



71. Keyboard Cat

71. Keyboard Cat
Jak powszechnie wiadomo, internetem rządzą koty. Istotne jest jednak to, że jedne rządzą bardziej, a inne mniej. Jedne pamiętamy przez chwilę, inne — całe życie. Królem internetowych kotów jest bezsprzecznie Fatso znany jako Keyboard Cat. Fatso swój koci primetime osiągnął już w 1984, na długo przed tym zanim zaczęto myśleć o Youtubie. Na międzynarodowy sukces przyszło mu więc poczekać. I to aż 25 lat, kiedy szerszej publiczności pokazał go Stephen Colbert. Fatso nie doczekał tego momentu. Zmarł w 1987 roku na kocią chorobę. Tymczasem jego duch, jego muzyka wciąż żyją, inspirując kolejne pokolenia kocich śmieszków.
72. Wycinanie ludzi ze zdjęć lub wymalowywanie ich z obrazów

72. Wycinanie ludzi ze zdjęć lub wymalowywanie ich z obrazów
Zostanie wyciętym ze zdjęcia nie jest chyba niczym przyjemnym, ale już samo wycinanie czy to klasycznie przez użycie nożyczek, czy też przybytków digitalnych w postaci chociażby Photoshopa jest zajęciem fantastycznym. I nie chodzi tu o wycinanie z zemsty, odrzucenia czy nienawiści. Decyduje raczej przypadek. Przypadek, że akurat jakiś biedaczyna wiązał sobie buta w kadrze pamiątkowego zdjęcia z wakacji. Wykadrowanie nie wystarczy. Trzeba wyciąć. I jest fun. Największy, gdy się na takie zdjęcie patrzy przed i po. Wyższą szkołą jazdy, ale o znacząco wyższym stopniu funu jest z kolei wymalowywanie ludzi z obrazów. Ale tu powody już rzadko są pragmatyczne, bo ten biedak od sznurowadła sam raczej na tym obrazie się nie zawieruszył — ktoś go tam celowo umieścił. Powody są więc albo polityczne (jak wycięcie Jeżowa ze zdjęcia ze Stalinem, gdy popadł w jego niełaskę), albo artystyczne (jak na obrazie „Erased Lord”, z którego wymalowano George’a Campiona Courthope’a).
73. Ł

73. Ł
Ł, czyli eł lub ły, to być może najfajniejsza litera na świecie. Na pewno w moim cyklu. To po pierwsze litera potwornie niedoceniana — w Polsce znaków diakrytycznych się za bardzo nie lubi, a Ł jest trochę między pełnoprawną literą a lokalnym dziwolągiem, a przecież to nasza autorska litera, bo choć są języki, w których stosuje się znak zapisywany w ten sam lub podobny sposób, polski jest największym (i jednym dużym) z nich. Co więcej nasze Ł ma piękną tradycję dwojakiej wymowy, jako angielskie w albo rosyjskie л. To drugie, spotykane jeszcze na wschodzie, dzisiaj uznawane jest za archaiczne czy teatralne. A szkoda, bo to być może najpiękniejszy dźwięk w naszym języku. Ł na dużym propsie.
O tym jak trzymam swoje winyle przy kaloryferze…
…a mój komputer przeżywa kryzys wieku średniego, czyli żelazne co tam, jak tam.

