koncepcyjnego jabadaba i awangardowych dobudówek nowy album jordan co do zasady jest absolutnie klasyczny; jego siła tkwi w wyrafinowanej produkcji, mocnych refrenach, znakomitej ekspresji wokalnej i przede wszystkim żelaznej konsekwencji ♪ „the boy”


2025

19.

gen hoshino gen

czternaście lat czekałem na płytę gena hoshino, którą bez żadnych wątpliwości mógłbym umieścić w swoim rocznym podsumowaniu najlepszych; hoshino jest w japonii powszechnie znany — od jakiegoś czasu prawie każdy jego singiel jest tematem do jakieś dramy lub anime; zachodni słuchacze kojarzą go przede wszystkim z „kigeki” w czołówce spy family, które zresztą trafiło na tę płytę; brzmienie hoshino jest zresztą dość specyficzne — wypracowane półtorej dekady temu łączy zwykle optymistyczne wokale, melodyjny (na japońską modłę) refren i retro klawiszowy lub smyczkowy motyw (posłuchajcie „koi” — to podsumowuje lwią część tego, co hoshino nagrywa); tegoroczna płyta i zwiastujące ją single (wydawane od kilku dobrych lat) zerwały jednak z tą przyjemną w odbiorze do pewnego czasu, ale bardzo przewidywalną recepturą; hoshino stał się zdecydowanie bardziej bitowy (nie śmiem nazwać tego new jack swingiem, chociaż pierwszy odsłuch całej płyty wzbudził we mnie takie skojarzenia) — smyczkowo-klawiszowe motywy nadal tu są, ale przełamują je zaskakująco śmiała zabawa elektroniką (wkraczającą momentami na terytorium drum & bassu) i inspiracje jazzem i funkiem; to jak na japońską płytę rzecz brzmiąca zaskakująco amerykańsko — podobny koncept także w tym roku próbował urzeczywistnić także fujii kaze, ale album hoshino jest dużo spójniejszy, ciekawszy aranżacyjnie i melodycznie; udało się to, co sztampowe i mogące uwierać bardziej wytrawnego słuchacza (mnie, hehe) doskonale zamaskować ♪ „sēmētai”


18.

sheena ringo „susuki ni tsuki”

przyznaję się do winy — od kiedy po raz pierwszy doceniłem sheenę ringo w swoim podsumowaniu 19 roku, nie było chyba takiego zestawienia, gdzie miałbym okazję wyróżnić jej utwór lub album, ale tego nie zrobiłem; jestem oficjalnie stracony i choć staram się ze wszystkich sił unaocznić wszystkim powody swojego obłędu, świat wciąż nie rozumie; trochę dlatego, że sheena konsekwentnie od lat zmierza w coraz mniej zrozumiałym dla szerszej publiki kierunku, który jest swego rodzaju pułapką na wszystkich kurtków tego świata, którzy ulegną słabości do wielkoskalowego jazzu z histerycznym wokalem i połamanego hałaśliwego j-rocka wymieszanych w wielkim kotle; tym razem ringo na bazie cudzego tekstu i cudzej kompozycji (to wstęp do mającej ukazać się w marcu płyty kinjite, gdzie ringo będzie coverować — to w tym wypadku umowne określenie — utwory innych) stworzyła majestatyczny bigbandowy numer, który z początku brzmi jak kompletny chaos, ale gdy już jego nielinearna struktura zostanie przez słuchacza przetworzona, ma szansę zamienić się w niezwykle satysfakcjonującą obsesję, a niemal każdy kolejny wokalny pasaż zabrzmieć jak nowy, prawowity refren; w pierwszej połowie numeru ringo wraca tu do pulsujących, głośnych, orkiestrowych aranży z ery sanmon gossip, by w połowie złamać go symfonicznym mostkiem i przejść do triumfalnego gitarowego finału, który później jeszcze dwukrotnie ewoluuje, nim ostatecznie utwór kończy się ragtime’owym stepowaniem w kimonie i drewnianych geta; o dziwo jednak ma się wrażenie, że pewne motywy melodyczne, choć nie mają odzwierciedlenia w tekście jak typowe refreny, trzymają ten, w przeciwnym razie monstrualny, numer w ryzach; wszystko jest oczywiście niesamowicie teatralne i koncepcyjne jednocześnie na awangardową i klasyczną nutę, i też pewnie stąd wynika szerszy brak zainteresowania współczesną twórczością sheeny ringo, która, jak udowadnia tu po raz kolejny, wciąż jest absolutnie nie do zatrzymania


2025

17.

ciśnienie [angry noises]

wspaniała wściekła awangardowa ściana dźwięku, raczej do doznania raz a dobrze niż do słuchania raz po raz przy okazji; mimo tego, bez radykalizmu tego przedsięwzięcia, nie dałoby się o nim napisać, że zapiera dech, że wbija w fotel, że ściera na drzazgi, a to właśnie napisać trzeba; ciśnienie łączy tu na post-rockowej kanwie (powiedzmy, że w stylu godspeedów!, chociaż oni nigdy nie zrobili czegoś równie niesamowitego) rozmaite odcienie hałaśliwego rocka, dysonantycznego jazzu, burdonowego metalu, a nawet pokrzywionego klezmerskiego punku w czteroczęściowej formie — przy mocno chaotycznym charakterze tego przedsięwzięcia dość jednak ustrukturyzowanej na wzór niemalże klasyczny; peter brötzmann lubiłby to ♪ „gilotyna”


2025

16.

john michel & anthony james egotrip

w kategorii: jazz rap na gospelowych/deepsoulowych bitach egotrip zdobywa w tym roku główną nagrodę; duet: anthony james (dj) i john michel (raper) pojawił się w zasadzie znikąd i wskrzesił tę samą chipmunk-soulową magię, na której połowę (tę pierwszą, lepszą) swojej kariery zbudował przed laty kanye west; i mimo raczej kompaktowych rozmiarów, to naprawdę imponujący album, od którego biją nadzieja i pewność siebie, a gospelowa podwalina nie ogranicza się tylko do szałowych sampli ♪ „oneway”


2025

15.

fly anakin (the) forever dream

fly anakin znany szerzej głównie z jego licznych wspólnych projektów z pink siifu (który oczywiście też pojawia i tutaj) wydał album, który w mojej posiwiałej (nieco) główce obudził odległe wspomnienie o boy meets world fashawna z 2009 roku — wtedy już wiedziałem, że będę do tego krążka wracał wielokrotnie i tak w istocie się stało; jeśli ktoś nie ma (tak jak ja) rapu na czarującym jazzowo-soulowym fundamencie w stylu nowej szkoły chicagowskiej (noname, smino, saba) albo rapu doprawionego prostolinijnym ciepełkiem chipmunk soulu w stylu debiutu kanyego westa, to (the) forever dream jest płytą, która idealnie wpisze się w oba te wzorce; to trochę rewers tegorocznego ghaisa guevary, bo tam gdzie guevara jest hardkorowy i głośny, anakin robi to inaczej; wciąż jest na tym krążku coś ulicznego, ale część numerów zrobiono w zasadzie zupełnie drumless i na poziomie produkcji te ostre krawędzie nie tyle się tu piłuje, co okrasza post-jazzową omastą a la atcq; no i anakin jest niezłym raperem o przyjemnym flow, któremu nadal jeszcze się chce robić fajne rzeczy po swojemu ♪ „forever dream”


14.

lexie liu x danny l harle „deeper & deeper”

wielki danny znów jest wielki dzięki chińskiej księżniczce electropopu ery internetu lexie liu, która zaprosiła go do współpracy na jej tegorocznej epce; efektem jest electro-house’owo-transowy labirynt elektryzujący na wielu poziomach (produkcyjnych) i dzięki bezkompromisowemu basowemu riffowi zgodnie z obietnicą z tytułu schodzący do najgłębszych z głębin; mood


2025

13.

friendship caveman wakes up

jeśli miałbym opisać tę płytę jednym słowem, to bez chwili zawahania wybrałbym „zamułę” — bliżej „muddiness” niż „mellowness”, ale jednak gdzieś pomiędzy, co jest tym drobnym niuansem, który wszystko zmienia, przynajmniej w przypadku caveman wakes up alt-indie-slowcore-country-rockowej grupy z filadelfii o wholesome nazwie friendship; trafiłem na ten album w grudniu chyba przy okazji rankingu roku w stereogum i wtedy też okazało się, że miałem go zapisanego do odsłuchu od majowej premiery; i doskonale się stało, że ten maj się nie udał, bo to jest doskonały album na zimę — śnieg zalega za oknem, a ja na kanapie, a w słuchawkach zalega friendship; w jakimś alternatywnym świecie geese nie wydało w tym roku get killed, ale właśnie caveman wakes up — albo inaczej, wszystko to, co geese odrzucili między panamerykańskim 3d country a nowym krążkiem, mogłoby dać początek caveman wakes up; nawet sposób tworzenia narracji jest jakoś pokrewny, ale jednak stylistycznie friendship w 25 roku bliżej do mj-a lendermana, a ideologicznie do steely dan, bo mimo tytułu to jednak wszystko muzyka dla zmęczonego dniówką starzejącego się człowieka, który niby pamięta, że na gitarze można grać inaczej, ale jednak wystarczą mu te letargiczne pomruki, które całkiem poetycznie zapakowało dla niego friendship; to chyba mój największy tegoroczny rel między tym, jak się czuję a czego słucham ♪ „tree of heaven”


2025

12.

model/actriz pirouette

dogsbody grupy model/actriz było moim wielkim odkryciem 23 roku, ich tegoroczny krążek więc musiał być jednym z najbardziej przeze mnie oczekiwanych i choć zdarza się to stosunkowo nieczęsto — dowiózł bezbłędnie; pisałem już wtedy, że cole haden brzmi mi trochę momentami jak corey taylor ze slipknot, co tworzy dla mnie dziwaczny most pomiędzy współczesnością a latami mojej nastoletniości, gdy wypalałem na cedekach empetrójki nu-metalowych kapel; ta nu-metalowość tutaj oczywiście nie ma zastosowania, bo pirouette posługuje się szlachetniejszą i trudniejszą do zdefiniowania mieszanką środków — jest gitarowo, industrialnie, tanecznie, punkowo, czasem teatralnie, na swój sposób przebojowo, ale i dysonantycznie (pewnie nine inch nails byłoby lepszym punktem odniesienia, ale może dla kogoś innego); nawet gdyby bardzo się chciało zredukować pirouette do emanacji po-nastoletniego buntu, model/actriz wielokrotnie w kolejnych numerach dostarczają dowodów, że byłoby to krzywdzące uproszczenie — na poziomie rytmiki chociażby część numerów to szaleńczy post-hardcorowy gamelan — rzecz, można powiedzieć z dużą dozą pewności, poza-nastoletnia; mimo wszystko pirouette znakomicie sprawdza się jako wyrażenie dorosłej rebelii — niekoniecznie jakkolwiek konkretnie ukierunkowanej w przypadku słuchacza, choć cole haden mierzy się tu nawet bardziej otwarcie niż na debiucie z własnymi emocjami — konfliktem między ekspresją własnej tożsamości a zewnętrznymi oczekiwaniami ♪ „cinderella”


2025

11.

turnpike troubadours the price of admission

w kontraście to wielkich artystycznych manifestów, które często zdobywają od krytyków i publiczności o krytycznym zmyśle owacje na stojąco, stoją takie płyty jak ta; the price of admission turnpike troubadours to znakomity album country — czerpiący garściami z muzycznych tradycji oklahomy spod znaku red dirt i łączący je z rockową ekspresją i folkową wrażliwością bardzo po amerykańsku; nie jest to jednak wielka płyta, raczej album towarzyszący pozwalający na wiele satysfakcjonujących odsłuchów przez wiele lat, niż taki, który za pierwszym razem zwali słuchacza na kolana tak, że ten słuchacz (tym słuchaczem jestem ja) postanowi sobie te silne emocje odłożyć na stronę, może właśnie na wiele lat, zanim będzie gotów znów paść na kolana; i myślę sobie, że to turnpike troubadours dużo lepiej wyraża ostatnio moje mente — pragnienie jakiejś stabilności, nawet poczciwej (można by użyć tego słowa do opisania tej płyty, choć nie byłoby najbardziej fair) w czasach, gdy świat jest wystarczająco popieprzony, by móc słuchać wyłącznie równie popieprzonej jak on muzyki; a the price of admission to fantastyczny grower, pełen kunsztownie zaaranżowanych kompozycji z niepozornymi refrenami — takimi, które nie paraliżują mnie od razu, ale gdy tylko do nich wracam, wiem dlaczego to robię; zastanawiam się dlaczego turnpike troubadours, nagrywającym od dwóch dekad, nie udaje się wyjść poza bazę stałych słuchaczy — z powodzeniem widzę dla nich miejsce gdzieś na obrzeżu głównego nurtu country obok chrisa stapletona czy mirandy lambert ♪ „on the red river”


10.

lady gaga „abracadabra”

abracadabra to czary i magia (…); ten numer to wehikuł czasu katapultujący słuchaczy na złotej ery gagi gdzieś pomiędzy „bad romance” a „judas”, gdzie istotnie działa się magia w sensie radiowo-popowej perfekcji; ale o dziwo nie zabrzmiało to wcale ani jak odcinanie kuponów, ani żerowanie na nostalgii — zwłaszcza że „abracadabra” w kontekście późniejszej premiery albumu okazała się w dużej mierze eksponatem odrębnym; „abracadabra” ma nie tylko bez wątpienia najbardziej przebojowy refren w dyskografii gagi od wielu lat, ale sam numer, wspomagany electrohouse’owym mostkiem, jest absolutnym radiowym i dancefloorowym taranem; w zalewie bezbarwnego disco (myślę też o tobie, „the dead dance”) „abracadabra” to armia zbawienia


2025

9.

dijon baby

przyznaję, że bywam sceptyczny w kwestii internetowych fenomenów, ale dijon to nie quadeca, a baby to album, o który powinniśmy wszyscy zrobić nawet więcej hałasu; nie ma co owijać w bawełnę czy pukać w niemalowane — to samo gęste; przy pierwszym odsłuchu — totalny chaos, ale zdradzający od samego początku spory potencjał rozwojowy; to gęste to progresywny pan-soulowy splot z mocnym prince factor rozlewającym się między kolejnymi numerami psychodelicznymi ścieżkami; wszystko to zestawione razem trochę na słowo honoru, bo dijon nie umie w minimalizm, a przy tym jest mistrzem d.i.y.; ale jednocześnie to absolutny grower, a w tym szaleństwie jest metoda — trzeba dać sobie chwilę, żeby mózg nauczył się rozplątywać te numery, a wtedy, zaprawdę powiadam, doznamy! ♪ „another baby!”


