Opublikowano

O tym jak trzymam swoje winyle przy kaloryferze…

…a mój komputer przeżywa kryzys wieku średniego, czyli żelazne co tam, jak tam.

uhuhu

Lata temu prowadziłem coś w rodzaju internetowego pamiętnika (nazwijmy go blogiem) — rzeczy absolutnie nie do publikacji i wcale nie chodziło o to, że moje sądy były wobec kogokolwiek krzywdzące czy używałem brzydkich słów, będąc bardziej nieopierzonym niż te słowa brzydkie. Po prostu były to czystej wody sroły. Paulo Coelho polskiego nastoletniego internetu, z tym że opamiętałem się, nim było za późno. Albo i nie do końca. Jakiś czas później obiecałem sobie w duchu, że nigdy już na taki projekt się nie porwę, chyba że będę miał coś wartościowego do przekazania. Ale że historia kołem się toczy, tak i tutaj, na ten nowy początek, kiedy w założeniu mam już pożądaną od lat substancję, którą zamierzałem wypełnić kąty tej witryny, musiałem, nie mogłem się oprzeć, zostawić sobie wentyl bezpieczeństwa w postaci kontemplacji bezsensu. Nie chodzi jednak ani o kontemplację, ani o bezsens sensu stricto, raczej kameralną przestrzeń dla cokolwiek intymnego strumienia świadomości, kiedy nie mam nic sensownego do zakomunikowania.

Jak choćby spektakularne odkrycie z gatunku teorii spiskowych (vide teleskopowa brzoza w Smoleńsku), że komputery, a przynajmniej tych kilka, z którymi miałem ostatnio do czynienia, miewają wraz z ostatnim przesileniem gorsze dni — man vs. machine 1:0? Może to kryzys wieku średniego? Może powinno się na tę okoliczność wymyślić jakiś cyfrowy odpowiednik sportowego kabrioletu, aby ten kryzys zażegnać (czy przynajmniej zapchać tę palącą pustkę)? Ale mecz ciągle trwa, nieuchronnie zbliżamy się do remisu, bo wiosna nie tylko komputerom uderzyła do głowy. Po tym jak świstak Phil przepowiedział, że zima nie wróci, ludzie masowo wymienili kurtki z zimowych na wiosenne i jak okiem sięgnąć wszyscy chorzy. Ja też trochę zachorowałem, bo wymyśliłem sobie przemeblowanie pokoju, które nie tylko położyło kres przestronnej nicości na jego środku, ale jakimś trafem sprawiło, że skrzynka z winylami wylądowała niemalże przy kaloryferze. A przecież przez lata zewsząd słyszałem, że tego się nie robi. Abecadło przykładnego kolekcjonera: „nie trzymaj swoich płyt w wilgotnej piwnicy, ani w pobliżu źródeł ciepła”. Trochę mi wyszedł falstart z tymi wiosennymi porządkami i teraz tym gorliwiej wypatruję na niebie słońca.

Opublikowano

Kurtkowo — filmowo

Skoro już zabrałem się za układanie swojego życia (hehe) według porządku arytmetycznego (vide doklejanie tytułów do numerków), postanowiłem iść za ciosem i wybrać kilka filmów, które w jakiś sposób targnęły się na moje życie (hehe²). Kilka z tych obrazów na tę okoliczność obejrzałem ponownie, ale w większości pozwoliłem mej pamięci, z niekłamaną zresztą przyjemnością, nadpsuć na swój własny sposób ich faktyczny wydźwięk i przebieg. Znaleźć tu można i takie przypadki, którym dopiero po czasie, gdy już trochę okrzepło wspomnienie o nich, doprawiłem rozmaite walory. Ja tylko numeruję, mnożenie i dzielenie pozostawiam wam.

40. Suspiria

Odgłosy reż. Dario Argento (Włochy, 1977)
Nie potrafię oprzeć się połączeniu psychodelii, tajemnicy i estetyki z pogranicza kiczu. Chaotyczne przedstawienie i realizacja tej historii jedynie dodają jej blasku!

39. There Will Be Blood

Aż poleje się krew reż. Paul Thomas Anderson (USA, 2007)
Wampiryczna reinterpretacja Obywatela Kane’a zrobiona z kubrickowskim rozmachem. Rewelacyjne role Lewisa i Dano, genialny kompozytorski debiut Greenwooda.

38. The Breakfast Club

Klub winowajców reż. John Hughes (USA, 1985)
Kino dla nastolatków wcale nie musi być stracone. Arcydzieło w swojej kategorii i jeden z najfajniejszych filmów, jakie kiedykolwiek powstały. No i wspaniała Molly Ringwald w jednej z głównych ról.

37. Un condamné à mort s’est échappé ou Le vent souffle où il veut

Ucieczka skazańca reż. Robert Bresson (Francja, 1956)
Skonstruowany z chirurgiczną precyzją, skrupulatny, wręcz medytacyjny, ale niesamowicie realistyczny i gęsty.

36. 山椒大夫

Zarządca Sanshô reż. Kenji Mizoguchi (Japonia, 1954)
Być może najbardziej wzruszający w swojej rozbrajającej prostolinijności film, jaki kiedykolwiek widziałem. Jednocześnie zrobiony jednak z właściwym okolicznościom artyzmem i realizmem.

35. What Ever Happened to Baby Jane?

Co się zdarzyło Baby Jane? reż. Robert Aldrich (USA, 1962)
Hollywood zaczyna rozliczać się ze swoich ofiar. Maniakalny pojedynek prawdziwych rywalek — Bette Davis i Joan Crawford.

34. Siekierezada

reż. Witold Leszczyński (Polska, 1985)
Obejrzany zupełnie przypadkiem, niemal mimochodem, zawartym w sobie ładunkiem emocjonalnym odcisnął na mnie ogromne piętno. Wielowymiarowe doświadczenie emocjonalne.

