Opublikowano

62. Gry planszowe

99 najfajniejszych rzeczy

62. Gry planszowe

U mnie w domu nigdy się w żadne gry nie grało. Ojciec miał co prawda dwie całkiem paradne talie kart, ale z racji, że nie było dla nich zastosowania jeszcze, jak tylko ledwie od ziemi odrosłem przekazał mi je wieczne nieoddanie. A może sam sobie je zawłaszczyłem? Niezależnie od wszystkiego, nigdy nie było żadnego problemu, że je pogubiłem, plastikowe pudełko połamałem, a z czasem i reszta kart nigdy nie wróciła do szafki, w której wcześniej rezydowały. Używałem jej wtedy głównie albo do budowania domków (co szło mi fatalnie), albo do gry samemu ze sobą w najbardziej ułomną karcianą grę, jaka istnieje, ale jedyną, jaką wówczas znałem, a mianowicie — w wojnę. O tym, że gry planszowe istnieją, powiedziała mi telewizja. Kolorowe reklamy kolejnych sztandarowych tytułów od Hasbro zadziałały na moją wyobraźnię z siłą, z jaką tylko reklamy zabawek i gier potrafią zahipnotyzować dziecko i przed kilka kolejnych lat z rzędu pod choinkę dostawałem rozmaite gry — z Monopoly i Cluedo na czele. Rodzina musiała przeklinać mnie pod nosem, ale przynajmniej na początku nie dawali sobie tego po sobie poznać. Stopniowo jednak kolejne osoby zaczęły się wykruszać i w końcu ze swoimi grami zostałem na polu boju sam. W tej smutnej opowieści chodzi mi wyłącznie o to, że planszówki to naprawdę fajny sposób spędzania wolnego czasu — wcale nie o to, że ja miałem rację, a wszyscy oni się mylili. Wcale a wcale.

Opublikowano

63. Wietrzny dzień na plaży

99 najfajniejszych rzeczy

63. Wietrzny dzień na plaży

Są tacy, których niesie w góry i tacy, którzy nie mogą żyć bez choćby sporadycznego obcowania z morzem. To podział tak naturalny i mimowolnie wpisany w społeczeństwo jak miłośnicy psów i kotów. Ale choć niezmiennie zachwyca mnie górski majestat, podświadomie zawsze zwracam skroń w kierunku wielkiej wody. Jestem zresztą, jak sam się powoli przekonuje, amatorem Bałtyku (nie dla mnie widać gorące kraje!) i mórz położonych w chłodniejszych częściach globu. Nie temperatura, a klimat decydują o fajności obcowania z morzem. I pewnie zdumiewaliby mnie ludzie, którzy na pocztówkach z wakacji rozpisują się, że pogoda piękna, bo jest 30 stopni w cieniu i bezchmurne niebo. Ale rozumiem, że to wcale nie piekielna udręka, bo przecież nad morzem zupełnie inaczej wieje. Z dziecięcych wyjazdów nad Bałtyk pamiętam poza tym, jak się kiedyś pierwszorzędnie wyłożyłem na kładce nad gęsto pokrytym rzęsą wodną bajorem, właśnie wiatr i piasek tańczący między trzcinami, igrający z parawanami, leżakami i ich ludźmi, denerwujący wysmarowane grubą warstwą kremu do opalania panie traktujące obcowanie ze słońcem śmiertelnie poważnie. Gdy było zresztą pochmurno i deszczowo, też zawsze wiodącą rolę odgrywał wiatr. Może więc i hasło wietrzny dzień na plaży to poniekąd tautologia, ale nie gdy chce się podkreślić, że to nie pomimo wiatru czy pod wiatr, ale z wiatrem i dzięki niemu!

Opublikowano

64. Dinozaury na rowerach

99 najfajniejszych rzeczy

64. Dinozaury na rowerach

Jak to się często mówi, „dinozaur na rowerze najlepszym przyjacielem człowieka”. No dobrze, może się tak nie mówi, ale tylko dlatego, że nie spotyka się ich na tyle często, żeby móc przenieść ich relacje z ludźmi na bardziej ogólną płaszczyznę powiedzeń i przysłów. To wszystko prawda, dość oględnie mówiąc, ale niestety nie cała. Wszystko wskazuje bowiem na to, że dinozaury wyginęły jakiś czas temu, na długo zanim rowery stały się opcją transportowo-lajfstajlową. Koncepcja dinozaurów na rowerach jednak zaistniała w świadomości i choć nie jest może obrazkiem najpopularniejszym, należy zdecydowanie do tych najfajniejszych. Sam pamiętam, jak kiedyś na radiowym kolegium redakcyjnym przez bite dwie godziny rozprawialiśmy, jak wpisać dinozaury na rowerach w planowaną akcję promocyjną nadchodzącej rekrutacji. Ostatecznie nic z tego oczywiście nie wyszło, zaplanowana kampania nie miała w sobie nawet cienia nieszablonowej ekspresji i paradoksalnej witalności dinozaurów.

