Opublikowano

Niewiedza

Niewiedza

Milan Kundera, „Niewiedza”, wyd. W.A.B., 2015


Nie wiem o Kunderze wiele więcej, niż zamieszczono by w krótkiej nocie biograficznej. Sięgnąłem po „Niewiedzę” przez podwójny przypadek albo, jak to woli, podwójne przeznaczenie. Najpierw natknąłem się na „Niewiedzę” przy wyjściu z księgarni i po krótkiej i niezbyt merytorycznej ocenie postanowiłem wziąć ją dla matki, bo wiem, że tego nie czytała, a Kunderę lubi. I pewnie zawiózłbym ją jej bez zajrzenia do środka, gdybym nie trafił na instagramową dyskusję (to kurtuazyjny eufemizm, na Instagramie nie ma przestrzeni na dyskusje), o tym czy (czy raczej że) Kundera był mizoginem i świadczy o tym jego proza. Postanowiłem zweryfikować to tak, jak w tej chwili najlepiej mogłem — lekturą.

A proza Kundery, przyznaję, nie ucieka od relacji damsko-męskich. W „Niewiedzy” zresztą autor pisze z perspektywy aż trójki bohaterów (podobnie jak w „Żarcie” — dwóch kobiet i mężczyzny) oraz zewnętrznego narratora. Dwie z tych postaci, Irena i Josef, okoliczności zmusiły do wyjazdu z Czech w okresie komunizmu, odpowiednio do Francji i Danii, a teraz po 1989 roku, wracają w rodzinne strony i mierzą się z tym, co zostało utracone. Kundera nie stroni od kontekstu społeczno-politycznego zarówno wówczas, jak i obecnie, ale w centrum pozostaje u niego indywidualne doświadczenie migracji. Podpiera się co rusz to analizą „Odysei”, wielkiej migracyjnej epopei, to historią życia austriackiego kompozytora Arnolda Schoenberga, który przed wojną uciekł do Ameryki, a w swoich ocenach przyszłości pomylił się prawie tak bardzo jak Jan Skácel (o trzysta lat) — ale w ocenach przyszłości zwykle wszyscy się mylimy, uspokaja Kundera.

To jego własne rozważania nad pamięcią (i jej władzą nad człowiekiem), tęsknotą i śmiercią oraz ich uwydatnianymi przez wielkie powroty po latach przeciwieństwami — zapomnieniem, obojętnością i, jakże by inaczej, erotyzmem. To jego własne doświadczenie emigracyjne musi być osią tej fabularyzowanej prozy uciekającej czasem w anegdoty i intrygujące czytelnika w pierwszej kolejności nakreślonym tutaj splotem zdarzeń, który jednak wcale nie byłby konieczny, bo to nie on po zakończeniu lektury pozostawia czytelnika w stanie zawieszenia. Ale Kundera nie traktuje swoich postaci przedmiotowo. Każdemu ze współnarratorów ofiaruje sporo empatii. Czy Josefowi więcej niż Irenie i Miladzie? Tego nie umiem jednoznacznie ocenić. Uważam jednak, że ani stosunek pisarza do swoich bohaterów (który ja ogólnie oceniam jako serdeczny, ale może mylę go z własnym do nich stosunkiem, nie wiem), ani ewoluujące namiętnie przez lata relacje pomiędzy nimi, nie stanowią o jakości „Niewiedzy”, ani też prozy Kundery w ogólności.

Niewiedza

Opublikowano

Księga herbaty

Księga herbaty

Kakuzo Okakura, „Księga herbaty”, wyd. Karakter, 2017


Z żądzy wrażeń jako czytelnik niecierpliwy, niezbyt wytrwały i stosunkowo powolny postanowiłem rozpocząć ten rok od książek stosunkowo najkrótszych. Niespełna stu stronicowy esej z początku XX wieku o japońskiej ceremonii herbaty wydał się do tego celu stworzony.

Nie pisałem o wcześniejszych pozycjach z przepięknie wydanej serii wydawnictwa Karakter zbierającej klasyczne japońskie eseje o sztuce — „Strukturze iki” Shūzō Kukiego ani „Pochwale cienia” Jun’ichirō Tanizakiego — obie były obietnicami, że staną się portalami do świata, którego już nie ma, a który uczciwie poznany, choćby po trosze, miałby szansę na pełniejsze poznanie mojego tu i teraz. I obie wypełniły je połowicznie, merytoryczne w swoich polach dywagacje, okrywając peleryną słusznego znużenia. Dlatego po „Księdze herbaty” Kakuzo Okakury, o której istnieniu nie miałem zresztą pojęcia aż do zeszłorocznych Targów Dobrych Książek, nie spodziewałem się więcej.

Tymczasem „Księga herbaty” poruszyła mną bez reszty zarówno formą, jak i treścią. To z jednej strony jakby mistrzowski wykład (dla, co ważne, człowieka zachodniego, niewtajemniczonego w ścieżki Dalekiego Wschodu), z drugiej zaś poetycka opowieść o ładzie i harmonii, która niczego nie narzuca, a wiele wyjaśnia. Herbata to zresztą jedynie punkt wyjścia do snucia synkretycznych rozważań o filozofii, religii, sztuce, architekturze i życiu w ogóle. To ta brama, której od dawna szukałem, i przez którą pragnąłem przejść. Drogowskaz na ścieżce (dla mnie odrobinę paradoksalnej, ale zupełnie zrozumiałej) cierpliwego i wytrwałego dążenia i stawania się.

Gdybym z mniejszym wyczuciem podchodził do treści eseju, mógłbym zbudować ten wpis z samych tylko cytatów. Posłużę się jednym, który trafił gdzieś blisko:

„Dla współczesnego Chińczyka herbata to pyszny napój, ale nie ideał. Długoletnia niedola kraju obrabowała go z poczucia radości i sensu życia. Stał się człowiekiem nowoczesnym, to znaczy starym i rozczarowanym. Stracił wzniosłą wiarę w złudzenia, która stanowi o wiecznej młodości i sile poetów oraz ludzi z dawnych epok”.

Ksiega herbaty

Opublikowano

Opuszczony parking w śniegu

Tahiti

Blacha falista i szron


Kiedyś tu toczyło się życie. Od czasu, gdy skończyłem siedem, może osiem lat, do całkiem niedawna na ten parking zjeżdżali się ludzie z całego miasta. Parkowali wygodnie przed supersamem, wypożyczali wózek zakupowy z budki, wypełniali go produktami, a następnie, gdy już wystali swoje w kolejce, wracali do samochodów obładowani siatami. Po drodze mogli jeszcze skusić się na okazałe opalone truchło kurczaka z rożna albo pizzę na grubym cieście według, jak sugerował szyld, nowojorskiej receptury. Mogli odebrać pranie albo pocztę, kupić karmę dla zwierzaka albo zwierzaka, a może jedno i drugie. Buty czy telewizor. Wszystko w promocji za pół darmo, w najlepszej jakości, słowo daję. W sąsiedztwie wyrastały kolejne duże sklepy — budowlane, wielobranżowe, nie dla idiotów. Między nimi tłoczyły się myjnie, stacje benzynowe i szybkie restauracje z opcją odbioru jedzenia bez wysiadania z samochodu.

A potem na innym polu, gdzieś po drugiej stronie miasta położono inny parking, obstawiając go pawilonami. W piątkowe wieczory i sobotnie poranki rodziny z dziećmi ochoczo przemierzały teraz inną trasę. Dziś po moim supersamie został pokaźny plac, na którym wciąż zaobserwować można formy życia, ale jednak nieco inne. Wszystko się zmieniło, a jednocześnie pozostało takie samo.

1

Falista faktura budynku wciąż niewątpliwie uwodzi praktycznym, nowoczesnym i schludnym wyglądem.


2

Formy życia. Na dawnym parkingu, dziś lodowej pustyni z niepomyślaną niegdyś śmiałością piętrzą się wiechlinowate.


3

Po dawnych szyldach zostały jedynie plamy na elewacji. Za to zamarznięty parking z powodzeniem służy miłośnikom podmiejskiego driftingu.