2025

8.

ninajirachi i love my computer

jedna z najbardziej swawolnych płyt tego roku i absolutne zaskoczenie na wszystkich frontach — oparta na nostalgii za początkiem internetu electrohouse’owa wiksiarsko-spermiarska epopeja; co więcej (żeby podbić podniecenie piwnicznego fandomu) za i love my computer stoi 26-latka z melbourne — bezsprzeczna królowa geekosfery z uniwersalnego cyfrowego nadania; ale sama nostalgia to nie wszystko — nina nie boi się zabawy dźwiękiem i konwencją — na fundamencie glitchowego electro buduje solidny pomost między mistrzem yasutaką nakatą a założycielami pc music; i love my computer jest wszystkim tym, czym mógłby być tegoroczny bezzębny krążek oklou (okrzyknięty, stąd go przywołuję, przez równie bezzębnych krytyków jedną z płyt roku) ♪ „all I am”


2025

7.

walt mcclements on a painted ocean

wyobraźcie sobie kankyō ongaku na akordeonie! trudne? to posłuchajcie on a painted ocean, które odmaluje wam ten na papierze niedorzeczny soundscape w trójwymiarze; mcclements, multiinstrumentalista, członek hurray for the riff raff, współpracownik mary lattimore i weyes blood, debiutuje tu niejako ze swoją autorską wizją, którą trudno ubrać w tagi oddające jej sprawiedliwość; jest to niewątpliwie płyta pejzażowa z akordeonem w dość klasycznej, ale (co ważne) nie współczesnej odsłonie, na pierwszym planie, który daje się jednak, mimo pewnego programowego ciężaru jego brzmienia, wkomponować w minimalistycznie ewoluujące prądy (czyt. riffy); i rzeczywiście ocean wydaje się dobrą analogią dla tej muzyki, która potrafi ująć harmonicznością, by chwilę później wyewoluować wielotorowo w coś nieprzejednanego i dysonantycznego, a ostatecznie (i taka jest końcówka tej płyty) dać się wypełnić jakąś triumfalną świetlistością, jakby z filmu przyrodniczego o waleniach, ale bez nadmiernego zadęcia — jak wieloryb wynurzający się z toni i wypuszczający strumień wody przez nozdrza, który po prostu tak robi bez żadnej teatralności; jedynie my obserwujemy w oddali z podziwem ♪ „clattering”


2025

6.

gwenifer raymond last night i heard the dog star bark

miałem taki moment kilkanaście lat temu, gdy dość obsesyjnie szukałem następców muzycznej myśli niedoścignionego mistrza amerykańskiego prymitywizmu johna faheya; ale spuściłem gardę i na last night i heard the dog star bark, i muzykę gwenifer raymond trafiłem zupełnie przypadkiem; po pierwszym odsłuchu nie mogłem oprzeć się rozważaniom, dlaczego dwie dekady temu nie zrobił tego james blackshaw, inna ważna figura stylu, z którego muzyką (także z tego powodu) miałem skomplikowaną relację; myślę, że dzięki raymond lepiej zrozumiałem blackshawa, ale przede wszystkim odkryłem coś, za czym tęskniłem, a co zupełnie straciłem z oczu; raymond jest naprawdę fenomenalną gitarzystką — jej kompozycje wcale nie odbiegają jakością od żelaznej klasyki fingerpickingu z appalachów; nawet jeśli ostatecznie za kilka lat miałaby się okazać jedynie sezonową ciekawostką, raczej niż filarem nowego kanonu, muszę jej oddać to, że od dawien dawna nie otworzyłem tak szeroko oczu podczas pierwszego odsłuchu jakiejkolwiek płyty; absolutna ekstraklasa ♪ „champion ivy”


2025

5.

natural information society perseverance flow

joshuę abramsa i jego post-minimalistyczny chicagowski jazz poznałem równo dekadę temu przy okazji magnetoception, które wówczas otworzyło w mojej głowie jakąś szufladkę i zaświeciła w niej żarówka; tych dziesięć lat spędziłem najwyraźniej w półmroku, bo chociaż śledziłem i abramsa i jego grupę natural information society, wszystkie nasze spotkania były bardzo przelotne, aż do momentu gdy w październiku tego roku trafiłem na perseverance flow, które dosłownie mnie zahipnotyzowało; być może tego właśnie potrzebowałem — awangardowego post-minimalistycznego dubu robotycznie pulsującego nieśpiesznie wokół mnie przez bite pół godziny z jakimś orgiastycznym jam bandem wychodzącym co rusz za linię, ale nie na tyle, by pulsowanie całości przestało choć na chwilę brzmieć jak soczysty rave na afterze u andy’go stotta; to jest mój mood, kochani, czy chcę tego, czy nie chcę — zostałem rozpracowany i opętany, ale wciąż nie wiem, czy ostatecznie perseverance flow ma doprowadzić mnie do szału czy do orgazmu ♪ „perseverance flow (slo-mo edit)”


2025

4.

colter wall memories and empties

colter wall był na moich plejlistach od lat — ale dopiero gdy poszedł mocniej w tradycyjny honky tonk przed dwoma laty na little songs znalazł drogę do mojego serca; nowy krążek memories and empties jest zresztą stylistyczną i formalną kontynuacją poprzedniego; to kameralna i kompaktowa płyta w starym stylu, bez karkołomnych stopów gatunkowych i wymyślania koła na nowo; podoba mi się, że mogę ją sobie wsadzić do kieszeni i zupełnie na spokojnie zatopić się w codzienności; wall jest fantastycznym wokalistą, ale to historie, które opowiada sprawiają, że nie tyle ja wracam do niego, co on do mnie ♪ „memories and empties”


3.

chappell roan „the subway”

choć doceniam debiut chappell roan the rise and fall of a midwest princess z 23 roku i wszystko co w ostatnich dwóch latach wydarzyło się w popkulturze wokół niego, dopiero kolejnymi singlami piosenkarka sprawiła, że naprawdę poczułem jej wizję popu — najpierw post-katebushowskim „good luck, babe!”, które szturmem wzięło listy przebojów na całym świecie, a teraz fantastycznie wyważonym „the subway”, które wzięło mnie zupełnie z zaskoczenia (listy przebojów też, choć niestety nie szturmem); to hommage dla gitarowego popu lat 90. w najlepszym możliwym wydaniu, całościowo spowity soft-cranberriesową aurą, ale jednak jak najbardziej tożsamy dla wszystkiego tego, co do tej pory pokazała nam roan; jego głównym atutem jest równowaga — między lekko melancholijnym i duchologicznym aranżem, emocjonalnym wokalem absolutnie sprzedającym każde słowo tego break-up story a klasyczną melodyką, bez problemu penetrującą ścieżki neuronów bardziej wymagających słuchaczy; na każdym z tych poziomów „the subway” ma w sobie jakąś ponadczasową tęsknotę, którą trudno wyrazić czy uzasadnić słowami, ale bardzo prosto poczuć, gdy roan porzuca pierwszy refren i przechodzi w lamentacyjne „she got away” / „she’s got a way” — to najbardziej transcendentny moment w całym tegorocznym popie


2025

2.

saba & no id from the private collection of saba and no id

przez ostatnią dekadę saba wyrósł na czołowego rapera niezależnej chicagowskiej sceny i trudno mówić o nim jak o debiutancie. w porównaniu z no id, który produkował przecież pierwsze płyty commona w połowie lat 90., trudno jednak nie zwrócić uwagi na tę dysproporcję w scenicznym stażu, która na ich wspólnym krążku from the private collection of saba and no id zdaje się stanowić nie lada atut; no id wciąż jest w doskonałej producenckiej formie i w spowite neo-soulem i jazzem okołoboombapowe bity potrafi jak mało kto; saba z kolei wciąż ma świeże flow i wiele do przekazania bez zjadania własnego ogona; świeżość i lekkość to zresztą słowa-klucze przy opisywaniu tego projektu, który w przeciwnym razie mógłby wydać się cokolwiek anachroniczny, a jednak panowie i ich liczni goście niosą go bez najmniejszych oznak zadyszki od początku do końca; to hip-hop, który oddycha soulem; energetycznie i aranżacyjnie być może jak dotąd najbardziej prawowity następca niedoścignionego debiutu noname ♪ „a few songs”


2025

1.

cécile mclorin salvant oh snap

w obcowaniu z kolejnymi płytami cécile mcLorin salvant zaraz od premiery najbardziej lubię ten moment, gdy któregoś razu po kilku wstępnych odsłuchach nagle bieg utworów rozrzuconych zwykle (a na oh snap szczególnie) w myśl jej strumienia świadomości zaczyna układać się w coś na kształt mojego własnego strumienia świadomości; kolejne puzzle, które na początku wydawały się zbędne lub nie do końca zrozumiałe, zaczynają pasować i naturalnie zajmują swoje miejsca; można to pewnie powiedzieć o wielu płytach, ale w przypadku cécile działa to na mnie szczególnie mocno — efekt jest spektakularny; oh snap to osobiste skrawki z szuflady, które w przypływie szaleństwa wyrzucono zamaszystym ruchem ku sufitowi, by zebrać je razem tak, jak wylądowały — nie tyle zresztą formalnie (choć formalnie to najbardziej synkretyczny album artystki mieszający jej sztandarowy wokalny jazz z artystycznym popem, a nawet psychodeliczną muzyką taneczną — jak w tytułowym „oh snap”, obiecajcie, że posłuchacie!), co tematycznie, bo salvant otwiera się tu światło na słuchacza ze swoimi intymnymi refleksjami i lękami w nieneurotypowym wachlarzu; ma serce na dłoni, a jej zmysł kreatywny pozbawiony gatunkowych szlabanów eksploduje jak nigdy wcześniej; jeśli ktoś chciałby wam wmówić, że współcześnie nie da się tworzyć muzyki odkrywczej i niepozbawionej wyobraźni, a jednocześnie rezonującej z emocjami słuchaczy — zapodajcie im oh snap, niech im buty pospadają! ♪ „oh snap”


Opublikowano

(najlepiej w 2025): 50ー26

2025

śledziłem muzyczkę jak szalony z tygodnia na tydzień w tym roku; owszem, mój osąd i moje wybory różniły się od z-agregowanego wzdłuż i wszerz vox populi — trochę kamień schroedingera (albo nie, ale już się napisało i jakoś tam mi się to podoba), raczej coś jakby obserwować wszystko wokoło, a jednocześnie brać wielki ciężki kamień i z własnej woli się nim przykrywać; nie wiem, na ile to był dobry rok, ale nie mam potrzeby za wszelką cenę się wypowiadać; rapsy były w odwrocie, w mainstreamie aż do jesieni nie było prawie żadnych nowych przebojów i kolejny rok z rzędu megagwiazdy popu i ich producenci doszli do niezrozumiałego wniosku, że po raz kolejny muszą koniecznie grzać disco, a my to jakoś mamy wytrzymać; ale najciekawszy był status rocka i muzyki gitarowej ogólnie, która zniknęła nawet z rockowego radia w usa (zamiast tego grają jakieś sombr i billie eilish, heh), za to krytycy rozpływali się nad nowym geese, a windmill scene w jakiś dziwny sposób wciąż wydaje się wiodącym ze świeżych nurtów estetycznych w muzyce w ogóle

zapraszam na pierwszą połowę moich subiektywnych muzycznych wyborów anno domini 2025


jako że pisać zacząłem w grudniu, dla uspójnienia, jeśli piszę o tym lub obecnym roku, zawsze chodzi o 2025 — w obrębie tego tekstu nie jestem jeszcze z nim pożegnany


2025

50.

djrum under tangled silence

synonim dźwiękowej dwubiegunówki — delikatne fortepianowe pasaże mieszają się tu z momentami dość hardkorowymi breakami w naprawdę fascynujący sposób; nie będzie to moja ulubiona płyta tego roku, bo nie sposób naprawdę wczuć się w ten dwutorowy mood, ale trzeba oddać twórcy, że jest to naprawdę kunsztownie zrealizowany i zajmujący słuchacza krążek — ryzykowny, ale ciekawy ♪ „galaxy in silence”


2025

49.