Lata temu prowadziłem coś w rodzaju internetowego pamiętnika (nazwijmy go blogiem) — rzeczy absolutnie nie do publikacji i wcale nie chodziło o to, że moje sądy były wobec kogokolwiek krzywdzące czy używałem brzydkich słów, będąc bardziej nieopierzonym niż te słowa brzydkie. Po prostu były to czystej wody sroły. Paulo Coelho polskiego nastoletniego internetu, z tym że opamiętałem się, nim było za późno. Albo i nie do końca. Jakiś czas później obiecałem sobie w duchu, że nigdy już na taki projekt się nie porwę, chyba że będę miał coś wartościowego do przekazania. Ale że historia kołem się toczy, tak i tutaj, na ten nowy początek, kiedy w założeniu mam już pożądaną od lat substancję, którą zamierzałem wypełnić kąty tej witryny, musiałem, nie mogłem się oprzeć, zostawić sobie wentyl bezpieczeństwa w postaci kontemplacji bezsensu. Nie chodzi jednak ani o kontemplację, ani o bezsens sensu stricto, raczej kameralną przestrzeń dla cokolwiek intymnego strumienia świadomości, kiedy nie mam nic sensownego do zakomunikowania.
Jak choćby spektakularne odkrycie z gatunku teorii spiskowych (vide teleskopowa brzoza w Smoleńsku), że komputery, a przynajmniej tych kilka, z którymi miałem ostatnio do czynienia, miewają wraz z ostatnim przesileniem gorsze dni — man vs. machine 1:0? Może to kryzys wieku średniego? Może powinno się na tę okoliczność wymyślić jakiś cyfrowy odpowiednik sportowego kabrioletu, aby ten kryzys zażegnać (czy przynajmniej zapchać tę palącą pustkę)? Ale mecz ciągle trwa, nieuchronnie zbliżamy się do remisu, bo wiosna nie tylko komputerom uderzyła do głowy. Po tym jak świstak Phil przepowiedział, że zima nie wróci, ludzie masowo wymienili kurtki z zimowych na wiosenne i jak okiem sięgnąć wszyscy chorzy. Ja też trochę zachorowałem, bo wymyśliłem sobie przemeblowanie pokoju, które nie tylko położyło kres przestronnej nicości na jego środku, ale jakimś trafem sprawiło, że skrzynka z winylami wylądowała niemalże przy kaloryferze. A przecież przez lata zewsząd słyszałem, że tego się nie robi. Abecadło przykładnego kolekcjonera: „nie trzymaj swoich płyt w wilgotnej piwnicy, ani w pobliżu źródeł ciepła”. Trochę mi wyszedł falstart z tymi wiosennymi porządkami i teraz tym gorliwiej wypatruję na niebie słońca.
Kurtkowo — filmowo

Skoro już zabrałem się za układanie swojego życia (hehe) według porządku arytmetycznego (vide doklejanie tytułów do numerków), postanowiłem iść za ciosem i wybrać kilka filmów, które w jakiś sposób targnęły się na moje życie (hehe²). Kilka z tych obrazów na tę okoliczność obejrzałem ponownie, ale w większości pozwoliłem mej pamięci, z niekłamaną zresztą przyjemnością, nadpsuć na swój własny sposób ich faktyczny wydźwięk i przebieg. Znaleźć tu można i takie przypadki, którym dopiero po czasie, gdy już trochę okrzepło wspomnienie o nich, doprawiłem rozmaite walory. Ja tylko numeruję, mnożenie i dzielenie pozostawiam wam.

40. Suspiria
Odgłosy reż. Dario Argento (Włochy, 1977)
Nie potrafię oprzeć się połączeniu psychodelii, tajemnicy i estetyki z pogranicza kiczu. Chaotyczne przedstawienie i realizacja tej historii jedynie dodają jej blasku!

39. There Will Be Blood
Aż poleje się krew reż. Paul Thomas Anderson (USA, 2007)
Wampiryczna reinterpretacja Obywatela Kane’a zrobiona z kubrickowskim rozmachem. Rewelacyjne role Lewisa i Dano, genialny kompozytorski debiut Greenwooda.

38. The Breakfast Club
Klub winowajców reż. John Hughes (USA, 1985)
Kino dla nastolatków wcale nie musi być stracone. Arcydzieło w swojej kategorii i jeden z najfajniejszych filmów, jakie kiedykolwiek powstały. No i wspaniała Molly Ringwald w jednej z głównych ról.

37. Un condamné à mort s’est échappé ou Le vent souffle où il veut
Ucieczka skazańca reż. Robert Bresson (Francja, 1956)
Skonstruowany z chirurgiczną precyzją, skrupulatny, wręcz medytacyjny, ale niesamowicie realistyczny i gęsty.

36. 山椒大夫
Zarządca Sanshô reż. Kenji Mizoguchi (Japonia, 1954)
Być może najbardziej wzruszający w swojej rozbrajającej prostolinijności film, jaki kiedykolwiek widziałem. Jednocześnie zrobiony jednak z właściwym okolicznościom artyzmem i realizmem.

35. What Ever Happened to Baby Jane?
Co się zdarzyło Baby Jane? reż. Robert Aldrich (USA, 1962)
Hollywood zaczyna rozliczać się ze swoich ofiar. Maniakalny pojedynek prawdziwych rywalek — Bette Davis i Joan Crawford.

34. Siekierezada
reż. Witold Leszczyński (Polska, 1985)
Obejrzany zupełnie przypadkiem, niemal mimochodem, zawartym w sobie ładunkiem emocjonalnym odcisnął na mnie ogromne piętno. Wielowymiarowe doświadczenie emocjonalne.

33. La notte
Noc reż. Michelangelo Antonioni (Francja, Włochy, 1961)
Antonioni po raz kolejny na tropie ludzkiej natury — tym razem w objęciach przesyconej zapachem deszczu mediolańskiej nocy. Poezja wtrącona między prozę.

