Opublikowano

Z pudełka po butach

1

jegomość wykonujący protofacepalm w lewym dolnym rogu to najprawdopodobniej ja

Polecam prowadzenie od wielu lat domowego archiwum w pudełku po butach, a zwłaszcza znajdowanie w tymże pudełku niewywołanych klisz sprzed kilkunastu lat. Można się w tym momencie z grymasem na twarzy obejrzeć za siebie, ale można też takie klisze sprokurować i zakopać na dnie szafy, by móc odnaleźć je za wiele lat (lub nie). Pamiętam radość, gdy jeszcze jako dziecko odnalazłem w nieotwieranej od lat książce pięćdziesięciozłotowy banknot, który najpewniej schowałem w niej kilka lat wcześniej z nadzieją na oszczędności. Książka była o dinozaurach, a nie otwierałem jej, bo z dinozaurów w pewnym wieku się wyrasta, a na jednej ze stron była przerażająca ilustracja umierających dinozaurów. Hipoteza była taka, że dinozaury wyginęły od uderzenia asteroidy i wywołanego przez nie nieurodzaju. Miało to mieć miejsce miliony lat temu, ale dla mnie, na wyjątkowo graficznym rysunku uciekających i ryczących z bólu dinozaurów wszystko działo się tu i teraz. Podobnie zresztą było z równie przerażającą mumią eskimoskiego chłopca bez oczu, która wielokrotnie powracała do mnie w nocy, by na swój specyficzny sposób życzyć mi słodkich snów.

Wracając do pudełka — przed świętami wydobyłem z niego dwie niewywołane klisze i w przypływie ciekawości zaniosłem je do fotografa, którego zresztą mógłbym nazwać prawdziwym, gdyby nie to, że kazał mi czekać na odbitki cały tydzień — pewnie pracę laboratoryjną wykonuje się na zlecenie gdzieś indziej. Efekty są następujące — na wycieczce do Krakowa w piątej klasie chwytałem przede wszystkim niebo, drzewa, krzaki i ściany. Pomimo tego i tak byłem wówczas znacznie lepszym fotografem niż obecnie.

2

3

4

5

6

Opublikowano

2015

40 najlepszych płyt 2015 roku.

40. Fetty Wap Fetty Wap

fetty wap, wyprowadzający swój charakterystyczny plastyczny wokal bezpośrednio z prób kanyego westa i lil wayne’a, wyrósł na jeden z filarów postrapu i niewątpliwy fenomen 2015 roku; jego prawdziwą siłą są jednak mocne refreny — rozpływające się między zwrotkami nieoczywiste melodyjne wyspy

39. Carly Rae Jepsen E•MO•TION

jepsen, pozostając w konwencji współczesnego popu, bawi się brzmieniem lat 80. i jest przy tym zaskakująco plastyczna i przebojowa

38. Mgła Exercises in Futility

świdrujące riffy mgły mają w sobie coś naprawdę przebojowego, ale przy tym, w dużej mierze m.in. dzięki technicznej biegłości, nie pozbawia ich to blackowej prawilności

37. Jacek Sienkiewicz Drifting

sienkiewicz udowadnia, że nie bez powodu jest ulubionym pisarzem polaków; po zabawach z wagnerem wraca nad wisłę, by wysmarować kolejną już na starcie klasyczną pozycję

36. Ryley Walker Primrose Green

zręczny gitarzysta i wokalista kompetentnie wskrzesza ideę progresywnego folku, wrzucając do koszyka fusion jazz, baroque pop, psychodeliczny blues rock i amerykański prymitywizm

35. Tory Lanez Cruel Intentions

tory lanez wpisuje się w popularny ostatnio schemat rapera/wokalisty, ale znakomite wyczucie stylu, to samo, które wyniosło na szczyt jeremih’a, czyni go największą nadzieją trap&b 2016 roku i realną konkurencją dla drake’a

34. Gill Landry Gill Landry

landry doskonale wie, który mamy rok — potrafi zręcznie połączyć współczesne brzmienie, klasyczne wzorce melodyczne i pokłady żywego, ale nie rozbuchanego ponad granice, sentymentalizmu, który przecież, jak świat stary, jest niezbędną składową pierwszorzędnego country

