Opublikowano

76. Hello, yes, this is dog

99 najfajniejszych rzeczy

76. Hello, yes, this is dog

Internetem podobno rządzą koty, ale tytuł najfajniejszego zwierzęcego memu w historii wędruje do tego psa. Zasadniczo mogłem uogólnić ten wpis do psów w ogóle, bo psy są kudłate, lojalne, wesołe i kochane, ale tym razem postanowiłem tego nie robić. Niemniej jednak niech ten pies w internecie zdominowanym przez koty symbolizuje wszystkie psy. Nadaje się do tego znakomicie. Do diaska, to w końcu pies rozmawiający przez telefon. To prawda nie trzyma sam słuchawki, ale wypowiada się bardzo koherentnie. Prawie jak w dowcipie*.

Dzwoni telefon.
Pies odbiera i mówi:
– Hau!
– Halo?
– Hau!
– Nic nie rozumiem.
– Hau!
– Proszę mówić wyraźniej!
– H jak Henryk, A jak Agnieszka, U jak Urszula: Hau!

99 najfajniejszych rzeczy

*dowcip ma charakter edukacyjny i został przytoczony, bo pasuje do okazji, nie dlatego, jakoby sam w sobie był fajny

Opublikowano

Rekuperacja „Bailando”

Któregoś ranka obudziłem się z dźwięczącym uporczywie głowie znanym tureckim motywem muzycznym, który z pewną obawą zidentifikowałem prędko jako „Rhythm of the Night” Loony. Wiedziony ciekawością i nauczony doświadczeniem, że to niemożliwe, żeby motyw został przez Loonę zapoczątkowany, postanowiłem sięgnąć głębiej i poszukać oryginalnej wersji, którą ostatecznie oczywiście bez problemu odnalazłem — to „Hadi Bakalım” z repertuaru jednej z najsłynniejszych tureckich piosenkarek XX wieku — Sezen Aksu, wydane w 1991 roku na płycie Gülümse (swoją drogą, jakże odmienny wydźwięk ma ta wersja od późniejszej reinterpretacji Loony — nie pierwszy i nie ostatni raz zresztą). Zanim jednak udało mi się do tego dojść, zabłądziłem, jak to się często zdarza w internecie, trafiając na nieśmiertelne „Bailando”.

„Bailando”, które powinno się wreszcie skazać na wieczne zapomnienie w odmętach pamięci, pomyślałem, „Bailando”, które przez lata słyszałem w rozmaitych okolicznościach dziesiątki, jeśli nie setki razy. Nie było dla mnie wielkim zaskoczeniem, że „Bailando” Loony było jedynie coverem. Niderlandzka piosenkarka podobnie jak niemiecka Cascada czy belgijska Kate Ryan słynie bowiem z bezrefleksyjnego przetwarzania znanych motywów i melodii. Zdziwiło mnie trochę natomiast stylistyczne i chronologiczne sąsiedztwo obu wersji — ta oryginalna ukazała się raptem dwa i pół roku wcześniej i także była wykwitem eurodance’u. Byłem zresztą przekonany, że słyszałem ją już wcześniej raz czy dwa, co faktycznie było prawdą, choć jak się okazało jakiś czas później, nigdy tak naprawdę jej nie słyszałem. Oryginał został nagrany i wypuszczony na singlu z początkiem 1996 roku przez pięcioosobową belgijską grupę Paradisio, na którą, jak doczytałem, składało się wówczas dwóch producentów, dwóch tancerzy i nosząca kolorowe peruki frontmenka Marisa. Musiały minąć jednak dwa kolejne lata, zanim numer stał się w Europie przebojem — w rankingach popularności kawałek konkurował więc z „Barbie Girl” zespołu Aqua, „MMMBop” Hanson i „I’ll Be Missing You” sygnowanym przez Puffa Daddy’ego & The Family.

Śpiewanie po hiszpańsku przez wykonawców nijak z Hiszpanią niezwiązanych ma długą tradycję po obu stronach Atlantyku. Co istotne, nierozerwalnie towarzyszy mu zazwyczaj przerysowane wyobrażenie tego, czym jest latynoski pop. I tak oto Europa doczekała się wielu hiszpańskojęzycznych przebojów z Niemiec, Austrii, Holandii, Belgii, Francji, Włoch, etc. Wykonawców zwykle już po krótkiej chwili zdradzał kanciasty akcent, a przy odrobinę bliższym obcowaniu — tekst — często będący zbiorem chwytliwie brzmiących i popularnych zwrotów, które jednak nijak nie składały się w logiczną całość. Co jest siłą tego patentu? Trudno powiedzieć — może latynoski czar, a może jakieś biedapoczucie elitarności, że chociaż nie znam hiszpańskiego, to rozumiem, co do mnie śpiewają. Nieistotne. „Bailando” Paradisio wpisuje się w ten schemat połowicznie, wybierając, świadomie czy nie, tę połowę bardziej soczystą. Marisa nie brzmi może jak rodowita Hiszpanka, ale zanim nie doczytałem o Belgii, myślałem co najmniej o Portugalii. Śpiewa natomiast rzeczy urągające rozumowi i godności człowieka myślącego, co w erze postinternetu może być jedynie komplementem. Jest więc „corona de cristales” okraszona „ye, ye, ye” i „una emoción” — podstawa każdego prawdziwego natchnienia stojącego za piosenką, są „efectos especiales” i tajemnicze „silencio loco” w refrenie. Tekściarz unika natomiast jak ognia odmiany czasowników przed osoby — zaproszenie do wspólnej zabawy czyni enigmatycznym, ale jednoznacznym „tu y yo a la fiesta”, koniecznie wskazując przy tym palcem odpowiednie osoby i choćby orientacyjnie wspomnianą fiestę. A później tylko „bailando, bailando”, żegnamy znajomych, ciszę i jesteśmy „loco(s)”.