33. La notte

Noc reż. Michelangelo Antonioni (Francja, Włochy, 1961)
Antonioni po raz kolejny na tropie ludzkiej natury — tym razem w objęciach przesyconej zapachem deszczu mediolańskiej nocy. Poezja wtrącona między prozę.

32. A Charlie Brown Christmas

Święta Charliego Browna reż. Bill Melendez (USA, 1965)
Najpiękniejsza bożonarodzeniowa historia, najczęściej oglądany przeze mnie film. Charlie Brown w poszukiwaniu prawdziwego sensu świąt opatulony ponurym humorem Charlesa M. Schultza i impresjonistycznym jazzem Vince’a Guaraldiego.

31. La maman et la putain

Mama i dziwka reż. Jean Eustache (Francja, 1973)
Jean-Luc Godard skropiony Woody’m Allenem — paryskie życie początku lat 70. z wszelkimi jego przyległościami.

30. To Speak or Not to Speak

Mówić albo nie mówić reż. Raoul Servais (Belgia, 1970)
Dziesięciominutowa animacja w doskonały sposób objaśniająca sposoby funkcjonowania systemu — bez nuty fałszu czy chwili zawahania. Przez 45 lat nie stracił niczego ze swojej aktualności.

29. Rope

Sznur reż. Alfred Hitchcock (USA, 1948)
Bezpośrednio po seansie wzbudził we mnie pewne oburzenie, a nawet odrazę, ale do dziś nie mogę o nim zapomnieć. Hitchcock był nie tylko mistrzem suspensu, ale i retoryki, dzięki czemu w konwencji prostego dramatu teatralnego potrafił wyczarować prawdziwe arcydzieło.

28. ハウス

Dom reż. Nobuhiko Ôbayashi (Japonia, 1977)
Tak się robi kino rozrywkowe! Z rozmachem! Surrealistyczne, kolorowe, kiczowate — jak widać granica między rewelacyjnym a bardzo złym jest niesamowicie cienka.

27. Il deserto dei Tartari

Pustynia Tatarów reż. Valerio Zurlini (Francja, Włochy, RFN, 1976)
Film totalny. Wojna bez ani jednego wystrzału. Gęsta psychologicznie wojna dziejąca się być może naprawdę, a być może w głowach głównych bohaterów.

26. 切腹

Harakiri reż. Masaki Kobayashi (Japonia, 1962)
Perfekcyjnie skalibrowana i przeprowadzona samurajska opowieść skrywająca gorzką odwieczną prawdę o zachowaniach ludzkich. Leje się wino i są igrzyska, ale w co najmniej przewrotny sposób.

25. The Shining

Lśnienie reż. Stanley Kubrick (Wielka Brytania, USA, 1980)
Przez długi czas miałem w zwyczaju powtarzać, że kino skończyło się w 1980, mając w głowie ten film jako ostatnie wielkie dzieło kinematografii. W swoim maniakalnym bezsensie jeden z najbardziej przerażających obrazów, jakie kiedykolwiek oglądałem.

24. La passion de Jeanne d’Arc

Męczeństwo Joanny d’Arc reż. Carl Theodor Dreyer (Francja, 1928)
Trudno znaleźć film bardziej realistyczny i surrealistyczny zarazem. Twarz Falconetti po mistrzowsku wyraża wszystkie niuanse tej pełnej poświęcenia i cierpienia historii, sprawiając, że widz staje się naocznym świadkiem tych wydarzeń. Z kolei reżyseria artystyczna Dreyera rzuca na obraz pewien nierzeczywisty cień, który dodaje całości charakteru i blasku. Arcydzieło kina niemego.

23. 寄生虫の一夜

Nocne pasożyty reż. Yoji Kuri (Japonia, 1972)
Jeden z najbardziej intrygujących i hipnotyzujących filmów, jakie widziałem — surrealistyczny horror senny odstręczający i zachwycający swoją machinalną powierzchownością, pozwalający widzowi zgubić się w przedstawionym świecie, który z każdą minutą staje się coraz bardziej podobny do otaczającej nas rzeczywistości.

22. Սայաթ-Նովա

Barwy granatu reż. Siergiej Paradżanow (ZSRR, 1968)
Życie poety. Film-zagadka — jeden z najpiękniejszych wizualnie obrazów w historii kina, wielobarwny kordonek, którego rozwinięcie to nie lada sztuka. Wizualne i koncepcyjne arcydzieło.

21. They Shoot Horses, Don’t They?

Czyż nie dobija się koni? reż. Sydney Pollack (USA, 1969)
I znów rolach głównych ludzka natura, wino i igrzyska, koło czasów i taniec — tylko życia czy śmierci?

20. Sunset Blvd.

Bulwar Zachodzącego Słońca reż. Billy Wilder (USA, 1950)
Być może nie bez znaczenia były okoliczności, w jakich ten film widziałem — by go obejrzeć w telewizji specjalnie wstałem w środku nocy, a wraz z dramatycznym finałem, przywitał mnie świt. Może także dzięki temu (choć bezsprzecznie dzięki wirtuozerii Wildera i obłędnej próbie aktorskiej Glorii Swanson grającej przecież poniekąd samą siebie) doświadczyłem wówczas kina noir w jego pełnym wymiarze.

19. El ángel exterminador

Anioł zagłady reż. Luis Buñuel (Meksyk, 1962)
Buñuel błyskotliwie i brutalnie rozprawia się z konwenansami. Dochodzi przy tym do sedna ludzkiej natury, wobec której także nie pozostaje dłużny, wykorzystując do tego cały arsenał, jaki daje mu kino.