33. Ricercar Consort Musikalisches Opfer

siłą musikalisches opfer są kunszt i tajemnica, ale bach jest rozkoszny niezależnie od okoliczności

32. Daniel Bachman River

bachman kłania się faheyowi, bullowi i kottkemu, demonstrując, że awangardowy fingerpicking jest ponadczasową i wyrafinowaną formą wyrażania emocji i opowiadania pełnych napięcia historii; river to być może najlepsza płyta nurtu ostatnich lat, krążek, którego pozazdrościć mógłby bachmanowi sam james blackshaw

31. Sufjan Stevens Carrie & Lowell

stevens nagrywa zaginiony krążek elliotta smitha — tworzy wyciszoną, kameralną płytę przywołującą duchy przeszłości, po raz kolejny łącząc osobiste historie z artystyczną fikcją

30. Courtney Barnett Sometimes I Sit and Think, and Sometimes I Just Sit

australijska sheryl crow, z okresu, gdy jeszcze nie poszła na kompromisy z top 40

29. Songhoy Blues Music in Exile

świeże spojrzenie na znany temat — przebojowa, nietuzinkowa mieszanka bluesa, rocka, funku i punku prosto z dalekiego mali skrojona pod produkcyjnym supervisingiem nicka zinnera z yeah yeah yeahs

28. Michel Banabila / Oene van Geel Music for Viola and Electronics II

kompetentna i nowoczesna muzyka kameralna zawieszona między post-minimalem, dronem i noisem, na tyle oddalona od akademizmu, że przeciętny kowalski znajdzie tu coś dla siebie

27. Shye Ben Tzur, Jonny Greenwood & The Rajasthan Express Junun

greenwood pod banderą nonesuch wraz z zafascynowanym klasyczną muzyką hindustańską izraelskim kompozytorem shye ben tzurem piętnastoosobową indyjską orkiestrą z prawdziwego zdarzenia docierają do serca hinduskiej muzyki religijnej — eksplorują tamtejszą rytmikę, akcentują kulturową złożoność, prezentują instrumentalną wirtuozerię, zbierając słuchacza-turystę na fascynującą wyprawę

26. Nathaniel Rateliff & The Night Sweats Nathaniel Rateliff & The Night Sweats

oto, co by było, gdyby the black keys, nick waterhouse i the dap-kings postanowili nagrać wspólnią płytę. rateliff trąca jednocześnie wiele strun amerykańskiej muzyki, tworząc głęboko osadzoną w korzennym południowym brzmieniu mieszankę, która, pozornie na wyciągnięcie ręki, nigdy nie daje się poznać do końca

25. f(x) 4 Walls

kto by się spodziewał jeszcze kilka lat temu, że to dziewczyny z after school i f(x) na swoich kolejnych płytach będą pielęgnować tradycję niezobowiązującego przebojowego k-popu spod znaku „gee” girls’ generation? koherentność aranżacyjna i melodyczna sprawia, że w przeciwieństwie to większości k-popowych longplayów 4 walls słucha się jednym tchem

24. Satanique Samba Trio Mó Bad

niesatanistyczne nietrio z satanique samba trio wciąż tworzy eksperymentalną sambę najwyższej próby — groteskowy nibyjazz z dysfunkcyjnej krainy bad tripów, gdzie koła są kwadratowe, a linie proste cechują wyjątkowo gwałtowne zakręty

23. Joshua Abrams Magnetoception

jazzowa post-minimalistyczna raga amerykańskiego basisty joshuy abramsa to jedna z tych płyt, które zachowują się jak żywe organizmy, gdzie jeden utwór harmonijnie wynika z poprzedniego; muzycy w oparciu o plemienną rytmikę i powtarzalne struktury melodyczne budują kunsztowne medytacyjne pejzaże

22. PC Music Volume 1

tak powinna brzmieć muzyka pop — z wyobraźnią i bez stylistycznych kompromisów; istota pc music leży w świadomości artystycznej — akcie przetworzenia wielu inspiracji, od eurodance’u po glitch hop, na perfekcyjnie przebojową muzykę taneczną

21. Serto Mercurio Recuerdos de cuando aprendí a nadar

co by było gdyby beck zdecydował się na nagranie hiszpańskojęzycznej płyty inspirowanej jednocześnie beach boysami i my bloody valentine? można by było przy tej muzyce medytować, robiąc grilla na plaży w limie — wątpliwości rozwiewa debiutancki longplay peruwiańskiej grupy serto mercurio