Napiszę od razu, że nie zamierzam teraz wymyślać fantazyjnej teorii, dlaczego „Bailando” Paradisio jest znakomitym numerem, bo piosenka broni się sama. Chodzi mi raczej o odczarowanie pozostawionego przez płaski i nijaki cover Loony niesmaku. Swoją drogą trudno powiedzieć, czy to, że Loona nagrała „Bailando” na nowo niedługo po sukcesie oryginalnej wersji było wynikiem obustronnej umowy czy wielkiej przenikliwości, jaką wykazała się holenderska piosenkarka. Prawdą jest bowiem, że singiel Paradisio choć podbił państwa frankofońskie, Skandynawię, kraje basenu Morza Śródziemnego i w mniejszym stopniu samą Hiszpanię, nie doczekał się sukcesu (a może i wydania) w Niemczech, Austrii i Szwajcarii. Ten rynek rok później zajęła ze swoją wersją wspomniana Loona i stamtąd piosenka bardzo szybko przyszła do nas. Nie chcę czynić z tego manifestu politycznego, ale sąsiedztwo Niemiec wyrządziło polskiej świadomości muzycznej ogromną krzywdę. O ile oczywiście tamtejsze stacje muzyczne były w pewnym momencie swoistym oknem na świat dla polskiego słuchacza (R.I.P. Viva Zwei), obcowanie z nimi zbyt często kończyło się poznawaniem rzeczy pokroju DJ-a Ötziego czy grupy Marquess. Jakkolwiek to zabrzmi, znajomość „Bailando” Loony także jest pokłosiem naszego niezbyt fortunnego położenia geograficznego.

Oryginalne „Bailando” wypada w porównaniu z wersją Loony zupełnie inaczej. Piosenkarce przede wszystkim ewidentnie zależy, a przy tym pozostaje w bezpiecznej odległości od czegoś, co moglibyśmy określić jako desperację — jej wokal i ruchy charakteryzują prawdziwa ekspresja i żywe zaangażowanie w wyznaczony cel (którym jest oczywiście tytułowe „Bailando”). Wykonuje je przy tym z właściwą okolicznościom nonszalancją. Wierzę jej. Jej „tu y yo a la fiesta” nabiera mocy z każdym refrenem. Nie mogę, nie potrafię i nie chcę tego detalu zignorować. Detale są przecież piekielnie ważne. Aranżacyjnie Paradisio eksploruje to samo brzmienie, którym wcześniej posłużyli się już Haddaway w kultowym „What Is Love” czy Saint Etienne w dyskotekowym coverze znakomitego „Weekend à Rome” Étienne’a Daho. Za dyskotekowym bitem można zresztą dostrzec tu synthpopowe rozwiązania pozycjonujące numer nie aż tak daleko od nagrań Pet Shop Boys z podobnego okresu. Loona swoją wersję utopiła natomiast w pseudobrazylijskiej oprawie, która bardziej niż karnawał w Rio przywodzi na myśl imprezowy zestaw — gwizdek i białe rękawiczki.

Wracając poniekąd do punktu wyjścia, czyli do motywu z numeru „Rhythm of the Night” Loony, odkryłem przy okazji, że z kolei Paradisio na swoje potrzeby niechlubnie przetworzyło numer „Ritmo de la noche” Lorki. Tym samym więc wszystko zostaje w rodzinie.