36 & zakè stasis sounds for long-distance space travel III

trzeci space ambientowy przelot duetu 36 & zakè nie wciąga tak jak pierwsza część w pandemicznym roku 2020, ale jest niewątpliwym apgrejdem wobec zachowawczej dwójki z 2022; to po raz kolejny medytacyjny progresywny ambient na motywach międzygwiezdnych podróży, tym razem być może bez odkrywania żadnego zupełnie nowego świata, ale to wciąż niesamowicie satysfakcjonująca wyprawa, której nie mógłbym nie polecić wszystkim amatorom lotnictwa — na sofie lub w wannie ♪ „final approach 2”


2025

48.

richard dawson end of the middle

nie jest to wielka płyta richarda dawsona, choć od kiedy poznałem go przed dekadą, mam wrażenie, że każda płyta richarda dawsona jest wielka — nawet jeśli na swój własny kameralny sposób; end of the middle to kolejny rozdział w opowieści folkowego mistrza — jak zwykle na swój sposób prostolinijny i cholernie pokręcony jednocześnie; przyziemne i transcendentne splecione ze sobą bez reszty ♪ „knot”


2025

47.

yumiko morioka & takashi kokubo gaiaphilia

przez lata unikałem sequeli w swoich podsumowaniach — w tym roku stawiam czoło pewnej obawie stojącej u podstaw takich decyzji — gaiaphilia to kieszonkowy sequel kapitalnego comebacku mistrza kankyō ongaku takashiego kokubo music for a cosmic garden z 2023 roku; w obu przypadkach w centrum mamy ogród, ale zmieniły się okoliczności — gaiaphilia jest z założenia ziemiocentryczna i być może ten właśnie element odrobinę tej płycie ciąży w bezpośrednim porównaniu ♪ „elegant spiral”


2025

46.

dj babatr root echoes

nie jest to najbardziej wykwintny z moich wyborów, ale na swój sposób idealnie dowozi coś, czego nie wiedziałem nawet, że mi potrzeba — pochodzący z wenezueli dj babatr miesza niewybredne techno z latynoskim house’m, pożyczając inspiracje od tuzów elektroniki z lat 90.; jednocześnie nie boi się kampu, przez co root echoes nie tylko łoi aż miło, ale jest zaskakująco przebojowe jak na tego typu album ♪ „1234 ladys on the floor”


2025

45.

juana molina doga

z dużym prawdopodobieństwem najbardziej kuriozalna z dobrych płyt wydanych w tym roku — multigatunkowy stop, w równych częściach popowy, co awangardowy, gdzie wokal bywa jednym z instrumentów, a melodie osadzone są w rytmice i minimalistycznych aranżach do tego stopnia, że trudno wyodrębnić tu refreny w klasycznym rozumieniu; naprawdę ciekawa rzecz ♪ „la paradoja”


2025

44.

old saw the wringing cloth

coś, co zawsze w jakiś sposób mnie fascynowało, to to, że choć od lat jestem wiernym miłośnikiem amerykańskiego folku, a w ostatnim czasie muzyka ambientowa odgrywa w moim życiu ważną rolę, nigdy, przynajmniej do teraz, nie udało mi się trafić na krążek z nurtu tzw. ambient americany, który jakkolwiek by mnie poruszył; zawsze były to w jakimś sensie półprodukty i odsłuch znakomitego the wringing cloth uświadomił mi dlaczego — zwykle elementy folkowe były jedynie dodatkiem dla elektroakustyczych pejzaży; tu proporcja jest zgoła odwrotna, old saw sięgają po szereg prawilnych środków wyrazu rodem z tradycyjnych nagrań smithsonian folkways, dbając na tym samym poziomie o letargiczno-oniryczny charakter kompozycji ♪ „song for paloma”


2025

43.

ryan davis & the roadhouse band new threats from the soul

gdyby bill callahan chciał nagrać countrysoulową płytę inspirowaną nashville skyline boba dylana i august and everything after counting crows, a wyprodukowałby ją sufjan stevens, to jest szansa, że brzmiałoby to trochę jak new threats from the soul ryana davisa & the roadhouse band; jest to jednocześnie całkiem quirky i trochę wholesome — na początku byłem trochę zdezorientowany, ale zatrzymałem się przy tym krążku na dłuższą chwilę i teraz już myślę, że rozumiem ♪ „new threats from the soul”


42.

raye „where is my husband!”

okazuje się, że brzmienie postmilenialnego r&b na motownowych samplach na tyle weszło do świadomości słuchaczy, że raye tym numerem — popowym outtake’m niby z katalogu wielkiego swego czasu richa harrisona — dotarła pod strzechy tak szeroko, że nawet w polsce, ojczyźnie smutnych gitar, disco polo i raperów rymujących się z się, wypełniła sobą airplay najbardziej komercyjnych i alternatywnych anten; jest w tym w numerze trochę szaleństwa i sporo humoru, nie zapominając o nienagannej dykcji, dzięki której raye szuka swojego męża z prędkością karabinu maszynowego, nie gubiąc się w kunsztownym, wielopoziomowym refrenie


2025

41.

geese getting killed

trochę żałuję, że geese pozbyło się ze swojej progresywnego miksu gatunkowego kowbojskiego funku, dzięki któremu ich poprzedniego krążka 3d country słuchałem jak kontynuacji przegrywiej energii becka; getting killed odpowiada bowiem na inne wołanie, czemu zawdzięcza zresztą swój olbrzymi sukces — to amerykańska odpowiedź na brytyjską scenę windmill; geese po swojemu rekonstruują nie tyle tamto brzmienie, co ideę tamtego brzmienia, a że są naturalnie quirky as fuck, wypadają w tym niesamowicie przekonywająco; no i getting killed, jako najbardziej utytułowana przed krytyków płyta 2025 roku to na jakimś poziomie jednak triumf muzyki gitarowej w czasie, gdy alternatywne radio w usa gra przede wszystkim sombra i billie eilish (zamiast jakichkolwiek gitar); jeśli by wskrzesić staruszka rocka potrzeba tego, co zrobili tutaj geese, to count me in ♪ „cobra”


2025

40.

benjamin biolay le disque bleu

po fenomenalnym la superbe z 2009 roku benjamin biolay siłą rzeczy stał się dla mnie centrum szeroko pojętej muzyki frankofońskiej — od tego czasu zdołał wydać aż 10(!) lepszych lub gorszych płyt, z których z perspektywy czasu najbardziej zajęło mnie inspirowane południem palermo hollywood i właśnie tegoroczne le disque bleu; obie te płyty są na swój sposób niebieskie, choć na palermo, było więcej słońca, a na bleu częściej pada — biolay znowu wyrusza na południe, włączając do swojego autorskiego miksu klasycznego chanson z post-bitelsowskim brytyjskim rockiem gitarę akustyczną rodem z bossa novy; to trochę mood, trochę zabawa piosenką, a jest z czego wybierać, bo to w zasadzie dwa krążki, po 12 numerów każdy, podzielone trochę jak na dez anos depois nary leão — jedna płyta jest bardziej akustyczna, druga bardziej synkretyczna ♪ „adieu paris”


39.

d’leesa „higher”

„higher” to kolejny triumf sypialnianego d.i,y.-owego r&b, które przed dwoma laty (i w mniejszym stopniu w tym roku) godnie reprezentował nourished by time; wydany własym sumptem debiut bezkompromisowo i samozwańczo safijskiej d’leesy czerpie całymi garściami z balladowego popu lat 90. i byłoby w tym coś nieznośnie przypominającego amatorskie karaoke, gdyby nie to, że piosenkarka po mistrzowsku operuje eterycznym wokalem i potrafi zawrzeć w swoich wykonaniach całą masę emocji, których nie da się zignorować; „higher” jest najszlachetniejszą emancją muzyki spod znaku smutnej dyskoteki a.d. 2025, jaką udało mi się znaleźć


2025

38.

yunis ninety nine eyes

egipski kompozytor i producent na swoim debiutanckim ninety nine eyes reinterpretuje ideę klasycznej arabskiej piosenki mogącej liczyć bez przerw nawet 30 minut (wyguglujcie inta omri); yunis nie śpiewa, ale tworzy instrumentalny pejzaż na motywach pożyczonych z tradycyjnego egipskiego popu; efektem jest psychodeliczna dubowa raga osadzona w krainie baśni tysiąca i jednej nocy; wybaczcie wyświechtany punkt odniesienia — oceniam ninety nine eyes jedynie wrażeniowo i za każdym razem jestem pod wrażeniem ♪ „part i”


2025

37.

gorycz zasypia

black metal z olsztyna, moi drodzy; nie jestem fanem blackowych wokali, ale wszystko inne dookoła nich gra mi na zasypia — od koncepcji prowadzącej słuchacza przez rozmaite stany ludzkiej egzystencji, przez zaskakująco progresywnie rozwinięte brzmienie, po pewną hipnotyzującą rytmiczność, ale bez frenetyczności często typowej dla black metalu ♪ „wybacza”


2025

36.

mckinley dixon magic, alive!

mckinley dixon znowu to zrobił! magic, alive! to jak dotąd być może jego najlepszy całościowo krążek — magia jest tu nie tylko obecna, jest silna i żywa! kreatywnego połączenia rapu, (big bandowego!) jazzu i soulu słucha się tak, jak musiało się słuchać klasycznych krążków de la soul czy a tribe called quest przed 30-ma laty; i pewnie zachłysnąłbym się tą płytą w tym roku bez reszty, gdyby nie to, że pierwsze zauroczenie dixonem mam za sobą od czterech lat (for my mama nadal pany!) ♪ „could’ve been different”


2025

35.

bad bunny debí tirar más fotos

przejście bad bunnego od średnio natchnionego trapetonu w stronę mieszanki całego wachlarza tradycyjnych stylów muzyki z latynoskiej części karaibów z reggaetonem to jedna z tych wspaniałych rzeczy, których nie udało się zniszczyć mainstreamowi ery aplikacji streamingowych; owszem, dokonało się w jakimś sensie już na udanym un verano sin ti z 22 roku, ale dopiero tegoroczne dtmf urzeczywistniło tamtą ideę w pełni i jak należy; to pierwsza całościowo tak dobrze wyważona i angażująca płyta w dyskografii królika ♪ „dtmf”


2025

34.

agriculture the spiritual sound

przegapiłem debiut agriculture przed dwoma laty, a po ten krążek sięgnąłem z okazji piątku premier, w dużej mierze spodziewając się, że mnie zirytuje; tymczasem jednak the spiritual sounds okazało się płytą, przede wszystkim, brzmieniowo niesamowicie intrygującą — może jako placeholder tegorocznego deafheaven, którego nadal nie udało mi się przesłuchać? w centrum są tu rozkoszne brutalnie świdrujące gitary, które doskonale wkomponowano tu szersze post-noise’owe spektrum; rytmicznie i wokalnie bywa zresztą zaskakująco różnorodnie, co sprawia, że to, mimo trzech kwadransów na liczniku i obiektywnego ciężaru gatunkowego, album do połknięcia na raz ♪ „micah (5:15am)”


2025

33.

anthony naples scanners

solidny album tech-house’owy, który równie dobrze mógłby ukazać się 10 czy 15 lat temu, więc nie próbuje wymyślać koła na nowo, a którego najmocniejszą stroną są bangery — rozpięte przez ponad godzinę od pierwszej do ostatniej ścieżki; nie jest to jednak toporna bangeroza podmiejskiej dyskoteki, ale żywy puls neonowej metropolii (z akcentem na puls, nie na metropolię); sporo tego słuchałem w tym roku — głównie w ciągu dnia w dni robocze (a neony miałem tylko w głowie) ♪ „night”


32.

moliy x skillibeng x shenseea x silent addy „shake it to the max (fly) (remix)”

czasem myślę, że wychowałem się na ulicy, gdzie stała jamajska tańcbuda serwująca kolejne remiksy „dem bow” i mikstejpy beenie mana; w tym samym umyśle narodziło się zapewne „shake it to the max” serwujące rasowy dancehall inspirowany do kości riddimiką i melodyką przełomu milenialnego; ile bym dał, żeby zamiast rozwodnionych afrobeatsów w klubach i na tropikalnych plejlistach grano właśnie tak; absolutny riddim tego lata


2025

31.

luke belle the king is back

luke bell miał zapewne urodzić się w innej epoce — może nawet 100 lat temu; czy przynajmniej jego duch musiał wstąpić w naszych czasach w młodsze ciało, by z pasją i przekonaniem odtworzyć to kowbojskie boogie, tradycyjny swingujący sznyt, temperament rasowego honky tonk; the king is back jest testamentem bella, którego znaleziono martwego przed trzema laty w wieku 32 lat, po tym jak przedawkował fentanyl; 28 opowieści, których nie powstydziliby się hank, marty, merle, elvis czy bob (wills, nie dylan); śnij piękny sen o dalekiej prerii, stracony królu! ♪ „the king is back”


2025

30.

alex g headlights

alex g w zasadzie nie nagrywa słabych płyt, ale nie nagrywa też wielkich płyt; to dość kiszonkowe albumy, które, tak jak ten, przez jakiś czas po premierze stają się idealnymi towarzyszami codzienności; alex g ma na headlights coś z elliotta smitha, ale nie jest to ta cecha, którą określilibyśmy słowem „dojmujący”; ten krążek zresztą w zupełnie naturalny i bezpretensjonalny sposób wyrósł z 90sowej tkanki, estetyki i wrażliwości; od pierwszego odsłuchu brzmiał zupełnie znajomo, nie ma tu może ewidentnych przebojów, ale kolejne riffy i refreny są naprawdę uzależniające ♪ „afterlife”


2025

29.

carter faith cherry valley

szukałem tej płyty przez cały rok — mainstreamowego country do radia, które czerpie z tradycji w zrównoważony sposób, jednocześnie równoważąc to niestronieniem od popu jako takiego; i ten debiutancki longplay carter faith zrealizował tę potrzebę idealnie — kilka lat temu (w 18 roku) bardzo podobną płytę wydała caitlyn smith i to jest dla cherry valley mój główny punkt odniesienia; faith podobnie jak smith nie boi się wielkich ballad w starym stylu i ze smyczkami, ale może też być zupełnie zwyczajna, kameralna, w dżinsach z wysokim stanem; faith jest retro przede wszystkim na okładce, ale momentami wkracza też na terytorium cudownie prześpiewującej standardy w stylu starej patsy cline –nicole atkins; to pozycjonuje ją w doborowym gronie, nie sądzicie? a po co mi ta płyta? doskonale współgra z zachmurzonym niebem w szare zimowe popołudnie — nie jest zbyt poetycka by negować poetykę zewnętrza, a jednak dodaje odcienie niemożliwe do uzyskania bez nie ♪ „if I had never lost my mind…”


28.

eddie chacon „let the devil in”

mój ulubiony soulowy oldboy ostatnich lat eddie chacon nagrał na swoją ostatnią, dość niepozorną płytę numer, który przedarł się przez mój ogólny brak zainteresowania tym krążkiem i stworzył ponadczasowy mood, do którego, mam nadzieję, będzie mi tęskno przez wiele lat; to kompozycja jakby ze stajni nourished by time, hypnagogiczna, pulsująca, łącząca late night quiet storm z jakimś bedroomowym szamańskim rytuałem; mistyczna; na wielu poziomach transcendentna


2025

27.

wednesday bleeds

cieszy mnie ta płyta podwójnie — po pierwsze, podobnie jak getting killed geese, daje nadzieję, że gitary w roku pańskim 25 nie wszystek umarły; poza tym, stała się zupełnie mimowolnie papierkiem lakmusowym mojego wyczucia estetycznego, co do którego, mimo upływającego czasu, tysięcy przesłuchanych płyt, wciąż miewam wątpliwości; gdy bleeds ukazało się we wrześniu, w szczycie jakiejś mojej życiowej bezradności, sięgnąłem po nie bezrefleksyjnie, bo było o nim głośno i było względnie krótkie; nie miałem na nie ochoty, nijak mi ten garaż nie leżał, ale nie umiałem tego krążka zbesztać, choć trochę tego potrzebowałem; dałem więc sobie spokój i wróciłem do bleeds za jakiś czas i wtedy zabrzmiało mi doskonale — surowe, hałaśliwe gitary z mocno countrującym podszyciem; pixies i beck mają dziecko; z perspektywy to płyta w stylu rollercoaster, gdzie każdy kolejny numer z premedytacją zmienia nastrój, ale też, czy takie właśnie nie jest życie? (nie odpowiadajcie, wcale nie pytałem) ♪ „townies”


2025

26.

lyra pramuk hymnal

lyra pramuk naprawdę rozwinęła się od fountain (które zamykało moją listę muzycznych polecajek 20 roku) — może tylko poza tym, że medúlla björk nadal pozostaje dla niej zaskakująco adekwatnym punktem odniesienia; hymnal to muzyka kameralna na sterydach, rozszerzona elektronicznie, ale zupełnie inaczej niż u djruma; pramuk znów buduje swoją płytę na ewoluujących w czasie post-minimalistycznych wokalnych loopach, a efekt jest w równej mierze popowy, co awangardowy; do stworzenia płyty pramuk wykorzystała zresztą słynnego pamiętającego śluzowca physarum polycephalum, który przetworzył po swojemu część tekstów; dzięki temu, jak wyczytałem gdzieś w sieci, można ten album traktować jako ciekawy artystyczny głos we wzbierającej na sile dyskusji o roli sztucznej inteligencji w życiu ludzi ♪ „solace”


(…)

pozycje 25ー1 tędy ⟶ (klik!)