4

Centrum życia dawnego sklepu tym samym — za sprawą zarówno driftujących jak i wiechlinowatych — przeniosło się z opuszczonego już gmachu w sąsiedztwo tej doświadczonej trwaniem latarni.


5

Nawierzchnia niewątpliwie zachęca do wspólnej zabawy.


6

Sklep zamknięty xD


7

Lao-cy twierdził, że istotę rzeczy stanowi jedynie pustka. Pokłoniłem się zatem obu widocznym istotom — rzeczy i wiechlinowatym.


8

Na lodowej pustyni niesprzedane choinki można z powodzeniem przechować do przyszłego roku w stanie swoistej hibernacji (pokrewnej tej, w której znalazł się i cały supersam).


9

Punkt spotkań.


10

Na tyłach gmachu można natknąć się na rój kolorowych węży.


11

Ostatnie spojrzenie przed odejściem. Głęboki wdech.


12

I wydech.

Opublikowano

27 śmierci Toby’ego Obeda

27 śmierci Toby'ego Obeda

Joanna Gierak-Onoszko, „27 śmierci Toby’ego Obeda”, wyd. Dowody na Istnienie, 2019


Mocowałem się z tą książką, przyznaję. Nie dlatego, że była źle napisana, przeciwnie, gdyby napisano ją gorszym stylem, mniej rzeczowo, z mniejszą empatią, być może jej temat, by mnie tak nie dotknął. A tymczasem uczyniłem z tej lektury temat jednej z moich cyklicznych konwersacji językowych z mieszkającą w Kanadzie Japonką — niczego się zresztą niedomyślającą.

„27 śmierci Toby’ego Obeda” to mozaika wzajemnie przeplatających się historii nadużyć, przemocy, wykorzystywania seksualnego, dehumanizacji, pozbawienia poczucia przynależności, kultury i języka pierwszych ludów zamieszkujących tereny dzisiejszej Kanady. To historia wielopokoleniowej krzywdy mająca tysiące twarzy i nazwisk — ocalałych i oprawców. Historia, która na zawsze zmieniła dzieje Kanady i Kanadyjczyków. Od końca XIX wieku aż do lat 70. dzieci rdzennych mieszkańców Kanady były odbierane rodzicom i przymusowo umieszczane w szkołach z internatem prowadzonych zwykle przez rozmaite kościoły chrześcijańskie. W instytucjach dochodziło do nadużyć wobec dzieci na niewyobrażalną skalę, której namiastkę z bezlitosną szczerością opisuje w swoim reportażu Joanna Gierak-Onoszko.

Po „27 śmierci” warto sięgnąć nie tylko dlatego, by wiedzieć. To lekcja wrażliwości dla nas wszystkich. Lekcja, której potrzebujemy także w Polsce, by mierzyć się z trudnymi rozdziałami naszej historii. Bo Kanada, jakkolwiek w dalszym ciągu nie jest do końca zgodna, jak o sprawie mówić, jak postępować dookoła niej, podjęła trud, aby rozmawiać otwarcie, zadośćuczynić i odciąć się od oprawczego dziedzictwa, dla którego nie może być usprawiedliwienia. „Takie były czasy” — słowa, które Gierak-Onoszko przywołuje wielokrotnie w swoim tekście nie mogą służyć już za wyjaśnienie. To słowa, które wszyscy kiedyś słyszeliśmy w odpowiedzi na pytania o wyrządzone kiedyś krzywdy, a które są przecież pośrednim tłumaczeniem sprawców.

„Robimy to, co nam robiono” — przemoc zawsze rodzi przemoc, to kolejna mocna lekcja, której udziela nam lektura, nie oszczędzając brutalnych przykładów. Stres pourazowy, alkoholizm, przemoc fizyczna i seksualna, samobójstwa, poczucie pustki wywołane oderwaniem od korzeni — to problemy, z którymi do dziś zmagają się ocaleńcy, ich rodziny i potomkowie. Z czułością przedstawiając swoich bohaterów i przenikliwie analizując pokłosie narodowej zbrodni w oczach kanadyjskiej opinii publicznej, Gierak-Onoszko w „27 śmierciach” brawurowo kreśli też szeroką perspektywę społeczno-polityczną. To złożona i delikatna sprawa, o której jednak nie wolno nam zapomnieć dla naszego wspólnego dobra.

27 śmierci Toby'ego Obeda

Opublikowano

There Will Be Christmas!

There Will Be Christmas!

W zeszłym roku wydawało nam się, że świat się zawalił i nadejście końca roku i Bożego Narodzenia dodatkowo to wrażenie uwypukliło. Tymczasem nadeszły kolejne święta, a on kruszeje nadal na naszych oczach. Powody, dlaczego wszystko jest nie tak można by mnożyć bez końca, kolejne fazy pandemii to jedynie wierzchołek góry lodowej, najbardziej dokuczliwy wyraz ogólnego stanu świata.

Tegoroczna świąteczna plejlista to trochę unik, zwrot ku prostemu organicznemu życiu w zgodzie z naturą, którego już nie ma. Zainspirowałem się, wykorzystaną jako okładkę, grafiką Oskara Kokoschki Pasterz, jeleń i lis, która sama opowiada jakąś być może baśniową, być może zupełnie zwyczajną historię, która mogła wydarzyć się pewnej grudniowej nocy bardzo dawno temu. Taka miała być też tegoroczna część The 12 Days of Christmas — pastoralna, organiczna, osadzona w folkowych tradycjach, zawieszona pomiędzy baśnią a prostą codziennością, być może przywołująca duchy dawnych świąt ponad blichtrem galerii handlowych. Wskazówka, że istniały, bądź istnieją inne święta, tak jak istniał inny świat. Być może jeśli udamy się tym szlakiem na mały spacer, uda nam się znaleźć coś, co straciliśmy. Być może pomoże nam to nie utracić nadziei, że da się jeszcze zmienić nasz świat na lepsze. Być może.

Tak naprawdę każde życzenia mają w sobie takie „być może” nieśmiało ukryte za postawnym „oby, aby, żeby”. Nie traćmy nadziei, nie przestawajmy próbować! Może to coś da, kto wie.

Poprzednie części świątecznych pozytywek w serii dostępne są na Mixcloudzie. Można słuchać także na Spotify.

Opublikowano

Jak Kurtek gringo szukał cienia na Tahiti

Tahiti

Arearea Paula Gaugina, 1982


Kiedy wycisnąłem do sucha drugie opakowanie kremu z wysokim filtrem, mimo podejmowanych wysiłków — ze spaloną twarzą, kończynami i przypadkowym wzorem na ramionach wysmażonym bez miłosierdzia przez słońce, postanowiłem jak zupełny gringo (którym oczywiście byłem) chować się pod parasolem. Kompaktowo się składającym i mającym słońce w nazwie, ale dzięki ciężkim, ciemnym barwom dla spoglądających na mnie ukradkiem lokalsów wciąż mimowolnie literującym słowo „de-sz-cz”. A pojechałem tam do pracy, czy też raczej wysłano mnie — słońce miało być dodatkiem, a sam całe dnie od rana do wieczora miałem być zamknięty w pomieszczeniach pogrążonych w monotonii szumu klimatyzatorów. Tak też zresztą oczywiście było, a przynajmniej od poniedziałku do piątku. To te wyłączone z bezpiecznej rutyny ledwie cztery weekendowe dni i kilka rozrzuconych w czasie porannych spacerów rozłożyły na łopatki całe moje wcześniejsze przygotowanie w kwestii słońca.

