Opublikowano

Nie ma powrotu

Nie ma powrotu

Thomas Wolfe, „Nie ma powrotu”, wyd. Czytelnik, 1959


Thomasa Wolfe’a poznałem przez Damiena Jurado, który przyznał mu rację w jednym z pierwszych wersów dedykowanej mu piosenki „Dear Thomas Wolfe”. Od tego czasu nazwisko to wracało do mnie mimochodem i niezobowiązująco, odczuwalnie jednak zaznaczając swoją obecność gdzieś nieopodal. Mimo braku dostępności literatury Wolfe’a w Polsce (jedyne wydania jego utworów ukazały się na przełomie lat 50. i 60.), wreszcie zdecydowałem się na wielkogabarytowy zakup antykwaryczny i w sam raz na nowy rok listonosz przytaszczył mi podarunek w postaci kopii „Nie ma powrotu”. Musiało jednak nastać lato, abym uczciwie mógł pogrążyć się w lekturze, i jesień, abym mógł tę lekturę zakończyć. W międzyczasie potrzebowałem miesiąca przerwy, która sfermentowała resztki mojej kruszejącej wówczas irytacji w zrozumienie i doznanie.

Mówi się, że początki bywają trudne, ale ten konkretny początek rzucił cień na swój przedmiot na tyle ciemny i długi, że niemalże lekturę przerwałem. Miałem poczucie, że Thomas Wolfe mnie wołał, skoro więc tego głosu posłuchałem, dlaczego miałby nie oczarować mnie od pierwszej strony — myślałem butnie. Byłem w swoim usposobieniu trochę jak główny bohater Wolfe’a na początku powieści, który rozgorączkowany zdążaniem do własnego celu, traci z oczu szerszy kontekst. Owy bohater, George Webber, jest przynajmniej w znacznej części wzorowanym na samym Wolfie początkującym pisarzem, który spędziwszy lata swojego dzieciństwa i dojrzewania w Libya Hill, niewielkim miasteczku na południu Stanów Zjednoczonych, popędzany intelektualną i społeczną ambicją wyjeżdża do Nowego Jorku, by zostać pisarzem. Poznajemy go na etapie, gdy jego pierwsza powieść jest już niemal ukończona, a on sam świeżo powrócił z Europy i próbuje na nowo odnaleźć się w Ameryce, dając wyraz swojej niezaspokojonej ambicji. Wolfe opisuje codzienność młodego pisarza, poświęcając wiele uwagi jego otoczeniu i rozmaitym czynnikom, które mogły (ale wcale nie musiały, bo powiązania te nie są zaznaczone wyraźnie) kształtować jego światopogląd.

Niestety proza Wolfe’a z początku wydała mi się staroświecka, niewspółmiernie rozwlekła, irytująco mało koherentna. Wolfe przedstawiał swoich bohaterów nieśpiesznie, z lubością poświęcając kolejne strony detalom, które ku rozpaczy czytelnika bardzo często były jedynie wyrazem swoistego fetyszu autora. Pod tym względem można nazwać „Nie ma powrotu” antykryminałem, bo jeśli Wolfe wprowadziłby w akcję utworu rewolwer, zrobiłby to obszernie na kilku stronach, opisując najpierw jego zdobną rękojeść, dalej osobę jego właściciela, a skończyłby ogólną refleksją na temat broni palnej w Ameryce z punktu widzenia tamtejszego społeczeństwa, mieszając w to oczywiście swojego głównego bohatera. Jeśli jednak jakimś cudem rewolwer ten wystrzeliłby, to z pewnością nie w tej powieści. Długie opisy Wolfe dzielił w sposób niezbyt spójny z fabularną stroną tekstu swoimi własnymi spostrzeżeniami — w dużej mierze niezbyt subtelnymi moralitetami wynikającymi z postępującego rozczarowania pisarza amerykańskim kapitalizmem pogłębionego świeżym wciąż w jego pamięci wielkim kryzysem, który w niespotykanej dotąd skali dotknął cały kraj — od Nowego Jorku po Libya Hill.

Trudno mi jednoznacznie ocenić, na ile to ja przekonałem się z czasem do sposobu, w jaki Wolfe traktuje materię swoich rozważań, a na ile to on jako autor w trakcie tworzenia „Nie ma powrotu” ewoluował wraz ze swoim bohaterem — mam wrażenie, że oba te zjawiska zaistniały w jakiejś proporcji. Zanim jeszcze przerwałem lekturę na miesiąc (dosłownie, lżejszymi, pozycjami urlopowymi), akcja zagęściła się. Bohater Wolfe’a wydał swoją książkę, w której szeroko rozpisywał się o obyczajach w Libya Hill, co nie spodobało się jego mieszkańcom (a prywatnie znajomym pisarza), a Amerykę dotknął, wspomniany już, wielki kryzys. Wolfe w swoich obserwacjach stał się bardziej przenikliwy i uniwersalny — coraz śmielej i częściej dotykał natury człowieka, i coraz bardziej przeplatał swoje własne stanowiska (jako narratora) z tym, co czuł i myślał jego bohater. Wszystko coraz bardziej składało się w całość. George Webber uczył się na własnych błędach, podejmował odważne decyzje osobiste i zawodowe, podążał za swoim wewnętrznym głosem, dążył do realizacji swoich ambicji i wkrótce zaczął pracować nad drugą książką. Wolfe wysłał go nawet do nazistowskich Niemiec w przededniu drugiej wojny światowej, co stało się jednym z formujących go doświadczeń.

I zarówno ta odarta z beztroski i złudzeń wizyta w Niemczech, jak i pokłosie wydanej przez niego powieści, ale tak naprawdę wszystkie te codzienne rzeczy, które z taką pasją opisywał Wolfe można z powodzeniem odnieść do tytułu powieści. Wszystko to, rzeczy czasem w danej chwili śmiertelnie ważne, czasem zupełnie trywialne, musiało przeminąć i nie ma powrotu. Dochodzenie do własnej zgody na to jest często procesem żałobnym rozłożonym na długie lata. Historia George’a to wciągająca kanwa dla uniwersalnych rozważań Wolfe’a — bardziej chyba z pogranicza socjologii i psychologii, aniżeli filozofii, ale właśnie to poszukiwanie jednostkowego zrozumienia dla natury rzeczy wydaje się sercem „Nie ma powrotu”.