Opublikowano

Jak być lepszym Kurtkiem 101

Myśliciel

Myśliciel Hiromu Kiry na tle jednej ze Stacji drogi krzyżowej Hermanna Nitscha


Ogólnie rzecz ujmując, nie mogę nie zgodzić się z tym, że każdy dzień jest dobry, by zacząć lub postanowić coś nowego. Nie jestem też jakoś szczególnie przekonany co do symboliki początku nowego roku, choć nie mogę nie docenić pewnej zewnętrznej psychologicznej presji, która może wywierać na człowieka nie do końca zdecydowanego jakiś nacisk, choć która wcale nie musi okazać się skuteczna. Pomimo tego i dlatego co roku staram się jednak spróbować po raz kolejny stać się lepszym Kurtkiem.

Czasem postanowienia bywały proste i wówczas zwykle udawało mi się osiągać z nimi najlepsze efekty — chciałem ćwiczyć, czytać, uczyć się języków obcych i zwykle była to jedna, niekoniecznie zupełnie nowa, a zawsze na nowo opatrzona wysokim priorytetem rzecz. Ćwiczyć miałem przynajmniej dwa razy w tygodniu, czytać przynajmniej dwie książki miesięcznie, realizować konkretny zakres zagadnień gramatycznych. Zwykle też postanowienia te nie miały daty przydatności — nie były to zamknięte projekty o skończonym zakresie realizacji. Naturalnie przechodziły z roku na rok — ćwiczyłem więc, czytałem więc, uczyłem się więc języków jednocześnie. Oprócz tego pracowałem, żyłem życie i robiłem rozmaitości, jak to człowiek. Słuchałem płyt, chodziłem do kina, jak to Kurtek (to swoją drogą dość wymowne, że do słuchania muzyki nie potrzebuję postanowień, a do czytania już tak, heh!).

W zeszłym roku doszedłem do miejsca (a może raczej to miejsce doszło do mnie), gdy moje postanowienia posypały się jak domek z kart. Nie tylko nie udało mi się zrealizować nowego postanowienia (w którego powodzenie nie wierzyłem od samego początku i samo to, że było one jedyne, nie mogło uratować mnie przed porażką — miałem pisać bazę danych, nie wracajmy do tego), ale też wcześniejsze postanowienia, realizowane od lat z zapałem, nie dały się tym razem okiełznać. Z czytelnika z potencjałem nie został ani czytelnik, ani potencjał. Aktywność fizyczna, zdziesiątkowana przez mnożące się delegacje i kontuzje, spadła ilościowo o czwartą część (nie jest to jedyna miara, ale jedyna, jaką mam), a japońskie słownictwo i gramatyka w najlepszym razie odrobinę się utrwaliły, ale na pewno nie poszerzyły. I choć wiem, że nie jestem w stanie (i nie chcę) w wolnym czasie być wyłącznie produktywny — mam potrzebę zalegania, osiadania, mitrężenia, niekwapienia się — to jednak gdzieś z tyłu głowy pod koniec zeszłego roku zapaliła mi się wątła kontrolka.

Mniej więcej w połowie grudnia zamiast o podsumowaniu sukcesów i porażek, zacząłem myśleć nad nadchodzącym styczniem i tym, co chciałbym sobie w nim obiecać. Wszystko to, co do tej pory i jeszcze więcej — podpowiadał jakiś odrealniony głos z offu. Zapytałem sam siebie, kneblując głos z offu, co wymaga najwięcej uwagi i pomyślałem o nadszarpniętej równowadze codzienności, jakimś głupim wirze, w który sam się wciągam, między innymi nawarstwiającymi się postanowieniami, które mają poprawić jakość mojego życia i mnie samego, ale ostatecznie nie zawsze wychodzi tak, jak sobie założyłem, a czasem jest nawet gorzej, bo gdy rzeczy nie idą, równoważnia przechyla się ku ekstremom. Dzisiaj mija pierwszy tydzień nowego roku i jak na razie jedyną rzeczą, jaką zrobiłem w stronę realizacji nowego, mocno nienamacalnego i niemierzalnego założenia, było nierobienie zbyt wiele. Coś tam pomachałem hantlem (pod wpływem influenserów fitness, napisałem „hantlą”, ale edytor podkreślił, to poprawiłem), przeczytałem kilka stron książki, ale ogólnie raczej pozwoliłem rzeczom być takimi, jakimi były.

Mógłbym w tym miejscu odtrąbić natychmiastowy sukces, bo swoje poczucie harmonii w tym czasie oceniam możliwie najwyżej, ale muszę uczciwie przyznać, że jedna istotna rzecz, która mogła tu sporo namieszać, a mianowicie — praca, została do dzisiaj zupełnie zamrożona. Gdy zalogowałem się rano po nieprzyzwoicie (nie jest mi wstyd) długiej przerwie, zalała mnie powódź cudzych problemów, które od teraz miały być również moimi. Jakoś przetrwałem, ale będę musiał skutecznie utrzymywać się na powierzchni tego wzbierającego co rusz strumienia przez bite osiem godzin, pięć dni w tygodniu. Jak w tym nie utonąć? Chciałbym móc dopisać w tym miejscu kolejny akapit ze złotymi radami, które n a p r a w d ę pomogą, ale na razie nie mam pojęcia. Mam pomysły, owszem, ale nie wiem, czy uda mi się wprowadzić je w życie, bym w istocie stał się w tym roku lepszym Kurtkiem.

Przed dwoma laty przywiozłem z Japonii białego darumę. Dopiero na jesieni odważyłem się namalować mu pierwsze oko, z tą samą niejasną intencją szeroko pojętej równowagi. To był ten symboliczny moment, mój własny początek nowego roku, który jednak jak dotąd nie zdołał umocnić się w moim myśleniu i działaniu. Czy uda mi się odzyskać emocjonalną kontrolę nad własnym życiem? O tym w kolejnym odcinku blogonoweli.

Opublikowano

The Best of Christmas

The Best of Christmas

To szaleństwo, że właśnie mojej niewinnej zabawie z lat szkolnych (którą nazwałem wtedy The Twelve Days of Christmas, bo co roku chciałem wybierać 12 utworów) stuknęło dwadzieścia lat. Z tej okazji postanowiłem zrobić rzecz zupełnie już niemodną, a mianowicie kompilację z rodzaju « the best of ». Z każdej z poprzednich dziewiętnastu części wybrałem według własnego klucza po jednym utworze, dodając jeden nowy do pełnej dwudziestki na dwudziestolecie. To oczywiście wszystko sól ziemi świątecznych plejlist, nierzadko utwory z mojej prywatnej niepublikowanej plejlisty do ubierania choinki, a zatem wiązanka w stylu « full on Christmas », gdzie dzwonią dzwonki, błyszczą lampki, w kominku wesoło trzaska ogień, w kieliszku musują bąbelki, a dla wszystkich dobre słowo i góra prezentów pod choinką. Z refleksyjnym momentem, wesołą kulminacją i melancholijnym post-scriptum, gdy bałwan za oknem zaczyna się topić, choinka opadać, a nam czas kończyć biesiadę i wracać do rzeczywistości.

Spokojnych świąt i do siego roku!

Poprzednie części świątecznych pozytywek w serii dostępne są na Mixcloudzie. Posłuchać można także plejlisty na streamingu.

Opublikowano

Mimo wszystko pozwól mi wejść

Koguty pod palmami

Koguty pod palmami Itō Jakuchū (lata 60-te XVIII wieku)


Napisałem kiedyś dość wyczerpująco o życiu okładanym na później. Miałem nadzieję, że jeśli wyrzucę to z siebie, to uda mi się pozbyć tego poczucia, uporządkować teraźniejszość tak, by zrobić w niej miejsce na to, co ważne. Na quality time z bliskimi. Na ćwiczenia i medytację. Na nieśpieszne spacery w słońcu i w deszczu, gdy nie muszę zaraz nigdzie koniecznie być, a jedynie jestem tam, w tej chwili. I oczywiście na zalegające na półkach płyty kupione z nadzieją, że znajdę na nie idealny moment, ale lata mijają, a ten uporczywie nie chce nadejść — albo już był, został wykorzystany, chciałoby się go powtórzyć, ale tego też się nie da.

I nie mówię, że poniosłem fiasko, a jedynie, że jest jak jest. Wczoraj wieczorem próbowałem znaleźć idealną płytę z poczuciem, że tym razem mi się uda, ale znowu nie wyszło. The Gun Club okazał się zbyt krzykliwy po całym dniu za biurkiem — zbyt krzykliwy, by słuchać go ciszej, zbyt krzykliwy by znosić go głośniej. Lada chwila skończy się kolejny rok — w zasadzie już jesteśmy na przedmurzu Bożego Narodzenia. Coraz bardziej uporczywie myślę o wszystkich tych, do których dzwoniłem przed rokiem i zapewniałem ich, że zadbam o to, żeby tym razem udało się spotkać, a jedynie znów oddaliliśmy się od siebie o kolejny rok. Czy skrolowanie ich social mediów wystarczy, żeby nie wymknęli się z mojego życia na dobre? Czy te relacje, które kiedyś tyle nam dawały, są warte tego, żeby nadal o nie walczyć, jeśli codzienność zagmatwała sprawę? A może z czasem wszyscy jesteśmy skazani na samotne scrolowanie social mediów na swoich kanapach w piątkowe wieczory i sobotnie popołudnia?

Opublikowano

Wszystkie przegapione rocznice premier płyt

Wszystkie przegapione rocznice premier płyt

Orange Crate Art


W piątek 30-lecie obchodziło Orange Crate Art — spóźniona i w jakiejś mierze daremna próba odtworzenia przez Briana Wilsona i Vana Dyke’a Parksa magii niedoścignionego Smile podjęta w połowie lat 90. Rzecz w pewnych kręgach kultowa, mająca zarówno fantastyczne, i gorsze momenty, ale ogólnie warta uwagi. Rzutem na taśmę w piątkowy wieczór udało mi się włączyć sobie kilka numerów z tej płyty, w tym ponoć ulubione kawałki Wilsona — „Summer in Monterey” i „San Francisco” — które aż nieprawdopodobnie pokryły się już dawno i bezwiednie z moimi własnymi hajlajtami. Ten rzut na taśmę był zresztą dziełem przypadku.

Od zawsze mam problem z obsługą kalendarza i z byciem w odpowiedniej chwili w odpowiednim miejscu — co posiada także swój wydatny cyfrowy ekwiwalent. Nie skroluję tego, co trzeba, kiedy trzeba. A nawet jeśli, najpewniej nie mam ochoty rzucać wszystkiego i włączać jakiejś dawnej ulubionej płyty, bo stuknęła jej okrągła rocznica. Pamiętam tylko o 25 sierpnia — tego dnia w 2001 roku tragicznie zginęła Aaliyah, a trzy lata wcześniej solowy debiut wydała w Stanach Lauryn Hill. Poza tym codziennie coś mnie omija.

Myślę teraz o tych wszystkich przegapionych przeze mnie rocznicach premier płyt, o których być może pamiętali inni, ale na pewno nie ja. Wydawało mi się, że była w tym jeszcze chwilę temu jakaś myśl przewodnia, ale ostatecznie ją też musiałem najwyraźniej przegapić. Pozostaje mi zatem jedynie życzyć wszystkim tym lepszym i gorszym płytom — wszystkiego najlepszego.

Opublikowano

Na szarość naszych nocy

Dzielna Oleńka i jej braciszek

Ilustracja Iwana Bilibina do bajki o dzielnej Oleńce i jej braciszku


Widziałem ostatnio mem, oczywiście nie pamiętam punchline’a, ale ogólnie chodziło o to, że oto koniec kolejnego lata, które zmarnowałem. Co roku, od kiedy zyskałem jako taką świadomość upływającego bezpowrotnie czasu, wiązałem z latem wielkie plany, które już na wstępie porzucałem na rzecz może nie tyle próżniactwa, co braku aktywności. A właśnie aktywność — zwłaszcza taka letnia — w słońcu i nad wodą, miała być miarą sukcesu mojego lata. Patykowaty, biały jak ściana, z długą listą alergii na pyłki kwitnących roślin i awersją do wody nie miałem najlepszych rokowań na powodzenie i rzeczywiście zwykle lato w naturalny sposób spędzałem przed komputerem. Z rozrzewnieniem wspominam wycieczki rowerowe, które mimo wszystko równie naturalnie równoważyły czas spędzony przed ekranem.

Dzisiaj niby niczego specjalnego nie obiecuję sobie wraz z początkiem lata — nie mam warunków — jestem skazany na ślęczenie przed komputerem od poniedziałku do piątku, rozwiązując cudze problemy. Dzięki temu przynajmniej moje alergie nie są wystawiane na ciężkie próby, a moja skóra na poparzenie. Ilekroć idę do dermatologa, ostatnio na szczęście z rzadka, ten raczy mnie coraz bardziej makabrycznymi historiami. A wie pan, że żeby krem z filtrem działał tak, jak deklaruje producent, powinien pan teoretycznie zużyć pół tubki na jedno smarowanie? To najwyraźniej strategia polegająca na zastraszeniu mnie prewencyjnie, jakbym od najmłodszych lat nie był przerażony tym nieprzewidywalnym, mimowolnie otaczającym mnie coraz większym bałaganem (zwanym życiem). Moja mama — w twoim wieku człowiek nie myśli o takich rzeczach jak umieranie. Ja — czy coś ze mną nie tak, jeśli co rusz od dziecka czuję dojmująco wiszące gdzieś nieopodal, może na poziomie chmur, może niżej — drzew, piętno śmierci. Nie wiem dlaczego, ale piętno zawsze bardziej przybierało dla mnie rodzaj czarnej złowrogiej chmury aniżeli znamienia.

Niby czekam na koniec lata, niby nie znoszę upałów, a jednak w te ostatnie sierpniowe dni, gdy zrobiło się już znacznie chłodniej, zauważalnie posmutniałem. Czemu odchodzące lato, skłaniające tym odchodzeniem do refleksji, o którą trudno byłoby mi w palącym słońcu, jednocześnie cieszy mnie i smuci? W czym tkwi rzeczywista esencja lata, jeśli narty wodne mogą jedynie napytać człowiekowi biedy? Jeśli wie, że nawet aktywnie wykorzystując swój rachityczny urlop, nie ma realnej szansy na realizację planów, które uchroniłyby to lato przed zmarnowaniem. Może naturą lata jest właśnie to, że daje mu się w taki czy inny sposób przelecieć przez palce, opowieści o spędzonym jakoś lecie należy odłożyć tam, skąd je wzięliśmy — do literatury i kinematografii młodzieżowej, a jakiekolwiek racjonalne próby konstruktywnego wykorzystania lata z góry skreślić jako, paradoksalnie, pozbawione racji bytu?

Dni są coraz krótsze, noc powinna rozdzielić je już, wyodrębnić każdy jeden, a i tak wciąż sklejają się ze sobą. Rutyna co prawda pomaga nam jakoś egzystować, ale jednocześnie gubi nas i gubi nasze lato bezpowrotnie przechodzące w jesienną szarugę.

Opublikowano

Sen

Bure błoto Švankmajera

Bure błoto Švankmajera


Przydarzył mi się dziś dziwaczny sen. W ramach makabrycznego eksperymentu moje życie z całym dobrodziejstwem doświadczeń, upodobań, powiązań podzielono na dwa arbitralną kreską, a następnie każdą z części zupełnie osobno nakarmiono sztuczną inteligencję, która w oparciu o własne konteksty zaczęła je po swojemu wypełniać i rearanżować. Następnie te dwie połowy, zupełnie już na tym etapie do siebie nieprzystające, próbowano zmusić do dialogu. Efekt był telenowelowy, sensacyjny, ale też w miarę rozwoju sytuacji coraz bardziej pozbawiony sensu i oryginalnych kontekstów, którymi nakarmiono pierwotnie ejaj. A ja, czy raczej resztki mnie rozrzucone coraz bardziej bezwolnie w tym wszystkim, nie potrafiłem się z niego uwolnić. W międzyczasie zadzwonił budzik, później kolejny i kolejny, a ja wciąż nie potrafiłem przerwać — to wroga agenda — mruczało podprogowo ejaj, a ja chciałem/musiałem mu wierzyć, coraz bardziej jednocześnie stapiając się w burą breję, trochę jak w „Wymiarze dialogu” Švankmajera. Bura breja ostatecznie zlała się w jedno, i jak na telenowelę przystało, wypełniła sobą coś na kształt ekranu. W jej trzewiach zachodziły jednak wciąż sensacyjne wydarzenia z „moim” „udziałem” — trochę jakby przelewały się soki trawienne, albo jak wybuchy na słońcu, ale cała struktura, choć wydawała się rzeczywista i namacalna, wcale taka nie była. Niby istniała, ale nie dało się jej ująć, jakby wyświetlano ją rzutnikiem, co nie przeszkadzało jej wyglądać coraz bardziej paskudnie. Ostatecznie cały pozatykany tym mentalnym błotem, ale jednak się obudziłem.

Opublikowano

Wakacje z duchami

Wakacje z duchami

Pożyczona okładka wyimaginowanej reedycji


Wiadomość o śmierci Briana Wilsona nie zaskoczyła mnie, ani nie przygniotła, przynajmniej nie w dramatyczny sposób, w jaki miałyby przygniatać nas nagłe wiadomości. Jednocześnie jednak poczułem jej ciężar. Świat, który poznałem jako dzieciak i brałem odtąd za pewnik, zmienił się nieodwołalnie. Pozornie oczywiście nie zmienił się wcale, ale towarzyszące mu uczucia jakby pozamieniały się miejscami. Nie byłem naocznym świadkiem tej zamiany, nie przyglądałem się im zbyt dokładnie wcześniej, a jednak to oczywiste, że coś jest teraz inaczej. Odwołany po cichu warszawski występ zespołu koncertującego jako The Beach Boys mógłby być okazją, by poukładać je na nowo, ale najwyraźniej nawet pół wieku po prajmtajmie grupy, Polska wciąż nie jest gotowa ani na Pet Sounds, ani na „Kokomo”.

To w zasadzie wariacja na temat grupy pod wodzą niezmordowanego Mike’a Love’a — okrytego w kręgach fanów nie najlepszą sławą pierwszego hamulcowego artystycznych zapędów braci Wilson. Wciąż jednak w oficjalnych barwach i z towarzyszeniem innego wieloletniego członka zespołu — Bruce’a Johnstona, oraz kilku bezimiennych randomów, co wcale nie musiałoby być tak złe, jak na pierwszy rzut oka mogło się wydawać. To grupa rekonstrukcyjna. Grupa pod egidą. Grupa pod wezwaniem. Przeżycie być może nie duchowe, ale na pewno duchologiczne. I to odwołanie koncertu też w tę duchologiczną tradycję kontestowania Beach Boysów nad Wisłą można wpisać. Kiedyś zostałem zapytany przez stryja, na imprezie rodzinnej, w dość dziwacznym anturażu (acz także duchologicznym, zwłaszcza jeśli do tej sytuacji wracamy dzisiaj, naście lat później) — Beatlesi czy Stonesi? Zdębiałem. Skąd nagle obok Beatlesów Stonesi? Ale pokazało mi to dominantę. Od tej pory Stonesi już nigdy mnie nie zaskoczyli, a ja zawsze w obliczu braku Beach Boysów w puli, odpowiadałem, że Beatlesi. W obliczu braku Beach Boysów w puli.

Pamiętam któreś długie lato, gdy dwudziestoletni ja odkrywałem dla siebie skompilowane na niezliczonych bootlegach nieoszlifowane nagrania z sesji do Smile, wówczas wciąż oficjalnie niewydane. Jeździłem na rowerze między polami porów i chłonąłem każdy takt w promieniach bezlitosnego popołudniowego słońca. Over and over the crow cries uncover the cornfield. Albo któreś inne lato, gdy niezbyt trzeźwy, leżąc na plaży, przepłakałem całe Pet Sounds w towarzystwie karmazynowego nieba i chłodnego morza. I wszystkie te końce lata, które zawsze były za krótkie i potwornie zmarnowane nie wiadomo na co, ale dzięki Surf’s Up udawało się tę nadchodzącą jesień zromantyzować i już nie była mimowolnym pożegnaniem, a czymś upragnionym i wyczekanym. Teraz być może znów przyjdzie mi układać te lata i jesienie na nowo. I chociaż Thomas Wolfe wciąż ma rację i nie ma powrotu, jakoś trzeba te poprzewracane na boki i na wznak uczucia pozbierać. Takie moje wakacje z duchami.

Opublikowano

80✕80:80 płyt z lat 80. — cz.2

And then one more decade in life and music

osiemdziesiąt płyt z lat osiemdziesiątych — tak sobie to wymyśliłem; lista rozpoczęła się już tutaj: 80✕80:80 płyt z lat 80. — cz.1, ale można się też bez tego jak najbardziej obejść; jak zwykle jest to trochę próba pobawienia się w dziennikarza, a trochę pamiętnik — zgodnie z podtytułem: lista krążków, które uznałem za najbliższe mi (in life) i najciekawsze (in music)


And then one more decade in life and music

40.

janet jackson rhythm nation 1814 1989

był taki moment, że uznawałem rhythm nation za najlepszą płytę r&b w historii — bardziej za sprawą sumy jego składników niż ze względu na całościowe doświadczenie, które na trackliście rozpisało 12 kawałków na 20 pozycji, przez przerywające flow muzyki krótkie interludia (których na szczęście nie ma na wersji winylowej); i choć sama końcówka krążka wydaje się nieco przeciągnięta z trzema balladami back to back, to wciąż najlepsza płyta janet, fantastyczny moodsetter pełen popowej wirtuozerii, zarówno tej wielkoformatowej, jak i nieco skromniejszego kalibru, jak w na wskroś newjackswingowym, awangardowo pociętym na kawałeczki złożone w dźwiękową mozaikę wzdłuż rytmicznego wzorca „alright”; jakby tego było mało, choć nie jest to może drugie what’s going on, janet porusza na krążku rozmaite społeczne kwestie, które do dziś pozostają adekwatne. ♪ „alright, „miss you much”


And then one more decade in life and music

39.

tokyo gakuso takemitsu: shūteika ichigu (in an autumn garden) 1980

w jesiennym ogrodzie toru takemitsu mieszka wiatr; głaszcze długie trawy, targa gałęzie, pieści spadające z nich liście; wespół z nim czasem odzywa się deszcz i bębni, bębni, bębni, ile sił w chmurze, o dachy i parapety; utwór takemitsu to rzecz zupełnie niespotykana — utwór rozpisany bez wątpienia na kanwie tendencji w muzyce współczesnej drugiej połowy xx wieku, ale instrumentarium i stylistyczne subtelności pożyczający wprost z tradycji japońskiej muzyki dworskiej gagaku; takemitsu skupia się w swoich kompozycjach na długich wybrzmieniach to harmonizujących, to dysharmonizujących ze sobą fletów hichiriki i ryūteki, które dają życie jesiennemu bogu wiatru; nie jest o jednak muzyka żadnej grupy rekonstrukcyjnej otwarzającej tradycji ery heian, ale odcień współczesności — takiej, której albo nie dane było nam poznać, albo nauczyliśmy się jej nie widzieć ♪ „in an autumn garden”, „melisma”


And then one more decade in life and music

38.

violent femmes violent femmes 1983

klimat tego krążka jest absolutnie niepodrabialny; jednocześnie punkowy i akustyczny; zawadiacko bałaganiarski, wręcz niechlujny, ale tylko pozornie, bo to wszystko pięknie trzyma się najsroższych matematycznych reguł, jeśli chodzi o receptę na przebojowe granie; z jednej strony nie da się zanegować jego rockowej energii, z drugiej zaś w ogóle i w szczególe kręgosłup tej płyty to esencja fantastycznego popu; rzadko wracam do tego krążka w całości, ale zawsze czuję wielką satysfakcję z jego towarzystwa. ♪ „kiss off”, „blister in the sun”


And then one more decade in life and music

37.

the smiths strangeways, here we come 1987

w czasie mojej największej fascynacji smithsami jakoś na początku studiów, a później jeszcze przez wiele lat, jakimś dziwnym trafem ignorowałem strangeways, here we come; może przez to niezręczne zbliżenie na twarz, jak wówczas myślałem, morrisseya, później podejrzewałem elvisa, a ostatecznie okazało się, że aktor richard davalos patrzący na jamesa deana w filmie na wschód od edenu; morrissey oczywiście pozostaje tu nonszalancko morrisseyem, jego poetyka jest na wskroś wisielcza, ale dość paradoksalnie, może nawet sarkastycznie, zestawiona zostaje z najbardziej upbeatową i słoneczną muzyką w całym katalogu smithsów; a ja lubię zarówno paradoksy, jak i upbeatową, i słoneczną muzykę; trudno strangeways zestawić i porównywać bezpośrednio z the queen is dead, które jest inną płytą pod każdym względem — ale w ostatnich latach strangeways całościowo chyba lepiej wyraża to, co wydaje mi się, że wyraża mnie w muzyce the smiths. ♪ „stop me if you think you’ve heard this one before”, „last night i dreamt somebody loved me”


And then one more decade in life and music

36.

the gun club miami 1982

po raz pierwszy włączyłem tę płytę, bo spodobała mi się paleta kolorów na okładce; ponoć debiut grupy wydany rok wcześniej odbił się szerszym echem; miami jest trochę jak garażowo-bluesowe joy division; zamiast przenikliwego zimna, jest tu przenikliwe ciepło oddawane nocą przez nagrzany w ciągu upalnego dnia asfalt; ale czy w upale nie można poetycko cierpieć? ależ można; można też frenetycznie, niemal konwulsyjnie podrygiwać, tańczyć, w rytm tego poetyckiego cierpienia; i taka to jest właśnie płyta; podoba mi się w niej bardzo estetycznie to, jak co rusz ociera się o cowpunk i gotyckie country, do tego stopnia, że gdyby nie ten znaczący niuans, pewnie zupełnie bym ją zignorował, nawet pomimo palety kolorów, którą urzekła mnie jej okładka. ♪ „mother of earth”, „the fire of love”


And then one more decade in life and music

35.