32. A Charlie Brown Christmas
Święta Charliego Browna reż. Bill Melendez (USA, 1965)
Najpiękniejsza bożonarodzeniowa historia, najczęściej oglądany przeze mnie film. Charlie Brown w poszukiwaniu prawdziwego sensu świąt opatulony ponurym humorem Charlesa M. Schultza i impresjonistycznym jazzem Vince’a Guaraldiego.

31. La maman et la putain
Mama i dziwka reż. Jean Eustache (Francja, 1973)
Jean-Luc Godard skropiony Woody’m Allenem — paryskie życie początku lat 70. z wszelkimi jego przyległościami.

30. To Speak or Not to Speak
Mówić albo nie mówić reż. Raoul Servais (Belgia, 1970)
Dziesięciominutowa animacja w doskonały sposób objaśniająca sposoby funkcjonowania systemu — bez nuty fałszu czy chwili zawahania. Przez 45 lat nie stracił niczego ze swojej aktualności.

29. Rope
Sznur reż. Alfred Hitchcock (USA, 1948)
Bezpośrednio po seansie wzbudził we mnie pewne oburzenie, a nawet odrazę, ale do dziś nie mogę o nim zapomnieć. Hitchcock był nie tylko mistrzem suspensu, ale i retoryki, dzięki czemu w konwencji prostego dramatu teatralnego potrafił wyczarować prawdziwe arcydzieło.

28. ハウス
Dom reż. Nobuhiko Ôbayashi (Japonia, 1977)
Tak się robi kino rozrywkowe! Z rozmachem! Surrealistyczne, kolorowe, kiczowate — jak widać granica między rewelacyjnym a bardzo złym jest niesamowicie cienka.

27. Il deserto dei Tartari
Pustynia Tatarów reż. Valerio Zurlini (Francja, Włochy, RFN, 1976)
Film totalny. Wojna bez ani jednego wystrzału. Gęsta psychologicznie wojna dziejąca się być może naprawdę, a być może w głowach głównych bohaterów.

26. 切腹
Harakiri reż. Masaki Kobayashi (Japonia, 1962)
Perfekcyjnie skalibrowana i przeprowadzona samurajska opowieść skrywająca gorzką odwieczną prawdę o zachowaniach ludzkich. Leje się wino i są igrzyska, ale w co najmniej przewrotny sposób.

25. The Shining
Lśnienie reż. Stanley Kubrick (Wielka Brytania, USA, 1980)
Przez długi czas miałem w zwyczaju powtarzać, że kino skończyło się w 1980, mając w głowie ten film jako ostatnie wielkie dzieło kinematografii. W swoim maniakalnym bezsensie jeden z najbardziej przerażających obrazów, jakie kiedykolwiek oglądałem.

24. La passion de Jeanne d’Arc
Męczeństwo Joanny d’Arc reż. Carl Theodor Dreyer (Francja, 1928)
Trudno znaleźć film bardziej realistyczny i surrealistyczny zarazem. Twarz Falconetti po mistrzowsku wyraża wszystkie niuanse tej pełnej poświęcenia i cierpienia historii, sprawiając, że widz staje się naocznym świadkiem tych wydarzeń. Z kolei reżyseria artystyczna Dreyera rzuca na obraz pewien nierzeczywisty cień, który dodaje całości charakteru i blasku. Arcydzieło kina niemego.

23. 寄生虫の一夜
Nocne pasożyty reż. Yoji Kuri (Japonia, 1972)
Jeden z najbardziej intrygujących i hipnotyzujących filmów, jakie widziałem — surrealistyczny horror senny odstręczający i zachwycający swoją machinalną powierzchownością, pozwalający widzowi zgubić się w przedstawionym świecie, który z każdą minutą staje się coraz bardziej podobny do otaczającej nas rzeczywistości.

22. Սայաթ-Նովա
Barwy granatu reż. Siergiej Paradżanow (ZSRR, 1968)
Życie poety. Film-zagadka — jeden z najpiękniejszych wizualnie obrazów w historii kina, wielobarwny kordonek, którego rozwinięcie to nie lada sztuka. Wizualne i koncepcyjne arcydzieło.

21. They Shoot Horses, Don’t They?
Czyż nie dobija się koni? reż. Sydney Pollack (USA, 1969)
I znów rolach głównych ludzka natura, wino i igrzyska, koło czasów i taniec — tylko życia czy śmierci?