Opublikowano

77. Jazda na rowerze

99 najfajniejszych rzeczy

77. Jazda na rowerze

Początkowo miały się tu znaleźć „dziewczęta na rowerach”. W pamięci miałem scenę z teledysku Natalie Imbruglii „Wrong Impression”, w którym ta beztrosko jeździ rowerem po amerykańskim przedmieściu i słynne rowerowe zdjęcia Audrey Hepburn. Miałem też oczywiście pewne własne wyobrażenia, dlaczego dziewczęta na rowerach są fajniejsze niż ktokolwiek inny na rowerze, ale ostatecznie doszedłem do wniosku, że nie są fajniejsze na tyle, żeby dyskwalifikować instytucję roweru w całej jej beztroskiej ogólności. Należy jednak przy tym zastosować pewne wyłączenia. Nie każda jazda na rowerze spełnia bowiem kryteria fajności. Jazda, o którą chodzi mi przede wszystkim jest jazdą rekreacyjną — jazda wyczynowa, zawodowa, czy też mająca na celu przede wszystkim dotarcie do określonego celu w określonym czasie jest z urzędu niżej punktowana — a najlepiej, by była przy tym nie tyle przejażdżką, co jazdą bezcelową. Szczenięce „wyjście na rower” i błądzenie po znanych na pamięć (albo nieznanych, nawet ciekawiej) uliczkach. Trochę jak w Amerykańskim graffiti tylko nie w samochodach czy na motorach i nie po zmroku (bo kto by jeździł rowerem po zmroku, to się trochę mija z celem). Tak właśnie jeździła sobie Natalie Imbruglia we wspomnianym teledysku (poniżej), podobnie jak dzieciaki z innego klipu — „The Suburbs” Arcade Fire (powyżej).

Opublikowano

78. „Gwiezdne wojny”

99 najfajniejszych rzeczy

78. Gwiezdne wojny

Nigdy nie byłem prawdziwym fanem Gwiezdnych wojen. Nie wiem, ile księżyców miało Coruscant, ani jak na imię miał Tarkin, ale od zawsze idea świata wymyślonego przez Lucasa była mi bliska i, jak przekonałem się ostatnim czasie, nadal jest. Chociaż nowa trylogia była raczej bolesna, to oryginalne trzy filmy, zwłaszcza po remasteringu i gruntownych poprawkach, nadal robią wrażenie. Wiadomo, fabuła jest prosta jak konstrukcja cepa, ale to też przecież nierzadko integralna cecha fajności. Dla rzeczy zawiłych i wymagających intelektualnie przeznaczone są bardziej wysublimowane określenia. A tymczasem Gwiezdne wojny z Lucasem czy bez niego, w wersji którą ostatnio serwuje nam Disney czy w odsłonie Expanded Universe (vide R.I.P.) są po prostu fajne. Ulubiona postać? C-3PO, który pokazuje, że można stworzyć zabawną, ale konstruktywną postać, która nie zrujnuje pozorowanej powagi fabularnej. Ale nie ukrywam, że chciałbym zobaczyć więcej Boby Fetta. Ulubiona scena? Nieśmiertelny opening! Zawsze czuję się na nim jak dziecko.

Co więcej, jeśli zawsze chcieliście obejrzeć „Gwiezdne wojny”, ale żal wam poświęcić prawie 16 godzin na seans, polecam tę nawet lepszą wersję dwugodzinną.

Opublikowano

Z pudełka po butach

1

jegomość wykonujący protofacepalm w lewym dolnym rogu to najprawdopodobniej ja

Polecam prowadzenie od wielu lat domowego archiwum w pudełku po butach, a zwłaszcza znajdowanie w tymże pudełku niewywołanych klisz sprzed kilkunastu lat. Można się w tym momencie z grymasem na twarzy obejrzeć za siebie, ale można też takie klisze sprokurować i zakopać na dnie szafy, by móc odnaleźć je za wiele lat (lub nie). Pamiętam radość, gdy jeszcze jako dziecko odnalazłem w nieotwieranej od lat książce pięćdziesięciozłotowy banknot, który najpewniej schowałem w niej kilka lat wcześniej z nadzieją na oszczędności. Książka była o dinozaurach, a nie otwierałem jej, bo z dinozaurów w pewnym wieku się wyrasta, a na jednej ze stron była przerażająca ilustracja umierających dinozaurów. Hipoteza była taka, że dinozaury wyginęły od uderzenia asteroidy i wywołanego przez nie nieurodzaju. Miało to mieć miejsce miliony lat temu, ale dla mnie, na wyjątkowo graficznym rysunku uciekających i ryczących z bólu dinozaurów wszystko działo się tu i teraz. Podobnie zresztą było z równie przerażającą mumią eskimoskiego chłopca bez oczu, która wielokrotnie powracała do mnie w nocy, by na swój specyficzny sposób życzyć mi słodkich snów.

Wracając do pudełka — przed świętami wydobyłem z niego dwie niewywołane klisze i w przypływie ciekawości zaniosłem je do fotografa, którego zresztą mógłbym nazwać prawdziwym, gdyby nie to, że kazał mi czekać na odbitki cały tydzień — pewnie pracę laboratoryjną wykonuje się na zlecenie gdzieś indziej. Efekty są następujące — na wycieczce do Krakowa w piątej klasie chwytałem przede wszystkim niebo, drzewa, krzaki i ściany. Pomimo tego i tak byłem wówczas znacznie lepszym fotografem niż obecnie.

2

3

4

5

6

Opublikowano

2015

40 najlepszych płyt 2015 roku.