tatsuro yamashita for you 1982

chociaż w latach 80; ojciec chrzestny city popu tatsuro yamashita ustrzelił albumowy hat-trick, najpełniejszą manifestacją jego stylu (i city popu jako takiego) wciąż pozostaje for you, które doskonale równoważy soft rock spod znaku steely dan z bujającym syntezatorowym funkiem; ten krążek to w każdym calu idealna emanacja dojrzałego lata, ten sam sen o złotym wybrzeżu pacyfiku, który z drugiej strony oceanu, dwadzieścia lat wcześniej opowiedzieli nam beach boysi przy pomocy nieco innych środków, ale korzystając z tych samych atrybutów i wyrażając podobną wrażliwość. ♪ „sparkle”, „music book”


And then one more decade in life and music

34.

bill evans you must believe in spring 1981

wydany pośmiertnie krążek jednego z najwspanialszych jazzowych pianistów wszech czasów to być może najbardziej kompletna długogrająca emanacja jego muzyki; sięgnąłem po tę płytę wiele lat wcześniej w szczycie zimowej szarugi zachęcony profetycznym tytułem — chciałem, musiałem wierzyć, że wiosna nadejdzie; miałem nadzieję, że znajdę ją na płycie, ale wyobraziłem ją sobie chyba nieco inaczej niż evans; tytuł jednak został we mnie i każdej podłej zimy kiełkował we mnie bardziej, tak że co rusz mimowolnie włączałem you must believe in spring, coraz mniej oczekując, że zbliży mnie do wiosny; aż wreszcie to zbliżenie, nie wiadomo kiedy, samo z siebie, nastąpiło; nie jest to jednak wiosna ujęta prostolinijnie, stąd moja wcześniejsza konfuzja; evans chce wierzyć, ale sam wiem, że nie doczeka już wiosny, którą, wydaje mu się, że pamięta; czy ją pamięta, czy tylko ją sobie wyobraża, to drugorzędne; jego wiosna jest piękna, choć zawieszona nad przepaścią, która w każdej chwili może ją pochłonąć już na zawsze. ♪ „you must believe in spring”, „gary’s theme”


And then one more decade in life and music

33.

nasza basia kochana nasza basia kochana 1980

odkryłem tę płytę przypadkiem i bez pokładania w niej żadnej nadziei przed dwoma laty i momentalnie przepadłem — po jednym odsłuchu już jechała do mnie winylowa kopia, bo musiałem się z tą muzyką spotkać intymnie, bez komputera; cóż to jest za niewiarygodnie funkująca bossa nova znad wisły! kto to widział takie cuda na tym szarym łez padole! a w tym niecodziennym anturażu plączą się w równej mierze ścieżki jazzowe, folkowe i bluesowe, jak gdyby nigdy nic; dębski zrobił tu fantastyczną robotę w kwestii aranżacji, które naturalnie dopełniają te wypełnione życiem, splecione z codziennością utwory. ♪ „gniewna piosenka muminka o lecie”, „sen znaleziony w lesie”


And then one more decade in life and music

32.

klaus mitffoch klaus mitffoch 1985

nie wracam do tej płyty zbyt często, ale jeśli już wracam, to na pełnej, bez kompromisów — ja jestem nią, a ona jest mną; ależ oczywiście, że historia podwodna janerki też jest wspaniała, jest dużo bardziej prawowitą kontynuacją tej estetyczno-społecznej myśli niż bezjanerkowy mordoplan; natomiast ten krążek jest dla mnie całościowym doświadczeniem, wejściem w rzeczywistość pod pewnymi względami bliźniaczą tej, którą znaliśmy, ale naciągniętej jak proca i strzelającej co rusz kolejnymi pociskami; jak gdyby całe miasto zamienić w wielki betonowy cyrk, nie trzeba by nawet nic zmieniać, miasto sprawdzi się w tej roli doskonale, trzeba tylko unaocznić każdy drobny absurd, na którym je zbudowano, a kuglarska treść — małpy żonglujące płonącymi kręglami i tego typu sprawy — wypełni je sama; takie to doświadczenie; uwielbiam je; to też moje ulubiona odziedziczona płyta winylowa; któregoś dnia mój ojciec w tajemnicy przede mną pojechał do swojego rodzinnego domu, żeby wydobyć z piwnicy stosy starych polskich winyli z czasów jego młodości; niektóre nadawały się tylko na śmietnik (rip opryskany farbą nowy rozdział kombi, ale nic tam, tej płyty u mnie na pewno nie będzie), a inne, jak ten klaus, najwyraźniej nie były lubiane i grane, bo wyglądały, jakby ktoś je właśnie wyciągnął z folii; taka historia. ♪ „wiązanka cz. iv”, „nie jestem z nikim”, „klus mitroh”


And then one more decade in life and music

31.

david sylvian secrets of the beehive 1987

długo mi zajęło znalezienie w sobie potrzeby obcowania z solową muzyką sylviana, niewątpliwie kunsztownie wykoncypowaną i wykonaną, ale jakoś z początku zupełnie odległą; od zawsze byłem niezmiennie wielkim miłośnikiem jego wokalu, ale nie wiem, czy tyle wystarczyło, by secrets of the beehive rozpaliło serce; nie wiem też, czy to może virginia astley, japan, ryuichi sakamoto czy steve jansen wreszcie wskazali mi do niego drogę, ale ostatecznie ta otworzyła się przede mną szeroko; sylvian jest poetą na wielu płaszczyznach i jako poetę, cechuje go pewna niejednoznaczność; plasuje się ze swoją wizją gdzieś między scottem walkerem a talk talk, a w tle tego wszystkiego pobrzmiewają jeszcze echa sentymentalnego sakamoto; zamilkły już za to niemal zupełnie echa jego potyczek z grupą japan; mimo, że secrets of the beehive jest zaskakująco progresywne w swoich eksploracjach, a sylvian jest charyzmatycznym wokalistą, cała płyta pogrążona jest jakby w letargu — by rzeczywiście ją odnaleźć, trzeba przekroczyć granicę snu; to nie zima, ale paralelne do niej ogniowo pomiędzy jesienią a wiosną; co więc jeśli sylvian jest nie poetą, ale czarodziejem? ♪ „let the happiness in”, „september”


And then one more decade in life and music

30.

shiho yabuki karada wa uchū no messēji (the body is a message of the universe) 1987

a co gdyby ten sam gęsty, skąpany w mroku i niepokoju las, który otaczał lynchowskie twins peaks istniał już gdzieś indziej, a jego tajemnice wciąż czekały na odkrycie? pierwszy krok w tym celu uczyniła w 2018 roku oficyna subliminal sounds, która po raz pierwszy reedytowała transcendentalny debiut japońskiej artystki newage’owej shiho yabuki, która ten las w 1987 roku powołała do życia; the body is a message of the universe to album nurtu kankyō ongaku w równych proporcjach łączący to mistyczne i surrealistyczne z kojącym i podnoszącym na duchu, w podobny sposób jak kilka lat później zrobili to lynch z badalamentim ♪ „samadhi”, „tomoshibi”


And then one more decade in life and music

29.

paul simon graceland 1986

moja słabość do graceland jest dość paradoksalna, bo to płyta, którą swego czasu opisywano niesławnym tagiem world music, na który zawsze byłem uczulony; myślę, że to zręczny songwriting simona i jakiś taki heartrockowy sznyt produkcyjny, którym podszyty jest album, przekonały mnie do niego; zaskakująco dobrze wyszła zresztą simonowi ta afrykańska przygoda — była, owszem, odrobinę postkolonialna, ale efektowna i niepozbawiona wcale meritum; strona b jest niestety zdecydowanie słabsza niż perfekcyjna strona a, której mogę słuchać bez końca, o ile tylko jest za oknem trochę słońca. ♪ „graceland”, „the boy in the bubble”, „i know what i know”


And then one more decade in life and music

28.

meat puppets up on the sun 1985

meat puppets to ciekawa grupa; zaczynali od punk rocka, po czym przez cowpunk przeszli w stronę alt-country (co najlepiej czuć na tej płycie), aż wreszcie w latach 90. skręcili w stronę alt-rocka przechodzącego momentami w hard rock — ot, cały wachlarz stylistyczny — kupiłem kiedyś na wyprzedaży ich składankę największych przebojów, więc mam pojęcie; próbowałem zresztą słuchać innych krążków w całości, ale nic z nich nie siadło; a up on the sun, który widziałem wyłącznie w wersji cyfrowej, jakoś tak zlał się ze mną przez lata, że gdy z pamięci zacząłem tworzyć listę płyt do rychłego odsłuchania do topu, to była jedna z pierwszych rzeczy, jakie dodałem do plejlisty; nic dziwnego — jest fantastycznie zbalansowana i przynajmniej o dekadę wyprzedza brzmieniem swoje czasy; kto tak grał w połowie lat 80.? jacyś offowi szaleńcy chyba? wszystko się zgadza; to melodyjna płyta, trochę laidbackowa, ale jednak pędząca śmiało do przodu; swimming ground to od lat moja topka utworów wszech czasów. ♪ „swimming ground”, „maiden’s milk”


And then one more decade in life and music

27.

shelleyan orphan helleborine 1987

gdzieś w niedalekim sąsiedztwie rustykalnej chatki na wzgórzu virginii astley, na trasie do kuglarskiej komuny ze skylarking xtc, za murami posępnego zamczyska dead can dance, jest zaklęta łąka obsiana kolorowymi ciemiernikami, na której trwa wieczna wiosna; to helleborine, debiut angielskiego folkowego duetu shelleyan orphan, urzeczywistniające oniryczną fantazję o barokowym folku w samym sercu pędzących lat 80; nie jest to jednak płyta zupełnie oderwana od brzmienia dekady — mimo klasycznego instrumentarium można dość łatwo odnaleźć tropy prowadzące od muzyki duetu do gwiazd wielkoformatowego popu, zarówno osobowe jak i stylistyczne, m.in. kate bush czy the cure. ♪ „midsummer pearls and plumes”, „southern bess (a field holler)”


And then one more decade in life and music

26.

tom waits rain dogs 1985

waits nigdy nie był do końca moją parą kaloszy, ale był czas, że odkrywałem go z niekrytą fascynacją; począwszy od bardziej konwencjonalnie pianobluesowych płyt z lat 70., po bardzo charakterystyczny dla waitsa (i być może dla nikogo innego) styl, który na wydanym rain dogs z 1985 był już zupełnie uformowany; przyznaję, nie poświęciłem waitsowi, poza kilkoma konkretnymi krążkami, wystarczająco dużo uwagi, by móc świadomie przedłożyć jakąkolwiek inną jego płytę nad to kultowe rain dogs; słyszałem jednak wystarczająco dużo, by mieć pewność, że w tym przypadku, tego kultowego statusu nie muszę nijak kontrować, że nie tylko go rozumiem czy doceniam, ale że za każdym razem, gdy krążek ląduje w głośnikach, przenoszę się do innej rzeczywistości i trwam w niej z satysfakcją do ostatnich taktów; nie jestem zresztą do końca pewien, czy umiem to miejsce opisać — to raczej rodzaj wyobrażenia bazującego na poczuciu niż na konkretnej wizji; pewnie też dlatego, że z każdym kolejnym numerem otoczenie ewoluuje, rain dogs jest niesamowicie różnorodne, biorąc pod uwagę, że wszystkie te kawałki składają się na jedną układankę, kreatywnie łączącą to, co romantyczne z tym, co plugawe, trochę tak, jak the pogues w „fairytale of new york” (z 1987, wybaczcie więc porównanie); co jednak ważne, a czego zbyt często brakuje współczesnym singerom-songwriterom, to to, że do poetyki i aranżu, mamy też do pary melodie i rytmikę, które tę płytę niosą, aż miło, tak że dociera nawet pod strzechy takich kurtków jak ja. ♪ „singapore”, „clap hands”


And then one more decade in life and music

25.

miharu koshi echo de miharu 1987

przeczytałem kiedyś, że ten album jest trochę jak filmy miyazakiego, które przedstawiają japońskie marzenie o starej europie, której od dawna już nie ma, ale w jakiejś fantastycznej formie żyje w wyobraźni twórców studia ghibli; to odkrycie zmieniło moje podejście zarówno do tej absolutnie dziwacznej płyty, jak i do samej europy, której przez dużą część mojego życia, delikatnie mówiąc, nie doceniałem, a tymczasem odsłuch echo de miharu, lektura podróżnego i światła księżyca i ponowny seans ruchomego zamku hauru czy opowieści z ziemiomorza sprawiły, że znalazłem magię i czar tam, gdzie dotychczas ich nie dostrzegałem; to jednak też inna opowieść; ta płyta bowiem należy do jeszcze innego świata — to kuriozalny showcase starych, głównie zachodnich melodii w bombastycznych syntezatorowych reinterpretacjach haruomiego hosono; mamy tu „la canción de marcelino” z marcelino pan y vino, „la traviati brindisi” verdiego czy „alleluja” mozarta zestawione z protorapową japońską sambą w „l’acqua sonora” czy amerykańskim hymnem marynarskim z lat 30. w „beyond the blue horizon”; o ile sama transpozycja standardów poprzednich epok na syntezatory w 1987 roku nie była już niczym szczególnie szokującym czy nowatorskim, w przypadku miharu koshi wyznaczała pewien horyzont — z jednej strony była to jej ostatnia płyta wydana oryginalnie w formacie płyty winylowej, z drugiej wszystko to, co wydarzyło się na echo rezonuje w jej twórczości na każdym kolejnym krążku aż do dzisiaj. ♪ „beyond the blue horizon”, „l’acqua sonora”


And then one more decade in life and music

24.

van dyke parks jump! 1984

jump! brzmi być może jak ścieżka do niezrealizowanego filmu disneya; w rzeczywistości podąża śladem królika z opowieści xix-wiecznego amerykańskiego pisarza joela chandlera harrisa; jak zwykle w przypadku vana dyke’a parksa jest dziwacznie i jakby nierzeczywiście; parks bywa w swoich aranżacyjnych nonszalancjach dość karkołomny i nawet te nieco kampowe, dziecięce melodie wykrzywia w jakimś psychodelicznym grymasie; jest do bólu synkretyczny — wraz z królikiem podskakują u niego teatralność, orkiestrowość, kameralność i folklor; w swoim stylu ożywia opowieści ze świata tin pan alley, który zawsze odgrywał w jego twórczości wiodącą rolę i sus za susem, ramię w ramię, wciąga w tę mityczną krainę nieskończonego blichtru niczemu niewinnego słuchacza; jeśli chodzi o potencjał piosenkowy, to być może zresztą najlepsza płyta parksa; ostatecznie można ją pokochać lub znienawidzić; ja jako samozwańczy wholesomeness ambasador oczywiście polecam uwadze. ♪ „come along”, „opportunity for two”