20. Sunset Blvd.
Bulwar Zachodzącego Słońca reż. Billy Wilder (USA, 1950)
Być może nie bez znaczenia były okoliczności, w jakich ten film widziałem — by go obejrzeć w telewizji specjalnie wstałem w środku nocy, a wraz z dramatycznym finałem, przywitał mnie świt. Może także dzięki temu (choć bezsprzecznie dzięki wirtuozerii Wildera i obłędnej próbie aktorskiej Glorii Swanson grającej przecież poniekąd samą siebie) doświadczyłem wówczas kina noir w jego pełnym wymiarze.

19. El ángel exterminador
Anioł zagłady reż. Luis Buñuel (Meksyk, 1962)
Buñuel błyskotliwie i brutalnie rozprawia się z konwenansami. Dochodzi przy tym do sedna ludzkiej natury, wobec której także nie pozostaje dłużny, wykorzystując do tego cały arsenał, jaki daje mu kino.

18. The Last Picture Show
Ostatni seans filmowy reż. Peter Bogdanovitch (USA, 1971)
Obezwładniająca melancholia z Hankiem Williamsem w tle. Generacja nic skazana przez czas i miejsce na beznamiętne dożywocie w samym sercu pustkowia.

17. 12 Angry Men
Dwunastu gniewnych ludzi reż. Sidney Lumet (USA, 1957)
Sześćdziesiąt lat później jest równie mocny i aktualny co w chwili premiery. Kameralne kino zbudowane wokół znakomitej koncepcji i jej pieczołowitej realizacji, działające na wyobraźnię, silnie włączając widza w bieg historii.

16. Kárhozat
Potępienie reż. Béla Tarr (Węgry, 1988)
Tarr jak zwykle wydobywa z prozy codzienności magiczny pierwiastek dzięki niezwykle żywym, choć w istocie ponurym, noirowym zdjęciom i wieloznacznej fabule.

15. 怪談
Kwaidan, czyli opowieści niesamowite reż. Masako Kobayashi (Japonia, 1964)
Niezwykle plastyczna i artystycznie skrojona antologia filmowa — cztery tradycyjne japońskie opowieści o duchach na duży ekran zostały przeniesione przez Kobayashiego po mistrzowsku.

14. Det sjunde inseglet
Siódma pieczęć reż. Ingmar Bergman (Szwecja, 1957)
Bergman przy pomocy prostej, ale jakże trafionej metafory pojedynku szachowego porusza szereg fundamentalnych dla życia ludzkiego zagadnień. Fenomenalny film!

13. Popiół i diament
reż. Andrzej Wajda (Polska, 1958)
Polska szkoła filmowa w najlepszym wydaniu! Wajda ekranizuje prozę Andrzejewskiego, ale zupełnie inaczej rozkłada akcenty. Scena, w której biesiadnicy tańczą niby w transie do kakofonicznego Poloneza As-dur Chopina to być może moja ulubiona scena filmowa w historii kina.

12. La grande bellezza
Wielkie piękno reż. Paolo Sorrentino (Francja, Włochy, 2013)
Czy gdyby Fellini tworzył obecnie, użyłby elektro jako środka artystycznego? Współczesność, jak pokazuje Sorrentino, jest szalenie fascynująca. Prawda o ludziach, życiu i sztuce. Wysokiej i niskiej na równych prawach w nieuniknionych objęciach post-modernizmu.

11. Rear Window
Okno na podwórze reż. Alfred Hitchcock (USA, 1954)
Modelowy przykład magii Hollywood — Okno na podwórze ma wszystko, co powinien mieć doskonały amerykański film — napięcie, zagadkę, humor i wątek miłosny. Hitchcock po raz kolejny robi coś z niczego, a na deser w jednej z głównych ról zjawiskowa Grace Kelly. Tak się robi kino!

10. Ordet
Słowo reż. Carl Theodor Dreyer (Dania, 1955)
Najbardziej budujący i obezwładniający film zarazem. Dreyer mierzy się z przekonaniem, że współcześnie Bóg opuścił ludzi, a życie obecnie niewiele ma wspólnego z tym z czasów biblijnych. Wyczekany finał jest być może najwspanialszym zakończeniem w historii kina.

9. Metropolis
reż. Fritz Lang (Niemcy, 1927)
Myślę „ulubiony film niemy” — mówię Metropolis. Środki artystyczne niemieckiego ekspresjonizmu mieszają się tu w spektakularnej oprawie z czystej krwi dystopijnym retrofuturyzmem. Trudno przecenić wpływ Metropolis na popkulturę ostatniego stulecia, a co za tym idzie — na nas samych.