Gdy widzicie dinozaura na rowerze, najprawdopodobniej zadajecie sobie pytanie, dokąd on tak na tym rowerze jedzie. I nic dziwnego! Jako ludzie nie mamy bogatej wiedzy o życiu dinozaurów we współczesnym świecie, w związku z czym i nasza wyobraźnia w tej kwestii podlega zauważalnym ograniczeniom. A tymczasem właściwszym pytaniem byłoby nie tyle dokąd, co dlaczego. Może rzeczywiście dokądś zmierza, na przykład do Doliny Charlotty na festiwal dinozaurów, ale jest możliwe, że pedałuje sobie zupełnie rekreacyjnie, dla własnej, można by powiedzieć przyjemności. Może też oczywiście treningować do triathlonu albo uciekać przed policją (ewentualnie może mu się wydawać, że ucieka przed policją, jak Taco Hemingwayowi, ale zapamiętaj, życie to nie Ale kino). Pozostała jeszcze na koniec jedna ważka kwestia — sam rower. Dinozaury ze względu na budowę ciała i gatunek (choć wiadomo, że na rowerach prędzej zobaczymy kompsognaty czy deinonychy niż t-rexy, pterodaktyle i diplodoki) muszą korzystać ze specjalnie zaprojektowanych dla nich modeli rowerów charakteryzujących się zwykle większym przednim kołem czy wydłużoną kierownicą.

Czasem też dinozaury na rowerach określa się z francuska jako welociraptory.

Opublikowano

65. Powidła

99 najfajniejszych rzeczy

65. Powidła

Królowa rodziny dżemów, dumnie panująca nad konfiturami i marmoladami, nieskalana cukrem, lekko kwaskowa, nieprzyzwoicie gęsta. A wszystko to od połowy sierpnia do połowy października na wyciągnięcie ręki. Wystarczą śliwki, garnek, kuchenka i najpewniej przynajmniej osiem godzin spędzonych w kuchni na przygotowywaniu, smażeniu, rozlewaniu do słoików i sprzątaniu. Słowem — trzeba zasiać, żeby zebrać. Ale nie o sam zbiór tu chodzi. Ja cenię sobie przede wszystkim czas spędzony z łyżką nad garnkiem, kiedy na jeden dzień wyłączam się trochę ze świata i zamykam z książką lub filmem w kuchni. Ważny jest też proces — obserwowanie jak garnek wypełniony śliwkami zmienia się powoli w słodką kleistą maź. No i gdy już przyjdą mrozy, trudno o fajniejszą rzecz niż kanapka z własnej roboty powidłami. Przemyślcie to.

Opublikowano

66. Replika maski pstrąga

99 najfajniejszych rzeczy

66. Replika maski pstrąga

Chciałem opowiedzieć wam pasjonującą, pełną absurdalnych zwrotów akcji i abstrakcyjnego humoru historię stojącą za jednym z najbardziej fascynujących artefaktów popkultury — repliką maski pstrąga zdobiącą okładkę płyty Captaina Beefhearta o tym samym tytule, ale okazuje się, że takiej historii najprawdopodobniej zwyczajnie nie było. Dziwaczna muzyka potrzebuje dziwacznej oprawy. Tylko i aż tyle. Co ponadto? Fotografia widniejąca na okładce ponoć nie była w żaden sposób przerabiana. I już. Jeden z niewielu wpisów koncentrujących się na kultowej grafice to artykuł w LA Weekly broniący jej przed umieszczeniem w zestawieniu najgorszych okładek wszech czasów, czego dopuściło się jakieś amerykańskie muzeum. Okładka zostaje także wspomniana w książce z serii 33⅓ poświęconej płycie, ale i tutaj stanowi jedynie tło dla wciąż okrytej mgiełką tajemnicy historii legendarnej płyty. A tymczasem pstrąża twarz spozierająca spod lincolnowskiego cylindra na ekspresyjnie różowo-czerwonym tle ma w sobie coś przemożnie elektryzującego i fascynującego, o czym można by pewnie napisać osobną książkę — choćby wymyśloną (tutaj zacząłem pisać swoją wersję wymyślonej historii okładki implikującą, że postać z okładki to prawdziwy człowiek-pstrąg, który podobnie jak Ziggy Stardust Bowiego chce wywołać rewolucję przy pomocy muzyki, ale całość była tak konwencjonalna i głupia, że w połowie drugiego zdania wszystko skasowałem).