Nie ma powrotu

Opublikowano

Szybko wolno wszystko nic

Deszcz, Paryż

Kiyoshi Saitō, Deszcz, Paryż (1960); niereprezentatywny wycinek świetnego drzeworytu, w pełnej krasie tutaj


Wszystko dobrze. Jestem zdrowy. Nic w zasadzie się nie dzieje. A przynajmniej nic szczególnego. Ale w tym właśnie nieszczególnym czasie nie przestaje dziać się wszystko. Nic szczególnego to w rzeczywistości powódź szczegółów. Bez większego znaczenia. Ta znaczeniowa oboczność, być może nawet oślizgłość, to tak naprawdę całe moje życie. Bez większego znaczenia. Wszystko dobrze. Jestem zdrowy. Nic się nie dzieje. A tymczasem ciągle pędzę na złamanie karku. Bywa, że bez celu, z przyzwyczajenia. Częściej niż fizycznie — metaforycznie w strefie krzesło – biurko – laptop. Bohatersko przedzieram się przez niekończącą się listę prozaicznych zadań. Pranie, obiad, toaleta, ćwiczenia, śmieci, zakupy, zamiatanie, podlewanie, płyta, serial, twitter, facebook, instagram, telefon, mejl, telefon, mejl, telefon, mejl. Maraton przez dziesiątki mejli i telefonów.

Pomiędzy nimi chaotyczne próby nadania temu choćby odrobiny poetyki. Joni Mitchell, Drake, Young Leosia, Sufjan Stevens, Sheena Ringo, Makaya McCraven. Wyciszane, podgłaszane, zatrzymywane, wznawiane. Chciałem tego posłuchać, a przeleciało — kolejkuję jeszcze raz. Szpagat, mostek, skłon do lewej nogi, wyprost, walka z cieniem. Chaos. Pal licho już ta poetyka! Na ile poszukiwanie czegoś jakby istotniejszego na oślep w tej zadaniowej brei może się jakkolwiek udać? Ale co by mogło i kiedy, skoro zamknięta całość to ten desperacki multitasking w obliczu chronicznego przebodźcowania, wywracania listy priorytetów do góry nogami, i znowu, przewracania jej z boku na bok, upraszczania, uszczegóławiania, wymazywania, dopisywania, zapominania i przypominania sobie.

A jeszcze nawet nie omiotły nas wzrokiem dzisiejsze nagłówki, jeszcze się im nie pokazaliśmy naszym kompulsywnym klikaniem w kolejne artykuły o wszystkim bez końca. O złych rzeczach, o złych rzeczach, o złych rzeczach, o próbach zmiany na lepsze, o złych rzeczach, o złych rzeczach, o złych rzeczach. O rzeczach niepotrzebnych, nieważnych, bezsensownych, absorbujących ponad miarę, pozwalających zatopić się w nich, topiących nasze poczucie czasu i obowiązku, sprawiających, że nasze w zasadzie nic staje się cokolwiek bliższe prawdy. Pęczniejmy od tej nicości. Mdli nas od planów na dzisiaj, na jutro i na pojutrze, gdzie rządzą facebook, twitter i instagram. Telefon i mejl. Pranie, obiad, toaleta, ćwiczenia, śmieci, zakupy.

A gdy wreszcie się widzimy za pół pandemii (o wpół pandemii), nie mamy sobie w gruncie rzeczy nic do powiedzenia. Mówimy: a nic. Wszystko dobrze. Jestem zdrowy. Nic w zasadzie się nie dzieje. A przynajmniej nic szczególnego. Tacy jesteśmy wiecznie zajęci, a jak przychodzi co do czego, nie do końca wiemy czym. Dni mijają jeden za drugim. Mniej lub bardziej skrupulatnie realizujemy zadania z wiecznie niezadowolonej z nas listy, która nigdy się nie kończy. Nic szczególnego nas postarza. Nic szczególnego to całe nasze życie. Jestem zdrowy, czyli mam jeszcze czas, żeby spróbować odnaleźć jakiś sens. Wszystko dobrze to eufemizm.

Czy gdybym wyszedł po prostu — bez pośpiechu i bez celu, mimochodem dotknął, przechodząc, starego kamiennego muru porośniętego mchem, a po powrocie wyjął z kaptura liść, o którym nie wiedziałbym, jak i dlaczego się tam znalazł. Czy to przybliżyłoby mnie do jakiegoś sensu? Czy sprawiłoby, że uznałbym, że wreszcie zdarzyło się coś, co warto oddzielić w pamięci od codziennej smoły? Czy naraziłbym się na śmieszność? Czy to tylko ta smoła trzyma nas w ryzach? Czy ten rozsądek, który nas prowadzi, pozycjonuje nas w oczach współpracowników, rodziny, znajomych na godnych miejscach w hierarchii społecznej, czy on nas jednocześnie nie krępuje, nie ogłupia, czy nie uczymy się przez niego, jak przestać czuć i żyć, jeszcze zanim faktycznie umrzemy? Czy ten liść rzeczywiście nic nie znaczył?

Opublikowano

Jesienne beachboysowanie

Beach Boysi czy The Beach Boys®

Ze „Smiley Smile” zawsze najbardziej lubiłem okładkę i tu pożyczam ją jako całkiem adekwatnie jesienne tło


Gdy zacząłem pracę w radiu, szybko dostałem komentarz zwrotny, żeby nie mówić „Beach Boysów”, zostać przy nieodmiennej wersji „The Beach Boys”, bo ta pierwsza brzmi dziwnie, niechlujnie, nawet wulgarnie. Trzymałem się więc tej zasady dopóty, dopóki musiałem, a do teraz przezimowała ona w czeluściach mnie i co jakiś czas usiłuje związać mi ręce albo usta. Gdy jednak myślę dziś o tej estetyzacji anturażu grupy, procesie oderwanej od sedna sprawy pocztówkofikacji, widzę pewną paralelę między pocztówkową niewyczerpywalną franczyzą a literkami układającymi się w idealnie pałające plażową energią logo The Beach Boys®. Nie powiem, jako nastolatek lubiłem ten doskonale wyglazurowany produkt. Ale myślę, że prawdziwi Beach Boysi, choć dystrybuowani przez tę samą niemającą ani wyrzutów, ani dosyć franczyzę, to jednak te niekompletne fragmenty z sesji nagraniowych, odrzuty rozpoczynające się od komendy faceta z reżyserki, że już można, przerwane wpół pozbawione masteringu wokalne pasaże.

W piątek przymuszony zmienionym prawem autorskim w USA Capitol Records opublikował kolejny boksset-klucz do antologii grupy. Tym razem upubliczniono 133 utworów z sesji nagraniowych z lat 1969-1971 do płyt „Sunflower” i „Surf’s Up”, które wówczas sprzedały się bardzo tak sobie, a single nie trafiły na listy przebojów, ale dzisiaj dla odmiany uznaje się je za drugi złoty okres działalności zespołu (po pierwszym przypadającym na 1966-1967, czyli „Pet Sounds” i „Smile”). Na płytach umieszczono nowe remastery oryginalnych krążków (które, jak narzekają fani, za bardzo syczą, a nawet ponoć sprawiają fizyczny ból), nagrania na żywo z tego okresu, bebechy, czyli wersje instrumentalne, a cappella, alternatywne miksy, wersje demo, fragmenty sesji nagraniowych oraz garść niepublikowanych oficjalnie nowych utworów na tyle pokaźną, że wypełnić mogłaby swoją własną składankę — może odrobinę uczciwszą, jeśli chodzi o dobór utworów niż chociażby sprzedawane po sto euro limitowane wydanie winylowe tego wydawnictwa (którego nie kupię, bo trzeba się jakkolwiek szanować, nawet jeśli uprawia się daleko idące beachboysowanie — jak ja).