Jak Kurtek gringo szukał cienia na Tahiti

Fauna i flora Tahiti — palmy, ludzie i ptaki

Miało zresztą padać. Miejscowe prognozy przed wylotem nie napawały optymizmem. W listopadzie rozkręca się tam pora deszczowa, czas zmasowanych ulew i upałów. Gdy wylądowaliśmy w środku nocy na lotnisku w Papeete, stolicy Polinezji Francuskiej, po niemal dobie spędzonej w samolocie ze starego kontynentu, parne powietrze miało zapach powoli wysychającego tropikalnego deszczu. Ale mimo zapowiedzi, aż do opuszczenia wyspy kilkanaście dni później ani razu nie zmokliśmy. Kolejnego dnia przed piątą rano powitało nas bezchmurne niebo, a wkrótce, znacznie wcześniej niż można by się spodziewać, jeszcze przed siódmą zaczęło niepodzielnie królować, przed południem nie biorąc już gringów za jeńców, nawet jeśli wydawałoby się (gringom), że chroni ich zasłona chmur. Jeśli dzień nie jest naprawdę pochmurny, to jedynie pozorne ukojenie. Niebo zwodzi zresztą przybyszów na wiele sposobów. Dynamika chmur układających się w ekspresyjne kształty błyskawicznie ewoluujących w coraz to nowe podniebne impresje to coś, co od razu przykuwa oko na nagraniach i zdjęciach z podróży. Gdy słońce zachodzi, a na niebie pojawia się nowy księżyc, okazuje się, że jego sierp układa się zupełnie inaczej niż na naszym niebie — oba jego kąciki skierowane są ku górze, dzięki czemu można odnieść wrażenie, że wieczorne niebo się do nas uśmiecha. Żeby odwzajemnić uśmiech musimy się jednak pośpieszyć, bo jeszcze przed dziesiątą srebrzysty przyjaciel chowa się poniżej linii budynków Papeete.

Jak Kurtek gringo szukał cienia na Tahiti

Nie udało mi się sfotografować księżyca na Tahiti, ale tak mniej więcej go zapamiętałem — to rekonstrukcja na bazie fotografii znalezionej w sieci

Gdy wyjeżdżałem z Tahiti mieszkańcy szczycili się, że udało im się opanować liczbę zakażeń koronawirusem — kilka aktywnych przypadków w lokalnym szpitalu i zero nowych zgonów w przeciągu minionego miesiąca, mówili mi. Ale sytuacja na przełomie lipca i sierpnia wyglądała zgoła inaczej — przewyższająca możliwości systemu medycznego wyspiarskiego kraju rosnąca fala zachorowań skłoniła rządzących do wprowadzenia restrykcyjnego lockdownu z godziną policyjną wieczorami i w weekendy. Tę okazję wykorzystano także do zaostrzenia warunków sprzedaży alkoholu — w weekendy i święta wyłącznie do południa, dodatkowo z wyłączeniem całodobowo czynnych stacji benzynowych (którym alkoholu sprzedawać nie wolno) oraz restauracji i barów (które mogą to robić w ramach ograniczeń wynikających z trwającego wciąż miękkiego lockdownu).

Jak Kurtek gringo szukał cienia na Tahiti

Gdy pierwszego dnia pobytu udaliśmy się do sklepu, przywitała nas taka tabliczka

Ze względu na aktywność słońca na skupionych w pięciu archipelagach wyspach Polinezji Francuskiej życie codzienne rozpoczyna i kończy się wcześniej niż w Europie. Sklepy otwierają się jeszcze przed szóstą, a zamykają niekiedy o szesnastej. O osiemnastej jest już ciemno. Wtedy, jeśli trzeba zrobić zakupy, można jeszcze rzutem na taśmę pojechać do Carrefoura za miasto, który zamknie się o dwudziestej. Niezmotoryzowani, pracoholicy i gapowicze muszą ratować się zakupami na stacji benzynowej, która co prawda rano oferuje klientom wybór pieczywa szeroki jak z paryskiej boulangerie, ale wieczorem jesteśmy tam skazani na pakowany chleb tostowy. I piwo bezalkoholowe.

Jak Kurtek gringo szukał cienia na Tahiti

Ekspresyjne fale i chmury przed zachodem słońca

Sprowadzany z Francji Heineken Zero w małych puszkach i niealkoholowy Desperados, cukrowy ulep w płynie, mający udawać jednocześnie i piwo, i tequilę. Do tego świeży ananas, papaja lub mango. To smak wieczoru po długim dniu spędzonym w pracy, kiedy brakowało czasu i siły, by wybrać się do knajpy na kolację. Owoce można było dostać łatwo i tanio, alkohol — trudno i drogo.

Jak Kurtek gringo szukał cienia na Tahiti

Zachód słońca w pełni — w tle sentymentalna muzyka z dramatyczną nutą

Na bazarze w centrum miasta codziennie od wczesnego rana owoce z lokalnych upraw układały na przykrytych ceratami stolikach dziesiątki sprzedawców. Obok wystawiano świeże kwiaty — także w formie naszyjników i kapeluszy — dalej plecionki, biżuterię, pamiątki i monoi — skarb z samego serca wyspy. Cudowny oleisty specyfik pozyskiwany na miejscu z oleju kokosowego i perfumowany kwiatami tiare, symbol wysp, eksportowany za odpowiednią cenę na cały świat, zgodnie z opowieściami handlarzy mający zbawienny wpływ na skórę i włosy. Na targu można zaopatrzyć się w półtoralitrową butlę monoi, oryginalnie chyba po coca coli, w supermarkecie lub drogerii gustownie opakowane i oklejone kolorową etykietą buteleczki rzadko przekraczały 200 mililitrów. Monoi dodaje się do mydeł, szamponów, kremów, soli do kąpieli, ale najbardziej naturalne i popularne jest to przyśpieszające opalanie. Ale to nie dla pana — słyszę co rusz od zatroskanych o moją białą jak papier skórę — może najwyżej na włosy, jeśli pan chce — dodają dobrotliwie.

Jak Kurtek gringo szukał cienia na Tahiti

Zielone banany i żółte ananasy

Odpowiednik słowa „gringo” nie istnieje w języku francuskim, podobnie jak nie mamy go w polskim. To ktoś z zewnątrz, outsider, turysta, ale niezupełnie — opowiada nam zdziwiona trochę niedostatkami naszych lokalnych słowników Kat, inżynierka, po którą wraz z mężem posłano na potrzeby naszego służbowego projektu do słonecznej Kalifornii. Osiem godzin samolotem to w zasadzie najbliżej jak się da, bo tutaj pośrodku niczego wszędzie jest daleko. Wspólnymi siłami modernizujemy stację radiową, a właściwie dwie, zlokalizowane po dwóch stronach korytarza w budynku firmy położonym w portowej dzielnicy Papeete. Można tam wejść jedną z dwóch klatek schodowych, jedną tylko dla wtajemniczonych, po obu stronach salonu motocyklowego zamykanego na noc zsuwaną roletą z gustownym graffiti przedstawiającym lśniący motor. Stacje na wyspie nie są anonimowe, ale już budynek, w którym się znajdują, choć to rzut beretem, kwadrans na nogach od ścisłego centrum miasta, zdecydowanie tak.

Jak Kurtek gringo szukał cienia na Tahiti

Dzieło lokalnego prymitywisty

Miasto nie jest duże — Wikipedia podaje, że to około 30 tysięcy mieszkańców i takie też wrażenie sprawia. Pomimo tego, że komunikacja publiczna w zasadzie tu nie istnieje, a samochód, motor, skuter jest dla każdego z tubylców niezbędnym minimum, po kilku dniach porannych i wieczornych spacerów wydaje się miejscem, w którym wszędzie można bez trudu dostać się na piechotę. Wrażenie, które robi Papeete jest trudne do opisania, bo choć zewsząd otoczone jest zjawiskową przyrodą tak doskonale znaną ze zdjęć tropikalnych wysp w katalogach biur podróży, to miasto, które niewiele sobie z tego bogactwa robi. Miejsce życia mieszkańców, chaotyczne, industrialne, funkcjonalnie zalane betonem, wypełnione rykiem silników i zapachem spalin, pozbawione chodników, zieleń miejską akceptujące w wyznaczonych miejscach — reprezentatywnym parku, nielicznych ogrodach i jako część nieuniknionego krajobrazu — na zboczach spoglądających na wszystkie ludzkie przybytki majestatycznych gór wulkanicznych położonych w centrum wyspy.