20. Louis-Jean Cormier Les grandes artères

cormiera można bez trudu zamknąć w stylistyce indie, ale kanadyjski songwriter przy tworzeniu i aranżowaniu swoich kompozycji nie ucieka też od nowej fali francuskiego chanson, dzięki czemu zestaw trzynastu stworzonych przez niego piosenek jest nie tylko melodyjny i pieczołowicie opracowany, ale ma w sobie pewien ponadczasowy pierwiastek, swoisty błysk w oku

19. Thundercat The Beyond / Where the Giants Roam

thundercat korzystając z dorobku psychodelicznego fusion lat 70., stworzył harmonijną neo-soulową suitę zawieszoną między eterycznym pejzażem dźwiękowym a pierwszorzędnym popowym songwritingiem; eksperymentalne zacięcie usunęło się na drugi plan, ustępując miejsca wielokształtnej płynności i finezyjnej elegancji

18. Neon Indian VEGA INTL. Night School

hipnotyczny 50-ciominutowy wehikuł w głąb elektrodyskotekowych europejskich parkietów połowy lat 80.; znakomite rozwinięcie chillwave’owej oldschoolowej lekkości neon indian z kiełkującą w ostatnich latach nu-disco-synth-funkowo-revivalową myślą

17. Fabiano do Nascimento Dança dos Tempos

w morzu płyt spod szyldu odrodzonej vanguardy paulisty fabiano do nascimento pokazuje, że można inaczej — jest w pierwszej kolejności gitarzystą, a jego fingerpicking brzmi odrobinę europejsko, ale dança dos tempos wyraźnie konfrontuje go z bogatym folkowym dziedzictwem jego rodzinnej brazylii — bawi się choro, forro, sambą i bossa novą, ale zawsze z rozwagą i elegancją, dzięki czemu nie wpada w pułapkę naśladownictwa pokoleń znakomitych poprzedników; akcja dança dos tempos rozgrywa się tu i teraz

16. Jlin Dark Energy

footwork, jakiego nie znacie; impulsywnie cięte sample uszeregowane w kształtne, ewoluujące w czasie post-minimalistyczne rytmiczne kolaże. przyszłość nadeszła — na imię jej jlin

15. Natalia Lafourcade Hasta la raíz

płyta, której wypatrywałem przez lata, która urosła i dojrzała we mnie na długo, zanim jeszcze powstała; lafourcade jest znakomitą songwriterką i równie utalentowaną tekściarką — z prostych słów i melodii potrafi zbudować dojrzałe kompozycje dalece wykraczające poza etykietki współczesnego indie, ale niedające się jednoznacznie zaklasyfikować w szufladce z adult contemporary; idzie swoją drogą i doskonale potrafi tę wizję sprzedać słuchaczowi

14. Graham Lambkin / Michael Pisaro Schwarze Riesenfalter

inspirowane tekstem pierrot lunaire alberta giraud (wykorzystanym we fragmentach w kompozycji schoenberga o tym samym tytule) schwarze riesenfalter jest wielowymiarową afirmacją nocy — pozycją wyważoną, umiarkowanie gęstą, gdzie trzeba ocierającą się o makabrę, ale ostatecznie wdzięczną (a niekiedy wręcz bezpośrednio puszczającą oko do słuchacza) w szerokiej gamie zastosowanych środków

13. Tigran Hamasyan Luys i Luso

ormiański pianista jazzowy niezwykle kompetentnie łączy tradycyjne i odrobinę bardziej awangardowe formy ekspresji — ormiańska muzyka sakralna spotyka się tu z jazzem z ecm-owskiej szkoły w bezpretensjonalnym i wyważonym splocie; piękna płyta

12. Kamasi Washington The Epic

zrobiony z wyczuciem i rozmachem, hołdujący kilku pokoleniom jazzmenów, począwszy od post-bopowego sun ry przełomu lat 50. i 60., przez silne wpływy tradycji spiritual jazzu szkoły coltrane’owskiej, szeroki wachlarz inspiracji rozkwitających w jeszcze kolejnej dekadzie fuzjonistów, aż po bardziej współczesne, choć także mające długą historię, zainteresowanie jazzmenów prostą soulową harmonią