Nie chodzi tu jednak o żadną walkę prawdy z nieprawdą, uczuć z kapitalizmem czy sztuki z popkulturą. Ludzie lubią to tak przedstawiać przy rozmaitych okazjach i dramatycznie antagonizować — wtedy wydaje im się, że bardziej gdzieś stoją, a przez to są bardziej jacyś, ale rzeczywistość jest nieco bardziej zniuansowana. I pomiędzy Beach Boysami a The Beach Boys® jest jakieś zupełnie namacalne doświadczenie, które w opozycji do kiczowatego summer dreama, którego The Beach Boys® próbują nam od ponad pół wieku sprzedać (i czasem im się udaje, no bo hej), nazwałem tyle roboczo, co swojsko jesiennym beachboysowaniem. A to dlatego, że późne lato budzi we mnie uczucia, które w innych okolicznościach przyrody pozostają uśpione. Gdy dni stają się chłodniejsze i krótsze, zachody słońca haratają serca, we mnie rodzi się poczucie straty, którego szkoda byłoby nie wykorzystać. To zupełnie znany schemat, mam tak od dziecka. Nie żebym, gdyby mi się to lato znowu przytrafiło, zebrał się w sobie i zrobił z niego lepszy użytek. Alergie i upały w lipcowe dni robią ze mnie wrak człowieka niezdolny do opuszczenia klimatyzowanej klitki. Mimo tego ochoczo opłakuję to lato, które na moich oczach umiera, przemija, odchodzi w niebyt i więcej go nie będzie. Wtedy nawiedzają mnie wielkie patetyczne perwersje, że wiosna nigdy nie nadejdzie, że wczorajszy dzień był ostatnim słonecznym dniem w ogóle, i tym podobne brednie. W oswojeniu i przeżyciu tego stanu pozwala mi coroczne beachboysowanie, a tym razem będzie ono tym bardziej upojne, że Capitol Records zrobili mi prezent najlepszy od 2011 roku, kiedy oficjalnie po 44 latach od premiery wydano cały ten wielki boks z sesjami nagraniowymi do „Smile”.

Mój stały zestaw do beachboysowania zacząłem oczywiście zbierać od „Pet Sounds” i był taki moment, że w zupełności skupiało moją uwagę na sobie. Wkrótce odkryłem, że jesienne barwy na okładce „Holland” przekładają się na dziwacznie wczesnojesienną wymowę całości. Że cała druga strona „Surf’s Up” to rodzaj pokrętnej surferskiej elegii. Że „Carl and the Passions” tkwiące w jakimś dziwacznym country-soulowym uścisku, który nijak się ma do barokowych aranży „Pet Sounds”, jest wytrawną ucztą jesieniary. I tak każdego roku odkrywam kolejny utwór, w którym wokale brzmią jak w najlepsze dmący za oknem wiatr albo pędzący pociąg, albo odkopują jakieś nieznane sentymenty, a ja, uzależniony od dramatyzmu wczesnojesiennej żałoby, wszystko przyjmuję i w małej, ale bardzo wydajnej fabryce, gdzieś wewnątrz Kurtka przerabiam na stany emocjonalne we wszystkich barwach jesieni — od słonecznego babiego lata po październikowy zjazd w mroczne czeluści, w otoczeniu drzew nagich jak je Pan Bóg stworzył.

I tak jakoś z tego całego beachboysowania zebrałem się w sobie i stworzyłem na Spotify coś w rodzaju antologii utworów, które nie znalazły się na albumach studyjnych — pojedynczych singli, odrzutów, czasem demówek, które nie doczekały się finalnych wersji, czasem nagrań na żywo, których nie zarejestrowano w studiu, zwykle wydawanych wiele lat później. Z pewnością projekt upubliczniania archiwów grupy będzie kontynuowany i w kolejnych latach światło dzienne ujrzy sporo bootlegowanych przez fanów nagrań w oficjalnych, nierzadko zremasterowanych wersjach. Na tę chwilę wyszło mi tego ponad 130 numerów i naturalnie nie uważam, że lista jest kompletna. Jest tu sporo złota, trochę chłamu, kilka absolutnie perfekcyjnych momentów i dość dużo brudu. Słowem — gdzieś pomiędzy Beach Boysami a The Beach Boys®. Bo puenta należy do was, wiecie?

Opublikowano

Podróżny i światło księżyca

Podróżny i światło księżyca

Antal Szerb, „Podróżny i światło księżyca”, wyd. Państwowy Instytut Wydawniczy, 2017


Ta książka nadała mojemu tegorocznemu latu głębię, której nie spodziewałem się dosięgnąć. Nasyciła nią kolejne upalne dni i nastroiła na podróż, na którą, nie sądziłem, że kiedykolwiek będę miał ochotę. A stało się to dlatego, że jako czytelnik jestem trochę jak dziecko we mgle. Wybieram swoje książki impulsywnie i rzadko kiedy rozpoczynając lekturę, mam jakiekolwiek pojęcie o fabule, czy nawet o samym autorze. Tak było i tym razem.

Okazało się, że akcja powieści węgierskiego klasyka Antala Szerba, dzieje się podczas letnich wakacji we Włoszech w trakcie podróży poślubnej głównego bohatera i jego nowej żony. Podróż ta wiąże się jednak z pewnym ryzykiem, bo Włochy to dla tytułowego podróżnego kraina duchów przeszłości nie do końca jeszcze zamkniętej. Nasz bohater ma bowiem nieznośną praktycznemu mieszczańskiemu życiu cechę romantycznych zrywów ku temu, co minione, a być może, nieutracone jeszcze na zawsze. To komplikuje sytuację młodej pary w sposób, którego nie chcę przedwcześnie zdradzać. Akcja powieści dzieje się jednak, dzięki tym lunatycznym zapędom niemłodego już inżyniera, nie tylko na ziemi włoskiej, ale też w Paryżu i oczywiście w Budapeszcie.