8. Who’s Afraid of Virginia Woolf?
Kto się boi Virginii Woolf? reż. Mike Nichols (USA, 1966)
Kameralny dramat najwyższej próby. Nichols przy pomocy zaledwie czwórki bohaterów buduje intensywną i emocjonującą fabułę pełną zwrotów akcji w klimacie New Hollywood. Przeszywa na wskroś obusiecznym mieczem, gdzie jednym ostrzem jest atmosfera zbyt długo przeciągniętej libacji alkoholowej, a drugą szczerość i realizm znakomitych kreacji aktorskich.

7. Annie Hall
Annie Hall reż. Woody Allen (USA, 1977)
Swego czasu mój ulubiony film w ogóle, od czasu gdy przypadkiem zobaczyłem go któregoś wieczoru nieświadomy zresztą, co oglądam, na TCM. Później obejrzałem go po raz kolejny i kolejny, kolejny, a dyskurs Woody’ego Allena stał się dla mnie w pewnym sensie wyznacznikiem intelektualnej fajności. Annie Hall jest tego dyskursu kwintesencją.

6. Иди и смотри
Idź i patrz reż. Elem Klimow (ZSRR, 1985)
Wojna świadomie, ale nie zuchwale odarta z — dopisywanych do niej zbyt często — poetyki i filozofii.

5. 2001: A Space Odyssey
2001: Odyseja kosmiczna reż. Stanley Kubrick (Wielka Brytania, USA, 1968)
Najlepszy kolorowy film, jaki kiedykolwiek powstał. Świadome operowanie kolorem w kinie jest trudniejsze niż mogłoby się nam, dzieciom kolorowej telewizji, wydawać. Ale właśnie dzięki barwom konstytuującym wizję Kubricka, udało mu się stworzyć arcydzieło nie tylko koncepcyjne, ale i wizualne.

4. Citizen Kane
Obywatel Kane reż. Orson Welles (USA, 1941)
O tym filmie powiedziano i napisano już tyle, że kolejna (blada zresztą) opinia utopiłaby się w oceanie. Historia życia człowieka od urodzenia do śmierci — po amerykańsku — z rozmachem! Dwie godziny Hollywood w najlepszym wydaniu i szczypta prawdy o każdym z nas. Najlepsze, co dało światu amerykańskie kino!

3. La dolce vita
Słodkie życie reż. Federico Fellini (Francja, Włochy, 1960)
Przez wiele lat nieoglądania La dolce vita irracjonalnie nie wierzyłem, że Fellini mógłby mnie w jakikolwiek sposób zainteresować, a tym czasem w dużej mierze dzięki temu filmowi pozbyłem się wszystkich swoich uprzedzeń względem kultury i języka włoskiego. Słodkie życie jest w zasadzie słodko-gorzkie i właśnie dlatego tak nęcące — ani przez chwilę nie jest bez smaku.

2. L’année dernière à Marienbad
Zeszłego roku w Marienbadzie reż. Alain Resnais (Włochy, Francja, 1961)
Historia jest sprawą drugorzędną, ba!, nie wiadomo, czy w ogóle się wydarzyła, kiedy, po między kim i w jakich okolicznościach. Marienbad jest na tyle ulotny, na ile ulotny są sny, a jednak, kiedy trwa, jawi się przed nami, nie może być bardziej rzeczywisty. Film Alaina Resnais ma w sobie coś z kina detektywistycznego, ale na zupełnie innej płaszczyźnie — detektywem jest tu jedynie widz, którego zadaniem jest dopasowanie do siebie elementów logicznej, ale zawiłej i rządzącej się własnymi prawami onirycznej układanki. Esencja kina.

1. 人間の條件
Dola człowiecza reż. Masaki Kobayashi (Japonia, 1958-1961)
„Nie można wyrzec się panowania ani przestać pragnąć, by mu służono. Każdemu trzeba niewolników jak powietrza (…) Siła rozstrzyga wszystko”. — Albert Camus
Niezrównana trylogia antywojenna. Wojna jako samonapędzający się organizm. Z góry przegrana walka z potężną machiną zmieniającą ludzi, gaszącą ich ideały, a ostatecznie doprowadzającą do upadku człowieczeństwa.
74. Teledysk „Hotline Bling”