11. Jürg Frey Grizzana and Other Pieces 2009-2014

dzięki ponadprzeciętnemu wyczuciu przez freya ciszy i przestrzeni muzyka kompozytora na siedmioosobowe kameralne ensemble pozwoli na doświadczenie czasu w całej jego rozciągłości, nadając niezwykłą rangę każdej sekundzie

10. Danny L Harle Broken Flowers

danny l harle, wunderkind pc music, pokazuje na własnym przykładzie, że z bubblegum bassem jest zupełnie tak samo, jak z comic sansem w edytorstwie — pozornie wydaje się odstręczający, a nawet naganny, ale operowanie nim z wyczuciem i dystansem może nosić znamiona sztuki

9. Lil Ugly Mane Third Side of Tape

kiedyś wierzyłem, że jeśli mityczny jay electronica wydałby kiedyś album, to brzmiałby właśnie tak; dzisiaj nie wierzę, że kiedykolwiek wyda album, ale właściwie już nie musi — ubiegł go lil ugly mane, który abstrahując od tego, że jest znakomitym raperem i ma coś do przekazania, jak mało kto czuje też ducha hiphopu i potrafi go przywołać z tytułowej trzeciej strony taśmy — ponad dwie godziny niezobowiązujących eksperymentów muzyką z bitem w roli głównej

8. Viet Cong Viet Cong

na gruzach women wyrosła i rozkwitła nadzieja post-punkowej awangardy żywiącej się minimalem, krautrockiem, noisem i psychodelią

7. Grimes Art Angels

srogi k-pop; grimes pożycza przepis na sukces od koleżanek z korei i psuje go odrobinę po swojemu — miesza chore bity, piskliwe wokale i przebojowe refreny. tworzy niesamowicie barwny krążek, na którym scena niezależna i mainstream, wieloformatowy pop i awangarda spotykają się na równych prawach

6. Kendrick Lamar To Pimp a Butterfly

rok 2015 należał jeśli nie do samego kendricka lamara, to z pewnością do skupionej wokół niego grupy muzyków z thundercatem, flying lotusem czy kamasi washingtonem w rolach głównych, która niczym soulquarians przed piętnastoma laty stworzyła oryginalny i przemyślany splot hip-hopu, soulu i jazzu; ten z kolei leży u podstaw zrealizowanej z rozmachem, przemyślanej, szalenie intertekstualnej wizji kendricka lamara; dzięki temu mamy do czynienia nie tylko z albumem, którego słucha się z zapartym tchem od deski do deski, ale adekwatnym i brzmieniowo, i tematycznie

5. Charles Barabé Cicatrice, Scar, Éclair / Huh?

pochodzący z quebecu charles barabé jest bez dwóch zdań moim najciekawszym odkryciem roku; barabé specjalizuje się w gęstych, psychodelicznych plądrofonicznych pejzażach dźwiękowych łączących w sobie szereg rozmaitości (od ośmiobitowej elektroniki po elementy spoken word) na wzór książkowego frankensteinowskiego monstrum; efekt końcowy w każdym z przypadków jest jednak nie do opisania

4. Chris Stapleton Traveller

stapleton jest zręcznym songwriterem i znakomitym tekściarzem, który chociaż działa w ramach konwencji, nie powtarza banałów, która od lat są zmorą współczesnego country; traveller to 14 organicznie zaaranżowanych prostych piosenek podszytych żalem i rezygnacją w emocjonalnej, ale wyważonej interpretacji stapletona

3. Oneohtrix Point Never Garden of Delete

to nie tylko najpewniej najmocniejszy krążek w dotychczasowej dyskografii lopatina, ale także kompetentny głos w mimowolnej dyskusji o przyszłości muzyki pop; pomimo szeroko zakrojonego operowania glitchową elektroniką i ogólnego eksperymentalnego charakteru kompozycji lopatin w każdej z nich umieszcza melodie, a nawet refreny, co na swój wywrotowy sposób, czyni z nich pełnoprawne piosenki pop

2. Joanna Newsom Divers

renesansowe tańce dworskie, hip hopowe bity, melotron, klawesyn i harfa, filharmonicy prascy, proste melodie i zawiła liryka, piękno, niewinność, tajemnica, surrealizm, chaos, science fiction, solidny bagaż tradycyjnej muzyki folkowej z appalachów, awangarda, modernizm, miłość i śmierć

1. Mbongwana Star From Kinshasa

z kinszasy prosto na księżyc — pierwszorzędna żonglerka kontekstami, remiks rozmaitych europejskich, amerykańskich i afrykańskich motywów. pytanie jak można skonstruować krążek, który pod lupą będzie bardzo chaotyczny, a w szerszym kontekście zabrzmi na tyle konsekwentnie, że rzeczywiście okaże się rakietą, którą można na księżyc polecieć?