Jak Kurtek gringo szukał cienia na Tahiti

Dom przy plaży i drzewo

O życiu w głębi wyspy słyszę jedynie historie — o drogach, na które wstęp mają jedynie samochody z napędem na cztery koła i odbywających się na zboczach gór nielegalnych imprezach, podczas których testowane są granice głośności dziesiątek samochodowych soundsystemów. Wierzę w nie, bo mieszkańcy uwielbiają hałas. W wylewających się na chodniki ulic barach i pubach gra się zawsze tak głośno, aby dwie siedzące obok siebie osoby w ramach rozmowy musiały do siebie krzyczeć. Wieczorami na ulicach nie brakuje grup młodzieńców z okazałymi boomboksami dudniącymi zwykle w rytm lokalnych coverów zagranicznych przebojów, względnie francuskojęzycznego hip-hopu — oczywiście tak, by słyszała je cała dzielnica. Swoją cegiełkę do dźwiękowego krajobrazu wyspy dokładają też wszechobecne tutaj kury i koguty. Niezależnie od pory dnia i nocy w centrum miasta można usłyszeć donośny piew. Kury chętnie wybierają się też na przechadzki, spacerując spokojnie wzdłuż drogi. Śmiejemy się, że kura to narodowe zwierzę Polinezji. W rzeczywistości to miano nosi żółw wodny, którego ostatecznie także udaje nam się spotkać, ale kontakt z nim jest zdecydowanie mniej bezpośredni.

Jak Kurtek gringo szukał cienia na Tahiti

Sportowcy wodni w drodze na trening

Hałas ruchu ulicznego jest nieodłączną częścią życia na Tahiti, niezależnie od tego, dokąd pojedziemy. Główną część wyspy okrąża tamtejszy odpowiednik drogi krajowej (zupełnie tak samo lub bardziej dziurawy jak w Polsce), wzdłuż której położona jest większość osad ludzkich. Zresztą gdyby nie palmy i sąsiedztwo lazurowego Pacyfiku, można by w zupełności przyrównać je do wiosek i miasteczek ciągnących się wzdłuż naszych krajówek. Tahitańczycy mają nawet swoje słupki drogowe zwane tam point kilométrique odmierzające odległość od lokalnej katedry Notre Dame położonej w centrum Papeete. Służą one zresztą nie tylko ocenie położenia na drodze przez kierowców — mieszkańcy chętnie opisują przy ich użyciu np. położenie plaż przy drodze. Wzdłuż tahitańskiej krajówki zamiast grzybów i jagód, mieszkańcy rozkładają straganiki z wyłowionymi rybami i zebranymi owocami — świeżym tuńczykiem, maleńkimi bananami, jakich nie eksportuje się do Europy, czy jasnopomarańczowymi rozkosznie soczystymi ananasami. Jedyne miejsce na wyspie, do którego hałas samochodów i motocykli nie dociera, jest tam, gdzie nie ma już drogi. Na presqu’île.

Jak Kurtek gringo szukał cienia na Tahiti

Góry na presqu’île

Oficjalne nazwy to Tahiti Iti (małe Tahiti) albo Tai’arapū, ale francuskojęzyczni mieszkańcy zwykle mówią o drugiej części wyspy po prostu presqu’île (czyli półwysep), i to nawet gdy przechodzą na angielski. Zachodnia część presqu’île ze słynnym surferskim punktem Teahupo’o jest najbliżej tego, czym szczują turystów biura podróży, reklamując Polinezję. To wszystko, co pokazują, to oczywiście prawda, z zastrzeżeniem, że chodzi o inne, mniejsze wyspy, jak chociażby Bora Bora oddalone od Tahiti o około 250 kilometrów, co pokonać można samolotem w około trzy kwadranse. Samo Tahiti, choć niewątpliwie niepozbawione uroku, w dużej mierze nie przystaje do wakacyjnych fantazji na pacyficznej wysepce. Najbliżej ich spełnienia jest właśnie presqu’île, gdzie w oddaleniu od miejskiego gwaru roi się od pensjonatów i domków wypoczynkowych, do których można dotrzeć rowerem lub na piechotę, a to wszystko w zapierającym dech piersiach sąsiedztwie z jednej strony wysokich gór zieleniących się bujnie aż po same czubki, z drugiej porywczego w tej części wyspy oceanu niestwarzającego być może warunków do przybrzeżnego snorkelingu, ale stanowiącego surferski raj i niewątpliwie dodającego miejscu charakteru.

Jak Kurtek gringo szukał cienia na Tahiti

Rajskie wybrzeże przy Teahupo’o

Drugą względnie dostępną z Papeete lokacją urzeczywistniającą urlopowy ideał jest siostrzana wyspa Moorea-Maiao najeżona wręcz ofertami noclegowo-wypoczynkowymi, na którą dostać się można w ciągu niespełna godziny jednym z kursujących kilka razy dziennie promów. Choćby Temae, jedna z tamtejszych publicznych plaż, oferuje namiastkę pacyficznego wypoczynku, ale nawet tam podczas naszego krótkiego pobytu dociera głośny pomruk zewnętrznego świata. W sobotnie przedpołudnie mieszkańcy zbierają się tam tłumnie, by wspólnie zaprotestować przeciwko planom sprzedaży plaży pobliskiemu Sofitelu. Bo jeśli nie jest się gościem hotelu, realizacja pacyficznej fantazji okazuje się pewnym wyzwaniem. Przy odrobinie wysiłku i zasięgnięciu dobrych rad tubylców można jednak spróbować własnym sumptem np. popływać z rekinami i płaszczkami, wypożyczając kajak na Plage des tipaniers. Nie kajak jednak, a paddleboard jest na wyspach szczególnie popularny. Trudno odwiedzić tam jakąkolwiek plażę i nie zobaczyć w zasięgu wzroku kogoś wiosłującego na stojąco na dmuchanej desce.

Jak Kurtek gringo szukał cienia na Tahiti

Lazurowy Pacyfik na plaży Temae i włości pobliskiego Sofitelu

Ia orana! — nagle słyszę przyjazny głos zupełnie obcego człowieka siedzącego na progu domu, obok którego właśnie przechodzę. Ia orana — odpowiadam zdziwiony. Będę miał jeszcze dziesiątki okazji, żeby się do tego przyzwyczaić, ale i tak gdzieś wewnątrz nie przestanę się dziwić. Przede wszystkim tym, że na ulicy ktoś obcy może tak po prostu zauważyć moją obecność. Coś, co w europejskim mieście wydałoby mi się zupełnie podejrzane, tam jest przyjętą normą społeczną. Jeśli tylko mówi się po francusku, można zresztą od kurtuazyjnego „ia orana” płynnie przejść w small talk o lokalnych zwyczajach i sytuacji życiowej tubylców. Poruszając się po mieście, nie sposób nie zauważyć, że wielu Tahitańczyków żyje w ubóstwie. Ich sposoby zarobkowania są ograniczone, a życie na wyspie pośrodku Pacyfiku kosztuje więcej niż w metropoliach Europy kontynentalnej. Zdecydowana większość produktów, które można nabyć w sklepach to import z Francji, Stanów Zjednoczonych lub Chin. Wybór towarów z Państwa Środka jest szczególnie duży także dlatego, że na wyspie mieszka liczna emigracja chińska, efekt dawnych migracji zarobkowych rozpoczętych jeszcze w połowie XIX wieku, a trwających przez kolejne stulecie. Nie wiem tego, gdy głupio pytam pracującej dla stacji księgowej o chińskich rysach twarzy, ale mówiącej idealnym francuskim, skąd pochodzi. Po krótkiej rozmowie dowiaduję się, że jej rodzina jest na wyspie tak długo, że ona sama nie ma pojęcia, z której części Chin przybyli na Tahiti jej przodkowie.