18. The Last Picture Show

Ostatni seans filmowy reż. Peter Bogdanovitch (USA, 1971)
Obezwładniająca melancholia z Hankiem Williamsem w tle. Generacja nic skazana przez czas i miejsce na beznamiętne dożywocie w samym sercu pustkowia.

17. 12 Angry Men

Dwunastu gniewnych ludzi reż. Sidney Lumet (USA, 1957)
Sześćdziesiąt lat później jest równie mocny i aktualny co w chwili premiery. Kameralne kino zbudowane wokół znakomitej koncepcji i jej pieczołowitej realizacji, działające na wyobraźnię, silnie włączając widza w bieg historii.

16. Kárhozat

Potępienie reż. Béla Tarr (Węgry, 1988)
Tarr jak zwykle wydobywa z prozy codzienności magiczny pierwiastek dzięki niezwykle żywym, choć w istocie ponurym, noirowym zdjęciom i wieloznacznej fabule.

15. 怪談

Kwaidan, czyli opowieści niesamowite reż. Masako Kobayashi (Japonia, 1964)
Niezwykle plastyczna i artystycznie skrojona antologia filmowa — cztery tradycyjne japońskie opowieści o duchach na duży ekran zostały przeniesione przez Kobayashiego po mistrzowsku.

14. Det sjunde inseglet

Siódma pieczęć reż. Ingmar Bergman (Szwecja, 1957)
Bergman przy pomocy prostej, ale jakże trafionej metafory pojedynku szachowego porusza szereg fundamentalnych dla życia ludzkiego zagadnień. Fenomenalny film!

13. Popiół i diament

reż. Andrzej Wajda (Polska, 1958)
Polska szkoła filmowa w najlepszym wydaniu! Wajda ekranizuje prozę Andrzejewskiego, ale zupełnie inaczej rozkłada akcenty. Scena, w której biesiadnicy tańczą niby w transie do kakofonicznego Poloneza As-dur Chopina to być może moja ulubiona scena filmowa w historii kina.

12. La grande bellezza

Wielkie piękno reż. Paolo Sorrentino (Francja, Włochy, 2013)
Czy gdyby Fellini tworzył obecnie, użyłby elektro jako środka artystycznego? Współczesność, jak pokazuje Sorrentino, jest szalenie fascynująca. Prawda o ludziach, życiu i sztuce. Wysokiej i niskiej na równych prawach w nieuniknionych objęciach post-modernizmu.

11. Rear Window

Okno na podwórze reż. Alfred Hitchcock (USA, 1954)
Modelowy przykład magii Hollywood — Okno na podwórze ma wszystko, co powinien mieć doskonały amerykański film — napięcie, zagadkę, humor i wątek miłosny. Hitchcock po raz kolejny robi coś z niczego, a na deser w jednej z głównych ról zjawiskowa Grace Kelly. Tak się robi kino!

10. Ordet

Słowo reż. Carl Theodor Dreyer (Dania, 1955)
Najbardziej budujący i obezwładniający film zarazem. Dreyer mierzy się z przekonaniem, że współcześnie Bóg opuścił ludzi, a życie obecnie niewiele ma wspólnego z tym z czasów biblijnych. Wyczekany finał jest być może najwspanialszym zakończeniem w historii kina.

9. Metropolis

reż. Fritz Lang (Niemcy, 1927)
Myślę „ulubiony film niemy” — mówię Metropolis. Środki artystyczne niemieckiego ekspresjonizmu mieszają się tu w spektakularnej oprawie z czystej krwi dystopijnym retrofuturyzmem. Trudno przecenić wpływ Metropolis na popkulturę ostatniego stulecia, a co za tym idzie — na nas samych.

8. Who’s Afraid of Virginia Woolf?

Kto się boi Virginii Woolf? reż. Mike Nichols (USA, 1966)
Kameralny dramat najwyższej próby. Nichols przy pomocy zaledwie czwórki bohaterów buduje intensywną i emocjonującą fabułę pełną zwrotów akcji w klimacie New Hollywood. Przeszywa na wskroś obusiecznym mieczem, gdzie jednym ostrzem jest atmosfera zbyt długo przeciągniętej libacji alkoholowej, a drugą szczerość i realizm znakomitych kreacji aktorskich.

7. Annie Hall

Annie Hall reż. Woody Allen (USA, 1977)
Swego czasu mój ulubiony film w ogóle, od czasu gdy przypadkiem zobaczyłem go któregoś wieczoru nieświadomy zresztą, co oglądam, na TCM. Później obejrzałem go po raz kolejny i kolejny, kolejny, a dyskurs Woody’ego Allena stał się dla mnie w pewnym sensie wyznacznikiem intelektualnej fajności. Annie Hall jest tego dyskursu kwintesencją.

6. Иди и смотри

Idź i patrz reż. Elem Klimow (ZSRR, 1985)
Wojna świadomie, ale nie zuchwale odarta z — dopisywanych do niej zbyt często — poetyki i filozofii.

5. 2001: A Space Odyssey

2001: Odyseja kosmiczna reż. Stanley Kubrick (Wielka Brytania, USA, 1968)
Najlepszy kolorowy film, jaki kiedykolwiek powstał. Świadome operowanie kolorem w kinie jest trudniejsze niż mogłoby się nam, dzieciom kolorowej telewizji, wydawać. Ale właśnie dzięki barwom konstytuującym wizję Kubricka, udało mu się stworzyć arcydzieło nie tylko koncepcyjne, ale i wizualne.

4. Citizen Kane

Obywatel Kane reż. Orson Welles (USA, 1941)
O tym filmie powiedziano i napisano już tyle, że kolejna (blada zresztą) opinia utopiłaby się w oceanie. Historia życia człowieka od urodzenia do śmierci — po amerykańsku — z rozmachem! Dwie godziny Hollywood w najlepszym wydaniu i szczypta prawdy o każdym z nas. Najlepsze, co dało światu amerykańskie kino!

3. La dolce vita

Słodkie życie reż. Federico Fellini (Francja, Włochy, 1960)
Przez wiele lat nieoglądania La dolce vita irracjonalnie nie wierzyłem, że Fellini mógłby mnie w jakikolwiek sposób zainteresować, a tym czasem w dużej mierze dzięki temu filmowi pozbyłem się wszystkich swoich uprzedzeń względem kultury i języka włoskiego. Słodkie życie jest w zasadzie słodko-gorzkie i właśnie dlatego tak nęcące — ani przez chwilę nie jest bez smaku.

2. L’année dernière à Marienbad

Zeszłego roku w Marienbadzie reż. Alain Resnais (Włochy, Francja, 1961)
Historia jest sprawą drugorzędną, ba!, nie wiadomo, czy w ogóle się wydarzyła, kiedy, po między kim i w jakich okolicznościach. Marienbad jest na tyle ulotny, na ile ulotny są sny, a jednak, kiedy trwa, jawi się przed nami, nie może być bardziej rzeczywisty. Film Alaina Resnais ma w sobie coś z kina detektywistycznego, ale na zupełnie innej płaszczyźnie — detektywem jest tu jedynie widz, którego zadaniem jest dopasowanie do siebie elementów logicznej, ale zawiłej i rządzącej się własnymi prawami onirycznej układanki. Esencja kina.

1. 人間の條件

Dola człowiecza reż. Masaki Kobayashi (Japonia, 1958-1961)
„Nie można wyrzec się panowania ani przestać pragnąć, by mu służono. Każdemu trzeba niewolników jak powietrza (…) Siła rozstrzyga wszystko”. — Albert Camus

Niezrównana trylogia antywojenna. Wojna jako samonapędzający się organizm. Z góry przegrana walka z potężną machiną zmieniającą ludzi, gaszącą ich ideały, a ostatecznie doprowadzającą do upadku człowieczeństwa.

Opublikowano

74. Teledysk „Hotline Bling”

99 najfajniejszych rzeczy

74. Teledysk „Hotline Bling”

Tym razem zacznę od komunału. Otóż każde pokolenie ma taki teledysk, taki utwór, który niekoniecznie jest głosem pokolenia, ale między wierszami mówi coś o czasach i ludziach i robi to w świetnym stylu. OK, może to nieprawda, ale to jest ten teledysk. Drake wykręcił za jednym zamachem nie tylko utwór roku, ale i teledysk dekady — i jedno, i drugie osiągając dzięki realizacji znakomitych pomysłów przy zachowaniu względnej prostoty. Ale o fajności „Hotline Bling” zadecydowało koniec końców nie to, że Drake stał się po nim człowiekiem-memem, ale dystans z jakim podszedł do całego projektu. Ruchy taneczne dalekie od obowiązującego w R&B kanonu i gruby golfosweter (który nawet nie był w renifery — to tak bardzo mogło się nie udać, a wyszło najfajniej.

Opublikowano

75. Festiwale filmowe

99 najfajniejszych rzeczy

75. Festiwale filmowe

Co może być fajniejsze niż festiwale muzyczne. Minione pozycje dostarczały cząstkowych odpowiedzi, ale dopiero tę możemy przeciwstawić festiwalom muzycznym w sposób pełny i bezpośredni. Otóż festiwale filmowe naprawdę potrafią być bardziej ekscytujące, nawet dla kogoś, kto zasadniczo przedkłada muzykę nad film (takiego jak ja), a już na pewno są od festiwali muzycznych fajniejsze. Problem tkwi w tym, że trudno racjonalnie i przy pomocy słów wyrazić na czym ta fajność w zasadzie polega. Gdyby nie festiwale filmowe, prawdopodobnie nie miałbym okazji (czyt. siły, pieniędzy, motywacji), by w ciągu jednego dnia wybrać się do kina na więcej niż jeden film, a tak zdarzyło mi się kiedyś zobaczyć ich jednego dnia pięć. Festiwale filmowe bywają mniejsze i większe — te większe, jak wrocławskie Nowe Horyzonty, są ciekawsze o tyle, że filmów i pokazów jest co niemiara — w tym samym momencie czasem wyświetlanych jest nawet 10 różnych obrazów. Żeby więc taki festiwal przeżyć jak najpełniej trzeba się do niego trochę przygotować, a przede wszystkim przygotować się na maraton (w przypadku NH — dziesięciodniowy), kiedy wszystko inne ma znaczenie drugorzędne, a liczy się kino. Na ten czas staje się naszym drugim domem. Planowania sobie czasu nie widać końca. Widać za to ludzi przysypiających w kinie. Najlepszym elementem festiwali filmowych są jednak kluby festiwalowe, gdzie do białego rana potrafią toczyć się burzliwe dyskusje zarówno o festiwalowych filmach, jak i zupełnie o niczym.

Opublikowano

Rekuperacja: Antyrihanna

Można by pokusić się o stwierdzenie, że powiedzenie, by nie oceniać książki po okładce najwyraźniej nie dotyczy Rihanny. Jak inaczej bowiem wytłumaczyć to, że jej pierwsza prawdziwie interesująca okładka skrywa jej pierwszy w całości słuchalny materiał długogrający?

Jeszcze zanim w październiku zeszłego roku piosenkarka zaprezentowała okładkę swojej kolejnej płyty w galerii sztuki, wiadomo było, że coś się u Rihanny zmieniło. Między 2005 a 2012 jej siedem wcześniejszych longplayów ukazywało się niemalże rok po roku (wyjątkiem był jedynie 2008, kiedy postawiono na reedycję do tej pory najbardziej kompletnego albumu piosenkarki Good Girl Gone Bad). Tymczasem na Anti musieliśmy czekać bite trzy lata (rocznikowo aż cztery). Choć trzy zeszłoroczne single (ostatecznie nieuwzględnione na płycie) nie prezentowały żadnej wyraźnej zmiany koncepcji, nie sposób było się nie zastanawiać, czy i jak ta najdłuższa w karierze piosenkarki przerwa wpłynie na jakość jej nowego materiału.

Do tej pory Rihanna była przede wszystkim fabryką przebojów. Osiągnęła w tym względzie zresztą znakomite rezultaty — mało komu udało się zdobyć aż 13 numerów jeden w Ameryce w przeciągu zaledwie ośmiu lat. Należy jednak dodać, że przebój przebojowi nierówny, a zdobywanie kolejnych hitów piosenkarka okupiła kosztem koherencji swojego wizerunku scenicznego i muzycznej tożsamości. Właściwie każda z czterech ostatnich płyt była muzycznym śmietniskiem najróżniejszych aktualnych trendów, co było zresztą całkowicie racjonalną strategią marketingową. Jeśli słuchaczom nie spodoba się Rihanna w wersji reggaetonowej, w zanadrzu jest jeszcze Rihanna elektropopowa, trapowa, popsoulowa, taneczna i sentymentalna. Ale trzeba oddać jej w tym miejscu, że w każdym z tych wcieleń prezentowała się całkiem wiarygodnie — podobnie jak niegdyś Madonna potrafiła sprzedać siebie w wielu różnych odsłonach. I pewnie też dlatego udało jej się utrzymać na szczycie przez bitą dekadę. Poza szerokim spektrum lansowanych przez radio singli, na płytach Barbadoski można było oczywiście czasem znaleźć trafione utwory niesinglowe (jak chociażby „Love Without Tragedy”/”Mother Mary” czy „Get It Over With” z ostatniego Unapologetic), ale raczej w ramach wyjątku niż reguły.

Słuchanie wcześniejszych płyt piosenkarki (może z wyjątkiem Good Girl Gone Bad) było przedzieraniem się przez sztampę, nudę i przeciętność w poszukiwaniu najwyżej kilku względnie satysfakcjonujących numerów. W przypadku Anti jest natomiast dokładnie odwrotnie. Pod tym względem Rihanna nie mogła zatytułować tego albumu trafniej — krążek jest bowiem tym, czego do tej pory najbardziej jej brakowało — pierwszym koncepcyjnie, brzmieniowo i songwritersko koherentnym materiałem długogrającym. Oczywiście w kolejnych utworach z płyty piosenkarka, jak zwykle, przybiera rozmaite wcielenia wokalno-charakterologiczne — nie byłaby w pełni sobą, gdyby takie rozróżnienie tu nie zaistniało, ale bez trudu już przy pierwszym odsłuchu można wyczuć zdecydowaną zmianę jakościową. Na pierwszy rzut ucha słychać przede wszystkim różnice w aranżacji — bo chociaż Rihanna podobnie jak wcześniej miesza w obrębie płyty pop, rock, dancehall, hip-hop i R&B, produkcja jest na tyle subtelna i nastawiona na detale, że poszczególne piosenki komponują się ze sobą nadzwyczaj dobrze. Tę zmianę słychać było poniekąd już w singlowym „Work”, z towarzyszeniem Drake’a, który choć utrzymany jest w duchu innego singla duetu „What’s My Name”, wydaje się przy pierwszym kontakcie jakby bardziej niedostępny niż pozostałe przeboje piosenkarki.

Tym samym dochodzimy do kolejnej istotnej wartości Anti, a mianowicie — songwritingu. Choć Anti podobnie jak wcześniejsze krążki piosenkarki jest dziełem zbiorowym — Rihanna wyszła poza krąg stałych współpracowników i wyciągnęła rękę w stronę artystów, którzy z powodzeniem w ostatnich latach tworzą nową falę R&B — wśród nich znaleźli się m.in. James Fauntleroy II, SZA, The Weeknd czy Jeremih, a to dopiero początek listy. Dzięki nim melodie są tu z reguły bardziej złożone niż na wcześniejszych wydawnictwach piosenkarki, a przez to utwory angażują słuchacza na zupełnie innym niż dotychczas poziomie. Nie jest to zatem album, któremu można oddać sprawiedliwość po jednokrotnym przesłuchaniu, ale materiał, który z każdym kolejnym odsłuchem zdaje się odsłaniać przed słuchaczem jakiś nowy szczegół. Ale nie ma się czemu dziwić — na straży spójnego brzmienia projektu stanął współproducent wszystkich utworów na Anti Kuk Harrell, bliski współpracownik The-Dreama, odpowiedzialny za dwa najlepsze utwory w katalogu Rihanny — „Umbrellę” i „Only Girl (In the World)”. Ale krążek brzmiałby zapewne zupełnie inaczej, gdyby nie sama Rihanna, w której wizja, jak sama to określiła, ponadczasowej płyty dojrzewała już od dawna.

Symbolem tego długo wyczekiwanego przeobrażenia może być oniryczny cover neo-psychodelicznego „New Person, Same Old Mistakes” zamykającego zeszłoroczny album grupy Tame Impala Currents. Dużo o nowej płycie i podejściu Rihanny do muzyki mówi nie tylko tekst utworu, ale także to, że piosenka w niemalże niezmienionej psych-rockowej aranżacji idealnie wpasowała się w bieg Anti. A to nie jedyny niespodziewany składnik krążka — znakomite wrażenie robi również wyprodukowane przez Hit-Boya i Travisa Scotta „Woo”, które oparte na dynamicznie zapętlonym gitarowym riffie i vocoderowym wokalu, przywodzi na myśl Yeezusa Kanyego Westa. Nie mniej fascynujący jest inny numer z gitarą elektryczną w roli głównej — „Kiss It Better” — rasowy popowy przebój łączący w sobie duszę Prince’a z czasów Purple Rain i powierzchowność rozkosznego zeszłorocznego krążka Carly Rae Jepsen. Nie sposób nie zwrócić uwagę na odkrywające nowe pokłady subtelności w repertuarze piosenkarki „Love on the Brain” — rozmarzone midtempo oparte na doo-wopowym bicie, zaśpiewane trochę w stylu Alicii Keys, ale z niewątpliwie większym wokalnym wyczuciem (przynajmniej, jeśli przyjrzymy się ostatnim poczynaniom Keys). Trudno oprzeć się także zadziornemu duetowi Rihanny z SZĄ w otwierającym płytę „Consideration” i następującemu bezpośrednio po nim kompaktowemu „James Joint” zbudowanego wokół quietstormowego motywu budzącego bliskie skojarzenia z klasycznymi nagraniami Steviego Wondera.

Powiedzenie, że nie ocenia się książki po okładce w przypadku Rihanny faktycznie nabiera zupełnie innego znaczenia. Wszyscy ci, którzy, tak jak redaktorzy Yahoo, spodziewali się kontynuacji braku linii stylistycznej poprzednich siedmiu krążków, powinni faktycznie tej płyty posłuchać.

Oryginalnie tekst ukazał się w serwisie Soulbowl.

Opublikowano

2015: filmy

Zazwyczaj aż tak nie oszukuję — nawet jeśli publikuję rzeczy z datą wsteczną to zwykle dlatego, że to data ich oryginalnej publikacji. Z filmami jest inaczej o tyle, że jak dotąd ich w cyklu rocznym nie układałem, a rok później, czyli w styczniu 2017, postanowiłem, że jednak chciałbym zacząć. By nie zaczynać od zera, bo to zawsze trudne, przykre, obarczone błędem nowicjusza, podjąłem decyzję o fabrykacji kontekstu poprzednich lat. Oto pierwsze jej owoce.

10. The Peanuts Movie

Fistaszki: wersja kinowa reż. Steve Martino

Mimo zmiany kreski zachowano oryginalny ponury humor Schultza, kunsztownie sklejając stare i nowe gagi w całość. Szkoda tylko muzyki Guaraldiego.

9. The Big Short

Big Short reż. Adam McKay

Dekamuflaż patologii. Dość chaotycznie, choć metodycznie zrobiony film o kulisach krachu na rynku kredytów hipotecznych w USA 9 lat temu.

8. El botón de nácar

Perłowy guzik reż. Patricio Guzmán

Woda, kosmos, Chile, kultura, Indianie, wielka polityka, okrucieństwo, ludobójstwo, perłowy guzik, a to wszystko w konsekwentnym ścisłym splocie myśli autora.

7. あん

Kwiat wiśni i czerwona fasola reż. Naomi Kawase

Ujmuje szczerością i naturalnym darem odnajdowania poetyki w drobiazgach codzienności.

6. Youth

Młodość reż. Paolo Sorrentino

Monumentalność intelektualną zastępuje wizualną. Sorrentino pożycza od Seidla, nieźle sobie radząc. By powtórzyć ekstazę Wielkiego piękna abrakło mi tylko wyrazistej osi fabularnej.

5. Spotlight

reż. Tom McCarthy

Dobrze skrojone kino o dziennikarstwie śledczym pozbawiony sensacyjnej otoczki. Wszyscy ludzie prezydenta A.D. 2015.

4. Body/Ciało

reż. Małgośka Szumowska

Szumowska wreszcie przestała krzyczeć: „Patrzcie, jestem kontrowersyjna!” i zaczęła robić kino. I to całkiem niezłe — zabawne, nieoczywiste, zręcznie obsadzone pomiędzy światami.

3. Room

Pokój reż. Lenny Abrahamson

Znakomite aktorstwo, świetne zdjęcia, przemyślana i złożona historia. Przyjęta perspektywa poszerza spojrzenie o dodatkowe elementy. Mocne kino.

2. 海街diary

Nasza młodsza siostra reż. Hirokazu Koreeda

Studio Ghibli w wersji live action z wyłączeniem low fantasy. Wyważone, ciepłe, rodzinne kino o codzienności wypełnionej nie dramatem, a uśmiechem.

1. The Lobster

Lobster reż. Yorgos Lanthimos

Pierwszy anglojęzyczny obraz Lanthimosa jest plastyczny, nieszablonowy i niesamowicie zabawny, zupełnie jak „Grand Budapest Hotel” w zeszłym roku.

Opublikowano

76. Hello, yes, this is dog

99 najfajniejszych rzeczy

76. Hello, yes, this is dog

Internetem podobno rządzą koty, ale tytuł najfajniejszego zwierzęcego memu w historii wędruje do tego psa. Zasadniczo mogłem uogólnić ten wpis do psów w ogóle, bo psy są kudłate, lojalne, wesołe i kochane, ale tym razem postanowiłem tego nie robić. Niemniej jednak niech ten pies w internecie zdominowanym przez koty symbolizuje wszystkie psy. Nadaje się do tego znakomicie. Do diaska, to w końcu pies rozmawiający przez telefon. To prawda nie trzyma sam słuchawki, ale wypowiada się bardzo koherentnie. Prawie jak w dowcipie*.

Dzwoni telefon.
Pies odbiera i mówi:
– Hau!
– Halo?
– Hau!
– Nic nie rozumiem.
– Hau!
– Proszę mówić wyraźniej!
– H jak Henryk, A jak Agnieszka, U jak Urszula: Hau!

99 najfajniejszych rzeczy

*dowcip ma charakter edukacyjny i został przytoczony, bo pasuje do okazji, nie dlatego, jakoby sam w sobie był fajny

Opublikowano

Rekuperacja „Bailando”

Któregoś ranka obudziłem się z dźwięczącym uporczywie głowie znanym tureckim motywem muzycznym, który z pewną obawą zidentifikowałem prędko jako „Rhythm of the Night” Loony. Wiedziony ciekawością i nauczony doświadczeniem, że to niemożliwe, żeby motyw został przez Loonę zapoczątkowany, postanowiłem sięgnąć głębiej i poszukać oryginalnej wersji, którą ostatecznie oczywiście bez problemu odnalazłem — to „Hadi Bakalım” z repertuaru jednej z najsłynniejszych tureckich piosenkarek XX wieku — Sezen Aksu, wydane w 1991 roku na płycie Gülümse (swoją drogą, jakże odmienny wydźwięk ma ta wersja od późniejszej reinterpretacji Loony — nie pierwszy i nie ostatni raz zresztą). Zanim jednak udało mi się do tego dojść, zabłądziłem, jak to się często zdarza w internecie, trafiając na nieśmiertelne „Bailando”.

„Bailando”, które powinno się wreszcie skazać na wieczne zapomnienie w odmętach pamięci, pomyślałem, „Bailando”, które przez lata słyszałem w rozmaitych okolicznościach dziesiątki, jeśli nie setki razy. Nie było dla mnie wielkim zaskoczeniem, że „Bailando” Loony było jedynie coverem. Niderlandzka piosenkarka podobnie jak niemiecka Cascada czy belgijska Kate Ryan słynie bowiem z bezrefleksyjnego przetwarzania znanych motywów i melodii. Zdziwiło mnie trochę natomiast stylistyczne i chronologiczne sąsiedztwo obu wersji — ta oryginalna ukazała się raptem dwa i pół roku wcześniej i także była wykwitem eurodance’u. Byłem zresztą przekonany, że słyszałem ją już wcześniej raz czy dwa, co faktycznie było prawdą, choć jak się okazało jakiś czas później, nigdy tak naprawdę jej nie słyszałem. Oryginał został nagrany i wypuszczony na singlu z początkiem 1996 roku przez pięcioosobową belgijską grupę Paradisio, na którą, jak doczytałem, składało się wówczas dwóch producentów, dwóch tancerzy i nosząca kolorowe peruki frontmenka Marisa. Musiały minąć jednak dwa kolejne lata, zanim numer stał się w Europie przebojem — w rankingach popularności kawałek konkurował więc z „Barbie Girl” zespołu Aqua, „MMMBop” Hanson i „I’ll Be Missing You” sygnowanym przez Puffa Daddy’ego & The Family.

Śpiewanie po hiszpańsku przez wykonawców nijak z Hiszpanią niezwiązanych ma długą tradycję po obu stronach Atlantyku. Co istotne, nierozerwalnie towarzyszy mu zazwyczaj przerysowane wyobrażenie tego, czym jest latynoski pop. I tak oto Europa doczekała się wielu hiszpańskojęzycznych przebojów z Niemiec, Austrii, Holandii, Belgii, Francji, Włoch, etc. Wykonawców zwykle już po krótkiej chwili zdradzał kanciasty akcent, a przy odrobinę bliższym obcowaniu — tekst — często będący zbiorem chwytliwie brzmiących i popularnych zwrotów, które jednak nijak nie składały się w logiczną całość. Co jest siłą tego patentu? Trudno powiedzieć — może latynoski czar, a może jakieś biedapoczucie elitarności, że chociaż nie znam hiszpańskiego, to rozumiem, co do mnie śpiewają. Nieistotne. „Bailando” Paradisio wpisuje się w ten schemat połowicznie, wybierając, świadomie czy nie, tę połowę bardziej soczystą. Marisa nie brzmi może jak rodowita Hiszpanka, ale zanim nie doczytałem o Belgii, myślałem co najmniej o Portugalii. Śpiewa natomiast rzeczy urągające rozumowi i godności człowieka myślącego, co w erze postinternetu może być jedynie komplementem. Jest więc „corona de cristales” okraszona „ye, ye, ye” i „una emoción” — podstawa każdego prawdziwego natchnienia stojącego za piosenką, są „efectos especiales” i tajemnicze „silencio loco” w refrenie. Tekściarz unika natomiast jak ognia odmiany czasowników przed osoby — zaproszenie do wspólnej zabawy czyni enigmatycznym, ale jednoznacznym „tu y yo a la fiesta”, koniecznie wskazując przy tym palcem odpowiednie osoby i choćby orientacyjnie wspomnianą fiestę. A później tylko „bailando, bailando”, żegnamy znajomych, ciszę i jesteśmy „loco(s)”.

Napiszę od razu, że nie zamierzam teraz wymyślać fantazyjnej teorii, dlaczego „Bailando” Paradisio jest znakomitym numerem, bo piosenka broni się sama. Chodzi mi raczej o odczarowanie pozostawionego przez płaski i nijaki cover Loony niesmaku. Swoją drogą trudno powiedzieć, czy to, że Loona nagrała „Bailando” na nowo niedługo po sukcesie oryginalnej wersji było wynikiem obustronnej umowy czy wielkiej przenikliwości, jaką wykazała się holenderska piosenkarka. Prawdą jest bowiem, że singiel Paradisio choć podbił państwa frankofońskie, Skandynawię, kraje basenu Morza Śródziemnego i w mniejszym stopniu samą Hiszpanię, nie doczekał się sukcesu (a może i wydania) w Niemczech, Austrii i Szwajcarii. Ten rynek rok później zajęła ze swoją wersją wspomniana Loona i stamtąd piosenka bardzo szybko przyszła do nas. Nie chcę czynić z tego manifestu politycznego, ale sąsiedztwo Niemiec wyrządziło polskiej świadomości muzycznej ogromną krzywdę. O ile oczywiście tamtejsze stacje muzyczne były w pewnym momencie swoistym oknem na świat dla polskiego słuchacza (R.I.P. Viva Zwei), obcowanie z nimi zbyt często kończyło się poznawaniem rzeczy pokroju DJ-a Ötziego czy grupy Marquess. Jakkolwiek to zabrzmi, znajomość „Bailando” Loony także jest pokłosiem naszego niezbyt fortunnego położenia geograficznego.

Oryginalne „Bailando” wypada w porównaniu z wersją Loony zupełnie inaczej. Piosenkarce przede wszystkim ewidentnie zależy, a przy tym pozostaje w bezpiecznej odległości od czegoś, co moglibyśmy określić jako desperację — jej wokal i ruchy charakteryzują prawdziwa ekspresja i żywe zaangażowanie w wyznaczony cel (którym jest oczywiście tytułowe „Bailando”). Wykonuje je przy tym z właściwą okolicznościom nonszalancją. Wierzę jej. Jej „tu y yo a la fiesta” nabiera mocy z każdym refrenem. Nie mogę, nie potrafię i nie chcę tego detalu zignorować. Detale są przecież piekielnie ważne. Aranżacyjnie Paradisio eksploruje to samo brzmienie, którym wcześniej posłużyli się już Haddaway w kultowym „What Is Love” czy Saint Etienne w dyskotekowym coverze znakomitego „Weekend à Rome” Étienne’a Daho. Za dyskotekowym bitem można zresztą dostrzec tu synthpopowe rozwiązania pozycjonujące numer nie aż tak daleko od nagrań Pet Shop Boys z podobnego okresu. Loona swoją wersję utopiła natomiast w pseudobrazylijskiej oprawie, która bardziej niż karnawał w Rio przywodzi na myśl imprezowy zestaw — gwizdek i białe rękawiczki.

Wracając poniekąd do punktu wyjścia, czyli do motywu z numeru „Rhythm of the Night” Loony, odkryłem przy okazji, że z kolei Paradisio na swoje potrzeby niechlubnie przetworzyło numer „Ritmo de la noche” Lorki. Tym samym więc wszystko zostaje w rodzinie.

Opublikowano

77. Jazda na rowerze

99 najfajniejszych rzeczy

77. Jazda na rowerze

Początkowo miały się tu znaleźć „dziewczęta na rowerach”. W pamięci miałem scenę z teledysku Natalie Imbruglii „Wrong Impression”, w którym ta beztrosko jeździ rowerem po amerykańskim przedmieściu i słynne rowerowe zdjęcia Audrey Hepburn. Miałem też oczywiście pewne własne wyobrażenia, dlaczego dziewczęta na rowerach są fajniejsze niż ktokolwiek inny na rowerze, ale ostatecznie doszedłem do wniosku, że nie są fajniejsze na tyle, żeby dyskwalifikować instytucję roweru w całej jej beztroskiej ogólności. Należy jednak przy tym zastosować pewne wyłączenia. Nie każda jazda na rowerze spełnia bowiem kryteria fajności. Jazda, o którą chodzi mi przede wszystkim jest jazdą rekreacyjną — jazda wyczynowa, zawodowa, czy też mająca na celu przede wszystkim dotarcie do określonego celu w określonym czasie jest z urzędu niżej punktowana — a najlepiej, by była przy tym nie tyle przejażdżką, co jazdą bezcelową. Szczenięce „wyjście na rower” i błądzenie po znanych na pamięć (albo nieznanych, nawet ciekawiej) uliczkach. Trochę jak w Amerykańskim graffiti tylko nie w samochodach czy na motorach i nie po zmroku (bo kto by jeździł rowerem po zmroku, to się trochę mija z celem). Tak właśnie jeździła sobie Natalie Imbruglia we wspomnianym teledysku (poniżej), podobnie jak dzieciaki z innego klipu — „The Suburbs” Arcade Fire (powyżej).

Opublikowano

78. „Gwiezdne wojny”

99 najfajniejszych rzeczy

78. Gwiezdne wojny

Nigdy nie byłem prawdziwym fanem Gwiezdnych wojen. Nie wiem, ile księżyców miało Coruscant, ani jak na imię miał Tarkin, ale od zawsze idea świata wymyślonego przez Lucasa była mi bliska i, jak przekonałem się ostatnim czasie, nadal jest. Chociaż nowa trylogia była raczej bolesna, to oryginalne trzy filmy, zwłaszcza po remasteringu i gruntownych poprawkach, nadal robią wrażenie. Wiadomo, fabuła jest prosta jak konstrukcja cepa, ale to też przecież nierzadko integralna cecha fajności. Dla rzeczy zawiłych i wymagających intelektualnie przeznaczone są bardziej wysublimowane określenia. A tymczasem Gwiezdne wojny z Lucasem czy bez niego, w wersji którą ostatnio serwuje nam Disney czy w odsłonie Expanded Universe (vide R.I.P.) są po prostu fajne. Ulubiona postać? C-3PO, który pokazuje, że można stworzyć zabawną, ale konstruktywną postać, która nie zrujnuje pozorowanej powagi fabularnej. Ale nie ukrywam, że chciałbym zobaczyć więcej Boby Fetta. Ulubiona scena? Nieśmiertelny opening! Zawsze czuję się na nim jak dziecko.

Co więcej, jeśli zawsze chcieliście obejrzeć „Gwiezdne wojny”, ale żal wam poświęcić prawie 16 godzin na seans, polecam tę nawet lepszą wersję dwugodzinną.