Opublikowano

2015: piosenki

25 najlepszych piosenek 2015 roku.

25. Susanne Sundfør, „Kamikaze”
24. Janet Jackson, „No Sleeep”
23. The Tallest Man on Earth, „Sagres”
22. Wolf Alice, „Fluffy”
21. Grimes, „REALiTi (Demo)”

20. Thundercat, „Them Changes”
19. Charli XCX feat. Rita Ora, „Doing It (A. G. Cook Remix)”
18. The Weeknd, „Can’t Feel My Face”
17. Kacey Musgraves, „Late to the Party”
16. Kendrick Lamar , „The Blacker the Berry”

15. Neon Indian, „Slumlord”
14. Danny L Harle, „Awake for Hours”
13. Oneohtrix Point Never, „I Bite Through It”
12. Tory Lanez, „Say It”
11. Viet Cong, „Continental Shelf”

10. Jeremih, „Oui”

tak się robi ponadczasowe r&b z wyczuciem w 2015 roku — jeremih na bicie łączącym new jack swingową prostotę, 2-stepowe przejście i trapowy vibe z nadzwyczajną zręcznością i wrodzoną elokwencją sprzedaje słuchaczom cztery różne refreny zebrane pod parasolem gry słownej z tytułu — „there’s no oui without u and i”

9. ゲスの極み乙女。, 「私以外私じゃないの」

nie doszedłem jeszcze do tego jak, ale w jakiś sposób gesu no kiwami otome. potrafi niezręczny dla europejczyków intensywnie gitarowy j-popowy splot gatunkowo-melodyczny przekuć na naprawdę kunsztowne i nieprzytłaczające piosenki; mathrockowy background, zabawy progresywnym jazzem i liczne zawirowania rytmiczno-melodyczne w jakiś magiczny sposób da się zamknąć w przebojowy numer

8. Grimes feat. Janelle Monáe, „Venus Fly”

grimes korzysta z tych samych instrumentów co rihanna czy katy perry, ale ma dystans, fantazję i niewiele do stracenia — może więc dowolnie aranżować swoje numery, dysonantycznie oniryczne wokale zestawiać z rasowymi hookami, a wszystko to zalać electro, co wraz z janelle monáe wprowadza w czyn jednym z najmocniejszych punktów krążka, „venus fly”, uprawiając przy tym srogi k-pop

7. Ciara, „I Bet”

„i bet” to być może najdojrzalszy, najbardziej elokwentny i osobisty moment dyskografii ciary, ukryty w prostej, niemal akustycznej formie R&B-popowej ballady, na tyle jednak plastycznej, że da się ją z powodzeniem przekuć na rasowego dancefloor killera, co stało się ciałem w remiksie z towarzyszeniem t.i.’a.

6. Skepta, „Shutdown”

ring ring pussy it’s shutdown! grime nie tylko nie umarł, ale w 2015 roku miał się znakomicie, także dzięki „shutdown” skepty, któremu po kilkunastu latach prób wreszcie udało się znaleźć przepis na banger doskonały; „a bunch of young men all dressed in black dancing extremely aggressively on stage… it made me feel so intimidated and it’s just not what i expect to see on prime time television”

5. Rodrigo Campos, „Velho Amarelo”

po kunsztownej, choć zdecydowanej bardziej oszczędnej odsłonie „velho amarelo” w wykonaniu juçary marçal, utwór wraca do kompozytora, który funduje mu bogatą orkiestrową oprawę nawiązującą do najlepszych momentów klasycznego mpb i dziedzictwa antonia carlosa jobima — campos wykazał się niezwykłym wyczuciem, zestawiając idylliczne tło i stanowiące kulminację kompozycji słowa: „quero morrer num dia breve / quero morrer num dia azul / quero morrer na américa do sul” („chcę umrzeć krótkiego dnia / chcę umrzeć niebieskiego dnia / chcę umrzeć w ameryce południowej”)

4. Louis-Jean Cormier, „Complot d’enfants”

cormier napisał utwór, który w warstwie muzycznej i tekstowej oddaje istotę określenia coming of age; podkradzione z americany i heartland rocka harmonie i motoryczny bit stanowią w sensie filmowym doskonały soundtrack do przemian w życiu młodego człowieka, które choć często odkładane w czasie, na dłuższą metę okazują się nie do uniknięcia; dojrzały i wyważony numer

3. Fetty Wap, „Trap Queen”

najlepsze przejście+refren 2015 roku — fetty wap udoskonalił i opanował do perfekcji to, co od lat próbowali nam sprzedać kanye i lil wayne, a co przychodziło im z takim mozołem, a mianowicie synteza rapu i śpiewu; ale siłą „trap queen” nie jest jedynie jego plastyczny wokal, ale przede wszystkim zaraźliwa przebojowość całego numeru

2. Chris Stapleton, „Tennessee Whiskey”

we współczesnym country rzadko kiedy trafia się połączenie tak fortunne — oto mamy do czynienia ze zręcznym songwriterem i znakomitym tekściarzem, który działa w ramach konwencji, ale jednak udaje mu się nie powtarzać tych samych banałów, co połowa sceny; w dodatku jest pierwszorzędnym instrumentalistą (i orędownikiem organicznego brzmienia) i nawet lepszym piosenkarzem, a cały ten kunszt jak na dłoni słychać w przełomowym „tennessee whiskey” — prostej piosence, która kreatywnie rozwija i adaptuje klasyczny dla gatunku motyw

1. Drake, „Hotline Bling”

drake’owi w charakterystyczny dla niego sposób udało się bezbłędnie zamknąć w jednym nagraniu trendy konstytuujące w ostatnim czasie brzmienie i treść czarnej muzyki — zarówno te mniej, jak i bardziej oczywiste na czele z post-minimalistycznym podejściem do hiphopowej tkanki; sukcesu tej miary jednak z pewnością by nie było, gdyby nie to, że muzyk wykazał się otwartym umysłem i co równie ważne dystansem do swojego otoczenia i siebie samego; sampel automatu perkusyjnego wystukującego pseudolatynoski rytm okazał się strzałem w dziesiątkę

Opublikowano

Nonszalanckie łohoho

motion-david-szakaly-07

Minęły trzy miesiące. Miesiące, kiedy właściwie miałem sporo czasu i nic nie budziło moich podejrzeń, że może mi ten czas po prostu przelecieć między palcami. Dlaczego miałby? Jestem przecież młodym, dynamicznym, kreatywnym jegomościem, mój zapał do tworzenia nowego, zostawiania śladu dla potomności powinien dynamicznie infekować otoczenie, a tymczasem sytuacja na dziś wygląda tak, że jestem odrobinę w rozsypce — zgubiłem nawet powierzchowne notatki związane z tym, co na tej stronie miałem publikować. Tzn. to i tak była nieprawda i widzę to doskonale teraz, ale trochę frustruje mnie myśl, że musiałbym wrzucić mój mózg na jakieś przyzwoite obroty, żeby te informacje raz jeszcze przetworzyć. A to jedynie wierzchołek góry lodowej. Nie wiem, czy powinienem się cieszyć, że bardziej chce mi się gotować obiady i wynosić śmieci niż obnażać swoje braki intelektualne na papierze. To czasowa pustka, wrodzony niedowład czy definitywne wypalenie?

Chciałbym napisać, że pisanie mnie nudzi, ale to tylko półprawda. W rzeczywistości pisanie w oceanie informacji wydaje mi się po prostu niestosowne. Nie chciałbym skazywać kogoś na czytanie bzdur, które mogłyby wyjść spod mojej ręki. Na czytanie mamy w końcu coraz mniej mniej czasu — lepiej więc brać na tapet rzeczy, które choćby powierzchownie przedstawiają jakąś wartość (niedoczekanie). Chwilę temu przemknęła mi przez głowę myśl, że może w zastępstwie mógłbym tworzyć memy — czyt. średnio zabawne obrazki bez tekstu obnażające pustkę i bezsens otaczającej nas rzeczywistości, ale później pomyślałem, że przecież tworzenie w ogóle jest czymś absurdalnym. Wszyscy tworzą, wszyscy artystami. Można się wypisać?