40. Fetty Wap Fetty Wap

fetty wap, wyprowadzający swój charakterystyczny plastyczny wokal bezpośrednio z prób kanyego westa i lil wayne’a, wyrósł na jeden z filarów postrapu i niewątpliwy fenomen 2015 roku; jego prawdziwą siłą są jednak mocne refreny — rozpływające się między zwrotkami nieoczywiste melodyjne wyspy

39. Carly Rae Jepsen E•MO•TION

jepsen, pozostając w konwencji współczesnego popu, bawi się brzmieniem lat 80. i jest przy tym zaskakująco plastyczna i przebojowa

38. Mgła Exercises in Futility

świdrujące riffy mgły mają w sobie coś naprawdę przebojowego, ale przy tym, w dużej mierze m.in. dzięki technicznej biegłości, nie pozbawia ich to blackowej prawilności

37. Jacek Sienkiewicz Drifting

sienkiewicz udowadnia, że nie bez powodu jest ulubionym pisarzem polaków; po zabawach z wagnerem wraca nad wisłę, by wysmarować kolejną już na starcie klasyczną pozycję

36. Ryley Walker Primrose Green

zręczny gitarzysta i wokalista kompetentnie wskrzesza ideę progresywnego folku, wrzucając do koszyka fusion jazz, baroque pop, psychodeliczny blues rock i amerykański prymitywizm

35. Tory Lanez Cruel Intentions

tory lanez wpisuje się w popularny ostatnio schemat rapera/wokalisty, ale znakomite wyczucie stylu, to samo, które wyniosło na szczyt jeremih’a, czyni go największą nadzieją trap&b 2016 roku i realną konkurencją dla drake’a

34. Gill Landry Gill Landry

landry doskonale wie, który mamy rok — potrafi zręcznie połączyć współczesne brzmienie, klasyczne wzorce melodyczne i pokłady żywego, ale nie rozbuchanego ponad granice, sentymentalizmu, który przecież, jak świat stary, jest niezbędną składową pierwszorzędnego country

33. Ricercar Consort Musikalisches Opfer

siłą musikalisches opfer są kunszt i tajemnica, ale bach jest rozkoszny niezależnie od okoliczności

32. Daniel Bachman River

bachman kłania się faheyowi, bullowi i kottkemu, demonstrując, że awangardowy fingerpicking jest ponadczasową i wyrafinowaną formą wyrażania emocji i opowiadania pełnych napięcia historii; river to być może najlepsza płyta nurtu ostatnich lat, krążek, którego pozazdrościć mógłby bachmanowi sam james blackshaw

31. Sufjan Stevens Carrie & Lowell

stevens nagrywa zaginiony krążek elliotta smitha — tworzy wyciszoną, kameralną płytę przywołującą duchy przeszłości, po raz kolejny łącząc osobiste historie z artystyczną fikcją

30. Courtney Barnett Sometimes I Sit and Think, and Sometimes I Just Sit

australijska sheryl crow, z okresu, gdy jeszcze nie poszła na kompromisy z top 40

29. Songhoy Blues Music in Exile

świeże spojrzenie na znany temat — przebojowa, nietuzinkowa mieszanka bluesa, rocka, funku i punku prosto z dalekiego mali skrojona pod produkcyjnym supervisingiem nicka zinnera z yeah yeah yeahs

28. Michel Banabila / Oene van Geel Music for Viola and Electronics II

kompetentna i nowoczesna muzyka kameralna zawieszona między post-minimalem, dronem i noisem, na tyle oddalona od akademizmu, że przeciętny kowalski znajdzie tu coś dla siebie

27. Shye Ben Tzur, Jonny Greenwood & The Rajasthan Express Junun

greenwood pod banderą nonesuch wraz z zafascynowanym klasyczną muzyką hindustańską izraelskim kompozytorem shye ben tzurem piętnastoosobową indyjską orkiestrą z prawdziwego zdarzenia docierają do serca hinduskiej muzyki religijnej — eksplorują tamtejszą rytmikę, akcentują kulturową złożoność, prezentują instrumentalną wirtuozerię, zbierając słuchacza-turystę na fascynującą wyprawę

26. Nathaniel Rateliff & The Night Sweats Nathaniel Rateliff & The Night Sweats

oto, co by było, gdyby the black keys, nick waterhouse i the dap-kings postanowili nagrać wspólnią płytę. rateliff trąca jednocześnie wiele strun amerykańskiej muzyki, tworząc głęboko osadzoną w korzennym południowym brzmieniu mieszankę, która, pozornie na wyciągnięcie ręki, nigdy nie daje się poznać do końca

25. f(x) 4 Walls

kto by się spodziewał jeszcze kilka lat temu, że to dziewczyny z after school i f(x) na swoich kolejnych płytach będą pielęgnować tradycję niezobowiązującego przebojowego k-popu spod znaku „gee” girls’ generation? koherentność aranżacyjna i melodyczna sprawia, że w przeciwieństwie to większości k-popowych longplayów 4 walls słucha się jednym tchem

24. Satanique Samba Trio Mó Bad

niesatanistyczne nietrio z satanique samba trio wciąż tworzy eksperymentalną sambę najwyższej próby — groteskowy nibyjazz z dysfunkcyjnej krainy bad tripów, gdzie koła są kwadratowe, a linie proste cechują wyjątkowo gwałtowne zakręty