Szerb doskonale równoważy zresztą tych kilka planów czasu i miejsca, podobnie jak doskonale udaje mu się przeplatać wewnętrzne doświadczenia bohaterów z rzeczywistą akcją. Zręcznie tasuje i rozdaje czytelnikowi także kolejne myśli przewodnie rozpostarte szeroko między chęcią ucieczki od mieszczańskiego życia a naturą człowieka w ogóle, historią religii i sztuki a ponadczasową potrzebą oswojenia śmierci, tym co materialne a tym co duchowe. Dzięki tej narracyjnej zwinności, miałem wrażenie, że jedna tylko przedstawiona tu historia zawiera w sobie kilka różnych powieści. Nie miałem jednak poczucia rozdźwięku — wręcz przeciwnie, była to przyjemna fuzja, której granice zacierała cechująca autora szlachetna erudycja, zawsze pozostająca w granicy rozsądku.

Wreszcie — to książka, która w ożywczy sposób pobudziła moją wyobraźnię, która pomimo rozległej materii, którą próbowała objąć, spełniła pierwszy i podstawowy warunek doskonałej letniej lektury — wykreowała fascynującą historię pełną wyrazistych postaci, a wraz z nimi żywe obrazy i uczucia. W moim spektrum literackim najbliżej chyba gawędziarzowi-erudycie Szerbowi do gawędziarza-erudyty Kundery, ale to tylko nieśmiały trop. Resztę moich obrazków, muzycznych, filmowych, czasem dalekich, może irracjonalnych, zatrzymam jednak dla siebie. Sięgnijcie sami po „Podróżnego i światło księżyca” — z pewnością odnajdziecie wiele własnych, tym zresztą cenniejszych!

Podróżny i światło księżyca

Opublikowano

もう一度シティーポップの世界へ ‧ Selekcja Citypopowa

もう一度シティーポップの世界へ ‧ Selekcja City Popu

Kolejna wycieczka w głąb popowych rozkoszy muzyki japońskiej

Mam cały folder na Spotify poświęcony tylko muzyce japońskiej i już od dawna nosiłem się, żeby dołączyć do niego wakacyjną selekcję city popowych singielków z lat 80. Kiedyś bardziej sympatyzowałem z 90sowym Shibuya-kei, później zakochałem się w motorycznym techno kayō (tu nie ma linka, bo ostatecznie nigdy nie wrzuciłem swojej trzygodzinnej bardzo pieczołowicie wyselekcjonowanej składanki na żadne streamy, a biblioteka Spotify w tym kontekście okazała się kpiną), ale ostatecznie uległem magii słonecznego j-popu na funkowo-soulowo-jazzowo-aorowym (w zależności od wykonawcy i nagrania) fundamencie. City pop musiał mnie zdobyć, to była wyłącznie kwestia czasu.

Wiecie, dla mnie odkrywanie nowych muzycznych bytów, całych muzycznych rzeczywistości to jedna z najlepszych rzeczy w życiu! W szczególności te momenty, gdy słucha się z wypiekami na twarzy kolejnych nieznanych wcześniej nagrań i płyt, gdy drzwi dopiero się uchylają, nie są już zamknięte, ale jeszcze nie otwarte na oścież. Ten ulotny moment pierwszej fascynacji, który musi w końcu ustąpić spowszednieniu i zatopić się w codzienności i rutynie. Dlatego najbardziej lubię te ze swoich plejlist, które także i dla mnie są na wpół uchylonymi drzwiami — rzeczy znane zestawiam kreatywnie z zupełnie dla mnie nowymi o podobnym potencjale. Wtedy mam poczucie, że mam teraz czego słuchać. Choć akurat ta citypopowa selekcja jest totalnie uniwersalna. To taki kawałek nieco oldschoolowego słoneczka z japońskim twistem.

Inne moje japońskie selekcje muzyczne:
渋谷系 ‧ Shibuya-kei
椎名林檎 ‧ Sheena Ringo
環境音楽 ‧ Kankyō Ongaku
邦楽 ‧ Hōgaku: japońska muzyka tradycyjna

Opublikowano

Śmierć w Wenecji

Cukry

Thomas Mann, „Śmierć w Wenecji”, wyd. Wydawnictwo Dolnośląskie, 1996


Kiedy zacząłem przedzierać się przez kwieciste opisy sytuacji (głównie wewnętrznej) bohatera „Śmierci w Wenecji”, pomyślałem, że nienawidziłbym tej książki, chociaż jest względnie niezbyt obszerna, gdyby mi ją dano na lekturę w liceum czy na studiach. Pomyślałem też, że pewnie są takie osoby, które po klasyczek Manna sięgnęły z jakiegoś bardzo konkretnego, pragmatycznego powodu. Mój egzemplarz biblioteczny był zresztą konsekwentnie od pierwszych do ostatnich stron pozakreślany ołówkiem. Nie były to jednak w żadnym wypadku fragmenty z mojej perspektywy warte zakreślenia — zakreślaniu towarzyszył plan, którego w pełni nie udało mi się rozpoznać. Zawierały się w nim jednak te najbardziej kwieciste z bardzo wielu bardzo kwiecistych opisów. Jak gdyby zakreślający musiał ze szczegółami zreferować strukturę języka Manna. Ucieszyłem się, że nie jestem zakreślającym i postanowiłem do „Śmierci w Wenecji” podejść w sposób możliwie najbardziej beztroski.

I to chyba okazała się słuszna strategia, bo „Śmierć” mogła łatwo zacząć mi się dłużyć. Akcję utworu można opisać prosto jednym zdaniem — oto powszechnie szanowany austriacki pisarz nobliwego już wieku postanawia udać się na letni wypoczynek do Wenecji, gdzie spotyka polskiego młodzieńca, dla którego traci głowę. Biorąc pod uwagę, że główne postaci tej historii miłosnej nie zamieniają ze sobą nawet jednego słowa, nie można się więc dziwić, że strony książki wypełniają głównie opisy sytuacji zewnętrznej dusznej Wenecji i towarzyszących im przeżyć wewnętrznych literata. Te meandrują od spraw związanych z literaturą i podejścia do życia, przez obserwacje otoczenia, aż po, jakże by inaczej, uczucia względem poznanego młodzieńca. Biorąc pod uwagę, że chłopak opisywany jest jako wkraczający w okres dojrzewania czternastolatek, jest w tym wszystkim coś, co musi niepokoić, ale poza dość zręcznie i naokoło nakreślonym przez Manna kontekstem erotycznym tej znajomości, historia ma wymiar bardziej uniwersalny. Sam wyjazd pisarza do Wenecji był bowiem próbą wydostania się ze swojej coraz bardziej uświadamianej sobie starości i zachwyt nad tym, co niemożliwe, bliskie i dalekie zarazem — doskonałością młodości był tamtego zewu naturalną konsekwencją. Pisarz, co też istotne, sam nie chce się sztucznie odmładzać, a jego relacja z chłopcem ma charakter czysto platoniczny.

Do tego miejsca mój opis fabuły jest właściwie co do joty także wiernym odzwierciedleniem „Zakazanych kolorów” Yukio Mishimy, który cztery dekady później śmiało rozszerzył opowiadanie Manna do pełno-formatowej powieści wypełnionej intrygami i szczegółami gejowskiego życia nocnego w ówczesnej Japonii. W momencie, gdy opisywałem tamtą książkę jako mariaż „Niebezpiecznych związków” i „Śmierci w Wenecji” nie byłem świadom, jak wiele oba utwory mają ze sobą wspólnego. Łączy je nie tylko motyw umiłowania piękna młodzieńca przez uznanego literata, ale też słuszne przeczucie zbliżającej się nieuchronnie śmierci. I u Mishimy, i u Manna śmierć stanowi naturalną przeciwwagę dla piękna. Mann wieńczy zresztą swój utwór kilkustronicowym opisem sennej majaki — pogańskiego obrzędu, w którym miłość i śmierć mieszają się ze sobą. To dość zabawne o tyle, że dosłownie rok po premierze książki, w 1913 roku zadebiutował balet Igora Strawińskiego „Święto wiosny”, który w swojej wymowie zdaje się uderzać w tę samą ekspresję, którą wyraził w swym opisie Mann. Przynajmniej w mojej głowie oba obrazy naturalnie nałożyły się na siebie. Co ciekawe postać pisarza Mann wzorował ponoć na sylwetce innego kompozytora — Gustava Mahlera. Opowieść Manna miała zresztą wątek autobiograficzny oparty na wakacjach pisarza w Lido latem 1911 roku.

Dodam jeszcze tylko, że kunsztu poetycznych opisów Manna dopilnował w polskim tłumaczeniu Leopold Staff, co wplata w ten i tak fascynujący intertekstualny splot kolejne włókienko.

Cukry

Opublikowano

Cukry

Cukry

Dorota Kotas, „Cukry”, wyd. Cyranka, 2021


To nie jest blog literacki, chociaż czasem lubię trochę poudawać, że jest. Chociaż na ćwierć etatu. Wtedy zyskuje jakieś jasne przeznaczenie i można na niego zajrzeć po coś. Mimo wszystko, Doroto Kotas, jeśli tu zabłądzisz, wiedz, że sekretnie się z Tobą zaprzyjaźniłem przez te „Cukry” i postaram się napisać same miłe rzeczy, żeby dać temu wyraz. Dobrze się zresztą składa, bo po lekturze sam mam taką potrzebę — wysłania dobrej energii i rozumienia wszystkiego, o czym dotychczas nie miałem pojęcia, a co jest ważne dla innych ludzi.

Nigdy nie myślałem o sobie jako o potencjalnej osobie w spektrum, choć od dzieciństwa zauważałem, że nie jestem może do końca typowy. Moja matka wiele z tych cech zresztą wyciągała na wierzch, czasem z dumą, że ona też tak ma, czasem z grymasem, że to po ojcu mojego ojca, o którym zawsze mówiła eufemistycznie, że był dziwny. I że mój ojciec też bywa dziwny po nim i że ona z tym walczy. I żebym ja taki nie był. I tak wychowywałem się w przekonaniu, że to jaki jestem, jest wynikiem jakiejś genetycznej loterii. Że bardziej jestem z kogoś niż sam sobie. W tym wszystkie te małe dziwactwa. Że nie przepadam za ludźmi w dużym natężeniu, ale nie mogę bez nich żyć. Albo że lubię małe codzienne przygody, ale paraliżują mnie sytuacje, na które jestem nieprzygotowany psychicznie, czyli faktyczne przygody — zmiany, przeprowadzki, nowe początki. Że niby lubię chodzić na koncerty, ale po kilkunastu minutach, niezależnie od tego, co dzieje się na scenie, wyczekuję momentu, kiedy to się skończy i jest to zawsze myśl uporczywa, dojmująca i niedająca się niemal niczym przysłonić. I wreszcie, tak samo jak Dorota Kotas, mam swoje ulubione sztućce i najbardziej w perspektywie zamieszkania samemu cieszę się na to, że zabiorę ze sobą tylko te i nie będę musiał się przejmować, że znowu leżą porzucone brudne w zlewie przez kogoś, kto nie ma pojęcia, że tak się nie traktuje czyichś ulubionych sztućców — a wierzcie, nie ma na to rady, żeby dało się to wytłumaczyć. I może to za mało na spektrum, może w sam raz, może jest jeszcze masa innych rzeczy, z których nie zdaję sobie sprawy, a może wcale nie — diagnostyka jest nieoczywista. Może to wina mojej matki i ojca mojego ojca, że to wszystko składa się na moją codzienność. Ja w każdym razie nie muszę wiedzieć na pewno.

Autorka rozdział po rozdziale skrupulatnie opisuje swoje życie, dzieląc je kategoriami bardziej emocjonalnymi niż funkcjonalnymi, choć mogłoby się z początku zdawać inaczej. Jest więc rozdział o zwierzętach, jest o książkach, jest o jednym domu, i drugim, i jeszcze kolejnym, o telewizji i o podróżach pekaesem, a wszystko to opisane z wielką wrażliwością i dbałością o szczegóły, które sprawią, że czytelnik odtworzy sobie zaraz w głowie wszystkie te sytuacje bardzo wyraźnie, tak jakby to on sam to przeżył. Kotas ma wielką wprawę w posługiwaniu się piórem i potrafi używać słów, które wszyscy znamy i nie są wcale dziwne, w sposób, na który jednak mało kto by wpadł. To totalnie imponujące, że można z taką lekkością stworzyć lekturę jednocześnie bliską czytelnika, jak i bardzo intelektualną. Trochę jak Szymborska, zupełnie nie jak Tokarczuk. Może jeszcze trochę jak Bronka Nowicka, która wydłubywała w dzieciństwie patykiem śnienie z czereśni (i to zdanie już zawsze zostanie mi w głowie). Jak ktoś napisał w internecie, a ja teraz to ukradnę, to lektura łatwa do czytania, ale trudniejsza przy późniejszym przemyśleniu. I jeszcze moja przyjaciółka napisała (i tym razem zacytuję), że Kotas „składa literki z taką swadą, że neurony imprezują w głowie”, co zręcznie zilustrowała mi zresztą gifem z tańczącym batmanem. Czytelnik neurotypowy czy nieneurotypowy, wierzę — że każdego, kto chce poznać doświadczenie drugiej osoby, proza Kotas ujmie pod rękę i zaprowadzi wprost na to neuroparty z tańczącym batmanem, na którym jest miejsce dla wszystkich i nikt nie siedzi w kącie, a literki wywijają na parkiecie, układając się w różne nieoczywiste znaczenia, czym tylko jeszcze bardziej ekscytują batmana.

Wreszcie, „Cukry” to książka, którą się dopada, a następnie pochłania bez reszty, nawet jeśli pierwotnie nie ma się na to szczególnej ochoty. I która zostaje w głowie na kolejne dni i dźwięczy zwłaszcza tymi fragmentami, które dotykają czułych miejsc albo takich, o których wcześniej się nie myślało, a teraz odkryło się, że można o nich myśleć. Ja zwłaszcza zastanawiam się nad czytaniem między wierszami, które jest trochę myślą przewodnią książki, pulsującą w kolejnych rozdziałach w zupełnie nowych kontekstach jako wymóg społeczny często niemożliwy do spełnienia dla osób nieneurotypowych. I nad rozmawianiem naprawdę, zwłaszcza z rodziną, bo z nią zawsze jest najtrudniej. Rodzina ma bowiem (a przynajmniej tak się jej wydaje) niezbywalne prawo, żeby mniej lub bardziej wprost zamykać swoich w niewidzialnych klatkach swoich oczekiwań i przeświadczeń, że wie lepiej. Ileż to rozmów trzeba było odbyć tak, żeby nie powiedzieć nic, co miałoby jakiekolwiek znaczenie. Ale wracają też do mnie z „Cukrów” konkretne obrazy. Migawki z licznych wytworów mojej wyobraźni, które naprodukowałem podczas lektury. Obiecuję, pani Doroto, że będę dla nich łaskawy.

Cukry

Opublikowano

Wymazać siebie

Wymazać siebie

Garrard Conley, „Wymazać siebie”, wyd. Poradnia K, 2019


Pamiętam, że bardzo wyczekiwałem filmu Edgertona. Że nie udało mi się zobaczyć go przedpremierowo na Nowych Horyzontach i przez kilka miesięcy czułem przez to pewien niepokój. Pamiętam też, że kiedy wreszcie udało mi się go obejrzeć, pozostawił mnie zupełnie obojętnym. Był nieźle zrealizowany — dobrze obsadzony, nakręcony z wyobraźnią, z pewnością jako kino aspirujące (mające się spodobać centrolewicowej publiczności i członkom Akademii), ale jednak na jakimś poziomie przepełnione narracyjnym chaosem, który sprawia, że widz ma poczucie, że non stop kręci się w kółko. To wrażenie, jak się okazało, jest skutkiem dość wiernego przeniesienia tekstu Conleya na ekran.

Gerrard Conley opowiada o dorastaniu na głębokim południu w religijnej rodzinie baptystów, pod okiem ojca pastora, który wspólnie ze swoim bogiem zaplanował już życie swojego jedynego syna jako własnego następcy. Gdy na jaw wychodzi homoseksualizm chłopaka, ten zostaje wysłany na terapię konwersyjną. Kanwę wspomnień Conleya stanowią mieszające się ze sobą opisy historii rodzinnej, okresu dorastania i odkrywania swojej seksualności oraz rzeczywistości i metod ośrodka „terapeutycznego” Love in Action. Książka nie jest otwarcie szokująca. Oczywiście pseudopsychoanalityczna szarlataneria na każdym kroku uciekająca się do publicznych upokorzeń pensjonariuszy, prowadząca koniec końców do wymazania części swojej tożsamości, wzbudza w empatycznym czytelniku oburzenie, ale głównym celem Conleya jest raczej opowiedzenie swojej historii, przekazania swoich emocji i doświadczeń. Jest w tym bardzo wyważony, momentami wydaje się nawet chłodny (tak też zapamiętałem rolę Hedgesa z adaptacji filmowej), choć często ucieka w osobiste dygresje.

I ta dygresyjność jest chyba dla mnie największym problemem jego prozy. Niezły styl i intelektualna kulturowa obudowa nie zrównoważyły mi tendencji Conleya do przedstawiania swojej opowieści poszatkowanej w drobne paski. Do tego stopnia, że momentami trudno było mi złożyć ją w chronologiczną. Problem mojego odbioru książki leży jednak, moim zdaniem, poza tym, że wcześniej widziałem już film na jej motywach — to powieść, której cała fabuła jest naszkicowana na tylnej obwolucie. Trzeba ją więc czytelnikowi na swój sposób (uwaga, brzydkie słowo) „sprzedać” — najprościej oczywiście krwistym mięsem (ale to, jak ustaliliśmy, nie ten rodzaj prozy), być może złożonym autoportretem psychologicznym (i to właśnie robi Conley). Mimo że czyta się go dobrze, lektura pozostawia jakiś niedosyt, pustkę, poczucie, że klocki jednak się nie poukładały. Ale nie dlatego, że się nie poukładały, co przez nazbyt lapidarny epilog. Ale może tak właśnie trzeba było to zrobić? Rozbełtać temat, bez histerii, ale z konsekwencją, i zostawić czytelnika z całym tym bałaganem sam na sam? Kto wie?

Konkluzja z 10 czerwca:
Wróciłem dzisiaj myślami do książki i stanęła mi przed oczyma bardzo jasno jej myśl przewodnia, którą przecież zrozumiałem, ale nie udało mi się jej wyrazić, a chciałbym ją jednak zaznaczyć. „Wymazać siebie” jest świadectwem (to słowo, w którym lubują się chrześcijanie, gdy mówią o swoich doświadczeniach duchowych, niejako poświadczają za Pismo), że tak jak nie da się wyekstrahować genu (czy zespołu genów) homoseksualności na płaszczyźnie biologicznej, tak nie da się tej homoseksualności oddzielić od większej całości — żyjącego, czującego, myślącego człowieka — metodami psychoanalizy. To właśnie próbowano robić w Love in Action, nie tylko nie odnosząc zamierzonych rezultatów, ale w efekcie łamiąc życia setek uczestników rzekomych terapii. Na polskim gruncie w adekwatnie biedniejszym wariancie takie działania zresztą także mają miejsce, co przed kilkoma laty opisali Anton Ambroziak i Jakub Lendzion. Brakuje w książce Conleya i filmie Edgartona jasnego postawienia tego aspektu w centrum tej historii, poboczne wątki, które są niewątpliwie częścią świadectwa, jednocześnie odwracają uwagę od myśli przewodniej. I tu chyba tkwi sedno mojego problemu z „Wymazać siebie”, co jest samo w sobie dość paradoksalne. Najwyraźniej sam próbuję porządkować sobie w głowie ten bałagan. Kto wie?

Wymazać siebie

Opublikowano

Opowieść podręcznej

Opowieść podręcznej

Margaret Atwood, „Opowieść podręcznej”, wyd. Wielka Litera, 2020


Zrobiłem się ostrożny w ostatnich latach i gdy widzę okładkę popularnej książki, wzmagam czujność. Nawet jeśli ta okładka ma gustowny design, a autorkę obsypuje się nagrodami. Do „Opowieści podręcznej” podszedłem więc z pewną rezerwą. Nie jestem już pewien, w jaki sposób lody zostały przełamane, ale stało się to szybko. Nie uważam się za miłośnika powieści z nurtu social fiction, ale świat nakreślony przez Margaret Atwood zafascynował mnie i przeraził jednocześnie.