Jak Kurtek gringo szukał cienia na Tahiti

Protest mieszkańców przeciwko przejęciu plaży publicznej przez hotel

O tym, że większość pierwszych naturalizowanych imigrantów z Chin pochodziła z Kantonu, dowiaduję się już później od Caroline, szefowej newsroomu. Śmiejemy się, że w mieście nie ma restauracji, która nie serwowałaby ryżu po kantońsku i całej palety rozmaitych potraw chińskiej kuchni. Przez lata jej charakter uległ jednak przeobrażeniom do tego stopnia, że choć przepisy wydają się podobne, smaki zatraciły swoją wyrazistość. Niezależnie od tego, czy zdecydujemy się na danie chińskie czy francuskie, z dużym prawdopodobieństwem dominującym wrażeniem będzie tutaj słodycz. Chińską obecność widać też w mieście. Mimo braku jednoznacznego Chinatown co rusz, spacerując po Papeete, natykamy się na chińskie szyldy. Ale tahitańskich wyróżników architektonicznych jest więcej.

Jak Kurtek gringo szukał cienia na Tahiti

Palma-nadajnik

Od samego początku w oczy rzucają się tiki — kamienne posągi związane z polinezyjskim kultem przodków. Widzimy je na ulicznych pasach zieleni, w parkach, strzegą wejścia do marae, dawnych miejsc ceremoniałów. W drugiej kolejności zauważamy kościoły — wielobarwne, niewielkie, katolickie lub protestanckie, przywodzące na myśl prowincjonalne świątynie z Ameryki czasów wielkiego kryzysu. Siatka wyspy jest nimi gęsto obsiana. Tahitańczycy, których chrześcijańscy misjonarze w XIX wieku przymusowo nawracali na swoją wiarę, w przeciwieństwie do laicyzującej się Europy wciąż przywiązani są do naszych obrzędów. Estetyzującą osobliwością na chaotycznie zabudowanej wyspie są z kolei nadajniki radiowe w formie ogromnych drzew palmowych. Stawia się je głównie poza miastem jako ukłon w stronę naturalnego krajobrazu. Konwencjonalnych atrakcji turystycznych nie ma tu zbyt wiele — trzy wodospady, ogród wodny ze szlakiem wspinaczkowym, muzeum Tahiti, trou du souffleur — ekspresyjnie oddychająca parą wodną powulkaniczna szczelina tradycyjnie rozumiana jako puls wyspy.

Jak Kurtek gringo szukał cienia na Tahiti

Szałowo różowy kościół w Papeete

Rytm Tahiti to jednak coś immanentnego przede wszystkim jego mieszkańcom. Naturalna miłość do muzyki objawia się tu nie tylko dzięki mocarnym boomboksom i systemom stereo. Przechadzając się ulicą, można natknąć się na grupę muzykującą w tradycji polinezyjskiej. Coś w rodzaju countrującego steel bandu z wokalami wyśpiewywanymi emfatycznym unisonem. Podobne piosenki pobrzmiewają tu w radiu, można usłyszeć je w knajpach, to żaden kulturowy skansen, ale żywa część wyspiarskiego dziedzictwa.

Jak Kurtek gringo szukał cienia na Tahiti

Posążek tiki przy wejściu do Marae Arahurahu

Przed odlotem po dwóch tygodniach wyłącznie wrażeniowego obcowania z tą muzyką proszę Gibbi, wiecznie uśmiechniętą od ucha do ucha Tahitankę odpowiadającą za brzmienie lokalnej stacji Tiare FM, o kilka rekomendacji. To w dużej mierze dzięki jej selekcji kilka tygodni walki z jetlagiem i prokrastynacją później udaje mi się zamknąć w godzinnej plejliście brzmienie tego samego Tahiti, przed którego bezlitosnym słońcem musiałem wreszcie schronić się w dalekiej Polsce, gdzie ukojenie dla spalonej skóry poza cieniem przyniósł mi wreszcie swojski deszcz ze śniegiem. Ia orana i à bientôt!

Opublikowano

Trzy nowele

Trzy nowele

Patrick Modiano, „Trzy nowele”, wyd. Yale University Press, 2014


Gdybym naprawdę umiał czytać po francusku, to zacząłbym od tych rozlicznych powieści Patricka Modiano, których jeszcze nie przetłumaczono na polski. Tymczasem przypadkiem natrafiłem na prawdziwie amerykańskie wydanie (3w1) trzech nowel związanego z Paryżem pisarza oryginalnie wydawanych osobno między 1988 a 1993 rokiem. Wszystkie trzy są w pewnej mierze autobiograficzne, co jednocześnie fascynuje i zdumiewa, zwłaszcza gdy zestawiono je tu obok siebie, że mogą odnosić się do życia jednej i tej samej osoby.

Patrick Modiano słynie z brodzenia w przeszłości, przechadzania się po paryskich ulicach, skrupulatnego wyliczania adresów tych przechadzech i nazwisk towarzyszy, o ile jeszcze nie zostały zapomniane. W centrum jego twórczości zawsze skrywa się niepopularna współcześnie sztuka odpominania. Te trzy nowele są, każda na swój sposób, jednymi z wielu w jego dorobku próbami, by nie zapomnieć. I choć Modiano, posiłkujący się zapewne artefaktami z dawnych czasów, własnymi skrupulatnymi notatkami i metodami dziennikarza śledczego, pamięta po kilkudziesięciu latach zaskakująco dużo — wciąż są to próby, impresje na temat życia ludzi skazanych na zapomnienie.

Pierwsza historia „Chien de printemps” (ang. „Afterimage”) to przedziwny portret ekscentrycznego fotografa Francisa Jansena, podopiecznego tego Roberta Capy, który po latach unikania ludzi, pewnego dnia pakuje swoje walizki i wyjeżdża do Meksyku, gdzie kontakt z nim na zawsze się urywa. Modiano pracujący w owym czasie jako jego asystent-archiwista, po latach próbuje połączyć porozrywane końce tej historii, poszukując pozostawionych śladów i wspólnych znajomych. Nieco groteskowego charakteru tej historii dopełniają nachodząca Jansena w tamtym czasie dziewczyna i jej kipiący z zazdrości mąż mim.

Druga opowieść „Remise de peine” (ang. „Supended Sentences”) to kolejny osobliwy obraz, tym razem wczesnoszkolnego dzieciństwa małego Modiano, gdy wraz z bratem przez ponad rok pod nieobecność matki aktorki i ojca wagabundy wychowywani byli w osobliwym domu prowadzonym przez cztery kobiety (spośród których jedna była byłą akrobatką cyrkową, a dwie były matką i córką), w którym w różnych okolicznościach, bez baczenia na panujące konwenanse, przyjmowano wiele postaci tyleż szykownych, co podejrzanych. Modiano przedstawia całą sytuację z właściwą dziecku naiwnością i prostotą, co w połączeniu z jego enigmatycznie poetycznym sposobem pisania przydaje historii tajemniczości i charakteru.

Trzecia nowela „Fleurs de ruine” (ang. „Flowers of Ruin”) to powrót do czasów, gdy Modiano jako dwudziestolatek stawiał swoje pierwsze kroki jako pisarz i po 30 latach postanowił przeprowadzić osobliwe śledztwo, by spróbować zrozumieć, co mogło zdarzyć się 24 kwietnia 1933, gdy w jednym z paryskich mieszkań młoda para popełniła samobójstwo. Tak jak we wszystkich umieszczonych w zbiorze historiach, i tutaj Modiano błyskotliwie miesza rozmaite płaszczyzny czasowe, błądząc po śladach swoich bohaterów ulicami Paryża i próbując na tej podstawie odtworzyć to, czego odtworzyć się nie da.

Miałem pewne wątpliwości, czy Modiano po angielsku zachowa liryczną prostotę, która cechuje polskie wydania jego książek, ale tłumaczenie Marka Polizzottiego oddaje zgoła ten sam charakter, za którym, przeczytawszy już dostępne na polskim rynku pozycje, nader się stęskniłem. Być może jedynie, amerykańskie 3w1 w przypadku prozy Modiano, to odrobinę zbyt wiele, by móc zanurzać się w jego historie i wynurzać się z nich raz za razem. To lektury, które potrzebują, by zaczerpnąć po nich świeżego powietrza, być może podczas spaceru śladem jakiejś własnej historii, której nie da się już w zupełności odpomnieć.