23. Joshua Abrams Magnetoception

jazzowa post-minimalistyczna raga amerykańskiego basisty joshuy abramsa to jedna z tych płyt, które zachowują się jak żywe organizmy, gdzie jeden utwór harmonijnie wynika z poprzedniego; muzycy w oparciu o plemienną rytmikę i powtarzalne struktury melodyczne budują kunsztowne medytacyjne pejzaże

22. PC Music Volume 1

tak powinna brzmieć muzyka pop — z wyobraźnią i bez stylistycznych kompromisów; istota pc music leży w świadomości artystycznej — akcie przetworzenia wielu inspiracji, od eurodance’u po glitch hop, na perfekcyjnie przebojową muzykę taneczną

21. Serto Mercurio Recuerdos de cuando aprendí a nadar

co by było gdyby beck zdecydował się na nagranie hiszpańskojęzycznej płyty inspirowanej jednocześnie beach boysami i my bloody valentine? można by było przy tej muzyce medytować, robiąc grilla na plaży w limie — wątpliwości rozwiewa debiutancki longplay peruwiańskiej grupy serto mercurio

20. Louis-Jean Cormier Les grandes artères

cormiera można bez trudu zamknąć w stylistyce indie, ale kanadyjski songwriter przy tworzeniu i aranżowaniu swoich kompozycji nie ucieka też od nowej fali francuskiego chanson, dzięki czemu zestaw trzynastu stworzonych przez niego piosenek jest nie tylko melodyjny i pieczołowicie opracowany, ale ma w sobie pewien ponadczasowy pierwiastek, swoisty błysk w oku

19. Thundercat The Beyond / Where the Giants Roam

thundercat korzystając z dorobku psychodelicznego fusion lat 70., stworzył harmonijną neo-soulową suitę zawieszoną między eterycznym pejzażem dźwiękowym a pierwszorzędnym popowym songwritingiem; eksperymentalne zacięcie usunęło się na drugi plan, ustępując miejsca wielokształtnej płynności i finezyjnej elegancji

18. Neon Indian VEGA INTL. Night School

hipnotyczny 50-ciominutowy wehikuł w głąb elektrodyskotekowych europejskich parkietów połowy lat 80.; znakomite rozwinięcie chillwave’owej oldschoolowej lekkości neon indian z kiełkującą w ostatnich latach nu-disco-synth-funkowo-revivalową myślą

17. Fabiano do Nascimento Dança dos Tempos

w morzu płyt spod szyldu odrodzonej vanguardy paulisty fabiano do nascimento pokazuje, że można inaczej — jest w pierwszej kolejności gitarzystą, a jego fingerpicking brzmi odrobinę europejsko, ale dança dos tempos wyraźnie konfrontuje go z bogatym folkowym dziedzictwem jego rodzinnej brazylii — bawi się choro, forro, sambą i bossa novą, ale zawsze z rozwagą i elegancją, dzięki czemu nie wpada w pułapkę naśladownictwa pokoleń znakomitych poprzedników; akcja dança dos tempos rozgrywa się tu i teraz

16. Jlin Dark Energy

footwork, jakiego nie znacie; impulsywnie cięte sample uszeregowane w kształtne, ewoluujące w czasie post-minimalistyczne rytmiczne kolaże. przyszłość nadeszła — na imię jej jlin

15. Natalia Lafourcade Hasta la raíz

płyta, której wypatrywałem przez lata, która urosła i dojrzała we mnie na długo, zanim jeszcze powstała; lafourcade jest znakomitą songwriterką i równie utalentowaną tekściarką — z prostych słów i melodii potrafi zbudować dojrzałe kompozycje dalece wykraczające poza etykietki współczesnego indie, ale niedające się jednoznacznie zaklasyfikować w szufladce z adult contemporary; idzie swoją drogą i doskonale potrafi tę wizję sprzedać słuchaczowi

14. Graham Lambkin / Michael Pisaro Schwarze Riesenfalter

inspirowane tekstem pierrot lunaire alberta giraud (wykorzystanym we fragmentach w kompozycji schoenberga o tym samym tytule) schwarze riesenfalter jest wielowymiarową afirmacją nocy — pozycją wyważoną, umiarkowanie gęstą, gdzie trzeba ocierającą się o makabrę, ale ostatecznie wdzięczną (a niekiedy wręcz bezpośrednio puszczającą oko do słuchacza) w szerokiej gamie zastosowanych środków

13. Tigran Hamasyan Luys i Luso

ormiański pianista jazzowy niezwykle kompetentnie łączy tradycyjne i odrobinę bardziej awangardowe formy ekspresji — ormiańska muzyka sakralna spotyka się tu z jazzem z ecm-owskiej szkoły w bezpretensjonalnym i wyważonym splocie; piękna płyta

12. Kamasi Washington The Epic

zrobiony z wyczuciem i rozmachem, hołdujący kilku pokoleniom jazzmenów, począwszy od post-bopowego sun ry przełomu lat 50. i 60., przez silne wpływy tradycji spiritual jazzu szkoły coltrane’owskiej, szeroki wachlarz inspiracji rozkwitających w jeszcze kolejnej dekadzie fuzjonistów, aż po bardziej współczesne, choć także mające długą historię, zainteresowanie jazzmenów prostą soulową harmonią

11. Jürg Frey Grizzana and Other Pieces 2009-2014

dzięki ponadprzeciętnemu wyczuciu przez freya ciszy i przestrzeni muzyka kompozytora na siedmioosobowe kameralne ensemble pozwoli na doświadczenie czasu w całej jego rozciągłości, nadając niezwykłą rangę każdej sekundzie

10. Danny L Harle Broken Flowers

danny l harle, wunderkind pc music, pokazuje na własnym przykładzie, że z bubblegum bassem jest zupełnie tak samo, jak z comic sansem w edytorstwie — pozornie wydaje się odstręczający, a nawet naganny, ale operowanie nim z wyczuciem i dystansem może nosić znamiona sztuki

9. Lil Ugly Mane Third Side of Tape

kiedyś wierzyłem, że jeśli mityczny jay electronica wydałby kiedyś album, to brzmiałby właśnie tak; dzisiaj nie wierzę, że kiedykolwiek wyda album, ale właściwie już nie musi — ubiegł go lil ugly mane, który abstrahując od tego, że jest znakomitym raperem i ma coś do przekazania, jak mało kto czuje też ducha hiphopu i potrafi go przywołać z tytułowej trzeciej strony taśmy — ponad dwie godziny niezobowiązujących eksperymentów muzyką z bitem w roli głównej

8. Viet Cong Viet Cong

na gruzach women wyrosła i rozkwitła nadzieja post-punkowej awangardy żywiącej się minimalem, krautrockiem, noisem i psychodelią

7. Grimes Art Angels

srogi k-pop; grimes pożycza przepis na sukces od koleżanek z korei i psuje go odrobinę po swojemu — miesza chore bity, piskliwe wokale i przebojowe refreny. tworzy niesamowicie barwny krążek, na którym scena niezależna i mainstream, wieloformatowy pop i awangarda spotykają się na równych prawach

6. Kendrick Lamar To Pimp a Butterfly

rok 2015 należał jeśli nie do samego kendricka lamara, to z pewnością do skupionej wokół niego grupy muzyków z thundercatem, flying lotusem czy kamasi washingtonem w rolach głównych, która niczym soulquarians przed piętnastoma laty stworzyła oryginalny i przemyślany splot hip-hopu, soulu i jazzu; ten z kolei leży u podstaw zrealizowanej z rozmachem, przemyślanej, szalenie intertekstualnej wizji kendricka lamara; dzięki temu mamy do czynienia nie tylko z albumem, którego słucha się z zapartym tchem od deski do deski, ale adekwatnym i brzmieniowo, i tematycznie

5. Charles Barabé Cicatrice, Scar, Éclair / Huh?

pochodzący z quebecu charles barabé jest bez dwóch zdań moim najciekawszym odkryciem roku; barabé specjalizuje się w gęstych, psychodelicznych plądrofonicznych pejzażach dźwiękowych łączących w sobie szereg rozmaitości (od ośmiobitowej elektroniki po elementy spoken word) na wzór książkowego frankensteinowskiego monstrum; efekt końcowy w każdym z przypadków jest jednak nie do opisania

4. Chris Stapleton Traveller

stapleton jest zręcznym songwriterem i znakomitym tekściarzem, który chociaż działa w ramach konwencji, nie powtarza banałów, która od lat są zmorą współczesnego country; traveller to 14 organicznie zaaranżowanych prostych piosenek podszytych żalem i rezygnacją w emocjonalnej, ale wyważonej interpretacji stapletona

3. Oneohtrix Point Never Garden of Delete

to nie tylko najpewniej najmocniejszy krążek w dotychczasowej dyskografii lopatina, ale także kompetentny głos w mimowolnej dyskusji o przyszłości muzyki pop; pomimo szeroko zakrojonego operowania glitchową elektroniką i ogólnego eksperymentalnego charakteru kompozycji lopatin w każdej z nich umieszcza melodie, a nawet refreny, co na swój wywrotowy sposób, czyni z nich pełnoprawne piosenki pop

2. Joanna Newsom Divers

renesansowe tańce dworskie, hip hopowe bity, melotron, klawesyn i harfa, filharmonicy prascy, proste melodie i zawiła liryka, piękno, niewinność, tajemnica, surrealizm, chaos, science fiction, solidny bagaż tradycyjnej muzyki folkowej z appalachów, awangarda, modernizm, miłość i śmierć

1. Mbongwana Star From Kinshasa

z kinszasy prosto na księżyc — pierwszorzędna żonglerka kontekstami, remiks rozmaitych europejskich, amerykańskich i afrykańskich motywów. pytanie jak można skonstruować krążek, który pod lupą będzie bardzo chaotyczny, a w szerszym kontekście zabrzmi na tyle konsekwentnie, że rzeczywiście okaże się rakietą, którą można na księżyc polecieć?

Opublikowano

2015: piosenki

25 najlepszych piosenek 2015 roku.

25. Susanne Sundfør, „Kamikaze”
24. Janet Jackson, „No Sleeep”
23. The Tallest Man on Earth, „Sagres”
22. Wolf Alice, „Fluffy”
21. Grimes, „REALiTi (Demo)”

20. Thundercat, „Them Changes”
19. Charli XCX feat. Rita Ora, „Doing It (A. G. Cook Remix)”
18. The Weeknd, „Can’t Feel My Face”
17. Kacey Musgraves, „Late to the Party”
16. Kendrick Lamar , „The Blacker the Berry”

15. Neon Indian, „Slumlord”
14. Danny L Harle, „Awake for Hours”
13. Oneohtrix Point Never, „I Bite Through It”
12. Tory Lanez, „Say It”
11. Viet Cong, „Continental Shelf”

10. Jeremih, „Oui”

tak się robi ponadczasowe r&b z wyczuciem w 2015 roku — jeremih na bicie łączącym new jack swingową prostotę, 2-stepowe przejście i trapowy vibe z nadzwyczajną zręcznością i wrodzoną elokwencją sprzedaje słuchaczom cztery różne refreny zebrane pod parasolem gry słownej z tytułu — „there’s no oui without u and i”

9. ゲスの極み乙女。, 「私以外私じゃないの」

nie doszedłem jeszcze do tego jak, ale w jakiś sposób gesu no kiwami otome. potrafi niezręczny dla europejczyków intensywnie gitarowy j-popowy splot gatunkowo-melodyczny przekuć na naprawdę kunsztowne i nieprzytłaczające piosenki; mathrockowy background, zabawy progresywnym jazzem i liczne zawirowania rytmiczno-melodyczne w jakiś magiczny sposób da się zamknąć w przebojowy numer

8. Grimes feat. Janelle Monáe, „Venus Fly”

grimes korzysta z tych samych instrumentów co rihanna czy katy perry, ale ma dystans, fantazję i niewiele do stracenia — może więc dowolnie aranżować swoje numery, dysonantycznie oniryczne wokale zestawiać z rasowymi hookami, a wszystko to zalać electro, co wraz z janelle monáe wprowadza w czyn jednym z najmocniejszych punktów krążka, „venus fly”, uprawiając przy tym srogi k-pop

7. Ciara, „I Bet”

„i bet” to być może najdojrzalszy, najbardziej elokwentny i osobisty moment dyskografii ciary, ukryty w prostej, niemal akustycznej formie R&B-popowej ballady, na tyle jednak plastycznej, że da się ją z powodzeniem przekuć na rasowego dancefloor killera, co stało się ciałem w remiksie z towarzyszeniem t.i.’a.

6. Skepta, „Shutdown”

ring ring pussy it’s shutdown! grime nie tylko nie umarł, ale w 2015 roku miał się znakomicie, także dzięki „shutdown” skepty, któremu po kilkunastu latach prób wreszcie udało się znaleźć przepis na banger doskonały; „a bunch of young men all dressed in black dancing extremely aggressively on stage… it made me feel so intimidated and it’s just not what i expect to see on prime time television”

5. Rodrigo Campos, „Velho Amarelo”

po kunsztownej, choć zdecydowanej bardziej oszczędnej odsłonie „velho amarelo” w wykonaniu juçary marçal, utwór wraca do kompozytora, który funduje mu bogatą orkiestrową oprawę nawiązującą do najlepszych momentów klasycznego mpb i dziedzictwa antonia carlosa jobima — campos wykazał się niezwykłym wyczuciem, zestawiając idylliczne tło i stanowiące kulminację kompozycji słowa: „quero morrer num dia breve / quero morrer num dia azul / quero morrer na américa do sul” („chcę umrzeć krótkiego dnia / chcę umrzeć niebieskiego dnia / chcę umrzeć w ameryce południowej”)

4. Louis-Jean Cormier, „Complot d’enfants”

cormier napisał utwór, który w warstwie muzycznej i tekstowej oddaje istotę określenia coming of age; podkradzione z americany i heartland rocka harmonie i motoryczny bit stanowią w sensie filmowym doskonały soundtrack do przemian w życiu młodego człowieka, które choć często odkładane w czasie, na dłuższą metę okazują się nie do uniknięcia; dojrzały i wyważony numer

3. Fetty Wap, „Trap Queen”

najlepsze przejście+refren 2015 roku — fetty wap udoskonalił i opanował do perfekcji to, co od lat próbowali nam sprzedać kanye i lil wayne, a co przychodziło im z takim mozołem, a mianowicie synteza rapu i śpiewu; ale siłą „trap queen” nie jest jedynie jego plastyczny wokal, ale przede wszystkim zaraźliwa przebojowość całego numeru

2. Chris Stapleton, „Tennessee Whiskey”

we współczesnym country rzadko kiedy trafia się połączenie tak fortunne — oto mamy do czynienia ze zręcznym songwriterem i znakomitym tekściarzem, który działa w ramach konwencji, ale jednak udaje mu się nie powtarzać tych samych banałów, co połowa sceny; w dodatku jest pierwszorzędnym instrumentalistą (i orędownikiem organicznego brzmienia) i nawet lepszym piosenkarzem, a cały ten kunszt jak na dłoni słychać w przełomowym „tennessee whiskey” — prostej piosence, która kreatywnie rozwija i adaptuje klasyczny dla gatunku motyw

1. Drake, „Hotline Bling”

drake’owi w charakterystyczny dla niego sposób udało się bezbłędnie zamknąć w jednym nagraniu trendy konstytuujące w ostatnim czasie brzmienie i treść czarnej muzyki — zarówno te mniej, jak i bardziej oczywiste na czele z post-minimalistycznym podejściem do hiphopowej tkanki; sukcesu tej miary jednak z pewnością by nie było, gdyby nie to, że muzyk wykazał się otwartym umysłem i co równie ważne dystansem do swojego otoczenia i siebie samego; sampel automatu perkusyjnego wystukującego pseudolatynoski rytm okazał się strzałem w dziesiątkę

Opublikowano

Nonszalanckie łohoho

motion-david-szakaly-07

Minęły trzy miesiące. Miesiące, kiedy właściwie miałem sporo czasu i nic nie budziło moich podejrzeń, że może mi ten czas po prostu przelecieć między palcami. Dlaczego miałby? Jestem przecież młodym, dynamicznym, kreatywnym jegomościem, mój zapał do tworzenia nowego, zostawiania śladu dla potomności powinien dynamicznie infekować otoczenie, a tymczasem sytuacja na dziś wygląda tak, że jestem odrobinę w rozsypce — zgubiłem nawet powierzchowne notatki związane z tym, co na tej stronie miałem publikować. Tzn. to i tak była nieprawda i widzę to doskonale teraz, ale trochę frustruje mnie myśl, że musiałbym wrzucić mój mózg na jakieś przyzwoite obroty, żeby te informacje raz jeszcze przetworzyć. A to jedynie wierzchołek góry lodowej. Nie wiem, czy powinienem się cieszyć, że bardziej chce mi się gotować obiady i wynosić śmieci niż obnażać swoje braki intelektualne na papierze. To czasowa pustka, wrodzony niedowład czy definitywne wypalenie?

Chciałbym napisać, że pisanie mnie nudzi, ale to tylko półprawda. W rzeczywistości pisanie w oceanie informacji wydaje mi się po prostu niestosowne. Nie chciałbym skazywać kogoś na czytanie bzdur, które mogłyby wyjść spod mojej ręki. Na czytanie mamy w końcu coraz mniej mniej czasu — lepiej więc brać na tapet rzeczy, które choćby powierzchownie przedstawiają jakąś wartość (niedoczekanie). Chwilę temu przemknęła mi przez głowę myśl, że może w zastępstwie mógłbym tworzyć memy — czyt. średnio zabawne obrazki bez tekstu obnażające pustkę i bezsens otaczającej nas rzeczywistości, ale później pomyślałem, że przecież tworzenie w ogóle jest czymś absurdalnym. Wszyscy tworzą, wszyscy artystami. Można się wypisać?

Opublikowano

79. Okna wystające poza dachy i ściany

99 najfajniejszych rzeczy

79. Okna wystające poza dachy i ściany

Czyli lukarnywykusze. Większość z nas (choć może powinienem mówić tylko za siebie, ale wiem, jak wyglądają polskie domy, więc niech będzie, że większość) żyje w domach straszliwie prostych i konwencjonalnych. I o ile prostota rzeczywiście w wielu przypadkach może uchodzić za wybawienie, polskiemu budownictwu przez lata brakowało jakiejkolwiek finezji. A tymczasem ja zawsze marzyłem, by zamieszkać w pokoju, którego okna będą wychodziły poza ścianę lub dach. Dlaczego amerykańskie domy (nawet jeśli buduje się je z kartonu) wydają się niejako wyciągnięte z innego świata? OK, bo buduje się je po drugiej stronie oceanu, a to faktycznie inny świat, to też, ale przede wszystkim dlatego, że na dużą skalę stosuje się właśnie lukarny i wykusze. Mała rzecz, a cieszy.

Opublikowano

80. Swetry w renifery

99 najfajniejszych rzeczy

80. Swetry w renifery

Moje niespełnione marzenie w kategoriach prezentu gwiazdkowego. Zasadniczo swetry (liczba poj. sweter) są w czołówce, jeśli chodzi o najfajniejsze części garderoby (obok kalesonów czy flanelowych koszul), a kolorowe wzory i renifery na piersi dodają im dodatkowego uroku. Jakby tego było mało dodatkowe punktu do fajności dodaje swetrom w renifery ich sezonowość. Niestety swetroworeniferowa oferta jest w dalszym ciągu taka sobie — renifery są zwykle albo kaprawe, albo dziecinne, albo nieprzyzwoite, choć muszę przyznać, że nie jestem z tych, którzy mają czas, siłę i motywację, by szczegółowo i skrupulatnie przeszukiwać swetrzane kolekcje.