Opowieść dziejąca się w niedalekiej przyszłości przedstawia świat po rewolucji post-chrześcijańskich fundamentalistów religijnych, których ofiarą padły liberalne Stany Zjednoczone Ameryki lat 80. zeszłego wieku. To, co było wcześniej zrównano z ziemią, zarówno dosłownie, materialnie, jak i w sferze organizacji społeczeństwa i rządzących w nim zasad. Obraz świata Atwood jest skrajnie szowinistyczny i redukuje kobiety do tradycyjnych ról społecznych — matki, gosposi, piastunki, ciotki — narzędzi, mających utrzymać ciągłość męskiej linii, możliwie najmniej wchodząc im w drogę. Role te zresztą przyporządkowane są im przez mężczyzn — kobiety mają je jedynie wypełniać. Karą za niesubordynację jest śmierć (względnie okaleczenie, a dopiero kolejnym razem śmierć). W tym ograniczonym spektrum ról w obliczu rosnącej niepłodności znalazły się także podręczne, których zadaniem jest rodzić dzieci wysoko postawionych oficjeli, których żony okazały się do tego niezdolne (bo kolejną zasadą jest to, że wina za brak potomstwa jest zawsze po stronie kobiety). Jedną z tych podręcznych jest nasza narratorka, która z potrzeby serca opowiada swoją historię, choć wie, że nie ma szans, by została ona usłyszana, ani tym bardziej wysłuchana.

I chyba właśnie intymność jej wyznań, idąca w parze zawsze z ograniczeniem informacji o świecie, w którym przyszło jej żyć, sprawia, że jej przemyślenia czyta się z mieszającymi się ze sobą złością, lękiem i ekscytacją. A jest to świat, w którym czytanie jest zakazane, rozmowy są niebezpieczne, a jednym oknem na świat ma być propagandowa telewizja. Mimo tego, że Atwood opisuje przemoc bez ogródek (ale też nie upaja się nią, jak twórcy serialu zrealizowanego na kanwie powieści), najbardziej wstrząsającym elementem są jednak opisy samej rewolucji, tego, jak Ameryka, którą znamy, przeistoczyła się w państwo policyjne. Czy to realne? Trudno mi ocenić, ale brzmi realnie, zwłaszcza jeśli w cywilizowanych krajach coraz bardziej zuchwale kwestionuje się ostatnio prawa kobiet, a Białorusinom mimo pospolitego ruszenia w 2021 roku wciąż nie udało się obalić pirackiego reżimu Łukaszenki. I to ta porażająca aktualność opowieści Atwood jest chyba powodem renesansu zainteresowania nią. Bardziej niż udany wizualnie, ale topornie rezygnujący z niuansów Atwood serial.

Opowieść podręcznej

Opublikowano

2020 ✕ filmy

2020

już myślałem, że w tym roku żadnych wyborów filmowych z mojej strony nie będzie, bo zeszły rok był bezprecedensowym kryzysem kinowym, za którym jakoś naturalnie przyszło znużenie formą filmu jako taką; znużenie, którego nie potrafię wyjaśnić — może kino było dla mnie bardziej formą socjalizacji aniżeli ucieczki? a może właśnie było formą ucieczki i z tej roli wygryzła je bez skrupułów sama pandemia? potrafiłem natomiast je odczuć, bo wiem, że oglądałem mniej; ale była to też sinusoida, z tygodniami jakichś szczeniackich wypieków na policzkach, że można już obejrzeć to czy tamto; rozdanie oscarów zawsze motywuje mnie, by ostatecznie rok filmowo zamknąć, a to prymitywne zestawienie to jedyny sposób, by jakoś symbolicznie tego dokonać

„no to dokonuję”, pomyślałem rano w przededniu rozdania nagród amerykańskiej akademii (to ostatni dzwonek), a teraz siadając do komputera, by jakoś uczciwie to zebrać (a filmy na tej liście to przedział między 2019 a 2021 rokiem), sam bardzo się zdziwiłem, że aż tyle widziałem od poprzedniego zestawienia względnie świeżych rzeczy, które jakoś ze mną nadal rezonują i z jakiegoś powodu chcę je polecić i zapisać tutaj — bo to jest moje główne kryterium wyboru i cel tego podsumowania zarazem; z racji że minęło prawie pięć kwartałów (a nie jak zazwyczaj cztery) wybrałem aż dwadzieścia tytułów ze świadomością, że to, co mi umknęło, być może znajdzie tu swoje miejsce za rok


2020

20.

été 85 reż. françois ozon

ozon jak zwykle zręcznie balansuje na granicy i dostarcza na kilku poziomach; to albo kiczowaty pastisz „call me by your name” może nawet 80sowego rohmera, albo nieznośny melodramat — co kto woli; meandrując między sentymentalizmem i absurdem, prowokuje do zajęcia stanowiska zarówno względem przedstawionej historii, jak i niejednoznacznej formy


2020

19.

lekcja miłości reż. katarzyna mateja / małgorzata goliszewska

z empatią o zrywaniu kręgu przemocy, miłości do siebie i innych oraz o tym, że nigdy nie jest za późno na zmiany; wzruszający, bezpretensjonalny i pozytywny dokument oglądany już w ogniu pandemii z jakąś nadzieją na odzyskanie normalności w sercu


2020

18.

nomadland reż. chloé zhao

ludzkie studium zagubienia w żałobie przyjmującego formę nieustannej wędrówki; frances mcdormand jak zwykle fenomenalna, tło chloé zhao niemal dokumentalne, film-medytacja, w którym na drodze do pełni szczęścia stoi obrzydliwie sentymentalna muzyka


2020

17.

crip camp: a disability revolution reż. nicole newnham / jim lebrecht

to flm z tych, które pokazują, jak przełamywać słabości i postawić na swoim; historia jak w wychowankach hippisowskiego obozu dla osób z niepełnosprawnościami narodził się bunt wobec niekrytej instytucjonalnej odrazy; budujący i empatyczny


2020

16.

never rarely sometimes always reż. eliza hittman

z empatią i realizmem o traumie niechcianej nastoletniej ciąży; bohaterki spojrzeniami wyrażają tu więcej niż w innych filmach całe ścieżki dialogowe; warto niezależnie od poglądu na sprawę


2020

15.

welcome to chechnya reż. david france

ważny film, który przede wszystkim ma naświetlić proceder prześladowań gejów w czeczenii; mimo braku formalnych fajerwerków, ogląda się go jak na szpilkach; szkoda, że amerykańska akademia nie znalazła dla niego miejsca w gronie nominowanych dokumentów; świat powinien o tym usłyszeć i zareagować


2020

14.