74. Teledysk „Hotline Bling”
Tym razem zacznę od komunału. Otóż każde pokolenie ma taki teledysk, taki utwór, który niekoniecznie jest głosem pokolenia, ale między wierszami mówi coś o czasach i ludziach i robi to w świetnym stylu. OK, może to nieprawda, ale to jest ten teledysk. Drake wykręcił za jednym zamachem nie tylko utwór roku, ale i teledysk dekady — i jedno, i drugie osiągając dzięki realizacji znakomitych pomysłów przy zachowaniu względnej prostoty. Ale o fajności „Hotline Bling” zadecydowało koniec końców nie to, że Drake stał się po nim człowiekiem-memem, ale dystans z jakim podszedł do całego projektu. Ruchy taneczne dalekie od obowiązującego w R&B kanonu i gruby golfosweter (który nawet nie był w renifery — to tak bardzo mogło się nie udać, a wyszło najfajniej.
75. Festiwale filmowe

75. Festiwale filmowe
Co może być fajniejsze niż festiwale muzyczne. Minione pozycje dostarczały cząstkowych odpowiedzi, ale dopiero tę możemy przeciwstawić festiwalom muzycznym w sposób pełny i bezpośredni. Otóż festiwale filmowe naprawdę potrafią być bardziej ekscytujące, nawet dla kogoś, kto zasadniczo przedkłada muzykę nad film (takiego jak ja), a już na pewno są od festiwali muzycznych fajniejsze. Problem tkwi w tym, że trudno racjonalnie i przy pomocy słów wyrazić na czym ta fajność w zasadzie polega. Gdyby nie festiwale filmowe, prawdopodobnie nie miałbym okazji (czyt. siły, pieniędzy, motywacji), by w ciągu jednego dnia wybrać się do kina na więcej niż jeden film, a tak zdarzyło mi się kiedyś zobaczyć ich jednego dnia pięć. Festiwale filmowe bywają mniejsze i większe — te większe, jak wrocławskie Nowe Horyzonty, są ciekawsze o tyle, że filmów i pokazów jest co niemiara — w tym samym momencie czasem wyświetlanych jest nawet 10 różnych obrazów. Żeby więc taki festiwal przeżyć jak najpełniej trzeba się do niego trochę przygotować, a przede wszystkim przygotować się na maraton (w przypadku NH — dziesięciodniowy), kiedy wszystko inne ma znaczenie drugorzędne, a liczy się kino. Na ten czas staje się naszym drugim domem. Planowania sobie czasu nie widać końca. Widać za to ludzi przysypiających w kinie. Najlepszym elementem festiwali filmowych są jednak kluby festiwalowe, gdzie do białego rana potrafią toczyć się burzliwe dyskusje zarówno o festiwalowych filmach, jak i zupełnie o niczym.
Rekuperacja: Antyrihanna