99 najfajniejszych rzeczy

Opublikowano

67. Umyślny brak konsekwencji

99 najfajniejszych rzeczy

67. Umyślny brak konsekwencji

Czegokolwiek się podejmujemy — w domu, w szkole, w pracy — na okrągło tłuką nam do głów, jak ważne jest pozostawanie konsekwentnym. Inaczej przecież niczego w życiu nie osiągniemy, skażemy się na zadowolenie półśrodkami i bylejakością (co ja czytam raczej jako „nakarmimy do syta swoją wewnętrzną dyspersję” czy też czasem jako „osiągniemy katharsis wewnętrznej deregulacji”). Konsekwencja jest ważna, ale sama w sobie też może być smutna czy nawet żałosna. Co więcej, można na nią umrzeć. Na śmierć! Zanim jednak to się stanie, konsekwencja wyssie z takiego jegomościa wszystkie soki twórcze, wpisze w kanciastą ramę i zawiesi na ścianie. Słodkie trofeum! I owszem ta cała gimbokorpopaplanina o byciu konsekwentnym może i ma trochę sensu, ale przecież nie wtedy, gdy kogoś konsekwencja zupełnie się nie ima. A jeśli się ima, po co strzępić język! Sednem całej sprawy jest jednak to, że niewiele jest uczuć słodszych niż umyślne kreowanie paradoksów, pławienie się w antynomiach, czyli po prostu rozmyślne porzucenie konsekwencji. Tymczasowo. Nie chodzi tu bynajmniej o brak konsekwencji wynikający z bycia nieogarem, ale o następstwo pewnej świadomej kreacji — to jest istotą sprawy i sprawcą istoty. Niektórzy powiedzą — „brak odpowiedzialności”, inni zakrzykną — „kłamstwo i manipulacja”, ale tylko sobie pomyślcie, oni wszyscy na tę konsekwencję kiedyś umrą.

Opublikowano

Czy to blond, czy to blond, czy to blond, czy to blond-blond?

Długo oczekiwany następca Channel OrangeBlonde Franka Oceana zaskakuje nie tyle rozmyślną formą wydania, ale samym brzmieniem. Ocean nie tylko nie wyszedł naprzeciw oczekiwaniom fanów, ale mając w pamięci zaledwie szkice swoich poprzednich projektów, napisał się zupełnie od nowa, serwując słuchaczom nieprzewidywalny godzinny trip, dzięki któremu po raz kolejny udało mu się dołożyć cegiełkę do dynamicznie rozwijającego się brzmienia i charakteru nowego świadomego R&B.

Też właśnie dlatego Blonde przy pierwszym odsłuchu stanowi dla słuchacza pewne wyzwanie — już począwszy od rozpoczynającego krążek singlowego „Nikes”, które przetworzonym, mocno spitchowanym wokalem uderza w te same tony, co nieszczęsny początek współtworzonego przez Oceana „My Willing Heart” z ostatniej płyty Jamesa Blake’a. „Nikes” ma jednak nad kompozycją Blake’a tę przewagę, że nie wybija z nastroju, ale go tworzy i wprowadza — niezręczność pierwszych sekund dzięki jednej z bardziej chwytliwych melodii na krążku szybko przekuwa w zainteresowanie. Ocean zaczyna od mocnego stylistycznego manifestu wprowadzającego niczego niedomyślającego się jeszcze słuchacza w swoją wizję post-muzyki. A to dopiero początek. Poczucie obcości powoduje jednak nie tyle (a przynajmniej nie tylko) produkcyjna ornamentacja, ale częściowe odrzucenie prostej piosenkowej struktury refren-zwrotka-refren na rzecz wolniejszej i mniej uporządkowanej formy, co siłą rzeczy wpływa mocno na i tak chwiejne odczucie melodyki na Blonde. Jednocześnie taki sposób pisania i wykonawstwa piosenek sprawia wrażenie bardziej naturalnego i równoważy produkcyjne wybiegi poczuciem bliskości i spontaniczności.