And then one more decade in life and music

23.

flipper’s guitar three cheers for our side 1989

niemal zapomniałem o tej płycie, chociaż nigdy się z nią nie poróżniłem; choć wydana w 1989 roku, zawsze była dla mnie emanacją brzmienia wczesnych lat 90. — zapewne przez akustyczne, słoneczne brzmienie inspirowane popem drugiej połowy lat 60. wraz z jego znakomitymi lokalnymi wariantami z brazylii (samba pop, mpb, bossa nova) czy francji (yé-yé); to, co na three cheers for our side nie ma jeszcze do końca formy, którą można by nazwać, wkrótce przekształci się w shibuya-kei, nurt, który choć nie zrewolucjonizował 90sowego j-popu, do dziś pozostaje źródłem inspiracji i punktem odniesienia dla muzyków krajowych i międzynarodowych; three cheers to dziwna płyta, zaśpiewana w całości łamanym angielskim, którego momentami niemal nie da się zrozumieć, ale jednocześnie bardzo symptomatyczna i na wskroś japońska w swojej pseudozachodniej ekspresji; ma to bardzo specyficzny urok, którego ja sam nie potrafię zanegować; mógłbym nawet pewnie użyć słowa słabość w tym kontekście, ale boję się, że można byłoby wtedy odczytać to jako skrót do jakiegoś mojego fetyszu, aniżeli właściwość tego krążka, która dla mnie jest niezmiennie tożsama z nim, nie ze mną samym; nadrzędną wartością three cheers (wydanego oryginalnie bardzo adekwatnie w drugiej połowie sierpnia) są jednak świetne melodie; to one, wraz z młodzieńczą energią grupy, niosą ten materiał i sprawiają, że chce się do niego wracać. ♪ „hello”, „coffeemilk crazy”, „happy like a honeybee”


And then one more decade in life and music

22.

magda umer magda umer 1985

ostatecznie polubiłem magdę umer w na wskroś 80sowym akompaniamencie w „na wesoło”; brzmi to jak czołówka z telenoweli, ale przewrotnej, na granicy bezczelności; cieszę się jednak, że na płycie są też aranże i jazzowe, i kameralne, choć paradoksalnie długo się nie potrafiłem do tego krążka przekonać, mając poczucie, że utwory są z różnych światów i że mają się nijak do siebie — a tego problemu nie miałem z jej pięknym o dekadę starszym debiutem; dopiero sama końcówka (cztery ostatnie utwory) tworzą coś w rodzaju cyklu, dzięki czemu jeśli płyty słucham w całości (a zdarza mi się), pozostawia jak najlepsze wrażenie; jeśli zaś słucham we fragmentach, to prawie każdy utwór jest tu hajlajtem; umer jak zawsze świadomie dobrała sobie repertuar — to w dużej mierze bardzo błyskotliwe utwory (głównie osieckiej, przybory i innych poetów) w znakomitych interpretacjach wokalnych bez zadęcia, chyba że trzeba. ♪ „szpetni czterdziestoletni”, „panienka z temperamentem”, „faux pas”


And then one more decade in life and music

21.

jun fukamachi nicole (86 spring and summer collection) 1986

zupełnie bezbronne wydały mi się te nagrania, gdy próbowałem wyciągnąć je z kontekstu tej płyty w poszukiwaniu hajlajtów; to o tyle ciekawe, że nie jest to ani album w stylu song cycle, ani płyta szczególnie konceptualna — raczej, zgodnie ze swoim podtytułem zbiór obrazków muzycznych związanych z wiosną i latem; a jednak w całości nie da się tego krążka zakwestionować — kolejne obrazki stopniowo okalają słuchacza zewsząd tak, że choćby pośród najsroższej zimy, na moment nastanie prawdziwa wiosna, a to właściwość wręcz magiczna; fukamachi tworzy synkretycznie w stylu epoki, maluje tę wiosnę przy pomocy rześkich, ale ożywczo pulsujących syntezatorów; ktoś mógłby powiedzieć erzac!, ale wiosna stoi jak żywa, a to nawet większa sztuka. ♪ „morning glow”, „early summer roses”


And then one more decade in life and music

20.

kate bush hounds of love 1985

strona a jest bajeczna, strona b — kryptyczna; i chociaż każda z nich jest w swojej kategorii znakomicie zrealizowana, to zawsze miałem problem, by obie strony hounds of love połączyć w jedno doświadczenie; to zresztą mój problem z kate bush w ogóle — narracja jej długogrających płyt jest bezkompromisowo autorska, a ja nie zawsze jestem wystarczająco oddany jej pomysłom; to jednak w przypadku hounds of love łatwiej niż przy innych projektach piosenkarki można obrócić w zaletę — strona a z czterema rozpoznawalnymi singlami to w dużej mierze bush piosenkowa i przebojowa, strona b z newage’owym soundtrackiem do polowania na czarownice to bush koncepcyjna i progresywna; tym samym płyty można słuchać po połowie w zależności od potrzeby i nastroju; w takim kontekście trudno już bush wyczerpać lub zbyć; jest złożona, eklektyczna i zaskakująca i nie traci żadnej z tych cech nawet po wielokrotnych odsłuchach. ♪ „cloudbusting”, „hounds of love”


And then one more decade in life and music

19.

electric light orchestra time 1981

nie słuchałem tej płyty od lat, ale słyszałem ją przez lata dziesiątki razy, bo lubi ją bardzo mój tata; kto wie, to być może najdoskonalsza postać brzmienia elo — syntezatorowa rewolucja dopełniła ukształtowanej w połowie lat 70. popowej formuły; no i nie ma co ukrywać, to jednocześnie zestaw naprawdę mocnych numerów, doskonale ze sobą zestawionych i połączonych w synth-pop-operowy cykl. ♪ „yours truly, 2095”, „twilight”


And then one more decade in life and music

18.

elvis costello get happy!! 1980

rekomendowałem już soulujące punch the clock, ale najlepszy costello to jednak ten nowofalowy przyjemniaczek z końcówki lat 70., w co wpisuje się oczywiście także get happy!! z 1980 roku; przez wiele lat costello z tego okresu pozostawał dla mnie synonimem wszystkiego, co fajne; umiarkowanie intelektualne, ale jednak przebojowe, stylowe, może trochę nieuczesane i niepokorne, ale znające swoją wartość i świadomie prące do przodu; nie wnikałem nigdy zbyt głęboko w meandry tekstów costello — oceniałem go wrażeniowo, tyle i aż tyle; i chociaż zawsze miałem poczucie, że get happy!! jest na swój sposób frankensteinem (to dwadzieścia krótkich, zwykle około dwuminutowych numerów, ciasno upchniętych po dwóch stronach pojedynczej płyty), gdy dzisiaj wróciłem do tej muzyki wszystko to, o czym piszę, a co było dla mnie kiedyś tak namacalne, stanęło mi naraz przed oczami; zresztą byłaby to niechybna klęska, gdyby utwory były niemrawe albo pokraczne — tymczasem to jest costello najwyższej próby, po swojemu, z właściwą sobie charyzmą reinterpretujący jednocześnie new wave, power pop, pub rock, mod, ska, pop soul, a nawet rock & roll; szaleństwo! ♪ „the imposter”, „new amsterdam”, „opportunity”


And then one more decade in life and music

17.

the english concert / trevor pinnock bach: 6 brandenburgische konzerte 1982

trafiłem kiedyś na ten album na wyprzedaży — pomyślałem, że bachowskie kameralne koncerty mogą ładnie dialogować z niedzielnym rosołem; wyobraziłem sobie słoneczne niedzielne popołudnie, plumkanie zręcznego klawesynisty i ten rosół; sytuacja wymknęła się jednak spod kontroli; okazało się, że moja mama go nie znosi, ja w sumie nigdy nie przepadałem za rosołem; wyszło więc tak, że się z tym bachem kryłem po kątach, jak nastolatek, któremu rodzice zabraniają słuchać rapsów, bo są tam bluzgi i sam będzie potem brzydko mówił; bach wlał się w moje życie do tego stopnia, że potem sobie te koncerty sprawiłem jeszcze na winylu i w tej formie obezwładniły mnie nawet bardziej; początkowo traktowałem je trochę jak muzykę tła, ale wielokrotnie zdarzało mi się, że wrzucałem je sobie na mieście i jakoś tak naturalnie po ich wpływem z uczuciem wpatrywałem się w zabytkowe gzymsy u szczytów odrapanych kamienic (ale gzymsy ładne); bach ma świetne wyczucie jeśli chodzi o melodykę, ale też ten barokowy przepych, którym wycieramy sobie mordę, ilekroć chcemy coś czy kogoś zbesztać, że przedobrzył; a te koncerty brandenburskie okazują się jednak dobrze wyważone — złote a skromne; można przy nich naprawdę odpocząć, ale można się też totalnie pobujać i pomyśleć, że ten bach to jednak był przekotem — jeśli ktoś nie wierzy, polecam pierwszą część czwartego koncertu, gdzie przez ostatnie cztery minuty (a zwłaszcza między 8:50 a 9:20) wspomniany już zręczny klawesynista tak wywija w swojej solówce, że nie pozostaje nic, tylko czekać, aż jakiś kumaty rapowy producent potnie to kreatywnie na sample; jsb represent ♪ „bwv 1050: i. allegro”, „bwv 1051: iii. allegro”


And then one more decade in life and music

16.

ryuichi sakamoto hidari ude no yume 1981

tak japońsko sakamoto nie brzmiał chyba nigdzie indziej; hidari ude no yume (znane też po angielskim tytułem left handed dream) to płyta trochę z peryferii kanonu mistrza, być może dlatego, że syntezatorowe brzmienie kojarzone z yellow magic orchestra zamienił tu na plemienne bębny — nie zrezygnował oczywiście z elektroniki zupełnie, raczej potraktował ją jako element dużo bardziej progresywnej, choć jednocześnie minimalistycznej mieszanki; ta zmiana podejścia, dość niespodziewana i być może przez to przez wielu na wejściu odtrącona, przynosi świeżą i nietuzinkową płytę — mocarną zarówno aranżacyjnie, jak i kompozycyjnie; i niewątpliwie skrywającą jakąś tajemnicę; skwapliwie łączącą w jakimś onirycznym dziwacznym sensie dziedzictwo klasycznej japonii (z bambusowymi żywopłotami i tarasami do podziwiania księżyca) z liminal spaces opustoszałych nad ranem przedmieść metropolii ze stali i szkła; to awangardowa muzyczna baśń, letargiczna opowieść klucząca być może bez celu, ale za to jak! ♪ „venezia”, „kachakucha nee”, „boku no kakera”


And then one more decade in life and music

15.

harold budd / brian eno ambient 2: the plateaux of mirror 1980

harold budd, ten sam który w 1986 nagrał the moon and the melodies wraz z cocteau twins, był w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych jednym z bliższych współpracowników briana eno i wraz z nim zainspirowany minimalistycznymi kompozycjami mortona feldmana dał początek muzyce ambientalnej; choć każda z czterech płyt w serii ambient zasługuje na uwagę, to kolaboracja z buddem na the plateaux of mirror jest być może szczytowym osiągnięciem zachodniego ambientu tamtego okresu; to eteryczna i przestrzenna muzyka, niepozbawiona jednak pewnej swoistości, którą ja jestem skłonny przypisać raczej grającemu na fortepianie buddowi niż produkującemu te dźwiękowe pejzaże eno; to z pewnością zasługa tej post-impresjonistycznej elegancji — bardziej sypialnianej, ewentualnie balkonowej, niż salonowej, choć przyznaję, że bez synergii twórczej nie byłoby tego efektu, który w ostatnim półroczu kazał mi wracać do tej płyty przynajmniej tuzin razy. ♪ „not yet remembered”, „the plateaux of mirror”


And then one more decade in life and music

14.

inoyama land danzindan-pojidan 1983

ta płyta bardziej chyba niż jakakolwiek inna z wielu udanych egzemplifikacji kankyō ongaku stoi dla mnie w centrum tego japońskiego nurtu; to soniczna podróż do morskich głębin, urokliwa syntezatorowa emulacja naturalnego krajobrazu; duet (wcześniej związany z popularną rockową grupą hikashu) zafascynowany szkołą berlińską przepisuje tu niemieckie progresywne myślenie o elektronice na coś bardziej intymnego, ciepłego, może nawet odrobinę infantylnego, by stworzyć kojący i lekki, ale trójwymiarowy i pulsujący soundscape; w przeciwieństwie do mistrzów ambientu z zachodu inoyama land pod produkcyjną pieczą haruomiego hosono w każdym z dziesięciu krótkich nagrań budują i rozwijają struktury melodyczne, a ich muzyczne wholesome ciepełko nigdy nie przekracza granicy taniej pompatyczności czy nowalijkowego efekciarstwa, za którą zbyt często imprezowali w latach 80. twórcy z europy. ♪ „apple star”, „shuffer”


And then one more decade in life and music

13.

yukihiro takahashi neuromantic 1981

moje pierwsze spotkanie z yukihiro takahashim w czasach, gdy jeszcze nie potrafiłem na jednym oddechu wypowiedzieć jego nazwiska; odkrycie, że w uniwersum yellow magic orchestra poza projektami ryuichiego sakamoto jest więcej substancji niż kiedykolwiek wcześniej mogłem przypuszczać; takahashi — samozwańczy neuro-romantyk, jest tu w równych proporcjach robotyczny co emotywny; wyrażając się w kategoriach zachodnich — gary numan spotyka roxy music; to być może najdoskonalsza muzyczna wizytówka japońskiego techno kayō; być może — tylko i aż. ♪ „drip dry eyes”, „extra-ordinary”


And then one more decade in life and music

12.