Trzy nowele

Opublikowano

Śmierć komandora

Śmierć komandora

Haruki Murakami, „Śmierć komandora”, wyd. Muza, 2018


Powieści Murakamiego zazwyczaj towarzyszą mi podczas urlopów albo dalekich podróży, kiedy potrzebuję czegoś jednocześnie lekkiego, angażującego i nieco szalonego. W tym kontekście twórczość pisarza sprawdza się znakomicie. Także dlatego, że odtwarza pewien znany mi i oczekiwany przeze mnie schemat. Tak samo było w przypadku obu części „Śmierci komandora”.

Choć zarówno oryginalne, jak i polskie wydanie powieści rozbito na dwa tomy, po lekturze całości trudno chyba przyznać, że jest to dylogia z prawdziwego znaczenia. Raczej powieść technicznie rozbita na dwie, żeby nie obciążać nadto głów i kręgosłupów podróżujących czytelników. Dzięki temu zabiegowi i mnie naturalnie przyszło rozłożenie lektury na dwa wyjazdy.

„Śmierć komandora” to kolejna zawiła fabularnie, ale napisana w sterylny sposób powieść low fantasy, w której losy głównych bohaterów splatają się w przedziwnych, niewytłumaczalnych okolicznościach po to, by wszystko w ich życiu jednocześnie zmieniło się i pozostało takie samo.

Tym razem głównym bohaterem jest pozostawiony przez żonę bez uprzedzenia malarz-portrecista, który dzięki pomocy jedynego przyjaciela znajduje sobie nowe miejsce do życia na japońskiej prowincji w domu zamieszkiwanym wcześniej przez ojca tamtego — słynnego malarza obrazów w stylu japońskim. Nasz bohater odnajduje w tym miejscu nową energię twórczą, odkrywając wspólnie z nowymi sąsiadami — ekscentrycznym milionerem oraz uczennicą szkoły średniej i jej ciotką — kolejne z jego nieprzeniknionych sekretów. To oczywiście prowadzi do rzeczy zupełnie nieoczekiwanych i niesamowitych, które dzieją się zgodnie z ich naturą, czego z kolei oczywiście nie rozumiemy z początku ani my, ani nasi bohaterowie.

To kolejna odsłona tego samego schematu, którego opracowanie i rozwinięcie Murakami opanował do perfekcji na przestrzeni ostatnich 30 lat, ale trzeba przyznać, że zgodnie z obietnicą (jaką sam sobie złożyłem, wynosząc spontanicznie z księgarni oba tomy w przededniu letniego wyjazdu) wystarczająco angażująca. Pierwszy tom, jak można się domyślić, jest jak rozłożenie puzzli na podłożu i próba dopasowania do siebie elementów tak, by stworzyły ramkę. Gdzieniegdzie autor odkrywa kilka większych pasujących do siebie elementów, ale za właściwe wypełnianie układanki zabierze się oczywiście dopiero w drugiej książce.

Ta zresztą też nie jest szaloną jazdą bez trzymanki — Murakami jest (przesadnie) skrupulatny, każdą rzecz, którą da się wyjaśnić musi (w ramach jakiejś własnej neurozy) rozłożyć na czynniki pierwsze. Dla przeciwwagi zawsze też zostawia czytelnika z wieloma takimi, których wyjaśniać nie zamierza — zwykle tymi, które najbardziej tego wyjaśnienia się domagają. Lubi też powtarzać te same, odkryte przed czytelnikiem już fakty, jak gdyby bał się, że ten się pogubi (bo w sumie jest w czym), ale bardziej przemawia przez niego próba uporządkowania nieporządnej rzeczywistości, czy raczej tej jej części, którą uporządkować się da. Ta dwoistość jest w sumie dla czytelnika przyjemna. Podobnie jak maniera przeplatania wątków tak, żeby jeden hamował drugi, jeśli tamten zbytnio się rozpędzi. Dzięki temu wszystkiemu historia jest silniej osadzona w rzeczywistości, co paradoksalnie pomaga w oswojeniu elementów fantastycznych. A tych jest tu całkiem sporo. Trudno jednak po raz kolejny nie dostrzec w zachowawczym, uważnym i odrobinę ekscentrycznym zachowaniu wszystkich głównych bohaterów kolejnych twarzy pisarza, którego największym odstępstwem od własnej normy w tym względzie jest najwyraźniej decyzja, by jedna postać słuchała wyłącznie synth popu z lat 80. z kaset, a druga opery i jazzu na gramofonie.

Koniec końców, mimo braku fajerwerków, „Śmierć komandora” jest całkiem udaną powieścią Murakamiego — lekturą być może w jego bibliografii drugorzędną, ale jednak ogólnie ponadprzeciętnie przyjemną, przynajmniej w kontekście, który przedstawiłem wyżej. Opisany schemat, z którego autor uczynił swój znak rozpoznawczy, wciąż lepiej realizują jednak inne jego książki — „Kafka nad morzem” (z rozczarowującą kulminacją, ale niezapomnianymi, dużo bardziej żywymi i rozwojowymi postaciami) oraz trzytomowe „198Q” (nieco nazbyt rozwlekłe, ale totalnie odklejone i wciągające).

Śmierć komandora

Opublikowano

O „Dwie szklaneczki wina” za dużo

Ludmiła Jakubczak

Ludmiła Jakubczak


Był zimny marcowy wieczór podobny do wielu innych marcowych wieczorów. W okienny parapet co rusz uderzały krople deszczu, najwyraźniej niezdecydowanego padać czy nie padać. „Będę miała dziś wakacje z deszczem, w twarz mi będzie dmuchał chłodny wiatr” — z odtwarzacza dobiegał głos Ludmiły Jakubczak. Niegdysiejszej damy polskiej estrady, której życie, dorobek i przedwczesna śmierć zdawały się niemałą egzotyką jak na warunki wciąż dojrzewającego do modelowej szarości PRL-u. Jakubczak urodziła się w Tokio, ponoć zupełnie przypadkiem, dorastała w Ukrainie, ale jako nastolatka przeniosła się do Warszawy. Gdy jej kariera wystartowała, szybko stała się zjawiskiem polskiej radiofonii. Łączyła nienaganną przedwojenną elegancję z powojenną dojrzałością, która z młodych dziewcząt robiła dorosłe kobiety. Miała w sobie wciąż jednak ten płochliwy urok czy może raczej urokliwą płochliwość, za którą wciąż często skrywa się młodość. Młodość niepewna jutra i niepewna siebie, ale całą sobą zafascynowana życiem i światem. I to wszystko pobrzmiewa do dziś w jej muzyce. Jeszcze przed końcem lat 50. trafiła pod skrzydła kompozytora i pianisty Jerzego Abratowskiego, z którym wkrótce wzięła ślub. Para współpracowała przy szeregu nagrań m.in. „Szeptem” z tekstem Jacka Korczakowskiego, które doczekało się wielu kolejnych wykonań, oraz nieśmiertelnego „Gdy mi ciebie zabraknie”, którego ponoć sam Abratowski nie lubił ze względu na melodię, uważając ją za nazbyt prostą. Zanim jednak Jakubczak miała szansę stać się ikoną polskiej piosenki, doszło do tragicznego wypadku. W listopadzie 1961 roku podczas powrotu z Łodzi po nagraniu programu telewizyjnego samochód Abratowskiego wpadł w poślizg i uderzył w drzewo. Jakubczak, która siedziała obok, zmarła w drodze do szpitala w wieku zaledwie 22 lat. Słuchaczom zostało po niej kilka fotografii, jedna dziesięciocalowa płyta długogrająca 1000 taktów z Ludmiłą Jakubczak, kilka singli i niewiele więcej nagrań w archiwach Polskiego Radia mających zostać wydanych dopiero na kasetach magnetofonowych i płytach kompaktowych.