Koncepcja półrefrenów powścibianych gęsto w ewoluującą, mieniącą się niekiedy awangardą tkankę to z pewnością nie to, czego słuchacze i krytycy spodziewali się po Oceanie — z początku rzecz może wydać się odstręczająca, zwłaszcza jeśli przygotujemy ucho na wykrycie pierwszoligowego singla, którego niestety na tym albumie najpewniej wyłowić się nie da. Ocean rozkłada jednak ciężar płyty równo pomiędzy wszystkie utwory — podczas gdy Channel Orange było krążkiem kilku niesamowicie silnych punktów wpisanych w klimatyczną, ale jednak mimowolnie zmarginalizowaną resztę, obcowanie z Blonde budzi zupełnie inne konotacje. Artysta rozwija tu kreowany konsekwentnie od debiutanckiego Nostalgia, Ultra z 2011 roku koncept płyty-opowieści zrealizowanej w ryzach szeroko (jak na płytę pop) wykorzystanej muzyki konkretnej i związanej z nią intertekstualności na pierwszym froncie.

Pomimo tego Blonde jest jednak nawet bardziej intymny i kameralny niż Channel Orange — trochę na wzór płyt Elliotta Smitha, choć rzecz jasna przy wykorzystaniu zupełnie innych środków. Tym samym Ocean po raz kolejny wprowadza R&B na inny poziom — z wielu pozornie chaotycznych półpiosenek i interludiów buduje wstrząsający psychotyczny trip — ułożony w tym samym tonie co tegoroczny krążek Kanyego Westa (przy przywiązaniu większej uwagi do niuansów i detali). To model, który być może (czas pokaże) zaowocuje wyodrębnieniem się post-R&B, które przesunie jeszcze dalej transgresywne zapędy gatunku niż ukonstytuowane w obecnej formie alt R&B. Blonde dla Channel Orange i współczesnego R&B jest tym, czym The Age of Adz Sufjana Stevensa było względem jego Illinoise — świadectwem świadomej, ale wykorzystującej element zaskoczenia i paradoksu ewolucji brzmienia skutkującej przeniesieniem własnej twórczości na nowy poziom przy jednoczesnym zachowaniu charakteru i emocjonalnej otwartości cechujących dotychczasowy dorobek.

Trudno co prawda wyrwać Blonde z kontekstu towarzyszącemu premierze płyty — uwagę mediów po raz kolejny przyciągają poszlaki o życiu osobistym Oceana, a wszystko solidnie doprawiają kontrowersje wokół odejścia piosenkarza z Def Jam i znalezienie się płyty w centrum coraz bardziej doskwierającej słuchaczom wojny streamingowej. Blonde to zresztą kolejna z wielu w ostatnich latach płyt z nurtu hip hop/R&B roztaczająca wokół siebie nieco na wyrost artystowską oprawę, co nie pomaga szczeremu i bezpretensjonalnemu podejściu do materiału. Jeśli jednak potraktujemy piętrzące się kontrowersje w kategoriach stricte marketingowych, oddzielając je od muzyki grubą kreską, dotrzemy być może do klaustrofobicznego jądra nowej kreacji Oceana — portretu człowieka przytłoczonego i zagubionego we współczesnym świecie, który nie potrafiąc już myśleć i poruszać się w liniach prostych, zaczyna krążyć naokoło, walczyć z wiatrakami w rzeczywistości będącymi odzwierciedleniem własnych lęków, słabości, ale i marzeń czy dążeń.

I tak oto Frank mógłby pisać piękne klasyczne, bezpośrednie R&B, ale z jakiegoś powodu nie chce lub nie potrafi. W tym nagięciu schematu, groteskowym wykrzywieniu kameralnie przecież zaaranżowanych melodii, upstrzeniu ich rozlicznymi ozdobnikami, odtworzeniu kreatywnego i życiowego sztormu tkwi największa siła Blonde — paradoksalna, to prawda, ale ujmująca skrytą w głębi niewinnością, może nawet bezradnością wobec nawet nie tyle przytłaczającego świata zewnętrznego, co siebie samego. Ocean zdaje sobie sprawę z drzemiących w nim sprzeczności i nad wyraz trafnie oprawia je muzyką. Rewiduje utraconą na zawsze młodość w intymnie neo-gitarowym „Ivy”, zestawia depresję i uzależnienie z kontrastująco beztroską melodyjnością „Nights”, przepisuje klasyczne „Close to You” Bacharacha na bit, autotune i garść słodko-gorzkich refleksji, wreszcie — ukrywa Beyoncé w chórkach zwiewnego i posępnego jednocześnie współczesnego walczyka w „Pink + White”. Wychodzi w tym wszystkim daleko poza schematy wciąż obowiązujące w R&B — zarówno tekstowo, jak i muzycznie podejmuje ryzyko, po raz kolejny przecierając nieodkryty dotąd szlak.