alban berg quartett debussy / ravel: quatuors à cordes 1986

debussy i ravel stopieni razem niemal w monolit od lat w tysiącach propozycji repertuarowych ensembli, wspólnie po dwóch stronach płyty w tej kameralnej odsłonie faktycznie doskonale dopełniają się wzajemnie; zawsze było mi blisko do wrażliwości francuskich impresjonistów, ale wielokrotnie miałem też wrażenie, że forma orkiestrowa, nawet w utworach skromniejszych rozmiarów, bywała zbyt obezwładniająca; tymczasem jedyne kwartety smyczkowe w dorobku obu kompozytorów w brawurowym wykonaniu kwartetu albana berga zachowują doskonałe proporcje formy i treści, która choć dość abstrakcyjna, jest tutaj jak najbardziej namacalna dzięki niekwestionowanej ilustracyjności; te utwory napisane przecież na przełomie xix i xx wieku wpisują się w szersze pojęcie poromantycznej wrażliwości, zdradzając subtelnie zmiany jakie niechybnie zajdą w muzyce poważnej już niebawem; i chyba te właśnie awangardowe subtelności okalające momenty szczerego piękna sprawiają, że sto lat później wciąż można słuchać tej muzyki, jakby opowiadała o czymś, co mamy przed oczyma tu i teraz — zakładając oczywiście, że nie przenoszą nas gdzieś daleko; jawa i sen przeplatają się tutaj nieustannie, co rusz to wybudzając słuchacza, to zatapiając go w marzeniach; gimnastyka dla zmysłów i wyobraźni, tak to widzę; nie umiem też wybrać, czy debussy, czy ravel; ten pierwszy wydaje się nieco bardziej prostolinijnie marzycielski, ale sielskość utworu burzy trochę rozchełstana końcówka; ravel wydaje się bardziej metodyczny, ale jego utwór śmielej przybiera nowe formy, ochoczo negując proste uogólnienia. ♪ „animé et très décidé”, „assez vif – très rythmé”


And then one more decade in life and music

11.

eiichi ohtaki a long vacation 1981

pamiętam, gdy pierwszy raz usłyszałem rozpoczynające tę płytę „kimi wa ten’nenshoku” i pomyślałem, że tak właśnie powinni byli brzmieć beach boysi w tych trudnych dla nich latach 80.; sam ohtaki, który dekadę wcześniej współtworzył kultową grupę happy end, na wyjątkowo słonecznym solowym krążku a long vacation łączy oldschoolowy surfpopowy dancing z syntezatorowym city popem, balansując na granicy plażowego banału z niezwykłą zręcznością; to jedna z najwdzięczniejszych i najbardziej słonecznych płyt lat 80. w ogóle, a był to czas, gdy wdzięczono się do słuchacza dużo i bez skrupułów; na dokładkę polecam niewiele gorsze each time z 1984 roku, stylistycznego spadkobiercę vacation. ♪ „kimi wa tennenshoku”, „kanariya shotō ni te”


And then one more decade in life and music

10.

new order substance 1987

to piękny dokument dźwiękowy tego, jak z cienia monochromatycznego joy division new order ewoluowało w kolorowego ptaka brytyjskiej sceny — mainstreamowej i alternatywnej; jak ich formy ekspresji wielokrotnie wyprzedziły wszystko to, czym joy division nie mogłoby się stać za życia iana curtisa (rest in peace, beautiful soul); co więcej, gdyby new order z taką konsekwencją nie unikali wstawiania swoich najbardziej chwytliwych numerów na albumy studyjne, być może w ich substance nie zawierałoby się aż tyle faktycznej substancji; byłaby to kolejna składanka już słyszanego i już posiadanego, a nie święty graal tanecznej nowej fali lat 80.; 12-calowe rozszerzone miksy to czyste złoto, a bonusowy krążek z bisajdami to prawowite upside down 80sowego popu. ♪ „the perfect kiss”, „sub-culture”, „bizarre love triangle”


And then one more decade in life and music

9.

the blue nile hats 1989

ta niepozorna, choć zupełnie słusznie absolutnie kultowa, płyta jest w stanie zmienić najpospolitszy wieczór po nudnym i męczącym dniu w coś na kształt filmowego doświadczenia; to z jednej strony rzecz niesamowicie kunsztownie i drobiazgowo zaaranżowana w klimacie naprawdę szeroko pojętego sophistipopu; z drugiej zaś stonowany, naznaczony biegiem czasu wokal paula buchanana, mnie osobiście kojarzący się raczej z markiem knopflerem z dire strais i pozornie do tej żywej (choć niekoniecznie szczególnie energetycznej) muzyki niepasujący, umiejscawia go mocno w rzeczywistości i otwiera tę płytę na wpół śpiącego mnie opartego o szybę w zatłoczonym autobusie wracającym na przedmieścia zdecydowanie zbyt późno; codzienne i romantyczne splecione razem. ♪ „the downtown lights”, „headlights on the parade”


And then one more decade in life and music

8.

taeko ohnuki aventure 1981

moja pierwsza taeko ohnuki do dzisiaj pozostaje moją ulubioną, choć to jej inkarnacja z końcówki lat 70. zwykle darzona jest przez wielbicieli city popu największą estymą; tamto słoneczne organiczne brzmienie przekłada się też pięknie na aventure, choć wszechobecne tu syntezatory, na których co rusz wygrywane są maleńkie solówki w stylu cokolwiek klawesynowych, sprawiają, że w porównaniu z (niebezpośrednio wspomnianym) sunshower, to doświadczenie dużo bardziej odrealnione; najlepszym przykładem może być „samba de mar”, która z jakimś krzywym, imitującym akordeon syntezatorem i refrenem zaśpiewanym chóralnie po portugalsku nie przynależy zupełnie nigdzie, nad żadnym znanym morzem ani europejskim, ani japońskim, ani amerykańskim, co tylko potwierdza się bezwzględnie, gdy w końcówce czterokrotnie przyśpiesza rytm i zmienia się w obłąkańczą batucadę; i właśnie absolutnie mój ulubiony mood taeko ohnuki to ta surrealistyczność zestawiona z dość tradycyjną popową melodyką i prostolinijną emocjonalnością podkradzioną jakiejś bohaterce z oldschoolowego zapomnianego anime. ♪ „aventurier”, samba de mar”, „ai no ikikata”


And then one more decade in life and music

7.

virginia astley hope in a darkened heart 1986

musiałem szukać barokowego popu w stylu pet sounds, gdy dawno temu trafiłem na virginię astley, która przez te lata wrosła we mnie i stała się najbardziej naturalną rzeczą pod słońcem; to oczywiście złudzenie, może nawet omam, bo astley pozostaje najbardziej na skraju muzyki lat 80., jak się tylko da; hope in a darkened heart było zresztą obietnicą bez pokrycia, bo mogła wykiełkować z niego potężna kariera, a tymczasem artystkę zmarginalizowano, a dostęp do jej muzyki de facto wygaszono aż do nastania ery cyfrowej (nie znam tej historii, nie wiem, jak to się stało); ja zresztą przy pierwszym spotkaniu z astley nie znalazłem zupełnie tego, czego szukałem; kameralnej astley było bliżej do cocteau twins niż do beach boysów i przez kilka lat zupełnie o niej zapomniałem, aż nie trafiłem przypadkiem na tę płytę w jednym ze sklepów płytowych w dziale z produkcjami ryuichiego sakamoto; gdy uzbrojono mnie w ten nowy kontekst, tym razem udało mi się usłyszeć hope in a darkened heart inaczej; to płyta-pastorałka, ujmująca prostolinijnością równoważoną tu i tam pewną ornamentyką, której jednak absolutnie nie nazwałbym barokową; mimo pewnej sielankowości tego materiału, syntezatory sakamoto wnoszą doń wyczuwalne napięcie, przez co jest to zdecydowanie album wieczorowy, może nawet jesiennie wieczorowy; jest w tym na pewno coś nierzeczywistego, nadprzyrodzonego nawet; wszystko to jest baśnią albo wizją, albo snem. ♪ „some small hope”, „a summer long since passed”, „a father”


And then one more decade in life and music

6.

the sound from the lions mouth 1981

lubiłem tę płytę na studiach, później trochę o niej zapomniałem, ale teraz czuję, że włączyłem ją w dobrym momencie; the sound zawsze jawiło mi się trochę jak brytyjski ekwiwalent naszej zimnofalowej siekiery — to oczywiście uproszczenie — ten syntezatorowy chłód nie jest tak przenikliwy jak nasz rodzimy, ale jednak from the lions mouth podszyte jest jakąś wariacją na temat tego samego zimna; krajobraz, mniej dojmujący, ale również przepełniony poetycką pustką, odpowiada wewnątrz mnie na te same potrzeby, które w pełni zaspokaja nowa aleksandria; the sound są bardziej melodyjni niż ich koledzy po fachu z joy division i może dlatego daję im priorytet przed kolejnym odsłuchem closer. ♪ „winning”, „the fire”, „skeletons”


And then one more decade in life and music

5.

xtc skylarking 1986

był taki moment, że oskarżałem 80sowe syntezatory o zabicie organicznego brzmienia lat 60. i 70. i nie bardzo się lubiliśmy; oczywiście z czasem zrozumiałem, że nowe środki wyrazu to nowe możliwości, ale zanim to się stało, pokrzepiła mnie ta płyta; skylarking to wyspa klasycznego kameralnego popu na nowofalowym morzu — klasycznego, ale nie tradycyjnego, bo xtc, o czym miałem przekonać się później, są wpisani w definicję muzycznych 80sów i to wyrażają też ich kompozycje, mimo odbiegających od standardowych dla epoki aranży; strona b jest niestety nieco słabsza, ale całości słucha się jak marzenie. ♪ „ballet for a rainy day”, „1000 umbrellas”, „summer’s cauldron”


And then one more decade in life and music

4.

donald fagen the nightfly 1982

wyciągnąłem tego solowego fagena nie wiadomo skąd, zanim jeszcze po raz pierwszy usłyszałem o steely dan; nie znałem ani jednego numeru z tego krążka i wchłonąłem go w całości całym sobą; to z jednej strony lekka (czyt. chilloutowa) popowa płyta, z drugiej zaaranżowana z niezrównanym smakiem i elegancją, zrealizowana z mnóstwem melodycznych i stylistycznych niuansów, które wynoszą ją wysoko ponad zwykłe radiowe granie z epoki; do dzisiaj w ciemno dorzucam tego fagena do moich wakacyjnych plejlist, bo to muzyka, przy której odpocznę, ale nie będę się nudził. ♪ „i.g.y.”, „the goodbye look”, „the nightfly”


And then one more decade in life and music

3.

yukihiro takahashi tomorrow’s just another day 1983

z takahashim miałem może najtrudniej, bo każda z jego siedmiu solowych płyt wydanych między 1980 a 1985 dawała mi powody, by włączyć ją do zestawu; nieodżałowany wspaniały wokalista yellow magic orchestra stworzył jako kompozytor i producent swój własny muzyczno-emocjonalny świat, gdzie w dźwiękach chłodnych syntezatorów neurotyczne spotykało romantyczne; tomorrow’s just another day to chyba najbardziej fascynująca mnie płyta w jego dorobku, pozostająca gdzieś na drugim planie i najbardziej złożona strukturalnie; bardziej jednak niż o struktury chodzi tu o pewien niedający się podrobić słodkogorzki feeling, coś co było dla takahashiego immanentne, a tu zostało możliwie najpełniej uzewnętrznione. można to wyczytać z tytułu – w tomorrow’s just another day są i smutek, i nadzieja; można to dostrzec na okładce – ten szczeniaczek lada chwila miał zmienić się w dorosłe psisko, a dekadę później mieliśmy zakopać go pod dębem w ogrodzie; ale takahashiemu nie są potrzebne tytuły i zdjęcia, czasem nawet słowa — doskonale wyraża to wszystko dźwiękiem. ♪ „my bright tomorrow”, „maebure”, „rokugatsu no tenshi”


And then one more decade in life and music

2.

miharu koshi parallelisme 1984

miharu koshi, kojarzona w rodzimej japonii głównie jako propagatorka francuskiego chanson, w latach 80. trafiła pod skrzydła haruomiego hosono, czego efektem była seria płyt jednorako futurystycznych co anachronicznych; koshi, podobnie jak twórcy studia ghibli, choć w innym wymiarze, miała słabość do motywów z przedwojennej europy, które już wkrótce miała zacząć obficie w swojej twórczości eksploatować i nadawać im nowe, groteskowe, ale niewątpliwie na wskroś artystyczne życie; na paralellisme z 1984 roku w jej twórczości dominował jednak wciąż krajobraz wywodzący się stylistycznie z klasycznej japońskiej piosenki kayōkyoku w syntezatorowym, robotycznym anturażu znanym jako techno-kayō, w którym specjalizował się hosono; aksamitny wokal koshi doskonale oplótł zresztą te pulsujące metronomicznie kompozycje, które czasem futurystyczne okazywały się jedynie w kwestii aranżu i rytmiki, melodycznie często przyjmując formy zgoła romantyczne; parallelisme jest uosobieniem estetyki, którą pod przewodnictwem prekursorów z yellow magic orchestra japończycy opanowali w latach 80. do perfekcji — równie chłodnej i robotycznej, co melancholijnej i angażującej słuchacza emocjonalnie. ♪ „ryūgūjō no koibito”, „decadence 120”, „image”


And then one more decade in life and music

1.

siekiera nowa aleksandria 1986

niewiele jest w moim życiu takich krążków; to zupełnie wyjątkowa płyta zarówno w kontekście polskim, jak i światowym; siekiera zupełnie niezależnie od swojej jarocińskiej garażowej przeszłości, ale też od zimnofalowych kolegów z francji, łączy w tych dziesięciu utworach uliczną poezję, punkową ekspresję i przestrzenne lodowe syntezatorowe pejzaże; to płyta wyrosła z niezgody na to, co dookoła, a jednocześnie zbudowana z tego właśnie — z czarnego smogu zalegającego nad szarymi brudnymi blokowiskami i czerwonej poświaty, która to wszystko spowija; płyta totalna. ♪ „nowa aleksandria”, „czerwony pejzaż”, „bez końca”