1000 taktów z Ludmiłą Jakubczak

1000 taktów z Ludmiłą Jakubczak


I może ta tragiczna historia sprawiła, że piosenki śpiewane przez Jakubczak od zawsze wydawały mi się bliższe i ciekawsze aniżeli repertuar jej rówieśniczek — Reny Rolskiej, Ireny Santor, Sławy Przybylskiej. Ale nie tragedia sama z siebie! Raczej poczucie straty, które pozostawiła. Poczucie nieuniknionego, postępującego zapomnienia i próby jakiegoś okiełznania tego stanu rzeczy. Nie bez znaczenia pozostają charyzma i urok piosenkarki, które niezawodnie utrwalono w jej nagraniach. Nie wszystkie zresztą piosenki Jakubczak są warte tego, by poświęcać im czas i uwagę. Naliczyłem jednak przynajmniej tuzin takich, które nie są mi obojętne. Wśród nich musicalowe wyznanie miłosne („Dla ciebie kolczyki gwiazd”), bigbandowy kondukt żałobny wprost z Nowego Orleanu („Do widzenia, Teddy” Szpilmana) czy eksplodująca orkiestrowo emanacja codziennych zwad („Plamy na słońcu” Lutosławskiego). I oczywiście „Wakacje z deszczem” — enigmatyczne, wymijające, między wierszami nasiąknięte jakąś wewnętrzną przekorą, lekko gorzkie, nieprzesadnie sentymentalnie, rozliczające się uczciwie z przeszłością, obejmując teraźniejszość z lirycznym wyczuciem. Melodię napisała Hanna Skalska, tekst — jej mąż Kazimierz Szemioth, znany głównie z twórczości malarskiej. Nie udałoby się jednak tego wiatru i deszczu zaanimować, gdyby nie powściągliwa aranżacja na orkiestrę jazzową i podszyta uporem interpretacja wokalna Jakubczak. Była jeszcze dwa lata później nieco niezborna wersja Heleny Majdaniec. A piszę o tym wszystkim dlatego, że czasem „Wakacje z deszczem” przyzywają mnie i wciągają w krajobraz, który mógłbym nazwać domem, a którego bezbłędną emanację stworzyła Jakubczak — na pustą plażę w wietrzy pochmurny dzień późną wiosną albo wczesnym latem, gdy na przekór całemu światu jestem zupełnie sam i czuję się z tym najlepiej. Wszystko jest tak, jak być powinno. Ja, morze, piasek, wiatr i deszcz. I tamtego wieczora „Wakacje z deszczem” przyzwały mnie i wciągnęły w muzykę Jakubczak po długiej rozłące.

Niegdyś podczas słuchania płyty meloman, czy leżąc na sofie, czy przechadzając się po pokoju z rękoma założonymi za głową, oddawał się przede wszystkim przyjemności obcowania z muzyką. Czasem sięgnął po obwolutę, by przejrzeć tytuły i otaczające je nazwiska twórców. Bywało, że wydawca napisał od siebie o artyście kilka linijek wprowadzenia, ale trudno było tę jedną stronę w części jedynie zapisaną, studiować ponad muzyką, której towarzyszyła. Dziś, znak czasu, słuchacz, nawet miłośnik starych płyt, zwykle musi czymś zająć ręce i głowę — inaczej ta z całą pewnością eksploduje pozostawiona sama sobie! Dobiera się więc nasz współczesny meloman do telefonu i zaczyna dochodzenie — co, gdzie, jak, kiedy, po co i dlaczego. Tak było i tamtego wieczora. Gdy tylko dobiegły końca „Wakacje z deszczem”, Ludmiła rozpoczęła „Dwie szklaneczki wina” — jeden z tych utworów, które z niejasnych przyczyn nigdy nie doczekały się premiery na czarnym krążku. Najsubtelniejszy z subtelnych — wokalnie, tekstowo, aranżacyjnie z każdym odegraniem odtwarzający czarującą scenę miłosną z dwójką zakochanych spacerujących po starej Warszawie dojrzałą wiosną. Klimat tamtego spotkania jest tak niezobowiązujący, niewinny i szczery jak spowita kameralną jazzową mgiełką interpretacja Ludmiły. Para to milczy, to z tego milczenia wybucha radosnym śmiechem, błądząc między kinem, kawiarnią a straganem, ofiaruje sobie tego wieczora cały przestwór czasu. To prezent od serca, bez większego znaczenia, od nich samych dla siebie nawzajem, bez analizowania sytuacji, bez ekwiwalentnej wymiany, bez spoglądania na zegarek, jakby ten wieczór, ta wiosna, ta młodość i ta miłość miały się nigdy nie skończyć. Tak śpiewała o tym Ludmiła Jakubczak, a ja tę piosenkę w tym wykonaniu znam właściwie, od kiedy pamiętam. A wszystko dlatego, że w 1997 roku po przedwczesnej śmierci Agnieszki Osieckiej, znalazła się na wydanej przez Polskie Radio piosenkowej antologii poetki Pięć oceanów.

Tamtego wieczoru jednak „Dwie szklaneczki wina” zagrało dla mnie Spotify w doskonale znanej mi od wielu lat wersji lecz ze zgoła innym nazwiskiem wpisanym w polu „Artysta”. Należało ono do innej ówczesnej pieśniarki, nieporównywalnie, jak mi się przynajmniej wydawało, mniej popularnej niż Jakubczak — Dany Lerskiej. „Słyszałem coś Lerskiej, na pewno” — pomyślałem i natychmiast zacząłem przeglądać wirtualne katalogi nagrań. „Jestem, po prostu jestem” ze słowami Młynarskiego — znalazłem. Nie zasłuchiwałem się nigdy w tym utworze, kojarzyłem tylko tytuł, ale w tamtej chwili, zbity z tropu, od razu włączyłem. „Brzmi całkiem podobnie do Jakubczak” — mimowolnie pomyślałem po pierwszym refrenie — „mniej figlarnie, ale całkiem podobnie”. Przesłuchałem więc kolejnych kilka razy, na zmianę z „Dwiema szklaneczkami wina” i sam zacząłem wątpić. Nie tylko w archiwalia Polskiego Radia, w fundament mojego muzycznego wychowania. W ciągu chwili rzecz do tej pory niepodważalna — oto „Dwie szklaneczki wina” śpiewa Ludmiła Jakubczak — stała się cokolwiek podejrzana, z każdym pogłębionym odsłuchem bardziej wątpliwa. Jakubczak śpiewała głoskę eł w charakterystyczny dla kresów i starej polskiej szkoły teatralnej sposób — z tego powodu mój przyjaciel Kuba w czasach studenckich, zawsze gdy włączyłem Jakubczak lub można było do niej nawiązać, artykułował z przekąsem „Ludmiła!”. W „Szklaneczkach” jednak tego eł nie mogłem wysłyszeć, jakby rzeczywiście to jakiś inny głos, być może należący do owej Lerskiej, miał w rzeczywistości wykonywać to nagranie.

Zajrzałem najpierw do mojego źródła, tego, które dotąd było jak skała. Tam jednak nie znalazłem żadnej szczególnej wskazówki — wykonanie: Ludmiła Jakubczak, muzyka: Jerzy Abratowski — rok miał być 1961, nie mógł być zresztą niestety dla Ludmiły ani trochę późniejszy. Zacząłem więc przeglądać pobieżnie chronologię Osieckiej i zastanawiać się, jako że wszystkie pozostałe utwory Pięciu oceanów datowano później, czy to dla niej aby jako dla poetki niezbyt wcześnie. Tak naturalnie zawsze przychodziło mi słuchanie Jakubczak, że zupełnie umknęło mi przez te wszystkie lata, że jej towarzystwo na płycie, zgodnie z deklaracją wydawcy, było co najmniej o kilka lat starsze. 1961 rok to strasznie dawno. Osiecka miała wtedy 25 lat, nadal studiowała reżyserię. Radiowe Studio Piosenki miało rozpocząć swoją działalność dopiero dwa lata później. Nie czytałem nigdy o Osieckiej, a przynajmniej nie na tyle dużo, żeby móc jednoznacznie zdecydować. Zwątpienie się pogłębiło, gdy odkryłem, że według niektórych źródeł tekst napisała nie Osiecka, a Jacek Korczakowski, który także współpracował z Jakubczak i Abratowskim — był autorem kultowego „Szeptem” coverowanego po wielekroć, także współcześnie.