Oryginalnie tekst ukazał się w serwisie Soulbowl.

Opublikowano

68. Breakfast Club

99 najfajniejszych rzeczy

68. Breakfast Club

Słowo-klucz w kontekście Breakfast Club, w polskim tłumaczeniu znanego jako Klub winowajców, niezobowiązującej 80-sowej komedii dla nastolatków pojawiło się już w Kurtkowo — filmowo, gdzie nie tylko nazwałem film arcydziełem, ale przede wszystkim określiłem go jako jeden z najfajniejszych, jakie kiedykolwiek powstały. Kino dla nastolatków może być (i ostatnimi czasy przeważnie jest) okropne — niezręcznie zagrane, pełne słabych pranków i suchych łanlajnerów, ale seria filmów z przełomu lat 80. i 90. (których wspólnym mianownikiem była w dużej mierze persona grana przez Molly Ringwald) pokazuje, że o wchodzeniu w dorosłość można robić kino niezobowiązująco szczere, inteligentne i zabawne, a przy tym, co ważne, nie nadmiernie moralizatorskie. Ten złoty środek udało się osiągnąć nie tylko w Breakfast Club, ale w mniejszym lub większym stopniu także m.in. w Pretty in Pink, Ferris Bueller’s Day Off, kultowym Dazed and Confused, a w ostatnich latach m.in. The Perks of Being a Wallflower. Jest z czego wybierać!

Opublikowano

どちらですか: bubblegum ✕ avantgarde

Wszystko, co w muzyce lubię najbardziej, czyli przesada i dyspersja. Na wpół taneczny パーティー・ミックス przygotowany na okoliczność wczorajszej audycji Wolny Wybór w Radiu LUZ. Godzina ciągnącej się gumy balonowej solidnie zaprawionej awangardą. W rolach głównych m.in. pół londyńskiej sceny bubblegumbassowej, wizjonerzy post-shibuya-kei, japońscy noiseowcy, Whitney Houston w objęciach Deafheaven. Nieważne dokąd, ważne którędy!

Opublikowano

69. Last Week Tonight With John Oliver

99 najfajniejszych rzeczy

69. Last Week Tonight With John Oliver

Kiedyś sporo mówiło się o tym, jak telewizja ogłupia. Ostatnio temat usunął się trochę w cień, bo mamy internet. Zarówno w ogłupiającej telewizji, jak w i ogłupiającym internecie można natknąć się na talk show produkcji HBO — Last Week Tonight With John Oliver. Wszystko jest w tytule — John Oliver, prowadzący, podsumowuje najważniejsze wydarzenia minionego tygodnia w ciągu jednego wieczora, czy raczej około półgodzinnego odcinka emitowanego w niedzielę. Czasem są to sprawy rzeczywiście aktualne, czasem Oliver trochę dryfuje i podejmuje tematy niepopularne, ale istotne — przynajmniej z punktu widzenia amerykańskiego społeczeństwa. Śpieszę wyjaśnić — Oliver sam jest Brytyjczykiem, ale mieszka w Nowym Jorku i robi program dla Amerykanów, w którym miesza wartości edukacyjne z brytyjskim humorem oprawionym w amerykański format talk showu. Brzmi ciekawie? I tak właśnie jest. Oliver potrafi przemycić istotne, ale same w sobie często nieciekawe i nieatrakcyjne treści w niesamowicie błyskotliwej i angażującej widza formie. Fakt, że nie wszystkie tematy są równie fascynujące i nie ze wszystkimi wnioskami Olivera jestem w stanie się zgodzić bez zastrzeżeń, ale w większości przypadków facet robi zdumiewającą robotę. W szerszym kontekście można potraktować pozycję 69 (bang!) jako przekazywanie wiedzy w interesujący sposób. To zawsze jest fajne. Nie zawsze skuteczne. Ale zawsze fajne. Poniżej próbka, więcej tutaj, całe odcinki w HBO.