Można by pokusić się o stwierdzenie, że powiedzenie, by nie oceniać książki po okładce najwyraźniej nie dotyczy Rihanny. Jak inaczej bowiem wytłumaczyć to, że jej pierwsza prawdziwie interesująca okładka skrywa jej pierwszy w całości słuchalny materiał długogrający?
Jeszcze zanim w październiku zeszłego roku piosenkarka zaprezentowała okładkę swojej kolejnej płyty w galerii sztuki, wiadomo było, że coś się u Rihanny zmieniło. Między 2005 a 2012 jej siedem wcześniejszych longplayów ukazywało się niemalże rok po roku (wyjątkiem był jedynie 2008, kiedy postawiono na reedycję do tej pory najbardziej kompletnego albumu piosenkarki Good Girl Gone Bad). Tymczasem na Anti musieliśmy czekać bite trzy lata (rocznikowo aż cztery). Choć trzy zeszłoroczne single (ostatecznie nieuwzględnione na płycie) nie prezentowały żadnej wyraźnej zmiany koncepcji, nie sposób było się nie zastanawiać, czy i jak ta najdłuższa w karierze piosenkarki przerwa wpłynie na jakość jej nowego materiału.
Do tej pory Rihanna była przede wszystkim fabryką przebojów. Osiągnęła w tym względzie zresztą znakomite rezultaty — mało komu udało się zdobyć aż 13 numerów jeden w Ameryce w przeciągu zaledwie ośmiu lat. Należy jednak dodać, że przebój przebojowi nierówny, a zdobywanie kolejnych hitów piosenkarka okupiła kosztem koherencji swojego wizerunku scenicznego i muzycznej tożsamości. Właściwie każda z czterech ostatnich płyt była muzycznym śmietniskiem najróżniejszych aktualnych trendów, co było zresztą całkowicie racjonalną strategią marketingową. Jeśli słuchaczom nie spodoba się Rihanna w wersji reggaetonowej, w zanadrzu jest jeszcze Rihanna elektropopowa, trapowa, popsoulowa, taneczna i sentymentalna. Ale trzeba oddać jej w tym miejscu, że w każdym z tych wcieleń prezentowała się całkiem wiarygodnie — podobnie jak niegdyś Madonna potrafiła sprzedać siebie w wielu różnych odsłonach. I pewnie też dlatego udało jej się utrzymać na szczycie przez bitą dekadę. Poza szerokim spektrum lansowanych przez radio singli, na płytach Barbadoski można było oczywiście czasem znaleźć trafione utwory niesinglowe (jak chociażby „Love Without Tragedy”/”Mother Mary” czy „Get It Over With” z ostatniego Unapologetic), ale raczej w ramach wyjątku niż reguły.
Słuchanie wcześniejszych płyt piosenkarki (może z wyjątkiem Good Girl Gone Bad) było przedzieraniem się przez sztampę, nudę i przeciętność w poszukiwaniu najwyżej kilku względnie satysfakcjonujących numerów. W przypadku Anti jest natomiast dokładnie odwrotnie. Pod tym względem Rihanna nie mogła zatytułować tego albumu trafniej — krążek jest bowiem tym, czego do tej pory najbardziej jej brakowało — pierwszym koncepcyjnie, brzmieniowo i songwritersko koherentnym materiałem długogrającym. Oczywiście w kolejnych utworach z płyty piosenkarka, jak zwykle, przybiera rozmaite wcielenia wokalno-charakterologiczne — nie byłaby w pełni sobą, gdyby takie rozróżnienie tu nie zaistniało, ale bez trudu już przy pierwszym odsłuchu można wyczuć zdecydowaną zmianę jakościową. Na pierwszy rzut ucha słychać przede wszystkim różnice w aranżacji — bo chociaż Rihanna podobnie jak wcześniej miesza w obrębie płyty pop, rock, dancehall, hip-hop i R&B, produkcja jest na tyle subtelna i nastawiona na detale, że poszczególne piosenki komponują się ze sobą nadzwyczaj dobrze. Tę zmianę słychać było poniekąd już w singlowym „Work”, z towarzyszeniem Drake’a, który choć utrzymany jest w duchu innego singla duetu „What’s My Name”, wydaje się przy pierwszym kontakcie jakby bardziej niedostępny niż pozostałe przeboje piosenkarki.

Tym samym dochodzimy do kolejnej istotnej wartości Anti, a mianowicie — songwritingu. Choć Anti podobnie jak wcześniejsze krążki piosenkarki jest dziełem zbiorowym — Rihanna wyszła poza krąg stałych współpracowników i wyciągnęła rękę w stronę artystów, którzy z powodzeniem w ostatnich latach tworzą nową falę R&B — wśród nich znaleźli się m.in. James Fauntleroy II, SZA, The Weeknd czy Jeremih, a to dopiero początek listy. Dzięki nim melodie są tu z reguły bardziej złożone niż na wcześniejszych wydawnictwach piosenkarki, a przez to utwory angażują słuchacza na zupełnie innym niż dotychczas poziomie. Nie jest to zatem album, któremu można oddać sprawiedliwość po jednokrotnym przesłuchaniu, ale materiał, który z każdym kolejnym odsłuchem zdaje się odsłaniać przed słuchaczem jakiś nowy szczegół. Ale nie ma się czemu dziwić — na straży spójnego brzmienia projektu stanął współproducent wszystkich utworów na Anti Kuk Harrell, bliski współpracownik The-Dreama, odpowiedzialny za dwa najlepsze utwory w katalogu Rihanny — „Umbrellę” i „Only Girl (In the World)”. Ale krążek brzmiałby zapewne zupełnie inaczej, gdyby nie sama Rihanna, w której wizja, jak sama to określiła, ponadczasowej płyty dojrzewała już od dawna.
Symbolem tego długo wyczekiwanego przeobrażenia może być oniryczny cover neo-psychodelicznego „New Person, Same Old Mistakes” zamykającego zeszłoroczny album grupy Tame Impala Currents. Dużo o nowej płycie i podejściu Rihanny do muzyki mówi nie tylko tekst utworu, ale także to, że piosenka w niemalże niezmienionej psych-rockowej aranżacji idealnie wpasowała się w bieg Anti. A to nie jedyny niespodziewany składnik krążka — znakomite wrażenie robi również wyprodukowane przez Hit-Boya i Travisa Scotta „Woo”, które oparte na dynamicznie zapętlonym gitarowym riffie i vocoderowym wokalu, przywodzi na myśl Yeezusa Kanyego Westa. Nie mniej fascynujący jest inny numer z gitarą elektryczną w roli głównej — „Kiss It Better” — rasowy popowy przebój łączący w sobie duszę Prince’a z czasów Purple Rain i powierzchowność rozkosznego zeszłorocznego krążka Carly Rae Jepsen. Nie sposób nie zwrócić uwagę na odkrywające nowe pokłady subtelności w repertuarze piosenkarki „Love on the Brain” — rozmarzone midtempo oparte na doo-wopowym bicie, zaśpiewane trochę w stylu Alicii Keys, ale z niewątpliwie większym wokalnym wyczuciem (przynajmniej, jeśli przyjrzymy się ostatnim poczynaniom Keys). Trudno oprzeć się także zadziornemu duetowi Rihanny z SZĄ w otwierającym płytę „Consideration” i następującemu bezpośrednio po nim kompaktowemu „James Joint” zbudowanego wokół quietstormowego motywu budzącego bliskie skojarzenia z klasycznymi nagraniami Steviego Wondera.
Powiedzenie, że nie ocenia się książki po okładce w przypadku Rihanny faktycznie nabiera zupełnie innego znaczenia. Wszyscy ci, którzy, tak jak redaktorzy Yahoo, spodziewali się kontynuacji braku linii stylistycznej poprzednich siedmiu krążków, powinni faktycznie tej płyty posłuchać.
Oryginalnie tekst ukazał się w serwisie Soulbowl.