Ludmiła Jakubczak

Ludmiła Jakubczak


I tak oto w katalogu polskich nagrań gramofonowych „Dwie szklaneczki wina” wpisano podwójnie — raz jako utwór współdzielony przez dwie wykonawczynie: Ludmiłę Jakubczak i Kalinę Jędrusik (rzeczywiście, była wersja Jędrusik, nagrana w 1966 roku, znałem ją i odnalazłem zresztą od razu), gdzie autorką tekstu miała być Osiecka; drugi — przypisany Danie Lerskiej z wspomnianym Korczakowskim w roli tekściarza. Po kilkudziesięciu minutach gorączkowego prywatnego śledztwa w tej ważnej sprawie natury jak najbardziej osobistej (podczas którego wciąż w tle na zmianę towarzyszyły mi Jakubczak i Lerska, a może tylko jedna z nich…) dokopałem się do sedna — otóż „Dwie szklaneczki wina” w wykonaniu Dany Lerskiej Polskie Nagrania wydały na siedmiocalowej epce, tzw. czwórce w 1965 roku. pod numerem katalogowym N0367. Zamarłem.

Wykonanie Jakubczak odgrzebano dopiero po latach gdzieś w archiwaliach. I być może ktoś, kto w tym archiwaliach grzebał, wypiwszy o dwie szklaneczki wina za dużo pomylił się, nieświadomie drwiąc sobie ze mnie potwornie, i zamienił Lerską na Jakubczak. Tym samym błąd poszedł w świat, rozprzestrzeniając się odtąd bez żadnej kontroli czy weryfikacji źródeł. W dobie fejk niusów to scenariusz najzupełniej prawdopodobny. Wydana w latach 60. płyta gramofonowa musiała stanowić niezbity dowód — winy pracownika archiwów Polskiego Radia — pomyślałem. Moje wstępne poszukiwania nie przyniosły oczekiwań. Na Spotify, na Youtubie, wszędzie jedną i tę samą wersję znaną mi doskonale od dziecka podpisywano to nazwiskiem Jakubczak, to Lerskiej. Ale mogła śpiewać ją tylko jedna z nich. Nie mogły nagrać obie dwóch identycznych wykonań w identycznym aranżu, a tekst napisać musiał jeden człowiek — Osiecka lub Korczakowski. Przełknąłem ślinę i kupiłem na Allegro jedyny dostępny w tej chwili egzemplarz siedmiocalowego singla, w stanie bardzo dobrym, jak na swoje lata, co znaczyło tylko tyle, że miałem niczego sobie po nim nie obiecywać. Tak zrobiłem.

W zasadzie zapomniałem o sprawie na kilka dni, ale gdy już odebrałem płytę, emocje powróciły. Zanim położyłem płytę na talerzu gramofonu, dokładnie przestudiowałem etykietę, która z grubsza potwierdzała to, co udało mi się znaleźć wcześniej w sieci. Postanowiłem jednak, zgodnie z kolejnością piosenek na krążku, przesłuchać najpierw pozostałe utwory, by jeszcze na tym obcym gruncie, upewnić się, jak się sprawy mają. I już wtedy zacząłem oddychać jakby lżej, bo choć nie mogłem jeszcze mieć pewności, to grunt okazał się obcy na wskroś. Niespodziewanie bigbitowym aranżom, ówcześnie niewątpliwie na czasie, nie udaje się przykryć pewnej staropanieńskiej maniery wokalnej Lerskiej, która pozycjonuje ją niewątpliwie bliżej Santor niż Jakubczak. To muzyka lekka, łatwa i przyjemna, w sensie w jakim nigdy nie użyłbym tego określenia do opisania tej części muzyki Jakubczak, którą rzeczywiście cenię.

Wreszcie, gdy przyszła kolej na „Dwie szklaneczki wina”, już pierwsze sekundy przyniosły mi ulgę. To zupełnie inna piosenka. Ta sama, ale inna. Zaaranżowana ładnie na wibrafon, też po jazzowemu, zaśpiewana lekko, ale bez tamtego chwytającego za serce uroku i zupełnie innym głosem — większym, ale tej wielkości nadużywającym. „Biedny anonimowy archiwisto Poskiego Radia oczerniony przeze mnie niesłusznie” — pomyślałem do siebie zupełnie uradowany. I zastanowiłem się, jak też nie przeszło mi przez myśl, że ktoś w Polskich Nagraniach pół wieku demu mógł nie zadecydować, by to „Dwie szklaneczki wina” w wersji Ludmiły Jakubczak trafiły na czarną płytę. Za bardzo zakochany byłem w tym wykonaniu, by móc, bez twardych dowodów dopuścić myśl, że to nie tę piosenkę znajdę na czwórce Lerskiej. Tymczasem rzeczywistość, mimo pewnej niewypowiedzianej ulgi, okazała się rozczarowująco przewidywalna. Bo fejk niusy rozsiewa współcześnie na Spotify Warner Music, obecny właściciel katalogu Polskich Nagrań, a jedynego wydania na czarnej płycie doczekała się wersja piosenki, która nieszczególnie tego wydania się domagała. I choć to nie tak, jakby się chciało, to na szczęście jedynie w jakiejś części. Tym samym tajemnica, z którą zresztą was zostawię, ogranicza się do pytania, kto napisał słowa tej piosenki — Osiecka czy Korczakowski. Niewątpliwie mamy tu więc o „Dwie szklaneczki wina” za dużo i przyznam, że od tego nadmiaru, wbrew przysłowiu, w pewnym momencie odrobinę i mnie rozbolała głowa. Ku ukojeniu polecam plejlistę ładnych piosenek Ludmiły Jakubczak.

Opublikowano

Stoicyzm a codzienny dobrostan

Jak zwykle w połowie października Modern Stoicism organizuje rozpisane na tydzień webinarium pozwalające poznać w teorii i praktyce postawy stoickie, a my już po raz czwarty opowiadamy o tym na antenie radiowej. W tym roku motywem przewodnim tygodnia stoickiego jest wellbeing, czyli dobrostan rozumiany jako życie w zgodzie z naturą własną i wszechświata. A jako że stoicy zawsze starają się podchodzić do ważnych dla nich kwestii holistycznie, wyróżnili w przededniu webinarium pięć aspektów dobrostanu — społeczny (życie w harmonii z innymi), emocjonalny (kontrola emocji w trudnych sytuacjach), intelektualny (dążenie do pełnego wykorzystania swojego potencjału), fizyczny (zdrowy tryb życia) i duchowy (poszukiwanie celu). Twórcy zachęcają, że nawet jeśli uczestnicy nie będą podzielać postaw stoickich w pełnym zakresie, w dalszym ciągu ich dobrostan (taki, jak się go postrzega poza stoicyzmem) z pewnością się poprawi, dzięki świadomemu wejrzeniu w siebie, czy to podczas medytacji, czy przy pomocy codziennego monitoringu swoich postaw, zachowań i emocji.

Każdy dzień tygodnia stoickiego ma trzy główne ćwiczenia — poranne, popołudniowe i wieczorne, zajmujące zwykle od kilku do kilkunastu minut. Pierwszego i ostatniego dnia wypełniamy ankietę dotyczącą naszego sposobu widzenia świata i deklarowanego poziomu szczęśliwości z życia, aby móc na chłodno sprawdzić, czy stoicyzm wniósł do naszego życia coś dobrego. Kurs jest w języku angielskim, zupełnie za darmo, a rozpoczyna się 18 października. Więcej w audycji i na modernstoicism.com.

Trzy wcześniejsze audycje także dostępne są do odsłuchu:
Stoicyzm I: Wprowadzenie do stoicyzmu
Stoicyzm II: Dbaj o siebie, o innych i o środowisko
Stoicyzm III: Stoicyzm w czasie pandemii