better days reż. derek tsang

to jedna z tych nieprawdopodobnych historii, które tak kochamy w kinie; zrealizowana ze zrozumieniem opowieść maltretowanej w szkole dziewczynki, która w chińskim krzywym zwierciadle przybiera obrót zupełnie szalony; ogląda się to wszystko z zapartym tchem i narastającym w widzu poczuciem sprawiedliwości społecznej; tsang mógł co prawda skończyć go kwadrans wcześniej, ale nawet to wybaczam


2020

13.

tenki no ko reż. makoto shinkai

makoto shinkai nigdy nie zastąpi produkcji ghibli, ale po latach suszy (ze strony miyazakiego i spółki) oraz nauki na własnych błędach, potrafi zaspokoić to samo pragnienie — beztroskiej, szalonej animowanej przygody; jest przy tym trochę naiwny i oparty na dosyć podstawowych emocjach, ale przepiękna realizacja i fantastyczna dynamika chwytają za serce; do wymiany niestety pozbawiona wyczucia ścieżka dźwiękowa


2020

12.

spaceship earth reż. matt wolf

jeśli nie słyszeliście historii tego projektu, gdy w latach 90. próbowano w warunkach izolacji od świata zewnętrznego odtworzyć w miniaturze ziemskie ekosystemy, pisałem o tym dość obszernie w zeszłym roku w tekście o książce bucky’ego fullera, która całe to szaleństwo zainspirowała; temat jest fascynujący i kompetentnie to uchwycono, choć może nie do końca wyczerpano — to motyw co najmniej na serial; sam film natomiast robi wrażenie linearnością akcji przywodzącą na myśl kino fabularne; polecam wszystkim, którzy nie boją się wyjść poza schemat


2020

11.

ema reż. pablo larraín

to jeden z tych seansów, podczas których stopniowo coraz bardziej i bardziej nienawidzi się głównych bohaterów, reżysera i scenarzysty, ale które jednak swoim tempem i pokrętną ścieżką zmierzają ku czemuś, co pozwala te emocje uwolnić, a ich dotychczasowe miejsce zająć poczuciem jakiegoś spełnienia


2020

10.

palm springs reż. max barbakow

jakkolwiek uwielbiam samberga, nie sądziłem, że będzie mi jeszcze dane obejrzeć z nim film, który uznam za dobry, a palm springs jest nie tylko dobre, ale wciągające, odstresowujące i niegłupie; to trochę taki dzień świstaka dla milenialsów, z chwilą na refleksję i masą humoru; dawno nie oglądałem bardziej udanej komedii


2020

9.

sound of metal reż. darius marder

zrealizowany z realizmem i empatią, które unaoczniają widzowi osobistą tragedię bohatera, ale bez wpadania w pułapkę sentymentalizmu czy melodramy; warto tę historię poznać, poczuć ją i usłyszeć; nie oscarowy bait, raczej niespodziewany zwrot akcji w nominacjach tegorocznego rozdania


2020

8.

black bear reż. lawrence michael levine

nabrałem się, przyznaję, sam nie wiem, na co, ale mam wrażenie, że dawno nie oglądałem kina, które podeszłoby mnie w tak nieoczywisty sposób; obie części filmu uzupełniają się wzajemnie, tworząc fascynującą mapę znaczeń oddającą wybrzmiewające mi w głowie do dziś słowa bohaterki, że istnieją myśli, które można wyrazić tylko w formie filmu


2020

7.

sorry we missed you reż. ken loach

wyrzut sumienia zeszłorocznego zestawienia, wówczas z bólem odłożony na później, znalazł u mnie miejsce rok później; janerka śpiewał kiedyś, że potrzeba więcej lol (które chcą zmieniać świat), a ja muszę tę myśl przekręcić, potrzeba więcej loachów; brytyjski twórca bez hiperbolizacji, ale z empatią pokazuje twardą codzienność rodziny robotniczej, na drugim planie piętnując nadużycia bezdusznego systemu; mocne kino


2020

6.

colectiv reż. alexander nanau

pojawiło się w filmie sformułowanie „węzeł gordyjski” i ono najbardziej trafnie opisuje to, co działo się w systemie opieki zdrowotnej w rumunii w czasach pożaru klubu colectiv w 2015 (i zapewne nadal trwa) — system stworzony, by karmić sytych kosztem tych w potrzebie; fenomenalne kino śledcze i obraz bezsilności tych, którzy próbują coś zmienić; niestety nie trudno zobaczyć w nim odbicie naszego polskiego podwórka


2020

5.

portrait de la jeune fille en feu reż. céline sciamma

kolejny film przegapiony przed rokiem, przywrócił mi ochotę na kino w minione wakacje; nieśpieszny, ale gęsty, bogaty w ponadczasowe konteksty i wątki; zrealizowany z malarską gracją, ale bez posągowej dostojności; doczekał się zresztą w tym roku mniej zajmującego naśladowcy w postaci filmu amonit


2020

4.

promising young woman reż. emerald fennell

rozkosznie metapopkulturowe kino rape and revange pełną gębą, w którym dla pogłębienia efektu zarówno „rape”, jak i „revange” wykorzystano piosenkę paris hilton; moja przyjaciółka nazwała go nadzwyczaj trafnie kwaśnym cukierkiem, który w kolorowym papierku skrywa zawartość, którą nie każdy będzie w stanie przełknąć; dobre i ważne kino


2020

3.

the father reż. florian zeller

teatr telewizji z dwiema fenomenalnymi rolami głównymi; mimo pewnej przewidywalności udało się zellerowi pokazać temat, od strony której nie ujęto jeszcze tak zręcznie w filmie live action; rezonuje ze mną do dziś, może dlatego, że w gestach i słowach hopkinsa dostrzegłem rysy mojej nieżyjącej babci?


2020

2.

zabij to i wyjedź z tego miasta reż. mariusz wilczyński

afirmacja brzydoty i groteski jako ostatnia deska ratunku starzejącego się łodzianina; obrośnięty licznymi legendami jeszcze na długo przed przesuwaną w nieskończoność premierą surrealistyczny trip o przemijaniu narysowany kreską czołówki miliarda w rozumie; ktoś napisał w sieci i zebrał przy tym wielki poklask, że to definicja kina dla boomerów; jeśli tak, mogę być boomerem, bo mnie ten film z całym swoim gorzkim bełkotliwym sentymentalizmem ujął na wielu poziomach; poczułem się jednością z brudem szarych ulic i brudem za paznokciami, i wszystkim tym, co na co dzień wolelibyśmy wyprzeć, a co jednak nas mimowolnie kształtuje i bez czego nie bylibyśmy nami


2020

1.

quo vadis, aida? reż. jasmila žbanić

bezsilność w obliczu wojny i biurokracji; dobitny portret natury ludzkiej; poniewiera widza, choć ani przez chwilę nie epatuje dosłowną brutalnością; esencja kina antywojennego; kładę na jednej półce obok idź i patrz i idę, i patrzę