2015: filmy

Zazwyczaj aż tak nie oszukuję — nawet jeśli publikuję rzeczy z datą wsteczną to zwykle dlatego, że to data ich oryginalnej publikacji. Z filmami jest inaczej o tyle, że jak dotąd ich w cyklu rocznym nie układałem, a rok później, czyli w styczniu 2017, postanowiłem, że jednak chciałbym zacząć. By nie zaczynać od zera, bo to zawsze trudne, przykre, obarczone błędem nowicjusza, podjąłem decyzję o fabrykacji kontekstu poprzednich lat. Oto pierwsze jej owoce.

10. The Peanuts Movie
Fistaszki: wersja kinowa reż. Steve Martino
Mimo zmiany kreski zachowano oryginalny ponury humor Schultza, kunsztownie sklejając stare i nowe gagi w całość. Szkoda tylko muzyki Guaraldiego.

9. The Big Short
Big Short reż. Adam McKay
Dekamuflaż patologii. Dość chaotycznie, choć metodycznie zrobiony film o kulisach krachu na rynku kredytów hipotecznych w USA 9 lat temu.

8. El botón de nácar
Perłowy guzik reż. Patricio Guzmán
Woda, kosmos, Chile, kultura, Indianie, wielka polityka, okrucieństwo, ludobójstwo, perłowy guzik, a to wszystko w konsekwentnym ścisłym splocie myśli autora.

7. あん
Kwiat wiśni i czerwona fasola reż. Naomi Kawase
Ujmuje szczerością i naturalnym darem odnajdowania poetyki w drobiazgach codzienności.

6. Youth
Młodość reż. Paolo Sorrentino
Monumentalność intelektualną zastępuje wizualną. Sorrentino pożycza od Seidla, nieźle sobie radząc. By powtórzyć ekstazę Wielkiego piękna abrakło mi tylko wyrazistej osi fabularnej.

5. Spotlight
reż. Tom McCarthy
Dobrze skrojone kino o dziennikarstwie śledczym pozbawiony sensacyjnej otoczki. Wszyscy ludzie prezydenta A.D. 2015.

4. Body/Ciało
reż. Małgośka Szumowska
Szumowska wreszcie przestała krzyczeć: „Patrzcie, jestem kontrowersyjna!” i zaczęła robić kino. I to całkiem niezłe — zabawne, nieoczywiste, zręcznie obsadzone pomiędzy światami.

3. Room
Pokój reż. Lenny Abrahamson
Znakomite aktorstwo, świetne zdjęcia, przemyślana i złożona historia. Przyjęta perspektywa poszerza spojrzenie o dodatkowe elementy. Mocne kino.

2. 海街diary
Nasza młodsza siostra reż. Hirokazu Koreeda
Studio Ghibli w wersji live action z wyłączeniem low fantasy. Wyważone, ciepłe, rodzinne kino o codzienności wypełnionej nie dramatem, a uśmiechem.

1. The Lobster
Lobster reż. Yorgos Lanthimos
Pierwszy anglojęzyczny obraz Lanthimosa jest plastyczny, nieszablonowy i niesamowicie zabawny, zupełnie jak „Grand Budapest Hotel” w zeszłym roku.