Opublikowano

99. Festiwale muzyczne

99 najfajniejszych rzeczy

99. Festiwale muzyczne

Na temat należy spojrzeć ogólnie, ale jednak dość wybiórczo. Z tego też powodu festiwale muzyczne otwierają cykl, zamiast ją wieńczyć. Bo z jednej strony mamy festiwale bardzo archetypiczne — jeszcze kilkanaście lat temu jako pierwszy do głowy przychodził Krajowy Festiwal Piosenki Polskiej w Opolu powołany do życia w atmosferze ogólnej ekscytacji jako impreza muzyki bądź co bądź młodzieżowej w 1963 roku. Dalej był Jarocin, w latach 80. i 90. matecznik polskiego punku, jeden z najbardziej wyrazistych ośrodków kontrkultury czasów PRL-u. Były i inne, ale bardzo odległe czasowo lub terytorialnie (a nierzadko i jedno, i drugie, jak w przypadku legendarnego Woodstocku latem ’69) — nazwą, która pojawiała się jednak najczęściej w charakterze synonimu współczesnej alternatywy było Glastonbury. Polska jednak w ciągu ostatnich dziesięciu lat zmieniła się i w tej materii — od kiedy Open’er wyrósł na naczelną muzyczną imprezę sezonu młodego pokolenia, jak grzyby po deszczu zaczęły pojawiać się kolejne i wachlarz ten z roku na rok rozszerza się we wszystkich kierunkach. Są festiwale plenerowe i festiwale halowe, miejskie i podmiejskie, alternatywne i popularne, jedno- i wielodniowe, skoncentrowane i rozproszone. Nie wspominając nawet o festiwalach jazzowych czy muzyki poważnej, których tradycje organizatorskie nierzadko przebijają nie tylko wspomnianego Open’era, ale i Jarocin, i Opole.

Na festiwalach bardzo często bywa się nie dla samej muzyki i może być to równie fajne, co rozczarowujące, a bywa że i odstręczające. Od festiwalu wszak nierzadko niedaleko do festynu, a wówczas postrzeganie tu i teraz współfestiwalowiczów może ulec diametralnej zmianie. Festiwale mogą być rzecz jasna doświadczane z godnością i bez wysiłku, ale jeśli mówimy o kilkudniowych plenerowych maratonach, brak choćby odrobiny szaleństwa może takiej imprezie odebrać cały urok. Bywa jednak, że urok odebrany zostaje brutalnie np. przez nieoczekiwane załamanie pogody — wtedy przynajmniej jest co wspominać. Ja nigdy nie zapomnę masy gnijącego od upału błota szczelnie wypełniającego pole namiotowe na pamiętnym Open’erze w 2012 roku. Od tego czasu mocne postanowienie każe mi się trzymać od pól namiotowych z dala, przynajmniej na festiwalach — na wszelki wypadek. Ale wtedy też wypiłem najlepsze piwo w życiu — przemoknięty do cna podczas oberwania chmury przed koncertem Mumford & Sons — ciepłego Kamelota z Černej Hory, siedząc w bagażniku samochodu na parkingu festiwalowym. Było warto.

Pozostaje jeszcze kwestia pojęcia i poczucia fajności samych festiwalowiczów, które inaczej kształtować się będzie na Offie czy Open’erze, a inaczej na Wratislavii Cantans czy Warszawskiej Jesieni. Za niejednoznaczności, które jednak dają sporą swobodę interpretacji tematu, miejsce 99.

Jedno przemyślenie nt. „99. Festiwale muzyczne

  1. […] może być fajniejsze niż festiwale muzyczne. Minione pozycje dostarczały cząstkowych odpowiedzi, ale dopiero tę możemy przeciwstawić […]

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *