Opublikowano

Czarodziejska góra

Czarodziejska góra

Thomas Mann, „Czarodziejska góra”, wyd. Muza, 2003


Pamiętam moment, gdy oczy zapłonęły mi naiwnym blaskiem na widok tomiszcza „Czarodziejskiej góry” podczas spontanicznej przedwieczornej wycieczki do jednej z wrocławskich księgarń. „Kiedyś to przeczytam” — wyszeptałem do siebie, a przynajmniej ta myśl zagnieździła się we mnie w tamtej chwili na dobre. Dwanaście lat później dopiąłem swego. Oczywiście nie kupiłem tej księgi tamtego wieczora, nie zniósłby tego mój wciąż nastoletni jeszcze wówczas budżet. Niemniej mój egzemplarz przeleżał swoje, a gdy wraz z początkiem roku postanowiłem wykorzystać mój czytelniczy potencjał, wśród kryteriów służących określeniu powodzenia tego przedsięwzięcia zastrzegłem enigmatycznie, choć stanowczo — i wreszcie „Czarodziejską górę”.

Spędziłem razem z bohaterami Tomasza Manna w przesławnym sanatorium Berghof w wysokich Alpach bitych osiem tygodni i w tym czasie nie tylko tak zwyczajnie po ludzku zżyłem się z Hansem Castorpem, ale aura „Czarodziejskiej góry” zaczęła na różne sposoby przenikać do mojego życia. „Ależ to naturalne!” Oczywiście, choć trudno zdawać sobie sprawę ze skali tego zjawiska, dopóki samemu się z nim nie zjednoczy w czymś, co nieśmiało można nazwać wspólnym dążeniem. Duch Tomasza Manna pisał moją ręką listy i redagował rozmaite teksty — ba, mam wrażenie, że wciąż mi towarzyszy i jego cząstka pozostanie we mnie już na zawsze. Ujął mnie uroczystym sposobem wyrażania idei i opisywania zdarzeń z największą rozwagą. Sto lat później, gdy dla czytelnika znaczna część kulturowo-społecznego kontekstu „Góry” nie może być już wspólnym doświadczeniem, a jedynie książkowym folklorem rozumianym poprzez liczne przypisy tłumaczy, ta szczególna maniera staje się nawet wymowniejsza, zwłaszcza względem naszej, pozaksiążkowej rzeczywistości — nie tak odległej przecież geograficznie od szwajcarskiego Davos. I choć od tego szlachetnego sposobu formułowania myśli Manna i jego tłumaczy (tu pozwolę sobie ich przedstawić — Józefa Kramsztyka i Władysława Tatarkiewicza pod pseudonimem) czytelnik stopniowo coraz bardziej się uzależnia, w centrum zainteresowań musi pozostać Hans Castorp i jego zmieniający się przez 800 stron powieści anturaż. „Czarodziejską górę” czyta się tak, jak ogląda się najlepszy serial — z niedającą się spławić myślą, że trzeciego tomu już nie będzie.

Ileż to ja słyszałem przez lata od innych czytelników o „Górze”. I zawsze to, co o tej powieści mówili, wydawało mi się wyjątkowo mętne. Zaczynali od środka, kluczyli, nadużywali słów takich jak „oniryczny” i „czas”. Postawmy więc sprawę jasno. Tematem powieści jest życie jako takie. Życie przeniesione w abstrakcyjny kontekst śnieżnej wyżyny i niejako wyłączone poza nawias czasu tak, by można się mu przyjrzeć bliżej bez szumów codzienności, takiej jak ta, którą znamy tutaj na nizinie. Zupełnie tak jak naukowcy badający próbkę, izolujący ją wcześniej pieczołowicie od wszystkich jej przyległości, które mogłyby zaburzyć badanie. Próbką Manna jest życie. I to życie, pomimo tej podkreślanej przez ze mnie kilkakrotnie wysokości, życie całkiem przyziemne. Mogłoby się wydawać, że Mann kluczy, pisze książkę o niczym, że jego postaci w gruncie rzeczy pędzą życie po próżnicy. Ale kolejni barwni bohaterowie — radca Behrens, doktor Krokowski, Mynheer Peeperkorn, domorośli filozofowie, specjaliści od ludzkiej egzystencji Naphta i Settembrini co rusz udowadniają, że sprawa ma się zupełnie odwrotnie. Hans Castorp jest z kolei protoplastą internauty. Jego fascynacja fizjologią, botaniką, muzyką czy astronomią, z których Mann czyni jedne z głównych (choć nieżyczliwy czytelnik mógłby nazwać je pobocznymi) treści „Czarodziejskiej góry”, to nic innego jak tak dobrze znany współczesnym młodym pokoleniom zaoczny głód wiedzy połączony z chorobliwym wyłączeniem się z życia zewnętrznego (przynajmniej na tyle, na ile to możliwe). Taka postawa jest dla Manna z jednej strony wygodnym pretekstem, by te rozmaite tematy na łamach książki bez skrupułów rozwijać, z drugiej zaś — wyrazem całkowitej normalności w poznawaniu kolorów życia i świata, nieodłącznego elementu życia każdego z nas.

To jednak jedynie jeden z wielu aspektów egzystencji Hansa Castorpa w górskim sanatorium. Koniec końców nie sposób nie zadać sobie pytania, czy ucieczka od rzeczywistości na pewno oznacza wolność, jak często podświadomie zdajemy się zakładać. Studium historii Castorpa nie daje jednoznacznej odpowiedzi, ale może przybliżyć nas do zrozumienia nizinnych uproszczeń. Przewijająca się sugestywnie przez całą powieść rozbieżność między wyżyną sanatorium a niziną ludzi zdrowych może być traktowana jako metafora jakiejkolwiek życiowej dychotomii, w której pomiędzy sposobami życia czy myślenia występuje rozdźwięk znaczący i trwały. Kolejne pytanie pozostawione bez jasnej odpowiedzi brzmi zatem, do którego z tych światów człowiek należy, kiedy przekracza tę magiczną granicę tranzycji i na ile ta zmiana jest trwała. Hans Castorp realizuje to tlące się gdzieś w nim nieśmiało marzenie o ucieczce, które dzieje się z początku pomimo niego, ale z czasem coraz bardziej w nim i za jego aprobatą, aż wreszcie z jego czynnym udziałem i wedle jego woli. Syndrom sztokholmski odczuwany przez ofiarę, która jednocześnie sama jest swoim własnym porywaczem. Więzienie, w którym sami się zamknęliśmy, a klucz przez cały czas dzierżymy mocno w dłoni, ale nie jesteśmy w stanie zdobyć się, by sami się z niego uwolnić. Choć Hans Castorp koniec końców pozbywa się zegarka i kalendarza, przestaje liczyć godziny, dni, miesiące, lata, Mann jest w swoim postrzeganiu czasu bardziej skrupulatny. I w tej kwestii nie jest prostolinijny, stara się zrozumieć złożoną naturę czasu i czasów, przez 800 stron balansując na granicy końca epoki, która, jak zawsze w takiej sytuacji, nie ma świadomości swego końca.

Czarodziejska góra

Opublikowano

Zakazane kolory

Zakazane kolory

Yukio Mishima, „Forbidden Colours”, wyd. Penguin Modern Classics, 2008


Lata minęły, odkąd czytałem powieść po angielsku — do lektury „Zakazanych kolorów” Yukio Mishimy przystępowałem więc jednocześnie z ekscytacją i zwątpieniem. Ekscytacją — po niedawnym spotkaniu z Mishimą w jego debiutanckim „Wyznaniu maski”, które wreszcie przed rokiem doczekało się polskiego tłumaczenia — „Zakazane kolory” 69 lat po japońskiej premierze wciąż polskiego wydania nie mają. Zwątpieniem — we własne możliwości nie tyle nawet językowe, co w jakiś zmysł krytyczny, bo wszelkie punkty odniesienia w postaci literatury anglojęzycznej dawno spłowiały i straciły wszelki sens. Co więcej — dlaczego miałby się do nich anglojęzyczny Mishima odnosić jakkolwiek bardziej niż do jakiegokolwiek (polskojęzycznego) Mishimy. I faktycznie. Z początku lektura trochę mnie zniechęciła — dopiero gdy zatopiłem się w akcji i rytmie narracji, przestałem przejmować się lingwistyczną obcością, której z początku nie umiałem się poddać. Nie sprzyjało temu z pewnością wiekowe tłumaczenie, datowane na rok 1968. Nie miałem więc w pewnym momencie zamiaru o tej książce pisać. Z drugiej jednak strony wkrótce uznałem, że o niej właśnie, ze względu na specyfikę braku polskiego wydania, być może powinienem napisać tym bardziej. Także dla siebie samego — obiecałem sobie bowiem, że gdy tylko rodzima edycja wreszcie się ukaże, sięgnę po nią niechybnie.

Inaczej niż w „Wyznaniu maski” Mishima nie tylko nie pisze „Kolorów” w formie pierwszoosobowej, ale pobieżne nawet rozeznanie w przebiegu akcji powieści pozwala na jednoznaczne stwierdzenie, że jego główny bohater, Yuichi, choć pozostaje niewątpliwie w centrum wydarzeń powieści, nie jest ich spiritus movens. Ba! Mishima podkłada czytelnikowi idealną kukłę — tak hipnotyzującą, jak bezwolną. Sam kryje się zgoła gdzie indziej, w postaci starszego, otoczonego słuszną sławą pisarza Shunsuke, który trochę przez przypadek, ale z premedytacją miesza się w życie zaledwie 20-kilkuletniego Yuichiego i wywraca je do góry nogami. Namawia chłopaka, który otwarcie przyznaje się przed nim do swojego homoseksualizmu, do małżeństwa z ich wspólną znajomą Yasuko, która w Yuichiego zapatrzona jest jak w obrazek. By go przekonać, oferuje mu znaczną sumę pieniędzy, która ma uratować popadające w ruinę po śmierci ojca gospodarstwo domowe. Yuichi nie bez wahania tę ofertę przyjmuje i tak oto rozpoczyna się główny wątek fabularny powieści.

Ważniejsze jednak od powodów Yuichiego związanych z relacjami społecznymi i rodzinnymi, ale także szeroko pojętą wygodą, są powody Shunsuke, bo to one wprowadzają w narrację aurę tajemnicy. Shunsuke jest mizoginem albo przynajmniej stara się za takiego uchodzić. Twierdzi, że chce zemsty na kobietach za wszystkie wyrządzone mu przez lata krzywdy. Sędziwy autor od najmłodszych lat uchodził za przeraźliwie brzydkiego, Yuichi, co trzeba zaznaczyć, jest z kolei uosobieniem męskiego piękno i (na swój sposób) obiektem pożądania każdego, kto zawiesi na nim swój wzrok. Piękno i jego waga to jeden z powracających w powieści Mishimy motywów i kolejny z powodów Shunsuke, którego stosunek do piękna był cokolwiek trudny. Tym razem jednak nie potrafił oprzeć się czarowi magnetyzującego młodzieńca, gdy już raz udało mu się go złapać, nie chciał wypuścić go z klatki. To zresztą powtarzająca się w „Zakazanych kolorach” motywacja i w tym sensie książka Mishimy popada niekiedy w trudny do przejścia sentymentalizm. W dalszym ciągu, ze względu na dogłębny rys psychologiczny i realistyczną zawiłość fabularną, nie sposób jednak nazwać jej czytadłem. „Kolory” zresztą nigdy nie niosą ze sobą odcienia sensacyjności. Wydarzenia, które wrażliwy czytelnik mógłby uznać za kontrowersyjne przedstawione zostały tu z daleko posuniętą powściągliwością. Ostatnim powodem Shunshuke jest praca twórcza — stary pisarz szuka w tej, kontrolowanej przez siebie intrydze znaleźć inspirację do swojej kolejnej powieści.

I tak oto wchodzimy w życie młodego Yuichiego rozpostarte między młodym, choć od samego początku chłodnym i na wskroś nieszczęśliwym małżeństwem z Yasuko, nocnym życiem obfitującym w liczne romanse ze spotykanymi mężczyznami oraz pozorowanymi stosunkami romantycznymi z innymi kobietami. Można „Zakazane kolory” w pewnym, nieprecyzyjnym, ale obrazującym kanwę powieści skrócie opisać jako mariaż „Niebezpiecznych związków” i „Śmierci w Wenecji”. Akcja „Kolorów” wielokrotnie lawiruje, posuwając się jednak powoli, by przyśpieszyć znacząco na ostatniej prostej. Los Yuichiego, spowity w Japonii początku lat 50. nienaruszalnym tabu, a opisywany przez zachodnich recenzentów jako „oryginalny pomysł na książkę” jest pomiędzy wierszami obiektem największej empatii Mishimy. Choć sam Yuichi przedstawiony został jako pionek na mapie powieści, zagubiony narcyz nieliczący się z czyimikolwiek uczuciami, jego sytuacja życiowa i wynikające z niej wybory pisarz traktuje z szacunkiem i zrozumieniem. Zrozumieniem wykraczającym poza skażoną zachodnimi stereotypami mentalność powojennej Japonii, wbrew im szukającym tożsamości bohatera zarówno w starych samurajskich legendach, jak i w szerokim ujęciu codzienności środowiska japońskich gejów w latach 50. Opisy ich obyczajów są u Mishimy na tyle rozległe, że nierzadko pisarz gubi się w anegdotach lub przeżyciach wewnętrznych pobocznych postaci. Pieczołowite ujęcie tego nieodzownego tła dla tytułowych „Zakazanych kolorów” stało się zresztą podłożem trwających do dziś spekulacji na temat seksualności samego autora. Doskonałemu wyczuciu rozterek swoich homoseksualnych bohaterów Mishima daje wyraz co rusz. Zapisałem i przetłumaczyłem jeden z fragmentów, które w tym kontekście ujęły mnie szczególnie:

„Dwoista natura zazdrości, która czyni miłość starzejącego się geja nie do wytrzymania, wtargnęła pomiędzy Kawadę i sen jego młodego kochanka. Weźmy zazdrość mężczyzny, którego partnerka jest mu niewierna, i połączmy ją z zazdrością, którą dojrzała kobieta po przejściach odczuwa względem młodej, pięknej kobiety, a tę jeszcze połączmy z tym szczególnie zawiłym skutkiem osobliwej świadomości, że obiekt naszej miłości jest osobą tej samej płci co my, a otrzymamy wówczas obraz wyolbrzymionego, całkowicie niewybaczalnego upokorzenia w miłości. Jeśli znamienitej pozycji mężczyzna doświadczyłby odczucia równie przytłaczającego z powodu kobiety, byłby w stanie to znieść. Ale nic nie było w stanie wyrządzić większej krzywdy poczuciu godności osoby takiej jak Kawada niż odtrącenie jego miłosnych starań i upokorzeń przez mężczyznę”.

Nie chciałbym zdradzać zbyt wiele z meandrów fabularnych powieści, które niewątpliwie stanowią jeden z jej atutów. Nie sposób jednak bym w tym kontekście mógł zignorować swoją wcześniejszą sugestię wiążącą postać Shunsuke z osobą autora, co wydaje się zasadne także jeśli chodzi o swoistą fascynację każdego z nich zagadnieniem szeroko pojętej queerowości (w powieści na swój sposób spersonifikowanej przez Yuichiego). Czy równie paralelnie można odczytywać stojące za nimi motywacje? Bieg zdarzeń powieści dowodzi, że te nie są wcale tak jednoznaczne i jasne, jak wyłożono je u jej początku.

Zakazane kolory

Opublikowano

A decade in life and music (²⁄₂)

A decade in life and music

A decade in life and music: pozycje 100-51.

*

obiecałem sobie, że przed końcem września zamknę wiszący nade mną przez niemal rok temat osobistego płytowego podsumowania dekady, którym ostatecznie odfiltruję to, co miało znaczenie największe od tego, co tylko wydawało się je mieć, ale jeszcze przed sfinalizowaniem listy zdążyłem poróżnić się sam ze sobą — to naiwne sądzić, że cokolwiek jest definitywne; „boją się ludzie przemiany? a co może dziać się bez przemiany?” — pyta retorycznie marek aureliusz; te same prawidła, które odnoszą się do całości rzeczy, doskonale opisują też to, jak zachowują się dzieła muzyczne i nasze mniemanie o nich; koniec końców ważniejszy niż wartościowanie ich jest pretekst, by móc z nimi jak najpełniej obcować i to jest bezsprzecznie największym moim pożytkiem z tworzenia tej listy; koniec końców, cytując po wtóre aureliusza, „to co chwalimy, nie staje się przez to ani gorsze, ani lepsze”; a że wydaje nam się inaczej?

oddaję zatem do waszej dyspozycji drugą część mojej muzycznej listy wspomnień, wrażeń i wyobrażeń z lat 2010-2019; bon appétit et bon voyage!


A decade in life and music

50.

rosalía el mal querer 2018

rosalía po wydaniu el mal querer stała się jednoosobową hiszpańską instytucją muzyczną; zanim jednak się to stało, zachwyciła świat kreacją, której wcześniej nie było; wspólnie z el guincho śmiało przekroczyła granice flamenco, popu i r&b; świadomie sięgnęła po auto tune, wykorzystała odgłosy otoczenia i fragmenty utworu justina timberlake’a; wszystko to wplotła we własną ikonografię na granicy bluźnierstwa, w której religijne symbole przypisuje bardzo ludzkim doświadczeniom, na czele z tytułową złą miłością — miłością, która prowadzi do zguby; to tutaj wybrzmiał nieznany od dziesięcioleci u anglosasów wokalny kunszt diwy flamenco, bez wahania wpisany tu w szeroko pojęty tropikalny pop; i w tej sferze poniekąd zmieszało się sacrum i profanum, ale przede wszystkim jednak zgodnie z duchem oryginalnego flamenco rosalía stworzyła muzykę, która dociera do ludzi, momentami sięgając też absolutu ♪ „malamente”, „de aquí no sales”


A decade in life and music

49.

charli xcx number 1 angel / pop 2 2017

muzyka pop ma zwykle dwa oblicza — to prawdziwie popularne, bijące rekordy sprzedaży i rozpoznawalności oraz to, które świadomie wykorzystuje popularne patenty, aby tworzyć nową jakość; w tej drugiej kategorii już od kilku lat brylują tuzi bubblegum bassu a.g cook i sophie, którzy w 2015 zmaterializowali się na muzycznym horyzoncie charli xcx i pop zamigotał tysiącem barw; charli nie tylko odnalazła na tym podwójnym mikstejpie swoje brzmienie, ale apgrejdowała pop do wersji 2.0; na tym samym fundamencie (choć nieco bardziej zachowawczo) ufundowała dwa swoje kolejne krążki, które mimo braku ostentacyjnych przebojów okazały się triumfem jakościowego popu; charli jest tu przebojowa, ale nie prostolinijna, czerpiąca z jednej strony Z elektronicznego hip hopu, z drugiej z klasycznej piosenkowej melodyki, niegrzeczna i ironiczna, ale nie na tyle, by grać na kontrowersje ♪ „track10”, „emotional”


A decade in life and music

48.

luzmila carpio yuyay jap’ina tapes 2014

kiedyś zacząłem spisywać listę płyt, które moim zdaniem są jedyne w swoim rodzaju, tzn. nic innego mi znanego nie jest w stanie pod kątem brzmienia, charakteru, klimatu stworzyć z nimi w prostym zestawieniu w miarę tożsamościowego zbioru; gdyby nadal gdzieś tę listę miał, z pewnością dopisałbym do niej muzykę luzmily carpio — trochę dlatego, że nie znam się na muzyce wysokich andów, a trochę dlatego, że gdy próbowałem, pod wpływem carpio, się poznać, nic z tego, do czego dotarłem nie było w stanie w jakimkolwiek stopniu równać się z nagraniami na tej płycie; yuyay jap’ina tapes to kwintesencja muzycznych odkrytek — na krążku wraz z obszernymi komentarzami (których nie miałem jeszcze okazji zgłębić) i tłumaczeniami tekstów znalazło się siedemnaście utworów nagranych na początku lat 90. w ramach realizowanego pod okiem unicefu projektu promocji liternictwa wśród ludności quechua; efekt przechodzi najśmielsze oczekiwania i wyobrażenia o tradycyjnej muzyce andyjskiej; słuchanie tych barwnych, plastycznych, w dużej mierze podnoszących na duchu utworów to jak oglądanie galaktyk przez teleskop hubble’a — fascynujące i jedyne w swoim rodzaju doświadczenie, którego nie da się ani niczym zastąpić, ani właściwie opisać ♪ „riqsiqa kasunchik”, „warmip kawsaynin”


A decade in life and music

47.

tzusing dōngfāng bùbài 2017

jedna z tych płyt, które nawiedzają mnie jak duchy, nie tylko ze względu na wspólną stylistykę z upiornym kwaidanem kobayashiego, ale przede wszystkim dlatego, że fizyczna kopia po premierze wyślizgnęła mi się z ręki o włos; to azjatyckie techno inspirowane tradycyjną chińską melodyką; dzięki temu musiało wypłynąć i wypłynęło na wierzch w morzu bezkształtnej motoryki, choćby finezyjnej, podobnie jak wypłynęło to zespolone z brazylijską batucadą u ninos du brasil; tzusing jest wybredny, świadomy i konkretny — doskonale wie, jak skonstruować kompletny i samowystarczalny industrialny pejzaż z amalgamatu miniaturowych, w pełni przetworzonych replik elementów chińskiej muzyki dworskiej ♪ „rì chū dōngfāng wéi wǒ bùbài”


A decade in life and music

46.

ryuichi sakamoto async 2017

po latach moczenia stóp w ambiencie na async sakamoto wreszcie powinął nogawki i przemyślał swoje stopy; znalazł równowagę między ambientową wodą od wieloletniego moczenia stóp, urzekającym fortepianowym obliczem, echem dawnego popowego mistrzostwa a żyłką awangardzisty; async to sakamoto pulsujący, sprzeniewierzający się zastanemu porządkowi, puszczający oko w stronę akademickiej współczechy, ale zachowujący bezpieczny dystans, w zakresie dźwięków słyszalnych ♪ „andata”, „stakra”


A decade in life and music

45.

john maus we must become the pitiless censors of ourselves 2011

to z jednej strony idealna muzyka do prześladowania kogoś (jako soundtrack — do podążania za kimś ciemnymi krętymi uliczkami z gazetą z wyciętymi otworami na oczy), z drugiej zaś idealna płyta do prześladowania tego, kto jej słucha (jako płyta-prześladowca); maus jest kompletnym kosmitą — te piosenki są niemożliwie wręcz przebojowe, niemożliwie prostolinijnie czerpią z 80sowego synthpopu, uosabiając coś w rodzaju pastiszowego wcielenia depeche mode, ale teatralne wykonanie i dziwaczna produkcja, brudna i odległa zarazem, sprawiają, że twórczość mausa staje się sama dla siebie najlepszym kontekstem ♪ „keep pushing on”, „quantum leap”


A decade in life and music

44.

uncle acid & the deadbeats blood lust 2011

na grobie electric wizard zatańczył w 2011 roku uncle acid, który wykradł ze skansenu wszystko to, co najlepsze w muzyce black sabbath i tchnął w to, przy pomocy jakichś czarnoksięskich rytuałów, nową energię; psychodeliczne, świdrujące, brudne granie wyrosłe na fascynacji tak latami 60. jak i okultyzmem — to musi działać na wyobraźnię i działa; dzięki blood lust doom metal w 2011 nabrał jakiegoś dziwnego nowego kształtu wyrosłego z kształtów doskonale przecież znanych; słuchałem tego wówczas w niemałą ekscytacją i wciąż z ekscytacją wspominam to dziś ♪ „i’ll cut you down”


A decade in life and music

43.

gil scott-heron i’m new here 2010

i’m new here to jedna z tych płyt, które przeszły do historii w momencie premiery; po szesnastu latach milczenia ojciec chrzestny rapu wrócił z krążkiem produkcji richarda russella — retrospektywnym i introspektywnym, ale brzmieniem śmiało spoglądającym w przyszłość — łączącym blues z klaustrofobiczną elektroniką, a kanyego westa z folkowymi i jazzowymi tradycjami spoken word; to także płyta trzech wymownych coverów — elektryzującej reinterpretacji klasycznego bluesa delty roberta johnsona w „me and the devil”, ekstatycznego remiksu napisanej przez brooka bentona dla bobby’ego blanda soulowej ballady „i’ll take care of you” i akuratnej reimaginacji tytułowego „i’m new here” uszytego dla herona jakby na miarę przez folkowego oryginała billa callahana; to płyta, o której nie udało mi się zapomnieć, choć wcale nie stała się z miejsca moją ulubioną — nieokiełznany magnetyzm tych nagrań, profetyzm ich brzmienia sprawił, że gdzieś zupełnie poza tą płytą zacząłem gila scotta-herona postrzegać jako część mnie, ducha może, co bezwiednie za mną krąży ♪ „new york is killing me”, „where did the night go”


A decade in life and music

42.

owen pallett heartland 2010

mój związek z owenem pallettem (piszę „mój”, bo biedaczek nic o tym nie wie) to opowieść o pozornym odtrąceniu i odtrąceniu faktycznym; gdy pallett bitą dekadę temu wypuścił swój heartland nic nie wiedziałem o jego przeszłości jako final fantasy — prędko się to zmieniło, co prawda, ale nie zaimponował mi zupełnie; i heartlandem, tak się sam przynajmniej zapewniałem, nie zaimponował mi też; aż do czasu kolejnego krążka in conflict, który gdy okazał się prawdziwym rozczarowaniem, otworzył mi oczy na moją nieustającą miłość do heartland; ta objawiła się raz jeszcze, gdzieś w zeszłym roku, gdy ni stąd, ni zowąd wróciłem do tej fantastycznej muzycznej historii zilustrowanej kosmicznie pulsującym kameralnym folkiem — stworzyłem nawet w przypływie chwili mikroplejlistę, gdzie zestawiłem palletta z the age of adz sufjana stevensa; tak go też kładę na półce z płytami; mam nadzieję, że jest im razem dobrze ♪ „keep the dog quiet”, „lewis takes off his shirt”


A decade in life and music

41.

joanna newsom divers 2015

spotify od jakiegoś czasu odmawia mi prawa do odtworzenia choćby jednego krótkiego fragmentu tej płyty — nie ma jej oczywiście na streamach, ale mam ją zapisaną w lokalnej bibliotece; ta przeszkoda zrodziła przygodę, wlała sens w album, który, choć piękny, był dla mnie do tej pory mimo wszystko jednak pustym kształtem; dopiero pięć lat po premierze, gdy ekscytacja już dawno opadła, a znużenie ekscytacją minęło, jestem w stanie usłyszeć divers tak, jak chciałem słuchać go od samego początku; to, co wcześniej opisywałem strojnymi epitetami, teraz nie potrzebuje opisu — newsom wyczarowała tu świat zupełnie odrębny od jej poprzednich światów, choć przy pomocy pozornie podobnych środków — harfy, melotronu i klawesynu, prostych melodii i zawiłych tekstów, umiejętnym operowaniu tajemnicą, tradycji folku z appalachów ♪ „waltz of the 101st lightborne”, „you will not take my heart alive”


A decade in life and music

40.

women public strain 2010

to moja ulubiona okładka tych dziesięciu lat i główny powód, dla którego w ogóle po tę płytę sięgnąłem; dziatki brudnego noise’owego post-punku, wnuki rockowych koncepcji the velvet underground i my bloody valentine w jednym, ojcowie założyciele viet cong, później przezwanego preoccupations, bo wiadomo — polityka; pamiętam doskonale, że dopiero gdy tamten skład stał się kultowy, tej płycie oddano należne honory, a tymczasem od samego początku trafiała w sam środek mojego brudnego noise’owego serduszka; tak jest i dziś ♪ „narrow with the hall”


A decade in life and music

39.

mighty sparrow sparromania! wit, wisdom and soul from the king of calypso, 1962-1974 2012

nie było na odkrywanie dziedzictwa króla calypso lepszego momentu niż premiera tej przekrojowej kompilacji od czasu ukazania się wyprodukowanego przez vana dyke’a parksa hot and sweet w 1974 roku; zanim londyńska oficyna strut wzięła pod lupę najbardziej płodny okres karaibskiego pieśniarza punkt zaczepienia do wejścia w obszerną dyskografię sparrowa zwyczajnie nie istniał; skoro tylko wagonik podjechał, siłą rzeczy i ja postanowiłem wskoczyć i powiem wprost — moje życie przez sparrowem było znacznie gorsze: źle spałem, łamało mnie w krzyżu, nie dojadałem; i tylko porcja zremasterowanego dansingowego calypso z jego tropikalnym kolorytem i gorącą krwią, ale pod krawatem i w cekinowej marynarce, mogła postawić i postawiła mnie na nogi! sparrow nadal czeka, by zostać odkrytym przez zachodnie masy i być może nigdy się nie doczeka, ale tym samym nadal będziemy nie dojadać i źle sypiać ♪ „shango man”, „ah diggin’ horrors”


A decade in life and music

38.

dram big baby dram 2016

według eryki badu gdyby george clinton, ol’ dirty bastard i d’angelo mieli dziecko, to nazywałoby się dram; trudno zaprzeczyć — dram to największy słodziak trapu, który zadebiutował płytą doskonale równoważącą to co poważne i zupełnie bzdurne, to co wesołe i urocze i konkretny uliczny swag; koleś z naturalną lekkością tworzy pierwszorzędny neo-soul na trapowych bitach czy też trap rap z neo-soulowymi refrenami — to zupełnie bez znaczenia; łączenie nowoczesnego hip hopu ze śpiewanymi refrenami przychodzi mu łatwiej niż westowi, chance’owi the rapperowi i drake’owi razem wziętym; bez pomocy autotune’a znakomicie syntezuje od lat dążące do połączenia totalnego rap i r&b ♪ „cash machine”, „outta sight”


A decade in life and music

37.

the-dream love king 2010

the-dream w 2010 roku naprawdę wciąż był królem r&b — jego kariera miała posypać się chwilę później; po love vs money, w mojej opinii najbardziej finezyjnym krążku r&b w długiej historii gatunku, zamknięcie jego miłosnej trylogii nie mogło okazać się rozczarowaniem; love king zbudowany na tym samym produkcyjnym i melodycznym fundamencie jest hołdem dla prince’owskiej energii, staranności i seksualności; słychać to najlepiej w syntezatorowym sercu krążka „yamaha”, ale ten etos w mniej lub bardziej swagowej formie jest obecny we wszystkich nagraniach na krążku; jak zwykle dream funduje słuchaczom emocjonalny i brzmieniowy rollercoaster — jego refreny mogą nie być idealne, ale jego produkcje nigdy nie zawodzą; fenomenalny przykład rhythm&bluesowego pietyzmu ♪ „february love”, „yamaha”


A decade in life and music

36.

timber timbre sincerely, future pollution 2017

choć fani i krytycy kręcili nosem wokół konwersji organicznego brzmienia timber timbre na syntezatory, ich dyskografia zyskała na tym niebanalny fabularny twist — wciąż dogłębnie noirowy, wciąż na swój sposób anachroniczny i freakowy, ale uderzający raczej w klimat neo-noir niż secesyjnego antywesternu; nie spodziewałem się, że zatopię się w ten świat i przepadnę, ale któregoś dnia, zobaczyłem nad miastem wieczorne niebo tak piękne, że aż przystanąłem; i na tę chwilę, zupełnie niespodzianie, musiałem usłyszeć „floating catherdral” — choć minęło już wiele miesięcy od mojego ostatniego spotkania z timber timbre; to objawienie ujęło mnie nie tyle swoją akuratnością, co tanim melodramatyzmem, którym od tej chwili podszyta jest dla mnie ta wspaniała płyta ♪ „floating catherdral”, „sewer blues”


A decade in life and music

35.

natalia lafourcade musas vol. 1 + 2 2017-2018

kiedy już prawie miałem natalię lafourcade za kogoś w rodzaju meksykańskiej brodki, na złość moim marnym skojarzeniom nie nagrała zachowawczej inspirowanej rockiem z artystycznymi zapędami płyty, ale wprowadziła mnie w magiczny świat spuścizny piosenki latynoamerykańskiej; z niespotykaną dzisiaj dbałością o aranżacyjne niuanse, niekłamanym przejęciem i autentyczną bandą (w tej roli los macorinos) odkurzyła całą paletę barw tradycyjnego sudamerykańskiego folku od meksyku i kubę po szczyty andów ♪ „tu sí sabes quererme”, „danza de gardenias”


A decade in life and music

34.

pc music volume 1 + volume 2 2015-2016

tak powinna brzmieć muzyka pop — z wyobraźnią i bez stylistycznych kompromisów; istota pc music leży w świadomości artystycznej — akcie przetworzenia wielu inspiracji, od eurodance’u po glitch hop, na perfekcyjnie przebojową muzykę taneczną; i choć robili to przez lata w wielu rozmaitych odsłonach, ta podwójna kompilacja jest z jednej strony zapisem rodzącego się, nie bez potknięć i wątpliwości, bubblegum bassu, z drugiej perfekcyjnym zapisem pewnego lata, którego już nigdy nie będzie ♪ „don’t wanna / let’s do it”, „only you”


A decade in life and music

33.

perfume level3 2014

łabędzi świat ulubionego technopopowego tria z hiroszimy; na level3, w całości wyprodukowanym, napisanym i skomponowanym przez yasutakę nakatę, producent odleciał z krainy japońskiego post-electro-disco w stronę europejskiego edm-u i cięższego house’u; level3 to trochę album-poligon, na którym, zgodnie z tym, które porównanie bardziej do was trafia, albo udaje mu się bezpiecznie ominąć wszystkie potencjalne miny, albo wręcz przeciwnie wszystko wybucha często i gęsto; oba twierdzenia są zresztą na swój sposób prawdziwe; nakata balansuje na krawędzi, odważnie wplatając w struktury popowych piosenek hardą elektronikę rozdzierającą doskonale radiowe single „spending all my time” czy „spring of life”; bardziej niż wcześniej stawia na doświadczenie wynikające z obcowania z całym krążkiem; fenomenalna popowa produkcja ♪ „spending all my time”, „1mm”


A decade in life and music

32.

arnaud rebotini someone gave me religion 2011

someone gave me religion to płyta, na której uczyłem się, o co chodzi w progresywnej elektronice; to z jednej strony zupełnie sprośny kolaż gatunkowy mieszający techno z elektro house’m, a szkołę berlińską z paryskim funkiem, z drugiej zaś wszystko to ma ręce i nogi — od trzynastu pierwszych minut miłości po chór martwych kochanków; to chłodna i kanciasta płyta, efekciarska, a jakże, ale wcale nie mniej efektowna i efektywna ♪ „extreme conditions demand extreme responses”


A decade in life and music

31.

mono no aware 2017

podróż w nieznane; czyjeś ulotne spojrzenie wyczute na własnym barku; niepokój stopniowo przechodzący w podniecenie; kryształowa róża; napięcie narastające powoli, ale sukcesywnie od urodzenia do śmierci; glitch; rozbity ekran telefonu zaklejony półprzezroczystą tasiemką; zmarszczona, zmęczona twarz odbijająca się w szybie pustego wagoniku metra; głęboki oddech; zaparowane szkła okularów; patos rzeczy i melancholia przemijania ♪ „second mistake”


A decade in life and music

30.

andy stott passed me by + we stay together 2011

podwójny debiut andy’ego stotta, już wówczas opiewany przez wszystkie modne technomordki w moim otoczeniu, sprawił, że sam uwierzyłem, że mam czego szukać w techno i że jest w tej muzyce brzmienie i styl, które mogę uznać za bliskie; jeszcze przed premierą bardziej kultowego jednak luxury problems stott przyjechał do katowic na off festival i na zakończenie któregoś z lineupów zagrał w festiwalowym namiocie wyborny dubowy set, który dosłownie dał słaniającemu się ze zmęczenia na nogach mnie nowe taneczne życie — obudził się we mnie, jak przypuszczam nigdy wcześniej i nigdy później, duch dzikiego rejwera i na tej trawie, we własnym zakątku zatłoczonego całkiem namiotu poznałem życie, o jakim w ogóle nie wiedziałem, że jest; od tamtej pory bywa, że w moich żyłach w piątkowe wieczory płynie hipnotyczne dub techno ♪ „intermittent”, „stitch house”


A decade in life and music

29.

gas narkopop 2017

kiedyś na open’erze zagospodarowywano na sety didżejskie taką półokrągłą betonową tubę — czy też dziwaczny cyberpunkowy hangar na małe śmieszne samolociki — wydrążoną w zielonym pagórku — choć pewnie po prostu przysypaną ziemią z krzakami; gdyby to ode mnie zależało, to podczas tegorocznej edycji wynająłbym tę tubę i na ripicie przez całe cztery dni grał tam narkopop gasa ♪ „narkopop 10”


A decade in life and music

28.

whitney forever turned around 2019

forever turned around to, w kontekście raczej chłodnego przyjęcia drugiej płyty whitney, tytuł podwójnie adekwatny, by nie napisać — niemalże proroczy; panowie wypuścili płytę, której nie spodziewał się ich własny fanbejs — leniwie podbijającą kameralną americanę soulowym poszyciem i dalece wykraczającą poza zwyczajowe kategorie estetyczne indie folku; to prostolinijne, wyciszone granie zbierające w jedną całość kilka sposobów myślenia o muzyce — wychodzące z indiefolkowego korzenia, ale zaaranżowane i wykonane w konwencji blue-eyed-soulu, posiłkujące się gitarami, niestroniące od kameralnych aranży, ale w centrum stawiające specyficzny miejski groove — podobnie jak czynili to wcześniej natalie prass czy sufjan stevens, ale jednak inaczej; whitney w niemal każdej z nowych piosenek lirycznie trafiają na emocjonalne przepaści, ale ogrywają je tak kojącym, ciepłym i empatycznym wokalno-instrumentalnym anturażem, pieczołowicie utkanym z wielości organicznych muzycznych nici, że nie sposób postrzegać forever w kategoriach traumy i zgryzoty; przeciwnie, to podnoszący na duchu, ujmujący szczerością i prostotą perfekcyjny jesienny krążek — dla mnie jesieniarza, i dla ciebie, jesieniaro! ♪ „giving up”, „forever turned around”


A decade in life and music

27.

sufjan stevens the age of adz 2010

the age of adz bez wątpienia wprowadziło nową jakość nie tylko do twórczości sufjana stevensa, już wówczas bogatej, żywej, różnorodnej, ale także do kanonu nowego popu w ogóle; rolling stone być może nie dostrzegł tego przy okazji swojej rewizji zestawienia najlepszych płyt wszech czasów, ale to się stało — sufjan stevens nagrał krążek potężny, bogaty i eklektyczny, zarówno jeśli chodzi o feerię zaadaptowanych brzmień, jak i bezlik kontekstów i małych adaptacji, z których ulepił swój nowy świat — futurystycznie utopijny, stapiający ze sobą orkiestrę symfoniczną i glitchową elektronikę, jakby od zawsze były sobie pisane (a nie były); taki album larger than life, a to wcale nie jego pierwszy, bo przecież wszyscy zwiedziliśmy z nim stan illinois; kto tak jak on potrafi w xxi wieku łączyć nowatorskie autorskie muzyczne formaty z przeszywającą emocjonalną otwartością? ♪ „impossible soul”, „all for myself”


A decade in life and music

26.

frank ocean channel orange 2012

channel orange to pierwszy świadomy album nowej fali r&b i jeden z nielicznych w soulu od czasów świetności marvina gaye’a czy curtisa mayfielda; ocean, z mijających się wzajemnie historii, przy pomocy słonecznego klasycznego soulu spod znaku steviego wondera i minimalistycznych funkujących syntezatorów, w bezliku najdrobniejszych detali zaprojektował zupełnie odrębny świat — wyrazisty i prawdziwy; zręcznie zademonstrował, że we współczesnym r&b było i wciąż jest jeszcze bardzo wiele do osiągnięcia, jeśli chodzi o formę i treść; do zdominowanego przez puste teksty i generyczne bity gatunku, z naturalną lekkością wprowadził nową świeżość — natchnienie i substancję, jakich brakowało tam od lat; to szczery i zaangażowany album — skrupulatny zapis myśli współczesnego człowieka czującego i poszukującego — pełen świadomie postawionych pytań, na które nie ma łatwych i jednoznacznych odpowiedzi ♪ „thinkin bout you”, „pink matter”


A decade in life and music

25.

nightingale string quartet langgaard: the string quartets 2012-2014

przez trzy lata z rzędu na początku minionej dekady duński kwartet nightingale w częściach wydobywał na światło dzienne esencję jednego ze najbardziej niedocenionych narodowych kompozytorów danii rueda langgaarda — magicznie zawieszonego między duchowością późnego romantyzmu a modernistyczną nieoczywistością; jest w tej muzyce ta sama przejmująca siła, która oczarowała europę utworami george’a enescu, ale wciąż, pomimo fantastycznej serii wydawniczej oficyny dacapo, na granicy anonimowości; kiedyś w dyskusji ze znajomym o problemach z muzyką współczesną padł argument, który wówczas strywializowałem, ale dźwięczy mi on nadal w głowie, a własne doświadczenie potwierdziło mi niejako zawartą w nim rację — muzyka romantyczna swoją harmonią jest znacznie bliżej emocjonalności słuchacza — koniec końców langgaard, romantyk zagubiony w czasie, nieuleczony porwał mnie za rękę właśnie w imię tej zasady ♪ „bortdragende stormskyer”, „sommerdage: scherzoso”


A decade in life and music

24.

friedrich cerha und du… 2011

w swoim czasie bałem się napisać choć słowo o friedrichu cerze; zdarzyło mi się opowiadać o nim w radiu, ale odważyłem się na choćby drobny komentarz pisany — chłonąłem natomiast jak gąbka nieliczne opinie innych i przyswajałem jako swoje własne — cóż bowiem sam mogłem wiedzieć o trzeciej szkole wiedeńskiej? słuchałem owszem schoenberga, berga, weberna, ale minęło tyle lat, serializm stał się festiwalowym monstrum wdzierającym się w życie nielicznych, głównie skupionych wokół tychże festiwali; piszący dla jakiegoś glissanda, mogli kompozytora pochwalić za nowatorską myśl i pieczołowitą realizację albo wyśmiać i obsmarować, ale koniec końców nie miało to znaczenia — publiczność festiwalowa z lęku przed monstrum zawsze oklaskiwała, nierzadko na stojąco; piszę o tym dlatego, że inaczej było dla mnie z tą płytą i stąd, zwijając pozostałości po dodekafonicznej karawanie, z tym jednym artefaktem muzyki nowej poczułem rzadką więź; tytułowy utwór „und du…” to w zasadzie słuchowisko traktujące o zrzuceniu bomby atomowej na hiroszimę — temat w muzyce współczesnej podejmowany niejednokrotnie, choćby w najsłynniejszym utworze naszego pendereckiego — ale jednak tutaj, a rzecz odbieram wyłącznie wrażeniowo, bo niemieckiego nie znam, nieuciekający się wyłącznie do abstrakcyjnej formy, rezonujący z słuchaczem na wielu poziomach, przeszywający i fascynujący — pomimo okowów serialistycznego monstrum ♪ „verzeichnis”


A decade in life and music

23.

bill callahan apocalypse 2011

sometimes i wish we were an eagle było płytą do tego stopnia trafioną — i jeśli chodzi o timing, i treść, i brzmienie, że musiało minąć kilka długich lat, zanim zdołałem wydobyć apocalypse z jego cienia; musiało ukazać się kolejne dream river wraz z jego dubową inkarnacją, żebym zaczął szukać callahana prawdziwszego, którego ku własnemu zdziwieniu znalazłem m.in. na apocalypse; to nie jest płyta, którą mogę sprzedać one-linerem; callahan niczego nie dowodzi, niczego nie odkrywa, niczego nie robi najlepiej czy bez precedensu; po prostu zręcznie robi siebie, billa callahana kontestującego rzeczywistość do tego stopnia, że decydującego się na kolejny podły landschaft w ramach okładki, ale nie na tyle, żeby przestać trafiać w sedno, ujmować i kąsać — tak aranżacyjnie (w spektrum post-progresywnego alt-country), jak tekstowo — niechybnie nadciąga apokalipsa; żaden to falstart, tylko rozbieg dłuższy ♪ „riding for the feeling”, „america”


A decade in life and music

22.

my bloody valentine m b v 2013

przynajmniej formalnie — 22 lata dzielą wydanie m b v i beznadziejnie przełomowego loveless; nie dało się po raz kolejny wymyślić prochu, toteż wielu, zarówno przygodnych jak i natchnionych miłośników shoegaze’owania szczękało zębami i wiło się w gniewie — rozczarowaniu samym sobą, bym powiedział; m b v to jeden z pierwszych przykładów pękającej hajpowej bańki ery internetu, popmowanej bez ograniczeń na obskurnych forach muzycznych przeglądanych w adekwatnie zatęchłych piwnicach i na zakurzonych poddaszach; tymczasem tych dziewięć kompozycji rozpoczyna się dokładnie tam, gdzie grupa skończyła w 1991 roku; album stopniowo ewoluuje w kierunku, jaki niewielu sobie chyba wyobrażało, przekształcając do tej pory senne brzmienie w elektroniczne, upbeatowe szaleństwo; definitywne tchnienie życia w dawny kanon przywracające choć na chwilę światu — my bloody valentine, a statycznej scenie — echa dawnej dynamiki ♪ „new you”, „in another way”


A decade in life and music

21.

william ryan fritch birkitshi: eagle hunters in a new world 2017

gopro o ścieżce dźwiękowej fritcha do własnego filmu napisało, że jeden człowiek brzmi tu jak 40-osobowa orkiestra i chociaż to fragment tekstu promującego projekt przez wydawcę, więc trzeba podzielić jego zawartość przez 3, w dalszym ciągu na samego fritcha przypadnie wówczas 13 i ¼ osoby, a to i tak nie lada wyczyn; fritch zebrał folkowe nagrania tradycyjnej mongolskiej społeczności birkitshi i zrobił z nich piękny przestrzenny dźwiękowy pejzaż z pogranicza plemiennego ambientu i urokliwego post-minimalu; rzecz jest prosta, może nawet momentami ckliwa, od czasu do czasu nawet odrobinę miałka, ale niesamowicie zręczna, a przy tym całkiem efektowna, przez co koniec końców chwyta za serce i rozpieszcza tych wrażliwców, którzy mają ochotę na odrobinę światła w swojej płytotece ♪ „qusbegi”


A decade in life and music

20.

heinz holliger / anita leuzinger / anton kernjak schumann: aschenmusik 2014

nie będę udawał, że uważnie śledzę nowości wydawnicze z kręgu muzyki klasycznej — musiałbym poświęcić się im bez reszty, ale bywa, że któraś zwróci z jakiegoś powodu moją uwagę i czasem zostanie ze mną na dłużej; tak było w tym przypadku — nazwisko holligera, logo ecm new series, forma tria fortepianowego i okładka, która od pierwszej spojrzenia wciągnęła mnie w ten świat, którego muzycznie jeszcze nie poznałem — schumanna zresztą także wyłącznie powierzchownie z kinderszenen; tu tymczasem zrodziło się we mnie wrażenie, że obcuję, z czymś nie do końca wyeksploatowanym, pieczołowicie przechowanym i na nowo wydobytym — sam dobór utworów i zatytułowanie tej małej kolekcji aschenmusik, zestawienie jej z tym osnutym tajemnicą ascetycznym pejzażem stworzyło pewne wrażenie, któremu nie mogłem się oprzeć; a być może to nie aschenmusik mnie zjednało, ale od samego początku (gdziekolwiek on jest) miałem prędzej czy później odkryć piękno romantycznej muzyki kameralnej i traf chciał, że akurat zaczęło się od aschenmusik; niezależnie od przyczyny — od tamtej pory rozkochałem się w romantycznych triach fortepianowych bez reszty i mniemam, że tak pozostanie ♪ „sechs stücke in kanonischer form. i”, „sonate nr. 1 für pianoforte und violine in a-moll. i”


A decade in life and music

19.

sufjan stevens carrie & lowell 2015

gdy pierwotnie polecałem carrie & lowell, zrobiłem to przy pomocy suchego jednozdaniowego opisu wyrażającego moje powierzchowne zrozumienie dla materiału, ale i brak emocjonalnego przywiązania: stevens nagrywa zaginiony krążek elliotta smitha — tworzy wyciszoną, kameralną płytę przywołującą duchy przeszłości, po raz kolejny łącząc osobiste historie z artystyczną fikcją; musiały minąć bite dwa lata, ja musiałem znaleźć się na rozdrożu, żeby w pełni docenić siłę intymności tej płyty z kojącym wokalem sufjana, z wyciszonymi aranżami, z pełnymi tęsknoty i smutku historiami; musiałem tę płytę przeżyć na serio — w innym wypadku mogłem ją jedynie na chłodno, zaocznie docenić; choć wycofane brzmienie mogłoby sugerować inaczej — to kolejna po age of adz i illinoise totalna płyta stevensa ♪ „fourth of july”, „all of me wants all of you”


A decade in life and music

18.

arca arca 2017

„quítame la piel de ayer” — niepewnie rozpoczyna łamiącym falsetem arca w „piel” otwierającym jej przełomowy album — intymną opowieść o rozpaczliwym pragnieniu miłości mającej wypełnić wewnętrzną otchłań dojmującej samotności; arca rozbiera się przed słuchaczem — dosłownie i w przenośni — swoje uczucia, doznania i myśli wyrażając emocjami, zarówno na poziomie brzmienia, tekstów, jak i — w znaczącej mierze — nieoszlifowanego, na wpół amatorskiego paraoperowego wokalu; dzięki temu arca jest w stanie przenieść swój mroczny, do tamtej pory zazwyczaj dość chaotyczny i surrealistyczny sznyt producencki w nową sferę, gdzie tkanka muzyczna musi stanowić dopełnienie pozamuzycznej substancji — całkiem już realnej i namacalnej ♪ „desafío”, „piel”


A decade in life and music

17.

kacey musgraves golden hour 2018

czasem, jeśli nie spisze się myśli na gorąco, człowiek na tyle oswaja się z płytą, że staje się częścią jego codzienności, trudną do uchwycenia jako coś autonomicznego; wtedy pozostaje mu pisać o sobie i w ten sposób może mieć poczucie, że w jakiś pośredni sposób pisze też o muzyce, która się z nim zespoliła; był moment, że miałem w garści istotę golden hour, potrafiłem przekonująco rozprawiać o tym, jak przecedzenie countrypopowej tkanki i błyskotliwego, ale nienachalnego songwritingu musgraves (wywodzącego się z nashville, ale od samego początku jej kariery wykraczającego poza jego mury) przez 90sową softrockowo-dreampopową produkcję sprawiło, że oddałem się tej muzyce bez reszty; wyłuskiwałem ze spójnej międzygatunkowej tkanki kolejne składowe i nierzadko szeroko otwierałem oczy ze zdumienia; ale nie było rady — prędzej czy później musiałem zatopić się w tej ciepłej, bezpretensjonalnej, ale zrobionej z wyobraźnią płycie; często mówi się, że to negatywne doświadczenia są tymi bardziej pobudzającymi kreatywnie; tym bardziej cieszę się, że musgraves potrafiła tak adekwatnie przekuć na swoją muzykę te pozytywne ♪ „golden hour”, „butterflies”


A decade in life and music

16.

tyler, the creator scum fuck flower boy 2017

na scum fuck flower boy tyler, the creator ze wszystkimi kreatywnymi przymiotami i konsekwencjami własnej persony, na poczet kolejnej artystycznej kreacji, wychylił wreszcie własną twarz zza maski goblina. to jednocześnie jego najbardziej koherentny tematycznie i brzmieniowo album w karierze, oparty w dużej mierze na przytulnych neo-soulowych hookach, ale nierozwadniający zawartości tylera w tylerze — nieszukający kompromisów, ale świadomie poświęcający część istoty goblina, by zrobić miejsce dla części tylera; nie ma tu jednak miejsca na stylistyczną i przedmiotową schizofrenię — potencjalne luki skutecznie wypełniają fantazja i absurd, ale przesłanie, i w tym sensie flower boy można uznać za bardzo swoisty manifest, pozostaje czytelne; w jego centrum znajdziemy istotę wszelkiego humanizmu — odwieczną udrękę człowieka wynikającą z nieustannego mierzenia się samotnością, którą zupełnie naturalnie zazwyczaj próbuje się zagłuszyć poprzez wpisanie własnej egzystencji w ramy społeczne, odnalezienie siebie pośród ludzi przez upodobnienie się do nich; ale tyler idzie o krok dalej — nie tyle, a może nie tylko, zdaje się mówić „koniec końców jestem taki jak wy”, ale ten nieoczekiwany przypływ szczerości równoważy własnym ego; to, że nie ukrywa się już za maską, w żaden sposób nie czyni go nagim, bezbronnym; potwierdza to zresztą jednoznacznie, nie szykując się do pojedynku na gołe pięści; nie rezygnuje z siebie — wyraża siebie; i robi to, świadomie burząc resztki gatunkowych murów, które kiedyś od popowej metropolii oddzielały hiphopowe ghetto ♪ „garden shed”, „glitter”, „boredom”


A decade in life and music

15.

josh t. pearson last of the country gentlemen 2011

josh t. pearson — jeden z tych ludzi-kameleonów rocka bryluje w swojej najbardziej awangardowej kreacji; zanim skończyłem się zastanawiać na ile last of the country gentlemen — 60-minutowy zbiór siedmiu zaledwie ascentycznych singer-songwriterskich wyziewów przesuwających do granic absurdu rozumienie słowa „kontemplacyjny” — jest pozerską prowokacją, a na ile szczerym wyrazem myśli twórczej, zostałem w ten świat wciągnięty; nikt tak pięknie nie łączył w historii współczesnego folku i americany pastoralnej prostoty brzmienia, post-dylanowskiej piosenkowości i faheyowskiego amerykańskiego prymitywizmu, nikt! to jedna z tych płyt, które są jedyne w swoim rodzaju — i żadne inne nie mogą w pełni im akompaniować, bo zawsze gubią któryś element-klucz; pearson wykorzystuje tę przedziwną formę, by zmierzyć się z własnymi demonami; całości towarzyszy poczucie rozdzierającego żalu; to bez wątpienia płyta żałobna i tak też jej słucham ♪ „country dumb”, „sorry with a song”


A decade in life and music

14.

hontatedori hontatedori 2013

taku unami, moe kamura i tetuzi akiyama, na co dzień związani z japońską sceną onkyo-kei, grają ze sobą już od kilku dobrych lat i wreszcie postanowili zwieńczyć tę współpracę krążkiem; cały projekt nazwali hontatedori (co w tłumaczeniu na polski znaczy tyle, co podpórki do książek, ale to nieważne) — ważna jest muzyka, która wynosi onkyo na zupełnie nowy poziom, a w zasadzie trochę mu daje, a trochę zabiera; ciche, eksperymentalne, zazwyczaj improwizowane kompozycje tracą tu swoją ulotną strukturę jedynie połowicznie, w drugiej części zamieniając się w regularne piosenki; śpiewa, a w zasadzie szepcze, oczywiście kamura, która odpowiedzialna jest też za teksty; płyta jest przemyślana i pieczołowicie zamknięta w sensownej formie, w żadnym razie nie jest dziełem przypadku, co czasem bywa przy onkyo problematyczne; przede wszystkim jednak brzmi niesamowicie bajkowo, eksponując zadziwiające pokłady niedzisiejszej wrażliwości ♪ „sail and step”


A decade in life and music

13.

kanye west my beautiful dark twisted fantasy 2010

pamiętam, że pierwszy raz my beautiful dark twisted fantasy usłyszałem w drodze do budapesztu, gdzie odwiedzałem znajomą na weekend; od tego czasu, zawsze gdy wybrzmiewa „dark fantasy”, „gorgeous” lub „all of the lights” mimo woli widzę kręte czeskie drogi, jesienne pola i siebie na tylnym siedzeniu bmw 5, a wraz z tym obrazem wraca wrażenie, które wówczas ten krążek zrobił — nie było wtedy wcale pewne, że west dowiezie, zwłaszcza że jego ego zaczęło dawać się już wtedy we znaki, a poprzednie 808s & heartbreak (z którym wspomnienia także mam motoryzacyjno-podróżnicze) pozostawiło po sobie mieszane wrażenie; i w zasadzie wrażenie, jest to słowem-kluczem, bo w przypadku tego krążka nigdy nie potrafiłem do końca dowieść jego doskonałości w sposób zupełnie logiczny; nie imponowały mi związki popkultury i okultyzmu, ale popowe hooki i rozbuchana, wypieszczona produkcja; west nie brzmiał jak dupek, bo jego słynnego ego równoważyła tutaj dbałość o detale i progresywny sznyt; słowem — za słowami szły czyny, przechwałki poparto muzyką; spoglądając teraz wstecz na dyskografię westa, jestem przekonany, że artystą był od samego początku, ale dopiero po premierze fantasy stało się to oczywiste ♪ „runaway”, „hell of a life”


A decade in life and music

12.

kankyō ongaku: japanese ambient, environmental & new age music 1980–1990 2019

zeszły rok był dla mnie czasem kankyō ongaku, czy też muzyki otoczenia, środowiska — tak podobnej muzyce do windy czy biblioteki, a zarazem tak różnej; pieczołowita kompilacja light in the attic z japońską muzyką ambientową i new age’ową z lat 80. otworzyła mi oczy i uszy na obszar muzyki, który zaniedbywałem od lat; udawałem, że słucham, słuchałem, ale nigdy nie słyszałem — tym większy był to dla mnie impuls, by na dobre zanurzyć się w archiwaliach — na szali, miałem wrażenie, jest nie tylko moje odbierane kolejnych generacji ambientowych i elektronicznych twórców, ale także moje rozumienie znaczenia dźwięku i moje przekonanie o komplementarności wszechrzeczy; kankyō ongaku stało się na długi czas moją dźwiękową codziennością — namacalnym instrumentem w poszukiwaniach doczesnej harmonii z otoczeniem; przez pryzmat utworów ojimy, yoshimury, miyashity czy inoyamaland byłem w stanie inaczej niż dotąd odbierać znane mi miejsca, przedmioty i sytuacje — stać się niejako zewnętrznym obserwatorem świata, zafascynowanym jego niezgłębioną różnorodnością — zupełnie jak widz filmu dokumentalnego o rzeczach czy czasach, których nigdy wcześniej nie doświadczył; to trwający eksperyment międzyzmysłowy o żywym organizmie ♪ „still space”, „see the light”, „original bgm”


A decade in life and music

11.

ninos du brasil novos mistérios 2014

gdy poznałem nino du brasil i ich błyskotliwy debiut novos mistérios cały winylowy nakład płyty był już wyprzedany, a ja zaklęty pomiędzy dojmującą frustracją i pulsującą fascynacją zapętlałem krążek na youtubie i spotify z nadzieją na reedycję; tak jak andy stott stworzył dla mnie dub techno, tak ten włoski duet objawił mi się jako brakujące ogniowo między berlinem a rio de janeiro; zanim jeszcze latynoska elektronika zawojowała parkiety ninos du brasil z wielką wprawą oprawili swojsko brzmiącą mi brazylijską batucadę w przymioty nowoczesnego techno, efektem czego jest ten niepowtarzalny i wysmakowany krążek ♪ „sombra da lua”


A decade in life and music

10.

idles joy as an act of resistance 2018

joy as an act of resistance to nie tylko piekielnie dobra punkowa płyta pełna znakomitych refrenów i niesamowitej energii potrafiącej jednoczyć ludzi, przekraczać granice, obalać mury, skrojona zarówno pod względem brzmienia, jak i poruszanej tematyki pod słuchacza z krwi i kości w drugiej dekadzie xxi wieku z obecnymi problemami i wrażliwością — nie żaden idealistyczny historiofilski bełt puszczony z tęsknoty za tym, że kiedyś to młodzi walczyli, umieli się postawić, a dziś marnują wieczory na play station, zamiast nadstawiać karku w imię ideałów swoich ojców; joy as an act of resistance to przede wszystkim piekielnie dobra punkowa płyta zespołu, któremu na mnie zależy, który nie jest obcy i daleki, który nie występuje z pozycji wielkiego artysty, który wie lepiej; to płyta, której słuchając, czuję się częścią idles, czuję, że to ja sam śpiewam o sobie i dla siebie, ale i o was i dla was, o nas i dla nas ♪ „samaritans”, „colossus”


A decade in life and music

9.

fiona apple the idler wheel… 2012

moje spotkanie z tym krążkiem miało rozpocząć moją wieloletnią fascynację twórczością apple, ale nie wyszło; pomimo tego, że to mocna płyta, która jak żadna inna łączy musicalową melodykę z szeroko pojętym alt popem i nie brzmi w tym ani infantylnie, ani anachronicznie; i faktycznie po premierze przez kilka miesięcy ze mną rozkwitała, a ja przy niej, ale wkrótce potem porzuciłem fionę, by przypadkiem potknąć się o nią na ostatniej prostej składania tej listy w zeszłym roku; wessało mnie na dobre, na kilka miesięcy zatraciłem się w muzyce fiony apple wszelkich odmian, a zwieńczeniem tego wywoływania duchów był powrót samej apple z nowym krążkiem; the idler wheel wciąż pozostaje dla mnie jej magnum opus, ale na tym piedestale nie jest już odosobniony ♪ „hot knife”, „valentine”


A decade in life and music

8.

kadhja bonet childqueen 2018

powab minnie riperton, artyzm kate bush i gatunkowa żonglerka godna esperanzy spalding — oto kadhja bonet w krzywdzącym jej indywidualizm, wirtuozerię i talent uproszczeniu; jej wydana w połowie 2018 roku druga studyjna płyta childqueen jest bowiem podróżą do zupełnie innego wymiaru muzyki soul — inspirowanej na różnych poziomach mistyczną kosmogonią i psychodelicznym popem późnych lat 60; songwritersko bywa odrobinę ekscentryczna, ale jest jej znacznie bliżej do artpopowych kanonów przebojowości niż większości wydawnictw z nurtu alternatywnego r&b, którym tę łatkę doczepiono; to uniwersalna płyta osadzona poza czasem, w dużej mierze sama kreująca swój kontekst i dająca się różnorako czytać — z jednej strony wciągająca słuchacza głęboko w swoje meandry, z drugiej — współistniejąca z nim, jego tęsknotami, potrzebami i refleksjami i dająca mu się do pewnego stopnia modelować; childqueen kadhji bonet to wielowarstwowy, harmonijnie zaaranżowany, autonomiczny artystyczny byt ♪ „mother maybe”, „joy”


A decade in life and music

7.

the war on drugs lost in the dream 2014

znacie to uczucie, gdy na jedną krótką chwilę przez niewiarygodny splot pozornie nieistotnych detali przenosicie się, gdzieś pomiędzy snem a jawą, w zupełnie inny czas i miejsce? w taki stan niejednokrotnie wprowadzało mnie właśnie lost in the dream; the war on drugs pod kierunkiem adama granduciela w wielowarstwowo oniryczne indie popowe aranże wpisało archetypowe brzmienie heartland rocka, mocno osadzone w stylistyce amerykańskiej prowincji połowy lat 80; jednocześnie udało im się osiągnąć budujący kompromis między współczesnymi środkami a klasycznym podejściem do rocka, co zaowocowało niesamowicie satysfakcjonującą płytą, która z jednej strony jako całość kompetentnie wyraża ideę muzyki pop jako sztuki, a z drugiej momentami cechuje się nieskrępowaną przebojowością, co znalazło odzwierciedlenie między innymi w brzmieniu pierwszego singla „red eyes” czy w na wskroś springsteenowskim „burning” ♪ „red eyes”, „burning”, „disappearing”


A decade in life and music

6.

d’angelo and the vanguard black messiah 2014

w 2014 roku po 14-letniej przerwie d’angelo pokazał, że nadal ma pomysł na swoją muzykę i jednoznacznie udowodnił niedowiarkom, że warto było na niego czekać; black messiah niewątpliwie opiera się w dużej mierze na stylu, który artysta wypracował z kolektywem soulquarians dwie dekady temu — nie ma jednak mowy o próbie odtworzenia koncepcji voodoo, które, choć podobne brzmieniowo, było albumem zdecydowanie odmiennym charakterologicznie — raczej funkrockowa aniżeli hip-hopowa energia, aranże podszyte psychodelią i niepokojem oraz zauważalne raz po raz zamiłowanie do szeroko pojętego eksperymentatorstwa plasują album gdzieś pomiędzy new amerykah part one (4th world war) eryki badu a in the jungle groove jamesa browna; rzeczą niewątpliwie charakterystyczną dla black messiah jest z jednej strony zbudowanie przestrzennego brzmienia skrzącego się wielością żywych instrumentów, nakładających się na siebie wokali i psychodelicznych efektów, a z drugiej — zachowania surowego, momentami wręcz pierwotnego, a przez to naturalnego i paradoksalnie na swój sposób harmonijnego, charakteru materiału; to jambandowy, osadzony głęboko w funkrockowych i neo-soulowych fundamentach komentarz społeczno-politycznej kondycji dzisiejszego świata i długo wyczekiwany revival świadomego soulu ♪ „ain’t that easy”, „1000 deaths”, „another life”


A decade in life and music

5.

travis scott rodeo 2015

debiut travisa scotta to kosmos — niedościgniony wzór, jak tworzyć płyty kompletne i świeże; kamień milowy trapowego uniwersum, na który nie zasłużyliśmy; za kilka lat okaże się pewnie na bazie tej konkretnej opinii, że jestem trapowym trueschoolem, niech się dzieje! dzieje się bowiem i tutaj, na tym pojebanym, progresywnym, psychodelicznym i psychotycznym, imprezowo-badtripowym, surrealistycznym rodeo; nawet jeśli to podróż po wertepach, to warto ją odbyć, bo w każdym zakątku tego krążka jest szafa, w której znajdziemy jakiegoś trupa — sen zamienia się w koszmar, ale impreza nadal trwa, scott ma więcej asów w rękawie niż kart w talii; nawet jeśli jego bad trip nie jest tak ekstatycznie niezrównoważony jak atrocity exhibition danny’ego browna, potrafi rozłożyć na łopatki, choćby 8-minitowym prog-trapowym opisem „3500” wykorzystującym w ramach bitu mocarny świdrujący burdon, albo upiornym autotune’owym midtempo r&b „90210”, które sprawia, że wszystkie śpiewane refreny kanyego westa zaczynają brzmieć jak żarty ♪ „3500”, „90210”, „nightcrawler”


A decade in life and music

4.

the beach boys the smile sessions 2011

legenda, która ciałem się stała; nim to jednak smile beach boysów, przez 45 lat, od niesfinalizowanego nigdy nagrania w 1967 roku aż do wydania najbardziej możliwej kompletnej wersji projektu w listopadzie 2011 roku, był powszechnie uznawany za najsłynniejszy niewydany album w historii rock & rolla; ja sam przez kilka dobrych lat chłonąłem fanowskie rekonstrukcje i karmiłem się marzeniami o tej muzyce; ale po kolei — po wydaniu pet sounds w 1966 roku brian wilson podjął się niemożliwego — postanowił stworzyć wielotematyczną koncepcyjną płytę w równych proporcjach łączącą pop i awangardę, stosując przy nagraniach złożone, czasochłonne i kosztowne metody inżynieryjne; pierwsze owoce nieukończonego nigdy projektu — wydane na singlach good vibrations i heroes and villans demonstrowały ambicje twórcze i kierunek kreatywnych poszukiwań wilsona; wydanie krążka realizowanego przez wilsona właściwie bez udziału kolegów z zespołu we współpracy z abstrakcyjnym tekściarzem vanem dyke’m parksem ostatecznie zostało zawieszone, a złożyło się na wiele czynników; perfekcjonizm wilsona został wystawiony na ciężką próbę w zderzeniu z niedoskonałą rzeczywistością — problemy prawne z wytwórnią, postępujące uzależnienie od środków odurzających i brak aprobaty pozostałych beach boysów dokonały brutalnej rewizji ambitnych planów briana; smile określany także jako „nastoletnia symfonia do boga” przez lata krążył w nieoficjalnym obiegu; w w 2004 roku wilson postanowił nagrać krążek od zera, a siedem lat później na bazie nowej wersji ze starych nagrań zrekonstruowano the smile sessions w wersji możliwej najbliższej pierwotnym założeniom; to muzyka, która wciąż żyje, nie tylko dzięki produkcyjnemu kunsztowi, ale przede wszystkim jeśli chodzi o koncepcję, wielowymiarowe teksty, bogactwo aranżacyjne i najważniejsze — umiejętność stworzenia prawdziwego doznania, projekcji całkowicie nowego stanu świadomości wyłącznie przy pomocy dźwięku; ta „nastoletnia symfonia do boga” dobitnie akcentuje wszystkie najpiękniejsze emocje, uczucia i stany ludzkie ♪ „surf’s up”, „cabin essence”, „wind chimes”


A decade in life and music

3.

frank ocean blonde 2016

gdy recenzowałem blonde po premierze w 2016 roku, nie mogłem spodziewać się, że szkicowa, intymna forma krążka stanie się dla mnie czymś w rodzaju kojca wymoszczonego empatią i troską, że nałożę ją jak ciepłe kapcie i przez kolejnych kilka lat zatopię się w niej na dobre; nie mogłem też przewidzieć, że moje doświadczenie, czy raczej doświadczenie blonde stanie się na swój sposób doświadczeniem pokoleniowym, indywidualnym, ale jednak zbiorowym; to jak ta płyta przemknęła przez mainstream, jak otarła się o wielki pop, a jednocześnie pozostała w andergrandzie pod każdym możliwym względem jest fenomenem samo w sobie; na blonde frank ocean napisał się zupełnie od nowa, serwując słuchaczom nieprzewidywalną godzinną podróż z nurtem własnego strumienia świadomości — nawet bardziej intymną i kameralną niż channel orange — trochę na wzór płyt elliotta smitha, choć rzecz jasna przy wykorzystaniu zupełnie innych środków; tym samym ocean po raz kolejny wprowadził r&b na inny poziom — z wielu pozornie chaotycznych półpiosenek i interludiów zbuduował wstrząsający psychotyczny trip; ocean mógłby co prawda pisać piękne klasyczne, bezpośrednie r&b, ale z jakiegoś powodu nie chce lub nie potrafi; w tym nagięciu schematu, groteskowym wykrzywieniu subtelnie przecież zaaranżowanych melodii, upstrzeniu ich rozlicznymi ozdobnikami, odtworzeniu kreatywnego i życiowego sztormu tkwi największa siła blonde — paradoksalna, to prawda, ale ujmująca skrytą w głębi niewinnością, może nawet bezradnością wobec nawet nie tyle przytłaczającego świata zewnętrznego, co siebie samego ♪ „ivy”, „self control”, „nights”


A decade in life and music

2.

noname telefone 2016

to jest w gruncie rzeczy zupełnie zwykła, ale wciąż niesamowita dla mnie historia i muszę opowiedzieć ją raz jeszcze; pamiętam, że gdy przed czterema laty podczas rutynowego przesłuchiwania polecanych premier płytowych rutynowo sięgnąłem po telefone (było na liście hajpowanych krążków roku) i od samego początku poczułem od tej płyty magnetyczny vibe, który, możecie mi nie wierzyć, w tej czy innej formie towarzyszy mi do dziś na co dzień; a stało się to w momencie, kiedy pod wrażeniem pewnej świadomości swoich gustów i tego, co aktualnie dzieje się w muzyce, oddzielałem hip hop od soulu coraz grubszą kreską; była to zresztą pewna kalkulacja — wydawało mi się bowiem wówczas, że już nic w muzyce nie jest w stanie mnie nawet nie tyle zaskoczyć, co zająć i zafascynować tak, jak za szczenięcych lat; ale wtedy właśnie, jeszcze zupełnie nieświadomy co czynię, włączyłem telefone i z czasem całe to moje błędne postrzeganie własnej dojrzałości w kategoriach romantycznego wyczerpania rozeszło się po kościach; telefone nienachalną mieszanką miejskiej poezji i soulowej wrażliwości, którą podszyty jest cały album, uratowało mnie przed znieczulicą; noname pod skrzydłami phoelixa i cam o’biego wraz z sabą i smino w rolach sekundantów zupełnie mimochodem, naturalnie, bez presji i pretensji tchnęła nową jakość w kobiecy rap i rap w ogóle, a przy okazji w moje życie, które wcale nie stało kobiecym rapem czy rapem w ogóle; pamiętam, jak na początku 2017 roku przyszedłem do radia wrocław, by zaprezentować co najlepsze zdarzyło się w soulu minionych 12 miesięcy i opowiedziałem maćkowi przestalskiemu tę moją historię nowoodkrytej naprędce last minute miłości do noname, ale miłości, jak zapewniałem, prawdziwej, na wieki wieków amen, a zapewniałem niemal w amoku tak, że miał prawo zupełnie w to nie uwierzyć, uznać, że to przejściowa sprawa, zajawka niemal do zignorowania, bo skąd taka noname, tak znikąd miałaby takiego franka oceana wziąć za bary i zepchnąć z należnej mu przecież słusznie pozycji lidera — cóż, cztery lata później rzecz wygląa zupełnie tak samo; telefone to płyta, gdzie wszystko jest na swoim miejscu — więcej, zdaje się, że każdy z elementów trafił na swoje miejsce ot tak, bez wysiłku, spięć, falstartów, nieudanych prób, konfliktów czy przepychanek; dzięki temu, ot tak, mimochodem, telefone stało się moją bezpieczną przystanią, ku której zwracam się, ilekroć nie potrafię znaleźć sobie miejsca — trochę podobnie jak z blonde, ale jednak inaczej ♪ „yesterday”, „diddy bop”, „forever”


A decade in life and music

1.

joanna newsom have one on me 2010

ależ oczywiście — tutaj też mam historię, taką kompletnie bez puenty, jaka nie spodobałaby się szymborskiej, gdyby akurat tak się złożyło, że miałbym ją okazję poetce opowiedzieć; bez puenty jednak połowicznie, bo historia ta niejako nadal trwa i być może, że puenta sama przypałęta się po drodze — jest to bowiem ni mniej, ni więcej — historia mojego życia; have one on me ukazało się dokładnie w dniu moich dwudziestych pierwszych urodzin — wówczas nie była to wielka sprawa, bo i joanna newsom nie była dla mnie nikim ważnym; owszem, jej ys zrobiło na mnie pozytywne wrażenie, ale raczej powierzchownie, bo i na tyle tylko mu pozwoliłem — to zresztą nie uległo do dziś zasadniczej zmianie; pozwoliłem jej natomiast pod wpływem pewnej emocji spędzić ze mną te urodziny, choć jest zupełnie możliwe, że był to czas je poprzedzający — w czasach przedstreamingowych premiery płyt przychodziły bowiem nie wtedy, gdy je zaplanowano, a wtedy, gdy słuchacz potrafił na własną rękę do nich dotrzeć — w każdym razie pierwsze moje doświadczenie z have one on me miało miejsce w leciwym już i przeraźliwie głośnym pociągu osobowym relacji wrocław-kalisz, który, ze względu na przedłużający się remont torowiska i pokrętną trasę planowaną chyba przez samego diabła w siódmym kręgu piekła, pokonywał odcinek nieco ponad stu kilometrów w czasie dobijającym śmiało do czterech godzin; nie udało mi sie jednak przesłuchać na tym odcinku have one on me dwukrotnie; poddałem się gdzieś w połowie drugiego krążka — a tego, czego próbowałem słuchać i tak nie udało mi się usłyszeć; były to czasy, gdy w lutym na polach obficie zwykł leżeć śnieg i to jest właśnie krajobraz, wbrew wymownej okładkowej sugestii, który have one on me przede mną rozpościera, ilekroć dam się mu zwieść; a daję się regularnie od dekady i za każdym razem wynoszę z tego spotkania coś wartościowego; to jakiś znak, że nie jest ze mną jeszcze zupełnie tak najgorzej, skoro dwie bezpieczne przystani zaległy za krążkiem, który stwarza jednak pewne wyzwania, a przynajmniej perspektywy intelektualne; to moja opowieść bez puenty, bo nawet gdyby próbować połączyć taki traf, że premiera w istocie miała miejsce w moje urodziny i oto namaściłem tę potrójną płytę na mój ulubiony album (minionej dekady, ale zakulisowo zdradzę, że nie tylko), wyszedłby z tego banał, który można by przezwać intelektualnym wyzwaniem co najwyżej sarkastycznie; związałem się z tą płytą na dobre i złe — inspirowała moje próby poetyckie, tragedie i sukcesy życiowe, urągające godności człowieka koncerty samochodowe bez publiczności, słowem — samo życie; newsom odchudziła co prawda tutaj kompozycje z aranżacyjnego poloru vana dyke’a parksa (który patronował wszystkiemu temu, co we mnie pretensjonalne na długo, zanim związałem się z newsom), ale projekt w dalszym ciągu był bardzo ambitny; według niektórych aż za bardzo, zwłaszcza że tuż przed nagraniami piosenkarka w wyniku choroby krtani straciła głos na dwa miesiące; płytę, czy raczej płyty, bo są one aż trzy, udało się jednak szczęśliwie nagrać i zmiksować jeszcze przed końcem 2009 roku; oba procesy miały miejsce w tokio, co być może zainspirowało lub było inspirowane orientalnym, wyciszonym brzmieniem części aranży nie forma jedynie, ale także treść jest jednak kluczem do zrozumienia wizji artystycznej newsom, która z biegiem czasu skierowała się w stronę otwartej poetyckiej narracji, jednocześnie uciekając od refrenów, których pisanie tak dobrze wychodziło jej jeszcze kilka lat wcześniej; have one on me z racji monumentalnej formy upstrzonej rozmaitymi zawiłościami zostało stworzone z myślą o wielokrotnych i pogłębionych odsłuchach; jestem przekonany, że właśnie to spoiło nas razem na dobre ♪ „does not suffice”, „have one on me”, „baby birch”


Opublikowano

Z rewizytą w repozytorium rockowych dinozaurów

Rolling Stone's 500 Greatest Albums of All Time

Rolling Stone w ogniu, ale na powierzchni

Cały tekst do odsłuchu jako podcast na Spotify.

*

Rolling Stone wypuścił we wtorek nową wersję swojego kanonicznego zestawienia 500 najlepszych albumów wszech czasów oryginalnie opublikowanego w 2003 roku. Jak sami piszą we wstępie, był to najbardziej poczytny artykuł w historii ich wydania online z 63 milionami odsłon od czasu zamieszczenia. Ja sam dołożyłem do tego wyniku swoją cegiełkę, podejrzewam nawet, że nie raz. Sława tego rankingu dotarła do mnie, gdy byłem jeszcze dzieciakiem i nic dziwnego, że było to pierwsze miejsce, gdzie zwróciłem się, gdy wreszcie dorosłem do zabrania się za swoją muzyczną samoedukację. Oczywiście nie było to najlepsze miejsce — tamta lista potwierdziła najgorsze stereotypy o redakcji Rolling Stone’a, który owszem, przez lata kształtował amerykańską popkulturę, ale mentalnie i stylistycznie zatrzymał się w czasach swojej świetności tj. gdzieś pod koniec lat 70. Zestawienie z 2003 roku zdominował więc przyciężki anachroniczny rock grany przez białych mężczyzn. Dość powiedzieć, że najwyżej notowany krążek sygnowany przez kobietę (nie licząc kolaboracji The Velvet Underground z Nico i Lennona z Yoko Ono) — Blue Joni Mitchell — znalazł się wtedy dopiero na pozycji 30. — w czołowej setce albumów nagranych przez kobiety było zaś w sumie jeszcze tylko pięć. Nie muszę chyba dodawać, że nie było to w żadnym stopniu akuratne odzwierciedlenie sytuacji. Sensowny update był temu zestawieniu zupełnie niezbędny.

Nową listę układało w sumie ponad 300 osób — poza dziennikarzami, krytykami, producentami i osobami z branży zaproszono też samych artystów m.in. Beyoncé czy Taylor Swift, ale też obiecujących debiutantów i weteranów. Przez 17 lat doszło z pewnością do pewnej wymiany pokoleniowej, a kanon tego, co uważa się za klasyczne, znacząco się rozszerzył. Koniec końców w zestawie wymieniono prawie jedną trzecią płyt — aż 153, spośród których ponad połowa (83) to albumy z XXI wieku.

Przyznam, że ani się takiej aktualizacji nie spodziewałem, ani nie spodziewałem się, że zacznę z miejsca analizować ją w szczegółach i uznam za coś, co ma dla mnie znaczenie i wpływa na bieg mojego dzisiejszego życia. A jednak! Pamiętam, gdy jeszcze na długo przed erą streamingu, przeglądałem listę Rolling Stone’a z wypiekami na twarzy, ale i irytacją, że moi ówcześnie faworyci — Lauryn Hill i D’Angelo — wylądowali kolejno w czwartej i piątej setce, podczas gdy zestaw zdominowały pozycje, o których nigdy nie słyszałem. Minęło kilka lat, ale w końcu zebrałem się w sobie i narzuciłem sobie rygor w przesłuchiwaniu nieznanych mi krążków z tamtego zestawienia. Nie jestem w stanie teraz dokładnie ocenić, ani ile mi to zajęło, ani ile płyt faktycznie musiałem dosłuchać, ale podejrzewam, że była to lwia część tamtej listy i ponad pół roku skrupulatnych, choć nieregularnych odsłuchów. Szczęśliwie nie byłem już w wieku i miejscu, kiedy mógłbym rekomendacje amerykańskich redaktorów przyjmować bezkrytycznie — wręcz przeciwnie, podszedłem do zadania na chłodno, a pozycje być może istotne z punktu widzenia historii popkultury, ale zupełnie niebroniące się po latach brzmieniem i przekazem, jak kolejne płyty Aerosmith czy The Who, po jednym odsłuchu usuwałem na zawsze z pola widzenia. Ale były też liczne odkrycia i zaskoczenia — sam już nie jestem w stanie wskazać jakie — z rankingiem Rolling Stone’a kojarzą mi się dzisiaj wyłącznie te płyty, do których nie wróciłem już nigdy.

Od kilkunastu dobrych lat, gdy chociaż pobieżnie przegląda się dział recenzji czy podsumowań końcoworocznych Rolling Stone’a, można wyraźnie dostrzec pewną zadyszkę — recenzenci w ustawicznym klęku przed Bobem Dylanem i Neilem Youngiem nie są w stanie kreować trendów — zamiast tego reagują na nowe z odpowiednim jedno- czy czasem dwu-sezonowym opóźnieniem. Ten syndrom ołtarzy boomerów dotknął też już zresztą Pitchfork, który w świadomości młodych zajął z początkiem ery cyfrowej miejsce na piedestale mediów muzycznych dawniej okupywane właśnie przez Rolling Stone’a. Wiadomo, że zawsze jest się bardziej reaktywnym, jeśli próbuje się łączyć to, co popularne z tym, co merytoryczne w jednym krytycznym splocie, a taką właśnie rolę obrał sobie Rolling Stone — musiał, jeśli chciał być punktem odniesienia dla mas. I ta nowa lista tę niezręczną pozycję w zupełności oddaje.

Ten zaśniedziały żelazny kanon oczywiście ostał się w dobrym kształcie — oddaje go przede wszystkim centralna część listy, ale niewątpliwie jest to zestaw zdecydowanie bardziej różnorodny, a i w czołówce nastąpiły istotne przetasowania. Przede wszystkim jest zauważalnie więcej krążków nagranych przez kobiety, a i ta najwyżej notowana Joni Mitchell awansowała z 30. na 3. lokatę. Mitchell pojawia się zresztą w zestawieniu wielokrotnie, podobnie jak Fiona Apple, Erykah Badu czy PJ Harvey (spośród których tylko Harvey pojawiła się na liście w 2003 roku). Rock coraz częściej równoważą w zestawieniu soul i hip-hop, choć dość zaskakująco poza Kendrickiem Lamarem, Drake’m i Kanye’m Westem zabrakło w zestawieniu nowego rapu (jest za to sporo pozycji z lat 90. i śmieszno-straszny pierwszy album 50 Centa). Jedyną trapową płytą jest z kolei debiut Bad Bunny’ego, który wpisuje się także w inną tendencję — dostrzegania dorobku artystów latynoskich — choćby symbolicznie — bliżej końca zestawienia znalazły się bowiem Selena, Shakira i niezrehabilitowany jeszcze prekursor reggaetonu Daddy Yankee, a najwyżej notowaną hiszpańskojęzyczną płytą, na 315., jest błyskotliwy debiut Rosalíi. To jednak wyjątki od niezachwianej anglosaskiej dominacji. Poza jeszcze kilkoma klasycznymi krążkami z afrykańskim funkiem, muzyka nieanglojęzyczna tutaj nie istnieje. Rockowy beton spulchniono natomiast całkiem wydatnie popem i R&B — Blonde Franka Oceana trafiło do pierwszej setki, dostrzeżono istnienie Destiny’s Child i Beyoncé. Znalazło się miejsce dla Taylor Swift, Adele, Kacey Musgraves, a nawet Blackoutu Britney Spears. Dość kontrowersyjnie do zestawu wrzucono też ostatnie krążki Harry’ego Stylesa czy Billie Eillish — za kilka lat okaże się być może, jak kończą się próby zaklinania rzeczywistości przez boomerów. W zestawieniu wciąż nie mają czego szukać wszyscy ci, którzy od klasycznego rocka stronią — metal kończy się tu i zaczyna na Metallice (w dwóch różnych odsłonach), elektronika to Daft Punk i LCD Soundsystem, jazz reprezentowany jest nieco szerzej, ale też dość powierzchownie i ostatecznie można sprowadzić go do Milesa Davisa. Niezale mają kilka sztandarowych punktów zaczepienia w postaci My Bloody Valentine, Pavement czy Neutral Milk Hotel, wielkodusznie zauważono także Tame Impala, ale to by było na tyle. Podobnie zresztą art pop i folk także skończyły się najwyraźniej w latach 90. Luki pozostawione przez niedoreprezentację innych gatunków wciąż wypełniają tu bowiem Dylan i Beatlesi.

I choć tych drugich ktoś mógłby określić największymi przegranymi nowego rankingu Rolling Stone’a — ich kultowy Sgt. Pepper pikuje z pozycji najlepszej płyty wszech czasów na dalekie (w tym kontekście) miejsce 24. Tamten wybór, mocno kontrowersyjny dla fanów czwórki z Liverpoolu, miał chyba wówczas wskazać na jednoznaczną wyższość Beatlesów nad Beach Boysami, których Pet Sounds trafiło wtedy na miejsce drugie (na którym udało im się zresztą utrzymać przez tych 17 lat — to jedyny numer, który w pierwszej dziesiątce pozostał bez zmian). Dziesiątkę nowej listy otwiera znamiennie The Miseducation of Lauryn Hill (które wraz ze wspomnianym VooDoo D’Angelo zaliczyły ogromne awanse) — redakcja nie bez powodu okrasiła zresztą tę decyzję cytatem piosenkarki, pod którym podpisałaby się też Fiona Apple, że przemysł muzyczny jest seksistowski. To chyba miała być odpowiedź przemysłu, że Lauryn Hill, nie tragizuj. W czołowej dziesiątce znajdziemy też poza tym Fleetwood Mac, Purple Rain Prince’a, Songs in the Key of Life Steviego Wondera, Blue Joni Mitchell, a płytą wszech czasów okrzyknięto tym razem — całkiem adekwatnie do stanu świata — What’s Going On Marvina Gaye’a. A ja przeglądając tę dziwnie bliską mi selekcję w czołówce sam czuję się jak boomer i ofiara jakiegoś owczego pędu, o którym nie miałem pojęcia. Nawet jeśli sam w tym momencie ułożyłbym zgoła inną dziesiątkę, jakimś zrządzeniem losu zostałem ich wyborem trafiony i zatopiony. Być może nie doceniłem wpływu tamtej oryginalnej listy na mój gust, gdy dekadę temu zaczynałem te skumulowane odsłuchy? A może to wyłącznie dowód na ponadczasowość tych konkretnych klasycznych płyt, które, tak się akurat złożyło, i ja na własną rękę, i państwo z Rolling Stone’a na własną, wyłowiliśmy z przepastnego i niewyczerpanego przecież kanonu?

W moim poprzednim tekście o odkładaniu szczęścia zapomniałem w gruncie rzeczy dodać jednej ważnej sprawy, która tutaj wróciła jak bumerang i trochę zbiła mnie z tropu. Ja wciąż mimochodem dłubię jednak w tej nostalgii i wciąż poniekąd projektuję swoje szczęście według schematów, które już znam. I w miarę możliwości mimowolnie staram się je realizować. Pochylenie się nad nową listą Rolling Stone’a to nic innego, jak próba odtworzenia tamtych chwil, które spędziłem, analizując oryginalne zestawienie. Pozwólcie więc zatem, że teraz oddam się dosłuchiwaniu pozycji z nowego topu wszech czasów biblii muzycznych boomerów, których albo nie znam w ogóle, albo czuję potrzebę, by sobie je odświeżyć. Za mną już Laura Nyro, Jason Isbell i Daddy Yankee, ale Spotify wskazuje, że przede mną jeszcze 44 godziny słuchania. Obiecuję jeść i spać.

Opublikowano

Odkładane szczęście

Odkładane szczęście

Przystanek: jutro

Cały tekst do odsłuchu jako podcast na Spotify.

*

Maria Czubaszek napisała kiedyś dla Alibabek małą zabawną piosenkę zatytułowaną „Odkładana miłość”. W tekście zastanawiała się nad koncepcją, według której można by odkładać małe flirty na konto oszczędnościowe, z którego można by za wiele lat podjąć wielką miłość. Pomysł szalony, choć ubrany w strój sentymentalnej bossa novy, przystrojony dodatkowo dramatycznymi smyczkami, jawi się jako zupełnie zrozumiały wyraz romantycznej tęsknoty. Tęsknoty, która sama jednak prędko otrząsa się z własnych mrzonek i ostatnią zwrotką piosenki przywołuje się do porządku — „A gdy uzbieramy już tę wielką miłość, tę, o jakiej nam się tylko śniło, podejmiemy ją lub nie, bo okazać może się, że za późno na nią trochę jest”.

Sam jednak przez lata żyłem tym tęsknym marzeniem. Nie chodziło mi jednak o miłość romantyczną jako taką, ale o szczęśliwe i zrównoważone życie w ogóle. Żyłem romantyczną wizją dalekiego jutra, które wszystko zmieni, rozsupła stare węzły, wyrówna dawne bruzdy, na niebie domaluje tęczę, a wokół zakwitnie kwiatami. A ja — zrobię jedyne, co będzie do mnie należało, skulę się w tym kojcu szczęśliwości i tak, jak Bóg da, już pozostanę. Jakże to absurdalne marzenie! Jak w tej przestrodze, byś był ostrożny, czego sobie życzysz. Ale raz postawiony w wyobraźni obraz, jeśli damy mu się zakorzenić i rozpanoszyć w uniwersum naszych dążeń, może nie dać się skutecznie wyrugować już nigdy. Możemy umrzeć, śniąc o naszym kojcu szczęśliwości, nie zdając sobie sprawy ani z tego, że szczęścia nie da się zaprojektować, ani z własnego tragizmu, bo to marzenie można było już przecież dawno urzeczywistnić. Dużo o tych projekcjach zanotował w swoich „Rozmyślaniach” Marek Aureliusz, jeden z nielicznych zachowanych do naszych czasów klasycznych stoickich filozofów. „Wszystko jest mniemaniem” — pisał z przekonaniem i nie bez słuszności. W innym miejscu — „Każdy żyje tylko tą oto teraźniejszością, chwilką. Wszystko zaś inne alboś przeżył, albo niepewne”. I może w tej wyobrażonej niepewności właśnie tkwi jakaś szczególna słodycz, daleki promień realnie oświetlający i oślepiający, a przez to odbierający zdolność trzeźwego osądu.

Tymczasem już w samym założeniu, że szczęście może dać nam tylko osiągnięcie konkretnego rezultatu np. kupno mieszkania, powołanie na świat potomka, zasadzenie ogrodu, tkwi pewna tragiczna przekora. Im bardziej odsuwamy szczęście od siebie, im bardziej wizualizujemy sobie je w związku z czymś, co ma nas dopiero spotkać, wszystko jedno, czy poprzez cudowny traf, czy własną metodyczną pracę, tym bardziej prawdopodobne, że ta chwila, gdy nadejdzie, przyniesie nam rozczarowanie. Nic nie będzie takie, jak w naszym marzeniu, projektowana doskonałość nie ma prawa się ziścić — spontanicznie lub nie. Rzeczywistość nigdy nie dorówna wyśnionemu ideałowi. Projekcja szczęścia jest niemożliwa, bo nie jesteśmy w stanie wyreżyserować swojego życia jak filmu. Ale wyidealizowane wyobrażenia to nie jedyna przeszkoda w pełnym odczuwaniu tego, co dobre. Zbyt wysokie oczekiwania względem teraźniejszości, skupianie się na tych detalach, które nie pasują, zamiast na tych, które grają, także jest w stanie skutecznie obrzydzić nam samym i wszystkim wkoło najlepszy nawet moment. Wiem coś o tym. Takie widzenie świata zdarzało mi się (i czasem wciąż zdarza) na tyle często, że mógłbym napisać na ten temat doktorat i habilitację. Myślę, że z powodzeniem można by zresztą mówić współcześnie o pewnej instagramizacji szczęścia, tzn. sytuacji, w której forma rzeczywistości nieprzystająca do standardów znanych z mediów społecznościowych, staje na drodze do odczuwania satysfakcji. Decydujący jest zwykle oczywiście aspekt stricte wizualny, co z kolei prowadzi do bardziej powierzchownego odbioru i bardziej arbitralnej oceny rzeczywistości. Ale szukanie dziury w całym jest, a przynajmniej tak mi się wydaje, w pierwszej kolejności właśnie pokłosiem błędnych wyobrażeń, podobnie jak okładanie swojego szczęścia na potem w ogóle.

Nieprzystające do rzeczywistości wyobrażenia swojego szczęścia mogą mieć jednak głębszą przyczynę. A są nią próby usprawiedliwienia nieumiejętności życia tu i teraz, przynajmniej po części uświadomionej. Tak, wydaje mi się, było w moim przypadku. Od zawsze żyłem jedną nogą w świecie marzeń — banalnych, z perspektywy czasu całe szczęście, że niespełnionych — o światowym życiu w blasku reflektorów. Ale też w świecie marzeń, które trudno nazwać, a które w jakiś sposób same w sobie były własną realizacją. Bo jak określić inaczej niż marzeniem zaspokajaną w coraz większym jednak stopniu potrzebę obcowania z muzyką, objawiającą się w szeregu wariacji, choćby tak oczywistych jak pisanie recenzji płyt. Nie zrobiłem kariery ani na tym, ani z tego, ale od zawsze miałem świadomość, że te i tamte marzenia nie mogły iść ze sobą w parze. Moment, kiedy uświadomiłem sobie w jakimś stopniu, że życie mija mi na marzeniu, a ja sam rzadko kiedy jestem naprawdę obecny, był jeden i bardzo konkretny. W liceum, jakoś pod koniec którychś wakacji, wraz z wieloletnim przyjacielem, z którym wspólnie chodziliśmy do jednej klasy jeszcze w podstawówce, udaliśmy się na boisko naszej byłej szkoły — tak po prostu — posiedzieć, pogadać, popatrzeć na znajome mury. Ja już wtedy westchnąłem romantycznie za dawnymi czasami, które w mojej głowie zdążyły już stracić dawne krawędzie i osnuła je mgiełka nierzeczywistej idylli. Dałem się ponieść i wyraziłem moje sentymenty, ale ku mojemu zdziwieniu trafiłem na chłodny opór znajomego. Wtedy zdałem sobie sprawę, że to co czuję i robię, jest w jakiś sposób próbą ucieczki od teraźniejszości. Kilka kolejnych lat zajęło mi odfetyszyzowanie przeszłości, spojrzenie na nią krytycznie i z pozycji jakiegoś naturalnego przecież przywileju, że co było, już nie wróci, ja dzisiejszy natomiast mam władzę, choćby ograniczoną, iluzoryczną nawet, ale jednak władzę nad tym momentem tu i teraz. Szala jednak wkrótce przechyliła się nadto i fetyszyzować zacząłem przyszłość. Wbrew wszelkim przesłankom.

Bo nie chodzi tu o przyszłość, która wynika z mojej obecnej czy przeszłej przenikliwości, która rośnie na moich oczach, już teraz wydaje plony, które mogą wyłącznie rosnąć. To przyszłość najpewniej równoległa do tej, która ma się wkrótce ziścić. Równoległa jak w teorii równoległych wszechświatów. Któryś z niemożliwych ja z pewnością osiągnie to, co roi się w głowie faktycznego mnie. Ale cóż to za pocieszenie. Faktyczny ja znów ucieka. I czasem, owszem, ma ku temu powód, bardzo często — niekoniecznie. Ucieka z przyzwyczajenia, z wygody, ucieka do wewnątrz siebie (co paradoksalnie radził też wspomniany Aureliusz), ale już tam wewnątrz — hen, hen daleko, do świata niemożliwego mnie. Ucieka niejednokrotnie w stresie — przytłoczony tym, co dzieje się wokół i poza nim, ale wcale nie rzadziej, gdy przychodzi do zmierzenia się z konsekwencjami własnych zaniedbań. Zbyt często cierpię na brak równowagi. Uprawiam niezręczną ekwilibrystykę, cyrkowe rzemiosło bez asekuracji, ale i bez widowni. Gdy się wyłożę i połamię, być może nikt nie zauważy, ale czy będzie bolało mniej? W model współczesności wpisana jest bezwzględna i ustawiczna wielozadaniowość — tak w pracy, jak i poza nią, każdy wieczór jest wyborem, wokół bezlik możliwości i powinności, tyle terminów, które już minęły, ale może jeszcze nie jest za późno, by im zadośćuczynić. Tysiące rzeczy, których nie widać. Odkładając jednak na bok codzienne FOMO, pranie samo się nie rozwiesi, a podłoga nie umyje. Ale czy szczęściem jest akurat koniecznie nierozwieszanie prania i niemycie podłogi? Bynajmniej. Tylko gdy robi się to na szczudłach, po czasie, bez przekonania i w pośpiechu, trudno się na tym nie wyłożyć. Stan idealnej harmonii, który jako jedyny jest w stanie zapewnić warunki do szczęśliwego wzrastania ku świadomości, należy niestety w tej przeładowanej bodźcami rzeczywistości włożyć między bajki. Kto nie przespał do cna (dosłownie) swojego momentu egzystencjalnej równowagi, albo nie zajadł go chipsami z colą, oglądając maraton „Przyjaciół” po raz dziesiąty, niech pierwszy rzuci kamieniem.

Nie jest co prawda tak, że dopóki kobyła jakoś dycha, można jej dokładać. Ale zdrowa klacz musi nieść jakiś tobołek — jeden, drugi, trzeci, żeby poczuć swoją egzystencję, nadać jej sensu i zdobyć charakter. Mnie jednak nie chodziło wcale o szukanie szczęścia w bezkresnym nieróbstwie. Wręcz przeciwnie — przekonałem się swego czasu, jak nadmiar wolnego w parze z niepewnością jutra i brakiem konkretnego pomysłu na siebie są w stanie dać w kość. Jak Alibabki wypracowałem sobie raczej metodę skrupulatnego odkładania szczęścia na potem. Zbierałem z zapałem artefakty, które miały mnie kiedyś srodze uszczęśliwić. Kupowałem płyty, wyobrażając sobie dzień, gdy wreszcie rozłożę się beztrosko na sofie przy gramofonie i będę chłonął każdy dźwięk. Należało to bezsprzecznie odłożyć na później — nie posiadałem wszak sofy, ani przestrzeni, by ją wygodnie umiejscowić. Zapełniałem półki książkami, z nadzieją, że może kiedyś nadarzy się sposobność, bardziej fortunna niż niesatysfakcjonujące i zagonione tu i teraz. Szukałem meritum naprędce i bez szacunku dla dzisiaj, by w moich wyobrażeniach jutra czerpać z niego jak lord. Dziś trochę spuściłem z tonu. Staram się, o ile mogę, nie obudowywać się na przyszłość, nie odkładać ważnych lektur poza horyzontem, ale wciąż kupuję płyty, wyobrażając sobie sytuacje, w jakich mogłyby mi przynieść szczęście. Staram się jednak wybierać tak, by tej chwili, przez sam tylko przedmiot wyboru, nie odsuwać na dzień, który nie nadejdzie. Przez lata kupiłem np. co najmniej kilka tanecznych płyt na retro prywatkę, której nigdy nie zrobiłem — poza tym kontekstem jakoś nie wyobrażam sobie ich słuchać. Ostatnio z kolei zauważyłem u siebie większą inklinację do płyt folkowych, które dobrze skomponowałyby się z tym ogrodem, z którym w swojej wyobraźni powiązałem wszelką szczęśliwość. Równoważę to albumami, które dobrze współgrają z czytaniem — ambient, kameralny jazz, ewentualnie trio fortepianowe — nic szalonego.

Wszystkie te projekcje, których konsekwencją było koniec końców nie tyle odkładanie szczęścia na potem, co odsuwanie go na nigdy, sprawiły, że koniec końców w pewnym momencie przestałem zupełnie myśleć o sobie teraźniejszym w kategoriach jakiejkolwiek szczęśliwości. Szczęście lub nieszczęście nie mogło mnie dotknąć na etapie przygotowań do bycia szczęśliwym. Nie nabyłem jeszcze stosownej licencji, by taki traf mógł się mnie imać. Szczęście miało przecież dopiero nadejść. Dopiero wtedy miało się liczyć — jak gdybym miał u jakiejś wróżki, zaciągać w tym szczęściu długi. Znów Alibabki! Z matni, w którą sam wpadłem w ramach jakiegoś sposobu na życie, wydostałem się niełatwo. W pewnym momencie życie marzeniem zaprowadziło mnie w kozi róg. Sytuacja zupełnie obiektywna zmusiła mnie do rewizji kolejno wszystkich moich wyobrażeń o sobie i swojej przyszłości. I tak dotarłem też do tego domku z ogrodem na skraju lasu, którego jeszcze nie przepracowałem, ale wiem, że być może będę musiał go rozebrać w głowie cegła po cegle, przynajmniej na razie, by być szczęśliwym tu i teraz. A może kiedyś będzie mi dane zbudować go na nowo, tym razem na jawie.

Opublikowano

Matołek

Matołek

Meg Alexander, Dół z dyptyku Wzgórze/Dół, tusz na papierze, 2017

Usypałbym chętnie górkę,
pod górką zostawił dołek,
nad górką przypiął broszurkę:
„W tym dołku spoczął matołek,
co Kabaret Starszych Panów
na Spotify i Tidalu
wykastrował z polskich znaków
bez polotu w digitalu”.

Opublikowano

Popatrz, jaki las

Popatrz, jaki las

Fotografia lasu, dokąd uciekłem, własna

Niby wciąż z ochotą poznaję świat. Z wypiekami na twarzy czytam historie prawdziwe i wymyślone, które przydarzyły się komuś kiedyś gdzieś lub mogłoby się przydarzyć (czy też nie). Wyobraźnia wyznacza ten horyzont. Z uwagą i empatią słucham, co przytrafia się ludziom dookoła. Z ciekawością czytam o stylach, językach, koncepcjach, odkryciach — niekoniecznie wcale przełomowych. Chłonę wielkie obrazy i małe rysunki, zdjęcia zupełnie średnie. Nie wszystko to robię oczywiście przy komputerze. Bywa, że więcej można odkryć, wyglądając na chwilę do ogrodu, niż przez pół dnia scrollując walle.

Coraz więcej jest jednak w tym poznawaniu „niby wciąż”, a mniej ochoty. Jako dziecko szerokopasmowej sieci, niegdyś przykute do peceta świątek-piątek, w dzień i w nocy, nie umiem rzeczywistości utożsamiać z medialnym przyłączem, z cyfrową ułudą egzystencji, nawet pomimo tego, że nigdzie indziej tak wytrwale nie próbowałem się przez lata urządzić. Świat z ochotą usiłuje karmić mnie sobą przez rurę — tak jak tuczy się gęsi na foie gras. Historie prawdziwe i wymyślone mieszają się poza horyzontem wyobrażeń i skaczą do gardeł, wściekle ujadając. Kiedy im ulegam, nie mogę przestać myśleć w asteryskach.

I tylko ten las się opiera. Tam uciekam w mojej głowie, w marzenia o końcu nowoczesności — naiwnie wierząc, że potrafiłbym żyć prosto i daleko; pysznie sądząc, że zapasy płyt i książek nie znudziłyby mnie wkrótce na własnym wygnaniu. Domek na skraju z malwowym ogrodem, starym dzbankiem bez ucha nabitym niedbale na parkan. Popatrz, jaki las…

Opublikowano

Ukochane równanie profesora

Ukochane równanie profesora

Yōko Ogawa, „Ukochane równanie profesora”, wyd. Tajfuny, 2019


Tajfuny rozpieszczają czytelników doskonałością swoich wydań, ale ich pierwsze literackie selekcje (z istotnym wyjątkiem „Zmierzchu” Dazaia Osamu) pozostają przynajmniej zastanawiające. „Ukochane równanie profesora” Yōko Ogawy to powieść tak prostolinijna, że aż trudno poddać ją jakiejkolwiek krytyce. To historia bezinteresownej przyjaźni cierpiącego na utratę pamięci krótkotrwałej profesora matematyki, jego gosposi i jej 9-letniego syna nazywanego przez profesora Pierwiastkiem. Jedna z tych opowieści, które bałamucą czytelnika idyllicznym obrazem małych szczęść pozostających poza pędzącym światem władzy, pieniędzy i seksu. Bałamucą szlachetnie i na dobre. Kilka rys w życiorysach głównych bohaterów doskonale uwiarygadnia zresztą tę narrację — jak to, że będąca jednocześnie narratorką, gosposia wychowuje swojego syna samotnie (co w silnie patriarchalnej Japonii w latach 90., gdy toczy się akcja, musiało być czynnikiem, który spychał ją na społeczny margines). Albo tragiczna historia profesora, którego błyskotliwą karierę naukową przerywa wypadek samochodowy, w którym uszkodzeniu ulega mu kawałek mózgu. Główną osią tej przyjaźni pozostają jednak matematyka i baseball, którym pasjonują się zarówno Pierwiastek, jak i profesor — każdy na swój sposób. Matematyka ukazana zostaje tu zresztą w sposób równie prostolinijny i bezpretensjonalny co sama historia. Matematyczne zagwozdki profesora zawsze pozostają zresztą w pewnym związku z rzeczywistością, a jego miłość do liczb pierwszych ma w sobie coś urokliwego i intrygującego zarazem, przez co wpisuje się niejako w paradygmat nauki poprzez zabawę. To łatwa i przyjemna lektura, które ze względu na ciekawą konstrukcję pozostaje jednak w głowie na dłużej i do której świata chce się wracać. Wszystko to przynosi czytelnikowi masę pozytywnych odczuć i to chyba najważniejsze.

Ukochane równanie profesora

Opublikowano

śmierć portrecisty

upior

william leach jako willy loman w śmierci komiwojażera, 1991

co to za upiór
wdzierający się szponami wielkich lśniących oczu w moje oczy wcale nie tak lśniące
zamarły w półokręgu samozadowolenia, przekonania o swojej racji
przesadnie wyprostowany zupełnie jak ja, ale kroczący drogą przesadnie prostą, jak żaden ludzki człowiek
ludzki upiór, być może

wykreślono prawdziwego mnie
nie kreską grubą, definitywną, czerwoną
raczej wydrapano — po trochu, machinalnie, bez konieczności podejmowania refleksji nad aktem
w urojonym zachwycie nad tamtym upiorem z portretu
niby-mną
pod świętym spojrzeniem jego wielkich lśniących oczu, tego mam pewność

portret odtąd można nabożnie zawiesić na ścianie
zdjąć i położyć na krześle przy kuchennym stole, jeśli taka będzie w danej chwili potrzeba
upiór nie skrzywi się nad zupą
zastygły w modelowym samozadowoleniu nie zgorszy zgromadzonych
raz powieszony prosto, na zawsze prosto zawiśnie

cóż za ironia
że mnie akurat, niewydarzonego autoportrecistę
portret mój własny dopadnie jak upiór
ukradkiem wydrapie
resztki śnienia z czereśni
patykiem
jak u bronki nowickiej, ale jednak inaczej

Opublikowano

Gwałtownicy porywają Królestwo Niebieskie

Gwałtownicy porywają Królestwo Niebieskie

Flannery O’Connor, „Gwałtownicy porywają Królestwo Niebieskie”, wyd. Prześwit, 1993


Z jednej strony wszystko jest w tytule, z drugiej trudno „Gwałtownicy porywają Królestwo Niebieskie” Flannery O’Connor jednoznacznie zinterpretować. Akcja dzieje gdzieś w Ameryce pod koniec lat 50. pomiędzy amerykańską prowincją a miastem, rozumianym chyba jednak raczej jako mieścinę niż metropolię. Któregoś dnia umiera żyjący z dala od cywilizacji samozwańczy prorok Mason Tarwater. Ma go pochować jego siostrzeniec, którego stary porwał z miasta przed laty po śmierci jego niewierzącej matki, po to by go ochrzcić i wychować na proroka. Obrót spraw komplikuje się jednak bardzo szybko po tym, jak chłopak zaczyna słyszeć w swojej głowie obcy głos. Ostatecznie ucieka do miasta, do swojego wuja Raybera, nauczyciela i ateisty, z którym stary Tarwater pozostawał skonfliktowany. Długo by wyjaśniać zawiłości fabuły. Samo jej rozplątywanie jest zresztą względnie przyjemne, także dlatego, że O’Connor nie opowiada tej historii linearnie. Osią tej opowieści pozostaje jednak stosunek do wiary młodego Tarwatera i skrajności, które nim targają w osobach gwałtowników — samozwańczego proroka i oświeconego intelektualisty oraz obcego głosu (mogącego należeć tak do Boga, jak i Szatana), który ma bezpośredni wpływ na decyzje bohatera w kluczowych momentach.

Sam tytuł jest fragmentem wersetu z Ewangelii wg św. Mateusza („A od czasu Jana Chrzciciela aż dotąd królestwo niebieskie doznaje gwałtu i ludzie gwałtowni zdobywają je” — tu za Biblią Tysiąclecia), który tłumaczy się często tak, że tylko ci, którzy z gwałtownością wysławiają Pana, zdołają wyrwać dla siebie jego Królestwo. W tym kontekście i stary Tarwater, i młody, i nauczyciel, który uświadamiał sobie swoją gwałtowność, lecz się przed nią wzbraniał, postaci wypaczone, patologiczne, tragiczne, mieliby to Królestwo na swój sposób osiągnąć. O’Connor nie idzie jednak skrótem, nie upraszcza rzeczywistości, nie uprawia taniej teleewangelizacji ani cherrypickingu, nie zadowala się sytuacjami hipotetycznymi. To bezwzględnie jedna z największych zalet jej niełatwej prozy.

Nie jestem biblistą ani literaturoznawcą — ten religijny aspekt powieści nie musi być jednak kluczem do zrozumienia myśli O’Connor. Ona sama stawia bowiem w centrum człowieka — rysuje swe postaci wyraziście, bez powielania schematów, nigdy w oderwaniu od siebie nawzajem. Pokazuje, jak gwałtowność jednych odciska piętno na innych — piętno. którego być może nigdy nie uda się odrzucić. Wszystkich jej postaci doświadczyło życie — każda z nich jest na swój sposób mroczna, ale nie nikczemna, raczej skryta w mroku z powodu jakiegoś nieprzepracowanego lęku czy niedoboru intelektualnego, niż w mroku pogrążona na dobre. O’Connor zderza tu bardzo trafnie religijny antyintelektualizm z intelektualną antyreligijnością, które stawia w milczącej opozycji, a których ofiarą pada koniec końców młody Tarwater. Jest w „Gwałtownikach” ten pierwiastek, który zachwycił mnie w starszym o pięć lat niż książka O’Connor duńskim filmie „Słowo” — Bóg, ten sam, który najpierw zamilkł na wieki, a później umarł, manifestuje się w prawdziwie biblijny sposób. O ile jednak w „Słowie” jego orężem są nowotestamentowe nadzieja i miłość, o tyle w „Gwałtownikach” nie tylko forma, ale i treść jego objawienia budzą starotestamentową grozę.

Choć O’Connor jest raczej szorstka w swoich opisach, ani na chwilę nie wydaje się pozbawiona wyobraźni. W „Gwałtownikach” brakuje momentów lżejszych, ale czai się tu między wierszami jakieś wyrafinowane i nieoczywiste poczucie humoru. To także proza, która od czasu do czasu jest w stanie uwieść czytelnika jakimś intelektualnym błyskiem. Mimo tego im bardziej fabuła się rozwija, tym mniej chętnie się O’Connor czyta. A to dlatego, że rozwiązania fabularne koniec końców zawsze okazują się wtórne względem specyficznie rozumianego przeznaczenia dosięgającego jej bohaterów. To książka tyleż stymulująca, co dezorientująca. Być może odsłaniająca więcej dla tych, którzy już rozumieją więcej. Z pewnością stawiająca moralne i mistyczne pytania tym, którzy tylko ich szukają.

Gwałtownicy porywają Królestwo Niebieskie