Opublikowano

79. Okna wystające poza dachy i ściany

99 najfajniejszych rzeczy

79. Okna wystające poza dachy i ściany

Czyli lukarnywykusze. Większość z nas (choć może powinienem mówić tylko za siebie, ale wiem, jak wyglądają polskie domy, więc niech będzie, że większość) żyje w domach straszliwie prostych i konwencjonalnych. I o ile prostota rzeczywiście w wielu przypadkach może uchodzić za wybawienie, polskiemu budownictwu przez lata brakowało jakiejkolwiek finezji. A tymczasem ja zawsze marzyłem, by zamieszkać w pokoju, którego okna będą wychodziły poza ścianę lub dach. Dlaczego amerykańskie domy (nawet jeśli buduje się je z kartonu) wydają się niejako wyciągnięte z innego świata? OK, bo buduje się je po drugiej stronie oceanu, a to faktycznie inny świat, to też, ale przede wszystkim dlatego, że na dużą skalę stosuje się właśnie lukarny i wykusze. Mała rzecz, a cieszy.

Opublikowano

80. Swetry w renifery

99 najfajniejszych rzeczy

80. Swetry w renifery

Moje niespełnione marzenie w kategoriach prezentu gwiazdkowego. Zasadniczo swetry (liczba poj. sweter) są w czołówce, jeśli chodzi o najfajniejsze części garderoby (obok kalesonów czy flanelowych koszul), a kolorowe wzory i renifery na piersi dodają im dodatkowego uroku. Jakby tego było mało dodatkowe punktu do fajności dodaje swetrom w renifery ich sezonowość. Niestety swetroworeniferowa oferta jest w dalszym ciągu taka sobie — renifery są zwykle albo kaprawe, albo dziecinne, albo nieprzyzwoite, choć muszę przyznać, że nie jestem z tych, którzy mają czas, siłę i motywację, by szczegółowo i skrupulatnie przeszukiwać swetrzane kolekcje.

Opublikowano

81. „The Laughing Gnome”

99 najfajniejszych rzeczy

81. „The Laughing Gnome”

„Ha ha ha, hi hi hi! I’m the laughing gnome and you can’t catch me!” — rzekł śmiejący się gnom. Lata 60. były na swój sposób wylęgarnią muzycznego sutenerstwa, by przywołać chociażby mechaniczne psy wyszczekujące „Jingle Bells” czy szalonego samozwańczego następcę Napoleona śmiejącego się od tyłu w piosence o zakładzie psychiatrycznym. W ten trend w pewnym momencie wpasował się także nasz bohater, który w 1967 roku musiał być tak spragniony sławy, że nie tylko zgodził się zaśpiewać, ale sam napisał „The Laughing Gnome”, w którym poza funkcją rzucającego jak z rękawa suchymi żartami narratora, wcielił się także w samego gnoma o głosie wypitchowanym a la Chip i Dale. Dziwaczna barokowa komedia, Bowie w niezręcznym duecie z samym sobą. Najbardziej żenujący fragment jego dyskografii. Uwielbiam!

Na potrzeby cyklu „The Laughing Gnome” może być odczytywane na wiele różnych sposobów — jako symbol pewnej epoki w muzyce, która bezpowrotnie dobiegła końca, jako przykład dystansu do samego siebie czy też jako przedstawiciel niepoważnego utworu w dyskografii poważnego muzyka. Sami wybierzcie.

Opublikowano

82. Mitochondrium, czyli zielona kanapka, która mnie pozdrawia

99 najfajniejszych rzeczy

82. Mitochondrium, czyli zielona kanapka, która mnie pozdrawia

Jakie mitochondrium jest, każdy widzi — można by napisać. No właśnie nie każdy, a w zasadzie mało kto. Samo mitochondrium jest jednak jedynie wstępem do zabawnego gagu związanego z istotą fajności pozycji 82. Jest też oryginalnym tematem pracy anonimowego internauty w nieistniejącym już serwisie Maziaj.pl [*]. Serwis był właściwie nieustającą interaktywną grą bez nagród i sensu, ale można było sobie pomaziać. Jedna osoba wymyślała temat, a druga ten temat rysowała, kolejna natomiast na podstawie tego rysunku wymyślała niejako kolejny temat, próbując opisać to, co widzi na obrazku. Czasem wychodziły z tego bardzo zabawne mitochondria, zwłaszcza kiedy historie poszczególnych łańcuszków można było śledzić na bieżąco. Niestety z czasem serwis zaczął zmagać się z trollami wypisującymi brzydkie rzeczy o papieżu i przez brak skutecznych mechanizmów moderacyjnych rzecz wkrótce upadła. Przez tych kilka tygodni była to niewątpliwie najfajniejsza rzecz w internecie. Gdybyście jeszcze nie wymyślili, tematem pozycji 82. jest mazianie jako takie, samo w sobie.

Teraz sprawdziłem i strona nadal jest i śmiga. Nadal są brzydkie żarty, ale można sobie pomaziać. Tu kilka fajniejszych przykładów z moich archiwów. Takie suche żarty, ale w paraartystycznej formie obrazkowej jakoś łatwiej przymknąć na to oko [via polscy rysownicy-satyrycy w czołowych tygodnikach opinii].

Pochodna z gruszki:
99 najfajniejszych rzeczy

Czteroipółkilogramowy arbuz a.k.a odcięta głowa ufoludka ważąca cztery i pół kilo:
99 najfajniejszych rzeczy

Usuwanie niewymierności z mianownika a.k.a pan odkurza mianownik:
99 najfajniejszych rzeczy

Opublikowano

83. Polaroid

99 najfajniejszych rzeczy

83. Polaroid

Polaroid — ten sam, który swego czasu trochę umarł, ale ostatnio trochę zmartwychwstał w nieco innym wydaniu, m.in. dzięki imitującym jego barwy instagramowym filtrom. Żeby nie było — stylizacja cyfrowych zdjęć na te polaroidowe nie jest niczym fajnym. Pokazuje za to, jak fajnym wynalazkiem był Polaroid pozwalający na natychmiastowe drukowanie zdjęć w ciekawym formacie i ekspresyjnych kolorach.

Ja z polaroidami mam kilka mglistych wspomnień z połowy lat 90., z którychś wakacji, kiedy miałem kilka lat, a ktoś miał aparat i robił nim zdjęcia. Kilka z nich powinno jeszcze gdzieś być. To zawsze była dość droga zabawa (ostatnio nawet bardziej), ale wydaje mi się, że podobnie jak w przypadku płyt winylowych fajność polaroidów jeszcze długo nie pozwoli odejść im w zapomnienie.

Opublikowano

84. Total Shreds

99 najfajniejszych rzeczy

84. Total Shreds

Kolejna pozycja, która może brzmieć egzotycznie, ale wierzę, że sama idea nie jest wam obca. Total Shreds to co prawda nie nazwa zjawiska, a jednego z bardziej popularnych youtube’owych kanałów, które się procederem zajmują. Z braku lepszego określenia, postanowiłem więc wykorzystać tę nazwę, która po przetłumaczeniu na polski (~”całkowite odarcie”) całkiem nieźle oddaje, o co chodzi.

A w telegraficznym skrócie chodzi o odarcie teledysku muzycznego z muzyki. Nie jest to jednak ani a cappella, ani klip bez dźwięku. Poza wspomnianym odarciem dopasowuje się bowiem do scen w klipie odgłosy faktycznie odpowiadające temu, co pokazywane jest na ekranie, a bywa, że niektóre wersje fabrykują nawet wokal. Proceder zakrojony jest dość szeroko, ale najbardziej ikonicznym przykładem pozostaje wersja nadto ekspresyjnego „Dancing in the Street” Bowiego i Jaggera, z której zresztą pochodzi ujęcie powyżej.

Twórcy nie oszczędzają nikogo: jest więc „Smells Like Teen Spirit”, „Gangnam Style”, „The Hardest Button to Button” Stripesów, „Happy” Pharrella czy „Anaconda” Nicki Minaj. Oczywiście, jak to w internecie, jest sporo średnich czy słabych rzeczy, ale te najlepsze są naprawdę fajne.